Psi żywot najemnika - Grzegorz Miścior

Kup ebooka

44.90 zł

-
Proszę czekać

Rozdział I

O trzech nieznajomych, którzy mieli stać się braćmi

Władysław I zwany Hermanem nie zapisał się w historii jako dobry polski monarcha. Sam jego tytuł okazał się marionetkowy, a prawdziwym władcą w tamtym okresie pozostawał palatyn małopolski - Sieciech, który dążył do oficjalnego przejęcia tronu. Państwo piastowskie utraciło renomę zachodniosłowiańskiego mocarstwa, kończąc jako niemieckie lenno, zmuszone do płacenia corocznego trybutu. Cesarz Henryk IV uważał te ziemie za własność, dlatego też tytuł króla polskiego przekazał władcy Czech - Wratysławowi. W tej sytuacji Władysław został pozbawiony faktycznej władzy przez własnych synów, a palatyna wygnano. Sieciech zbiegł do Królestwa Niemieckiego, na zawsze znikając z kart polskich dziejów. Roku pańskiego 1102 Herman udał się na wieczny spoczynek. Nie sposób określić, jak wielką ulgę stanowiła dla niego śmierć. Kraj Lecha czekał ciężki okres, został bowiem podzielony między dwóch braci. Starszemu - nieślubnemu pierworodnemu Hermana - Zbigniewowi przypadła Wielkopolska wraz z Gnieznem oraz Mazowsze i Kujawy, a młodszy, prawowity następca - Bolesław otrzymał Małopolskę oraz Śląsk z ziemią sandomierską. Powstały dwa samodzielne organy państwowe, mogłoby się wydawać - zgodne. Jednak przez najbliższe lata bracia mieli udowodnić, iż od pokrewieństwa milsza była im władza... "Z kronik zaginionych", autor nieznany, s. 112

Poranna jutrzenka pojaśniała na niebie, powolnie ukazując obraz morza traw. Zieleń odbijała słabe promyki niczym lustro. Na skraj pobliskiego lasku również wpraszał się świt. Nieliczne i dość liche drzewa tkwiły w glebie, niby same prosząc się o ścięcie. Choć zapowiadało się na bezchmurny dzień, nastrój otoczenia wydawał się ponury. I równie mroczny jak to, co znajdowało się tuż obok.

Uniemira czekała tego poranka nieprzyjemna pobudka. Powolnie otworzył oczy, dostrzegając przed sobą twarz, martwą i przerażoną nieznanym. Na obudzonym mężczyźnie leżało ciało wrogiego wojownika, z którym szarpał się wczorajszej bitwy. Uniemir jako pierwszy zadał śmiertelną ranę; jego toporek urwał napastnikowi kawałek policzka. Jednak przeciwnik zbyt raptownie upadł, zwalając obu wojów z nóg. Zwycięzca starcia uderzył się o twardą korę drzewa i zemdlał. Wrócenie do zmysłów zajęło mu całą noc. Miał ogromne szczęście, że dwójką leżących ciał nie zainteresowały się wilki.

Zrzucił martwego z siebie, po czym powolnie powstał, łapiąc się z bólu za plecy. Wiedział, że to nieprzyjemne uczucie będzie mu towarzyszyć jeszcze przez dobrych kilka poranków.

Miał zamiar już udać się na pole potyczki, lecz momentalnie się zatrzymał. Dostrzegł miecz w dłoni uśmierconego napastnika. Nie mógł nie skorzystać z takiej okazji - nie zamierzał oddać swej zdobyczy komuś innemu. Uniemir odpiął pas z pochwą z nieboszczyka, po czym go sobie przywłaszczył. Na ostrze przyszła kolej zaraz potem; jeszcze tylko musiał wytrzeć krew w odzieniu zabitego. I zrobił to bezzwłocznie. Miecz należał do niego, a kiedy wkładał go na miejsce - wiedział, że będzie mu dobrze służył.

Toporek umieścił za pasem, a leżącą obok okrągłą tarczę chwycił w lewą dłoń. Po zebraniu rynsztunku szybko wyszedł z lasku, rozglądając się po otoczeniu. Wokół jeszcze walały się trupy. Miał przed sobą mnóstwo ciał, które legły wczorajszego wieczora. Leżeli tam zarówno poplecznicy Zbigniewa, jak i Bolesława. To był wyniszczający i bratobójczy bój, jakich wiele ostatnimi czasy przeszły te ziemie. Obecnie Uniemir odnosił wrażenie, że nie liczyło się nawet, która strona zaatakowała pierwsza - nieboszczykom było to za jedno.

Wczorajsze starcie jawiło się jako niezwykle krwawe, ale że on nie kojarzył zbytnio ludzi ze swojego obozu, nie był w stanie stwierdzić, czy miał pod stopami więcej własnych kompanów, czy wrogów. Nie wiedział, która ze stron ostatecznie odniosła zwycięstwo...

A ta wiedza była mu niesłychanie potrzebna! Wchodząc w światło, ukazał się grupie wojów, którzy zajmowali się sprzątaniem pola bitwy. Naliczył ich ponad tuzin. Zdążyli już wykopać dół i odłożyć oręże zabitych na oddzielną kupę. Masowy grób powoli się zapełniał - ten jeden raz dwie strony konfliktu spoczęły razem, zapominając o wszelkich sporach; dla nich nic już się nie liczyło, a i sami żywi nie byli w stanie określić, który zginął za kogo.

Zdziwieni mężczyźni przerwali swoją pracę, dostrzegając starannie ogolonego na głowie, rosłego i młodego męża. Rozmaite plamy juchy, które odznaczały się na jego kaftanie, niektóre nowe, jeszcze inne całkiem stare, nie pozwalały przejść obok niego obojętnie. Na odbijającej promyki, okrągłej czaszce dostrzegli lekkie rozcięcie. Jego kilkudniowy, jasnowłosy zarost wydawał się w słońcu wręcz biały. Niebieskie jak ocean oczy Uniemira napawały ich lękiem, a ciemne wory pod oczami tylko potęgowały to wrażenie. Przybyły z lasu wojownik wyglądał na człeka, który nigdy nie sypiał. Na wąpierza, jak zapewne część z nich pomyślała.

Mężczyzna szedł powolnie, oczekując, iż uzbrojeni nieznajomi pozwolą mu przejść. Liczył, że wyminie ich bez zamienienia słowa. I jak sądził, wszystko zapowiadało taki przebieg wypadków. Kiedy się zbliżał, żaden z nich nawet nie sięgnął po broń. Zdawało się, iż Uniemir jest na tyle ważny, żeby przerwać dla niego każdą czynność, lecz za mało istotny, aby choćby machnąć ku niemu ręką.

Następny krok był jednak ostatnim, jaki w spokoju mógł wykonać. Jego drogę pokrzyżował wojownik powstały znad góry zebranej broni. Uniemir nie zwrócił wcześniej na niego uwagi, więc miał wrażenie, iż mężczyzna pojawił się znikąd, niby demon. Tylko czy dobry, czy ten zły? To miało za chwilę się okazać.

- Cóżeś za jeden? - zapytał nieznajomy.

Miał na sobie starą, wyraźnie zniszczoną wieloma bitwami kolczugę. Spod zaciągniętego na głowę kaptura uciekały czarne jak noc włosy. Jego twarz była pociągła, a nos haczykowaty. W połączeniu z lekkim, może drwiącym uśmiechem sprawiał wrażenie lekceważącego - na pewno przekupnego - osobnika. Pech chciał, iż Uniemir miał obecnie w sakwie za mało, żeby się wyżywić - co dopiero mówić o łapówce.

Ogolony woj zatrzymał się niemalże przed samą twarzą mężczyzny. Reszta zgrai wstrzymała oddech. Niektórzy sięgnęli po topory, lecz nie sam główny zainteresowany - pomimo sytuacji uśmiech nawet na chwilę nie uciekał z jego niezbyt urodziwej twarzy.

- Zwą mnie Uniemir. Ty tutaj dowodzisz?

- Ja? - zaśmiał się, po czym wskazał na kompanów przy dole. - Ja tu tylko pomagam sprzątać, jak reszta. Tak się składa, do takiej roboty powołują wszystkich równych.

- Tak biednych, że armia nie odczuje straty w razie ubytku! - krzyknął ktoś z mogiły.

- Jeśli tak wolisz to ujmować, nie zaprzeczę! - Haczykowaty nos ponownie zwrócił się w stronę łysej głowy. - Wołają mnie Sambor. Zważywszy na okoliczności, nie powiem, że miło mi cię widzieć. Sprzątanie trupów odbiera radość życia, wiesz?

- Przez "sprzątanie trupów" masz na myśli podziwianie ich broni jak dorodnych jabłek na targu?

- Cha, cha, cha, coś mi się widzi, że się polubimy.

- Nie sądzę.

- Też jesteś najemnikiem - nie zapytał, a stwierdził. Oglądając jego niezbyt bogaty strój, nie dało się nie odnotować pochwy z mieczem. To nie był tani sprzęt. - Chyba doskonale rozumiesz, o co mi chodzi.

- Daruj, ale... - Uniemir spróbował się oddalić, lecz Sambor na to nie pozwolił, kładąc dłoń na jego piersi. Ten pierwszy z trudem powstrzymał się od połamania nieznajomemu ręki.

- To ty mi daruj tę śmiałość, lecz... - Sambor podskoczył niby poparzony ogniem. - Nie kojarzę cię z obozu. Rozumiesz chyba, że w zaistniałej sytuacji winniśmy to nakreślić... Za którego księcia walczyłeś?

Sambor i Uniemir zacisnęli prawe pięści niemalże w tej samej chwili. Żaden z nich się nie zamachnął, lecz widocznym było, iż się na to szykowali.

- Za jedynego prawowitego, w to nie wątpię - kontynuował Sambor, kiedy "prosta" odpowiedź nie wydobywała się z ust Uniemira. - Ale jak on się nazywa?

Łysy mężczyzna zamilkł, zastanawiając się nad dalszym brzmieniem swoich słów. Nie liczyło się to, z kim trzymał się wczorajszego dnia, i pod kim służył mąż, którego zabił w pobliskim lesie. Znaczenie miała tylko jego odpowiedź. Od niej zależało jego dalsze życie. Normalny człowiek zatrwożyłby się swoją sytuacją, zaczął pocić, doszukiwać się symboli na tarczach, akcentów w mowie innych wojów - jakiejkolwiek podpowiedzi. On jednak za nic miał własny los i to, co miało nastąpić. "Przypomniał sobie" swoją stronę z opóźnieniem. Tylko czy postanowił wyrzec prawdę? Ta wiedza dawno uleciała wraz z wiatrem historii.

- Walczyłem za Bolesława - przyznał.

Sambor wpił wzrok w niezachwianą twarz wojownika. Czy uwierzył? Po dziś dzień nikt nie był w stanie tego stwierdzić. Liczyło się tylko to, co wtedy z bliżej nieznanego powodu wyrzekł. Coś, co miało na zawsze zmienić losy obu najemników.

- W takim razie jesteś wśród swoich - oznajmił, wskazując dłonią na rozmaite, nieskładnie ułożone bronie. - Chodź, mój nowy przyjacielu, zdam się na twój osąd. Pomóż mi wybrać miecz!

Z co najmniej tuzinem uzbrojonych wojów za plecami, Uniemir po prostu nie mógł odmówić.

***

Wybieranie miecza przez Sambora wielce się dłużyło, gdyż mężczyzna nie brał tylko i wyłącznie pod uwagę jakości wykonania oręża, lecz i walory estetyczne. Uniemir nie był nawet w stanie zliczyć, ile razy usłyszał:

- Tak szpetnym to nawet palca bym szubrawcowi nie obciął!

Początkowo myślał, iż wojownik o haczykowatym nosie szczerze zachowuje się gorzej od dziewki, lecz po czasie zrozumiał, o co mu chodziło. Sambor najzwyczajniej w świecie wymigiwał się od pracy. Podczas gdy ich dwójka wybierała broń, pozostała część grupy ciągle grzebała trupy. Widok niepracujących, łagodnie mówiąc, działał im na nerwy.

Sambor był dobrym aktorem, lecz nie na tyle, aby ciągle zasłaniać się wymówkami - przyjął w końcu od Uniemira jedno z ostrzy. A choć nie znalazł sobie innego zajęcia - w dalszym ciągu nie paliło mu się pomóc swoim druhom. Miast tego stanął nad grobem i podziwiał stroje, w których zostają pogrzebani umarli. Z żalem odkrył, iż niektóre z nich idące do ziemi są szykowniejsze od jego własnego. Nie miał jednak zamiaru grzebać w mogile - ta była przesiąknięta krwią, moczem, rzygowinami i odorem śmierci.

- Długo jeszcze zamierzasz zwlekać? - zirytował się jeden z wojów, kiedy Sambor przedłużał nic nierobienie. - Pomóż nam! Ty też, łysy! Jesteś z nami, tak?!

Sambor tylko uśmiechnął się drwiąco, po czym ustąpił miejsca Uniemirowi. Jego twarz zdawała się mówić: "Śmiało, jeśli chcesz". Łysy woj chyba jako jedyny nie zapomniał, że znajdował się w armii, a do czasu opuszczenia jej szeregów winien pozostawać posłuszny. Zwłaszcza jeśli był zwykłym najemnikiem z pospolitego ruszenia. Dla jego i jemu podobnych niesubordynacja kończyła się - w najlepszym razie! - batami. A i tu nikt nie zaznaczył, iż nie można było otrzymać śmiertelnej ilości. Co było jeszcze gorsze, nie wiedział nawet, jak nazywał się możny, pod którym obecnie "służył". Nie znał miana setnika, dziesiętnika. Nie miał pojęcia, ile szyków obecnie sprzątało pole bitwy; czy to było jedno zgrupowanie, czy może więcej? Dlaczego nie mógł wypatrzeć żadnego nadzorującego?

Uniemir nie miał zamiaru ryzykować. Jedynym, co potrafił stwierdzić, był fakt, iż znajdował się wśród ludzi Bolesława... i że był jednym z nich. Musiał robić to, co mu kazano. Do tego przywyknął. Nie zamierzał bawić się w rozkapryszone dziecko jak dziwny nieznajomy o haczykowatym nosie.

Minął Sambora, po czym zabrał się za grzebanie zmarłych. Większość ciał została już wrzucona, więc nie zmęczył się na tym zadaniu. To jemu jednak pozostało najwięcej sił, gdy musieli zakopać dół. Nieznani kompani specjalnie się ociągali, chyba biorąc przykład z leniuchującego Sambora. Uniemirowi w tym wypadku ostał się lwi kawałek roboty.

Łysy wojownik robił wszystko bez skargi, odpowiadając jedynie na nieliczne ogólnikowe pytania, głównie traktujące o bitwie. Mówił bez strachu o wczorajszym zajściu, czy o mężu, którego zabił w lesie; nawet wniósł go wcześniej do dołu. Zniszczona twarz zabitego nigdy już nie miała zostać poznana przez któregokolwiek z żywych.

Kiedy pod ziemią spoczęło mnóstwo wojów obu stron, pozostało wrzucić zebrany sprzęt na wozy i odjechać. Tutaj Uniemir również został zmuszony do wzięcia na siebie większości zadania. Na jego łysą głowę wstąpił pot, kiedy ostatni miecz spoczął na jednym z trzech wozów.

Sambor w tym czasie tylko się przyglądał, niby śmiejąc się w duchu. Uniemir nie zastanawiał się długo, co kłębiło się w spaczonej głowie tego człowieka; nie obchodziło go to - tacy jak on zazwyczaj nie cieszyli się długim życiem. Bardziej zastanawiał się, dlaczego rycerze wypuścili samopas najemników do sprzątania zwłok, nie wysyłając z nimi choćby dziesiętnika. Pamiętał, że kiedy wcześniej zdarzyło mu się grzebać ciała, zawsze towarzyszył im zwierzchnik, przeważnie w asyście uzbrojonych wojów. Czyżby tutejszy dowódca nie obawiał się dezercji, kradzieży wozów czy zdobytej broni? O niesubordynacji na pewno nie pomyślał - uznał Uniemir, spoglądając na dziwacznego najemnika.

Kiedy woźnice zajęli swoje miejsca na powozach, a woły powolnym krokiem ruszyły przed siebie, cała reszta obecnych udała się za nimi. Choć wcześniej nie było to tak widoczne, do sprzątania zaciągnięto dość sporą liczbę osób, znacznie większą od początkowych przypuszczeń Uniemira.

Nie zważając na kompletnie nową sytuację, która powstałemu z martwych nie dawała się wielce we znaki, ten zamierzał odpocząć. Nieliczni z grupy ośmielali się przy nim rozmawiać, więc wszystko zapowiadało spokojny przemarsz. Niestety to złudzenie rozwiał haczykowatonosy mężczyzna, o którym woj starał się zapomnieć.

- Jesteś uległy, mój przyjacielu - zauważył Sambor, kładąc dłoń na ramieniu Uniemira.

Łysy człek spojrzał na obce ciało z miną godną rozwścieczonego biesa.

- A ty głupi, kimkolwiek jesteś - odparł, kiedy ręka się oddaliła. - Nigdy nie spotkałem najemnika, który migałby się od roboty i długo żył. Wiesz, że na ciebie doniosą? A zabranie miecza to najmniej poważna rzecz, jaką mogą ci wtedy zrobić.

Sambor zaśmiał się gromko.

- Broń z pewnością zachowam - przyznał bez cienia lęku. - Doniosą, że nic nie robiłem, ale nie że coś zabrałem. Wiesz dlaczego?

- Bo każdy musiałby zwrócić to, co sam zgarnął? - podjął Uniemir, choć spodziewał się takiego obrotu spraw. - To oczywiste! Podałem ci tylko przykład.

- A ja cię nie zrozumiałem - uradował się. - Widzisz, przyjacielu, niezrozumienie to pierwszy punkt na drodze do zrozumienia!

- Co ty bredzisz?

- Do końca nie wiem, ale brzmiało mądrze. Dlaczego w ogóle drążysz?!

Uniemir przewrócił oczami, nie chcąc więcej kontynuować tematu. Minęli kilkadziesiąt drzew w milczeniu obok siebie. Kiedy jednak Sambor nie oddalił się choćby o krok, sam się sobie dziwiąc, Uniemir zabrał głos:

- Dlaczegoś nawet nie machnął ręką? Wystarczyłoby robić to co inni i nie byłoby problemu.

- To chyba oczywiste - oznajmił z dumą. - Głupi jestem. A tacy mają w zwyczaju robić dużo zamieszania. Stąd zresztą wołają mnie Samborem Hałaśliwym... Ale wróćmy do tego, coś powiedział. Jak to było, "robić to co inni", tak? Po tom zresztą tu przylazł! Chciałem ci pogratulować.

- Niby czego?

- Świetnieś się tu wpasował. Umiesz szybko zgrać się z nową drużyną. Pracowałeś z nimi, jakbyś wcale nie był przybłędą.

- Jestem najemnikiem w grupie najemników. To znaczy właściwym człowiekiem na właściwym miejscu.

Mówił to z pełną świadomością swoich słów. Nie zamierzał ulotnić się w pierwszej możliwej okazji, zniknąć z szyku i powrócić w swoje rodzinne strony. Obóz był jego domem, a w którykolwiek by nie zawitał - te zawsze wyglądały podobnie. Oczekiwał jedynie ciepłej strawy i kufla piwa. To, co było wcześniej, czy spotka ocalałych z jego poprzedniej grupy, nie miało absolutnie znaczenia. A skoro mu było za jedno... czemu komuś innemu miałoby zależeć?

- Nie muszę ich znać, żeby wykonywać polecenia - zakończył.

- No tak, koniec końców wszyscy jesteśmy wojami Bolesława.

- Jaka to różnica, u kogo walczysz, co? Pieniądz jest pieniądz, a w obu obozach karmią tak samo.

Przemieszczali się dość wyboistą drogą, lecz wiele takich rozsiano na polskich ziemiach; to była norma. Na dodatek musieli chadzać okrężnymi ścieżkami, żeby woły zaprzężone w powozach mogły swobodnie przejść, mijając lasy.

- Ech, nie myślisz perspektywicznie - zauważył Sambor, machając palcem nad oczami Uniemira. - To z Bolesławem jest przyszłość. Na cóż ci być ze Zbigniewem, jeśli ten niedługo odejdzie w niepamięć, a jego poplecznicy będą karani?

- Jesteś najemnikiem, możesz zginąć w następnej bitwie. Na cóż ci więc patrzeć w przyszłość? Konflikty możnych to nie nasze problemy. Nam tylko z nich żyć, nie rozważać słuszności stron. Zbigniew, Bolesław... nigdy na oczy nie zobaczysz żadnego z nich.

- Zbigniewa na pewno nie - trwał przy swoim. - Z nich dwóch tylko Bolesław jest godny miana władcy. Myślisz, że nasz wczorajszy atak był przypadkowy? Powiem ci więcej, bom słyszał, co gadają!

- Gadać to sobie mogą wszystko.

- Kiedy prawdę powiadają! Nie tylko te tereny zajmujemy, bo i z każdej strony trwa oblężenie. Od zachodu po wschód! Niedługo wszystkie te ziemie będą należały do Bolesława. A kto wie co dalej? Na Germany!

Uniemir, szwendając się od obozu do obozu, niejednokrotnie nasłuchał się niestworzonych rzeczy i nauczył się podchodzić do nich z rezerwą; szczególnie jeśli rozchodziło się o książęta - ci niejednokrotnie rozpuszczali wici wychwalające ich samych, żeby podnieść morale armii. Prawdziwe informacje o poczynaniach ich wojsk dochodziły tylko do uszu dowódców, nie wojów, czy nawet rycerzy. Zwykły żołdak poznałby prawdę dopiero na polu bitwy, pośród setek trupów, czując miecz wypalający jego trzewia. On ma walczyć do końca, nie zastanawiać się nad ucieczką. Nie można mu mówić nic, co by w głowie nie zaświtała choćby maleńka myśl o porzuceniu sprawy!

Był młody, ale żył wystarczająco długo, żeby rozumieć, jakimi prawami rządziło się wojsko i jak nieznaczącą mrówką był wśród całej kolonii. Nie miał jednak zamiaru rozmawiać o tym z Samborem. Zamilkł, doglądając drogi, która powoli zaczynała się dłużyć. Wypatrywał rozbitego obozu, lecz znikąd było szukać jego śladów. Coś w głowie podpowiadało mu, że prędzej natknął się na rozszalałego tura. Wszędzie otaczała ich tylko zieleń i drzewa...

Sambor, dostrzegając reakcję towarzysza na swoją wielką przemowę, skwasił minę, po czym skwitował:

- Aleś ty nietowarzyski! Z tobą nie ma żadnej rozmowy!

- A z tobą jest ich za dużo - zripostował. - Gdzie obóz? Jak masz gadać, gadaj lepiej, dokąd zmierzamy.

Haczykowatonosy spojrzał na niego, niby dostrzegając nadlatujące Dzikie Zastępy.

- Przed wczorajszym wieczorem nie mówiło się u nas o niczym innym - zauważył, spoglądając na resztę kompanów. - Naprawdę nie wiesz?

Uniemir zrozumiał, że wstąpił na bardzo wąski grunt. Nie miał jednak zamiaru się wycofywać - to byłoby zbyt podejrzane.

- Dlatego pytam - odrzekł w następstwie. - Od ostatniej bitwy trochę mnie ominęło.

- W głowę uderzenie też ci nie pomogło - zawołał jeden z szyku. - Idziem do Czyż. Do naszego grodu!

Łysy woj miał wrażenie, że sam Perun posłał mu piorun na otrzeźwienie. Pamiętał tę miejscowość, lecz ona...

- A to nie jest przypadkiem gród żupana Mirosława? - zaciekawił się. - Zwolennika Zbigniewa?

- Toć ci mówię, że niedługo Bolesław zajmie wszystko! - oburzył się Sambor.

Jego kompani jednak pozostawali spokojni, znacznie bardziej wyrozumiali. Co nie znaczy, że paliło im się wyjaśniać zawiłości ostatniej nocy.

- Oj, wiele cię ominęło - skwitował ktoś za nim. - Oj, wiele...

***

Czyże były niewielkim grodem stojącym odnogą na drodze do Kalisza. Zostały zajęte z rozkazu księcia Bolesława, który nie chciał zostawiać za sobą "ewentualnych przeszkód". Zadanie z powodzeniem wykonano, lecz nie obyło się bez strat.

Gród był dobrze ufortyfikowany, a jego położenie na wzgórzu nie pomogło zdobywcom go zająć. Wielu wojów poległo pod naporem strzał lub w częstokole. Dziś powoli dochodziło południe, a oni ciągle grzebali ciała...

Tak ponury widok przed wejściem nie sprawił jednak, że wrota pozostawały zamknięte. Przez gród przewijało się mnóstwo możnych, rycerzy - biedniejszych i bogatszych - oraz innych wojów, których co majętniejsi najęli, często wyposażając ich również w oręż. Od stosunkowo krótkiego czasu pospolite ruszenie złożone z chłopów odchodziło w niepamięć, więc przedstawicieli tego stanu było najmniej; stanowili niewielką garstkę, która niekoniecznie potrafiła utrzymać broń w dłoniach. Każdy nowo-przybyły oświadczał, iż jest zwolennikiem Bolesława i zjawił się na jego wezwanie. Posiłki księcia z każdą chwilą stawały się coraz liczniejsze.

Michał Awdaniec, słysząc z okna ich zapełniające się szeregi, radował się w duchu. Nie był jednak wolny od lęku. Zobaczył mnóstwo uzbrojonych mężów, gotowych do walki za księcia. Tylko czy te legiony były wystarczające? Bolesław nie poczekał na posiłki zapewnione przez Kolomana węgierskiego oraz Rusinów, a nie wiedział, czy Zbigniew nie otrzymał takowych od Czechów i Pomorzan. Młodszy Hermanowic działał tak raptowne, że nie w smak było mu nawet wypatrywanie wszystkich możnych; jego armia ciągle była niepełna. Możliwe, że swoimi nazbyt śmiałymi działaniami przyspieszył ostateczną klęskę...

Doprawdy mało kto jest w stanie pojąć, jak wielką wagę będą miały zdarzenia następnych miesięcy - pozostawało skwitować. Polecą głowy, co do tego również nie ma wątpliwości. Wszystko w rękach Boga!

Sam Michał nie zamierzał pozwolić tłoczyć się w tym obozie coraz liczniejszym wojom bez powodu. Z trudem wstrzymywał się od wymarszu, licząc na ciągle przybywające wojsko. Chciał czym prędzej zjednać się z księciem Bolesławem w Kaliszu... jeśli oczywiście wszystko pójdzie zgodnie z planem. Tak czy siak, nie zamierzał tkwić długo w tym odludnym, przesiąkniętym pożogą miejscu.

Jak łatwo się domyślić, wieczorny szturm nie należał do normy w europejskiej sztuce wojennej; mało kto się go spodziewał, dlatego też to właśnie o tak później porze zaatakowali. Wielu wojów przypłaciło to życiem, wbijając się po ciemku na pal, lecz... jego strategia się opłaciła. Miał również szczęście, że na starość wzrok go nie zawodził i pozwolił dostrzec kręcący się w pobliżu pokaźny oddział. To dzięki niemu rozdzielił swoje wojsko i możliwe, że uniknął zasadzki podczas wczorajszego oblężenia.

Już kilkukrotnie pomodlił się za dusze zmarłych, lecz nie żałował ich poświęcenia. Dzięki niemu żupan Mirosław siedział w celi, a on gościł w jego komnacie. Przegonił stąd żonę dawnego lokatora, gdyż jak wiadomo - chrześcijanom wolno mieć tylko jedną wybrankę serca... a ta Michała dawno już udała się do Domu Pana. Nigdy się nie spodziewał, że ją przeżyje. Ciągle nie dowierzał, że Bóg tak długo ostał go na Ziemi.

- Ale skoro taka Jego Wola - skwitował, oddając się błogiemu spoczynkowi na niezbyt wygodnym łożu.

Nie ożenił się ponownie, gdyż nie widział w tym celu. Miał wystarczająco zdrowych synów, to dbaniu o ich lepszy byt postanowił poświęcić ostatnie lata, tylko że...

Był już bardzo stary, a chaos, który pustoszył księstwo, nie był na jego nerwy. To, co się teraz działo, pozostawało domeną tylko i wyłącznie młodych: Zbigniewa, Bolesława oraz innych możnych. To w nich krew się gotowała. Awdaniec do dziś pamiętał, kiedy kilka lat temu przybył do niego zirytowany arcybiskup Marcin i opowiedział o zajściu przed nieboszczykiem świętej pamięci Władysława I Hermana. Usłyszał o tym, jak dwaj bracia, nie uszanowawszy spokoju ojca, pokłócili się nad jego niepochowanym jeszcze ciałem.

Ale przyznać im trzeba - długo udało im się ze sobą wytrwać. Bodaj cztery lata wytrzymali bez wszczynania konfliktów na szerszą skalę. Jeno co jakiś czas organizowali wypady na tereny brata, a zaraz po nich - pokrzywdzony z rodzeństwa miał w kwestii honoru przedsięwziąć odwet. I tak w koło Macieju. Całość ich tamtejszych działań można było skwitować jako szczeniackie wybryki. Ginęli w nich ludzie, ale tak już bywało w kaprysach wysoko postawionych tego świata.

Michał Awdaniec, pomimo że musiał zająć jedną ze stron, czuł wtedy spokój. Nie wymagano wówczas od niego więcej zaangażowania, wystarczyło uklęknąć przed jednym z nich i można było wrócić do swoich włości...

Nie zabawił w nich niestety tak długo, jakby pragnął - a zamierzał do śmierci. Wiedział jednak, że antagonizm dwóch braci musiał doprowadzić do wojny domowej. To było wręcz nieuniknione. Zbigniew i Bolesław byli kompletnie różni w charakterach i wychowaniu. Nawet ich zapatrywania na przyszłość były całkowicie inne, w dodatku ze sobą sprzeczne. A jeszcze ta polityka pomorska! Ta nieszczęsna polityka, która bodaj najbardziej ich podzieliła. Zbigniew był za ugodą z poganami, Bolesław miał w tej kwestii... szersze plany.

Niestety chłopak zdawał się przypominać orła - nazbyt szybował z głową w chmurach. Bowiem kiedy zaczęły się poważniejsze walki, szala zwycięstwa przekierowała się w stronę Zbigniewa. To on miał zapewnione posiłki obcych sił. Wygrywał wszelkie ważniejsze bitwy, co wielce niepokoiło popleczników jego młodszego brata. Stary palatyn coraz bardziej obawiał się o swoją pozycję w razie zachowania tytułu princepsa przez bękarta Hermana. Niekiedy zastanawiał się, czy nie obrał aby niewłaściwej strony. Bolesław był młody i niezwykle żywotny, nawet jak na swój wiek, lecz...

Starzec nie powinien teraz o tym myśleć. Książę miał plan, który póki co z powodzeniem realizował, a ciągle gromadzące się na zewnątrz wojska winny pokrzepiać zramolałe serce zlęknionego możnego. Tylko dlaczego w takim razie ciągle bał się o przyszłość własnych dzieci?

Nie mogąc nawet na chwilę odpocząć, powstał. Przez ostatni rok bywały tygodnie, że nie przesypiał kilku nocy z rzędu. Ciągle myślał, ale w jego głowie nie kłębiło się nic pozytywnego. Tym bardziej nic, o czym przy kimkolwiek wypadałoby mówić. Musiał trzymać swoje obawy w tajemnicy, bojąc się gniewu młodego księcia. Zastanawiał się tylko, czy był jedyny? Czy też raczej w Bolesława wierzył już jedynie on sam? A może, stary durniu, to za wcześnie, żeby wyrokować?!

- To już nie na moje nerwy - uznał, wiedząc, że za młodu nie byłby tak bojaźliwy.

Podszedł do okna i oglądał przez chwilę krążących po całym obozie wojów. Miał przed sobą mnóstwo osób z najróżniejszych stanów. Nie wiedział, którzy z nich byli gorsi - kmiecie cuchnący świńskim łajnem czy możni, których bogate stroje zakrywały potworne dusze?

Odnosił wrażenie, że ciągle otwarte wrota stanowią swoistą wylęgarnię, która co jakiś czas wypluwa nowych żołdaków. Rozmawiał jednak z poszczególnymi paniszczami tylko, kiedy wymagała tego potrzeba. W przeciwnym razie pozwalał wszystko załatwić swemu pierworodnemu - Skarbimirowi. Sam większość czasu od zajęcia grodu przesiedział w tej komnacie, mnożąc w głowie własne wątpliwości...

Niespodziewanie od strony drzwi rozległo się głośnie pukanie. Odkąd się tu zaszył, Awdaniec wydał dokładny rozkaz, żeby mu nie przeszkadzać - zatem cokolwiek się stało, musiało to być poważne. Z miejsca się zatrwożył, obawiając się większych problemów. To nie na moje nerwy - powiedział w duchu. - Jestem na to za stary.

Mimo takich zapatrywań, coś zrobić w końcu musiał. Ociężale podszedł do łoża, założył pas z mieczem, po czym niechętnie nakazał:

- Wejść!

Do komnaty wparował zwykły świercznik z wyraźnie zaniepokojoną miną. Michał wiedział, że dziesiętnika w pospolitym ruszeniu nazywano częściej właśnie takim pokracznym mianem; sam niejednokrotnie łapał się na tym, że przejął nazewnictwo pospólstwa. Był to poniekąd niesmaczny żart, odnoszący się do tego, co myśleli o sobie sami najemnicy. Ich dowódca bowiem kierował poniekąd drzewami, jak to widzieli - ludem przeznaczonym do ścięcia! Starzec przebywał z prostakami stanowczo zbyt wiele, skoro i jemu owa nazwa się udzieliła.

Michał Awdaniec był niezwykle niski w porównaniu do każdego, z kim się spotkał. Jakby tego było mało - na starość dużo przytył. Jednak wiedział, że w oczach człowieka przed sobą jawił się jako niemalże pomazaniec Boży. Spojrzenie niższego stanem od niego zdradzało poszanowanie... i strach.

- Czego chcesz? - zapytał możny nieco bardziej ostro, niż zamierzał. - Co takiego się stało, że przerywasz mi... sen?

- Ja, panie... ja... mam problem...

- To idź z tym do przełożonego - zirytował się możny, zamierzając już ponownie rzucić się na pościel. Nawet nie miał chęci, żeby ukarać wojaka za zawracanie mu głowy przy jednoczesnym braku możliwości wysłowienia się. - A jak więcej będziesz mnie tym kłopotał, obiecuję, że utnę ci...

- Oni się pozabijają!

Twarz Michała pobladła w jednej chwili.

- Co?

- No w obozie! - panikował dziesiętnik. - Już miecze szykują! Jedni drugich od zdrajców wyzywają! Wyklinają też... godność księcia... naszego księcia Bolesława!

- Na to im nie pozwolę! - Gruby możny odepchnął najemnika, torując sobie miejsce do drzwi, po czym z hukiem opuścił pomieszczenie. Nie wiedział, co się stało, ale jego zdecydowanie za stare serce zaczęło szybciej bić. - Gadaj, co zaszło!

- Do grodu zjeżdżały się wojska - rozpoczął świercznik, ledwie nadążając za starcem. - Mój podkomendny, Ścibor, poznał jednego z przybyłych. Zwykłego żołdaka, równego stanem jak on. Nie wiedzieć czemu, z miejsca wyzwał go na pojedynek i zabił. Niby cichy był z niego chłopina, a nagle, ni stąd ni zowąd, jakby zmienił się w strzygonia...

- Nie przy mnie z tymi pogańskimi bredniami - skarcił podwładnego Michał, zaraz wracając do tematu: - Jak wołają tego Ścibora?

- Od tych, którzy znają go z dawnych lat, ma miano "Okrutnego" - przyznał. - Tylem słyszał. Ale więcej w tym zawiści niż prawdy. Odkąd on pode mną służy, nie dostrzegłem w nim choćby namiastki okrucieństwa.

- Tacy są najgorsi! - Palatyn doskonale znał ludzi, którzy kryli swe prawdziwe oblicza, wybuchając w najmniej odpowiednim momencie. Wielu takich grzeszników przewinęło się przez jego szeregi. Doskonale wiedział, jak sobie z nimi radzić. - Powiedz mi, w czym tu taki dziw? To już się zdarzało. Nakaż wybatożyć zbója i po sprawie.

- Kiedy dziesiętnik, z którym przybył zabity, zaczął się wykłócać. Sprawiedliwości się domaga! Mój grałła też na mnie naskoczył; śmiercią wielokrotnie groził. Do sprawy wtrącili się jeszcze inni rycerze. Teraz wszyscy się srożą!

Grałła - jakże dawno słyszał tę prostacką nazwę setnika. Była mu ona kompletnie obca, gdyż nie używali jej rycerze, a jeno sami najemnicy między sobą. Nie miała ona jednak tak "wesołej" genezy jak świercznik, którego z czasem polubił. Pochodzi bowiem z odległych czasów; ponoć powstała jeszcze za Mieszka I i jego wojen z plemionami. Tedy, podług bajań pospólstwa, jeden wojownik wraz z setką ludzi obronił pozycję niemożliwą do utrzymania. Nie miał ponoć urodzenia ani nigdy wcześniej się nie wykazał. Objął przywództwo, ponieważ każdy wyższy rangą poległ. Sprawa była beznadziejna, lecz on wyszedł z niej obronną ręką, za co otrzymał od księcia miano rycerza. Od tamtego wyczynu poczęto zwać go Grałłą Odważnym, a jego imię symbolicznie wykorzystano do skwitowania godności w armii.

Ach, te dziecinne opowiastki! Wraz z upływem czasu przepadła pamięć o tym człeku, nie wiadomo nawet, czy rzeczywiście istniał, a nie został aby wymyślony w znacznie późniejszym okresie przez możnych Kazimierza Odnowiciela, aby podnieść morale... Nic to! Gawiedź kochała i zawsze będzie kochać takie opowieści. I pomyśleć, że wszystkie te głupie nazwy powstają, bo dla osób niewprawnych w Boskiej sztuce liczenia tytuły liczbowe wydają się mało intuicyjne.

- No to ukrócimy o głowę przyczynę problemu - zawyrokował przedwcześnie Awdaniec, opuszczając ogromny drewniany budynek. - Każ szykować się katu, a ja uspokoję towarzystwo.

- To nie takie proste, panie - odrzekł niechętnie woj. - Oni... Oni... jedni bardzo licznie go bronią.

- Co?!

- Nie wiem, co Ścibor im nagadał, ale wielu przekonało się do jego racji. Kiedy powiedział, że musi pochować zabitego - reszta, włącznie z kilkoma rycerzami, uznała go za sprawcę Woli Boskiej.

Wzburzenie Michała dopiero po chwili pozwoliło mu zauważyć, że krążył po obozie bez wyraźnego celu.

Kiedy zdobywali Czyże, jego wojowie zabrali się za mordowanie tutejszych. Pół osady już nie było, zanim zdołał ich powstrzymać. Gród ostał się prawie pusty, jeno z dużą ilością samotnych kobiet i dzieci bez ojców. Nawet gdy wparował z wojskiem za obwarowania, ciągle pozostawało tam dużo miejsca. Teraz jednak jego pokaźne gabaryty ledwie potrafiły przecisnąć się między ciżbą, która - jak zwykle! - po czasie schodziła mu z drogi.

- Gdzie ten twój wojak w ogóle jest?

Rozgardiasz roznosił się wszędzie. Nie sposób było określić, którzy wojowie zamierzają się pozabijać, a którzy podnoszą głos, żeby móc się usłyszeć. Jego starcza paranoja sprawiła, że pomyślał, iż burzy się cały obóz.

- Gdzie?! - ryknął niemalże spanikowany.

- Był tu, ale... chyba wiem, gdzie się udał. Cała reszta pewnie poszła za nim.

Dziesiętnik zaprowadził Michała poza obóz, co dla tłustego i obolałego ciała stanowiło nie lada wysiłek. Kiedy zeszli ze wzgórza i dotarli na skraj lasu, gdzie zebrała się dość pokaźna grupa, możny był już cały spocony, a jego twarz czerwona.

- Co to za zbiegowisko?! - wydyszał Michał Awdaniec, sprawiając, że rozwrzeszczani zgromadzeni najpierw ucichli, a następnie rozstąpili się.

Początkowo na możnego rzuciła się niewielka grupa przedstawiająca swoją wersję zdarzeń, lecz ten szybko ich uciszył, skupiając się na sprawcy całego zamieszania.

Był nim mężczyzna rozebrany od pasa w górę, w wieku około dwudziestu kilku lat. Miał wyrzeźbioną sylwetkę, na której odznaczało się kilka blizn. Jego skóra była nad wyraz różowa, niby nieskalana słońcem. Spod długich kasztanowych włosów wyłaniały się niebieskie oczy - te wydawały się jednak martwe, jak u ubitego zwierzęcia. Z szyi zwisał mu niewielki, ciosany w drewnie krzyż.

Michał Awdaniec niepewnie podszedł do grzebiącego łopatą w ziemi młodzieńca, nieco onieśmielony jego pewną, wręcz anielską postawą, którą niszczył jedynie kilkudniowy zarost - specyfika wojskowego obozu.

Zabójca, pomimo tego, że dostrzegł możnego, nie zaprzestawał kopania. Ciało zabitego leżało zaraz obok, a niebieskooki człek wydawał się być zdeterminowany, aby je pochować.

- Ciebie wołają Ścibor Okrutny? - zapytał nieśmiało Michał, niby tracąc cały swój majestat.

- Na chrzcie przyjąłem imię Paweł - odparł zajęty pracą mężczyzna.

Sprawca nie wydawał się być kimś, kto pasowałby do swojego przydomka. Nawet w obecnej sytuacji trudno było w niego uwierzyć. "Okrutnik" rzucone w jego stronę wydawało się wręcz nietrafionym żartem.

- Pawle - poprawił się Awdaniec - dlaczegoś zabił tego człowieka?

Martwy w chwili śmierci zdawał się być mniej więcej po trzydziestce. Wnętrzności jego brzucha wyleciały na wierzch i wpasowały się z czerwienią kubraka. Jedyną pamiątkę po życiu, jaką zostawił, stanowiło przerażenie zastygłe w oczach. Michał nie dał się jednak zwieść. Kimkolwiek był i cokolwiek zrobił ten nieszczęśnik - jego los bez wątpienia nie był kaprysem znudzonego woja.

Paweł, czy Ścibor - mniejsza, jak wolał się tytułować - ze spokojem zaczął się tłumaczyć. Nie wyglądał na dumnego swojego czynu. Zdawał się wręcz smutny, jakby rozgrzebał bolesne wspomnienia.

- Znaliśmy się z Czestramu, naszej rodzinnej miejscowości - powiedział niechętnie. - Ten człowiek zwał się Gnierat Wielkouchy. Razem z trójką swoich druhów zgwałcił i zabił moją żonę.

- Czyli to była zemsta?

- W żadnym wypadku! - Mężczyzna zaprzestał pracy i spojrzał z pełną powagą na palatyna. - To nie po chrześcijańsku.

- To jak to nazwiesz?

- Odebrałem życie temu, który umyślnie pozbawił go bliźniego. To obowiązek każdego pobożnego człowieka. - Po tych słowach znowu zabrał się do dzieła.

- To po co go grzebiesz?

- Wiara mi tak nakazuje. Zabiłem go... i mu wybaczyłem. Teraz winienem zająć się ciałem.

Awdaniec spojrzał na powiększający się dół, spoconego mężczyznę, trupa, a następnie czekający na jego wyrok tłum. Nie wiedzieć czemu, ten jeden raz możny nie chciał go wydawać. Czyżby na starość zrobił się ckliwy?

Jednak na przemilczenia było stanowczo za późno.

- Zdajesz sobie sprawę, że muszę cię ukarać? - rzekł do zabójcy, ściszając głos.

- Wpierw go pochowam - usłyszał w odpowiedzi. - Potem, panie, rób ze mną, co uznasz za słuszne.

- Niech tak będzie.

Michał Awdaniec odwrócił się do ciżby, przez chwilę przybierając swoją pewną, niegdysiejszą pozę.

- Niezależnie od powodów, ten człowiek dopuścił się morderstwa i musi ponieść karę - zawyrokował. - Nikt z was nie ma tu przyzwolenia na samosądy, pamiętajcie o tym! - Wskazał Pawła. - Zaraz kiedy pochowa... tego osobnika, weźmiecie go na cięgi. Dziesięć batów. Nie mniej. Nie więcej.

Zgromadzeni wojowie nie wyrzekli więcej ani słowa zażalenia; nawet ci, którzy domagali się głowy mordercy. Żaden z nich w sumie nie wiedział, czy w tego typu sprawach jakikolwiek wyrok byłby dla kogokolwiek zadowalający.

***

Na przestrzeni kilku następnych kroków powierzchnia zaczęła piąć się w górę, a nim się obejrzeli - ukazał im się gród rozlokowany na wzgórzu. Dotarli do celu!

Uniemir dokładnie przeglądał pamiątki po wczorajszej bitwie, które do teraz walały się przed palisadą. Także ślady po świeżo zakopanych dołach odznaczały się bardzo wyraźnie. Ziemia wyglądała zupełnie tak, jakby przeszedł nią żmij. Potwór, natknąwszy się na wojów, plunął ogniem, wypalając tutejszą trawę...

Przez całą drogę łysy najemnik wysłuchiwał niekończących się przemów Sambora Hałaśliwego, które zaczęły go męczyć już przy pierwszej prelekcji o niewiarygodnym zwycięstwie księcia Bolesława. Od tamtej pory Uniemir dowiedział się wielu - zapewne co do jednego niestworzonych - historii z życia "druha", którego na dobrą sprawę - nie pragnął w tym człowieku mieć. On był główną przyczyną, z winy której jeszcze jak nigdy uradował się w duchu, widząc drewniany mur. Z tej radości aż przyspieszył, bez większego problemu wyprzedzając jeden z powozów.

Wrota grodu, odkąd je dostrzegł, pozostawały otwarte na oścież, a wewnątrz - osada wypełniona była wojami. Uniemir musiał przyznać, że jeszcze nigdy nie widział tak ściśniętych żołdaków różnych stanów w tak małym, niewystarczającym miejscu. Miał wrażenie, że Bolesław posłał przeciwko marginalnie niewiele znaczącemu żupanowi całą swoją armię. A jeśli nie... czyżby Sambor prawił prawdę o potędze swego księcia?

- Mówiłem, że szykuje się podbój - powiedział triumfalnie haczykowatonosy, dostrzegając zdziwienie na twarzy łysego kompana. - A tyś mi nie wierzył!

- Tak... tak...

- I żadnego słowa uznania?!

- Nie ode mnie.

- Brutal - oburzył się, krzyżując ręce na piersi.

Co szykowała przyszłość? - tego nie mógł powiedzieć nikt. Wiadomym jednak stało się, dlaczego grupa najemników została puszczona z powozami na miejsce potyczki. Nawet jeśli w głowie zaświtałoby im, żeby zagarnąć całość łupu dla siebie i zbiec - obecni w Czyżach pancerni dorwaliby ich, zanim którykolwiek zdążyłby sprzedać choć jeden oręż, o wołach nie wspominając. Wojowie, na których natknął się Uniemir, byli uwiązani niczym psy do bud, choć na szyjach nie posiadali sznurów.

Co się jednak tyczy Sambora: ten po przemarszu jednoznacznie skwitował nowo poznanego towarzysza broni jako cichego, niezbyt wyróżniającego się osobnika. Wydawał mu się spokojny do takiego stopnia, że nie dziwiłby się, gdyby ktoś pomylił go z umarłym. Jedyną emocją, jaką niekiedy wykazywał, była agresja. Człek o haczykowatym nosie uznał ją za oznakę braku umiejętności w rozmawianiu z innymi ludźmi. Drugi mężczyzna wściekłością, której zapewne miał w sobie niewiele, nadrabiał brak komunikatywności. Najprawdopodobniej wiedział również, jak bardzo nijako się przedstawiał. Dlatego też dla wyróżnienia się z tłumu golił sobie głowę, zgodnie z zasadą - jak nie można osobowością, to wyglądem nadrobi!

Powozy z trudem wcisnęły się między tłum. Jeszcze szybciej okrążyli je wojowie, którzy łasili się na ich zawartość. Tylko obecni przełożeni i rycerze powstrzymywali ich od zagarnięcia całości przed oficjalnym rozdzieleniem łupów. Chaos był ogromny, a wszechobecny rozgardiasz nie pomagał się odnaleźć.

To zdawał się być inny świat, w którym Uniemir znalazł się kompletnym przypadkiem. Odkąd wstąpił do woja, brał jedynie udział w licznych napadach związanych z konfliktem książąt. Łupił i grabił, niekiedy jako agresor, innym razem w odwecie - ale to, co miał przed sobą, znacznie przerastało jego poprzednie pojmowanie walki. Przed oczami stała mu pełnoprawna armia. Oni nie szykowali się do najazdu. Oni ostrzyli oręż na wojnę.

Uniemir zwykle trzymał się na uboczach, lecz tutaj i one były wypełnione ludźmi. Kręcił się zatem chwilę bez celu, nie wiedząc, co ze sobą począć. Z braku innych możliwości, choć bardzo tego nie chciał - pozwolił poprowadzić się Samborowi, który ciągle nie dawał mu spokoju.

Obaj mężczyźni skorzystali z okazji, żeby czym prędzej odłączyć się od grupy. Skierowali się w stronę jednej z podłużnych chat. W środku, jak się okazało, znajdowała się jadłodajnia. Uniemira nikt stamtąd nie wygonił, więc i nie miał oporów przed przyklapnięciem przed jedną z ław i odebraniem miski z kaszą. Był potwornie głodny, a nikt nie robił problemów, że "przybłęda" objada im spichlerz. Choć nie dostał żadnego przydziału, nie wiedział, czy w ogóle takowy uzyska - zjadł wszystko tak łapczywie i bez opanowania jak zawsze, kiedy był zdany na łaskę jakiegoś z możnych.

- Musiałeś być głodny - zauważył Sambor, kiedy jego kompan zjadł całą porcję dwa razy szybciej niż on.

- Nie jadłem, odkąd... odkąd wyruszyliśmy na grupę w lesie.

Zaraz po opróżnieniu misek bliżej nieznana, acz urodziwa panienka podała im kufle z piwem. Jednak to tylko Sambor odprowadził ją wzrokiem. Uniemir zdawał się obojętny na jej wdzięki, niby martwy.

- Nie mów, że ci się nie podoba - rzekł Sambor na stronie do kompana. - Widziałeś jej ciało?

- Nie przeczę. Piękna była.

- I to tyle?!

- A co ci mam więcej zrobić? - zirytował się. - Pójść i wziąć ją siłą?

Dla Sambora był to tylko i wyłącznie kolejny argument na brak umiejętności porozumiewania się z innymi ludźmi. I znowu, zgodnie z jego obserwacją, Uniemir wypełniał swoje braki agresją. Uznał jednak, że winien się do tego przyzwyczaić. Mówił jeszcze nieprzerwanie przez długi czas; sam nie byłby w stanie powtórzyć o czym, więc nie będę zamęczał tym czytelnika.

- Dlaczego jeszcze za mną łazisz? - przerwał niespodziewanie monolog Uniemir, gapiąc się w do połowy pełny kufel.

- A co, jeśli to ty idziesz za mną?

- Ledwieśmy zdążyli rozgościć się w grodzie, a już zaciągnąłeś mnie tutaj - zauważył. - W drodze też nie chciałeś dać mi spokoju.

- Dostał michę, jeszcze narzeka. Jak tak...

- Jeśli szukasz sobie przyjaciela - przerwał mu - gwarantuję ci, że źle trafiłeś.

Spojrzenie Uniemira zrobiło się zimne niczym zamrożone morze. Sambor z miejsca uznał, że wszystko, co zdążył o nim ustalić, nie miało potwierdzenia w rzeczywistości. Ten człek bezsprzecznie miał charyzmę... złowrogą, ale zawsze jakąś. I na pewno nie był tak miałki, jak początkowo można by przypuszczać.

Haczykowatonosy człek otworzył usta, żeby wypowiedzieć jakąś bzdurną ripostę, lecz nigdy w życiu nie było dane mu przekazać jej światu.

Do budynku wparował nieznany Uniemirowi mężczyzna, który z miejsca sprawił, iż Sambor zapomniał o wszystkim innym. Przez chwilę zdawał się wręcz chcieć uciekać, lecz w porę przypomniał sobie, że "trochę" za dużo luda nagromadziło się wokół, ażeby miał ku temu choćby najmniejszą sposobność.

Z trudem i wielką niechęcią pozostał na miejscu, obserwując, jak nieznany Uniemirowi mężczyzna świdruje obecnych wzrokiem, a dostrzegłszy jego - napełnia oczy nieprzeniknionym ogniem wściekłości.

- Zaraz będzie się działo - rzucił Sambor do kompana, wymuszając uśmiech.

- Sambor Hałaśliwy - wrzasnął obcy, uderzając pięścią w stół. - Zakała mojego szyku. Znowuś nic nie robił! Znowuś poszedł tylko po to, żeby udowodnić mi, jak niewiele mogę! I znowuż zżerasz jadło przeznaczone dla tych, którzy w przeciwieństwie do ciebie ciężko pracują!!!

Uniemir z miejsca pojął, że miał do czynienia ze świercznikiem. Zakładał jednak, że ten po wypowiedzeniu kilku następnych słów zmieni się w szalejącego diabła; barwą z każdą chwilą było mu do niego coraz bliżej.

Po rzuceniu kilku następnych obelg w stronę podwładnego, wzrok dziesiętnika spoczął na "nowym nabytku" ich wojska.

- A ten czaszkogłowy to kto? - zapytał z wyrzutem. - Przybłędów zacząłeś sprowadzać?!

- Zwie się Uniemir - wyjaśnił Sambor, po mistrzowsku skrywając zdenerwowanie na twarzy. - Wypełzł spod trupa, kiedyśmy wrzucali umarlaków do mogiły. Walczył po...

- Kiedyśmy wrzucali?! - oburzył się jego zwierzchnik. - Tyś nic nie robił, łachudro!

Dowódca porządnie uderzył Sambora w tył głowy. Niższy rangą oddać mu nie mógł. Zacisnął jedynie pięść, i to tak, żeby nikt inny jej nie zobaczył.

Nie znaczy to jednak, że temat Uniemira został zakończony. Świercznik oglądał łysego wojownika, nie wiedząc do końca, co winien z tym fantem począć.

- Tak to traktuje się niższych od siebie, walczących o tę samą sprawę?! - teatralnie oburzył się Sambor. - Zgubił swój cały szyk, pewno na dobre! Możliwe, że jeno on z nich się ostał. Toć prawie postradał dla nas życie! A ty mu nagrody skąpisz? Dajcie mu więcej piwa! I kobiety! Jednego i drugiego u nas w bród! Po ostatnim ataku nagromadziło się u nas beczułek i wdów!

- Nie ty decydujesz, komu co się należy! - wściekał się dziesiętnik. - Ten człowiek jest...

- Zastępstwem za poległych w naszym szyku.

Pozostała dwójka wytrzeszczyła oczy w zdziwieniu.

- Co? - zapytał i dowódca, i Uniemir.

- Dziebor i Falisław wczoraj padli - przypomniał Sambor zwany Hałaśliwym. - Brakuje nam dwóch osób, racja? To jam ci znalazł jednego! Dlatego nie mogłem pracować! Sprawdzałem, czy się nadaje!

Każde następne słowo podwładnego doprowadzało dowódcę szyku do pasji. Odkąd ten wszedł do budynku, granica jego cierpliwości została przekroczona. Jeno widok Sambora wystarczył. A kiedy człek sam uważający się za głupca otworzył usta - to nie mogło skończyć się inaczej.

- Takiś mądry? - wrzasnął świercznik, bijąc podwładnego bez opamiętania. - Bierzcie go, ludzie! Na baty z nim!

- Pięć przetrzymam! - wrzasnął Sambor, kiedy przypadkowi wojowie go obezwładniali. Do tego typu roboty zawsze znajdowało się mnóstwo chętnych. - Śmiało, nie boję się!

- Toć dziesięć dostaniesz!

W tym momencie twarz mężczyzny o haczykowatym nosie zbladła. Najwyraźniej wcześniej dostawał stałą karę za tego typu przewinienia. W końcu jednak przelał czarę goryczy. Co by nie powiedzieć - sam się o to prosił.

Usiłował wyrwać się trzymającym go wojom, lecz nic nie mógł zdziałać z taką przewagą napastników.

Sambor Hałaśliwy opuścił pomieszczenie w towarzystwie wrzasków, przekleństw i bluzgów skierowanych w stronę wszystkich obecnych.

- Tego też brać - nakazał niespodziewanie dziesiętnik, wskazując Uniemira.

Łysy mężczyzna z miejsca się zamachnął, pozbawiając zębów pierwszego agresora. To był jednak jego ostatni sukces. Szybko został uziemiony.

- Za co? - zapytał się zainteresowany, kiedy zrozumiał, że każdy następny ruch kończył się uderzeniem w brzuch.

- Witamy w armii księcia Bolesława - usłyszał w odpowiedzi. - Dziesięć batów i jesteś w moim szyku! Nie pasuje ci?

W tak jasno nakreślonej sytuacji - Uniemir przestał się szarpać.

***

O ile sam obóz był definicją nieporządku, o tyle stosowanie odpowiedzialności karnej funkcjonowało w nim wzorowo. Dwaj wojowie wyciągnięci z chaty szybko znaleźli się pod wbitymi w ziemie słupami. Ku zdziwieniu Sambora - nie byli tam sami. W chwili, gdy ściągano im górne ubrania do gołej skóry, karany był trzeci woj. Również otrzymał dziesięć batów. Ludzie, którzy zapamiętali to zdarzenie - mówili później, że w miarę godnie je przyjął. Nie był w stanie nie krzyknąć przynajmniej raz, lecz jak na takie pokłady bólu - trzymał się dzielnie.

Co jednak z pozostałą dwójką? Uniemir nie zamierzał upokorzyć się przed zgromadzonymi. Podczas odbywania całej kary nawet nie pisnął. Zacisnął zęby, żeby nie okazać słabości. I nie zaprzestał tego do końca. Krew wyciekła mu spomiędzy zamkniętych ust, lecz on - ani na chwilę się nie zawahał. Od tamtego czasu między wojami poczęła roznosić się plotka, iż mężczyzna nie był do końca człowiekiem. Nikt nie miał jednak odwagi otwarcie przyznać, za jakiego demona go uważał.

Sambor z kolei... ponownie pokazał, iż nie na darmo otrzymał swój pseudonim. Jęczał i piszczał, nie przejmując się kompletnie tym, co pomyślą o nim ludzie. Dobrze wiedział, jaką mają o nim opinię. Wraz z upływem lat nauczył się z nią żyć.

Wiele razy zignorował już mniej poważne rozkazy i za każdym razem kończyło się to batami. Stąd liczne blizny, które odznaczały się na plecach. Jego dziesiętnik nie miał odwagi, żeby się go ostatecznie pozbyć, dlatego karał go, chyba tylko żeby się wyżyć. Sambor nie sądził, że ten będzie zdolny podwoić jego stałą karę. Ostatnimi czasy dość często zdarzało mu się nazbyt pochopnie oceniać ludzi...

Gdy baty zostały już wykonane, nadzy od pasa w górę trzej mężczyźni zostali pozostawieni samym sobie. Ręce mieli solidnie przywiązane do słupów, a z ich ciał spływała jucha. Ciżba rozeszła się po zakończonym widowisku i wróciła do swoich spraw. Nawet świercznik Sambora obejrzał ukaranych od stóp do głów i z satysfakcją na twarzy się oddalił.

Cisza, która zapadła między skazanymi, zdawała się wwiercać w głowę Hałaśliwego. A ten, jak wiadomo, nie z potulnego siedzenia był znany. Nawet harmider przepełnionego obozu mu nie wystarczał. To on musiał odegrać w rozgardiaszu jakąś, nawet i najmniej znaczącą rolę. Dlatego jako pierwszy oswobodził się z kajdan milczenia.

- Kto by pomyślał - zapiał niczym kogut, zwracając się do Uniemira. - Krzeszko jednak miał rację. Mój dowódca, znaczy się.

Łysy wojownik udał, że nie usłyszał tej uwagi. Niestety tak słaba obrona nie mogła powstrzymać szarży, którą Sambor miał w zanadrzu.

- Naprawdę wyglądasz, jakbyś miał samą czaszkę miast pełnej głowy - kontynuował uciążliwy najemnik. - Starannie ogolony. Bardzo jasna cera. Brwi, których praktycznie nie widać. I w końcu cienie pod oczami, prawie jak mrok wylewający się z nicości...

- I po co mi to mówisz? - ożywił się Uniemir, zdając sobie sprawę, że jego towarzysz nie zaprzestanie. - Za nic mi, jakim się wydaję.

- A powinno! Bo od dziś będę cię tak zwał!

Ogolony tarczownik mógł odpowiedzieć na to jedynie speszeniem.

- Uniemir Czaszkogłowy - oznajmił triumfalnie Sambor. - Wyobraź sobie przerażenie na polu bitwy, gdy padnie to imię!

- Posłuchaj, ty... - Choć nie miał zbytnio ku temu powodu, bicz podgrzał jego krew, doprowadzając niemal do wściekłości. Zamierzał już wyładować ją na niezbyt rozgarniętym nieznajomym, który tytułował go przyjacielem.

Nie udało mu się jednak dopiąć swego.

- Cisza! - rozległ się głos dziesiętnika. Nie był to jednak Krzeszko, o którym wspomniał Sambor. Ten okazał się przełożonym pierwszego ukaranego woja, nieznanego im z miana.

Przybyły mężczyzna westchnął z bezradności, wypuszczając cały swój gniew.

- Musimy porozmawiać - zaczął niepewnie, patrząc na podwładnego. - Zanim jednak powiem cokolwiek więcej, chciałbym, żebyś wiedział... Lubiłem cię. Naprawdę, Ściborze. Nie sprawiałeś mi problemów, posłusznie wykonywałeś rozkazy. Zawsze puszczałem mimo uszu, kiedy zwano cię "Okrutnym". Nie wierzyłem w te słowa. Ale teraz rozumiem, jak bardzo się pomyliłem...

- Przejdź do sedna - ponaglił Sambor, chyba bardziej zainteresowany niż drugi rozmówca.

Świercznik spojrzał na niego spode łba, lecz nie skarcił za tę zuchwałość.

- Nie będę walczyć u boku kogoś, kogo lojalności nie mogę być pewny - kontynuował. - A tobie nie potrafię już więcej zaufać.

- Wyrzucasz mnie? - przemówił w końcu mężczyzna, ukazując pozostałej trójce swój piękny, uspokajający wręcz głos.

- Tak - przyznał jego dowódca. - Nie chcę mieć problemów, a ty wyraźnie je przyciągasz. Nie mam nic do ludzi z Czestramu, ale... Z tobą wolałbym nie mieć nic wspólnego... Cóż miałbym jeszcze rzec? Bywaj, stary druhu. I powodzenia w dotrwaniu do sędziwego wieku.

Po tych słowach zostawił trzech związanych samym sobie.

- Psi syn - podsumował Sambor, kiedy dziesiętnik oddalił się wystarczająco daleko. Z miejsca zainteresował się trzecim skazanym, który wydał mu się równie... nietypowy co on sam. - Powiedz, coś przeskrobał?

Urodziwy mężczyzna podniósł głowę i bodaj pierwszy raz spojrzał na innych ukaranych.

- Zabiłem w pojedynku człowieka - przyznał bez choćby cienia skruchy.

- Jak każdy z tu obecnych - zdziwił się haczykowatonosy woj. - Ale czy w pojedynku, to nie jestem pewien...

- Ten ode mnie walczył po tej samej stronie. Spotkałem go tu, w obozie. Wyzwałem zaraz po tym, kiedy zrozumiałem, że to on.

Sambor przyjrzał się niebieskim oczom towarzysza w niedoli. Cokolwiek tam zobaczył, wielce go to zaintrygowało.

- Zatem dlaczegoś go ukatrupił? - dociekał.

- Wypełniałem Wolę Boga - odrzekł, unikając dokładniejszej odpowiedzi.

- Którego?

- Jest jeden. Choć w trzech osobach.

Mężczyzna zwany "Hałaśliwym" dość szybko tracił panowanie nad sobą, lecz nie powinno to nikogo dziwić. Tak też stało się i tym razem. Jego twarz niemalże poczerwieniała.

- Ach - ryknął. - Gadajże, o co poszło! Pieniądze, piwo, czy kobieta?!

Pięknolicy żołdak milczał.

- Czyli to ostatnie - Sambor splunął mieszaniną plwocin i krwi. - Co, żona puściła cię z nim kantem?

Człek zwany Ściborem Okrutnym spojrzał na niego gniewnie. Jednak to, co kryło się w jego oczach, nie stanowiło wściekłości. Nie można było dopatrzeć się tam choćby iskry ognia; jeno mrok i lód...

- Była mi wierna - rzekł oburzony. - Do końca... Ona nie chciała... Gnierat i jego trzej druhowie... oni ją...

Zarówno Sambor jak i Uniemir z miejsca pojęli, co kryło się za tym niedopowiedzeniem. Nie zamierzali wypytywać o szczegóły.

- ...A po tym "pozbyli się" jak zniszczonego buta - mówił mąż w żałobie, a po jego policzku ciekły łzy. - Co by nikomu nie mogła powiedzieć; te bękarty bały się kary! Ciało wrzucili do rowu na skraju jednego z lasów Czestramu. Trzy dni leżała, zanim ją tam znalazłem... Moja Dobrosułka... Wystarczy mi już rozmowy.

Nawet Sambor Hałaśliwy zamilkł, rozumiejąc powagę sytuacji. Nie odzywali się do siebie przez następne kilka chwil. Zdawało się, iż kontemplowali straszliwy los żony najemnika, lecz po prawdzie... jedynie sam zainteresowany nie mógł o niej zapomnieć; pozostała dwójka poświęciła jej - w najlepszym wypadku! - myśl i zostawiła sprawę. Tak jak to w życiu bywa - każdy miał na głowie własne problemy.

O dziwo jednak - tym razem to niechętny do jakiejkolwiek rozmowy Uniemir zabrał głos.

- Dlaczegoś mnie bronił? - zwrócił się do Sambora. To pytanie zdawało się tkwić w jego "czaszce" od dłuższego czasu i w końcu musiało wydostać się na światło dzienne.

- To znaczy?

- Nie znasz mnie - zaczął wymieniać. - Nie wiesz, kim jestem, skąd pochodzę. Nie jesteś mi nic winny. Zatem dlaczego? Po co żeś się za mną wstawił?

Sambor spojrzał na niego, wydymając usta. Robił to niby w zamyśleniu, lecz końcowy efekt był bardziej komiczny niż poważny.

- Są ludzie, którym dobrze patrzy z oczu... - podjął w końcu. - A ponieważ to na pewno nie jesteśmy my, uznałem, że nie mogę cię tak zostawić. Wydawałeś mi się zbyt... czy ja wiem, swój?

- I co ci po tym?

- Nam podobni z reguły robią wszystko, żeby wyrżnąć się nawzajem. To wyludniona ścieżka, a ja, nie ukrywam, mam jej już zdecydowanie dosyć. A w tobie coś jest. Coś, co sprawia, że myślę, żeś równie szalony co ja. Kiedym cię uwidział, poczułem, że... nie jestem już sam. Chciałem w końcu uważać, żem znalazł się w grupie. Żeśmy jako wilcy!

- Zatem szukasz swojego stada? - dołączył się Ścibor. Niekwestionowalnie i zapewne też nieodwracalnie pozostawał ponury, lecz dodawało to tylko powagi jego twarzy godnej najurodziwszej z rusałek.

- Dokładnie! - Odwrócił się nagle w stronę pięknolicego. - A co, piszesz się na to?

- Słucham?

Przerywając ich rozmowę, z tłumu wyszedł dziesiętnik Sambora przedstawiony jako Krzeszko. Mężczyzna podszedł do swoich podwładnych - nowego i starego - i zabrał się do rozcinania ich więzów.

- Już wam wystarczy - oznajmił.

- Nie przypuszczałem, że będziesz w stanie podwoić moją karę - przyznał Sambor, kiedy jego przełożony szykował się, żeby go oswobodzić. - A jam ci ciągle pracował na rzecz naszego szyku!

- Jeszcze jedno słowo, a cię zostawię! Dobra, gotowe. Ty, łysy, trzymaj się tego kretyna, jeśli cię nie ukatrupi swoim gadulstwem, powinien wprowadzić cię w nasz szereg.

Po tym "rozkazie" udał się w przeciwnym kierunku.

- Świerczniku - zawołał wojak o haczykowatym nosie. - Ciągle mamy puste jedno miejsce, a ten tu chwilowo ostał się bez kompanii - wskazał Ścibora. - Walczyć potrafi, w końcu wygrał pojedynek...

Krzeszko przyjrzał się żałobnikowi.

- To ten, o którym było dzisiaj tak głośno? - dociekał. - Co ty, Sambor, morderców chcesz mi do szyku sprowadzić?!

- Tylko najlepszych - odparł z dumą.

- Nie sposób się kłócić - zgodził się po chwili, przypominając sobie reakcję zarówno Uniemira jak i Ścibora na baty.

Mężczyzna podszedł do trzeciego słupa i tam również rozciął więzy ukaranego.

- Piszesz się na to? - zapytał.

Ostrożne kiwanie głową stanowiło jedyną odpowiedź.

- Jak cię nazywać?

- Paweł z Czestramu - przyznał Ścibor Okrutny.

Dwa imiona, jedno przyznawane w dzieciństwie, drugie przy chrzcie, były normą w tutejszym społeczeństwie, w którym ciągle żywy pozostawał zwyczaj postrzyżyn, a wstąpienie do wspólnoty Boga nie było takie oczywiste. Toteż nikogo nie dziwiło, że różni ludzie potrafili nazywać te same osoby innymi mianami. Zdarzali się nawet i biskupi, którzy mieli taką sytuację. Czegóż innego można by zatem oczekiwać od zwykłego ludu? Stare słowiańskie duchy ciągle były w nim silne i żaden, nawet żelazny krzyż nie był w stanie tego zmienić.

- Świetnie - odrzekł dziesiętnik. - Cała trójka, zabierać swoje łachy i wynocha do namiotu! Paweł... tak jak łysy... Uniemir, znaczy - trzymaj się tego oszołoma!

***

Kiedy słońce powoli zaczęło oddalać się na spoczynek, Michał Awdaniec doglądał obozu. Nie mógł zmrużyć oka, a cokolwiek by nie zrobił - nie potrafił oczyścić głowy ze zbędnych myśli. Krążył z jednej strony w drugą, doprowadzając swoje pokaźnych rozmiarów cielsko do Samsonowego wysiłku.

Nie dostrzegał już jednak nadciągających wojsk. Czy takowe ciągle pozostawały w drodze - nie mógł ocenić. Nie potrafiąc jednak wytrzymać bezczynności w takim napięciu, postanowił działać. Uznał, iż jutro z samego rana wszystkie zebrane w Czyżach legiony wyruszą do Kalisza. Wyznaczył jedną drużynę do obrony grodu; ci w razie przybycia kolejnych posiłków mieli wskazać im drogę do zjednania się z Bolesławem...

Pozostawała jednak jeszcze jedna sprawa, równie nagląca. Awdaniec nie mógł sobie pozwolić na pozostawienie Mirosława ot tak w celi, żeby usiłował przekupić wojów. W razie ewentualnego powrotu w te strony młody książę nie mógł napotkać oporu, a uwięziony żupan - zażarty poplecznik bękarta Hermana - stanowił tylko pretekst do ponownego przejęcia Czyż przez zwolenników Zbigniewa.

Palatyn rozumiał, że tą decyzją w razie zwycięstwa starszego Hermanowica dawał pretekst do pogrzebania całego rodu Awdańców, lecz... to z Bolesławem związał swój los. Tak samo jak niegdyś jego ojciec wspomógł króla Bolesława II Śmiałego, tak i teraz na nim zawisło to miano. Ongiś, po wygnaniu owego szczodrego monarchy, zostali odsunięci od łask dworu. Tym razem nie mogli sobie na to pozwolić... a zmiana strony nie wchodziła w grę. Już było za późno, żeby się nad tym zastanawiać; Michał za bardzo w tym wszystkim tkwił.

Żupan Mirosław został skazany na śmierć, a zaraz po orzeczeniu wyroku - jego głowę ścięto mieczem według chrześcijańskiego zwyczaju.

Rozdział II

W marszu i w znoju

Młody Bolesław wychowywał się jako podopieczny Sieciecha, przez co był postrzegany za równie uległego jak ojciec. Nawet po wygnaniu palatyna niewielu możnych dawało drugiemu Hermanowicowi jakiekolwiek szanse. To Zbigniew cieszył się popularnością, to jego typowano na następcę Władysława I. Prawowity książę jednak wraz z każdym kolejnym rokiem pokazywał, iż nie miał zamiaru pójść w ślady rodzica. Po śmierci ojca, jeszcze w tym samym roku, rozpoczął prowadzenie własnej polityki. Wszedł w sojusz z Rusią, biorąc za żonę tamtejszą księżniczkę, oraz Węgrami, wspomagając swego kandydata do ichniego tronu. Usiłował także prowadzić działania zbrojne przeciwko Pomorzu, lecz przeszkadzały mu w tym ziemie brata. Na wszczęcie otwartego konfliktu z Borzywojem, następcą Wratysława czeskiego, również nie mógł sobie pozwolić - do tego potrzebował całego państwa. I w tym aspekcie Zbigniew ze swoją odrębną polityką stał mu na drodze. Zaraz po śmierci Władysława I Hermana po ziemiach polskich przetoczyła się fala kainowych najazdów, która ciągnęła się przez najbliższe cztery lata. Zginęło wielu dobrych ludzi. Księstwo, tracąc rangę królestwa, stanęło na progu wojny domowej. Bolesław jako pierwszy postanowił wyciągnąć pojednawczą dłoń - do próby zawarcia pokoju miało dojść roku pańskiego 1105. Zbigniew jednak uważał to za podstęp i nie zaprzestał działań wrogich bratu; nie poparł również jego planów podboju Pomorza. W wyniku tego młody Hermanowic niemalże postradał życie w samodzielnych walkach z poganami. Konflikt między braćmi wydawał się nieunikniony. Bolesław, aby pogrzebać szanse na zwycięstwo brata, wynegocjował z Czechami pakt o nieagresji; Zbigniew utracił jednego z najważniejszych sojuszników. W roku pańskim 1106 doszło do pierwszych poważniejszych zatargów między potomkami Hermana. Pomimo starań młodego Bolesława, to jego starszy brat wychodził w nich na prowadzenie. Wypatrując dogodnej okazji, jeszcze tegoż samego roku, Bolesław podjął wręcz szaleńczą próbę. Nie czekając na żadne obce posiłki, postanowił rozpocząć podbój. Pierwszym jego zamierzeniem było zdobycie Kalisza. "Z kronik zaginionych", autor nieznany, s. 132-133

- Wstawaj! - nieprzyjemny głos dostał się do uszu Uniemira. - Trzeba było spać w nocy, a nie siedzieć do padnięcia!

Łysy woj od lat miał problem z zaśnięciem. Ilekroć próbował się położyć, dopadała go jego własna przeszłość. Myśli nie pozwalały odpocząć, dlatego też albo czekał, aż wyczerpanie samo go uziemi, albo leżał, wiercąc się na wszystkie strony. Stąd wzięły się jego wory pod oczami, ślepia czaszki - jak uważali niektórzy.

Wczorajszej nocy spał wyjątkowo mało, analizując nie tylko dotychczasowe życie, ale i zmiany, jakie przyniósł ubiegły dzień.

Doprawdy, niewiele dane było mu odpocząć.

- Słyszysz mnie w ogóle? - nasilały się wrzaski. - Chyba nie zdechłeś po batach, co?

Po krótkiej przerwie i tak wielce wyczekiwanej przez Uniemira ciszy nastąpił prawdziwy atak. Ogolony najemnik poczuł lekkiego kopniaka w miejscu pleców. Niestety przez powikłania po przedwczorajszej bitwie oraz wspomnianą już karę - moc uderzenia zaatakowała go z kilkukrotnie większą siłą.

- Co ty robisz? - krzyknął Uniemir, otwierając oczy i dostrzegając niezbyt przyjemną twarz Sambora. - Rozum żeś postradał?!

- Mówiłem ci zawczasu, że nie mam go za wiele. - Uśmiech zdawał się nie opuszczać miejsca tuż pod jego haczykowatym nosem. - Już myślałem, że ucztujesz w Nawii. Musiałem jakoś sprawdzić... No mniejsza. Lepiej szybko się podnieś i chodź coś zjeść.

- Hę?

- No jeść - zdziwił się Sambor. - Co, stopniowo zapominasz o wszystkim? Kojarzysz gdzie jesteś, czy Czyże znowu wyleciały ci z głowy?

Uniemira nie zastanawiała poranna porcja jadła - to byłoby absurdalne. Dawno nauczył się, że póki dają pełną miskę, powinien z niej skorzystać. Dziwił go fakt, że został w tym celu obudzony. Przed dzisiejszym porankiem wielokrotnie zdarzało mu się spać dłużej od innych - musiał w końcu nadrobić niewypoczęte noce - przez co niezliczoną ilość razy wyruszał na przemarsz o pustym żołądku. Pierwszy raz, odkąd oddał swój oręż na służbę, ktoś w ogóle o nim pomyślał. Ongiś gdy nie zdążył wstać na śniadanie, co najwyżej usłyszał, że to tylko jego strata - i tak miał harować jak każdy inny. Czyżby wraz z młodym księciem nadchodziły nowe czasy?

Był jednak zbyt znieczulony, żeby docenić troskę kompana. Mimo wszystko nie potrafił ukryć, jak bardzo specyficznie się czuł. Przypomniał sobie nieprzyjemne, acz teraz wydające się wręcz błogimi, czasy dorastania. Przez chwilę miał wrażenie, że znowu wrócił do ciała dziecka, a przed oczami zamajaczył mu ojciec...

- Nie o to chodzi - stwierdził Uniemir, opamiętując się. - Dlaczego mnie budzisz?

- Jesteśmy w jednym szyku - oznajmił niby paw stroszący pióra. - Wypadałoby, żeby woj obok mnie nie zemdlał podczas ewentualnej walki. Zresztą, niedługo ruszamy. A ja nie mam zamiaru cię nieść, kiedy opadniesz z sił!

- Chyba pierwszy raz mi się to zdarza...

- Co? - zamienili się rolami. - Opadanie z sił? W takim razie nic tylko zazdrościć!

- Zapomnij - "Czaszkogłowy" nie miał w zwyczaju komukolwiek się żalić.

Trwożył się, że zaczął zawczasu przyzwyczajać się do swojego nowego przydomka. Od jego pierwszego padnięcia, Sambor rzucał go tak często, iż Uniemir prędzej zapomniałby własne imię. Na dodatek za Hałaśliwym zaczął powtarzać cały szyk, włącznie z Pawłem, który poznał genezę tego miana jeszcze przy słupie.

Obudzony mężczyzna dopiął pas z mieczem, a tarczę zostawił przy posłaniu. Cała ich dziesiątka miała wspólny namiot; Uniemir niekoniecznie im ufał, lecz nie sądził, że ci skradliby mu tarczę - ta była w znacznie gorszym stanie od którejkolwiek z pozostałych.

Miana reszty wojów z szyku zostały mu wczoraj przedstawione. On jednak - jak już miał w zwyczaju - zapomniał niemalże wszystkich. Kojarzył jedynie - z oczywistych powodów! - Sambora Hałaśliwego, Pawła z Czastramu, z którym podczas nocnej eskapady zamienił kilka słów, oraz samego dziesiętnika, Krzesimira, zwanego przez resztę Krzeszko - głównie z inicjatywy pierwszego z wymienionych.

- Michy rozdają tam, gdzie ostatnio? - dopytał się Uniemir.

Sambor pokiwał głową, a jego kompan, nie czekając na niego, opuścił namiot. Czaszkogłowy miał jednak "szczęście", gdyż jego druh podążył za nim.

***

Paweł z Czestramu siedział kilkadziesiąt kroków od namiotu swojego nowego szyku i ostrzył miecz. Zdążył już poznać wszystkich wojów, u boku których przyjdzie mu walczyć. Oprócz dowódcy oraz spotkanych przy słupie mężczyzn, byli tam jeszcze Bojan od koloru włosów zwany Rudym, Dobielut Kłótliwy i Tomisław Nijaki - najmłodsi cechujący się nieciekawymi charakterami - Wielobor Długi - ze względu na wzrost, Włodzisław, po krzepie w dłoni ochrzczony Silnym oraz Izbor, tak jak czestramczyk bez pseudonimu. Ci - mimo nazbyt wrzeszczącego dziesiętnika - wydawali się raczej opanowani i komunikatywni. A co jeszcze ważniejsze - żaden z nich nie sprawiał wrażenia kogoś, kto znalazł się tam przez przypadek. Wyglądali, jakby urodzili się i wychowali na polach bitew. Nie miał obaw przed tym, iż będzie zmuszony powierzyć im swoje życie.

Choć po prawdzie - jakby banalnie to nie brzmiało, nie zamierzał zginąć. Pan w końcu przeznaczył mu inną rolę. I spoglądając na ostrze, tylko sobie o tym przypominał. Dwóch spośród czterech morderców jego żony ciągle gdzieś tam przebywało. On wiedział, że są w Bolesławowych szeregach. Cel byłby jednak zbyt jasny, gdyby mógł powiedzieć w których. Lecz nie miało to znaczenia - odkąd stał się najemnikiem, żeby ich znaleźć, minęło bardzo dużo czasu. Cierpliwie czekał, aż Bóg pokaże mu zwyrodnialców, których będzie musiał pozbawić życia. Został nagrodzony wczorajszego dnia. I ukarany za to jednocześnie...

Podążając po tej ścieżce, musiał uważać, żeby sam nie stać się potworem. Zarówno w przypadku pierwszego z zabójców - Andrzeja, którego dopadł jeszcze w Czestramie i od którego zdobył najważniejsze informacje o pozostałych - tak i podczas walki z Gnieratem pragnął sprawić przeciwnikowi cierpienie. Chciał, żeby te gnidy odczuły chociaż cząstkę bólu, jaki sprawili jego Dobrosułce...

Grzeszył teraz samą myślą. A nie mógł sobie na to pozwolić. Przed chrztem wiódł życie godne pożałowania, lecz od czasu przyjęcia nowego miana - od ślubu z kobietą jego życia - musiał przejść całkowitą przemianę. Urodził się na nowo, jak mawiała mu żona. Zawsze pragnęła, żeby Paweł był jak najlepszym człowiekiem. Dziś, kiedy jej zabrakło, miał dodatkową aspirację, żeby kroczyć drogą wzorowego męża. Chciał jeszcze zobaczyć swoją ukochaną. Nie miał wątpliwości, że anioły zabrały ją prosto do Raju. Również aspirował, żeby się tam znaleźć, a ów cel był osiągalny tylko dla pobożnych ludzi. Bluźnił samą myślą, iż pragnął tam trafić dla kobiety, nie dla Stwórcy, lecz...

Nie mógł popełniać grzechów, jeśli chciał ponownie zobaczyć Dobrosułkę. Tyle w temacie.

- Patrzcie go - zawołał żołdak z grupy najemników nieopodal. - Ostrzy miecz. Niedługo na następnego będzie się czaił!

Po tej wnikliwej analizie sytuacji mężczyzna z niepełnym uzębieniem splunął. Nie podszedł jednak ani o krok bliżej; wręcz przeciwnie - rozpłynął się w ciżbie wraz z resztą kamratów.

Od wczorajszego pojedynku Paweł zyskał w obozie niemałą renomę. Wielu wojów brało go za przykład. Tak samo liczna grupa jednak życzyła mu śmierci. Jako dobry chrześcijanin, nie mógł odpłacić tym drugim nienawiścią; jedynie żałował, że nie byli w stanie go zrozumieć.

Z namiotu niespodziewanie wyszedł, niemalże wybiegając, Uniemir Czaszkogłowy. Zaraz za nim podążył Sambor, który wcześniej obrał sobie za cel obudzenie go. Paweł nie miał serca się tego podjąć - pamiętał, że łysy tarczownik obył się bez snu znacznie dłużej, niż on.

Wczorajszy dzień po uśmierceniu Gnierata i odbyciu kary nie mógł się na tym zakończyć. Kiedy tylko Paweł odzyskał siły, powstał i oznajmił reszcie nowopoznanych, że udaje się na przechadzkę po obozie. Chciał mieć pewność, czy w Czyżach na pewno nie ma pozostałej dwójki morderców. Większość, włącznie ze śmiertelnie zmęczonym Samborem, machnęła na to ręką, lecz wtedy wyłonił się z nich Uniemir. Mężczyzna spojrzał na niego swoim złowrogim spojrzeniem, po czym oznajmił:

- Zaczekaj, pójdę z tobą.

Pawła zdziwiły te słowa, lecz nie mógł mu niczego zabronić. Dwaj mężczyźni opuścili namiot i w ciszy wałęsali się od ogniska do ogniska, oglądając obce twarze. Niektórzy proponowali im gorzałę, lecz oni nie zatrzymali się nigdzie na dłużej. On chrześcijańskim zwyczajem grzecznie odmawiał. Czaszkogłowy z kolei zbywał wszystko milczeniem, ignorując ludzi wokół; tak też zachowywał się od wyjścia. Nic nie mówił - po prostu szedł obok, niby nieobecny.

Pięknolicy najemnik początkowo sądził, iż Uniemir chciał go w jakiejś kwestii wypytać - może o wczorajszy pojedynek? - lecz jego ciągłe milczenie zaczęło go niepokoić. W końcu, targany przez własne obawy, sam zabrał głos.

- Dlaczego ze mną poszedłeś? - z jego ust wyrwało się pytanie.

Czaszkogłowemu bardzo źle patrzyło z oczu, i uważał tak Paweł - ten, którego lico było martwe od śmierci Dobrosułki.

- Zawsze lepsze to niż siedzieć - odrzekł, co kompletnie nie kupiło bogobojnego czestramczyka.

- To był twój jedyny cel? Nie zamierzałeś rozmawiać?

- Jak chcesz coś mówić, to mów. Jeśli nie - przemilcz. Jestem z tych, którzy raczej dużo nie gadają.

Mimo że obaj poszli się przewietrzyć - tylko jeden z nich tak naprawdę miał to na myśli. A choć wzrok tego drugiego był iście złowrogi, to właśnie w nim kryła się szczerość.

- Kogo tak uparcie szukasz? - niespodziewanie zapytał Uniemir, dostrzegając ciągle krążącą głowę Pawła. - Jeśli nakreślisz jego wygląd, od biedy i ja mogę się porozglądać.

Pięknolicy najemnik początkowo przemilczał to pytanie, lecz później zdecydował się nachylić rąbka tajemnicy, która po prawdzie nią nie była. Nie po wczorajszym pojedynku.

- Zostało mi jeszcze dwóch - oznajmił sucho, a jego kompan z miejsca zrozumiał, o kim była mowa. - Dziękuję, ale nie potrzebuję pomocy.

Potem już nie rozmawiali. Przeszli spacer w ciszy, a po obejściu całych Czyż wrócili do namiotu. Paweł nie znalazł żadnego z dwójki morderców, odkrył jednak dziwną cechę nowego towarzysza broni - ten praktycznie nie sypiał. A przynajmniej nie zmrużył oka do czasu, aż zrobił to Paweł. Nie wyglądał nawet na takiego, który się do tego szykował...

I przez to chrześcijanin jeszcze mocniej dziwił się, widząc łysego mężczyznę z taką werwą wybiegającego z namiotu. Czyżby ten przywyknął do niewyspania? A może nękały go jakieś złe moce?

Jak nie przedstawiałby się powód, Uniemir był zapewne jedynym, który go znał. A po wczorajszym spacerze - Paweł zdawał sobie sprawę, iż ten z własnej woli nie będzie się zwierzał. On jednak nie powinien wtrącać się w cudze sprawy - to chyba również pozostawało grzechem? Porzucił zatem temat.

Naostrzony miecz włożył do pochwy, uważając, żeby ostrze nie zniszczyło skóry. Broń zyskał w podarku jeszcze od ojca. Otrzymał ją wraz ze słowami: "Obyś nigdy nie musiał z niego skorzystać". Jeszcze jako Ścibor zniweczył te nadzieje, lecz teraz... Czy ojciec spoglądał na niego z góry i wstydził się z poczynań swego jedynego syna? Zachodził w głowę, dlaczego w ogóle ostatni potomek w miarę zamożnego kupca oddał cały majątek w dzierżawę - drugi kontrahent umowy miał nadzieję, że wieczną - a sam wstąpił w szeregi armii jak podrzędny żołdak?

Chyba za późno na tego typu rozważania, jak sam uznał. Nie zamierzał zbaczać z tej drogi. Życie Ścibora Okrutnego zakończyło się na chrzcie, a Paweł umarł, gdy ujrzał zjadaną przez robaki żonę. To, co chodziło, co obserwował każdego dnia, było tylko pustą skorupą, która chciała jedynie dotrwać w zgodzie z Bogiem ostatnich dni.

Powstał, wiedząc, że pozostali udali się zawczasu na posiłek. Pan nie wyznaczył mu roli ascety - również potrzebował sił. Powolnym krokiem udał się do budynku, który okazał się być przepełniony rozdrażnionymi, niewyspanymi wojami. Ci domagali się ciepłej strawy i piwa. Niewielka grupa ludzi musiała ich obsługiwać, bodaj z każdą następną chwilą usilniej obawiając się o swoje życia.

Głodny najemnik przekroczył próg drewnianej chałupy, po czym zaczął rozglądać się za wolnym miejscem. Tego na pierwszy rzut oka trudno było się doszukać...

- Paweł - usłyszał niespodziewanie znajomy głos. - Chodź do nas!

Ryczał do niego Sambor, który, doprawdy, dobre znalazł sobie towarzystwo. Przy Uniemirze z obu stron przynajmniej dwa miejsca pozostawały wolne i nikt nie palił się, żeby je zajmować. Z takim druhem nawet "Hałaśliwy" nie musiał obawiać się kilku słów za dużo...

Czaszkogłowy nie wydawał się jednak zadowolony z kompana; owa obecność działała mu na nerwy. Obserwując jego nienawistny wzrok, Paweł nie wiedział, czy powinien podchodzić. Zapewne w oczach Uniemira jawiłoby się to jako kolejna przeszkoda do upragnionego spokoju.

- Nie stój w drzwiach - przekonywał Sambor. - Chodźże!

Wtedy Paweł postanowił podjąć decyzję, która na zawsze odmieniła jego życie. Przed nią, od śmierci Dobrosułki, samotnie przemierzał szeroki świat. Obecnie jednak dalsza temu podobna przyszłość waliła się w posadach. Wraz z jego kolejnym krokiem nie miało zostać już po niej nawet śladu.

Piękny woj nie bez obaw usiadł z pozostałą dwójką "indywiduów", za które uważał ich cały obóz. O dziwo - nie potrzebował dużo czasu, żeby zacząć czuć się z nimi dobrze, na swoim miejscu - można wręcz rzec. Wczorajsze baty na dobre połączyły ich losy, nie tylko jako towarzyszy broni. Ci ludzie mieli stać się dla siebie braćmi.

Mimo że tylko Sambor tego chciał, i Paweł znalazł swoją "watahę". A choć prawie o tym zapomniał, musiał przyznać - należeć gdzieś nie było złym uczuciem.

***

Niekiedy przemarsz kilku szyków potrafi sprawić kłopoty; gdy jednak mówimy o całych legionach - problem narasta jak tłuszcz w ciele Michała Awdańca przez ostatnie lata.

Palatyn praktycznie nie przespał ubiegłej nocy, przez co był niezwykle zmęczony, ale i pobudzony. Chyba tylko dzięki Boskiej Opatrzności wytrzymał w bezczynności do czasu, aż wojowie zdążą coś zjeść. Sam powstrzymał się od posiłku - zapasów miał w sobie aż nadto.

Masa niepomytych misek i praktycznie ogołocony spichlerz - tyle ostatecznie zostało po całej armii, która jeszcze z rana znajdowała się w Czyżach. Ktokolwiek musiał sprzątać ten bałagan i martwić się o zapasy - Michał cieszył się, iż nie znał go osobiście. Nie pomyślał o tym, lecz nowy żupan tej miejscowości - kimkolwiek go ubiegłego dnia uczynił - został awansem niemalże ukarany. Wszystko działo się w takim pośpiechu, iż Awdaniec zapomniał o całym grodzie, śmierci Mirosława i wszystkim innym. Liczyło się tylko jak najszybsze zjednanie z Bolesławem. Książę musiał otrzymać posiłki.

Zaraz po opróżnieniu wcześniej wspomnianych misek z kaszy, każdy woj zapakował swój sprzęt na powóz, a to, czego nie mógł - ścisnął w dłoniach i rozpoczął podróż. Chociaż to zbyt dużo powiedziane - on po prostu był gotowy. Problem pozostawał taki, iż ich znajdowało się tam mnóstwo, a bez wozów z zapasami jadła nie mieli co wyruszać. Ponad pół dnia im zeszło, zanim zdążyli zapakować wszystko na powozy i powoli udać się w drogę.

Tak szybko, jak Czyże zapełniły się żądnym krwi ludem, w takim też pośpiechu gród opustoszał. Horda uzbrojonych mężów opuściła drewniane obwarowania, aby już nigdy tam nie powrócić.

Na samym końcu kroczyli najemnicy z pospolitego ruszenia. Przed nimi znajdowały się dalsze drużyny książęce oraz rycerstwo za biedne na zakup rumaka. W środku podążały powozy wraz z zapasami jadła - w najgorszym razie stary możny uznał, że mogą zjeść także zaciągnięte woły...

Michał Awdaniec jechał na czele, razem z masą możnych, których za nic nie lubił, synem, o którego los martwił się każdego dnia - Skarbimirem - oraz resztą pancernych. Jego koń ledwo znosił ciężar tłustego ciała; nawet po kilku miesiącach zwierz nie zdołał się do niego przyzwyczaić. Palatyn wiedział, że był za gruby - a rumaki zmieniać musiał dość często. Jednak za dużo lat miał już na karku, żeby cokolwiek z tym zrobić.

Następne dni były dla całej armii trudne. Pancerni musieli prowadzić swe konie przez lasy; z wołami było jeszcze gorzej. Nawet kiedy natrafiali na drogi - te były zbyt wąskie, żeby pomieścić chociaż połowę z nich. W efekcie czego albo bardzo się ciskali, albo pojedyncze szeregi oddalały się od siebie, upodobniając do ogromnego węża, nieubłaganie pełzającego przez polską ziemię. Dostrzeżono nawet zgraję turów, która uciekła na widok tak licznych wojów. Choć zapowiadało się na piękną pogodę, przez najbliższe dni padało. A deszcz nie wpłynął dobrze na morale ludzi. Najemnicy czuli wodę w butach, zalewała im także twarze, ponadto - nie mogli rozpalić ogniska. Noce nie były chłodne, lecz wielu z nich zakończyło ten tydzień z przeziębieniem. Ale w owych czasach nikt się tym nie przejmował - sami kichający najmniej.

Rozbijanie obozu dla tak dużego wojska również stanowiło nie lada problem i zajmowało masę czasu. Awdaniec, zamierzając jak najszybciej dotrzeć do księcia, nakazał co biedniejszym wojom spać pod gołym niebem. Rycerstwo również otrzymało ten rozkaz, lecz ci nie znieśliby takiej zniewagi - rozkładali namioty mimo to; nie chcieli zrównywać się z niższymi stanem. Choć sam palatyn zamierzał wypoczywać pod gwiazdami, nie mógł upokorzyć się przed niżej postawionymi od siebie - również musiał rozbijać namiot. Gdyby tego nie robił, inni możni zaczęliby podważać jego autorytet. Czasami zapominał, że znajdował się w leżu żmij.

Ostatecznie tylko pospolite ruszenie usłuchało rozkazu, choć i oni byli temu niechętni. Ich od innych wyróżniało jedno - nie mieli wiele do gadania, gdy w grę wchodziły słowa możnego. Spali na trawie, narzekając niemalże chóralnie.

Trzy kolejne dnie były niezwykle słoneczne i palące. Jak wcześniej wojowie skarżyli się na brak słońca, tak teraz krzyczeli, że jest go za dużo. Dobrze, że palatyn nie musiał im dogadzać, bo w przeciwnym razie nie dotarliby do Bolesława i po roku!

Na pierwszą wioskę natrafili po tygodniu. Liczyła może z dziesięć chat. Wszystkie zrabowali żołdacy z końca ich przemarszu. To była wina Awdańca, gdyż nie powiedział nic, gdy je mijali - dla tej hołoty, którą przewodził, jednało się to z przyzwoleniem na każdą niegodziwość. Nie wiedział, co dokładnie się tam stało, lecz z przeciwnego horyzontu wyciekał dym, gdy się odwracał.

- Pater, dimitte illis, non enim sciunt, quid faciunt1 - skwitował Michał Awdaniec i nie patrzył więcej za siebie.

Doskonale zdawał sobie sprawę, że jego ludzie zrabowali, co się dało, a to, czego nie byli w stanie unieść - spalili. Chaty spłonęły, zapewne ze zhańbionymi kobietami i ich mężami oraz dziećmi w środku. Palatyn miał tych nieszczęśników na sumieniu, za co dzisiejszego wieczoru, w odosobnieniu i przed krzyżem ukarał się batami.

Zasnąć mu było trudno, lecz odkąd wyruszyli, nie zdarzyła się noc, której by nie przespał. Często miewał koszmary, lecz rychło przestało go to trapić; przywykł, że męczy się i na jawie, i we śnie. Wypocznie po śmierci - na co szczerze liczył.

Gdy z oddali ujrzał kolejną wieś, tym razem większą, zawczasu nakazał wojskom na tyłach zabrać dodatkowe zapasy i odłożyć je do reszty. Wiedział, że nie powstrzymałby tych zdziczałych żołdaków przed stratowaniem osady niczym owada pod liściem, lecz rozumiał, jakimi prawami rządziła się wojna. I zamierzał to wykorzystać - jeśli pod jego dowództwem mają już grzeszyć, niech cała armia coś z tego ma.

Tak też do szabrowania zostali wysłani najemnicy z tyłów wojska, którzy według przypuszczeń - i tak mieli dokonać zniszczeń. Oficjalnie zakazano im mordować, lecz i bez tego się nie obeszło. Wielu pchało się do owego zadania, nieliczni z oddania swemu panu, którego w większości przypadków nie widzieli na oczy.

Wśród osób wyznaczonych znajdowali się również ludzie z oddziału świercznika zwanego Krzesimirem.

***

Krzyki przerażonych wieśniaków dawało się posłyszeć z każdej strony. Nie było chałupy, która pozostawałaby "zwolniona od podatku" względem księcia. Choć ciągle znajdowali się na polskich ziemiach, w praktyce to było wrogie księstwo. Mogli zrobić tym ludziom cokolwiek - zapewne nie otrzymaliby kary. Poprzednia wioska, którą złupili, została spalona w geście samowoli. I nikt nie wypowiedział na ten temat choćby słowa.

Sambor doglądał z lękiem, co tamtego dnia się stało, lecz nie pomyślał nawet, żeby zainterweniować. Odpowiedzią na te wszystkie okrucieństwa w oczach Uniemira była jedynie obojętność; patrzył na przelewaną krew, jakby to był płynący strumyk. Najbardziej niespokojnie zachowywał się Paweł, który nie potrafił znieść widoku cierpiących ludzi. Jednocześnie rozumiał, jak niewiele mógł w tej sprawie zdziałać - jeden miecz nie był w stanie pokonać armii. I nawet Jezus Chrystus nie wybawiłby go od śmierci, gdyby rzucił się na dziesiątki szyków.

Mąż o haczykowatym nosie niepokoił się, obserwując jego rozgoryczenie. Widział, że piękny mężczyzna szczerze byłby skłonny stanąć w obronie uciśnionych. Już się obawiał, że będą z Uniemirem zmuszeni go siłą od tego powstrzymywać. Można sobie zatem wyobrazić, jak bardzo zatrwożył się, gdy ich szereg został wyznaczony do ogołacania chat. Tym razem nie mieli obserwować wszystkiego z boku. I nikt nie mógł przewidzieć, jak w obliczu niesprawiedliwości, stojąc z nią twarzą w twarz, zachowa się Ścibor Okrutny, obecnie chyba bardziej nadający się na miano "Świętego". A przynajmniej tak twierdził Sambor Hałaśliwy po spędzeniu kilku dni z tym niezwykle pobożnym człowiekiem.

Paweł z Czestramu każdego poranka modlił się do Boga, następnie z pokorą wykonywał wszystkie polecenia. Nieważne, jak bardzo był zmęczony podróżą; on potrafił pracować za dwóch. Na każde kalumnie skierowane w swoją stronę odpowiadał pod nosem: "Przebaczam", a słysząc niegodziwe plotki, zdawał się bardziej współczuć plotkującym niż własnej osobie. W tłumie zdarzało mu się wypatrywać jakichś twarzy, lecz ogółem wydawał się mało towarzyski, niezwykle grzeczny i spokojny.

Poszczęściło się jednak temu człeczynie, który nie mógł patrzeć na ludzką krzywdę! Rozkaz był jasny - zabierać żywność, nie zabijać. A choć wojowie bardzo się na to ochocili, nie uśmiechały im się baty. Wiele incydentów już niemalże miało miejsce, a przerażenie chłopów nie pomagało w uniknięciu ukazania wyższości. A jakby tego było mało - dużo mężów powątpiewało, że ktoś zaniósłby skargę.

Kobiety krzyczały, dzieci płakały, a mężczyźni - o ile się na to odważyli - wykłócali się o swoje dobra; niektórzy nawet błagali. Nikt jednak nie potrafiłby przekonać żołdaka, któremu dano rozkazy. Zabierano worki z pszenicą, beczki z zakonserwowaną żywnością, a nawet żywe zwierzęta. Niektórzy z wojów zdawali się wręcz oczekiwać wdzięczności, że nie puszczali domostw z dymem.

Akty przemocy okazały się jednak nieuniknione. Znaleźli się chłopi, którzy "dysputowali zbyt doraźnie" i najemnicy "zostali zmuszeni", żeby ich unieszkodliwić. Zazwyczaj po tym dochodziło również do wymordowania rodzin śmiałków. Kobiety miały szczęście, jeśli czekała ich w takim przebiegu wypadków jeno śmierć.

Sambor cały czas doglądał towarzysza wyrywającego się do pomocy; Pawłowi zdarzyło się za każdym razem zwracać uwagę wojom, którzy dopuszczali się mordów. Nigdy jednak nie trafił na miejsce, żeby było kogo ratować. Ku własnemu dobru, oczywiście. Ten człek zdawał się być kompletnie nie na swoim miejscu. Co pchnęło go w te szeregi? - można było zadać pytanie... Zaraz potem jednak Hałaśliwy zdał sobie sprawę, że znał odpowiedź. I była ona najprawdopodobniej jedyną plamą na nieskazitelnym charakterze czestramczyka. Czym nie usprawiedliwiałby zemsty, tak właśnie przedstawiał się jego główny cel. Słuszny? Nie mnie oceniać.

Pięknolicy tarczownik mimo tego, iż niewiele mógł zdziałać - miał okazję pokazać, że był znacznie lepszym mężem, niż którykolwiek inny z obecnych. Dobry człowiek w bardzo nieodpowiednim miejscu...

Podczas gdy Sambor i Uniemir zabierali beczkę z jednej z chat, wybiegły z niej płaczące dzieci.

- Zostawcie, zostawcie - krzyczały. - Łajdaki, łajdaki!

Kopały żołdaków po nogach, choć z boku stali ich rodzice i nakazywali im zaprzestanie. W tym konkretnym przypadku niedorostki miały więcej odwagi od dorosłych.

Niepodobna jednak, aby ten przejaw męstwa okazał się skuteczny. Nie mogąc znieść ciągłych pisków dzieci, Uniemir kopnął jedno z nich, zwalając z nóg. Brzdąc upadł, płacząc przeraźliwie. Podbiegła do niego matka, lecz ten wyrywał się z jej ramion; chciał dalej "walczyć" o swoje. Jego brat nie był już tego taki pewny, lecz nie miało to znaczenia.

Najprawdopodobniej gdyby smark postawił na swoim - zginąłby. Z pomocą przyszedł mu Paweł z Czestramu. Mężczyzna nie znał tego dziecka, jego brata, czy rodziców. Mimo to wyciągnął połowę monet ze swej pełnej sakwy i przekazał je matce bojowego chłopczyka. Zostawił sobie dokładnie tyle, ile potrzebował na własne utrzymanie. Nic więcej.

- Pójdźcie do grodu po zapasy - nakazał jej. - Za tyle wyżyłbym przez rok. Wam starczy na kilka miesięcy.

- Dziękuję - wydyszała przerażona całą sytuacją kobieta.

Chłopi zaliczali się do najmniej uduchowionej grupy społecznej na tych ziemiach. Najprawdopodobniej chłopka słyszała miano Chrystusa kilka razy, niewykluczone, że nosiła wystrugany krzyżyk, ale gdyby przyrównać Pawła do anioła stróża - nie wiedziałaby, o co chodzi, nie licząc podpowiedzi ze starych wierzeń. Z pewnością jednak to porównanie było jak najbardziej trafne. Sambor nie wyobrażał sobie, że mężczyzna bez sprawczych woli wyższych mocy byłby skłonny odstąpić własnego mienia ot tak.

- Co ty mówisz? - Paweł zaczął się oddalać. - Gdybyś mnie nie spotkała, nigdy byś ich nie potrzebowała...

Zostawił tę rodzinę z bólem, wiedząc, że pomógł w kradzieży. Nie liczyło się, że nieco to załagodził. I tak będzie musiał odpokutować za ten grzech.

Zajęty obserwacją jednego druha, Sambor kompletnie zignorował Uniemira Czaszkogłowego, o którym nie wypadało zapominać. Popełnił ten błąd tylko jeden raz i szybko przekonał się, jak potrafi zaskakiwać łysy tarczownik. W przeciwieństwie jednak do Pawła - szokował w tę drugą stronę.

Kiedy Hałaśliwy wyprowadził z entej chaty krowę, zaraz za nią wybiegł chłopak. Nie był już dzieckiem, lecz do mężczyzny miał jeszcze daleko. Błagał, żeby zostawili zwierzę i wcześniej zagarnięty worek z pszenicą.

- Bez tego nie przeżyjemy - zaczął młodzieniec. - Ojciec pomarł zeszłej zimy. Ledwieśmy go pochowali, a mojego brata zmogła choroba i też nas opuścił. Zostałem głową rodziny. Sam z matką i dwiema siostrami. Nie mamy więcej, zaklinam was, nie zabierajcie nam tego! Skażecie nas na śmierć w mękach!

Sambor zamierzał zignorować narzekania, lecz Uniemir zaskoczył go wtedy, podchodząc do chłopaka. Chłop początkowo cofnął się do tyłu, lecz szybko powstrzymał się od ucieczki. Jako głowa rodziny musiał być odważny. Na to teraz był czas. Mniejsza, jak bardzo się bał - nie mógł wrócić z pustymi rękami.

- Jesteś pewny, że nie dacie rady przeżyć? - zapytał spokojnie Czaszkogłowy.

- Tak - upierał się chłopak. - Będziemy kolejno umierać z głodu, jeśli nam nie...

Uniemir nie potrzebował więcej; jego miecz w błyskawicznym tempie wyszedł z pochwy. Zaraz potem znalazł się w piersi młodzieńca. Zaatakowany patrzył na łysego męża z przerażeniem, niby wpatrując się w mrok oczu Kostuchy. Wykrwawił się niezwykle szybko.

Widząc mord, Paweł spróbował podbiec do towarzysza, lecz ten działał zbyt raptownie - w mgnieniu oka znalazł się pod chałupą, gdzie samotna matka zamknęła przed nim drzwi. W nerwach zapomniała jednak o specyfice własnego domu; ten posiadał dużo "otworów". Uniemir wszedł spokojnie przez okno i przystąpił do dzieła.

Sambor i Paweł usłyszeli krzyki. Momentalnie jednak zastąpiła je grobowa cisza. Nie ruszyli się, lecz z letargu wyrwał ich Uniemir, który z hukiem otworzył drzwi. Na jego twarzy odznaczała się krew, lecz miecz miał czysty; musiał go wytrzeć o zabitych.

Ostrze znalazło się w pochwie, a wojak obok swych skonsternowanych towarzyszy.

- Akt łaski - oznajmił sucho Uniemir Czaszkogłowy.

- Coś ty uczynił? - nie dowierzał Paweł.

- Nie będą umierali tygodniami - podsumował łysy woj, definitywnie kończąc temat.

Zaraz potem się oddalił, zabierając worek pszenicy i zostawiając dwójkę kompanów. Tym razem nikt nie chciał pójść za nim, a ich wcześniejsza znajomość wydawała się dawnym wspomnieniem; pozostali patrzyli na niego jak na obcego człowieka, o którym właśnie dowiedzieli się potwornych rzeczy. Czy można go jednak negatywnie oceniać? Nie jestem taki pewny. Tak samo nie był również Sambor Hałaśliwy, który wydawał się nie tyle obrzydzony co - zaskoczony. Paweł z kolei nie miał nawet sił o tym myśleć. Nie potrafił wejść do budynku, gdzie leżały pozostałe ciała. Czas nie pozwalał mu ich pochować. Jedyne, co mógł zrobić, to żałować. Żałować, że nie miał przy sobie więcej denarów.

***

To, co chwilę temu miało miejsce, było niezwykle traumatyczne dla Pawła z Czestramu. Nie tyle z racji potwornego widoku - od spożywanej przez robaki Dobrosułki nic nie robiło na nim wrażenia. On ganił się, gdyż nie powstrzymał rzezi. Czuł się bezsilny, lecz nie wiedział, czy w Oczach Boga również tak to wyglądało. Co jeśli właśnie zyskał kolejny, równie ciężki do wymazania co pozostałe, grzech?

Zostawił Sambora z krową przy chacie, po czym sam krążył po wiosce, obserwując, co robią inni wojowie. Zdawał się być nieobecny. W głowie kłębiło mu się multum myśli, które nie chciały dać spokoju. Dopadło go to, co zawsze rozważał w tego typu sytuacjach. A było ich już kilka...

Czy ja jestem dobrym człowiekiem? - zadawał sobie pytanie. Jeśli wszystkie jego chwalebne uczynki służyły egoistycznemu marzeniu zjednania się z żoną, czy tak naprawdę mógł o sobie powiedzieć "ten uczciwy"? Pan wie wszystko, na pewno zdawał sobie sprawę z powodów nawrócenia się Pawła. Nie miał pojęcia, jak On może go oceniać. Czy zawczasu skazał go na potępienie?

Nie pomni, ile razy już o tym myślał. A czym więcej nocy przez to nie przespał, tym bardziej się bał. Lękał się siebie. Wracał tedy do czasów Ścibora Okrutnego, którym... obawiał się, że ciągle był.

Od rozmyślań wyrwał go krzyk. Potworny wrzask błagającej o pomoc kobiety. Powiedzieć, że dla Pawła było to jak wiadro zimnej wody, w żadnym stopniu nie odda jego uczuć. Mężczyzna miał wrażenie, że usłyszał swoją żonę. Z miejsca zaczął biec w stronę "jej" głosu.

Choć zdawał sobie sprawę, że to nie mogła być ona - poczuł żal, jakby umarła po raz drugi. Miast niej zastał obcą kobietę trzymaną przez dwóch wojów, z trzecim na podorędziu. Chłopka została zaciągnięta przez mężczyzn w miejsce bez zbędnych oczu. Trzeci z gwałcicieli właśnie rozwiązywał sznurówki na gaciach.

Paweł, mimo że bardzo tego nie chciał, wyobraził sobie, iż tak w ostatnich chwilach życia wyglądała Dobrosułka. Blond włosy cierpiącej właśnie dziewczyny tylko pomagały zjednać dwa wydarzenia. Piękny woj poczuł nieprzeniknioną wściekłość. Twarz nieznanej kobiety przez chwilę wydała się tak nieskazitelna jak jego żony. Mimowolnie z oczu poczęły cieknąć mu łzy.

Nie pozwolił mężczyźnie szykującemu się do gwałtu dopiąć swego; odepchnął go od dziewki, zwalając z nóg.

- Puśćcie ją - krzyknął do pozostałej dwójki.

Wskazani byli zdziwieni jego obecnością. Nie ruszyli się jednak, zrobił to ich leżący kolega i to nie tak, jak nakazał czestramczyk - mąż jeno podniósł się z trawy.

- Czego chcesz? - oburzył się powstały, ledwie powstrzymując się od sięgnięcia po topór. - Nie widzisz, że jesteśmy zajęci?!

- Ty?! - zawył jego kompan, rozpoznając Ścibora Okrutnego. - To ten, co zabił własnego druha w pojedynku!

- Rzeczywiście! Tak znane osobistości przyłażą do nas, kiedy raz na jakiś czas mamy ochotę na trochę prywatności!

Paweł patrzył na nich z taką samą nienawiścią jak na Gnierata i Andrzeja swego czasu.

- Zostawcie tę kobietę - nakazał stanowczo. Nie miał zamiaru pozwolić, by na jego oczach którakolwiek niewiasta odczuła to, co potwory w ludzkich skórach zgotowały Dobrosułce. - Już!

Cała trójka ścisnęła bronie w dłoniach. Paweł z Czestramu podążył ich śladem.

- Wynocha - mówił, przyjmując postawę. - Więcej nie będę powtarzał.

Zaatakował go wcześniej powalony mąż. Pięknolicy sparował cios i kopnął go w kolano. Uderzenie było tak mocne, iż mężczyzna jęknął i upadł. Nie mógł ponownie wstać.

- Złamałeś mi nogę! - ryknął w złości.

Pozostała dwójka, kończąc patyczkowanie się z obrońcą niewiasty, rzuciła się na niego. Paweł zdołał obronić jedno uderzenie, lecz tamci mieli dwukrotnie więcej rąk - szybko dostał pięścią w twarz. Upadł, a wtedy pozostali zaczęli niemiłosiernie go kopać.

Próbował kontratakować, lecz nie sięgał broni, a z dwójką napastników nie miał zbyt dużej szansy na ruch. Nie dali mu wytchnienia, żeby wstać. A nie zamierzali szybko, za pomocą broni, zakończyć jego żywota. Myślał, że będą go bić, aż umrze.

Tedy jednak jeden z napastników raptownie runął na ziemię. Jak się okazało - rzucił się na niego inny woj. Wysłannik Niebios, jak Paweł początkowo sądził. Zdziwił się wielce, gdy zrozumiał, że...

Jego wybawcą był Uniemir Czaszkogłowy, okrutnik, który kilka chwil wcześniej zamordował kobietę i jej dzieci. Okładał bez opamiętania mężczyznę, który w poprzednim momencie bił Pawła. Łysy tarczownik aż się zapluł. Atakował z taką agresją i wściekłością, iż drugi napastnik odstąpił od chrześcijanina. Zaraz potem zabrał kulejącego druha i uciekł.

Ten trzeci, po tym jak Uniemir z nim skończył, nie oddychał.

Kobieta, o której Paweł kompletnie zapomniał, zdążyła już dawno skryć się w chacie. Wiedział, że nie otrzyma od niej ani słowa podziękowania, lecz nie powinien na nie liczyć - on był po jednej stronie z tymi, którzy zamierzali ją skrzywdzić.

Czaszkogłowy niemalże podniósł czestramczyka z ziemi. Oddał mu jego oręż, po czym zaciągnął mężczyznę kilka domów dalej, co by nikt nie skojarzył ich z trupem. Paweł za drugiego zabitego na przestrzeni tak małej ilości dni niechybnie poszedłby na stryczek. Lecz Uniemir nie zrobił tego dla niego! Raczej ratował siebie od batów - on załapał się przypadkiem.

Gdy znaleźli się kilka chat od miejsca zdarzenia, Uniemir postawił Pawła do pionu.

- Dziękuję - odparł chwilę wcześniej pobity. - Nie przypuszczałem, że...

Niespodziewanie łysy woj przycisnął go do drewnianej ściany. Zaraz potem dał mu w twarz.

- Coś ty sobie myślał? - wnerwiał się. - Umrzeć ci się zachciało? Dla obcej dziewki?

Uderzył go znowu.

- Nie wiem, jakimi urojonymi zasadami się kierujesz, ale jedno ci wyjaśnię - nie ustępował. - Nikt na tym świecie nie jest wart pomocy! Nikt, rozumiesz? Mężczyźni, kobiety, dzieci - każdy z nich ma coś na sumieniu. Każdy chce zaspokoić swoje i tylko swoje żądze. Każdy jest chciwy. Wszyscy oszukują się nawzajem. Za kimkolwiek byś nie chciał się wstawić, tylko dałbyś się wykorzystać! Tak jak chwilę wcześniej! Czujesz się lepiej, żeś się za nią bił? Oby, bo prawieś przez to zginął!

- Nikt nie jest wart pomocy... - powtórzył za nim. - O sobie też tak powiesz?

Uniemir uśmiechnął się gorzko.

- Mi nikt nigdy nie pomógł.

Kolejny strzał z pięści złamał Pawła z Czestramu. Nie wiedział, co miałby rzec, żeby agresor się uspokoił. Był za słaby, żeby oddać, a poza tym - Chrystus nie tak nauczał radzić sobie z problemami. Postanowił więc chwycić się za ostatnią deskę ratunku - prawdę, o której wolałby zapomnieć.

- Moja żona - wyszeptał, nie chcąc otrzymać następnego ciosu. - Moja...

- Ona nie żyje! To ty ciągle dychasz! A jak dasz się zabić, wątpię, czy byłaby zadowolona!

- Ja... ja...

- Co "ty"?! - Przycisnął go jeszcze mocniej.

- Zobaczyłem ją... w tej dziewczynie... Myślałem... Myślałem... że z nią zrobili to samo... Nie mogłem pozwolić, żeby to się powtórzyło...

Czaszkogłowy głośno westchnął, po czym puścił zrozpaczonego męża. Nie wydawał się akceptować jego zachowania, lecz rozumiał pobudki, jakimi się kierował.

- Krzeszko się irytuje - oznajmił po krótkiej ciszy. - Ogarnij się i chodź. Przysłał mnie, żebym cię znalazł. To nie polana, żeby napawać się widokiem.

Z tymi słowy udał się przed siebie. Paweł przez chwilę stał w osłupieniu, po czym poszedł śladem kompana. Nie potrafił zrozumieć tego człowieka, lecz on najprawdopodobniej rozumiał jego. A choć Uniemir wiele zła dzisiaj dokonał - pięknolicy nie potrafił go potępić. Jeśli zatem nie odczuwał odrazy do jego grzechów, czy to znaczyło, że sam pozostawał równie grzeszny? A może Uniemir Czaszkogłowy nie był tak zepsuty, jakim się wydawał?

Armia nie odczuła ubytku ubitego za chłopską chatą woja, a jego kompani - po tym, co zobaczyli, nie ośmielili się puścić pary z ust. Ów bezimienny człek po prostu zniknął.

Nigdy więcej nie wspomniano o tym mordzie.

***

Po ogołoceniu całej wioski nie natknęli się więcej na żadne osady. Przed nimi odznaczała się jedynie masa drzew i krzewów.

Za zabójstwa dokonane w trakcie zadania nikogo nie czekała żadna kara. A powód tego był iście prozaiczny - nie było na to czasu. Ciągle mieli przed sobą jeszcze długą drogę...

Jak poprzednie dnie niekoniecznie można zaliczyć do przyjemnych, tak następne przyniosły ocieplenie, nie nad wyrost będzie powiedzieć - także odpoczynek dla całej armii. Marsz nadal pozostawał ciężki, lecz słońce im dopisywało, a i nie było wielce duszno.

Nie każdy w pospolitym ruszeniu wiedział, gdzie zmierzają; tylko ci, którzy kojarzyli te tereny, mogli powiedzieć coś więcej, lecz i oni milczeli. Zresztą, wojowie nie musieli rozumować o tym, gdzie zmierzają - oni mieli jeno słuchać. I robili to wytrwale.

Relacje trzech mężów z szyku Krzesimira, pomimo środka lata, znacznie się ochłodziły. Choć przez poprzedni tydzień byli niemalże nierozłączni, obecnie krążyli obok siebie, szybując z głowami w chmurach.

- Co się stało? - niektórzy zadawali im pytanie.

- Nic - odpowiadała kolejno cała trójka.

Stała się nawet rzecz, która według niektórych miała mieć miejsce tuż przed apokalipsą - Sambor Hałaśliwy zamilkł. Podejrzewano, że na dobre. Wcześniej to on trzymał tę niewielką grupę w całości; był nicią, która spajała pozostałych. Gdy jednak mężczyzna zaczął wydawać się obecny jedynie ciałem, pozostali wojowie zaczęli stopniowo się oddalać.

Uniemir Czaszkogłowy, nie zmieniając swoich zwyczajów, ciągle trzymał się na uboczu. Nie było jednak kolejnych śmiałków, którzy paradowali za nim. Nie jawił się jako zamyślony. Któż jednak mógłby powiedzieć, co naprawdę kłębiło się w jego głowie? Z oczodołów czaszki nic nie dało się odczytać.

Paweł przez następne dni wydawał się cierpieć od samych promyków światła; spochmurniał, a jego twarz zdradzała ból nieco bardziej niż zwykle. Nikt nie był w stanie powiedzieć, czym frasował się ten pobożny człowiek, lecz musiało to być coś poważnego. Niektórzy żywili nadzieję, że zachorował i życzyli mu szybkiego zgonu. A mieli ku temu podstawy - coś ewidentnie było nie tak. Od czasu splądrowania wsi nie dało się dostrzec, żeby chrześcijanin chociaż raz się pomodlił. Mimochodem zaczął przypominać kukłę, za którą od śmierci żony się uważał.

Ta zmiana nie mogła uciec innym wojom w szyku, tak samo pobocznym żołdakom. Dziwili się oni, że "tak dobrze zapowiadająca się przyjaźń" zdawała się nieudanym eksperymentem. Przywykli do tego, że najdziwniejsi z nich trzymali się razem - nie obawiali się tedy, że któryś z odmieńców zacząłby szukać nowego towarzystwa. Trwożyli się, że prędzej czy później to może się zmienić...

Tak się jednak, ku ich radości, nie stało. Znani na cały obóz mężczyźni przeszli resztę drogi w ciszy i zamyśleniu, rozmawiając jedynie ogólnikami. Najbardziej zastanawiał w tym stanie Sambor, o którym zaczęto mówić, iż jeden z pozostałej dwójki w gniewie wyciął mu język. Paweł i Uniemir zyskali za to nieukryty szacunek, choć zwolennicy tej teorii nie mieli odwagi zapytać, któremu zawdzięczają ów rycerski wyczyn. Plotka wygasła jednak na przestrzeni dni. Na początku szczerze dziwiono się, gdy haczykowatonosy woj raz na jakiś czas coś mówił, lecz kiedy ten w końcu zbluzgał skonsternowanych - sprawa ucichła. Czyżby język mu odrósł? - nie poddawali się jednak zatwardziali krzewiciele tej historii. Zastanawiano się, jaka magia odpowiada za te dziwy.

***

Nie sposób wyrazić słowami radości, jaką odczuł Michał Awdaniec, dostrzegając z oddali ogromny gród. Kalisz ukazał się w pełnej okazałości. Jego mury - nie tylko z racji materiału - zdawały się przypominać ogromny las pozbawiony liści. Przedstawiały się doprawdy złowieszczo, a wojowie nań stojący przypominali w oddali bezduszne zjawy.

Nie to jednak napełniało jego serce szczęściem. Zrobiła to masa rozstawionych wokół Kalisza namiotów - obóz Bolesława!

Kiedy legiony Michała stanęły przed sprzymierzoną armią, początkowo wojowie ze stacjonujących pod murami szeregów zatrwożyli się, obawiając, iż trafili na wsparcie ze strony wroga. Ich lęk minął jednak szybko i ustąpił euforii. Dostrzegając tyle dodatkowych mieczy, poczęli skakać i wiwatować. Nawet jeden z możnych, niejaki Sobiesław Strzemieńczyk, nie powstrzymał emocji i zawołał z radości, zauważając tłustą osobę Awdańca. Było to tym dziwniejsze, że obaj panowie się nie trawili. A powiadają, że wojna tylko dzieli ludzi - pomyślał stary palatyn, nieszczerze uśmiechając się do Strzemieńczyka.

Jego wyczerpany rumak wkroczył do obozu, mijając przed sobą niezliczone oddziały, które spoglądały na nadjeżdżające posiłki. Widocznym było, iż nikt nie spodziewał się aż tylu. Sam Michał również nie mógł wyjść ze zdumienia, patrząc, ile dodatkowych szyków sprowadzili pozostali ważniejsi możnowładcy. Zobaczył resztę Strzemieńczyków - również niezbyt pałających do niego sympatią, acz z grzeczności się kłaniających - Piotra Własta, czołowego przedstawiciela śląskiego rodu Łabędziów, biskupa krakowskiego Baldwina - bynajmniej nie w klerykalnej szacie, szykującego się do modlitwy - oraz całe stado Jastrzębców. Bogudar, głowa ostatniego wspomnianego rodu, zabrał ze sobą bodaj wszystkich synów. Awdaniec nie sądził, iż ten był w stanie w ogóle ich zliczyć.

Setki twarzy rosłych, brodatych mężów spoglądały na Michała Awdańca, dodając wręcz boskiej chwały jego powrotowi. Nie liczyło się to, iż rozdzielił się z księciem raptem kilka tygodni temu; on wracał, jakby podbił całe księstwo, a nie podrzędnej wartości gród. Nie żeby jednak zamierzał odmówić okazywanej czci - ta przyda się mu i po śmierci. Skorzystają z niej jego synowie, ze Skarbimirem na czele.

Wspomniany dziedzic jechał tuż za nim, niekoniecznie czując się dobrze w takim nagromadzeniu - bądź co bądź - obcych ludzi.

- Przyzwyczajaj się do tego, synu - rzekł mu stary Awdaniec. - Kiedy Bolesław zwycięży, tylko tak będą witać nasz ród!

- Tak, ojcze!

Skarbimir posiadał zdecydowanie za mało wiary w siebie, lecz w chwili próby potrafił zaskakiwać. Jego niepewność wynikała ze zbyt dużej ingerencji matki w wychowanie. Gdy ta udała się do Domu Pana, Michał otrzymał po niej trudne zadanie przygotowania pierworodnego do poruszania się w okrutnym świecie kłamstw i intryg. Teraz, gdy Skarbimir ukończył trzydzieści lat i spłodził dwójkę dzieci, stary Awdaniec mógł mieć jedynie nadzieję, iż wypełnił swoje zadanie najlepiej, jak potrafił. Ta wojna miała to zweryfikować.

Po drodze przywitał ich Żelisław, najwierniejszy z rycerzy Awdańców, powierzony do osobistej asysty księciu. Ów woj od czasu nierozstrzygniętej bitwy na Morawach Anno Domini 1103 nie posiadał prawej dłoni. Ubytek z woli samego Bolesława został zastąpiony przez złotą protezę - odtąd nieustraszony wojownik trzymał w niej tarczę, a oręż nauczył się dzierżyć w lewicy. Niech Cię jednak jego kalectwo nie zwiedzie! W umiejętnościach przewyższał niejednego oburęcznego.

Żelisław godnie pozdrowił swego seniora, po czym polecił, aby podążać za nim. Choć po prawdzie - jego obecność nie była niezbędna. Najbardziej okazały z namiotów wybijał się z pozostałych bardzo wyraźnie; znajdował się niemalże w największym zagęszczeniu obozu i wyróżniał się wielce, nie tylko purpurową barwą, lecz i wyniosłością. Większość wojów, która go oglądała, nigdy wcześniej nie podziwiała tak drogiego sukna. Zapewne też wielu nigdy więcej takowego nie ujrzy.

Dotarłszy na miejsce, Michał wraz z synem zsiedli z koni. Podeszli pod namiot i ogłosili pozostałym strażnikom swoje przybycie. Na odzew nie musieli długo czekać; szybko zostali zaproszeni do środka.

Czekał tam na nich dwudziestoletni mężczyzna. Ów mąż miał długie, niezwykle gęste rudoblond włosy odziedziczone po matce. Nie posiadał wystarczającego zarostu, żeby zapuścić brodę, ale to, co zarysowywało się na jego twarzy, dodawało mu animuszu. Coś, co napawało go dumą, miał niewątpliwie pod nosem. Jego bujny wąs, nawet jak na tak młody wiek, mógł zawstydzić niejednego staruszka. Z oczu biła mu pewność siebie, pod naporem której ugiąłby się niejeden śmiałek. Ubrany był w bogato zdobiony kaftan z herbem Piastów na piersi, który gryzł się niesamowicie z przepoconą zbroją Awdańca. Rynsztunek mężczyzny widniał obok, na stojaku - były to najszykowniejszy z pancerzy, bogato zdobiony szyszak zakończony orlimi piórami oraz purpurowa peleryna. Obecnie nie walczył, nie musiał zatem ciągle mieć uzbrojenia na sobie. Od obrony miał cały obóz wojów gotowych oddać za niego życie. Skroń przykrywała mu książęca korona.

- Mój panie! - Michał Awdaniec ukląkł. Skarbimir podążył jego śladem.

- Powstańcie, przyjaciele - nakazał książę Bolesław. - Nie jesteśmy na dworze, żeby przestrzegać konwenansów.

Awdańcowie usłuchali swego władcy.

- Powiedzcie lepiej, co najpilniejsze - orzekł ów suzeren. - Jak minęła wam podróż?

***

Znajdując się u celu, liczne szyki zjednały się z jeszcze silniejszą w luda armią. Większość przybyłych na miejscu dowiedziała się o swoim położeniu. Wojowie, którzy dotarli pod Kalisz, zostali rozstawieni we wszelkich wolnych miejscach. Najlepiej, co oczywiste, usadowiło się rycerstwo i możnowładztwo, którym pospolici żołdacy musieli odstąpić miejsca obok innych równie wysoko urodzonych. Najbiedniejsi oraz ci bez tytułów zostali zepchnięci na drugi kraniec obozu.

To tyczy się również tych z pospolitego ruszenia, którzy przybyli najpóźniej. Jeśli ci posiadali namioty, rozstawiali je tak blisko siebie, iż dało się poczuć oddech sąsiada. Wewnątrz było tak duszno, iż niektórzy decydowali się na sen pod gwiazdami. Jak wcześniej dostali takie rozkazy i robili to niechętnie, tak obecnie działali z własnej woli. Oto przykład, jak łatwo ludziom przychodzi zmieniać zdanie!

Wielu mężów zostało ściśniętych, kompletnie się nie znając. Zdarzały się konflikty, z których niejeden wyszedł z podbitym okiem. Tłum wydawał się podirytowany...

Wśród nich najbardziej rozgniewany pozostawał Krzeszko, który wrzeszczał na swój oddział chyba dla samej zasady. Pech chciał, że musiał robić wszystko z nimi. Nie był wyżej urodzony, a miano dziesiętnika otrzymał za osiągnięcia w bitwach. Bez rodowodu nie mógł na więcej sobie pozwolić. Otrzymanie godności grałły, czy jak kto woli - setnika - wiązało się pierwej z zostaniem pasowanym na rycerza. To było nieosiągalnie nie tylko dla Krzesimira, ale zapewne także dla wszystkich innych świerczników w obozie. Może ta gorzka świadomość nieustannie kwasiła mu humor? - pomyślał Sambor Hałaśliwy, półuchem słuchając jego wrzasków. Nie zamierzał jednak poświęcać mu ani myśli więcej, nie teraz.

Namiot został rozstawiony, a ich sprzęt znalazł się w środku; przy sobie zostawili jeno broń i mieszki.

W szybkim czasie dziesiętnika od wrzasków poczęło boleć gardło, lecz nie dano mu ani chwili wytchnienia - podczas nabierania oddechów został wezwany do przełożonego. Z ulgą dla pozostałych opuścił grupę.

Korzystając z okazji, Paweł z Czestramu również się oddalił, żeby rozeznać się w okolicy. Sambor doskonale wiedział, co znajdowało się w kręgu jego zainteresowań. A dokładniej - kto. Choć nie znał ich z imion, wyczyn owych zbrodniarzy wystarczył, żeby wszystko zrozumieć.

Czy dziwnym pozostawał fakt, iż Hałaśliwy żywił nadzieję, aby jego pobożny kompan powróci z niczym? Co by nie podłożył głowy pod katowskie ostrze? Cóż, może jestem niegodziwcem - zawyrokował - ale liczę, że jednak na nic nie trafi.

Sam pochłonięty był myślami, które nie chciały dać mu spokoju. Ledwie zauważał, jak kolejni wojowie z szyku oddalali się, żeby odetchnąć albo obejrzeć okolicę, którą w większości mieli okazję zobaczyć pierwszy raz. Wiedzieli również, że podczas oblężenia mogli zginąć, a niektórzy z nich posiadali w zwyczaju choć minimalnie pragnąć znać okolicę, w której przyjdzie im skonać.

Po Pawle stopniowo przestał patrzeć, kto się oddalał. Nie dostrzegł Uniemira, który zniknął, zachowując się w zgodzie z własną naturą. Nie spostrzegł, kiedy został razem z Dobielutem i Tomisławem, dwójką chłopaków, których z szyku lubił najmniej. A już na pewno - minęła chwila, nim zrozumiał, że ostał się samojeden. Tedy namiot, w którym od dłuższego czasu przyszło mu cisnąć się z innymi, wydał się wręcz ogromny.

Wiedział, że nie może przyzwyczaić się do tego uczucia - żeby się później wielce nie rozczarować! - więc chwilowo, w geście siły wyższej oczyścił umysł i również powędrował na spacer. Zdążył dokładnie obejrzeć okolicę, nim natrafił na zagęszczenie luda, które nakazało mu ponownie uruchomić mózgownicę.

- Kto tu urzęduje? - zapytał się jednego z wojów w ciżbie.

Ten odwrócił się do niego z nieukrywaną niechęcią, a jego twarz nie potrafiła ukryć zdziwienia. Sambor Hałaśliwy najwyraźniej zapytał o coś nader oczywistego. Tym bardziej zapragnął wiedzieć.

- Kolorów nie rozróżnia? - Zaczepiony wytrzeszczył oczy. - Czerwonego nie widzi?

- A co to ma do rzeczy?

- Toć ci są barwy władców! Tam sam książę się rozgościł!

Serce zabiło Samborowi dwukrotnie szybciej. Kompletnie zignorował męża, który rad był wygłosić ku niemu wzniosłe przemówienie, i zaczął rozglądać się za Bolesławem. Minęło dość sporo czasu, kiedy z namiotu wyszli jeno ich spasiony dowódca i ten drugi wysoko urodzony, który ciągle się za nim pałętał. Rozczarował się bardzo...

Ale i dzięki temu, jakby absurdalnie to nie brzmiało, coś zrozumiał. Po raz pierwszy od wydarzeń w wiosce przestał nagminnie rozmyślać. Licząc na zjawienie się księcia, kompletnie zapomniał o swoich wątpliwościach odnośnie Uniemira, którego sam ochrzcił Czaszkogłowym. Nie był już w stanie powtórzyć połowy swoich ustaleń, które tak dużo go kosztowały. Z ulgą zrozumiał, jak niewiele jego dedukcja była warta oraz co ważniejsze - jak mało w gruncie rzeczy liczyło się to, co stało się w tamtej zawszonej wiosce. Kogo w końcu obchodziły tamte życia? - uznał rozbawiony. Ktoś tak głupi jak on z pewnością nie mógł na dłużej się nimi przejąć. Okres milczenia, który przez ostatnie dni skutecznie zaszył mu usta, był chyba odpowiednią żałobą dla uczczenia ich pamięci.

Nie było tam miejsca na winę, to się po prostu musiało stać. Równie dobrze odpowiedzialnymi mogliby być wszyscy wyznaczeni do tej wioski wojowie, Zbigniew ze swoimi możnymi, którzy nie dopilnowali, żeby chłopom nie stała się krzywda, a nawet sam... waleczny Bolesław. Takie były realia, które Sambor przecież doskonale znał. Co natchnęło go zatem do tylu bezsensownych przemyśleń? Czyżby udzielał mu się nastrój niegdysiejszego Ścibora Okrutnego?

Mężczyzna o haczykowatym nosie zatrzymał się, obserwując gnający w każdą stronę tłum. Wyprostował się, wypiął klatę, po czym - krzyknął. Jeszcze nigdy w życiu nie cieszył się tak bardzo ze swojego pseudonimu.

- Wróciłem!!!

Ci, którzy go znali, zdębieli z trwogi i osłupienia. "O nie, ozdrowiał", zdawały się mówić ich oczy. Dla tych z kolei, którym był obcy, po swoich następnych działaniach już nigdy nie miał stać się kimś godnym towarzystwa. Jakże cieszył się, obserwując ich zgorszone miny!

Sambor, niczym uderzony w głowę, wrócił do swojego starego i "dobrego" zachowania. Zaczął zagadywać do obcych ludzi, wypytywać o wszelakie głupoty, opowiadać sprośne żarty, z całą pewnością irytując wszystkich, do których podszedł.

Gdy zraził do siebie przynajmniej tuzin ludzi, zrozumiał, że miał coś jeszcze do zrobienia. Popędził w poszukiwaniu jednego druha, którego od kilku ostatnich dni przestał zamęczać swoją obecnością. Tak nie mogło być dłużej - nadszedł czas, żeby to powiedzieć!

Znalazł Uniemira stojącego na drugim krańcu obozu i doglądającego wojów mających wartę na murach. Patrzył na nich w ciszy i z uwagą młokosa, który lada moment spodziewa się ujrzeć wdzięki urodziwej dziewki.

- Witaj, mój drogi przyjacielu! - przywitał go Sambor, jakby widzieli się ostatni raz lata temu.

Czaszkogłowy ciągle doglądał strażników, lecz jego twarz zdradzała rozczarowanie, iż ten drugi jednak się do niego przekonał. Wyraźnie liczył na co innego i, o dziwo, delikatnie to zasugerował.

- Myślałem, że się mnie boisz - stwierdził, mrużąc oczy.

- Ja?! - Sambor Hałaśliwy udał zdziwienie. - Nigdy i przenigdy! Niczego się nie lękam! Jeno kilka rzeczy przemyśleć musiałem.

- I co ustaliłeś?

- W sumie nic - odrzekł z uśmiechem. - Jak cię szukałem, zdążyłem zapomnieć większość.

- Aha - skwitował beznamiętnie. - Bardzoś produktywny w działaniu...

- Mogę ci potowarzyszyć?

- Nie, spadaj.

- Cieszę się, że wracamy do starych zwyczajów - stwierdził, stając u boku kompana. - Co tak obserwujesz? Doglądasz, jak wielka siła w naszych wrogach? Oczywiste, że mniejsza niż nasza. Nie wiem, czego ci więcej trzeba?!

Przez chwilę stali w ciszy, doglądając zmieniającej się warty.

- Ich jest strasznie mało - stwierdził Uniemir.

- Co ty bredzisz?

- Gdyby mieli moc w ludziach, co chwilę ktoś wbiegałby na mury, zobaczyć, ilu nieprzyjaciół mają pod sobą. Nie żeby zamierzali pozwalać pałętać się strażnikom pod nogami, ale... Na pewno w jakiś sposób okazaliby siłę. Albo nawet zjawiłby się łucznik, żeby ocenić, gdzie jego strzały sięgnął wroga... A tutaj przechodzą tylko wartownicy. Tam jest jedna drużyna, może dwie.

- Chyba podróż ci nie służyła - Sambor kompletnie nie kupił jego argumentów. - Daj im czas, a zobaczysz! Jeszcze będziemy mieli widowiskowe oblężenie!

Kilka dni później, wbrew słowom Sambora Hałaśliwego, z samego rana brama grodu się roztworzyła. Wyszła z niej garstka wojów, rzucając broń i unosząc ręce ku niebu. Jak mówił Uniemir, raptem jedna drużyna.

Kalisz został zajęty bez dobycia broni.