Dane oryginału
Viktor E. Frankl, Psychotherapie für den Alltag. Rundfunkvorträge über Seelenheilkunde
? Kreuz Verlag part of Verlag Herder GmbH, Freiburg im Breisgau first pubished as Psychotherapie für den Laien. Rundfunkvorträge über Seelenheilkunde, 1971
Projekt okładki i stron tytułowych Anna Kulikowska
Ilustracja na okładce Shazam Shabeer/Freepik oraz Anna Kulikowska. W projekcie wykorzystano elementy wygenerowane przez AI
Wydawcy Agnieszka Karaś-Telesińska, Aleksandra Małek
Redaktor Anna Gardyniak
Redaktor prowadzący Agata Kołacz
Produkcja Zuzanna Lebuda
Skład wersji elektronicznej na zlecenie Wydawnictwo Naukowe PWN S.A.: Michał Latusek
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując jej część, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo.
Więcej na www.legalnakultura.pl
Polska Izba Książki
Copyright ? for the Polish edition by
Wydawnictwo Naukowe PWN SA
Warszawa 2024
ISBN: 978-83-01-23912-1
eBook został przygotowany na podstawie wydania papierowego z 2024 r. (Wydanie I)
Warszawa 2024
Wydawnictwo Naukowe PWN SA
02-460 Warszawa, ul. Gottlieba Daimlera 2
tel. 22 69 54 321; faks 22 69 54 228
infolinia 801 33 33 88
e-mail: [email protected]; www.pwn.pl
Informacje w sprawie współpracy reklamowej: [email protected]
Wprowadzenie
Człowiek w poszukiwaniu sensu
Wykład publiczny wygłoszony w ramach XIV międzynarodowego Kongresu Filozofii (Wiedeń 1968)
Tytuł obejmuje więcej niż głosi temat - bierze pod uwagę definicję, a co najmniej interpretację człowieka. Interpretację człowieka jako istoty w ostatecznym rozrachunku i w gruncie rzeczy będącej istotą poszukującą sensu. Człowiek jest od zawsze ukierunkowany na coś, co nie jest nim samym: czy to na sens, który go wypełnia, czy na drugą osobę, którą spotyka. Tak czy inaczej - człowiek zawsze wychodzi poza siebie, a transcendencja to esencja ludzkiego istnienia.
Czy nie jest tak, że pierwotną i właściwą cechą człowieka jest dążenie do tego, żeby być szczęśliwym? Czy nawet sam Kant nie przyznał, że tak właśnie jest, dodając, iż człowiek powinien również dążyć do tego, by być godnym szczęścia? Powiedziałbym, że tym, czego człowiek pragnie, nie jest ostatecznie zdobycie szczęścia samego w sobie, lecz posiadanie powodu do szczęścia. Bowiem jeśli tylko zostanie nam dany powód do szczęścia, szczęście i zadowolenie pojawiają się same. Kant w swoim Uzasadnieniu metafizyki moralności pisze, że "szczęście jest efektem wypełniania obowiązków". I że "prawo musi iść przed przyjemnością, żeby tę ostatnią można było odczuwać". Jednak to, co tam powiedział o stosunku wobec obowiązków lub wobec prawa, ma w mojej ocenie charakter o wiele bardziej ogólny i nawet pozwala się przenieść ze sfery obyczajowości w sferę zmysłowości. Neurolodzy wiedzą o tym bardzo dobrze, ponieważ w codziennej praktyce klinicznej ciągle znajdują potwierdzenie, że właśnie wyparcie "przyczyny bycia szczęśliwym" nie pozwala odczuwać szczęścia mężczyźnie z zaburzoną potencją czy oziębłej kobiecie. Skąd bierze się to patogenne odwrócenie się od "przyczyny bycia szczęśliwym"? Z intensywnego poszukiwania samego szczęścia i przyjemności. Jak bardzo miał rację Kierkegaard, mówiąc kiedyś, że drzwi do szczęścia otwierają się na zewnątrz, a kto próbuje mimo to się w nie wedrzeć, przed tym się zamykają...
Jak możemy to sobie wyjaśnić? Ano tak, że tym, co w gruncie rzeczy człowieka przenika najgłębiej, nie jest ani pragnienie mocy, ani pragnienie przyjemności, lecz pragnienie sensu. I właśnie pragnąc sensu, człowiek nakierowany jest na jego znajdowanie i realizowanie, lecz także na doświadczenie istnienia drugiego człowieka w relacji "ty", na miłość. Jedno i drugie - spełnienie i spotkanie - dostarcza powodu do szczęścia i przyjemności. U neurotyków jednak to pierwotne dążenie jest niejako wykrzywione, przeradza się w dążenie wprost do przyjemności, w pragnienie przyjemności. Zamiast tego, by przyjemność pozostała tym, czym być musi, jeśli w ogóle ma zaistnieć, mianowicie skutkiem ubocznym spełnionego sensu i spotkania z drugim człowiekiem, to u neurotyków przyjemność staje się celem wzmożonych dążeń. W parze z nadmiernym dążeniem do szczęścia idzie też nadmierne myślenie o przyjemności. Przyjemność staje się jedyną treścią i obiektem, na którym skupia się uwaga neurotyka. W takim jednak stopniu, w jakim osoba neurotyczna zabiega o przyjemność, traci ona z oczu powód przyjemności i efekt przyjemności się nie pojawia. Im bardziej człowiekowi zależy na przyjemności, tym bardziej ta przyjemność mu umyka.
Łatwo można zrozumieć, że wzmożone dążenie i wzmożone myślenie o przyjemności, które ma niszczący wpływ na potencję i orgazm, jeszcze bardziej się intensyfikują, kiedy człowiek kierowany pragnieniem przyjemności próbuje ratować to, co jego zdaniem jest jeszcze do uratowania i szuka ucieczki w technicznej realizacji aktu seksualnego, nie wiedząc, że skazuje go to na porażkę. "Małżeństwo doskonałe" odbiera mu resztki owej bezpośredniości, na której gruncie może rozkwitnąć szczęście, jakie daje miłość.
W sytuacji istniejącego dziś przymusu intensywnego gromadzenia doznań seksualnych, zwłaszcza młody człowiek w takim stopniu ulega nadmiernej koncentracji na samym sobie, że nie może dziwić rosnący wśród pacjentów naszych klinik procentowy wskaźnik nerwic seksualnych.
Współczesny człowiek i bez tego przejawia skłonność do nadmiernego myślenia o sobie. Profesor Edith Joelson z Uniwersytetu Georgia pokazała w badaniach statystycznych, że w hierarchii wartości amerykańskich studentów najwyżej znajdują się rozumienie samego siebie (self-interpretation) i samorealizacja (self-aktualisation). Jest jasne, że chodzi o takie rozumienie samego siebie, jakie propaguje analityczne i dynamiczne psychologizowanie, które wykształconemu Amerykaninowi pozwala przypuszczać, że za jego świadomym zachowaniem stoją nieświadome przyczyny określonych reakcji. W kwestii samorealizacji odważę się twierdzić, że człowiek tylko w takim stopniu jest się w stanie realizować, w jakim spełnia coś, w czym upatruje sens. Imperatyw Pindara, zgodnie z którym człowiek powinien stawać się tym, kim jest od zawsze, wymaga uzupełnienia. To uzupełnienie dostrzegam w słowach Karla Jaspersa: "Człowiek jest tym, czym staje się przez to, co uwewnętrzni".
Jak bumerang rzucony ręką myśliwego, powracający, gdy chybi celu, nie trafiając w zdobycz, tak nastawiony jest na samorealizację człowiek, któremu nie udało się osiągnąć sensu, i który może nie jest nawet w stanie dostrzec sensu, o jakiego spełnienie chodzi.
Podobnie jest w kwestii pragnienia przyjemności i pragnienia władzy. Jednak podczas gdy przyjemność to produkt uboczny uzyskania sensu, to władza jest o tyle środkiem do celu, o ile realizacja celu wiąże się z pewnymi warunkami i wymogami społecznymi i ekonomicznymi. Kiedy jednak człowiek myśli o efekcie ubocznym przyjemności, a kiedy ogranicza się tylko do czystego środka do celu zwanego władzą? Do powstania pragnienia przyjemności lub pragnienia władzy dochodzi więc dopiero wtedy, kiedy człowiek dozna frustracji w kwestii pragnienia sensu; innymi słowy: zasada przyjemności jest w równym stopniu motywacją neurotyczną, co dążenie do posiadania władzy. Dlatego można zrozumieć, że Sigmunt Freud i Alfred Adler, których odkrycia odnosiły się przecież do neurotyków, nie docenili pierwotnego zorientowania się człowieka na sens.
Dziś jednak nie jesteśmy już, jak za czasów Freuda, sfrustrowani seksualnie. Nasza epoka to epoka frustracji egzystencjalnej. Frustracja ta dotyka zwłaszcza ludzi młodych, którzy w swoim życiu nie znajdują sensu. "Co dziś mają do powiedzenia Freud albo Adler dzisiejszej młodej generacji? - pyta Becky Leer, szefowa redakcji czasopisma studenckiego wydawanego na Uniwersytecie Georgia. - Mamy pigułkę antykoncepcyjną, która uwalnia od skutków współżycia seksualnego; dziś nie ma już żadnego powodu medycznego, by być seksualnie zahamowanym. I mamy władzę; wystarczy jeden rzut oka na amerykańskich polityków, którzy drżą przed młodą generacją i przed Czerwoną Gwardią w Chinach. Ale Frankl mówi, że w dzisiejszych czasach ludzie żyją w egzystencjalnej próżni i że przejaw tej próżni to nuda. Nuda - to brzmi przecież całkiem inaczej, czyż nie? Bardziej znajomo, nieprawdaż? A może znają państwo niewielu ludzi wokół siebie, którzy skarżą się na nudę - choć wystarczy wyciągnąć rękę, by móc mieć wszystko, czego się pragnie, łącznie z seksem Freuda i władzą nad innymi Adlera?".
Istotnie, coraz więcej pacjentów przychodzi do psychiatrów, skarżąc się na poczucie wewnętrznej pustki, którą opisałem i nazwałem egzystencjalną pustką, na poczucie głębokiego bezsensu istnienia. Byłoby pomyłką zakładać, że chodzi o zjawisko ograniczone do krajów Europy Zachodniej. Dwóch czechosłowackich psychiatrów, Stanislav Kratochvil i Osvald Vymetal, w wielu publikacjach dobitnie skonstatowało, że "ta współczesna choroba, ta utrata sensu życia, zwłaszcza wśród młodzieży, przekracza bez żenady granice kapitalistycznego i socjalistycznego porządku społecznego". To Osvald Vymetal, zachwycający się z wysokości prezydium czechosłowackiego kongresu neurologicznego Pawłowem, stwierdził mimo to, że w obliczu egzystencjalnej próżni psychoterapia oparta na zasadach Pawłowa psychiatrze nie wystarcza. A informacje o tym, że tę próżnię obserwuje się już w krajach rozwijających się, zawdzięczamy takim badaczom jak L. L. Klitzke (Students in Emerging Africa - Logotherapy in Tanzania, "American Journal of Humanistic Psychology" 9[105] 1969) i Josepf L. Philbrick (A Cross-Cultural Study of Frankl's Theory of Meaning-in-Life).
Jest tak, jak Paul Polak przewidział już w 1947 roku, mówiąc na wykładzie w Towarzystwie Psychologii Indywidualnej, iż "rozwiązanie kwestii społecznych uwolni dopiero problemy ludzkiej psychiki, dopiero je naprawdę zintensyfikuje; człowiek będzie wtedy wolny, by zająć się sobą, i dopiero wówczas rozpozna problemy tkwiące w nim samym, problemy swego istnienia". Ernst Bloch podzielił ten punkt widzenia: "Ludzi nękają teraz takie udręki, jakie zwykle dochodziły do głosu tylko w godzinie śmierci".
Jeśli miałbym krótko przyjrzeć się przyczynom leżącym u podstaw egzystencjalnej próżni, zwrócę uwagę na dwie różne kwestie - na utratę instynktu i utratę tradycji. W przeciwieństwie do zwierzęcia żadne instynkty nie podpowiadają dzisiejszemu człowiekowi, co musi, ani żadne tradycje, co powinien; często wydaje się też, że człowiek nie wie, czego właściwie chce. Tym bardziej więc nastawiony jest na to, by chcieć tylko tego, co czynią inni, albo czynić tylko to, co chcą inni. W pierwszym przypadku mamy do czynienia z konformizmem, w drugim z totalitaryzmem; sytuacja pierwsza dotyczy półkuli zachodniej, druga wschodniej.
Nie tylko konformizm i totalitaryzm są efektem egzystencjalnej próżni, również neurotyzm. Oprócz nerwic psychogennych, a więc nerwic w wąskim znaczeniu tego słowa, istnieją również nerwice noogenne, jak je nazwałem, to znaczy nerwice, które wiążą się nie tyle z chorobą psychiczną, co z udrękami duchowymi, często zrodzonymi z głębokiego poczucia bezsensu. W jednym z psychiatrycznych centrów badawczych w Stanach Zjednoczonych opracowano testy pozwalające diagnostycznie różnicować nerwice noogenne. James C. Crumbauch zastosował na tysiąc dwustu pacjentach test PIL-Test (PIL, purpose of life, sens życia). Oceniwszy uzyskane dane z pomocą komputera, doszedł do wniosku, że nerwice noogenne dają inny obraz choroby; nie mieści się on ani diagnostycznie, ani terapeutycznie w ramach tradycyjnej psychiatrii. Badania statystyczne prowadzone w Connecticut, Massachussets, w Londynie, Tybindze, Würzburgu i w Polsce doprowadziły do zgodnego wniosku, że nerwice noogenne stanowią około 20 procent wszystkich nerwic.
Jeśli mogę jeszcze coś dodać do problemu rozprzestrzeniania się pustki egzystencjalnej (nie tylko nerwic noogennych); badanie przeprowadzone przeze mnie na losowej próbce przed ponad rokiem wśród słuchaczy mojego wykładu wygłaszanego na fakultecie medycznym Uniwersytetu Wiedeńskiego wykazało, że poczucia braku sensu doświadczyło około 40 procent badanych; wśród moich amerykańskich słuchaczy liczba ta wynosi już nie 40, lecz 80 procent.
Czym można wyjaśnić taki stan rzeczy? Redukcjonizmem, który w krajach anglosaskich opanował życie duchowe człowieka bardziej niż gdzie indziej. Dla redukcjonizmu charakterystyczne jest wyrażenie "nic innego, jak tylko". Oczywiście znamy je również u nas w kraju i to nie od dziś. Upłynęło ponad pięćdziesiąt lat, gdy mój nauczyciel biologii w szkole średniej, przemierzając klasę w tę i z powrotem, głosił mentorskim tonem: "Życie jest koniec końców niczym innym jak tylko procesem spalania, procesem utleniania". Na co ja, nie poprosiwszy nawet o pozwolenie zabrania głosu, poderwałem się z ławki i z pasją rzuciłem pytanie: "To jaki sens ma w takim razie całe to życie?". Muszę stwierdzić, że w tym wypadku redukcjonizm kryje się za oksydacjonizmem sprowadzającym wszystko do procesu utleniania.
Uprzytomnijmy sobie, co znaczy dla młodego człowieka, jeśli mówi mu się cynicznie, że wartości są niczym innym tylko mechanizmami obronnymi i formami reakcji (nothing but defense mechanism and reaction formations), jak to można przeczytać w "American Journal of Psychoterapy". Moje zdanie na teorię form reakcji było kiedyś następujące: co dotyczy mnie samego, to nigdy, ale to przenigdy nie zgodziłbym się żyć z powodu moich form reakcji lub umrzeć za moje mechanizmy obronne.
Nie chcę być źle zrozumiany. W The Modes and Morals of Psychotherapy proponuje się taką oto definicję: "Man is nothing but a biochemical mechanism, powered by a combustion system, which energizes computers"[3]. Teraz jako neurolog jestem pewien, że komputer może być uznany za model centralnego systemu nerwowego. Błąd tkwi dopiero w nothing but - przekonaniu, że człowiek jest niczym więcej niż tylko komputerem. Człowiek jest komputerem. Wprawdzie dzieła Immanuela Kanta i Johanna Wolfganga Goethego składają się ostatecznie z tych samych dwudziestu sześciu liter niemieckiego alfabetu co książki Hedwig Courts-Mahler i Eugenii Marlitt, lecz to nieważne. Przede wszystkim nie da się powiedzieć, że Krytyka czystego rozumu Kanta jest tak samo jak Das Geheimnis der alten Mamsell Eugenii Marlitt, nagromadzeniem tych samych dwudziestu sześciu liter. Wtedy mielibyśmy drukarnię, a nie wydawnictwo...