ZAUFANIE
I NIEUFNOŚĆ W PRL.
OKRĄGŁY STÓŁ
JAKO PRZEŁAMANIE BARIERY
[AL] Rozmowy Okrągłego Stołu musiały
przełamać wielką barierę nieufności. Żeby je zrozumieć, trzeba
tę barierę najpierw opisać. Dziś często polityka historyczna rządu
PiS głosi, że Polacy masowo nienawidzili rządu PRL, a popierali go
tylko fanatyczni komuniści i sprzedawczycy. Jak było naprawdę? Na
ile Polacy ufali władzom Polski Ludowej? Czy były okresy, w których
im ufali bardziej?
[MK] Wydaje mi się, że - ujmując
rzecz w lapidarnym skrócie - zaufanie do władzy w PRL
niemal od początku było bardzo niskie. Władza traktowana była
raczej jako coś w rodzaju rzeczy zastanej, można powiedzieć
- zła koniecznego, jako coś, czego w żaden sposób
nie da się zmienić mimo powtarzających się epizodów oporu
i buntów: w Poznaniu w 1956 roku, w marcu 1968, na Wybrzeżu
w grudniu 1970 i w Radomiu w 1976 roku[3].
[JG] Czy od razu było nam z nową
władzą źle? Wszystkim? Obraz nie jest czarno-biały. Koniec wojny,
jak niemal cały ówczesny świat, w większości przyjęliśmy
zapewne z wielką ulgą i radością. Pragnęliśmy odbudować
życie i tożsamość narodową, odnaleźć rodziny, cieszyć
się wolnym dniem... Pragnienie było tym bardziej zrozumiałe,
że byliśmy społeczeństwem, które okrucieństwa wojny dotknęły
szczególnie.
Myślę, że dowolna siła, która
zakończyłaby mękę wojny, przez spore rzesze witana byłaby
z nadzieją i z jakąś, może niewielką, ale jednak dozą
zaufania. Tak też było. Komunizmu najbardziej bali się ci,
którzy go doświadczyli. Z drugiej strony niektórzy historycy
szacują, że władza ludowa miała poparcie aż jednej czwartej
społeczeństwa. Wśród tych, którzy ją popierali, większość
zapewne stanowili ci, którzy władzy także zaufali. Większość
Polaków po trudach i tragediach wojny chciała po prostu odpocząć,
odbudować swoje życie, uwierzyć, że jest to możliwe. Plakaty ze
szczęśliwymi twarzami ludzi odbudowujących swoją stolicę to nie
tylko komunistyczna propaganda. To część prawdy.
[MK] Bez wątpienia masz rację, jeśli
myślisz o okresie bezpośrednio po wojnie, o czasie odbudowy ze
zniszczeń. Ja jednak mówię tym, co działo się później, kiedy nowa
władza już okrzepła i pokazała, o co jej chodzi. Społeczeństwo
było całkowicie pozbawione wiary w możliwość zmiany systemu. Epizody
buntu były tak ważne dlatego, że w gruncie rzeczy kwestionowały
oficjalny dogmat o naturalnym poparciu klasy robotniczej dla partii. Po
raz pierwszy ten dogmat został zanegowany przez bunt robotników
w Poznaniu w czerwcu 1956 roku, który był wręcz szokiem dla władzy,
a później przez Wybrzeże i Radom. W skali społecznej, zwłaszcza
w okresie Gierka, dominował jednak konformizm. Pamiętajmy, że w swoim
szczytowym okresie PZPR miała trzy miliony członków. Ci ludzie wraz
ze swymi rodzinami stanowili istotną część społeczeństwa. W tym
okresie była więc raczej zgoda na system: bo nic się nie da zrobić,
bo Rosja, bo UB, bo SB, bo zależność ekonomiczna, bo wojsko i tak
dalej.
Z drugiej strony społeczeństwo nie
było całkowicie bezwolne i bezradne. Z upływem czasu narastał
rodzaj alienacji z systemu. Ludzie skupiali się na własnych
sprawach, na życiu rodziny i przyjaciół. Inteligencja była
skoncentrowana na aktywności zawodowej, twórczej. Wydaje mi się,
że drugim procesem, który temu towarzyszył - ale tego się tylko
domyślam - była narastająca utrata morale wśród członków
PZPR. Było coraz mniej ideowców, naprawdę wierzących w ideały
socjalizmu i możliwości szybkiego rozwoju ekonomicznego, coraz
więcej konformistów i karierowiczów. Moim zdaniem list otwarty
Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego (1965) był bardzo ważnym
sygnałem zaniku tej wiary i próbą przywrócenia ducha prawdziwego
socjalizmu w partii władzy[4].
[AF] Ale oni tego nie postulowali.
[MK] W moim odbiorze to był głos
przeciwko nadużyciom władzy i przeciwko sprzeniewierzeniu się ideałom
prawdziwego socjalizmu. Oni to mieli w głowach.
[AF] Ja się tylko wtrącę, bo
to jest kluczowa sprawa. List został napisany jako demaskacja
złego sytemu: klasowego panowania biurokracji nad całym
społeczeństwem. W perspektywie ideologicznej był on próbą wezwania
do stworzenia prawdziwego socjalizmu...
[MK] Zwróć uwagę, Andrzeju, że był on
zaadresowany do członków partii, a więc stanowił próbę powiedzenia:
"Słuchajcie, źle się dzieje, tracimy ideały, zachowujemy się
niezgodnie z nimi". Pojawia się w nim mimo wszystko cień nadziei
na możliwość przywrócenia ducha prawdziwego socjalizmu. Kuroń
i Modzelewski nie byli jeszcze wtedy dysydentami. Stali się nimi
w momencie, gdy zostali zamknięci w więzieniu.
[AF] To prawda, ale byli
rewolucjonistami... w liście przepowiadają rewolucję robotników
przeciw systemowi, do której notabene doszło w 1980 roku.
[AL] Czy władze w ogóle były
zainteresowane zyskaniem poparcia społecznego?
[MK] Sądzę, że do pewnego momentu
w ogóle ich to nie interesowało. Rządzący zakładali, czysto
doktrynalnie, że mają poparcie, bo partia jest przecież emanacją
klasy robotniczej, więc zgodnie z tym muszą je mieć. Wydaje mi się,
że po protestach 1970 roku, a zwłaszcza po powstaniu Komitetu Obrony
Robotników w 1976, wzrosło zainteresowanie władz tym, czy poparcie
jest rzeczywiste, czy tylko konformistyczne[5]. Przypuszczam, że powstanie KOR-u było kluczowym
wydarzeniem, które zagroziło systemowi ideologicznemu, ponieważ
był to pierwszy przypadek, kiedy protest polegał na połączeniu
intelektualistów, reprezentujących polską inteligencję,
z protestem robotniczym, z klasą robotniczą[6]. To stało się prawdziwym wyzwaniem dla systemu. Gdyby
KOR powstał w roku 1952, to nigdy byśmy o nim nie usłyszeli, bo
wszystkich natychmiast by zamknięto. KOR jednak powstał w roku 1976,
gdy władza nie posługiwała się już tego rodzaju metodami. Powstanie
KOR-u z pewnością zachwiało przeświadczeniem władzy o poparciu
społecznym.
Powstanie Solidarności,
dziesięciomilionowego ruchu, ujawniło gigantyczną wręcz skalę
niezadowolenia z systemu, skalę braku zaufania, i uruchomiło ogromne
pokłady społecznej energii. To z punktu widzenia władz oznaczało
coś niewiarygodnego. To był szok. Jak może powstać niezależna
organizacja, do której w ciągu kilku tygodni zapisała się jedna
trzecia dorosłych Polaków? Jak to w ogóle jest możliwe?
Mamy więc po stronie władzy narastającą
świadomość utraty poparcia, a także społecznej legitymizacji. Po
drugie, wzrost zainteresowania wiedzą o realnym poparciu. Wiemy
o tym, że zaczęły się, wtedy jeszcze niepublikowane, badania opinii
publicznej. Władza coraz bardziej interesowała się tym, jak to poparcie
wygląda.
[JG] Zaufanie jest pojęciem ogólnym
i wieloznacznym. Można mówić o zaufaniu w rozmaity sposób. Jednym
z podstawowych elementów zaufania jest wiara w dobre intencje
drugiej strony. "Ufam komuś" to znaczy "wierzę, że ma dobre
intencje, nie skrzywdzi mnie". Ale jest także drugi rodzaj zaufania,
który pozwala człowiekowi lokować się w miarę bezpiecznie
w rzeczywistości. Mianowicie zaufanie do reguł, które stosuje
władza.
Uważam, że wiara w intencje
pojawiła się dwukrotnie i że trwała krótko. To był Gomułka
w 1956 roku i później Gierek w roku 1970. Czas relatywnej
liberalizacji za Gierka był z kolei okresem upadającego
zaufania do reguł[7]. Dawniej, jeśli byłeś lojalny wobec władzy, to
w zasadzie nic złego nie powinno cię spotkać. Nie bez wyjątku,
oczywiście. Potem, oprócz lojalności do instrumentarium rządzenia,
coraz częściej wprowadzane były elementy niepewności, ponieważ
niepewność wzbudza lęk i jest świetnym instrumentem sprawowania
władzy...
[AL] To widzimy dzisiaj: prezes
PiS Jarosław Kaczyński trzyma w nieustannej niepewności swoich
podwładnych, niekiedy upokarzając ich publicznie. Żaden z nich nigdy
nie może być pewny swojej pozycji.
[JG] Dzisiaj mamy do czynienia
z mistrzostwem. Wtedy te reguły gry były w miarę stałe: zasady
posłuszeństwa, awansu życiowego... Myślę, że dziś wielu ludzi za
takim światem tęskni.
[MK] Do poczucia bezpieczeństwa
dokładała się też gwarancja zatrudnienia.
[JG] To także biedna, ale gwarantowana
służba zdrowia. W sumie jednak PRL była w miarę przewidywalnym,
bezpiecznym środowiskiem, w którym osoby reprezentujące władzę
mogły nawet cieszyć się zaufaniem bezpośrednio, po prostu jako
ludzie.
[MK] Myślę, że może mniej
chodzi tu o zaufanie, a bardziej o poczucie bezpieczeństwa,
przewidywalność.
[JG] Obywatel wiedział, co mniej więcej
może się zdarzyć.
[AL] Włącznie z pewnością, że
policja raczej zwykłego człowieka, który się w nic nie miesza,
nie zabierze nocą z ulicy.
[MK] Ten lęk istniał tylko w okresie
stalinowskim.
[JG] Wydaje mi się, że w tamtej
części powojennej historii ostatnim wybuchem zaufania społecznego był
październik 1956 roku. Wzbudził pozytywne emocje i nadzieję wielu
ludzi na zmianę. Po każdej ze stron zresztą[8].
[MK] Mimo wszystko jeszcze na
samym początku rządów Gierka, w 1971 roku, władza pytała:
"Pomożecie?", i słyszała potwierdzenie[9]. To był, moim zdaniem, drugi moment, kiedy ludzie jeszcze
raz obdarzyli władzę swoistym kredytem zaufania.
[AF] Warto jednak wiedzieć, do czego ten
kredyt zaufania się odnosił. W 1956 roku - do zaniechania terroru,
do uzyskania pewnej autonomii Polski wobec Moskwy, a także autonomii
jednostek wobec systemu; do tego, że będzie można praktykować
indywidualną wolność w wychowywaniu dzieci czy wyznawaniu religii,
czy tworzeniu kultury. Mimo różnych wahnięć w tych kluczowych
sprawach zdobycze 1956 roku pozostały. Rosły jednak aspiracje
- i ekonomiczne, i te związane z większą wolnością życia,
otwartością na wzory płynące ze świata zachodniego. Ekipa Gierka
obiecała wyjść tym aspiracjom naprzeciw i to budziło może nie tyle
zaufanie, ile oczekiwania i nadzieje.
Kiedy jednak mowa o zasadniczych
wartościach i identyfikacjach Polaków w latach siedemdziesiątych,
warto się odwołać do słynnej analizy Stefana Nowaka: w Polsce mamy
identyfikację na poziomie narodu i na poziomie rodziny, a pomiędzy
nimi istnieje próżnia społeczna. W tamtych latach oznaczało to
między innymi brak identyfikacji ze strukturami życia społecznego
kontrolowanymi przez partię.
[AL] Mamy zatem w latach
siedemdziesiątych nie tylko kryzys zaufania do władzy, lecz także
załamanie społecznego systemu wartości: pojawia się anomia, upada
etos pracy, narasta problem alkoholizmu.
SYTUACJA SPOŁECZNA
W LATACH 70.
ANOMIA
[JG] I jeszcze trudność w rozumieniu,
czym jest państwo, czym jest dobro wspólne. Pojęcia wykorzystywane
w języku komunistycznej propagandy, a w świadomości społecznej
mgliste, niedookreślone. W każdym razie państwo nie wiązało się ani
ze wspólnotą, ani z dobrem wspólnym, którym ma zarządzać. Państwo
było niczyje albo należało do wszystkich - każdy mógł bez
skrupułów czerpać, nie musiał dawać. Nie było podatków. Nie było
widać związku między pracą, płacą i budżetem państwa. Nie
było zatem, na poziomie świadomości, transmisji między tym, co
robi obywatel, a dobrem wspólnym. Związek między jednym a drugim
tworzył się powoli, wraz z wolnym rynkiem, czyli dopiero pod koniec
lat osiemdziesiątych. Dobro państwa stało się jednym z osiowych
pojęć Okrągłego Stołu.
[WO] Dobro państwa stało się jednym
z osiowych pojęć OS? Obawiam się, że na bardzo krótki czas.
[JG] To prawda, że idea dobra państwa
nie zawładnęła umysłami na długo, ale była obecna i przed OS,
i w czasie OS, i po OS. I po jednej stronie, i po drugiej.
W kulturze, polityce, myśli społecznej
w PRL już od drugiej połowy lat pięćdziesiątych istniały
niewielkie, ale ważne wyspy niezależności, jakieś poletka do
dialogu. To zadziwiające, że część intelektualnego zaplecza
władzy dążyła wręcz do dyskusji ideologicznej. Pominąwszy
okresy wielkich kryzysów (okres stalinowski, 1956, 1968, 1976,
1981), władza, a przynajmniej jej część, tolerowała opozycję
intelektualną. Przykładów jest dużo. Od powszechnie znanych (Znak,
KIK, Więź) po mniej znane epizody (dyskusje już w połowie lat
pięćdziesiątych pomiędzy marksistami a filozofami chrześcijańskimi,
tygodnie filozoficzne KUL). Sposób na nobilitację? Cokolwiek było
powodem, stwarzało jednak podwaliny pod autentyczną dyskusję. Na
przestrzeni dziesięcioleci to nie była jedynie tępa, bezrefleksyjna
władza oparta na przemocy.
[AF] Zgoda, ale też ta dyskusja
zainicjowana przez Schaffa została ucięta decyzją Gomułki bodaj
w 1962 roku. Mam wrażenie, że mechanizm tego, co opisał Janusz
Grzelak, polegał na tym, że władza tolerować niezależnej myśli
specjalnie nie chciała, ale koszty skutecznej pacyfikacji byłyby zbyt
duże. Tak więc to się toczyło na zasadzie przymrozków i odwilży
(cichych).
[WO] Zgadzam się z tym, co
mówicie.
[JG] W skali ogólnospołecznej przed
OS możliwości tworzenia się kultury negocjacyjnej były niewielkie,
ale jednak były... Wieś z prywatną własnością ziemi, prywatny
handel między wsią a miastem (jarmarki, bazary), prywatna inicjatywa
(drobne rzemiosło) - to wszystko, w odróżnieniu do innych
demoludów, stwarzało okazję do "targowania interesów". Jakaś
szkoła zatem była, tyle że to szkoła najprostszego targu (czyli
na ogół gry o sumie niemal zerowej). Taka wizja targu odbija się
potem w społecznym odbiorze złożonych negocjacji OS. Na dobre i na
złe.
[WO] Niesamowicie ważny punkt. Bo
przecież ta własność prywatna stworzyła możliwość pewnej
niezależności dla opozycji (zwłaszcza intelektualnej) po wprowadzeniu
stanu wojennego.
[JR] Poziom zaufania do władzy
przypominał sinusoidę. 1956-1957 to wzrost zaufania związany ze
stanowczym sprzeciwem Gomułki wobec bezpośredniej ingerencji władz
radzieckich w polskie sprawy. Są zresztą podstawy, by sądzić, że
powodzenie jego sprzeciwu wynikało w dużym stopniu z poparcia Chin,
które miały się sprzeciwić militarnej interwencji w Polsce. Potem
to zaufanie spadało, aż się zupełnie załamało.
W 1970 roku rodzi się zaufanie do
Edwarda Gierka. Ono utrzymywało się dłużej i opierało się
nie tylko na jakimś chwilowym zauroczeniu osobą, lecz także
na tym, że pewne programy, takie jak otwarcie na Zachód, mały
fiat, rozluźnienie polityki paszportowej i parę innych rzeczy,
wzbudzały pozytywne nastroje społeczne. Ale w drugiej połowie
lat siedemdziesiątych, w miarę jak pogarszała się sytuacja
ekonomiczna, to zaufanie zaczynało gasnąć. Niepewność co do
społecznego poparcia towarzyszyła jednak polskim władzom chyba
przez cały czas - nieustannie bowiem szukały sposobów, żeby
je zwiększyć. Natomiast mogły się łudzić co do poparcia klasy
robotniczej.
Gomułka stale pamiętał, że PZPR nie
ma silnego zaplecza w społeczeństwie. Tymczasem Gierek w ostatnim
okresie swoich rządów chyba nie dostrzegał, jak bardzo zmienił
się stosunek społeczeństwa do niego i do jego polityki. Dopiero
po latach u części polskiego społeczeństwa odżyły sentymenty
do Gierka.
Myślę, że problem poparcia
społecznego ciągle zaprzątał uwagę władzy. Na marginesie warto
zauważyć, że jest ono również stałą troską władzy wybranej
demokratycznie.
Chciałbym tu zwrócić uwagę
na wydarzenie, które moim zdaniem stanowiło punkt zwrotny
w relacji władza-społeczeństwo. Chodzi mi o wielkie
emancypacyjne doświadczenie przyjazdu do Polski Jana Pawła
II w 1979 roku[10]. Było to doświadczenie o wielkich psychologicznych
konsekwencjach. Oto po raz pierwszy od 35 lat wielkie rzesze ludzi
spotkały się pod sztandarami, które nie pochodziły od władz. Co
więcej, te tłumne spotkania nie były organizowane przez władze
- wynikały z samoorganizacji społeczeństwa. I przyciągnęły
miliony ludzi. Było to doświadczenie prowadzące do osłabienia
bądź zaniku poczucia, czy też postawy uległości wobec wszechmocnej
władzy. Używając języka psychologicznego, powiedziałbym, że
powstawało wówczas poczucie kolektywnego sprawstwa, niezbędne dla
jakiegokolwiek skutecznego grupowego działania. Sądzę, że stworzyło
ono psychologiczny grunt dla powstania Solidarności w sierpniu 1980 roku
- ruchu samorządnego i samoorganizującego się. Obywatele poczuli
się uprawnieni nie tylko do wysuwania roszczeń wobec systemu, lecz
także do działania zgodnie z tym, co sami uznają za słuszne.
[JG] No i poczuli się silni. Zgadzam się
z Januszem Reykowskim, że początków poczucia sprawstwa kolektywnego,
początków wiary, że sami możemy zmieniać swój los, szukać należy
w wielkim wydarzeniu, którym była wizyta papieża. Nie zapominałbym
jednak o innych zdarzeniach i procesach społecznych.
Pierwsze z nich to udane próby
samoorganizacji - tworzenie się środowisk niezależnych
od władzy. Przypomnę tu choć kilka z nich: "Więź",
"Znak"[11], "Tygodnik Powszechny", Katolicki Uniwersytet Lubelski,
wreszcie KOR. Każde z tych, powiązanych zresztą ze sobą środowisk,
instytucji było dobitnym świadectwem tego, że niepokorni potrafią się
zrzeszać, a władza na to zezwala. Skala społeczna nie była wielka,
ale znacząca: coś jednak można zrobić. Takich doświadczeń nie mieli
Niemcy z NRD ani Czesi i Słowacy z ówczesnej Czechosłowacji, ani
też inni z demoludów. A co dopiero mówić o krajach nadbałtyckich,
wcielonych do ZSRR.
Drugi potężny czynnik oddziałujący
na naszą mentalność to istnienie własności prywatnej,
a przede wszystkim związanej z nią przedsiębiorczości. Wiara
w sprawstwo indywidualne toruje drogę wierze w sprawstwo
zbiorowe. A doświadczenie sprawstwa zbiorowego wzmacnia poczucie
sprawstwa własnego, czyli mamy tu dodatnie sprzężenie zwrotne.
Nie sposób wreszcie nie wspomnieć o roli
Kościoła. Wielu jego hierarchów (zwłaszcza Prymas Tysiąclecia,
kardynał Stefan Wyszyński[12]) skutecznie wykuwało niezależność, dodawało otuchy,
udzielało schronienia. Myślę nie tylko o latach osiemdziesiątych,
lecz także o czasach poprzedzających Solidarność.
[JR] Ludzie poczuli się silni, tak. To
przygotowało narodziny ruchu Solidarności. Zaraz do niego dojdziemy,
ale chciałbym jeszcze powiedzieć o samopoczuciu władz. W 1979 roku
miałem spotkanie z kadrą kierowniczą wojska. To było niedługo po
"zimie stulecia", po której pozostało poczucie, że system jest
kompletnie niewydolny.
[AL] Krążył wtedy dowcip: "Nam
nie trzeba Bundeswehry, nam wystarczy minus cztery". Cały kraj
stanął.
[JR] W 1979 roku upowszechniło się
niezadowolenie z polityki władz. To niezadowolenie, jak sądziłem,
sięgało bardzo wysoko. Na spotkaniu z kadrą wojska miałem wykład
o psychologicznych uwarunkowaniach nastrojów niezadowolenia.
[JG] Żebym dobrze zrozumiał: te negatywne
emocje dotyczyły sposobu zarządzania wojskiem?
[JR] Tematem tego spotkania było
zjawisko niezadowolenia - wyrażanego implicite
w takiej organizacji, jak formacje wojskowe. Ale w sposób
naturalny odnosiło się to do powszechnego nastroju niezadowolenia
z panującej władzy. Wydawało mi się, że obecni chętnie tego
słuchają. I komunikują, chociaż pośrednio, swoje niezadowolenie
ze sposobu rządzenia Polską. Myślałem wtedy, że jest to symptom
erozji w systemie władzy.
PODŁOŻE NIEZADOWOLENIA
W LATACH 70.
Dodam tu pewną uwagę
wyjaśniającą. W tamtym czasie natrafiłem na tekst socjologa,
doktora Jacka Kurczewskiego (teraz profesora). Pisał on o ważnej
zmianie społecznej, jaka się dokonała w PRL pomiędzy rokiem 1945
a 1980. W tym okresie w polskim społeczeństwie znacznie wzrósł
odsetek ludzi wykształconych. Kurczewski pisał o konsekwencji tej
zmiany, o powstawaniu w Polsce nowej klasy średniej. To nie była
middle class w rozumieniu zachodnim. Główną
cechą wyróżniającą tę klasę miało być wykształcenie - co
najmniej średnie. Była to grupa społeczna, w której rodziły
się nowe aspiracje, nie tylko ekonomiczne, lecz także polityczne
- aspiracje do politycznej podmiotowości. Sądziłem, że była to
bardzo trafna i bardzo ważna konstatacja. Opisywała proces, który
odgrywał zasadniczą rolę w powstaniu Solidarności.
[AL] W skrócie: Polakami w 1980 roku
nie dało się rządzić tak samo, jak w 1956, ponieważ była to już
inna Polska - kraj ludzi lepiej wykształconych, którzy w dużej
części nie pamiętali już wojennej nędzy i grozy.
[JR] Właśnie. I jeszcze jedna uwaga:
zaufanie do systemu rozkładało się rozmaicie w różnych grupach
społecznych. Ale nasza wiedza o społecznym zaufaniu w Polsce
w owym czasie dotyczy głównie tej grupy społecznej, do której
sami należymy. Obecnie możemy opierać się na wynikach badań
sondażowych, których dawniej prawie nie było. Ale i ta wiedza jest
dość niepewna. Dlatego sądy ogólne o stanie umysłów polskiego
społeczeństwa musimy formułować bardzo ostrożnie.
[MK] Powiedziałeś, że władzy zależało
na tym, by zyskać poparcie społeczne. Możesz podać jakieś przykłady
metod, którymi posługiwała się władza?
[JR] Są różne metody zdobywania
poparcia. Na przykład można straszyć uchodźcami (to nowa metoda)
albo Niemcami (to stara), albo też można zaspokoić pewne potrzeby
społeczne (na przykład 500+) czy dbać o pełne zatrudnienie
(stawiając "wielkie budowy socjalizmu"). Można również
troszczyć się o uczucia narodowe, na przykład odbudowując Zamek
Królewski albo organizując wielkie imprezy mające ukazywać
wyjątkowość Polski i Polaków (dowodząc w ten sposób, jak
nadzwyczajnymi przymiotami obdarzeni byli nasi praojcowie). Ważna
jest też komunikacja ze społeczeństwem. Gierek po objęciu
władzy troszczył się o to. Budował Fabrykę Samochodów Osobowych
i zwiększał otwarcie na Zachód. Innymi słowy, wychodził naprzeciw
różnym potrzebom społecznym. Robił rzeczy, które w pozostałych
krajach socjalistycznych okazywały się częściowo lub całkowicie
niemożliwe.
METODY ZDOBYWANIA
POPARCIA PRZEZ RZĄDZĄCYCH
[AF] Dorzucę jeszcze jedno. Jednym
z zabiegów świadomie stosowanych przez ekipę gierkowską było
wyciszenie konfliktu z ludźmi wierzącymi, który narastał w latach
sześćdziesiątych, a pośród innych przejawów wyrażał się
niemal całkowitym wstrzymaniem budowy kościołów, zwłaszcza na
nowych osiedlach. Po 1970 roku w ekipie Gierka przyjęto zasadę, że
można się ścierać z biskupami o ideologię i tym podobne sprawy,
ale nie wolno doprowadzić do tego, by konflikt o kwestie wyznaniowe
angażował zwykłych ludzi. Elementarne potrzeby trzeba zaspokoić
i tym samym rozładować napięcie. W epoce Gierka rozwinęło się
zatem budownictwo kościelne, unikano też propagandy antyreligijnej,
by zmniejszyć obszar tarć społecznych.
[JR] Mimo to aż do lat
osiemdziesiątych, prawie do końca PRL, mamy taką sytuację, że
wierzący, praktykujący katolik jest obywatelem drugiej kategorii. To
jest masowe doświadczenie. Pewne drogi awansu społecznego są dla
niego zamknięte. Zaczęło się to zmieniać chyba w połowie lat
osiemdziesiątych.
[JG] Czekaj, czekaj. Jest cała masa
wierzących katolików przyjmujących posady w PRL, wierzących
członków partii...
[JR] I mających z tym problem!
[AF] To nie dotyczyło robotników,
ale dotyczyło inteligencji i osób aspirujących do stanowisk
kierowniczych. Wiadomo, że dyrektor szkoły nie chodzi do
kościoła. Gdyby chodził, to nie byłby dyrektorem szkoły. Oczywiście
jest jeszcze wojsko, milicja, administracja wyższego szczebla. Tam
nie może być ludzi wierzących, a jeśli ktoś praktykuje, to
potajemnie. Krążyły czasem plotki, że ktoś po cichu, w środku nocy,
ochrzcił dziecko.
ROLA KOŚCIOŁA W PRL
I SYTUACJA LUDZI WIERZĄCYCH
[JR] Ja myślę, że ten fakt wytwarzał
bardzo dużo ukrytej niechęci do systemu. Ludzie się przystosowali,
ale to ich zrażało. Na przykład kościelne organizacje młodzieżowe
też miały trudne życie. Przeszkadzano im.
[JG] Wiem. Byłem z księdzem Karolem
Wojtyłą na trzech obozach. Na dwóch dokładnie, bo trzeci rozpędziła
ubecja.
[JR] Otóż to! To doświadczenie też
u niemałej części Polaków wytworzyło trwałą nienawiść do
tamtego systemu. Ukrytą dawniej, jawną teraz.
[AF] Jest jeszcze jedna płaszczyzna,
istotna, na której ten system denerwował ludzi. To stosunek do
tradycji narodowych. Dla inteligencji to były ważne sprawy. System
zaś był proradziecki i lansował oficjalnie deklarowaną
przyjaźń. W bardzo szerokich kręgach wywoływało to irytację,
złość, niechęć. Pamiętano przecież o takich faktach, jak rok
1920 czy Katyń. Zarazem władza niewiele mogła z tym zrobić, bo
Rosjanie pilnowali, żeby te rytuały przyjaźni były w odpowiedni
sposób przestrzegane, a w publikacjach nie mogło być niczego
"antyradzieckiego".
W gruncie rzeczy przez wiele lat to
był czynnik delegitymizujący system, chociaż podejmowano też próby
narodowego legitymizowania władzy. Październik 1956, konfrontacyjne
rozegranie zmian w Polsce ze Związkiem Radzieckim, usunięcie
Rokossowskiego, polonizacja armii, powrót wielu ludzi z kresów, ziem
wschodnich. Dla wielu przedstawicieli tego, co nazywamy inteligencją
przedwojenną, oraz ich rodzin to były bardzo ważne elementy, może
nie legitymizujące system, ale osłabiające jego odrzucenie. Dlatego
pozycja Gomułki tak długo była silna.
To, moim zdaniem, trochę tłumaczy
zachowania takich profesorów, jak wymieniony tu Stefan Nowak, i fakt,
że mogli funkcjonować w tym systemie. Po 1956 roku system się
otworzył i pojawiły się pewne perspektywy dla Polski - w tym
uprawiania autentycznej kultury i autentycznej nauki. Państwo przestało
być postrzegane jako obce. Inteligencja prowadziła różne targi
z systemem, ale traktowała go jako coś, co było częścią polskiej
rzeczywistości, a nie ciałem obcym. Uznawano, że ludzie władzy
są Polakami i chociaż może ich nie lubimy, to jednak wyznajemy te
same wartości, nie możemy iść w walce z nimi za daleko. Z ludźmi
władzy można wejść w spór, konflikt, kłótnię, ale jest to jednak
kłótnia między Polakami. Nawet kardynał Wyszyński tak uważał. To
był efekt 1956 roku, utrwalony w epoce Gomułki.
WŁADZA W PRL:
JEDNAK POLSKA, NIE OBCA
[JR] Chciałbym tu zwrócić uwagę,
że była to sytuacja, która stawiała rządzących między młotem
a kowadłem. Ustępstwa wobec Moskwy narażały ich na konflikt
z własnym społeczeństwem (przynajmniej z dużą jego częścią),
a ustępstwa wobec emancypacyjnych dążeń Polaków - na groźne
napięcia z Moskwą. Profesor Andrzej Werblan[13] w rozmowie z profesorem Karolem
Modzelewskim[14] opisuje lawirowanie Gomułki i Gierka, którzy chcieli
jakoś sobie poradzić z tą sytuacją.
[MK] Chciałbym dodać, że
symbolicznym wyrazem tej tendencji było hasło "Polska droga do
socjalizmu".
[AF] Stare, to jeszcze po wojnie było. Ale
masz rację, oczywiście. Dążenie władzy do legitymizacji odbywało
się na dwóch płaszczyznach. Pierwsza: trzeba podtrzymywać awans
społeczny mas ludowych i zapewniać mu jakąś stabilizację. To
dyktowało między innymi politykę gospodarczą: partia dbała, żeby
fabryki zatrudniały wielu robotników, aby nie było bezrobocia. Gierek
potem podniesie to na wyższy poziom. Ale już za Gomułki to się
rozwijało. Po to właśnie budowano wiele zakładów, z Hutą Warszawa
na czele. Nie dlatego, że była ona niezbędna w Warszawie, i nie
dlatego, jak czasem mówiono, żeby zmienić klasowy charakter miasta
Warszawy. Chodziło o zapewnienie pracy młodym ludziom z warstw mało
wykształconych.
Druga rzecz, która jest istotna: oni
też mieli poczucie słabego zakorzenienia narodowego i często szli
w kierunku podłego nacjonalizmu. Nagonka antysemicka w marcu 1968
jest tego świadectwem.
[AL] Chcesz powiedzieć, że oni traktowali
nacjonalizm najpierw instrumentalnie, a potem, od pewnego momentu
- powiedzmy, od początku lat sześćdziesiątych - przestali go
traktować instrumentalnie?
[AF] Trudno powiedzieć, że traktowali
go instrumentalnie. Niektórzy tak, oczywiście, ale inni tacy już byli
kulturowo. Język endecki im bardzo dobrze pasował. Często czytam
akta SB. Ten język występuje tam stale, od lat sześćdziesiątych
aż do stanu wojennego, a niekiedy dłużej. Jest w nim zaszyta
wizja plemiennej jedności Polaków, którym przewodzi partia, a ci,
którzy się buntują, przeszkadzają, to są "obcy", najchętniej
Żydzi. Taka była konstrukcja mentalna tych ludzi, którzy w aparacie
władzy byli silnie reprezentowani. Nie chodzi o przedwojennych
komunistów, tylko o tych, którzy po nich przychodzili, tych
młodszych. Mieli po prostu takie wyposażenie.
[JR] Kulturowe.
[AF] Kulturowe, a z drugiej strony mieli
też poczucie, że tak myślą ich koledzy, rodzina, szkoła. Dzisiaj
takie myślenie również jest popularne, prawda? Cały czas jest obecne
w języku PiS. I było obecne zawsze. W stanie wojennym też przecież
istniały grupy, powiedzmy, okołogrunwaldowe[15].
[JR]
"Rzeczywistość"[16].
[AF] No właśnie. Od lat
sześćdziesiątych istniał nurt postulujący uzupełnienie coraz
bardziej martwych rytuałów marksistowskich o legitymizację
nacjonalistyczną. 1968 rok to eksplozja tego języka.
Jeszcze jedno uzupełnienie, dotyczące
badań socjologicznych. Mam takie książeczki, wydane w oficjalnym
obiegu jeszcze przed sierpniem 1980. Wydawnictwo Związków Zawodowych
publikowało wyniki badań o klasie robotniczej. Robił je między
innymi socjolog Leszek Gilejko. Przeprowadzano ankiety w zakładach
pracy, wśród młodych robotników. Z tych badań wynikało coś
niesamowitego dla systemu: ludzie akceptują wolność słowa,
akceptują wolność mówienia rzeczy, które niekoniecznie
się podobają władzy, akceptują pluralizm, czyli akceptują te
elementy, które potem w ruchu Solidarności były jak najbardziej
naturalne. Można zatem powiedzieć, że ten proces następował
niejako samoczynnie, bo to nie jest zasługa wyłącznie Komitetu
Obrony Robotników. Z całym szacunkiem i uwielbieniem dla KOR-u, to
przecież jego pisma i działania nie miały przełożenia na wyniki
badań w środowisku wielkoprzemysłowym. To jest pewien efekt ogólnych
zmian w społeczeństwie, związanych z wykształceniem.
STRUKTURALNE
PODŁOŻE
BUNTU PRZECIW PRL:
EDUKACJA
[AL] W skrócie: partia wyprodukowała
społeczeństwo, które się przeciwko niej zbuntowało?
[JG] Dyskutując o relacjach
partia-społeczeństwo, pamiętajmy jednak, że środowisko władzy
nie było ideowo jednorodne. Oprócz fałszywych piewców komunizmu,
wykorzystujących ideologię cynicznie, instrumentalnie, dla zdobycia
i utrzymania władzy i pozycji społecznej, byli przecież komuniści
prawdziwi, autentyczni, których marzeniem było społeczeństwo oparte
na ideałach dobra powszechnego, równości i braterstwa. Wielu z nich
sądziło, że jeśli społeczeństwo do socjalizmu nie do końca
przystaje, bo socjalizm nie zaspokaja ludzkich potrzeb, to należy
zmienić ludzi, a nie system. Pamiętam spór i gorącą dyskusję
o tym, "kogo, co zmieniać", między Januszem Reykowskim a kilkoma
uczestnikami (w tym ze mną) jednej z konferencji naukowych. Łatwo się
domyślić, kto jakie zajmował stanowisko. Janusz był za dostosowaniem
człowieka do systemu, większość nas - systemu do człowieka. Ale
to były dyskusje w latach siedemdziesiątych, przed Okrągłym
Stołem.
A ludzie? Zmieniali się, ale nie tak,
jak marzyli socjaliści.
[JR] Dyskusji, o której mówi Janusz
Grzelak, nie pamiętam, ale domyślam się, co mogłem wtedy mówić, bo
temat ten bardzo mnie zajmował. Otóż żywiłem wówczas przekonanie,
że w kapitalistycznym systemie gospodarki wolnorynkowej podstawowym
mechanizmem motywacyjnym pobudzającym działalność ekonomiczną jest
własny interes (teraz też tak myślę, zgadzając się z Adamem
Smithem i wielu innymi ekonomistami). Mechanizm ten okazał się
bardzo efektywny gospodarczo, ale z upływem czasu staje się coraz
bardziej oczywiste, że ma on poważne wady "wrodzone", które
wywierają negatywny wpływ nie tylko na ekonomiczną produktywność,
lecz także na stosunki społeczne. Wpływ ten w obu tych obszarach
niekiedy przybiera (auto)destruktywny charakter. Sądziłem (i sądzę),
że w ludziach istnieje motywacyjny potencjał innego rodzaju,
na którym - poza własnym interesem - może się opierać
działalność produktywna. Mam tu na myśli motywację zadaniową
oraz prospołeczną. Zresztą w wielu obszarach życia motywacja
ta stanowi niezbędny warunek prawidłowego funkcjonowania instytucji
społecznych. Ówczesny system społeczno-gospodarczy też nie sprzyjał
tej motywacji. Uważałem (i uważam), że należy dążyć do takich
zmian warunków, które będą sprzyjać owej motywacji. Jej badaniem
zajmowałem się przez całą dekadę.
[JG] Oczywiście, z takim stanowiskiem
się zgadzam.
[AF] Wracając do pytania Adama
Leszczyńskiego: tak, partia stworzyła społeczeństwo, które ją
odrzuciło! Poza tym ludzie oglądali zachodnie filmy, niektórzy
podróżowali. Patrzyli, jak wygląda świat normalny, a świat normalny
w pojęciu przeciętnego człowieka to przecież nie był Związek
Radziecki! To akurat był świat nienormalny. Normalny świat to jest
Francja, Dania, Szwecja... nawet Niemcy. Niemcy, właśnie.
Ostatnia rzecz, bardzo
ważna. Solidarności w ogóle by nie było, gdyby Niemcy nie
przestały być postrzegane jako wróg. Układ Gomułka-Brandt
w 1970 roku otworzył drogę do tego, że ludzie przestali
się bać Niemiec[17]. Ja z Olsztyna jestem, więc pamiętam z dzieciństwa:
ludzie się bali, że teraz sobie tutaj mieszkamy, ale coś się może
zmienić i przestaniemy tu mieszkać. W związku z tym nikt nie
inwestował, nikt nie robił dużych remontów.
W latach siedemdziesiątych to się
zmieniło. Strach przed Niemcami, wojną, przed tym, że Niemcy
przyjdą i zabiorą, znikł. Niemcy przestali być pokazywani jako
wrogowie. Sympatyczny Brandt, sympatyczny Schmidt. Ludzie zaczęli
jeździć, Niemcy przyjeżdżali do Polski. Ustanie poczucia zagrożenia
ze strony Niemiec spowodowało, że się podźwignęliśmy i mogliśmy
się rozejrzeć, co można poprawić. Przestaliśmy się wtedy bać
zarówno jako naród, jak i społeczeństwo.
[WO] To prawda, że komunizm prowokował
ludzi i zmienił społeczeństwo, które go obaliło, tak samo
Leszek Balcerowicz i reformy rynkowe zmieniły społeczeństwo oraz
wyprodukowały ludzi, którzy obalili III RP; w historii zawsze jest tak,
że ci, którzy dokonują wielkich zmian, zmieniają społeczeństwo,
które potem ich obala, bo powstaje rozdźwięk i różnica,
a założyciele systemu, rządzący, pozostają przy swoich starych
ideach.
Odróżniłbym jednak - i tu
się z wami nie zgodzę - władzę komunistyczną od systemu
komunistycznego w sensie gospodarczym, w sensie społecznym, w sensie
awansu społecznego i ogromnych reform społecznych. Uważam, że
władza komunistyczna w Polsce miała zmienną i niezbyt wielką
legitymizację, natomiast reformy socjalistyczne czy komunistyczne
miały bardzo wysoką legitymizację przez większość historii,
może z wyjątkiem środowisk "przedwojennej inteligencji", jak
to określiliście, i właściwie cały ten proces, z którym mamy
do czynienia od lat siedemdziesiątych-osiemdziesiątych, to powolny
upadek legitymizacji albo ograniczanie legitymizacji systemu w kolejnych
grupach społecznych.
Władza próbowała się dostosować. Ten
proces nastąpił przede wszystkim w latach pięćdziesiątych
i sześćdziesiątych. Wtedy nastąpiło przejście z systemu opartego
na przymusie i zastraszeniu przez UB do systemu rządów, w których
można było użyć przymusu, ale nie wobec całego społeczeństwa,
tylko niektórych grup.
Dzielę polski socjalizm na trzy
fazy. Pierwsza to właśnie faza koercyjna, oparta na przymusie, potem
faza nacjonalistyczna i wreszcie trzecia - cyniczna. Ta ostatnia
rozpoczęła się w latach sześćdziesiątych. Natomiast faza
nacjonalistyczna to te zmiany, o których mówił profesor Friszke,
przede wszystkim dotyczące Kościoła, stosunku do Kościoła
i do wierzących. Przejawem tych zmian była zgoda na budowanie
kościołów.
W fazie koercyjnej zarówno reforma
rolna oraz dopuszczenie dzieci wiejskich do bezpłatnej edukacji, jak
i uprzemysłowienie oraz możliwości zatrudnienia w przemyśle dla
wielu ludzi - z wyjątkiem wspomnianej inteligencji - oznaczały
radykalną zmianę na lepsze, zwłaszcza w porównaniu z polskim
rozwojem przed rokiem 1939, nie mówiąc już o tym, co działo się
podczas drugiej wojny światowej i tuż po jej zakończeniu.
Zawarcie pokoju z Niemcami podtrzymało
ten trend. Wtedy nastąpiła druga fala wpływu Ziem Zachodnich na
Polskę. Zaczęto tam inwestować pod koniec lat sześćdziesiątych
i nagle po raz drugi otworzyły się możliwości dla robotników,
dla chłoporobotników, dla ludzi, którzy wcześniej pracowali
fizycznie.
[AL] Dlaczego jednak po fazie koercyjnej
nastąpiła faza nacjonalistyczna?
[WO] Dlatego, że władze potrzebowały
poparcia i o nie zabiegały. Poparcie dla władzy bowiem, zwłaszcza
po okresie totalnego zastraszenia społeczeństwa przy pomocy UB
i NKWD, było minimalne. Gomułka próbował je pozyskać poprzez
nacjonalizm. Wyrzucenie marszałka Konstantego Rokossowskiego
z armii w 1956 roku miało znaczenie dla społeczeństwa, ale dla
wojska większą wagę miało wyrzucenie generała Stanisława
Popławskiego[18], który w latach siedemdziesiątych był w Polsce
szefem Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, a potem w Związku
Radzieckim piastował funkcję przewodniczącego Towarzystwa Przyjaźni
Radziecko-Polskiej. (śmiech) Słuchałem go
kiedyś na wycieczce w ZSRR. Cały czas mu się myliło: nasz naród,
wasz naród. Nigdy nie było wiadomo, o czym mówi. Wzniosłem wtedy
toast, mówiąc: "Chciałbym wznieść toast za przyjaźń między
pańskimi narodami".
Myślę, że oni wciąż poszukiwali
legitymizacji w sposób, który określam jako nacjonalistyczny,
podkreślając, że to polski socjalizm, polski komunizm i tak
dalej. Dodatkowym bodźcem do grania na nastrojach nacjonalistycznych
było to, że w pewnym momencie za Gierka, a właściwie jeszcze przed
Gierkiem, pod koniec rządów Gomułki, okazało się, że system jest
niewydolny gospodarczo.
[MK] Rozumiem, że w ten sposób
dochodzimy do fazy cynicznej?
[WO] Zaraz wyjaśnię, na czym to
polegało. Od czasów prac Langego w Polsce, powrotu Kaleckiego,
Leontiefa[19] w Rosji Radzieckiej wiadomo było, na czym polega
dysfunkcjonalność systemu: na centralnym planowaniu i na braku
sprzężenia zwrotnego w systemie gospodarki planowej przy braku
rynku. Oni naprawdę nie wiedzieli, jakie skutki przynoszą ich
decyzje. Byli całkowicie odcięci i od wolnej prasy, i od
wolnego przepływu informacji. Dlatego związki zawodowe miały
takie znaczenie, dlatego tak ogromną rolę odgrywało podziemie
i podziemna literatura. Działały jako system informacji zwrotnej dla
władzy. Dla ekonomistów było wtedy jasne, że system ekonomiczny
może działać efektywnie tylko wtedy, gdy nastąpi decentralizacja
decyzji gospodarczych i wprowadzenie konkurencji. Oskar Lange w Polsce
oraz inni reformatorzy też to proponowali[20]. Ale to oznaczałoby uszczerbek władzy aparatu partyjnego
i gospodarczego. Gospodarka była sferą nomenklaturowych decyzji
i nomenklaturowych awansów gospodarczych. To byli ludzie partyjni,
to byli ludzie potrzebni partii. Podejmowali decyzje, mieli ogromną
władzę - nie tylko finansową. Mieli też władzę zatrudnienia
ludzi albo ich zwolnienia.
ŹRÓDŁA
NIEWYDOLNOŚCI
GOSPODARCZEJ PRL
Kiedy wydałem książkę Rozmowy
z uczonymi amerykańskimi (1977), posłałem ją wielu
ludziom, między innymi prezesowi Naczelnej Organizacji Technicznej,
Aleksandrowi Kopciowi[21]. Od Kopcia otrzymałem kopertę - nie było w niej
żadnego listu, żadnego słowa, tylko kupon na malucha. W ten
sposób Aleksander Kopeć i większość tego aparatu mówiła
"dziękuję". Oni mieli dostęp do mieszkań, do talonów na
samochody, do różnych rodzajów dóbr. Akurat wtedy żona urodziła
córkę i samochód bardzo nam się przydał. Kupiony na talon był po
prostu dwa czy trzy razy, czy nawet pięć razy tańszy niż kupiony na
rynku.
[AL] Dlaczego więc reformy ekonomiczne,
wprowadzane przez władze komunistyczne, poniosły klęskę?
[WO] Myślę, że nomenklatura gospodarcza
już w zarodku zabiła wszystkie reformy. Wtedy powstał komunizm
cyniczny. To lata sześćdziesiąte i początek siedemdziesiątych, to
jest Gierek, który rzeczywiście tworzy malucha, czyli "samochód dla
ludu", ale struktura inwestycji w tamtym czasie służy elicie. Ta
elita będzie dbać o swoje interesy, a resztę społeczeństwa
traktować na zasadzie: "na ile uda się ich oszukać", "na ile
uda się przekonać", "na ile uda się wykorzystać". Nagle
buduje się fabryki telewizorów kolorowych, produkuje się lepsze
samochody niż maluch oraz inne dobra, które dla Polaków stają
się luksusem, ale są to dobra niezbędne dla członków elity
partyjno-gospodarczo-rządowej. Oni tego potrzebują, więc to się
produkuje. Natomiast cała reszta otrzymuje kartki na mięso. I te
kartki są oczywiste w logice systemu.
Dopiero w tym okresie - komunistycznego
elitaryzmu czy komunizmu cynicznego - legitymizacja władzy
zaczyna słabnąć. Najpierw wśród inteligencji. Przedwojenna
inteligencja to tylko jej mała część. Inteligencja w Polsce,
od czasu gdy się wyłoniła ze zubożałej szlachty, uważała, że
z natury rzeczy należy jej się dostęp do władzy. I kokietowała
każdą władzę od czasów Piłsudskiego, kiedy to powstał konflikt
między tradycyjnymi elitami ziemiańsko-kościelnymi a nowoczesnymi,
menedżersko-inteligenckimi. Kokietowała też komunizm. Ci ludzie,
jak mówiłem, uważali, że z natury rzeczy należy im się miejsce
w tym wirze politycznym, bo oni lepiej wiedzą. Ci wszyscy inteligenci,
którzy później stawali się dysydentami, najpierw chcieli być
słuchani... Chcieli mieć dostęp do władzy i dopiero później,
kiedy się rozczarowali, zostawali dysydentami. To była pierwsza grupa
rozczarowanych.
WŁADZA ELITY
I JEJ PRZYWILEJE
W PRL
Potem byli robotnicy. I robotnicy przyszli
z pomocą tej inteligencji, przechodzili przez bunty, ale te bunty
właściwie do 1980 roku były zmanipulowane przez zmianę władzy. Kiedy
Gierek pojechał rozmawiać z robotnikami na Wybrzeżu, miał za sobą
pałki, choć z drugiej strony autentycznie pytał: "Pomożecie?"
Przez pierwsze trzy lata ludzie wierzyli, że pomogą. Potem już tylko
zatrudniali aktorki, żeby odgrywały dojarki, jak Gierek miał gdzieś
przyjechać, bo ta legitymizacja coraz bardziej słabła.
A poza tym władza wciąż była odcięta
od informacji. Ci ludzie wierzyli, że robią dobrze, tylko lud ich nie
rozumie, a przede wszystkim byli przekonani, że mówi się o nich
nieprawdę. Brak zaufania pojawił się wtedy, gdy silne grupy społeczne
uznały, że system nie spełnia ich oczekiwań. Z tego punktu widzenia
książka Michnika[22] Kościół, lewica, dialog
- w której pisał, że lewica powinna się łączyć z Kościołem
we wspólnym działaniu - była ważnym krokiem, kamieniem
milowym, ponieważ tak jak powiedział Andrzej Friszke, wcześniej to
komuniści kokietowali Kościół, a lewica nie, bo uważała go za
ciemnogród. Aż tu nagle Adam Michnik mówi: "Nie, my tu musimy
razem, jako społeczeństwo, stanąć w jednym szeregu. Wierzący
i niewierzący razem z Kościołem". To była bardzo ważna próba
zmiany koalicji.
[MK] To w końcu jak to było
z legitymizacją systemu i zaufaniem?
[WO] Uważam, że komunizm nigdy nie
miał stabilnej legitymizacji. Zdarzały się okresy, w których
była ona wysoka. Czasem osobiście ufano przywódcy - na przykład
Gomułce czy Gierkowi w pierwszym okresie. Czasem legitymizacja
była tworzona przez symboliczną politykę, dotyczącą patriotyzmu,
przyjazdu powojennych emigrantów po 1956 roku, emigracji z PRL,
repatriacji Polaków z ZSRR[23], stosunku do Niemiec i polityki niemieckiej. Myślę,
że partia o to zabiegała, ale na pewno były też wielkie
fluktuacje.
Z pewnością ogromne znaczenie
dla samoorganizacji społecznej miał również wybór Jana Pawła
II. Wtedy po raz pierwszy ludzie wyszli na ulicę sami, bez Jana
Pawła II, w ciągu pół godziny i mogli się policzyć, a drugi
raz mogli się policzyć na placu Zwycięstwa[24]. W sytuacji, w której nie było wolnych mediów, miało
to podstawowe i ogromne znaczenie.
[MK] Podobno na Zaspie w czasie
pielgrzymki były dwa miliony ludzi[25].
[AF] W 1987 roku. Byłem tam wtedy. Ale
jak to policzyć? Może tak, może nie.
[MK] Może więc było milion ludzi,
to też bardzo dużo.
[JR] Do tego, co powiedział Wiktor
Osiatyński, chciałbym dodać uzupełniającą informację. W latach
pięćdziesiątych poziom ruchliwości społecznej w Polsce
był bardzo wysoki - następował awans społeczny dużych
grup. W latach sześćdziesiątych poziom ruchliwości (a
więc i awansu społecznego) się obniżył. Ale w połowie lat
siedemdziesiątych nastąpiła zasadnicza zmiana. W tym czasie bowiem
trend się odwrócił: awansujących było mniej niż tych, których
pozycja się obniżyła - wygasał proces, który odgrywał ważną
rolę w legitymizacji systemu. Miało to istotne konsekwencje dla
młodego pokolenia - perspektywa życiowego awansu uległa znacznemu
pogorszeniu. Nasiliły się negatywne postawy wobec władzy. Do pewnego
stopnia podobne zjawiska wystąpiły u nas w ostatnich latach [przed
wyborami 2015 roku - przyp. red.].
[AL] Rozumiem, iż podobieństwo polegało
na tym, że w momencie, kiedy zatykają się kanały awansu społecznego,
dochodzi do napięć społecznych i gwałtownej zmiany. W 2015 roku
młodzi ludzie masowo głosują na PiS Jarosława Kaczyńskiego, ponieważ
obiecuje im awans społeczny i odblokowanie Polski zawłaszczonej przez
"złe elity"... Albo na Kukiza.
[AF] Pierwsza faza awansu wygląda tak:
ludzie przychodzą ze wsi do miasta i w zasadzie zaczyna się trochę
życie na nowo. Inny rodzaj życia. Dla ogromnej masy, dla paru milionów
ludzi, lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte to aklimatyzacja
w nowym miejscu. Zarówno w pracy, jak i w domu, w obyczajach życia
codziennego. Natomiast Solidarność zostanie stworzona przez dzieci tych
migrantów. Ci ludzie już się urodzili w miastach, nie musieli się
do niczego adaptować, mieli dużo większe poczucie pewności swojego
statusu społecznego - a tym samym większe aspiracje. Ten system
rzeczywiście dużo oferował pierwszej generacji, jak mówił przed
chwilą Wiktor Osiatyński. Mieszkania, nowe zatrudnienie, inny poziom
życia niż na wsi, tam gdzie mieszkali rodzice.
[JG] Drogi awansu społecznego były
tworzone nie tylko przez okoliczności polityczne. Także przez
racjonalizacje. Pamiętamy, co Stefan Kisielewski powiedział kiedyś,
jak zwykle celnie i prześmiewczo: "To, że jesteśmy w dupie, to
jasne. Problem w tym, że zaczynamy się w niej urządzać". To dla
mnie moralnie słuszne odrzucenie, ale zarazem to zdrowe psychologicznie
przystosowanie do sytuacji, której nie można zmienić. Tak reagowali
niektórzy z moich kolegów, wstępując do partii po wydarzeniach
Marca '68. "Marzyłaby się nam inna Polska, ale przecież widać,
że nie damy rady" - powiadali ze smutkiem i dodawali: "Trzeba
jakoś się dostosować". Inni mówili, że zmieniać można, ale
tylko od środka. Jedni szczerze, inni mniej, ale w każdym wypadku
taka postawa była bezpieczna, a dla wielu wspierająca ich kariery
zawodowe czy awans społeczny.
[WO] Gomułka myślał - bo tak się
wychował - że jedna łazienka na piętrze powinna wystarczyć. Kiedy
rozmawiał z architektami, proponował takie budownictwo. Budowali
zresztą takie domy - była jedna łazienka na piętrze dla
wszystkich.
[AF] Ale dla dzieci tych, którzy przyszli
ze wsi, to już nie był postęp. Oczekiwali od państwa, że zapewni
im ono dobre życie, przecież taki jest model tego państwa: obiecuje,
że da mieszkanie i pracę. A mieszkań nie dawało. Jak w tej słynnej
kolejce za Gierka: młody człowiek dostanie swoje M za lat dwadzieścia
czy dwadzieścia pięć. Przed emeryturą.
[WO] Taki Kopeć może dać komuś
kupon.
[AF] Chyba że... no właśnie,
dostanie się to mieszkanie poza kolejką, w nagrodę od
władzy. Gierek obiecywał lepsze życie, ale ta obietnica nie została
dotrzymana. Kształtująca się socjalistyczna klasa średnia - w tej
grupie są lepiej wykształceni robotnicy, młodzi inżynierowie i tak
dalej - ma poczucie kryzysu perspektyw. To jest pozapolityczne
doznanie, ale ważne w sensie ekonomicznym, i zarazem kluczowe
doświadczenie drugiej połowy lat siedemdziesiątych.
[AL] W ten sposób dochodzimy do
Solidarności.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
[3] W PRL regularnie
dochodziło do wybuchów protestów społecznych. Największe to
bunt robotników w Poznaniu (czerwiec 1956), protest studentów
w Warszawie i w innych miastach akademickich (marzec 1968), bunty
robotników na Wybrzeżu (grudzień 1970) oraz w Radomiu i Ursusie
(czerwiec 1976). Dochodziło też do setek mniej znanych
strajków i protestów. W niektórych - na przykład w strajku
włókniarek łódzkich w lutym 1971 roku - brały udział dziesiątki
tysięcy osób.
[4] List Kuronia i Modzelewskiego - dokument
opracowany w latach 1964-1965 przez dwóch młodych wówczas,
ideowych komunistów, Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego, mający
formę "listu do partii". Pisali w nim między innymi, że partia
zdradziła ideały socjalizmu i zmieniła się w narzędzie wąskiej
kasty rządzącej biurokracji. Za napisanie listu - który został
upubliczniony - Kuroń i Modzelewski zostali skazani odpowiednio na
karę 3 oraz 3,5 roku więzienia.
[5] W dniach 14-22
grudnia 1970 roku doszło na Wybrzeżu do demonstracji, protestów
i zamieszek wywołanych przez robotników protestujących przeciw
podwyżce cen mięsa i innych artykułów żywnościowych. Wystąpienia
te zostały krwawo stłumione przez milicję i wojsko: zginęło 41
osób, a ponad tysiąc było rannych. "Wydarzenia grudniowe"
doprowadziły do upadku pierwszego sekretarza KC PZPR Władysława
Gomułki i objęcia tego stanowiska przez Edwarda Gierka. Pod
koniec czerwca 1976 roku doszło do kolejnych protestów przeciw
wprowadzonym przez władze podwyżkom cen żywności, między
innymi w Radomiu, w Płocku i w Ursusie. Zostały one brutalnie
spacyfikowane, a uczestników sądzono później w serii procesów
politycznych.
[6] KOR - Komitet Obrony
Robotników, jawna organizacja społeczna, powołana w celu niesienia
pomocy ofiarom represji po protestach w czerwcu 1976 roku. Był
to zalążek zorganizowanych środowisk opozycji demokratycznej
w PRL.
[7] Objęcie władzy przez Edwarda Gierka
przyniosło umiejętnie podsycane przez władze nadzieje
na wzrost poziomu życia i konsumpcji. Symbolami rządów Gierka stały
się między innymi samochód Fiat 126p oraz coca-cola. Wzrost płac
realnych w pierwszych latach jego rządów sięgał 10 procent rocznie,
co po ascetycznych latach Gomułki stanowiło pożądaną odmianę. Gierek
ułatwił także obywatelom PRL wyjazdy za granicę, wcześniej możliwe
tylko dla nielicznych.
[8] Październik
1956 - fala liberalizacji polityki wewnętrznej, powiązana
z objęciem rządów przez Władysława Gomułkę, do niedawna
więzionego.
[9] "Pomożecie?"
- słowa nowego pierwszego sekretarza KC PZPR Edwarda
Gierka, skierowane do strajkujących stoczniowców na
spotkaniu 25 stycznia roku. Stały się symbolem propozycji nowej umowy
społecznej, skierowanej przez władzę do społeczeństwa: wyższy
poziom życia w zamian za spokój społeczny i brak protestów.
[10] Pierwsza pielgrzymka papieża Jana Pawła II
do ojczyzny odbyła się w dniach 2-10 czerwca 1979
roku. Papieża na ulicach witały ogromne tłumy, panował podniosły
nastrój. Pielgrzymka ta jest powszechnie uważana za moment psychicznego
przesilenia: Polacy wyszli na ulice i zobaczyli, jak jest ich wielu,
a władza przestała się wydawać tak groźna, jak wcześniej.
[11] "Więź" - czasopismo
społeczno-kulturalne, wydawane przez środowiska świeckiej inteligencji
katolickiej w Warszawie od 1958 roku; jego pierwszym i wieloletnim
redaktorem naczelnym był Tadeusz Mazowiecki, pierwszy premier III RP;
"Znak" - katolicki miesięcznik wydawany w Krakowie od 1946
roku. Oba pisma prezentowały światopogląd religijny,
ale nie były otwarcie wrogie systemowi (inaczej nie mogłyby się
ukazywać legalnie). Odegrały jednak ogromną rolę w kształtowaniu
postaw opozycyjnie nastawionej inteligencji.
[12] Kardynał Stefan Wyszyński (1901-1981),
prymas Polski w latach 1948-1981, więziony przez władze
komunistyczne od roku 1953 do 1956. Symbol oporu Kościoła przeciwko
władzy, wytrawny negocjator i polityk, cieszący się ogromnym
autorytetem wśród wiernych.
[13] Andrzej Werblan
(ur. 1924) - historyk i politolog, działacz komunistyczny, członek
KC (1956-1981) i Biura Politycznego (1980).
[14] Karol Modzelewski (ur. 1937) - historyk,
jeden z najbardziej znanych dysydentów w PRL,
wielokrotnie więziony i represjonowany, po 1989 roku senator i polityk
partii lewicowych. Rozmowa Modzelewskiego i Werblana o PRL ukazała
się w roku 2017 (Polska Ludowa, red. R. Walenciak,
"Iskry", Warszawa 2017).
[15] Zjednoczenie
Patriotyczne "Grunwald" - założona w 1981 roku organizacja
o charakterze nacjonalistyczno-komunistycznym, bliska partyjnemu
"betonowi", wroga opozycji demokratycznej, prorosyjska
i antysemicka.
[16] "Rzeczywistość" - tygodnik ukazujący
się od roku 1981 do 1989 (z przerwą na stan wojenny, od grudnia 1981
do maja 1982). Pismo związane z "Grunwaldem", uważane za głos
komunistyczno-narodowego "betonu" w PZPR.
[17] Układ PRL-RFN, podpisany w Warszawie
7 grudnia 1970, w którym RFN uznawała granicę na Odrze i Nysie
za ostateczną. W konsekwencji układu granica ta została uznana za
ostateczną przez inne państwa Zachodu.
[18] Konstanty Rokossowski (1896-1968)
- marszałek Polski i ZSRR, minister obrony narodowej w okresie
stalinowskim (1949-1956), symbol radzieckiej kontroli nad armią
PRL, po 1956 wrócił do ZSRR; Stanisław Popławski (1902-1973) - generał armii PRL i ZSRR, wiceminister
obrony w okresie stalinowskim (1949-1956), dowodził wojskami
tłumiącymi protesty w Poznaniu w 1956 roku, po "odwilży"
wyjechał do ZSRR.
[19] Wassily Leontief (1905-1999)
- rosyjsko-amerykański ekonomista, laureat Nagrody Nobla w 1973;
Michał Kalecki (1899-1970) - polski ekonomista światowej sławy;
obaj badali między innymi dysfunkcje socjalistycznej gospodarki
planowej.
[20] Oskar Lange
(1904-1965) - polski ekonomista, członek KC PZPR i Rady Państwa,
autor teoretycznych propozycji usprawnienia centralnego planowania
w gospodarce socjalistycznej; dowodził, że możliwe jest skonstruowanie
socjalistycznej gospodarki mającej zalety kapitalizmu,
a pozbawionej jego wad (między innymi cyklicznych kryzysów). Jego
wpływ na realną gospodarkę w PRL nie był jednak duży.
[21] Aleksander Kopeć (1932-2015) - minister
przemysłu maszynowego w latach 1975-1980, jeden z kierowników
gospodarki PRL za Gierka.
[22] Adam Michnik (ur. 1946) - jeden
z najważniejszych dysydentów w PRL, po 1989 roku
redaktor naczelny "Gazety Wyborczej". W 1977 ukazała się
jego książka Kościół, lewica, dialog,
postulująca porozumienie Kościoła i "inteligencji laickiej"
w walce o wspólnie wyznawane wartości przeciwko władzy
komunistycznej. Była to niesłychanie wpływowa idea polityczna w latach
osiemdziesiątych.
[23] Repatriacja - tu: powroty Polaków do PRL
po 1945 roku i później, po przerwie w okresie stalinowskim, po 1956,
z terenów ZSRR; bardzo często wracali ludzie więzieni w łagrach
i represjonowani przez system sowiecki.
[24] Msza odprawiona przez
papieża Jana Pawła II 2 czerwca 1979 roku na placu
Zwycięstwa (dziś Piłsudskiego) w Warszawie. Homilię papież
zakończył słowami: "Wołam, ja, syn polskiej ziemi, a zarazem
ja, Jan Paweł II, papież. Wołam z całej głębi tego Tysiąclecia,
wołam w przeddzień Święta Zesłania, wołam wraz z wami wszystkimi:
Niech zstąpi Duch Twój! Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze
ziemi. Tej ziemi!" Dziesiątki tysięcy zebranych nagrodziły te słowa
kilkunastominutową owacją.
[25] Msza odprawiona
przez Jana Pawła II na Zaspie w Gdańsku 12 czerwca 1987 roku
w obecności setek tysięcy - według niektórych szacunków ponad
miliona - wiernych. Papież mówił w niej między innymi o tym,
że praca nigdy nie powinna być towarem i że chrześcijanin nigdy
nie może tracić nadziei, co było nawiązaniem do sytuacji politycznej
w PRL po stanie wojennym.