Przydaj się. Siedem zasad lepszego życia - Arnold Schwarzenneger

Kup ebooka

69.99 zł
58.09 zł (48,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wprowadzenie

Kilka miesięcy po tym, jak w 2011 roku opuściłem urząd gubernatora, cały mój świat się zawalił.

Oczywiście już kilka lat wcześniej sprawy wcale nie wyglądały różowo. Po miażdżącym zwycięstwie w 2006 roku, kiedy to wybrano mnie ponownie z przewagą 57 procent głosów, wprowadziłem politykę ochrony środowiska, która zainspirowała wiele osób oraz stała się podstawą największych inwestycji infrastrukturalnych w dziejach Kalifornii i będzie służyła jej obywatelom - kierowcom, uczniom, rolnikom - jeszcze długo po moim odejściu. Jednak przez ostatnie dwa i pół roku, które spędziłem na Kapitolu w samym środku kryzysu finansowego, czułem się tak, jakby ktoś wrzucił mnie do pralki pełnej cegieł - dostawałem łomot z każdej strony.

W 2008 roku, na samym początku kryzysu, można było odnieść wrażenie, że ludzie jednego dnia potracili swoje domy, a dzień później zaczęła się największa recesja od czasów wielkiego kryzysu, ponieważ banda chciwych bankierów przetrąciła kolana globalnemu systemowi finansowemu. Jednego dnia świętowaliśmy rekordową nadwyżkę w kalifornijskim budżecie, dzięki której mogłem stworzyć kilka funduszy na czarną godzinę, kolejnego zaś okazało się, że budżet naszego stanu jest zbyt mocno zależny od Wall Street i z deficytem sięgającym 20 miliardów dolarów staliśmy się nieomal niewypłacalni. Starając się jakoś odsunąć nas od tej przepaści, spędziłem tyle bezsennych nocy z przedstawicielami obu partii w stanowej legislaturze, że lokalne prawo mogłoby nas uznać za konkubinat.

Ale ludzie nie chcieli słyszeć o żadnych zmianach. Byli przekonani, że obetniemy świadczenia i podniesiemy podatki. Można było oczywiście tłumaczyć, że gubernator stanu nie ma żadnej kontroli nad światową katastrofą finansową. Skoro jednak zbieramy pochwały, gdy gospodarka rośnie - zwykle bez naszego wpływu - to logiczne jest, że obrywamy od wyborców, gdy się sypie. Nawet jeśli nie wydaje się to sprawiedliwe.

Nie chciałbym oczywiście zostać źle zrozumiany. Odnieśliśmy kilka zwycięstw, między innymi nad systemem weta, który dawał partiom przewagę nad interesami obywateli i zamieniał polityków w nieudaczników. Pokonaliśmy też korporacje paliwowe, które chciały zatrzymać nasze postępy w zakresie ochrony środowiska, a potem przeszliśmy do agresywnej kontrofensywy - cały stan pokryły panele słoneczne oraz inne źródła energii odnawialnej, a inwestycje na niespotykaną dotąd skalę uczyniły nas światowym liderem w dziedzinie czystej energii.

Ostatnie lata nauczyły mnie jednak, że można być twórcą najbardziej przełomowych i najnowocześniejszych ustaw w dziejach polityki stanowej, lecz to nie chroni przed poczuciem kompletnej klęski, gdy twój wyborca pyta, dlaczego musi zostawić swój dom, dlaczego obcinasz budżet na szkoły, w których uczą się jego dzieci, i dlaczego został zwolniony z pracy.

Oczywiście nie była to moja pierwsza publiczna klęska. Już jako kulturysta musiałem się pogodzić z dramatycznymi porażkami, a kilka moich filmów nadawało się tylko do kosza, więc nie był to pierwszy raz, kiedy doświadczyłem, jak opinia społeczna na mój temat leci na łeb na szyję, razem z wskaźnikami Dow Jonesa.

Nie zdawałem sobie jednak sprawy, jak daleko miałem jeszcze wtedy do dna.

I to nie recesja sprawiła, że mój świat się zawalił.

Sam to sobie zrobiłem.

Rozwaliłem własną rodzinę. Nie ma większej klęski.

Daruję sobie tutaj powtarzanie tej historii. Opowiadałem ją już wielokrotnie, opowiadali ją również inni, więc wszyscy ją raczej znacie. A jeśli nie, to na pewno wiecie, jak działa wyszukiwarka i jak jej używać. Skrzywdziłem własną rodzinę i musiałem przebyć bardzo długą drogę, aby naprawić te relacje, więc nie zamienię tej historii w pożywkę dla brukowców.

Pod koniec tego roku wylądowałem w kompletnie nieznanym, a jednocześnie bardzo znajomym miejscu.

Na dnie.

Bywałem tam już wcześniej. Ale tym razem leżałem w otchłani, z twarzą w błocie, i musiałem podjąć decyzję, czy warto raz jeszcze wziąć się w garść, domyć i rozpocząć powolną wspinaczkę ku górze, czy też zupełnie się poddać.

Filmy, nad którymi pracowałem od czasu opuszczenia Kapitolu, powędrowały do kosza. Kreskówka, na którą tak bardzo się cieszyłem, luźno oparta na mojej biografii? Również do kosza. Media spisały mnie na straty; moja historia kończyła się na trzech aktach: Kulturysta, Aktor, Gubernator. Wszyscy kochamy tragiczne zakończenia, zwłaszcza gdy opisują upadek potęg.

Jeśli jednak cokolwiek o mnie czytaliście, to wiecie najpewniej, że się nie poddałem. Tak naprawdę czułem rozkosz z tej ponownej wspinaczki na szczyt. To walka sprawia, że smak sukcesu jest tak słodki, gdy się go osiągnie.

Czwarty akt mojej historii okazał się kombinacją trzech poprzednich, połączonych tak, bym stał się jak najużyteczniejszy, pojawiły się w nim też pewne niespodzianki. Wciąż prowadzę moją kulturystyczną i sprawnościową krucjatę, każdego dnia wysyłając setki tysięcy maili do spragnionych odbiorców i organizatorów Arnold Sports Festival na całym świecie. Kontynuuję działalność polityczną za pomocą After-School All-Stars, które opiekuje się setką tysięcy dzieci w czterdziestu miastach w kraju; Schwarzenegger Institute for State and Global Policy przy Uniwersytecie Południowej Kalifornii pomaga nam w lobbowaniu za naszymi ogólnokrajowymi reformami politycznymi, a Schwarzenegger Climate Initiative próbuje przekonać do naszej polityki ekologicznej całą resztę świata.

A co z moją karierą w rozrywce?

To dzięki niej mnie na to wszystko stać. Tym razem, po wyrwaniu się z hollywoodzkiej dziczy, gdzie kręciłem film za filmem, powróciłem z serialem telewizyjnym, który jest dla mnie kreatywnym wyzwaniem, a opanowanie nowego medium sprawiło mi ogromną przyjemność.

Zawsze wiedziałem, że nie zakończę tych karier. Sami zresztą wiecie, co wam mówiłem - wrócę. Nigdy bym się jednak nie spodziewał, że w wyniku mojej porażki i odkupienia stanę się też facetem od poradników z zakresu rozwoju osobistego.

Nagle okazało się, że ludzie są skłonni płacić mi tyle samo co byłym prezydentom, żebym tylko wygłosił przemówienie motywacyjne dla ich pracowników i klientów. Inni nagrywali moje przemowy, publikowali je na YouTube i w mediach społecznościowych, robili z nich wirale. Rosła też popularność moich kanałów społecznościowych, bo za każdym razem, gdy z nich korzystałem, by podzielić się przemyśleniami w pilnych sprawach lub zaoferować spokój w momentach chaosu, treści te stawały się jeszcze bardziej wiralowe niż wykłady.

Wyglądało na to, że ludzie faktycznie mogą się czegoś ode mnie nauczyć, tak jak ja u progu mojej kariery uczyłem się, czytając o moich idolach i spotykając się z nimi - o większości z nich zresztą jeszcze w tej książce przeczytacie. Postanowiłem to wykorzystać, by zasiać na świecie więcej pozytywnego myślenia. A im częściej o tym mówiłem, tym częściej słyszałem od ludzi na siłowni, że dzięki mnie przetrwali mroczne chwile. Pacjenci onkologiczni, bezrobotni, ludzie wchodzący na nowe ścieżki kariery, mężczyźni, kobiety, chłopcy i dziewczynki, licealiści i emeryci, bogaci, biedni, ludzie wszystkich ras, orientacji i wyznań, cała tęcza ludzkości powtarzała mi to każdego dnia.

To było coś wspaniałego i zaskakującego. Nie wiedziałem, dlaczego to się dzieje. Dlatego - tak jak zawsze - musiałem się zatrzymać i przeanalizować sytuację. To wtedy zauważyłem, że dzisiejszy świat jest zdominowany przez pesymizm, negatywność i użalanie się nad sobą. Wielu ludzi czuje się nieszczęśliwymi, choć eksperci powtarzają, że to najlepszy okres w dziejach ludzkiej cywilizacji. Obiektywna prawda, w zgodzie z wszystkimi danymi, jest taka, że ograniczyliśmy wojny, choroby i wyzysk.

Są też jednak inne dane. Bardziej subiektywne, trudniejsze do zmierzenia, ale wszyscy je widzimy i słyszymy, oglądając wiadomości, słuchając radia lub przeglądając media społecznościowe. Ludzie czują się zbędni, niewidzialni, beznadziejni. Dziewczyny i kobiety czują się niewystarczająco piękne i dobre. Chłopcy czują się bezwartościowi i bezsilni. Rośnie liczba samobójstw i uzależnień.

Pandemia COVID-19 w szczególności sprawiła, że zjawiska te zaczęły narastać w każdym segmencie społeczeństwa. Od 2020 roku notujemy 25-procentowy wzrost zachowań depresyjnych i lękowych. Badanie przeprowadzone we wrześniu 2020 roku przez Boston University School of Public Health dowodzi, że pomiędzy rokiem 2018 a wiosną 2020 roku, czyli po zaledwie kilku miesiącach lockdownu, potroiła się częstotliwość objawów depresji wśród Amerykanów. Wcześniej 75 procent dorosłych mieszkańców kraju nie widziało u siebie żadnych objawów depresji; w kwietniu 2020 roku mówiło tak już tylko 50 procent. To ogromna zmiana!

Ale to problem poważniejszy niż COVID, ponieważ istnieją całe grupy, instytucje i branże, które żerują na ludzkim nieszczęściu i sprzedają bzdury oraz kłamstwa, podsycając złość i żale. I to wszystko dla zysku oraz korzyści politycznych. Siłom tym zależy na utrzymywaniu ludzi w poczuciu beznadziei i bezsilności oraz zaciemnianiu faktu, że podstawowe narzędzia w walce z apatią i nieszczęściem, czyli przydatność i samowystarczalność, są bardzo łatwo dostępne.

To właśnie dlatego tyle milionów osób z całego świata stłoczyło się przy podcastach, substackach i biuletynach takich jak mój, poszukując jakichś sensownych odpowiedzi. Z kulturą jest już tak źle, że ludzie szukają kogoś, komu mogą zaufać, kogoś, kto nie gra w te idiotyczne gierki i stara się być bezwzględnie pozytywny, gdy cała reszta jest uporczywie negatywna.

To właśnie takich ludzi spotykałem każdego dnia na siłowni. Czułem z nimi więź, ponieważ wyrażali takie same emocje jak te, które mi towarzyszyły, gdy w 2011 roku opuszczałem swój gabinet i wszystko się rozpadło. Zauważyłem też, że oferując im porady i otuchę, próbując ich zainspirować, uspokoić i podnieść na duchu, korzystam z dobrze znanego zestawu narzędzi.

Rozwijałem je w ciągu całego swojego sześćdziesięcioletniego życia i stosowałem z powodzeniem przez trzy poprzednie jego etapy. I to po nie sięgnąłem ponad dekadę temu, próbując podnieść się z samego dna. Nie są to narzędzia rewolucyjne. Jeśli już, to są ponadczasowe. Zawsze działały. I będą zawsze działać. W mojej głowie tworzą one mapę, która wiedzie do szczęśliwego, pożytecznego życia, jakkolwiek je sobie wyobrażacie.

Składa się na nie świadomość tego, dokąd zmierzasz i jak zamierzasz się tam dostać, chęć włożenia w to wysiłku oraz umiejętność komunikowania bliskim, że warto wybrać się z tobą w tę podróż. Musisz umieć zmieniać biegi, gdy napotkasz jakąś przeszkodę, oraz zachować otwarty umysł i chęć uczenia się od otoczenia, by znaleźć nowe drogi. Ale najważniejsze jest to, że gdy już dotrzesz tam, gdzie chcesz, wypada podziękować i odpowiednio odwdzięczyć się za całą pomoc otrzymaną po drodze.

Zatytułowałem tę książkę Przydaj się, bo to najlepsza rada, jaką usłyszałem od ojca. Utknęła mi w głowie i nigdy jej nie opuściła - mam nadzieję, że tak samo będzie z radami, których udzielę wam na kolejnych stronach. Przydatność motywowała wszystkie moje decyzje i była podstawą wszystkich narzędzi, z których korzystałem, by je podjąć. Miałem cel, by zostać mistrzem kulturystyki, milionerem i przywódcą, urzędnikiem państwa, ale to nie były moje motywacje.

Przez wiele lat ojciec nie potrafił się pogodzić z moją definicją przydatności; możliwe jest też, że ja nie potrafiłbym się pogodzić z niektórymi z waszych. Ale nie po to udziela się dobrych rad, by mówić ludziom, co mają budować, tylko jak mają to zbudować i dlaczego to jest istotne. Mój ojciec zmarł, mając tyle samo lat co ja, gdy zwaliłem sobie na głowę cały mój świat. Nie mogłem go poprosić o radę, ale dobrze wiem, co by mi powiedział: "Przydaj się do czegoś, Arnoldzie".

Napisałem tę książkę, by upamiętnić tę radę i odwdzięczyć się ojcu. Nie dożył mojego obecnego wieku, ale pisałem z wdzięczności za to, że mi podarowano te lata, bym naprawił swoje błędy, podniósł się z dna i zbudował czwarty akt mojego życia. Napisałem ją, bo wierzę, że każdy może skorzystać z tych narzędzi, które pomagały mi na każdym etapie, i że wszyscy potrzebujemy mapy, która pomoże nam osiągnąć życie, jakiego zawsze pragnęliśmy.

A przede wszystkim napisałem ją dlatego, że każdy musi się przydać.