Przystanek Tworki. Historia pewnego szpitala - Grzegorz Łyś

Kup ebooka

47.99 zł
39.83 zł (33,59 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Od pół wieku nad szpitalem w Tworkach, zwanym niegdyś "lecznicą dla obłąkanych" lub po prostu "domem wariatów", zalega dobroczynna cisza. Rozpraszają ją tylko pogwizdywanie kosów w szpitalnym parku i syrena kolejki WKD, zatrzymującej się co kwadrans przed główną bramą zakładu. Nic na co dzień nie narusza powszedniej rutyny i nie zakłóca odpraw ordynatorów i lekarzy dyżurnych ani konferencji naukowych w gmachu dyrekcji. Już niemal nikt tu nie pamięta czasów, gdy z oddziałów dla "gwałtownych" dniem i nocą dobiegały krzyki, śpiewy, szlochy, przekleństwa i wyzwiska, niesamowite śmiechy, odgłosy awantur, a czasem bójek. Niektóre z pawilonów przypominały gniazda rozdrażnionych os.

Ten potępieńczy harmider, świadectwo "cierpienia największego ze wszystkich", choroby psychicznej, uważano za nieodłączny atrybut szpitali psychiatrycznych od początków ich istnienia. Dla pacjentów, lekarzy, pielęgniarek i setek innych pracowników Tworek stanowił on jeszcze w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku zwykłe tło szpitalnej codzienności. Zaczął stopniowo przycichać dopiero wraz z wprowadzeniem do leczenia pierwszych neuroleptyków. Wcześniej salowe tłumaczyły nowym pacjentom: "Nie ma się czego bać. Nic to nie jest. Chorzy, więc bluźnią. Pokrzyczy jeden z drugim, pokrzyczy i przestanie. Komu Pan Bóg rozum odebrał, temu i zwróci"1.

Lecz krzyki i lamenty, zwłaszcza w lecie, przy otwartych oknach niosły się daleko za szpitalne mury. Przerażały i niemal ogłuszały gości odwiedzających lecznicę:

Zupełnie oszołomiony wybiegłem na dziedziniec. W uszach miałem dziwny hałas, słyszałem brzęczenie [...]. Dopiero w następnej chwili zrozumiałem, skąd pochodzi to uczucie. W pawilonie, w którym byłem przed chwilą, pełno było wrzasków, chichotów, najbardziej nieoczekiwanych dźwięków, lecz będąc tam, nie zauważyłem tego hałasu, ogłuszony wzruszeniem i niepokojem2

- pisał przed prawie wiekiem Michał Choromański, wówczas wysłannik "Wiadomości Literackich". Przede wszystkim zaś budziły i umacniały przez dziesiątki lat przekonanie, że Tworki to miejsce dziwne i straszne - poza granicą świata i realnego życia.

Z okazji otwarcia lecznicy "Tygodnik Illustrowany" zamieścił wiersz odzwierciedlający to przeświadczenie. Jego autor, Włodzimierz Stebelski, poeta i dziennikarz, był jednym z pierwszych pacjentów Tworek, w grudniu 1891 roku. Pisał:

Patrz na te dziwnie uroczyste mury!

Tu najstraszniejsza mieszka ludzka nędza,

Tu obłąkania krąży duch ponury,

Z mglistych widziadeł chorą myśl wyprzędza3.

Szpital tworkowski już w latach międzywojennych, pomimo konkurencji chociażby małopolskiego Kobierzyna, stał się słynnym w całym kraju przykładem "domu wariatów". "Do Tworek" odsyłano podczas kłótni złośliwych krewnych, uciążliwych sąsiadów, konkurentów politycznych i wszelkie osoby zawadzające.

Podszyte lękiem, w tym osobistymi obawami przed utratą rozumu, wyobrażenia o nim rozbrajano niezliczonymi dowcipami o "wariatach" z Tworek. Niektóre z tych anegdot były zresztą prawdziwe, a czasem miały starożytną metrykę. Chorobliwe wizje i lęki nękały pacjentów od początków istnienia medycyny. Areteusz z Kapadocji, który jako pierwszy w II wieku naszej ery opisał gruntownie kliniczny obraz melancholii i manii, wymieniał urojenia swoiste dla depresji: "Jednemu wydaje się, że jest wróblem, kogutem lub glinianą wazą [...], niektórzy wydają dziecięce okrzyki i żądają, by nosić ich w ramionach, lub wierzą, że są ziarnem gorczycy i bez przerwy trzęsą się ze strachu, że zje ich kura"4.

Sama nazwa stacji Tworki wzbudzała cokolwiek perwersyjną ciekawość przygodnych pasażerów kolejki WKD. Wycieczki szkolne bez żenady przepychały się do okien, by rzucić okiem na tę tajemniczą i niesamowitą okolicę. Wypatrywano sensacyjnych wydarzeń, które jak uważano, są tu na porządku dziennym. Ale tylko od czasu do czasu do kolejki wsiadał pacjent szpitala, ubrany bez związku z pogodą czy porą roku i z nieobecnym wzrokiem. Nawet stałych pasażerów ogarniało wtedy uczucie niepokoju. Wraz z chorym wkraczała bowiem do wagonu jego choroba - nieznane i nieprzewidywalne5. W swoim czasie stację Tworki, "tandetną budę z tym chlubnym napisem, na którego widok zdrowi na umyśle wstydliwie odwracają oczy"6, przemianowano na "Pruszków Wschodni". Nowa nazwa się jednak nie przyjęła, bez rozgłosu przywrócono więc starą.

Reprezentacyjna sala konferencyjna szpitala tworkowskiego - wystawnie, z wyszukaną geometryczną prostotą urządzona przez przedwojenną dyrekcję w stylu art déco - budzi podziw i respekt kolejnych pokoleń młodych psychiatrów.

"Oczarowało mnie to wnętrze i jego nastrój niezwykły. Kiedy zobaczyłam tę salę pierwszy raz, poczułam, że właśnie Tworki są miejscem dla mnie"7 - wspomina doktor Maria Pałuba. Przeczucie okazało się trafne, po ponad trzydziestu latach doktor Pałuba objęła kierownictwo szpitala. Długi stół nakryty zielonym suknem, wizerunki sławnych lekarzy, ordynatorów i dyrektorów Tworek, oszklone, sięgające sufitu szafy biblioteczne pełne gromadzonych od początku istnienia zakładu uczonych woluminów. Oprawne w skórę księgi z tłoczonymi złoconymi napisami, spiżowe popiersia, stare fotografie w sepii, sztukaterie...

Tu autorytet psychiatrów i sens samej psychiatrii wydają się niepodważalne, a także z dawien dawna ugruntowane. W istocie sprawy mają się inaczej. Wprawdzie historia współczesnej psychiatrii liczy już około dwustu lat, lecz jej przynależność do medycyny i do nauki w ogóle nieraz kwestionowano. Podobnie krytykowano nowatorski pogląd, który pojawił się u schyłku Oświecenia, że "szalonych i głupich" można i powinno się leczyć. A także ideę, by więzienia i przytułki, gdzie chorych psychicznie przetrzymywano dotychczas pod kluczem w trosce o bezpieczeństwo publiczne i moralność, zastąpić godnymi XIX wieku szpitalami.

Uwagę gości zasiadających w tworkowskiej sali przyciąga obraz olejny pokaźnego formatu, podobny w manierze, gdy idzie o kompozycję i nastrój, do dzieł ukazujących żywoty świętych. To namalowana przez wieloletniego pacjenta Tworek, Bolesława Wisłockiego, kopia dzieła wziętego malarza francuskiego Tony'ego Roberta Fleury'ego. Przedstawia uwolnienie z kajdan psychicznie chorych pacjentek w paryskim przytułku dla kobiet Salp?tri?re. Dokonał tego w 1795 roku jego dyrektor, doktor Philippe Pinel. Widzimy go tu na dziedzińcu zakładu, szykownie ubranego według ówczesnej rewolucyjnej mody, w znanym z wizerunków Napoleona dwurożnym kapeluszu typu bikorn na głowie, gdy ze zrozumieniem i współczuciem przygląda się gromadce pensjonariuszek. Jedną z nich wstrząsa atak padaczki. Inna wpatruje się z trwogą w przestrzeń, w której zapewne srożą się jakieś demony, jeszcze inna trwa nieruchomo w kataleptycznym odrętwieniu. Niepewnie uśmiechnięta dziewczyna, której rzemieślnik właśnie zrzuca z rąk łańcuchy, wydaje się raczej zdezorientowana niż uszczęśliwiona nagłą odmianą swego losu. Stojący zaś z boku postawny mężczyzna w białym kitlu, być może pielęgniarz, przygląda się poczynaniom swego szefa z rezerwą, a może i dezaprobatą. Z pewnością nie z zaskoczeniem. Już bowiem dwa lata wcześniej doktor Pinel jako naczelny lekarz doprowadził do uwolnienia z kajdan psychicznie chorych więzionych w przytułku dla mężczyzn Bic?tre. Postawił przy tym na szali swą karierę, a może nawet życie, bo ten humanitarny pomysł wcale nie spodobał się władzom rewolucyjnym w krytycznym roku jakobińskich "rządów terroru". Na posiedzeniu Konwentu Narodowego jeden z najbliższych ludzi Robespierre'a, obywatel Couthon, z mównicy groził Pinelowi - skądinąd sympatykowi i beneficjentowi rewolucji: "Biada ci, jeśli nas oszukałeś i między wariatami ukrywasz wrogów ludu!". Próbował też pensjonariuszy Bic?tre osobiście na miejscu przesłuchiwać. Ostatecznie z tych zamiarów zrezygnował, kwitując sprawę obraźliwą konkluzją: "Chyba sam jesteś wariatem, jeśli chcesz uwolnić te dzikie zwierzęta!".

Z czasem okazało się, że historia ta - w szczególności inspekcja podejrzliwego jakobina w paryskim przytułku, ale i inne jej szczegóły - to jedynie legenda. W tej jednak właśnie postaci stała się ona mitem założycielskim rodzącej się dzisiejszej psychiatrii. Po stu latach od śmierci Pinela mit ten był nadal żywy. Autor rocznicowego artykułu w "Nowinach Psychiatrycznych" pisał:

Dobroczynna działalność Pinela [...] rozpoczyna nową epokę, a zasługuje na przypomnienie przede wszystkiem z tej racji, że nadała swoisty kierunek rozwojowi nowoczesnej psychjatrji szpitalnej. Tak zwany dawniej dom warjatów - to więzienie, środowisko niechlujstwa, zarazy, nędzy, nieszczęścia ludzkiego i śmierci - pod wpływem idei Pinela przeistoczył się stopniowo w szpital, w którym chorzy znajdują ochronę przed szkodliwościami, opiekę, pomoc lekarską, złagodzenie cierpień i nierzadko uzdrowienie. Ideje Pinela stanowią opokę, na której wspiera się budowla nowoczesnej psychjatrji praktycznej8.

Pierwszoplanowa funkcja w owej budowli miała przypaść zakładanym i prowadzonym w postępowym, humanistycznym duchu lecznicom dla psychicznie chorych. W taki oto sposób wiek XIX stał się nie tylko stuleciem pary i elektryczności, lecz także - prawdopodobnie jest to związek nieprzypadkowy - szpitali psychiatrycznych. Do początków XX wieku powstały ich w Europie i Stanach Zjednoczonych setki.

Fala reformatorskiego zapału dotarła wkrótce znad Sekwany również na ówczesną europejską prowincję, na ziemie polskie pod zaborem rosyjskim. Lecz trzeba było starań paru pokoleń lekarzy i filantropów, zanim projekt budowy wzorowej, zgodnej ze wskazaniami nauki i ideami postępu lecznicy dla chorych psychicznie udało się urzeczywistnić w Tworkach. Społeczeństwo Królestwa Polskiego kwestią tą nie było szczególnie zainteresowane. Adolf Rothe, jeden z najwybitniejszych psychiatrów warszawskich XIX wieku, tłumaczył przystępnie przyczyny tej rezerwy: "Ze względu że obłąkani u nas nie doznawali ani tej czci, jaką ich otaczano na Wschodzie, ani też nie byli tak nieludzko prześladowani, katowani, paleni i karani śmiercią, jak to miało miejsce w Europie Środkowej i Południowej, przychodzę do przekonania, iż po prostu na nich wcale nie zwracano uwagi"9.

Z poglądem jednego z najbardziej doświadczonych XIX-wiecznych polskich psychiatrów można się zgadzać lub nie, lecz tak czy inaczej chodzi tu tylko o domysły. Na stosach rzeczywiście spłonęło u nas znacznie mniej czarownic niż na zachodzie Europy, a o czarną magię i konszachty z szatanem posądzano głównie kobiety chore psychicznie. O dziejach polskiego szaleństwa i losie obłąkanych w dawnej Rzeczpospolitej wiemy jednak tyle, co nic. Jeden tylko właściwie przypadek psychozy opisano niegdyś szczegółowo, a po upływie ponad trzech wieków - zdiagnozowano.

Chory, Michał Piekarski, szlachcic z Sandomierszczyzny, "mało co z ludźmi obcował, sam w sobie żył i milczeniem a ponurym okiem melancholią się zabawiał, rozmaite w niej, jak to pospolicie w melancholikach bywa, imaginationes i widzenia albo i oszukiwania diabelskie miewając"10. Piekarski był nie tylko melancholikiem, lecz także "furiatem". I w końcu "z podpuszczenia diabelskiego" zabił w Krakowie jednego z królewskich kucharzy. Uznano go za niepoczytalnego, a specjalna komisja oddała go za zgodą Zygmunta III pod kuratelę szwagrów.

Od tej pory Piekarskiego nie opuszczała obsesyjna myśl o zemście na królu jako sprawcy wyzucia go z majątku i swobody. Już w 1610 roku, dziesięć lat przed zamachem, postanowił zabić monarchę. Wiele czasu spędzał w Warszawie, kręcąc się przy monarszym dworze. Jego twarz z wyłupiastymi oczami, w których czaiło się szaleństwo, budziła niepokój niektórych dworzan11. W niedzielę 15 listopada 1620 roku Piekarski czekał na ciągnący z zamku orszak królewski w załomie muru przy bocznym wejściu do kolegiaty Świętego Jana. Pod ubraniem ukrywał czekan - niewielki, lecz bardzo niebezpieczny oręż z obuchem i ostrzem. Gdy król zatrzymał się na chwilę u wejścia, zamachowiec uderzył go w głowę, lecz czekan ześlizgnął się po zimowej monarszej czapce, raniąc go tylko lekko w skroń i policzek. Drugi cios, w plecy, także nie okazał się groźny.

Ujętego zamachowca podczas przesłuchań poddano torturom. Wygłaszał podniosłe teksty o charakterze religijnym, w szczególności chętnie opowiadał o aniele, który kazał mu zgładzić króla, albo oskarżał o wspólnictwo kogo popadnie, a potem to odwoływał12. Tadeusz Bilikiewicz, niekwestionowany autorytet polskiej psychiatrii drugiej połowy XX wieku i historyk medycyny, uznał je za rozkojarzenie typowe dla psychozy, a samego Piekarskiego uważał za "niewątpliwego schizofrenika"13. Jak dodawali inni autorzy, chodziło o najpowszechniejszą postać tej psychozy, schizofrenię paranoidalną. Tak więc Piekarski nie rozumiał znaczenia tego czynu i nie był w stanie kierować swoim postępowaniem. Wiedzieli o tym sędziowie, lecz szło tu o monarchę i rację stanu. Sąd sejmowy skazał Piekarskiego na śmierć.

Egzekucję zainscenizowano z barokowym rozmachem. Wiezionemu na wysokim wozie skazańcowi kat wyrywał rozgrzanymi do czerwoności obcęgami kawałki ciała. Potem palił mu w ogniu i odciął prawą dłoń. Na koniec do jego rąk i nóg przywiązano liny, które ciągnęły konie, i na Rynku Nowego Miasta jego ciało zostało rozerwane. Krwawe szczątki spalono, a prochy wystrzelono z armaty. Wymienianie nazwiska straconego zostało zakazane, miał być na zawsze zapomniany. Rzecz jasna te rachuby zawiodły. Mało kto zna dziś losy jedynego w Polsce królobójcy, który był blisko spełnienia swego zamiaru. Ale powiedzenie "plecie jak Piekarski na mękach" wciąż jeszcze jest w użyciu.

Torturowanie przesłuchiwanych, w tym chorych, było jednym z powodów, dla których pomimo rozkwitu medycyny w czasach renesansu, w tym także w Polsce Jagiellonów, "nie mogła rozwinąć się naukowa diagnostyka psychiatryczna" - jak podkreślał profesor Bilikiewicz. W przeciwieństwie do innych nauk lekarskich psychiatria pogrążona była wówczas w mrokach średniowiecza.

Wiadomości dotyczące schorzeń psychicznych zachowały się w Polsce głównie w zielnikach. Radzono w nich, co czynić na przykład w razie padaczki, a także chorób somatycznych objawiających się zmianami zachowania, takich jak wścieklizna albo po prostu bóle głowy. Trzeba odnotować tu wydanie w 1557 roku rozprawki De melancholia..., w której doktor Andrzej Grucy-Grutinius zalecał ordynować chorym na umyśle "przypieczki w postaci przypalania rozpalonym żelazem lewego podżebrza"14. W tym właśnie czasie pojawiły się w kronikach wzmianki o zakładach dla "chorych na głowę", w 1534 roku w Krakowie, a w 1542 roku w Gdańsku. Początki opieki psychiatrycznej wiążą się u nas jednak, i to raczej zaledwie symbolicznie, z przybyciem do Polski zakonu szpitalnego bonifratrów. Jego założyciel, Święty Jan Boży, który doznał przemiany duchowej pod wpływem kazania Świętego Jana z Ávili, okazywał ją z takim zapałem, że trafił na pewien czas do szpitala dla umysłowo chorych w Grenadzie. Przybyłym z Hiszpanii ojcom ufundowano w Warszawie klasztor oraz szpital... na osiem łóżek. Wśród chorych, kalek i ubogich, którzy mieszkali w tym przytułku, trafiali się zapewne również pensjonariusze z zaburzeniami psychicznymi. W XVIII wieku szpital przeniesiono do nowych budynków przy obecnej ulicy Bonifraterskiej. W 1760 roku miał on trzydzieści cztery łóżka, ale wciąż leczyli się w nim pacjenci cierpiący na wszelkie możliwe choroby, może z wyjątkiem wenerycznych.

Tak więc Rzeczpospolita była nie tylko państwem bez stosów, a ściśle biorąc, z mniejszą ich liczbą, lecz także - i to do końca swego istnienia - krajem bez "domów wariatów". To akurat zapóźnienie cywilizacyjne można przeboleć.

Za najstarszy na świecie zakład dla psychicznie chorych uważa się założony w 1247 roku przy klasztorze Najświętszej Panny Marii Betlejemskiej w Londynie przytułek Bethlehem, znany jako Bethlem albo po prostu Bedlam. Była to przez wieki instytucja nie tyle sławna, ile osławiona. Panowało przekonanie, że za jej pompatyczną fasadą - w 1675 roku przeniesiono przytułek do nowej siedziby, wzorowanej na barokowych pałacach - pacjenci są bici, zakuwani w łańcuchy i trzymani w ciemnościach i wilgoci. W XVIII wieku wnętrze Bedlam udostępniono do zwiedzania. Za parę pensów każdy londyńczyk mógł uczestniczyć w "przedstawieniu betlejemskim", czyli zaglądać do cel chorych, śmiać się z nich i rozwścieczać, szturchając ich wypożyczonymi na miejscu długimi kijami. W każdy pierwszy wtorek miesiąca wstęp był bezpłatny. W jednym tylko roku 1814 z tych atrakcji, z którymi konkurowała jedynie menażeria w Tower, skorzystało prawie sto tysięcy zwiedzających15.

Tłumaczono, że oglądanie i dręczenie psychicznie chorych niesie naukę moralną, która ukazuje cenę za uleganie namiętnościom, występki i grzechy: "Tylko z obrazu takiego poniżenia nauczyć się możemy, jak powściągnąć pychę"16. Podobną ponurą sławą co Bedlam cieszył się istniejący od 1656 roku paryski Bic?tre, straszniejszy, jak uważano, od Bastylii. Nie inaczej było w niemieckich Tollhäuser, gdzie jak pisał wybitny psychiatra Johann Reil na początku XIX wieku, "niczym złoczyńców zamyka się te biedne stworzenia w klatkach dla furiatów, w przedpotopowych więzieniach, na opuszczonych poddaszach nad miejskimi bramami, gdzie gnieżdżą się sowy, albo w wilgotnych lochach, gdzie nie dosięgnie ich współczujący wzrok ludzi, dla których człowieczeństwo jest wartością, i pozostawia ich tam, spętanych łańcuchami, zbrukanych własnymi nieczystościami"17.

Do XIX wieku szpitale czy przytułki były przede wszystkim miejscami odosobnienia, gdzie więziono psychicznie chorych. Uwalniało to rodziny, wsie i społeczności miejskie od chrześcijańskiego obowiązku opiekowania się nimi i ich utrzymywania. Z bardzo wątpliwego dobrodziejstwa zamknięcia w "szpitalu" - choć los "szalonych" na wolności nie był zwykle lepszy - korzystała zresztą tylko niewielka część chorych. Tak na przykład w Bedlam w 1815 roku przebywało jedynie stu dwudziestu dwóch pacjentów18. W końcu XVIII wieku w Bic?tre więziono od dwustu do dwustu pięćdziesięciu psychicznie chorych wśród około czterech tysięcy pensjonariuszy - inwalidów, żebraków, bezdomnych "emerytów", drobnych przestępców i innych uciążliwych współobywateli, w tym markiza de Sade.

Pierwszy w Warszawie szpital psychiatryczny z prawdziwego zdarzenia powstał w 1795 roku, gdy pruskie władze okupacyjne postanowiły szpital Świętego Jana Bożego przeznaczyć wyłącznie dla mężczyzn chorych psychicznie, a kobiety kierować do nowego oddziału w szpitalu Dzieciątka Jezus. W obu tych zakładach, z których w linii prostej wywodzi się szpital tworkowski, nie zakuwano już pacjentów w kajdany. Ani jak się zdaje, ich nie bito. "Sposób obchodzenia się z chorymi jest w ogólności łagodny, żadne więzy nie używają się, tylko u bardzo niespokojnych pasy skórzane 12 cali szerokie, części piersi obejmujące, do których przez mniejsze rzemienie przytwierdzają się ramiona, aby chorzy sobie i innym szkodzić nie mogli" - zapewniał ordynator, doktor Maurycy Woyde19.

Jednak warunki panujące w warszawskich lecznicach były opłakane. Jak odnotowała specjalna komisja w 1838 roku, kobiety "pozbawione zmysłów" nie otrzymują prawie żadnej pomocy lekarskiej, izby zaś, w których się mieszczą, "po większej części nie są ogrzewane i w jednej z nich powietrze jest bardzo szkodliwe z powodu nieczystości, jaką od dawna podłoga jest przejęta"20. W tymże roku "delegacya" wyznaczona do rewizji lecznicy Świętego Jana Bożego stwierdziła bliskie sąsiedztwo sal z kloakami, przesiąknięte moczem mury, które "rozpościerają nieznośny fetor". Przede wszystkim ubolewano nad niewielką powierzchnią szpitalnych pomieszczeń i ogromnym przepełnieniem. "Jeżeli to w porze letniej - z większą to łatwością wykonać przychodzi, bo wtedy obłąkanych, lecz spokojnych mieści się na noc w altanie ogrodu, w wozowni lub na sianie nad stajnią, to przecież w zimie mieścić ich w ten sposób nie można"21 - zastanawiali się delegaci. Również mieszkańcy Warszawy, podobnie jak londyńczycy, mieli na początku XIX wieku za opłatą możliwość przyjrzenia się pacjentom z bliska. Jednak ta praktyczna edukacja moralna odbywała się w szpitalu Świętego Jana Bożego tylko raz do roku22.

1 J. Krzysztoń, Obłęd, Warszawa 1981, t. 2, s. 47.

2 M. Choromański, Tworki. Wędruję po pawilonach, "Wiadomości Literackie", nr 36, 1932.

3 W. Stebelski, Dom obłąkanych, "Tygodnik Illustrowany", t. IV, 1891, s. 246.

4 R. Porter, Szaleństwo. Rys historyczny, przeł. J. Karłowski, Poznań 2003, s. 58.

5 A. Nadolny, rozmowa z autorem w dniu 21 marca 2024 roku.

6 J. Krzysztoń, dz. cyt., t. 3, s. 325.

7 M. Pałuba, rozmowa z autorem w dniu 18 maja 2023 roku.

8 A. Piotrowski, Filip Pinel, "Nowiny Psychiatryczne", z. 3/4, 1927, s. 187.

9 A. Rothe, Psychjatryja, czyli Nauka o chorobach umysłowych, Warszawa 1885, s. 17.

10 J. Besala, Zagadki kryminalne Rzeczypospolitej szlacheckiej, dostępny w internecie <https://wielkahistoria.pl/zamach-michala-piekarskiego-na-zygmunta-iii-waze-jaka-kara-spotkala-niedoszlego-krolobojce/>.

11 Tamże.

12 M. Strączyński, Najsłynniejszy zamachowiec, dostępny w internecie <ingremio.org/historia/najslynniejszy-zamachowiec/>.

13 T. Bilikiewicz, J. Gallus, Psychiatria polska na tle dziejowym, Warszawa 1962, s. 115.

14 Tamże, s. 117.

15 Bethlem Royal Hospital, dostępny w internecie <https://psychology.fandom.com/wiki/Bethlem_Royal_Hospital>.

16 R. Porter, dz. cyt., s. 85.

17 E. Shorter, Historia psychiatrii. Od zakładu dla obłąkanych po erę Prozacu, przeł. P. Turski, Warszawa 2005, s. 17.

18 Tamże.

19 S. Bucelski, Dzieje budowy zakładu dla obłąkanych w Królestwie Polskim, "Pamiętnik Warszawskiego Towarzystwa Lekarskiego", z. II, 1905, s. 201.

20 Tamże, s. 199.

21 Tamże, s. 202.

22 J.S. Majewski, Szpital w Tworkach, "Spotkania z Zabytkami", nr 2, 1989, s. 19.