Psia gwiazda. Kobiety z rodziny Wierzbickich - Katarzyna Ryrych

Kup ebooka

36.00 zł
27.72 zł (24,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

- 1 -

Wbrew klątwie rzuconej lata temu przez babkę Natalię, na pogrzebie Antoniego Wierzbickiego pojawiło się sporo osób, w tym Sikusia, tutejsza pomylona, kilka nieznajomych kobiet z miasta i nawet pies, co przyplątał się do konduktu.

Gdyby Antoni mógł w jakikolwiek sposób skomentować swoją ostatnią drogę, wyśmiałby babkę, która pewnego dnia rzuciła w ślad za nim: "Pies z kulawą nogą nie przyjdzie na twój pogrzeb".

Sikusia pojawiła się, bowiem w głębi swojego głupiego serca kochała Antoniego, i teraz szła miedzą, wyrywając sobie włosy z głowy i głośno zawodząc jak najlepsza żydowska płaczka.

Jedną z przyjezdnych kobiet była matka syna, którego Antoni nigdy nie poznał, ba, nie wiedział nawet, iż takowy pojawił się na świecie, drugą - córka, która nie chciała znać swojego ojca.

Płacz, szepty, szuranie butów i posapywanie księdza, z trudem brnącego w śniegu zmieszanym z błotem, tworzyły szczególną muzykę.

Pies zaś, jak to pies, wziął się znikąd i przyłączył do ludzi z nadzieją, że, jak to ludzie, dadzą mu jakiś kąsek, zatem konsekwentnie podążał za trumną, powłócząc tylną łapą.

Ksiądz rzucił garść ziemi na wieko trumny i wymamrotał coś pod nosem, spoglądając z ukosa w niebo, jakby oczekiwał, że Bóg sprzeciwi się pochówkowi.

Widać jednak Antoni nie był aż takim wielkim grzesznikiem, za jakiego uważano go w okolicy.

Kiedy zasunięto płytę rodzinnego grobowca, uczestniczki pogrzebu bez słowa wymieniły spojrzenia, Sikusia usiadła skulona na ziemi, obejmując rękami kolana, a pies czekał, raz po raz oblizując nos.

Ksiądz skinął głową i oddalił się pospiesznie, dwaj grabarze także udali się w swoją stronę.

Matka Andrzeja Majorskiego, który nigdy się nie dowiedział, kto był jego prawdziwym ojcem, przyjechała, by wziąć udział w ostatniej drodze swojego kochanka i spojrzeć z góry na jego doczesne szczątki.

Z góry, bowiem dwadzieścia lat temu Antoni Wierzbicki właśnie tak na nią patrzył. Nie dość dobrze urodzona, nie dość majętna - akurat to miało zapewne najmniejsze znaczenie, ale wystarczająco urodziwa, aby spoczęło na niej jego oko.

Nie miała pojęcia - bo i skąd mogła wiedzieć, że takie, a nie inne podejście do kobiet ukształtowało się w Antonim w zasadzie od chwili, gdy zaczął rozumieć coś z tego, co się dokoła niego działo.

Wychowany przez cztery kobiety: prababkę, babkę, matkę i niezamężną siostrę ojca, który zmarł na miesiąc przed jego narodzinami, rozpieszczany, nieznający żadnej dyscypliny, mały, a już traktowany jako pan i władca, bądź co bądź mężczyzna, to nic, że na razie noszący marynarskie ubranko, szybko pojął, że wszystkie cztery zrobią to, co chce, i dlatego nimi pogardzał. Może jeszcze, do pewnego czasu, ciotka, sprawnie zarządzająca majątkiem, wydawała się jakaś wyjątkowa, ale kiedy podpatrzył ją w stajni, jak opierała nogi na ramionach leśniczego, odkrył, że ona też ma swoje słabości i w sumie niczym nie różni się od reszty kobiet.

Są narzędziem, myślał, dorastając, bytem, który ma za zadanie uprzyjemniać życie mężczyznom. Niby różnią się od siebie, a jednak są takie same.

Prababka, układając go do snu (zawsze dbała, aby rączki chłopca spoczywały na kołdrze, a nie, broń Boże, pod przykryciem), śpiewała mu piękne, rozrywające serce piosenki, jak choćby tę o paziach, przy której płynęły jej łzy z oczu, a Antoś nijak nie mógł zrozumieć, dlaczego tak przeżywała ich losy:

Trzech paziów żegnało na wieki

rodzinny swój kraj w ciemną noc,

od łez mieli mokre powieki

snadź wyższa ich gnała stąd moc.

Ten pierwszy rzekł: "pierś moją toczy

nienawiść ponura i zła,

zdradziły mnie czarne jej oczy

krusz zemsty wychylę do dna".

A trzeci paź kochał królową,

ten milcząc umierał bez skarg.

Leciutko na pierś zwiesił głowę

jęk żaden nie wydarł się z warg.

Z niewiadomego powodu zapamiętał jedynie losy dwu paziów, pierwszego i trzeciego, widać dzieje drugiego nie były warte funta kłaków. Było tam coś o sztylecie, co miał się zbroczyć krwią czarną, resztę Antoni zapomniał. Też coś, myślał, płakać z powodu kobiety. Przecież tyle ich chodzi dokoła, tylko brać, przebierać, jak w pudełku z czekoladkami.

Urszula Wierzbicka przyjechała na pogrzeb ojca z przyzwoitości.

Zresztą trudno jej było żywić urazę do człowieka, którego tak naprawdę nie znała.

Pamiętała jedynie zapach terpentyny, jakim była przesiąknięta jego płócienna marynarka, którą wkładał, udając się do swej pracowni, i ludzi wychodzących z niej ze sporej wielkości płótnami.

Raz udało się jej wejść do środka, o co ojciec był bardzo zły i wyrzucił ją jak szczeniaka na korytarz. Zdążyła jednak zapamiętać kilka obrazów, stojących pod ścianą i niemających nic wspólnego z tymi, jakie zamawiali sąsiedzi.

Pod jej powiekami na długo pozostały białe ciała kobiet o szerokich biodrach, kobiet wchodzących do wody całkiem nago albo wychodzących z niej w koszulach, które oblepiały wielkie piersi o sterczących sutkach.

Te obrazy - co zrozumiała po latach, będąc już z dala od rodzinnego domu - bezsprzecznie świadczyły o talencie jej ojca. Talencie, o który całkowicie nie dbał.

Traktował go tak samo lekko jak swoje modelki.

Dziecko zwisało z rąk Mariaszki jak szmaciana lalka, pokryte śluzem i krwią, i w niczym nie przypominało pięknej córki, która kiedyś miała bogato wyjść za mąż, a na starość stać się oparciem dla swoich rodziców.

- Żyje? - Głos matki, wymęczonej kilkugodzinnym porodem, przypominał raczej ochrypły szept.

Znachorka wymierzyła noworodkowi klapsa. Dziewczynka zachłysnęła się powietrzem, ale nie wydała z siebie najmniejszego dźwięku.

- Oddycha - orzekła stara. - Znaczy, żyje. Ale...

Antoni Wierzbicki zacisnął palce na ramieniu zielarki.

- Dziwnie tak.

Uwolniwszy się, zawinęła dziecko w pieluszki i położyła na łóżku.

- Umyć ją trzeba. - Ruchem głowy wskazała na matkę. - Niech się pan odwrócą.

Jakbym nie znał jej ciała, pomyślał i kątem oka spojrzał na żonę. No i gdzie ten cud narodzin, wzdrygnął się.

Trzeba czystą pościel oblec. On zaś... chyba musi się napić.

- Kiedyś, za mojej babki - powiedziała stara znachorka - różnie by gadali. Urodzona o północy, a jeszcze księżyc - spojrzała w okno - otoczył się. O, widzi?

Antoni oparł się rękami o parapet. Dokoła jasnej tarczy księżyca drgał świetlisty krąg. Noc była upalna, dmuchał ciepły wiatr, a na trawie leżały cienie drzew czarne jak atrament.

- I cóż z tego? - warknął. - Ważne, żeby we wsi nie rozpowiadać.

Mariaszka pokiwała głową.

- A czy to mój interes? To wy z nią żyć będziecie.

- Co ona mówi? - dobiegło od strony łóżka.

- Gada, co jej ślina na język przyniesie - odparł Antoni.

Podszedł do nocnego stolika i wyjął z szuflady kasetkę.

Stara schowała zapłatę do kieszeni spódnicy, zarzuciła na ramiona chustkę i ukłoniła się Antoniemu. Odprowadził ją na ganek.

Chwilę stał, patrząc, jak wtapiała się w ciemność. Za jego plecami przeszła, kołysząc biodrami, Oksana, niezamężna kuzynka żony.

Nagle poczuł, że jedyne, na co miałby teraz ochotę, to położyć dłonie na dwu ciepłych półkulach i zaciągnąć dziewczynę do swojej sypialni, a potem...

- Co za niedorzeczność - mruknął, spoglądając na portret swojego ojca.

Człowieka honoru, mężczyzny o nieskazitelnej moralności. O co, pomyślał, było raczej trudno, kiedy dziewczęta z pobliskiej wioski szły się kąpać w stawie.

Sam niejednokrotnie przeleżał kilka kwadransów w trzcinach, przyciskając brzuch do wilgotnej, pachnącej mułem ziemi, która chłodziła rozpalone ciało.

Od zapachu tataraku kręciło mu się w głowie, a potem podnosił się ociężale i chwiejnym krokiem wycofywał do zagajnika; nie był tam sam, zazwyczaj kilku chłopaków, nie kryjąc się przed resztą, przynosiło ulgę swoim młodym zmysłom.

Gdyby tak, myślał, ktoś to namalował. Ależ wybuchnąłby skandal.

To wspomnienie - cienie liści na opalonych ciałach, pnie brzóz, miękki zielony poszyt - zaprowadziło go tam, gdzie niechętnie widziała swego syna matka.

Urządził pracownię na poddaszu dworu, zlecił wykonanie wielkiego okna, aby zawsze mieć odpowiednie światło i za każdym razem, kiedy wychodził, zamykał drzwi na klucz.

Obrazy, jakie pokazywał matce i ojczymowi, były całkowicie zwyczajne - kwiaty, martwe natury, senne pejzaże. Kupowali je od niego sąsiedzi i wkrótce w każdym okolicznym dworze wisiał jakiś, jak mawiano, Antoni Wierzbicki.

Było to w dobrym stylu i rzec można, stał się modny. Lokalnie.

Jednak pracownia kryła prawdziwe arcydzieła - akty, które matka określiłaby jako wysoce nieprzyzwoite, ciała, kobiece i męskie, niczym nieprzesłonięte, zmysłowe; patrząc na nie, czuło się zapach siana albo wody, słyszało brzęczenie pszczół czy nawoływanie bażantów i kukułek. Wspomnienia Antoniego ożywały na płótnach sporego formatu, zaś on sam przenosił się w czas, gdy nie musiał martwić się o to wszystko, co przynosi dorosłość.

W wieku lat dwudziestu ożenił się po raz pierwszy, lecz nie doczekał się potomka, gdyż jego żona pewnego popołudnia, które spędzała ze swymi siostrami, wypadła z łódki, zaplątała się w łodygi lilii wodnych i nie udało się jej odratować.

- Co za piękna śmierć - powiedziała któraś z jej sióstr i choć wszyscy byli oburzeni tymi słowami, jedynie Antoni zrozumiał, co miała na myśli.

Halina nigdy się nie zestarzeje, nie posiwieją jej włosy, nie zwiotczeje ciało i, co najważniejsze, nigdy nie zostanie zdradzona przez swojego męża.

Sam zaprojektował nagrobek żony, a wykonanie zlecił pewnemu młodemu studentowi, który stworzył z bryły białego marmuru prawdziwe arcydzieło. Przedstawiało kobietę naturalnej wielkości, klęczącą i wyciągającą rękę ku grążelom. Lilie wodne, bardzo naturalistyczne, wynurzały się z niewielkiego zbiorniczka, wypełnionego wodą.

- A gdzie krzyż? - zapytała teściowa, babsko, które od pierwszego wejrzenia znienawidziło Antoniego, trzymał się bowiem z dala zarówno od kościoła, jak i od cerkwi.

- W sercu - warknął.

Odpowiedź zamknęła jej usta. Na zawsze, ponieważ już nigdy nie zamienili ze sobą ani słowa.

Zupełnie, myślał, jakbym to ja wypchnął Halinę z tej łódki.

Teściowa musiała wiedzieć, że dziewczęta wypiły trochę za dużo wina, przecież wzięły je z jej własnej piwniczki, ale to było najprostsze - spróbować obciążyć zięcia na całe życie.

Rzecz jasna, nie udało jej się, jako że Antoni był młody i niezniszczalny w swojej młodości.

Smutek wykorzystał jako temat, przelał go na płótno, a gotowy obraz pozostawił na sztaludze i zasłonił kawałkiem lnianego prześcieradła.

"Panny na jeziorze", tak zatytułował swoje dzieło i było ono naprawdę niezwykłe, jak każde, które powstaje pod wpływem silnych emocji targających duszą artysty.

Śmierć żony w tak romantycznych - bo jak inaczej można było je określić - okolicznościach sprawiła, że panny ciągnęły do niego jak ćmy do lampy, może każda z nich chciała "umrzeć pięknie", a może chciały żyć z kimś tak innym od synów tutejszych ziemian.

Antoni zaś niewiele sobie z tego robił. Poczuł się ponownie wolny i nie pragnął związku, ani stałego, ani przelotnego. Szwendał się po okolicy i wybierał. Wybierał, wysysał - tak jak wtedy, gdy będąc dzieckiem, robił to z dzbanuszkami czerwonej koniczyny, a potem zmieniał jak koszulę. I najdziwniejsze, żadna nie miała mu tego za złe.

Przyjmowały go w siebie jakby w ekstazie, niczym przybysza z innego świata, który pojawił się, aby nawiedzić tę czy ową.

Rodzice przestrzegali swoje córki przed Antonim: zabawi się, użyje, żeby jeszcze dzieciaka zmajstrował, toby się go do ożenku przymusiło, ale jakoś tak to robi, że uciecha jest, i to dla obojga, a bajtla nie ma.

- Żony ci nie brakuje? - dość obcesowo zapytała go pewnego dnia córka jednego z przyjaciół rodziny.

- Nie - odpowiedział szczerze.

Zajrzała mu głęboko w oczy.

- Młody jesteś.

Wzruszył ramionami. Młody. Jakby młodemu tylko jedno było na myśli. Przekonaj tu taką, że jedyne, czego on chce, to wyjechać, najchętniej do Paryża, spotkać ludzi, którzy tak jak on kochają sztukę, patrzeć, jak dziewczęta tańczą kankana, i pić absynt.

Takie wyobrażenie o Paryżu miał dwudziestojednoletni Antoni i taki Paryż śnił mu się po nocach.

- Pojedź do Krakowa - poradził mu kuzyn. - Mówią, że to drugi Paryż. Bliżej, taniej, z ludźmi się dogadasz.

Antoni spojrzał nań z góry.

Cóż za miałki, prozaiczny typ, pomyślał. Bliżej i taniej. Cóż taki Michał mógł wiedzieć o Paryżu!

Z malarzy znał tylko Matejkę, a i to z jednego dzieła, które znali wszyscy. A kiedy, prowadząc klacz do lokalnego ogiera, napotkał nad brzegiem rzeki jakiegoś olbrzyma, siedzącego przy sztalugach, opowiadał potem, zanosząc się od śmiechu, jak ten oganiał się od komarów, a mimo to mazał coś pędzlem.

Że też ja mu wtedy nie dałem po pysku, przemknęło przez myśl Antoniemu. Toż to był sam Stanisławski. Do którego nie miał śmiałości podejść... tylko przyglądał mu się z ukrycia, wstrzymawszy oddech, dokładnie tak samo, jak kiedyś patrzył na kąpiące się dziewczęta.

Ostatecznie - co Antoni odebrał jako chichot losu i bardzo to przeżywał - jego artystyczna podróż naprawdę skończyła się w Krakowie. Miał nadzieję, że uda mu się stamtąd ruszyć dalej, myślał o Wiedniu lub Monachium, ale marzeniom położyła kres choroba ojczyma. Wrócił więc do rodzinnego majątku, trochę zły, a trochę z poczuciem ulgi, bo gdzieś w środku bał się wielkiego świata.

Być może, gdyby jego rodzice byli bardziej majętni, gdyby zimą wyjeżdżali do Włoch lub innego, bardziej słonecznego miejsca, nabrałby szlifu i pewności siebie. Wszak w sumie - co konstatował z goryczą - od kuzyna różniło go jedynie to, że miał talent. I to było wszystko.

Kuzyn, rzecz jasna, zazdrościł mu, co rekompensowało Antoniemu jego kompleksy. Na zewnątrz nosił maskę światowca, artysty. Paryż... Cóż tam Paryż, mawiał. Prawdziwa sztuka powstaje wszędzie.

I malował kolejny bukiet bzów albo senny pejzaż na zamówienie jakiegoś sąsiada.

- W Paryżu - powiedziała kiedyś matka Antoniego, pogodzona z karierą, jaką sobie obrał - klepałbyś biedę, gruźlicy lub czegoś gorszego się nabawił. A tu, widzisz, klienci sami do ciebie przychodzą. I płacą.

Jakże jej wtedy nienawidził. Tego łagodnego głosu, a nawet cienia dumy, z jaką spoglądała na kolejną martwą naturę, która miała zawisnąć w stołowym jakiegoś Sianowskiego czy Chomąciaka, jak ich pogardliwie nazywał.

Ojczym na szczęście pokonał naprawdę ciężkie zapalenie płuc i Antoni odetchnął z ulgą. Gdyby matka została sama, musiałby się nią zająć, tak było przyjęte, a opieka trwałaby bardzo długo, bo kobiety w rodzinie Antoniego, silne, zdrowe i długowieczne, umierały ze starości, gdy zbliżały się do setki. Matka miała zaledwie czterdzieści lat, zatem - zakładając, że nie wyszłaby po raz trzeci za mąż - czekałoby go ponad pół wieku doglądania majątku, prowadzenia ksiąg rachunkowych i wszystkich innych rzeczy, których szczerze nienawidził.

Czasami - co prawda nie na długo - jego serce dziwnie miękło, szczególnie gdy matka siadała do fortepianu i zaczynała grać.

I co ci z tego przyszło, myślał, patrząc, jak jej palce przebiegały po klawiszach. Marzyłaś ty kiedyś o czymś?

A im bardziej było mu jej żal, tym bardziej był szorstki i nieprzyjemny.

Wydali ją za mąż, myślał, i nikomu do głowy nie przyszło, że być może miała prawdziwy talent, nikt nie pomyślał, żeby go rozwinąć, a ona przeniosła to na mnie.

Jak kolor oczu, włosów i to wszystko, z czym dziecko przychodzi na świat.

Czy ja też będę taki, myślał i coraz bardziej odsuwał od siebie myśl o kolejnym związku, z którego mogło narodzić się dziecko. Jeszcze jeden nieszczęśliwy człowiek, jeszcze jedno niepotrzebne istnienie.

Świat istniałby bez niego, ba, nawet nie zauważyłby, że zniknął.

Gdyby Antoni miał bardziej refleksyjną naturę, być może popełniłby samobójstwo, ale czerpał dziwną przyjemność z rozpamiętywania własnego rzekomego nieszczęścia i z tego, że swoją mizantropią potrafił zepsuć bliskim nawet najlepszy humor.

Matka zaś kochała swojego jedynaka, pobłażała mu i zapominała o złośliwościach, tłumacząc je sobie faktem, iż syn stracił żonę, i nigdy nie przyszło jej do głowy, że Antoni po prostu taki był.

Nie miała nikogo innego do kochania, wydano ją za mąż bez miłości, bała się ciszy i osamotnienia, toteż syn stanowił dla niej namiastkę przyjaciela, rozmówcy - choć ich rozmowy zazwyczaj były dla niej przykre.

Ojczym Antoniego pojawił się zbyt późno, kiedy charakter chłopca został już całkowicie ukształtowany, był człowiekiem przyzwoitym, ale w istocie przyziemnym i nudnym, który nie miał pasierbowi nic do zaproponowania prócz tego, jak zarządzać majątkiem i którą klacz dopuścić we właściwym czasie do właściwego ogiera.

Z tego powodu Antoni coraz częściej uciekał do swojej pracowni, spędzał tam coraz więcej czasu i malował coraz śmielej.

Druga żona Antoniego była - co okazało się znacznie później - starsza od niego i cierpiała (co ukrywała równie starannie jak datę swoich urodzin) na chorobę płucną.

Antoni ożenił się ponownie, chciał bowiem zamanifestować swój własny wybór, nie poślubił panny z towarzystwa, jednej z tych, jakie mu ustawicznie przedstawiano. Ostatecznie nie był smarkaczem, aby tak po prostu dać się wyswatać jak inny jego kuzyn, co ożeniwszy się wedle woli rodziców, znalazł sobie na boku dziewczynę i chadzał do niej, ponoć za wiedzą żony, która także spotykała się z kimś na boku.

Urszula - takie imię bowiem nosiła druga wybranka - miała posągową urodę, zniewalający uśmiech i oczy, które błyszczały jak w gorączce, jak określił to Antoni, nie mając pojęcia, że właśnie wystawia właściwą diagnozę.

Odkrywszy plamy krwi na poduszce i chusteczkach, Antoni początkowo popadł w panikę, potem zaś, pokonawszy strach, wykorzystał sytuację, aby wraz z żoną na dłuższy czas udać się "do wód leczniczych", skąd powrócił jako wdowiec.

Wstrząsnęło to jego otoczeniem; jedna żona, cóż, tak bywa, zresztą to wypadek, ale druga? Widać los uwziął się na Antoniego, a może ten pokutował za jakieś popełnione przez przodków grzechy?

- To pewnie moja wina - powiedziała babka, splatając długie, chude palce.

- Oszalałaś! - krzyknęła matka.

- A czy pamiętasz, co opowiadał twój dziadek? O tym, jak zabrał mnie na wystawę starożytności?

Matka pobladła, robótka wypadła jej z rąk. Prawda, tę historię znali wszyscy członkowie rodziny, dotyczyła wycieczki do muzeum, gdzie ledwie pięcioletnia Janeczka wykazała się niezwykłą wiedzą, opowiadając, do czego jaki przedmiot niegdyś służył, czego żadną miarą wcześniej wiedzieć nie mogła, bo i skąd.

- W poprzednim wcieleniu - szepnęła babka, a na jej twarzy pojawił się wyraz rozmarzenia - byłam egipską księżniczką i okrutnie dręczyłam swoich poddanych.

- Jezus Maria! - Krzyk matki wywabił z gabinetu jej męża.

- Cóż się dzieje? - zapytał, przecierając szkła okularów.

- Nic, nic. - Matka z trudem odzyskała panowanie nad sobą. - Mysz tylko.

Stanisław spojrzał na żonę.

Mysz, mysz, powtórzył kilka razy w myśli. Tak, zbliżał się czas, kiedy należało rozejrzeć się za odpowiednim ojcem dla kolejnego dziecka myszatej klaczy.

I wyszedł.

Helena przypadła do matki.

- Gdyby się o tym dowiedział... - szepnęła - to Kulparków. My obie.

- Obie? - Babka lekceważąco machnęła ręką. - Przecież to ja byłam, nie ty.

- Ale żeby pokarało Antosia? - Helena poczuła nagły zawrót głowy. - Jakże to, niewinnego?

- No przecież to często tak bywa - odparła z uśmiechem starsza dama. - Los strzela na oślep.

- Widać nie inaczej - zgodziła się po chwili córka i westchnęła.

Tym bardziej go trzeba kochać, wspierać. Może za trzecim razem dopisze szczęście?

Dzięki chorobie żony Antoni spędził najpiękniejsze pół roku w swoim życiu, spróbował (co prawda nie w Paryżu, ale w Wenecji) absyntu, pływał gondolą, brodził w Lago Albano, następnie zaś - gdy lekarz zlecił nieco ostrzejsze powietrze - przeniósł się, z bardzo już słabą małżonką, do Szwajcarii.

Z okna pokoju spoglądał na ośnieżone szczyty Alp i pragnął, aby ten stan trwał jak najdłużej. Rozejrzawszy się po świecie, nie miał ochoty wracać do majątku, nie tęsknił za mgłą unoszącą się nad łąkami ani za płynącą leniwie rzeką, ani za żabimi chórami, ani za wiatrem, który w letnie wieczory przynosił tęskne pieśni młodych wieśniaczek.

Pożyj jeszcze trochę, no, pożyj, błagał w myśli cień, w jaki powoli zamieniała się jego żona. Ot, bydlę ze mnie, zakonkludował.

- A wiesz, że ja ciebie naprawdę pokochałam - powiedziała któregoś poranka.

Serce Antoniego zatrzymało się nagle.

Powinien był jej odpowiedzieć, właśnie wtedy, ale nie mógł wydobyć z siebie ani słowa. Jej chuda, dziwnie chłodna dłoń poszukała jego dłoni.

Same kosteczki, pomyślał i ogarnęło go wzruszenie.

- Wiesz - szepnęła - ty jesteś malarzem... Jesteś artystą. Artystom... wolno więcej.

Przymknęła oczy. Patrzył, jak jej pierś unosi się pod płócienną koszulą, i zastanawiał się, co znaczy to "wolno więcej".

Wolno nie odpowiedzieć miłością na miłość?

Ożenił się, bo była piękna, a on kochał piękno. Dopiero teraz jednak, w pokoju z widokiem na góry, których oświetlona słońcem biel kłuła w oczy, zrozumiał, że nigdy dotąd nie spojrzał na nią jak na człowieka, na drugą istotę, która także miała swoje marzenia, też czegoś pragnęła, czegoś oczekiwała. Nagle targnęło nim nieznane uczucie, szarpnęło, zabolało, ścisnęło serce.

A więc je mam, pomyślał i poczuł się podle.

Nie dość kochałem i pewnie o tym wiedziała, szczęśliwa, że ktoś ją "wziął", że umrze - bo było to nieuchronne - jako żona, nie stara panna.

Gdyby jeszcze trochę czasu, gorączkował się. Odkupię, wynagrodzę.

Zaskoczyła ją jego nagła troska, to, że przynosił jej do łóżka czekoladę, która w jej ustach nabierała dziwnie metalicznego posmaku, że czytał głośno książki, stawiał na stole niewielkie bukieciki kwiatków, a raz nawet przyprowadził niezdarne szczenię, prawdziwego psa pasterskiego o grubych łapach, białej strzałce na pysku i kępce białych włosów na karku.

- To się nazywa szwajcarski pocałunek - powiedział, dotykając palcem tego miejsca. - Historia jest taka, że pewnej zimy od wsi do wsi wędrował sobie anioł i któregoś razu w drodze zastała go śnieżyca, bo było to przed samym Bożym Narodzeniem. Usiadł pod drzewem, okrył się skrzydłami, ale i tak go zasypało. Zaczął prosić Boga, aby ten mu pomógł, nie dał zginąć, bo i aniołom to się może przytrafić, i w tej samej chwili usłyszał, jak ktoś czy coś przekopuje się przez śnieg. To był pies, któremu śnieg pozostał już na zawsze na pysku, a to białe, na karku, to pocałunek anioła.

- Jaka piękna historia - powiedziała, bawiąc się miękkimi uszami szczeniaka.

Antoni przyprowadzał go każdego ranka - zawsze miał słabość do psów - żałując, że nie umie cieszyć się z życia tak, jak one, ten zaś wniósł w ostatnie dni Urszuli czystą radość. Wynosił żonę, owiniętą pledem, przed dom, a sam do upadłego biegał z psem po trawie.

- Masz szczęście, Toni - powiedziała pewnego ranka, kiedy zaczął się zastanawiać, czy Urszula jeszcze żyje, bo jej oddech stawał się coraz słabszy, coraz płytszy.

- Masz szczęście, żeś tego ode mnie nie dostał...

Prawda, nie zaraził się gruźlicą, choć spali razem i póki jeszcze całkowicie nie podupadła na zdrowiu - kochali się.

Widać był odporny. Prócz majątku otrzymał wyjątkowo silne geny, zapewne był to najlepszy spadek, jakim mogła go obdarzyć matka.

Przestraszył się dopiero wtedy, gdy, powróciwszy do pokoju z kubkiem mleka, ponieważ nagle jej się go zachciało, zastał żonę martwą, zwiniętą na boku, z głową na poduszce, w którą - pomyślał - wsiąkła wszystka krew, jaka z Urszuli wyciekła.

Zawezwał lekarza, ten zaś stwierdził zgon. Powiedział, że chora i tak żyła długo.

- Musiała pana bardzo kochać. Trudno dzisiaj o dobrego męża - stwierdził. - A pan... Obserwować się, bezwzględnie proszę się obserwować.

Antoni obserwował się zatem każdego ranka i każdego wieczoru. Czasami zdarzało mu się obudzić w środku nocy; zlany potem, siadał na łóżku i oddychał głęboko, najgłębiej jak umiał, nasłuchując, czy przypadkiem jego oddech nie stał się świszczący.

Trwało to mniej więcej pół roku i w tym czasie schudł, jego twarz zrobiła się blada i choć wszystko to były nerwy, matka już widziała swojego syna na marach.

Wspominała później ten czas jako najlepszy w jej relacjach z synem, Antoni bowiem porzucił gdzieś swoją złośliwość i nawet zdarzało mu się być czułym.

- Jak człowiekowi śmierć zajrzy w oczy - orzekła babka - to się z tego strachu zmienia, ale kiedy odżyje, to...

Babka Antoniego była starą, mądrą kobietą i oczywiście miała rację.

Symptomy płucne szczęśliwie się nie pojawiły, na policzki Antoniego wróciły normalne kolory i na powrót stał się przykry i czepliwy.

A niech tam, myślała matka. Dobrze, że potrafi być inny.

Antoni, wyzbywszy się lęku przed gruźlicą, poczuł się wolny i beztroski. Kilka razy zdarzyło mu się nawet upić, ale wrócił do domu tak dyskretnie, że nikt go w tym stanie nie zauważył, nawet podwórzowy pies, zawsze czujny i podejrzliwy.

Nie był to oczywiście najlepszy ze sposobów, w jaki korzystał z majątku zmarłej żony, i w związku z tym miał wyrzuty sumienia, tym bardziej że kilka razy nieboszczka mu się przyśniła i za każdym razem tak samo: stała na środku pokoju, trzymając w ręce zeszyt, w którym zapisywała rozchody i przychody, a spomiędzy kartek płynęła krew.

Były to naprawdę przerażające koszmary i Antoni, chcąc nie chcąc, zmienił tryb życia - to znaczy powrócił do malowania.

Często widywano go, jak bladym świtem zmierzał na brzeg rzeki, gdzie rozstawiał sztalugi i spędzał długie godziny na obserwowaniu światła.

Kładł farby powoli, z namysłem, tu i ówdzie plamy koloru, tam zaś jakiś drobny detal.

I tak siedzę tu sobie jak ten Stanisławski, stwierdził któregoś dnia i zaraz poczuł dziwne ukłucie na dnie serca.

Antoni Wierzbicki zawsze będzie tylko Antonim Wierzbickim i choćby się wściekł, Stanisławskim nie zostanie.

- A czemu się tym przejmujesz? - rzucił kuzyn, nieznoś­nie tępy typ. - Jak kupują te twoje... obrazki, to znaczy, że jesteś dobry.

Tak, pomyślał Antoni, tłumiąc przemożną chęć obicia Michała po mordzie. Żeby kupić sobie prawdziwy obraz, niejeden z sąsiadów musiał z ciężkim sercem sprzedać ogierka czy byczka.

- Cieszyć się nie umiesz - podsumował kuzyn.

I niechcący dotknął czułej struny w sercu Antoniego.

Tak mało mam powodów do radości, westchnął. Ten zaś się cieszy, bo klaczkę pokrył, zupełnie jakby sam to zrobił.

To wszystko wspominał Antoni nocą, kiedy za ścianą jego milcząca córka wpatrywała się szeroko otwartymi oczami w ciemność.

O narodzinach "dziwnego" dziecka dowiedziała się już oczywiście cała okolica, i to bynajmniej nie dlatego, że stara znachorka chciała zrobić Antoniemu na złość, ale uznała za stosowne powiadomić swoje sąsiadki, że w okolicy pojawiło się Złe i należy bacznie obserwować wszystko, co się stanie.

Dziecko, rzecz jasna, nie wiedziało, że zaczyna je otaczać dziwna aura, i spokojnie ssało pierś matki.

Trzecia żona Antoniego była dziewczyną z ludu, piękną i prostą, która urzekła go swobodą i nieskrępowanym sposobem bycia. Częstowała go swoim ciałem tak, jak przyjmuje się pod dach strudzonego wędrowca, nie chciała nic w zamian i nawet kiedy odkryła, że spodziewa się dziecka, nie liczyła na małżeństwo.

- Urodzę ci dziecko - powiedziała, leżąc z głową na jego ramieniu. Czuł ciepło jej skóry, delikatna nitka śliny zdawała się łączyć jej policzek i jego ramię.

Noc była upalna. W stawie zgodnym chórem żaby wyśpiewywały swoje "kum-kuma, detyna umiera, koszulki nie ma...", z zagajnika niosło się pohukiwanie sów, a w trawie świeciły robaczki świętojańskie.

Od zapachu jakichś kwiatów, których Antoni nie potrafił nazwać, kręciło mu się w głowie.

- Dziecko - powtórzył.

Poruszyła głową.

- To ja się teraz z tobą ożenię - oświadczył.

- Ale ja nie po to - odparła.

- To po co?

Uniósł się na łokciu i spojrzał jej w oczy.

- Niedobrze jest do ślubu przymuszać. Ja tylko po to, że jak kiedyś przyjdzie do ciebie, żebyś nie odtrącił. Jak zapyta, kto ojciec...

Skąd ona taka mądra, pomyślał. To samo przecież mówiła jego babka i matka.

"Żebyś, Tosiu, przypadkiem żenić się nie musiał. Bo z tego nic dobrego nie będzie ani dla ciebie, ani dla niej, to sobie zapamiętaj".

- I tak bym się ożenił - powiedział.

Nie skłamał, w końcu należało założyć rodzinę, może za trzecim razem się uda, a dziewczyna była wprost idealna, stworzona na dobrą żonę.

Gdyby nie to dziecko, pewnie by jeszcze zwlekał i może ubiegłby go syn leśniczego, który niebezpiecznie blisko i często kręcił się koło Oleny.

No i zapewne dopiąłby swego.

- No - szepnął prosto w jej włosy - przecież nie odmówisz.

- Nie odmówię - odpowiedziała.

- Malować cię będę - rozmarzył się. - A nasz syn...

- Ty skąd wiesz, że syn?

Prawda, pomyślał, każdy mężczyzna chce mieć syna. Ale jak się córka urodzi... To przecież krew z mojej krwi, kość z mojej kości.

Zapamiętała mu to. Któregoś wieczora podsłuchał, jak się modliła.

- Żebyś mi syna dał, podobnego do ojca...

A tu urodziła się córka. Na dodatek dziwna jakaś. Każde dziecko, gdy przychodzi na świat, to płacze. A to - ciche.

Kiedy był dzieckiem, nasłuchał się historii o mawkach, co siedziały w zbożu i podrzucały kobietom swoje dzieci.

Tylko że dzieci z owych historii miały wielkie głowy i chude, długie ręce, a to - zapamiętał, choć spojrzał na nie tylko w przelocie - było drobne jak lalka i to wszystko.

Nalał sobie szklankę wódki - jak prosty chłop - i wychylił do dna, jednym haustem.

Imię, pomyślał, zanim zaczęło mu się kręcić w głowie. Czemu by nie Urszula, jak tamta, co naprawdę go kochała?

Był jej coś winien, choćby dobrą pamięć.

Urszula Wierzbicka, brzmi dobrze. I zwalił się na łóżko, nie zdejmując butów.

Urszula rosła i niczym nie różniła się od innych dzieci. Miała trzy lata i nie była już jedynaczką, bowiem na świecie pojawiło się jej dwóch braci - Anatol i Wincenty, bliźniaki, których z trudem rozróżniała nawet własna matka. Swoje przyjście na świat obwieścili głośnym wrzaskiem i ten fakt w pewnym stopniu zdjął z Urszuli piętno dziwnej.

- Jedne płaczą, drugie nie - orzekła stara znachorka.

Bracia Urszuli byli nieznośnie absorbujący, matkę całkowicie pochłaniało karmienie, przewijanie i podziwianie małych mężczyzn. W nocy naprzemiennie męczyła ich kolka, ojciec zatem uciekał od ich krzyku do Oksany, bo ta zawsze była w pobliżu, a Urszula - do babci, gdzie czekał na nią niewielki pokoik, który dawno temu był pokojem Antoniego.

- Trzy lata i taka mądra - dziwiła się Oksana. - Drogę zna jak ten pies. O, widzisz ją, jak biegnie?

- Widzę - mruczał Antoni, choć przed oczami miał pokryty lekkim puszkiem rowek między piersiami Oksany.

Dzieci, myślał.

Droga do domu babki była łatwa do zapamiętania. Należało przebiec przez sad, potem przez groblę, skąd widać już było ściany babcinego domu; uważać, biegnąc przez pasiekę, w której królowała ciotka, w kapeluszu, z siatką spływającą na ramiona - i już wpadało się do sieni pachnącej ogórkami, kiszonymi pomidorami i innymi wspaniałościami, wypełniającymi spiżarnię.

Tam specjalnie dla niej babcia trzymała orzechy laskowe i karmelki, a kiedy Urszula usłyszała bajkę o Sezamie, miała przed oczami nie klejnoty i inne drogocenne rzeczy, ale właśnie słoiki z zaprawami, jak nazywała je ciotka, sznurki suszonych grzybów, połcie wędzonej słoniny, kiełbasy, worki z fasolą wiszące na żerdce, beczkę z kapustą i słoiki z powidłem śliwkowym. I, oczywiście, garnki z miodem.

- Człowiek musi być przezorny - mawiała ciotka. - Po latach tłustych zawsze przyjdą chude.

Chude lata, jakimi straszyła ciotka, miały postać strachów na wróble stawianych w ogrodzie, powiewały szarymi szmatami, tańczyły z wiatrem.

- Anteczku - powiedziała pewnego dnia matka - niech Urszulka u nas zostanie. Smutno nam, a dziecko to jak promyk słońca.

- A niech zostanie - zgodził się Antoni.

Olena, myślała po latach Urszula, pewnie nawet nie zauważyła, że zniknęła jej córka. Ale nareszcie było jej dobrze. Owszem, odwiedzała rodzinny dom, przynosiła miód i łakocie, a bracia witali ją radośnie, bo z tym im się zawsze kojarzyła.

Kiedy Urszula skończyła osiem lat, wydarzyła się tragedia. Otóż matka zorientowała się nagle, gdzie i z kim spędza noce jej mąż, i na Świętego Jana, gdy powietrze drgało od gorąca, wyszła do ogrodu i położyła się pod jednym z żółto kwitnących, pachnących do zawrotu głowy krzewów, jak kiedyś, kiedy oddawała swoje ciało paniczowi ze dworu.

Pewnie śniło jej się tamto - jego dłonie i pocałunki - bo kiedy ją znaleziono, miała na ustach dziwny uśmiech, a twarz tak spokojną, jakby naprawdę spała.

Ta trzecia, mawiano, poszła w azalie.

Mimo że Antoni po raz trzeci został wdowcem, natychmiast znalazła się chętna, której nie zraziła nawet trójka dzieci.

W ten sposób poślubił Malwinę, Czeszkę, córkę piwowara z sąsiedniego miasteczka, jak się okazało później, niepiśmienną, ale jej gospodarność była tym, czego potrzebował, nadto traktowała go jak kolejne dziecko, pobłażała mu i folgowała, a także przymykała oko na kolejne nocne wypady Antoniego.

Nie było w tym nic dziwnego - Malwina w zamążpójściu znalazła szansę ucieczki z domu. Miała dość ciężkiej pracy; jako najstarsza z pięciu córek była niejako z góry przeznaczona do pomocy i opieki nad rodzicami, kiedy któreś z nich zlegnie - co jej się nie uśmiechało.

Przetaczając beczki ze słodem, zaciskała zęby, marząc o innym życiu, a nosząc mielcarzom dwojaki z posiłkiem, wyobrażała sobie swój własny dom, gdzie byłaby prawdziwą panią. Dlatego, kiedy usłyszała o śmierci Oleny, natychmiast zaproponowała Antoniemu małżeństwo.

Pojawiła się w niedzielnej sukience, z torbą podróżną, w której miała zmianę bielizny i wszystkie swoje oszczędności.

Zaskoczyła go jej bezpośrednia propozycja, do diabła, to przecież nie jest babska rzecz proponować małżeństwo, pomyślał. Ale...

Ku jego zdziwieniu, matka zaaprobowała pomysł Malwiny. W końcu Antoni będzie mieć należytą opiekę, ta dziewczyna nie będzie chciała niczego, tylko stać się panią Wierzbicką. I miała rację.

- Nareszcie wydaliśmy Antosia - westchnęła, wspierając się na ramieniu męża.

Chłopcy natychmiast przylgnęli do nowej matki, a wspomnienie tej prawdziwej z dnia na dzień stawało się coraz bardziej mgliste, Urszula zaś zaczęła się zmagać z poczuciem winy. Może gdyby nie zamieszkała z babką, wszystko potoczyłoby się inaczej? Córka winna być oparciem dla matki, tak wywnioskowała, słuchając rozmów czterech kobiet, z których każda dawała drugiej siłę.

Kiedy jednak Malwina zażądała, aby pasierbica wróciła do domu, bo to przecież wstyd, aby dziecko poniewierało się po ludziach - tak, dokładnie w ten sposób powiedziała - Urszula stanowczo się sprzeciwiła.

Nie pomogły prośby ni groźby, na upór dziewczynki nie było sposobu.

- Nie pójdę do ciebie - rzuciła w twarz ojcu - raczej się utopię.

On zaś poczuł, jak po plecach przeszedł mu dreszcz. Oczy córki patrzyły na niego z nietajoną nienawiścią, zupełnie jakby wstąpił w nią Zły.

A może Mariaszka miała rację?

Ten księżyc, co to się otoczył? Antoni nie był specjalnie zabobonny, nie mniej i nie bardziej niż inni, wychowano go na opowieściach o rusałkach, leszych, utopcach i sysunach, co wyciągały z człowieka całą krew.

- Nie przymuszaj mnie - dodała córka - bo już nigdy... nigdy...

Gorączkowo szukała czegoś, co mogłoby dotknąć go do żywego, aż na koniec znalazła.

- Niczego nie namalujesz.

Skąd się taka zła wzięła, pomyślał i pozostawił ją, stojącą na ganku, z dumnie uniesioną głową. Po przyjściu do domu natychmiast udał się do pracowni i powrócił do pracy nad obrazem, który zaczął jakiś czas temu i dziwnie nie mógł go skończyć.

Polowanie na dzika... Temat nie tylko bardzo dynamiczny, ale związany z pewną historią, którą opowiadano sobie przy różnych okazjach.

Otóż, ojciec Antoniego był zapalonym myśliwym i często gościli u niego podobni pasjonaci, być może wcale nie chodziło o polowanie, bo trofea zdarzały się nader rzadko, tylko o to, aby się spotkać, wypić, porozmawiać. Owo pamiętne polowanie na dzika było właśnie takie.

Ustrzelonego cudem sporej wielkości odyńca przywieziono na wozie i towarzystwo natychmiast zasiadło do libacji.

Ojciec, mając już mocno w czubie, udał się za potrzebą i pechowo trafił na drzwi od szafy, otworzył je i oddał mocz do stojącego w niej myśliwskiego buta.

Może właśnie ta historia sprawiła, że scena, jaką Antoni namalował, wyszła dziwnie niedoskonała - o ile odyniec osaczony przez psy był realistyczny i dramatyczny w swojej walce o życie - o tyle myśliwi wydawali się sztuczni, sztywni jak kukiełki.

Gdyby Antoni zaczął teraz malować ten obraz, z pewnością ową sztuczność przypisałby słowom Urszuli.

Ona wie, myślał. Nie wiadomo skąd, ale wie, kim jestem.

Zamierzał spalić ów niefortunny obraz, ale teść, urzeczony tematem, zaoferował za płótno naprawdę sporą sumę i zawiesił dzieło Antoniego w pokoju stołowym, gdzie mogli je podziwiać wszyscy.

Antoni zaś nie musiał go oglądać, bowiem w domu teściów bywał rzadko, a kiedy musiał, to starał się nie patrzeć na grube, złote ramy, w które ową scenę oprawiono.

Po kim ona taka uparta, zastanawiał się, myśląc o córce. Może po mojej babce, bo matka zawsze była jakaś taka miękka. A może po mnie.

Wstrząśnięty zatrzymał się na schodach.

Kiedy po raz kolejny Malwina napomknęła, aby skłonił córkę do powrotu do domu, kategorycznie odmówił zmuszania Urszuli do czegokolwiek.

- Matka ma z niej pociechę - wyjaśnił, nie wspominając o uporze dziewczynki. - Niechże sobie tam mieszka, a co ludzie mówią... Po to mają języki, żeby gadali. Zawsze o czymś gadać muszą.

Malwina spojrzała na męża podejrzliwie.

Prawda, kiedy wspomniała o ślubie, mówili, że to dziwna rodzina. Nie taka jak inne. Ale miała wtedy w sobie tyle determinacji, że wyszłaby za samego diabła, byle nie zostać w domu.

Zatem nikogo winić nie mogła.

Pasję Antoniego traktowała tak, jak matki traktują kaprysy dzieci: maluje te swoje obrazy - aż dziw, że są z tego pieniądze - i odnosi się do niej dobrze. Ot, zawarli umowę, tak jak jej ojciec z restauratorami z Równego. Dostała nazwisko, dom, pozycję i to wszystko. O wspólnych dzieciach nie miała co marzyć, ale i to było dobre.

Gdyby jeszcze Antoniemu udało się ściągnąć do domu córkę, zyskałaby jakąś pomoc.

Choć może to i dobrze, że dziewczyna - urodzona pod Psią Gwiazdą, jak mawiali we wsi - trzymała się z dala, bo licho nie śpi, Bóg jeden raczy wiedzieć, do czego byłaby zdolna.

Tak więc Malwina bała się Urszuli i w końcu zaczęła być wdzięczna, iż ta mieszka gdzie indziej.

Zaś Anatol i Wincenty uwielbiali starszą siostrę. Szukali każdej okazji, aby pobiec do babki i posiedzieć z Urszulą w sadzie, gdzie czytała im książki - nie baśnie, ale takie, co opowiadały o dalekich krajach, przygodach, marynarzach i rozbitkach, a chłopcy słuchali z szeroko otwartymi ustami. Powracali do domu z rozpalonymi policzkami, aż Malwina zastanawiała się, czy córka Antoniego nie zadała im jakiego uroku - bo to przecież różnie o niej mówiono.

W rodzinie Antoniego lubiano tę dziewczynkę o zjawiskowej urodzie; Urszula miała jasnozielone oczy i prawie białe włosy, była wysoka jak na swój wiek i jak na dziecko dziwnie małomówna. Po ojcu odziedziczyła talent do rysowania i często można było zobaczyć, jak siedzi w ogrodzie albo na miedzy i coś szkicuje.

Ze swoimi pracami biegła do ciotki Dyzi, żony znienawidzonego Michała, gdzie mogła do woli oglądać albumy o sztuce i poznawać anatomię na przykładach rycin przedstawiających antyczne rzeźby.

- Temu akurat wierzyć nie należy - mówiła ciotka Dy­zia, stukając palcem w przyrodzenie Apollina. - Normalny mężczyzna - dodawała, zapominając, że rozmawia z dziewięciolatką - nie chciałby tak wyglądać, uwierz mi.

- A jak? - pytała Urszula i wtedy ciotka przypominała sobie, że Urszula jest dzieckiem, i niezręcznie starała się wybrnąć z kłopotliwej sytuacji, którą sama stworzyła.

- No popatrz, widziałaś ty kiedy kogoś z takimi lokami? Jak u kobiety. A twarz taka dziwnie gładka...

Trudno było nie przyznać jej racji, bo nikt w okolicy tak się nie nosił, ale Urszula w głębi serca była przekonana, że chodzi o coś zupełnie innego.

Zresztą już dawno zauważyła, że różni się od swoich braci.

- Gdyby nie te różnice - wyjaśniła jej prababka - toby ludzi na świecie nie było, zwierzęta by się nie rodziły i wszystko by wymarło zaraz po tym, jak Bóg wypędził Adama i Ewę z raju.

Wychowywana w ten sposób, wiedziała o życiu znacznie więcej niż jej rówieśniczki. Pewnego dnia na jej kolanach okociła się kotka ciotki Dyzi i Urszula zaczęła się zastanawiać, czy człowiek też przychodzi na świat ślepy.

- Ależ skąd! - zaprzeczyła ciotka. - Za to kocięta szybciej niż człowiek zaczynają chodzić, biegać i polować.

- A dlaczego tak?

- Żeby się nie stał pyszny.

Urszula lubiła się przyglądać, jak ciotka maluje bukiety polnych kwiatów, kocięta wygrzewające się na oknie, chatki kryte strzechą i nimfy w kąpieli lub w zbożu. Ich ciała przypominały nieco kluski, jakie kucharka kładła łyżką na wrzątek, i Urszula myślała, że ojciec mimo wszystko robi to lepiej. Bo obrazów, tych zakazanych, stojących w pracowni, zapomnieć nie mogła.

Sami artyści w tej rodzinie - mruczał Michał, zupełnie jakby zapomniał, że jego żona nie jest z Wierzbickimi spokrewniona, a kiedy wreszcie to do niego dotarło, zaczął całkiem poważnie myśleć, iż skłonność do malowania może być zaraźliwa.

Tylko jak się przenosi, zastanawiał się. Przez katar, kaszel czy przez łóżko jak syfilis. To akurat zdawało się niebezpiecznie bliskie prawdy, bowiem mężczyzną, z którym potajemnie romansowała jego żona, był nikt inny jak tylko Antoni.

Ba, Michał pochwalał ich wspólne wycieczki nad rzekę, gdzie, siedząc obok siebie, szkicowali, Antoni pokrzywione drzewa i ich odbicia w wodzie, a Dyzia romantyczne zachody słońca.

Co zaś działo się potem, było tajemnicą obojga.

- Michał ostatni, co by się domyślił. Siano ma w głowie - powiedziała pewnego dnia Dyzia, leżąc na plecach i patrząc w niebo. - Jeśli już ktoś, to twoja córka. Czasami tak na mnie patrzy...

Urszula, przyglądając się ciotce, myślała o czymś zupełnie innym. Podziwiała jej szyk i niedbałą elegancję. I to, że była całkowicie niezależna, nie musiała prosić męża o pieniądze, jak zdarzało się to w wielu rodzinach. Robiła to, co chciała, zamawiała farby we Lwowie, zlecała wykonanie blejtramów, kupowała najdroższe pędzle i... malowała kiepskie obrazki. Lecz wcale się tym nie przejmowała.

- Bogata z domu - stwierdziła babka - to może sobie pozwolić.

Czy jej ojciec był bogaty z domu, zastanawiała się Urszula. Zgromadzony majątek, wiedziała o tym, Antoni zawdzięczał tylko sobie, choć z pewnością wolałby być znany niż zamożny.

I jeszcze ta dziwna żona. Jak można nie umieć czytać i pisać, dziwiła się. Przecież to takie proste, każdy to potrafi.

Nie miała pojęcia, że brak tych podstawowych umiejętności był piętą achillesową Malwiny. Przechodząc przez gabinet męża, zatrzymywała się przed biblioteką i ostrożnie dotykała grzbietów książek stojących jedna obok drugiej na półkach.

Czasami, gdy miała pewność, że nikt nie patrzy, wyjmowała pierwszą z brzegu, otwierała i przyglądała się stronom wypełnionym literami.

Gdyby mnie kochał, pomyślała któregoś razu i to odkrycie nią wstrząsnęło, nauczyłby mnie tego.

Nigdy przedtem ów brak nie dokuczał jej w takim stopniu. Dopiero kiedy we dworze zaczęła się pojawiać nauczycielka - chuda kobieta z aksamitką na szyi i torbą pełną różnych książek - dotarło do Malwiny, że zbliża się czas, kiedy synowie Antoniego będą mądrzejsi od niej. Niewykluczone, że zaczną się z niej śmiać - ich matka z pewnością umiała czytać - i na dodatek Malwina parę razy widziała Urszulę, jak ta szła z książką w ręce przez łąkę, ani jednym spojrzeniem nie zaszczycając rodzinnego domu.

Pewnie już się ze mnie śmieje, myślała Malwina, zagryzając wargi.

Wtedy do jej oczu napływały łzy i aby się uspokoić, przywoływała obraz beczek ze słodem i wiecznie gderającego ojca.

Ech, gdyby miała choć jednego brata, część pracy spadłaby na niego, może wtedy ojciec nareszcie miałby z kogo być dumnym. Bo jakże to, mężczyzna, a nie potrafi syna spłodzić?

Pewnie z tego powodu tkwiła w nim ta złość, którą wylewał na żonę i córki, a szczególnie na nią, najstarszą.

Ciekawe, zastanawiała się, która teraz haruje jak ten koń. A jakby tak znaleźć dla wszystkich po kolei mężów, żeby odeszły z domu na swoje, na lepsze. Nawet bez miłości.

Wszystko byłoby lepsze od wiecznie mokrej podłogi browaru czy też kwaśnego zapachu piwa.

Jeśli istnieje piekło, pomyślała któregoś dnia, to w beczkach jest słód, nie smoła.

Coraz częściej zastanawiała się nad sobą i swoim życiem. Wiadomo, nie spodziewała się niczego niezwykłego i dziwiło ją teraz, że oczekiwania, powoli, dzień po dniu, zmieniały się w niezauważalny sposób.

Gdyby Antoni ją pokochał, roiła sobie, wpatrując się w sufit. Gdyby dał jej poczuć, że jest dlań kimś więcej niż gospodynią i opiekunką jego dzieci. Dałaby za to połowę tego czasu, który jeszcze jej pozostał.

A jakby tak... - którejś nocy przyszła jej do głowy naprawdę zuchwała myśl - jakby tak pójść do Mariaszki, wiedźmy, co to miała prawie sto lat i mieszkała w małym domu pod dąbrową, a kładła karty jak nikt. Mówili też, że potrafiła rzucać uroki, te złe i te dobre, i na wszystko miała radę. Ale przede wszystkim znana była z tego, że potrafiła odebrać każdy poród, nawet wtedy, kiedy dziecko nie miało najmniejszej chęci pojawić się na świecie.

Mariaszka przyjrzała się Malwinie z kpiącym, a przynajmniej tak się młodej kobiecie zdawało, uśmieszkiem.

- A czego oczekiwała? - zapytała, wyjmując z drewnianej kasetki talię zatłuszczonych kart. - Połowy królestwa? Księcia z bajki? Nie wiedziała, kto zacz ten Wierzbicki? Wszyscy wiedzą, a ta nie wiedziała...

Malwina zacisnęła zęby. Wiedziała, a jakże. Ale o tym rozmawiać nie będzie.

- Na trzy kupki przełoży. - Stara postukała palcem w karty. - Lewą ręką, do siebie. Od siebie, to by na niego było, ale w cudzą duszę nie zaglądaj, po co ci to.

Malwina obserwowała, jak Mariaszka układa karty w trzech równych rzędach, a potem wpatruje się w nie jak kot w mysią norę.

- To ty jesteś. - Wskazała zaostrzonym patykiem kartę, na której czerwieniło się serce. - A koło ciebie zazdrość, ale nie o mężczyznę.

Dotykała patykiem kolejnych kart i kręciła głową.

- Domu nie zmienisz, a życie zmienisz - mruczała. - Umrzesz i urodzisz się.

Malwina wzdrygnęła się, gdy patyk zatrzymał się na karcie z czarnym krzyżykiem.

Mariaszka położyła na boku czerwienną damę i przetasowała karty.

- A teraz wybieraj, po trzy. Tutaj, tutaj i tutaj... Dla ciebie, dla domu, o czym nie wiesz, czego się nie spodziewasz, co być musi, czym serce zaspokoisz.

To wszystko brzmiało naprawdę groźnie i w pewnej chwili Malwina miała ochotę po prostu uciec, ale jakaś siła trzymała ją na miejscu.

- Oj, twardaś, ty, twarda. - Na twarzy Mariaszki pojawił się uśmiech, inny od tego, którym ją powitała. - I uparta. Co sobie umyślisz, to mieć będziesz. Tej nocy przyśni ci się ktoś, kto ci dopomoże, zapamiętaj.

Malwina opuściła chatę z zamętem w głowie. To, co sobie umyśliła, nie było łatwe. Ale zrobi to, choćby - spojrzała na leniwie płynącą rzekę - choćby ta woda do góry popłynęła.

Kiedyś już pomyślała w ten sposób: Nie wrócę do domu, chyba że ta rzeka do swych źródeł popłynie.

Tej nocy długo nie mogła zasnąć. Nad sadem świeciła jasno gwiazda, zwana przez mieszkańców wsi psią, bo zawsze modlił się do niej na wiele głosów chór wiejskich kundli, a niektórzy, chcąc dokuczyć tym, co im szczęście nie sprzyjało, mawiali - bo taki czy taka pod psią gwiazdą się urodził...

Nad ranem przyśniła jej się córka Antoniego. Stała na grobli i machała do niej ręką.

Malwina z krzykiem usiadła w pościeli.

Nie usłyszał jej Antoni, spał bowiem osobno, od samego początku, i całe szczęście, bo musiałaby mu powiedzieć, co się stało.

Cóż ona ma do mnie, myślała gorączkowo, stojąc w otwartym oknie. Jakże mogłaby mi dopomóc. I w czym.

Ale skoro Mariaszka tak powiedziała, pewnie coś w tym jest.

Należało wiedźmy posłuchać.

Sen nie dawał Malwinie spokoju do wieczora. Niepokój ponownie zaprowadził ją do chaty pod dąbrową.

- A jaka ta woda była, pamięta? - Mariaszka zwróciła na nią bladoniebieskie oczy. - Czysta czy brudna? Spokojna czy burzyła się?

Malwina zacisnęła powieki tak mocno, że aż rozbłysło pod nimi światło.

- Czysta chyba - powiedziała. - A czy spokojna?

Skoro w tym śnie Urszula odbijała się w niej jak w lustrze, to musiała być spokojna.

- Spokojna! - wykrzyknęła tak głośno, że aż kot Mariaszki zeskoczyl z pieca.

Stara chwyciła jej lewą rękę i obróciła spodem ku górze.

- Skąd w tobie tyle złości do świata? - zapytała. - Skrzywdził cię kto?

Bryła lodu, tkwiąca gdzieś w piersiach Malwiny, zapłonęła żywym ogniem.

- Ojciec! - krzyknęła. - Do czarnej roboty mnie gonił... A matka patrzyła na to i nic.

Nagły ból zgiął ją wpół, tak ostry, że aby się nie przewrócić, usiadła na progu. Już raz czuła podobny, kiedy krwawiąc, na nogach miękkich jak z waty, próbowała zaprowadzić do stajni starego wałacha.

Ojcu obce były comiesięczne przypadłości kobiet, więc nawet mu o tym nie wspomniała. Tylko walcząc z drzwiami od stajni, poczuła, jak w środku w niej coś się oberwało. Resztę dnia przeleżała na stryszku z sianem, gdzie nikt jej nie szukał, bo też i nikomu nie przyszło do głowy, że mogła się tam schować.

- Twoja matka - powiedziała Mariaszka - sama była nieszczęśliwa. No powiedz sama, jak nieszczęśliwa kobieta może dać komuś szczęście?

I to tak będzie za nami iść, pomyślała Malwina. Nieszczęśliwa rodzi nieszczęśliwą. Nigdy to się nie skończy.

Przypomniała sobie, jak wychodząc za Antoniego, roiła sobie, że będą mieli syna czy córkę - ale nie, raczej wolałaby syna. Dobrze, że nic z tego nie wyszło. Jak tu żyć, kiedy ktoś, krew z twojej krwi, kość z twojej kości, przeklina, że się urodził?

Bo Malwinie zdarzało się przeklinać swoją matkę.

- Posłuchaj - Mariaszka pogroziła jej chudym, kościstym palcem - jak długo to będzie w tobie siedzieć, tak długo będzie ci źle. Nienawiść jak kij, ma dwa końce.

Cały zapiekły żal, jaki w sobie tłumiła, podszedł Malwinie do gardła. Wyrzuciła go z siebie z dziwnym, nieludzkim krzykiem.

Mariaszka, która widziała już w życiu niejedno, pokiwała głową.

- Nigdy mnie nie kochał - wycharczała Malwina. - Ani on, ani nikt.

- To sama siebie musisz pokochać.

Ręka staruchy dotknęła jej policzka.

- Człowiek tak naprawdę sam ze sobą żyje, do końca. Sam się rodzi i choćby go cała rodzina otaczała, to sam umiera. I sam sobie jest bliźnim, i przyjacielem. Nie kochasz siebie, to nikt cię nie pokocha. Nie cenisz siebie, to nikt cię szanować nie będzie. Taka prawda.

Taka prawda, powtarzała w myśli Malwina, wracając do domu, gdzie nie była ani żoną, ani matką.

W kieszeni spódnicy miała kurzą kość, kruche widełki z kurzego mostka, którymi od tej pory codziennie o północy grabić miała do siebie.

Wymknęła się z domu tak, aby nikt jej nie zauważył, przykucnęła pod starą jabłonią i wyjęła kostkę.

- Ku mnie, do mnie - powtarzała formułę Mariaszki. - Dobre przyciągam, złe zakopuję...

Powtórzyła to cztery razy, na cztery strony świata, a potem, ukrywszy magiczny przedmiot, poszła do domu.

Wróciwszy do sypialni, przystanęła przed lustrem. Lata wypoczynku, czas, kiedy nie musiała się zrywać o świcie, a po obiedzie mogła usiąść w wiklinowym fotelu i na chwilę przymknąć oczy, zrobiły swoje. Choć na jej policzkach wyraźnie rysowały się bruzdy smutku, a w kącikach oczu znalazłoby się kilka drobnych zmarszczek, można było śmiało powiedzieć, że nadal jest ładną kobietą. Piersi wciąż miała jędrne i okrągłe, brzuch - płaski, smukłe uda i łydki.

Przecież mógłby, myślała. Jak nie mnie, to chociaż moje ciało.

Był to jeden z tych momentów, kiedy człowiek doznaje olśnienia, odkrywa coś, czego istnienia nigdy by się nie spodziewał, i stoi osłupiały prostotą swojego odkrycia.

Malwina bowiem nagle zdała sobie sprawę, iż składa się z ciała i duszy, a obie te części, choć nierozdzielne, mają całkowicie inne potrzeby.

I o ile, przekładając to na sposób myślenia trzeciej żony Antoniego, jej ciało tylko bywało głodne, o tyle jej dusza umierała z głodu.

Cały świat, myślała Malwina, stojąc nago w otwartym oknie, jest tam, za wsią, za dąbrową, i gdyby tylko mi na to zezwolono, dowiedziałabym się, jaki jest.

Nad sadem wisiał ogromny, srebrny księżyc, był tak blisko, że widziała plamy na jego tarczy.

Powoli, jak w transie, włożyła nocną koszulę, stanęła na parapecie i zeskoczyła w wilgotną, miękką trawę.

Chodź, chodź, wabiło ją srebrne światło.

Chodź, chodź, kusił ją świat.

I Malwina ruszyła przed siebie.

Antoni usiadł na łóżku. Ktoś walił pięściami w drzwi, zupełnie jakby się paliło.

- A co tam? - krzyknął.

- Pana żona chodzi! - zawołał parobek.

Chodzi? Toż każdy normalny człowiek chodzi, chyba że mu nogi odcięło. Cóż w tym takiego dziwnego, żeby człowieka ze snu zrywać?

- Pana żona chodzi - powtórzył parobek. - Widziałem. W samej koszuli i boso, po drodze.

Antoni zerwał się na równe nogi. Słyszał o ludziach, co to wychodzili z domów, kiedy księżyc był w pełni, i chodzili po dachach. Kogoś takiego nie wolno było zawołać, bo, nie daj Bóg, jeszcze by się przebudził i spadł.

Dobrze, że drogą idzie, pomyślał gorączkowo, wciągając spodnie.

Biała koszula jego żony jaśniała w mroku.

Na drodze leżał cień Malwiny, czarny, jakby ktoś namalował go tuszem.

- Cóż ty robisz? - zapytał Antoni.

Odwróciła się do niego. Światło księżyca sprawiło, że jej jasne włosy były prawie srebrne, a ciało nierzeczywiste, jakby powstała z mgły unoszącej się nad pobliskim stawem.

- Gdzież ty idziesz?

- Do świata - odparła dziwnie sennym głosem. - On tam, daleko.

Antoni położył ręce na jej ramionach i lekko nią potrząsnął.

Spojrzała na niego przytomnie.

- Będziesz mnie uczyć - powiedziała.

- Co? - zdziwił się.

- Nauczysz mnie czytać i pisać - powtórzyła twardym, zdecydowanym głosem. - Żebym przeczytała wszystko, co u ciebie stoi w bibliotece. Żebym mogła napisać własne imię.

Prośba żony - nie, to było żądanie - poraziła go, zupełnie jakby uderzył piorun z jasnego nieba.

Spodziewałby się wszystkiego, ale nie tego. Stał oniemiały, a Malwina patrzyła mu prosto w oczy.

I miała zupełnie inne oczy niż te, które spoglądały na niego znad stołu, nawet ich kolor wydawał mu się inny.

Zielone były czy złociste, takie, jakimi żaby spoglądają spomiędzy wodnej rzęsy? I to spojrzenie wydało się jakieś inne. Dumne.

Może jej kto jaki urok zadał?

A może potajemnie do Mariaszki chodziła?

Różnie o starej mówiono, podobno ludziom w głowie potrafiła namieszać.

- A nie chodziłaś ty czasem do Mariaszki? - zapytał, prowadząc ją w stronę domu.

- Dajże ty mi spokój! - wybuchnęła. - Żeby wiedzieć, że mnie nie kochasz, do Mariaszki chadzać nie muszę. A na to, żebyś mnie pokochał, to sposobu nie ma.

Oswobodziła się z uścisku jego palców i zawróciła do domu.

Antoni patrzył, jak pod cienką koszulą rysują się jej biodra, i zdjął go nagły strach, taki sam, jak, gdy będąc dzieckiem, lękał się, że matka mu umrze.

A jak odejdzie i zostawi mnie samego, pomyślał.

- Malwina! - zawołał.

Przystanęła.

Odwróciła głowę i dopiero teraz dojrzał linię policzka, harmonijne, proporcjonalne rysy, twarz, którą należało malować - Pomona, Demeter czy Dziewanna?

- Toż przecie wracam - odparła.

Weszła na ganek, a stamtąd udała się do swej sypialni. I - co usłyszał natychmiast - zamknęła drzwi na klucz.

- Czemu ty drzwi zamykasz? - zawołał. - Boisz się czego?

- W zamku klucz zawsze był - usłyszał zza drzwi. - Zamykam, bo chcę, żeby były zamknięte. A otworzę, jak swoje imię napiszę, nie wcześniej.

Czyli cały czas czekała na mnie, pomyślał Antoni. A teraz zamyka drzwi, bo już nie czeka.

Stał pod zamkniętymi drzwiami i nasłuchiwał. Teraz pewnie kładzie się do łóżka.

Jak też ona śpi, zastanawiał się. Jeśli na boku, to na którym?

Wyobraził sobie łagodną linię jej ciała, coś na kształt zarysu pasma łagodnych wzgórz, kuszące krągłości bioder, a gdzieś tam cienisty trójkąt, jakiego nigdy nie widział.

A może śpi na brzuchu, z piersiami przyciśniętymi do prześcieradła? Policzek na poduszce, dwa symetryczne pagórki pośladków schodzące ku udom, pomiędzy którymi nigdy nie zasypiał?

Albo też na wznak, z lekko uchylonymi ustami, bezbronna i cicha?

I cóż mnie opętało, otrząsnął się z tych myśli jak pies po wyjściu z wody. Ani chybi chodziła do starej i dostała jakąś radę.

No cóż, pomyślał, idąc do swej sypialni, zobaczymy, zobaczymy. Uczyć się chce. W zasadzie dobrze, zajmie czymś głowę.

Tylko po co jej to??

Tyle czasu żyła, nie sięgając po książki. Ale niech będzie. Poszuka jej nauczyciela... nie, nauczycielki.

Bo nagle przed jego oczami pojawił się dziwny obraz: Malwina, pochylona nad lekturą, a obok niej nauczyciel, wymoczek w hałstuku, miejskie chucherko, co ręką niby to litery pokazuje, ale o jej ramię się ociera.

Nauczycielka, choćby ta, co przychodzi do chłopców. Cierpliwa jest, sumienna. Bliźniaków nauczyła, choć nie garnęli się do nauki - to i dorosłą nauczy.

Utkwiła w nim owa determinacja, z jaką żona przedstawiła mu swoją propozycję... Nie, propozycja była o wiele wcześniej, kiedy Malwina, stojąc na ganku, spojrzała mu prosto w twarz.

- Pani w jakiej sprawie? - zapytał wtedy, czując, że pojawienie się tej kobiety będzie miało jakieś bliżej nieokreś­lone znaczenie dla jego życia.

- Ja w sprawie małżeństwa - odparła spokojnie. - Pan potrzebuje matki dla swoich dzieci, a ja szukam miejsca.

- I do tego ślub pani potrzebny? - zakpił mimo woli.

- A tak - odpowiedziała, puszczając kpinę mimo uszu. - Za służącą to mogę pójść do każdego dworu.

Jeśli kiedykolwiek Antoni uważał, że nic nie jest w stanie go zaskoczyć, tym razem znalazł się w co najmniej dziwnej sytuacji.

Oto proponowano mu... małżeństwo. W sposób całkowicie nietypowy, odbiegający od jakichkolwiek wzorców.

A uczyniła to dorodna blondynka w kretonowej sukience, jaką zwykle od święta nosiły dziewczyny z przedmieścia, z torebką z imitacji skóry w ręce.

Cóż to w moim życiu zmieni, pomyślał. Usiadł na stojącej na ganku ławie i gwizdnął na psa.

Czy da się podjąć taką decyzję w jednej chwili? Należy poprosić, aby zaczekała, zastanowić się.

Kobieta jednak nie zamierzała odejść. Z jej postaci bił przedziwny upór, który sprawił, że Antoni przypomniał sobie osiołka, gdzieś tam, na Sycylii, który stanął na środku ścieżki i ani myślał się ruszyć.

Właściciel widać znał zwyczaje swojego zwierzęcia, bo nie zmuszał go do ruszenia z miejsca ani krzykiem, ani kijem.

Wiedział, że osioł ruszy, kiedy zechce, nie wcześniej i nie później.

Dokładnie tak samo wyglądała kobieta, o której wiedział tylko tyle, że nie była tutejsza.

Zasnął dopiero nad ranem, kiedy niebo zaczęło jaśnieć, a w sadzie odezwały się pierwsze ptaki. A kiedy się obudził, przez chwilę miał wrażenie, że to wszystko mu się śniło.

Wszyscy pewnie już wiedzą, że moja żona "chodzi", pomyślał.

A co tam, pocieszył się po chwili, gadali już inne rzeczy i to o nim samym.

Na oparciu krzesła, jak co rano, wisiała czysta koszula - zatem Malwina była tutaj, wszak on swoich drzwi nie zamykał. I wpadło mu do głowy, że wchodząc do jego sypialni każdego ranka, patrzyła na niego, jeśli akurat nocował w domu (zazwyczaj starał się powrócić do domu choćby o świcie), że przyglądała się, jak spał.

Po plecach przebiegł mu dziwny dreszcz.

Malwina należała do tego rodzaju kobiet, co bez mrugnięcia okiem pozbawiłyby życia mężczyznę, który by się im w jakiś szczególny sposób naraził.

Widać czuła coś do niego, kochała go - zresztą, dziwne byłoby co innego - kobiety przyzwyczaiły go do adoracji, pobłażały mu i ani jedna nigdy nie wystąpiła z żadnym żądaniem. A tu...

Ogarnęła go fala irytacji, tak silna, że nie mógł sobie poradzić z zapięciem guzików koszuli.

Normalnie poprosiłby o pomoc Malwinę - pokiwałaby głową, uśmiechnęła się - ale dzisiaj nie mógł tego zrobić. Nie po tym, co się stało w nocy.

Zjedli śniadanie - jak zawsze razem z dziećmi. Chłopcy już się zastanawiali, jak uniknąć codziennej porcji nauki, kopali się pod stołem, wymieniali tajemnicze spojrzenia.

Ciekawe, pomyślał nagle Antoni, jak tam Urszula. Uczyć się powinna, żeby nie skończyć jak...

Jak Malwina, to miał na myśli, jednak żywił niejasne przeczucie, że życie jego czwartej żony dopiero się zaczyna.

Tak jak rozpoczyna się kolejny rozdział książki.

Ze strzępków rozmów sklejał w całość życie córki piwowara - ciężkie, monotonne, w którym jedynym wytchnieniem było kilka godzin snu, a rozrywką - niedzielne nabożeństwo.

Miasteczko leżało pomiędzy dwoma kościołami, katolickim i prawosławnym, i każdego poranka walczyły ze sobą dzwony z dwu wieżyczek.

"Ksiądz gałgan, ksiądz gałgan" - grzmiał basem cerkiewny dzwon.

"Sztany drany oberwany, sztany drany oberwany" - odszczekiwała się sygnaturka katolickiej świątyni.

Antoni do żadnego z nich nie chadzał - zaraz odezwałyby się ludzkie języki - zresztą nie miał takiej potrzeby. Gdy szedł do lasu czy malował nad rzeką, zdarzało mu się odczuwać coś w rodzaju ekstazy, myślał wtedy, iż tak właśnie objawia się obecność Boga. Podobne odczucia wywoływały w nim pieśni śpiewane we wsi wieczorami. Wszystkie opowiadały o miłości, o kobietach z płowymi warkoczami, o tęsknocie i każda z nich dotykała tego obszaru w sercu Antoniego, do którego niechętnie się przyznawał.

Kiedy po śniadaniu chłopcy pędem wybiegli do ogrodu, aby skorzystać z krótkiego czasu swobody, Antoni spojrzał na Malwinę.

- Będziesz się uczyć - oznajmił, uprzedzając jej pytanie. - Od jutra. Dziś porozmawiam z Lizą...

Liza, tak w domu nazywano nauczycielkę chłopców, Elizę Niemirską, córkę zubożałego szlachciury, który wsławił się tym, że przeputał cały majątek - własny, bo żona przezornie go opuściła, zabierając ze sobą córkę i ratując swoją część.

Liza ukończyła Instytut dla Szlachetnie Urodzonych Panien i jako że nie znalazł się żaden kandydat na męża, zajęła się nauczaniem ziemiańskich dzieci, co szło jej lepiej lub gorzej, ale zawsze robiła to z równą pasją i zapałem.

- Dobrze - odparła Malwina.

Postawiła na tacy filiżanki i talerze, a potem zaniosła je do kuchni.

Zanim chłopcy zasiedli do nauki, Antoni poprosił pannę Elizę do gabinetu i wyłożył jej swoją prośbę.

- Dobrze - odparła lekko zaskoczona, nigdy bowiem nie przyszło jej do głowy, że pani Wierzbicka może być analfabetką.

Gdy Antoniemu udało się ściągnąć chłopców do domu - sprawdziwszy uprzednio, czy nie przemycają w kieszeniach żadnych stworzeń, które przyprawiały Lizę o palpitacje serca - zaprzągł do bryczki siwą klacz i wyruszył do miasteczka, by kupić dla Malwiny kilka kajetów, kałamarz, atrament, obsadkę i stalówki.

Po drodze odwiedził matkę, która jak zawsze sprawiała wrażenie, że nic nie robi, tylko czeka na swego jedynaka.

- Cóż tam, Tosiu? - zapytała, ocierając łzy wzruszenia (spotkali się w niedzielę, na podwieczorku, ale rada była widywać syna codziennie). - Ludzie mówią...

Antoni się uśmiechnął. Wieści rozchodziły się szybciej, niż sądził.

- Zawsze coś tam mówią - odparł. - Pamiętasz, jak nasz stajenny mawiał, że gęba jest po to, aby gadała?

Stajenny, Jaś Kwasigroch, był postacią barwną i fascynującą - od niego Antoni, jako kilkuletni chłopiec, nauczył się przeklinać, i robił to w obu językach tak straszliwie, że ojczym miał szczerą chęć połamać na nim szpicrutę, ale matka zasłaniała syna własną piersią i prosiła męża, aby się powstrzymał. Antoni obiecywał, kilka dni był spokój... albo pomogła proca, którą mu zrobił stajenny, ale nie taka zwyczajna, tylko taka, z której Dawid zabił Goliata. Co prawda z tej procy Antoni żadnego Goliata nie zabił, ale kamień trafił w lustro, wiszące w jadalnym, i rozbił je w drobny mak.

Ot, siedem lat nieszczęścia będzie, martwiła się prababka. Nic takiego jednak się nie zdarzyło, a przyjaźń ze stajennym kwitła.

- Ale naprawdę we śnie chodzi? - dopytywała się babka.

Antoni wzruszył ramionami.

- Gorąco było, to wyszła z domu.

- Nie kręć. - Matka jak za dawnych czasów ujęła go palcami za brodę i spojrzała mu w oczy.

- Ciekawszego coś mamie powiem. - Antoni uwolnił się z jej uścisku.

- A co takiego? - Matka pobladła.

- Malwina uczyć się będzie - oznajmił.

- Malwina? A po co jej to? - zdziwiła się matka.

Spodziewał się podobnej reakcji.

- Zajmie się czymś. Zresztą sama poprosiła.

Babka odłożyła na bok robótkę.

- A wiesz ty, Tosiu - uśmiechnęła się - to znaczy, że czegoś chce. Może jej niewygodnie, że chłopcy się uczą? Żeby który nie powiedział jej kiedyś, że jest ciemna. Ma rację.

I w taki sposób rodzina Antoniego pochwaliła pomysł jego żony.

Malwina patrzyła na leżące na stole zakupy. Otworzyła jeden z brulionów i powąchała kartki. Tego zapachu nie dało się porównać z żadnym innym. Tak pachniało nowe.

"Nowe" okazało się trudniejsze, niż myślała, zwłaszcza nauka pisania, do czego Eliza przywiązywała szczególną wagę.

Stalówka przesuwała się opornie, atrament rozpryskiwał drobnymi kroplami.

- Nie, nie i jeszcze raz nie! - powtarzała nauczycielka, a synowie Antoniego, podsłuchujący pod oknem, tłumili śmiech.

W czasie jednej z lekcji, pobieranych przez Malwinę, pozbawieni kontroli, pobiegli na łąkę i nazbierali kwiatów o dużych, jasnozielonych dzbanuszkach, z których wysypywały się drobne ziarenka.

Ukryli je starannie w woreczkach na leki, uszytych z kawałków zamszu przez Urszulę - byli bowiem na etapie zabaw w Indian.

I gdy Malwina z trudem składała litery, pomalowali się farbami Antoniego w barwy wojenne, po czym spożyli swój łup.

Antoni zastał synów półprzytomnych, kiedy próbowali wspiąć się na gruby wełniany kilim, wiszący w salonie.

Abram Ejsik, lokalny felczer, zmusił obu chłopaków do wymiotów, a Malwina pobiegła do Mariaszki, gdyż ta miała sposoby na wszystko.

Długo dochodzili do siebie, a jeszcze dłużej zmywano z nich - terpentyną - olejną farbę.

- Jakby ich pilnowała - westchnęła matka Antoniego - ale te fanaberie...

Wszystkiemu, milcząc, przyglądała się i przysłuchiwała Urszula.

Gdyby nie książki - mimo miłości, jaką darzyła ją babka i prababka - życie dziewczynki byłoby raczej nieszczególnie ciekawe. Ile można, myślała, napawać się okolicznymi widokami, cieszyć przyrodą, obserwować otaczający, niewielki świat?

Ten, do którego kiedyś w podobny sposób tęsknił jej ojciec, znajdował się zupełnie gdzie indziej.

- Wyjdziesz za mąż - mówił dziadek - pojedziecie w podróż poślubną, do Włoch może.

Była to nikła pociecha. Ba, brzmiała nawet groźnie. Klatka zostanie na chwilę otwarta, skrzydła poczują przestrzeń, a potem...

Urszula zdążyła poznać wszystkich przyjaciół domu, którzy rozprawiali o nowych rasach krów, wystawach bydła, koniach, ba, jeden ze znajomych - "ekscentryk", jak określił go dziadek - zajął się hodowlą strusi, co było rzeczą dotąd niepraktykowaną, i wszyscy za jego plecami stukali się w czoło, ale hodowla prosperowała całkiem nieźle, głównie z powodu piór i ogromnych jaj.

Ile czasu jednak można było o tym słuchać?

Córki przyjaciół, w jej wieku albo trochę starsze, bez skrępowania rozmawiały o kryciu psów albo - czerwieniąc się - o anatomii ogierów czy byczków.

- Niesmaczne - powiedziała któregoś razu prababka. - Tak nisko upaść! Za moich czasów...

I popłynęła opowieść o spotkaniach muzycznych - bo prawie każdy wtedy umiał na czymś grać, o wieczorkach tańcujących i o tym, że teraz byłoby to niemożliwe.

- A cóż to szkodzi - przerwała jej babka - żeby zaprosić młodzież... Samą młodzież, bez tych starych pryków? Nastawimy samowar, Felusia coś dobrego upiecze, patefon i płyty są, a fortepian...

Urszula się uśmiechnęła.

- Fortepian! - zawołała prababka. - A Urszulka czemu nie gra? Ty w jej wieku...

I co jej przyszło z tego grania, pomyślała Urszula, kątem oka patrząc na niewielki krzyżowy fortepian. Kojarzył jej się z czymś bardzo smutnym , ilekroć bowiem babka siadała do instrumentu, w jej oczach pojawiały się łzy. Choć Urszula nie wiedziała zbyt wiele o kompozytorach, w głębi serca czuła, że babka miała - nie, nadal ma - prawdziwy talent.

Pewnie o tym myślał Antoni, mówiąc, że wszystko poszło w nicość. Bo ojciec posiadał nieprawdopodobną zdolność używania strasznych, przygniatających słów. W nicość, czyli na marne.

Po co mam się tego uczyć, myślała Urszula, ale coś w środku domagało się nowego, książki przestawały zaspokajać jej głód.

Tego dnia wieczorem sięgnęła po siedmiostrunną gitarę, która wisiała w pokoju przeznaczonym dla gości.

Niewielka, w sam raz pasowała do jej ręki.

Dźwięk rozstrojonych strun natychmiast usłyszała prababka i bezszelestnie pojawiła się w drzwiach.

- Widzisz. - Pokazała Urszuli swoją pomarszczoną dłoń. - To moja była, robiona na miarę, w Odessie. A nauczyciel...

Na jej twarzy pojawił się dziwny uśmiech. Usiadła na fotelu, poprawiła kołnierzyk sukni i westchnęła.

- Co ten nauczyciel? - zapytała Urszula. Nie lubiła, kiedy prababka nagle przerywała swoje opowieści, bo potem często już do nich nie wracała. A w każdej był jakiś mężczyzna. I to najbardziej ciekawiło Urszulę.

Zupełnie jakby cały świat kręcił się dokoła mężczyzn, oni wyznaczali granice swobody - i dokładnie tak samo było w opowieści o nauczycielu muzyki.

- Był bardzo przystojny. - Prababka zachichotała. - A mój mąż nagle zrobił się okropnie zazdrosny. I któregoś razu... Co to ja wtedy grałam? Nie pamiętam... No więc mój mąż wpadł do pokoju...

Prababka gwałtownie zerwała się z fotela.

- Wyrwał mi gitarę i zamierzył się nią na nauczyciela. Stanęłam pomiędzy nimi, bo gotów był go zabić, tak, dziecko, zabić, wiem, co mówię...

Na szczęście skończyło się na tym, że wypłacił tamtemu miesięczną pensję i kazał mu się wynosić. Może powiedział to mniej elegancko, ale dobrze się skończyło. Jakby tak zabił... więzienie, nie inaczej.

Urszula się roześmiała.

- Teraz to i ja się z tego śmieję - powiedziała prababka. - Ale wtedy to był prawdziwy dramat.

Urszula odwiesiła gitarę na miejsce.

- Ależ weź ją sobie, weź, słoneczko. Znajdzie się ktoś, kto cię nauczy.

- To wezmę, jak się znajdzie - odparła Urszula.

Jak wyjdę stąd z gitarą, myślała, to zapeszę i nic z tego nie będzie. Nic z góry. Nic u losu na borg.

Tak jak ze źrebakiem, co miał do niej należeć, a urodził się martwy.

Tak jak z sukienką, którą przywiózł jej ze Lwowa ojciec, a Urszula położyła ją zbyt blisko pieca. Węgielek wypadł na miedzianą blachę osłaniającą podłogę, od żaru zajął się skraj sukienki, dziw, że cały dwór się nie spalił. Sukienki, jak można się domyślić, ani razu jeszcze nie włożyła...

Tak to było z planami, jakie snuła. Dlatego, jeśli miała jakieś marzenia, nie mówiła o nich głośno, tylko zapisywała w niewielkim, cienkim kajeciku.

Tego dnia Urszula przez całe popołudnie myślała o Malwinie. O tym, czego jej się zachciało. Powinna siedzieć i dzieci pilnować. Przecież przez tę naukę macochy chłopcy byliby się na śmierć zatruli. Gdyby Antoni - tak mówiła o swoim ojcu - nie wszedł do pokoju, byłoby już po nich. Poumieraliby jak szczury, kiedy się najadły trutki.

Przypominała sobie to wszystko, także i to, że pewnej zimy zobaczyła, jak Malwina chodzi w futrze matki, ale jej złość wcale nie stała się większa, wręcz przeciwnie, zamieniała się we współczucie.

O tym, że ciężko być żoną Antoniego, Urszula wiedziała od dawna, z podsłuchanych rozmów, plotek, nawet od samej babki.

A jak któraś go kochała, to było podwójnie ciężko.

Malwina, pomyślała Urszula, jakby na służbę przyszła, tylko taką lepszą, sama się zgodziła, czyli o miłości mowy być nie mogło.

Chyba żeby potem się zakochała?

Ale musiała wiedzieć, że Antoni do kilku dziewczyn chadza, wszystkie go kochają, a on nie kocha żadnej.

Może się boi, przyszło do głowy Urszuli. Że jak którą pokocha, to ją zaraz utraci? To pewnie lepiej nie kochać nikogo.

Dzień, kiedy Malwinie udało się napisać własne imię tak starannie, że Liza nie szczędziła jej pochwał, stał się dla nietypowej uczennicy świętem, które miała w tajemnicy obchodzić co miesiąc, każdego piątego dnia.

W górnej szufladzie komody - którą także ku coraz większej irytacji Antoniego zaczęła zamykać na klucz - leżał cienki zeszycik, a jego strony wypełniało jedno tylko słowo. Jej imię pisane na różne sposoby.

Wpatrywała się w nie przed snem i rano, tuż po przebudzeniu, czując się tak, jakby zaczęła istnieć od chwili, gdy pochwaliła ją nauczycielka.

Za bezdomnym psem każdy rzuci kamieniem, bo nie ma ani budy, ani imienia, bezimiennego żebraka często pobiją na jarmarku, bo pobić Macieja, Stanisława czy Floriana jakoś niezręcznie.

A jak pies ma imię, to znaczy że budę ma i właściciela, co gotów oddać, gdy mu psa skrzywdzili, chyba że jest złym człowiekiem.

Ona sama zaś do tej pory swojego imienia nie widziała. Widziała siebie, lubiła przeglądać się w lustrze. A teraz przyglądała się literom, z jakich jej imię się składało: "M" zaokrąglone jak ramiona, "W" jak rysujące się pod bluzką piersi. Pełne, ciężkie, koralikiem sutka ciągnące ku dołowi.

Śniło jej się to imię wypisane na piasku, na śniegu, na klepisku i na tarczy księżyca.

Wtedy jakaś siła wyciągała ją z łóżka, prowadziła do otwartego okna i Malwina budziła się zdziwiona, dlaczego i jak tam trafiła.

Potem, czując na twarzy powiew powietrza, budziła się na dobre.

Chodzę, myślała.

Wiedziała, że mówią tak o niej.

Może Mariaszka znajdzie jakiś sposób, trzeba będzie do niej zajść, ale naprawdę ostrożnie, bo zdaje się, że Antoni czegoś się domyślał.

Wróciła do łóżka, pod lekką pierzynkę z delikatnego puchu, pod którą latem nie było gorąco, a zimą nie czuła zimna. Tak to ptaki mądrze wymyśliły, a ludzie z tego korzystają, pomyślała sennie. Jednak ledwie przymknęła oczy, a senność odeszła.

Malwina zapaliła stojącą na niewielkiej szafce obok łóżka świecę i wyjęła z szufladki książkę.

To była jedna z książek, jakie rok temu czytali chłopcy, o zwierzętach, owadach i roślinach, jej ulubiona, z której dowiedziała się prawdziwych imion wszystkiego, co ją otaczało.

- I nikt nie powie, że nie wiem - szepnęła.

Przez otwarte okno, którego nie przesłaniała firanka, wlatywały zwabione światłem ćmy i długonogie owady. Opalały sobie nad płomieniem skrzydła i spadały na blat zdziwione, że nie mogą poderwać się do lotu.

Każdy ma taką swoją świecę, pomyślała Malwina. Moja to Antoni.

Kiedy tylko zaczynał jej doskwierać brak miłości, przypominała sobie beczki ze słodem, ciężkie i lepkie.

Tak je toczyłam, powtarzała w myśli, jak ten żuk, co popycha przed sobą kulkę gówna, i gdybym z domu nie wyszła...

Za odejście Malwiny ojciec przeklął ją i jej nienarodzone dzieci. Zapewne siła jego gniewu była tak potężna, że szczęście zdawało się omijać Malwinę.

Jednak samotność w domu Antoniego była o wiele lepsza niż życie w rodzinnym domu.

Raz wybrała się w swoje strony, włożyła wtedy elegancką sukienkę i słomkowy kapelusz z kokardą, ale kiedy tylko zobaczyła bramę, wzbraniającą wejścia na podwórze, poczuła, jak ogarnia ją nieokreślony strach.

Nogi jakby wrosły jej w ziemię i oderwała je dopiero wtedy, gdy usłyszała znajomy hurgot.

Ciekawe, która to, pomyślała, wspięła się na palce i popatrzyła ponad bramą.

Teofila, jej młodsza siostra, odwróciła głowę i spojrzała na Malwinę szeroko otwartymi oczami.

- Teośka! - Malwina wyciągnęła ku niej rękę.

- Ty nie żyjesz - odparła siostra. - Tak ojciec powiedział. A jak która się ciebie dotknie, to też umrze. Wracaj, skądżeś przyszła.

Malwina zacisnęła zęby.

Odwróciła się na pięcie, ale zaczęła biec, dopiero kiedy dom zniknął za zakrętem drogi.

Gdy znalazła się na ścieżce prowadzącej przez pola, przestała powstrzymywać łzy.

Tak znalazła ją Urszula, która tego dnia wybrała się na długą przechadzkę po okolicy.

- A ty co? - zapytała. - Co się stało?

Malwina poczuła, jak zapiekła ją twarz. Ki czort postawił na jej drodze tę zuchwałą dziewczynę?

Wszakże stało się, córka Antoniego przypadkowo była świadkiem jej słabości.

Urszula patrzyła na nią, lecz w jej spojrzeniu Malwina nie dostrzegła ani kpiny, ani tego poczucia wyższości, z jakim tamta zazwyczaj na nią spoglądała.

- Powiesz?

Córka Antoniego nie zamierzała odejść.

- W domu byłam - wyjaśniła krótko Malwina.

- Nie lubią cię tam - stwierdziła dziewczyna.

Malwina wzruszyła ramionami.

- Jakby cię lubili - ciągnęła Urszula - tobyś nie płakała.

Usiadła obok, obejmując rękami kolana.

Gdzieś wysoko nad ich głowami, skwirząc, krążył jastrząb.

- Wypatruje - szepnęła Urszula, śledząc ptaka.

Nie chciałabym być zającem ani myszą, pomyślała Malwina. Ale jastrzębiem też nie.

- Nie lubią cię, boś z domu wyszła, tak? - padło nieoczekiwane pytanie.

- Tak - odparła Malwina. - Ale nie sposób było tam żyć. Pracowałaś ty kiedy ciężko?

- Śmiesznie mówisz - stwierdziła Urszula. - Należałoby zapytać "Czy kiedykolwiek ciężko pracowałaś?". Ale dajmy z tym spokój. Moja odpowiedź brzmi: nie.

- A ja tak. - Malwina wyjęła z torebki chusteczkę i wytarła nos. - I dłużej już nie chciałam. Ja się pracy nie boję, u twojego ojca wszystko pięknie wysprzątane, dom zadbany, koszule sama prasuję, bo dziewczyna raz spaliła. Nic za darmo nie chcę. Ale beczki były o, takie - rozłożyła ręce - objąć nie sposób.

- Jakie beczki? - Urszula zmarszczyła brwi.

- U mojego ojca, w browarze. Nas pięć było, same córki, ani jednego syna. Ja najstarsza, to cała praca na mnie spadła. Wstawaj wcześnie, o świcie - rozżaliła się nad sobą - i do roboty. Włosów nie uczeszesz, nie zapleciesz, ledwie chodzisz, rozczochrana od rana do nocy, a mężczyźni się śmieją i palcami pokazują.

- Masz. - Urszula podała jej chusteczkę, która upadła na ziemię. Gorące powietrze zdawało się drgać, na przydrożnym drzewie nie poruszał się żaden liść. - Ale to już było, prawda?

- Było, prawda. A dzisiaj siostra, Teośka, mówi, że ja nie żyję, bo tak ojciec powiedział. A kto by się mnie dotknął, też umrze. Jakby jaki trąd ode mnie szedł.

Urszula zerwała się na równe nogi. Jej oczy płonęły, dłonie zacisnęły się w pięści.

- Ty co? - zapytała Malwina.

- Zaczekaj tu! - rzuciła jej pasierbica i pobiegła ścieżką ku drodze.

Wściekłość dodawała jej skrzydeł. Przepełniał ją żal do wszystkich mężczyzn tego świata. Jakże to być może - córki nie urodził, a do grobu ją składa?

Tak być nie może, tak nie będzie.

Piwowar Honza zamrugał oczami. Oto stało przed nim uosobienie furii z piekła rodem - chuda, jasnowłosa dziewczynka (musi córka tego Antoniego, do którego... Mimo woli przypomniał sobie Malwinę) patrzyła mu prosto w oczy. W jej spojrzeniu było tyle złości i nienawiści, że przeszedł mu dreszcz po plecach.

Czego mogła od niego chcieć?

- Panie Honza, pan mówi, że pana córka nie żyje, tak? - wykrzyknęła dźwięcznym głosem. - A to nieprawda. Jest żoną mojego ojca i dobrze się miewa. Nikt jej do ciężkiej pracy nie zmusza jak rodzony ojciec... Kogo pan teraz męczy, panie Honza?

Nagły podmuch wiatru poderwał z podwórza garść siana, zakręcił nim i rzucił na ziemię.

- O konia dbać trzeba, bo furmanki nie uciągnie. - Głos Urszuli przyciągnął do okien domowników, wywabił na podwórze mielcarzy. - Koła u wozu nasmarować trzeba... A człowiek to przecież człowiek!

Gdzieś za dąbrową rozległ się daleki pomruk, lecz ani Urszula, ani inni go nie słyszeli.

Honza, czując na sobie spojrzenie wielu par oczu, poczerwieniał, a na karku nabrzmiała mu gruba żyła.

- Posłuchaj, panna... - zaczął.

- A ja się pana nie boję! - zawołała Urszula. - Tam - tupnęła nogą - już diabli kocioł ze smołą panu przygotowali.

Dudniący dźwięk grzmotu przetoczył się nad dachem browaru, ale nie spadła ani jedna kropla deszczu.

- O! - Wskazała palcem niebo. - Bóg się... - Urwała. Od strony pola dochodził dziwny szum, zupełnie jakby ktoś uruchomił ogromną młockarnię.

Urszula odwróciła się zaskoczona. Polem sunął przedziwny słup, rozszerzający się ku górze jak lej, wirował, tańczył, a tam, gdzie przeszedł, pozostawała goła ziemia, bez kopek siana, zupełnie jakby ów przedziwny twór wessał je do środka. A tuż obok biegła w niezgrabnych podskokach, powiewając chustą, stara Mariaszka.

Urszula czytała o trąbach powietrznych w książkach, ale na własne oczy oglądała to zjawisko po raz pierwszy. Patrzyła z lękiem i ciekawością, gdy wirujący słup przemknął drogą, zakręcił się, zawrócił i zerwał z browaru dach. A potem pomknął w pole i wypluł z siebie wszystko, co pochłonął.

- Widzi pan, panie Honza? - krzyknęła triumfalnie.

- Widzi ojciec? Widzi? - zawtórowała jej Teośka.

O ziemię uderzyły pierwsze krople deszczu.

Urszula wybiegła na drogę. Pachniało kurzem, deszcz rozpryskiwał się na kamieniach, spływał jej po twarzy i ramionach.

Na skraju zagajnika czekała na nią Malwina z Mariaszką.

- Twój ojciec już nikogo nie będzie dręczyć! - zawołała Urszula.

- Nie żyje...? - Malwina pobladła.

- Żyje! - roześmiała się Urszula. - Ale będzie się bał.

Mariaszka spojrzała poważnie na córkę Antoniego. W ciągu swojego długiego życia słyszała o ludziach, którzy potrafili rzucać klątwy, co to się natychmiast spełniały. Słyszała też historie o płanetnikach. Ale żeby dziewczynka, dziecko nieledwie...

No tak, prawda, pamiętała to, jakby się stało wczoraj, Urszula nie płakała, przychodząc na świat, ba, nawet wydało się wtedy Mariaszce, że mała się uśmiecha. Już wtedy było to dziwne dziecko. A teraz...?

Także Malwina spoglądała na Urszulę z podziwem. Samo to, że pasierbica odważyła się stanąć twarzą w twarz z jej ojcem, było niezwykłe.

Przed jej oczyma zamajaczył jakiś niewyraźny obraz.

Sen, przypomniała sobie. Śniła mi się zaraz po tym, jak u Mariaszki byłam...

Mariaszka poprawiła na ramionach mokrą od deszczu chustkę będącą dla niej okryciem przed chłodem i deszczem. A gdy zaistniała potrzeba, zamieniała się w tobołek, w którym staruszka przynosiła do domu świeżo zebrane zioła albo chrust.

Sen, myślała dalej Malwina. Nawet sukienkę miała taką jasną jak ta, którą Urszula nosiła teraz. A więc to o niej mówiła wtedy Mariaszka.

I pewnie dlatego nie mogła się domyślić, o kogo starej chodzi.

Wracały do domu przez mokrą łąkę, milcząc. Od czasu do czasu jedna spoglądała na drugą, zupełnie jakby już nie potrzebowały żadnej rozmowy.

Babka Urszuli, matka Antoniego, była święcie przekonana, iż Urszula opuściła rodzinny dom z powodu niechęci, jaką rzekomo miała żywić do dziewczynki nowa żona ojca. Ale Malwina nie czuła niczego takiego. Sama zaś podejrzewała pasierbicę, iż ta szczerze jej nienawidzi - bo miałaby za co. Ot, matka umiera, a w domu pojawia się obca kobieta i zaczyna gospodarzyć jak u siebie.

W zasadzie mogłaby teraz o to zapytać: Ty bardzo mnie nie lubisz, Urszula? Albo: Za co ty mnie nie lubisz?

Ale po tym, jak córka Antoniego pobiegła do Honzy, wszystkie pytania straciły sens.

Prawda jednak wyglądała całkiem inaczej. Przyczyną odejścia Urszuli był Antoni i choć ta próbowała przerzucić swoją decyzję na obecność macochy, nie potrafiła oszukać samej siebie.

Nawet takie argumenty, jak futro matki, które pewnego dnia włożyła Malwina, czy jej analfabetyzm, nie działały.

Antoni był przedstawicielem odmiennego gatunku, uzurpującego sobie prawo do supremacji. Gatunku, który rządził, wymierzał kary i nagrody, wybierał bądź odrzucał, nadawał przywileje lub odmawiał praw.

A obok niego rosło dwu, jeszcze małych, przedstawicieli tego samego gatunku, myślała Urszula. Na razie byli nieszkodliwi, nieświadomi swojej mocy, lecz wkrótce to się zmieni.

Nie miała pojęcia, iż obaj chłopcy ją uwielbiali - wydawała im się niezależna, silna i mądra, w każdej dogodnej chwili szukali jej towarzystwa, chętnie słuchali historii, jakie opowiadała, albo siedząc na schodach, chłonęli czytane głośno książki.

Gdy zaś któryś z nich natrafił na trudne pytanie albo miał jakiś problem, drugi zaraz mówił, że Urszula będzie wiedziała, co z tym zrobić.

- Może byś przyszła jutro w odwiedziny? - nieśmiało zaproponowała Malwina.

- Jutro - powtórzyła Urszula. - No... nie wiem...

Na końcu języka miała pytanie, czy ojciec będzie w domu czy też nie, ale Malwina ją uprzedziła.

- Ojciec twój wybiera się do kogoś tam. Same będziemy.

- Tak, przyjdę - odpowiedziała.

- To się chłopcy ucieszą - Malwina się uśmiechnęła.

Urszula długo stała na grobli, spoglądając w ślad za macochą. Jej jasna sukienka odbijała się w wodzie, dziwnie spokojnej po burzy, i kiedy Malwina popatrzyła za siebie, aby pomachać do niej ręką, ponownie przypomniał jej się tamten sen.

Od tamtej nocy, gdy Malwina pierwszy raz wyszła z domu, Antoni coraz częściej przyglądał się kobiecie, która była i nie była jego żoną.

Zupełnie jak w bajce, czytanej w dzieciństwie - przyjedzie i nie przyjedzie, przyjdzie i nie przyjdzie, ubrana i nieubrana.

Cowieczorny ceremoniał zamykania przez Malwinę drzwi na klucz na początku go zaskoczył, z czasem jednak począł go irytować.

Nie należał do tych mężczyzn, którzy siłą domagaliby się swoich praw, miał aż nadto chętnych kobiet dokoła siebie, ale Malwina stanowiła dla niego prawdziwą zagadkę.

Ot, choćby dobór jej lektur, co zauważył, patrząc na półki w bibliotece.

Słowniki całkiem jawnie leżały na niewielkim stoliku, dla wygody; nie podejrzewał, aby zostawiła je tam umyślnie, by pokazać, że korzysta i z takich pomocy.

Czytała książki przyrodnicze, baśnie, a ostatnio nawet poezje, co naprawdę go zdziwiło.

Nie wiedzieć skąd był pewien, że przygodę z czytaniem zacznie od książek kucharskich i wszelkich poradników, te jednak stały nieruszone na górnej półce kuchennego kredensu.

Czyżby miała to wszystko w głowie, zastanawiał się Antoni.

Siedząc w gabinecie, myślał o swojej drugiej żonie. Przymknąwszy oczy, widział ją otuloną pledem, z tomikiem poezji w ręce, bezgłośnie poruszającą ustami.

Ona już wtedy wiedziała, że umrze, pomyślał. Dlatego była taka zachłanna na życie. Gdyby nie tempo, jakie sobie narzucili, wyjechawszy z kraju, może pożyłaby dłużej? A może chciała zrobić przyjemność jemu, aby jak najwięcej zobaczył?

Na to pytanie jednak nie mogła już mu odpowiedzieć.

Gdyby wiedziała, że nadał swojej córce jej imię, bo w jakiś sposób chciał ją zapamiętać. Jak bardzo była dla niego ważna, odkrył późno, zbyt późno, kiedy już nie mógł jej tego powiedzieć.

A córka? Wyprowadziła się do babki i bodaj była tam szczęśliwa - ale co ją do tego skłoniło, także nie wiedział.

Nigdy nie powiedziała złego słowa o macosze, prawda, dobrego też nie, zupełnie jakby Malwina dla niej nie istniała.

Może o coś się poróżniły i żadna nie wyjawiła mu, o co, jak to kobiety.

- Słyszałaś - zagadnął przy kolacji żonę - że u twojego ojca...

Spojrzenie, jakie mu rzuciła, mogłoby zabić.

- Tak - odparła. - Widziałam, jak trąba szła przez pole. Widziałam, jak dach zerwała i zabrała ze sobą.

Wygląda, jakby ją to cieszyło, pomyślał. On także obserwował to zjawisko z okna swojej pracowni porażony mocą, z jaką objawiła się matka natura, i oczekiwał na spektakularną katastrofę, kataklizm.

Przypominał sobie niewielkie lejki, które wiatr kręcił z piasku, często pokazujące się na drodze. Miejscowi mawiali, że to diabeł tańcuje. Czasami jeden stawał się ciut większy, grubszy od pozostałych, zbierał z ziemi suche źdźbła i puste kłosy, kręciły się w jego wnętrzu jak na karuzeli, a potem rozlatywały dokoła.

- Malwina - zapytał, nalewając sobie wina - a co ty teraz czytasz?

- Nalej i mnie - powiedziała. - To ważne, co czytam, czy jak?

- Ważne - odrzekł.

- Skoro ważne... Grażynę. "Zamek na barkach nowogródzkiej góry od miesięcznego brał pozłotę blasku, po wałach z darni i po sinym piasku ogromnym słupem łamał się cień bury i niknął w fosie, gdzie wśród wiecznych cieśni szumiała woda śród zielonych pleśni...".

Antoni wstrzymał oddech. Zacisnął ręce na krawędzi stołu.

- To jeszcze z innego czasu - wyjaśniła. - Pierwej się nauczyłam, jak chłopcy z Elizą...

Nauczyła się! Znaczy, na pamięć. Ale tak szybko?

- Teraz sprawdzam, czy się zgadza - zakończyła.

- I jak? - zapytał lekko ubawiony.

- No zgadza się - odpowiedziała. - Myślę sobie, jak on te wszystkie słowa poskładał?

- To znaczy?

- No, że góra dźwiga na plecach zamek, jakby człowiekiem była. I ten cień od księżyca. Jak padnie na ziemię, to czarny, jakby kto atrament rozlał. Wiesz, jak to wygląda, bo przecież artysta z ciebie.

Artystom wolno więcej, nie wiedzieć czemu przypomniały mu się słowa drugiej żony.

- Tak - odparł - to bardzo malarski opis. Widzisz, malować można także słowem.

Skinęła głową.

- O to chodzi, aby w ludziach wywołać emocje. Wiesz, co to emocje?

- Uczucia - powiedziała szybko.

Zrobiło mu się trochę głupio, że zadał jej takie pytanie. Fakt, że nauczyła się na pamięć tego, co przerabiała Eliza na lekcjach z chłopcami, świadczył, że Malwina jest bystra. Może nawet inteligentna.

Ciekawe, jaka byłaby, gdyby ktoś zajął się nią wcześniej.

- Chciałabym - powiedziała i znowu w jej głosie wyczuł ten niemożliwy do przełamania upór - zobaczyć, co malujesz.

- Przecież nieraz widziałaś.

Pokiwała głową.

- Ale to przecież nie wszystko, prawda?

- Wchodziłaś tam! - krzyknął.

Zaprzeczyła ruchem głowy.

- Nie wchodziłam. Ale to chyba nie wszystko, te bukiety, te widoczki.

Powiedziała "widoczki", dokładnie tak, jak jego kuzyn. Jakby wiedziała, że prawdziwy Antoni ukrywa się w swojej pracowni.

I starannie strzeże jakiejś tajemnicy, co od samego początku szanowała. Antoni zamykał pracownię na klucz, ale pozostawiał go w zamku i jedyną osobą, która ośmieliła się tam wejść, była Urszula.

Malwina doskonale pamiętała, jak wyciągnął stamtąd córkę niczym nieposłusznego psiaka. Próbowała stanąć pomiędzy nimi, ale spojrzenie, jakie jej rzucił, było jednoznaczne: Nie wtrącaj się, nie twoje dziecko, nie twoja sprawa.

I pamiętała też spojrzenie Urszuli.

Ratuj, prosiły jej przerażone oczy. Gdyby wtedy się postawiła, sprzeciwiła Antoniemu, może nie byłoby tych lat milczącej wrogości pomiędzy nią a pasierbicą.

- Może kiedyś - powiedział.

- Dobrze - odrzekła. - Zaczekam.

Dokończyła swoje wino i wyszła z pokoju.

Antoni spoglądał w ślad za nią.

Co za kobieta, myślał. Zagadka.

Malwina w niczym nie przypominała kresowych panien, jakie znał (niektóre nawet aż za dobrze), produktów sztampowego wychowania.

Krążyła o nich pewna anegdota, jak to uczono taką pannę sztuki konwersacji: że należy powiedzieć coś o muzyce, coś o pogodzie i koniecznie coś ostrego. W rezultacie panna, siedząc obok kawalera, wyrecytowała: "Piękna jest dzisiaj pogoda... Nie gram na skrzypcach, a szkoda. Brzytwa".

Antoni zaśmiewał się do łez z tego dowcipu, bo spotykał podobne panny. I żadna z nich nie zaciekawiła go na tyle, aby umówić się na spotkanie.

Więcej miały w głowie wiejskie dziewczyny. Chichocząc, pozwalały się zaciągnąć za stóg siana albo do stodoły (Oksana była wyjątkiem i dostąpiła zaszczytu bywania w sypialni), a jedyne, co miały mu do powiedzenia, to żeby dzieciaka z tego nie było.

Ale Malwina?

Jak to się stało, że z niepiśmiennego popychadła powoli zamieniała się w kobietę całkowicie nieprzystającą do żadnego wzorca?

Zadawała pytania w taki sposób, że nie można było pozostawić ich bez odpowiedzi - jak mężczyzna.

To wytrącało Antoniego z równowagi.

Podobnie sposób ubierania się. Choć mogła sobie pozwolić na zakupy w całkiem niezłych magazynach, wybierała najprostsze sukienki, ze skromnych materiałów, ale - co musiał przyznać - wyglądała w nich świetnie. Nie używała też szminki ani różu, a jasne włosy czesała w koronę, co nadawało jej twarzy lekko surowy wyraz.

Jedynie tamtej nocy, na drodze, jej rysy nabrały miękkości, zupełnie jakby nie musiała się pilnować, jakby na chwilę straciła czujność.

Czego się obawiała? Może czuła się bezpieczna tylko we śnie?

Nie, nigdy dotąd żadna kobieta nie zajmowała go tak bardzo i było mu z tym niewygodnie i nieswojo.

Urszula pojawiła się u Malwiny po obiedzie. Na spotkanie wybiegli jej bracia i razem z nimi weszła do domu.

Ku swemu zaskoczeniu zauważyła, że fotografia matki, która wisiała w jadalni, nadal była na swoim miejscu, podobnie jak inne zdjęcia, stojące na konsolce.

To było miłe.

A futro? - pomyślała. Cóż, miało wisieć w szafie, żeby je zjadły mole?

Urszula nauczyła się praktycznego podejścia do życia od prababki, która swoją oszczędnością uratowała majątek przed upadkiem i zawsze powtarzała, że należy roztropnie gospodarzyć tym, co człowiekowi zostało dane.

Więc Malwina miała rację, nie pozwalając, aby coś się zniszczyło.

Zresztą, jeśli je włożyła, musiało być zimno, bo - w tej kwestii Urszula miała całkowitą pewność - nie zrobiłaby tego dla kaprysu albo żeby się pokazać.

Nie miała przyjaciółek, którym mogłaby chcieć zaimponować, i nie bywała w miejscach, gdzie oceniano ludzi po wyglądzie.

Po prostu żyła w odosobnieniu i widać jej to nie dokuczało - albo jeszcze nie zdała sobie sprawy z tego, że człowiekowi, aby żył w pełni, potrzeba jeszcze innych ludzi...

Usiadły na ganku, bo tak się spodobało Urszuli, popijały kompot z rabarbaru i jadły drożdżowe ciasto z posypką.

- Dlaczego - zapytała w pewnej chwili Malwina - nie chcesz mieszkać z nami?

Urszula spojrzała na nią zaskoczona.

- Bo tak - odrzekła, nie mając lepszej odpowiedzi.

Ale pytanie, jakie zadała jej macocha, wzbudziło w niej niepokój. Kiedyś to wydawało się takie proste: u babki Urszula była u siebie. Przyzwyczajona wcześniej, że wszystko, a najbardziej uwaga matki, należało tylko do niej, ciężko przeżyła pojawienie się na świecie braci. Gdyby jeszcze mama wzięła jakąś pomoc, kogoś, kto pomógłby jej podzielić czas pomiędzy synów i córkę - ale pomoc, a konkretnie mamkę, brano, gdy kobieta nie miała pokarmu bądź było go za mało. A Olena miała go aż nadto, mleko moczyło jej bluzkę i nocną koszulę. I ponoć - o czym wiedziała tylko Mariaszka - kiedy zmarłą kładziono do trumny, trzeba było pod gors sukienki położyć tetrową pieluszkę i odczynić uroki, aby do grobu nie zbiegły się nienarodzone albo nieochrzczone dzieci.

Pewnego jesiennego popołudnia Urszula wybrała się na grób matki, niosąc cienką woskową świecę, i nagle zobaczyła coś niewielkiego, białego, co czaiło się wśród liści.

Z przerażenia nogi wrosły jej w ziemię, ale to, co wzięła za błąkającą się duszę dziecka, było kotem, który polował na cmentarzu.

Tak czy inaczej, nie próbowała już tam się zapuszczać po zmroku.

Może, pomyślała, sięgając po kawałek ciasta, gdybym została w domu, matka nadal by żyła?

Córka to podpora dla matki, mawiała prababka i za każdym razem, gdy to powtórzyła, Urszula czuła coraz większe wyrzuty sumienia.

Powinna była zostać w domu. Bawić chłopców, aby matka miała czas na odpoczynek. Służyć pomocą.

Ale zrozumiała to za późno, kiedy już nie można było niczego cofnąć.

Wiedziała, co stało się z matką, i dlatego szczerze nienawidziła azalii. Pewnego dnia, odkrywszy w ogrodzie ciotki Dyzi dwa okazałe krzewy, podlała jeden z nich gorącą wodą z solą, a drugi podcięła tuż przy samej ziemi.

Ku rozpaczy ciotki oba krzewy padły, ale Urszula zyskała pewność, że nikt nie uśnie na wieki, przynajmniej pod tymi dwoma.

Malwina sięgnęła po łyżeczkę i wyjęła osę z dzbanka z kompotem.

- Widzisz - powiedziała, a uśmiech sprawił, że jej surową twarz na chwilę odmieniły dwa dołeczki - przyleciała do słodkiego, a to owszem, dobre, ale i niebezpieczne.

- I to wszystko tak? - wyrwało się dziewczynie.

- Może - westchnęła Malwina.

Mój ojciec, pomyślała Urszula, jest taki.

Chciała zapytać Malwinę, czy ta jest z Antonim szczęśliwa, ale przybiegli bracia i zaczęli ciągnąć ją do stajni, gdzie właśnie otworzyły oczy dzieci ulubionej suki ojca.

Prababka dotrzymała słowa i na Świętego Jana odbył się pierwszy wieczorek towarzyski, na który zaproszono młodzież w wieku Urszuli. Z tej okazji dziewczyna dostała nową sukienkę - w kolorze turkusowym, z granatowym aksamitnym paskiem, i nowe buciki.

- Ależ ty wyrosłaś! - zawołała babka. - Niedługo zaczną się zjeżdżać kawalerowie...

Jak do rasowej klaczy, pomyślała Urszula. Nie miała ochoty na żadnych konkurentów, nie uśmiechał jej się los matki czy Malwiny.

Jak to być może, myślała, przeglądając się w lustrze, że jeden rodzi się, by rządzić, a drugi musi słuchać, choćby nie chciał.

Wiedziała jednak, że babka nie ma na myśli niczego złego, więc tylko uśmiechnęła się w odpowiedzi.

Wieczorek przygotowano bardzo starannie - na ganku rozwieszono lampiony, które przywiózł z miasta Antoni, ustawiono pękaty samowar, obok stanęła patera z owocami i półmisek z ciastkami, a w pokoju przygotowano patefon i niewielki stosik płyt.

Atrakcją wieczoru był syn hrabiego Karwickiego, właściciela pobliskiego zwierzyńca, i jego dwie kuzynki, które przywiozły ze sobą instrumenty - mandolinę i flet.

Ktoś inny przyniósł aparat fotograficzny i uwiecznił na zdjęciu uczestników przyjęcia.

W pobliskim stawie koncertowały żaby i słodko pachniała rosnąca przy bramie stara lipa.

Kiedy dorośli przenieśli się do domu, piosenki, jakie grała jedna z dziewcząt, stały się nieco frywolne.

- Ach, ty, suka, maja gadost', my s toboj pojdiom gulat', budiem kuszat' wsiaku słodost', limonadom zapiwat' - zaśpiewała, zaśmiewając się, młodsza, a starsza pogroziła jej palcem.

Na chwilę zapadła cisza, w której żabi chór rozbrzmiewał nieco bliżej. Jeden z chłopców podniósł w górę lampę i wydał głośny okrzyk.

- Patrzcie no tylko, przyszły na koncert!

Światło odbijało się w oczach żab, które z niewiadomego powodu opuściły ogrodową sadzawkę i podeszły aż pod schody.

- Ach, fuj! - krzyknęła flecistka. - Zabierzcie je, proszę!

- Same pójdą. - Urszula się roześmiała. - Muzyki przyszły posłuchać!

Miała rację. Kiedy ucichły instrumenty, żaby, jedna po drugiej, zawróciły w stronę wody.

- Już północ! - zawołała z okna jadalni babka.

Dla dziewcząt przygotowano łóżka w domu, a chłopcy - pod warunkiem, że nie zaprószą ognia - ­mieli spać w stodole.

- Czemu ja nie mogę spać w stodole? - zapytała Urszula.

Babka się uśmiechnęła.

- Bo dzisiaj śpią tam chłopcy - wyjaśniła. - To nie wyglądałoby dobrze.

- Ale oni mnie nie interesują. Dlaczego wszystko, co robię, wszystko, co mi wolno, a co nie, jest związane z chłopcami?

- Bo tak - odparła babka, a Urszula po raz kolejny pomyślała, że dorośli są jacyś dziwni.

"Bo tak" nie tłumaczyło niczego.

Nie było odpowiedzią.

Odpowiedź powinna być zupełnie inna. Powinna wyjaśniać, tłumaczyć. Gdyby ktoś ją znał, nie zadawałby pytania.

Bo tak...

W jej pokoju ulokowano dwie dziewczyny z sąsiedniego miasteczka, Ewę i Natalię. Urszula nie znała ich przedtem i rozmowa z nimi na początku sprawiała jej trudność, bo rozprawiały o rzeczach, o których nie miała pojęcia.

Nagle zdała sobie sprawę, że tak naprawdę żyje gdzieś na obrzeżach świata, a książki, jakie przeczytała, niczego nie tłumaczą, jedynie oddalają ją od rówieśników.

Że śmieje się z zupełnie innych rzeczy i mimo całej zdobytej wiedzy nie rozumie tego, co dla innych jest proste i oczywiste.

Sprytnie skierowała rozmowę na zjawy snujące się po polach, a opowiadała o nich tak plastycznie, że jej towarzyszki zaczęły prosić, by przestała.

W środku nocy obudziło ją skrzypnięcie drzwi. Usiadła na łóżku i rozejrzała się dokoła.

Łóżko Natalii było puste.

Może "chodzi" jak Malwina, pomyślała i wyjrzała przez okno. Od strony stodoły dochodził śmiech i przytłumione głosy.

Zapewne chłopcy jeszcze nie spali, im było wolno.

Czując wzbierającą gdzieś w środku złość, Urszula na palcach wysunęła się na korytarz. Minęła drzwi sypialni należącej do babki, następnie pokój prababki - i wyszła z domu.

Zatrzymała się na ganku i spojrzała w niebo.

Ileż tam było gwiazd! Większe i mniejsze, niektóre trzymały się razem, inne świeciły osobno. I ta jedna, zwana psią, piękna, lekko różowa, która pokazywała się nisko nad horyzontem wczesnym wieczorem i nad ranem, najjaśniejsza ze wszystkich.

Środkiem nieba zaś ciągnęła się biała smuga, zupełnie jakby ktoś narysował ją kredą.

Urszula zeszła ze schodów i wstrzymując oddech, skierowała się w stronę stodoły.

Czyżby to był głos Natalii, jakiś dziwnie zmieniony, i czy to była ona, ta dziewczyna, opierająca się plecami o drewnianą ścianę. Obok niej Urszula dostrzegła jednego z chłopców, co to mieli spać spokojnie.

Serce jej biło tak głośno, że aż przycisnęła rękę do piersi, bojąc się, iż ktoś może je usłyszeć.

- Nie, nie - powtarzała Natalia, starając się uwolnić z ramion chłopaka, który napierał na nią całym ciałem.

- To po coś przychodziła - syknął.

- Porozmawiać. Puszczaj.

- Już ja z tobą porozmawiam. Za wysokie progi, tak? Nauczę cię, jak się rozmawia.

- Nie chcę, rozumiesz?

- Każda tak mówi, a potem...

Po ciele Urszuli przebiegł dreszcz. Działo się coś złego i znowu przyczyną tego czegoś był chłopak. Chłopak, z którego wyrośnie mężczyzna.

Jak jej ojciec, jak Honza i wielu innych.

Zacisnęła ręce na lasce, którą prababka pozostawiła pod ścianą domu.

- Zostaw ją - powiedziała, stając za plecami chłopaka.

Odwrócił się, miał otwarte usta, włosy kleiły mu się do czoła, oczy zaś błyszczały jak u leśnego zwierzęcia.

To nie jest człowiek, pomyślała. To nie może być człowiek.

To jeden z tych mieszkańców lasu, co to budzą się w nocy i podchodzą pod ludzkie osiedla, aby znaleźć ofiarę i wyssać z niej krew.

- A ty co znowu? - warknął.

- Zostaw ją - powtórzyła.

Odwrócił się i podniósł rękę. Urszula, odskakując, straciła równowagę i upadła na ziemię.

- Może nauczycie się czegoś.

Szarpnął koszulę Natalii, aż poleciały na ziemię guziki.

- Najpierw przychodzi, a potem...

Urszula, powoli jak we śnie, podniosła w górę laskę... Chłopak upadł na ziemię, nie wydając nawet najcichszego jęku.

- Jezu! - jęknęła Natalia. - Zabiłaś go!

Urszula uklękła nad leżącym.

- Oddycha - powiedziała. - Żyje.

Chwyciła dziewczynę za rękę i pociągnęła w kierunku domu.

- Szybko, nikt nas nie widział...

- A jeśli on...? - wydyszała tamta, wbiegając na schody.

- Nie powie nikomu - odparła Urszula. - A nawet gdyby chciał...

Zamknęła drzwi pokoju na zasuwkę.

- A wy co tak po nocy... - wymamrotała sennie Ewa.

- Gorąco - odrzekła Urszula.

Usiadła na łóżku, obejmując ramieniem Natalię. Tej nocy, wstrząśnięta, dowiedziała się, co znaczy "zgwałcić".

- Ale sama do niego poszłaś, tak? - zapytała.

- Tak - odparła Natalia.

- A po co?

- Podobał mi się - wyjaśniła. - Myślałam, że na całowaniu się skończy... Nieraz tak było.

- Z nim? - indagowała Urszula.

- No, nie z nim. Inni tacy nie byli. Owszem, bywało, że czasem dotykali, ale żeby tak na poważnie...

Urszula wyjrzała przez okno, kryjąc się za firanką.

- Żyje, patrz - powiedziała. - Wstaje. Czyli nic mu się nie stało.

- Żeby tylko zemsty nie szukał - westchnęła Natalia.

Urszula wysoko podniosła głowę.

- A niech szuka - rzuciła w ciemność. - Ja się nie boję.

Tamta patrzyła na nią z podziwem i lękiem. Powiadali, że Urszula urodziła się pod Psią Gwiazdą, to znaczy, kiedy ta świeciła na niebie. Mówiono też, że sprowadziła nieszczęście na Honzę, piwowara, że to za jej sprawą dach mu zerwało.

Natalia była pewna, że to tylko takie ludzkie gadanie, ale... Jeśli ktoś się nie boi zemsty ośmieszonego chłopaka, jeśli wcześniej stawia mu czoło, bez wahania, bez mrugnięcia okiem...

Cios był celny i silny, mógł zabić. Urszula naprawdę była osobą niebezpieczną.

- Śpij - powiedziała teraz. - Jak się boisz, to możesz spać ze mną.

Natalia bez słowa wślizgnęła się do łóżka i przywarła policzkiem do jej ramienia. Ciepło jej skóry sprawiło, że Urszulę przeniknął dziwny dreszcz. Jakby niepokój pomieszany z lękiem.

Rankiem okazało się, iż syn sąsiadów zza lasu już wyjechał. Dziwne to było, bo bez pożegnania, bez słowa podziękowania za miły wieczór.

- Młodym brakuje kindersztuby - westchnęła babka.

- A mojej laski nikt nie widział? - zapytała prababka. - Zostawiłam w ogrodzie... Potem to już ciemno było...

- Ja przyniosę - ofiarowała się Urszula.

Laska leżała tam, gdzie ją upuściła. Ktoś przywiązał do niej kawałek białego materiału.

Zapamiętał, pomyślała Urszula. I dobrze. I tak się nie boję.

- A co? - zagadnęła babka, kiedy goście rozjechali się do domów. - Dobry był ten wieczór, prawda? Zupełnie jak wtedy, kiedy...

- Dobry - uśmiechnęła się Urszula.

Gdyby nie nocne zdarzenie, mogłaby to powiedzieć zupełnie szczerze. I te żaby, co wylazły z sadzawki... i nowa sukienka.

I dziewczęta, z którymi mogła porozmawiać.

Zdjęcie, jakie jej przysłano w kopercie, na której widniało jej imię i nazwisko, postawiła w swoim pokoju na malutkiej toaletce, tuż obok lustra.

Znajdowali się na nim wszyscy uczestnicy wieczorku. A chłopak, który tak się zmienił nocą, stał uśmiechnięty, wesoły, zupełnie jakby nic nie miało się wydarzyć.

W jego oczach trudno byłoby się doszukać żądzy zemsty.

Historia o żabach, które wyszły z sadzawki, dotarła do Malwiny następnego dnia rankiem. Czemu miałyby nie chcieć posłuchać ludzkiego grania, zastanawiała się, stojąc w oknie. Na parapecie leżał kawałek tektury na którym namalowała zarys dalekiej dąbrowy i dom Mariaszki, przypominający niewielki pagórek.

Bowiem Malwina wybierała z pojemnika na odpady tubki z resztkami farb i pędzle, których Antoni już nie potrzebował, w połowie wytarte albo sztywne od zaschniętej farby.

Malowanie, jakie to proste. Wystarczyło spojrzeć na krajobraz i starać się dojrzeć plamy koloru i kształty. Jedne dalej, drugie bliżej. Jedne ostre i wyraźne, inne rozmyte.

Kolor położyć w odpowiednim miejscu, a kształt...?

Jeśli ktoś umiał patrzeć, to widział. Cieszyła się, że umie patrzeć tak, jak Antoni, i że ojciec nie wiedział o jej pasji.

Gdyby tylko, myślała, ktoś umiał to ocenić. Gdyby jeszcze ktoś prócz niej powiedział, że to jest dobre.

Nie znała jednak nikogo takiego.

Owszem, obiło jej się o uszy, że żona Michała Wierzbickiego (tego, którego serdecznie nie cierpiał mąż Malwiny) zajmuje się malowaniem, mówił o tym Antoni, ale jakoś dziwnie kpiącym tonem, więc do niej wolała się nie zwracać, zresztą w rodzinie patrzono na nią jak na gorszą. Wszyscy wszak znali historię jej zamążpójścia i zapewne - choć minęło sporo czasu - krążyła ona jako anegdota powtarzana na spotkaniach towarzyskich czy rodzinnych.

Zresztą nie była też pewna, czy wspomniana Dyzia chciałaby z nią rozmawiać.

Ostatecznie Malwina jest tylko córką miejscowego piwowara i choć ten był zamożny, nie pieczętował się żadnym herbem ani nie mógł się pochwalić wysoko urodzonymi krewniakami czy znajomymi.

Urszula, pomyślała Malwina, kładąc plamy koloru na tekturze.

Ciemna zdrowa zieleń to dęby, jaśniejsza - brzozy. I jeszcze białe kreski pni i trawa oraz chylący się ku ziemi dom.

Gdyby ten widok malował jakiś domorosły pacykarz, z pewnością nie oddałby dramatyzmu chaty popadającej w ruinę ani ciemnej głębi lasu, ani chmur, które wisiały ponad tym pozornie spokojnym krajobrazem, jak gdyby wykuto je z kamienia. Nieuchronność - to słowo nasuwało się samo.

Urszula, pomyślała ponownie Malwina.

Po prostu musiała komuś to pokazać. W jej pokoju leżało kilkanaście szkiców tego samego krajobrazu, wykonała je, zanim odważyła się sięgnąć po farby - czy też raczej resztki farb.

Kiedy porozmawia z Urszulą, może uda jej się kupić swoje własne, oczywiście mogłaby to zrobić sama, ale obawiała się, że Antoni dowie się o jej niezwykłych zakupach, zapyta... Mogłaby zawsze powiedzieć, iż postanowiła zrobić mu prezent, tylko że byłoby to naprawdę nieudolne kłamstwo, bo żadne z nich nigdy nie podarowało niczego drugiemu.

Takie rzeczy, myślała, są dla ludzi, którzy się kochają, żyją ze sobą.

Dawno temu, w jakimś odległym czasie, pragnęła tylko uciec z domu, móc odpocząć, a także się wyspać, i wydawało jej się, że to wszystko, o czym marzyła.

Potem marzenia zaczęły się zmieniać.

- Do mnie, ku mnie - powtarzała każdego dnia, grabiąc ziemię kostką z kurzego mostka.

Jak to jest, myślała, wracając do domu. Zamiast radości przychodziło do niej coś zupełnie innego.

- Ludzie myślą - powiedziała Mariaszka - że nie będzie bolało. Czemu dziecko płacze, jak na świat przychodzi? Bo czuje ból. Bo się boi. Siedziało sobie w łonie matki, a tu nagle wynocha na świat. I nie wie, czy ten świat dobry czy nie... Człowiek myśli: Będę kochać i przychodzi lęk o tego drugiego, jak ja będę żyć, kiedy go zabraknie. A tego każdy chce. Urodzić się i kochać. Malwinie przypomniała się bajka o syrence, co pokochała księcia, i nagle dotarło do niej, że była to bardzo smutna historia, nie bajka, ale opowieść o tym, że wszystko, czego człowiek doświadcza - boli.

A jak komuś się wydaje, że jest inaczej, to nie żyje, i choćby spał, chodził, jadł i pił, jest martwy.

To muszę być bardzo żywa, pomyślała i odkryła ze zdumieniem, że rozbawiła ją własna myśl.

W ogóle teraz śmiała się częściej. Powoli zapominała, że w jej życiu był czas, kiedy starała się zachować powagę, zupełnie jakby się obawiała, że ktoś wykorzysta owe chwile słabości i wykpi ją lub obrazi.

Ludzie, o których czytała w książkach, byli różni - poważni i niepoważni, mądrzy i niemądrzy i bywało, że zastanawiała się, do jakiej kategorii sama należy.

- Ty się nie umiesz śmiać - powiedziała kiedyś Urszula. - Gdybyś mogła usłyszeć samą siebie... Jakbyś czkawkę miała.

Czyli trzeba nauczyć się śmiać, głośno i szczerze, pomyślała Malwina, wcale nie czując się dotknięta. Nie umiałam czytać - nauczyłam się. Nie umiałam pisać, a teraz proszę - spojrzała na swoje starannie wykaligrafowane imię, które Antoni dla żartu oprawił w ramkę, a ona powiesiła je nad toaletką.

To nie była kpina, tylko wyraz uznania, bo często przyłapywała go, jak spoglądał na nią z dumą, gdy czytała, siedząc w fotelu.

Poruszała wtedy wargami, bo w ten sposób słowa nabierały szczególnego znaczenia, zaczynały żyć.

- Opowiedz mi o żabach - poprosiła Urszulę. - Wiesz, jak przyszły posłuchać muzykowania.

Wyobrażała sobie siedzący na ścieżce żabi chór i zaczynała się śmiać. A Urszula przypominała sobie coraz to inne historie, których bohaterami byli członkowie rodziny - ciotka Dyzia, wuj Michał, prababka.

Śmiech Malwiny rodził się gdzieś w okolicy mostka i łaskotał jak bąbelki w wodzie sodowej.

- Widzisz? - triumfalnie wołała Urszula. - Umiesz się śmiać!

Malwina była z tego ogromnie dumna.

Dotychczas potrafiła tylko płakać, bezgłośnie, z otwartymi ustami, łapiąc powietrze jak wyrzucona na brzeg ryba.

Może to też jest nie tak, zastanawiała się. W książkach napisano: "głośny szloch". Albo: "usłyszał jej płacz".

Więc pewnie też powinna nauczyć się tej sztuki.

W ten sposób życie Malwiny stało się jednym pasmem nauki, próbowania wszystkiego, co wpadło jej w ręce. Idąc przez łąkę, zrywała liście mięty, rozgniatała je w palcach albo gryzła, kosztowała też jagód lub grzybów jak dziecko, którym tak naprawdę nigdy nie była.

Antoni obserwował żonę z zainteresowaniem, ciekaw, co jeszcze Malwina wymyśli, czym go zaskoczy.

- Uczy się - powiedział pewnego dnia do Dyzi, kiedy pływali łódką po jeziorze.

- No tak - odpowiedziała. - Ludzie z ludu tak mają, zawsze są głodni. Czym ona się różni od nich?

Wiedział, że przemawia przez nią zazdrość. Ich związek był dotychczas luźny, opierał się głównie na sprawianiu sobie przyjemności, fizycznej i nie tylko, bowiem o sztuce Dyzia porozmawiać z mężem nie mogła. Teraz zaś coraz częściej przyłapywała Antoniego, jak opowiadał o tym, co też zrobiła Malwina.

Pewnie, pomyślała, chodziła do Mariaszki, a ta zdradziła jej jakiś sekretny sposób.

Tyle lat żyła z Antonim pod jednym dachem i nie było o niej słychać, a tu nagle...

Jak się dowiem, że zaczęła malować, to oszaleję, pomyślała nieświadoma, że właśnie w tej chwili Malwina maluje coś, co miało wstrząsnąć nie tylko Antonim.

Otóż malowała Złego Człowieka. Tak nazwała swój obraz. Zły Człowiek miał twarz jej ojca i jechał wozem, ciąg­niętym przez cztery kobiety.

Namalowała obraz na kawałku deski ze starych drzwi szopy i stał oparty o ścianę w jej pokoju, który nadal zamykała na klucz.

- Zamyka się na klucz - powiedział któregoś dnia Antoni, a Dyzia zrozumiała jego słowa jako bezsilną skargę.

- I tak cię to boli! - wybuchnęła. - Antoni Wierzbicki cierpi, bo córka piwowara zamyka pokój na klucz!

Przecież nawet... ani jednej nocy, myślała, zaciskając pięści. Ot, zawzięta chamka, chłopska córka. Tacy jak ona panów piłami rżnęli...

- Nie boli - odparł Antoni - ale to ciekawe.

- Ciekawość pierwszy stopień do piekła - syknęła Dyzia i obraziła się na niego.

Kobiety, westchnął Antoni. Kto je zrozumie.

Nie przejął się specjalnie zachowaniem Dyzi, bywało już tak nieraz. "Bije zadem" - mawiał Michał, kiedy spotykało to także jego. "Letnia burza i babski gniew trwają krótko" - dodawał.

Przejdzie jej po tygodniu, pomyślał Antoni i pozostawiwszy dom pod opieką żony, wybrał się do Łucka, gdzie mieszkała pewna dama, z którą łączyła go wieloletnia, choć nieregularna znajomość.

Może i ja wybiorę się do Mariaszki, pomyślała w piątkowy wieczór Dyzia, ale jak na złość na ten właśnie wieczór zapowiedzieli się znajomi Michała i spadło jej na głowę przygotowanie kolacji.

Na dodatek nie czuła się najlepiej. Zapewne z powodu irytacji, w jaką wprawiło ją nagłe zainteresowanie Antoniego Malwiną, odczuwała lekkie zawroty głowy, a zapach zająca, przyrządzanego przez kucharkę, przyprawiał o mdłości.

Cały wieczór przesiedziała z gośćmi wyjątkowo małomówna i zgaszona, jak mało taktownie zauważyła żona jednego z przybyłych, jako że zazwyczaj Dyzia bywała gwiazdą podobnych wieczorów.

- Ach - westchnęła w odpowiedzi. - Migrena. Nieczęsto mi się zdarza, ale...

Zerwała się i z dłonią przy ustach wybiegła z saloniku.

Zwymiotowała prosto w kępę werbeny rosnącej tuż przy ganku.

A jeśli to... - przemknęło jej przez myśl. Niemożliwe, przecież jeszcze niedawno krwawiła, w zasadzie słabo, ale...

- Może ty w ciąży jesteś?

Ciekawska znajoma oczywiście musiała wyjść za nią aż tutaj.

Ową mało taktowną uwagę Dyzia zbyła milczeniem, ale ziarno niepokoju zostało zasiane.

A jeśli to prawda, myślała, wracając na swoje miejsce. Jeśli tak, to musi to być... Antoni. Michał jakoś od dawna do tych spraw się nie kwapił.

Ale jeśli tak... katastrofa. Trzeba się będzie z tego jakoś wywinąć. A w ostateczności - Mariaszka. Nie ona pierwsza, nie ona ostatnia. Każda do Mariaszki chodzi. Jak trwoga, to nie do Boga, tylko do niej.

Na razie Dyzia postanowiła milczeć. Nie sztuka narobić paniki, sztuka przetrwać pierwszy niepokój.

Mariaszka spojrzała na nią z ukosa.

Jakie to głupie, pomyślała, a głośno zapytała, czy to przypadek.

I w tym słowie zawarte było wszystko - że to ktoś inny, nie mąż, że nie pomyślała albo on się zapomniał.

- Przypadek - wyrzuciła z siebie Dyzia i natychmiast poczuła ulgę.

- Bywają dobre przypadki. - Mariaszka się uśmiechnęła. - Trzeba pomyśleć. Toż nawet przestępcy należy się proces, zanim...

- Co też Mariaszka mówi - obruszyła się Dyzia. - Jaki proces, jaki przestępca!

Staruszka wzruszyła ramionami. Gdzieś w zakamarkach jej pamięci plątał się obraz dziecka, które postanowiła urodzić, dziecka, które odebrała jej matka mężczyzny - jego twarz się zatarła, a imię gdzieś zaginęło.

Od tamtego czasu ukrywała w sobie straszną złość. Za każdym razem, kiedy przychodziła do niej jakaś młoda kobieta w wiadomej sprawie, serce Mariaszki radowało się: Ja nie miałam i ty także mieć nie będziesz.

Ale pewnej nocy coś się w niej przemieniło.

Wychodząc z domu Antoniego, gdzie obok matki leżało dziwne, milczące dziecko, dziewczynka z tajemniczym uśmiechem na ustach, urodzona tej nocy, kiedy Psia Gwiazda świeciła blisko horyzontu, Mariaszka wybrała drogę krótszą, przez cmentarz. Nie bała się umarłych, wszak ci leżeli cicho w swoich grobach, korzenie drzew oplatały ich cienkie kości i nie mieli najmniejszej ochoty spotykać się z żywymi.

Bała się tych drugich, choć trzymali się od niej z daleka, a kiedy przychodzili po pomoc, byli dziwnie pokorni...

Szła więc między grobami i nagle usłyszała, jak ktoś ją woła, może było to przywidzenie, a może nie, tak czy inaczej cichy głos skarżył się, że nigdy nie ujrzał słońca.

- A ty kto? - zapytała znachorka, zatrzymując się.

- Nie wiem - odparł głos - nawet nie mam imienia. Gdyby mi je dali, byłoby lżej, weselej w tym mroku...

Mariaszka przypomniała sobie, że takiej duszy pokutującej należy nadać imię Maria albo Józef - i tak też zrobiła.

- Ja ciebie chrzczę - powiedziała głośno i wyraźnie - Mario, Józefie, weź to imię i spoczywaj w spokoju.

Wśród gałęzi drzew okalających cmentarz podniósł się nagle wiatr, choć wcześniej powietrze stało po upalnym dniu. Szarpnął frędzlami chustki, którą staruszka miała na sobie, rzucił w twarz garść kurzu.

A potem ucichł.

Mariaszka spojrzała na Dyzię.

- Kto wie, co się narodzi - powiedziała. - Może bohater, a może tchórz... Może święta, a może zwyczajna chwojda.

Słowo oznaczające ladacznicę smagnęło Dyzię jak bat. Tak tutaj mówiono - chwojda. I z niewiadomego powodu wzięła to do siebie.

- Może malarz - Mariaszka chytrze zmrużyła oczy - wielki artysta... a może zwyczajny nieuk. Nie spróbujesz, nie dowiesz się.

Wszakże Dyzia obstawała przy swoim.

Wyszła, ściskając w ręce woreczek ziół, a skrzekliwy śmiech Mariaszki ścigał ją jeszcze długo.

Dziecko jednak uparcie trzymało się życia. Opierało się ziołowym mieszankom i za nic nie chciało opuścić miejsca, w którym zagnieździło się na dobre.

To już dwa miesiące, myślała z przerażeniem Dyzia.

Antoni z pewnością nie rzuci tej swojej - czasami brakowało jej słów na określenie Malwiny. Zresztą, nawet gdyby to zrobił...

Tu była u siebie. Dom należał do niej, do niej należała ziemia i kawał lasu. A Michał? Cóż, sprawnie tym wszystkim zarządzał, czego z pewnością nie potrafiłby Antoni.

Teraz należało tylko ściągnąć męża do sypialni, co z pewnością nie będzie trudne. Zapewne nieco go zdziwi jej zachowanie, bo od pewnego czasu byli raczej daleko od siebie - ale jak go znała, nie będzie się nad tym długo zastanawiał.

Postara się znieść jego niewyszukane komplementy, końskie - jak mawiała - zaloty, kilka frenetycznych ruchów - w imię dziecka, które nigdy się nie dowie, kto naprawdę jest jego ojcem.

Wiadomość o ciąży Michał przyjął entuzjastycznie. Nigdy dotąd nie widziała go tak uradowanego i nagle a niespodziewanie zaczęła odczuwać wyrzuty sumienia.

Cóż tak naprawdę był winien, że wychowano go w ten, a nie inny sposób? Być może miał jakiś ukryty talent, którego nie rozwinięto; może gdyby kontynuował edukację...

- Naprawdę spodziewasz się dziecka? - zapytał Antoni.

- Tak - odpowiedziała z jakąś dziką satysfakcją. - Przecież mam męża...

- Myślałem... - zaczął.

- Myślałeś - roześmiała się. - Ty masz żonę, ja mam męża, prawda? Chyba że jest inaczej?

- Ale Malwina i ja... - niezręcznie próbował się tłumaczyć, lecz ponownie mu przerwała.

- Malwina i ty - powtórzyła z przekąsem. - Nie siedzę w waszej sypialni.

Nawet nie przyszło mu do głowy, że to może być jego dziecko, pomyślała. A przecież powinien pamiętać wieczór, kiedy, korzystając z wyjazdu Michała na jakąś kolejną wystawę bydła, wybrali się do Zwierzyńca i zatrzymali w grocie, którą dawno temu żona starego hrabiego Karwickiego zleciła - w przypływie jakiegoś romantycznego uniesienia - wybudować nad jeziorkiem...

Owo uniesienie zainspirowało nie tylko Dyzię i Antoniego, gdyż zaraz po wybudowaniu groty miejsce to odwiedził hrabia wraz z jedną z urodziwych wieśniaczek, zaś owoc tego spotkania, mając lat kilkanaście, był tak podobny do swego ojca, iż we wsi zaczęto go nazywać hrabiczem. Aby uniknąć większego skandalu, hrabia roztropnie wysłał chłopca do gimnazjum do Lwowa, a gdy ten okazał się uczniem zdolnym i pracowitym, posłano go do Krakowa, a stamtąd do Budapesztu, gdzie ukończył studia medyczne.

Ostatecznie młody lekarz powrócił w rodzinne strony, z pomocą hrabiego otworzył gabinet w Łucku, a potem szczęśliwie się ożenił, hrabia zaś zyskał opinię człowieka honoru.

To wszystko miało ominąć Antoniego, choć wizja Dyzi w ramionach Michała napawała go lekką odrazą.

Ciekawe, czy chociaż buty zdjął, pomyślał, bowiem we wsi krążyły pogłoski, iż jego kuzyn nigdy spodni i butów nie zdejmuje...

Dzień tak niefortunny dla Antoniego zakończył się przedziwnie. Malwina i ja, myślał z goryczą, czując, jak uraza do kochanki potęguje się z każdą chwilą.

Wszedł do domu zdecydowanym krokiem, ściskając w ręce potężny wiecheć polnych kwiatów, zerwanych po drodze, i potężnym kopniakiem otworzył drzwi pokoju żony.

Nie były zamknięte, a Malwina klęczała na podłodze przed czymś, co po prostu go poraziło.

- Tyś to namalowała? -wykrzyknął.

- Ja - odpowiedziała spokojnie, odkładając pędzel.

Stał i patrzył na twarz mężczyzny stojącego na wozie - ową twarz rozpoznałby wszędzie - i na brnące w błocie cztery kobiety, wśród których nie było Malwiny.

- Boże wszechmogący! - jęknął.

Jeśli dotychczas wydawało mu się, że potrafi malować, w jednej chwili jego przekonanie legło w gruzach.

Poczuł się jak pełzający w prochu robak, a to za sprawą kobiety, o której wiedział tylko tyle, że nie ma dla niej rzeczy niemożliwych.

- Malwina - wymówił jej imię tak, jakby obracał w ustach kostkę cukru.

Stała nieruchomo wśród kwiatów, które rozsypały się po podłodze, z rumieńcem na twarzy, z lekko rozchylonymi ustami, jakby chciała mu coś odpowiedzieć, tylko nie do końca wiedziała co.

Wziął ją na ręce, zaskoczony, że jest tak lekka, i szepcząc jakieś pozbawione sensu słowa, złożył na łóżku, w którym nigdy przedtem nie gościł.

Zdumiała go gładkość jej ciała i to, że patrzyła mu w oczy, uśmiechając się, a na policzkach - czego wcześniej nie zauważył - miała takie same rozkoszne dołeczki jak te na plecach, poniżej talii.

- Jakaś ty śliczna - powiedział.

I ta kobieta, myślał sennie, obejmując ją ramieniem, była tutaj cały czas. Zamknięta jak jej pokój.

Tego samego wieczoru, siadając do kolacji, Dyzia znalazła przy swoim nakryciu niewielkie, pokryte aksamitem pudełeczko.

- Podoba ci się? - zapytał Michał.

Spojrzała na niewielkie serduszko, na którym lśnił mały diament. Nigdy wcześniej nie podejrzewałaby męża o tak subtelny gust.

- Tak - odpowiedziała, unosząc włosy i obnażając szyję. - Załóż mi je, proszę.

Widziała, jak ze wzruszenia drżą mu ręce. Widać, pomyślała, każdy człowiek jest jak diament, trzeba go tylko odpowiednio oszlifować. Natychmiast przypomniała sobie Malwinę.

- Ja - powiedział Michał, czerwieniąc się - wiesz, nie umiem tak jak inni. Nie znam się na poezji ani na muzyce. Zapytałem jubilera, co ofiarowałby swojej żonie przy takiej okazji... rozumiesz. Ale wybrałem sam, bo pokazał mi kilka drobiazgów.

Rozczuliła ją jego nieporadność. Może gdyby bardziej zwracała uwagę na to, co mówił, czym się zajmował jej mąż, może wtedy byłoby inaczej?

Był prosty, ale dobry. Wiedziała o jego wyprawach do co ładniejszych dziewczyn z gminu, lecz nagle przestało ją to bawić.

Co innego mógł zrobić, skoro stroniła od niego albo wymawiała się bólem głowy czy comiesięczną przypadłością?

Przecież był normalnym, zdrowym mężczyzną.

- Wiesz - odezwał się cicho - wiesz, że ja nie zawsze...

Machnęła ręką.

- Dajże spokój - odpowiedziała. - Mój ojciec, wiesz, co mówi? Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr.

- Zajęta jesteś... wieczorem? - zapytał nagle i przyszło jej do głowy, że on wie. Że domyśla się, iż spacery z Antonim nie były tylko niewinnymi przechadzkami, a rysowanie nad rzeką często kończyło się zupełnie inaczej, niż sądził.

- Nie - odpowiedziała.

Trzeba będzie jakoś wycofać się z zażyłości z Antonim, trochę było jej szkoda, ale przecież nie zrezygnuje z niego całkowicie, wszak z Michałem nie porozmawia o sztuce ani o muzyce, a rozmowa to jeszcze nie zdrada, choć w jej przypadku właśnie od rozmów się zaczęło.

Teraz jednak nie miała czasu na takie rozważania, jako że zagrożone było jej dobre imię. A dziecko? W końcu musiało się jakieś pojawić, matka zaczynała już robić aluzje na temat pustej kołyski, a teściowa wyraziła się nieco mniej taktownie - iż kobieta bez dziecka to jak spróchniała wierzba.

Stare próchno, pomyślała wtedy Dyzia. Niech patrzy swego podwórka.

Teraz straci temat do plotek. Zapewne też wyręczy ją w opiece nad potomkiem, a co najważniejsze, dziadkowie z pewnością uczynią jakiś stosowny zapis na rzecz nowego członka rodziny.

Oby tylko, pomyślała ze zgrozą, dziecko nie było podobne do Antoniego!

- Urządzimy kolację - ciągnął Michał - zaprosimy rodziców, co ty na to?

- Rób, jak uważasz - odpowiedziała.

Będzie musiała jakoś przetrwać tę wizytę, spojrzenia, jakimi zacznie ją obrzucać teść - zupełnie jakby patrzył na klacz albo krowę - radość swojej matki, która zwątpiła już w pojawienie się na świecie wnucząt, a także te wszystkie uwagi, mniej lub bardziej taktowne.

Cóż, zaciśnie zęby i jakoś to wytrzyma.

Wieczór Malwiny był także inny od tych, do których przywykła. Kiedy zapadał zmrok i było zbyt ciemno, aby malować, zapalała lampę i pogrążała się w lekturze. Lubiła ten czas spokoju. Chłopcy spali, Antoni wracał dobrze po północy.

Nikt od niej niczego nie chciał, choć z dnia na dzień wydłużała się lista rzeczy, których ona oczekiwałaby od innych.

Tym razem jednak Antoni zażyczył sobie, aby w jadalni nakryto stół dla dwojga, i choć kucharka nie była przygotowana na coś szczególnego, bliny, jakie przyrządziła, nie miały sobie równych.

Przechodząc obok rodzinnego domu, Urszula zatrzymała się przed bramą i ze zdumieniem dostrzegła światło w jadalni.

Czyżby ojciec miał gości?

Tylko że przed domem nie stała żadna bryczka i było dziwnie cicho.

Wspięła się na kamienny murek i zeskoczyła po drugiej stronie. Podkradła się pod okno jadalni i ze zdumieniem dostrzegła ojca i macochę siedzących przy stole i pogrążonych w rozmowie.

To było coś naprawdę niezwykłego, ale z drugiej strony poczuła bolesny skurcz w sercu. Po raz kolejny w życiu poczuła się zdradzona - i to przez kogoś, komu zaufała.

Więc i Malwina, dumna Malwina, uległa czarowi jej ojca... Tak szybko i tak łatwo?

Zatem wszyscy, pomyślała, będą ją opuszczać.

Przeskoczyła przez murek i pobiegła przed siebie.

Zatrzymała się dopiero na skraju łąki, tam, gdzie droga rozchodziła się w trzy strony - na wprost prowadziła na skraj dąbrowy, tam, gdzie kulił się stary dom Mariaszki, w lewo szło się do wsi, a w prawo - do miasta i ta odnoga była ubita kopytami koni, kamienista.

- Nie za wcześnie w drogę ruszać? - rozległ się tuż za nią skrzekliwy śmiech.

Urszula odwróciła się gwałtownie i spojrzała prosto w oczy starej kobiety.

- Wyście Mariaszka, tak? - zapytała.

Tamta roześmiała się ponownie.

- Pamiętam cię - odrzekła. - O, taka mała byłaś. I harda... Wszystkie dzieciaki płaczą, a ty nie.

- Nie rozumiem.

- Nie dziwota, bo nie pamiętasz. Siadaj tu.

Pociągnęła ją za sobą na miedzę.

- Patrz tam. - Wskazała palcem w niebo. - Widzisz?

- Niebo - odparła Urszula. - O to chodzi?

- Tam.

- Ta gwiazda, tak? - zapytała dziewczyna.

- To twoja gwiazda - wyjaśniła Mariaszka. - Ona będzie cię prowadzić.

Urszula poczuła, jak przenika ją nagły chłód.

- Niech prowadzi! - zawołała, zrywając się z ziemi. - Byle jak najdalej stąd!

Trawy smagały ją po łydkach, potykała się o kamienie. Ucieknie, może nie dziś, nie jutro, ale z pewnością to zrobi.

Jaka to zajadła, pomyślała Mariaszka. Ona płakać nie będzie.

Przypomniała sobie drobne dłonie noworodka zaciśnięte w miniaturowe piąstki. Zupełnie jakby córka Antoniego rzucała światu w twarz wyzwanie: "Nie wygrasz ze mną".

W głębi dąbrowy zakrzyczał przejmująco jakiś nocny ptak, odpowiedział mu zduszony pisk ofiary.

Mariaszka przytuliła pomarszczony policzek do pnia rosnącej na skraju lasu brzozy.

Robiła tak zawsze, ilekroć przechodziła obok tego drzewa. Wybrała je spomiędzy wielu, aby czerpać z niego siłę i pozostawiać mu troski. Nie dlatego, że znajdowało się najbliżej, tylko ze względu na jego niecodzienny kształt.

Na wysokości jej ramion pień się rozdwajał i obie części drzewa rosły równo, świecąc białą korą. Wiosną Mariaszka delikatnie nacinała jeden z pni i tuż pod nacięciem wieszała niewielki miedziany kubeczek. Zielonkawy sok skapywał powoli, a gdy naczynie się napełniło, Mariaszka zaklejała nacięcie żywicą zmieszaną z popiołem, wypijała łyk soku, a resztę zanosiła do domu.

Odrywała też łuszczącą się delikatnymi paskami korę i przy słabym świetle lampy naftowej notowała na nich dziwaczne, sobie tylko znane znaki.

Owe paski, zapisane jak gdyby przez korniki, wymieniała na mleko, masło i jajka. Gospodynie, niby śmiejąc się, przybijały korę nad wejściem do obory czy też na ścianie kurnika - a niektóre nawet za wezgłowiem małżeńskiego łoża.

Nikt nie wiedział, jak to działa, ale krowy dawały dobre, tłuste mleko i cieliły się szybko, bez najmniejszych kłopotów, kury niosły się gorliwie, a niektóre jajka miewały nawet po dwa żółtka.

Zaś historie z sypialni opowiadano sobie przy darciu pierza.

Mariaszka była naprawdę bardzo stara, choć w środku nadal czuła się młoda.

Co prawda różne wspomnienia pomieszały się i pozacierały w jej pamięci, ale gdy spoglądała na chłopców, którzy bezwstydnie paradowali brzegiem rzeki i skakali do wody, nie zwracając uwagi, że zielarka stoi i patrzy, odczuwała coś w rodzaju bólu.

Ten ból mijał, gdy jeden z drugim, przypadkowo napotkany w lesie, pomagał jej zanieść do domu chrust czy oferował pomoc przy rąbaniu drewna na szczapy tak drobne, aby bez kłopotu mogła je włożyć do pieca.

Zaproszeni do jej niewielkiej chaty siadali na ławie, popijali kwaśne mleko, tak chłodne i gęste, że można było je kroić nożem, rozmawiali o dziewczynach i dowiadywali się, co zrobić, aby mieć uciechę, a nie przysporzyć kłopotu ani sobie, ani wybrance.

Mariaszka, mimo że na co dzień stroniła od ludzi, lubiła porozmawiać z młodymi, znała najgłębsze tajemnice każdego z nich, a najcięższe zmartwienie potrafiła zdjąć z człowieka jednym słowem.

Kiedy przerażony syn diakona wyznał jej, iż nie panuje nad własną ręką, staruszka pokiwała tylko głową, a potem się roześmiała.

- Niby to ma być grzech? - zapytała, a chłopak się zaczerwienił. - Poszukaj sobie dziewczyny, ciało do ciała pasuje. Ale jak jej nie ma, to własna ręka najlepszy przyjaciel. Grzech to zachodzić do obory, choć i to się zdarza...

- Nie może być - bąknął chłopak.

- A zdarza się częściej, niż ludzie myślą.

- A Mariaszka zna takich? - zapytał.

- Mariaszka wie wszystko - odparła - i zna wszystkich. A nawet jakby nie znała, to popatrzy na człowieka i już wie.

- A kto taki?

- A po cóż ci to wiedzieć? Ten ze swoim ciężarem żyje. Ty zaś, zamiast pytać, idź na zabawę w niedzielę, dziewczyny aż piszczą. Podejdź no tutaj, do okna.

Przekrzywiwszy głowę po ptasiemu, przyjrzała mu się i zachichotała.

- Niczego ci nie brakuje. Nie będę pytać, co masz w port­kach, chyba że się cały w dłoni chowa...

- N-nie - bąknął.

- To zmartwienia nie ma. A teraz siadaj i słuchaj.

Słuchał, a jego twarz płonęła żywym ogniem. Dotychczas wydawało mu się, że wie o tych rzeczach wszystko, a to było tyle co nic.

Opuszczał chatę Mariaszki ze zwitkiem brzozowej kory w kieszeni, kiedy zaś znalazł się na łące, rzucił się w trawę jak młody pies czy źrebak, szczęśliwy, że zdjęto mu z pleców brzemię grzechu, pełen nadziei i radosnego oczekiwania.

Blask w jego oczach nie zgasł aż do niedzieli i dziewczyny, które dotychczas nie zwracały na niego uwagi, zaczęły patrzeć nań inaczej, a te, co go nie znały, rozpytywały, kto to taki.

Takie to były czary starej Mariaszki i takie cuda działy się w chacie pod dąbrową.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI