Rozdział 1
Uderzenie pioruna. Atak rekina. Wygrana na loterii.
Nie. Przekreśliłam wszystkie te słowa. Zbyt stereotypowe.
Postukałam długopisem w usta.
Rzadkie. Co jest rzadkie? Kupa. - Uśmiechnęłam się w duchu. W piosence brzmiałoby to zabójczo.
Poskreślałam jeszcze trochę długopisem, zamazując słowa tak, że stały
się nieczytelne, ale w końcu dopisałam jeszcze jedno. Miłość. W moim
świecie była to prawdziwa rzadkość. Przynajmniej w jej romantycznej
wersji.
Lauren Jeffries, dziewczyna siedząca obok mnie, chrząknęła. Dopiero
wtedy zauważyłam, jaka cisza panuje w klasie, jak bardzo odpłynęłam znów
w swój własny kosmos, odcinając się od otaczającego mnie świata. Przez
ostatnie kilka lat nauczyłam się żyć ze spuszczoną głową i wiedziałam,
jak sobie teraz poradzić z niepożądanym zainteresowaniem. Przykryłam
książką do chemii zeszyt pełen tekstów piosenek oraz moich szkiców i powoli podniosłam głowę.
Spojrzenie pana Ortegi było skupione na mnie.
- Witamy znów na lekcji, Lily.
Wszyscy wybuchnęli śmiechem.
- Niewątpliwie pisałaś teraz odpowiedź - zauważył.
- Niewątpliwie. - Sztuka polegała na tym, żeby grać niewzruszoną, jakbym
nie miała uczuć.
Pan Ortega, zgodnie z moimi oczekiwaniami, odpuścił mi i przeszedł do
objaśniania tematu przewidzianego na przyszły tydzień i wskazywania, co
będziemy musieli przeczytać, żeby się do niego przygotować. Skoro tak
szybko dał mi spokój, pomyślałam, że po lekcji wymknę się niezauważona,
ale jak tylko zabrzmiał dzwonek, zawołał mnie do siebie.
- Panno Abbott? Proszę poświęcić mi minutę.
Szukałam w głowie dobrego powodu, który pozwoliłby mi wyjść z resztą
klasy.
- Jesteś mi winna chociaż tę jedną minutę, biorąc pod uwagę, że co
najmniej pięćdziesięciu pięciu wcześniejszych zdecydowanie mi nie
poświęciłaś.
Ostatni uczniowie opuścili klasę, a ja podeszłam kilka kroków bliżej.
- Bardzo przepraszam, panie Ortega - zaczęłam tłumaczyć. - Chemia i ja
niezbyt do siebie pasujemy.
Westchnął.
- To działa w obie strony, a ty nie wypełniasz swoich obowiązków.
- Wiem. Postaram się poprawić.
- Owszem, będziesz musiała. Jeżeli jeszcze raz zobaczę twój zeszyt,
trafi w moje ręce.
Zdusiłam w sobie jęk. Jak miałabym wytrzymać codzienne pięćdziesiąt pięć
minut tortur bez żadnej odskoczni?
- Muszę przecież robić notatki. Notatki z chemii. - Co prawda, nawet nie
pamiętałam, kiedy ostatnio zdarzyło mi się sporządzić jakąś notatkę z chemii, nie mówiąc już o liczbie mnogiej.
- Wystarczy oddzielna kartka, którą pokażesz mi pod koniec każdej
lekcji.
Przycisnęłam do piersi swój ukochany zielono-fioletowy zeszyt. Miałam w nim setki pomysłów na piosenki i próbki tekstów, niedokończone wersy,
bazgroły i szkice. To właśnie trzymało mnie przy życiu.
- To okrutna i szczególna kara.
Zaśmiał się.
- Płacą mi za to, żebym pomagał ci zaliczyć mój przedmiot. Nie masz
innego wyboru.
Mogłabym podsunąć mu całą listę innych możliwości.
- Sądzę, że doszliśmy do porozumienia.
Nie nazwałabym tego porozumieniem. To oznaczałoby, że oboje mieliśmy w tej sprawie coś do powiedzenia. Lepszym określeniem byłoby: zarządzenie,
dekret... edykt.
- Chcesz coś jeszcze powiedzieć? - zapytał pan Ortega.
- Słucham? Och. Nie, wszystko jasne. Do zobaczenia jutro.
- Bez zeszytu! - zawołał za mną.
Odczekałam, aż drzwi się za mną zamkną, po czym znów wyjęłam tamten
zeszyt i zapisałam na rogu strony słowo "edykt". Dobre było. Niezbyt
ograne. Gdy pisałam, walnęłam kogoś ramieniem tak, że o mało się nie
wyłożyłam.
- Uważaj, Magnes - powiedział koleś z ostatniej klasy, którego ledwie
kojarzyłam.
Dwa lata, a ludzie jeszcze nie darowali sobie tej ksywki. Nie
zareagowałam, ale gdy mnie mijał, wyobraziłam sobie, że rzucam mu w plecy długopisem jak strzałką.
- Wyglądasz, jakbyś miała ochotę kogoś udusić - stwierdziła Isabel
Gonzales, moja najlepsza przyjaciółka, równając krok z moim.
- Czemu ludzie wciąż pamiętają tę durną fraszkę, którą ułożył Cade? -
mruknęłam. Niesforny kosmyk moich ciemnokasztanowych włosów wymknął się
z uwięzi spinek i nasunął mi na twarz. Upchnęłam go za uchem. - Nawet
się zbytnio nie rymowała.
- Fraszki nie muszą być do rymu.
- Wiem. Nie mówię o jego talencie fraszkopisarskim. Mówię tylko, że całe
to towarzystwo nie powinno już jej pamiętać. A jednak. I to po dwóch
latach, choć nie było w niej nic chwytliwego.
- Tak mi przykro - powiedziała Isabel, biorąc mnie pod rękę.
Pokręciłam głową.
- Nie musisz za niego przepraszać. Już przecież z nim nie chodzisz. Poza
tym nie chcę, żebyś mi współczuła.
- A jednak współczuję. To głupie i dziecinne. Myślę, że ludzie
powtarzają to z przyzwyczajenia, nie zastanawiając się w ogóle, co
mówią.
Nie byłam pewna, czy się z nią zgadzam, ale wolałam zmienić temat.
- Pan Ortega nie życzy sobie mojego zeszytu na swoich lekcjach.
Isabel się roześmiała.
- Ooo, więc jak przeżyjesz bez tak ważnego organu?
- Sama nie wiem. I to akurat na chemii. Jak można oczekiwać, że ktoś
będzie na niej uważał?
- Ja lubię chemię.
- Powiem inaczej: jak można oczekiwać, że ktoś normalny będzie na niej
uważał?
- Uważasz, że jesteś normalna?
Pochyliłam głowę, uznając jej wygraną.
Gdy doszłyśmy do rozwidlenia ścieżki tuż za budynkiem B, zatrzymałyśmy
się. Krajobraz po obu stronach ścieżki, ukazujący różowawe skały, był
dziś szczególnie spowity pyłem. Przesunęłam stopą w czerwonym snikersie
kilka kamyków na drodze.
Wiedziałam, że takie ukształtowanie terenu sprzyja ochronie zasobów
wodnych, ale z bliska te arizońskie pejzaże wydawały mi się mało
inspirujące. Żeby znaleźć w tym plenerze natchnienie, musiałam
przypatrywać się mu z pewnej odległości, a to przypomniało mi, że warto
podnieść wzrok. Chociaż beżowe budynki i tłumy uczniów wyglądały
niewiele lepiej niż te skały.
- To jak, na obiad dzisiaj podróba meksykańskiego żarcia? - zapytałam
Isabel, gdy mijały nas Lauren, Sasha i ich psiapsiółki.
Isabel zagryzła wargę, na jej twarzy odmalowało się zmartwienie.
- Gabriel umówił się dziś ze mną poza kampusem z okazji naszej drugiej
miesięcznicy. Pasuje? Bo mogę to odwołać.
- Racja. Wasza druga miesięcznica. To dzisiaj? Zapomniałam zabrać z domu
prezent.
Isabel przewróciła oczami.
- Co dla mnie masz? Chałupniczej roboty książkę o tym, dlaczego nie
wolno ufać facetom?
Położyłam dłoń na piersi i westchnęłam.
- To absolutnie nie w moim stylu. Mój tytuł brzmi: Skąd wiadomo, że z niego samolubna świnia. Ale mniejsza o to.
Wybuchnęła śmiechem.
- Ale w związku z Gabrielem nigdy nie dałabym ci takiej książki -
dodałam, szturchając Isabel. - Naprawdę go lubię. Wiesz o tym, prawda? -
Gabriel okazał się słodki i dobrze traktował Isabel. Inspiracją dla tych
wymyślonych książek był jej poprzedni chłopak - Cade Jennings, autor
wspomnianej już fraszki o Magnesie.
Uświadomiłam sobie, że Isabel wpatruje się we mnie, nadal zaniepokojona.
- Oczywiście, że możesz wybrać się na obiad z Gabrielem - zapewniłam ją.
- Mną się nie przejmuj. Bawcie się dobrze.
- Możesz iść z nami, jeśli...
Korciło mnie, żeby pozwolić jej dokończyć to zdanie. Zaakceptować jej
zaproszenie tylko po to, żeby było zabawnie; zlitowałam się jednak nad
nią i jej przerwałam.
- Nie. Nie wybiorę się na obiad z okazji waszej drugiej miesięcznicy.
Wybacz. Mam do napisania książkę... Drugie miesięcznice jako początek
wieczności. Rozdział pierwszy. Po sześćdziesięciu dniach dowiesz się,
że to coś poważnego, gdy wyrwie cię ze szkolnego znoju i zabierze do
Taco Bell.
- Nie wybieramy się do Taco Bell.
- Ooo, dopiero pierwszy rozdział, a już nie za dobrze to dla ciebie
wygląda.
Ciemne oczy Isabel rozbłysły.
- Żartuj, ile chcesz, a ja uważam, że to romantyczne.
Chwyciłam ją za rękę i ścisnęłam.
- Wiem. To urocze.
- Zawsze możesz zostać tutaj. - Machnęła ręką w kierunku stołówki. - I dołączysz do Lauren i Sashy?
Wzruszyłam ramionami. Ten pomysł mnie nie kręcił. Na chemii siedziałam
obok Lauren i czasem rozmawiałyśmy. Kiedyś zapytała mnie, co mamy
zadane, innym razem zażądała, żebym zsunęła mój plecak z jej
segregatora. A z Sashą nawet tyle nie pogadałyśmy.
Przyjrzałam się sobie. Dziś byłam ubrana w za dużą męską koszulę, którą
wyszukałam w sklepie z używaną odzieżą. Przycięłam rękawy tak, żeby
przypominała kimono, i przewiązałam w talii brązowym wintażowym paskiem.
Na nogach miałam ściachane czerwone snikersy do kostek. Wyglądałam
raczej dziwacznie niż modnie i wyróżniałabym się w otoczeniu Lauren,
gdzie wszystkie dziewczyny idealnie do siebie pasowały za sprawą
obcisłych dżinsów i koszulek na ramiączkach.
Ruchem głowy pokazałam Isabel mój zeszyt.
- Wszystko gra. Będę miała okazję popracować nad nową piosenką. Wiesz,
że w domu nie mogę liczyć na chwilę samotności.
Isabel przytaknęła. Wtedy kątem oka zobaczyłam jego. I zamarłam.
Lucas Dunham. Siedział na ławce, otoczony innymi chłopakami z ostatniej
klasy, w bluzie z kapturem zapiętej po szyję, ze słuchawkami wetkniętymi
w uszy, zapatrzony w dal. Jakby był jednocześnie obecny i nieobecny.
Rozumiałam to uczucie.
Isabel powędrowała wzrokiem za moim spojrzeniem i westchnęła.
- Wiesz, powinnaś go zagadnąć.
Roześmiałam się, czując, że palą mnie policzki.
- Pamiętasz przecież, jak to było, kiedy próbowałam ostatnim razem.
- Nerwy cię zjadły i tyle.
- Nie mogłam wydobyć z siebie głosu. W ogóle. On, jego obłędna fryzura i hipsterskie ciuchy do reszty mnie wystraszyły - dokończyłam szeptem.
Patrząc na niego, Isabel przekrzywiła głowę, jakby nie zgadzała się z moją oceną jego wyglądu.
- Po prostu brak ci doświadczenia. Zacznij od kogoś, o kim nie marzysz
od dwóch lat.
- Wcale nie marzę o Lucasie...
Zawiesiłam głos, bo popatrzyła na mnie wymownie. Miała rację. Marzyłam o nim. Lucas był najprawdopodobniej najbardziej niesamowitym chłopakiem...
Choć właściwie go nie znałam, ale chyba właśnie to czyniło tego faceta
jeszcze bardziej niezwykłym. Był o rok starszy ode mnie. Włosy miał
ciemne i długie, a chodził zawsze w T-shirtach jakichś kapel lub starych
szkolnych koszulkach polo - ten kontrast sprawiał, że nie potrafiłam w jakikolwiek sposób go sklasyfikować.
- Wybierzesz się ze mną i Gabrielem w następny piątek na podwójną
randkę! - oznajmiła nagle Isabel. - Znajdę ci partnera.
- Odpada.
- Daj spokój. Minęło sporo czasu, odkąd byłaś na randce.
- To dlatego, że jestem niezgraba i dziwaczka, więc nieszczęśnik, który
by się ze mną umówił, nie miałby z tego żadnej frajdy.
- Nieprawda.
Skrzyżowałam ręce na piersi.
- Musisz po prostu wyskoczyć z kimś więcej niż raz... czy dwa... a się
przekona, jaka jesteś fajna - zaprzeczyła Isabel, regulując paski swojej
torby. - Nie widzę, żebyś była niezgrabą.
- Przy tobie też jestem totalną niezgrabą, ale ty się nie palisz, żeby
zacząć mnie całować, więc to tolerujesz.
Isabel się zaśmiała i pokręciła głową.
- Nie dlatego to toleruję. Wytrzymuję to, bo cię lubię. Musimy tylko
znaleźć chłopaka, przy którym będziesz mogła być sobą.
Położyłam dłoń na sercu.
- I oto w ów gorący jesienny dzień Isabel rozpoczęła niewiarygodną
wędrówkę w poszukiwaniu adoratora dla swojej najlepszej przyjaciółki.
Wędrówka ta trwać mogła po kres jej żywota. Stać się miała próbą jej
determinacji i wiary. Wiodła ją na skraj obłędu i...
- Skończ już - przerwała mi Isabel, trącając mnie ramieniem w bark. -
Właśnie tego rodzaju podejście czyni sprawę niemożliwą.
- To właśnie staram się ci powiedzieć.
- Nie przyjmuję tego do wiadomości. Zobaczysz. Właściwy facet dla ciebie
jest na wyciągnięcie ręki.
Westchnęłam, a moje spojrzenie znów zbłądziło w stronę Lucasa.
- Iz, nic mi nie trzeba, powaga. Nigdy więcej ustawianych randek.
- Dobra, nigdy więcej. Ale otwieraj się na ludzi, bo może ci umknąć coś,
co masz przed nosem.
Rozpostarłam ręce.
- Czyż istnieje ktoś bardziej otwarty ode mnie?
Isabel popatrzyła na mnie sceptycznie. Już nabrała powietrza, żeby mi
odpowiedzieć, kiedy z drugiej strony trawnika dobiegł nas donośny głos.
- Tu jest! Szczęśliwej miesięcznicy!
Policzki Isabel pokraśniały i odwróciła się w stronę Gabriela. Biegiem
pokonał resztę dzielącej ich odległości i podniósł ją w uścisku.
Wyglądali razem oszałamiająco, oboje ciemnowłosi, ciemnoocy i o oliwkowej karnacji. Dziwnie było widzieć Gabriela u nas w szkole.
Chodził do liceum na drugim końcu miasta i kojarzył mi się ze
spotkaniami po lekcjach i weekendowymi imprezami.
- Hej, Lily - zwrócił się do mnie, gdy już postawił Isabel. - Idziesz z nami? - Jego zaproszenie wyglądało na szczere. Był z niego naprawdę
fajny gość.
- Taki czad? Słyszałam, że stawiasz, no to powiedziałam: "Wchodzę w to".
Isabel się śmiała.
- Świetnie - powiedział Gabriel.
- To był żart, Gabe - wyjaśniła Isabel.
- Aha.
- Tak. Mój przypadek nie wymaga specjalnej troski. - Choć zaczynałam już
myśleć, że według nich tak jest.
- Nie, pewnie, że nie. Po prostu źle się czuję z tym, że wcześniej cię
nie uprzedziłam - przyznała Isabel.
Gabriel kiwnął głową.
- To była niespodzianka.
- Jeśli będziecie mnie dalej tak hołubić, ucieknie wam czas na jedzenie.
Lećcie już. Bawcie się dobrze. I... hmm... gratulacje. Niedawno czytałam
książkę o tym, że druga miesięcznica to początek wieczności.
- Serio? Ekstra - powiedział Gabe.
Isabel tylko przewróciła oczami i walnęła mnie w ramię.
- Trzymaj się.
Zostałam na ścieżce sama, przyglądając się rozgadanym i roześmianym
grupkom ludzi wokół mnie. Obawy Isabel były nieuzasadnione. Sama ze sobą
czułam się dobrze. Czasem nawet to wolałam.
Rozdział 2
Siedziałam na schodach przed szkołą,
rysując w zeszycie trzymanym na kolanach. Uzupełniłam szkic spódniczki o kilka kwiatków, potem pomalowałam rajstopy zieloną kredką. Słuchawki
pulsowały, słuchałam ukochanej piosenki jednej z moich ulubionych kapel,
Blackout. Wokalistka, Lyssa Primm, była moją idolką, zarówno pod
względem stylu, jak i muzyki - genialna tekściarka, budząca szał ustami
o barwie wiśni, wintażowymi sukienkami i gitarą, z którą się nie
rozstawała.
"Rozchyl więdnące płatki i światło wpuść" - zagrało mi w uszach. Jedną
nogą przytupywałam sobie do taktu. Chciałabym się nauczyć grać tę
piosenkę na mojej gitarze. Miałam nadzieję, że uda mi się jeszcze
poćwiczyć.
Warkot minivana był na tyle głośny, że zagłuszył muzykę, i nie musiałam
nawet podnosić głowy, żeby wiedzieć, że przyjechała moja mama. Zamknęłam
zeszyt, wepchnęłam go do plecaka, wyjęłam z uszu słuchawki i wstałam. Na
tylnym siedzeniu zobaczyłam moich młodszych braci. Widocznie mama
wcześniej odebrała ich ze szkoły.
Otworzyłam drzwi od strony pasażera i powietrze wokół wypełnił stary
kawałek One Direction, a ja odkryłam, że moje miejsce zajął maminy
organizer na koraliki.
- Możesz wskoczyć do tyłu? - zapytała mama. - Po drodze do domu muszę
dostarczyć klientce naszyjnik.
Wcisnęła guzik i odsunęły się boczne drzwi, ukazując obu moich młodszych
braci, walczących o figurkę jakiegoś superbohatera. Na ziemię stoczył
się plastikowy kubek. Rozejrzałam się, żeby zobaczyć, jak bardzo
powinnam się wstydzić. Parking nie był już raczej zatłoczony. Nieliczni
uczniowie pakowali się do swoich samochodów lub pokrzykiwali coś do
znajomych. Na mnie chyba nikt nie zwracał uwagi.
- Przepraszam, że się spóźniłam - dodała mama.
- Żaden problem. - Zamknęłam przednie drzwi, zgarnęłam kubek z asfaltu i poklepałam braciszka po plecach. - Posuń się, Stworze Dwa.
Strzepnęłam z siedzenia okruchy serowych krakersików i usiadłam.
- Myślałam, że przyjedzie po mnie Ashley - powiedziałam do mamy.
Moja starsza siostra, Ashley, lat dziewiętnaście, dysponowała własnym
samochodem, pracowała i studiowała. Ale że wciąż jeszcze mieszkała z nami (okradając mnie z szansy na mój własny pokój), miała wobec rodziny
zobowiązania. Jak choćby przywożenie mnie ze szkoły.
- Dziś do późna pracuje w sklepiku na kampusie - przypomniała mi mama. -
Hej, czyżbyś narzekała, że przyjeżdża po ciebie twoja super-spoko-mama?
- zażartowała, śledząc mnie w lusterku wstecznym.
Roześmiałam się.
- Czy super-spoko-mamy używają słowa "spoko"?
- Odlotowa? Bombowa? Niesamowita? - W samym środku tej wyliczanki
odwróciła się do mojego brata i powiedziała: - Wyatt, masz dziesięć lat,
zostaw figurkę Jonahowi.
- A Jonah ma siedem! Tylko trzy mniej ode mnie. Dlaczego wszystko mu się
należy?
Jonah strzelił mnie łokciem w brzuch, próbując zwinąć mi figurkę Iron
Mana.
- Teraz jest mój - oświadczyłam, wywołując okrzyk oburzenia obu moich
braci, bo zabrałam im zabawkę i wrzuciłam do bagażnika.
Mama westchnęła.
- Nie wiem, jak to miało pomóc.
- Mojemu żołądkowi bardzo się to spodobało.
Obaj bracia przestali skowyczeć i zachichotali, dowodząc skuteczności
mojego stwierdzenia. Potarmosiłam im czupryny.
- Jak było w szkole, Stwory?
Mama wdepnęła hamulec, bo czarna beemwucha zajechała jej drogę.
Wystawiłam rękę, żeby uchronić Jonaha przed walnięciem głową w oparcie
przed nim. Z zamkniętymi oczami wiedziałabym, kto to taki. Zatem z łatwością rozpoznałam jego oświetlone słońcem falujące blond włosy. Cade
miał wygląd chłopaka z sąsiedztwa - był wysoki, szeroko uśmiechnięty,
miał brązowe oczy jak u szczeniaka - brakowało mu tylko adekwatnej
osobowości.
- Ktoś tu nie nauczył się bezpiecznie jeździć - mruknęła mama, gdy Cade
już się oddalał. Żałowałam, że nie użyła klaksonu.
- Wielu rzeczy jeszcze się nie nauczył. - W tym układania rymowanych
fraszek.
- Znasz go?
- To Cade Jennings. Choć znany raczej jako Dżolo Jennings. - To
przynajmniej było chwytliwe. Aliteracja. Natomiast Magnes... Lily? Jakim
cudem ktoś to jeszcze pamiętał?
- Tak go nazywają? - spytała mama. - Niezbyt to miłe.
- Nie nazywają - wymamrotałam. Ale powinni. Bo brzmiało to nieźle.
- Cade... - Mama zmrużyła oczy, zastanawiając się.
- Isabel z nim chodziła. W pierwszej klasie. - Dopóki nie pokłóciłam się
z Cade'em tak strasznie, że moja najlepsza przyjaciółka musiała się
opowiedzieć po którejś ze stron. Utrzymywała potem, że zerwali ze sobą
nie z mojego powodu, ale przypuszczałam, że jednak tak. Po części miałam
poczucie winy, po części zaś uważałam, że oszczędziłam jej wielu
rozczarowań.
- Tak mi się wydawało, że znam skądś to imię - stwierdziła mama,
skręcając w prawo. - Był kiedyś u nas w domu?
- Nie, nie był. - I bardzo dobrze. Cade bez wątpienia czepiałby się mnie
z powodu naszej nieustannie zagraconej chaty. Ze względu na czwórkę
dzieciaków, katastrofa była w nim stanem permanentnym.
Isabel zaciągnęła mnie kiedyś do Cade'a, na jego czternaste urodziny.
Kiedy zapukałyśmy i otworzył, było po nim widać, jak przyjął to, że mnie
tam przywlokła.
- Co za niespodzianka urodzinowa - rzucił sarkastycznie przez ramię,
zmierzając w głąb domu, a my z Isabel poszłyśmy w jego ślady.
- Możesz mi wierzyć, nie miałam ochoty tu przyjść! - zawołałam w odpowiedzi.
Isabel przyspieszyła, żeby dogonić Cade'a, ja natomiast stanęłam jak
kołek w wejściu. Wnętrze domu było rozległe i szokująco białe. Nawet
meble i wszelkie ozdoby były tam białe. U mnie w domu biel nie
uchowałaby się nawet przez sekundę.
Obracałam się powoli, chłonąc wszystko wokół, gdy zza rogu wyjrzała
Isabel, pytając:
- Idziesz?
Głosy moich braci sprowadziły mnie z otchłani wspomnień do samochodu i mojej rodziny. Walczyli teraz o paczuszkę m&m'sów.
- Ja znalazłem ją pod siedzeniem. To znaczy, że jest moja - stwierdził
Wyatt.
Wyciągnęłam zeszyt i wróciłam do szkicowania spódniczki.
- Hej, mamo, możemy kupić czarną nitkę? Skończyła mi się.
Mama skręciła w główną ulicę.
- Moglibyśmy zaczekać do końca tygodnia? Twój tata kończy zlecenie.
Tata projektował meble jako wolny strzelec. Ile akurat trafi mu się
roboty, nie sposób było przewidzieć, podobnie jak naszego domowego
budżetu. Generalnie wszystko, co dotyczyło mojej rodziny, było
nieprzewidywalne.
- Jasne, oczywiście. - Postarałam się nie westchnąć.
* * *
W domu, tuż za drzwiami, przeskoczyłam nad stertą plecaków i poszłam do
swojego pokoju.
- Pożyczam laptopa - powiadomiłam wszystkich, którzy mieliby ochotę to
usłyszeć, i zgarnęłam komputer z biurka w przedpokoju.
Nikt nie zareagował.
Weszłam do swojego pokoju... no, do pokoju w połowie swojego. W tej
czystej połowie. W tej połowie z poprzypinanymi do ścian próbkami tkanin
i wzornikami kolorów. Nie w tej z wycinkami z kolorowych magazynów z pomysłami na makijaż i cudnymi celebrytami. Choć od czasu do czasu i ta
druga połowa znajdowała moje uznanie.
A jako że Ashley teraz nie było, mogłam swobodnie walnąć się na łóżko i odpalić YouTube. Poszukałam filmu z instruktażem, jak grać tę piosenkę
Blackoutu. Nie była zbytnio znana, nie miałam więc pewności, czy znajdę
kogoś, kto uczyłby grać ją na gitarze. Musiałam przelecieć kilka stron,
ale w końcu znalazłam. Postawiłam laptopa na swojej szafce.
Gitarę trzymałam pod łóżkiem, w twardym futerale. I wcale nie
przesadzałam. Przy dwóch młodszych braciach to była konieczność.
Wyciągnęłam futerał i otworzyłam. Zapracowanie na tę gitarę, moje
dziecię, zajęło mi pół roku. Każdy piątkowy wieczór poświęcałam na
pilnowanie bliźniaków sąsiadów, dwulatków. Nigdy nie opiekowałam się
trudniejszymi brzdącami. A to rzeczywiście coś, zważywszy na ksywki,
jakie nadałam własnym braciom. Ale było warto. Gitara okazała się
dokładnie taka, o jakiej marzyłam. Miała idealne brzmienie. A grając na
niej, czułam się mniej niezdarnie niż zwykle. Miałam nawet wrażenie, że
to coś, do czego jestem powołana. Właśnie to. Wszystko inne znikało.
No i zniknęło, ale na krótko. Właśnie zaczęłam układać palce do
pierwszego akordu, gdy drzwi do mojego... naszego... pokoju otworzyły się z trzaskiem.
- Lily! - zawołał Jonah, wbiegając i ślizgiem zatrzymując się przede
mną. - Patrz! Ząb mi się rusza. - Rozdziawił usta i pchnął językiem
prawą górną jedynkę. Nic się nie poruszyło.
- Ekstra, koleżko.
- Okej, pa! - Wybiegł tak szybko, jak wbiegł.
- Zamknij drzwi! - wrzasnęłam za nim, ale albo nie usłyszał, albo nie
chciał usłyszeć. Westchnęłam, wstałam i sama je zamknęłam. Potem znów
skupiłam się na filmie i swojej gitarze. Dwie minuty później usłyszałam
pukanie i pojawiła się mama.
- Twoja kolej opróżnić zmywarkę.
- Mogę to najpierw dokończyć? - zapytałam, ruchem głowy wskazując
gitarę.
- Nie zacznę robić kolacji, dopóki zlew nie będzie pusty, a zlew nie
będzie pusty, dopóki zmywarka nie będzie pusta.
- Okej, już tam idę. - Zamknęłam oczy i jeszcze raz brzdąknęłam, tak by
dźwięki gitary wibrowały mi w rękach. Cudownie się odprężyłam.
- Pospiesz się, Lily! - zawołała mama.
Grrr.
* * *
Następnego ranka, przed szkołą, wpadłam do kuchni, żeby wszamać trochę
płatków. Mama już wcześniej zawiozła Jonaha i Wyatta, a teraz składała
pranie w pokoju. Moja siostra Ashley wciąż jeszcze się szykowała (co
zajmowało jej całe godziny), natomiast tata siedział przy kuchennym
stole, czytając gazetę.
Wyjęłam ze spiżarki pudło płatków i nasypywałam je do miski, gdy
dostrzegłam na blacie coś, co mnie osłabiło do reszty, aż pokręciłam
głową. Na beżowym granicie leżały dwa naszyjniki, a pod każdym z nich
mała karteczka. Przy wisiorku po prawej na papierze widniały dwa znaczki
odhaczenia. Przy tym po lewej również dwa.
- Nie - powiedziałam.
Tata nadal czytał gazetę przy kuchennym stole.
- Po prostu zagłosuj. To nic wielkiego.
- Mówicie, że nic wielkiego, a potem robicie z tego wielką sprawę. Czyją
przyjaciółkę tym razem zaciągnąłeś do głosowania?
- Głosowanie jest przywilejem. Tu nikt nikogo nie zaciąga. To wszystko
dobra zabawa.
- No to oba są równie ładne. Głosuję na oba.
- Odpada. Musisz wybrać.
- Z ciebie i mamy jest para dziwaków. Skoro wy wyprawiacie takie
dziwactwa, nie ma dla nas żadnej nadziei.
Nalałam sobie mleka i usiadłam przy stole. Gazeta nadal leżała przed
tatą, jakby wciąż czytał. A przecież próbował uśpić mnie fałszywym
poczuciem bezpieczeństwa. Udawał, że ta rywalizacja to nic ważnego.
- Wiesz, że mama nie da ci spokoju, dopóki nie zagłosujesz - powiedział.
- Z pewnością. To mamie na tym zależy. Powiedz mi tylko, który jest
twój, a zagłosuję na niego.
- Lil, to byłoby oszustwo.
- Czemu zapoczątkowaliście tę tradycję? Mama nie bierze się do twojej
roboty i nie próbuje cię pobić w dziedzinie fikuśnie rzeźbionych mebli.
- Na pewniaka by wygrała - zaśmiał się tata.
Zjadłam trochę płatków. Żeby pchnąć myśli na inne tory, zapytałam:
- Po co wciąż jeszcze kupujemy tę gazetę? Wiesz, że te same historie
możesz znaleźć w internecie... już od wczoraj?
- Lubię trzymać słowa w rękach.
Roześmiałam się, zaraz jednak umilkłam, bo na odwrocie strony, którą
tata trzymał przed sobą, zobaczyłam coś, co zmieniło moją opinię o gazetach.
Nagle zapałałam miłością do gazet.
"Konkurs na piosenkę. Wygraj pięć tysięcy dolarów i trzytygodniowy
intensywny kurs u wybitnego profesora muzykologii w Instytucie
Herbergera. By dowiedzieć się więcej, odwiedź naszą stronę!
www.herbergerinstitute.edu".
- Gotowa do drogi? - spytała Ashley, wchodząc do kuchni. Jeszcze
ziewała, ale jak zwykle była idealnie odstawiona, w dżinsach rurkach,
różowym T-shircie z dekoltem w łódkę i w butach na platformach, z włosami w koński ogon i nienagannym makijażem. Choć byłyśmy do siebie
podobne - takie same długie kasztanowe włosy, orzechowe oczy i piegi -
totalnie różnił nas styl. W mojej szkole Ashley dobrze pasowałaby do
Lauren i Sashy.
- Co takiego? - Patrząc na siostrę, zamrugałam zdezorientowana. - To
znaczy tak. Słuchaj, tato, mogę?
Tata spojrzał na swój talerzyk i leżącego na nim do połowy zjedzonego
bajgla, wzruszył ramionami i podsunął mi go.
- Fuj. Nie, tę gazetę.
- Gazetę? Chcesz czytać gazetę?
- Tak.
Podeszła do nas Ashley i porwała z jego talerzyka bajgla.
- Hej, on był dla Lily.
- Nie, nie był! - zawołałam. - Ja chcę gazetę, a nie bajgla.
Mruknął.
- Nie, nawet za drugim razem nie zabrzmiało to wiarygodniej niż za
pierwszym.
- Bardzo śmieszne, tato.
- Dostaniesz gazetę, jeśli zagłosujesz.
Przewróciłam oczami, odsunęłam krzesło od stołu i wróciłam przyjrzeć się
naszyjnikom. Ten po prawej był ozdobiony piórkami. Mama przechodziła
właśnie fazę piórkową. Normalnie uwielbiałam biżuterię mamy, piórka
jednak były jak na mój gust zbyt hipisowskie. Innym, jak widać, się
podobały. Podniosłam ten po lewej.
- Tu masz swojego zwycięzcę.
Tata wyrzucił w górę pięść.
- Zagłosowała na mój, Emily.
Wyciągnęłam rękę.
Tata wręczył mi gazetę, ucałował w policzek i wyszedł, z całą pewnością
szukać mamy.
- Śmieszne, że uważają, iż nie wiemy, który jest czyj - stwierdziła
Ashley. - I że wygrana za każdym razem musi być o włos.
- Myślę, że powinnyśmy się postarać, żeby mama za każdym razem
spektakularnie wygrywała, bo wtedy może skończyliby z tą rywalizacją.
- To dobrze służy dowartościowaniu taty. Jedźmy już do twojej szkoły,
mała.
Przycisnęłam gazetę do piersi, tuląc zawarte w niej słowa, i ruszyłam za
siostrą. Teraz pozostało mi tylko napisać doskonałą piosenkę i wygrać
ten konkurs.
Rozdział 3
Chemia miała w sobie coś takiego, że
odpalała mi w głowie natłok myśli. Możliwe, że powodował to miks nudnego
przedmiotu, monotonnie mówiącego nauczyciela i lodowatego krzesła.
Zastanawiałam się, czy istnieje wzór chemiczny wyjaśniający, dlaczego za
sprawą połączenia tych trzech czynników mózg się rozłazi. Nie, to
nietrafione określenie. Mój mózg wcale się nie lenił. Napełniał się. Był
mózgiem hiperaktywnym. Mózgiem uniemożliwiającym skupienie się na
słowach opuszczających ospale usta pana Ortegi. A może to, co mówił,
wędrowało z nieprzeciętnie niską prędkością?
Dzisiaj pośród wszystkich tych normalnych myśli i słów, których nie
miałam możliwości zapisywać w zeszycie, kołatała się też piosenka, którą
dzień wcześniej uczyłam się grać na gitarze. Ten kawałek mnie dręczył -
ukochany, a zarazem znienawidzony. Uwielbiałam go, bo był genialny,
taki, że pragnie się napisać coś równie dobrego. Nienawidziłam, gdyż
wiedziałam, że cokolwiek stworzę, nie będzie mu dorównywało pod żadnym
względem.
A cały czas chodził mi po głowie tamten konkurs.
Jak zamierzałam go wygrać? I jak w ogóle miałabym w nim wystartować?
Mój ołówek zawisł nad kartką - nad tą jedną jedyną, na którą pozwolił mi
pan Ortega. Gdybym tak mogła zapisać tekst tamtej piosenki, zniknęłaby z mojej głowy, umożliwiając mi skupienie się na lekcji. Ale ta kartka
miała się znaleźć przed panem Ortegą dokładnie za czterdzieści pięć
minut. Czterdzieści pięć minut? Ta lekcja zawsze toczyła się bez
końca. O czym on właściwie mówił? O żelazie. Coś na temat właściwości
żelaza. Napisałam na kartce słowo "żelazo".
Potem mój ołówek, jakby wiedziony własnym umysłem, przewędrował na
drewnopodobny blat i zapisał tam słowa rozbrzmiewające wciąż w mojej
głowie.
"Rozchyl więdnące płatki i światło wpuść".
Dodałam rysunek słoneczka dotykającego promieniami niektórych słów.
Zostały mi jeszcze czterdzieści trzy minuty lekcji.
* * *
Akurat zapisywałam coś w swoim zeszycie, jednocześnie idąc korytarzem -
czyli robiłam to, czego mimo wielokrotnego powtarzania nie doprowadziłam
jeszcze do perfekcji - kiedy usłyszałam śmiech.
Pomyślałam, że to ja go wywołałam, więc podniosłam wzrok. Nie chodziło
jednak o mnie.
Jakiś ciemnowłosy chłopak - możliwe, że pierwszak - stał na środku
korytarza, przyciskając książki do piersi. Na czubku jego głowy w idealnej równowadze spoczywał kij do bejsbola. Za chłopakiem stał Cade
Jennings z rękoma po obu jego stronach, jakby właśnie wypuścił z nich
ten kij.
- Rzuć mi piłkę - polecił swojemu przyjacielowi Mike'owi, stojącemu
naprzeciw niego i nieszczęsnego pierwszaka.
Mike zrobił to i teraz Cade starał się wykombinować, jak dosięgnąć kija,
by dało się położyć na nim piłkę. Chłopaczek wyglądał na zanadto
przerażonego, by się ruszyć.
- Potrzebuję krzesła. Niech ktoś znajdzie mi krzesło - powiedział Cade i ludzie momentalnie pognali spełnić jego życzenie. Kij zaczął się
chybotać, potem spadł, potoczył się po podłodze i w końcu zatrzymał pod
szafkami.
- Poruszyłeś się, koleś - zganił pierwszaka Cade.
- Spróbuj jeszcze raz! - zawołał ktoś z tłumu gapiów.
Cade błysnął swoim szerokim, idealnie białym uśmiechem. Tym samym,
którym często się posługiwał, znając jego moc. Ściągnęłam brwi. Chyba
tylko ja byłam na niego odporna.
I choć wolałabym nie zwracać uwagi na siebie, wiedziałam, że chyba
powinnam pomóc temu gnębionemu chłopaczkowi.
Nie byłam jednak pewna, co mogłabym zrobić. Bardzo dobrze wiedziałam,
jak to jest znaleźć się niechcący w centrum uwagi za sprawą Cade'a Jenningsa...
Wróciłam myślą do lekcji wuefu w pierwszej klasie. Nie należałam do
dziewczyn, które uważają, że są we wszystkim beznadziejne. Znałam jednak
swoje słabe strony, a wuef był jedną z nich. Sednem problemu zaś była
koedukacyjna koszykówka. Dlatego robiłam wtedy, co w mojej mocy, by w miarę możności trzymać się jak najdalej od piłki.
Z jakiegoś powodu, czy jak się później zorientowałam -
najprawdopodobniej z czystej złośliwości, piłka cały czas leciała w moją
stronę. Rzucana przez moją drużynę i przez przeciwną. I nigdy nie
udawało mi się jej złapać. Przypominało to grę w zbijaka, w której byłam
jedynym celem. Oberwałam w ramię, plecy, nogę. Wtedy siedzący na
trybunach Cade zakrzyknął tak, by wszyscy słyszeli:
- Taką energię ona posiadła, że każda piłka prosto w nią wpada. Jak
czarna dziura. Jak magnes. Lily Abbott, znana jako Magnes.
Ostatnie słowa wypowiedział tonem ze zwiastunów filmowych. Zupełnie,
jakby zmieniał mnie w jakąś nieporadną superbohaterkę. Potem małpowała
go już cała sala gimnastyczna, naśladując ten ton i zanosząc się
śmiechem.
Śmiali się i śmiali, a ten śmiech na zawsze pozostał mi w uszach, tak
jak ksywka Magnes najwyraźniej utkwiła im wszystkim w głowach.
A teraz tu, na korytarzu, znów rozległ się ten sam rodzaj śmiechu
wywołanego widokiem najświeższej ofiary Cade'a.
Odchrząknęłam i powiedziałam:
- Patrzcie no, grają w to, kto ma bardziej zakuty łeb. Cade czy jego
kij. - Skinęłam głową, próbując wskazać tamtemu chłopakowi, żeby się
zmył, dopóki odwracam uwagę jego prześladowcy. Usta Cade'a rozciągnęły
się w jeszcze większym uśmiechu, gdy obcinał mnie wzrokiem, od czubka
głowy i włosów - których fale pod jego bacznym okiem wydawały się
jeszcze bardziej wariackie niż normalnie - po moje martensy z niepasującymi do siebie sznurowadłami.
- Patrzcie no, oto miernik ubawu. Za dobrze się tu bawimy, Lily?
- Widzę tu tylko jedną osobę mającą ubaw.
Rozejrzał się po korytarzu, na którym było aż gęsto od uczniów.
- Widocznie masz coś z oczami. - Zniżył głos. - Już kumam. Ciężko tu
dostrzec kogoś poza mną, co?
Wygrałby, gdybym dała poznać, jak bardzo się zirytowałam.
- Jestem tu po to, by uchronić przed twoją arogancją kolejną duszyczkę -
powiedziałam przez zaciśnięte zęby.
Choć może nikogo tak naprawdę nie ratowałam. Tamten chłopak nawet nie
drgnął. Szeroko otworzyłam mu drogę ucieczki, a on wciąż tam sterczał. A nawet otworzył usta i powiedział:
- A gdybyś tak najpierw położył piłkę na kiju, a dopiero potem kij na
mojej głowie?
Cade poklepał go po plecach.
- Niezły pomysł. Gdzie ten kij?
Westchnęłam. Nie było powodu do interwencji. Chłopaczek widocznie lubił
być gnębiony. Ruszyłam dalej.
- Następnym razem, Magnes, podejdź do nas wcześniej. Nie chcielibyśmy,
żeby znów coś wymknęło się nam z rąk - zawołał Cade, potęgując jeszcze
śmiechy.
W piersi wezbrał mi gniew i odwróciłam się gwałtownie.
- Słyszałeś kiedyś o aliteracji? Powinieneś się z nią zapoznać. - Kijowa
była ta kontra. Argument dla wtajemniczonych, który nigdy by do niego
nie dotarł, ale tylko taki przyszedł mi do głowy. Towarzystwo wokół
niego śmiało się jeszcze głośniej. Odwróciłam się i zrobiłam wszystko,
by oddalić się z normalną szybkością.
Rozdział 4
Zamierzam wystartować w konkursie na
piosenkę - oznajmiłam.
Ręka Isabel zastygła w bezruchu, gdy sięgała po piżamę. Był piątkowy
wieczór, a my siedziałyśmy u niej w domu i zaraz miałyśmy obejrzeć jakiś
horror. Z ogłoszeniem moich planów zwlekałam od momentu, kiedy dzień
wcześniej przeczytałam o tym konkursie, cały czas to wszystko
rozważając. Teraz wypowiedziałam je na głos. To oznaczało, że będę
musiała się ich trzymać. I będę się ich trzymać.
- Naprawdę? - W jej głosie czuło się więcej niż tylko odrobinę
sceptycyzmu.
Rzuciłam się na jej królewskie łoże i zapatrzyłam w przypięty do sufitu
portret Einsteina. Jak zawsze zastanowiło mnie, jak mogła spać, gdy tak
na nią patrzył. Mnie zawsze przychodziło to z trudem.
Mimo to uwielbiałam nocować u Isabel. Była jedynaczką, więc jej dom
wydawał mi się oazą spokoju. Zawsze jadłyśmy kolację z jej rodzicami -
dziś były to przepyszne domowe tamales z ryżem i fasolą - a potem
szłyśmy na górę, by urzędować w jej ogromnym pokoju z rozkładaną kanapą,
telewizorem i miniaturową lodówką do przechowywania dietetycznej coli i lodów.
- Uważasz, że nie dam rady? - zapytałam ją, marszcząc czoło.
- Nie o to chodzi, Lil. Jestem pewna, że twoje piosenki są świetne -
odpowiedziała Isabel, wyciągając piżamę z szuflady komódki. -
Powiedziałabym ci to z pełnym przekonaniem, gdybyś podzieliła się którąś
ze mną, swoją najlepszą przyjaciółką na świecie.
Jęknęłam.
- Wiem. Przykro mi. Jeszcze żadnej nie skończyłam.
- Zawsze to powtarzasz. Jak więc zamierzasz wystartować w konkursie,
skoro nawet ze mną nie chcesz podzielić się piosenką?
Ukryłam twarz w dłoniach.
- Nie wiem.
Usiadła na łóżku obok mnie.
- Przepraszam. Wiem, że dasz radę, Lil. Musisz tylko uwierzyć w siebie.
- Dzięki, mamo.
- Nie bądź wredna. Staram się ci pomóc.
Opuściłam ręce i spojrzałam na nią.
- Wiem.
- Opowiedz mi o tym konkursie.
Oparłam się na łokciach.
- Organizuje go Instytut Herbergera - zaczęłam.
Isabel zaparło dech w piersiach, szeroko otworzyła ciemne oczy.
- Och, łał. Lil, to dopiero prestiż.
Kiwnęłam głową i zdenerwowana zajęłam się rozdwojonymi końcówkami moich
włosów.
- Wiem. W każdym razie nagroda wynosi pięć tysięcy dolarów, co samo w sobie, oczywiście, jest niesamowite. Ale jeszcze lepszy będzie
trzytygodniowy kurs u jednego z profesorów.
Isabel się uśmiechnęła.
- To grubo. Poznanie takiego profesora mogłoby ułatwić przyjęcie,
prawda?
Przytaknęłam. Starałam się za wiele o tym nie myśleć. Wygrana w konkursie nie tylko przyniosłaby pieniądze umożliwiające opłacenie
studiów, na co moi rodzice nie mogli sobie pozwolić, ale i pomogłaby mi
zakwalifikować się do uczelnianego programu muzycznego, o którym od lat
marzyłam.
- Zdradź mi więc coś. Choćby pomysł na piosenkę. - Wskazała
zielono-fioletowy zeszyt leżący na spoczywającym na podłodze worku z moimi rzeczami na noc.
Ogarnęło mnie onieśmielenie, wzruszyłam więc ramionami.
- Mam kilka pomysłów. Muszę je doszlifować. Przedstawię ci je, ale nie
teraz.
Przewróciła oczami, a potem wstała, żeby przebrać się w piżamę.
- Cykor.
Rzuciłam w nią jedną z moich skarpet, a potem znów wyciągnęłam się na
wznak i w moim polu widzenia pojawił się plakat na suficie. Miała rację.
Był ze mnie totalny cykor.
- Mam wrażenie, że Einstein mnie osądza.
- Zapewne tak. Może przejrzał twój zeszyt.
Zaśmiałam się i wyciągnęłam z worka piżamę.
Isabel zmieniła temat, żebym ja nie musiała tego robić.
- Dziś jeden film czy dwa? - Tak zaszyfrowała pytanie: "Jak szybko
kładziemy się spać?".
Uśmiechnęłam się.
- Dwa. Przed nami cała noc.
* * *
Telefon zabrzęczał tuż przy moim udzie, więc usiadłam natychmiast na
rozkładanej kanapie Isabel, chwilowo jeszcze zdezorientowana. Przede mną
migotał błękitem ekran telewizora. Przez żaluzje prześwitywało blade
światło poranka. Telefon przestał brzęczeć, ale po dziesięciu sekundach
znów zaczął.
- Halo? - odezwałam się, wciąż zaspana.
- Lily. - To był tata. - Twój brat ma dzisiaj ostatni mecz. Pamiętam,
jak mówiłaś, że chciałabyś jakiś obejrzeć. Nie chciałem pozbawiać cię
tej okazji.
- Która godzina?
- Ósma rano.
Ziewnęłam. Zasnęłyśmy z Isabel dopiero po trzeciej. Mimo to próbowałam
wziąć się w garść.
- Owszem, chętnie się wybiorę.
- Okej, zgarnę cię po drodze najpóźniej za dwadzieścia minut.
- Dzięki.
- Kto to był? - jęknęła ze swojego łóżka Isabel. Usiadła, a zazwyczaj
idealne sprężynki jej czarnych loków przylegały teraz płasko do jej
głowy.
Moje włosy znacznie trudniej było opanować.
- Mój tata. Śpij dalej. Muszę się zbierać.
- Co takiego? Dlaczego? A naleśniki?
- Następnym razem. Stwór Dwa ma mecz piłki nożnej, o którym zapomniałam.
- On zawsze ma mecz piłki nożnej.
- W tym roku jeszcze na żadnym nie byłam. Obiecałam mu, że będę.
Isabel znów klapnęła na poduszkę z już zamkniętymi oczami.
- Okej. Widzimy się w poniedziałek.
Rozdział 5
W poniedziałek wystarczyły cztery minuty,
żebym to dostrzegła. Wypakowałam książkę, ołówek i pojedynczą kartkę.
Pan Ortega zaczął swój wykład. Moje spojrzenie powędrowało ku frazie z piosenki, którą w piątek zapisałam na blacie. I wtedy zobaczyłam pod
moim następny wers, zapisany nowymi dla mnie, drukowanymi literami.
"Nim noc już wkrótce przywoła cienie".
To był następny wers tej piosenki. Jak to? Nie wiedziałam, co o tym
myśleć. Jeszcze ktoś z tej szkoły słuchał mojej ulubionej muzyki
alternatywnej? Widocznie nie ja jedna nudziłam się na tych lekcjach.
Uśmiechnęłam się, a potem szybko napisałam pod tym wersem:
"Blackout rządzi. Jak dorosnę, chcę być Lyssą Primm. Jestem pod
wrażeniem, że ich znasz".
Zastanawiałam się, jak często sprzątaczki wycierają te blaty. Ta
wiadomość prawdopodobnie nawet nie zdąży dotrzeć do adresata. Nie miało
to jednak znaczenia; uszczęśliwiła mnie sama świadomość, że ktoś jeszcze
w tej szkole ma tak wyborny gust muzyczny. Ciekawiło mnie, czy znam tego
kogoś. Liceum Morrisa nie było małą szkołą. Ale z pracowni chemicznej
korzystali tylko trzecioklasiści - co wykluczało osobę, o której w pierwszej kolejności pomyślałam - czyli Lucasa. On wyglądał na takiego,
co mógł gustować w niszowych kapelach, podobnie jak ja. Ale był z klasy
starszej. To jednak i tak należało uznać tylko za pobożne życzenia, bo
prawdopodobieństwo, że napisał to ktoś mi znany, wydawało się małe.
Pan Ortega. A jeśli to on pozostawił tę wiadomość? Pan Ortega fanem
Blackout? Rozśmieszyła mnie ta myśl. Na całego. Szybko spojrzałam przed
siebie. Ale nauczyciel był właśnie w środku jakiegoś wywodu i na
szczęście chyba nie zauważył mojego wybuchu śmiechu.
Inaczej niż siedząca obok mnie Lauren, wnioskując po wyrazie jej twarzy.
Znałam tę minę. Zasadniczo była to niema wersja pytania: czemu z ciebie
taka dziwaczka? Pomyślałam, czy nie powiedzieć jej, że wyobraziłam sobie
pana Ortegę w tańcu, uznałam jednak, że nic by to nie dało. Poza tym
zdążyłam już poznać na własnej skórze, czym się kończy mówienie rzeczy
niepasujących do okoliczności, więc tylko wzruszyłam ramionami.
Potem znów zerknęłam na zapiski na blacie.
Reszta lekcji upłynęła mi chyba odrobinę szybciej niż normalnie.
* * *
Na korytarzu złapałam Isabel.
- Coś ty taka uśmiechnięta? - zapytała.
- Ja się zawsze uśmiecham.
Pośmiała się z tego, zaraz jednak umilkła.
- Okej, rzeczywiście dużo się uśmiechasz, zwykle jednak nie w szkole.
- To dlatego, że liceum tłamsi duszę.
- Nie ma co dramatyzować - stwierdziła.
- W sumie tak. - Ale miała rację. Było mi teraz lekko i widziałam tylko
jeden powód takiego stanu. - Kojarzysz tę kapelę, o której ci
opowiadałam? Blackout?
Zatrzymałyśmy się przy jej szafce i wyjęła z plecaka kilka książek, żeby
je do niej upchnąć.
- Nie. Co takiego śpiewają?
Cicho zanuciłam kilka wersów jednej z piosenek, a gdy nic jej nie
zaświtało, przerzuciłam się na inną.
- Nic? - Już kilka razy jej to puszczałam. Zaskoczyło mnie, że nic nie
pamięta.
- Sorki, ale lubisz dziwną muzykę - podsumowała Isabel, zamykając z uśmiechem szafkę.
- Pewnie chciałaś powiedzieć, że niesamowitą, ale niech ci będzie.
- I co z nimi?
- Ktoś jeszcze ich kojarzy.
- To chyba dobrze dla tej kapeli, że nie jesteś jej jedyną fanką.
Uśmiechnęłam się.
- Nie. Mam na myśli kogoś stąd, ze szkoły. Napisaliśmy sobie na stoliku
kilka linijek jednego z tekstów. To było super.
- Bazgrałaś po stoliku? Chcesz narobić sobie kłopotów?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki