1. Nietypowe zgłoszenie
1
Nietypowe zgłoszenie
Dzwonię, żeby zgłosić śmierć. Chodzi o morderstwo.
Głos w słuchawce należał do młodej osoby. Dzwoniący mówił rzeczowym
tonem.
-?Rozumiem -?odparł spokojnie dyspozytor. W żaden sposób nie zdradzał
zaskoczenia; pewnie codziennie odbierał tego rodzaju telefony. -?Czy wie
pan, kim jest ofiara?
-?To moja ciotka. Zabiłem ją.
-?Jest pan pewien, że nie żyje?
-?Tak. Jest naprawdę martwa.
Trudno orzec, który z rozmówców wydawał się bardziej obojętny: Liam,
siedemnastolatek dzwoniący pod numer alarmowy, czy dyspozytor.
-?Gdzie się pan znajduje?
Odpowiedź padła natychmiast:
-?W Linden Grove Country Park.
-?Czy to duże miejsce? W której konkretnie części parku?
-?Jestem na parkingu przy Okrągłym Stawie. Stoję przy białym Mini
Clubmanie.
-?To pański samochód?
-?Należy do mojej ciotki. Podać numer rejestracyjny?
-?Tak, poproszę.
Liam podyktował numer. Następnie usłużnie dodał:
-?Ma oznaczenie "L". Ciotka uczyła mnie prowadzić.
-?Gdzie znajduje się teraz pańska ciotka?
-?W stawie.
Dyspozytor nadal zachowywał spokój, jakby ta wiadomość nie zrobiła na
nim żadnego wrażenia. Ludzie wykonujący taką pracę zapewne są szkoleni,
by powstrzymywać się od wszelkich emocjonalnych reakcji. Rozejrzałem się
po sali rozpraw -?ławnicy, w przeciwieństwie do dyspozytora, byli
rozemocjonowani. Na twarzach niektórych malowało się zaskoczenie, inni
poruszali się niespokojnie w ławkach albo przeciwnie, zamarli bez ruchu.
Przysłuchiwali się w napięciu, jak Liam posłusznie podaje dyspozytorowi
imię, nazwisko i adres zamieszkania swojej ciotki.
-?Proszę się nie rozłączać, dopóki na miejsce nie przybędą służby.
-?Zaczekam przy samochodzie. Kiedy już tu będą, pokażę im, jak dostać
się do stawu -?zaoferował skory do pomocy chłopak.
-?Policja i karetka pogotowia są już w drodze. Za szesnaście minut
powinny być u pana.
-?Karetka nie będzie potrzebna. Ale i tak dzięki, kolego.
Kiedy nagranie dobiegło końca, na sali zapadła cisza. Prokurator dla
wzmocnienia efektu również przez dłuższą chwilę nie zabierał głosu,
udając, że w wielkim skupieniu przegląda jakieś papiery. W końcu uniósł
wzrok i skierował go prosto na mnie.
-?Doktorze Harding, jest pan biegłym zarówno w dziedzinie psychiatrii
sądowej, jak i psychiatrii dzieci i młodzieży. Cieszy się pan opinią
eksperta. Jest pan również kierownikiem Sądowej Poradni Zdrowia
Psychicznego dla Dzieci i Młodzieży w Londynie. Czy biorąc pod uwagę
pańskie doświadczenie zawodowe, byłby pan skłonny stwierdzić, że młody
człowiek, którego przed chwilą wysłuchaliśmy, wykazywał objawy psychozy?
-?zapytał.
-?Nie zauważyłem żadnych ewidentnych oznak świadczących o psychozie -
odparłem.
-?Czy może pan wyjaśnić, jak doszedł do tego wniosku?
-?Gdyby Liam przeżywał epizod psychotyczny, wypowiadałby się bardziej
chaotycznie, co byłoby skutkiem zaburzeń myślenia. Owszem, zdarza się,
że zmiany w sposobie mówienia bywają dość subtelne. Obrona jednak
twierdzi, jakoby Liam przeżywał epizod psychotyczny tuż przed
przeprowadzeniem tej rozmowy, w dodatku tak nasilony, że aż prowadzący
do morderstwa; a w takiej sytuacji spodziewałbym się, że na nagraniu
znajdą się wyraźne symptomy takiego stanu.
-?Chce pan powiedzieć, że sposób, w jaki Liam się wypowiadał, nie
wskazuje na zaburzenia psychotyczne?
-?Wskazuje na coś wręcz odwrotnego: mężczyzna, którego słyszymy na
nagraniu, wypowiada się w sposób klarowny i zwięzły. Chwilę wcześniej
jego ciotka umarła, a mimo to on zachowuje spokój i potrafi prowadzić
rozmowę telefoniczną. To moim zdaniem wyklucza scenariusz, w którym
kilka minut wcześniej przeżywałby silny epizod psychotyczny.
-?Jak zatem mógłby się zachowywać taki człowiek?
-?To zależy. Niekiedy psychoza manifestuje się w oczywisty sposób: osoba
doświadczająca omamów może wykazywać zaburzenia mowy i myślenia lub
przejawiać zachowania paranoiczne czy podejrzliwe. Zdarzają się
sytuacje, gdy chory okazuje lękliwość. Czasami jednak psychoza ma
łagodniejszy przebieg. Wówczas najczęściej mamy do czynienia z nadmierną
podejrzliwością, splątaniem i urojeniami, a zatem objawami, które nie
muszą być tak wyraźnie widoczne w sposobie mówienia.
Prokurator pokiwał głową.
-?Czy słyszał pan takie objawy na nagraniu?
-?Nie. Kluczowy jest kontekst: musimy pamiętać, że chwilę wcześniej
ciotka Liama została zabita. Oczywiście biorę pod uwagę również inne
materiały dowodowe, takie jak nagrania z kamer nasobnych oraz ocenę
stanu psychicznego Liama dokonaną wkrótce po przeprowadzeniu rozmowy z nagrania. Gdyby zabójstwo było dokonane przez osobę w stanie psychozy,
należałoby się spodziewać, że sprawca będzie manifestować jakieś objawy
psychozy. W wypowiedziach podsądnego nie dopatrzyłem się żadnych
ewidentnych oznak zaburzeń mowy ani myśli, podejrzliwości czy paranoi.
Przykładowo, gdyby Liam cierpiał na paranoję, mógłby zataić przed
dyspozytorem niektóre informacje, o których podanie został poproszony.
-?Uważa pan, że oskarżony niczego nie zatajał?
-?W trakcie tej rozmowy w ogóle nie zachowywał się tajemniczo czy
ostrożnie. Wydaje się, że w wyobraźni przygotował się już na przybycie
na miejsce policji. Stał przy samochodzie, żeby pokierować policjantów
do stawu. Podyktował rozmówcy numer rejestracyjny auta ciotki, w dodatku
poinformował, że jest ono oznaczone znakiem L, żeby policjanci mogli
łatwiej je rozpoznać. Na prośbę dyspozytora bez wahania podał imię i nazwisko, a także adres zamieszkania denatki. Na koniec podziękował
dyspozytorowi za okazaną pomoc i zwrócił się do niego w przyjacielski
sposób, per "kolego". Jego ciotka zginęła chwilę wcześniej, ale w mojej
opinii nie zdradzał żadnych oznak psychozy.
Liam udusił pannę Swinney, po czym wrzucił jej ciało do stawu. To nie
podlegało żadnej dyskusji, zresztą chłopak dobrowolnie przyznał, że to
zrobił. Zadaniem ławy przysięgłych nie było orzec, czy jest winny, ale
rozstrzygnąć o jego poczytalności.
Wyrok za zabójstwo w warunkach ograniczonej poczytalności, do którego
dążyła obrona, oznaczałby, że Liam nie zamierzał zabić ciotki, ale
zrobił to z powodu swojego zaburzenia, co znacząco ograniczyłoby jego
odpowiedzialność karną. Oprócz tego prognoza kryminologiczna Liama
zostałaby powiązana z jego chorobą psychiczną -?czyli dopóki chłopak
byłby poddawany leczeniu, prawdopodobieństwo, że zabije kogoś w przyszłości, uznawano by za zmniejszone. Najpewniej czekałoby go
kilkuletnie leczenie szpitalne, po którego zakończeniu wróciłby do domu
i prowadziłby normalne życie, tak jakby wcale własnymi rękami nie udusił
krewnej.
Biegłym psychiatrą powołanym przez obronę był doktor Graf. Obaj
przeprowadziliśmy z Liamem wywiady, jednak doszliśmy na ich podstawie do
sprzecznych wniosków. Mój kolega po fachu dowodził, że chłopak nie
zamierzał zabić ciotki i był chory psychicznie: w momencie popełniania
czynu doświadczał epizodu psychotycznego, który ograniczał jego
poczytalność. Graf namiętnie przekonywał ławę przysięgłych do swojego
stanowiska przez całą środę i cały czwartek.
Nadszedł piątek i wreszcie przyszła moja kolej na złożenie zeznań.
-?Doktorze Harding, nagranie zgłoszenia na numer alarmowy zostało
zarejestrowane o godzinie 13.35. Jak wszyscy wiemy, pozwany wykonał ten
telefon po zabiciu panny Swinney. Jego zdaniem zrobił to niespełna
dziesięć minut po śmierci swojej ciotki. Patolog sądowy potwierdza, że
do zgonu mogło dojść w tym czasie. Doktor Graf wyraził pogląd, jakoby
podsądny w momencie ataku przeżywał epizod psychotyczny, który potem
minął -?kontynuował prokurator.
O tak, doktor Graf wyraził ten pogląd -?i to nie raz. Wałkował ten temat
do znudzenia w trakcie przesłuchania krzyżowego i nie dopuszczał żadnej
innej wersji zdarzeń.
-?Skoro pańskim zdaniem, doktorze Harding, Liam nie doświadczał psychozy
w momencie dzwonienia na numer alarmowy, czy możliwe jest, by był w stanie psychozy dziesięć minut wcześniej, kiedy zaatakował pannę
Swinney?
Zanim udzieliłem odpowiedzi, odwróciłem się do ławy przysięgłych. Przed
laty mój mentor poradził mi, bym zawsze miał stopy skierowane ku
ławnikom, gdy chcę ich przekonać do swoich racji. A ja przez całą
karierę słuchałem tej rady.
-?Jeśli mówimy o psychozie, która mogłaby skutkować tak gwałtownym aktem
agresji... Cóż, moim zdaniem to mało prawdopodobne, by psychoza o tak
dużym nasileniu ustąpiła w ciągu dziesięciu minut.
-?Zatem uważa pan, że nawet krótkotrwały, przelotny epizod psychotyczny,
jakiego u oskarżonego dopatrzył się doktor Graf, nie mógłby ustąpić w dziesięć minut?
-?Tak.
Zerknąłem na Liama, jak wielokrotnie robiłem w czasie procesu. Wyglądał
młodo, blado, sprawiał wrażenie wycofanego. Był szary, wietrzny zimowy
dzień. Trwały ferie; koledzy Liama zapewne spotykali się w swoich domach
albo szusowali na nartach po stokach z rodzinami. Szkoła, do której Liam
uczęszczał, była bardzo elitarna. Teraz siedział w pomieszczeniu bez
okien, samotny, z opuszczoną głową, oddzielony od sędziego i pozostałych
osób na sali grubą płytą z pleksiglasu. Członkowie jego rodziny zajęli
miejsca niedaleko, ale Liam na nikogo nie patrzył. Momentami widać było,
jak trzęsą mu się barki -?znak, że płakał. Ale przez większość czasu
wcale się nie poruszał. Nie unosił też spojrzenia, nie szukał z nikim
kontaktu wzrokowego.
-?Mniej więcej godzinę przed zgonem panny Swinney matka, a potem również
ojciec oskarżonego rozmawiali z nim przez telefon należący do denatki -
powiedział prokurator. -?Rodzice zgodnie twierdzą, że podczas tej
rozmowy nie zauważyli, by syn wypowiadał się w sposób odbiegający od
normy, chaotyczny czy świadczący o paranoi. Zatem jeżeli oskarżony
przeżywał psychozę, epizod nie mógł potrwać dłużej niż godzinę i dziesięć minut. Czy to możliwe?
-?Bardzo mało prawdopodobne. Psychoza to nie jest stan, który mija ot
tak sobie, jak... -?zawiesiłem głos, zanim dokończyłem dobitnie -?...napad
złości. To poważne zaburzenie, zazwyczaj wymagające
psychofarmakoterapii. Ale nawet gdyby chory przyjmował odpowiednio
dobrane leki i miał wsparcie terapeutyczne, moim zdaniem jest
praktycznie niemożliwe, by w tak krótkim czasie psychoza mogła minąć i ustąpić miejsca uporządkowanemu tokowi rozumowania, jaki Liam
zaprezentował na odtworzonym przed chwilą nagraniu.
-?Czy zgodnie z pańską wiedzą u oskarżonego diagnozowano wcześniej
psychozę?
-?Nie potwierdza tego dokumentacja medyczna.
-?Zatem nigdy w przeszłości nie przepisywano mu leków
przeciwpsychotycznych?
-?Zgadza się.
-?I pańskim zdaniem nagranie jego rozmowy z dyspozytorem wskazuje, że
nie przeżywał epizodu psychotycznego?
-?Tak. Pragnę również zwrócić państwa uwagę na wypowiedź biegłej, która
dokonała oceny psychologicznej oskarżonego wkrótce po tym, jak został
zatrzymany i umieszczony w areszcie. Osoba ta jest wyspecjalizowana w wyszukiwaniu wszelkich oznak zaburzeń myślenia i zachowania oraz urojeń
paranoicznych, które mogłyby wskazywać, że oskarżony cierpi na psychozę.
Biegła nie stwierdziła żadnych tego rodzaju objawów. Stwierdziła coś
wręcz odwrotnego. W jej ocenie aresztowany przejawiał cechy przeciwne
psychozie: jego zachowanie było uprzejme, spójne, chętnie udzielał
odpowiedzi na pytania.
-?Po przybyciu do aresztu zatrzymanemu nie podano leków
przeciwpsychotycznych, o których wspominał doktor Graf?
-?Nie, ponieważ nikt z wyjątkiem doktora Grafa nigdy nie zdiagnozował u Liama psychozy.
Trafiony, zatopiony, doktorze Graf. Zeznawałem aż do godzin
popołudniowych, kiedy to sąd zakończył obrady przed weekendową przerwą.
Ale nim rozprawa została zamknięta, sędzia wspomniał, że chciałby się
dowiedzieć -?i, jak zaznaczył, na pewno chcieli tego również przysięgli
-?dlaczego Liam zabił pannę Swinney, skoro nie kierowała nim psychoza. Z jakiego powodu zrobił to tak nagle, bez żadnego wyraźnego powodu? W dodatku jego ofiarą nie był ktoś obcy, lecz kobieta, która odegrała dużą
i bezsprzecznie pozytywną rolę w jego wychowaniu i do której często
zwracał się w trudnych momentach.
Było to pytanie, które zadawali sobie wszyscy obecni na sali -?adwokaci
w białych perukach, sędzia, pracowicie stukający w klawiatury
dziennikarze, publiczność w ławkach, najbliżsi Liama, mnący w dłoniach
chusteczki higieniczne, protokolanci siedzący prosto, jakby kij
połknęli. Pytanie brzmiało: dlaczego? Dlaczego ten chłopak popełnił tak
odrażający czyn, skoro nie był wtedy niepoczytalny? Wśród wszystkich
zgromadzonych w sądzie tylko jeden człowiek znał odpowiedź na to
pytanie. Ale on uparcie milczał.
2. Morderczy uczeń Liam
2
Morderczy uczeń Liam
Oczywiście mnie również nie dawało spokoju pytanie, dlaczego Liam zabił
swoją ciotkę. Po wielu latach praktykowania psychiatrii ogólnej
skoncentrowałem się na badaniach "umysłu przestępcy" w ramach
psychiatrii sądowej, a ostatecznie zrobiłem specjalizację w kierunku
psychiatrii sądowej dzieci i młodzieży -?to doświadczenie zawodowe
pozwalało mi snuć spekulacje na temat tego, co mogło się wydarzyć
feralnego dnia między ciotką a jej bratankiem. Domyślałem się, że za
atakiem mógł stać cały szereg złożonych emocji, między innymi gniew. To,
że na sali rozpraw wspomniałem o napadzie złości, nie było przypadkowe.
Rodzice Liama prowadzili własny biznes. Handlowali sprowadzanym z zagranicy luksusowym damskim obuwiem -?po wielu latach ciężkiej pracy
odnieśli sukces i dorobili się sporych pieniędzy. Można powiedzieć, że
całe ich życie kręciło się wokół wysokich obcasów, sznurówek, podeszew i zapiętków, a dla Liama nie zostawało im wiele czasu. Ale mimo że
chłopiec był jedynakiem wychowywanym przez zapracowanych rodziców, nie
mógł narzekać na brak opieki -?często zajmowała się nim siostra ojca,
ciotka Joy, będąca bezdzietną panną. Liam spędzał z nią równie dużo
czasu, jak z rodzicami.
W szkole zawsze sprawiał problemy. Dał się poznać jako chłopak
niestroniący od przemocy, ze skłonnością do niestosownych zachowań -
zwłaszcza w towarzystwie dziewcząt, odkąd wszedł w wiek nastoletni -?a także znęcający się nad słabszymi. W momencie popełnienia zbrodni
wisiało nad nim widmo powtórnego podchodzenia do egzaminu kończącego
gimnazjum. Mimo że zbliżał się termin poprawki, Liam nie wydawał się
zainteresowany nauką. Rodzice uznali wtedy, że pora zastosować bardziej
drastyczne środki. Zabrali mu telefon.
Dla nastolatka to był szczególnie dotkliwy cios. Liam wpadł w szał. Po
głośnej i długiej awanturze z rodzicami zadzwonił do mieszkającej
nieopodal ciotki i powiedział, że chce ją odwiedzić. Rodzice wyrazili
zgodę. Liam podejrzewał, że to właśnie pannie Swinney rodzice oddali
skonfiskowany telefon do przechowania. Nie mylił się. Rodzice
poinstruowali ją, żeby udostępniła bratankowi telefon na kilka godzin
pod warunkiem, że wcześniej się pouczy. Wszystko wskazywało na to, że
kobieta przystała na ten plan. Jej także zależało, żeby Liam skupił się
na nauce i zdobył zadowalającą ocenę na egzaminie.
Tyle że panna Swinney wolała metodę marchewki niż kija. Wprawdzie
wywiązała się z obietnicy złożonej rodzicom Liama i nie oddawała mu
telefonu, ale zarazem zapowiedziała, że jeśli chłopak zaliczy wszystkie
poprawkowe egzaminy, dostanie w prezencie od niej samochód. Po pewnym
czasie, widząc, że mimo to Liam nie garnie się do nauki, Joy
zaproponowała mu lekcję prowadzenia samochodu. Para odbyła już kilka
takich przejażdżek, ale Liam chciał poćwiczyć więcej.
Chłopak prowadził w drodze do Okrągłego Stawu, będącego miejscową, choć
mało uczęszczaną, atrakcją. Na miejscu Liam i panna Swinney udali się
nad brzeg stawu. Tam nastolatek udusił swoją ciotkę przy pomocy psiej
smyczy.
Przed rozpoczęciem procesu odwiedziłem Liama w areszcie. Nasza rozmowa
dotyczyła relacji łączących go z ciotką. Opowiedział mi o tym, jak
bardzo byli związani i jak wielkim smutkiem napawała go jej śmierć -
zupełnie jakby to nie on ją spowodował. Poprosiłem, żeby opowiedział mi,
co się działo tamtego dnia, zanim zginęła. Wyznał wtedy, że kobieta była
na niego bardzo zła z powodu kiepskich wyników w nauce.
-?Mówiła, że ma ochotę mnie zabić. Stanęła w drzwiach kuchni i powiedziała, że weźmie kabel od ładowarki telefonu, owinie mi go wokół
szyi i mnie udusi. Stwierdziła to jakby nigdy nic. Naprawdę chciała mnie
zamordować.
-?Czułeś się zagrożony?
-?Tak!
-?Pokłóciliście się?
-?Nie. Za bardzo się bałem.
-?Czy kiedykolwiek wcześniej ciotka budziła w tobie strach?
-?Nie, bo nigdy dotąd nie groziła mi śmiercią. Wzięła do ręki ładowarkę
i zamachnęła się kablem. Tak, że przeleciał tuż przy mojej szyi.
Zachodziłem w głowę, z czym mam tu do czynienia. Czy było to złożone
doświadczenie halucynacji? A może urojenie -?błędne przekonanie, które
chory wyznaje bezkrytycznie? A może chłopak koloryzował fakty, tak by
przed samym sobą uzasadnić strach, który naprawdę czuł?
Żeby odpowiedzieć na te pytania, musiałem przeanalizować nie tylko to,
co Liam mówił, ale również sposób, w jaki to robił: komunikaty werbalne
i pozawerbalne, postawę, jaką przyjął w trakcie rozmowy, zauważalny
strach bądź jego brak podczas relacjonowania tej "groźnej sytuacji".
Moim zdaniem, opowiadając o tamtych wydarzeniach, chłopak nie odczuwał
przerażenia. Wspomnienie, które przywoływał, najwidoczniej nie
powodowało w nim lęku. Odniosłem nawet wrażenie, że mówienie o nim
przychodzi mu z dużą łatwością.
Panna Swinney była pracowniczką wysokiego szczebla w dziale kadr dużej
firmy. Przed spotkaniem z Liamem zapoznałem się z opisem jej profilu
osobowościowego. Trudno było uwierzyć, że ta kobieta mogłaby grozić
bratankowi śmiercią, zwłaszcza że Liam nie wspominał o tym we
wcześniejszych rozmowach z policją, doktorem Grafem ani żadnym innym
zajmującym się nim specjalistą. Nasuwało się podejrzenie, że ta nowa
wersja wydarzeń została spreparowana specjalnie na użytek wywiadu ze
mną. Moje wieloletnie doświadczenie, zdobyte podczas pracy nad setkami
spraw, podpowiadało mi, że to wymysł.
-?Zatem -?podjąłem -?ciotka zagroziła ci śmiercią, a potem zaproponowała
ci lekcję jazdy?
Zastanawiałem się, czy ławnikom wyda się to równie mało prawdopodobne,
jak mnie.
-?No tak. A kiedy dotarliśmy nad staw, powiedziała, że mnie utopi.
-?Czyim pomysłem była wycieczka w to miejsce?
-?Jej. Twierdziła, że to będzie dobra okazja, żebym podszkolił się w prowadzeniu auta. Ale kiedy znaleźliśmy się na miejscu, powiedziała, że
ma zamiar wepchnąć mnie do wody i zabić. Byłem przerażony.
-?Kiedy dotarliście do parku, poprosiłeś, żeby oddała ci telefon?
-?Tak. Chciałem zrobić kilka zdjęć stawu.
-?Ale ciotka ci go nie dała?
-?Powiedziała, że nie ma go przy sobie.
Tyle że miała wtedy jego telefon i chłopak musiał o tym wiedzieć. To z niego dzwonił potem na numer alarmowy. Poprosiłem więc, żeby mi
wyjaśnił, jak go odzyskał. I żeby opowiedział mi coś więcej o tamtym
dniu. Liam odparł, że nic więcej nie potrafi sobie przypomnieć. Nie
pamiętał, czy wpadł w złość. Nie pamiętał żadnej sprzeczki. Nie
zapamiętał też momentu, w którym udusił pannę Swinney i wrzucił jej
ciało do wody.
Przed wizytą w areszcie udałem się nad staw. Brzegi porośnięte były
drzewami i krzewami; w niewielu miejscach roślinność pozwalała zbliżyć
się do wody wystarczająco, by dało się kogoś do niej wrzucić. A już na
pewno nie z większej wysokości. Odniosłem wrażenie, że miejsce, w którym
popełniono zbrodnię, musiało zostać wybrane zawczasu. Domyślałem się
też, że wybrał je raczej Liam niż jego ciotka.
-?Skąd ciotka wzięła psią smycz? Jeśli dobrze rozumiem, nie miała psa.
-?Trzymała ją w samochodzie, bo czasami wyprowadzała na spacery psa
sąsiadów.
-?Ale dlaczego zabrałeś tę smycz ze sobą, kiedy poszliście nad staw?
-?To ciotka ją wzięła. Kiedy byliśmy już na brzegu, powiedziała, że chce
mnie wrzucić do wody. W ręku trzymała tę smycz. Przypomniałem sobie, jak
zamachnęła się na mnie kablem od ładowarki i jak groziła, że mnie udusi.
I wtedy domyśliłem się, że chce jej użyć.
-?Rozumiem, że musiałeś wyrwać ciotce smycz z ręki.
Chłopak wzruszył ramionami i spuścił wzrok. Miał szczupłą twarz. Widać
było, że sporo czasu spędzał na siłowni; jego głowa wydawała się
nienaturalnie mała w zestawieniu z umięśnionymi torsem i barkami.
-?Jak myślisz, dlaczego wrzuciłeś ciało ciotki do wody po tym, jak ją
udusiłeś? Patolog sądowy twierdzi, że była już wtedy martwa. Mogłeś po
prostu zostawić ją na brzegu.
I znowu w odpowiedzi dostałem to wyrażające bezradność wzruszenie
ramion, całkiem jakby to nie Liam znalazł się tamtego dnia nad stawem.
-?Skoro tak niewiele pamiętasz, czy nie przyszło ci do głowy, że ktoś
inny mógł zabić twoją ciotkę?
Jako że na miejscu nie zabezpieczono materiału DNA należącego do innej
osoby, policja wykluczyła udział w zbrodni osób trzecich. Ja jednak
byłem ciekaw, jakiej odpowiedzi udzieli Liam.
-?Od początku wiedziałem, że to musiałem być ja -?odparł bez wahania. -
Nikogo innego tam nie było.
Moja robocza teoria wyglądała następująco: Liam, będąc kierowcą -?a właściwie początkującym kierowcą -?nie chciał się rozstać z kluczykami
do samochodu. W tym odosobnionym miejscu fakt, że jest w ich posiadaniu,
mógł dawać mu poczucie władzy. Domyślałem się, że poprosił ciotkę o zwrócenie mu telefonu, ona jednak się nie zgodziła. Nie wiem, czy zaczął
jej wtedy grozić. Moim zdaniem kobieta nie podejrzewała, że jej ukochany
bratanek, chłopiec bliski jej niemal jak rodzony syn, nagle wyciągnie
smycz i zaciśnie ją na jej szyi. Na podstawie analizy śladów na ciele
patolog stwierdził, że w momencie śmierci kobiety atakujący stał przed
nią, a zatem musiał widzieć jej wytrzeszczone, niemal wychodzące z orbit
oczy i gwałtowną zmianę koloru skóry, która stawała się purpurowa.
Trzeba wielkiej determinacji, żeby widząc, co w takiej chwili się dzieje
z ofiarą, mimo to nie rozluźnić zaciśniętej pętli.
Obawiałem się, że Liam mógł zaplanować ten atak, wybrać broń i ustronne
miejsce nad stawem, tak by w razie gdyby nie udało mu się udusić ciotki,
mógł ją utopić. A może było inaczej -?może zamierzał ją utopić, a na
pomysł uduszenia wpadł dopiero w samochodzie, kiedy w oczy wpadła mu
psia smycz.
Nie wierzyłem, że czyn Liama był efektem psychozy. Zarówno odnalezienie
odpowiedniego miejsca, z którego dałoby się zepchnąć ofiarę do stawu,
jak i zabranie ze sobą smyczy wskazywały raczej na zaplanowane
działanie. Tymczasem psychoza to stan charakteryzujący się
dezorganizacją. Oczekiwano ode mnie jako od biegłego, że po zapoznaniu
się z faktami przedstawię ławnikom obiektywną ekspertyzę, która ułatwi
im podjęcie decyzji. Niezależnie od tego, jakie odczucia na sali sądowej
budził ten czy inny oskarżony, występując w charakterze biegłego, zawsze
starałem się zachowywać bezstronność. Ale to nie znaczy, że wyzbywałem
się ludzkich lęków i instynktów. W sprawie Liama intuicja podpowiadała
mi, że to bardzo niebezpieczny młody człowiek.
Wiele miało zależeć od werdyktu ławy przysięgłych. Jeżeli Liam zostałby
uznany za niepoczytalnego w chwili popełniania zbrodni, trafiłby do
szpitala, gdzie poddano by go leczeniu psychiatrycznemu. Należało się
spodziewać, że po zakończeniu stosunkowo krótkiej kuracji, gdy lekarze
uznają, że Liam nie stwarza dalszego zagrożenia, zwolniono by go. Wyrok
więzienia za morderstwo oznaczałby natomiast, że Liam zostanie na
dłuższy czas odizolowany od społeczeństwa. W optymalnym scenariuszu
podczas odsiadki otrzymałby stosowną pomoc psychologiczną, która miałaby
zminimalizować ryzyko recydywy. Pobyt w szpitalu wydawać by się mógł
bardziej humanitarnym rozwiązaniem, jednak skutkowałby zmniejszeniem
takiego ryzyka jedynie przy założeniu, że Liam rzeczywiście cierpiał na
chorobę psychiczną.
Chłopakowi przyszło długo czekać, nim jego sprawą zajął się sąd. W tym
czasie skończył osiemnaście lat i osiągnął pełnoletniość. Oznaczało to,
że dziennikarze, ku swojej wielkiej satysfakcji, zyskali wstęp na salę
rozpraw. Fakt, że chłopak zabił pannę Swinney bezpośrednio po lekcji
jazdy, sprawił, że w prasie nadano mu przydomek "Morderczy uczeń Liam".
W tamten piątek ławnikom pozwolono się rozejść. Wszyscy wstali, gdy
sędzia opuszczał salę rozpraw, a już chwilę później zapomnieli o charakterystycznej dla tego miejsca ciszy; ich umysłami na nowo
zawładnęły niecierpiące zwłoki sprawy dnia codziennego. Adwokaci
zbierali swoje papiery, policjanci chowali przyniesione laptopy,
obserwatorzy przeciągali się po długim bezruchu i uruchamiali wyłączone
na czas rozprawy telefony. Dziennikarze, pakując swój sprzęt, prowadzili
ożywione rozmowy. Jeśli o mnie chodzi, jako że nie skończyłem jeszcze
przedstawiać ekspertyzy, nie mogłem omawiać sprawy Liama ani z policją,
ani z prokuratorem, ani z nikim innym. Po całym dniu spędzonym w charakterze zeznającego biegłego doskwierało mi poczucie izolacji. Nikt
nie chciał ze mną rozmawiać, nikt na mnie nie patrzył.
Spakowałem do torby swoje książki i raporty. Kątem oka dostrzegłem
doktora Grafa, kiedy chyłkiem wymykał się na korytarz. Następnie
opuściłem miejsce zeznań świadka.
Kiedy wychodziłem z sali rozpraw, nadal czułem się nieswojo. Pech
chciał, że gdy tylko znalazłem się w holu, od razu natknąłem się na
rodzinę Liama, która stała w ciasnej grupce nieopodal. Paru jego
bliskich posłało mi nieprzyjazne spojrzenia, inni na mój widok ściszyli
głos. Rodzice chłopaka po prostu odwrócili wzrok.
I wtedy pierwszy raz zastanowiłem się, co tak naprawdę, w głębi duszy,
ci ludzie sądzą na temat Liama. Możliwe, że w ich sercach kryły się
lęki, do których nie umieli się przyznać nawet przed sobą nawzajem. Na
pewno zdawali sobie sprawę z jego licznych ekscesów w szkole. Być może
rodzice, podobnie jak ja, uważali, że Liam jest niebezpieczny. Może ta
świadomość towarzyszyła im podczas opłakiwania Joy. Może myśleli o czymś
jeszcze: skoro chłopak potrafił znieść widok zgrozy i cierpienia
malujących się na twarzy jego ukochanej ciotki, kiedy ją zabijał, to
może byłby zdolny uśmiercić także ich. Ale równocześnie był przecież ich
synem. Ci ludzie go kochali.
W pociągu w drodze powrotnej do domu naszła mnie refleksja, jak
niezwykle trudno być rodzicem. I jak trudno byłoby mi się odnaleźć w roli ojca.
3. Na ratunek mamie
3
Na ratunek mamie
To był mój pierwszy dzień w szkole. Mama odprowadziła mnie do samej
bramy, wspierając się na kulach i z trudem ciągnąc sparaliżowane nogi.
Gwałtowne ruchy wprawiały jej sukienkę w ruch, a ciężkie ortopedyczne
buty z głuchym odgłosem uderzały o ziemię. Przez krótką chwilę były
zdolne utrzymać ciężar ciała, podczas gdy mama wykonywała kolejny zamach
kulami. Szelest sukienki. Głuchy łoskot butów. Stukot kul, szelest,
łoskot. Ten rytm wydawał mi się wtedy równie znajomy i bliski jak bicie
mojego serca.
Ucichł dopiero, gdy zatrzymaliśmy się przed bramą. Ale moje serce biło
nadal. Głośno i szybko. Ze zdenerwowania zbierało mi się na wymioty.
Czułem się tak okropnie, że nawet nie zauważałem, jak inne dzieciaki
gapią się na mamę.
Na przerwie zaczepił mnie jakiś rosły chłopak.
-?Twoja stara to spastyczka -?oznajmił ze znawstwem.
Nie wiedziałem, co znaczy to słowo, ale brzmiało jak z serialu Doktor
Who. Uwielbiałem go. Główny bohater był miły, dobry i sprawiedliwy.
Liczyłem, że spastyk to pozytywna postać, pomocnik dobrego doktora.
Przytaknąłem z poważną miną. Tak, moja matka chyba była spastyczką.
Wokół nas zebrał się już mały tłumek. Dzieciaki stały bardzo blisko.
Chciałem się cofnąć, ale okazało się, że otaczają mnie ze wszystkich
stron.
-?On ma mamę spastyczkę! On ma mamę spastyczkę! -?skandowały.
Po powrocie do domu, wieczorem, który upływał nam w rytm znajomej
melodii stukot-szelest-łoskot, spytałem mamy:
-?Co to jest spastyczka?
Mdłości dawno już minęły, wyparte przez głód.
Mama zaparzała akurat herbatę. Łokciami wspierała się na kulach.
-?To nic takiego -?odparła, przewracając oczami. -?Nie przejmuj się tym.
-?Ale co to znaczy?
Mama potrząsnęła głową i zrobiła niezadowoloną minę.
-?Czas na marsz! No, dalej. Proszę odmaszerować z nożami i widelcami do
stołu. A potem, jak dobry żołnierz, pomaszeruj też z warzywami.
W tamtym czasie w moim życiu było dużo maszerowania. Kiedy mama
przygotowywała posiłek, gdy potrzebowała zanieść do pralki brudne
ubrania albo rozwiesić pranie, kiedy trzeba było zamieść podłogę w kuchni albo zrobić cokolwiek innego -?maszerowałem. Byłem niezawodnym
żołnierzem, który robił to, czego ona nie mogła zrobić: czyli wszystko
to, co wymagało użycia obu dłoni lub nóg.
Tata ten wieczór spędzał w pubie, dlatego w domu panowała cisza. Po
herbacie mama i ja usiedliśmy przed kominkiem. Postanowiliśmy zaszaleć i podkręciliśmy ogrzewanie na trzy kreski. Czułem, jak rozkoszne ciepło
rozlewa się po moich kolanach. Opowiedziałem mamie o szkole i o tym, że
uczę się czytania. Mama pokiwała głową z uznaniem.
-?To bardzo ważne, żebyś nauczył się dobrze czytać -?powiedziała. -
Będziesz mógł wtedy z łatwością chłonąć wiedzę. A w przyszłości dzięki
temu zdobędziesz dobrze płatną pracę.
Patrzyłem, jak zapala papierosa. W kieszeni zawsze miała schowaną
paczkę. Kiedy siadała, słychać było cichy trzask celofanu.
-?A ty zdobyłaś taką pracę?
Mama wypuściła dym z ust. Kiedy się odezwała, wydawała się zmieszana.
-?Źle się stało, że rodzice posłali mnie do tej okropnej szkoły dla
dzieci na wózkach inwalidzkich. Nie miałam zamiaru tam zostać i zdawać
egzaminów.
-?A zdałabyś je?
-?Wydaje mi się, że tak. Ale ostatecznie postanowiłam nauczyć się
maszynopisania.
-?Gdzie?
-?W Londynie. Miałam szesnaście lat, kiedy wyjechałam do stolicy
praktycznie bez żadnych rzeczy, bez pracy. Za to nie brakowało mi... -
Zawiesiła głos. Nagle jej twarz wydała mi się dziewczęca. Blond włosy
okalały duże oczy, z których wyzierała wielka tęsknota.
-?Czego? Pieniędzy?
-?Nie pieniędzy. -?Po chwili wyjaśniła: -?Nadziei w sercu.
Wyobraziłem sobie mamę, która wędruje aż do Londynu na swoich zwiędłych
nogach, przymocowanych do metalowych szyn z ciężkimi czarnymi butami.
Wiedziałem, że Londyn od północnej Anglii dzieli bardzo długa droga. I moja mama pokonała ją całą z sercem wypełnionym nadzieją.
-?Wybrałaś się sama?
-?Tak. Przy okazji niemal złamałam serce twojemu dziadkowi.
Bardzo kochałem dziadka. Był miły, dobry i sprawiedliwy, zupełnie jak
Doktor Who. Zresztą to on podarował mi mojego własnego Doktora. Niema
figurka stała teraz na obudowie kominka, czuwając nade mną, tak samo jak
dziadek, kiedy nas odwiedzał. Spróbowałem wyobrazić sobie jego pękające
serce i łzy, kiedy mama wyruszyła do Londynu. Poczułem, że też zbiera mi
się na płacz.
-?I co się stało, kiedy tam dotarłaś?
-?Odkryłam swingujący Londyn. Znalazłam mieszkanie i pracę, a po jakimś
czasie poznałam twojego ojca. -?Mama zerknęła na mnie i dodała: -
Swingujący Londyn to takie określenie na tamte czasy, kiedy wszyscy się
dobrze bawili.
-?Ale jak?
-?Śpiewali i tańczyli.
-?I ty też się bawiłaś? -?Wiedziałem, że matka bardzo ładnie śpiewa. Ale
za nic nie umiałem sobie wyobrazić, jak tańczy. Nie z jej kulami.
Wpatrywała się we mnie szeroko otwartymi oczami. Widać było w nich tamtą
nadzieję, która wypełniała wtedy jej serce.
-?O tak -?powiedziała cicho.
I w tamtym momencie zrozumiałem, co zrobię, kiedy dorosnę: zostanę
lekarzem, żeby znowu wlać w serce mamy nadzieję. Będę jak Doktor Who -
miły, dobry i sprawiedliwy. Wyleczę ją z polio, żeby znowu mogła
zatańczyć.
Wiele lat później, kiedy pochodziłem do matury, w rozmowie ze szkolną
doradczynią zawodową wyznałem, że zamierzam studiować medycynę.
Oczywiście nie wspomniałem o Doktorze Who, ale całkiem możliwe, że
opowiedziałem jej o chorobie mojej mamy.
Kobieta popatrzyła na mnie poważnie i potrząsnęła głową.
-?Duncanie, uważam, że powinniśmy realistycznie ocenić twoje szanse.
-?Też tak uważam.
-?Nie wydaje mi się to możliwe.
-?Ale...
-?Duncanie, żaden absolwent w historii naszej szkoły nie ukończył
studiów na uniwersytecie.
Za oknem padał deszcz. Z miejsca, w którym siedziałem, widać było długie
rzędy szarych domów. Ich dachy nie błyszczały, mimo że były mokre.
-?Oczywiście, teoretycznie mógłbyś być pierwszy. Nic nie stoi na
przeszkodzie, żebyś rozpoczął studia medyczne. Tylko żeby się na nie
dostać, musisz mieć świetne oceny.
-?Zapracuję na nie!
Doradczyni z blond bobem popatrzyła na mnie smutno i znowu potrząsnęła
głową, tym razem tak energicznie, że jej włosy zatańczyły wokół twarzy.
-?Czeka cię rozczarowanie. A co powiesz na pracę w laboratorium? Jeśli
na maturze dobrze ci pójdzie, możesz zostać technikiem laboratoryjnym.
Parę tygodni później ta sama doradczyni była na moim koncercie. Grałem
na gitarze i śpiewałem od czternastego roku życia. Jako nastolatek bez
końca zakładałem i rozwiązywałam kolejne kapele. Ale ta, w której
wówczas grałem, była naprawdę dobra. Zagraliśmy na imprezie szkolnej, a publiczność dosłownie szalała.
Niedługo potem dostałem od doradczyni list.
Duncanie, po tym, co zobaczyłam dziś wieczorem, jestem absolutnie pewna,
co powinieneś robić. Rozwijaj się jako muzyk, masz prawdziwy talent.
Inne nierealistyczne aspiracje będą ci tylko przeszkadzać w pielęgnowaniu tego, w czym jesteś najlepszy.
Wiedziałem, że doradczyni ma dobre intencje. Jasne, myśl o karierze
muzyka nie była mi obca. Jednak ten list miał pewne nieprzewidziane
przez jego autorkę konsekwencje. Dzięki niemu dostrzegłem w sobie coś,
co wiele razy widziałem u mojej matki. Od czasu naszej rozmowy przy
kominku, kiedy opowiedziała mi o nadziei przepełniającej jej serce, mama
zdała maturę, zdobyła stopień naukowy i znalazła dobrą pracę w muzeum.
To była dla niej trudna droga, jednak dopięła swego. Ilekroć ktoś,
patrząc na jej kule, stwierdzał, że nie uda jej się czegoś zrobić, ona
gotowa była mu dowieść, że się myli. Przeczytałem jeszcze raz list od
doradczyni i wtedy wiedziałem już na pewno: zostanę lekarzem.
Wkrótce po rozpoczęciu studiów medycznych w Londynie, w pierwszych
tygodniach semestru, zacząłem się jednak godzić z myślą, że doradczyni
miała rację. Pomyślałem, że powinienem dać sobie spokój z medycyną,
wrócić na północ kraju, gdzie ludzie mówili w zrozumiałym dla mnie
dialekcie, i zostać muzykiem. Stolica wydała mi się przytłaczająca:
głośna, bezkresna i tchnąca wielką obojętnością. Moi koledzy i koleżanki
z roku w większości byli absolwentami prywatnych szkół i niemal bez
wyjątku reprezentowali klasę średnią. Ich pewność siebie była bardzo
deprymująca.
Odnosiłem zresztą wrażenie, że studia same w sobie mnie przerastają -
nie dlatego, że poziom jest zbyt wygórowany, lecz ponieważ opacznie
zrozumiałem informator. Nie przyszło mi do głowy, że na zajęciach w prosektorium będziemy pracować z prawdziwym ludzkim ciałem. Założyłem,
że zwłoki będą należeć do jakiegoś gada, może jaszczurki. Siność
nieboszczyka, woń formaldehydu, lodowaty dotyk skalpela w dłoni, echo
dźwięków rozbrzmiewające w pomieszczeniach wyłożonych płytkami -
wszystko to złożyło się w mojej głowie na doświadczenie rodem z koszmarnego snu. Przez cały czas zajęć w prosektorium marzyłem tylko, by
znaleźć się w domu. Musiało upłynąć trochę czasu, nim fascynacja
pokonała strach, a zgiełk Londynu skradł moje serce.
Jeśli chodzi o naukę, radziłem sobie dobrze. Tak dobrze, że w połowie
studiów nadarzyła się okazja do podjęcia badań klinicznych. Skorzystałem
z niej.
Zająłem się, rzecz jasna, polio. Konkretnie interesowały mnie neurony
ruchowe -?komórki nerwowe, które od tylu lat uparcie odmawiały
przekazania prostej komendy -?"Rusz się!" -?mięśniom nóg mojej matki.
Koncentrowałem się na płaszczyźnie, na której nerwy komunikują się z mięśniami -?na punkcie, w którym wiadomość powinna być przekazywana do
mięśni, lecz z jakiegoś powodu tak się nie dzieje. Dzięki szczepieniom w ostatnich latach w Wielkiej Brytanii nie odnotowano nowych zachorowań na
polio, ale w miarę jak chorujący osiągali podeszły wiek, u wielu z nich
rozwijał się tzw. zespół post-polio. Zupełnie jakby choroba chciała
przypomnieć o sobie ostatni raz, nim da ludzkości spokój. Pozornie temu
właśnie fenomenowi była poświęcona moja praca, jednak w rzeczywistości
nigdy nie zapomniałem o złożonym w dzieciństwie przyrzeczeniu, że znajdę
sposób, by wyleczyć mamę. Zresztą ona też nadal w to wierzyła. Wciąż
żyło we mnie nieśmiałe marzenie, że mama wstanie i zatańczy bez żadnych
podpórek. Że przespaceruje się swobodnie po pokoju. Albo po ulicy. Albo
po plaży. Mama stawiająca pewnie kroki. Bez kul. Bez ciężkich
ortopedycznych butów. I nie będą jej towarzyszyły złośliwe chichoty.
Żadne dzieciaki nie będą się na nią gapić. Nikt nie rzuci żadnego
wstrętnego dowcipu. Mama będzie po prostu idącą po ulicy kobietą.
Jak się wkrótce przekonałem, praca badawcza w tej dziedzinie to nie
droga usłana różami. Badania są niemal całkowicie uzależnione od
finansowania przez podmioty nastawione na zysk, a ponieważ polio stało
się chorobą dotykającą jedynie populacje krajów rozwijających się,
chętnych do sponsorowania takich badań nie było. Owszem, moja praca
badawcza mogła przydać się w leczeniu innych schorzeń upośledzających
neurony ruchowe, jednak w żaden sposób nie pomagała mojej matce. Musiało
upłynąć jeszcze wiele lat, nim odkryto, że to po prostu niemożliwe: nie
dało się odbudować uszkodzonego połączenia nerwowo-mięśniowego.
W końcu zmuszony byłem spojrzeć prawdzie w oczy: nie mogłem w żaden
sposób pomóc chorej na polio matce. Wściekła się, kiedy jej o tym
powiedziałem. Wiara, jaką we mnie pokładała, była absolutna. Ufała, że
jeśli ktokolwiek na świecie jest w stanie przywrócić jej sprawność,
będzie to właśnie jej utalentowany syn. Kiedy wyznałem jej, że to
niemożliwe, poczuła się zdradzona. I wpadła w złość. Wielką złość.
Nie odzywała się potem do mnie przez okrągły rok. Jej reakcja pomogła mi
zrozumieć coś, o czym wiedziałem od zawsze, już jako dziecko, a potem
też jako student medycyny zdobywający obszerną wiedzę o ludzkim ciele:
zdrowie psychiczne jest równie ważne dla dobrostanu człowieka, jak
zdrowie fizyczne. Mimo że polio upośledzało sprawność fizyczną mojej
matki, w znacznym stopniu wpływało również na jej psychikę. Zrozumiałem,
że wiele lat temu ktoś powinien był zapewnić jej wsparcie
psychologiczne.
W końcu zmuszony byłem przerwać badania neurologiczne i dokończyć
studia. Praca badawcza pochłonęła mnie na tyle lat, że musiałem ponownie
zdawać egzaminy wstępne albo pożegnać się raz na zawsze z marzeniem o byciu lekarzem. Powróciłem do studiowania medycyny klinicznej i odkryłem, że ona też może być ekscytującą przygodą. Każda specjalizacja
wydawała mi się ciekawa, a każdy przypadek fascynujący, do tego stopnia,
że ich większość trwale wryła się w moją pamięć. Nawiasem mówiąc,
studiując medycynę przez jedenaście lat, mimo woli ustanowiłem swoisty
rekord.
W końcu, w 2001 roku, mając trzydziestkę na karku, uzyskałem tytuł
doktora. Ekscytacja i duma nie trwały jednak długo i wkrótce
znienawidziłem swoją nową pracę. Było tak wiele oddziałów, tyle
szpitali. Przed moimi oczami przesuwał się niemający końca korowód ciał,
z których sączyła się krew i inne płyny. Ludzie ci spoglądali na mnie z nadzieją na ratunek, którego nikt nie potrafił im udzielić. Konali na
moich oczach lub doznawali cierpień tak wielkich, że nie mogły ich
złagodzić żadne leki przeciwbólowe. I nie toczyła się żadna wojna, to
był zwyczajny dzień. Innych lekarzy do studiowania medycyny skłania
właśnie perspektywa pomagania chorym. Ze mną było inaczej -?uświadomiłem
sobie, że na studiach poświęciłem się pracy badawczej dokładnie po to,
żeby uniknąć mierzenia się z tym oceanem ludzkiego cierpienia.
Przełomowym momentem była dla mnie noc, gdy do szpitala trafili
poszkodowani po wykolejeniu pociągu, i w przepełnionym oddziale
zapanował totalny chaos. Trauma, jakiej wtedy doświadczyłem, oglądając w krótkim czasie zbyt wiele ludzkich tragedii, zmusiła mnie, bym na pewien
czas odszedł z zawodu i zastanowił się, co dalej. Przez kilka lat
zarabiałem jako muzyk. Najmowałem się też jako lekarz zastępczy i występowałem jako uliczny grajek (na ulicy zarabiało się lepiej niż na
scenie). Przez cały ten czas starałem się odpowiedzieć sobie na pytanie:
jakiego rodzaju lekarzem chcę być?
Po latach poświęconych badaniu neuronów ruchu odpowiedź nasuwała się
sama: zostanę neurologiem. Tylko że akurat do neurologii zdążyłem się
już zrazić, gdy nie udało mi się wyleczyć matki ani pomóc jej w jakikolwiek inny sposób. Nie, nie chciałem być neurologiem. W takim
razie kim?
Odpowiedź spłynęła na mnie pewnego dnia, gdy pracowałem na zastępstwie
za innego lekarza. I wydała mi się tak oczywista, że doszedłem do
wniosku, iż miałem ją przed oczami przez cały czas, tylko po prostu
byłem na nią ślepy.
Był upalny letni dzień. Gorące powietrze od czasu do czasu poruszał
delikatny wietrzyk. Unosiła się w nim mgiełka kwiatowych zapachów
zmieszanych ze spalinami.
Na terenie szpitala, w którym wtedy pracowałem, nie brakowało
dziedzińców i ogrodów, w których przez większą część roku panowały zbyt
wielkie chłód i wilgoć, by można było je udostępnić do spacerów
pacjentom. Ale w dni takie jak ten wszystkie drzwi na dziedziniec były
pootwierane. Czekało mnie niezbyt miłe zadanie. Miałem poszukać na
dziedzińcu kobiety w podeszłym wieku i poinformować ją, że została
wdową.
Spotkałem ją już wcześniej tego dnia. Pochwaliła się wtedy, że obchodzi
diamentową rocznicę ślubu. Dokładnie sześćdziesiąt lat temu wyszła za
mąż za jednego z naszych pacjentów. A teraz miałem jej przekazać, że
odtąd ten dzień będzie symbolizował również zupełnie inną rocznicę.
Znalazłem ją siedzącą na ławeczce w cieniu.
-?W porządku -?odezwała się, kiedy do niej podszedłem. -?Wiem, co się
stało.
Zatkało mnie. Wbiłem w nią zdumiony wzrok.
-?Pańska mina mówi sama za siebie. Tak naprawdę nie chciał pan tu
przychodzić i mi o tym mówić, prawda? Nie szkodzi. Wiem, że zrobiliście,
co w waszej mocy. Po prostu nadszedł jego czas.
-?Wszystko przebiegło bardzo spokojnie, pani Hegarty. Pani mąż odszedł w ciszy.
-?No tak, to takie typowe dla Erniego. On nigdy nie lubił robić wokół
siebie zamieszania. Pewnie pan nie pali, zgadłam?
Skinąłem głową. Oczywiście byłem przeciwnikiem palenia, niedawno
zdołałem nawet namówić matkę, by rzuciła.
-?Ma pan coś przeciwko, żebym zapaliła?
Owszem, miałem. Ale w tych okolicznościach postanowiłem, że nie będę się
znęcać nad biedną kobietą.
Zwinnie, jedną ręką, zapaliła zapałkę -?była to sztuczka wymagająca nie
lada treningu; jasny znak, że pani Hegarty była doświadczoną,
wieloletnią palaczką.
-?Widzi pan -?odezwała się -?to coś, co w tych ostatnich latach
robiliśmy razem. Paliliśmy papierosy. Znaliśmy się na wylot, praktycznie
nie musieliśmy już ze sobą rozmawiać. Po prostu siedzieliśmy, paląc, i wiedzieliśmy, co myśli druga osoba. Nie do wiary, ale kiedy siadywałam
na tej ławce z papierosem, miałam wrażenie, jakbym znowu była blisko
niego. Jakbyśmy siedzieli tu razem. Dlatego niech mi pan oszczędzi gadek
o tym, że palenie mi szkodzi, doktorze.
Uśmiechnąłem się w odpowiedzi.
-?Opowie mi pani o tym dniu sześćdziesiąt lat temu, kiedy wzięliście
ślub? Czy też był taki upał?
Kobieta wydała z siebie wtedy dziwny, chrapliwy rechot, typowy dla
długoletniego palacza.
-?Ależ skąd! Lało jak z cebra. Pamiętam, jak moja matka kręciła głową i mówiła: "Hmmm, to zły znak. Coś mi się wydaje, że nie czeka cię długie,
szczęśliwe małżeństwo z Erniem". -?Znowu się roześmiała. -?Był
małomównym, zamyślonym młodym mężczyzną, a matka nie była przyzwyczajona
do takich facetów. Jeśli chłop jej nie krytykował, nie wiedziała, jak do
takiego podejść.
Poprosiłem, żeby opowiedziała mi więcej o Erniem i ich wspólnym życiu.
Było ciężkie, dokuczała im bieda, ale szybko stało się dla mnie jasne,
że tę parę połączyło coś głębszego niż tylko przysięga przed ołtarzem.
Zazdrościłem im dzieci. Nie umiałem sobie wyobrazić, jak musi się czuć
dziecko mające kochających się rodziców.
Siedziałem na ławce obok, gawędząc z panią Hegarty, dopóki nie zawołała
mnie pielęgniarka.
-?Wszędzie pana szukaliśmy -?zrugała mnie, kiedy kierowaliśmy się do
budynku.
-?Przekazywałem pani Hegarty wiadomość, że jej mąż zmarł.
-?Tak długo? -?wyrzuciła z siebie poirytowana kobieta.
No właśnie, ile to powinno potrwać? Ile czasu powinniśmy spędzić z drugim człowiekiem w tak kluczowym i trudnym momencie jego życia?
Wyglądało na to, że kiedy człowiek pracował w pełnym pacjentów szpitalu
państwowym, w ogóle nie powinien trwonić czasu na takie rzeczy.
-?Oddział pęka w szwach. Musi pan wypisać czterech pacjentów do domu, bo
na SOR-ze czeka już na przyjęcie co najmniej sześciu. Wśród nich kobieta
po próbie samobójczej. Boże jedyny, co ona zrobiła ze swoimi
nadgarstkami!
Moja matka często groziła, że ze sobą skończy. Nie brakowało jej hartu
ducha i determinacji, ale jednocześnie, odkąd zacząłem naukę w podstawówce, często przed wyjściem do szkoły żegnała mnie słowami, że
dzisiaj być może się zabije. W takie dni wracałem do domu po lekcjach
przygotowany na to, że znajdę jej zwłoki. Teraz, mimo że byłem
trzydziestoletnim mężczyzną, takie groźby nadal budziły mój niepokój i ilekroć matka dzwoniła w kiepskim nastroju, pakowałem się i spieszyłem
na północ kraju. Jako dziecko mogłem jedynie milcząco przyglądać się jej
cierpieniu. Teraz, będąc lekarzem, uważałem, że osobie zmagającej się z myślami samobójczymi najlepiej pomoże rozmowa.
Zastanawiałem się, ile czasu będę mógł poświęcić pacjentce z podciętymi
żyłami. Wystarczył rzut oka na pielęgniarkę, która maszerowała obok mnie
z zaciśniętymi zębami i pięściami, bym domyślił się odpowiedzi. Nic
dziwnego, że pracująca pod ciągłą presją kobieta była wściekła na
lekarza, który marnuje czas. Było jasne, że nikt nie pozwoli mi na
rozmowy z pacjentami ani dzisiaj, ani żadnego innego dnia. Oczekiwano,
że przepiszę lekarstwo i natychmiast zajmę się kolejnym problemem.
W rezultacie zajmowanie się pacjentami na oddziale przypominało pracę na
taśmie produkcyjnej. Zbadać, podać lek i następny. Zbadać, podać lek i następny...
Tamten dyżur uświadomił mi, jaką drogą powinienem podążyć w swoim życiu
zawodowym. Zrozumiałem, że pragnę spędzać czas z pacjentami. Chciałem
ich słuchać. Chciałem, żeby opowiadali mi o sobie. Chciałem sprawić, że
z nadzieją spojrzą w przyszłość i zaczną wieść szczęśliwsze życie.
Zdawałem sobie sprawę, że zdrowie psychiczne jest równie istotne jak
zdrowie fizyczne. Pragnąłem zostać psychiatrą. Naturalnie!
4. Petra i zaburzenie dwubiegunowe
4
Petra i zaburzenie dwubiegunowe
Udało mi się dostać na praktyki do najlepszego w Londynie, a być może i w całej Wielkiej Brytanii, szpitala psychiatrycznego. Nagle znalazłem
się wśród pacjentów, z których każdy miał zupełnie inny sposób
postrzegania i interpretowania świata. Kiedy pracowałem jako lekarz
zastępczy, żałowałem, że nie mogę spokojnie porozmawiać z kobietą po
próbie samobójczej. Za to teraz, w tej wielkiej i tętniącej życiem
placówce, miałem takich pacjentów pod dostatkiem, a każdy z nich miał
własne niepowtarzalne potrzeby i problemy.
Na wczesnym etapie praktyk poznałem Gregory'ego. Pierwszy raz usłyszałem
o nim na obchodzie, niedługo po tym, jak został wbrew swojej woli
przyjęty do szpitala.
-?W przypadku tego pacjenta istnieje bardzo wysokie ryzyko samobójstwa -
poinformował mnie lekarz. -?Niewiele brakowało, a by mu się udało. To
ewidentnie typ psychotyczny. Bez przerwy opowiada, że pokazują go w telewizji. Ma to rzekomo związek z jakimś biznesem, który zakończył się
kolosalną klapą. Słowem, typowe urojenia psychotyka. Twierdzi, że na
skutek tej plajty ucierpiały setki ludzi. Z tego powodu miał też się
rozpaść jego związek. Co prawda nie utrzymuje, że był partnerem Beyoncé,
ale niezbyt bym się zdziwił, gdybym coś takiego od niego usłyszał. Ta
katastrofa, pokazywana w telewizji, stała się z jego winy. I tak dalej,
i tak dalej.
Praktykanci pokiwali ze zrozumieniem głowami. Tak, ten pacjent na pewno
cierpiał na psychozę.
Psychoza to stan bycia odłączonym od otaczającej nas rzeczywistości.
Kiedy na numer alarmowy dzwoni osoba bez wiedzy psychiatrycznej i mówi,
że ktoś oszalał, zazwyczaj oznacza to, iż będziemy mieć do czynienia z pacjentem psychotycznym. To zaburzenie może przybierać różne formy:
słyszenie głosów, przywidzenia, urojenia, wiara w istnienie
alternatywnej rzeczywistości. Często osoba w stanie psychotycznym
opowiada niestworzone historie; o tym, że jest sławna i występuje w mediach, o ważnych wydarzeniach, w których rzekomo brała udział wspólnie
z celebrytami i znanymi politykami. W jej wypowiedziach często
przewijają się takie słowa jak "katastrofa" czy "kolosalny". Tak,
wszystko się zgadzało. Gregory niewątpliwie był psychotykiem.
Moment przełomowy nastąpił, kiedy w końcu go zobaczyłem. Już w pierwszej
chwili wydał mi się znajomy.
-?On mówi prawdę -?oznajmiłem lekarzowi.
Popatrzył na mnie z przerażeniem.
-?W telewizji naprawdę pokazywali poświęcony mu program. Wiem, bo go
oglądałem. Facet był właścicielem ogromnej firmy transportowej i w pewnym momencie dwa z jego kontenerowców zatonęły. Wielu członków załogi
straciło życie. Notowania przedsiębiorstwa na giełdzie runęły. Nastąpiły
masowe zwolnienia, wielu ludzi wylądowało na bruku. Sprawę omawiano
nawet w parlamencie. O ile dobrze pamiętam, w jej kontekście sporo się
mówiło o zaniedbaniach i korporacyjnym zabójstwie...
Lekarz uniósł wysoko brwi. Pozostali praktykanci spoglądali po sobie. W naszym fachu z góry zakładaliśmy, że tego rodzaju historie nie mogą być
prawdziwe.
To zmieniało wszystko, ponieważ oznaczało, że musimy postawić sobie
pytanie: skoro Gregory wcale nie był psychotykiem, a jedynie okazywał
uzasadnioną reakcję na autentyczną katastrofę, jaka miała miejsce w jego
życiu, czy w ogóle mieliśmy prawo trzymać go w szpitalu wbrew jego woli?
Jeżeli mężczyzna ten, powodowany racjonalnymi przesłankami, podjął
decyzję o odebraniu sobie życia, czy powinniśmy interweniować? Może
należałoby raczej pozwolić, żeby ze sobą skończył?
Naturalnie jako lekarze instynktownie dążyliśmy do przedłużenia jego
życia. Zarazem jednak powinniśmy uszanować wolę pacjenta: a jeśli
racjonalnie myślący człowiek postanawia umrzeć, czy mamy prawo trzymać
go pod kluczem w szpitalu? Mnie osobiście sytuacje, w których pozbawiamy
kogoś prawa decydowania o sobie, wydają się bardzo problematyczne i budzące sprzeciw. Jednocześnie jednak dostrzegałem, jak bardzo ten
człowiek cierpiał, i pragnąłem mu pomóc.
Była to niezwykle delikatna sytuacja, ale ostatecznie postanowiliśmy, że
-?pomimo protestów Gregory'ego -?zatrzymamy go w szpitalu. Mieliśmy
świadomość, że jeśli, działając dwutorowo -?z jednej strony
farmakoterapią, z drugiej uważną komunikacją z pacjentem -?zapewnimy mu
stosowne wsparcie w okresie największego nasilenia impulsów
samobójczych, jest duża szansa, że chęć odebrania sobie życia minie. Jak
uczyły nas doświadczenia z wieloma wcześniejszymi pacjentami, w wielu
przypadkach taka strategia przynosiła dobre rezultaty. Zatrzymanie
pacjenta wbrew jego woli w szpitalu podyktowane było chęcią udzielenia
mu pomocy w najtrudniejszym dla niego okresie i sprawienia, że wychodząc
do domu, będzie w lepszym stanie psychicznym. Takie osoby po wypisaniu
ze szpitala trafiały pod opiekę lokalnych ośrodków pomocy
psychologicznej i psychiatrycznej, które miały udzielić im holistycznej
pomocy w rozwiązywaniu problemów. Pacjenci mogli -?pod warunkiem że
wyrażą taką chęć -?rozpocząć proces poznawania swojej psychiki i uczenia
się, która jej część odpowiedzialna była za dążenie do śmierci, a także
z jakiego powodu. Na koniec odkrywali inne możliwe rozwiązania swoich
problemów.
Gregory pozostał więc na oddziale, co wzbudziło w nim opór. Z początku
jego stan się nie zmieniał. Mijały kolejne dni, a on pozostawał
wycofany. Było jasne, że nadal nie widzi sensu w dalszym życiu i popełni
samobójstwo, kiedy tylko wypuścimy go ze szpitala. Tak mijały dni,
tygodnie. Zaczęliśmy się zastanawiać, jak długo możemy to ciągnąć,
zwłaszcza że na przyjęcie na oddział czekała długa kolejka innych
pacjentów.
W końcu, początkowo bardzo powoli, coś zaczęło się zmieniać, jakby
Gregory nabierał sił. W miarę jak rozmawialiśmy z nim i leczyliśmy go -
nie na psychozę, lecz na depresję -?jego desperackie pragnienie śmierci
stawało się coraz mniej dojmujące. Wreszcie, gdy odzyskał nadzieję,
został wypisany ze szpitala i oddany pod opiekę lokalnego zespołu opieki
psychologicznej. Podsumowując, zatrzymaliśmy go w szpitalu wbrew jego
woli i w ten sposób uratowaliśmy mu życie.
Jest wiele sposobów na samobójstwo i na przestrzeni kilku kolejnych lat
przekonałem się, że osoby rozważające taki krok potrafią być bardzo
pomysłowe. Osoba po nieudanej próbie samobójczej trafiała najpierw na
SOR. U nas, na oddziale psychiatrycznym, mogła się znaleźć dopiero, gdy
jej stan fizyczny uznano za stabilny. Było to oczywiście zrozumiałe: w pierwszej kolejności należało zająć się wszelkimi urazami fizycznymi,
jakie zadał sobie pacjent, na przykład uszkodzeniami serca, żołądka czy
szyi, ranami, oparzeniami lub złamaniami.
-?Witaj, Petro -?przywitałem się, wchodząc do pokoju przy SOR-ze, gdzie
kobieta oczekiwała na decyzję o przeniesieniu na oddział psychiatryczny.
-?Nazywam się doktor Harding. Opowiedz, jak to się stało, że tu
trafiłaś.
Petra była kobietą około pięćdziesiątki. Miała siwe, sięgające za
ramiona włosy, których chyba dawno nie podcinała, sądząc po tym, jak się
układały. Wyraziste rysy, być może kiedyś regularne, teraz były tak
asymetryczne, że jej twarz przypominała rysunek wykonany przez małe
dziecko.
Nie uniosła na mnie spojrzenia, ja jednak uważnie przypatrywałem się jej
twarzy. Nauczyłem się już rozpoznawać, jaki wyraz znamionuje osobę
psychotyczną: na ich obliczach malowała się nie tyle dezorientacja, co
zadziwienie, niedowierzanie, że to, w jaki sposób działa świat, nie
składa się już w logiczną całość. Nawet jeśli pacjent nie odzywa się ani
słowem, doświadczony psychiatra jest w stanie zdiagnozować u niego
psychozę wyłącznie na podstawie tej charakterystycznej, wyrażającej
oszołomienie mimiki.
Petra nie odpowiadała. Co prawda nie schowała twarzy pod kołdrą, ale
efekt był podobny. Wątpiłem, czy wydobędę choćby słowo z tej zamkniętej
w sobie kobiety.
-?Przeglądałem twoje akta. Próbowałaś wpuścić spaliny samochodowe do
zamkniętego pomieszczenia, zgadza się?
Odpowiedziała mi cisza. Z dokumentacji medycznej wiedziałem, że kobieta
podłączyła gumowy wąż do rury wydechowej samochodu, a jego drugi koniec
wsunęła przez okno do domu.
-?Nawdychanie się tlenku węgla może wywołać paskudne bóle głowy. Mam
nadzieję, że czujesz się już lepiej.
Milczenie.
-?Petro, wiem, że zdiagnozowano u ciebie zaburzenie dwubiegunowe.
Domyślam się, że musiało być z tobą naprawdę kiepsko. I zastanawiam się,
czy dobraliśmy ci odpowiednie lekarstwa. Liczę, że się zgodzisz, byśmy
przyjęli cię na oddział psychiatryczny. Będziemy mogli wtedy sprawdzić,
które leki najlepiej ci służą. Może zechcesz mi opowiedzieć, jak się
ostatnio czujesz?
Zaburzenie dwubiegunowe -?w żargonie psychiatrycznym określane skrótowo
dwubiegunówką -?ma to do siebie, że trudno jest dobrać właściwe
leczenie, ponieważ chory wahadłowo przechodzi od manii, a niekiedy wręcz
euforii, do skrajnego przygnębienia i depresji. Oczywiście w okresie,
gdy znajduje się na tym drugim, depresyjnym końcu skali, pomocne bywają
leki przeciwdepresyjne. Jednak gdy wahadło wychyla się w stronę
przeciwną, te same środki, które jeszcze przed chwilą pomagały, mogą
przynieść skutek odwrotny do zamierzonego i wywołać u chorego
niebezpieczny stan manii.
Wreszcie sprowokowałem Petrę, by się odezwała. Nadal na mnie nie
patrzyła, ale przynajmniej wypowiedziała stanowczym tonem jedno słowo:
-?Nie.
-?Nie chcesz, żebyśmy zmienili ci leki?
-?Chcę wrócić do domu.
-?Petro, uważam, że lepiej będzie, jeśli przez jakiś czas pozostaniesz
tutaj pod naszą opieką.
-?Nie, nie. Chcę do domu. Muszę wrócić, muszę wrócić do domu. -?Słowa te
wypowiedziała pozbawionym emocji głosem. Wyczuwałem jednak, że pod nimi
skrywa się silna determinacja.
Spróbowałem przemówić kobiecie do rozsądku.
-?Na razie chyba nic się nie zmieniło w twoim stanie, prawda? Nadal
czujesz się tak samo jak wtedy, kiedy targnęłaś się na swoje życie.
Jakie jest ryzyko, że zrobisz to ponownie?
Nie od razu odpowiedziała. Jej pozbawione wyrazu, martwe spojrzenie
błądziło po leżącym obok niej szpitalnym kocu.
-?Chcę umrzeć -?powiedziała w końcu. -?Nie macie prawa mnie powstrzymać.
Westchnąłem ciężko. Wkraczaliśmy na grząski grunt.
-?Nie uważasz, że spędzenie tu z nami dłuższego czasu mogłoby ci wyjść
na dobre? -?Mówiąc to, wsłuchiwałem się w swój głos. Starałem się, by
brzmiał serdecznie i pewnie. -?Wówczas przynajmniej moglibyśmy o tym
spokojnie porozmawiać.
-?Nie.
Byłem przekonany, że jeśli wypuścimy ją do domu, znowu podejmie próbę
samobójczą. Jednak czy miała rację, kiedy stwierdziła, że nie mamy prawa
jej powstrzymać? W rzeczywistości mieliśmy takie prawo, o ile uznaliśmy
na podstawie obserwacji pacjenta, że stan umysłowy nie pozwala mu na
podjęcie racjonalnej decyzji w tak kluczowej sprawie. W przypadku Petry,
jako że moim zdaniem cierpiała na psychozę, uznałem, że decyzja o odebraniu sobie życia siłą rzeczy nie może opierać się na racjonalnych
przesłankach.
Skonsultowałem sprawę z innymi lekarzami i wszyscy się ze mną zgodzili.
W ten sposób, wbrew wszystkim wątpliwościom, obawom i złym przeczuciom,
Petra stała się pierwszą pacjentką w mojej karierze, którą zatrzymałem w szpitalu na mocy Ustawy o zdrowiu psychicznym. Decyzja wymaga zgody
trzech specjalistów zdrowia psychicznego, w tym dwóch lekarzy, którzy
stwierdzą, że ich zdaniem zatrzymanie pacjenta jest konieczne ze względu
na zagrożenia życia jego lub innych.
Czułem się naprawdę paskudnie, zamykając Petrę na oddziale wbrew jej
woli.
-?Klawisz! -?wysyczała. Jej asymetryczną twarz wykrzywił nienawistny
grymas.
Po paru dniach psychoza minęła, a depresja zelżała i kobieta stała się
bardziej otwarta i odprężona. Starałem się spędzać z nią możliwie jak
najwięcej czasu. W trakcie tych spotkań Petra chętnie ze mną gawędziła.
Widziałem, że nasze rozmowy sprawiają jej przyjemność. Ponieważ jednak
byłem w tamtym czasie bardzo zajęty, poprosiłem pracującego na oddziale
psychoterapeutę, by mnie zastąpił. Z doświadczenia wiedziałem, że
współpraca z psychoterapeutą przynosi świetne efekty. Narzędzia
psychiatry i psychologa zastosowane razem bywają bardzo skuteczne w leczeniu pacjentów.
Tu wypada wspomnieć, że jedynie psychiatrzy mają prawo przepisywać leki.
Generalnie rzecz biorąc, psychoterapeuci nie mają niezbędnych
kwalifikacji do diagnozowania i leczenia chorób w taki sam sposób, jak
robimy to my. Wnoszą za to umiejętność holistycznego podejścia do
pacjenta, a włączając się w proces jego leczenia, wykonują niezwykle
cenną pracę terapeutyczną. I dokładnie tego w moim odczuciu potrzebowała
wówczas Petra. Niestety okazało się, że żaden psycholog nie ma czasu.
Kiedy tylko było to możliwe, starałem się stosować w leczeniu chorych
metody psychoterapii. Dlatego i tym razem postanowiłem, że spróbuję
wygospodarować czas, żeby kontynuować moje rozmowy z Petrą.
Dowiedziałem się od niej, że dzieciństwo upłynęło jej w dostatku.
Rodzina posiadała duży dom w Richmond. Sielankę mącił fakt, że rodzice
przejawiali problematyczne zachowania. Wspólnie z Petrą ustaliliśmy
jednak, że żadne z nich nie miewało epizodów psychotycznych, lecz oboje
cierpieli na ostrą formę depresji.
-?Kiedy po raz pierwszy zdiagnozowano u ciebie chorobę psychiczną?
-?Miałam parę trudniejszych momentów przed trzydziestką. Ale taki
pierwszy poważny epizod wystąpił, gdy byłam mniej więcej w tym wieku co
pan. Miałam trzydzieści dwa lata. Od tamtego czasu nie przepracowałam
ani dnia.
Petra zajmowała mieszkanie socjalne. W budynku urzędował dozorca -?to on
usłyszał warkot silnika, zauważył wąż pociągnięty do okna i zareagował,
nim tlenek węgla poczynił nieodwracalne szkody w organizmie Petry.
-?Jaką pracę wykonywałaś wcześniej?
-?Byłam zastępczynią redaktora naczelnego w czasopiśmie.
Tu padła nazwa znanego pisma dla kobiet, słynącego z publikowania
modowych fotosów, na których topowe modelki prezentują kosmicznie drogie
kreacje. Spróbowałem wyobrazić sobie tamtą Petrę -?kobietę, która
codziennie udaje się do pracy z modną fryzurą i nienagannym makijażem.
Dowiedziałem się, że do jej zadań należało zlecanie artykułów i znajdowanie fotografów. Petra podała też nazwiska kilkorga celebrytów, z którymi osobiście przeprowadzała wywiady. Szczegółowość informacji,
jakie mi przekazała, pozwalała założyć, że mówi prawdę. Trudno było mi
połączyć w wyobraźni Petrę, o której mi opowiadała, z kobietą, którą
znałem teraz. Choroba psychiczna zabrała jej tak wiele. W dodatku
zaburzenie dwubiegunowe jest schorzeniem przewlekłym i nieuleczalnym. To
z tego powodu Petra chciała się zabić.
Wprawdzie dogadywaliśmy się coraz lepiej, lecz w fundamentalnej kwestii
nadal nie mogliśmy się zgodzić. Petra chciała wrócić do domu i popełnić
samobójstwo, a ja wolałem, żeby została w szpitalu.
Liczyłem, że zdołamy ustabilizować jej stan psychiczny na tyle, by
odzyskała poczucie sensu życia. Zdawałem sobie przy tym sprawę, że
ryzyko kolejnej próby wzrośnie, a w każdym razie ulegnie zmianie, gdy
jej depresja, zgodnie z zasadą działania choroby, przekształci się w manię. W stanie maniakalnym kobieta będzie przejawiać inne zachowania,
jednak będą one nie mniej ryzykowne od tych, którym się oddawała, będąc
w skrajnej depresji. Bardzo zależało mi na tym, żeby nie wracała do
domu, dopóki nie poczuje się bezpiecznie i nie dostrzeże, że świat wcale
nie jest takim okropnym, pozbawionym nadziei miejscem. Co prawda głos
racjonalisty w mojej głowie pytał, za kogo się uważam, by decydować za
drugą osobę, kiedy jej życie jest znośne, a kiedy nie, ale starałem się
ignorować te podszepty.
Wytłumaczyłem Petrze, co jej grozi i przed czym chcę ją uchronić.
Pokiwała głową, jakby się ze mną zgadzała. Koniec końców jednak zwróciła
się do Komisji Odwoławczej ds. Oceny Zdrowia Psychicznego w nadziei, że
ta uchyli moją decyzję i pozwoli jej wrócić do domu.
Komisja jest organem niezależnym. Składa się z trzech członków, którzy
przeprowadzają wywiady ze wszystkimi osobami zaangażowanymi w spór -?to
znaczy z pacjentem, lekarzami, pielęgniarkami, a w niektórych
przypadkach również krewnymi chorego -?i na ich podstawie podejmują
decyzję o ewentualnym zwolnieniu pacjenta. Komisja przypomina sąd i tworzy precyzyjny system, który przydaje się w sytuacjach, gdy ktoś jest
trzymany na oddziale psychiatrycznym wbrew swojej woli.
Pech chciał, że moja pierwsza w karierze pacjentka zatrzymana w szpitalu
na mocy Ustawy o zdrowiu psychicznym okazała się zarazem pierwszym
przypadkiem, w którym o prowadzonym przeze mnie leczeniu orzekała
komisja odwoławcza. Decyzję o przymusowej hospitalizacji Petry podjąłem
z wielkim trudem. Teraz musiałem dowodzić, że zatrzymanie jej w szpitalu
jest konieczne, i czułem się w tej sytuacji bardzo niekomfortowo.
Uważałem jednak, że Petra powinna pozostać na oddziale dla własnego
bezpieczeństwa. Żarliwie broniłem swoich racji przed komisją, do tego
stopnia, że zapewne wyszedłem na niedoświadczonego i naiwnego.
-?Doktor Harding nie pozwolił mi spotkać się z psychologiem -?oznajmiła
przed komisją Petra, rzucając mi kose spojrzenia. -?Lubię rozmawiać z psychologami. Ale on chciał leczyć mnie sam.
To nie do końca była prawda. Ale tak, zależało mi na holistycznym
podejściu: chciałem oprócz farmakoterapii zająć się bardziej złożonymi
potrzebami psychicznymi pacjentki. O skuteczności takiej dwutorowej
metody przekonywałem się, pracując z innymi podopiecznymi. Najwyraźniej
jednak oskarżenie wytoczone przez Petrę padło na podatny grunt.
Członkowie komisji przyglądali mi się chłodno. Jeden z nich chyba nawet
potrząsnął głową z niedowierzaniem.
Musiałem zadać sobie pytanie, dlaczego tak bardzo zaangażowałem się w tę
sprawę. Kiedy analizowałem intensywne emocje, które Petra we mnie
budziła, wydawały mi się bardzo znajome. Odkąd byłem dzieckiem, moja
matka groziła, że odbierze sobie życie, wytworzyła się więc we mnie
potrzeba ratowania jej za wszelką cenę. Owszem, obecnie miała dobrą
pracę, własny dom, krąg przyjaciół, ale to nie zmieniało faktu, że nadal
potrafiła zadzwonić do mnie z samego rana i poinformować, że być może w porze lunchu będzie już martwa. A ja w takich sytuacjach oczywiście
rzucałem wszystko i pędziłem ją ratować. Czy teraz zadziałał ten sam
mechanizm i po prostu zareagowałem identycznie na Petrę?
Starałem się zachować zawodowy dystans, lecz mimo woli dostrzegałem
wyraźnie, że Petra wychodzi z depresji i wkracza w maniakalną fazę
swojej choroby. Praktycznie nie przesypiała nocy, biegała po oddziale,
wdawała się ze wszystkimi w rozmowy, składała jakieś niedorzeczne
deklaracje. U niektórych osób faza maniakalna objawia się nadmierną
wspaniałomyślnością; w przypadku Petry objawiała się obiecywaniem
rzeczy, jakie kupi swoim nowym znajomym po wyjściu ze szpitala,
planowaniem wspaniałej wspólnej zabawy i wymyślaniem miejsc, które razem
odwiedzą.
Nie ulegało dla mnie wątpliwości, że powinniśmy ją chronić przed
konsekwencjami kolejnej, potencjalnie niebezpiecznej zmiany nastroju.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki