3
Cane Creek
Pierwszego dnia nowej pracy obudziłem się bardzo wcześnie. Wyślizgnąłem się z łóżka, nie budząc Deirdre, dowlokłem się do szafy wnękowej, skąd wyjąłem najbardziej klasyczną koszulę, jaką miałem w swojej garderobie, następnie zajrzałem do pokoju Kaia i cicho pomaszerowałem do kuchni, żeby zaparzyć sobie kawę. Wziąłem prysznic i ubrałem się jeszcze przed wschodem słońca, a o szóstej rano, kiedy pierwsze promienie światła zaczęły się przebijać między pniami sosen w dolinie poniżej naszego domu, siedziałem już w samochodzie. Gdy zostawiłem za sobą wypełnione sklepami i firmami ulice oraz schludne osiedla Asheville i wjechałem między porośnięte drzewami wzgórza, rozmyślałem o czekającym mnie dniu.
Jak będą wyglądać moje pierwsze godziny jako lekarza prowadzącego samodzielną praktykę? Jakie przyjęcie spotka mnie ze strony pracowników przychodni i pacjentów, z którymi być może przyjdzie mi spędzić całą karierę?
Jadąc na wschód i mijając drogę widokową Blue Ridge Parkway, a potem wspinając się w górę Burney Mountain Road, byłem oczarowany pięknem krajobrazu: wiekowy, zielony las, połyskujące poranną rosą polany, strumienie wijące się wzdłuż wąskiej dwupasmowej drogi. Znajdowałem się na wiejskich obszarach Appalachów, w świecie całkowicie odmiennym od wielkiego miasta, jak o Asheville mówiła większość okolicznych mieszkańców. Tutejsze góry należały do najstarszych na świecie. Doliny, którymi były poprzecinane, powstawały na skutek milionów lat zapadania się ziemi, a zamieszkiwały je rodziny, które przybyły tu przed wieloma pokoleniami.
Bieda na wsi była na porządku dziennym. Ale z wolna zaczynały napływać tu pieniądze. Widać to było nawet z drogi: rozpadające się przyczepy kempingowe stały w sąsiedztwie nowych domów, zapuszczone działki przylegały do ogrodzonych terenów budowy. Podobnie jak w większej części prowincjonalnego Południa zmieniał się również pejzaż społeczny, napływ kapitału podniósł poziom zamożności - brakowało jednak odpowiedniej infrastruktury.
Temu właśnie starały się zaradzić władze MAHEC, tworząc swoją pierwszą filię w terenie. Cane Creek Family Health Center, które swoją nazwę wzięło od płynącego za jej parkingiem strumienia oraz otaczającej ją doliny, było wciśnięte pomiędzy stację benzynową, kościół baptystów oraz jedyny w dolinie gabinet weterynaryjny. Sam budynek prezentował się skromnie, był to w zasadzie nieduży dom o powierzchni stu jedenastu metrów kwadratowych, który poddano jedynie drobnym przeróbkom, żeby zaadaptować go na przychodnię lekarską.
Prawdę mówiąc, pierwszego dnia pracy przejechałem obok niego i nawet go nie zauważyłem.
Gdy w końcu jednak zawróciłem, znalazłem miejsce do zaparkowania i zamknąłem samochód, zobaczyłem, że idzie do mnie kobieta w moim wieku, w grubych okularach, różowym fartuchu i z ogromnym uśmiechem na twarzy.
- Zapewne pan doktor Gilmer - odezwała się z melodyjnym południowym akcentem. - Witamy, witamy.
Rozpoznałem ją po głosie: była to Terri Ippolito, wylewna i uczynna kierowniczka przychodni. Pomogła mi wypełnić niezbędne dokumenty i przejrzała ze mną harmonogram czekających mnie tego dnia wizyt. Następnie zaprowadziła mnie do poczekalni, gdzie na niedopasowanych krzesłach siedziała grupka moich przyszłych pacjentów, którzy czytali lokalną darmową gazetę "The Fairview Town Crier". Było wcześnie - do otwarcia przychodni zostało jeszcze dziesięć minut - ale całe miejsce tętniło już życiem.
- To Laura, nasza recepcjonistka - powiedziała Terri, wskazując na sympatyczną kobietę za kontuarem. Laura podniosła dłoń w geście pozdrowienia, a w tym samym czasie drugą odebrała telefon. Po raz pierwszy usłyszałem wtedy zadane pogodnym głosem pytanie, które przez kolejny rok miałem słyszeć setki razy dziennie:
- Przychodnia Cane Creek, mówi Laura. W czym mogę pomóc?
Terri wprowadziła mnie przez otwierane kodem drzwi do wąskiego korytarza, w którym tłoczyły się pielęgniarki i stało mnóstwo sprzętu medycznego.
- Tu, gdzie są te cztery gabinety zabiegowe, był kiedyś garaż - oznajmiła radośnie Terri, wskazując w lewo niczym agentka nieruchomości chwaląca się świeżo odremontowanym domem. - A tu, gdzie jest ten środkowy gabinet, była kuchnia.
Ruszyliśmy w głąb korytarza, niemal zderzając się po drodze z pielęgniarką, która toczyła przed sobą aparat do EKG. Musiałem przylgnąć do ściany, żeby ją przepuścić.
- A tutaj - oświadczyła Terri - była jadalnia. To jest twoja część.
Jeśli rzeczywiście mieściła się tu kiedyś jadalnia, przy stole mogły usiąść najwyżej cztery osoby. Każdy skrawek pomieszczenia był zajęty: stała tam lodówka na szczepionki, waga, regały ze starannie ułożonymi segregatorami i wyposażeniem laboratoryjnym. Terri i ja zajmowaliśmy większość wolnej przestrzeni. Wydawało mi się niemożliwe, żeby zmieścił się tu ktoś jeszcze - dopóki do środka nie weszła kobieta po pięćdziesiątce w elegancko uczesanym koku.
- To Robin - przedstawiła ją Terri. - Będzie twoją pielęgniarką.
- Skarbie, pozwól, że ci pomogę na początek, zapowiada się pracowity dzień - powiedziała Robin. I w ciągu kilku chwil pomogła mi uzyskać dostęp do elektronicznej bazy danych pacjentów.
Od razu ją polubiłem. Robin nosiła na szyi duży złoty krzyżyk i roztaczała wokół siebie aurę serdeczności i matczynej opiekuńczości. Żyła tu od dziesięcioleci i sprawiała wrażenie rodowitej mieszkanki Cane Creek. W rzeczywistości pochodziła z New Jersey, choć mówiła z miejscowym akcentem lepiej niż wielu tutejszych pacjentów. Widać było, że ma niezwykłą łatwość nawiązywania kontaktów z ludźmi. Przypominała mi jednego z członków starszyzny w kościele mojego ojca - kogoś, kto łączył wspólnotę wiernych, kto ich witał i pomagał im się poczuć swobodnie. Prawie natychmiast jej zaufałem i czułem, że Robin pomoże mi się zbliżyć z miejscową społecznością.
Martwiłem się, że będę traktowany jako ktoś obcy. W przeciwieństwie do poprzedniego doktora Gilmera, który stworzył przychodnię własnymi rękami i mieszkał kilka przecznic dalej, ja codziennie dojeżdżałem tutaj "spoza gór". Postępowe zachodnie Asheville, gdzie mieszkałem, dla wielu moich konserwatywnych, pochodzących ze wsi pacjentów stanowiło miejsce wyklęte. Miejsce, do którego odnosili się z nieufnością, miejsce, w którym żyli liberałowie i hipisi.
Jako że sam dorastałem na prowincji, byłem w równym stopniu zakorzeniony w świecie wiejskim, jak i miejskim, ale mieszkańcy Cane Creek jeszcze o tym nie wiedzieli. Miałem świadomość, że nawiązanie dobrych relacji będzie wymagało zaangażowania od obu stron.
Drugim lekarzem w Cane Creek, który pracował tu już od przeszło roku, był mój kolega, którego znałem jeszcze ze stażu. Mike Coladonato, wysoki, powściągliwy mężczyzna z czarnymi, kręconymi włosami i ironicznym poczuciem humoru, był człowiekiem odczuwającym silną więź z przyrodą i bardzo oddanym pacjentom lekarzem. Mieszkańcy Cane Creek, choć wiedzieli, że "nie pochodził z tych okolic", mieli poczucie, że zawsze mogą się do niego zwrócić i liczyć na jego pomoc.
Podobnie jak ja, Mike codziennie dojeżdżał do pracy z Asheville. Droga do przychodni, którą pokonywał swoją starą hondą civic, zajmowała mu mniej więcej pół godziny. W przeciwieństwie do mnie jednak nie widział w tym problemu. Niedługo po rozpoczęciu przez niego pracy w Cane Creek zapytałem go, czy zastanawiał się nad przeprowadzką do Fletcher, niedużego miasteczka położonego najbliżej przychodni. Mike tylko się roześmiał.
- Nie - odparł. - Fakt, że pracuję na wsi, nie oznacza jeszcze, że mam tam mieszkać.
Teraz zaś uniósł tylko głowę znad komputera w ciasnym kantorku i przybił ze mną piątkę.
- Witaj na pokładzie, stary - powiedział na przywitanie. - Twoje biurko jest tam.
Mike wskazał kąt pomieszczenia. Sam zajął miejsce blisko okna i powiesił na ścianie swoje dyplomy - Uniwersytetu Wirginii i MAHEC - a także zdjęcia uśmiechniętej żony i syna, który był mniej więcej w wieku Kaia. Fotografie ożywiały nieco biuro, które poza tym było ciemne, wilgotne i unosił się w nim lekki zapach stęchlizny. Na podłodze leżała szara, pofałdowana wykładzina dywanowa, krzesło przy moim biurku było zardzewiałe. Całość przypominała wnętrze agencji ubezpieczeniowej w małym miasteczku w Georgii, w której kiedyś pracował mój dziadek.
Odstawiłem swoją torbę i zajrzałem do wspólnej kuchni: na stole z porysowanym blatem, który niewątpliwie musiał tu trafić z czyjejś piwnicy, leżały rozmaite przekąski nie pierwszej już świeżości. Na kuchennej ladzie stała poplamiona tłuszczem mikrofalówka. Za to z okna wychodzącego na tył budynku roztaczał się cudowny widok na oświetloną porannymi promieniami słońca górę Little Pisgah.
W porównaniu z nią przychodnia wydawała się mała i nędzna, nic nieznacząca. Stojąc w tej ciasnej kuchni, poczułem - oprócz zdenerwowania, ekscytacji i chęci, żeby zabrać się do pracy - coś w rodzaju rozczarowania. Przez krótką chwilę wyobraziłem sobie gorączkową atmosferę oddziału ratunkowego szpitala, na którym - jak niegdyś sądziłem - miałem pracować po ukończeniu studiów. Popatrzyłem na chaszcze rosnące za przychodnią i pomyślałem: "Cały mój wysiłek - studia medyczne, rezydentura, stypendium - tylko po to, żebym mógł diagnozować cukrzycę w gabinecie, który dawniej służył za garaż?".
Ale wtedy przypomniałem sobie Gabon i oprawione w ramki zdjęcia moich pacjentów, które przyniosłem ze sobą, żeby powiesić je w gabinecie. Przypomniały mi się spojrzenia tych ludzi, kiedy leczyłem ich en brousse, w buszu. Uprawialiśmy medycynę prostymi metodami, stosowaliśmy podstawowe leki i wymyślaliśmy niekonwencjonalne środki, żeby rozwiązać skomplikowane problemy. To nie budynek czynił tam ze mnie lekarza. Powinnością lekarza jest niesienie pomocy w każdym możliwym miejscu, czy to na korytarzu opuszczonej szkoły, czy w przedsionku starego kościoła, czy w skromnej przychodni u podnóża Appalachów.
- To nie żaden pałac - oznajmił Mike Coladonato, stojąc w drzwiach kuchni, po czym wypił ostatni łyk kawy przed przyjęciem pierwszego pacjenta. - Ale przynajmniej jesteśmy na swoim.
Mój pierwszy pacjent tego dnia był stałym bywalcem przychodni Cane Creek.
- To idealne wprowadzenie do tego, z jakimi ludźmi mamy tu do czynienia - oznajmiła Robin, podając mi kartę sześćdziesięciopięcioletniego mężczyzny mającego problemy z nadciśnieniem. - Tylko nie mów do niego William.
- A jak mam się do niego zwracać?
- W rodzinie nazywają go Mulnikiem - odparła z uśmiechem Robin. - To ostatni facet w okolicy, który wciąż orze ziemię tradycyjnymi metodami. Używa do tego pary starych mułów.
Pierwsze, co uderzyło mnie, gdy otworzyłem drzwi do gabinetu numer sześć, to zapach. Mulnik nie tyle śmierdział, ile roztaczał wokół siebie woń, z jaką u nikogo wcześniej się nie spotkałem. Pachniał płonącym domem albo spaloną kupą chrustu, albo tysiącem fajek - dymem zmieszanym ze starym drewnem i mocnym tytoniem. Później dowiedziałem się, że ogrzewał swój dom piecem na drewno, w którym nieustannie płonął ogień, a jego schorowana żona Evelyn często przy nim przesiadywała, ogrzewając swoje bolące stawy. Mulnik poza tym palił śmieci i wypalał na swojej ziemi chaszcze.
Był szczupłym mężczyzną o orzechowej skórze. Choć był sierpień, a temperatura na zewnątrz dochodziła do trzydziestu pięciu stopni Celsjusza, facet miał na sobie znoszone ogrodniczki Carhartt i spraną koszulę flanelową, której podwinięte rękawy odsłaniały pokryte bliznami, zrogowaciałe dłonie.
- Uszanowanie - odezwał się, gdy wszedłem, i wstał, kłaniając się z nieco nadmierną uprzejmością i ciepłym, lecz zarazem sceptycznym uśmiechem. Od razu zorientowałem się, że w gabinecie lekarskim nie czuje się zbyt swobodnie.
- Co panu dolega?
- Złapał mnie kaszel - odparł. - Wystarczy zastrzyk penicyliny i będę leciał.
Roześmiałem się.
- To dość staroświecka metoda - powiedziałem. - Najpierw pana zbadam.
- Tak zawsze leczył mnie weterynarz, jak byłem mały - wyjaśnił szorstko Mulnik. - Skoro to było dobre dla koni, to i mnie powinno pomóc.
- Dlaczego akurat weterynarz robił panu zastrzyki penicyliny?
- Bo dorastałem w hrabstwie Yancey, synu - odrzekł. - Nie mieliśmy tam doktorów.
Osłuchałem mu serce i płuca. Wydawał się wyjątkowo zdrowy jak na swój wiek, co też zresztą mu powiedziałem.
- Mogę dziś mieć lekko podwyższone ciśnienie - oznajmił. - Przewróciłem się podczas orki.
Zajrzałem do jego karty pacjenta.
- Widzę, że zażywa pan już hydrochlorotiazyd - zauważyłem.
- Ano tak - odparł Mulnik, przyglądając mi się podejrzliwie. - Ale nie działa.
W ciągu trwającej dwadzieścia minut wizyty Mulnik opowiedział mi o swoim dzieciństwie pośród dolin Yancey, skąd przeprowadził się do hrabstwa Buncombe, o tym, jak przez dziesięciolecia utrzymywał się z uprawy tytoniu, a na własny użytek sadził rozmaite warzywa, o tym, jaką odczuwał dumę, gdy pod koniec lat siedemdziesiątych kupił działkę, na której razem z bratem gospodarują do dziś. Tylko dwa razy w życiu wyjechał z zachodniej części Karoliny Północnej i nie zamierzał robić tego ponownie.
- Przyjechał pan tu dziś mułem? - zapytałem, usiłując nadać rozmowie wesoły ton.
Twarz mężczyzny nagle jakby spochmurniała.
- Synu, muł nie służy do jeżdżenia - odparł, przeciągając słowo "muł" w jedną, trwającą w nieskończoność sylabę. - Muły to zwierzęta przeznaczone do pracy. Czy ty masz jakieś pojęcie o życiu?
Zaczerwieniłem się. Mulnik miał rację. Nie wiedziałem nic o nim, o jego dzieciństwie i życiu na wsi, a już z pewnością nie miałem najmniejszego pojęcia o mułach.
Przeprosiłem go za swoją głupią uwagę, przepisałem mu inny lek na nadciśnienie i kazałem zjawić się za miesiąc do kontroli. Mężczyzna zgodził się niechętnie, uścisnął mi rękę i zanim wyszedłem, nieśmiało sięgnął do stojącej u jego stóp papierowej torby.
- To za fatygę - oznajmił i wręczył mi szczelnie zamknięty słój.
- Co to takiego?
- Marynowane warzywa - odparł. - Poprzedni doktor Gilmer bardzo je lubił.
Dorastałem na prowincji, więc nieraz jadłem marynowane warzywa. Ale to w niczym nie przypominało żółtych marynat, które robiła moja babcia. W ręce trzymałem zakurzony słój wypełniony szarawą, rzadką substancją, która wyglądała odrobinę jak zanurzony w formalinie mózg.
Podziękowałem, przywołując resztki mojego akcentu z zachodniego Tennessee, a słój zostawiłem na stole w kuchni razem z kolekcją innych muzealnych przekąsek.
Choć wielokrotnie kusiło mnie, żeby go otworzyć z szacunku dla hojności pacjenta, nigdy się na to nie zdobyłem. Słój stał tam jeszcze bardzo długo.
Druga pacjentka była dokładnym przeciwieństwem Mulnika: kobieta tuż po czterdziestce, ubrana w spodnium, z elegancką fryzurą i obrączką ślubną z ogromnym diamentem. Z Mulnikiem zeszło mi pięć minut dłużej i kobieta była nieco zirytowana czekaniem na mnie.
- Potrzebuję skierowania do ortopedy - oświadczyła. - Potwornie dokucza mi łokieć. Nie mogę już nawet grać w tenisa.
Wyjaśniła, że jest nowa w tych stronach. Jej mąż niedawno przeszedł na emeryturę i przeprowadzili się do wymarzonego domu z czterema sypialniami około piętnastu kilometrów od przychodni. Dawniej była tam stadnina koni.
- Mamy tam mnóstwo miejsca dla dzieci - powiedziała, gdy badałem jej łokieć. - Choć nie sądzę, żeby chciały z nami zamieszkać.
Chociaż byłem dumny ze swoich umiejętności w zakresie medycyny sportowej i obsługi ultrasonografu, widziałem, że nie zdołam jej odwieść od konsultacji ze specjalistą. Mniejsza z tym, że mogłem jej na miejscu zrobić zastrzyk sterydowy, w dodatku za ułamek ceny, którą przyjdzie zapłacić u ortopedy - pacjentka chciała zobaczyć się z kimś, kto się specjalizuje w leczeniu łokci. Wystawiłem jej skierowanie do lekarza sportowego w Asheville i po chwili już jej nie było w gabinecie. Zupełnie jakby nie mogła się doczekać, kiedy stąd wyjdzie. Podobne zachowanie zaobserwowałem później u innych bardziej zamożnych pacjentów, którzy czuli się niekomfortowo, musząc przebywać w poczekalni ze znacznie biedniejszymi osobami, wśród których przeważali pacjenci objęci programem socjalnym Medicaid albo w ogóle niemający ubezpieczenia zdrowotnego.
Tacy jak dwudziestodwuletni chłopak, którego przyjąłem po przerwie na obiad. Był uzależniony od opioidów i od dwóch dni nic nie jadł. Od prawie sześciu miesięcy był czysty, ale miał problem, żeby zarobić na jedzenie.
- W sklepie Dollar General mieli zupy Campbella za dolara trzydzieści trzy - mówił. - Ale w zeszłym tygodniu podnieśli cenę na dwa dolary. Zwyczajnie mnie na to nie stać.
Wszystko się we mnie wyrywało, żeby sięgnąć do portfela, wyjąć z niego dwudziestkę i wręczyć chłopakowi. Był chudy jak patyk, a gdy uniosłem jego koszulę i przystawiłem mu stetoskop do piersi, usłyszałem, że jego serce bije jak u przerażonego ptaszka. Siedział tam uległy niczym dziecko, którym w istocie jeszcze był.
Historie, które usłyszałem tego dnia, tworzyły istny almanach życia na amerykańskiej prowincji w XXI wieku. Były tam opowieści o uzależnieniu od narkotyków i o udanych powrotach do trzeźwości, o zmaganiach z nadwagą i niedożywieniem, o wspaniałych sukcesach ekonomicznych i o dotkliwej biedzie. Spotkałem między innymi zamożnego prawnika z chorobą serca, który reprezentował kilku miejscowych farmerów w procesie wytoczonym producentowi nawozów sztucznych. Spotkałem pastora, który wypijał dziennie dwulitrową butelkę mountain dew, po czym zadowolony informował o swoim poziomie cukru i dostawał nowy zapas leków na cukrzycę. Spotkałem małomównego policjanta, który przyznał, że cierpi na coraz większe napady lękowe i miewa myśli samobójcze, ale nawet mu przez myśl nie przejdzie, żeby umówić się na wizytę u psychiatry.
W końcu nadeszła pora na moją ostatnią pacjentkę tego dnia, kobietę po sześćdziesiątce w długiej sukience i wsuwanych butach z czarnej skóry. Cierpiała z powodu nawracających bólów pleców i gdy Robin scharakteryzowała mi występujące u kobiety objawy, zamierzałem przepisać jej jakiś środek rozluźniający mięśnie.
Zapowiadało się na rutynową wizytę.
Kiedy jednak otworzyłem drzwi do gabinetu numer pięć, ujrzałem osobę w stanie całkowitej paniki. Kobieta oddychała, gwałtownie łapiąc ustami powietrze, jakby tonęła. Była wyraźnie czymś przerażona.
Dopiero po pewnej chwili zrozumiałem, że to mnie tak się bała.
Zamknąłem drzwi i usiadłem obok niej.
- Proszę się skupić na oddechu - powiedziałem najłagodniejszym, najbardziej uspokajającym tonem. - Wszystko w porządku. Niech pani spojrzy na zdjęcie na ścianie i spróbuje policzyć wszystkich znajdujących się na nim ludzi.
Podczas przerwy obiadowej udekorowałem ściany gabinetu zdjęciami swoich bliskich oraz fotografiami z pobytu w Szpitalu Alberta Schweitzera w Gabonie. Chciałem, żeby pacjenci poznali mnie jako człowieka - a nie moje dyplomy - tak jak dobrze znali od strony prywatnej poprzedniego doktora Gilmera. Chciałem, żeby w moim towarzystwie poczuli się pewnie i bezpiecznie.
Najwyraźniej jednak nie przyniosło to spodziewanych rezultatów.
- Nie wiedziałam po prostu, czego się dziś spodziewać - wyznała kobieta, kiedy się uspokoiła, a jej oddech wrócił do normy. - Wiem, że minęło już pięć lat, ale dostałam informację z przypomnieniem o wizycie u "doktora Gilmera" i nie miałam pojęcia, kto się pojawi w drzwiach.
- Chciałaby pani porozmawiać o poprzednim doktorze Gilmerze? - spytałem.
- Och, uwielbiałam go - odparła. - Był dla mnie taki miły. Raz, gdy nie mogłam tu dotrzeć, sam przyjechał do mnie do domu. Ale to było, zanim...
Czekałem, aż dokończy.
- No, zanim to wszystko się wydarzyło.
Przez cały pierwszy dzień - a także przez kolejne dni, tygodnie i miesiące - spotykałem ludzi, którzy dawniej byli leczeni przez doktora Vince'a Gilmera. Dzięki Bogu nie wywoływałem u nich ataków paniki samą swoją obecnością. Nie był to jednak ten rodzaj relacji z pacjentem, na jaki liczyłem.
Ale moi pacjenci nie wzbraniali się przed rozmowami o moim poprzedniku. Miałem wrażenie, że wręcz tego potrzebowali. Bynajmniej nie dlatego, że się go bali czy też uważali go za złego człowieka. Wręcz przeciwnie.
Dawni pacjenci Vince'a Gilmera po prostu go kochali.
I począwszy od pierwszego dnia mojej pracy raczyli mnie opowieściami o jego niekonwencjonalnych metodach leczenia. Kobieta, która cierpiała na depresję, mówiła mi, że Vince zabrał ją z gabinetu na trzydziestominutowy spacer po okolicy w poszukiwaniu czterolistnej koniczyny.
- Naprawdę mnie wysłuchał - powiedziała. - Nie spodziewałam się tego po nim. Sądziłam, że po prostu przepisze mi jakieś antydepresanty, jak postąpiłaby większość lekarzy. Ale potem zaczęłam pełzać po trawie w poszukiwaniu przynoszącej szczęście koniczyny i wie pan co? Poczułam się lepiej. Uznałam ten pomysł za lekkie szaleństwo, ale to mi rzeczywiście pomogło.
Pewien robotnik budowlany powiedział mi, że Vince zmienił godziny otwarcia przychodni - była otwarta od siódmej rano do ósmej wieczorem - żeby tacy ludzie jak on mieli w ogóle szansę umówić się na wizytę do lekarza.
- Nigdy nie mogłem zrozumieć, dlaczego lekarze przyjmują tylko w tych godzinach, kiedy zwykle człowiek musi być w pracy - oznajmił.
Z kolei od jednego farmera Vince przyjął raz torbę pomidorów i dwanaście kolb kukurydzy w zamian za opiekę, kiedy mężczyzna był całkowicie spłukany. Kilku innych pacjentów mówiło mi, że Vince czasami w ogóle nie przyjmował zapłaty.
Widać było, że bardzo się starał, aby zintegrować się z tutejszymi mieszkańcami. Wykupił olbrzymi billboard reklamowy z lewej strony boiska baseballowego miejscowego gimnazjum i często pojawiał się na trybunach, zajadając orzeszki i obserwując mecze ósmoklasistów. Od dyrektora szkoły dowiedziałem się, że Vince robił nawet dzieciakom z drużyny darmowe badania lekarskie. Razem z żoną Kathy zaprzyjaźnił się z kilkoma tutejszymi małżeństwami i w czwartkowe wieczory wszyscy chodzili na tańce. Na werandzie położonego na szczycie wzgórza domu Gilmerów, z którego widać było zresztą szkołę, często zbierali się przyjaciele i sąsiedzi, słuchając muzyki i popijając piwo.
Pacjenci opisywali poprzedniego doktora Gilmera jako jednego ze swoich: zwalistego, prostodusznego mężczyznę, który poklepywał wszystkich po plecach, chętnie się śmiał i do nikogo zbyt długo nie chował urazy. Pewna kobieta opowiadała, że była zaskoczona, kiedy podczas pierwszej wizyty Vince zapytał ją, czy może ją przytulić.
- Ludzie mówią na mnie "Niedźwiedź" - wyjaśnił, po czym objął ją w iście niedźwiedzim uścisku.
Nie potrafiłem sobie wyobrazić, bym przy pierwszym spotkaniu miał się przytulać z pacjentem. Na studiach medycznych i podczas stażu uczą nas zachowywać profesjonalny dystans. Byłem jednak nowy w tym zawodzie i słysząc pacjentów opowiadających, jak bardzo podobała im się życzliwość i otwartość Vince'a - jego skłonność do skracania dystansu między lekarzem a pacjentem - pomyślałem, że być może oczekują ode mnie takiego samego podejścia. Vince nie dojeżdżał do pracy w Cane Creek, ale przeprowadził się tutaj, znalazł sobie przyjaciół i stał się nieodłączną częścią codziennego życia miejscowej społeczności.
W pierwszych miesiącach pracy bardzo mu tego zazdrościłem. Z czasem pokochałem swoich pacjentów - farmerów i nauczycieli, samotne matki i młodych mężczyzn walczących z uzależnieniem od narkotyków - ale na początku trudno mi było się wśród nich odnaleźć. Nigdy nie miałem w sobie tego swojskiego uroku, który roztaczał wokół siebie poprzedni doktor Gilmer.
W Appalachach wszystko definiowano w odniesieniu do gór. Jechałeś w góry albo z nich zjeżdżałeś, pochodziłeś z tej lub z tamtej strony gór. Ja pochodziłem niewątpliwie z tamtej strony gór. I czasami ogarniało mnie poczucie winy, gdy pod koniec dnia wrzucałem torbę z laptopem na tylne siedzenie starego subaru i wracałem do swojego drobnomieszczańskiego azylu w Asheville.
Ale nie miałem sił ani czasu, żeby roztrząsać swoje wybory. Moje życie zmieniało się radykalnie. W Święto Dziękczynienia na świat przyszła moja córka Luya i razem z Deirdre próbowaliśmy przeorganizować nasz dom o powierzchni siedemdziesięciu pięciu metrów kwadratowych, żeby wygospodarować dla niej miejsce. Codziennie po powrocie z pracy zdejmowałem biały fartuch lekarski, wkładałem znoszone, stare dżinsy, T-shirt i zabierałem się do remontu, wymieniałem podłogi, kosiłem trawę i jednocześnie zabawiałem Kaia. Miałem najlepszą pracę w całym swoim życiu, ale przy dwójce dzieci, rosnącym długu i remoncie domu byliśmy z Deirdre kompletnie spłukani.
Wróciłem też do pracy nauczyciela; uczyłem studentów pierwszego roku nowo otwartej w Asheville akademii medycznej, filii Uniwersytetu Karoliny Północnej.
Była to wyjątkowa uczelnia, miała na celu zburzyć przestarzały, tradycyjny model edukacji medycznej, który polegał na zapoznawaniu studentów z kolejnymi dziedzinami medycyny jedna po drugiej i wymagał setek godzin biernej obserwacji. Nasza misja polegała na zapoznawaniu studentów ze wszystkimi dziedzinami medycyny jednocześnie, a także na włączaniu ich do czynnej pracy w przychodniach i do opieki nad pacjentami.
Nasz program nauczania opierał się na praktycznym działaniu. Studenci uczyli się poprzez własną aktywność.
Pierwszą studentką, która pomagała mi w Cane Creek, była Laura Cone. Od razu zorientowałem się, że będzie dla mnie wielkim wsparciem; była obdarzona imponującą inteligencją, niezwykle opanowana, profesjonalna w każdym calu, a do tego chętna do nauki.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.