II
Taraskon, pięć minut... - Klub Alpinistów. - Co znaczy P. K. A. - Taraskońskle lasy. - Mój testament. - Truposok. - Pierwsze wycieczki. - Tartarin wsadza na nos okulary.
Kiedy na linji kolejowej Paryż-Lyon-Riwjera rozlegnie się donośne zawołanie: - Taraskon! - wówczas ze wszystkich wagonów pospiesznego pociągu wychylają się głowy, oczy ogarniają roztocz błękitną nieba, przegrzaną słońcem Prowancji i z ust do ust, z przedziału do przedziału szemrzą słowa rozciekawionych podróżnych: - To Taraskon... Popatrzmyż trochę... to słynny Taraskon!
Ale to, na co patrzą, nie budzi wielkiego podziwu. Małe miasteczko spokojne, ciche, czyste z wieżami i dachami, oraz mostem na Rodanie. Podróżni, wyglądający z okien, śledzą jednak nie martwe przedmioty Taraskonu. Taraskońskie słońce stwarza tu w tym zakątku przedziwne miraże, niespodzianki i dziwaczne zjawiska, jakich daremnie szukać w całym świecie. Ten mały ludek, któryby się cały zmieścił w hotelu na Rigi-Kulm wraz ze swym dobytkiem, to wcielenie instynktów całej południowej Francji: ruchliwy, gadatliwy, przesadny do niemożliwości, wrażliwy niezmiernie, oto atrakcja żywa Taraskonu.
Historiograf tej miejscowości, którego nazwiska wymieniać nie pozwala wrodzona skromność, w wiekopomny sposób już dawniej utrwalił dzieje onej szczęśliwej mieściny. Wiemy już, jakie życie wiedli Taraskończycy, jak się bawili, jaki wiedli żywot towarzyski, jak każdy swoją własną nucił romancę, a wreszcie, jak w braku zwierzyny urządzali słynne polowania na kaszkiety. [W dziele: "Dziwne przygody Tartarina z Taraskonu" czytamy: "Po dobrem śniadaniu w polu, każdy z myśliwych zdejmuje swój kaszkiet i rzuca co sił w górę, a potem strzela doń w lot umówionym zgóry gatunkiem śrutu. Kto trafi najlepiej, obwoływany zostaje królem polowania i wraca wieczorem do miasta w tryumfie, z kaszkietem na lufie, wśród odgłosu trąb i naszczekiwania psów..."] Potem, kiedy przyszła wojna, tenże pisarz zanotował, jak Taraskon dzielnie walczył z nieprzyjacielem, jak obywatele podminowali główne budynki, jak ufortyfikowali kawiarnię "de la Comedie", jak ludność męska utworzyła bataljony ochotnicze, powdziewała mundury szamerowane i zdobne w emblematy głów trupich, jak im wszystkim powyrastały straszne brody i jak nagromadzili taką masę broni, siekier, osęk, szabel i rewolwerów amerykańskich, że jedni drugich się bali i nie śmieli przystąpić do siebie na ulicy.
Dużo lat minęło od czasu wojny, mnóstwo almanachów poszło na podpałkę, ale Taraskon nie zapomniał tego czego się nauczył, i miasto błahych rozrywek dawniejszych jął się zajęć, wyrabiających siły i kształcących mięśnie, by być w pogotowiu, kiedy nadejdzie pora odwetu. Potworzyły się towarzystwa strzeleckie i gimnastyczne, ukostjumowane, wyekwipowane, z własnemi muzykami i sztandarami. Pootwierano sale fechtunku, boksu, walki wręcz, urządzono wyścigi piesze, mocowano się o nagrodę, a naiwne polowania na kaszkiety zastąpiono konferencjami i dysputami na tematy wojskowe, które odbywały się w pracowni płatnerza Costecalda.
Nakoniec, sam, dawny klub towarzyski, wyrzekając się djabełka i bezika, przemienił się w Klub Alpinistów, biorąc sobie za wzór słynny, londyński "Alpin Club", którego sława dotarta aż do Indyj i który posiadał najlepszych w świecie turystów. Ta jeno pomiędzy obu instytucjami zachodziła różnica, że zamiast wyrzekać się ojczyzny i szukać obcych szczytów, taraskończycy zadowolnili się tem, co mieli w pobliżu, tuż pod bramami miasta.
Jakto, powie ktoś, Alpy pod Taraskonem? Nie, nie było tu Alp, ale coś, co nazwaćby można Alpkami, był łańcuch wzgórz uroczych, porosłych wonną macierzanką i lawendą, nie tak wysokich, coprawda, by wzbudzały grozę, (miały 200-300 metrów wzniesienia ponad powierzchnię morza) ale powabnych bardzo. W całej Prowancji rysują się, gdzie stąpić, to bliżej, to dalej siwe sylwety pagórków, którym wyobraźnia miejscowej ludności nadała nazwy odpowiednio do swej fantazji, choć nie do właściwości ich samych: "Straszny szczyt", "Otchłań zaświatów", "Grań gigantów" i inne.
W każdą niedzielę rano zbroją się i stroją taraskończycy, przywdziewają sztylpy, biorą w rękę oskardy, wkładają plecaki, przypinają na nich składane namioty i ruszają z trębaczem na czele na wyprawę, o której nazajutrz miejscowe pismo "Forum" zamieszcza sprawozdanie, używając sobie na obrazowych opisach, w których co słowo mowa o "przepaściach", "otchłaniach" i "bezdennych gardzielach", jakby szło o Himalaje. Przez te ćwiczenia taraskończycy doszli do bicepsów, dawniej zarezerwowanych wyłącznie jeno dla Tartarina, dobrego, dzielnego, bohaterskiego Tartarina.
Jeśli Taraskon ucieleśnia charakter południowej Francji, to Tartarin jest personifikacją Taraskonu. To nietylko pierwszy obywatel miasta, ale jego dusza, genjusz, posiada wszystkie jego zalety i wszystkie wady. Znane są jego dawniejsze czyny, jego tryumfy śpiewackie, (ach!... ten duet z "Roberta Djabła" w aptece Bezugueta!) i następnie zdumiewająca odyseja polowań na lwy, z których przywiózł wspaniałego wielbłąda, ostatniego dromadera Algieru, zmarłego już w sędziwym wieku, okrytego sławą, którego szkielet mieści się w muzeum miejskiem, pośród osobliwości taraskońskich.
Tartarin nie zmienił się na włos, nie wypadł mu ni jeden ząb, nie przygasł wzrok i mimo pięćdziesiątki posiadał ciągle tę samą nieokiełznaną wyobraźnię, zbliżającą i zwiększającą przedmioty z mocą astronomicznego teleskopu. Pozostał zawsze tem, co dzielny Komendant Brawida rozumiał, mówiąc: To lis!
W każdym taraskończyku tkwiła zresztą owa chytrość lisia, obok zadzierżystej śmiałości i odwagi, owa ostrożna chęć wyśliźnięcia się z sideł, zanim się zamkną.
Tartarinowi ostrożność ta nie przeszkadzała do okazywania odwagi, a nawet bohaterstwa, gdy nie można było postąpić inaczej, lub gdy go fantazja za daleko uniosła. Z tem wszystkiem niepodobna odgadnąć, co go zapędziło aż na Rigi-Kulm i to w wieku, kiedy każdy pożąda spokoju i zdobył już prawo do odpoczynku w dobrobycie.
Odpowiedziećby na to mógł jeno nikczemny Costecalde.
Costecalde, jedyny płatnerz i puszkarz z zawodu w całym Taraskonie, posiadał charakter, bardzo rzadko napotykany u Prowansalczyka. Trawiła go zazdrość, niska, nie przebierająca w środkach zawiść, widoczna odrazu każdemu, kto spojrzał na jego ściągnięte rysy, cienkie wargi i żółtaczkowy, smagły ton na twarzy, wygolonej i twardej, choć regularnej i jakby wykutej prostackiemi ciosami siekiery. Przypominał potrochu Tyberjusza i Karakalę na starym medalu. Zawiści owej, będąc wylanym i impulsywnym taraskończykiem, nie mógł nawet ukryć i często wyrywało mu się wyznanie: - Ach, nie wiecie panowie, jak mnie to gnębi!
Oczywiście, Costecalde był współzawodnikiem Tartarina. Tyle sławy dla jednego człowieka! On... wszędzie on, zawsze pierwszy! - mruczał pod nosem. I jak termit, wgryzający się w złocone drzewo, z którego wyrzeźbiony jest bożek, od lat dwudziestu toczył od środka tę sławę, ten tryumf, to uznanie powszechne wielkiego męża. Drążył, gryzł, powoli z wysiłkiem i jak dotąd - ciągle daremnie.
Kiedy wieczorem w klubie Tartarin opowiadał o swych przygodach ze lwami, oraz przedstawiał podróże po Saharze, Costecalde uśmiechał się podejrzliwie w milczeniu i potrząsał z niedowierzaniem głową. Zaprzeczał mu ten, czy ów:
- Ależ, pomyśl, Costecalde... wszakże przywiózł skórę... Wisi w salonie klubu... Jest prawdziwa...
- Cóż u djaska, - odpowiadał - myślisz, że niema handlarzy skór w Algierze?
- Ależ są tam ślady kul... okrągłe dziury w głowie!
- He... co?... Czyż w czasach naszych polowań na kaszkiety nie było u wszystkich kapeluszników miasta kaszkietów z gotowemi dziurami i potarganych, które kupowali niezręczni strzelcy?
Nie ulega wątpliwości, że stara sława Tartarina stała powyżej tych nikczemnych insynuacyj. Ale mocno ucierpiała sława świeża, sława alpinisty, bo Costecalde, rozwścieczony, iż go wybrano prezesem nowego Klubu Alpinistów, nie krępował się wcale i głośno krytykował wybór człowieka "ociężałego wiekiem" i rozleniwionego bardzo pobytem w Algierze, gdzie nabył obyczajów wschodnich i nosi szaty fałdziste, co usposabia do zniewieściałości.
Tartarin, coprawda, rzadko brał osobisty udział w wyprawach turystycznych klubu, zadowalniając się życzeniami powodzenia i odczytywaniem w klubie straszliwych, romantycznych sprawozdań "Forum", które sam pisał, jak się zdaje, a wygłaszał z takim patosem i gestami, że damy miały zawsze ochotę mdleć ze wzruszenia.
Przeciwnie, Costecalde, zawiędły i nerwowy, zwany stąd przydomkiem: "Stalowe ścięgno", wdzierał się pierwszy na "szczyty" i wiódł wszystkich. Nie pominął ni jednej "grani" miejscowych "Alpek", na "najniedostępniejszych" nawet zatykając sztandar klubu, t. zw. "Taraskonkę", pokrytą srebrnemi gwiazdami. Mimo wszystko, był jeno wice-prezesem W. P. K. A. Ale przygotował tak dobrze grunt, że pewny był, iż podczas najbliższych wyborów Tartarin zostanie "położony".
Powiadomiony o wszystkiem przez wiernych swoich, aptekarza Bezugueta, Excourbaniesa i dzielnego komendanta Brawidę, bohater nasz zrazu popadł w czarną melancholię i zanurzył się w rozpamiętywaniu nikczemnej niewdzięczności i niesprawiedliwości Costecalda, które raniły piękną jego duszę. Zamierzał "puścić wszystko w trąbę", opuścić ojczyznę, przejść most na rzece i zamieszkać w Beaucaire "u Wolsków". Potem jednak odzyskał równowagę umysłu.
Jakto, miałże wynieść się ze swego domku, wyrzec się nawyknień, zrzec się dobrowolnie fotelu prezesa założonego przez siebie Klubu Alpinistów, owego tajemniczego, a wspaniałego P. K. A., zdobiącego jego papier listowy, bilety, wszystko, aż do podszewki w kapeluszu? Nie, to niemożliwe, do kroćset!... Nagle przyszła mu do głowy myśl świetna.
Tryumfy Costecalda ograniczały się, prawdę mówiąc, na wycieczkach w "Alpki". Czemużby on, w ciągu tych trzech miesięcy, jakie go dzieliły od nowych wyborów, nie miał dokonać jakiegoś przedsięwzięcia nadzwyczajnego, wielkiego, niezwykłego? Dlaczegóżby nie miał zatknąć sztandaru klubu na jednym z najwyższych szczytów Europy, naprzykład na Jungfrau, albo Mont-Blanku?
Cóżby to był za tryumf, cóż za policzek dla nikczemnego wroga, gdyby "Forum" opublikowało sprawozdanie z tego iście bohaterskiego czynu! Czyżby mu potem mógł ktoś w świecie zaprzeczać fotelu prezesa?
Wziął się natychmiast do dzieła. Potajemnie sprowadził z Paryża mnóstwo dzieł specjalnych, traktujących o wyprawach Whympera, Tyndalla i Stephana Aroe na lodowce szczytów szwajcarskich i innych wysokich gór świata, oraz sprawozdania londyńskiego i berneńskiego klubu alpejskiego. Nabił sobie głowę różnemi wyrażeniami technicznemi, jak kominy, chodniki, młyny, usypiska, seraki, moreny, szczeliny, gardziele, rotury i t. p., nie wiedząc dobrze co który z tych terminów oznacza.
Budził się po nocach, gdyż mu się śniło, że spada skądś, leci i spaść nie może, że zapada się nagle w szczeliny bezdenne. Toczyły się nań lawiny, zwały kruszcu lodowcowego otaczały go i grzebały pod sobą jego ciało. Zrywał się, zasypiał na nowo, wstawał i kładł się z powrotem, ale odtąd, nawet po rannej kawie, którą wypijał w łóżku, nie mógł jeszcze przyjść do siebie i zostawał ciągle pod wrażeniem majaków nocnych. Nie przeszkadzało mu jednak poświęcać każdego przedpołudnia wytężającym ćwiczeniom i treningowi specjalnemu.
Wokoło miasta Taraskonu biegnie aleja, wysadzana drzewami, zwana w dykcjonarzu lokalnym Plantacjami. Każdej niedzieli po południu taraskończycy, będący mimo swej wyobraźni zatwardziałymi rutynistami, muszą odbyć spacer wokoło miasta i to zawsze w tym samym kierunku. Tartarin zaczął odbywać ten spacer codziennie wczesnym rankiem, okrążając miasto ośm, a nawet dziesięć razy i to nawet w kierunku wprost przeciwnym. Kroczył drobno, jak chodzi się w górach, miarowo i wolno, ale śmiało i pewnie, z rękoma założonemi na plecy, a sklepikarze i rzemieślnicy, przerażeni tem odstępstwem od uświęconego tradycją zwyczaju, zachodzili w głowę, co może być powodem dziwacznego postępowania pierwszego obywatela miasta.
U siebie w ogrodzie wprawiał się w przekraczanie, lub przeskakiwanie rowów i szczelin, skacząc poprzez basen, pełen wody i zielska. Dwa razy wpadł, potłukł się, zamoczył i musiał zmieniać odzież. Ale te niepowodzenia jeszcze bardziej go podniecały. Postanowiwszy pozbyć się zawrotu głowy, kroczył po wąskiem obrzeżeniu kamiennej cysterny wokoło, ku wielkiemu przerażeniu gospodyni, nie mogącej pojąć tych wszystkich cudacznych pomysłów.
Jednocześnie zamówił w Awinjonie u dobrego ślusarza kolce i pazury do butów systemu Whympera, oraz kilof, czyli oskard systemu Kennedjego. Sprawił lampkę z palnikiem bunsenowskim dla wywołania wysokiej temperatury, dwa nieprzemakalne koce i dwieście metrów liny własnego pomysłu, skręconej z giętkiego drutu.
Sprowadzanie tych rzeczy rozmaitych, posyłki tam i zpowrotem, czego domagała się fabrykacja specjalnych przyborów, oraz obfitsza niż przedtem korespondencja - wszystko to intrygowało bardzo taraskończyków. Mówili sobie: - Prezydent chce wystąpić z czemś nowem! Ale co to takiego? Zapewne coś wielkiego, ...to nie ulega kwestji! - Kierowali się w swych przypuszczeniach, słusznie zresztą, słynnem powiedzeniem komendanta Brawidy, byłego kapitana prowjantury wojskowej: - Orzeł nie poluje na muchy!
Nawet w rozmowach ze swymi najbliższymi Tartarin nie zdradził się niczem. Tytko podczas posiedzeń klubu zauważono, że głos jego drży, a oczy rzucają błyskawice, zwłaszcza, kiedy zwracał się do Costecalda. Był to sprawca całej wyprawy, której niebezpieczeństwa i trudy ujawniały mu się coraz to bardziej, w miarę zbliżania się jej terminu.
Nieszczęsny prezes nie bagatelizował ich wcale, przeciwnie, patrzył tak czarno w przyszłość, że uznał za rzecz konieczną uporządkować swe sprawy i spisać swą ostatnią wolę, co było zawsze rzeczą tak przykrą i trudną dla przywiązanych całem sercem do życia taraskończyków, że przeważnie schodzili ze świata bez testamentu.
Pewnego czerwcowego poranku, gdy niebo było bez chmur, a słońce błyszczało wspaniale, Tartarin siedział przy biurku i pisał. Przez otwarte do ogrodu drzwi gabinetu zaglądały najrozmaitsze egzotyczne i krajowe rośliny, kwiaty siały fale woni, a z ulicy dolatały wesołe okrzyki dzieci, grających w guziki. Tartarin siedział w pantoflach i fałdzistej wschodniej, flanelowej opończy spokojny, szczęśliwy, paląc doskonałą fajkę, i pisał, a pisząc, czytał głośno:
"Mój testament"
Choćby się miało sporą dozę odwagi i znało dobrze życie, chwila pisania testamentu własnego miłą nie jest chyba. Mimo to, ani głos, ani ręka znakomitego męża nie drżały, gdy rozdzielał pomiędzy współobywateli swe skarby etnograficzne, nagromadzone w małym domku, starannie ocierane z kurzu i przechowywane w niesłychanym porządku. Oto ustęp z jego pisma:
- Klubowi Alpinistów zapisuję baobab (arbor gigantea) z tem, by go postawiono z wazonem na kominku w sali obrad,
- Brawidzie - całą mą broń, karabiny, rewolwery, kordelasy, krysze malajskie, tomahawki i inne narzędzia mordercze,
- Excourbaniesowi - wszystkie fajki, cygarniczki, nargile, fajeczki do kifu i opjum,
- Costecaldowi, (i o tym nikczemniku nie zapomniał zacny mąż) słynne zatrute strzały...
Być może, w darze tym tkwiła ukryta nadzieja, że chytry łotr skaleczy się i zginie. Ale nic takiego nie przebłyskało w całym tworze testamentu, zamkniętego zdaniem, z którego biła męska odwaga, rezygnacja i spokój:
- Proszę drogich mych alpinistów, by nie zapominali o swym prezydencie i raczyli przebaczyć memu wrogowi, jak ja mu przebaczam, mimo, że on jest jedyną przyczyną mej śmierci.
Tartarin musiał położyć pióro, gdyż oczy zasłonił mu strumień łez. Przez ciąg jakiejś minuty widział straszliwe obrazy, szczątki krwawe własnego ciała, miazgę nierozpoznawalną u stóp stromej ściany skalnej, patrzył jak je zbierają do wózka, by odwieść do Taraskonu ...a wreszcie... o jakąże potęgę posiada wyobraźnia taraskończyka... był na własnym pogrzebie, słyszał śpiewy żałobne, mowę nad trumną, wyraźnie doszły go słowa: - Biedny grzeszniku, Tartarinie!... - ukrył się w tłumie i sam płakał swej straty.
Ale niemal zaraz oprzytomniał. Zobaczył gabinet, zalany słońcem, broń połyskującą na ścianach, rzędy fajek na stole, posłyszał szmer fontanny w basenie i wrócił do rzeczywistości. - I pocóż umierać, u djaska? - pomyślał. - Poco nawet udawać się na tę wyprawę? Któż mnie zmusza? Co za głupstwo ta cała miłość własna? Pocóż narażać życie za fotel prezydjalny?
Była chwila słabości i minęła podobnie szybko jak poprzednia. W ciągu pięciu minut testament był skończony, podpisany, zapieczętowany olbrzymią, czarną pieczęcią, a wielki mąż spiesznie kończył przygotowania do podróży.
Lew zwyciężył lisa w Tartarinie i można było teraz powiedzieć o bohaterze taraskońskim to, co powiadano o Turenjuszu: Ciało jego niezawsze gotowe było iść w bój, ale wielka wola parła go na czoło wojsk, wbrew ciału!
Zegar wieży ratuszowej Taraskonu wydzwonił dziesiątą. Ulice były o tej porze niemal puste, wydawały się przeto większe, zrzadka jeno spotykali się spóźnieni przechodnie, przygłuszonemi trwogą głosami życząc sobie dobrej nocy. Drzwi zamykały się z trzaskiem, głusza czyniła się coraz to większa, gasły jedne po drugich wszystkie światła, świeciły jeno zrzadka latarnie, oraz błyszczała fasada, różowo-zielona, apteki Bezugueta, przez której szyby widać było drzemiącego u lady aptekarza. Każdego wieczoru brał on w ten sposób małą zaliczkę na sen nocny, aby, jak mówił, z większą przytomnością umysłu obsługiwać w nocy chorych, potrzebujących jego pomocy. Było to coprawda zwykłą taraskonadą, gdyż nie budzono go nigdy, a w dodatku, pragnąc się zabezpieczyć przeciw intruzom, sam przeciął drut dzwonka od ulicy.
W kilka minut po dziesiątej, w aptece zjawił się Tartarin, obładowany pakunkami, kołdrami, oskardem i długą laską z rożkiem kozicy u wierzchu.
Był tak wzruszony, blady i drżący, ze aptekarz, któremu zawód nie odebrał właściwej wszystkim jego współobywatelom fantazji, był przekonany, iż przydarzyło mu się coś strasznego.
- Nieszczęsny! - zawołał. - Co się stało? Zapewne zostałeś otruty! Prędko muszę ci zaaplikować ipecacuany na wymioty!
Rzucił się do puszek z lekarstwami, a Tartarin musiał go objąć wpół i trzymać z całej siły, by uniknąć przysługi, którą mu chciał oddać.
- Słuchajże! Nie jestem otruty! Słuchaj!
Unieruchomiony silnemi dłońmi przyjaciela, aptekarz stał przy ladzie, mocno niezadowolony, że nie mógł odegrać roli zbawcy.
- Czy nas nikt nie słyszy Bezuguet? - spytał Tartarin.
- Oczywiście... - powiedział niepewnym głosem aptekarz, rzucając wokoło siebie przerażone spojrzenie. - Pascalon już śpi (był to pomocnik jego), mama także. Ale nie rozumiem, o co idzie...?
- Zamknij okiennice! - polecił Tartarin, nie odpowiadając. - Mógłby nas kto podpatrzyć z zewnątrz.
Bezuguet usłuchał, drżąc na całem ciele. Był to stary kawaler, łagodny i trwożliwy jak dziewczyna, żył cicho, spokojnie wraz ze starą matką swoją. W przeciwieństwie do swego charakteru, cerę twarzy miał smagłą, wydatne purpurowe wargi, wielki krogulczy nos i sumiaste wąsy, a rysy twarzy przypominały rozbójniczego szeika tunetańskiego.
Takie antytezy zdarzają się często w Taraskonie. Wszyscy mają rysy wydatne, rzymskie, czy saraceńskie, podobne do starożytnych kamei, co dziwnie kontrastuje z zawodem mieszczuchów i ich ultrapokojowem usposobieniem.
Podobnie wyglądał poczciwy Excourbanies na konkwistadora z czasów Tizarra, mimo, że handlował artykułami codziennej potrzeby. Sprzedając szpulką nici za dwa susy, przewracał groźnie oczyma, jak Bezuguet, który, robiąc syrupus gummosus przeciw rozwolnieniu, miał minę korsarza, rzucającego się na wenecką galerę.
Okiennice zostały zamknięte i zasunięte z wewnątrz potężnemi, żelaznemi sztabami. Wówczas ozwał się uspokojony Tartarin:
- Słuchaj Ferdynandzie!
Lubił nazywać ludzi po imieniu. Po tej inkantacji wywnętrzył się przyjacielowi ze wszystkiego, co go gnębiło, wyżalił się na niewdzięczność ludzką, na podziemną, chytrą zawiść, jaka go ściga, opowiedział o nikczemnych zabiegach "Stalowego ścięgna", by go pozbawić prezydentury przy następnych wyborach i sposobie, w jaki zamierza cios odeprzeć. Przedewszystkiem szło o jaknajściślejszy sekret, by rzecz całą wyświetlić dopiero w momencie, kiedy może zadecydować o zwycięstwie. Coprawda nie jest wykluczone niepowodzenie, katastrofa... - He, kroćset! Nie świstajno Bezuguet, kiedy się do ciebie mówi serjo!
Biedny aptekarz miał taki nawyk. Był małomówny, przeto w Taraskonie uchodził za dziwowisko, jednakowoż to właśnie zjednało mu zaufanie prezesa. Usta trzymał złożone zawsze w... o... i gdy słuchał czegoś z zajęciem, wydawał nieustanny, cichy poświst, tak że zdawało się, iż pokpiwa z mówiących nawet w najważniejszych momentach.
Nasz bohater, uczyniwszy aluzję do owej śmierci, położył na ladzie dużą kopertę, zamkniętą wielką czarną pieczęcią, i powiedział:
- Oto mój testament, Bezuguet! A ty jesteś jego wykonawcą!
- Hu... hu... hu... - świstał aptekarz, nie mogąc się powstrzymać, w gruncie mocno wzruszony i przejęty powagą swej roli.
Kiedy nadeszła chwila rozstania, chciał się napić z odjeżdżającym.
- Szklaneczkę czegoś dobrego ...he?
Zbadał wnętrze kilku szaf, ale okazało się, że kluczyk od "czegoś dobrego" zabrała mama. Musiałby ją budzić, tłumaczyć, przeto zastąpiono po naradzie owo "coś dobrego", "lemoniadą kalabryjską", ogłaszaną stale we "Forum", a nazywaną przez złośliwego i zawistnego Costecalda "truposokiem". [Zachodzi tu nieprzetłumaczalna asonancja słów: "Sirop le Calabre, dix sols (soldy) la bouteille verre compris i - "Sirop les cadarres (trupy) vers (robaki) compris - (Syrop trupi z robakami). Przyp. tłum.]. Złośliwość ta przyczyniła zresztą jeno sławy wytworowi aptekarza i taraskończycy przepadali za swym "truposokiem", nadającym przedziwny smak limonjadzie.
Wypili, uronili kilka łez, objęli się, ucałowali, Bezuguet świstał bez przerwy, popłakując tak, że mu z wąsów kapało.
- Bądź zdrów... hę! - powiedział szorstko Tartarin, czując, że sam płacze, a potem wyszedł z apteki na czworakach, ponieważ ciężka roleta żelazna spuszczona była nisko.
W ten sposób rozpoczął swe podróżne przygody.
W trzy dni później znalazł się w Witznau, u stóp Rigi, Postanowił zacząć swe ćwiczenia turystyczne od tej właśnie góry, niezbyt wysokiej, (1800 metrów, a więc około dziesięć razy wyższej od "Strasznego szczytu"), a zarazem zażyć niezwykle pięknego widoku, jakim się z jej szczytu zazwyczaj poją podróżni.
Miał tę słabostkę, że uważał się za słynnego i znanego w całym świecie. Sądził, że posiada tę samą popularność w Europie, co w Taraskonie, to też obawiał się, iż będzie śledzony i szpiegowany. W celu umknięcia ciekawskim i zmylenia ich tropu, nałożył znacznie drogi i uzbroił się w cały przybór turystyczny dopiero zagranicą. Dobrze zrobił, bowiem do wagonu francuskiego nigdyby się nie zmieścił w pełnym rynsztunku bojowym, a chociaż wagon szwajcarski był większy i wygodny, to jednak i tak zaczepiał ciągle linami, kolcami i plecakiem o pasażerów i rozgniatał im palce u nóg oskardem i laską. Sprawę pogarszał jeszcze brak wprawy w posługiwaniu się temi przyborami, to też gdziekolwiek się pokazał, na stacjach, w przystaniach, po hotelach, czy na statkach, budził wielki podziw, wywoływał przekleństwa, płoszył ludzi i odstraszał, na czem sam cierpiał najwięcej, gdyż nie chciano z nim rozmawiać, a lubił mówić i zwierzać się bardzo. W dodatku do tych utrapień miał ciągłą niepogodę, a deszcz prześladował go nieustannie.
Lało strumieniami w Bazylei, w Lucernie, a w Witznau nad Jeziorem Czterech Kantonów ulewa przeistoczyła się w istny potop, spływający po zboczach Rigi, obsiędzionych mgłami. Toczyły się ze stromych ścian potoki brudnej wody, niosącej namuł hal wyżynnych, złomki drzewa, liści, gałązki drzew szpilkowych, słowem było to coś, czego nigdy nie widział w Taraskonie.
W jakiejś gospodzie kazał sobie dać kawy z mlekiem, miodu i masła i delektował się tą jedyną dobrą rzeczą, jaką napotkał w swej dotychczasowej podróży. Okapał sobie brodę miodem, obtarł ją zlekka serwetą i zabierał się do drogi. Włożył plecak na barki i spytał służącej, jak długo trzeba iść na szczyt góry.
- Godzinę lub pięć kwadransów! - odparła. - Ale proszę się spieszyć, pociąg odchodzi za pięć minut!
- Pociąg na Rigi? - zdumiał się bardzo i był przekonany, że go biorą na kawał.
Pokazano przez okno gospody, o szybach, w ołów oprawionych, pociąg, ruszający właśnie. Zobaczył dwa długie wagony, popychane przez grubą lokomotywę o krótkim, grzybkowatym kominie, pochyloną naprzód, podobną do koślawego samowarka, czy jakiegoś poczwarnego owadu, wdrapującego się z sapaniem na prostopadłe niemal ściany skalne.
I znowu w Tartarinie stanęły do walki lew z lisem i znowu ogarnęło go obrzydzenie do posiłkowania się tą ohydną maszyną. Wydało mu się śmiesznością przebywać przepaście w ten sposób, a więcej jeszcze przerażała go myśl spadnięcia, za lada wykolejeniem, z wysokości co najmniej tysiąca metrów. Uwagę jego zwrócił niewielki cmentarzyk w Witznau, przytulony do samych skał białemi nagrobkami, podobnemi do upranej i rozwieszonej bielizny. Widocznie nienadarmo był ten cmentarzyk tak blisko, oczywiście szło o to, by go podróżni mieli tuż pod ręką w razie potrzeby. Wobec tych refleksyj zwyciężył lew taraskoński i Tartarin postanowił:
- Pójdę piechotą... dla wprawy... hę?
Ruszył tedy, zajął się wyłącznie sposobem używania laski i oskarda i nie zważał na zbiegowisko, jakie się wkoło niego uczyniło. Personel oberży dawał mu przestrogi i wskazówki różne, ale nie słuchał niczego. Uczynił dobrze, gdyż "język szwajcarski" jest niezrozumiały zgoła dla Europejczyka. Szedł zrazu wzdłuż linji kolejowej, wznoszącej się niezbyt stromo, wybrukowanej głazami ostremi i nierównemi, przypominającemi uliczki miast w południowej Francji i obrzeżonej ściekami dla mas wody, lecących z góry.
Mijał po lewej i prawej stronie wielkie winnice i łąki, pokryte wysoką, teraz mokrą i położoną ulewą trawą, a na nich długie kanały nawodniające, zdrążone z pni drzew. Wszystko wokół przepełniał szum deszczu i rozgwar kaskad, a ile razy podróżnik nasz zawadził o konar drzewa, spadał mu na kaszkiet tusz zimny, jakby wstąpił w snop, miotany przez sikawkę pożarną.
- Boże wielki! Cóż za masa wody? - wzdychał biedny mieszkaniec Południa.
Ale było nierównie gorzej, gdy w pewnej wysokości skończył się ów bruk i ścieki. Tartarin sławić teraz musiał sam czoło dzikim siklawom, skakać ze skały na skałę i wymijać poszczególne strumienie. Im wyżej wstępował, tem ich było więcej, a w końcu połączyły się wszystkie w jedną rwącą falę, coraz, im wyżej, coraz to zimniejszą i bardziej gwałtowną. Stanął, by nabrać tchu i, spojrzawszy wokoło, doznał bardzo niemiłego wrażenia, bo widział jeno mokre skały, a pod stopami miał ciężkie zwały oparu i chmur, przez które przebłyskiwały czasem szaluty Witznau, podobne maleńkim, na zielono lakierowanym zabawkom.
Z początku mijali go przechodnie, mężczyźni, kobiety i dzieci. Szli pochyleni, uginając się pod ciężarem wysokich, krągłych putni, szelkami umocowanych na grzbietach, zawierających prowjanty dla will i pensjonatów, których fasady widniały tu i owdzie pośród drzew.
- Czy blisko Rigi-Kulm? - pytał ich Tartarin, by się przekonać, że nie zmylił drogi.
Ale dziwaczny jego strój i wyekwipowanie, a zwłaszcza szeroki szal, zasłaniający mu twarz, przerażały widocznie wszystkich, gdyż nie odpowiadali wcale, przyśpieszając jeno kroku.
Wyżej napotykał coraz to mniej osób, a wkońcu został sam jeden. Ostatnią istotą ludzką, jaką zdybał, była stara kobiecina, piorąca bieliznę w sadzawce, utworzonej z wypróchniałego pnia. Starucha rozpięła nad sobą olbrzymi czerwony parasol, zatknąwszy jego trzonek w ziemię.
- Czy daleko do Rigi-Kulm? - spytał alpinista.
Podniosła nań twarz głupkowatą, o ziemistej cerze, ruchem, przypominającym krowę, która się czemuś dziwuje. Patrzyła długo, długo i nagle wybuchła śmiechem, który rozwarł jej usta od ucha do ucha. Zmarszczki, pokrywające jej oblicze, pogięły się w dziwne kształty, zamykała oczy, otwierała je znowu, a radość jej wzrastała z każdą chwilą. Tartarin z laską w ręku i olbrzymim oskardem na plecach stał przed nią i mruczał przekleństwa, wkońcu poszedł sobie. Ale zaraz zmylił drogę i zabłądził w jakimś sosnowym lasku, gdzie podłoże pokryte było mokrym mchem, po którym się ślizgały jego trzewiki.
Powyżej lasku nie było już ani ścieżek, ani drzew, ani pastwisk. Otoczyły go jeno głazy czarniawe, wielkości wprost niepojętej, to znów ruchome szutrowiska, grożące obsunięciem, a gdzie niegdzie stały jeziorka, pełne żółtego błota. Gramolił się na czworakach na głazy, szedł ostrożnie po żwirze, brodził po wodzie, macając jak ślepiec laską, a wszystko napawało go wielkim strachem. Co chwila spoglądał na busolę, zwisającą jako brelok u szerokiego paska od zegarka, zastępującego łańcuszek, ale bądź to skutkiem wysokości, na jakiej się znalazł, bądź też przez wahanie się temperatury, igiełka przyrządu zachowywała się dziwnie, jakby oszalała. Niesposób też było zorjentować się wzrokiem, z powodu gęstej mgły, zakrywającej wszystko w odległości dziesięciu kroków. Mgła ta, od chwili stała się w dodatku zimną, skały zabieliły się od śniegu, powierzchnia ich nawet okryła się cienką warstewką lodu, co wszystko razem wzięte bardzo utrudniało drogę.
Nagle zatrzymał się, spostrzegłszy biały pas ziemi przed sobą. Przyszło mu na myśl, że doszedł w strefę śniegu, a przeto winien pomyśleć o ochronie wzroku. Dobył niezwłocznie puzderko z okularami i troskliwie zasadził na oczy szkła bombiaste. Była to chwila uroczysta, Tartarin odczuł wzruszenie i fala dumy zalała jego serce. Wydało mu się, że jednym zamachem wzniósł się co najmniej o tysiąc metrów wzwyż, ku odległym szczytom i wielkim niebezpieczeństwom zdążając.
Odtąd posuwał się z większą jeszcze ostrożnością, myśląc ciągle o rozpadlinach, szczelinach, roturach, kominach i innych rzeczach, wyczytanych w książkach, a zarazem klął co wlazło ludzi z gospody, którzy mu radzili iść prosto przed siebie, bez przewodnika.
A może pomylił się i idzie na inną górę? Podróż trwała już więcej niż sześć godzin, a Rigi nie wymagała więcej niż trzech godzin drogi. Dął teraz straszny wichr zimny, miotając coraz gęstszym śniegiem, mgła się zbijała w coraz to większe kłęby i zaczął na dobre padać mrok.
Czyż tutaj ma spędzić noc? Gdzież znajdzie szałas, grotę bodaj, czy rozpadlinę, by go osłoniła od chłodu i deszczu? Właśnie w chwili, kiedy nie na żarty popadać zaczął w rozpacz, zobaczył na nagiej płaszczyźnie skalnej coś w rodzaju wielkiej zagrody z drzewa, a na niej napis olbrzymiemi literami, który odcyfrował z mozołem:
"Fotografje z Rigi-Kulmu".
W tej samej chwili ukazał mu się w pewnej odległości majestatyczny gmach hotelu o trzystu oknach, rozbłyśnionych jasno, i werandą oszkloną, przyozdobioną mnóstwem latarń, przenikających czerwoną poświatą mgłę nocy.
I
Zjawisko na Rigi-Kulm - Kto to? - Rozmowy u stołu na sześćset osób. - Ryż i suszone śliwki. - Zaimprowizowany bal. - Cudzoziemiec zapisuje swe nazwisko w księdze hotelowej. - P. C. A.
Dnia 10 sierpnia 1880 roku, owej godziny, kiedy to, jak zachwalają wszelakie Baedeckery, słońce tak uroczo tonie poza rozpłonionemi szczytami śnieżnych Alp, żółta, gęsta, spoista i nieprzenikniona wzrokiem mgła, przesiana pierzem polatującego śniegu, okrywała szczyt Rigi-Kulmu, królowej gór, (regina montium). Tonął w niej bez ratunku olbrzymi hotel, tak dziwnie wyglądający pośród skalistych turni wyżynnych, hotel, noszący miano toż samo co góra, oszklony niby cieplarnia czy obserwatorium, zwalisty i obszerny jak cytadela, a wraz z nim nurzali się we mgle rozliczni turyści, rozkochane w słońcu jednodniówki, które się tu zlatują chmarami, by je podziwiać.
Czekając na drugie uderzenie gongu, zwiastującego moment rozpoczęcia wieczornego posiłku, goście wielkiego karawanseraju kwasili się bezczynnie po apartamentach swoich, albo leżeli w półomdleniu nudy, porozkładani w fotelach, na pufach i otomanach czytelni, grzejąc się, niby leniwe koty u kaloryferów, promieniujących mdłą falę ciepła. Oszukując oczy, którym obiecano wspaniałości zjaw natury, poili je widokiem mnóstwa drobnych lampek, rozsianych po plafonach i ścianach, lub wpijali w sztuczne słońca wielkich świeczników, bujających się skrzypliwie u wyciągniętych ramion, misternie zdobionych kolumn żelaznych werandy.
O, Baedeckerze!... Wydrapywać się aż tak wysoko, pędzić z końca świata aby... to... zobaczyć? Doprawdy kpiny!
Nagle wyłoniło się z mgły coś przedziwnego i zaczęło zbliżać się zwolna ku hotelowi, wydając brzęk żelaziwa. Mara owa czyniła gesty przesadne, rozpaczliwe niemal, widocznie zawadzało jej dziwne brzemię i ciężyło bardzo.
Znudzeni turyści zbliżyli się do okien i z nosami rozpłaszczonemi na szybach usiłowali rozpoznać to coś, co, zwłaszcza ciekawe misses angielskie o chłopięcych fryzurach uważały i w pierwszej chwili uznały za zbłąkaną krowę, potem zaś za druciarza, obarczonego mnóstwem przyborów.
Gdy zjawisko zbliżyło się na dziesięć kroków, znowu zmieniło postać. Wyglądało teraz, jak średniowieczny łucznik z burką na ramieniu, i w kasku ze spuszczoną przyłbicą, okrywającą całą twarz, co było jeszcze dziwniejsze od krowy czy druciarza.
Przybywszy na werandę, niezwykła stwora owa przedstawiła się oczom patrzących w kształcie cokolwiek bardziej znanym. Był to mężczyzna krępy, niewysoki, przysadkowaty i czerstwy. Zatrzymał się, dysząc ciężko, potem otrząsnął śnieg z trzewików i kamaszy koloru jasnoczekoladowego. Tego samego koloru byt też kaszkiet, osłaniający mu głowę i wełniany tkany szal, z pod którego wynurzał się tylko kosmyk szpakowatej brody i olbrzymie zielone okulary z nasadzonemi wypukłemi szkłami. Na plecach sterczał mu wielki kilof żelazny na długiem toporzysku i piętrzył się wypchany plecak, pęk grubych, metodycznie skręconych lin zwisał przez piersi, a u pasa rzępoliły haki i ostre szpony do obuwia, służące do wycieczek po stromych iglicach skalnych.
Ubrany był w luźną bufiastą angielską bluzę, z licznemi niezgłębionemi kieszeniami, na wierzchu przyszytemi i krótkie spodnie, ginące w kamaszach, a strój ten dopełniał rynsztunku niezwykłego alpinisty.
Uniform ten i wyekwipowanie, zupełnie na miejscu na samotnych szczytach Mont-Blanku, lub Finsteraarhornu, musiał obudzić wielkie zdumienie tutaj, na Rigi-Kulm, w hotelu, oddalonym kilkanaście kroków od stacji kolejowej.
Co prawda, alpinista przybył od strony przeciwległej stacji, a stan, w jakim znajdowały się jego trzewiki i kamasze, świadczył, że długo wędrował po śniegu i wodzie.
Przez chwilę rozglądał się po hotelu i jego urządzeniu z niemym podziwem; nie spodziewał się widocznie spotkać na wysokości dwu tysięcy metrów ponad poziomem morza budynku tak wspaniałego z oszkloną galerią, kolumnadą, siedmioma piętrami okien i szeroką werandą, obstawioną roślinami w wazonach. Wyglądało, jakby na szczyt góry wyniesiono paryski Plac Opery.
Dziwił się tedy, ale zdziwienie gości było jeszcze większe i gdy wszedł wreszcie do obszernego halu, mnóstwo osób stłoczyło się wokół niego. Goście wystawiali głowy z pokojów, nadbiegli bilardziści z kijami w rękach, starsi panowie z rozłożonemi dziennikami, damy z książkami i robótkami, a w głębi, w amfiladzie schodów ukazały się tłumnie głowy służby, zwieszone z pięter w dół.
Przybyły przemówił głębokim, donośnym basem południowca, tętniącym jak cymbały:
- U kroćset... a to ładna pogoda!
Zdjął kaszkiet i okulary.
Dyszał ciężko.
Oszołomiły go na chwilę: światło, lśniące wszędzie, ciepło płynące z kaloryferów, kontrastujące tak żywo z ciemnością i zimnem na dworze, dalej wspaniały plafon, portjer w srebrzystej liberji, napisy haftowane na czapkach służby: "Regina montium", krawatka biała dozorcy służby, wreszcie bataljon Szwajcarek w narodowych strojach, który zjawił się w kornych szeregach na odgłos dzwonka.
Ale zaraz odzyskał rezon. Czuł, że nań patrzą, przeto jak aktor przed pełnemu lożami przybrał niezwłocznie pozę, odpowiednią do okoliczności.
- Pan sobie życzy?...
Zarządca hotelu zbliżył się niepostrzeżenie i pytał go w ten sposób z pewnem lekceważeniem. Była to osobistość, bardzo elegancko ubrana w żakiet, twarz ocieniały mu jedwabiste bokobrody, a mina przypominała fryzjera damskiego.
Alpinista zażądał spokojnie pokoju.
- Mały pokoik... ciepły kącik, narazie... nic więcej! - powiedział dobrotliwie, patrząc na dostojnika poufale, jakby go znał od stu lat.
Zarządca miał się właśnie rozgniewać, gdy zjawiła się nadobna Szwajcareczka, wtłoczona w sztywny gorset, zahartowany złotem, z bufiastemi białemi rękawami koszuli i spytała czy raczy udać się do windy. Przybyły nasrożył się, jakby mu zaproponowano zbrodnię.
- Ja mam jechać windą? - wrzasnął, aż zabrzękły na nim wszystkie żelazne przybory.
Natychmiast udobruchał się jednak i rzekł łagodnie.
- Nie... pójdziemy sobie piechotką, moja koteczko! pedibus cum jambis - spacer, jak się u nas powiada.
Udał się za nią, zajmując całą szerokość schodów, roztrącając ludzi szerokiemi barami, zaczepiając o różne rzeczy swemi kanciastemi przyborami podróży, a po całym hotelu szedł pogłos pytań w różnych językach: - Któż to taki? - Nagle zabrzmiało drugie uderzenie gongu, uwaga wszystkich zwróciła cię w inną stronę i nikt już nie zajmował się niezwykłym podróżnikiem.
Ciekawy widok przedstawiała owa sala jadalna na Rigi-Kulm.
Sześćset nakryć lśniło porcelaną, srebrem i kryształami na stołach, ustawionych w podkowę, na których naczelne miejsca zajmowały szeregi kompotjerek z suszonemi śliwkami w brunatnej juszce i półmiseczki z ryżem, oraz takież szeregi bukietów. Mnóstwo sosów jasnych i ciemnych odbijało refleksy świateł, padające od ścian i zwierciadeł, oraz ułamki złoconych kasetonów stropu.
Podobnie jak we wszystkich tabl?s d'hôteach szwajcarskich i tutaj, ryż i śliwki dzieliły obiad i biesiadników na dwa wrogie stronnictwa i wystarczyło śledzić spojrzenia nienawiści i pogardy, miotane na te dwa rodzaje deseru, by zrozumieć do którego każdy z gości zalicza się obozu. Ryżowcy odznaczali się bladością twarzy i rozmarzonemi błędnemi oczyma, Śliwkowcy mieli srogie spojrzenia i przekrwione, apoplektyczne oblicza.
Tegoż dnia Śliwkowcy byli liczniejsi i w dodatku liczyli w swych szeregach dużo znakomitsze osobistości. Byli tam ludzie sławy europejskiej, pośród których wymienić należy wielkiego historyka Astier-Réhu, członka Akademji Francuskiej, barona Stoltz'a, austro-węgierskiego dyplomatę, lorda Chipendale, członka Jockey-Clubu z siostrzenicą (hm... hm...), oraz słynnego profesora d-ra Schwanthalera z uniwersytetu w Bonn i peruwiańskiego jenerała z ośmiu córkami.
Ryżowcy mogli tej falandze przeciwstawić dzisiaj ledwo wedetę, złożoną z pewnego senatora belgijskiego z rodziną, panią Schwanthaler, żonę znakomitego Śliwkowca i pewnego włoskiego tenora, wracającego z Rosji, który rozkładał po obrusie olbrzymie spinki swych mankietów, podobne spodkom od filiżanek.
Zapewne owa waśń śliwko-ryżana musiała sprawić, iż towarzystwo było zmrożone i sztywne. Trudnoby bowiem było zrozumieć, czemu sześciuset biesiadników milczało, czemu rzucali na się lodowate, ponure, dostojne, pogardliwe spojrzenia. Obserwator, jeno na pozory zwracający uwagę, mógłby przypisać owo milczenie angielskim obyczajom, rozpowszechnionym po Szwajcarji i całym świecie, czyniącym z ludzi dostojne bryły lodu.
Ale nie! Te ludzkie istoty miały zaprawdę inny powód miotania w siebie cicho, bez warkotu sunących, strzał nienawiści. Powtarzam, że kamieniem obrazy były półmiski ryżu i kompotjerki z suszonemi śliwkami. Inaczej wielojęzyczne i międzynarodowe grono gości musiałoby czynić hałas, jaki panował pod wieżą Babel.
Po chwili wszedł przybyły dopiero co alpinista. Przystanął, zdziwiony ową biesiadą mnichów, co zaprzysięgli milczenie, owych trapistów, ucztujących w refektarzu, rozbłysłym światłem kinkietów, kaszlnął lekko, a gdy nikt nie zwrócił nań uwagi, usiadł na szarym końcu, tam, gdzie było miejsce, przeznaczone dla ciurów hotelowych. Uwolniony z dziwacznej zbroi swej, przybyły wyglądał teraz jak każdy inny turysta, może tylko miał minę dobrotliwszą i swobodniejsze ruchy. Przycięta w klin, szpakowata bródka, majestatyczny nos, krzaczaste, nasrożone brwi, dzikie a dziecięce zarazem spojrzenie, oto były najznamienniejsze cechy zewnętrzne nowego gościa.
Ryżowiec, czy Śliwkowiec? Nie wiedziano tego jeszcze.
Siadł, ale zaraz opuścił swe miejsce z okrzykiem: - Do kroćset! Tu przeciąg! - Poskoczył ku wolnemu krzesłu pośrodku stołu.
Zatrzymała go Szwajcarka, służebna z kantonu Uri, obwieszona srebrnemi łańcuszkami i nastroszona białemi falbankami.
- To miejsce zajęte, proszę pana!
W tej chwili ozwała się cudzoziemskim akcentem młoda panna, siedząca opodal, której dostrzegał jeno złote włosy i białą dziewiczą płeć:
- To miejsce wolne! Brat mój jest chory i nie zejdzie na dół! Proszę pana!
- Chory? - spytał ze współczuciem, siadając obok niej. - Chory! Mam nadzieję, że nic groźnego, he?
Mówił dziwnem narzeczem, naszpikowanem okrzykami, jak: he... co... au... o... uf... oraz innemi w guście: kroćset.. u djaska... dalipan... Wszystko to podkreślało bardziej jeszcze jego południowy djalekt. Widocznie nie podobało się to blondyneczce, gdyż milczała, odpowiadając jeno lodowatem spojrzeniem ciemno-szafirowych, przepastnych oczu.
Sąsiad po prawicy nie budził również wielkiej sympatji; był to tenor włoski, chłop rosły, niskoczoły, z wąsami kota, które podmuskiwał ciągle w górę, z gestem tajonej wściekłości od chwili, kiedy go rozdzielono z piękną sąsiadką.
Ale poczciwy alpinista nawykł do pogwarki przy jedzeniu; było mu to konieczne dla zdrowia.
- Oo... co za śliczne spinki! - rzekł sam do siebie, łypiąc okiem ku mankietom artysty. - Te nuty inkrustowane w jaspisie, to coś wprost bajecznego!
Tętniący głos jego rozlegał się po sali, nie budząc echa.
- Pan jest zapewne śpiewakiem? - zwrócił się doń wprost.
- Non capisco! - mruknął tenor pod nosem.
Przez chwilę alpinista pożerał jadło w przymusowem milczeniu. Ale kawałki mięsa stawały mu w gardle. Kiedy siedzący naprzeciw niego austro-węgierski dostojnik sięgnął drżącemi, wyschłemi, otulonemi w mitynki, rękami po musztardę, chcąc ująć naczyńko, alpinista podał mu je uprzejmie.
- Proszę bardzo, panie baronie! - powiedział ugrzeczniony, bowiem słyszał, że służba tak tytułuje dyplomatę.
Niestety, dostojnik z pozoru tylko wyglądał na bystrego i sprytnego, bowiem rysy twarzy ułożyły mu się w ten sposób w ciągu długiej, dyplomatycznej karjery chińskiego mandaryna. Zatracił on już oddawna zdolność formułowania myśli i wyrażania ich słowami. Podróżował teraz w tym wyłącznie celu, by je sobie przypomnieć. Wytrzeszczył przepaściste, puste do dna oczy, wlepił je w twarz nieznaną, a potem zamknął je bez słowa. Trzebaby chyba dziesięciu dyplomatów tej samej siły intelektualnej co baron Stoltz, by znaleźć odpowiednią formułę podziękowania.
Wobec tego nowego niepowodzenia, alpinista uczynił gest straszliwy: porwał butelkę i zdawało się, że roztrzaska ją o pusty czerep dyplomaty, ale nalał tylko wina w szklankę swej sąsiadki, która ani nie żądała tej przysługi, ani jej nawet nie zauważyła, zajęta rozmową z kilku młodymi ludźmi, siedzącymi po stronie przeciwnej. Mówiła jakimś dziwnym, miękim szczebiotem, zgoła niezrozumiałym, ożywiła się bardzo, różowe uszko, zwrócone ku alpiniście, krwią nabiegło.
- Polka, Rosjanka czy Norweżka? - pomyślał, w każdym razie coś północnego. I naraz przyszła mu na myśl piękna piosnka rodzinnego kraju. Bez namysłu zaczął nucić półgłosem, rozlegającym się jednak donośnie:
O coumtesso gento,
Estelo dou Nord
Que la neu argento,
Qu'Amour friso en or.
[Taraskońska piosenka Fryderyka Mistrala].
Zwróciły się nań oczy wszystkich, goście pomyśleli zapewne, że oszalał. Zaczerwienił się, spuścił oczy i zanurzył się w talerzu, poprzestając jeno na odpychaniu z oburzeniem kompotjerek ze śliwkami.
Tego już było za dużo.
Uczynił się wielki rumor, zaczęto odsuwać hałaśliwie krzesła. Uczony akademik, lord Chipendale, profesor z Bonn i kilku notablów, stronnictwa Śliwkowców opuścili salę na znak zbiorowego protestu.
Po chwili uczynili to samo Ryżowcy, spostrzegłszy, że odpycha również półmisek z ryżem, z takiem samem oburzeniem.
- Ani ryżu, ani śliwek?... - myśleli. - Cóż to za człowiek?
Szli korowodem w lodowatem milczeniu, ze spuszczonemi głowami, pogardliwym wyrazem ust, mijali go procesjonalnie i został niebawem sam jeden w ogromnej, oświetlonej sali, popijając gęsto wino, wedle zwyczaju swej ojczyzny i dumając nad powodem takiej powszechnej, jednomyślnej pogardy.
Nie pogardzajmy nikim, drodzy przyjaciele. Pogarda, to jedyna metoda zachowania się dorobkiewiczów, komedjantów i głupców, to pozór, pod którym kryje się zazwyczaj nicość, często łajdactwo, to coś, co ma zwalniać z rozsądku, wiedzy, czy dobroci serca. Wszyscy garbaci zachowują się pogardliwie, wszystkie krzywe, koślawe nosy kurczą się z pogardą, napotkawszy nos prosty.
Wiedział o tem nasz zacny alpinista. Minęła mu czterdziestka, wiek, w którym człowiek posiada już klucz tajni życia i zna nawylot ten skarbiec ludzki. Znał monotonję istnienia i znał wartość rozrywek, jakie ją umilić mogą, ale nie tajną mu też była własna wartość, przeto nie obchodziła go wcale opinja tych wszystkich ludzi. Wystarczyło powiedzieć: - to ja... - by zmienić w płaszczącą się uległość dumne miny i uśmiechem okrasić te usta. Ale incognito podobało mu się.
Cierpiał tylko, nie mogąc mówić, hałasować, wywnętrzać, opowiadać, ściskać kogoś, całować, klepać przyjaźnie po ramieniu i nazywać po imieniu, to go jeno gnębiło na Rigi-Kulm.
Zwłaszcza to przymusowe milczenie.
- Gęba mi zardzewieje napewno! - wzdychał biedak, włócząc się po hotelu i nie wiedząc, co począć.
Zaszedł do kawiarni wielkiej i pustej jak kościół w dzień powszedni, zawołał na chłopca familiarnie: - Chodźno tu przyjacielu! - i zamówił: - Mokę gorącą bez cukru... co? - a gdy chłopiec nie spytał: - Czemu bez cukru? - dodał żywo: - Nawykłem do tego w Algierze, czasu moich wielkich łowów!
Chciał mu coś opowiedzieć pokrótce, ale chłopiec uciekł jak duch, bez szelestu, ślizgając się w pantoflach po dywanie i podbiegł do lorda Chipendale, rozłożonego na pufie i ryczącego ochrypłym dyszkantem raz po raz: - Tchimppegne! Tchimppegne! - co miało znaczyć, że chce flaszkę szampana. Korek wyskoczył ze zwykłym łoskotem, a potem ucichło wszystko, słychać było jeno poświst wiatru i monotonny szelest śniegu, bijącego o szyby.
Podobnie ponuro było i w czytelni, wszyscy trzymali w rękach dzienniki. Wokół długich stołów widniały setki głów pochylonych, zieleniło się sukno, a z sufitu lały się strumienie światła. Od czasu do czasu ktoś ziewnął, zakaszlał, zaszumiał gazetą i znowu bezwład sali stawał się zupełny. Po obu stronach kominka siedzieli, oparci plecami o ciepłe kafle, dwaj męże nauki, dwa filary wiedzy historycznej, nienawidzący się serdecznie: Schwanthaler i Astier-Rechu. Los, niby na drwiny, sprowadzał ich zawsze razem, gdziekolwiek się ruszyli w Szwajcarii, co było zrozumiałe, gdyż obydwaj jechali za biletami okrężnemi kompanji Cook'a i ciągle musieli przebywać ze sobą, mimo, że w niezliczonych publikacjach polemicznych, sprostowaniach i notatkach używali o sobie stale wyrażeń takich, jak: "Schwanthaler, kwadratowy osioł" ...i "nieuk, Astier-Rechu".
Łatwo wyobrazić sobie, jak został przyjęty alpinista, gdy się przysiadł, zaczynając naukową pogwarkę, spragniony wiedzy. Niby z wyżyn lodowca spadły nań dwa strumienie zimnej wody, której znieść nie mógł z natury. Zerwał się tedy zaraz i zaczął, zarówno dla odzyskania kontenansu, jak i rozgrzania się, chodzić po sali. Widząc leżące tu i owdzie, pośród grubych biblij, romanse z bibljoteki "Klubu Alpejskiego", wziął jeden roztrzęsiony tom i chciał go zabrać do swego pokoju dla przeczytania w łóżku kilku stronnic, ale musiał go oddać cerberowi, pilnującemu drzwi, gdyż zarząd hotelu nie lubił, by biblioteka roznoszoną była po pokojach gości.
Błądząc z kąta w kąt, uchylił drzwi sali bilardowej, gdzie tenor włoski grał sam ze sobą, pozując torsem i błyskając mankietami, z zamiarem zwrócenia uwagi pięknej blondynki, sąsiadki stołu, siedzącej na sofie z kilku młodzieńcami, którym czytała list jakiś.
Gdy alpinista wszedł, przerwała, a jeden z młodzieńców wstał. Był to olbrzym, coś w rodzaju muzyka rosyjskiego, pół wilka, pół człeka o kosmatych łapach, z długiemi, czarnemi, połyskliwemi włosami, łączącemi się ze zwichrzoną, niestrzyżoną nigdy brodą. Drągal podszedł do przybyłego i spojrzał nań tak ostro i wyzywająco, że biedny alpinista, nie żądając wytłumaczenia, co to ma znaczyć, wykonał w lewo zwrot w sposób zarówno przezorny, jak dostojny i pełen godności.
- Kroćset... te wilki północne nie umieją nic innego, jak pokazywać zęby! - powiedział głośno i trzasnął drzwiami, by dać dowód dzikusowi, że się go nie boi.
Pozostał salon, jako ostatnia ucieczka. Udał się tam. - U kroćset! - mruknął. - Na miły Bóg, ależ to trupiarnia! Trupiarnia z góry św. Bernarda, gdzie mnichy wystawiają zwłoki znalezionych w śniegu w pozycjach, w jakich ich śmierć zaskoczyła! - Takim był salon hotelowy.
Damy obsiadły sofy i okrągłe pufy, niektóre leżały same, rozparte w fotelach. Wszystkie misses tkwiły przy piecu, trzymały w rękach książki, robótki i pisma ilustrowane, zastygłe w pozycjach, w jakich ich śmierć zaskoczyła. W osobnym kącie zamarzły córki generała peruwiańskiego, ośm Peruwjaneczek o cerze szafranowej, ostrych rysach, wystrojone w barwne wstążki i jaszczurkowatych barw, jaskrawe suknie, modą angielską skrojone. Biedne małpki, nawykłe ruszać się, skakać po drzewach, wieszać się na ogonach u rozbujanych gałęzi. Serce się krajało na widok bezruchu, w jakim trwały te ofiary dobrego wychowania i angielskich manier. Zamróz szedł od ciał, skostniałych w tropikalnej atmosferze salonu. Przy pianinie widniała tragiczna maska trupa austro-węgierskiej dyplomacji. Siedział skamieniały. Przed chwilą usiłował odegrać polkę własnej kompozycji, ale ...zapomniał ...jak to być miało. Zaczynał od początku od tego samego motywu, nie mogąc rozwinąć tematu. Wreszcie nieszczęsny Stoltz zasnął z rękami na klawiszach, zwiesił żółtą twarz na piersi i spał wyprostowany, snadź zapomniawszy się pochylić, a wraz z nim zasnęły wszystkie damy, a na głowach ich kołysały się białe czepeczki, podobne do chrustu karnawałowego o zadartych rożkach, będące obowiązkowem przybraniem głowy w podróży po Szwajcarji, a wprowadzone, oczywiście, przez damy angielskie.
Wejście alpinisty nie obudziło nikogo. On sam padł w najbliższy fotel, owładnięty tym samym zamrozem nudy i zabierał się do drzemki. Nagle dobiegły uszu jego silne, radosne akordy. W halu zjawiło się towarzystwo wędrownych muzykantów; harfista, flecista i skrzypek. Byli to biedacy, wynędzniali i budzący politowanie, ubrani w surduty czarne, sięgające do kostek, włóczący się od hotelu do hotelu w śnieg, wiatr i szarugę. Od pierwszych zaraz tonów zapał ogarnął alpinistę. Zerwał się i zawołał:
- Dalipan! Brawo! Rznij muzyka!
Zaczął biegać, otwierać drzwi, robić honory muzykantom, poić ich szampanem i nie pijąc, upijał się sam ową muzyką, która mu wróciia życie. Naśladował flet, harfę, trzaskał palcami ponad głową, przewracał oczyma i próbował pląsów, ku wielkiemu zdumieniu gości, którzy się zewsząd zbiegli tłumnie.
Gdy popłynęły tony strausowskiego walca, który podnieceni muzykusy grali w tempie szalonem jakiejś cygańskiej galopady, alpinista, dojrzawszy niedaleko żonę prof. Schwanthalera, niską Wiedenkę, krągławą, filuterną i żwawą mimo siwych włosów, poskoczył, objął jej kibić i wyprowadził w lansadach na środek, wołając na innych:
- Prosić damy! Zaczynamy panowie! Kroćset... tysięcy!
Na to hasło odrazu odtajał cały hotel i wszystkich ogarnął wir zawrotny. Tańczono w halu, w salonie, wokół zielonych stołów czytelni i w bilardowej sali. Ten szatański człowiek wlał wszystkim ogień w żyły, Sam jednak przestał, zasapawszy się po kilku turach porządnie, pilnował tylko balu, naglił muzykantów, łączył pary, rzucił profesora z Bonn w objęcia starej Angielki, a Astierowi wsadził w ramiona najzajadlejszą Peruwjankę. Niesposób mu się było opierać. Szedł odeń jakiś żar, czyniący wszystko wesołem, prostem i lekkiem. I... kroćset... tysięcy... podziała się gdzieś nienawiść i pogarda, znikli Ryżowcy i Śliwkowcy, wszyscy walcowali jak opętani.
Szał wzrastał z każdą chwilą, tany przeniosły się na piętra, w kurytarze, aż do szóstego piętra wirowały pary, a lokaje porwali w objęcia wykrochmalone Szwajcarki, obracające się jak automaty w takt muzyki. Migały kolory, tupot, łoskot i pokrzyki kierownika balu roztętniły cały hotel.
Niechże sobie wiatr świszcze na dworze, niech miota latarniami, brzęczy w drutach telegraficznych i wznosi spirale śniegu na samotne szczyty. Tutaj, ciepło, dobrze, wesoło, i pewnie nikt oka nie zmruży do rana.
- Kroćset tysięcy... dosyć ze mnie! Pójdę, spać! - powiedział sobie w końcu alpinista, człowiek przezorny, pochodzący z kraju, gdzie każdy wpada w szaleństwo nader łatwo, ale jeszcze łatwiej wraca do równowagi. Uśmiechał się pod wąsem, wyśliznął się i ominął zręcznie rozbawioną mamę Schwanthaler, która szukała go wciąż, czepiała się go, chciała bez końca "ballir, dancir..."
Wziął klucz i poszedł. Ale na pierwszem piętrze przystanął i, przechyliwszy się przez poręcz, chwilę rozkoszował się swojem dziełem, patrząc na setki ludzi, których rozkrochmalił, rozruszał i przywrócił do życia.
Gdy był blisko swego pokoju, zbliżyła się doń zadyszana od tańca Szwajcarka, podała mu pióro i księgę meldunkową.
- Czy mogę prosić o łaskawe zapisanie swego, czcigodnego nazwiska? - spytała.
Zawahał się na moment. Czy trzeba zachowywać dalej incognito, czy nie?
- Kroćset tysięcy... i poco? - mruknął do siebie. Choćby wiadomość, że przybył, dostała się na dół, nikt się i tak nie domyśli poco się znalazł w Szwajcarji. Zresztą, jakież będzie zdziwienie owych wszystkich "ingliszmenów", gdy się dowiedzą jutro, że to on... Ta dziewczyna rozpowie niezawodnie... Jakaż niespodzianka dla całego hotelu... jakież zdumienie?
- Jakto? To on... on? - pytać będą wszyscy.
Te myśli przemknęły mu przez głowę rozedrgane i szybkie niby śmignięcia smyczka. Niedbałym ruchem wziął pióro z rąk służącej i podpisał pod nazwiskami Astiera-Réhu, Schwanthalera i innych dostojników to nazwisko, które zaćmić miało ich wszystkich i usunąć w mrok głęboki. Potem, pewny efektu, nie oglądając się nawet, by go skonstatować, poszedł do siebie.
Szwajcarka spowiadała za nim, potem przeczytała:
TARTARIN z TARASKONU
a pod spodem trzy litery:
P. K. A.
Przeczytała to wszystko berneńska dziewoja i nie doznała olśnienia. Nie wiedziała, co znaczy: P. K. A., nie słyszała nigdy o Tartarinie.
- Dzika małpa... kroćset tysięcy!