- Kobieta, jeśli jeszcze żyje, ma siedemdziesiąt lat. Tutaj masz zdjęcie. Ładna, kiedyś musiała być piękna. Nazywa się Anna Maria Wiśniewska. Ostatni raz widziano ją rok temu. Wyszła z poradni psychologiczno-pedagogicznej. Uprzedzam pytanie: nie, nie leczyła się na głowę. Pracowała tam. Dorabiała sobie do emerytury psychologa. Oto co wiemy: w czwartek o piątej po południu opuściła poradnię przy Alei Przyjaciół w Olsztynie. Wcześniej przyjęła pacjentkę, dziewczynkę, którą przywiozła babka. Wizyta zakończyła się o szesnastej. Był pierwszy czerwca dwudziestego trzeciego. Zaginiona wyszła z gabinetu, na korytarzu pożegnała się ze sprzątaczką, która zeznała na policji, że Wiśniewska miała zły nastrój, jak to określiła: "była rozkojarzona i zdenerwowana". Potem widział ją kurier InPostu, mają tam obok swój punkt. Zapamiętał, że mijając go, kobieta skryła się pod parasolem, bo zaczynał padać deszcz. Kurier zeznał, że nie wsiadła do żadnego samochodu, tylko poszła prosto w stronę Morskiej. Wiśniewska ma ładną willę na końcu tej ulicy, to całkiem blisko, niespełna kilometr. Ale nie dotarła do domu. Niedaleko jest Jezioro Długie. W jednej z wersji zaginiona mogła pójść właśnie nad wodę. Tylko po co? Przecież zaczynało padać, to nie była pogoda na spacer. Mogła się z kimś umówić. Ten ktoś mógł jej zrobić krzywdę. Ale jak? Wędkarze, których jest tam całkiem sporo, nie widzieli nikogo o takim wyglądzie. Policja zarządziła penetrację terenu, uruchomili technikę, były psy. Żadna z czterech znajdujących się tam kamer nie zarejestrowała obecności zaginionej. Dla pewności płetwonurkowie przeszukali dno jeziora... Klasycznie było rozpytanie. Najpierw rodzina. Córka i zięć: Jolanta Wiśniewska-Jakubek i Paweł Jakubek. Mieszkają pod Warszawą, w Piasecznie, operują w branży beauty, robią ekologiczne kosmetyki. Podobno dobrze im się powodzi, mówi się, że ich firma chce wejść na giełdę. Wiadomość o zaginięciu Anny Marii zastała ich w czeskiej Pradze. Mąż Wiśniewskiej nie bardzo chciał coś powiedzieć, bo leży na cmentarzu... Kobieta mieszka samotnie, krąg jej znajomych jest bardzo mały, utrzymuje kontakty z kilkoma osobami. To ludzie ze środowiska psychologów. Wszyscy mieli mocne alibi, wszyscy twierdzili, że Anna Maria nie ma wrogów. Nikt z nich nie widział jej tamtego popołudnia. Policja przyjrzała się pracownikom poradni, tutaj też nie wyszło nic podejrzanego. Żadnych poważnych konfliktów, awantur. Kulturalna, kompetentna starsza pani z bogatym doświadczeniem zawodowym. Była lubiana, uczynna, miała autorytet w swoim środowisku. Nie trafiła do szpitala, nie zamówiła taksówki, nie straciła pamięci ani nie błąkała się po ulicach. Podobno cieszyła się dobrym zdrowiem, nie miała nałogów, nie uprawiała hazardu, nie wykryto podejrzanych skłonności. Wiśniewska rozpłynęła się w powietrzu albo raczej w potężnej burzy, która była tamtego popołudnia. Jak to się zwykło mówić: nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał. Pojawiła się hipoteza o rozpoczęciu nowego życia. Ale trudno uwierzyć, że siedemdziesięciolatka zostawia piękny dom z ogrodem i bez jednej walizki wyrusza w świat. Pieniądze na jej koncie nie zostały naruszone, nie miała ich zresztą zbyt dużo. Szczerze mówiąc, jak na osobę z jej pozycją, była wręcz biedna. Co robiła z kasą? Nie odnotowano przekroczenia granicy, paszport leżał w szufladzie, samochód stoi pod wiatą na podwórku. Przejrzano billing z ostatniego miesiąca. Po zaginięciu nie wykonano połączeń z jej telefonu. Sprawdzono jej komputery: ten w domu i służbowy. Zaginiona nie prowadziła podejrzanej korespondencji, nie dostawała listów z pogróżkami. Przepadła jak kamień w wodę. Na komunikaty w mediach odpowiedziało kilku wariatów i szukających taniej sławy oszustów.
- Ale mówisz mi to wszystko nie dla zabicia czasu - powiedziałem, wiercąc się na krześle. - Dlaczego ta sprawa trafiła do nas?
- Minął rok. Policja zrobiła swoje. Tradycyjnie: personalia, grupa krwi, DNA, okoliczności zaginięcia, miejsce, zdjęcie. Teraz mają inne priorytety.
- I mam odnaleźć jej zwłoki, bo przypuszczalnie nie żyje.
- Ja tego nie powiedziałem.
- Ale tak myślisz.
- Nie wziąłbym tej sprawy, gdyby nie ten film. - Przestawił na biurku laptopa, tak że komputer znalazł się przy mnie, i włączył odtwarzanie.
Na ekranie było widać czarne niebo, potem jakąś ulicę, przy której za płotami stały jednorodzinne domy o stromych szczytach krytych czerwoną dachówką. Ten, kto nagrywał wideo, przemieszczał się wolno. Obraz skakał, co mogło oznaczać, że filmowiec kręcił z ręki. Musiał siedzieć w samochodzie - w kadr wchodziła częściowo opuszczona szyba. Do wnętrza pojazdu wpadał deszcz. Krople wody spływały po obiektywie, dlatego zapis był kiepskiej jakości. W pewnej chwili samochód zrównał się z wielkim autokarem, który zaparkował przy chodniku czy raczej na jakimś niedużym parkingu. Kiedy go mijał, po prawej, na ułamek sekundy, pojawił się ciemny samochód nieokreślonej marki. Stał w bocznej uliczce, tuż obok kobiety w płaszczu schowanej pod parasolem. Wtedy nad jej głową niebo przecięła błyskawica, potem kolejna. Pajęczyna wyładowań atmosferycznych pokryła smoliste niebo, towarzyszył temu dudniący grzmot. W jednej chwili rozpętała się burza, z mroku wyłoniły się kontury dachów, drzew i zaparkowanych na posesjach aut. Włączyły się alarmy, psy zaczęły szczekać. Doszedł do tego potężny huk piorunów bijących w taflę jeziora. Zerwał się wiatr. "Mamy to! Dawaj! To może być downburst!" - krzyczał do kogoś obok mocno podekscytowany operator. Obraz przyspieszył. Samochód i siedzący w nim ludzie ruszyli dalej. Koniec.
Mój szef cofnął filmik i puścił go ponownie, tyle że w zwolnionym tempie.
- Popatrz uważnie! - powiedział, sięgając po antynikotynową gumę do żucia. Próbował oszukać głód z powodu nagłego odstawienia fajek. Zastanawiałem się, ile wytrzyma. Ostatnio udało mu się nie palić przez całe trzy dni.
Zbliżyłem twarz jeszcze bardziej do ekranu. Gapiłem się na kobietę pod parasolem i samochód. Miał wyłączone reflektory, deszcz zalewał tylną szybę.
- To on - powiedział mój szef z pewnością w głosie. - Tego gościa będziesz szukał.
Na ekranie widać było tył auta, obstawiałem Volkswagena Golfa szóstkę, bo jeszcze niedawno miałem takiego samego. Wiem dokładnie, jak wygląda ten samochód. Patrzyłem na rozmazane kształty za szybą i jeszcze bardziej niewidoczną kombinację liter i cyfr na tablicy rejestracyjnej.
- Skąd to mamy?
- Z sieci. To filmik wrzucony na Facebooka. Nakręcili go łowcy burz. Krążył od dawna. Zobacz na datę nagrania. Wszystko pasuje. Godzina też by się zgadzała, jest za pięć szósta. Wcześniej, zanim zaczną walić pioruny, widać, jak ich samochód przejeżdża rondo, jedzie od centrum wzdłuż jeziora ulicą Bałtycką. Zatrzymuje się na pasach, a potem skręca w prawo. Mija kwiaciarnię, znak z ograniczeniem prędkości do czterdziestu i zakaz zatrzymywania się pojazdów powyżej trzech i pół tony na dłużej niż pół godziny. Wjeżdża na osiedle i dalej filmuje niebo. Ale facet na chwilę skierował obiektyw na ulicę i przypadkowo nagrał Wiśniewską i ten samochód.
Ponownie obejrzałem krótki film.
- Stoją tam jakieś znaki. To chyba przejście dla pieszych. Jest też drugi: żółty kwadrat z dzieckiem. Może to przejście do szkoły. Widziała to policja?
- Oczywiście.
- No i co?
- Nic. Mają swoje procedury. Trochę im zajmie, zanim wrócą do sprawy. Nas zatrudniła córka tej kobiety, to ona płaci. Masz odnaleźć kierowcę tego samochodu. Prawdopodobnie widział zaginioną jako ostatni.
- Albo widziała.
- Albo widzieli. Ktokolwiek by to był, masz odnaleźć kierowcę. To nasz świadek.
- Albo sprawca zaginięcia.
- To nie jest wykluczone.
- I pewnie mam to zrobić szybko.
- Zacznij już dzisiaj. Jesteś świetny, Raro! Nikt lepiej od ciebie nie umie odnaleźć człowieka.
- A ta Anna Maria?
- Znajdziesz jego, to znajdziesz Wiśniewską.