2.
Ku wielkiemu rozczarowaniu artystki pojawiły się trudności z opłaceniem faktury za ostatnie zlecenie. Właściciele willi, dla których przygotowała tkaniny, zaczęli w brzydki sposób ją zwodzić. Przelew miał być w piątek, potem w następnym tygodniu, a kiedy zwłoka sięgnęła połowy miesiąca, Matylda postanowiła przedsięwziąć poważniejsze kroki. Udała się do prawnika i uzgodniła, że nie wyda następnego gobelinu, dopóki nie zostaną uregulowane zaległości.
Z tego powodu budżet się nie dopiął i o wakacjach nie było co marzyć. W każdym razie, póki wszystko się nie wyjaśni, a ona albo odbierze należności, albo odzyska swoje wyroby.
Miała oczywiście w perspektywie kolejne zamówienie, ale wykonanie go wymagało czasu. Była zła, że potraktowano ją w ten sposób. Nie lubiła podobnych sytuacji i nieuczciwego załatwiania spraw. Po odzyskaniu tkanin znowu trochę czasu zajmie znalezienie dla nich odpowiedniego kupca. Nie chciała, żeby szły w pierwsze lepsze ręce.
Matylda dużo serca wkładała w każde ze swoich dzieł. Gdy projektowała dla kogoś, starała się dobrze poznać zarówno wnętrze, jak i właścicieli. Lubiła przejść się po domu i ogrodzie, żeby poszukać inspiracji. Może dlatego jej tkaniny były chwalone za to, że idealnie korespondują z nastrojem domów? Gdy z kolei kupowano którąś z jej gotowych prac, usiłowała także doradzić, kierując się temperamentem przyszłego nabywcy. Obserwowała go i próbowała choć trochę poznać. Właśnie z tego powodu incydent z właścicielami willi była taki przykry.
No, ale się wydarzył i nie miała już wielkiego wpływu na to, co się stało. W każdym razie jej wakacje przepadły.
Chodziła po swoim atelier i wyglądała przez okna. Czerwiec tego roku był taki piękny, a ona będzie się dusić w skwarze miasta. Gdyby tylko mogła się gdzieś wyrwać... Na pewno skorzystałaby na tym jej praca.
Przystanęła. Przypomniała sobie o propozycji Justyny Malinowskiej.
Domek jej brata Konrada w Dębkach. Szybko usiadła do komputera i sprawdziła długoterminową prognozę pogody nad morzem. No nie! Pogoda jak drut. W czerwcu nie zapowiadali prawie opadów, może jakieś przelotne burze, potem w lipcu trochę gorzej, ale kto by się tym martwił, w lipcu to jej już pewnie tam nie będzie. Justynie chodziło o lekkie podrasowanie tego miejsca do sprzedaży.
Matylda przechyliła się na fotelu, wyciągnęła ręce za głowę i zatopiła się w myślach.
Nie było tajemnicą, że rękodzielniczka ma doskonały zmysł dekoratorski, a poza tym smykałkę do wyszukiwania ciekawych obiektów. Miała prawie cały garaż zastawiony różnymi niezwykle przydatnymi gratami, które wykorzystywała podczas takich stylizacji. Dobrze wiedziała, co będzie pasowało, i z reguły właśnie to "coś" posiadała w swej kolekcji. Nieustannie penetrowała pchle targi i giełdy osobliwości. Zawsze skusił ją anons: "Targi staroci w każdą sobotę", jeśli przebywała gdzieś akurat na wakacjach. I nie zdarzyło się, by nie wygrzebała choć jednej rzeźbionej srebrnej łyżki. Wiadomo było, że angażując Matyldę Radwan, nie dostanie się stylizacji z kalkomanią nalepioną na ścianie czy słodkim napisem wyciętym z drewna, ale na pewno w aranżacji pojawi się coś, co przykuje wzrok. Wachlarz z prawdziwych strusich piór, kryształowy flakonik na perfumy, książka, której blok został ciekawie pofarbowany w roślinne motywy, albo tysiąc innych niezwykłości, tak intrygujących, że wystarczy jedna taka rzecz, aby całkowicie zmienić atmosferę wnętrza. Na tajemniczą i niecodzienną. I Matylda umiała to robić jak nikt.
- No dobra - powiedziała sama do siebie. - Spróbujmy zmierzyć się z tym wyzwaniem.
Sięgnęła do torebki po telefon i wybrała numer Justyny.
- Jak tam domek brata, sprzedany? - spytała, gdy już się przywitały.
- A skąd. Konrad jest wściekły. Zarzuca mi nieskuteczność. MNIE! - powiedziała to takim tonem, jakby brat - nie przymierzając - pomawiał o brak manier kogoś w stylu królowej brytyjskiej.
- No tak, to istotnie niewybaczalne - zażartowała Matylda. - Ale chyba da się coś zaradzić. Jeśli twoja propozycja jest aktualna, może tam pojadę i rzucę okiem?
- Naprawdę, mogłabyś? Życie mi ratujesz. Jestem już zupełnie chora przez tego mękołę. Dzwoni do mnie co drugi dzień i truje. Dostanę choroby nerwowej przez niego. Nienawidzę własnego brata. Chyba będę musiała iść na terapię, czy ja wiem?
- Może to nie będzie konieczne. Czy twój brat przeznacza jakiekolwiek środki na tę przemianę, czy też mam to zrobić bezkosztowo? Wiesz, moja droga, czasami z próżnego to i Salomon nie naleje, a może się okazać, a wręcz z pewnością tak będzie, że bez przemalowania jakiejś ściany się nie obejdzie...
- Wiem o tym. Mamy pewien ograniczony budżet. Wszystko zaraz przyślę mailem. I klucze ci też dostarczę jak najszybciej. Ogromnie jestem wdzięczna.
- Jeszcze nie ma za co. Rozumiem, że mogę wziąć krosno? To moje podstawowe narzędzie pracy, a zamierzam trochę podziałać.
- Ależ oczywiście. Gdybyś potrzebowała pomocy, na przykład przy malowaniu, to tam w pobliżu mieszka taki starszy pan, nazwa się Orłowski, on zawsze dogląda domku brata, robi drobne naprawy. Chętnie pomoże.
- Dziękuję, dobrze wiedzieć. - Matylda się pożegnała, a potem wrzuciła telefon do torebki i rozejrzała się po swoim atelier. No, rzeczywiście w lecie nie było co siedzieć w mieście. Ale czy był sens spędzać czas nad polskim morzem? Odrobinę pożałowała decyzji, którą podjęła pod wpływem impulsu. Od lat nie miała dobrego zdania o krajowych kurortach, uważała je za ostoję złego gustu i plastikowych rozrywek. Omijała szerokim łukiem i urlop wolała spędzać gdzie indziej.
Jest jeszcze przed sezonem - pocieszyła się w myślach. A więc żadnych frytek, parawanów, tłumów ludzi ani disco polo na piasku. To przecież nie może być tak okropne, jak opisują w gazetach.
Po paru dniach, gdy załatwiła swoje sprawy - z których najważniejszą było wystosowanie monitu do właścicieli willi, aby w trybie pilnym zwrócili tkaniny pod adres kancelarii prawnej prowadzącej jej sprawy, wyruszyła w drogę. Jechała swoim samochodem, który nazywała "półciężarówką", choć był to zwyczajny pick-up. Teraz wiozła w nim tyle gratów, że musiała doczepić jeszcze przyczepę. Nie czuła się zbyt pewnie, więc manewrowała ostrożnie i z najwyższą uwagą.
Autostopowicza zauważyła od razu i to z dużej odległości. Stał prawidłowo przy wjeździe na autostradę, ale wyglądał tak, jakby na nic nie liczył. Miał co prawda tekturę z napisem "GDAŃSK", lecz opartą bokiem o słupek, co rodziło podejrzenia, że nie chce, aby ktokolwiek ją odczytał, i ogólnie wyglądał jakoś tak nie bardzo podróżniczo.
To znaczy na pierwszy rzut oka autostopowicz był z niego, jak się patrzy: posiadał niewielki bagaż, bo tylko niezbyt duży plecak, namiocik i matę, ubrany był w koszulę w kratę, bermudy i czapkę z daszkiem. Ale poza tym sprawiał wrażenie, jakby nie bardzo chciał gdziekolwiek jechać.
Ciekawe - pomyślała Matylda i chyba właśnie dlatego się zatrzymała przy słupku z oznaczeniem drogi.
- Jadę do Dębek - oświadczyła, a autostopowicz spojrzał na nią bystro.
- Może być - zgodził się łaskawie.
- Gdańsk jest po drodze - wyjaśniła, wskazując na napis.
Wzruszył ramionami. Mógł mieć nieco ponad dwadzieścia lat i wyglądał na studenta.
- Mogę i do Dębek. Mnie tam zasadniczo nie koliduje. Dłuższa trasa - większe możliwości.
- Skoro tak, to wskakuj, jestem Matylda Radwan.
- Ignacy Pluta. Miło, że mnie pani zauważyła. Nie chcą się ludzie zatrzymywać, nie wiem, co robię nie tak. - Dziwny autostopowicz wrzucił swoje klamoty na pakę pick-upa, a sam wgramolił się do szoferki obok Matyldy.
Może po prostu nie traktują cię poważnie - chciała dodać, ale jakoś zrobiło się jej go żal, bo wyglądał na zmartwionego.
- Ale ma pani rzeczy - stwierdził z wyraźnym podziwem. - Jakiś handel obwoźny pani prowadzi?
- Ja? Skąd. - Kobieta się roześmiała, szczerze ujęta bezpośredniością nowego znajomego.
- To może jedzie pani na kemping, gdzie wszystkiego brakuje? Albo na wczasy wagonowe, ale raczej nie do Dębek. O ile mnie pamięć nie myli, były organizowane w okolicy Pucka.
- Wczasy wagonowe? A cóż to takiego? - zaciekawiła się artystka, która już wiedziała, że student na pewno ubarwi jej nudną podróż na Pomorze. Tak się składało, że nie lubiła jeździć sama w długie trasy. Miała przygotowaną ulubioną muzykę i książkę do słuchania, ale zawsze przyjemniej jest pogadać z kimś. Do tej pory trochę obawiała się autostopowiczów. Jak widać po Ignacym - bezpodstawnie.
- O, to był taki wymysł z dawnych czasów, ojciec mi opowiadał. - Młody człowiek się ożywił. - Patent kolejowy. Brali wycofane z użytku wagony i ustawiali je w jakiejś atrakcyjnej miejscowości turystycznej. No i w takim wagonie był całkiem fajny wypoczynek. Po prostu domek na szynach.
- Bardzo sprytnie. Potem można było odjechać taką salonką - zażartowała Matylda, a chłopak wyraźnie zapalił się do tematu.
- Co tam wczasy wagonowe. To była mizeria i wagon drugiego gatunku niezdatny już do ruchu. Słyszała pani o Orient Expressie?
- Zdaje się, kogoś w nim zamordowali, była nawet taka książka czy film... - Kobieta nie dokończyła, bo musiała skupić się na drodze. Na autostradzie trwało właśnie coś, co nazywała "wyścigami gokartów". Na obu pasach z mozołem wyprzedzały się ciężarówki. Oczywiście, żaden z kierowców nie chciał odpuścić, więc wyścig trwał jakiś czas, aż w końcu jeden dał za wygraną i zjechał z drogi, więc i ona mogła przyspieszyć.
- Była książka i ze trzy lub cztery filmy - wyjaśniał Ignacy. - Ten z lat siedemdziesiątych był kręcony w wagonach oryginalnego Orient Expressu, czyli pociągu relacji Paryż - Konstantynopol, a współcześnie Stambuł. Przez Mediolan, Wenecję, Triest i Belgrad - proszę sobie wyobrazić tę bajeczną wyprawę. Te cudowne wagony sypialne, luksusowe restauracje, fantastyczne widoki po drodze. Wszystko bym dał, żeby odbyć taką wycieczkę...
- Kiedy przestał kursować? - Przerwała mu, wyraźnie zaintrygowana opowieścią.
- Ostatecznie dopiero w dwa tysiące dziewiątym roku, ale tak naprawdę, to podstawowe trasy zlikwidowano w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku, kiedy przestał się pojawiać w rozkładach jako Orient Express. Dużo wiem o pociągach, bo interesuję się kolejnictwem.
- O, to ciekawe, dlaczego w takim razie podróżujesz autostopem, a nie PKP? - rzuciła żartobliwie Matylda, a chłopak się zasępił.
- No, oni pojechali...
- Oni? - pociągnęła temat kobieta, a Ignacy wzruszył ramionami.
- Moja paczka. Planowaliśmy wakacyjny wyjazd.
- Teraz? W czerwcu? - zdumiała się artystka.
Machnął ręką.
- Jesteśmy na studiach. Większość już odwaliła egzaminy, niektórzy są po obronie. Sama pani wie, jak to jest...
- No tak. I co, mieliście jechać nad morze?
- W przeciwnym kierunku...
Zapatrzył się w okno, całą swoją postawą demonstrując, że nie chce kontynuować rozmowy na ten temat.
Postanowiła to uszanować.
- Zatem... Właśnie... Pytałeś, po co mi te rzeczy, nie? - nawiązała niezgrabnie do przerwanego wątku, a on się od razu rozchmurzył i odwrócił w jej kierunku.
- Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. Tyle tego ma pani na pace. Może się pani przeprowadza? Ale chyba nie, bo żadnych konkretnych mebli, sama drobnica, chyba że grube już pojechały. I jeszcze jakieś urządzenie dziewiarskie pani tam ma.
- Spostrzegawczy jesteś. Ja to jestem taki latający rękodzielnik. I dekorator w jednej osobie. - Matylda się roześmiała.
- Latający dekorator? - Ignacy przyglądał się jej nieufnie.
- Tak. Przynajmniej w tej chwili. Przyjaciółka poprosiła mnie o przysługę. Małe zmiany w wystroju domu letniskowego w Dębkach, który wystawia na sprzedaż.
- No chyba nie takie znowu małe, skoro wiezie pani tyle gratów. Rozumiem, że zamierza pani to wszystko upchnąć w tej chacie? - zaciekawił się student.
- Pewnie nie wszystko się przyda, ale wzięłam z naddatkiem - przyznała Matylda.
- Słuszna praktyka. To, co się nie przyda, zamieni pani na miejscu na inne klamoty. Ale tak poważnie: jestem za szlachetnym minimalizmem, nie lubię tych wszystkich dodatków. Pewnie się nie znam? - rzucił zaczepnie.
- Zdaje się, że szlachetny minimalizm właśnie w tym wnętrzu jest i się nie sprawdził, bo jakoś domu nie można się pozbyć. - Kobieta westchnęła.
- Rozumiem. Przyszedł czas na radykalną zmianę koncepcji.
- Jakbyś zgadł. - Matylda wyminęła zgrabnie kolejną ciężarówkę, co do której miała poważne obawy, że szykuje się do następnego "wyścigu gokartów", i spojrzała na zegarek.
- Jestem trochę głodna. Zjadłbyś coś? Może się gdzieś zatrzymamy?
Student wyciągnął z kieszeni telefon i zajął się przez chwilę przeglądaniem jakiejś aplikacji.
- A możemy zjechać z autostrady? Na moment. Niedaleko jest taka mała miejscowość, a w niej bardzo polecana knajpka. Nie wiem, co pani sądzi o tych sieciówkach przy drogach, bo ja nie przepadam.
- Ja też. Mogę zjechać, jeśli mnie poprowadzisz albo włączymy nawigację.
- Nawigacja jest dla cieniasów. Mamy mapę - ocenił kategorycznie.
- Dobra, ale jeśli się zgubimy, to pożyczysz mi swój namiot, a sam będziesz nocował w rowie na kocu, OK? - zapowiedziała z rozbawieniem.
- Umowa stoi, ale na pewno do tego nie dojdzie.
Nie rzucał słów na wiatr i za pilota mógłby służyć kierowcy rajdowemu. Kiedy zajechali pod polecaną restaurację, Matylda poczuła duże rozczarowanie. Ot, jakiś szałas w lesie, nigdy by się przy nim nie zatrzymała, jadąc tą drogą. Wyglądał jak tysiące innych prowincjonalnych barów, może miły, ale niewyróżniający się niczym szczególnym.
- Usiądźmy na zewnątrz. W przewodniku informują, że mają tu świetny leśny taras - zachęcił Ignacy.
Leśny taras to były po prostu zbite z desek ławy i takież stoliki ustawione w malowniczym otoczeniu sosen. Las pachniał żywicznie i wakacyjnie, więc samo to dodawało restauracji kilka punktów do atrakcyjności.
Jedzenie okazało się bajeczne. Choć menu w karcie nie było zbyt długie ani wykwintne. To, co podawano, naprawdę rozpływało się w ustach.
- Fantastyczne. Nigdy bym nie pomyślała, że te lasy kryją taką perłę. - Kobieta pokręciła głową.
- No właśnie. Czasem warto zaufać. I nie oceniać zbyt pochopnie, bo jak to mówią: nie szata zdobi dobrą jadłodajnię, prawda?
- Najszczersza. Teraz powiedz, co to za przewodnik. Od razu sobie kupię.
Ignacy zrobił tajemniczą minę.
- Nie da rady. To jest absolutnie tajny przewodnik dla wtajemniczonych globtroterów. Dzielą się w nim różnymi sekretnymi miejscami, tworząc mapę poleceń. To taka aplikacja na komórkę - wyjaśnił z uśmiechem.
- Mhy, rozumiem, należysz do jakiejś mistycznej loży, zakonu Róży Wiatrów czy czegoś takiego - zażartowała, a on spojrzał na nią wielce uradowanym wzrokiem.
- Zakon Róży Wiatrów! Bardzo zgrabna nazwa. Będę musiał zaproponować podczas naszego następnego zgromadzenia.
- Nie sądzę, żebyście mieli jakieś zgromadzenia - powątpiewała krytycznie znad swojej ryby Matylda.
- Tak? A to niby dlaczego? - zainteresował się żywo.
- Skoro nie macie nawet nazwy, to jak się gromadzicie? Bajki mi tu jakieś opowiadasz.
- Pani to jest bardzo podobna do mojej kuzynki - odezwał się znienacka Ignacy, gdy już wsiadali do samochodu.
- Tak? - Kobieta się zdystansowała, bo nie wiedziała, czy to dobrze, czy źle.
- To znaczy Alina nie jest właściwie moją kuzynką...
- Tylko kim? Babcią?
- Zabawna pani jest, właśnie dlatego mi ją pani przypomina. Jest kuzynką mojej mamy, czyli tak naprawdę moją cioteczną ciotką. Ale ona jest młoda i nie ma w sobie nic z ciotki. Uważam ją za kuzynkę. Ma tyle niesamowitych pomysłów...
Opowieści o niesamowitych pomysłach Aliny umiliły im dalszą część podróży i Matylda zapomniała wypytać Ignacego o to, co studiuje i co zamierza porabiać w Dębkach.
Rozstali się na peryferiach miejscowości.
- Tutaj świetnie sobie poradzę. - Uspokoił ją, gdy już wysiadał.
- Na pewno? - Nie była co do tego przekonana.
- Tak, znajdę jakiś kemping.
- No, ale kempingi są dalej, bliżej plaży - tłumaczyła, lecz on był odporny na sugestie.
- Spokojna czaszka, my z Zakonu Róży Wiatrów umiemy sobie radzić. Dziękuję za miłą podróż i w ogóle za wszystko.
Skoro tak, postanowiła nie ingerować bardziej w jego życie, niż było to konieczne. Pożegnała się i odjechała w swoją stronę.