Malina
Warszawa
Anka patrzyła w zapłakane oczy przyjaciółki. Ich zwykle intensywny złoto-zielony kolor przywodzący na myśl młode, wiosenne pędy zdawał się teraz przytłumiony przez dziesiątki czerwonych żyłek otaczających tęczówki. Napuchnięte, równie czerwone powieki i nos, z którego właśnie nieśmiało wyglądał niewytarty na czas glut, także nie poprawiały ogólnego wrażenia.
Malina Kalicka, a właściwie Alina Kalicka, bo tak nazwali ją rodzice (wielcy fani twórczości Juliusza Słowackiego) płakała od kilku godzin.
Chociaż właściwie, poprawiła się w myślach Anka, przyjaciółka płakała od kilku tygodni. Powodem był cholerny Jacek, obecnie były narzeczony Maliny, z którym jeszcze w sierpniu planowała wziąć ślub oraz spędzić resztę swoich dni. Niestety okazało się, że te zamierzenia były dość jednostronne.
Ogromna zmiana w życiu, jak to takie zmiany miały w zwyczaju, zaczęła się od pozornie nieszkodliwego wydarzenia. Na początku sierpnia świeżo upieczeni narzeczeni mieli się wybrać do znajomych nad morze. Najpierw chcieli zabawić przez kilka dni w Międzyzdrojach, a później wraz z zaprzyjaźnioną grupą rekonstruktorów historycznych wyruszyć na Festiwal Słowian i Wikingów.
Właściwie w ostatnim momencie, bo wieczorem przed planowanym porannym wyjazdem, Jacek wymigał się ze wspólnego wypadu nawałem pracy i dodatkowym projektem, który zlecił mu, tu cytat: "Szef psychopata, pieprzony dupek mający gdzieś prawa pracowników i ich urlopy!".
Kiedy Malina zaproponowała, że w takim razie zostanie z narzeczonym w Warszawie, ten zaczął ją gorąco namawiać, aby jednak pojechała.
- Nie chcę, żebyś się tu męczyła przez całe lato ze względu na mnie - przekonywał, patrząc jej głęboko w oczy. - Wzięłaś urlop, bilety są kupione, wszystko jest zaplanowane... Nie chcę, żebyś traciła wakacje z mojej winy, a raczej przez mojego szefa.
Gdy Malina próbowała protestować, kontynuował:
- Pojedziesz, odprężysz się, spotkasz znajomych, odpoczniesz od tego całego miasta. Wreszcie zobaczysz ten średniowieczny festiwal, o którym tyle mówili Krzysiek z Agą. A ja tu będę sobie grzecznie siedział, czekał na ciebie i odwalał ten pieprzony projekt. Nie będzie lekko, ale sama mówiłaś, że przydadzą nam się dodatkowe pieniądze na wesele.
Argument nadchodzących wydatków, podbity zbolałym głosem bohatera poświęcającego się dla wyższego celu, zakończył dyskusję.
Malina pojechała do znajomych sama.
Kiedy wróciła z kilkudniowego wypadu, dowiedziała się w banalny, choć niepozostawiający złudzeń sposób, jak bardzo słowa Jacka odbiegały od jego czynów. Zaskakująca prawda wyszła na jaw z powodu deszczu.
Opad atmosferyczny zaczął się jeszcze przed świtem ostatniego dnia, czy raczej nocy, festiwalu od urwania chmury, które przeszło w mżawkę. Jej mokry dotyk, niemile potęgowany przez przemoknięte ubrania, ostatecznie przetrzebił szeregi najbardziej zatwardziałych miłośników ognisk. Rozchodząc się, wielu wyrażało nadzieję, że dzień mimo wszystko będzie słoneczny.
Po kilku godzinach dla wszystkich stało się jasne, że uparte chmury mają gdzieś opinię turystów. Nie uwzględniały także ubranych w lny, wełny, futra oraz skórzane buty odtwórców. Zamiast rozstąpić się, by ciepłe promienie mogły wysuszyć przemokniętych ludzi i namioty, postawiły na kolejną ulewę.
Malina, która w ciągu poprzednich dni pomagała znajomym na kramie, oglądała bitwy i korzystała z innych atrakcji, zaczęła się nudzić w trakcie deszczu. Z tych nudów poszła do wróżki. Ta, za pomocą run i własnoręcznie malowanych kart, przepowiedziała jej, jak to sumienna przedstawicielka swojej profesji, wielką miłość, której nie zwycięży nawet dystans dzielący kochanków. Co prawda sugerowała bruneta, podczas gdy Jacek był ciemnym blondynem, ale kto by się przejmował szczegółami!
Słowa te podziałały na dziewczynę niczym obietnica marchewki na osiołka. Wyskoczyła z kramiku, myśląc o stęsknionym narzeczonym. Cudem uniknęła wywalenia w błocie, galopem dotarła do namiotu znajomych i oświadczyła, że wraca do Warszawy dzisiaj, a nie jutro. Gwoli ścisłości, ta myśl zawitała jej w głowie wcześniej, gdy grzęznąc w błocie, mokła na deszczu w kolejce do przenośnej toalety, ale przepowiednia zdecydowanie dodała Malinie skrzydeł.
Pakując rzeczy, wpadła na kolejny pomysł: postanowiła nie informować ukochanego o zmianie planów.
Spontanicznie wymyślona niespodzianka przerosła najśmielsze oczekiwania wszystkich zaangażowanych.
Gdy po wielu godzinach spędzonych we wszelakich środkach transportu dziewczyna w końcu dotarła do wynajmowanego przez siebie mieszkania, do którego wprowadził się Jacek, zamiast stęsknionego ukochanego przywitały ją odgłosy dziwnie podobne do tych, jakie jej partner wydawał w trakcie seksu. Akompaniowały im kobiece jęki i głośne wezwania wybranych nadprzyrodzonych instancji. Malina powiedziała potem Ance, że na początku była pewna, ale to absolutnie pewna, iż po prostu przyłapała Jacka na oglądaniu porno. Nawet ją to wtedy rozbawiło. Podeszła więc na palcach do drzwi, otworzyła je cicho i... jej ułożony świat legł w gruzach.
- Pieprzył ją w naszym łóżku! W naszej pościeli! W naszym domu! Rozumiesz?! - wyrzuciła z siebie kolejny raz Malina zachrypniętym od płaczu głosem.
Anka kiwnęła głową i podała przyjaciółce nowe opakowanie chusteczek. A przecież ten wieczór miał wyglądać zupełnie inaczej! Planowały spotkać się z dawno niewidzianymi znajomymi w pubie. Może nawet udałoby się wspólnymi siłami wyciągnąć Malinę do klubu albo na koncert... Po prostu miały zrobić coś odmiennego niż kolejne rozdrapywanie przeszłości. Wyrwać Malinę z tego marazmu, wypełnionej smutkiem "pojackowej" codzienności, w której się zapadała.
Kiedy jednak Anka przyszła do mieszkania przyjaciółki i zastała ją w dresach, bez makijażu, za to z podkrążonymi oczami, wiedziała, że dzisiaj znowu nigdzie nie pójdą. Mimo wszystko próbowała zmotywować Malinę do jakiegokolwiek działania. Przekonywała do zimnych okładów na twarz. Zaparzyła herbatę, aby przygotować najprostszy, wielokrotnie testowany, domowy sposób na opuchnięte powieki. Potem skompletowała odpowiednią stylizację i zaoferowała pomoc przy makijażu. Nawet sprawdziła rady vlogerek na prosty masaż twarzy redukujący worki pod oczami i opuchliznę...
Wszystko na nic - przyjaciółka bardziej przypominała bezwolną kukiełkę niż żywą osobę. Wreszcie, gdy Anka zostawiła ją na chwilę samą, aby wyskoczyć do sklepu po ogórek na kolejną maseczkę i okłady, Malina po prostu usiadła w fotelu i się rozpłakała. W każdym razie w takim stanie Anka zastała ją po powrocie. Od tego momentu minęły trzy godziny, podczas których musiała kilka razy odbierać telefony od znajomych i tłumaczyć, że jednak dzisiaj nie dotrą. Obejrzała także z Maliną kilka odcinków ulubionego serialu komediowego na Netflixie, a była narzeczona na zmianę to płakała, to się śmiała. Pół godziny później, po kolejnym kieliszku wina łzy przeważyły i Anka znalazła się w sytuacji, w której podawała przyjaciółce nową paczkę chusteczek.
Malina głośno wydmuchała nos, a następnie otarła wierzchem dłoni zaczerwienione oczy. Czerwone jak maliny, pomyślała Anka i zganiła się za tak idiotyczne porównanie. Chciała skupić się na wymyśleniu czegoś, co mogłoby skutecznie pocieszyć roztrzęsioną kumpelę. Jednak po tygodniach rozmów na temat zdrady i życia po niej Anka miała wrażenie, że wszystkie racjonalne argumenty, które przychodziły jej do głowy, albo trafiały w pustkę, albo odbijały się od smutku przyjaciółki jak groch od ściany.
W takich chwilach Anka nienawidziła tego padalca Jacka jeszcze bardziej. A już przed zdradą za nim nie przepadała. Niechęć była obopólna, ale zaślepiona Malina tego nie zauważała albo udawała, że nie zauważa.
W wypadku Anki nie chodziło o "zazdrość o przyjaciółkę", tylko o to, że Jacek był... jakiś taki śliski. Niby wyluzowany, ale jakby ciągle spięty. Wypatrujący ewentualnych zagrożeń; z tymi swoimi zmrużonymi oczami jak u krótkowidza, który zapomniał okularów, co oczywiście Malina porównywała do orła (ta, chyba na grzędzie kanapowej!). Z tym swoim siadaniem w rozkroku, jakby przygotowywał się do szpagatu poprzecznego na kolanach. Ze sztucznie obniżanym tembrem i odrobinę zbyt krótkim nosem, którego nozdrza funkcjonowały jak urządzenie wyposażone w autonomiczny system ruchu falowego... Anka po prostu nie umiała mu zaufać. Co więcej, już pod koniec spotkania, na którym został jej przedstawiony, odniosła niemiłe, podskórne wrażenie, że Jacek może być jednym z najgorszych typów facetów - manipulatorem z narcystycznymi skłonnościami. Może, ale nie musi, powtarzała sobie w myślach, patrząc na uśmiechniętą przyjaciółkę. Wreszcie po kilku kolejnych interakcjach, gdy wrażenie się nasiliło, próbowała porozmawiać o tym z Maliną, ale nie poszło jej to wtedy zbyt dobrze. Postanowiła więc poczekać i zobaczyć, jak rozwinie się sytuacja.
Obserwując relacje wśród bliskich i znajomych, dawno temu doszła do wniosku, że są związki, w których partnerzy pozostają praktycznie bez zmian, takie, w których rozkwitają, i te zmieniające jedną bądź obydwie osoby w wyblakłe wersje samych siebie. Właśnie do tej trzeciej kategorii należała ostatnia relacja Maliny. Z tym że, zdaniem Anki, tylko przyjaciółka przeistaczała się w związkowe zombi, czy raczej cień osobowości. Stawała się "Alinką Malinką", którą Jacek, jak powtarzał przy każdym spotkaniu, musiał się zajmować, bo sama by sobie bidulka nie poradziła; a która tak naprawdę zapieprzała jak mały robot, aby spełnić wszystkie życzenia samozwańczego pożal się Boże rycerza z Koziej Wólki.
Tuż po odkryciu igraszek narzeczonego ogień złości na jakiś czas rozbudził echo dawnej Maliny, lecz potem okrył je całun żalu. Anka z całego serca wierzyła, że i ta żałość w końcu przeminie, a Malina wyjdzie ze wszystkiego niczym, nie przymierzając, feniks z popiołów, ale... No właśnie, zawsze pojawiało się jakieś cholerne "ale". Ostatnim było to, że marnotrawny narzeczony powrócił jak niechciany bumerang.
Bezczelny padalec najpierw zaczął wydzwaniać do znajomych Maliny, w tym do Anki (!). Chciał, żeby wstawili się za nim u byłej. Gdy ta metoda nie odniosła skutku, postanowił sterczeć pod blokiem, w którym mieszkała. Czekał na nią uzbrojony - w bukiet róż, oczy skruszonego cocker spaniela z zapaleniem spojówek, nażelowane włosy i własnowolne skrzydełka nosa. Gdy Malina go ignorowała, ustawiał się na trawniku, zawsze twarzą i bukietem w stronę jej mieszkania, aby niedoszła żona oraz okoliczny system monitoringu w postaci zaskakująco wścibskich sąsiadów mogli go zobaczyć z okien. Malina skarżyła się potem na "te" spojrzenia, którymi była obdarzana na klatce i w osiedlowym sklepiku.
Jakby tego było mało, ostatnio Jacek zaczął także przysyłać dietetyczne czekoladki z przeprosinami, co Anka wzięła zarówno za przytyk do przyjaciółki, jak i profanację czegoś tak boskiego jak czekolada. Czasem wraz z oszukanymi bombonierkami przychodziły także misie z serduszkiem i napisami "I Love You", "Przepraszam" i zapewnieniami, że to, co się zdarzyło, było największym błędem w Jackowym życiu.
Ance od tego wszystkiego chciało się rzygać. Była pewna, że w tej pełnej skruchy postawie nie chodzi o prawdziwy żal, ale o chęć powrotu do wygodnego życia. Mogła też przysiąc, że gnój organizował te przedstawienia nie tylko dla Maliny, ale także dla sąsiadów, aby zaskarbić sobie ich pozytywną opinię. Pasowałoby to do postępowania narcyza, za jakiego miała padalca, i hooveringu. Próby odzyskania utraconego partnera i terytorium dla wygód i podziwu dającego spełnienie.
Z tego, co dotarło do uszu Anki, Jackowi bez Maliny nie szło tak dobrze. Po zdradzie co prawda od razu wprowadził się do kochanki, jednak nowa partnerka albo się nim znudziła, albo podpadł jej w jakiś inny sposób (Anka mogła się domyślić, że pewnie swoimi gierkami i ego), gdyż szybko wystawiła go za drzwi. Musiał przez to na gwałt szukać awaryjnego lokum u znajomych, gdzie najczęściej oferowano mu kanapę czy materac, oraz czegoś do wynajęcia, co było jednak droższe niż mieszkanie u narzeczonej. I gdyby nie to, że wystawienie Jacka przez kochankę przyczyniło się do jego powrotu do Maliny, Anka mogłaby pogratulować tej obcej kobiecie błyskawicznego odzyskania zdrowego rozsądku.
Desperackie próby kontaktu ze strony marnotrawnego narzeczonego powodowały, że Malina, która wydawała się już-już wychodzić z najgorszego załamania psychicznego, zaczęła rozdrapywać rany na nowo. Do tego kiełkowały w niej wątpliwości co do słuszności decyzji o definitywnym zakończeniu związku. Ostatnio coraz częściej spotkania dziewczyn kończyły się rozmowami, w których od momentów pełnych gniewu i wściekłości na byłego przechodziła do wątpliwości i pytań:
- Może powinnam mu wybaczyć? Może faktycznie tylko popełnił błąd, ale to ja robiłam wcześniej coś nie tak? Może nie powinnam go wtedy zostawiać samego? Może to była także moja wina?
- To na pewno nie była twoja wina! Nie wepchnęłaś mu przecież tej kobiety do łóżka! - odpowiadała zarówno teraz, jak i wielokrotnie wcześniej Anka.
- Ale...
- Nie ma żadnego "ale"! Jeszcze bym zrozumiała, gdybyście byli małżeństwem czy nawet parą z jakimś... dwudziestoletnim stażem - strzeliła pierwszą liczbą, która wpadła jej do głowy. - Ale on oświadczył się trzy tygodnie przed zdradą! A potem, jak gdyby nigdy nic, wprowadził się do kochanki! To on przyszedł do ciebie z tym pierdolonym pierścionkiem, a nie ty do niego! Chciałaś tych zaręczyn?! Męczyłaś go o nie?! I na litość, wyjechałaś na kilka dni, a nie na lata! Jeśli facet nie jest w stanie upilnować swojego fiuta przez kilka dni, to nie licz na wierność w przyszłości! Czy ty nie masz... - Przerwała gwałtownie.
W trakcie jej wybuchu Malina rozpłakała się bowiem jeszcze bardziej, chociaż przed chwilą wydawało się to niemożliwe. Anka miała ochotę zacząć walić głową w ścianę. Dlaczego my wszystkie jesteśmy takie głupie?!, zastanawiała się, przypominając sobie swój ostatni długotrwały związek. Po jego rozpadzie to właśnie Malina pomogła jej przejść przez najgorsze. Później, ku lekkiej zgrozie zdecydowanie bardziej romantycznej przyjaciółki, Anka utworzyła profile na kilku portalach randkowych i aktywnie z nich korzystała, nie ukrywając, że nie myśli o czymś "bardziej na stałe" i interesują ją raczej "benefity" niż przywiązanie choćby w postaci przyjaźni.
Mimo wszystko cały czas pamiętała, jakie to uczucie być pasażerką emocjonalnej kolejki górskiej. Dlatego trwała przy przyjaciółce, rozumiejąc przeskoki od: "Jak on mógł mi to zrobić?! Nienawidzę go!", do: "Tak bardzo mi go brakuje! Może powinnam mu wybaczyć?".
No właśnie, niby rozumiała i chciała pomóc, a i tak nakrzyczała na przyjaciółkę i o mało nie obsobaczyłaby jej jeszcze mocniej. Anka zaklęła w myślach.
- Malina, przepraszam - powiedziała. - Po prostu nie wierzę Jackowi, ale to twoje życie. Jeśli naprawdę chcesz do niego wrócić, to... - Urwała. Nie chciało jej przejść przez gardło: "To do niego wróć". Zamiast tego dodała: - To może chociaż najpierw wynajmij detektywa, żeby sprawdzić, czy Jacek nie ma jakiejś kolejnej flądry w zanadrzu.
- Już to zrobiłam - przyznała się cicho Malina, ocierając łzy.
- Co?!
- Już to zrobiłam. Wynajęłam detektywa, kiedy Jacek zaczął się tu pojawiać.
- I nic mi nie zdradziłaś? - W głosie Anki zabrzmiało więcej zdziwienia niż wyrzutu.
Malina wzruszyła ramionami i sięgnęła po kolejną chusteczkę.
- No to czego się dowiedziałaś? - zapytała Anka, uznając, że odpowiedzi, a nie jakieś żale, są teraz najważniejsze.
- Właściwie niczego.
Anka uniosła pytająco brew.
- Albo trafiłam na najgorszego detektywa na świecie, albo Jacek faktycznie prawie codziennie kursuje tylko pomiędzy pracą, kwiaciarnią, moją klatką schodową lub trawnikiem - wskazała ręką za okno - no i mieszkaniem. "Prawie", bo jeszcze czasem robi zakupy w osiedlowym sklepie. Tylko w osiedlowym sklepie, gdzie pracuje starszy pan - położyła nacisk na te słowa. - Żadnych galerii handlowych czy sklepów z winem. Aha, i wprowadził się do starego kumpla, na pewno faceta. - Przerwała, żeby się wykichać. - Jedyną rozrywką Jacka jest teraz stanie pod klatką lub na trawniku i gapienie się w moje okna - rzuciła z lekkim przekąsem, przywodzącym Ance na myśl dawną Malinę.
- Poważnie? Żadnych atrakcyjnych sąsiadek, którym trzeba pomóc? Wyjść ze znajomymi z pracy? Centrów fitness? Sklepów z markową odzieżą albo choćby atrakcyjnym żeńskim personelem? Restauracji? Pubów? To w ogóle nie brzmi jak ten pada... znaczy Jacek. - Ze względu na przyjaciółkę postanowiła użyć imienia. - Myślisz, że go zobaczył? Tego detektywa? I udawał?
- Nie wiem. Może? Jacek ponoć nawet nie zaglądał do fryzjera - wyznała Malina, sięgając po chusteczkę. - A to już jest naprawdę dziwne... Może faktycznie się umartwia albo detektyw nie był dobry? Znalazłam go przez przypadek. Nieważne jak. W każdym razie nie bardzo chciałam wynajmować kolejnego. Detektywa czy, nie wiem, testerki wierności, bo Jacek mógł być już zaalarmowany. - Wzruszyła ramionami. - Dlatego o tym nie wspominałam.
- Nigdy nie byli tacy dobrzy jak Julka - skomentowała cicho Anka.
- Co?
- Nic, nieważne. - Anka pokręciła głową, ochrzaniając się w myślach.
- Julka? - Malina zmrużyła zapuchnięte oczy, jakby próbowała sobie coś przypomnieć. - To ta dziewczyna, z którą mieszkałaś, zanim się wprowadziłam? Tak? Niby nie bardzo chciałaś o niej mówić, ale co chwilę jakoś do niej nawiązywałaś - zakończyła, spektakularnie wydmuchując nos.
Anka odroczyła odpowiedź, sięgając po kieliszek wina i upijając łyk.
Malina wpatrywała się w nią uparcie.
- Tak. To ta Julka - przyznała wreszcie Anka.
- Była detektywem?
- Tak jakby. Wolałabym o tym nie mówić.
- Czemu nie? Co jest złego w byciu detektywem?
- To, żeee... nie do końca nim była.
Malina wpatrywała się w nią z nieustępliwością lekko pijanej osoby.
- Była śniącą - odparła wreszcie Anka cichym głosem, patrząc na podłogę.
- Kim? Śnio... eee? Śpiącą?
- Śniącą - poprawiła odruchowo Anka.
- A co to śniąca? - zapytała Malina, wycierając nos.
- Nie "co", tylko "kto".
- Kto?
Anka westchnęła ciężko. Skończyła wino w kieliszku i sięgnęła po jedną z dwóch butelek stojących na stoliku. Przez chwilę ważyła ją w dłoni, po czym napiła się bezpośrednio z gwinta.
- Śniąca jest kimś, kto może podróżować w... snach - Ostatnie słowo wypowiedziała szeptem
- Co?
Anka wzniosła oczy do nieba, jakby prosiła o siłę i cierpliwość.
- To może zabrzmi dziwnie, ale Julia... ona... ona... może podróżować w snach - wyrzuciła z siebie ostatnią część zdania na jednym wydechu.
- Podróżować w snach? Na Karaiby czy coś?
- Nie. Może wchodzić w sny innych ludzi i widzieć, o czym śnią. Robiła to już wtedy, kiedy byłyśmy dziećmi. Tak znalazłyśmy pierścionek mojej mamy, który zgubiłam. Julka weszła w moje sny i zobaczyła, gdzie go położyłam w trakcie zabawy. O czym wtedy zapomniałam. To znaczy świadoma ja zapomniała... Bo gdzieś tam to wspomnienie cały czas było w mojej głowie i widocznie o tym śniłam. Potem, gdy poszłyśmy do parku, faktycznie znalazłyśmy ten pierścionek! Leżał w trawie, pod drzewem, gdzie bawiłam się lalkami. Całe szczęście, że nikt go wcześniej nie znalazł!
Anka przerwała i spojrzała na przyjaciółkę. Napotkała pytający i zdziwiony, ale nie drwiący, wzrok. Podjęła więc opowieść, po raz pierwszy od lat dzieląc się tajemnicą, którą tak długo nosiła w sobie.
- Nie wiem do końca, jak to, hm... "współśnienie"?... działa. - Uniosła pytająco głos na przedostatnim słowie, zastanawiając się, czy użyła właściwego określenia. - I nie mam pojęcia, czy sama Julka wie - wyznała szczerze. - Ale działa! Jedyną osobą, która wiedziała cokolwiek na ten temat, była babcia Julki. Jej mama, czyli prababcia Julki, mogła się w trakcie snu kontaktować ze zmarłymi. Babcia mówiła o niej "śniąca" i dlatego tak nazwałyśmy Julkę. Niestety babcia Julki była bardzo chora, miała problemy z pamięcią i zmarła, kiedy byłyśmy jeszcze dzieciakami. Julka strasznie to przeżyła. Próbowała się z nią potem skontaktować, no wiesz... jak prababcia ze zmarłymi. Ale nie umiała. Raz nawet wymknęłyśmy się nocą na jej grób, znaczy grób babci Julki... Zresztą nieważne... - Na samo wspomnienie przeszedł ją dreszcz.
Przerwała, zdawszy sobie sprawę z niepotrzebnej dygresji. Tak długo nie rozmawiała na ten temat, że kiedy wreszcie zaczęła, miała wrażenie, jakby pękła w niej jakaś tama. Albo jakby dawno nieużywane słowo "śniąca" było kamyczkiem, który zapoczątkował lawinę.
- Najważniejsze jest to - wróciła do tematu - że dar Julki działa. Mogła powiedzieć, o czym ktoś śni, i poruszała się w tych snach jak jakiś Predator w pancerzu ustawionym na maskowanie. Nie dało się jej zobaczyć czy namierzyć, nie jak tego detektywa. Jeśli oczywiście Jacek go zobaczył - sprostowała. - I zawsze mówiła prawdę. Nawet jeśli nic nie znalazła, co właściwie się nie zdarzało - dodała szybko. - W każdym razie pomogła wielu ludziom, szczególnie jeśli chodziło o sprawdzenie... hm... intencji partnerów.
W zaczerwienionych oczach przyjaciółki kryła się zaprawiona winem mieszanka nadziei i wątpliwości.
- Czy mogłaby pomóc i mnie? - zapytała cicho. - Była już wróżka i detektyw - skrzywiła się lekko - to czemu nie paranormalna testerka intencji? Znaczy śpiąca. Śniąca! Do trzech razy sztuka! - dodała głośniej i sięgnęła po trzymaną przez Ankę butelkę. Resztki wina smętnie zachlupotały w środku. - Widzisz? Potrzebujemy trzeciej!