Przysięga Miłości. Krwawe Rozgrywki. Tom 2 - Monika Nawara

Kup ebooka

46.90 zł
35.22 zł (34,82 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Liliana

Na szali wi­siało ży­cie mo­jej ku­zynki Va­len­tiny, którą ko­cha­łam jak ro­dzoną sio­strę. Po­rwał ją czło­wiek, któ­remu mi­łość po­my­liła się z psy­cho­pa­tyczną ob­se­sją. Cał­kiem moż­liwe, że ta jedna de­cy­zja prze­kre­śli moje plany na przy­szłość, ale nie zna­la­złam in­nego roz­wią­za­nia. W tej chwili naj­waż­niej­sze było to, żeby spro­wa­dzić ją do domu, bez kal­ku­lo­wa­nia po­ten­cjal­nego ry­zyka zwią­za­nego z ujaw­nie­niem się.

Po roz­mo­wie z Lo­ren­zem zja­wi­łam się w jego re­zy­den­cji w prze­ciągu kil­ku­na­stu mi­nut.

Od mo­mentu gdy prze­kro­czy­łam próg ga­bi­netu, w mgnie­niu oka zda­łam so­bie sprawę z obec­no­ści dru­giego z braci De­luzzo, który od kilku mie­sięcy sta­no­wił po­twor­nie sek­sowny ele­ment mo­ich ma­rzeń sen­nych. Na­wet nie mu­sia­łam się roz­glą­dać, żeby wie­dzieć, że tu­taj jest. Za­drża­łam mi­mo­wol­nie, jak­bym nie­spo­dzie­wa­nie zna­la­zła się w za­sięgu jego pola si­ło­wego.

Do­strze­głam w jego zmru­żo­nych czar­nych jak smoła oczach ten sam błysk, który wi­dzia­łam za każ­dym ra­zem, gdy prze­szy­wał mnie po­chła­nia­ją­cym spoj­rze­niem. Jego po­stawną syl­wetkę jak zwy­kle otu­lała czerń, która pod­kre­ślała jego cha­rak­ter i wy­bit­nie do niego pa­so­wała. Wy­glą­dał nie­ziem­sko do­brze. Szyty na miarę gar­ni­tur i ko­szula cia­sno opi­nały jego roz­bu­do­wane ciało, o które za­pewne dbał, ciężko tre­nu­jąc, żeby osta­tecz­nie utrzy­mać je w do­sko­na­łej for­mie. Wpa­try­wał się we mnie ba­daw­czo i po­cie­rał dło­nią wy­raź­nie za­ry­so­waną szczękę po­krytą zgrab­nie przy­cię­tym, gę­stym za­ro­stem.

Na samą myśl o tym, jak mu­siał wy­glą­dać bez ko­szuli, zro­biło mi się go­rąco.

Stał przede mną pie­przony Ado­nis we wła­snej oso­bie.

Na kilka se­kund przy­mknę­łam po­wieki, by od­zy­skać rów­no­wagę i nie ze­mdleć z wra­że­nia. Po­trze­bo­wa­łam sku­pić się na za­da­niu w stu pro­cen­tach. Nie mo­głam so­bie po­zwo­lić na roz­pro­sze­nie.

Wy­cią­gnę­łam dłoń do Le­onarda. Uści­snął ją sta­now­czo, po­chy­lił się i mu­snął szorst­kim za­ro­stem mój po­li­czek, po­zo­sta­wia­jąc po so­bie przy­jemne uczu­cie go­rąca.

To ja­kieś sza­leń­stwo!

Jego do­tyk spra­wił, że przez moje ciało prze­to­czyła się roz­kosz­nie po­bu­dza­jąca fala emo­cji, a serce gwał­tow­nie za­ło­mo­tało mi w piersi. Wcią­gnę­łam do płuc eg­zo­tyczny, mocny za­pach, żeby utrwa­lić w pa­mięci drzewne nuty po­łą­czone z czymś słod­kim i prze­siąk­nięte sek­sow­nymi akor­dami roz­pa­la­ją­cymi ciało i otu­la­ją­cymi umysł mgłą odu­rze­nia. Aro­mat per­fum w po­łą­cze­niu z za­pa­chem jego skóry two­rzył wy­bit­nie mroczną mie­szankę zmy­sło­wo­ści.

Zde­cy­do­wa­nie zbyt długo trwa­li­śmy w bez­ru­chu, ści­ska­jąc swoje dło­nie i wpa­tru­jąc się w sie­bie wy­głod­niale. Do­piero gło­śne chrząk­nię­cie wy­rwało nas z transu, w se­kundę spro­wa­dza­jąc na zie­mię.

Prze­nio­słam spoj­rze­nie na mło­dego, dość szczu­płego męż­czy­znę, który przed­sta­wił się jako Ale­xan­der. Kil­ku­krot­nie wi­dzia­łam go w re­zy­den­cji dziadka, ale ni­gdy nie zo­sta­li­śmy so­bie ofi­cjal­nie przed­sta­wieni. Je­dyne, co o nim wie­dzia­łam, to to, że był po­noć naj­lep­szym spe­cem kom­pu­te­ro­wym pra­cu­ją­cym dla Lo­renza.

Nie prze­cią­ga­jąc krę­pu­ją­cej ci­szy, za­py­ta­łam o miej­sce, w któ­rym mo­gła­bym się roz­ło­żyć ze sprzę­tem. Ale­xan­der wska­zał mi fo­tel sto­jący po prze­ciw­nej stro­nie po­tęż­nego, drew­nia­nego biurka, więc bez zwłoki za­ję­łam miej­sce i skon­cen­tro­wa­łam się na za­da­niu.

Pró­bo­wa­łam igno­ro­wać obec­ność trzech męż­czyzn prze­by­wa­ją­cych w ga­bi­ne­cie, ale to wcale nie było ła­twe, szcze­gól­nie w przy­padku Le­onarda De­luzza. Nie na­le­żał do osób, które wta­piały się w tło czy po ja­kimś cza­sie sta­wały nie­wi­dzialne. On przy­cią­gał uwagę, obez­wład­niał zmy­sły i pro­wo­ko­wał do po­rzu­ce­nia nud­nych przy­zwy­cza­jeń.

Jego za­bój­czo sek­sowny za­pach wy­peł­niał moje noz­drza i mnie otu­lał, a ja kom­plet­nie nic nie mo­głam na to po­ra­dzić. Od chwili gdy po raz pierw­szy go spo­tka­łam, ta woń stała się moją sła­bo­ścią i za­ra­zem afro­dy­zja­kiem.

Swoje dłuż­sze czarne włosy ze­brał w kok i upiął wy­żej z tyłu głowy, co wy­róż­niało go na tle in­nych męż­czyzn, ale też nada­wało mu nie­grzecz­nej za­dzior­no­ści. W za­sa­dzie to nie wi­dzia­łam go jesz­cze w in­nej fry­zu­rze, więc cie­ka­wiło mnie, ja­kiej dłu­go­ści są jego włosy, a zwłasz­cza jak wy­gląda, gdy wplata w nie dło­nie i je prze­cze­suje. Zga­dy­wa­łam, że pew­nie w ta­kim wy­da­niu ema­nuje dzi­ko­ścią i nie­okieł­zna­niem.

Naj­pięk­niej­sze w tym ca­łym ar­se­nale do­broci były jego prze­szy­wa­jące, czarne oczy oto­czone wa­chla­rzem rzęs. Mimo że był bli­skim współ­pra­cow­ni­kiem Lo­renza, więc pew­nie na­le­żał do zde­cy­do­wa­nych, bru­tal­nych i bez­li­to­snych męż­czyzn, to jego szczery uśmiech spra­wiał, że przy­po­mi­nał przy­stoj­nego, uro­czego ło­buza.

Nie­chęt­nie od­go­ni­łam my­śli o wło­skim przy­stoj­niaku, żeby sku­pić się na za­da­niu. Kilka go­dzin za­jęło mi na­pi­sa­nie pro­gramu, który miał po­móc nam zlo­ka­li­zo­wać po­ry­wa­cza, a co naj­waż­niej­sze, także Va­len­tinę. Do tego czasu upew­ni­łam się, że nikt nie pi­śnie słów­kiem, co po­tra­fię zdzia­łać, ma­jąc pod ręką po­rządny sprzęt, tro­chę spo­koju i wy­uczone umie­jęt­no­ści. Moją ta­jem­nicę znali Va­len­tina i Flo­rin. Ni­komu in­nemu nie ufa­łam na tyle, by zdra­dzić od lat skry­wany se­kret.

Od­kąd się­ga­łam pa­mię­cią, Flo­rin nie od­stę­po­wał mnie na krok. Oj­ciec wy­zna­czył go na mo­jego oso­bi­stego ochro­nia­rza, gdy skoń­czy­łam dzie­więć lat. Stał się moim cie­niem, z bie­giem czasu także przy­ja­cie­lem, a to, że był świet­nie wy­szko­lony, zde­ter­mi­no­wany pod­czas walki i bez­kom­pro­mi­sowy, je­śli cho­dziło o wro­gów, spra­wiało, że czu­łam się z nim bez­piecz­nie, wie­dząc, że w przy­padku za­gro­że­nia ochroni mnie wła­snym cia­łem. Wo­bec przy­ja­ciół i ro­dziny po­zo­sta­wał bez­względ­nie lo­jalny.

W chwili gdy skoń­czy­łam trzy­na­ście lat, na wy­raźne po­le­ce­nie ojca, który z re­guły twier­dził, iż ko­biety to gor­szy ga­tu­nek na­da­jący się je­dy­nie do kuchni i ro­dze­nia dzieci, za­częło się moje szko­le­nie, po­cząt­kowo na pod­sta­wo­wym po­zio­mie. Roz­po­czę­li­śmy od za­jęć sa­mo­obrony, ale po pew­nym cza­sie prze­stało mi to wy­star­czać. I tak skoń­czyło się na bar­dziej wy­ma­ga­ją­cych spor­tach, ta­kich jak ju-jitsu czy kick­bo­xing, które uwiel­bia­łam. Oprócz spor­tów walki re­gu­lar­nie ćwi­czy­łam z no­żem i przy­naj­mniej raz w ty­go­dniu od­wie­dza­li­śmy strzel­nicę. Co prawda nie mo­głam się po­chwa­lić taką sku­tecz­no­ścią od­da­wa­nia strza­łów jak Va­len­tina, ale też nie by­łam naj­gor­sza.

To dzięki Flo­ri­nowi od­na­la­złam swoją drugą pa­sję, którą skrzęt­nie ukry­wa­łam od czte­rech lat. Two­rze­nie pro­stych pro­gra­mów na­wet na po­czątku nie spra­wiało mi trud­no­ści. Mój ochro­niarz szybko się zo­rien­to­wał, że w mig po­ję­łam ję­zyk pro­gra­mo­wa­nia, jakby to była ta­bliczka mno­że­nia.

Gdy prze­my­cił dla mnie lep­szy kom­pu­ter, szyb­szy i bar­dziej pro­fe­sjo­nalny, roz­po­częła się moja praw­dziwa przy­goda. Na star­cie za­li­czy­łam kilka kur­sów, które po­zwo­liły mi opa­no­wać pod­stawy two­rze­nia pro­gra­mów, a na­stęp­nie po­szło już z górki. Prak­tycz­nie każdą wolną chwilę po­świę­ca­łam na szko­le­nie swo­ich umie­jęt­no­ści i po­głę­bia­nie wie­dzy.

Ogrom­nym wspar­ciem oka­zało się kilka osób, które po­zna­łam na fo­rach kom­pu­te­ro­wych, a szcze­gól­nie jedna o pseu­do­ni­mie ­De­vil­Bre­ath. Po kilku mie­sią­cach zna­jo­mo­ści wpro­wa­dził mnie do pod­ziem­nego świata cy­ber­prze­strzeni i na­uczył wielu przy­dat­nych umie­jęt­no­ści, które były nie­zbędne pod­czas ko­rzy­sta­nia z kom­pu­tera na po­zio­mie i w za­kre­sie, ja­kiego po­trze­bo­wa­łam.

Je­śli ktoś w tym mo­men­cie śle­dziłby moje po­czy­na­nia w sieci lub pró­bo­wał mnie zlo­ka­li­zo­wać, to zo­stałby po­wia­do­miony, że sie­dzę w ja­kiejś za­pusz­czo­nej wio­sce w sa­mym środku bra­zy­lij­skiej pusz­czy.

Moje umie­jęt­no­ści ro­sły z mie­siąca na mie­siąc. Oka­zało się, że mam spory ta­lent, a oprócz tego je­stem bar­dzo po­jętną uczen­nicą. To była moja je­dyna droga do wol­no­ści.

Od­kąd się­ga­łam pa­mię­cią, wpa­jano mi, że uro­dzi­łam się tylko po to, żeby w przy­szło­ści stać się po­tulną żoną ma­fiosa, któ­remu po­win­nam grzać łóżko i przy­ta­ki­wać. Jedno było jed­nak pewne: mój cha­rak­ter w ogóle nie przy­sta­wał do roli, jaką szy­ko­wał dla mnie oj­ciec.

Przez kilka ostat­nich lat pra­co­wa­łam cho­ler­nie ciężko, by pew­nego dnia znik­nąć z ra­daru i na za­wsze za­paść się pod zie­mię.

Rozdział 2

Leonardo

Nie spa­łem od dwóch dni, czyli od mo­mentu, gdy ten zjeb po­rwał Va­len­tinę, więc nie by­łem do końca pewny, czy to, co wi­dzia­łem, było snem czy po­je­baną rze­czy­wi­sto­ścią.

Nie po­tra­fi­łem ode­rwać wzroku od Li­liany.

Czy na­prawdę stała przede mną naj­pięk­niej­sza ko­bieta, jaką w ży­ciu wi­dzia­łem, ubrana w sek­sow­nie po­szar­pane dżin­sowe spodenki, ko­szulkę z logo Bat­mana i białe trampki...?

Fio­le­towe włosy sple­cione w dwa war­ko­cze opa­dały luźno na jej klatkę pier­siową, co spra­wiło, że wy­glą­dała jak na­sto­latka, a nie­winny uśmiech i słod­kie piegi, dla któ­rych prze­pa­dłem kilka mie­sięcy temu, tylko utwier­dzały mnie w prze­ko­na­niu, że jest je­dyna w swoim ro­dzaju.

Nie­stety poza moim za­się­giem.

- Ja pier­dolę - wy­msknęło mi się, gdy ob­ser­wo­wa­łem to nad­na­tu­ralne zja­wi­sko.

- Uspo­kój się. - Lo­renzo spoj­rzał na mnie przez ra­mię z wy­raź­nym bła­ga­niem w oczach.

- Chyba się za­ko­cha­łem. - Na­wet mnie dźwięk mo­jego głosu wy­dał się w tej se­kun­dzie nie­na­tu­ral­nie ża­ło­sny.

Kom­plet­nie nie po­tra­fi­łem nad sobą za­pa­no­wać. Sza­le­jące emo­cje przej­mo­wały kon­trolę nad po­pa­pra­nym umy­słem, który pod­po­wia­dał, a wręcz alar­mo­wał, że­bym dla wła­snego bez­pie­czeń­stwa trzy­mał się od niej z da­leka.

- Le­onardo, ona jest na­szą ostat­nią szansą na od­na­le­zie­nie Va­len­tiny. Bła­gam, nie roz­pra­szaj jej, do chuja - po­pro­sił mój brat, ­za­nim wy­szedł z ga­bi­netu.

Co ja mogę po­ra­dzić na te wszyst­kie emo­cje?

W moim ciele sza­lało nisz­czy­ciel­skie tor­nado, spra­wia­jąc, że krew wrzała w ży­łach, a skóra sta­wała w pło­mie­niach, gdy Li­liana po­ja­wiała się w za­sięgu wzroku. Już na­wet nie cho­dziło o wkur­wia­jąco silne pod­nie­ce­nie, które sta­wiało mnie na bacz­ność za każ­dym ra­zem, gdy po­czu­łem jej bli­skość, ani o serce, które obi­jało się o klatkę pier­siową w przy­spie­szo­nym ryt­mie, po­wo­du­jąc nie­przy­jemny ucisk, który naj­praw­do­po­dob­niej zwia­sto­wał za­wał.

Tu cho­dziło o ca­łego mnie.

Czu­łem bu­zu­jące we mnie emo­cje, drże­nie rąk, su­chość w gar­dle. Nie mia­łem po­ję­cia, skąd wra­że­nie, jakby tra­wiła mnie cho­lerna go­rączka. To było zdrowo po­pier­do­lone, na­wet jak na mnie.

Je­dy­nym wy­tłu­ma­cze­niem mo­gło być za­klę­cie, które na mnie rzu­ciła, albo... nie wiem... moż­liwe, że za­czy­na­łem świ­ro­wać. Po­trze­bo­wa­łem na gwałt po­rady psy­chia­try, żeby nie zwa­rio­wać do reszty.

Kurwa! - jęk­ną­łem w my­ślach.

Kiedy po raz pierw­szy spoj­rza­łem w szare, nie­zwy­kle fa­scy­nu­jące oczy, prze­pa­dłem z kre­te­sem. Jak tylko uści­sną­łem jej dłoń, za­drża­łem. I nie mó­wię wy­łącz­nie o po­żą­da­niu tak sil­nym, że nie by­łem w sta­nie skle­cić zda­nia, bo czu­łem, że cała krew od­pły­nęła mi do fiuta w ciągu kilku se­kund. To było coś znacz­nie wię­cej. Mia­łem wra­że­nie, jakby ktoś przy­ło­żył mi ża­rzący po­grze­bacz do serca i wy­wier­cił nim dziurę.

Uczu­cie, które we mnie za­pło­nęło, kom­plet­nie za­wład­nęło moim umy­słem. Już nie wspo­mnę o za­pa­chu, który wy­peł­niał te­raz ga­bi­net. Przy­po­mi­nał słod­kie cze­re­śnie, ale też coś, co ko­ja­rzyło mi się z la­tem, bez­tro­ską i - nie wiem dla­czego - z do­mem.

Po­zna­li­śmy się kilka mie­sięcy temu pod­czas ko­la­cji w re­zy­den­cji Sa­lva­to­rego Russa. Va­len­tina i Li­liana spę­dzały wa­ka­cje u dziadka. I tak jak ni­gdy nie in­te­re­so­wa­łem się jego wnucz­kami, to te­raz mu­sia­łem przy­znać, że obie były rów­nie in­te­li­gentne, co prze­piękne.

Va­len­tinę od sa­mego po­czątku trak­to­wa­łem jak młod­szą sio­strę. Mie­li­śmy po­dobne cha­rak­tery i po­czu­cie hu­moru, więc nie­trudno było zna­leźć z nią wspólny ję­zyk. Nada­łem jej ksywkę "cu­kie­re­czek", choć z jej wy­bu­cho­wym cha­rak­te­rem i mocno nie­cen­zu­ral­nym słow­nic­twem da­leko jej było do słod­kiej istoty. Była ide­alną ko­bietą dla Lo­renza, po­wie­dział­bym na­wet, że zo­stała wręcz wy­kre­owana dla niego przez sa­mego Stwórcę.

Na­to­miast Li­liana oka­zała się nie tylko prze­śliczna, ale rów­nież nie­ziem­sko sek­sowna, po­cią­ga­jąca i dia­bel­nie in­te­li­gentna. Fakt, że mia­łem ją na wy­cią­gnię­cie ręki, a ni­gdy nie bę­dzie do mnie na­le­żeć, po­wo­do­wał, że czu­łem się cał­ko­wi­cie roz­je­bany od środka. Sta­ra­łem się o niej za­po­mnieć, ale to i tak nic nie da­wało. Nie po­tra­fi­łem i tyle.

Po­rów­ny­wa­łem do niej każdą na­po­tkaną ko­bietę, ale nie­stety żadna się do niej nie umy­wała. Nie pod­nie­cały mnie, nie po­bu­dzały.

Zda­wa­łem so­bie sprawę, że jej przy­szłość zo­stała za­pla­no­wana. Skoń­czyła dzie­więt­na­ście lat, więc jej dzia­dek za­pewne miał już na oku ja­kie­goś kan­dy­data na jej męża. Z pew­no­ścią po­jawi się wielu męż­czyzn, któ­rzy za wszelką cenę będą pró­bo­wali ją zdo­być i uczy­nić swoją żoną.

Na samą myśl, że ja­kiś skur­wiel bę­dzie do­ty­kał mo­jej Li­liany, nie­po­ko­jąco mocno ści­skało mnie w klatce pier­sio­wej.

Za­zwy­czaj by­łem spo­kojny i zdy­stan­so­wany, a wy­bu­chowy cha­rak­ter był zna­kiem roz­po­znaw­czym mo­jego brata. Jed­nak pierw­szy raz w ży­ciu czu­łem ca­łym sobą, że ta ko­bieta po­winna być moja. I by­łem w sta­nie roz­pier­do­lić świat, żeby sta­nęła przy moim boku. Tylko nie mia­łem żad­nego po­my­słu, dzięki któ­remu moje ma­rze­nie by się speł­niło i nie wy­wo­łało jed­no­cze­śnie wojny mię­dzy kla­nami. Je­dyne wyj­ście, które wi­dzia­łem, to wy­cią­gnąć gnata i po­zbyć się po ko­lei wszyst­kich kan­dy­da­tów do jej ręki. Wtedy by­łaby moja. Nie­stety był to po sto­kroć de­bilny po­mysł. Co nie zna­czyło, że nie krą­żył mi cały czas po gło­wie.

Co prawda mógł­bym ją po­rwać i uciec, za­szyć się na końcu świata, cie­sząc się z nią spo­koj­nym ży­ciem. Zda­wa­łem so­bie jed­nak sprawę z kon­se­kwen­cji tego ewen­tu­al­nego czynu. Mój wy­bryk naj­pew­niej wy­wo­łałby po­mię­dzy na­szą ro­dziną a Rus­sem i przy­szłym mę­żem Li­liany wojnę, która po­chło­nę­łaby nie­zli­czone ilo­ści ist­nień ludz­kich. Nie mo­głem być aż tak sa­mo­lub­nym su­kin­sy­nem.

Ob­ser­wo­wa­łem ją pod­czas pracy przy kom­pu­te­rze i chyba ni­gdy wcze­śniej nie wi­dzia­łem ni­czego bar­dziej sek­sow­nego.

To­tal­nie mi od­je­bało.

Ale­xan­der ga­pił się na nią jak na ósmy cud świata, a ja naj­chęt­niej wy­ja­śnił­bym mu pię­ścią, że nie może na nią tak czę­sto zer­kać ani tym bar­dziej z nią roz­ma­wiać.

By­łem o nią cho­ler­nie za­zdro­sny. Za­cho­wy­wa­łem się jak ne­an­der­tal­czyk, a jakby tego jesz­cze było mało, to mia­łem w spodniach spo­rych roz­mia­rów na­miot już od mo­mentu, w któ­rym prze­kro­czyła próg ga­bi­netu. Pra­gną­łem jej tak strasz­nie mocno, że nie po­tra­fi­łem my­śleć o ni­czym waż­nym, a co do­piero się na czymś sku­piać.

Na­gły okrzyk ra­do­ści wy­bu­dził mnie z le­targu. Spoj­rza­łem na Li­lianę, która z pod­eks­cy­to­wa­niem wy­ma­lo­wa­nym na ślicz­nej twa­rzy w przy­spie­szo­nym tem­pie su­nęła pal­cami po kla­wia­tu­rze.

- Wczo­raj o dzie­wią­tej trzy­dzie­ści wje­chał sa­mo­cho­dem na prom do Malty z portu w Poz­zallo.

- To na pewno on? - Z pręd­ko­ścią świa­tła pod­nio­słem się z ka­napy.

- Tak. Sa­mo­chód się zga­dza. Nie­bie­ska alfa o tych sa­mych ta­bli­cach re­je­stra­cyj­nych, które za­re­je­stro­wała ka­mera w lom­bar­dzie przy lot­ni­sku.

- Do­kład­nie - rzu­cił szybko Ale­xan­der. - Ale jest jesz­cze to! - Wska­zał pod­eks­cy­to­wany na ekran lap­topa.

Zer­k­ną­łem na na­gra­nie, na któ­rym męż­czy­zna w bar­dzo do­pra­co­wa­nym prze­bra­niu ku­po­wał bi­lety na prom. Ti­mura zdra­dził ta­tuaż w kształ­cie skor­piona na nad­garstku. Nie cze­ka­jąc na ko­lejne re­we­la­cje, wy­bie­głem z ga­bi­netu, żeby jak naj­szyb­ciej prze­ka­zać bratu naj­now­sze usta­le­nia.

Przy­pusz­cza­li­śmy, że Ti­mur nie za­bawi długo na Mal­cie, więc po­sta­no­wi­li­śmy, że od­pusz­czamy prze­szu­ki­wa­nie wy­spy w na­dziei, że już nie­długo ru­szy w dal­szą po­dróż.

Li­liana usta­wiła ko­lejne alerty, więc znowu trwa­li­śmy w do­łu­ją­cym ocze­ki­wa­niu na prze­łom.

Rozdział 3

Liliana

Czu­łam po­tworne zmę­cze­nie. Od kil­ku­na­stu go­dzin pra­co­wa­łam bez wy­tchnie­nia, wpa­trzona w ekran lap­topa, więc te­raz mia­łam wra­że­nie, jakby pod mo­imi po­wie­kami zna­la­zły się ty­siące drob­niut­kich zia­re­nek pia­sku utrud­nia­ją­cych nor­malne wi­dze­nie. Sta­wało się to co­raz bar­dziej uciąż­liwe. Do­dat­kowo co ja­kiś czas czu­łam na so­bie wzrok Ale­xan­dra, a gdy na niego zer­ka­łam, przy­ła­py­wa­łam go na bez­czel­nym ga­pie­niu się.

Chyba się do­my­ślił, kim je­stem.

Na świe­cie było kilka osób, które pro­po­no­wały swoje usługi w cy­ber­prze­strzeni, je­śli cho­dziło o pi­sa­nie uni­ka­to­wych pro­gra­mów na za­mó­wie­nie w mniej le­galny spo­sób, czyli po­zo­sta­jąc w ukry­ciu. W tym bar­dzo wą­skim gro­nie by­łam je­dyną ko­bietą.

- Chodź, Li­liano, za­pro­wa­dzę cię do sy­pialni go­ścin­nej. Prze­śpisz się tro­chę. - Lo­renzo sta­nął na­gle obok mnie, kła­dąc mi ciężką dłoń na ra­mie­niu.

- Ale ja te­raz nie mogę, mu­szę...

- Li­liano, to jesz­cze nie ko­niec, a zmę­czona do ni­czego nam się nie przy­dasz.

Zdję­łam oku­lary, po­tar­łam za­czer­wie­nione oczy, po czym zer­k­nę­łam na ekran i kil­koma klik­nię­ciami usta­wi­łam gło­śny alert. ­Za­mknę­łam lap­top z ci­chym trza­skiem.

- No do­brze. W su­mie mogę się chwilę zdrzem­nąć - przy­zna­łam mu ra­cję, z gło­śnym wes­tchnie­niem pod­no­sząc się z fo­tela. - Ale jak tylko coś znaj­dzie­cie, ma­cie mnie od razu obu­dzić, ja­sne?! - po­pro­si­łam sta­now­czo, a trzej męż­czyźni obecni w ga­bi­ne­cie ocho­czo przy­tak­nęli.

Zgar­nę­łam lap­top pod pa­chę, się­gnę­łam po ple­cak i ru­szy­łam za star­szym De­luz­zem.

Wy­strój sy­pialni go­ścin­nej był zde­cy­do­wa­nie ko­biecy. Do­mi­no­wały cie­płe od­cie­nie beżu prze­ła­mane ciemną czer­wie­nią do­dat­ków i ak­sa­mit­nych obić me­bli.

- Co z Flo­ri­nem? - Od­wró­ci­łam się na pię­cie, sta­jąc twa­rzą w twarz z Lo­ren­zem, bo na­gle przy­po­mnia­łam so­bie o swoim ochro­nia­rzu. - Nikt nie może go tu­taj zo­ba­czyć. Wszy­scy my­ślą, że je­stem w domu dziadka, a je­śli...

- Ni­czym się nie przej­muj. Sa­we­rio za­brał go do sie­bie. Je­śli bę­dziesz chciała wra­cać, to je­den z mo­ich lu­dzi zgar­nie go po dro­dze i od­wie­zie was ra­zem.

- Dzięki.

- W ła­zience masz wszystko, czego mo­żesz po­trze­bo­wać, więc się nie krę­puj. - W jego gło­sie sły­chać było doj­mu­jące zmę­cze­nie.

Ski­nę­łam głową, a gdy za­mknął za sobą drzwi, wy­ję­łam z ple­caka ko­sme­tyczkę. Po­trze­bo­wa­łam prysz­nica i chwili dla sie­bie, żeby przez mo­ment od­po­cząć od nad­miaru emo­cji.

Opar­łam dło­nie o ścianę i opu­ści­łam głowę; cie­płe stru­mie­nie wody spły­wały po mo­ich ple­cach, przy­no­sząc uko­je­nie. Przez kilka dłu­gich chwil sta­łam pod desz­czow­nicą i roz­ko­szo­wa­łam się ob­ło­kami pary i słod­kim za­pa­chem pianki pod prysz­nic.

Za­sy­pia­jąc w wy­god­nym łóżku, roz­my­śla­łam o mo­jej ko­cha­nej ku­zynce, która była w ła­pach zdra­dziec­kiego su­kin­syna. Zna­łam Ti­mura. Od­kąd pa­mię­ta­łam, za­wsze to­wa­rzy­szył swo­jemu sze­fowi, ojcu Va­len­tiny, Alek­sie­jowi, gdy od­wie­dzali nas w Ru­mu­nii. Nie mo­głam po­jąć, jak to moż­liwe, że nikt wcze­śniej nie za­uwa­żył jego cho­rej ob­se­sji. A te­raz wszy­scy po­no­si­li­śmy tego kon­se­kwen­cje.

W tej kosz­mar­nej sy­tu­acji było jed­nak coś do­brego. Va­len­tina miała ogromne szczę­ście, że to Lo­renzo jest jej na­rze­czo­nym. Kom­plet­nie osza­lał na jej punk­cie, więc po­ru­szy niebo i zie­mię, żeby spro­wa­dzić ją do domu. Jed­nak coś za­wsze mo­gło pójść nie tak.

Ja­kiś czas temu pod­słu­cha­łam roz­mowę dziadka z Alek­sie­jem, gdy za­sta­na­wiali się nad drugą opcją, gdyby Lo­renzo ja­kimś cu­dem nie przy­jął jego pro­po­zy­cji mał­żeń­stwa z Va­len­tiną. Nie mo­głam uwie­rzyć, że dzia­dek za­su­ge­ro­wał Mal­colma Stu­arta, któ­rego oj­cem był Geo­rge kie­ru­jący ma­fij­nym pół­świat­kiem w Ir­lan­dii. ­Ir­land­czycy nie cie­szyli się do­brą sławą. Hi­sto­rie opo­wia­dane na ich te­mat wy­wo­ły­wały ciarki obrzy­dze­nia i prze­ra­że­nie. Krą­żyło o nich wiele róż­nych plo­tek, z któ­rych można było wy­snuć kon­kretne wnio­ski: byli po­two­rami w ludz­kiej skó­rze.

Oj­ciec i syn sły­nęli nie tylko z bez­względ­no­ści i wy­szu­ka­nych tor­tur, ale także z kom­plet­nego braku sza­cunku do ko­biet. Zaj­mo­wali się głów­nie han­dlem ży­wym to­wa­rem. Więk­szość do­mów pu­blicz­nych w Ir­lan­dii na­le­żała do nich, a oni byli znani z tego, że te­sto­wali dziew­czyny, za­nim od­da­wali je w ręce klien­tów lub sprze­da­wali.

Gdy do­wie­dzia­łam się, że Mal­colm jest brany pod uwagę, tro­chę po­szpe­ra­łam. Nie spra­wiło mi szcze­gól­nej trud­no­ści pod­pię­cie się pod ich do­mowy sys­tem mo­ni­to­ru­jący po­sia­dłość oraz pod sys­tem ka­mer za­mon­to­wa­nych w ich naj­więk­szym i naj­bar­dziej zna­nym klu­bie Im­pos­si­ble, który wspól­nie pro­wa­dzili w Du­bli­nie. To, co zo­ba­czy­łam na na­gra­niach, utwier­dziło mnie w prze­ko­na­niu, że po­dob­nie jak oj­ciec Mal­colm rów­nież był nie­zrów­no­wa­żo­nym psy­chicz­nie, bru­tal­nym psy­cho­lem. Na ta­śmach zo­stały uwiecz­nione gwałty na mło­dych dziew­czy­nach, a to i tak nie było naj­gor­sze. Gwał­cili je, uży­wa­jąc w za­sa­dzie wszyst­kiego, co mieli pod ręką, a oprócz tego odu­rzali dziew­czyny ja­kimś świń­stwem, żeby były spo­kojne i ule­głe.

Na jed­nym z na­grań za­re­je­stro­wa­nych w re­zy­den­cji star­szego Stu­arta do­strze­głam żonę Geo­rge'a, która prze­cha­dzała się ko­ry­ta­rzami, kom­plet­nie nie zwra­ca­jąc uwagi na to, co się działo w sa­lo­nie czy w in­nych po­miesz­cze­niach. Nie ro­biły na niej wra­że­nia pół­na­gie ko­biety snu­jące się bez celu, odu­rzone nar­ko­ty­kami, bła­ga­jące o po­moc i za­no­szące się pła­czem.

Wy­glą­dało na to, że szef ir­landz­kiej ma­fii lu­bił pod­po­rząd­ko­wane ko­biety i na­wet ze swo­jej żony zro­bił bez­myślną ma­rio­netkę.

Nie chcia­łam so­bie wy­obra­żać, co cze­ka­łoby Va­len­tinę po ślu­bie z tym psy­cho­lem. Za­pewne skoń­czy­łaby po­dob­nie.

Nie by­łam ty­pem ma­rzy­cielki cze­ka­ją­cej na księ­cia z bajki, ale mimo to mia­łam na­dzieję, że spo­tkam kie­dyś czło­wieka, który bę­dzie dla mnie wszyst­kim, a ja będę dla niego naj­waż­niej­szą ko­bietą na świe­cie.

Moje serce ni­gdy nie za­biło szyb­ciej na wi­dok męż­czy­zny... aż do pew­nego czerw­co­wego wie­czoru, gdy próg re­zy­den­cji dziadka prze­kro­czył Le­onardo De­luzzo. Nie po­tra­fi­łam tego lo­gicz­nie wy­tłu­ma­czyć. Gdy ści­snął moją dłoń, mię­dzy na­szymi cia­łami prze­pły­nął nie­wi­dzialny prąd, jakby na­sze spo­tka­nie było zwia­stu­nem cze­goś waż­nego i sil­nego. Wpa­try­wa­łam się w jego pło­nące czarne oczy i za­uwa­ży­łam mo­ment, w któ­rym po­czuł to samo. Jego źre­nice się roz­sze­rzyły, a twarz wy­ra­żała jedno - za­sko­cze­nie.

Le­onardo róż­nił się dia­me­tral­nie od męż­czyzn, któ­rych wcze­śniej spo­tka­łam. Był cha­ry­zma­tyczny, pewny sie­bie i po­twor­nie sek­sowny. Gar­ni­tury i ko­szule szyte na miarę, przy­le­ga­jące cia­sno do jego wy­rzeź­bio­nego ciała, pod­kre­ślały jego bo­ską syl­wetkę.

Nikt do tej pory nie wzbu­dził we mnie ta­kiej fali prze­ra­ża­ją­cych, a jed­no­cze­śnie nie­zwy­kle sil­nych uczuć jak Le­onardo. Był nie­moż­li­wie in­try­gu­jący, sza­le­nie onie­śmie­la­jący, ale kom­plet­nie poza moim za­się­giem.

Pró­bo­wa­łam zmu­sić krwa­wiące serce, żeby stłu­miło uczu­cie, które nie­spo­dzie­wa­nie wy­zwo­lił.

Nie mógł być moją przy­szło­ścią. Mimo że top­nia­łam w jego obec­no­ści i pra­gnę­łam tylko jego.

Rozdział 4

Leonardo

Li­liana udała się na przy­mu­sową drzemkę, więc wresz­cie nada­rzyła się oka­zja, by po­roz­ma­wiać z Ale­xan­drem w cztery oczy. Z tego, co mó­wił wcze­śniej, to roz­po­znał w tej in­try­gu­ją­cej ko­bie­cie Vio­le­t_Fox.

Po jego re­ak­cji mo­głem śmiało stwier­dzić, że był jej wiel­kim fa­nem, a spo­tka­nie uzna­wał za naj­więk­szy za­szczyt, ja­kiego do­stą­pił w swoim ży­ciu, więc po­sta­no­wi­łem go tro­chę wy­py­tać. Sta­no­wiła dla mnie za­gadkę, by­łem nią co­raz bar­dziej za­in­try­go­wany.

Już i tak od­je­bało mi na jej punk­cie, a te­raz jesz­cze do­wie­dzia­łem się, że jest nie­prze­cięt­nie in­te­li­gentna i po­siada im­po­nu­jące, ukryte przed świa­tem umie­jęt­no­ści. Wpa­dłem to­tal­nie, nie wi­dzia­łem żad­nej moż­li­wo­ści ucieczki przed uczu­ciami i nie­przy­zwo­itymi pra­gnie­niami.

- Kim jest Vio­le­t_Fox? - Za­ją­łem miej­sce w fo­telu obok Ale­xan­dra.

Prze­glą­dał na­gra­nia z ka­mer, su­nąc pal­cami po kla­wia­tu­rze, i kom­plet­nie nie zwra­cał uwagi na oto­cze­nie.

Co­raz bar­dziej znie­cier­pli­wiony wpa­try­wa­łem się w jego pro­fil. Ist­niały dwie opcje: albo mnie nie usły­szał, albo jaw­nie igno­ro­wał.

- Nie wiem, czy mogę ci co­kol­wiek po­wie­dzieć... Z tego, co się orien­tuję, to Li­liana nie ży­czy so­bie roz­głosu - od­parł chłodno, na­wet nie za­szczy­ca­jąc mnie spoj­rze­niem.

Za­wsze był ci­chy, tro­chę za­mknięty w so­bie, ale te­raz za­cho­wy­wał się, jakby co naj­mniej chro­nił głę­boko skry­wane ta­jem­nice pań­stwowe. By­łem nie­wia­ry­god­nie zmę­czony i nie mia­łem ochoty na jego hu­morki czy ja­kieś wy­ima­gi­no­wane prze­my­śle­nia.

- Ja pier­dolę! - Prze­su­ną­łem dłońmi po twa­rzy, nie­by­wale sfru­stro­wany. - Ale­xan­der, mogę ci obie­cać, że co­kol­wiek po­wiesz, to nic z tego nie wyj­dzie poza ściany ga­bi­netu.

- Cho­lera, ale to na­prawdę musi zo­stać mię­dzy nami. Przy­się­gnij, że ni­komu ni­czego nie zdra­dzisz. - Zer­k­nął na mnie z de­ter­mi­na­cją, więc bły­ska­wicz­nie przy­tak­ną­łem. - Li­liana z ła­two­ścią mo­głaby wpro­wa­dzić za­mie­sza­nie na gieł­dach. Z jej wie­dzą prze­jął­byś kilka naj­więk­szych firm na świe­cie, w ogóle się nie ujaw­nia­jąc. Ona jest Bo­giem w dark­ne­cie, ro­zu­miesz?

- Nie bar­dzo, ale kon­ty­nuuj. - Mach­ną­łem dło­nią, by opo­wia­dał da­lej, bo jak na ra­zie nie mie­ściło mi się to w gło­wie.

- Okej. Vio­le­t_Fox jest znana z tego, że pi­sze pro­gramy na za­mó­wie­nie, i to naj­róż­niej­sze. Za­czy­na­jąc od ta­kich, które mają ­za­bez­pie­czyć sys­tem in­for­ma­tyczny w kor­po­ra­cjach czy ban­kach, przez pro­gramy wy­ła­pu­jące ha­ker­skie opro­gra­mo­wa­nia, które po­wo­dują wy­ciek da­nych, a koń­cząc na prze­róż­nych sys­te­mach, które chro­nią konta ban­kowe naj­bo­gat­szych lu­dzi. Jest naj­lep­sza w tym, co robi, ale też naj­droż­sza - do­dał z nie­skry­waną eks­cy­ta­cją w gło­sie, a z każ­dym jego ko­lej­nym sło­wem by­łem w co­raz więk­szym szoku.

Czy to moż­liwe, że ta zja­wi­skowa ko­bieta jest rów­nież naj­bar­dziej in­te­li­gentną istotą, jaką znam?

- To, co mó­wisz, jest nie­wia­ry­godne - wy­du­si­łem wresz­cie przez za­ci­śnięte z emo­cji gar­dło.

- Cały cy­ber­świat snuje do­my­sły, kim jest. Gdzie mieszka? Jak wy­gląda? Da­lej nie po­tra­fię się otrzą­snąć z szoku, że po­zna­łem jej toż­sa­mość. - Przy­glą­dał mi się z peł­nym sa­tys­fak­cji uśmie­chem, jakby wła­śnie speł­niło się jedno z jego naj­skryt­szych ma­rzeń. - Ma nie­sa­mo­wite umie­jęt­no­ści. Gdyby ktoś po­znał jej toż­sa­mość, mu­sia­łaby się ukryć albo znik­nąć. Jed­nak nie by­łoby to już ta­kie pro­ste. Jest wielu lu­dzi, dla któ­rych sta­łaby się nie­zwy­kle cenna. Wcale się nie dzi­wię, że chroni swój wi­ze­ru­nek, i to jak na ra­zie per­fek­cyj­nie. Jej wie­dza jest na wagę złota.

- Ale skąd w ogóle po­mysł, że Vio­le­t_Fox to Lili?

- Jest je­dyną ko­bietą w dark­ne­cie, która świad­czy usługi tak wy­so­kiej ja­ko­ści. A przy­naj­mniej tylko o tej jed­nej wiem. - Wzru­szył nie­win­nie ra­mio­nami, a ja ak­tu­al­nie zbie­ra­łem szczękę z pod­łogi.

Wsta­łem, a se­kundę póź­niej za­czą­łem ner­wowo spa­ce­ro­wać po ga­bi­ne­cie, żeby po­ukła­dać to wszystko w gło­wie. Za­sta­na­wia­łem się, jak to moż­liwe, że ukryła to przed oj­cem. Gdzie się tego wszyst­kiego na­uczyła? I naj­waż­niej­sze: po co jej te umie­jęt­no­ści?

Po tym wszyst­kim, czego się do­wie­dzia­łem, mogę stwier­dzić tylko jedno: jest nie­moż­li­wie wy­jąt­kowa. Taka nie­po­zorna pięk­ność, a taki wszech­stronny umysł.

Pod wpły­wem chwili po­sta­no­wi­łem spraw­dzić, czy jesz­cze śpi. Prze­cho­dząc przez sa­lon, zer­k­ną­łem w stronę ta­rasu, gdzie Lo­renzo drze­mał na ka­na­pie i re­ge­ne­ro­wał siły na dal­sze po­szu­ki­wa­nia na­rze­czo­nej. Nie za­mie­rza­łem go bu­dzić. Pod­skór­nie czu­łem, że nie­długo na­dej­dzie czas, gdy jego pełne sku­pie­nie, a przede wszyst­kim chłodne po­dej­ście do sy­tu­acji będą nie­zbędne.

Bez pu­ka­nia na­ci­sną­łem klamkę i sta­ra­jąc się nie ro­bić ha­łasu, po­pchną­łem drzwi do sy­pialni go­ścin­nej. Li­liana na­wet nie drgnęła. Spała twardo, otu­lona gra­na­tową po­ścielą, która za­sła­niała jej sek­sowne krą­gło­ści.

W tym mo­men­cie za­pra­gną­łem ją mieć na wła­sność. Ma­rzy­łem o tym, żeby scho­wać ją przed ca­łym świa­tem w swoim domu i chro­nić przed wszyst­kimi nie­bez­pie­czeń­stwami, ja­kie jej grożą.

Po­miesz­cze­nie wy­peł­niał za­pach doj­rza­łych cze­re­śni. Od­ru­chowo ode­tchną­łem głę­boko, by wy­peł­nić nim płuca. Przy­mkną­łem na chwilę po­wieki i sy­ci­łem się tym aro­ma­tem, czu­łem, jak prze­nika przez moją skórę i wnika w mój krwio­bieg, sta­jąc się czę­ścią mnie.

Usia­dłem na brzegu łóżka, żeby cho­ciaż przez kilka se­kund móc po­dzi­wiać jej urodę bez żad­nych kon­se­kwen­cji.

Była olśnie­wa­jąca. Pełne ró­żowe usta pro­siły o so­czy­ste po­ca­łunki. De­li­katne ru­mieńce i lekko za­darty no­sek spra­wiały, że wy­glą­dała bar­dzo młodo. Długa, po­nętna szyja prze­cho­dziła w ide­al­nie za­ry­so­wane oboj­czyki, w które mia­łem ochotę się wgryźć, a póź­niej po­ssać miękką skórę. Dłu­gie, ciemne rzęsy nada­wały jej sek­sow­nej sło­dy­czy, a je­dwa­bi­sta cera spra­wiała, że z przy­jem­no­ścią prze­su­nął­bym po niej opusz­kami pal­ców, żeby po­czuć jej gład­kość.

Spod koł­dry wy­sta­wał rą­bek jej biu­sto­no­sza. De­li­katna ko­ronka za­sła­niała piersi, które pra­gnął­bym w tej chwili po­li­zać albo...

To­tal­nie osza­la­łem na punk­cie tej ko­biety!

Przy­glą­da­łem się jej jak ja­kiś pod­glą­dacz, fan­ta­zju­jąc o jej obłęd­nie pięk­nym ciele. Chło­ną­łem ten ob­raz po raz ostatni.

Z nie­chę­cią pod­nio­słem się z łóżka i po­sta­no­wi­łem wró­cić na par­ter.

Była moim ma­rze­niem. Tym nie­stety po­zo­sta­nie na za­wsze.

W ga­bi­ne­cie za­sta­łem Alek­sieja i Russa, któ­rych wpro­wa­dzi­łem w sy­tu­ację. Ale­xan­der nie­prze­rwa­nie pra­co­wał przed mo­ni­to­rem, zbie­ra­jąc laury za pracę Li­liany, ale o tym nie­win­nym kłam­stwie nikt nie mógł się do­wie­dzieć.

Rozdział 5

Liliana

Ze snu wy­bu­dził mnie nie­przy­jem­nie draż­niący dźwięk alarmu, który usta­wi­łam, nim za­snę­łam. Prze­cią­gnę­łam się, prze­tar­łam zmę­czone oczy i wzię­łam kilka głęb­szych wde­chów. Od­nio­słam nie­po­ko­jące wra­że­nie, że w po­wie­trzu unosi się je­dyny w swoim ro­dzaju za­pach Le­onarda, co było lekko dez­orien­tu­jące, ale też prze­cież nie­moż­liwe. Szybko od­go­ni­łam ab­sur­dalne my­śli i pod­nio­słam się z łóżka.

Kilka mi­nut póź­niej by­łam go­towa do dzia­ła­nia.

Wpa­dli­śmy na ko­lejny trop. Ti­mur z Va­len­tiną pły­nęli pro­mem do Li­vorno. Trzy­ma­łam kciuki, żeby udało się ich prze­chwy­cić w por­cie.

W domu Lo­renza po­ja­wili się dzia­dek i oj­ciec Va­len­tiny, więc po­wrót do ga­bi­netu od­pa­dał. Nikt nie mógł mnie zo­ba­czyć w re­zy­den­cji Lo­renza, więc do­łą­czył do mnie Ale­xan­der. Wpadł do sy­pialni ze zmierz­wio­nymi wło­sami, po­pra­wia­jąc ner­wowo oku­lary, z lap­to­pem przy­ci­śnię­tym do klatki, jakby trzy­mał w ra­mio­nach naj­więk­szy skarb, i pew­nie w du­żej mie­rze tak było.

- Mu­simy się wła­mać do sys­temu mo­ni­to­ringu mia­sta, żeby kon­tro­lo­wać Ti­mura. Z portu może po­ru­szać się w sze­ściu kie­run­kach, więc trzeba ogar­nąć też oko­liczne ka­mery ban­ków, ho­teli, skle­pów... Nie mo­żemy go zgu­bić - za­su­ge­ro­wa­łam sta­now­czo.

- Okej. Już się biorę do pracy.

Przez krótką chwilę przy­glą­da­łam się Ale­xan­drowi. Nie wy­glą­dał naj­le­piej, a mó­wiąc do­sad­niej, spra­wiał wra­że­nie wy­cień­czo­nego. Nie dzi­wi­łam się. Od kilku dni pró­bo­wał wy­śle­dzić Ti­mura i zna­leźć Va­len­tinę. Szara cera i pod­krą­żone oczy wska­zy­wały na to, że był bar­dzo od­da­nym pra­cow­ni­kiem, który stu­kał w kla­wia­turę dniami i no­cami, żeby na­mie­rzyć na­rze­czoną szefa. Ce­ni­łam ta­kich lu­dzi. W tych cza­sach lo­jalni pra­cow­nicy to rzad­kość.

Zresztą Flo­rin bar­dzo mi go przy­po­mi­nał pod tym wzglę­dem. Był go­towy zro­bić na­prawdę wiele, by mnie ochro­nić. Mia­łam w nim bez­gra­nicz­nie od­da­nego przy­ja­ciela.

Ale­xan­der sku­pił się na za­da­niu, nie za­da­jąc zbęd­nych py­tań. Ner­wowo po­pra­wiał oku­lary, które co kilka mi­nut zsu­wały mu się z nosa. Pra­co­wa­li­śmy w ci­szy. Co ja­kiś czas czu­łam na so­bie jego spoj­rze­nie, ale mi to nie prze­szka­dzało. Do­my­ślił się, kim tak na­prawdę je­stem. A skoro znał mnie jak do­tąd jako użyt­kow­niczkę dark­netu ukry­wa­jącą się pod pseu­do­ni­mem Vio­le­t_Fox, to spo­tka­nie na żywo pew­nie było dla niego nie lada prze­ży­ciem.

- Do­bra - wes­tchnę­łam ciężko. - Mamy usta­wione alerty na wszyst­kich ka­me­rach zlo­ka­li­zo­wa­nych na dro­gach wy­jaz­do­wych z portu. Te­raz po­zo­staje nam je­dy­nie cier­pli­wie cze­kać.

Pod­nio­słam wzrok i na­po­tka­łam spoj­rze­nie Ale­xan­dra.

- Ja­dłaś coś dzi­siaj?

- Nie, ale nie je­stem...

- Za­raz wrócę. - Po tych sło­wach w po­śpie­chu wy­biegł z sy­pialni.

Zdję­łam oku­lary, prze­tar­łam zmę­czone oczy i po­krę­ci­łam z nie­do­wie­rza­niem głową. Ostat­nie, czego się spo­dzie­wa­łam po tym czło­wieku, to tro­ska o mnie.

Po kil­ku­na­stu mi­nu­tach wró­cił z pach­ną­cymi świe­żywmi bu­łecz­kami, kil­koma ro­dza­jami dże­mów oraz aro­ma­tyczną kawą. Uśmiech­nę­łam się do niego z wdzięcz­no­ścią, kiedy od­bie­ra­łam tacę ze śnia­da­niem.

- Ty nie bę­dziesz jadł?

Tuż po tym, jak za­jął miej­sce na ka­na­pie, całą uwagę sku­pił na smart­fo­nie.

- Nie. Ja­dłem w kuchni, gdy Ma­ria szy­ko­wała dla cie­bie po­si­łek. - Uśmiech­nął się sze­roko, a ja do­piero wtedy za­uwa­ży­łam, że ma uro­cze do­łeczki w po­licz­kach, które do­da­wały mu chło­pię­cego cha­rak­teru.

- Ile masz lat? - spy­ta­łam za­cie­ka­wiona.

Skoro mie­li­śmy chwilę na od­po­czy­nek, uzna­łam, że miła roz­mowa na pewno nam nie za­szko­dzi.

- Dwa­dzie­ścia dzie­więć.

- Wy­glą­dasz znacz­nie mło­dziej - przy­zna­łam za­sko­czona i upi­łam łyk czar­nej, moc­nej kawy. - Od dawna pra­cu­jesz dla De­luzza?

- Od czte­rech lat, ale zna­łem braci De­luzzo już wcze­śniej. Cho­dzi­łem z Le­onar­dem do pod­sta­wówki. Po szkole nasz kon­takt się urwał. Po skoń­cze­niu stu­diów w Lon­dy­nie za­miast wró­cić na wy­spę, za­miesz­ka­łem z ciotką w Pa­ryżu. Tam tra­fi­łem na roz­mowę o pracę w fir­mie Lo­renza. Mi­nę­li­śmy się na ko­ry­ta­rzu, a gdy mnie roz­po­znał, za­pro­sił do ga­bi­netu. I tak od słowa do słowa zo­sta­łem jego in­for­ma­ty­kiem tu­taj, ale cza­sami roz­wią­zuję też pro­blemy w jego pa­ry­skiej fir­mie. Płaci mi na­prawdę do­brze, więc mo­głem opła­cić bratu stu­dia w Cam­bridge. Mo­ich ro­dzi­ców ni­gdy nie by­łoby na to stać.

- No nie­źle. Ale nie dzi­wię się, że Lo­renzo chciał mieć cię bli­sko. Twoje umie­jęt­no­ści ro­bią wra­że­nie, a wła­my­wa­nie się do NASA to już high le­vel.

- Spoko. Ale to i tak nic w po­rów­na­niu z tym, co po­tra­fisz ty. Je­stem twoim wier­nym fa­nem i da­lej je­stem w szoku, kto kryje się pod pseu­do­ni­mem Vio­le­t_Fox. Przy­znam z ręką na sercu, że spo­dzie­wa­łem się ra­czej ja­kie­goś prysz­cza­tego fa­ceta w śred­nim wieku, z nad­wagą i oku­la­rami ze szkłami gru­bo­ści denka od sło­ika, a tu ta­kie przy­jemne dla oka za­sko­cze­nie - oznaj­mił szcze­rze, nie spusz­cza­jąc ze mnie wzroku.

- No cóż... Ważne, że się nie roz­cza­ro­wa­łeś.

Był faj­nym, szcze­rym fa­ce­tem, który po­dob­nie jak ja spę­dził więk­szość swo­jego ży­cia przed kom­pu­te­rem.

- Ab­so­lut­nie nie. - Uśmiech­nął się, bły­ska­jąc bia­łym, rów­nym uzę­bie­niem. - Gdy­byś kie­dyś po­trze­bo­wała po­mocy, co­kol­wiek... nie wiem... W każ­dym ra­zie... mój nick to Griz­zly­_Jack. Pisz, a je­śli będę w sta­nie coś zro­bić, to na pewno po­mogę.

- Dzięki. Mam na­dzieję, że nie bę­dzie ta­kiej po­trzeby. I vice versa. Te­raz, kiedy już wiesz, kim je­stem, to może od czasu do czasu się ode­zwę. Pa­mię­taj, ni­komu nie mo­żesz pi­snąć na­wet słów­kiem. Nie­ważne, jak bar­dzo ufasz ro­dzi­nie, przy­ja­cio­łom czy ko­le­gom w sieci. Nikt nie może po­znać mo­jej ta­jem­nicy. - Za­brzmia­łam ostrzej, niż pla­no­wa­łam, ale mu­siał zro­zu­mieć, że mó­wi­łam śmier­tel­nie po­waż­nie.

- Mo­żesz być spo­kojna. Za­biorę twoją ta­jem­nicę do grobu. Przy­się­gam. - Po­ło­żył dłoń na sercu, żeby zwięk­szyć war­tość swo­ich słów.

Przy­tak­nę­łam, po czym znów sku­pi­łam się na na­gra­niach z ka­mer. Usta­wi­łam na mo­ni­to­rze zrzuty z mo­ni­to­ringu miej­skiego.

Ko­lejne kilka go­dzin było bar­dzo ner­wowe. Sie­dzia­łam jak na szpil­kach, cze­ka­jąc na ja­kie­kol­wiek in­for­ma­cje. Trwała ak­cja uwol­nie­nia Va­len­tiny.

Do­piero gdy za­dzwo­niła do mnie z sa­mo­chodu, ode­tchnę­łam z nie­wy­obra­żalną ulgą. Wszystko do­brze się skoń­czyło. Wra­cała do domu cała i zdrowa.

Spa­ko­wa­łam swoje rze­czy, po­że­gna­łam się z Ale­xan­drem i ra­zem z Flo­ri­nem, który już cze­kał na mnie w pu­stej ja­dalni, wsie­dli­śmy do SUV-a za­par­ko­wa­nego na pod­jeź­dzie. Kie­rowcą był je­den z ochro­nia­rzy Lo­renza, więc po­pro­si­łam go, żeby pod­je­chał pod drugi ga­raż, a nie pod główne wej­ście re­zy­den­cji dziadka. Mo­dli­łam się w du­chu, żeby w domu nie na­tknąć się ni­g­dzie na ojca. Kom­plet­nie nie mia­łam po­my­słu, jak mia­ła­bym wy­ja­śnić wy­jazd.

Flo­rin ru­szył do domku zlo­ka­li­zo­wa­nego na końcu działki, gdzie miesz­kała część pra­cow­ni­ków, na­to­miast ja skie­ro­wa­łam się do bocz­nego wej­ścia do ogrodu, skąd pla­no­wa­łam do­stać się do domu od strony ba­senu, a tym sa­mym w ra­zie czego unik­nąć py­tań.

Jak tylko sta­nę­łam na ta­ra­sie, usły­sza­łam zde­ner­wo­wany głos mamy do­bie­ga­jący z sa­lonu.

- Ale dla­czego te­raz? Prze­cież Va­len­tina wy­cho­dzi za mąż za kilka dni! - stwier­dziła z roz­draż­nie­niem w gło­sie. - Po­cze­kajmy cho­ciaż...

- Au­roro - wes­tchnął te­atral­nie mój oj­ciec, i to ta­kim to­nem, jakby zo­stał zmu­szony wy­tłu­ma­czyć ma­łemu, głu­piemu dziecku, że nie wolno jeść sło­dy­czy przed ko­la­cją. - Li­liana skoń­czyła już dzie­więt­na­ście lat, więc to naj­lep­szy mo­ment, żeby zna­leźć dla niej męża.

- Prze­cież ma stu­dia. Do­piero za­częła drugi rok. Co...

- Nie ro­zu­miem, o co ci cho­dzi! Prze­cież do­sko­nale zda­jesz so­bie sprawę, jak to wy­gląda w na­szych krę­gach! - wark­nął lekko po­iry­to­wany. - A stu­dia może kon­ty­nu­ować w Du­bli­nie.

- Kurwa! - jęk­nę­łam pod no­sem i od razu za­kry­łam usta dło­nią, bo­jąc się, że zdra­dzi­łam swoją obec­ność.

Opar­łam się ple­cami o zimną ka­mienną ścianę re­zy­den­cji i przy­mknę­łam oczy, pró­bu­jąc się uspo­koić. Speł­niał się mój naj­więk­szy kosz­mar. Mal­colm Stu­art - syn szefa ir­landz­kiej ma­fii.

Ten nie­zrów­no­wa­żony psy­cho­pata zo­sta­nie moim mę­żem?!

Moje serce przy­spie­szyło i bo­le­śnie obi­jało się o mo­stek. Na skó­rze po­czu­łam kro­ple potu.

- Sły­sza­łam co nieco o Ir­land­czy­kach - syk­nęła mama. Pró­bo­wała być twarda i sta­now­cza, ale sły­sza­łam drże­nie w jej gło­sie. - Na­prawdę chcesz od­dać swoją je­dyną córkę w ich ręce? Prze­cież to zwie­rzęta! Znisz­czą ją!

- Nie prze­sa­dzaj, Au­roro. Znowu dra­ma­ty­zu­jesz.

Jak on mógł mi to zro­bić?

To zna­czy jego ro­zu­miem, ni­gdy nie li­czył się z moim zda­niem i gdy­bym nie była jego kartą prze­tar­gową w in­te­re­sach, to by­łam skłonna stwier­dzić, że naj­chęt­niej by się mnie po­zbył. Pew­nie gdyby nie mama, to wy­słałby mnie do szkoły z in­ter­na­tem albo na za­gra­niczne stu­dia, by­le­bym tylko nie plą­tała mu się pod no­gami. Ale dla­czego dzia­dek mi to zro­bił? Za­wsze po­wta­rzał, że nie po­zwoli skrzyw­dzić swo­ich wnu­czek.

O co w tym wszyst­kim cho­dzi? Co ten Stu­art na­obie­cy­wał dziad­kowi, że ten pla­nuje mnie od­dać w jego brudne łap­ska? Ir­land­czycy!? Prze­cież to naj­gor­sza opcja z moż­li­wych.

- Pro­szę cię, Pe­ter. Za­sta­nów się jesz­cze - po­pro­siła mama ła­god­nym to­nem, któ­rego za­wsze uży­wała, gdy pró­bo­wała uro­bić ojca. - Po­zwól jej cho­ciaż do­koń­czyć stu­dia, a po­tem może...

- Nie ma ta­kiej moż­li­wo­ści - prze­rwał jej na­tych­miast. - Za dwa ty­go­dnie je­dziemy z Sa­lva­to­rem do Du­blina, żeby do­ga­dać szcze­góły umowy. Zresztą Mal­colm od za­wsze był za­in­te­re­so­wany wnucz­kami Russa, a te­raz, gdy Va­len­tina wy­cho­dzi za mąż i zo­stała tylko Li­liana, jest jesz­cze bar­dziej zmo­ty­wo­wany.

- To nie­moż­liwe, żeby tata się na to zgo­dził. Musi ist­nieć ja­kieś inne wyj­ście z tej sy­tu­acji.

- Nie ro­zu­miem, dla­czego masz z tym ja­kiś pro­blem. Wia­domo było od za­wsze, że jej przy­szło­ścią jest mał­żeń­stwo aran­żo­wane! A czy to bę­dzie Ir­land­czyk, czy ktoś inny, to prze­cież bez róż­nicy. Obie­cuję, że tak skon­stru­ujemy umowę, żeby na­sza córka była chro­niona.

- To ni­czego nie zmieni. Nie zga­dzam się na to! To też moja córka!

- Co ty pier­do­lisz?! To nie ty po­dej­mu­jesz de­cy­zję! - wrza­snął tak gło­śno, że po­czu­łam lek­kie dzwo­nie­nie w uszach.

- Po­roz­ma­wiam z oj­cem, bo do cie­bie nic nie do­ciera! Jak na ra­zie nie chce mi się z tobą dłu­żej ga­dać! - od­po­wie­działa mama, ale coś mi pod­po­wia­dało, że to i tak nic nie da.

Usły­sza­łam trzesz­cze­nie skóry na ka­na­pie, co było sy­gna­łem, że skoń­czyli i na­leży się ewa­ku­ować.

Cof­nę­łam się w kie­runku ogrodu. Usia­dłam pod pa­ra­so­lem, zdję­łam trampki i po­ło­ży­łam się na le­żaku.

Kurwa! Są­dzi­łam, że mam wię­cej czasu na do­pra­co­wa­nie szcze­gó­łów. Nie je­stem go­towa. Plan nie jest do­pra­co­wany. Do­bry Boże...

Czas nie­spo­dzie­wa­nie mi się skur­czył. Roz­trzę­sione ciało ob­lał zimny pot.

Rozdział 6

Leonardo

Ura­to­wa­li­śmy Va­len­tinę. Zna­czy, żeby być bar­dziej pre­cy­zyj­nym, ta py­skata ję­dza sama się uwol­niła. Po­ko­nała dwóch ro­słych fa­ce­tów, któ­rzy na co dzień za­si­lali sze­regi gru­ziń­skiej ma­fii, więc tre­ningi z An­to­nem i An­drie­jem ewi­dent­nie się przy­dały. Strach się bać, co ta ko­bieta jesz­cze po­tra­fiła, ale by­łem wdzięczny lo­sowi, że nic jej już nie za­gra­żało.

Lu­igi, mój kie­rowca, ochro­niarz i przy­ja­ciel w jed­nym, za­trzy­mał się przed moją re­zy­den­cją. Po­że­gna­łem się z nim uści­skiem dłoni. Szybko wró­cił do zdro­wia po wy­cię­ciu wy­rostka, więc cie­szy­łem się, że po­now­nie bę­dzie mi to­wa­rzy­szył. Był to je­den z na­szych naj­bar­dziej za­ufa­nych lu­dzi. Pra­co­wał dla nas tylko od czte­rech lat, ale wie­lo­krot­nie udo­wod­nił swoją lo­jal­ność. Na­le­żał do tych ci­chych i ma­ło­mów­nych męż­czyzn, więc pew­nie te ce­chy były po­cią­ga­jące dla ko­biet, bo z tego, co za­uwa­ży­łem, to miał spore po­wo­dze­nie u płci prze­ciw­nej.

Po wej­ściu do re­zy­den­cji ru­szy­łem pro­sto na ta­ras, żeby przy­go­to­wać so­bie drinka dla roz­luź­nie­nia. Po­trze­bo­wa­łem snu i od­po­czynku po tych kilku cho­ler­nie trud­nych dniach prze­peł­nio­nych obawą o ży­cie Va­len­tiny.

Pod­sze­dłem do barku i wy­peł­ni­łem do po­łowy szklankę zło­ci­stym al­ko­ho­lem. Roz­sia­dłem się wy­god­nie na ka­na­pie, sy­cąc oczy wi­do­kiem roz­cią­ga­ją­cym się ze wzgó­rza, na któ­rym oj­ciec wy­bu­do­wał spo­rej wiel­ko­ści po­sia­dłość. Dwie kostki lodu przy­jem­nie po­brzę­ki­wały, za­kłó­ca­jąc ci­szę, gdy upi­ja­łem spory łyk, żeby de­li­kat­nie stłu­mić my­śli kłę­biące się w mo­jej gło­wie.

Lo­renzo kilka lat temu zde­cy­do­wał, że czas się wy­pro­wa­dzić z ro­dzin­nego gniazda. Zna­lazł działkę z wi­do­kiem na mo­rze, po­ło­żoną na skal­nej skar­pie, gdzie po­sta­wił wy­ma­rzony, no­wo­cze­sny dom, a ja zo­sta­łem tu­taj.

Z tym miej­scem wią­zały się moje wspo­mnie­nia z bra­tem, oj­cem czy mamą. Ko­cha­łem te mury, które od za­wsze były prze­peł­nione mi­ło­ścią i śmie­chem - no może do mo­mentu, aż nie zo­sta­łem tu­taj sam. Oj­ciec zmarł kilka lat temu, a mama wo­lała za­miesz­kać w apar­ta­men­towcu w Ka­ta­nii, żeby mieć bli­żej do swo­ich przy­ja­ció­łek oraz kilku re­stau­ra­cji, któ­rymi za­rzą­dzała.

Nie przy­zna­łem się bratu, dla­czego tak czę­sto u niego by­wam. Prze­cież nie mo­głem mu po­wie­dzieć, że już to­tal­nie mnie po­je­bało, zmię­kłem i czu­łem się sa­motny. Cza­sami to było tak bar­dzo prze­ra­ża­jące, że stąd ucie­ka­łem, ale nikt nie mógł się o tym do­wie­dzieć.

Prze­chy­li­łem szkla­neczkę do końca, a al­ko­hol przy­jem­nie po­draż­nił moje gar­dło. Da­lej by­łem pod wpły­wem ad­re­na­liny. Czu­łem, jak trzęsą mi się dło­nie; nie po­trze­bo­wa­łem te­raz do­łu­ją­cego roz­my­śla­nia o kilku ostat­nich dniach, tylko po­rząd­nego rżnię­cia.

Tak, kurwa, tego mi po­trzeba! Dość uża­la­nia się nad sobą!

Zmię­kłem. Sta­łem się mięk­kim fiu­tem, który pier­doli o mi­ło­ści, za­miast za­po­mnieć i żyć da­lej.

Co się ze mną stało, że po­zwo­li­łem, by jedna uro­cza ślicz­notka na­mie­szała mi w gło­wie?

Ni­gdy nie zda­rzyło mi się coś po­dob­nego. Za­wsze twardo stą­pa­łem po ziemi. Pie­przy­łem mnó­stwo chęt­nych ko­biet, ab­so­lut­nie nie do­pusz­cza­jąc do sie­bie uczuć czy in­nych po­je­ba­nych rze­czy. Ko­rzy­sta­łem z ży­cia, wła­dzy, pie­nię­dzy, nie przej­mu­jąc się sen­ty­men­tami.

Wy­star­czyła jedna za­chwy­ca­jąca ko­bieta, że­bym zwa­rio­wał, ale ko­niec z tym. Czas wy­ma­zać ją z umy­słu, bo prę­dzej Sa­lva­tore się za­strzeli, niż po­zwoli mi się do niej zbli­żyć.

Pod wpły­wem chwili wy­ją­łem te­le­fon z kie­szeni i po­in­for­mo­wa­łem Lu­igiego, że wy­jeż­dżamy z domu za dzie­sięć mi­nut. Czas wy­ru­szyć na po­lo­wa­nie i wy­ru­chać ja­kąś słodką suczkę. Za­koń­czyć ten przy­długi czas po­su­chy i jazdy na ręcz­nym. Po­trze­bo­wa­łem się zre­lak­so­wać, wy­ci­szyć my­śli i za­to­pić się w ja­kimś cie­płym, po­nęt­nym ciele.

Zna­le­zie­nie w klu­bie dziew­czyny, która by­łaby chętna na jed­no­ra­zowe rżnię­cie, nie sta­no­wiło dla mnie żad­nego pro­blemu.

Ni­gdy nie na­rze­ka­łem na po­wo­dze­nie u dziew­czyn i po­dob­nie jak Lo­renzo ni­gdy też ich nie ca­ło­wa­łem. Po­ca­łunki były dla mnie o wiele bar­dziej in­tymne i zmy­słowe niż sam seks. Ten trak­to­wa­łem jak sport, który po­ma­gał za­cho­wać w ży­ciu rów­no­wagę i nie­jed­no­krot­nie spra­wiał, że z or­ga­ni­zmu ucho­dziła część ci­śnie­nia, dzięki czemu by­łem spo­koj­niej­szy.

W cza­sie jazdy moje my­śli ucie­kały w kie­runku Li­liany, ale pró­bo­wa­łem je za­głu­szyć.

Po wej­ściu do klubu Royal otu­lił mnie mrok, który ocie­plało je­dy­nie czer­wone świa­tło rzu­cane przez lampy kin­kie­towe. Par­kiet był jak zwy­kle wy­peł­niony go­rą­cymi la­skami, które wiły się w rytm mu­zyki, ku­sząc nie­szczę­śni­ków. Czuły, że są ob­ser­wo­wane, więc sta­rały się wy­glą­dać sek­sow­nie, ale nie wszyst­kim to wy­cho­dziło.

Od razu skie­ro­wa­łem się na naj­wyż­sze pię­tro, gdzie znaj­do­wała się na­sza pry­watna loża. Za­ją­łem miej­sce na ka­na­pie i za­czą­łem prze­cze­sy­wać wzro­kiem par­kiet.

Kel­nerka po kilku mi­nu­tach przy­nio­sła whi­sky dla mnie i wodę z cy­tryną dla mo­jego to­wa­rzy­sza.

- Chcesz po­ga­dać? - Lu­igi przy­glą­dał mi się nie­pew­nie, dziw­nie marsz­cząc czoło.

- Nie bar­dzo, do chuja.

Upi­łem ko­lejny łyk moc­nego trunku i od­wró­ci­łem wzrok, żeby do­kład­niej przyj­rzeć się kuso ubra­nym ko­bie­tom w po­szu­ki­wa­niu ide­al­nej part­nerki na dzi­siej­szą za­bawę. Kilka mi­nut póź­niej by­łem co­raz bar­dziej pod­mi­no­wany, po­nie­waż żadna z nich nie przy­kuła mo­jej uwagi. Zde­gu­sto­wany, a wręcz cho­ler­nie zi­ry­to­wany prze­nio­słem spoj­rze­nie na przy­ja­ciela.

- Co? - burk­ną­łem, prze­cie­ra­jąc twarz ze zmę­cze­nia. - Kurwa! Nie gap się tak na mnie, bo po­my­ślę, że na mnie le­cisz!

Wie­dział, że tylko pró­buję go wku­rzyć, więc w ogóle nie re­ago­wał na moje do­cinki.

Nie spa­łem od dwóch nocy i za­miast przy­tu­lić głowę do po­duszki, sie­dzia­łem w klu­bie, to­piąc smutki w śred­nio schło­dzo­nej whi­sky.

Co jest ze mną nie tak?

Za­miast czuć szczę­ście i nie­wy­obra­żalną ulgę, że cu­kie­re­czek był bez­pieczny, mia­łem wra­że­nie, że tracę coś bar­dzo cen­nego. Coś ulot­nego. Do­my­śla­łem się, czego, a ra­czej kogo pra­gnie moje serce, ale mu­sia­łem się jak naj­szyb­ciej wy­le­czyć.

Ta nie­bez­pieczna fa­scy­na­cja po­woli prze­ra­dza się w ob­se­sję!

Nie bzy­ka­łem od kilku mie­sięcy. Wy­ni­kało to z faktu, że po­żą­da­łem tylko i wy­łącz­nie Li­liany - to jej ciało pra­gną­łem czcić. Za­blo­ko­wała mnie na inne ko­biety, więc by­łem tu dzi­siaj, żeby się prze­ła­mać i wró­cić do swo­jego roz­wią­złego ży­cia.

- Je­stem twoim przy­ja­cie­lem, mo­żesz na mnie li­czyć. Za­wsze cię wy­słu­cham. - Wes­tchnął, po czym upił spory łyk wody. - Znam cię nie od dzi­siaj. Wi­dzę, że coś cię mę­czy. Może jak się wy­ga­dasz, to bę­dzie le­piej? - Skrzy­wił się po tych sło­wach, jakby zjadł kilo wy­jąt­kowo kwa­śnych cy­tryn. - Ja pier­dolę! Ga­dam jak baba! - Po­krę­cił głową znie­sma­czony. - Jak coś, to je­stem. Tyle. - Roz­ło­żył ręce w ge­ście bez­rad­no­ści.

Sam w tej chwili czu­łem się tak bez­radny jak jesz­cze ni­gdy w swoim ży­ciu.

- Wszystko się po­je­bało, ro­zu­miesz? - Spoj­rza­łem na niego ostro. - A zresztą nie mam za­miaru ci się zwie­rzać, bo to i tak nic nie da! - Do­pi­łem resztę al­ko­holu i z gło­śnym trza­skiem od­sta­wi­łem pu­stą szklankę na blat sto­lika. - Kon­tro­luj sy­tu­ację, a ja idę coś wy­rwać - rzu­ci­łem wście­kle, z de­ter­mi­na­cją pod­no­sząc się z ka­napy.

Przy­glą­dał mi się zdzi­wiony, a na­stęp­nie przy­tak­nął nie­pew­nie i rów­nież wstał, żeby ob­ser­wo­wać oto­cze­nie. Za­wsze trzy­mał się nie­da­leko, żeby w ra­zie czego za­re­ago­wać.

Skie­ro­wa­łem swoje kroki na par­ter, gdzie od razu sta­ną­łem przy ba­rze. Mach­ną­łem na bar­mana, który do­sko­nale wie­dział, co po­dać. Za­wsze była to schło­dzona whi­sky. Po chwili ze szkla­neczką w dłoni za­czą­łem się po­now­nie roz­glą­dać za kimś war­tym uwagi.

Do­piero po trze­ciej ko­lejce mój wzrok od­po­wied­nio się wy­ostrzył i w końcu za­uwa­ży­łem szczu­płą bru­netkę, któ­rej kształty mo­gły ucho­dzić za pra­wie ide­alne. A przy­naj­mniej pro­mile w mo­jej krwi da­wały ta­kie złu­dze­nie. Po­ru­szała się w rytm mu­zyki, ko­ły­sząc zmy­słowo krą­głymi po­ślad­kami. Czer­wona, krótka su­kienka opi­nała jej bio­dra, a czarne szpilki wy­dłu­żały już i tak cu­dow­nie dłu­gie nogi. Szczu­pła ta­lia pod­kre­ślona zło­tym pa­skiem ide­al­nie kon­tra­sto­wała z szer­szymi bio­drami.

Cier­pli­wie cze­ka­łem, aż ob­róci się bo­kiem lub przo­dem, żeby le­piej jej się przyj­rzeć. Je­dyne, czego nie zno­si­łem u ko­biet, to wiel­kie, sztuczne piersi. Wszystko inne mo­gło być po­pra­wione, ale uwiel­bia­łem, gdy ta jedna część ciała była na­tu­ralna, miękka i cu­dow­nie wpa­so­wu­jąca się w moje dło­nie.

Po­zna­łem ko­bietę, któ­rej piersi ide­al­nie pa­so­wa­łyby do mo­ich rąk, a przy­naj­mniej tak przy­pusz­cza­łem.

Nie myśl o Li­lia­nie! Nie myśl o Li­lia­nie!

Po­wta­rzana w kółko man­tra za cho­lerę nie po­ma­gała.

Klin kli­nem! Mu­szę wy­ma­zać ją z głowy, serca, umy­słu!

Pod wpły­wem bu­zu­ją­cych we mnie emo­cji ru­szy­łem do przodu. Chuj ze sztucz­nymi cyc­kami, które te­raz wi­dzia­łem w ca­łej oka­za­ło­ści. Ja­koś prze­żyję ten jed­no­ra­zowy dys­kom­fort.

Po pro­stu nie będę ich do­ty­kać.

Idąc w jej kie­runku, spoj­rza­łem wy­żej i mój wzrok za­trzy­mał się na ogrom­nych ustach. Im bli­żej pod­cho­dzi­łem, tym więk­sze się sta­wały.

Przy­mkną­łem oczy, żeby się uspo­koić. Czu­łem ca­łym sobą, że za chwilę zro­bię coś wbrew so­bie, ale te­raz ma­rzy­łem je­dy­nie o tym, żeby przez mo­ment się roz­luź­nić i za­po­mnieć.

Za­trzy­ma­łem się przed nią, po­ło­ży­łem dło­nie na jej ta­lii i pró­bo­wa­łem do­strzec ko­lor jej oczu. Wa­chlarz sztucz­nych rzęs sku­tecz­nie unie­moż­li­wiał mi skrzy­żo­wa­nie z nią wzroku.

Czy ona coś wi­dzi? Trze­po­cze nimi kilka razy na se­kundę, jakby ­od­ga­niała ja­kieś owady czy chuj wie co!

Sta­ra­łem się sku­pić na in­nej czę­ści jej twa­rzy, ale gdy zer­k­ną­łem na ogromne, opuch­nięte usta, już nie wie­dzia­łem, co było lep­szym wy­bo­rem. Pod­da­łem się i zgrab­nym ru­chem ob­ró­ci­łem ją ty­łem do sie­bie. Po­chwa­li­łem się w du­chu za ten ge­nialny po­mysł. Przy­naj­mniej nie mu­sia­łem się ka­to­wać.

Po­ru­sza­li­śmy bio­drami w rytm mu­zyki. Za­cią­gną­łem się jej za­pa­chem i po­czu­łem nie­przy­jemny, dość mocny aro­mat pa­pie­ro­sów, jak­bym wą­chał wy­peł­nioną po brzegi po­piel­niczkę.

Od razu przy­po­mniał mi się słodki za­pach cze­re­śni, który na­wie­dzał mnie w snach. Po­krę­ci­łem głową, wy­rzu­ca­jąc na­trętne my­śli z mó­zgu, który za wszelką cenę chciał mi dzi­siaj unie­moż­li­wić za­li­cze­nie chęt­nej pa­nienki.

Od­chy­li­łem głowę, żeby na­brać kilka hau­stów po­wie­trza i prze­czy­ścić noz­drza. Ko­bieta wiła się przede mną, ocie­ra­jąc o mo­jego fiuta, który po­woli bu­dził się do ży­cia. Nie za­re­ago­wał co prawda tak in­ten­syw­nie jak na Li­lianę, ale do­bre i to...

Dla­czego nie mogę się jej po­zbyć z głowy?

Jęk­ną­łem po­iry­to­wany, co chyba usły­szała moja part­nerka, po­nie­waż ob­ró­ciła się w mo­ich ra­mio­nach, zła­pała mnie za dłoń i ru­szyła w kie­runku to­a­let, prze­py­cha­jąc się przez tłum spo­co­nych, po­ru­sza­ją­cych się na par­kie­cie lu­dzi.

Nie by­łem do końca pewny, czy pod­ją­łem do­brą de­cy­zję, ale prze­cież po to tu dzi­siaj przy­je­cha­łem. Chcia­łem bzyk­nąć ja­kąś na­pa­loną la­skę, żeby so­bie choć tro­chę ulżyć.

Nie ro­zu­mia­łem tylko, dla­czego w mo­men­cie gdy skrę­ci­li­śmy w ko­ry­tarz, po­czu­łem, że coś cięż­kiego za­le­gło na moim sercu. Coś na kształt po­czu­cia winy?

Co się ze mną dzieje?

Z roz­my­ślań wy­rwał mnie na­gły ruch ko­biety. Za­trzy­mała się, po­ło­żyła dło­nie na mo­jej klatce pier­sio­wej i po­pchnęła mnie mocno, w wy­niku czego opar­łem się ple­cami o ścianę. Al­ko­hol znacz­nie przy­tę­pił mój re­fleks, ale na szczę­ście przy­tom­ność umy­słu po­zo­stała i za­nim jej po­dej­rza­nie na­puch­nięte usta wy­lą­do­wały na mo­ich, od­wró­ci­łem głowę w bok, tak że cmok­nęła mnie w po­li­czek. Kiedy się od­su­nęła, wbiła dłu­gie szpony w moją szczękę, chcąc spoj­rzeć mi w oczy.

- Co jest grane? - za­py­tała pi­skli­wym gło­sem.

- Wszystko okej. Ale bez ca­ło­wa­nia.

Za­czy­nała mnie po­woli de­ner­wo­wać.

- Do­bra. - Wzru­szyła ra­mio­nami i po­ma­sze­ro­wała ko­ry­ta­rzem, nie oglą­da­jąc się za sie­bie.

Mia­łem te­raz je­dyną szansę, żeby uciec, wy­mknąć się i za­po­mnieć. Te kilka se­kund, kiedy sta­łem bez ru­chu, prze­są­dziło o resz­cie wie­czoru. Nie po­tra­fi­łem się zde­cy­do­wać. Pró­bo­wa­łem szybko prze­ana­li­zo­wać sy­tu­ację.

Czy je­stem aż tak spra­gniony, żeby za­po­mnieć o jej iry­tu­ją­cych wa­dach?

- Idziesz, kotku, czy się roz­my­śli­łeś? - do­biegł do mnie jej pi­skliwy głos.

Pod­ją­łem de­cy­zję. Przy­je­cha­łem się za­ba­wić, więc tak bę­dzie. By­łem zdro­wym męż­czy­zną, który po­trze­bo­wał seksu jak po­wie­trza.

Za­mknę­li­śmy się w ka­bi­nie i nie mi­nęło kilka se­kund, a ko­bieta przy­ssała się do mo­jej szyi. Dłuż­szą chwilę za­jęło, za­nim do­tarło do mnie, że będę miał cho­lerną ma­linkę od tego glo­no­jada. Od­cią­gną­łem ją, chwy­ciw­szy za bio­dra, a ona pu­ściła skórę na mo­jej szyi z gło­śnym mla­śnię­ciem.

Przy­szpi­li­łem ją do ściany, obej­mu­jąc dło­nią jej szyję, by lekko ją przy­trzy­mać. Drugą ręką się­gną­łem mię­dzy jej nogi. Roz­sze­rzyła je, co znacz­nie uła­twiło mi do­stęp, więc zwin­nie wsu­ną­łem dłoń pod bie­li­znę. Była już mo­kra, więc po­tar­łem kilka razy jej łech­taczkę, co spra­wiło, że za­częła gło­śno ję­czeć.

Ja pier­dolę! Tra­fiła mi się ja­kaś gwiazda porno czy o co cho­dzi?

- Wy­liż mnie, przy­stoj­niaku - za­mru­czała, co­raz bar­dziej ule­ga­jąc piesz­czo­tom.

- Po­je­bało cię?

- Co ty, kurwa? Nie ca­łu­jesz się, nie li­żesz! To co my tu­taj ro­bimy? - Ści­snęła dło­nią moje jaja.

- Wy­li­zuję je­dy­nie zna­jome cipki, więc od­pada. Je­ste­śmy tu, żeby się pie­przyć, a nie dys­ku­to­wać.

Od­wró­ci­łem ją ty­łem do mnie, przy­ci­ska­jąc jej sztuczne cycki do ściany. Wy­pięła się w moją stronę i za­częła ocie­rać się po­ślad­kami o mo­jego fiuta, który ewi­dent­nie nie był za­chwy­cony po­ten­cjalną zdo­by­czą. Nie re­ago­wał z za­in­te­re­so­wa­niem. To mnie jed­nak nie znie­chę­ciło.

Od­su­ną­łem się mi­ni­mal­nie i zro­lo­wa­łem ob­ci­sły ma­te­riał jej su­kienki aż do wy­so­ko­ści ta­lii. Spra­wiło mi to tro­chę pro­ble­mów, bo mocno do niej przy­le­gał. Zsu­ną­łem z jej bio­der czer­wone stringi, które opa­dły na pod­łogę, po czym przy­ci­sną­łem ją ca­łym cia­łem do ściany. Jedną rękę opar­łem obok jej głowy, a drugą za­nu­rzy­łem w jej cie­płym wnę­trzu.

Wszystko by­łoby do­brze, gdyby tak nie ję­czała. Dzia­łało mi to na nerwy, a do tego by­li­śmy za­mknięci w ma­łej prze­strzeni, więc w końcu do­tarł do mnie mdlący za­pach jej per­fum wy­mie­szany z dy­mem pa­pie­ro­so­wym. Nie była to sek­sowna mie­szanka, za­tem sta­ra­łem się ze wszyst­kich sił sku­pić na wła­snym fiu­cie, który ani my­ślał sta­nąć na wy­so­ko­ści za­da­nia.

Ję­czała co­raz gło­śniej, aż w końcu wrza­snęła prze­cią­gle, do­cho­dząc z mo­imi pal­cami w cipce.

Te­raz przy­szła pora na mnie.

Za­mie­rza­łem za­jąć jej usta w je­dyny moż­liwy w tym mo­men­cie spo­sób. Do­bre ob­cią­ga­nie też było atrak­cyjną opcją. Schy­li­łem się, na­su­ną­łem jej majtki na pupę i w miarę moż­li­wo­ści na­cią­gną­łem su­kienkę, która le­dwo za­sło­niła jej po­śladki.

Ob­ró­ci­łem ją gwał­tow­nie, ale pod­dała się bez pro­ble­mów, da­lej za­mro­czona or­ga­zmem. Po­ło­ży­łem dło­nie na jej ra­mio­nach i de­li­kat­nie na­par­łem, da­jąc jej do zro­zu­mie­nia, że li­czę na rów­nie sa­tys­fak­cjo­nu­jący re­wanż.

Ona jed­nak wpa­try­wała się we mnie i ani drgnęła.

- Co jest, kurwa? - wy­krztu­si­łem roz­draż­niony.

- Ob­cią­gam tylko zna­jome ku­tasy. - Ob­li­zała pro­wo­ka­cyj­nie usta, uśmie­cha­jąc się wred­nie.

Wy­trzesz­czy­łem oczy ze zdu­mie­nia. Chyba ro­biła so­bie jaja.

- Co ty pier­do­lisz? Mu­sisz się ja­koś od­wdzię­czyć - syk­ną­łem, wner­wiony do gra­nic moż­li­wo­ści.

- Nic nie mu­szę, przy­jem­niaczku. - Ro­ze­śmiała się, po­dej­rza­nie mocno roz­ba­wiona, po czym się­gnęła do klamki.

Za­nim wy­szła, wspięła się na palce i znowu za­częła zbli­żać się do mo­jej twa­rzy. Od­ru­chowo od­chy­li­łem głowę, żeby przy­pad­kiem mnie nie do­tknęła, przez co mocno ude­rzy­łem po­ty­licą w drzwi ka­biny.

- Kurwa! - jęk­ną­łem z bólu, od któ­rego na kilka se­kund mnie za­mro­czyło. - Po­je­bało cię?! Mó­wi­łem! Bez ca­ło­wa­nia!

- Do­bra, już do­bra. - Po tych sło­wach prze­krę­ciła za­mek w drzwiach i zo­sta­wiła mnie sa­mego.

Sta­łem onie­miały i czu­łem się, jakby ktoś za­wo­dowo mnie wy­ru­chał. Z odrę­twie­nia wy­rwał mnie do­piero od­głos za­my­ka­nych drzwi.

Ze spier­do­lo­nym hu­mo­rem opu­ści­łem ła­zienkę. Li­czy­łem na przy­jemne roz­luź­nie­nie, a tym­cza­sem la­ska po­pi­sowo zro­biła mnie w chuja. Pra­gną­łem wró­cić do ży­cia sprzed mo­mentu po­zna­nia Li­liany, kiedy za­li­cza­łem chętne la­ski, które ma­rzyły o tym, żeby po­ko­ły­sać się na moim fiu­cie, a tym­cza­sem czu­łem się jesz­cze go­rzej.

Cho­lera! Co to, u li­cha, było?!

Przy końcu ko­ry­ta­rza na­tkną­łem się na Lu­igiego. Na­wet nie chciało mi się ga­dać. W sa­mo­cho­dzie się­gną­łem do kie­szeni ma­ry­narki, w któ­rej mia­łem te­le­fon, po czym od­ru­chowo po­kle­pa­łem drugą kie­szeń, gdzie za­zwy­czaj no­si­łem tro­chę go­tówki.

- Nie wie­rzę! - sap­ną­łem pod no­sem, za­sko­czony.

- Co się stało? - Lu­igi przy­glą­dał mi się w lu­sterku wstecz­nym.

- To chyba naj­gor­szy wie­czór w moim ży­ciu - pod­su­mo­wa­łem, lekko roz­ba­wiony ko­mi­zmem tej sy­tu­acji. - La­ska mnie okra­dła. Zwi­nęła ja­kieś dwa ty­siące euro.

- Chcesz ją na­mie­rzyć? Dzwo­nić do chło­pa­ków? - Wy­raź­nie po­wstrzy­my­wał uśmiech.

- Nie. Mam na­uczkę na przy­szłość. Od po­czątku była ja­kaś po­dej­rzana.

- Chcesz jej da­ro­wać kra­dzież?

- Tak, do­kład­nie.

Opar­łem głowę o za­głó­wek i przy­mkną­łem na chwilę oczy.

Ostat­nio moim ży­ciem rzą­dził trudny do opa­no­wa­nia chaos. A wszystko przez piękną ko­bietę, która na stałe wpeł­zła pod moją skórę i za­do­mo­wiła się w moim sercu.