Dzień był zimowy i pochmurny, śnieg zaścielał ulice Grodna,
ale Jaś wraz z rodzicami swemi, wstając od stołu, klaskał w dłonie,
podskakiwał wysoko i, nie wiadomo już po raz który, ręce obojga
rodziców całował. W wesołości tej Jasia nie było nic dziwnego.
Ojciec i matka czule głaskali go po głowie i całowali w czoło; w
jadalnym pokoju, w którym tylko-co obiad spożyto, panowało ciepło
przyjemne. Zielone rośliny przypominały wiosnę i lato, żółty
kanarek skakał po prętach ładnej klatki i wyśpiewywał zawzięcie, na
bufecie stały resztki niedojedzonych wybornych potraw i przysmaków
- nakoniec przez drzwi otwarte widać było pokój dziecinny, a w nim
na podłodze i stołkach mnóstwo ślicznych zabawek: koni drewnianych,
książek z obrazkami, łamigłówek i t. d.
Jaś był bardzo szczęśliwem dzieckiem.
Dziś jednak, o, dziś spotkać go miała wielka i
niezwyczajna uciecha. Ciotka Jasia wydawała balik dziecinny, na
którym znajdować się miało, oprócz ciotecznych braci i sióstr jego,
wiele innych znajomych i nieznajomych dzieci, a rodzice sprawili mu
na tę zabawę śliczne krakowskie ubranie. Ubranie to, Jaś włożyć
miał zaraz po obiedzie, a potem z boną swoją, panną Pauliną, udać
się do domu ciotki, dokąd też, w parę godzin potem, przybyć mieli i
jego rodzice.
Jaś aż drżał ze wzruszenia, kiedy z pomocą panny Pauliny
kładł długie buciki z błyszczącemi podkówkami, białą bluzę, suto
czerwonemi taśmami naszytą, i granatową pelerynkę, która tak od
złotych blaszek błyszczała, jak gdyby ją kto usiał iskrami. Ale gdy
zobaczył pasek skórzany, gęsto stalowemi guzikami nabity, z
mnóstwem przywiązanych doń kółek brzęczących i czapeczkę granatową,
siwym barankiem oszytą, radość jego granic nie znała.
W tem garderobiana, Andzia, weszła do dziecinnego pokoju i
oznajmiła matce Jasia, że jakiś żebrak przyszedł i o wsparcie
prosi. Usłyszawszy to, Jaś w mgnieniu oka zapomniał o nowym stroju
i doznanej przed chwilą radości, a krzyknąwszy z przestrachu,
wyrwał się z rąk panny Pauliny, która go właśnie ślicznym pasikiem
opasać chciała, i co prędzej schował się za wysoką poręcz łóżka.
- O, Boże! - ze smutkiem w głosie zawołała matka Jasia -
zawsze to lękanie się ubogich! Jasiu - mówiła dalej - proszę mi
zaraz zaprzestać tego chowania się...
- Nie mogę, mamuńciu, doprawdy, nie mogę, tam... pewnie...
straszny dziad jakiś! - odpowiadał z za poręczy drżący i żałosny
głosik Jasia.
- Cóż to się dzieje? Dla czego Jaś chowa się za łóżko? -
wchodząc do pokoju, zapytał ojciec Jasia.
Matka opowiedziała mu wszystko, co zaszło, a potem z
wielkiem zmartwieniem mówiła, że Maryanna, niańka Jasia, a także i
panna Zofia - ta bona jego, która pannę Paulinę poprzedziła - tak
mu zawsze za niegrzeczność i nieposłuszeństwo groziły dziadem
brodatym i noszącym wielką torbę, w którą niegrzeczne dzieci
zabiera, że do tego czasu, pomimo wszelkich usiłowań i jej i panny
Pauliny, Jaś nie przestaje lękać się ubogich, myśląc zawsze, że
każdy z nich jest takim dziadem z długą brodą i wielką torbą.
Opowiadaniem tem ojciec Jasia bardzo był rozgniewany i surowym
głosem powiedział, aby ubogiego przywołano do garderoby, a Jaś
powinien mu sam zanieść i grzecznie podać jałmużnę.
- Ojcze! - coraz płaczliwiej wołał z ukrycia swego Jaś -
nie mogę doprawdy, nie mogę... pewnie ten dziad brodaty i z wielką
torbą.
Tu panna Paulina pochyliła się i cichutko mu szepnęła:
- Niech Jaś rodziców nie martwi... Mama łzy ma w oczach, a
ojciec ze zmartwienia zachorować może.
Na dobre i kochające rodziców serce Jasia słowa te wpływ
wywarły. Z rozczochranymi włosami wyszedł z ukrycia i ze
spuszczonemi oczami stanął przed ojcem. Ojciec dał mu srebrny
pieniążek, powtarzając raz jeszcze, żeby zaniósł go i grzecznie
oddał czekającemu w garderobie żebrakowi.
O, tak, przypuszczenie Jasia sprawdziło się zupełnie.
Żebrak miał długą bardzo brodę i wielką płócienną torbę, zawieszoną
na plecach. Stał oparty na grubym kiju i półgłosem odmawiał
pacierze.
Jaś miał szczerą ochotę zaraz od progu garderoby uciec i
schować się znowu za łóżko; ale panna Paulina trzymała go za rękę i
ciągle po cichu mówiła, że nie trzeba rodziców martwić i że mama
miała łzy w oczach.
Szedł więc, ale drżał i oczy szeroko ze strachu otwierał.
Sam nie wiedział, kiedy i jak oddał pieniądz żebrakowi, a
spełniwszy już rozkaz ojca, wyrwał rękę z dłoni panny Pauliny i
zdyszany tak, jak gdyby był całą wiorstę ubiegł, wpadł do
dziecinnego pokoju. Tu znalazł oboje rodziców, którzy długo i po
kolei przedstawiali mu, że lękać się i nie lubić ubogich jest
rzeczą bardzo, bardzo nieładną, że wszyscy pomyśleć mogą, iż Jaś ma
złe serce i jest bardzo nierozsądnem dzieckiem, że najświętszym
obowiązkiem ludzi bogatych, albo dostatnich powinno być wspieranie
tych, którzy mniej od nich posiadają.
Jaś przedstawień tych słuchał z pokorą i uszanowaniem, ale
gdy rodzice odeszli, do panny Pauliny powiedział:
- Doprawdy, nie wiem, co ja temu winien jestem, że się tak
dziadów boję... Mówiłem przecież, że i ten będzie pewno z długą
brodą i wielką torbą. A czy nieprawda? Każdy ubogi jest takim
strasznym dziadem!
Kiedy już z panną Pauliną wychodził na ulicę, odezwał się:
- Wie panna Paulina, co ja sobie myślę? Kiedy wyrosnę i
będę miał swoich służących, rozkażę im, aby nigdy żadnego ubogiego
do mieszkania mego nie wpuszczali.
Panna Paulina oburzyła się bardzo na to powiedzenie Jasia
i chciała znowu przedstawiać mu, jak on źle i nieładnie myśli i
postępuje, ale Jaś, zobaczywszy w oknie fryzyera ogromną lalkę, z
pięknie uczesanymi włosami i w perłach na szyi, która, okręcając
się powoli, zwracała się ku ulicy to twarzą, to plecami, w mgnieniu
oka zapomniał o wszystkiem, co przed chwilą mówił lub słyszał i
pannę Paulinę ku oknu z lalką pociągnął.
Stali tam oboje dość długo, a gdy nakoniec odeszli, uwagę
Jasia zwróciła o kilkadziesiąt kroków stamtąd znajdująca się
wystawa cukierni. Poprosił pannę Paulinę, aby pozwoliła mu
popatrzyć i długo nacieszyć się nie mógł widokiem pięknych pudełek,
z wymalowanymi na nich różnymi obrazkami, nie mógł się nadziwić
wyrobionym z cukru koszykom, konikom, aniołkom z różowemi buziami i
innym podobnym figurkom. Dalej znowu, na innej już ulicy, była
księgarnia, za której oknem, nad porozkładanemi książkami w
ślicznych oprawach, znajdowała się dziwna bardzo i piękna maszyna.
Składała się ona z kilku różnokolorowych kółek, które, na
mosiężnych drutach osadzone, okręcały się około jednej kuli, dużej
i bardzo błyszczącej. Panna Paulina wytłumaczyła Jasiowi, że
maszyna ta służy do pokazywania dzieciom, jakim sposobem ziemia i
inne gwiazdy obracają się na około słońca, czem Jasia tak
zaciekawiła, iż postanowił prosić ojca, aby maszynę tę kupił i
dużo, dużo o słońcu, o ziemi i gwiazdach opowiedział.
Tak co chwilę przystając, powoli zbliżał się do celu swej
wycieczki, a ponieważ ciotka Jasia mieszkała dość daleko,
znajdowali się więc w połowie drogi, gdy zmrok zapadać zaczął.
Jednocześnie zobaczyli sporą gromadę ludzi, która zapełniając sobą
cały środek ulicy, biegła naprzeciw nich, z głośnym krzykiem i
śmiechem. Jaś, skłonny do trwogi, zląkł się trochę; ale panna
Paulina powiedziała mu zaraz, że nie ma wcale przyczyny do obawy,
bo ludzie ci pewnie tak biegną za człowiekiem pokazującym sztuki,
albo jakieś osobliwe zwierzęta.
- Sztuki! zwierzęta! - zawołał Jaś i aż podskoczył z
radości. - Chodźmy - wołał - chodźmy! moja droga panno Paulino,
chodźmy zobaczyć, jakie to sztuki, czy zwierzęta!
Z całej siły ciągnął za sobą pannę Paulinę, która śmiejąc
się, zawołała.
- O, patrz! patrz! jaka ładna małpeczka!
Ludzie, którzy tak gromadnie tłoczyli się na ulicy,
krzycząc i śmiejąc się, biegli za człowiekiem, niosącym na
zgarbionych plecach katarynkę, ozdobioną u góry dwoma rzędami
malutkich lalek, a w ręku trzymającym długi sznur, na którym
uwiązana była niewielka małpka. Stworzeńko to było nadzwyczaj
śmieszne. Z pod pąsowego kaftanika ukazywał się z jednej strony
krótki, kosmaty ogonek, z drugiej zaś wysuwała się głowa, z twarzą
bardzo do ludzkiej podobną, orzechowy kolor mającą i niezmiernie
ruchliwą. Zwinna i zgrabna, wyprawiała najrozmaitsze skoki, to na
ramię prowadzącego ją człowieka, to na katarynkę wskakując, to
znowu po ziemi wywijając się, jakby w tańcu. A miny robiła takie,
że ludzie, patrząc na nią, śmieli się, jak szaleni. To czoło
marszczyła, to wargami prędko poruszała, to niosła do pyszczka
jabłko, które trzymała w przednich łapeczkach i gryzła je tak
prędko, jak gdyby lękała się, aby go jej kto nie odebrał, a oczy
miała takie czarne i błyszczące, jak paciorki, i bystro niemi na
wszystkie strony rzucała.
Jaś śmiał się głośno, i razem z panną Pauliną wciskając
się pomiędzy tłum ludzi, do małpki podejść usiłował. Nie zważał
wcale na to, że trącano go zewsząd i popychano, tak bardzo pragnął
pogłaskać milutkie stworzenie, a przynajmniej przypatrzyć mu się
zbliska.
Nagle w tłumie zrobił się ruch, a wysoki jakiś i silny
chłopak, popychany przez innych, wpadł pomiędzy Jasia i pannę
Paulinę tak gwałtownie, iż roztrąceni od razu daleko się od siebie
znaleźli. Jaś nie zwrócił na to uwagi, bo w tej właśnie chwili,
człowiek prowadzący małpkę, dotknął zapewne sprężyny jakiejś,
znajdującej się w niesionem przez siebie pudle, a dotknięcie to
sprawiło, że z wnętrza pudła ozwała się muzyka skocznego walca i
nieruchomo stojące dotąd dwa rzędy lalek poruszać się, łączyć w
pary i tańczyć zaczęły. Lalki, poubierane w kolorowe suknie,
tańczyły coraz prędzej i zawzięciej, a małpka, wskoczywszy na głowę
właściciela swego, z kieszeni czerwonego kaftanika zaczęła
wydobywać łupiny od orzechów i rzucać je na ludzi. Jedna z łupin,
przez małpkę rzucanych, tak blisko przed twarzą Jasia przeleciała,
że machinalnie zamknął na chwilę oczy. Gdy otworzył je, katarynka z
tańczącemi lalkami i małpka były już tak przez ludzi otoczone, że
Jaś dostrzedz ich nie mógł; słyszał tylko oddalającą się muzykę i
czuł, że plecy, boki i ramiona od otrzymywanych wciąż potrąceń i
uderzeń bardzo go bolały. Chciał obejrzeć się i poszukać wzrokiem
panny Pauliny, ale nie mógł uczynić poruszenia najmniejszego, tak
go ze wszech stron ściśnięto i wśród takiego znalazł się tłoku
ramion, łokci, nóg, pleców i głów ludzkich. Chwilami uczuwał, że
własne nogi jego odrywają się od ziemi. Nie szedł, ale był przez
tłum unoszony; kilka razy już, już upaść miał, ale uczepił się z
całej siły poły surduta jakiegoś wysokiego człowieka, który szedł
tuż przed nim, a innym razem zawisł cały na wielkiej chustce, którą
jakaś gruba kobieta była okryta.
Nie wiedział już wcale, gdzie się znajduje, i tylko
niewyraźnie zdawało mu się, że wraz z tłumem przebył parę jakichś
zaułków, część jakiejś ulicy i spuścił się po pewnej pochyłości,
kędy otworzyło się przed tłumem miejsce nieco obszerniejsze, placyk
mały, niebrukowany i nizkimi domkami osławiony. Tu wielka gromada
ludzi rozsypała się na kilkanaście małych gromadek, które z kolei
malały także, bo składający je ludzie rozchodzili się w różne
strony. Człowieka z katarynką i małpką wcale już widać nie było;
nakoniec placyk stał się zupełnie pustym i tylko w głębokim zmroku
drobne okna otaczających go domków migotały żółtemi światełkami, a
pośród śniegu, zaściełającego ziemię, połyskiwała tu i owdzie
zamarzła w kałużach woda.
Jaś stał pośrodku placyku sam jeden, ogłuszony i wylękły.
Po chwili dopiero obejrzał się dokoła i bardzo żałosnym a zarazem
bardzo słabym głosikiem zawołał:
- Panno Paulino!
Wołanie to powtórzył wiele razy, coraz żałośniej i
niecierpliwiej. Żadnej jednak znikąd nie otrzymał odpowiedzi, a w
dodatku, brzegiem placyku, przesuwały się co chwila cienie jakieś,
do ludzkich podobne, on zaś, za nic w świecie, nie odważyłby się ku
nim przybliżyć. Kiedy był mniejszym, lękał się bardzo cieniów i
krzyczał ze strachu, gdy wypadkiem własny swój cień na ścianie
zobaczył. Potem trwoga ta przeminęła, ale teraz oto wróciła.
Chciałby iść, biedz, szukać i wołać panny Pauliny, a tu, gdy tylko
krok jeden postąpi, cień jakiś wychyla się to z za domu, to z bramy
jakiejś i mknie prędko brzegiem placyku, a choć zniknie, znajduje
się wnet drugi i trzeci, i po dwa, po trzy na raz, sznurem za sobą
ciągną.