Aperitif
Ta łza, która spłynęła po moim policzku, stoczyła się po brodzie i wpadła do sosu pomidorowego, stanowiła zapowiedź tego, że nie będzie dobrze. Jednak w tamtej chwili pozwoliłam jej utonąć w czerwonej pulpie, a kolejną wytarłam ukradkiem z rzęsy, bo tam się zatrzymała, i nieznacznie pociągnęłam nosem. Gdzieś za moimi plecami kręcił się mój przyjaciel Alek. Nie byłam jeszcze gotowa na rozmowę z nim. Nie byłam gotowa na rozmowę ze sobą i przyznanie się, że znów to czuję. To, czyli porzucenie. Zaraz za tym uczuciem pojawiło się kolejne. Pragnienie. Pragnienie, by Alek - lub ktokolwiek inny - wziął mnie za włosy i kazał klęknąć przed sobą, a później wcisnął mi kutasa w usta. Chwilowa ulga, zapomnienie. Ścisnęłam uda, a moja dłoń jakby odruchowo powędrowała do sutka, który potarłam i uszczypnęłam. Zajęta sobą nie usłyszałam, jak podchodzi i klepie mnie w tyłek.
- To co tu się dziś wyprawia? - zapytał i nachylił się nad patelnią, gdzie dusiłam świeże pomidory z dodatkiem startej marchewki, czosnku i ziół.
- Wyprawia się sos - odparłam najbardziej radośnie, jak potrafiłam, mając nadzieję, że nie zauważył mojego stanu.
- To widzę, ale co w nim będzie? Pachnie obłędnie. - Odszedł kawałek i usiadł na krześle. Przyjrzałam się mu z przyjemnością. Był przystojny. Obiektywnie przystojny. Wysoki, dobrze po czterdziestce, z blond czupryną przyprószoną siwizną, smutnymi, szarymi oczami i wystającymi kośćmi policzkowymi. Tak jak przystojny, tak samo był dziwny. Gdzieś tam kiedyś byliśmy przez chwilę razem. On nie zniósł moich emocji, a ja jego dziwactw, melancholii i ciągłego narzekania na wszystko i wszystkich. Za to od czasu do czasu pieprzyliśmy się ze sobą i dużo rozmawialiśmy. Wtedy takie pierdoły jak to, że ja śpię przy otwartym oknie, a on je zamyka, bo z dworu mogą wlecieć zarazki, nie miały znaczenia. Poza tym widywaliśmy się zazwyczaj raz w tygodniu na "Obiadach czwartkowych", czyli piątkowych kolacjach przy alkoholu i jedzeniu, które ja gotowałam, rekompensując sobie tym samym brak możliwości gotowania dla własnej rodziny. Uwielbiam karmić innych i słuchać ich pełnych rozkoszy jęków podczas konsumpcji. Czasem to lepsze niż seks. Czasami gotowanie też potrafi przynieść ulgę. Tamtego dnia moja łza utonęła w sosie, w którym zanurzyć się miały klopsiki z kaszy jaglanej. Postanowiłam, że nie dodam więcej soli, bo ta łza była bardzo, bardzo słona.
***
- Masz tego więcej? - Magda, moja przyjaciółka, która także pojawiała się od czasu do czasu na "Obiadach", oblizywała się prawie lubieżnie. Z nią nie sypiałam, z nią miałam tylko jeden epizod. Dawno, dawno temu, gdzieś w okolicach lat dwudziestu, wylizałyśmy sobie cipki po pijaku, by sprawdzić, jak to jest. Magdzie jedno sprawdzenie wystarczyło, a ja jeszcze kilka razy w moim prawie czterdziestoletnim życiu wracałam do kosztowania cipek. Smakowały mi.
- Mam tego więcej, co się głupio pytasz. Zawsze mam. - Wstałam od wielkiego, drewnianego stołu, gotowa przynieść dokładkę.
- Nie. - Magda zatrzymała mnie, machając przy tym ręką. - Teraz nie dam rady. Zapakuj mi na wynos. - Tak było zawsze. Zapakuj. A proszę bardzo, niech ci idzie w tyłek. Nie żebym była złą przyjaciółką życzącą tego, co najgorsze. Magda po prostu miała wąski tyłek i robiła wszystko, by go powiększyć. To znaczy jej wszystko, czyli ciągle o nim paplała, mając nadzieję, że od tego urośnie. Ale podobno nasze myśli i słowa tworzą naszą rzeczywistość, więc Magda tworzyła. Nie wiem, co ja musiałam światu za głupot nagadać, że znajdowałam się wciąż w podobnych układach z mężczyznami. Znikającymi mężczyznami.
- To chociaż doleję nam wina. - Spojrzałam na jej i swój kieliszek. Alek też już dopijał to, co miał nalane.
- A jak wina, to chętnie. - Uśmiechnęła się.
- Tak, upijmy się dziś, myślę, że to dobry dzień na pijaństwo - wtrącił Alek.
- Jest jakoś wyjątkowo dobry? - zainteresowała się Magda.
- Czy ja wiem, czy wyjątkowo? - Spojrzał na mnie wymownie, a ja udałam, że nie widzę pytania w jego oczach. Nie wiem, czy to był dobry dzień. Może powinnam się napić i nie myśleć o zielonych oczach, które zniknęły z mojego życia. O oczach mojego Nieznajomego. Przecież nawet nie wiedziałam, jak ma na imię. Nigdy się sobie nie przedstawiliśmy. Może tak jest łatwiej, gdy ktoś znika z twojego życia. Nienazwany ktoś. Bo gdyby był jakimś Piotrem albo Mariuszem, Alkiem czy Maćkiem, to byłoby trudniej. Miałby nadaną formę, jakiś kształt. A tak był po prostu nikim, nieznajomym. Po nikim nie zostaje pustka. Już tyle pustek w moim życiu, że ta kolejna mogłaby sprawić, że ja też bym zniknęła. A byłam wciąż, więc to nic nie znaczyło. Nic, nic, nic.
- Ej, Karo. - Alek wyrwał mnie z zamyślenia. - To co? Jest wyjątkowo dobry?
- Kto? - Nie załapałam, o co mu chodzi. Usiadłam z powrotem i dolałam wszystkim białego wina.
- Czy ty się zakochałaś, czy co? - Magda od razu rzuciła się na kieliszek i wlepiła oczy we mnie.
- To nie ja jestem specjalistką od zakochiwania się, tylko Alek. Pięknie myli zakochanie z miłością. Pożądanie i fascynację też z nią myli.
- Znów zaczynasz. - Alek się naburmuszył. - Wszyscy wiemy, że to semantyka.
- Nie semantyka - odparłam. - Ty po prostu tak bardzo chcesz w to wierzyć, że nie przyjmujesz prawdy.
- Ta, co się nigdy nie zakochała - fuknął i wstał. Zaczął krążyć po dużej kuchni, w której królowały biel i beton oraz zieleń porozstawianych wszędzie ziół. Uwielbiałam ten klimat wsi i domku pod lasem. Prezent od poprzedniego kochanka Marcela. No, może niedokładnie. Chwilę mieszkaliśmy w nim razem. Wiliśmy sobie gniazdko. Kolejny, który sobie nie poradził z moją emocjonalnością. Albo oni sobie nie radzili, albo ja nudziłam się prozą życia. Tym razem on nie wytrzymał i chyba miał wyrzuty sumienia, bo patrząc na moją rozpacz i wiedząc, jak kocham ten dom, po prostu mi go zostawił, stać go było na to. To było trzy lata wcześniej. Od tamtej pory wpadałam we wciąż nowe romanse, licząc na to, że któryś zapełni tę pustkę, którą w sobie nosiłam. Aż spotkałam Nieznajomego.
- Oczywiście, że się zakochuję. Tak nazywam ten stan motylków, ale nie mówię zaraz, że to miłość.
***
- Znam cię ponad dziesięć lat i jeśli powiesz, że nic ci nie jest, to nie uwierzę. - Alek wpatrywał się we mnie intensywnie. Nie upiliśmy się, jednak nie było klimatu. Magda z wałówką pojechała wcześniej taksówką do siebie.
- W takim razie to przemilczę - odparłam i sięgnęłam ręką do jego rozporka. Złapał mnie za nią.
- Na pewno tego właśnie chcesz? - zapytał. Zawahałam się. Seks i ból. Idealny sposób na zapomnienie. Był jeszcze alkohol. Kiedyś też próbowałam się ciąć, ale zadawanie bólu samej sobie nie dawało takiego efektu jak ten, gdy ktoś mnie bił. Odpuściłam. Została blizna na prawym udzie. Tylko jedna. Widocznie nie przykładałam się do tego odpowiednio.
- Zawsze lubię seks z tobą - odpowiedziałam wymijająco, bo tak, chciałam seksu, chciałam poczuć silną rękę na pośladkach, ale czy właśnie jego? Zielone oczy błysnęły w mojej pamięci i zadrżałam. - Ale może to przełożymy jednak. Chyba jestem zmęczona. - Zapragnęłam, by wyszedł jak najszybciej, bo łzy czaiły się niebezpiecznie pod powiekami.
- A może w końcu pójdziesz do psychologa? - rzucił.
- Może pójdę - burknęłam i wyrwałam rękę z jego dłoni. Zrozumiał, że rozmowa skończona.
***
Poszedł, a ja zostałam sama. No, może nie do końca, zostałyśmy razem. Ja i ona, pustka znaczy. Jakie to głupie, że człowiek tyle lat żyje z czymś, czego nie ma, i nadal nie potrafi się do tego przyzwyczaić.
- To co, mała - mówiłam tak do niej, by pomniejszyć jej wielkość, ale to nic nie dawało - seksu nie będzie, bicia nie będzie, na cięcie szkoda mi mojego i tak już nieidealnego ciała, to może się jednak napiję? - powiedziałam i dolałam sobie kieliszek. Niemyślenie to aktywność, która zajmowała dużo czasu w moim życiu pomiędzy tym, jak myślałam. Myślałam o niemyśleniu. Nie wiem, czy o to właśnie w tym chodzi, ale inaczej nie umiałam. Nikt mi nie powiedział, tak jak Zdziśkowi spod czternastki w bloku, w którym mieszkałam wcześniej, że wystarczy być sobą. Zdziśkowi ktoś musiał powiedzieć, bo nabazgrał na półpiętrze: "Bonć sobom, pojebanych też lubiom". Nie powiedzieli mu wprawdzie, jak ma pisać poprawnie, ale powiedzieli, jak żyć. Mnie nauczyli czytać i pisać, i jeszcze kilku przydatnych rzeczy, ale jak żyć, to już nie. Widocznie uznali, że jak umiem czytać, to sobie przeczytam i nikt nie będzie się zajmował takimi pierdołami jak życie. Bo czymże ono jest w kontekście pisania i liczenia? I tu się właśnie przeliczyli. Żyć nie potrafiłam. To znaczy jakoś tam żyłam, jadłam, piłam, rozmawiałam, pracowałam i... to jakby tyle. Wtedy go poznałam. Nieznajomego. Może nie tyle poznałam, ile zobaczyłam. Może to też zbyt duże słowo. Prześlizgnęłam po nim moim zblazowanym i cynicznym wzrokiem i usiadłam przy stoliku przy oknie. Przychodziłam do tamtej restauracji w każdą niedzielę, a on był tam pierwszy raz, więc uznałam, że jest chwilowym zakłóceniem stałości. Zazwyczaj o godzinie czternastej byli tam stali bywalcy. Zamówiłam pierogi z truskawkami oraz sok z wyciskanych pomarańczy i tamtego dnia nie poświęciłam mu już więcej uwagi. Dopiero tydzień później zaintrygowało mnie, że znów tam jest i je kotleta. Mężczyzna około pięćdziesiątki, pewnie trochę po. Stwierdziłam, że jego żona wyjechała do sanatorium, skoro już drugi niedzielny obiad je sam. Dopiero przy piątym pomyślałam, że jest samotny, bo turnus powinien się dawno skończyć. Zaczęłam snuć historie o tym, jak niewierna zostawiła go dla młodszego kochanka albo on odszedł, bo nie mógł znieść jej wiecznego narzekania. Nie uznałam, że zostawił ją dla jakiejś młodej niewiasty, bo w takim wypadku niewiasta owa dwoiłaby się i troiła, by przygotować obiad z dwóch dań plus deser, by i jej nie zostawił. Choć czy ja wiem? Tym młodym wydaje się, że są jakoś szczególnie wyjątkowe i ich się akurat nie zostawia. Mylą się. Zostawia się. Alek powtarza, że każda cipka jest taka sama, a teraz to już mu chodzi jedynie o spokój. Święty spokój nie ma ceny. Dlatego ja nie miałam faceta. Ze mną nie ma spokoju. Ze mną jest niepokój. Mój kochanek powiedział mi kiedyś, gdy już prawie zostawił żonę, że się boi, bo przy mnie osiwieje. Przynajmniej był szczery. Że osiwiał już dawno, tego nie zauważył. Taktownie mu tego nie uświadamiałam. Po co?
***
- Co dziś czytasz? - To było jego pierwsze pytanie do mnie po dość długim czasie, gdy oswajaliśmy się ze swoją obecnością w przestrzeni mojej - naszej? - ulubionej knajpki. Po prostu podszedł i zapytał. Zaczęłam się gorączkowo zastanawiać, bo raptem zapomniałam, co ja do cholery czytam i czy można się do tego przyznać Nieznajomemu. Bałam się spojrzeć na okładkę. W jednej chwili zupełnie zgłupiałam. Co czytają kobiety na skraju depresji? Gapiłam się na niego chyba zbyt długo, przełykając pieroga, bo wyciągnął rękę po książkę, która leżała na stoliku, i ją wziął, odwrócił okładką do oczu i przeczytał na głos:
- Jonathan Caroll. "Kobieta, która wyszła za chmurę". O czym to?
- To opowiadania - odzyskałam głos. - Są dość specyficzne, tam nic nie jest oczywiste.
- Powiedz jednym słowem. - Stał wciąż nade mną, a ja się dziwiłam, że rozmawiamy.
- O życiu.
- Tak - powiedział powoli - to nawet sensowne. Wszystko jest o życiu, życie jest o życiu. Tak powinno być.
- Usiądzie pan? - Dotarło do mnie, że zachowuję się niegrzecznie, każąc mu stać przy stoliku, choć on też nie zachował specjalnie zasad savoir-vivre'u.
- Nie tym razem, nie pchajmy rzeki. Przepraszam, że przeszkodziłem. Smacznego. - Uśmiechnął się i odszedł, a ja zostałam z jednym pierogiem na talerzu i książką na stoliku. Zostałam też z pytaniem: co się właściwie wydarzyło i jakiej rzeki nie powinnam pchać?