Przyjdzie Mordor i nas zje - II wydanie - Ziemowit Szczerek

Kup ebooka

34.00 zł
28.90 zł (15,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Se­ria pro­za­tor­ska pod re­dak­cją Pio­tra Ma­rec­kie­go

Je­rzy Fran­czak, Trzy hi­sto­rye

Sła­wo­mir Shu­ty, Be­łkot

Łu­kasz Or­bi­tow­ski, Sze­ro­ki, głębo­ki, wy­ma­lo­wać wszyst­ko

Piotr Ce­gie­łka, San­dacz w bursz­ty­nie

Sła­wo­mir Shu­ty, Cu­kier w nor­mie

Mi­chał Pal­mow­ski, Przy­go­dy Hisz­pa­na Dete

Mi­chał Wit­kow­ski, Lu­bie­wo

Mar­ta Dzi­do, Małż

Ma­rian Pan­kow­ski, Ru­dolf

Ma­ciek Mil­ler, Po­zy­tyw­ni

Ewa Schil­ling, Głu­piec

Adam Wie­de­mann, Sce­ny łó­żko­we

Jan Dzban, Den­tro

Piotr Szul­kin, So­cjo­pa­tia

Ma­rian Pan­kow­ski, Bal wdów i wdow­ców

Je­rzy Na­sie­row­ski, Zbrod­nia i...

Piotr Czer­ski, Oj­ciec od­cho­dzi

Ma­ciek Mil­ler, Za­kręt hi­po­kam­pa

Łu­kasz Or­bi­tow­ski, Hor­ror Show

Jo­an­na Paw­lu­śkie­wicz, Pani na dom­kach

Jo­an­na Wi­len­gow­ska, Zęby

Mar­ta Dzi­do, Ślad po ma­mie

Jan Kra­sno­wol­ski, Klat­ka

Ma­rian Pan­kow­ski, Pąt­ni­cy z Ma­cie­rzy­zny

Hu­bert Klim­ko-Do­brza­niec­ki, Raz. Dwa. Trzy

Mi­chał Zyg­munt, New Ro­man­tic

Jo­an­na Paw­lu­śkie­wicz, Te­le­no­we­la

Je­rzy Fran­czak, Przy­mie­rzal­nia

Woj­ciech Bru­szew­ski, Fo­to­graf

Krzysz­tof Niem­czyk, Kur­ty­za­na i pi­sklęta

Syl­wia Chut­nik, Kie­szon­ko­wy atlas ko­biet

Ju­liusz Stra­cho­ta, Cień pod blo­kiem Mi­ro­na Bia­ło­szew­skie­go

Na­ta­lia Rol­le­czek, Drew­nia­ny ró­ża­niec

Ma­rian Pan­kow­ski, Nie­wo­la i dola Ada­ma Po­rem­by

Ma­ciek Mil­ler, Coc­kring

Do­mi­ni­ka Oża­row­ska, Nie ude­rzy ża­den pio­run

Ewa Schil­ling, Co­dzien­no­ść

Ma­rian Pan­kow­ski, Tra­twa nas cze­ka

Piotr Szul­kin, Epi­kry­za

Je­rzy Fran­czak, NN

Sła­wo­mir Shu­ty, Jasz­czur

Da­rek Foks, Ke­bab Me­ister

To­masz Pu­łka, Vida Lo­cal

Zie­mo­wit Szcze­rek, Przyj­dzie Mor­dor i nas zje, czy­li taj­na hi­sto­ria Sło­wian

Woj­ciech Bru­szew­ski, Big Dick. Fik­cja do­ku­men­tal­na

Jan Kra­sno­wol­ski,Afry­ka­ńska elek­tro­ni­ka

Da­niel Kot, Kie­run­ko­wy 22

Ma­rian Pan­kow­ski, Na­st­ka, śmiej się! Opo­wia­da­nia

Sła­wo­mir Shu­ty, Dzie­wi­ęćdzie­si­ąte

Łu­kasz Or­bi­tow­ski, Hor­ror Show [wyd. II popr.]

Jo­an­na Dzi­wak, Gry lo­so­we

S?ren Gau­ger, Nie to / nie tam­to

Ma­ciej Bo­bu­la, Ka­ta­rzy­na Gon­dek, Adam Mi­klasz, Alek­san­der Przy­byl­ski, Mi­chał Zant­man, Bękar­ty Wo­łgi. Klech­dy miej­skie

Zie­mo­wit Szcze­rek, Sió­dem­ka

Ju­liusz Stra­cho­ta, Re­laks ame­ry­ka­ński

Flash fic­tion. An­to­lo­gia

Da­riusz Or­szu­lew­ski, Zjed­no­czo­ne Siły Kró­le­stwa Uto­pii

Sta­ni­sław Czycz, Nie wierz ni­ko­mu. Baza

Kon­rad Jan­czu­ra, Prze­myt­ni­cy

Ma­ciej Piotr Prus, Przy­du­cha

Mar­ta Dzi­do, Fraj­da

Olga Hund, Psy ras drob­nych

Ju­liusz Stra­cho­ta, Tu­ry­sta pol­ski w ZSRR

Ja­kub Mi­chal­cze­nia, Gi­gu­sie

Anna Ma­zu­rek, Dziw­ka

Na­tal­ka Susz­czy­ńska, Dro­pie

An­to­ni­na Kar­daś, Czer­nu­cha

Alek­san­dra Wstecz, Kwia­ty roz­łącz­ki

Ja­rek Sku­rzy­ński, Zro­lo­wa­ny wrze­śnio­wy Vo­gue

Ze­non Sak­son, Za­cza­ro­wa­ny uber

Sła­wo­mir Shu­ty, Hi­sto­rie o lu­dziach z wol­ne­go wy­bie­gu. Pa­sty i ski­ty

Ma­ciej To­pol­ski, Niż

Ja­kub Mi­chal­cze­nia, Kor­sza­ko­wo [wyd. II popr. i uzu­peł.]

Ma­ciej Piotr Prus, Wy­spa i inni lu­dzie

Jan Dzban, Den­tro De Luxe

Anna Su­doł, Pro­jekt

Sła­wo­mir Shu­ty, Be­łkot [wyd. II popr.]

Jaga Sło­wi­ńska, Czar­no­las

Sła­wo­mir Shu­ty, Cu­kier w nor­mie [wyd. III popr.]

Sła­wo­mir Shu­ty, Nowy wspa­nia­ły smak

Ma­rian Pi­lot, Dzi­kie mie­so

So­ren Gau­ger, Imi­ta­cja ży­cia

Ma­te­usz Gór­niak, Trash Sto­ry

Gaba Krzy­ża­now­ska, Jed­na czwar­ta wró­bla

Mar­ta Ko­złow­ska, Ber­dy­czów

Z. Szcze­rek, Przyj­dzie Mor­dor i nas zje, czy­li taj­na hi­sto­ria Sło­wian [wyd. II]

1. O ja

Po­gra­nicz­nik w cza­pie jak de­kiel od stu­dzien­ki ście­ko­wej pa­trzył na mój pasz­port.

- Łu­kasz Pon­czy­ński - prze­czy­tał.

- No tak - po­wie­dzia­łem - nic nie po­ra­dzę.

- Nar­ko­ty­ków nie masz? - spy­tał pol­sz­czy­zną dziw­nie po­zba­wio­ną ak­cen­tu i ten brak ak­cen­tu nie pa­so­wał do jego nie­zgrab­ne­go mun­du­ru, do tej jego czap­ki o śred­ni­cy koła od ro­we­ru, do któ­rej przy­pi­ęty try­zub też zresz­tą nie pa­so­wał, bo try­zub to pa­su­je do czap­ki au­striac­kie­go wzo­ru, a nie do tej ra­dziec­kiej stol­ni­cy.

- Cze­go? - spy­ta­łem, ga­pi­ąc się na tę czap­kę. - Nar­ko­ty­ków? A co to?

Uśmiech­nął się i przez chwi­lę w tym uśmie­chu przy­po­mi­nał Eu­ge­niu­sza Bodo z przed­wo­jen­nych pla­ka­tów. Wbił mi pie­cząt­kę do pasz­por­tu. - A na Ukra­inę po co? - spy­tał jesz­cze Bodo.

- Ko­ści przod­ków wy­ca­ło­wać - od­po­wie­dzia­łem, choć spe­cjal­nie przod­ków na Ukra­inie nie mia­łem. Po­gra­nicz­nik się ro­ze­śmiał.

- Idź - po­wie­dział, prze­su­wa­jąc pasz­port w moją stro­nę po bla­cie obła­żącym z po­li­tu­ry - ca­łuj.

Na bu­si­ki mó­wi­ło się tu "mar­szrut­ki". Tak mi po­wie­dział Haw­ran, któ­ry na Ukra­inie był już wcze­śniej. Te­raz szli­śmy we dwóch przez przy­ku­rzo­ny, nie­rów­ny maj­dan. Roz­gląda­łem się. Pierw­szy raz wi­dzia­łem tę po­ra­dziec­ką prze­strzeń. Świat, któ­ry do tej pory mo­głem so­bie je­dy­nie wy­obra­żać, na­bie­rał kszta­łtu, i to ja­kie­go. Nie­któ­rzy fa­ce­ci cho­dzi­li po nim w do­mo­wych kap­ciach w kra­tę. Je­zus wy­ma­lo­wa­ny na ścia­nie cer­kwi był ciem­ny jak Kau­ka­ziec. Od bla­sza­nych ko­puł rżnęło po oczach sło­ńce.

Ga­pi­łem się ukrad­kiem na ru­skich boj­czi­ków w czar­nych spodniach i mo­ka­sy­nach. Pierw­szy raz zo­ba­czy­łem ich w na­tu­ral­nym śro­do­wi­sku. Boj­czi­ki ema­no­wa­li ban­dyc­kim spo­ko­jem, ale wi­dać było, że wy­star­czy se­kun­da, je­den im­puls, pół im­pul­su, by do­sta­li kor­by. Czu­łem to. Sta­li, char­cha­li pod nogi i oma­wia­li coś pó­łgło­sem, strze­la­jąc wo­kół bia­łka­mi oczu.

A mar­szrut­ki to były sta­re mer­ce­de­sy sprin­te­ry, fia­ty du­ca­to czy volks­wa­ge­ny trans­por­te­ry. Były jak woły po­ci­ągo­we: wiel­kie, za­ku­rzo­ne, sze­ro­ko roz­kla­płe od ci­ągłe­go prze­ci­ąże­nia. Na bo­kach nie­któ­rych wy­pi­sa­ne było coś po nie­miec­ku: a to KREU­ZBERG KE­BAB MU­STA­FA, a to WURST UND SCHIN­KEN GmBH. Wy­gląda­ły jak sprze­da­ne w ja­syr. Mu­sia­ły za­po­mnieć o swo­im daw­nym, szczęśli­wym ży­ciu na Za­cho­dzie, o rów­nych szo­sach i au­to­ma­tycz­nych myj­niach, o ga­ra­żach i od­ku­rza­niu ta­pi­cer­ki mi­ęk­ki­mi dło­ńmi. Tu­taj za­przęgni­ęte były do wol­nej pra­cy w bru­dzie i zno­ju aż do śmier­ci. Los rab­ski. Ich me­ta­lo­we ko­ści mia­ły w to bło­to już na wie­ki wsi­ąk­nąć i ni­g­dy na­wet ni­cze­go nie uży­źnić. Mer­ce­de­sy sprin­te­ry i volks­wa­ge­ny trans­por­te­ry już ni­g­dy nie mia­ły uj­rzeć wy­li­za­ne­go va­ter­lan­du, al­les ist ver­lo­ren, al­les ist ka­putt. I sta­ły te­raz, ka­put­ni­ęte ta­kie, w tym żó­łtym upa­le, któ­ry za­le­wał za­chod­ni skraj Ukra­iny.

Ka­ro­se­ria na­szej mar­szrut­ki, na któ­rej de­sce roz­dziel­czej le­ża­ła tek­tur­ka z na­pi­sem "LWIW", roz­grza­na była jak bla­cha w sta­rej kuch­ni. Nie dało się jej do­tknąć. Chło­nąłem tę nową rze­czy­wi­sto­ść, za­gęsz­czo­ną w upa­le jak ki­siel.

Wła­do­wa­li­śmy ple­ca­ki na pakę i usie­dli­śmy. W roz­grza­nym, pu­stym jesz­cze wnętrzu ta­ńczy­ły dro­bin­ki ku­rzu. Pach­nia­ło ska­jem sie­dzeń, sma­rem i ben­zy­ną. To był przy­jem­ny za­pach.

Kie­row­ca miał przed­ra­mio­na całe w zie­lo­nych ta­tu­ażach. Był tam ja­kiś re­kin, ja­kaś sy­re­na. Pa­trzy­łem, czy ma Le­ni­na, ale nie miał. Całe szczęście, że choć gwiaz­da była. Nie po­ru­szył się, do­pó­ki ca­łej mar­szrut­ki, od ścia­ny do ścia­ny i od podło­gi po su­fit, nie wy­pe­łni­ło ró­żo­we ludz­kie cia­ło odzia­ne w spra­ną ba­we­łnę. Do­pie­ro wte­dy drgnęły mu mi­ęśnie pod tymi zie­lo­ny­mi dzia­ra­mi. Wrzu­cił pierw­szy bieg i mar­szrut­ka ru­szy­ła. Wy­da­wa­ło się przez chwi­lę, że ten prze­ci­ążo­ny z pięć razy bu­sik wy­pie­przy się jak dłu­gi na wy­męczo­ny as­falt, ale po chwi­li zła­pał pion i ja­ki­mś cu­dem wy­to­czył się z maj­da­nu na szo­sę.

Było go­rąco i dusz­no, a okien otwo­rzyć nie po­zwa­la­li. Gdy pró­bo­wa­łem, to pół mar­szrut­ki za­częło na mnie wrzesz­czeć, że­bym za­mknął, bo wszyst­kich za­wie­je i po­mrą. Ba­busz­ki na mnie krzy­cza­ły, krzy­cze­li mło­dzi ko­le­sie z bu­ta­mi w szpic, krzy­cza­ły dziew­czyn­ki z za­wie­szo­ny­mi na szy­jach ko­mór­ka­mi, z któ­rych do­bie­ga­ło bzy­czące ru­skie di­cho.

- Zo­staw - po­wie­dział Haw­ran ze zbla­zo­wa­ną miną znaw­cy te­ma­tu - to nic nie da. Tu­taj nie wol­no otwie­rać okien. W au­to­bu­sach, po­ci­ągach. Nie wol­no i już. Za­ka­za­ne. U nas się mle­kiem nie po­pi­ja mi­ęsa i wodą owo­ców, a tu­taj się nie otwie­ra okien w cza­sie jaz­dy. Sia­daj na du­pie i usza­nuj.

Tak, Haw­ran już kie­dyś był na Ukra­inie. I z tego po­wo­du ro­bił te­raz za mędr­ca-prze­wod­ni­ka.

Wró­cił z tej Ukra­iny jak tra­per z dzi­kich gór i tak dłu­go opo­wia­dał w Kra­ko­wie o cu­dach i nie­sa­mo­wi­to­ściach pod­ró­ży, że w ko­ńcu się z nim wy­bra­łem - zo­ba­czyć na wła­sne oczy. I oto je­stem.

Za brud­ny­mi fi­ran­ka­mi ci­ągnęła się Ga­li­cja. Te­raz już ukra­ińska, nie pol­ska. I wy­gląda­ło to wszyst­ko tak, jak­bym wje­chał na te­ren hi­sto­rii al­ter­na­tyw­nej wła­sne­go kra­ju. Tak zresz­tą było prze­cież na­praw­dę.

A po­tem za­czął się Lwów.

To mia­sto nie po­win­no ist­nieć - my­śla­łem, pa­trząc przez okno. Pol­ski mit jego stra­ce­nia jest tak moc­ny, że po pro­stu nie po­win­no go być. A ono sta­ło so­bie w naj­lep­sze i w do­dat­ku bez­czel­nie wy­gląda­ło mniej wi­ęcej tak, jak przed swo­ją re­gio­nal­ną apo­ka­lip­są...

Od razu, gdy tyl­ko wy­sie­dli­śmy z mar­szrut­ki na lwow­skiej zie­mi, Haw­ran po­le­ciał do ap­te­ki ku­pić ten le­gen­dar­ny bal­sam Wi­gor, o któ­rym tyle już zdąży­łem od nie­go usły­szeć.

- Ten Wi­gor - mó­wił Haw­ran - to jest for­mal­nie niby le­kar­stwo, dla­te­go mo­żna go ku­pić tyl­ko w ap­te­ce. Nie wiem na co to le­kar­stwo, na coś tam, wy­ci­ąg z dwu­na­stu ziół, dwu­na­stu ukra­ińskich wo­jow­ni­ków, men, a dzia­ła jak ba­łtyc­ka her­bat­ka z Pie­le­wi­na, ko­ka­ina z wód­ką. Wszy­scy Po­la­cy, co przy­je­żdża­ją do Lwo­wa, to tu piją.

Usie­dli­śmy na ja­ki­mś kosz­mar­nym pla­cu za­baw, pe­łnym kie­pów, po­roz­bi­ja­nych bu­te­lek. Za­raz obok stał po­mnik Ste­pa­na Ban­de­ry. Ban­de­ra był w kra­wa­cie i w roz­wia­nym, roz­pi­ętym pro­chow­cu i miał taką minę, jak­by sto­jąc na przy­stan­ku tram­wa­jo­wym, zo­rien­to­wał się, że nie wy­łączył że­laz­ka. Był de­spe­rac­ko gi­gan­tycz­ny i bu­dził przede wszyst­kim roz­czu­le­nie w swo­im prze­ro­śni­ęciu i za­gu­bie­niu.

Usie­dli­śmy i Haw­ran roz­ro­bił bal­sam Wi­gor z kwa­sem chle­bo­wym. Pi­li­śmy, pa­trząc, jak po pla­cu wol­no spa­ce­ru­ją lu­dzie. Ide­al­nie pa­su­jący do oto­cze­nia. Tak samo jak ono le­d­wo le­d­wo zbie­ra­jący wła­sne kszta­łty do kupy.

No ale bal­sam fak­tycz­nie dzia­łał. Pi­łem go i - fak­tycz­nie - czu­łem, jak w moje żyły wstępu­je siła, moc i eu­fo­ria, ja­kiej nie czu­łem już od bar­dzo, bar­dzo daw­na.

A im wi­ęcej pi­łem, tym bar­dziej po­do­ba­ło mi się tu­taj. Bo wszyst­ko tu było pod­kręco­ne na mak­sa. Do opo­ru.

So­wiec­kie sa­mo­cho­dy rwa­ły po tych mon­stru­al­nych wy­bo­jach jak po­pie­przo­ne, gu­bi­ąc ja­kieś prze­rdze­wia­łe części. Jak żywe tru­py w fil­mach o zom­bie apo­ka­lip­sie. Ze ścian sta­rych ka­mie­nic ster­cza­ły ko­mi­ny pie­cy­ków-kóz. Na da­chach ro­sły drzew­ka. Na traw­ni­ku, gdzieś na Żó­łkiew­skim Przed­mie­ściu, le­ża­ła sta­rusz­ka. Pod­bie­gli­śmy, by jej po­móc i po­czu­li­śmy bi­jącą od niej woń al­ko­ho­lu. Rzu­ci­li­śmy się na nogi ją sta­wiać, ale bab­cia nie po­trze­bo­wa­ła na­szej po­mo­cy. Le­ża­ła so­bie w sło­ńcu, tchnęła al­ko­ho­lem i do­brze jej było na świe­cie, jak Dio­ge­ne­so­wi wy­le­gu­jące­mu się przed becz­ką. Ła­god­nym gło­sem ka­za­ła nam się od­pier­do­lić, więc w ko­ńcu zo­sta­wi­li­śmy ją na tym traw­ni­ku i sami po­szli­śmy się upi­jać. Wszyst­kim, czym się dało.

Ukrop lał się z nie­ba i sprze­daw­czy­nie wy­cho­dzące pa­lić pa­pie­ro­sy przed sklep kry­ły się w ma­le­ńkich pla­cusz­kach cie­nia rzu­ca­ne­go przez oka­py do­mów. Zu­pe­łnie jak­by kry­ły się przed desz­czem. Uli­ca wy­gląda­ła, jak­by przez ostat­nich sto lat świat ogra­ni­czył się do sta­rze­nia. Do zu­ży­wa­nia się. I do ni­cze­go wi­ęcej. Ka­mie­nie bru­ko­we w jezd­ni roz­je­żdża­ły się i klęsły w bło­cie. Chod­ni­ki przy­po­mi­na­ły na­ro­wi­stą rzecz­kę za­sty­głą w be­to­nie. Gdzie­nie­gdzie zia­ła otwar­ta stu­dzien­ka ście­ko­wa. Ka­mie­ni­ce ocie­ka­ły sta­ro­ścią, bru­dem i znisz­cze­niem.

Nie mo­głem po­jąć, cze­mu tak do­brze się czu­ję.

Po ryn­ku drep­ta­li star­si Po­la­cy: lo­kal­ni i przy­jezd­ni. Mo­żna było od razu roz­ró­żnić, kto jest kim. Ci przy­jezd­ni ła­zi­li po­wo­li, z na­masz­cze­niem, nie­co na­tchnio­nym kro­kiem, i pó­łgło­sem na­rze­ka­li. Gło­śno chy­ba jed­nak się bali. Mie­li pre­ten­sje, że roz­je­ba­ne, że znisz­czo­ne, że UPA, że Ban­de­ra. Jęcze­li, że Ja­łta i Sta­lin. Men­dzi­li, że Szczep­cio i To­ńcio.

Ci lo­kal­ni Po­la­cy na­to­miast kręci­li się żwa­wo, oczka­mi ły­ska­li w jed­ną i w dru­gą, jak to lu­dzie węszący za in­te­re­sem. Bez­błęd­nie wy­łu­ski­wa­li z tłu­mu tu­ry­stów z Pol­ski, pod­cho­dzi­li i py­ta­li, czy nie trze­ba miesz­ka­nia na wy­na­jem albo map­ki z pol­ski­mi na­zwa­mi ulic. Do­rzu­ca­li na za­nętę parę słów o złych Ukra­ińcach i wiel­ko­ści daw­nej Rzecz­po­spo­li­tej.

I ci Po­la­cy z Pol­ski ła­pa­li się na tę ba­je­rę Po­la­ków z Ukra­iny jak mło­de ryb­ki. Wy­star­czy­ło, że pod­sze­dł taki lwow­ski Po­lak, po­opo­wia­dał o przed­wo­jen­nym Lwo­wie, za­nu­cił W dzień desz­czo­wy i po­nu­ry, po­wie­dział "czuj­ci si jak u sie­bi w domu, bo to i wa­sze mia­sto, ta joj", a już Po­la­cy z Pol­ski cali byli we łzach, już byli roz­kle­je­ni cali, roz­je­cha­ni, jak­by ich sa­mo­chód po­trącił, już chli­pa­li, już im z nosa le­cia­ło, już się za port­fe­le ła­pa­li, map­ki ku­po­wa­li, prze­wod­ni­ki, miesz­ka­nia wy­naj­mo­wa­li.

I taki wła­śnie lwow­ski Po­lak do nas pod­sze­dł. Miał na imię Ju­rij. I choć po pol­sku śred­nio mó­wił, to się za­rze­kał, że Po­lak z nie­go z krwi i ko­ści. Co aku­rat na nas zresz­tą wra­że­nia nie ro­bi­ło, bo ostat­nią rze­czą, któ­rej wte­dy we Lwo­wie szu­ka­li­śmy, była pol­sko­ść.

- Do­brze, że Lwów nie jest pol­ski - mó­wi­łem aku­rat Haw­ra­no­wi, nie­sio­ny po­wi­go­ro­wym sło­wo­to­kiem. - Bo cóż to by­łby za fun przy­je­chać do pol­skie­go Lwo­wa. Tak jak­byś do Po­zna­nia po­je­chał. Albo do Wro­cła­wia. A tak - pro­szę bar­dzo. Prze­cież co tu się dzie­je. Prze­cież, no sta­ry. Ro­zej­rzyj się. Od­pa­dasz. Wy­sia­dasz. Men.

I bra­łem łyk bal­sa­mu Wi­gor, po któ­rym świat już nie był tym, czym był.

No, ale pod­sze­dł ten Ju­rij. Z wąsem pod no­sem, ocza­mi smut­ny­mi i z mapą Lwo­wa na sprze­daż. I mó­wił, że miesz­ka­nie ma ta­nio. Mapy nie chcie­li­śmy, ale ja­kieś lo­kum by się zda­ło - oce­nił Haw­ran, i trud­no było się z nim nie zgo­dzić, bo wie­czór się zbli­żał, a my by­li­śmy już roz­kosz­nie na­wa­le­ni, ale ra­czej bez pla­nu. Spy­ta­li­śmy Ju­ri­ja, gdzie ma to miesz­ka­nie, na co on, że nie­da­le­ko, że luz.

- Do­bra - po­wie­dział Haw­ran - to zrzu­ci­my ple­ca­ki i będzie­my mie­li kimę. No i wiesz - ści­szył głos, zer­ka­jąc na mnie kon­spi­ra­cyj­nie - mamy lo­kal­ne­go. Ro­zu­miesz.

Kiw­nąłem gło­wą, że tak. Ale po za­sta­no­wie­niu po­wie­dzia­łem, że jed­nak nie.

- No - wes­tchnął Haw­ran, jak­by do idio­ty prze­ma­wiał - mamy lo­kal­ne­go do pi­cia. Co to za Ukra­ina, co to za hard­kor bez pi­cia z lo­kal­ny­mi, men. U Ru­skich mu­sisz się z Ru­ski­mi na­pić. Ina­czej się nie li­czy.

- Prze­cież ten mówi, że Po­lak.

- Jaki to, kur­wa, Po­lak - od­po­wie­dział Haw­ran. - Zresz­tą, na­wet je­śli Po­lak, to i tak Ru­ski. Wy­obra­żasz so­bie - żyć tu całe ży­cie i nie być Ru­skim?

- Idzie­my, idzie­my - nie­cier­pli­wił się pan Ju­rij, roz­gląda­jąc się dziw­nie nie­pew­nie do­oko­ła.

Bli­sko jed­nak nie było. Szli­śmy wzdłuż to­rów tram­wa­jo­wych wy­rzy­na­jących się z bru­ku jak wy­pru­te z ręki żyły, a pó­źniej skręci­li­śmy w pra­wo, w prze­pust mi­ędzy ka­rło­wa­ty­mi ka­mie­ni­ca­mi.

I we­szli­śmy do in­ne­go świa­ta.

- Gdzie my je­ste­śmy? - spy­tał Haw­ran, roz­gląda­jąc się do­oko­ła ocza­mi jak pi­ęcio­zło­tów­ki.

- Za­mar­sty­niw - od­po­wie­dział Po­lak Jura. - Zna­czy: Za­mar­sty­nów - po­pra­wił się.

- Ynów, ynów, nie yniw - po­kle­pał Haw­ra­na po ple­cach.

Ta oko­li­ca nie przy­po­mi­na­ła ni­cze­go, co do tej pory wi­dzia­łem. To była dziel­ni­ca, któ­ra udo­wad­nia­ła, że ludz­kie osie­dla mogą się roz­ra­stać i roz­ple­niać same, jak lasy, jak chasz­cze. Wy­star­czy nie przy­ci­nać. Że to, co wy­twa­rza czło­wiek, ni­czym się nie ró­żni od na­tu­ry i, tak samo jak las ob­ra­sta krza­czo­ra­mi, mchem, je­mio­łą, tak tu­taj wszyst­ko, wszyst­kie domy ob­ro­sły ja­ki­miś bu­da­mi, ja­ki­miś pły­ta­mi pi­lśnio­wy­mi, ka­wa­łka­mi bil­l­bo­ar­dów na­wet, któ­re mon­to­wa­no za­miast ścian i da­chów szop. Ta rze­czy­wi­sto­ść two­rzy­ła się sama, bez pla­nu, kie­ro­wa­na je­dy­nie we­wnętrz­ną po­trze­bą i mo­żli­wo­ścią jej spe­łnie­nia. For­ma i es­te­ty­ka zo­sta­ły od­rzu­co­ne jako spra­wy ab­so­lut­nie dru­go­rzęd­ne. Jako fa­na­be­rie.

No i wszyst­ko to ta­pla­ło się w zie­lo­nej kąpie­li z pia­ną. Drze­wa i krza­ki sza­la­ły jak opęta­ne. Czam­bu­ły tra­wy na­je­żdża­ły wszyst­ko, co mia­ły na dro­dze, a nie­na­tu­ra wta­pia­ła się w na­tu­rę swo­bod­nie: pęki prze­wo­dów zwi­sa­ły jak lia­ny, sto­sy rdze­wie­jące­go że­la­stwa i wła­ści­wie wszyst­kie­go za­le­ga­jące­go w bez­ła­dzie po po­dwór­kach przy­po­mi­na­ły coś or­ga­nicz­ne­go, coś, co za­raz za­cznie wy­pusz­czać pędy i ga­łęzie.

Przy czym cała część wspól­na, prze­strzeń pu­blicz­na - po pro­stu nie ist­nia­ły. Dro­gi nie było, bo tę roz­je­żdżo­ną, dziu­ra­wą prze­strzeń trud­no było na­zwać dro­gą. Nie wspo­mi­na­jąc o ta­kim fran­cu­sko­pie­skow­stwie jak chod­ni­ki.

I w tym wszyst­kim, w tym ca­łym cu­dzie, strasz­nie pach­nia­ło świe­żo pa­lo­ną kawą.

- Ka­wo­za­wod - po­wie­dział Ju­rij, gdy zo­ba­czył, że ru­sza­my no­sa­mi jak kró­licz­ki, i wska­zał ce­gla­ny bu­dy­nek sto­jący za rzędem do­mów. - Tam kawę ro­bią.

W domu Ju­ri­ja miesz­ka­ła jego żona - wiecz­nie ob­ra­żo­na pani o no­sie za­ostrzo­nym jak ołó­wek. I sta­rzy ro­dzi­ce: dzia­du­nio ra­do­sny jak pies i uro­cza ba­bu­le­ńka. Sam dom przy­po­mi­nał kil­ka­na­ście dom­ków dzia­łko­wych zsu­ni­ętych ra­zem i po­łączo­nych w je­den or­ga­nizm. Ka­żdy po­kój był z zu­pe­łnie in­nej baj­ki. Naj­bar­dziej po­ru­sza­jące były pró­by ozdo­bie­nia tego bez­for­mia. Ra­bat­ki na po­dwó­rzu oto­czo­ne były niby-mur­kiem z uło­żo­nych na tra­wie ułom­ków ce­gieł, i ten niby-mu­rek z całą po­wa­gą po­ma­lo­wa­ny był bia­łą far­bą. Na ścia­nach wi­sia­ły gip­so­we stiu­ki, któ­re mu­sia­ły kie­dyś od­pa­ść z ja­kie­jś ka­mie­ni­cy.

Z dziad­ka­mi nie dało się po­ga­dać. Na wszyst­kie py­ta­nia od­po­wia­da­li np.: "Je­zus Chry­stus, król Pol­ski, al­le­lu­ja, al­le­lu­ja, amen", albo: "Kto ty je­steś? Po­lak mały, bol­sze­wi­ka goń, goń, goń". Spra­wia­li wra­że­nie, że nie do ko­ńca ro­zu­mie­ją, co mó­wią.

Zrzu­ci­li­śmy ple­ca­ki w po­ko­ju przy­po­mi­na­jącym ka­ju­tę na ja­kie­jś kry­pie, za­pła­ci­li­śmy Ju­ri­jo­wi i wy­szli­śmy na po­dwó­rze.

- No i co? - spy­tał Haw­ran, uśmie­cha­jąc się pó­łgęb­kiem z nie­od­pa­lo­nym jesz­cze pa­pie­ro­sem w ustach.

- No - mu­sia­łem przy­znać. - Nie­źle.

Usie­dli­śmy przy usta­wio­nym pod cze­re­śnią sto­li­ku. Był okry­ty ce­ra­tą przy­pi­ętą do bla­tu pi­nez­ka­mi, żeby nie od­fru­nęła. Po­da­łem Haw­ra­no­wi ogień. Ba­bu­le­ńka przy­szła z dwie­ma her­ba­ta­mi. Wy­sze­dł też dzia­du­nio. Wy­jął pa­pie­ro­sa i od­pa­lił go za­pa­łką.

Haw­ran chrząk­nął.

- Pro­szu pana - za­ci­ągnął ze wschod­nia, pa­trząc na dziad­ka - gdzje by tu mło­żno ku­pić wód­ki?

Par­sk­nąłem. Dzia­dek też wy­szcze­rzył się sze­ro­ko i od­po­wie­dział ro­ze­dr­ga­ną pol­sz­czy­zną:

- Jesz­cze Pol­ska nie zgi­nęła, daj nam, Boże, zdro­wie.

- U nie­go Al­zhe­imer - wy­tłu­ma­czył pan Jura, któ­ry po­ja­wił się w drzwiach. - Idzie­cie, pa­no­wie, jesz­cze w mia­sto, po­gu­lat'? Bo nie­dłu­go ciem­no będzie.

- A... e... - nie pod­da­wał się Haw­ran. - A może ja­kiś kie­li­sze­czek na dro­gę? Ja­kiś strze­mien­ny?

- Jaki? - uda­wał, że nie ro­zu­mie pan Jura, bo wi­dać było, że jest śred­nio en­tu­zja­stycz­nie na­sta­wio­ny do idei kie­li­szecz­ka.

- No może by­śmy - wy­ko­nał Haw­ran gest strze­la­nia bani - coś so­bie chlup?

Pan Jura po­pa­trzył po­nu­ro na Haw­ra­na, po­tem na mnie, wes­tchnął i po­sze­dł do domu. Wró­cił z wód­ką i dwo­ma kie­lisz­ka­mi. Na­lał nam.

- A pan? - spy­tał wy­ra­źnie roz­cza­ro­wa­ny Haw­ran.

- Ja nie piję - od­po­wie­dział pan Ju­rij.

Wy­pi­li­śmy w mil­cze­niu, po­dzi­ęko­wa­li­śmy i wy­szli­śmy.

Haw­ran czuł się oszu­ka­ny.

- Co to za kwa­te­ra u Ru­skie­go, co nie pije - war­czał. - Mógł po­wie­dzieć na po­cząt­ku, to by­śmy po­szu­ka­li u kogo in­ne­go! No żesz kur­wa mać...

- No - od­po­wie­dzia­łem dość bez­my­śl­nie, roz­gląda­jąc się po oko­li­cy. - Patrz. Tam jest sklep. Cho­dź, ku­pi­my so­bie ja­kieś bro­wa­ry.

Było coś lep­sze­go niż bro­wa­ry. Na­zy­wa­ło się "dżin­to­nik" i było sprze­da­wa­ne w ma­łych bu­te­lecz­kach po 0,33. Ko­bie­ta za ladą po­słu­gi­wa­ła się li­czy­dłem. Ku­pi­li­śmy jesz­cze - z czy­stej cie­ka­wo­ści - kil­ka pa­czek su­szo­nych an­cho­is i wy­szli­śmy w pach­nący kawą wie­czór. W drzwiach mi­nął nas żo­łnierz wojsk MSW. Był wy­so­ki jak la­tar­nia mor­ska. Miał czar­ny be­ret i gi­gan­tycz­ne, sztyw­ne pa­go­ny, wy­sta­jące da­le­ko poza ra­mio­na. Przy­glądał nam się z taką cie­ka­wo­ścią, jak­by­śmy sta­no­wi­li nowy, nie­zna­ny ga­tu­nek czło­wie­ka.

Tak samo pa­trzy­ła na nas pani bi­le­to­wa w tram­wa­ju. Ko­ko­si­ła się na pla­sty­ko­wym sie­dze­niu, w nie­bie­skim ki­tlu, w do­mo­wych bam­bo­szach i z rol­ką bi­le­tów za­wie­szo­nych na szyi, i ob­ser­wo­wa­ła nas ukrad­kiem. A my ob­ser­wo­wa­li­śmy ją.

I znów by­li­śmy na lwow­skim ryn­ku, tyle że za­częło się już ro­bić ciem­no. Krąży­li­śmy zruj­no­wa­ny­mi ulicz­ka­mi, po­pi­ja­jąc dżin­to­nik na prze­mian z Wi­go­rem i już nam ab­so­lut­nie w gło­wach trzesz­cza­ło.

Chwia­li­śmy się wła­śnie w naj­lep­sze przed ka­te­drą Or­mia­ńską, gdy po­de­szła do nas on­du­lo­wa­na na ró­żo­wo baba, po pol­sku po­chwa­li­ła pana Je­zu­sa i za­py­ta­ła, czy nie szu­ka­my aby kwa­te­ry, bo jak­by co to ona ma.

- Mamy już - po­wie­dział Haw­ran - dzi­ęku­je­my.

- A u kogo? - spy­ta­ła ona mru­żąc oczy.

- A u ta­kie­go Ju­ri­ja - od­po­wie­dział Haw­ran.

- A gdzie? - upie­ra­ła się baba. - Ju­rij, Ju­rij - za­sta­na­wia­ła się.

- Na Za­mar­sty­no­wie. Na Kwia­to­wej. Kwi­to­wej zna­czy. Zna­czy Kwia­to­wej. Zna­czy, no.

- No co pan! - wy­da­rła się baba, za­ku­maw­szy, któ­ry Ju­rij. - U tego zło­dzie­ja!

- Ee - po­wie­dział Haw­ran - dużo to nie wzi­ął. Ale wód­ki nie chciał pić... - po­ska­rżył się.

- Ale on nie jest Po­lak! Tyl­ko uda­je! - ma­cha­ła ręka­mi baba - on jest nie­kon­ce­sjo­no­wa­nym, nie­praw­dzi­wym Po­la­kiem i pol­skich tu­ry­stów na po­ku­sze­nie zwo­dzi!

- No trud­no - mruk­nąłem. - No ale cóż po­cząć.

- Wy­pro­wa­dzić się! - po­wie­dzia­ła sta­now­czo. Wy­gląda­ła jak ste­reo­ty­po­wa Ro­sjan­ka, zło­te zęby, róż na wy­schni­ętych po­licz­kach. Ro­sjan­ka, któ­rą ktoś nie­udol­nie dub­bin­gu­je na pol­ski. - Do praw­dzi­wych Po­la­ków iść żyć! Po­la­cy do Po­la­ków!

- No, na­stęp­nym ra­zem - po­wie­dział Haw­ran - to na pew­no. Po­la­cy do Po­la­ków i tak da­lej, ale te­raz, pani wy­ba­czy...

- My tu mamy ta­kie sto­wa­rzy­sze­nie - dźgnęła mnie bo­le­śnie pur­pu­ro­wym pa­zu­rem w splot sło­necz­ny - Sto­wa­rzy­sze­nie Pol­skich Wła­ści­cie­li Pol­skich Miesz­kań Pod Wy­na­jem Dla Pol­skich Tu­ry­stów Przy­je­żdża­jących Na Lwow­ską Zie­mię, w skró­cie eSPeWuPeeMPeWuDePeTePeeNeLZet, pan po­wtó­rzy, to za­pa­mi­ęta...

- Po­po­ca­te­petl - po­wtó­rzy­łem po­słusz­nie.

- Tak, no i tyl­ko my je­ste­śmy kon­ce­sjo­no­wa­ną pol­ską or­ga­ni­za­cją, któ­ra ma mo­no­pol na wy­naj­mo­wa­nie miesz­kań przez Po­la­ków dla Po­la­ków...

- A kto wy­da­je kon­ce­sję? - za­in­te­re­so­wał się Haw­ran. Baba go zi­gno­ro­wa­ła.

- Pro­si­my zgła­szać ka­żdy wy­pa­dek nad­uży­cia i w ogó­le, no, ka­żdy wy­pa­dek pod­szy­wa­nia się nie-Po­la­ka pod Po­la­ka, a naj­le­piej to po­je­chać do tego Ju­ri­ja już te­raz, za­brać ba­ga­że, i, pro­szę pa­ństwa, ja mam tu ta­kie pi­ęk­ne lo­kum nie­da­lecz­ko, na Doro... Syk­stu­skiej, tak da­waj­cie, pa­je­diom...

- Dzi­ęku­je­my, dzi­ęku­je­my, Bóg pa­nią bło­go­sła­wi, to jak przy­je­dzie­my znów zo­ba­czyć mia­sto Lwów, sem­per fi­de­lis, lis Wi­ta­lis - wy­ma­wiał się Haw­ran, gnąc się w ukło­nach i ra­kiem się wy­co­fu­jąc. Szyb­ko podła­pa­łem jego stra­te­gię i za­cząłem ro­bić to samo. Mu­sie­li­śmy dziw­nie wy­glądać, grze­jąc po­kło­ny przed on­du­lo­wa­ną fu­rią z pa­zu­ra­mi jak strzy­ga, bo lu­dzie przy­sta­wa­li na uli­cy i pa­trzy­li, co też z tego będzie - może jaki te­atr ulicz­ny? Ale my od­wró­ci­li­śmy się i po­szli­śmy da­lej. W uli­cę Or­mia­ńską.

Po dwu­dzie­stej dru­giej mia­sto już się za­my­ka­ło. Tak wte­dy było, w dwa ty­si­ące dru­gim roku. O dwu­dzie­stej dru­giej ko­ńczy­ło się ży­cie, a Lwów, po­dob­nie zresz­tą jak w tam­tych cza­sach War­sza­wa, za­mie­niał się w sy­pial­nię. Po­rząd­nie na­wa­le­ni snu­li­śmy się ulicz­ka­mi i szu­ka­li­śmy cze­go­kol­wiek, co mo­gło być otwar­te i sprze­dać nam pro­cen­ty.

Wresz­cie, gdzieś w oko­li­cach uli­cy Łesi Ukra­in­ki, usły­sze­li­śmy zna­jo­me dźwi­ęki. Bar­dzo zna­jo­me. To był Bal u we­te­ra­nów. Lo­kal mie­ścił się na par­te­rze i przez okno wi­dać było mu­zy­ków: wy­gląda­li jak po­rząd­ne ba­cia­ry - kasz­kie­ty kra­cia­te, ma­ry­na­recz­ki, fu­la­ry - wszyst­ko było. We­szli­śmy. Usie­dli­śmy przy sto­li­ku, a wo­ka­li­sta - za­su­szo­ny dziod o wy­glądzie ta­kim, że Hi­mils­bach by się za­nie­po­ko­ił, gdy­by go zo­ba­czył - za­chry­piał:

- Opiw­no­czi si z'ja­wi­li ja­kis dwa ci­wi­li. Mor­dy odra­pa­ni, ko­smy jak ba­dy­li.

- Ty - po­wie­dział skon­ster­no­wa­ny Haw­ran.

- No wła­śnie - od­po­wie­dzia­łem wsłu­cha­ny.

- Nicz ni­ko­mu ne wpo­wi­li, tyl­ki mor­dy bili... - śpie­wał dzia­dek.

- O kur­wa - po­wie­dział Haw­ran za­my­ślo­ny.

- No - od­po­wie­dzia­łem.

- Piwo czy wód­ka? - spy­tał kel­ner.

- Wód­ka - po­wie­dzie­li­śmy obaj na­raz.

- A szo - po­wie­dział kel­ner, pa­trząc na nas uwa­żnie i uśmie­cha­jąc się pod bar­dzo kel­ner­skim wąsem - wy du­ma­li szo se­red ba­cia­riw Ukra­in­ciw ne buło, czy szo?

- Sam żeś jest ne­bu­ło czy­szo - mruk­nął pod no­sem Haw­ran, gdy kel­ner od­cho­dził z za­mó­wie­niem.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki