Przygody Henryka Mercera - Clemens Bakker

Kup ebooka

30.29 zł
25.14 zł (30,29 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

HENRYK

Dawno, dawno temu, w pewnej wiosce, żył sobie starszy człowiek z nieco młodszym synem. Żyli oni w malutkiej wiosce, ale w dosyć pokaźnym domu. Był to sporych rozmiarów biały, kamienny dom z trzema piętrami. Do domu wchodziło się po dużych i szerokich schodach, nad którymi rozciągał się oparty na kolumnach taras. W domu było wiele pomieszczeń. Zaraz przy wejściu znajdował się piękny i wielki salon z wielkimi, wysokimi, wąskimi oknami, przez które wpadało światło, oświetlając rozciągające się na ścianie półki z ogromną ilością nagród oraz artefaktów. W domu znajdowały się trzy łazienki (jedna na każdym piętrze), dwie pokaźnych rozmiarów sypialnie, kuchnia, pokój wypełniony różnymi obrazami, książkami, starymi notesami oraz jeszcze większą ilością nagród i artefaktów. Po wyjściu na taras, który znajdował się na trzecim piętrze można było dostrzec zapierające dech w piersiach widoki. Dom ten znajdował się bowiem na najwyższym wzgórzu w wiosce. Widoki były zatem naprawdę wspaniałe. Z tarasu można było dostrzec całą wioskę, poruszających się w niej ludzi, wozy ciągnięte przez konie po drogach wioski, handlarzy próbujących sprzedać towar wszystkim mijającym ich ludziom, piękne, malownicze uliczki i domy, które rozmieszczone były na wzgórzach oraz pomiędzy nimi. Za wioską można było dostrzec piękny las, który wydawał się nie mieć końca oraz sięgające chmur góry, które rozciągały się nieco dalej. Przyznać trzeba, że dom ten był naprawdę wspaniały, był marzeniem wielu osób. W końcu był to najpiękniejszy i najdroższy dom w okolicy. Wiele osób zapyta, skąd taki dom w małej wiosce? Odpowiedź jest bardzo prosta. Ten dom należał do prawie siedemdziesięcioletniego staruszka o imieniu Henryk, z którym mieszkał jego syn, Richard. Nie był to jednak zwyczajny, zmęczony życiem starzec. Henryk przez całe życie zajmował się podróżami, co w późniejszym czasie stało się jego pracą, bardzo dobrze opłacaną pracą. Był on poszukiwaczem przygód, a przeżył ich naprawdę wiele. Plotki głosiły, że w piwnicach jego wielkiego domu skryte były ogromne ilości złota, kryształów oraz wielu innych kosztowności, których dorobił się przez całe swoje życie, a teraz przetrzymywał je dla przyszłych pokoleń lub na czarną godzinę. Czy plotki te były prawdą? Oczywiście, że tak! W końcu Henryk podróżował i zarabiał na tym przez prawie całe swoje życie. Można zatem wywnioskować, że jego historia nie zaczyna się wcale w tym momencie. Zaczyna się ona wiele lat wcześniej. Historię tę naprawdę warto opowiedzieć. Przenieśmy się zatem do czasów, w których Henryk był malutkim, niczego nieświadomym dzieckiem.

- - -Nocna Tragedia - - -

Była to zwykła, spokojna noc. Pewien spory okręt przemierzał wody oceanu. Załoga składała się z trzech osób. Była to rodzina, a mianowicie ojciec, matka i syn. Tym synem był właśnie Henryk. Miał on wtedy zaledwie trzy miesiące. Imiona rodziców nie są znane, ponieważ nikt nie miał dostępu do ich dokumentów. Byli oni emigrantami, którzy ukradli statek z pewnego portu. Zrobili to w obawie przed utratą syna, ponieważ w ich mieście doszło do podboju. Piraci wtargnęli do miasta, a następnie zaczęli kraść dosłownie wszystko, co akurat wpadło im w ręce. Niestety, ale porywali oni również dzieci. Władze nie potrafiły sobie poradzić z tą sytuacją. Chaos trwał nieustannie przez trzy dni. Ojciec Henryka postanowił wziąć sprawę w swoje ręce. Spakował wszystkie istotne rzeczy, a następnie zabrał ze sobą żonę i syna do portu. Port był słabo strzeżony, ponieważ wszyscy żołnierze, wszystkie służby zdolne do walki zostały przeniesione do miasta, aby chronić mieszkańców. W porcie znajdowało się może trzech strażników. Nie było to zbyt wiele, gdyż port był dosyć spory, a zacumowane w nim było około trzydzieści statków. Kiedy nikt nie patrzył, nasza trójka zakradła się na jeden z okrętów. Małżeństwo schowało syna wewnątrz statku. Ojciec Henryka wyjął nóż i rozpoczął przecinanie lin, które zatrzymywały statek przed odpłynięciem. Zajęło to dobre piętnaście minut, ale w końcu udało mu się przeciąć liny. Wyjątkowo szybko podnieśli żagle, a statek zaczął odpływać. Strażnicy bardzo szybko zorientowali się, że coś jest nie tak i zaczęli pruć śrutem w stronę mężczyzny, który stał za sterem. Przerażony Ojciec, który wiedział, że ma do uratowania syna oraz żonę nie miał zamiaru się poddać. Wykonywał gwałtowne ruchy i starał się unikać kul. Niestety, nie udało mu się uniknąć wszystkich. Został dwa razy postrzelony w prawe ramię. Mimo to mężczyzna nie poddał się. W końcu udało im się opuścić port, a strażnicy nie mogli ich już dosięgnąć. Ojciec Henryka cudem uszedł z życiem. Brakowało zaledwie kilku centymetrów, aby dostał strzał w tył głowy. Na szczęście dwie kule trafiły go jedynie w ramię. Mężczyzna krwawił nieustannie przez kilkanaście minut. W końcu zrobił sobie prymitywny opatrunek z podkoszulki. Statek powoli oddalał się od lądu, aż w końcu stał się małą kropką widoczną na horyzoncie, po czym zniknął. Rodzina płynęła tak przez trzy dni. Wszystko wskazywało na to, że po udanej ucieczce uda im się również przepłynąć ocean i rozpocząć nowe, lepsze życie. Tak się jednak nie stało. Życie jest pełne niespodzianek, ale tym razem postanowiło zafundować naszym bohaterom jedną z tych mniej przyjemnych. Niedługą chwilę temu zapadł zmrok, a więc matka ułożyła syna do snu, a następnie sama udała się do miejsca wypoczynku. Ojciec natomiast pilnował steru. Leżał obok niego i obserwował gwiazdy. Niebo było naprawdę piękne tej nocy. Nagle rozmarzony mężczyzna przestał skupiać się na kontrolowaniu rejsu i zasnął. Nie trudno się domyślić, że coś poszło nie tak. Tej nocy wystąpiły dosyć silne wiatry. Spowodowało to, że statek zaczął gwałtownie zmieniać kurs. Mężczyzna nie zauważył tego, ponieważ spał. Wkrótce jednak coś przerwało jego sen. Było to poczucie niepokoju. Przebudzony mężczyzna zaczął rozglądać się po okręcie. W pewnym momencie zauważył coś w oddali. Był to dosyć spory obiekt, ale przez mgłę mężczyzna nie widział go dokładnie. Nie minęło jednak dużo czasu, aby zorientował się, że widzi drugi okręt. Okazało się jednak, że nie była to przyjaźnie nastawiona jednostka. Był to okręt piratów. Kiedy ojciec swojego trzymiesięcznego syna dostrzegł ten fakt, wówczas natychmiast pobiegł w stronę steru, aby zmienić kierunek i postarać się uciec. Niestety, ale okazało się, że było już za późno. Piracki okręt był już na tyle blisko, aby rozpocząć atak. Statek naszych bohaterów oberwał trzy razy i zaczął bardzo szybko nabierać wody. Kiedy matka poczuła wstrząsy, natychmiast się obudziła, owinęła Henryka w ciepły koc i wybiegła z nim na pokład. Kobieta spojrzała na swojego męża, a on na nią. Oboje nie wiedzieli, co robić. Spoglądali na siebie przez kilka sekund, aż nagle mężczyzna zauważył jasne światło na niebie. To były płonące pociski, które zostały wystrzelone z wrogiego okrętu. Nie trudno domyślić się, że teraz statek nie tylko tonął, ale również stał w płomieniach. Mężczyzna już chciał zarządzić ewakuację, kiedy nagle jego żona oberwała jednym z płonących pocisków. Zraniona kobieta zajęła się ogniem i upuściła syna na ziemię. To był okropny widok. Krzyknęła jedynie do męża, aby ratował syna, po czym dopełzała się do krawędzi statku i wyskoczyła do wody, gdyż nie mogła znieść bólu, który zadawał jej ogień. Zraniona kobieta nie była w stanie pływać i utonęła. Ojciec podniósł syna z ziemi najszybciej, jak tylko potrafił, a następnie zapłakany wsiadł razem z nim do szalupy ratunkowej i zaczął ją opuszczać w dół. Cudem piraci nie zauważyli tego. Myśleli, że cała załoga utonęła wraz ze statkiem i skupili się na kosztownościach, które wypłynęły ze statku i dryfowały na powierzchni wody. Ojciec wraz ze swoim malutkim synem przemierzali ocean szalupą ratunkową. Dwa dni zajęło im, aby dotrzeć do lądu. Przez dwa dni dryfowali na powierzchni oceanu. Nie mieli jedzenia, picia, ani ciepłych ubrań. Cudem było, że w ogóle przeżyli. Henryk płakał, nie wiedział co się dzieje i chciał do matki, ale niestety już nigdy nie dostał takiej możliwości. Pamiętajmy, że kiedy jego ojciec spał, wówczas statek zmienił kierunek. Mężczyzna przekonał się o tym dopiero w momencie, w którym zamiast do celu, do którego zmierzali, dopłynęli do skutej lodem wyspy. Najważniejsze jednak było, że mimo wszystko w końcu znaleźli się na lądzie. Ojciec ułożył Henryka na ziemi, a następnie położył się obok i niczym małe dziecko zaczął uderzać rękoma o ziemię oraz wrzeszczeć. Płakał, przeklinał cały świat i wykrzykiwał imię swojej martwej już żony. Po niedługim czasie dotarło do niego, że jego syn nie wydał z siebie żadnego odgłosu od kilku minut. Zdesperowany mężczyzna przytulał syna, próbował go ogrzać, ale to wszystko na nic. Wydawało się, że Henryk po prostu zamarzł. W tym momencie mężczyzna zrobił najgorszą rzecz, jaką tylko mógł zrobić - poddał się. Usypał ze śniegu malutką górkę, wykopał w niej wgłębienie i ułożył tam swojego syna. Później mężczyzna uklęknął, pomodlił się, a następnie płakał przez ponad godzinę. Kiedy skończył, wówczas wstał, odwrócił się i nie chcąc patrzeć na ciało swojego martwego syna, po prostu sobie poszedł. Nikt go nigdy więcej nie widział. Prawdopodobnie popełnił samobójstwo lub został pożarty przez dzikie zwierzęta. Wszystko mogło potoczyć się inaczej, gdyby jedynie został jeszcze chwilę. Okazało się bowiem, że Henryk przeżył. Po prostu obudził się w pewnym momencie i zaczął płakać. Wszystko zmierzało w bardzo złym kierunku, ponieważ chłopiec leżał tak przez ponad godzinę, a wszystko wskazywało na to, że tym razem naprawdę zamarznie. Henryk zaczynał już tracić świadomość, kiedy nagle zobaczył tajemniczego człowieka, który ustawił się obok niego i nachylił się nad nim. Był to mężczyzna pochodzący z pobliskiej wioski. Nie był on bardzo stary, ale jego broda zaczynała już siwieć. Mężczyzna nie był zbytnio wysoki, ale miał dobrze zbudowane ciało. Na co dzień zajmował się polowaniem na dzikie zwierzęta. Był silny i umięśniony, a na imię było mu Edward. Kiedy zobaczył małego, zmarzniętego chłopca, który leżąc na śniegu, nie miał już nawet siły płakać, wówczas od razu zabrał się do działania. Edward zdjął płaszcz i owinął nim Henryka, a następnie pobiegł z chłopcem do wioski tak szybko, jak tylko potrafił. Nie była to zwyczajna wioska. Była to odosobniona osada, która rządziła się swoimi prawami i nie miała zbyt wiele wspólnego z resztą świata. Ludzie mieszkali tutaj w naprawdę małych chatkach. Były one tak małe, że aby zmieścić się w drzwiach, trzeba było wejść do domu na kolanach. Osada składała się z siedmiu małych chatek, dosyć niskiego muru zbudowanego z brył lodu oraz chatki kowala, chatki szamana i dosyć sporego ogniska umieszczonego na samym środku osady.

- Ratunku! Pomocy! - wykrzykiwał przerażony Edward, który właśnie wbiegał do osady z niemalże zamarzniętym dzieckiem na rękach.

Zdziwieni mieszkańcy natychmiast zebrali się wokół niego.

- Co się stało? - zapytała jedna z kobiet znajdujących się w tłumie.

- Znalazłem go na śniegu. Po prostu leżał tam i czekał na śmierć - odparł zestresowany Edward. - Musimy mu natychmiast pomóc!

Tak też się stało. Malutki Henryk został od razu zabrany do chatki szamana. W tamtejszych rejonach wierzono w to, że ma on magiczną moc i potrafi uleczyć każdego. Szaman pełnił w tej wiosce rolę lekarza, ale również przepowiadał przyszłość mieszkańców. Trzymiesięczny, w połowie zamarznięty chłopiec został zatem ułożony na kocu w chacie szamana. Leżał on dosłownie pół metra od kominka. Szaman ułożył na główce Henryka płatki nikomu nieznanych kwiatów. Twierdził on, że mają one magiczną moc, i że uleczą chłopca. Edward odetchnął z ulgą. W końcu teraz nic nie groziło chłopcu. Henryk został przebrany przed przystąpieniem do leczenia. Teraz, kiedy chłopcu nic nie groziło, wówczas Edward zaczął przeglądać rzeczy, które chłopiec miał ze sobą. Otóż okazało się, że koc, w który Henryk został owinięty przez matkę nie był zwykłym kocem. Zawierał on średniej wielkości kieszeń, którą prawdopodobnie matka Henryka przyszyła do koca z nieznanych przyczyn. Edward szybko postanowił sprawdzić, czy coś znajduje się w owej kieszeni. Powoli wsunął rękę do środka, a następnie wyciągnął dwie rzeczy. W dłoni Edwarda znajdowały się teraz list oraz złoty naszyjnik. Edward wciąż nie znał imienia chłopca, którego znalazł, więc postanowił otworzyć list. Okazało się to strzałem w dziesiątkę, ponieważ był to list napisany przez ojca Henryka w trakcie rejsu skradzionym okrętem. Edward przystąpił do czytania.

,,Drogi Amadeuszu!

Piszę do Ciebie, mój drogi przyjacielu, ponieważ nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek się zobaczymy. Trwa piękna noc. Kilka godzin temu wypłynąłem w rejs wraz z moją ukochaną żoną, Anastazją i synem Henrykiem. Niestety, ale nie jest to ani rejs wycieczkowy, ani nawet taki, z którego moglibyśmy wrócić. Płyniemy albowiem skradzionym okrętem, który cudem udało nam się wykraść z portu. Jeszcze trochę, a kosztowałoby mnie to życie. Musieliśmy ukraść ten okręt, gdyż nasze skromne miasteczko zostało zaatakowane przez bandę piratów, którzy zaczęli nas okradać i porywać nasze dzieci. Byliśmy zmuszeni do tego, aby jak najszybciej się ratować. Jestem w wielkiej rozpaczy. Musieliśmy opuścić nasz ukochany dom. Anastazja myśli, że mamy ogromny zapas żywności, ale tak naprawdę wystarczy nam pożywienia na jedynie trzy dni. Jest to stanowczo za mało, aby przeżyć cały rejs. Nie do końca wiem, co mógłbym teraz uczynić. Piszę do Ciebie, mój drogi przyjacielu, ponieważ jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi. Zawsze byliśmy nierozłączni. Dlatego też chciałbym, abyś wiedział, co się ze mną wydarzyło oraz dlaczego zniknąłem. Obiecuję, że wyślę ten list, kiedy tylko dopłyniemy do celu. Mam nadzieję, że jakoś nam się uda. Bardzo obawiam się o Henryka. Ma dopiero trzy miesiące. Obawiam się, że to wszystko może się źle skończyć. Anastazja śpi teraz wraz z Henrykiem na dolnym pokładzie, a ja piszę ten list i obserwuję gwiazdy. Czuję, że coś się stanie. Nie wiem, czy będzie to coś dobrego, czy złego, ale coś przeczuwam. Moje odczucia wobec tego zdarzenia są raczej negatywne, a więc obawiam się o swoje życie. Bardziej jednak boję się, że coś mogłoby stać się mojej rodzinie. Nie powinienem tyle myśleć, ale znasz mnie. Kiedy zacznę rozmyślać, to nie potrafię skończyć. Nie pozostaje mi nic innego, jak również położyć się spać. Rano spróbuję złapać jakieś ryby w dziurawą sieć rybacką, którą znalazłem pod pokładem. Może przy odrobinie szczęścia złapię jakieś ryby. Wtedy przynajmniej nie umrzemy z głodu. Po prostu położę się spać. Od tych myśli zaczyna mnie już boleć głowa. Do zobaczenia, mój drogi przyjacielu. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy, i że w ogóle dostaniesz ten list. Jeśli tylko uda mi się dopłynąć do celu, to natychmiast wyślę go do ciebie.

Do zobaczenia!

Sean"

Po przeczytaniu tego listu, Edward wiedział już, że malutki chłopiec, którego znalazł ma na imię Henryk. Poznał również imiona jego rodziców, ale postanowił nie zdradzać ich nikomu. Normalnie Edward wysłałby list do osoby, do której został napisany, ale znał tylko imię odbiorcy. Ojciec Henryka napisał list, ale nigdzie nie zapisał adresu odbiorcy. Poza tym, był jeszcze jeden problem. Edward przeczytał prywatny list, a to było traktowane bardzo surowo w jego okolicy. Ludzie mieszkający w tej osadzie mieli pewne zasady, które były dla nich najważniejsze, a każdy kto odważyłby się je złamać, zostałby wygnany. Edward postanowił zatem ukryć fakt, że przeczytał ten list. Postanowił przygarnąć chłopca i nadać mu takie imię, jakie ten otrzymał od swoich prawdziwych rodziców. Edward od zawsze pragnął mieć dziecko, a teraz w końcu miał okazję. Postanowił, że wychowa Henryka, jak własnego syna.

Henryk był bardzo silnym dzieckiem. Już następnego dnia odzyskał pełnię sił. Pomimo wszystkiego, co go spotkało, miał wielce silną wolę życia. Tak jak Edward postanowił poprzedniego wieczoru, tak też zrobił. Przygarnął on Henryka i zabrał go do swojej chatki. Edward mieszkał na samym końcu wioski i żył swoim sposobem. Samodzielnie zdobywał pożywienie, udając się na codzienne polowania. Nie lubił żyć w taki sposób, w jaki żyli inni. Uważał życie swoich towarzyszy z wioski za nudne. Bardzo chciał wyrwać się z tej wyspy. Nie miał jednak wystarczającej ilości pieniędzy, a samodzielne opuszczenie wyspy za pomocą własnej łodzi mogłoby skutkować śmiercią. Wody były tam nieustannie wzburzone, a Edward nie potrafił zbudować wielkiego statku, który byłby w stanie się z tym zmierzyć. Właściwie, to nawet nie miał jak zbudować takiego statku, ponieważ na wyspie nie było do tego wystarczające ilości potrzebnych materiałów. Sam Edward miał już również swoje lata i nie mógł pozwolić sobie na wiele lat pracy nad statkiem. Prawdopodobnie nie zdążyłby już skończyć. Skoro mężczyzna nie był w stanie wydostać się z wyspy, to postanowił zrekompensować sobie to nieco zróżnicowanym życiem na niej. Właśnie dlatego nie zajmował się on zwykłym handlem, ani żadnym innym podstawowym zajęciem, które spełniali inni mieszkańcy wioski, ale polowaniem i przemierzaniem niezmierzonych pustyń lodowych. Po podjęciu decyzji o wychowaniu Henryka, mężczyzna uznał, że nie pozwoli na to, aby młody chłopiec zmarnował sobie życie, siedząc na prawie pustej wyspie, o której ludzkość nie ma nawet pojęcia. Edward postanowił, że wychowa Henryka tak, aby umiał on przeżyć w trudnych warunkach. Mężczyzna chciał nauczyć chłopca jak przetrwać nawet w najtrudniejszej sytuacji. Chciał, aby Henryk spróbował zrobić to, czego on obawiał się przez całe życie, aby spróbował wydostać się z wyspy. Edward stwierdził, że nie będzie zabierał chłopcu wiedzy o rodzicach i postanowił, że powie mu, o tym jak go znalazł i postanowił wychować. Rozpoczęło się zatem wychowywanie Henryka.