Wykaz skrótów i oznaczeń edytorskich
AEO - Archiwum Elizy Orzeszkowej w Instytucie Badań Literackich PAN w Warszawie
akc. - akcesja
ap. - aprašas (część sygnatury archiwalnej LVIA)
BJ - Biblioteka Jagiellońska w Krakowie
BN - Biblioteka Narodowa w Warszawie
BPW - Biblioteka Publiczna miasta stołecznego Warszawy, ul. Koszykowa
Dnie - Eliza Orzeszkowa, Dnie, opracowała Iwona Wiśniewska, Warszawa 2001.
[EO] - przypis autorstwa Elizy Orzeszkowej
EO - Eliza Orzeszkowa
F. - fond - część oznaczenia sygnatury archiwalnej
K. - karta - część oznaczenia sygnatury archiwalnej
Kalendarium, t. 1, 2 - Iwona Wiśniewska, Kalendarium życia i twórczości Elizy Orzeszkowej, t. 1, 2, Warszawa 2014.
kopia LBŚ - kopie listów Elizy Orzeszkowej pochodzące z dokumentów po Ludwiku Brunonie Świderskim, przechowywane w Archiwum Elizy Orzeszkowej w Instytucie Badań Literackich PAN w Warszawie
Korespondencja - Maria Konopnicka, Korespondencja, t. 2, opracował Edmund Jankowski, Wrocław-Warszawa-Kraków-Gdańsk 1972
Listy - Eliza Orzeszkowa, Listy, opracował Ludwik Brunon Świderski, t. 1, 2 (cz. I i II), Warszawa-Grodno 1937-1938. Po skrócie następuje łacińskie oznaczenie numeru tomu, arabskie numeru części oraz przywołanie strony także cyfrą arabską.
Lz - Eliza Orzeszkowa, Listy zebrane, pod redakcją Jana Baculewskiego (t. 1-3). Do druku przygotował i komentarzem opatrzył Edmund Jankowski, t. 1-9, Wrocław 1954-1981. Po skrócie następuje łacińskie oznaczenie numeru tomu i arabskie numeru strony.
LBŚ - Ludwik Brunon Świderski
LVIA - Lietuvos valstyb?s istorijos archyvas, Vilnius (Litewskie Państwowe Archiwum Historyczne w Wilnie)
LMAB - Lietuvos moksl? akademijos biblioteka, Vilnius (Biblioteka Litewskiej Akademii Nauk w Wilnie)
n. st. - nowy styl - data według kalendarza gregoriańskiego
Nr - część oznaczenia sygnatury archiwalnej
"Nowy Korbut" - Bibliografia Literatury Polskiej "Nowy Korbut", t. 17, vol. II: Halina Gacowa , Eliza Orzeszkowa, Wrocław-Warszawa-Kraków 1999.
Ossol. - Biblioteka Ossolineum we Wrocławiu
PNP - Památník národního písemnictví w Pradze (Muzeum Literatury Czeskiej w Pradze)
Pisma krytycznoliterackie - Eliza Orzeszkowa, Pisma krytycznoliterackie, zebrał i opracował Edmund Jankowski, Wrocław 1959.
Pz - Eliza Orzeszkowa, Pisma zebrane, pod redakcją Juliana Krzyżanowskiego, t. 1-42, Warszawa 1947-1953.
Rkps - rękopis
Słownik geograficzny Królestwa Polskiego - Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich, pod redakcją Filipa Sulimierskiego, Bronisława Chlebowskiego, Władysława Walewskiego, t. 1-14, Warszawa 1880-1895.
Słownik warszawski - Słownik języka polskiego ułożony pod redakcją Jana Karłowicza, Adama Kryńskiego i Władysława Niedźwiedzkiego, t. 1, Warszawa 1900, t. 2, Warszawa 1902, t. 3, Warszawa 1904, t. 4, Warszawa 1908, t. 5 (z udziałem Władysława Króla), Warszawa 1912, t. 6 (ułożony przez Władysława Niedźwiedzkiego z udziałem Władysława Króla), Warszawa 1915, t. 7 (ułożony przez Władysława Niedźwiedzkiego), Warszawa 1919, t. 8 (ułożony przez Władysława Niedźwiedzkiego), Warszawa 1927.
Słownik wileński - Słownik języka polskiego... wypracowany przez Aleksandra Zdanowicza, Michała Bohusza Szyszkę, Januarego Filipowicza, Waleriana Tomaszewicza, Floriana Czepielińskiego, Wincentego Korotyńskiego, z udziałem Bronisława Trentowskiego. Wydany staraniem i kosztem Maurycego Orgelbranda, cz. I, II, Wilno 1861.
st. st. - stary styl - data według kalendarza juliańskiego
sygn. - sygnatura archiwalna
t. - teczka lub tom, część oznaczenia sygnatury archiwalnej
Oznaczenia transkrypcji
K. - karta autografu
V - strona verso autografu
r o z s t r z e l e n i e - podkreślenia z autografu lub druku
kursywa - tytuły książek, artykułów oraz wyrazy obce
"zwykła czcionka w cudzysłowie" - cytaty w tekście oraz tytuły czasopism
aaaaaaaaa - nadpisania nad wersem ręką Orzeszkowej (nieskreślone)
aaaaaaaaaa - skreślenia w tekście
aaaaaaaaaaa - skreślenia w tekście nadpisane nad wersem
{aaaaaaaaaaaa} - pierwszy poziom skreśleń w tekście
{aaaaaaaaaaaaa} - pierwszy poziom skreśleń w tekście nadpisanych nad wersem
[ ] - rozwinięcia słów (skróconych w tekście) pochodzące od edytora oraz wszelkie uzupełnienia edytorskie
... - wielokropek kończy zawsze niedokończony w tekście wyraz skreślony
[- - K. 1] - słowo nieczytelne, wraz z numerem karty rękopisu
[XX K. 1] - słowo nieczytelne skreślone, wraz z numerem karty rękopisu
[- - - - K.1] - dwa kolejne słowa nieczytelne, wraz z numerem karty rękopisu
[XX XX K. 1] - dwa kolejne nieczytelne skreślone słowa, wraz z numerem karty rękopisu
[? K. 1] - lekcja danego wyrazu niepewna
[?] - zapis danego wyrazu niejasny, coś niejasnego w tekście
<aaaaaaaaaa> - dopiski na marginesach rękopisu
ZNAD NIEMNA
1874
1875
CZAS POWSTANIA: brak źródeł uniemożliwia ustalenie okoliczności i dokładnego czasu powstania pierwszego cyklu listów Znad Niemna przeznaczonego dla warszawskiej "Niwy". Nie wiadomo, czy Orzeszkowa pisała felietony na zamówienie redakcji (współpracowała z pismem od kilku lat), która chciała zamieścić nieco informacji o życiu na Litwie, czy też cykl i jego tematyka były pomysłem autorki. Zdaje się, że bliższy rzeczywistości jest ten drugi trop. Orzeszkowa w wielu listach prywatnych i tekstach publicystycznych skarżyła się, że mieszkańcy Warszawy i Krakowa nie wiedzą nic o życiu tej polskiej prowincji. Znad Niemna ma wyraźnie "edukacyjny" charakter. Autorka nie tylko podaje wiele encyklopedycznych i historycznych danych, ciekawostek, reportażowych realiów, ale też próbuje zmierzyć się ze stereotypem zacofanego kresowego szlachcica, obojętnego wobec oświaty i nauki. Mówi o reformie uwłaszczeniowej na Litwie i dojrzewaniu do niej miejscowej szlachty; doprowadza swą refleksję do czasów powstania styczniowego. Na koniec zapowiada stylem ezopowym opowieść "o nowym widnokręgu", który "gdy wzniecone burzą tumany kurzawy opadły nieco [...] ukazał się w postaci zmienionej nie do poznania" - w kolejnym Liście. Jednak felieton poświęcony Litwie pouwłaszczeniowej nigdy się nie ukazał. Nie wiadomo, czy w ogóle pisarka kontynuowała pracę nad dalszym ciągiem Listów znad Niemna. Być może o zaniechaniu zadecydowały względy cenzuralne, wszak temat realiów postyczniowych był zawsze dla cenzorskiego ołówka najdrażliwszy. Do pomysłu korespondencji znad Niemna Orzeszkowa wróciła w 1887 roku, ale nie był to ciąg dalszy felietonów z lat siedemdziesiątych, dotyczył już zupełnie innych kwestii (zob. Listy znad Niemna w t. 3 niniejszej edycji, s.117).
AUTOGRAF: nieznany. "Nowy Korbut" (zob. poz. 251, s. 61) podaje błędnie, że autograf zachował się w AEO, sygn. 132. Jednak autopsja wykazała, że jest to rękopis Listu znad Niemna II drukowanego w "Głosie" w 1887 roku i nie ma nic wspólnego z listami Znad Niemna z połowy lat siedemdziesiątych.
PIERWODRUK: pierwszy list, zatytułowany Znad Niemna. I., ukazał się w warszawskim dwutygodniku "Niwa" 1874, t. 6, nr 1 z 1 lipca (s. 24-34) i nr 2 z 15 lipca (s. 89-94). List drugi (Znad Niemna. List II) - "Niwa" 1874, t. 6, nr 8 z 15 października (s. 494-501), nr 9 z 1 listopada (s. 558-565), nr 10 z 15 listopada (s. 625-633). List trzeci (Znad Niemna. List III) - "Niwa" 1875, t. 7, z. 3 z 1 lutego (s. 174-181) i z. 4 z 15 lutego (s. 241-248)1. "Nowy Korbut" przywołuje cykl Znad Niemna w dwóch działach: Publicystyka i krytyka literacka (zob. poz. 251, s. 61) i Listy otwarte do redakcji czasopism oraz korespondencje i polemiki (zob. poz. 362, s. 72) - bez odsyłacza, jako dwa osobne teksty, co niniejszym prostujemy.
PODSTAWA EDYCJI: pierwodruk.
UWAGI EDYTORSKIE: zmodernizowano ortografię (np. "nizki"; "strzedz"; "władzca"; "obówie"; "biórowe"; "belletrystyka") oraz interpunkcję, pisownię łączną i rozdzielną ("w obec"; "oddawna"; "w skutek"; "poprostu"; "gdziekolwiekindziej"; "bezzaprzeczenia"; "odniedawna"). Nie zachowano "é" w formach typu: "jéj"; "najwyższém"; "mniéj więcéj"; "nié ma"; "naszéj"; "innéj"; "klasycznéj"; "tutéjsze"; "potém"; "świétny". Większości tych form kreskowanych nie potwierdzają autografy Orzeszkowej. Kursywą zaznaczono tytuły (prócz tytułów czasopism) oraz słowa i wyrażenia w językach obcych. Rozstrzeleniem oznaczono słowa oddane w pierwodruku kursywą (które nie są tytułami ani wyrazami obcymi). Były to zapewne autorskie wyróżnienia oddane w ten sposób przez zecera. Uwspółcześniono dawne końcówki -em, -emi charakterystyczne dla narzędnika i miejscownika l. poj. deklinacji przymiotnikowo-zaimkowej rodzaju nijakiego i narzędnika l. mn. deklinacji przymiotnikowo-zaimkowej rodzaju niemęskoosobowego ("napełnione szaremi wodami"). Zmodernizowano odmianę typu: "oligarchij"; "kopij" oraz formy typu: "gubernijalny"; "genijalny"; "historyja"; "etnografija"; "filozofija"; "arteryja"; "pretensyje"; "korespondencyja"; "formacyja"; "oficyjalista"; "profesyjoniści"; "proletaryjusze"; "egzystencyja"; "materyjalny"; "żaluzyje"; "familijant"; "harmonija"; "inteligencyja"; "fantazyje"; "dyspozycyja"; "dyjament" - idąc za wskazówkami badaczy języka XIX wieku, którzy uważają, że pisownia -yja, -ija po spółgłosce w II połowie XIX wieku była w większości wypadków jedynie sprawą konwencji, a w wymowie niegwarowej nieobecna dziś samogłoska oznaczała jedynie dokładniejsze brzmienie, nie zaś ośrodek odrębnej sylaby. Zachowano formy dawne typu: "jeografia"; "źwierciadło" (ta ostatnia występuje zresztą niekonsekwentnie); "ewanieliczny"; "domóstwo"; "mięszać"; "piasczysty" (obocznie z "piaszczysty"); "drożka"; "na wskróś"; "któś"; "spójrzeć"; "sprobować"; "tłomaczyć" (cztery ostatnie niekonsekwentne); "pojedyńcze"; "wyśpiarze"; "odźwierciedlać"; "przedsiębierstwo"; "egzagierować". Liczebniki porządkowe pisane cyfrą z końcówkami fleksyjnymi (np. 4-go, 5-go) podano słownie. Podział na akapity zachowano jak w pierwodruku - jest logiczny i przejrzysty. Repliki dialogowe znajdujące się w środku akapitów, a oznaczone w pierwodruku cudzysłowem, w edycji wyeksponowano za pomocą myślnika poprzedzającego i kończącego zdanie.
ZNAD NIEMNA
I
Znad Niemna! qu'est ce que ça? o? est ce que ça?2 z Paragwaju że to? z Chili? z Langwedocji czy z Mezopotamii?
Jeżeliś Mazurem, czytelniku, tym bardziej warszawianinem, a tym bardziej jeszcze Galicjaninem, nie obrażaj się na mnie za to, że cię o powyższe wykrzyki i zapytania posądzam. Prawda jest gorzka potrawa, niemniej jednak prawdą to jest, że nie wiesz dokładnie, jakie mianowicie plemiona zamieszkują brzegi rzeki, której nazwę tylko co wyczytałeś, i że z nierównie większą łatwością przyszłoby ci znaleźć na karcie jeograficznej wężykowate linijki oznaczające bieg Tybru, Sekwany, a może nawet Ohia lub Gwadalkwiwiru3 niż tę, która przedstawia głębokie i długie, szarymi wody napełnione, w pagórkowate, lesiste brzegi ujęte łożysko Niemna. Ależ bo wprawdzie Tybr to świętość, Sekwana - świetność, Gwadalkwiwir - romantyczność i przypomina Gonzalma z Korduby4, Ohio - dalekość, a więc osobliwość, i na myśl przywodzi czarnych jak noc Murzynów lub jak miedź brunatnych Irokejczyków5, Niemen zaś to... nie wiadomo co..., puszcza jakaś może albo żydowskie miasteczko, którego mieszkańcy każdej wiosny i jesieni melancholijnie siadają na dachach domóstw swych z wędkami zapuszczonymi w głębie ulic błotem płynących, albo jeszcze - imię to może tej jejmości, która zaprzeszłej zimy weszła była do loży warszawskiego Wielkiego Teatru w szubie z lisowym kołnierzem i w słomkowym kapelusiku, a śpiew primadonny zagłuszała rozmową odznaczającą się akcentem wielce śpiewnym, polegającym na zupełnie nieprawdopodobnym przedłużaniu przedostatniej zgłoski każdego wyrazu... Wszystkie wyobrażenia te plączą się i mięszają w wyobraźni ucywilizowanego czytelnika przy wzmiance o Niemnie tak, że trudno mu jest wielce stanowczo przypomnieć sobie, czy nazwa ta oznacza gęstwinę leśną napełnioną rozbójnikami i żubrami, czy kupę chałup do połowy zatopionych w błocie i noszących nazwę miasteczka, czy prowincjonalną jejmość z jej zadziwiającym taktem toaletowym i całkowicie już fenomenalną melodyjnością mowy.
Los, który wedle wyrażenia poetów igra z ludźmi jak wicher ze zwiędłymi listkami6, rzucił przed kilką laty jednego z dobrych moich znajomych w okolice Karpat7 i umieścił go tam śród bardzo licznego i wytwornego weselnego zebrania. Znajomy mój mieszkał stale w stronach puszcz, borów, żubrów i b o ć w i n y, za młodu przebywał naukowe kursa na jakimś uniwersytecie, a w wieku dojrzałym oddał się z zapałem urządzaniu gospodarstwa w swej posiadłości wiejskiej, w której oprócz pól wzorowo zaorywanych i obsiewanych, posiadał jeszcze parę przemysłowych zakładów i znaczną bibliotekę. Natura obdarzyła go piękną wymową, a jakkolwiek bruździła mu nieco w ustach owa, uporczywej, nieprzepartej długości przedostatnia zgłoska wyrazów8, rozmawiać umiał i chętnie rozmawiał, najchętniej wtedy, gdy dyskurs wpadł na temat rolnictwa, przemysłu i literatury ekonomicznej. Owóż zdarzyło się, że gdy na owym świetnym a licznym zgromadzeniu krakowian rozmowa potoczyła się w ulubionym mu właśnie kierunku, mieszkaniec puszcz wnet ster jej pochwycił, wiedzą i krasomówstwem swym (pomimo niefortunnej zgłoski) błysnął i powszechną na siebie uwagę zwrócił. - Czy można zapytać, z jakich stron pan przybywa? - wyrzekł jeden z dostojnych zgromadzonych. - Z Litwy, panie - brzmiała odpowiedź mego znajomego. - Pan z Litwy i tak wykształcony! - z najwyższym zdumieniem zawołała ludność galicyjska i wnet wszystkie oczy, magnetyczną jakby siłą pociągnięte, zwróciły się na... nogi nadniemeńskiego gościa, a z twarzy obecnych wyczytać można było, że spodziewali się tam zamiast balowego obuwia ujrzeć klasyczne łapcie. Urocze krakowianki zapytywały mieszkańca lasów, czy umie pacierze mówić alboli może jest jeszcze poganinem? Był to żart zapewne, ale w każdym żarcie jest część prawdy. Wszakże Jagiełło był poganinem - a jest to jedyna rzecz litewska, o której inne strony świata mają mniej więcej jasne wyobrażenie.
- Avouez, ma ch?re, że ta wasza Litwa c'est encore quelque chose de terriblement barbare9 - mówiła mi niedawno warszawianka, śliczna zresztą, rozumna i wykształcona osóbka. - W istocie - odrzekłam - mieszkamy w jaskiniach z niedźwiedziami, jemy chłodnik z boćwiny i ogórki z miodem, a gdy chcemy użyć konnej przejażdżki, wsiadamy na żubrów. - Wszystko to są żarty, ma ch?re, ale przyznaj, że o etykiecie i literaturze nie macie najmniejszego wyobrażenia. - I owszem, etykieta panuje u nas najsurowsza, zupełnie jak w Chinach. Mandarynów np. tylu co u nas nie znajdziesz nigdzie, nigdzie też nie wykonywa się tak wielka ilość pokłonów; w potrzebie są także i bambusy. Co do literatury, świeżo właśnie rozpowszechniły się u nas i żywe obudzały zajęcie dwa nowe dzieła: Pistolet do zabicia grzechu śmiertelnego i Historyja o Amandysie z Galii10. ...W każdym żarcie jest część prawdy.
Otóż jak zapoznani, co gorsza, nieznani jesteśmy! I trzebaż właśnie, aby zapoznanie to czy nieznanie dotyczyło tej właśnie prowincji, która słusznie chlubić się może najgorętszym, najpoetyczniejszym i niekiedy najciaśniejszym prowincjonalnym patriotyzmem. Jesteśmy wcielonym duchem parafii; z zapałem niewyczerpanym dowodzimy całemu światu, że nie ma dzwonnicy nad naszę dzwonnicę, że wszystkie inne dzwonnice są wobec naszej igraszką, bańką pustą, żartem, wiatrem, niczym. Izolujemy się jak możemy, separujemy się, chwalimy się, a kula ziemska jak milczy o nas, tak milczy, jak nie zna nas, tak nie zna! O! na Perkuna i Mildę11, dość już tego! Czy słyszeliście o tych jenerałach francuskich, którzy w czasie ostatniej wojny bitwy przegrywali z powodu, że nie wiedzieli dobrze, gdzie znajduje się Sekwana, a gdzie Saona, albo o tym starym wojaku, który zapytany przez kogoś, jak Napoleońskie wojska Ren przebywały, odparł: - spaliliśmy go, mościa dobrodziejko! - A cóżeście państwo z jeografią uczynili? - Oparliśmy o nią lewe skrzydło naszego wojska12. Brzydkie przykłady! naśladować ich nie trzeba. Jeografia jest rzeczą ważną. Uczy ona cenić według wartości dzwonnicę własną bez poniewierania innymi i tak poruszać sercami tkwiących w nich dzwonów, aby wydawały dźwięki harmonijne, stokroć milsze i zbawienniejsze niż rozjednostkowane krzyki, z których każdy wyśpiewuje na zabój chwałę swojej parafii.
Serio mówiąc, czytelniku, z trwogą niepomierną i zupełnie okolicznościami usprawiedliwioną przystępuję do dzieła zaznajamiania cię z tym kawałem ziemicy naszej, z jednej strony (to jest przez nas samych) tak sławionym i wynoszonym, z innej (to jest przez sąsiadów naszych i los) tak nieznanym i wyśmiewanym. Oprócz puszcz legendowych, miasteczek z błota i niechlujstwa słynnych, klasycznej boćwiny i prowincjonalnego akcentu, istnieje tu mnóstwo zjawisk oryginalnych, uwagi godnych, złych i dobrych, zasmucających i pocieszających, ale tej tylko miejscowości właściwych, bo przez naturę miejscową i miejscowe dzieje wytworzonych. Pyszny, szeroki, kompletny obraz strony tej w jej przedkilkusetletniej postaci dał nam Karol Szajnocha w kilku rozdziałach dzieła swego pt. Jadwiga i Jagiełło13. Na obrazie tym ujrzeć można z przedziwną dokładnością i nie mniejszym urokiem odmalowane pierwociny tego, co po przebyciu licznych faz rozwoju podało tło i barwy innemu znowu mistrzowi, aby w Panu Tadeuszu odmalował Litwę taką, jaką była przed kilkudziesięciu laty. Pojedyńcze, oderwane epizody życia ziemi tej i jej mieszkańców w czasie, który bezpośrednio nastąpił po epoce w arcydziele Adama opiewanej, znaleźć możemy jeszcze w Obrazach litewskich Chodźki14, zapomnianych już dziś prawie, lecz posiadających wartość niemałą, na odrębnej a wybitnej charakterystyce przede wszystkim polegającą, w wielu utworach Kraszewskiego, w śpiewach poetów, którzy przed niewielą dziesiątkami lat żyli nad brzegami tutejszych rzek i strumieni i rodzinną miejscowość swą wyłącznie opiewali. Tu przecież urywa się wątek prac mniej więcej prawdziwie a dokładnie ten kąt świata innym stronom jego przedstawiających. Dziesięć lat ostatnich nie znalazło jeszcze historyka swego i malarza, a jednak lata te to moment przełomów, zmian, reform tak w ekonomicznym, jak w społecznym i moralnym życiu strony tej; jeden z tych momentów, w łonie których konają i rodzą się wieki. Dla odmalowania go w całej jego pełni, szczerości i wszechstronności za słabym jest pióro pojedyńczego człowieka, za ciasna i za surowa chwila obecna. Najsilniejszy choćby, lecz wyosobniony umysł i prawa chwilą obecną rządzące pozwalają na lekkie tylko dotknięcie głównych rysów obrazu. Głębszego wżycia się w dzieje tej epoki, wszechstronniejszego jej objęcia i przedstawienia dokona kiedyś przyszłość sprawiedliwa, oświecona i swobodna. Nie przyrzekając ci więc, czytelniku, nic kompletnego i wyczerpującego, wskazać zamierzam kilka punktów ziemi tutejszej i tutejszego życia posiadających pewną odrębną charakterystykę, a w danym miejscu i czasie najbardziej do obejrzenia podatnych. Będzie to dla ciebie w każdym razie wędrówka a la recherche de l'inconnu, w której nie trzymając się ściśle brzegów rzeki będącej naszym punktem wyjścia, zbaczać będziemy na prawo i lewo, aby ogarnąć o ile możności najszerszy krąg widoków i spostrzeżeń.
A najprzód, aby dowiedzieć się, jak ludzie żyją, trzeba wiedzieć, gdzie oni żyją. Topografia i fizyczna jeografia kraju pewnego stanowić muszą wstęp nieodzowny dla wszelkiego racjonalnego opisywania zamieszkującej go ludności. Gleba, klimat, widoki natury - oto troje pierwotnych piastunów ciał i duchów ludzkich. Potem następują kształciciele inni: urządzenia państwowe i społeczne, cywilizacja i jej kierunek, polityczne wypadki i stosunki. Początek wszakże tej nici długiej i wielorakiej jest tam, skąd wszystkie źródła tryskają i wszelkie życie powstaje - w ziemi i w słońcu.
Tu, czytelniku, jeszcze jedna anegdota służąca do dowiedzenia, że mieszkańcy stron dalszych posiadają o stronie naszej takie samo mniej więcej wyobrażenie jak o Rzeczypospolitej Argentyńskiej albo Królestwie Dwóch Mostów15. Niedawno jedna z osób nad brzegiem Niemna mieszkających otrzymała z Warszawy od człowieka bardzo szanownego i skądinąd bardzo światłego list zaadresowany w sposób następujący: w mieście Grodnie, w guberni (wyraźnie: w g u b e r n i) litewskiej. Przypuszczać godzi się, iż i ty także, czytelniku, zostajesz w błogim mniemaniu, że istnieje na tej ziemi naszej gubernia litewska? Gruba to omyłka. Guberni litewskiej nie ma, Litwa zaś składa się z guberni czterech: wileńskiej, kowieńskiej, mińskiej i grodzieńskiej, z dodatkiem powiatów: mariampolskiego, kalwaryjskiego i augustowskiego, które jakkolwiek urzędowo składają część gub[erni] suwalskiej, według historii swej i natury zamieszkującej je ludności (w znacznej części używającej nawet litewskiego języka) należą do właściwej Litwy16. Powiat za to bielski i w połowie białostocki, objęte granicami gub[erni] grodzieńskiej, posiadają wszystkie cechy stron Królestwa, z którymi graniczą, a kobryński, część brzeskiego i pińskiego, które stanowiły niegdyś krainę Czarną Rusią zwaną, naturą gleby swej i narzeczem ludu zlewają się ściślej z pogranicznym Polesiem Wołyńskim niż z okolicami właściwej Litwy ze stron innych je okalającymi17. Jak znaczna jest przestrzeń wyżej wspomnianych miejscowości, wnieść można stąd, że posiadają one około pięciu milionów mieszkańców, a tak mało są zasiedlone, iż nierzadko napotkać tu można wielkie obszary ziemi odłogiem leżące z powodu braku rąk do uprawy, iż w miejscach tych nawet, w których ludność jest najgęstsza, gospodarstwa wiejskie mniej lub więcej, ale zawsze cierpią na niedostatek robotnika i przy zmianie systemu pańszczyźnianego na folwarczny posiłkować się musiały sprowadzaniem go ze stron odległych lub najmem żołnierzy u wojsk w okolicy przebywających.
Statystyczne dane, które by przedstawiały niejaką rękojmią pewności, są dla strony tej wielce niedostateczne; niejaką wszakże miarę rozległości guberni naszych otrzymać można przez porównanie ukazujące, że ludność Litwy równa prawie tej, która zamieszkuje Królestwo, w jednej zaledwie trzeciej części tak gęstą jest jak w 10 nadwiślańskich guberniach. Gdybyśmy teraz na wielki ten kawał ziemi spojrzeli z góry i spróbowali a vol d'oiseau18 plan jego narysować, mielibyśmy na mapie naszej ogromną równinę, tu i owdzie wzdymającą się pasmami wzgórz niewysokich, w miejscach jednych przerżniętą19 obfitymi strugami wód większych i mniejszych, gdzie indziej jeszcze zalaną niemal zbyteczną ich mnogością. Lasy, pomimo zaczętej od dawna i na olbrzymią skalę prowadzonej dotąd ich eksploatacji, tworzyłyby na planie tym gęsto jeszcze i szeroko zakreślone koła i pasy; miasteczka drobne, zaledwie na nazwę tę zasługujące - stosunkowo liczne, kilka grodów średniej wielkości, ani jednego takiego, który by miał prawo do rzędu wielkich miast się zaliczać; oto wszystko. Na pozór więc kraina ta wydaje się jednostajną, urozmaicenia wszelkiego i bogactwa charakterystyki pozbawioną. Jest to wszakże tylko pozór. Przy bliższej znajomości odkryć tu można, przeciwnie, wielką rozmaitość cech odznaczających tak naturę, jak ludzi. W ogóle nawet żadna ze stron kraju bardziej ku zachodowi posuniętych nie odznacza się już w dobie obecnej tak wybitną oryginalnością, jak ta właśnie. Skutek to naturalny najmniejszego przypływu w strony te prądów cywilizacyjnych. Cywilizacja, roznosząc po świecie nowe wynalazki, narzędzia, pojęcia, we wszystkich miejscach świata, do których zajrzy, upodobnia widoki natury, zewnętrzne przynajmniej, ujednostajnia postacie ludzi. Wskutek większego oddalenia od Zachodu, braku wszelkiego centrum, które by skupiało w sobie umysłowe i przemysłowe siły prowincji i wzajemnie odsyłało jej swe promienie, wskutek na koniec okoliczności pewnych, które dla sąsiedniego Królestwa nie istniały wcale albo istniały w mniejszej nierównie mierze, albo niedawno dopiero istnieć zaczęły, roboty cywilizacyjne postępowały tu ze słabą wielce siłą natężenia i rozlewały się po kraju warstwą nierówną, obejmującą miejscowości jedne, inne całkowicie prawie na uboczu pozostawiającą. Stąd, pomimo ogólnej jednostajności przyrody, dziewiczość jej, a więc rozmaitość, stąd cechy odrębne wyróżniające ludzi w bycie ich domowym i towarzyskim, a sprawiające, iż pomiędzy ludnością miejsc innych uchodzimy za oryginałów, a w wielkiej części jesteśmy takimi istotnie.
Pobieżnie i na krótko zatrzymajmy się na kilku punktach wydatniejszych i dotąd jeszcze obleczonych charakterystyką lub przynajmniej częścią tej charakterystyki, na utworzenie której składały się przez wieki siły przyrody.
Niemen bierze początek swój na granicy powiatów mińskiego i nowogródzkiego, po czym zaraz przebiega powiat nowogródzki, który dzięki wodom i brzegom jego, a także kilku innych rzek mniejszych, posiada wiele miejscowości pełnych jeżeli nie majestatycznej piękności, to malowniczego i rozweselającego wdzięku. Temu to zapewne dostatkowi wód, a także glebie więcej niż średnio żyznej, powiat ten zawdzięcza ludność stosunkowo dość gęstą, zamożną i słynącą od dawna (w sferze szlacheckiej) spójnością, ożywieniem i ogładą życia towarzyskiego. Poprzez pograniczny nowogródzkiemu powiat lidzki (gub[ernia] wileńska), płaski w wielkiej części, mało zaludniony, na rozległych obszarach karłowatymi lasami okryty, wielka rzeka nasza dostaje się w piękne, wzgórzyste, umiarkowanie leśne i zawodnione strony grodzieńskie. Tu jednak grunta położone w bliskości brzegów Niemna są najpowszechniej piasczyste20 i jałowe, te za to, które rozkładając się okiem nieścignionymi płachtami pól i łąk albo pnąc się po malowniczych wzgórzach, towarzyszą biegowi niewielkiej rzeczki Świsłoczy21, wzbogacają posiadaczy swych żyznością niepospolitą, do pewnego stopnia w porównanie iść mogącą ze słynną z urodzajności swej ukraińską glebą. Taż sama Świsłocz z pow[iatu] grodzieńskiego wnika do sąsiedniego mu wołkowyskiego, w którym grunt kamienisty faluje nieustannie, tworząc dość wysokie piasczyste wzgórza i świeże, urodzajne, strumieniami poprzerzynane doliny, a zupełna prawie nieobecność lasów pozwala ze szczytu wysokości pewnych ogarniać okiem szerokie i niepospolicie urozmaicone krajobrazy. Bezleśna strona ta przytyka jednak do granic jednej z odwiecznych i olbrzymiością swą imponujących potęg roślinnego pastwa. Na skrajach powiatów wołkowyskiego i prużańskiego zjawiają się pierwsze straże Białowieskiej Puszczy. Wspaniałe straże te w postaci sosen olbrzymiej wysokości i z powierzchnią tak gładką, jakby ją stolarskie ociosało narzędzie, zgęszczając wciąż szeregi swe, wiodą do tej krainy cienia, żubrów i podań ludowych, której obraz poetyczny, lecz zarazem bardzo wiernie rzeczywistość przedstawiający znaleźć może każdy na początku 4. pieśni Pana Tadeusza, tej nieśmiertelnej epopei, która raz jeszcze dowiodła prawdy, że w utworach g e n i a l n y c h wieszczów mieścić się mogą, wśród wielorakich mądrości, historia i nawet etnografia, pojęte tylko jako filozofia dziejów ludzkich i postaci przyrody. Tajemnicza ta, wyniosła, gorącym życiem natury wezbrana, głębokim cieniem i zarazem olśniewającymi blaskami napełniona kraina leśnych olbrzymów była także niegdyś głęboką i po brzegi wypełnioną skarbnicą krajowego bogactwa. Dziś jeszcze, pomimo eksploatacji od lat wielu dokonywanej przez mało sumienną i wielce nieumiejętną administracją, miejsca dziewicze, toporem nietknięte, jakkolwiek rzadkie już, nie są jeszcze mitem, lecz istniejącą, do czasu zapewne, rzeczywistością. W tych to miejscach kryją się dotąd legowiska ostatnich pokoleń żubra, próchnieją i upadają z wolna olbrzymi starce, ostatnie świadki pory przedwiekowej, w której według powyżej wspomnionego22 opisu Szajnochy Litwa cała przedstawiała powierzchnią najeżoną lasami, z rzadka tylko przerzynanymi skąpym uprawnej roli kawałkiem lub grząskim, wilgotnym, podstępnym moczarem. Słabe ślady epoki tej istnieją także w przerywanych, lecz wciąż jeszcze na powierzchnią gruntu występujących pasach leśnych, którymi Białowieska Puszcza spaja się w jednej stronie z Dziadowskimi Lasami, także puszczą zwanymi, a zajmującymi (w powiecie Słonimskim) przeszło ośm mil kwadratowych przestrzeni, w innej stronie z lasami pokrywającymi znaczną część Litewskiego Polesia. Strona ostatnią nazwę tę nosząca obejmuje sobą część powiatów brzeskiego i kobryńskiego (gub[ernia] grodzieńska), powiaty piński i mozyrski (gub[ernia] mińska), graniczy z pokrewnym jej naturą Polesiem Wołyńskim (powiaty kowelski i owrucki), a widokiem, który przedstawia i wszystkimi właściwościami tak gruntu swego, jak zamieszkującej go ludności stanowi najciekawszą może, najmniej zbadaną, najgorszą noszącą sławę, a w odrębność charakterystyki najbogatszą część Litwy.
Polesie to strona całkowicie pokryta w miejscowościach jednych lasami i łąkami, w innych wodami i błotnymi moczarami. W powiatach brzeskim i kobryńskim lasy tak iglaste, jak liściaste pokrywają przestrzenie na kilka, a nierzadko kilkanaście tysięcy dziesięcin rozległe. Podobnież wielkie obszary zajmują łąki, role zaś zbożowe, w ilości stosunkowo bardzo małej uprawiane, gdzieniegdzie tylko niby rzadkie i ciasne oazy świecą żółtą powierzchnią śród tych rozłogów nisko lub wysoko ciągnącej się zieloności. Jakkolwiek grunt tu niski jest i wilgocią przesiąkły, wód bieżących istnieje niedostatek wielki, stąd sposoby zbytu i dostawy nieskończenie utrudnione, a owe ogromne bogactwa leśne bardzo mało dotąd eksploatowane. Niedostatkowi temu zapobiegać miał kanał zwany K r ó l e w s k i m, dla połączenia rzeki Piny z Muchawcem, a przez to i z Bugiem wykopany23.
Częścią jednak wskutek technicznych błędów popełnionych w robocie kanału, a żeglugę po nim utrudniających, w części przez winę stronnej i wyzyskującej administracji, działanie tego środka komunikacji było bardzo słabe i nieskończenie mało przyczyniało się do ożywienia i zasilenia miejscowego handlu i przemysłu. Toteż te mianowicie lasy, które szerokimi i długimi pasami ciągną się na pograniczu wołyńskim, przed dziesięciu jeszcze laty zostawały w stanie zupełnej niemal dziewiczości, olbrzymie dęby, sosny i jodły rozsypywały się w próchno na tych samych miejscach, kędy się rodziły, miejsca ich zastępowały świeże, coraz liczniejsze pokolenia, a śród gęstwiny tej, którą napełniała cisza, z rzadka zaledwie przerywana stukiem topora wyrąbującego drzewo na domowe potrzeby mieszkańców, hodowały się w ogromnej liczbie i przenosiły się z miejsca na miejsce stada łosi, sarn i dzików. Dotąd jeszcze, pomimo coraz bardziej zbliżających się ku stronie tej gałęziom kolei żelaznej, w głuszach tych gęsto przez zwierzęta, a rzadko przez ludzi zaludnionych, istnieją nieznane, przez nikogo nieobliczone zasoby drzewa bardzo rozmaitego gatunku i użytku. Na pewno, zdaje się, powiedzieć można, że tu właśnie istnieją jeszcze najobfitsze i najmniej naruszone bogactwa leśne Litwy, tu jeszcze poeta znaleźć może pożądane dla siebie, a wyraźniejsze niż gdziekolwiek u nas ślady i widoki bujnej, samotnej, pierwotnej natury, szerokie pole do utrwaleń i ulepszeń, przemysł i handel - hojne źródło do korzystnej eksploatacji. Na nieszczęście poeci nie odbywają podróży dla zapoznania się ze stronami tymi, niesłusznie przez publiczną famę odartymi ze wszelkiej charakterystyki i piękności, o gospodarstwie leśnym nikt tu pono i nie słyszał jeszcze, a przemysł i handel, w najniepomyślniejszych rozwijając się warunkach, działalnością swą, w jakiejkolwiek dokonywa się ona gałęzi, daleko więcej przynoszą szkody niż pożytku.
Drugie źródło bogactw Polesia: łąki, w podobnym jak lasy zostają zaniedbaniu. Są to ogólnie prawie grunta wilgotne, torfiaste, przedstawiające powierzchnią chropowatą i błotnistą; część ich znaczna spoczywa bezużytecznie w opuszczeniu zupełnym, inna doprowadzaną bywa do stanu użyteczności przez wysuszanie ich, dokonywające się za pomocą wypalania kęp porastających je gęsto do wysokości kilku i kilkunastu cali. Wypalanie to łąk, odbywające się w różnych stronach miejscowości, każdego lata tworzy widok wielce oryginalny, a pogodne, suche noce letnie przyoblekający fantasmagoryczną prawie pięknością. Ile jest kęp na każdej z łąk równych i całą niekiedy przestrzeń widnokręgu zajmujących, tyle zapala się czerwonawych światełek. Ziemia zdaje się być usianą gwiazdami jaskrawo odbijającymi przy łagodnym świetle gwiazd niebieskich. Wielkie iskry te tworzą koła, wieńce, długie szeregi; tu gasną, pozostawiając po sobie miejsca owiane kłębiastym, błękitnym dymem, gdzie indziej rozpalają się w mniej więcej wysokie płomyki, kołyszące się w powietrzu lub kręto wijące się po nierównych przestrzeniach. Zawsze prawie drobnym tym a gęstym światłom usiewającym ziemię towarzyszą w różnych stronach firmamentu szerokie i krwawe łuny. Są to odblaski pożarów niszczących lasy, które wskutek nieostrożności ludzkiej lub nieprzyjaznych kierunków wiatru zajmują się ogniem przetrawiającym łąki. Pożary te przyjmują niekiedy, w lata suche szczególniej, rozmiary wielkie i nierzadko zdarza się, iż niszczone przez nie całe włóki lasów po przejściu ich przedstawiają przestrzeń najeżoną drzewami ogołoconymi z gałęzi i liścia, zwęglonymi do czarności i samotnie, w rzadkich odstępach sterczącymi wśród nagromadzonych warstw popiołu, w który zamieniła się młodzież leśna, gąszcz krzewiasta i dzika, wysoka trawa. Niekiedy też zajmują się ogniem liczne stogi, wtedy nad łąkami wznoszą się wysokie słupy płomieni, a dym z palącego się siana połączony z ostrym zapachem tlejącego torfu napełnia atmosferę na szerokich przestrzeniach mgłą gęstą i duszącą. Niekiedy jeszcze pojedyńcze iskry i płomyki, spotykając się, zlewają się z sobą, toczą po równinie fale ognia, a gnane i wzdymane prądami powietrza, rozszerzają coraz i przedłużają szlaki swe lub obręcze. Natenczas, jeśli świetnemu, lecz niszczącemu żywiołowi nie zastąpi drogi rów jaki głęboki, długi i wilgotny albo jeśli nie spotka on przed sobą roli uprawnej, a niedostarczającej mu pokarmowych żywiołów, biada okolicznym lasom, w których nie istnieją albo przez czas suszy letnich wyschły brody i bagniska, biada nawet wioskom, które na krańcach łąki zbudowane, przeciw napastującej je sile żadnej nie posiadają osłony.
Największe choćby wysiłki rąk ludzkich nie są zdolne do zatrzymania w pędzie owych rzek płomiennych; gaszą je zazwyczaj, powściągają i kierunek ich zmieniają jedne tylko przeszkody gruntowe lub atmosferyczne zmiany. Palenie się lasów tamowanym bywa za pomocą oddzielania części ich ogniem trawionych od tych, które przezeń naruszone jeszcze nie zostały, rowami i szeroko wycinanymi trybami. Jak długo pożary podobne trwają i jak obszerne leśne przestrzenie niszczą, wnieść można z tego, że powstrzymują je rowy i tryby, dla wykopania i wycięcia których potrzeba nieraz, przy znacznej sile roboczej, kilka tygodni czasu.
Wszystko to sprawia widowisko wdzięczne, czasem i czarujące oko, czasem groźne i wspaniałe, a zawsze takiej natury i postaci, że podobne im nie istnieją nie tylko w żadnej inszej stronie naszego kraju, ale bodaj i w żadnym innym w ogólności kraju europejskim.
Jakkolwiek wszakże proceder podobny używany nie powiemy: ku użyźnianiu, lecz po prostu i tylko ku uprzystępnianiu łąk, zdolnym jest sprawianymi przez się zjawiskami zadowolnić oko i wyobraźnią poety, malarza lub w ogóle człowieka szukającego w przejawach natury wrażeń i oryginalności, to jednak odpowiedzieć on nie może najskromniejszym choćby żądaniom racjonalnego gospodarza, przemysłowca i ekonomisty. Inne zaś środki przyniesione światu postępami gospodarstwa rolnego i wynalazkami mechaniki są tu dotąd w zupełności nieznane, a przynajmniej nieużywane. Dlaczego tak jest? dowiemy się o tym później, gdy mowa będzie o gospodarstwie tutejszym w ogólności i zajmujących się nim ludziach; tu zaś niepodobna nie zauważyć, że ta część Polesia, o której mówimy, z ogromnymi obszarami łąk swych i lasów, posiadać może dla kraju naszego, w niezmiernie zmniejszonych naturalnie rozmiarach, znaczenie amerykańskiego farwestu24. Bogactwa natury istnieją tu wielkie, nienaruszone, nieznane prawie, powierzchownie tylko, częściowo i błędnie eksploatowane. Na przestrzeniach rozległych mieszka ludność bardzo nieliczna. W głębokich gęszczach lasów przemykają tylko stada zwierząt dzikich, bezużytecznie próchnieją drzewa stare, a młode karłowacieją i wyradzają się, głuszone gorącym a bezładnym, ręką ludzką nieregulowanym życiem dzikiej natury. Nieścignione okiem pastwiska, wodą zalane albo niedołężnie i na krótką chwilę osuszone, wykarmiają szczupłą stosunkowo ilość trzód nieulepszonego, owszem, zniżającego się wciąż gatunku. Kiedy w następstwie czynić będziemy pobieżny przegląd ludności tutejszej, zobaczymy, że pomimo najgłębszego zaniedbania, w jakich są pozostawione obfite zasoby naturalne strony tej, odbiły się jednak bardzo wyraźnymi śladami na bycie jej mieszkańców. Nie tylko szlachta była zawsze tu zamożną i nierzadko do znacznych przychodziła fortun, ale włościanie sami używali i używają stosunkowo dość wielkiej miary dobrobytu25.
Dostatek zaś tych ostatnich opiera się głównie na ilości posiadanego bydła, którego utrzymanie umożebnia im obfitość łąk i pastwisk. Wtedy gdy w innych miejscowościach Litwy para wołów, koń jeden i dwie lub trzy dojne krowy uważane bywają za dobytek możliwy tylko zasobnemu gospodarstwu chłopskiemu, na Polesiu pojedyńcza siedziba wieśniacza posiadająca kilkanaście lub dwadzieścia sztuk bydła uchodzi za ubogą. Powszechnie wioski poleskie z kilkudziesięciu siedzib złożone wypędzają na pastwiska całe stadniny koni, setki rogatych zwierząt i nie mniej liczne gromady owiec. Gdyby grunta tutejsze podniesione zostały uprawą racjonalną i na naukowych danych opartą, lasy eksploatowane były i zarazem konserwowane według prawideł gospodarstwa leśnego, gdyby z pomocą odpowiednich narzędzi i procederów ulepszono gatunek łąk i pastwisk, a ilość ich pomnożono obszarami przedstawiającymi dziś żyzne w głębi, a jałowe na powierzchni bagna, torfowiska i moczary, natenczas strona ta wyżywić by mogła ludność liczną i dostarczyć obfitych materiałów dla produkcji i handlu. Najstosowniejszym jednak, o ile nam się zdaje, gatunkiem przemysłu byłaby dla stron tych hodowla bydła, którą przy wspomnianej wyżej pracy ulepszenia i niejako tworzenia prowadzić by się tu mogło na większą skalę niż w jakiejkolwiek innej stronie kraju. Dla dokonania jednak wszystkich tych pięknych rzeczy potrzeba najprzód długiego przeciągu czasu, następnie dwóch rzeczy wielce u nas rzadkich: przemyślności ludzkiej i wielkich kapitałów pieniężnych. Potrzebnym by tu był jeszcze i dość wysoki stopień fizycznej odwagi i cierpliwości, miejsce bowiem czerwonoskórych Indian, tak groźnych i dokuczliwych dla mężnych kolonistów cywilizujących amerykański farwest, zastępują tu nieprzeliczone roje i rozliczne gatunki owadów: komarów olbrzymiej wielkości, zjadliwych bąków i drobniutkich, lecz jadowitych muszek, od zażartych ukąszeń których puchną tu nierzadko ciała ludzkie, a na łąkach i pastwiskach umierają corocznie liczne sztuki bydła i koni. Plaga ta Polesia, mogąca być w pewnej mierze porównaną z biblijną szarańczą egipską, podległaby naturalnie znacznemu umniejszeniu, jeżeli już nie zupełnemu wytępieniu, przez uporządkowanie lasów i osuszenie błotnistych gruntów, które dotąd stanowią wygodną jej kolebkę i bezpieczną, nietykalną dziedzinę.
Powiat piński, rozpoczynający drugą stronę litewskiego Polesia, wcale już inny przedstawia widok. Królestwo to wód i nieprzebranej ilości zamieszkujących je wiunów. Płynące tu rzeki: Prypeć i Pina były przed zbudowaniem kolei żelaznych jedynymi arteriami handlowymi prowadzącymi przedmioty zbytu z Wołynia i Ukrainy ku wspomnianemu wyżej Kanałowi Królewskiemu, który za pośrednictwem Muchawca i Bugu odsyłał je Wiśle26. Znaczenie handlowe Pińska było w porze owej dla kraju całego bardzo wysokie, toteż miasto to zamieszkiwane było od dawna przez zamożną ludność kupiecką, całkowicie prawie izraelskiego pochodzenia, a zatrzymując przy murach swych wielką mnogość wodnych statków zbożowych, miewało w pewnych porach roku pozór wielkiego i bogatego kupieckiego portu. Kilkadziesiąt drobniejszych rzek i rzeczułek, wijących się po gruntach niskich i ujście swe znajdujących w Pinie i Prypeci, nawodnia jedną stronę powiatu tego z tak wielką obfitością, że w porach szczególniej wiosennych wylewów ziemie i drogi tutejsze znajdują się całkowicie pod wodą, a mieszkańcy wsi i dworów widzą się w położeniu wyśpiarzy pozbawionych wszelkiej pomiędzy sobą lądowej komunikacji. Wtedy miejsce zwyczajnych grzęskich grobel i dróg piasczystych zastępują strumienie, których kierunki i głębokości dobrze są przez miejscową ludność znane i zbadane, a zamiast wozów, bryczek i tym podobnych kołowych wehikułów przebiegają je statki zwane s z u h a l e j a m i, tworzone z grubych i wysokich pni dębowych, wydrążonych w całej długości sposobem takim, aby w nich kilku lub kilkunastu ludzi rzędem mieścić się mogło. Podobne wylewy rzek trwają tu miesiącami, niekiedy latami całymi, a strony, które im podlegają, noszą w pogranicznych powiatach nazwę stron: z a r z e k a m i. Za rzekami istnieją nieliczne bardzo dwory szlacheckie, a znaczniejszych fortun i głośniejszych imion szlacheckich znajduje się zaledwie kilka. Liczna bardzo jest tu w zamian szlachta zagrodowa, tak zwana łapciasta, z powodu, że stopień cywilizacji, którego dosięgła, nie przyniósł jej w darze choćby tyko zwyczaju noszenia skórzanego obuwia. Ciemnota umysłowa i grubość obyczajów ludności tej utrwalana trudnością komunikowania się ze stronami innymi, monotonnością widoków natury i ubóstwem jej płodów - stała się przysłowiową. Nie jest to wcale wymysłem żadnym, ale najrzeczywistszą prawdą, że łapciasty szlachcic piński nie dawniej jak przed kilkunastu laty zapytywał witającego doń przybysza z odleglejszych okolic o zdrowie i szczęśliwość panowania miłościwego króla Stanisława Augusta27. A przecież, wskutek zapewne ścieśnionych niezmiernie potrzeb zakątkowego życia i monopolu handlowych komunikacji zostającego przez czas długi w posiadaniu prowincji tej, ludność ta ciemna i z pozoru nędzna bynajmniej ubogą nie jest. Zdarzało się nieraz, że ciemnotę jej wyzyskujący urzędnicy sposobem postrachu lub pochlebstwa wydobywali z niej wcale bogate łupy w postaci okupu lub kornej dani składane, a wiadomą jest rzeczą, iż na wyspach tych, komunikujących się ze sobą s z u h a l e j a m i, w chatach drewnianych, niskich, częstokroć nawet w komin niezaopatrzonych, istnieją w cieniu pieców zagrzebane lub pod strychami chowane mnogie garnki, szanki niekiedy (miara niewiele mniejsza od polskiego korca)28 napełnione starymi dukatami, srebrnymi rublami i pięciozłotówkami. W asygnaty wiara jest tu bardzo słabą, inne papiery publiczne jako też banki, z imienia zaledwie znane, głęboką i nieprzepartą budzą nieufność. Toteż wątpić nie można, że w stronach z a r z e k a m i drzemią bezużytecznie dotąd znaczne kapitały martwe, a jeżeli ogólne panujące tu warunki zamienią się kiedyś na lepsze, wówczas powoła je do życia i ruchu cywilizacja i uczyni z nich narzędzie do podbijania wrogich dotąd lub jałowych sił natury, aby na przyszłość niosły człowiekowi bezpieczeństwo i pożytki.
Dla mieszkańca sąsiednich nawet okolic strony z a r z e k a m i wydają się końcem świata, tak trudnym jest ich przebycie. Komukolwiek jednak nie zabraknie odwagi i ciekawości do przebycia, dokładniej wyrażając się: do przepłynięcia stron tych, ten minąwszy granice Pińszczyzny, wjedzie w rozległy i błotnisty powiat mozyrski, noszący jeszcze na sobie wszystkie cechy Polesia, ale rozpoczynający nową, a niepospolicie obszerną i zasobną dziedzinę lasów, które dalej już zalegają cały prawie powiat borysowski, słynny z dokonywanej tam przez wiele dziesiątków lat i na ogromną skalę eksploatacji smoły. Był tu główny punkt wyjścia i oparcia wielu olbrzymich fortun szlacheckich. Jeżeli w Pińszczyźnie rzadkimi są nazwiska ziemian posiadające pewną doniosłość historyczną lub finansową, mozyrskim powiatem podzieliły się wyłącznie prawie dwa imiona: Kiniewiczów i Hortwatów29. Owóż bogactwo, ostatniego szczególniej z domów tych, o którym na całej Litwie legendowe prawią się rzeczy, główne źródło swe miało w wyrobie smoły. W Borysowskiem nie było prawie jednego zamożniejszego ziemianina, który by produktu tego nie dobywał z leśnych swych posiadłości.
W głębiny lasów, mogących śmiało rościć pretensje do nazwy puszcz, posyłano tysiące, dziesiątki tysięcy chłopów, którzy zatrudnieni wyznaczoną im robotą, latami całymi zakładali pod osłoną drzew, na gruntach wydmiastych lub bagnistych osady złożone z szałasów lub ziemianek i przebywali tam nieraz znaczną część istnień swych, bez wydalenia się na jaśniejsze i ludniejsze przestrzenie. Uczernione dymem, wśród którego bezprzestannie żyły, zwęglone niemal działaniem ognia przetrawiającego pod ich oczami olbrzymie pnie sosen odwiecznych, ludzkie gromady te fizycznie podobnymi stawały się do rasy murzyńskiej, moralnie ulegały ciemnocie i zgnębieniu, zbliżającemu człowieka do stanu biernej, niekiedy dzikiej zwierzęcości. Był to bezsprzecznie najciemniejszy punkt w ogólnym bycie litewskich włościan. Dziś, wraz ze zniesieniem instytucji pańszczyźnianej, działalność leśnych fabryk tych, które w malowniczym niekiedy języku ludowym otrzymały nazwę p i e k ł a, całkiem prawie wstrzymaną została. Mniemać jednak można, iż ważna ta gałęź miejscowego przemysłu funkcjonować przestała nie dlatego, aby istnienie jej przymusową tylko pracą ludzką podtrzymywanym być mogło, ale dlatego, że środki eksploatacyjne dotąd używane były zbyt pierwotnymi i niedoskonałymi, a powszechny brak kapitałów jak też okoliczności ogólnym bytem wstrząsające - zastąpić je innymi, skuteczniejszymi jeszcze, nie dozwalały.
Korespondencja nasza przybrać by musiała rozmiary zbyt obszerne i naturę jej niejako zmieniające, gdybyśmy chcieli dłużej oprowadzać czytelnika po drogach przebiegających rozliczne strony i zakątki prowincji tutejszej. W powyżej uczynionym pobieżnym przeglądzie ujrzeliśmy zaledwie jednę trzecią część Litwy, pozostawiliśmy zaś na stronie wiele okolic bardzo godnych uwagi, do których zresztą zajrzymy potem, gdy przyjdzie nam oglądać byt, sposób życia i urządzania się tutejszej ludności.
Ludzie - wyraz to zbiorowy, w którym na tle częściowej jednostajności mieści się pojęcie zjawisk wielce rozmaitych. Warunki, w których z trudem i powoli odbywa się w czasie formacja społeczeństw, sprawiają, że dosięgłszy pewnego stopnia dziejowego ukształtowania, rozpadają się one na rozliczne działy i warstwy, mieszczące w sobie rozliczne też położenia ludzkie, zatrudnienia i usposobienia, rozliczne stopnie umoralnienia, umysłowego rozwoju i materialnego dobrobytu.
Postaciami najwybitniej przedstawiającymi cztery wielkie działy, na jakie - względnie do wyżej pomienionych różnic - rozpada się ludność tutejsza - są: szlachcic, chłop, Żyd i urzędnik. Rozmaitość typów tych zwiększa się i komplikuje tym jeszcze, iż są one przedstawicielami nie tylko czterech klas społecznych, czterech grup rozmaicie wytworzonych na tle dziejów politycznymi i społecznymi stosunkami, ale jeszcze czterech plemion różnych, czterech na jednym gruncie zamieszkałych, lecz mnóstwem cech i przyczyn ściśle pomiędzy sobą rozgraniczonych narodowości.
Wśród głównych działów tych, z których każdy posiada jeszcze bardzo wyraźne cieniowania, istnieją pomniejsze, pośrodkowe niejako warstwy i grupy, jak: oficjalistów wiejskich, bardzo nielicznych mieszczan chrześcijańskiego wyznania, profesjonistów30 większe miasta zamieszkujących, proletariuszów na koniec, to jest ludzi pozbawionych nie tylko własności, lecz wszelkiej wyraźnie określonej kondycji, wszelkiego stałego i zarobkowego zatrudnienia. Egzystencja ostatniej warstwy tej w stronie tak mało zaludnionej, tak wielu rąk i głów do wszelakiej uprawy potrzebującej, tak zresztą z natury swej zamożnej, słusznie budzić może we wszystkich, którzy stosunków tutejszych nie znają, wątpliwość i zdziwienie. Postaramy się we właściwym czasie fakt ten wątpliwy i zadziwiający udowodnić i wytłumaczyć. Teraz jednak przegląd nasz zaczniemy od klasy ludzi, która z przyczyn dziejowych i ekonomicznych stoi na szczycie społeczeństwa tutejszego, przedstawia najogólniejszy pierwiastek cywilizacyjny i pomimo wszystkich strat i zesłabnięć, jakim uległa, stanowi jeszcze wpośród wszystkich innych grup ludności najwyższą cyfrę tak materialnych zasobów, jak i wykształcenia.
Przyjrzenie się więc, o ile można dokładnie, bytowi materialnemu, sposobowi gospodarowania, czucia i myślenia szlachty tutejszej będzie przedmiotem korespondencji następnej.
Eliza Orzeszko31
ZNAD NIEMNA
List II
Ho, ho, co za śmiałość!
Słowa te wymówił stary znajomy mój, p[an] Andrzej, i w tejże chwili z wielkiego jakby zdziwienia czy oburzenia upuścił z ręki błękitną książeczkę, którą dotąd czytał z uwagą. Był to numer "Niwy", mieszczący w sobie dokończenie mego pierwszego Listu znad Niemna.
Ja, nie poczuwając się do winy żadnej, z najspokojniejszym sumieniem i najzimniejszą krwią zapytałam:
- Gdzież jest ta śmiałość i kto jest tak śmiałym?
- Śmiałą jesteś, pani.
- Ja!
- Tak, pani.
I wziął znowu p[an] Andrzej do ręki błękitną książeczkę i przeczytał z niej głośno, co następuje: "sposób życia, gospodarowania, czucia i myślenia szlachty tutejszej będzie przedmiotem korespondencji następującej".
Potem stary znajomy mój mówił dalej.
- Zamierzasz, pani, pisać o rzeczy, której najgłębsza natura, wartość, zasługa w przeszłości i teraźniejszości najnamiętniej zakwestionowanymi zostały przez różnorodne wyobrażenia i dążenia bieżącej doby czasu; mniemasz więc, pani, że mieć będziesz ku temu dość ducha sprawiedliwości i odwagi?
- Mniemam, że mieć go będę. Zakwestionowanie wartości i zasługi danego przedmiotu przestaje istnieć dla nas wtedy, gdyśmy sobie o nim za pomocą spostrzeżeń, nauki i myślenia wyrobili w sumieniu i rozumie naszym własne a pewne przekonanie. Wtedy namiętności chwili, sprawiedliwości sądu naszego nie burzą, a od wygłaszania go nic nas wstrzymywać nie może i nie powinno, szczere bowiem a odważne i bezstronne sądy bywają nieraz zbawiennym ciężarem, przyprowadzającym do spokoju i równowagi szale opinii miotane rozdrażnionymi namiętnościami.
- No, punkt pierwszy zdobyty - ozwał się p[an] Andrzej - ale co będzie z drugim? Ufasz, pani, odwadze swej i bezstronności - rzecz to charakteru i przekonania, lecz czy zaufać możesz zdolnościom swym podobnie i do tego stopnia, aby wyobrażać sobie, że coś nowego napisać zdołasz o przedmiocie, o którym przed tobą, pani, pisały dziesiątki piór zdolnych, utalentowanych i genialnych? Szlachta! któż o niej nie pisał! Arystokraci i demagodzy, historycy, moraliści, ekonomiści, powieściopisarze i poeci brali nieustannie za przedmiot prac swoich tę pierwszą i największą literę w abecadle społecznego żywota naszego, to jasne słońce przeszłości i tę zagadkę teraźniejszości naszej, tę stal hartowną i tę glinę kruchą, to światło i ten pomrok, to bohaterstwo i to samolubstwo, tę iskrę i to próchno. Wśród tych spisów mnogich jestże jeszcze miejsce dla nowego obrazu jakiego? Pomiędzy tymi sądami tysiącznymi wyjednaż głos dla siebie sąd jeszcze jeden?
- Różni różnie sądzą, powiadał mądry sekretarz szanownego Chirurga Filozofii. Nie ma pod słońcem rzeczy tak starej, o której nie można by zawsze czegoś nowego powiedzieć, albowiem - co głowa to rozum, co życie to doświadczenie, co dzień to odmiana32. Szlachta litewska zresztą najmniej miała...
- Permettez, madame! Qu'est ce que ce: szlachta litewska?33 Dlaczego pani separujesz i gatunkujesz jednę i tę samę kategorią ludzi? Jeżeli dlatego, że ludzie ci tu pewną potrawę nazywają rosołem, a tam bulionem, tu wymawiają: s t u k a ć i h a r t duszy, a tam s z t u k a ć i c h a r t 34 duszy, tu tańczą mazura z trzema hołupcami, a tam z jednym, są to różnice nie upoważniające bynajmniej do używania wielkich nazw jeograficznych i...
- Permettez, monsieur!35 Rozmiary przestrzeni, widoki natury, zadatki historyczne, ustawy społeczne, okoliczności polityczne, urządzenia edukacyjne...
- A! a! bardzo dobrze! Teraz o jedno tylko jeszcze zapytać się panią muszę. Jaki stosunek zachodzi w myśli pani pomiędzy wyrazami: jest i było?
- Wyobrażam sobie zawsze, iż j e s t przedstawia skutek, b y ł o - przyczynę.
- To znaczy...
- To znaczy, że pragnąc opisać zjawisko jakieś, które jest, należy tłumaczyć go przyczyną, która częściowo przynajmniej byt mu dała, i zaczepić choć trochę o to, co b y ł o.
- Zapuściż się więc, pani, w wieki starożytne...
- Nie tak bardzo starożytne, ale przed mówieniem o synach powiem odrobinę jaką o ojcach.
- Kiedyż według pani skończyła się epoka ojców?
- Przed laty jedenastu lub dwunastu mniej więcej.
- Czy w porze owej wszyscy ojcowie naraz poumierali?
- Nie, lecz umarło lub w inną przelało się formę to wszystko, co warunkowało przedtem byt ich materialny i duchowy36.
- Ha! śmiałym Bóg sprzyja... może też i panią ochroni od losu ś[więte]go Szczepana męczennika... i od gorszej jeszcze stokroć dla każdego pisarza rozmowy z czytelnikami: "słyszeliśmy, a więc słuchajcie!". W każdym razie ja, stary przyjaciel pani, aby ułatwić jej zadanie, powiem zaraz wszystko, co mi siwe włosy moje pozwoliły pod względem ojców widzieć, słyszeć, myśleć i wiedzieć.
Słowa te napełniły mię radością. Cóż bowiem rozkoszniejszego na świecie być może, jak posiąść bez szukania, dowiedzieć się bez doświadczenia, napisać bez suszenia własnej głowy. Pan Andrzej mówił, jak następuje:
- W przeszłym liście swym, pisząc o ogólnym widoku Litwy, wyraziłaś się, pani, w sposób następujący: "Gdybyśmy na wielki ten kawał ziemi spójrzeli z góry i sprobowali a vol d'oiseau37 plan jego narysować, mielibyśmy na mapie naszej ogromną równinę, tu i owdzie wzdymającą się pasmami wzgórz niewysokich, w miejscach jednych przerzniętą obfitymi strugami wód mniejszych i większych, gdzie indziej zalaną niemal zbyteczną ich mnogością. Lasy tworzyłyby na planie tym gęsto i szeroko zakreślone koła i pasy".
Teraz, gdy ma być mowa o ludziach, poprośmy czytelników, aby raczyli wyobrazić sobie paręset tysięcy dworów szlacheckich rzuconych na przestrzeni tej, wśród płaszczyzn szerokich, w dolinkach nad strumieniami, pod ciemnymi ścianami borów, u skrajów wielkich liściastych gajów. Nieskupione są dwory te jak gdzie indziej, nie spoglądają na się wzajem z wiorstowej lub dwuwiorstowej odległości, ale z rzadka bardzo rozsiane, posiadają dokoła siebie przestrzenie gruntów, które bądź wilgocią przesiąkłe, bądź uprawą osuszone, bądź urodzajne, bądź jałowe, tak przestronne są, rozległe, że pomiędzy rzuconymi śród nich siedzibami ludzkimi komunikacje z konieczności niełatwe być muszą, że wychodzący z nich gwar ludzkich krzątań się czy zabaw tonie i milknie w ogromnej ciszy, która unosząc się nad tym krajem szerokim a nieludnym, rzuca nań piętno nieokreślonego smętku, poważnej zadumy, pewnej nieznanej już gdzie indziej pierwotności przyrody i społeczeństwa. Tak skłonną do naśladownictwa jest już natura ludzka, tak szybko i nieuchronnie ludzie ludziom udzielają wzajemnie cech swych, potrzeb, pomysłów, że gęstość ludności w miejscu jakim, skupienie jej i ciągłe stykanie się ze sobą wyradza jednostajność zewnętrznych przynajmniej form jej życia, rozdział zaś, rozrzucenie, rzadkość i dorywczość stosunków przechowuje ich rozmaitość. Niezmiernie rozmaitą była postać litewskich dworów szlacheckich, tych siedzib ludzkich z rzadka rozrzuconych śród wielkiej, pustej przestrzeni. Wtedy gdy pod wpływem różnych miejscowych odrębności i okoliczności sąsiednie Królestwo budowało się wedle zagranicznych wzorów, na jednę mniej więcej miarę, formę i wytworność, gdy mały a bogaty Wołyń błyskał po malowniczych wzgórzach swych coraz większą liczbą pałaców i pałacyków, ku coraz jednostajniejszej, pańskiej zawsze i pokaźnej pnących się postaci38. Na szerokiej, cichej, niezmiernie mało ruchliwej Litwie znaleźć można było od zamku lub pałacu pana wielkiego z mienia i imienia, do uczernionej słotami drewnianej, ciasnej chaty zagonowego szlachcica, dwory, dworki, zagrody przedstawiające wyraźnie i bez przysłon gdzie indziej przybieranych najrozmaitsze stopnie dostatku, smaku, cywilizacji, oddalania się od obyczajów i przyzwyczajeń dawnych, a przybliżania się ku nowym. Wspaniałych pałaców przecież było niewiele, przez garstkę ludzi o głośnych imionach w dziedzictwie po przodkach otrzymane lub w chwili przelotnego kaprysu wzniesione, stały one zazwyczaj pustkami. Czarne znowu i niskie zagrody szlachty zagonowej, tak zwanej łapciastej, jednę prawie postać posiadały z chatami włościańskimi, żyjącymi przypomnieniami staropogańskich n u m o gliniastym toku zamiast podłogi, o dziurze w dachu zamiast komina (Szajnocha, Jadw[iga] i Jagieł[ło], t. 3, roz[dział] XVI39), tak jak wszechstronny żywot ich mieszkańców, z jednym wyjątkiem osobistej wolności, zlewał się w kształt i treść jednę z ciemnym mozolnym żywotem kmiecym. Cała więc waga społecznego i towarzyskiego życia szlachty litewskiej spoczywała nie w pałacach opustoszałych lub na zagraniczną modę wnętrza swe urządzających, nie w zaściankach wszelkiego łącznika z cywilizacją pozbawionych, ale w dworach i dworkach, wielce pomiędzy sobą różnych. Kiedy pan stuchatowy dom swój, drewniany zawsze, niski a długi, dziesięciu lub dwunastu wielkimi oknami spoglądający na obszerny podwórzec, okrywał gontowym wysokim dachem, przystrajał ze wszystkich stron wyniosłymi gankami o rzeźbionych ozdobach, sąsiad jego, dziedzic włości mniej licznych, poprzestawał na strzesze słomianej, na tradycyjnych czterech słupach tynkowanych, które podtrzymując u wnijścia gzemsy40 najeżone słomą i ptasimi gniazdami, wiodły ku drzwiom ciężkim i grubo wyciosanym, otwierającym się do sieni obszernej zawsze, lecz niskiej, po prostu wybielonej, w znacznej części zapełnionej drabiniastymi wschodkami, nieobłudnie i wobec wszech świadków wspinającymi się ku umieszczonym w suficie drzwiom od strychu. W jednych miejscach, od domu przystrojonego cieplarniowymi kwiatami, stojącego nad wielkim kobiercem aksamitnej murawy, zabudowania folwarczne usuwały się na odległość znaczną, a gospodarskie gwary i ich widoki ukrywane i tłumione były ścianami drzew gałęzistych i kwiecistych krzewów; gdzie indziej znowu, całkiem przeciwnie, jedna strzecha mieściła pod sobą tę stronę domu, w której znajdowały się pokoje mieszkalne dziedziców, i tę, w której płonęło ognisko kuchenne, zapachem świeżego pieczywa woniały i gwarem czeladzi wyrobniczej brzmiały piekarniane i czeladne izby. Tam, naprzeciw okien żaluzjami osłonionych i ganków powiewających szkarłatnymi festonami wytwornej markizy, wznosiła się na przeciwnym krańcu podwórza, wśród jaśminów i powojów, wysmukła, oszklona altana; tu wśród stodół i stajen bielał stary dziadowski lamus murowany i sterczała z grubych sklecona desek wysoka, czworokątna, dynamem uczerniona wędzarnia. Jedni, mniej snać41 o nowość dbali, z duszą silniej przylegającą do przeszłości i jej pamiątek, zamieszkiwali domy tak stare, że spróchniałe podwaliny ich nikły całkiem we wchłaniającym je gruncie, okna o parę cali zaledwie wznosiły się nad ziemię, o potężne, choć na wpół spróchniałe belki sufitu potrącały się głowy mieszkańców, a gość, aby próg domu przestąpić i na pierwszym wstępie guza bolesnego miasto braterskiego całunku nie otrzymać, nisko i kornie karku uginać musiał. Budowy te, długie na stóp 60 i 80 nieraz, a na pięć lub sześć wysokie42, owijały się najczęściej gęstymi niesłychanie, bo też bardzo starymi splotami pnących się roślin, które je tak szczelnie od końca do końca i od podnóża do szczytu okrywały, że pomiędzy tą wielką masą splątanej zieleni nie widać było nic, ani ścian, ani dachu, tylko niskie, wąskie, liczne okna i liczne też, uczernione, starością wyzębione kominy. Ale byli i tacy, którzy na miejscu zwalonych domóstw starych wystawiali sobie nowe, zawsze prawie drewniane, ale ustrojone w cudowne jakieś facjatki, balkoniki, kolumnady mające niby naśladować pałacowe fasady i wystawy. Budowania owe, przy których czynność architekta spełniał zwykle sam dziedzic, przedstawiały bardzo nieponętne, ale też bardzo rzadkie okazy smaku, który pozbywszy się zaściankowego dobrego przymiotu - prostoty, nabył natomiast brzydkiej zaściankowej wady - pretensji. Gdzie indziej za to oko podróżnika spotykało szczególne, czarodziejsko niby piękne niespodzianki. Tak na przykład w posępnych, milczących głębiach zapadłego Polesia, kędy najsłabsze brzmią odgłosy życia, kędy przyroda wiecznie mgłą wilgotną spłakana, a ludzie rzadcy samotnymi zadumani myślami, ktoś jadący długo śród grobowego milczenia, niewidzący długo nic dokoła siebie prócz wydm piaszczystych, łąk kępiastych, przestrzeni okiem niedoścignionych a pustych, głuchych, martwych, spostrzega nagle nad brzegiem Królewskiego Kanału wystawiony pałacyk samotny, istne małe arcydzieło architektonicznej sztuki, śród głuszy tej wyśpiewujące harmonią linii, śród pustki tej drgające wytwornym, wonnym życiem cywilizacji. Smętnie wszakże jakoś i niby tajemniczo białe ściany pałacyku i szkarłatny dach jego rysują się na tle mglistego nieba, mętne, powolne wody kanału martwo odźwierciedlają otaczającą go młodą roślinność; z tych okien i balkonów, których kształt bez zarzutu zdradza myśl i umiejętność budowniczego mistrza, nie widać nic prócz nędznej wiosczyny szarzejącej na szarym rozłogu, prócz czarnych pasów grzęskich grobel biegnących po łące i długiego leśnego szlaku rysującego skłon firmamentu, owinięty sinymi mgłami. Jakiejkolwiek wszakże postaci byłyby dwory te, jakkolwiek by różniły się pomiędzy sobą kształtem i datą domostw swych, naturą okalających je widoków, wspólną im wszystkim cechą i ozdobą były: obszerność, bogactwo, starożytność i smak wytworny posiadanych przez nie ogrodów. Już wedle opisów dziejopisarzy stara przedjagiełłowa Litwa odznaczała się i słynęła szczególnym zamiłowaniem swym w sadowniczej sztuce. Plemienna skłonność ta, wytworzona i podtrzymywana miejscowymi właściwościami przyrody i położenia, przeszła w spadku wraz ze znaczną częścią tych właściwości z pradziadów na prawnuków. Szlachcic litewski otoczony przyrodą świeżą, przez kulturę nieprzeinaczoną i ku ludzkim zachciankom nienaginaną, rozmiłowywał się w niej od kolebki43, zrastał się z nią niejako i objawy jej w postaci drzew i kwiecia posiadać pragnął tuż zaraz za progiem swym, za oknami, pod okiem, pod ręką; z innej znowu strony rozległością przestrzeni, rzadkością zaludnienia, trudnością komunikacji, nieobecnością miast wielkich zmuszony do przepędzania większej części życia w samotności i ciszy domowej, ściągał on ku domowi swemu wszelkie przystępne dlań piękności i ozdoby, wygody i uprzyjemnienia życia, pomiędzy którymi pierwsze zawsze w gustach i pożądaniach jego miejsce zajmował wielki, cienisty, kwiecisty i owocodajny - ogród. Toteż nie było na Litwie tak małego dworku, znad strzechy którego nie wyglądałyby na ciasne podwórko szczyty rozłożystych lip, klonów, kasztanów, który by dokoła płotu, z nieociosanych często kołków splecionego, nie posiadał czworogranu44 złożonego z czterech mniej lub więcej szerokich, lecz zawsze cienistych, sklepionych alei. Pośrodku czworogranu tego, służącego dla mieszkańców dworku przez całą porę letnią za pracownię i salę jadalną, znajdowały się kwatery owocowymi drzewami zasadzone, rozdzielone drogami z obu stron najeżonymi gęstwiną malin, agrestu i porzeczek. Przed gankiem dopiero, tam, gdzie rozstępywały45 się stare aleje, pozostawiając trochę przestrzeni na słońce wystawionej, kwitły i okwitały z kolei na klombach starannie pielęgnowane, jakkolwiek często nie wytwornych wcale gatunków kwiaty. We wnętrzu domu ściany mogły obywać się bez obić, podłoga - bez wosku i kobierców, ale w ogrodzie drogi i drożki46 musiały być starannie gracowane i wymiatane, panią dworku okrywać mogła bez wstydu tania suknia perkalikowa, ale cóż za chluba i zaszczyt, jeśli udało się jej wyhodować przed oknami jaką wspaniałą pełną różę lub astrę, które zaćmią sobą biedne jednolistne asterki sąsiadek. Jeżeli tak było po dworkach, czegóż nie dokazywano z ogrodami tymi po dworach. Błądzić mogłeś i męczyć się, spoczywać i iść znowu, i długimi godzinami wyjścia żadnego nie znajdować w tych labiryntach alei, trawników, gajów, dróg szerokich, że jeździć nimi mogły śmiało sześciokonne karoce, i ścieżyn błędnych wiodących wciąż w coraz inne strony, pod coraz inne sklepienia w tych labiryntach zajmujących często dziesiątki morgów, włóki całe przestrzeni47, tam, gdzie przestrzeni tej było dokoła tak wiele. Gdzie brakowało wody, tam kopano stawy lub długie głębokie kanały, osadzając te ostatnie ze stron obu ciemnymi jodłami; gdzie las był dalekim od dworu, zasadzano brzozowe, olchowe i leszczynowe gaje, w wielu jednak miejscach, w pobliżu puszcz lub w okolicach poleskich gęste bory i lasy graniczyły tuż z dworskim ogrodem. Zdarzało się tam częstokroć, że pod same ogrodzenia rozdzielające dwór z gęstwiną leśną przychodziły stada całe szukających żywności dzików, sarn chyżych albo ciężkich, rogatych łosi, a mieszkańcy dworu mogli przez przezroczyste sztachety przypatrywać się do woli okazom zawartym w tym naturalnym zwierzyńcu48.
Jakimi byli ludzie, którzy zamieszkiwali wnętrza przeróżnie wyglądających siedzib tych? Zapytanie to rozległe, z różnych stron wkraczające w szranki szerokiej historii; odpowiadano już na nie po wielokroć i w najrozmaitszy sposób: jeneralną absolucją i bezwzględnym potępieniem, poetyzowaniem sielankowym i brudzeniem49 niemiłosiernym, apoteozą i paszkwilem.
A jednak zdaje mi się, że zagadka wad i przymiotów, zasług i win ludzi tak bielonych z jednej strony, tak czernionych z innej, bardzo po prostu a jedynie rozwiązaną być może przez zważenie natury i wpływów dwu kapitalnych we wszelkim społeczeństwie czynników: urządzeń edukacyjnych i ustaw społecznych. W obecnym razie ów pierwszy przynosi nam widok prowincji do wysokiego stopnia ogołoconej z ognisk rozdających oświatę, wśród drugich spostrzegamy olbrzymio doniosłą, najwszechstronniej wpływową instytucją - poddaństwa ludu. Są to dwie litery, z których wyczytać można całą już resztę alfabetu składającego się na słowo zagadki.
Że szlachta tutejsza nie zawsze, jak jej to po wielekroć zarzucano, obojętną była dla oświaty i nauki, że nie zawsze stroniła od nich, lecz przeciwnie, garnęła się ku nim nieraz skwapliwie i skutecznie, świadczy o tym, pominąwszy już dzieje uprzednie, świetna egzystencja, którą wiódł w pierwszych dziesiątkach b[ieżącego] stulecia Uniwersytet Wileński wraz z całym otoczeniem zależących odeń, a wzorowo urządzonych średnich i niższych zakładów naukowych50. Jakie tylko istniały w prowincji siły młode, a nieporwane prądem trwającego jeszcze podówczas ducha rycerskich przedsięwzięć i wycieczek, wszystkie skupiały się dokoła ogniska tego i czerpały zeń wiedzę, która bardzo poważnie udzielana, z zapałem i wytrwałością przyjmowaną była. Ognisko to zagasło bynajmniej nie przez brak podsycającego je żywiołu, ale wskutek okoliczności od mieszkańców prowincji niezależnych51; zarazem poziom szkół publicznych, które dotąd brały odeń światło i kierunek, zniżył się ogromnie. Wprawdzie dla szlacheckiej młodzieży litewskiej otwarte były uniwersytety w Cesarstwie, wprawdzie istniały w każdej guberni po dwa lub trzy siedmioklasowe gimnazja klasyczne, lecz aby ową uniwersytecką naukę osiągnąć, trzeba było przebywać ogromne przestrzenie, których nie skracała jeszcze dobroczynna siła pary; aby zwiększyć wartość udzielanej po gimnazjach edukacji, a poniekąd nawet przeciwważyć niektóre jej wpływy52, trzeba było wielu trudów, przede wszystkim pewnej systematycznej, upartej nieledwie wytrwałości w myśleniu i działaniu.
Owóż, stało się tak właśnie w porze, w której na wysilenie wszelkie zdobyć się ludziom trudniej niż kiedykolwiek. Taką już jest natura nasza, a może i w ogólności ludzka, że po nagłym wezbraniu i mozolnym lubo chwilowym użyciu sił, siły te tracą na czas jakiś żywotność swą i sprężystość, że katastrofy gwałtowne pozostawiają za sobą jako jedno z koniecznych następstw swych, na czas pewien przynajmniej głęboką apatią53. Chwila, w której dzieło naukowego kształcenia młodzieży wymagało najsilniejszych starań dla pokonania przeszkód rozlicznych, była chwilą opuszczenia rąk, zmordowania sił, ostygnięcia zapałów wszelkich. Jedynym bodźcem, który w porach podobnych wyrywać może społeczności ludzkie z ogarniającego je snu apatii i popychać je na energiczniejsze tory, jest - potrzeba zapracowywania na byt powszedni i na tak zwane położenie w świecie. Ale bodziec ten, tak zbawiennie działający dziś, podówczas nie istniał. Dzieci szlacheckie, rodząc się, przynosiły ze sobą na świat chleb zapewniony o tyle, o ile go własnym nie stracą marnotrawstwem, stanowisko w świecie zaszczytne o tyle, o ile go własną nie poniżą winą. Było to położenie takie, w jakim ludzie ułomni i leniwi z natury swej nie zwykli szukać nauki, a przyjmować ją mogą wtedy chyba, jeżeli ona sama niejako przybywa ku nim, znajduje się tuż pod okiem ich i ręką. Tu naukę ścigać trzeba było po przestrzeniach wielkich, budzących niejakie obawy, uzupełniać ją, uszlachetniać. Trudno? a więc nie trzeba! - stało się hasłem powszechnie pod tym względem panującym; publiczna edukacja młodzieży popadła w zaniedbanie, w pogardę niemal; uniwersytecka nauka dostawała się w udziale niezmiernie rzadkim tylko wyjątkom, gimnazjalne szkoły kończyli sami zaledwie najbiedniejsi, w perspektywie mający biurowe zajęcia; ogromna większość rodziców synów swych zamykała w domu, przy boku guwernerów, a nawet guwernantek, albo też pozwoliwszy im dla dopełnienia jakiejś niby formy przyzwoitości na przebycie studiów 4- lub 5-klasowych, przywoływała ich co prędzej pod dach rodzinny i skończonymi uznawała młodzieńcami.
Ktoś powierzchownie na rzeczy patrzący mógłby mniemać, że stan podobny wpływy swe wywierał tylko na umysłowość społeczności, na rozumowe wyłącznie siły jej i zasoby. Działo się tymczasem całkiem przeciwnie. Szwanki zadane inteligencji prowadzą za sobą nieuchronne braki w charakterze. Systematycznie i w publicznych zakładach pobierana nauka przynosi społeczeństwu, które z niej korzysta, nie tylko dobrodziejstwa wiedzy, ale zbawienny hart obyczajów, porządek i powagę przyzwyczajeń, wolę zaprawioną do wysileń, zdolność do ogarniania myślą, uczuciem i chęcią zakresów szerokich i punktów wysokich. Inteligencja młodzieży ówczesnej, karmiąc się tu i ówdzie zbieranymi ziarnkami mądrości, mniej stosunkowo na powyższych brakach ucierpiała niż charakter jej, który zmiękł, zwęził się, nabrał w siebie rozkładających pierwiastków: bezładu przyzwyczajeń i ciasnoty żądań. Do tego wszystkiego przyczynił się w znacznej części rodzaj oświaty, która zastąpiła miejsce tamtej - trudnej do doścignięcia, więc nieściganej. Nie należy bowiem mniemać, aby pokolenie, o którym mowa, nie otrzymując wcale prawie uniwersyteckiego wychowania, a szkolne otrzymując rzadko i niekompletnie, pogrążonym być miało w ciemnocie i zupełnej obojętności na rzeczy umysłowe. Przeciwnie, było ono oświeconym, na ogół biorąc oświeconym do wysokiego nawet stopnia, ale w jednym tylko wyłącznym kierunku; objęło ono w posiadanie jedną z gałęzi wyrastających z olbrzymiego pnia cywilizacji, ale - jedną tylko. W ścianach domowych i w pewnych prywatnych zakładach od guwernerów i guwernantek, z książek i z podróży uczono się wtedy pilnie wszystkiego, co życie upiększa, uprzyjemnia, co czyni je zdobnym i gładkim, co zajmuje i obudza wyobraźnią, dla pewnych wyłącznych przedmiotów roztkliwia serce: więc języków obcych i sztuk pięknych, wytwornego obejścia się towarzyskiego i tej dorywczej encyklopedycznej wiedzy, która zamiast pojęć daje daty i imiona, zamiast skłonności do myślenia udziela człowiekowi możność - błyszczenia.
Historia kryła tu starannie surowe, filozoficzne oblicze swe, a do umysłów uczących się dochodziła w formie - poematu. O naukach przyrodniczych, tak świetnie szerzących się za czasu Śniadeckich w nadwilejskiej wszechnicy54, pamięć wszelka zaginęła, filozofia stała się synonimem pedanterii lub kacerstwa, polityka dostrajała się do tonu ogólnego i głośniejsze, dziwaczniejsze od wszystkich innych zawodziła allegra, nokturny i fantazje. Dodać tu jeszcze należy, iż była to epoka najpotężniejszego rozkwitu poezji naszej, a narodzin rodzinnego powieściopisarstwa, które z nicestwa prawie wywołane znakomitym piórem Kraszewskiego, znalazło następnie mnogich uprawiaczy i obsełało szlacheckie dwory i dworki tysiącami utworów czytanych chciwie i - wyłącznie. Poemat tedy i powieść - rzeczy same w sobie wysokiej wartości kształcącej i propagacyjnej - tu jako dzieła oparte głównie na żywiole fantazyjnym, zlewały się w jedną całość z onym ogólnym kierunkiem kształcenia, na celu mającym smak estetyczny, wyobraźnię i uczucie, a zaniedbującym władze umysłu ściśle rozumowe i strony życia twarde, trudne, lecz konieczne, bo realne. Usposobienia te będące wypadkową wpływów ujemnych i dodatnich, przedstawiające wiedzę bez systemu, wdzięk bez hartu, marzenie bez ograniczającej je surowości myśli, spotykały się w życiu jednostek - z czym? z żywiołem, który podtrzymywał je i podnosił, który dolewał doń mnogie niezdrowe pierwiastki - z ustawą poddaństwa włościan.
Otóż i dopłynęliśmy w powieści naszej do miejsca, w którym wzrokowi naszemu przedstawia się prądami odległej przeszłości tu przyniesiony potwór ów, głowonóg straszliwy, wstrętny, o tysiącznych duszących ramionach. Straszno nań patrzeć, straszno o nim mówić, tyle na wiekowym ciele jego wypisanych dziejowych tajemnic i wyroków, szkód wzajemnych i przepowiedni przyszłej niedoli... W XVI już wieku potworna instytucja ta wlewała w usta kapłana proroka - Skargi - grzmiące potępienia i straszliwe wróżby55; w końcu zeszłego stulecia nasuwała się pod reformatorskie pióra mężów obradujących na czteroletnim sejmie56, w drugim dziesiątku lat tegoż stulecia widzimy szlachtę litewską ogarnioną jakby żalem za przeszłość i przeczuciem przyszłości, przede wszystkim zaś wpływem gorącym i poważnym kwitnącej wtedy wileńskiej wszechnicy, widzimy ją czyniącą pewne zbiorowe kroki prawne ku zniesieniu ohydnej ustawy dążące. Kroki te obiły się o przeszkody do przezwyciężenia niepodobne, ustawa przetrwała; oburzone przeciw niej na chwilę sumienie publiczne pogodziło się z nią znowu i... zaprawdę! jeżeli inaczej być było powinno, to najpewniej inaczej być nie mogło. Wszelki przywilej oparty na pogwałceniu sprawiedliwości i zdrowego rozsądku, zniżając moralny i umysłowy poziom tych, którzy go używają, czyni ich własną siłą swoją do wyrzeczenia się go coraz mniej sposobnymi. Jedynymi sprężynami mogącymi w podobnych wypadkach oddziaływać silnie na publiczny rozum i sumienie były wszędzie i zawsze: propaganda silnie rozgałęziona, posługująca się w danym celu katedrą, trybuną i prasą, przede wszystkim zaś obrady i obowiązujące postanowienia zbiorowych ciał prawodawczych. Tu, jak wiadomo, wszystko to nie istniało wcale, jedynym miejscem publicznego przemawiania i nauczania były kazalnice, ale niestety! jakkolwiek wstępowali na nie częstokroć głębocy teologowie i świetni krasomówcy, na żadnej z nich nie ukazał się pokoleniu, o którym mówimy, drugi Skarga. Społeczeństwo tedy z jednej strony ściśle strzeżone, z innej najzupełniej samemu sobie pozostawione, a do najwyższego już stopnia rozjednostkowane, nie posiadało sposobów, za pomocą których wszystkie w świecie społeczeństwa, jeśli mają czegokolwiek trudnego a ważnego dokonać, wyświęcają57, skrzepiają i skupiają swe siły... Siły tedy spały, a fatalna instytucja trwała, trwała wtedy jeszcze, gdy w sąsiednim Królestwie pod wpływem rozlicznych ograniczeń i reform całkiem już prawie zacierały się jej ślady. Aby pozostać wiernymi założeniu naszemu i nie oddalić się od właściwego na ten raz przedmiotu rozmowy naszej z czytelnikami, pominiemy tu wszelkie rozważanie strat i cierpień ludzi, którzy widocznymi już i powszechnie uznanymi instytucji tej byli ofiarami, a zatrzymamy się tylko chwilę nad wpływem wywartym przez nią na tych, którzy z niej - według przyjętego ogólnego wyrażenia - korzystali. Jakże płytkie sądy wydają ci, którzy o korzyściach tych prawią! Były to korzyści takie, których by Bóg miłosierdzia zabronił życzyć wrogom nawet najsroższym!
A naprzód, ze ściśle ekonomicznego punktu wychodząc, wątpliwości żadnej nie ulega, iż bogactwo tak publiczne, jak prywatne nieskończenie byłoby większym, szybciej wzrastającym, silniej ubezpieczonym, gdyby istniała w kraju: praca wolna, wraz z niezbędnie towarzyszącym jej duchem staranności, inicjatywy, porządku i ulepszeń. Wprawdzie po dworach ludzi, dla których inni pracowali ludzie, panował dostatek, ale oprócz tego, że byłby on większym jeszcze przy zmienionych okolicznościach, nie byłyż to wulkany kwiatami okryte, w każdej chwili rozpaść się i pustynię po sobie zostawić mogące, pod wpływem nie tylko już wielkich wydarzeń politycznych lub społecznych, ale najprostszych fenomenów naturalnych, przeciwko którym gręznąca58 w rutynie maszyneria gospodarcza żadnych nie posiadała oręży ni ubezpieczeń.
Była to zaprawdę maszyneria niesłychanie uproszczona, tak uproszczona, że ci, którzy z miejsca swego w ruch ją wprawić powinni byli, nic wcale do roboty nie mieli. Grunta tradycyjnie dzieliły się na trzy części (poletki), z których corocznie dwie obsiewane bywały, a trzecia spoczywała; o polepszeniu gatunku gleby, osuszaniach, irygacjach, drenowaniach, ekonomiczno-rolniczym gospodarstwie leśnym i innych tym podobnych nowościach, coraz gęściej i z powodzeniem używanych w sąsiedniej prowincji, myśli i wspominku nie było, tak jak nie było troski o robotnika, który gotowy zawsze do spełniania rozkazów, napełniał wsie poddane; dla dozoru nad dokonywanymi robotami rolnymi istniała większa lub mniejsza, wedle rozmiarów posiadłości, liczba oficjalistów, funkcja zaś dziedziców, i to najstarowniejszych59, najbardziej dbałych o swą gospodarską sławę, ograniczała się do ustnych konferencji z ekonomem, który codziennie lub rzadziej przybywał wieczorem do gabinetu pańskiego, stawał przy progu i prosił o d y s p o z y c j ą. Pod wyrazem dyspozycja rozumiano rozrządzenie roboczymi siłami, czyli pańszczyzną, odpowiednio porze roku i okolicznościom miejscowym. Po wydaniu d y s p o z y c j i takiej, która ani długiego, ani mozolnego suszenia głowy nie wymagała, po codziennym też (wedle zwyczaju) przez amatorstwo lub dla przyzwoitości odbytym spacerze wokoło stajen i obór, obywatel-posiadacz mógł śmiało spojrzeć w obłoki, jak niezajęte dziecię w oczy guwernera, i zapytać: - Panie Boże, co ja mam teraz robić? - Gospodarowało się w ten sposób we wszystkich posiadłościach władnących ilością dymów poddańczych od dwudziestu do dwiestu. Poniżej cyfry pierwszej była sfera zlewająca się coraz ściślej z życiem pracowitym i umysłową ciemnotą zagrodowej szlachty, powyżej ostatniej wznosiły się pałace owe, w których nigdy nikogo w domu nie było, w których na miejscu dziedziców rezydujących na obczyźnie albo w wielkich miastach żyli i rządzili oficjaliści, ludzie wielce różniący się charakterem swoim od tego, jaki im nadał w powieści swej zasłużony skądinąd pisarz Adam Pług (Oficjaliści, pow[ieść] drukowana w "Kłosach")60, różniący się od onej dobrodusznej, sielankowej postaci tak dalece, że lud, którym rządzili i wyzyskiwali, napiętnował ich dobrze znanym na Litwie chłopskim przysłowiem: "nie daj Boże z Iwana pana". Łatwo odgadnąć, że wobec podobnego porządku rzeczy nie mogło być i pojęcia o łączeniu rolnictwa z przemysłem. Kiedy gdzie indziej prace przemysłowe dzielnie dopomagały do rozwoju gospodarstw rolnych, a płody rolne zasilały i wzmagały działalność przemysłu, tu, z wyjątkiem dość licznych w istocie wódkę wyrabiających gorzelni, nikt ani myślał o wznoszeniu zakładów przemysłowych, które by z gospodarstwami wiejskimi jakikolwiek posiadały związek. W regule tej zdarzały się wprawdzie wyjątki, ale rzadkie. Tak np. pamiętano długo i rozpowiadano o pewnym dziedzicu dóbr obszernych, który wziąwszy po ojcach dobra te wraz z ogromnymi obciążającymi je długami, rzucił się w przedsiębierstwa wszelakie, zakładał fabryki, stawiał spichrze zbożowe nad brzegami rzek spławnych, handlował drzewem i za pomocą ciężkiej tej a rzutnej pracy nie tylko pozbył się długów, lecz jeszcze znacznego przysporzył sobie mienia. Słynął on też długo w prowincji całej jako feniks, ale za czasu już synów jego i spadkobierców wzniesione przezeń fabryki sterczały nagimi ścianami bez dachów i okien, zbożowe spichrze były w rękach Izraelitów, a gospodarstwo, co do przestrzeni bardzo rozległe i przez czas jakiś ręka w rękę postępujące z przemysłem, szło sobie znowu zwyczajnym, powszechnym torem. W ogromnych dobrach swych Horwat prowadził na wielką skalę, oprócz eksploatacji smoły, handel tuczonymi na miejscu i w odległe strony rozsyłanymi wołami61; w Pińszczyźnie wznosiły się liczne i słynne fabryki Skirmunta: sukna, cukier, świece i sery wyrabiające62; w niektórych powiatach gub[erni] wileńskiej, gdzie natura gruntu nakazywała niejako uprawę lnu i konopi, wyrabiano płótna niższych gatunków, zakładano olejarnie i powrozarnie, niektórzy właściciele w pobliżu rzek spławnych mieszkający posiadali własne statki wodne (wiciny) i wysyłali nimi, bez pośrednictwa kupców, do Królewca lub Gdańska zboża własne i sąsiedzkie. Z wyjątkiem nielicznych chyba drobnych i przelotnych objawów, mała to już suma przemysłowej i handlowej działalności prowadzonej przez ówczesne pokolenie szlachty litewskiej. Odpowiednio do bogactwa naturalnych zasobów prowincji i rozległych jej przestrzeni, była to działalność tak mała, że nie przyczyniała się wcale do podniesienia ogólnego stanu ekonomicznego, do wprawienia w ruch ociężałych umysłów i do ożywienia powszechnej ciszy.
Rolnictwo tedy nie było umiejętnością; posiadacz ziemi, z położenia swego i przeznaczenia rolnik, nie był specjalistą żadnym ani producentem, aż do najlżejszego śladu utracił pojęcie wyrazu: z a w ó d, i nierozłącznie do wyrazu tego przywiązanych pojęć: systemu, obowiązku, nieustannego dążenia ku postępowi w obranej gałęzi działalności, przynoszącemu zwiększone korzyści osobiste i ogólne. Im dłużej ręce poddańcze spełniały na rzecz władców swych prace grube i rutyniczne, tym głębiej umysły władców gręzły w niewoli bezczynności i apatii. Wet za wet! więzy moralne za więzy fizyczne!63
Zarazem ludzie ci, którzy przez życie całe spać mogli na puchach i zajadać marcepany bez wyprodukowania własnymi rękami lub głową garści słomy albo okrucha czarnego chleba, oligarchowie ci, którym niedostawało jedynej moralnej podpory oligarchii wszelkich: publicznego życia i pełnienia publicznych funkcji; władcy dusz ludzkich, którym dziwaczny zwyczaj publiczny nadał wyłączny przywilej noszenia nazwy obywateli, uczuli się, uczuć się musieli ze stanowiska wytworzonego im przez główną społeczną ustawę, wyższymi nad wszystko, co wkoło nich istniało i mozoliło się nad utrzymaniem życia - im tak łatwego. Skąd kastowość pyszna, uparta, chińska, od[g]rodzenie się od innych warstw narodu grubym wałem dumy nieprzezwyciężonej, wzgardliwe a nieskończenie staranne strzeżenie c z y s t o ś c i k r w i i d o b o r u t o w a r z y s t w a - stąd znowu ciężkie poszkodowania moralne. W organizm ten drętwiejący nie wpływały świeże siły żywotne, które by go odmłodzić i do ruchu pobudzić musiały; w kole64 to, ściśle zwarte rutyną i przesądem, nie wnikały odgłosy ze świata szerokiego, które by nowe pojęcia, hasła i dźwignie przynieść mu mogły. Nie dość na tym. W samej kaście tej potworzyły się kasty.
Istniały kategorie i stopniowania oparte na liczbie d u s z lub c h a t posiadanych. Stuchatowi dziedzice szli jeszcze od biedy w parze z dwiestu i trzystuchatowymi, ale wara była takiemu, który chat tych posiadał mniej jak pięćdziesiąt, przystępować do nich na zbyt bliską odległość. Pięćdziesiąt chat stanowiło ostatni szczebel, na którym zostającemu udziela się nazwa p a n a. Poniżej, aż do dwudziestu mniej więcej, był już gatunek pomniejszy, tak zwana s z l a c h t a 65, poniżej jeszcze Ereb66, duchy szare, słabiutkim blaskiem szlacheckiego klejnotu zaledwie różniące się od duchów całkiem bezbarwnych, bo bezklejnotowych. Znaczyła tu cóś jeszcze parantela, ktokolwiek mógł pochlubić się licznymi a dostojnymi stosunkami pokrewieństw, temu do pewnego stopnia przebaczaną bywała zbyt drobna cyfra d u s z czy c h a t posiadanych, ale ten, kto nie był f a m i l i a n t e m, na zawsze pozostawał szlachcicem lub bezbarwnym duchem niskiego Erebu!
Z dala, z innej epoki czasu, wszystko to wydaje się tylko komicznym, za niedorzecznością jednak i śmiesznością pozorną kryły się tu straty potężne, tragicznej doniosłości pierwiastki. Część rozpadła się na drobniejsze jeszcze części, to, co i tak już więcej niż zbytecznie od całości było oddzielonym, rozdzieliło się jeszcze samo w sobie. Od tej masy czarnej, która wzgardzona i upokorzona czołgała się u stóp swych władców, wzgarda i upokorzenie pełzały po szczeblach rozlicznych coraz to wyżej. Gwałt, w najniższej sferze społecznej zadany prostej a wielkiej zasadzie równości ludzi, zabił równość we wszystkich innych. Wet za wet.
I cóż dziwnego, że na tle tym, ze wszystkich powyżej opisanych żywiołów złożonym, zarysowały się niekiedy postacie o dziwacznych rysach, płynęły istnienia w sposób nigdzie indziej nieznany, że odrębności form i charakterów były tu tak liczne jak mile dzielące rzadkie siedziby ludzkie, tak do reszty świata niepodobne, jak niepodobnym był do tego, co działo się na wszem świecie, panujący tu porządek rzeczy. Cóż dziwnego na koniec, że przy warunkach podobnych, przez przyrodę i okoliczności stworzonych, nazwa L i t w i n stała się dla innych prowincji kraju jednoznacznikiem wyrazu: oryginał?
Tak np. w pewnej stronie, a raczej w pewnym kącie prowincji istniał dwór stary, rozległy, zamieszkiwał go pan więcej niż dwiestuchatowy z rodziną swą, to jest z żoną i siedmiu synami. Dochody miał ogromne, lecz w papierowe pieniądze nie wierząc, a od kupców nabywających corocznie wielkie z dóbr jego krestencje67, nie przyjmując monety innej jak złotą lub srebrną, napełniał nią faski lub beczułki, które długim szeregiem stały w piwnicy opatrzonej zamczystymi drzwiami. Synowie wzrastali u boku jego w najściślejszym wyrazu tego znaczeniu, domowemu bowiem preceptorowi poleciwszy nauczenie ich czytania, pisania i rachunków, wzbronił im wszelkich podróży dalszych jak te, które w obrębie mil pięciu lub sześciu rodzinnej parafii odbywać mogli. Młodzieńcy wyrośli na podobieństwo dębów i nudzić się poczęli. Jęli tedy upatrywać sobie zawody różne według szczególnych skłonności każdego. Jeden został z profesji myśliwym, drugi w największej przed ojcem tajemnicy grywał gdzie mógł w w o z a i m a r i a s z a, trzeci bałamucił dziewczęta wiejskie, dwaj czy trzej inni spali po alkierzach od wieczora do rana i od rana do wieczora, ale wszyscy siedmiu zjednoczyli się w jednym zamiłowaniu, w jednym zajęciu codziennym i nieustannym - w gastronomii. Okolica była rybna i grzybna, w starym, poważnym domostwie znajdowała się moc pokojowych kominków, a przed każdym z tych kominków znaleźć można było o wszelkiej porze roku i dnia po jednym z siedmiu młodzieńców. Jeden z nich smażył grzyby, drugi gotował rybę, trzeci sporządzał pierożki jakieś itd. W rondelkach, rynkach, garnuszkach gotowało się, kipiało i smażyło. Matka w czarnej sukni i białym czepcu, z kluczami u pasa i błogim uśmiechem na ustach chodziła od kominka do kominka, tu dosypywała, tam dolewała, ówdzie doradzała, synowie zaś po wypróżnieniu jednych rynek i rondelków przystawiali inne... Trwało tak jeszcze wtedy, kiedy najmłodszy liczył dobrych lat dwadzieścia kilka, najstarszy zaś sięgał z bliska czterdziestki. Młodzieńcy ci słynęli szeroko w okolicy pod nazwą s i e d m i u b r a c i ś p i ą c y c h, wkrótce jednak byli to b r a c i a p r z e b u d z e n i. Ojciec zmarł, bracia podzieliwszy się ziemią i faskami pełnymi srebra i złota, otrzymali ze spuścizny ojcowskiej przeszło po pół miliona złotych. Wtedy nagle strzelby myśliwskie i zatłuszczone karty, buziaki wiejskich dziewcząt, alkierzyki cieniste i kominki z rondelkami opuszczone zostały i hurra! kupą całą do Warszawy! Warszawa była im dotąd miejscem jakimś fantastycznym, zamkiem zaczarowanym, krainą idealną, najśmielszym zaledwie marzeniom przystępną. Toteż na pierwszym zaraz kroku spotkał ich ktoś gromadą przez ulice warszawskie idących z twarzami wielce zafrasowanymi.
- Gdzie zamieszkaliście?
- A nigdzie jeszcze! szukamy właśnie k a r c z m y z a j e z d n e j, nie możemy jej dotąd znaleźć!
O hotelach biedacy wyobrażenia żadnego nie mieli i znajomy długo tłomaczyć im musiał, nim ich objaśnić zdołał, co to za stworzenie hotel. Ośmielili się jednak potem i poznajomili z Warszawą tak dobrze, iż faski ze złotem na bruku onej krainy idealnej pękły, a tam, kędy one były, wyrosły długi. Byli to zresztą w gruncie rzeczy dobrzy chłopcy. W następstwie czasu nabrali dużej skłonności do światowego, marnotrawnego żywota, a jeden z nich poszedł tylko w ślady ojcowskie i zbierał złoto i srebro do fasek.
- Dlaczego nie złożysz pieniędzy swych w banku? miałbyś procent - mawiali sąsiedzi.
- Procent! dobry mi zysk z tego procentu! ja dam im sto rubli, a oni mi dadzą za to cztery albo pięć!
- Ależ sto rubli nie przestaną być twoją własnością i odbierzesz je na powrót, gdy tylko zechcesz.
- Odbiorę! pewno! znam ja ich! skręcą i po wszystkim!...
A działo się to nie dawniej jak przy końcu szóstego dziesiątka lat bieżącego stulecia68.
Gdzie indziej znowu był właściciel również licznych włości, który życie całe spędzał na rzemiennym dyszlu, przez rok cały objeżdżając olbrzymią parantelę w dwu czy trzech guberniach, wracając do domu w jesieni, aby sprzedać krestencją i znowu ruszyć w drogę na dziesięć lub jedenaście miesięcy. Dzieci miał ośmioro - owdowiał. Co tu robić? Zostawiać drobiazg w domu, niepodobnym było ojcowskiemu sercu, poczciwemu i czułemu w gruncie, wyrzec się rzemiennego dyszla - drugie niepodobieństwo. Wytoczono więc z wozowni dziadowską podobno karocę z czarnym drewnianym murzynkiem o czerwonej czapeczce, sterczącym powyżej żółtego pudła. Do małego domostwa tego, ośmiu końmi zaprzężonego, wsiadł pan, wsiadło ośmioro dzieci różnego wieku, wsiedli guwerner i guwernantka i pojechali. Obywatela zamożnego, którego dobre istotnie i szlachetne serce braciom po herbie służyło chętnie czapką, papką i sakiewką, którego animusz wesoły znał anegdot tysiące i genealogią rodową Litwy całej, mnodzy krewni, koligaci, przyjaciele i znajomi witali radośnie w zagrodach swych węgrzynem i całunkiem. Tam, gdzie gościna przeciągała się dłużej nieco, guwerner i guwernantka rozpakowywali szczupłe tłomoki zawierające elementarze i tabliczki mnożenia, a dzieci karmiły się przez czas jakiś świętym chlebem nauki. Jeździli tak wszyscy razem i wtedy jeszcze, kiedy córki stały się dorosłymi pannami, a synowie młodzieńcami pod wąsem. Dziadowska karoca z pomocą kowali i rymarzy dwu guberni trzymała się czerstwo aż do dnia, w którym rzemienny dyszel jej pękł razem z nicią żywota jej właściciela. Raz tylko szacowny ten przedmiot spotkał się z karygodnym impertynentem jakimś, który mu na żółtych drzwiach wielkimi literami węglem napisał: "Jeżeli cię kto czym jesteś zapyta, powiedz, żeś kareta!". Tu i owdzie znajdowały się oryginalne, średniowieczne jakby postacie od stóp do głowy oszyte w Nemrodową skórę69, nieznające na świecie całym nic i nikogo prócz strzelb, kniei i kotła, w którym śród polany leśnej odgrzewał się po skończonych łowach bigos hultajski. Byli i tacy, którzy bawili się w urządzanie domów swych na wzór wschodnich haremów, i tacy, co życie spędzali nad preferansem, i tacy jeszcze, którzy fajki i cygara zapalali sobie i gościom swym 50-rublowymi asygnatami.
Do jednego z dziedziców przyszedł raz ekonom i oznajmił, że myszy wkradły się do stertów70 zbożowych, których znaczna ilość wznosiła się śród obszernych łanów.
- A to, mosanie, ja je zaraz te psotnice stamtąd wygonię.
Zgromadził czeladź, poszedł z nią w pole i rozkazał sterty podpalić. Myszy, naturalnie, pouciekały, a ogień pochłonął wartość kilkunastu tysięcy rubli.
Bardzo i bardzo jednak należy strzec się mniemania, aby wszystkie te oryginalne obyczaje, cudactwa, śmieszności, grzeszne marnotrawstwa czasu i bogactw stanowić miały w życiu szlacheckim niezmienną regułę, strzec się mniemania tego należy, bo prowadzi ono właśnie do uprzedzeń nienawistnych i zupełnie niesprawiedliwych. Były to chwasty wyrastające z gruntu zaściankowości, próżniactwa i możnowładztwa, którego siły, nie znajdując dla siebie ujść innych, przerabiały się w dziwaczne, a czasem grzeszne kaprysy i nałogi; ale typowy dwór szlachecki na Litwie, to jest taki, który skupiał w sobie najogólniejsze cechy całego zjawiska, przedstawiał bez zaprzeczenia miejsce spokoju, wdzięku, wysokiej towarzyskiej ogłady, uczuć częstokroć wzniosłych i bohatersko wiernych, porywów i zapałów szlachetnych, cnót rodzinnych gruntownych i stałych. A najprzód, dłużej tu niż gdziekolwiek indziej przechowała się prostota obyczaju niewdającego się w naśladownictwo żadne, wybredności, zbytki. Wielkie w tym względzie znaczenie miała nieobecność w prowincji wielkiego miasta w zupełnym wyrazu tego znaczeniu. Wilno bowiem, poważne pamiątkami swymi, czarowne otaczającą je przyrodą, o ulicach wąskich i falistych, o murach kruszących się od starości, nie posiadało nigdy ponętnego, hulaszczego, rozbawiającego charakteru Warszawy. Oprócz tego gród ten dzieliły z niektórymi stronami prowincji przestrzenie ogromne dróg bitych, a tu i owdzie gościńców nawet pocztowych pozbawione, przerznięte piasczystymi tylko lub leśnymi drogami, po których wlec się trzeba było z ciężkością w ł a s n y m i k o ń m i, po trzy i cztery doby, wioząc ze sobą służbę liczną, przybory kuchenne, śpiżarniane zapasy. Toteż te tylko okolice, które leżały w bliskości dróg bitych ku Warszawie i obcym krajom wiodących, nasiąkały zamiłowaniem wykwintu i obczyzny, budowały się wedle zagranicznych wzorów, czytały zagraniczną beletrystykę, stroiły domy swe w błyskotki kosztowne a błahe. Tu także psuł się obyczaj domowy, w długi i gruzy upadały fortuny, imiona plamiły się chciwością i nieuczciwością ze złego stanu marnotrawionych finansów wynikłą; tu oświata niekompletna, bogactwo niezapracowane, dnie niezajęte, pycha wciąż podsycana i inne tego rodzaju wady, które w całej panowały prowincji, stokroć stawały się niebezpieczniejszymi, liczniejsze i straszniejsze spotykały pokusy i podniety. Ale dalej w głębi prowincji, bliżej granic Wołynia, Żmudzi i Białorusi cicho było i po swojemu, gościnnie a skromnie, cnotliwie i poetycznie. Tam w domach onych niskich, długich, które zielony powój owijał od podstaw spróchniałych, i w tych, które nie wstydziły się pod jednym dachem mieścić komnaty dziedziców i izby czeladne, a oknami patrzeć wprost na odwieczne lamusy i okopcone wędzarnie, tam w domach tych aż do ostatnich czasów istniały pokoje z pobielonymi po prostu ścianami, ze sprzętami z jesionu lub mahoniu obitymi przecenną materią, dziadowskie jeszcze pamiętającą czasy, ale bez sprężyn, bez nowożytnych fasonów i wykwintów, pokoje, których wygodą główną była obszerność, ciepłe osłonecznienie i głęboki cień padający od drzew ogrodowych, a ozdobą piękny jakiś obraz historyczny, kilka portretów rodzinnych, posadzki jak szkło błyszczące i mnogość wazonowych roślin, pielęgnowanych białymi dłońmi p a n i e n e k. Tu, w tych zakątkach światu szerokiemu nieznanych, znano przecież świat szeroki, jednostronnie zapewne, lecz lepiej zawsze, jaśniej niż gdzie indziej; tu najliczniej przybywały, najpowszechniej czytanymi bywały płody bieżącej literatury krajowej; tu, względna zapewne i jednostronna, lecz wysokiego stopnia sięgająca oświata najszersze promieniowania wysyłała w sfery społeczeństwa inne; tu, na koniec, istniała coraz większa liczba umysłów nurtowanych niewysłowioną tęsknotą ku kręgom wiedzy szerszym, ku żywszej, gorętszej działalności ludzkiej i obywatelskiej, tęsknotą, która ostatnimi czasy objawiła się rzucaniem wielu jednostek w samodzielne studia naukowe, w próby agronomiczne, niefortunne najczęściej, bo nieumiejętne, coraz częstszym wysyłaniem młodzieży do szkół i uniwersytetów, zakładanymi tu i owdzie efemerycznymi szkółkami dla ludu.
Jedną z najjaśniejszych stron społeczeństwa tego była bez zaprzeczenia - kobieta. Cnota jej, bierna wprawdzie, bo nieścierająca się nigdy z pokusami ubóstwa, osamotnienia i światowego burzliwego życia, dosięgała przecież wysokiego stopnia nieskazitelności. Duma, tym razem zbawienna, czystość myśli i wyobraźni, wielce surowa wreszcie pod względem tym opinia publiczna strzegły w żonach wiary małżeńskiej, przechowywały w dziewicach kryształową niewinność i tę niewiadomość wielu rzeczy realnych, która dziś, przy zmienionych warunkach, byłaby wielce niebezpieczną, a nawet niepodobną, wtedy jednak czyniła te córy cichych wiejskich dworów istotnie podobnymi do kwiatów niepokalanej białości i czarującego wdzięku. Stąd płynęły istnienia kobiece czyste jak łza i jak diament błyszczące cichymi poświęceniami, uczuciami aż po grób wiernymi. Bywały i tu nieraz dramata serc zawiedzionych i rozdartych, tęsknoty myśli rwących się poza krąg codzienny, ale wszystko to bez burz i wybuchów, częstokroć bez łzy i skargi zapadało w głąb piersi niewiastowych, na wpół niewolnic obyczaju i opinii, na wpół bohaterek cnoty i poświęcenia, a tłomaczyło się na zewnątrz ciemniejszą chyba barwą przywdziewanej szaty, zdwojoną łagodnością wejrzenia i zwiększoną ilością modlitw i dobrych uczynków. Kobieta zresztą pracowała tu nierównie więcej i ogólniej niż mężczyzna. Jako gospodyni domu i matka miała ona pewien krąg obowiązków, do spełnienia których przywiązywała pewne wzniosłe dumy lub drobne ambicje, które też spełniała ochotnie a gorliwie. Na jej to głowie ciążyło godne przyjęcie gości, pod jej dozorem zostawały spiżarnie zasobne, utrzymywały się w ładzie i ozdobności sady i ogrody, ona to wykształcała ludzi dworskich na dobrych, fachowych służących, ona ich moralizowała przestrogą i przykładem, a częstokroć w ręce ich wkładała elementarz i katechizm. Kobieta ta na koniec w smętną porę wiosennych przednówków, w straszliwych czasach głodu i zarazy ukazywała się na progach chat wieśniaczych z żywnością i lekami, a gdy mężczyzna, ulegając zgubnemu wpływowi absolutnej władzy, unosił się złą namiętnością, ona pomiędzy nim a ludem niewolnym stawała ze łzą w oku i słowem miłosierdzia na ustach...
Na tym skończył opowiadanie swe p[an] Andrzej i oboje zadumaliśmy się długo, głęboko. Po chwili jednak stary znajomy mój rzekł:
- Dałem tu pani wielce niekompletny, w najgłówniejszych zaledwie rysach pochwycony obraz niezmiernie obszernego i różnostronnego przedmiotu. Trzeba, abyś go, pani, uzupełniła, rozszerzyła, przedłużyła...
- Niestety! - odparłam - nie mogę przedłużać, albowiem przekonałam się z własną szkoda moją, że błękitna książeczka zbyt długich robót nie lubi! Parę tylko pytań muszę jeszcze koniecznie zadać panu. Przypuśćmy oto, że karmazyn jakiś czystej wody, podsłuchawszy rozmowę naszę, staje teraz przed panem i z marsem na wąsatym obliczu, z ręką przyłożoną do miejsca, kędy bywała niegdyś karabela, mówi: "Oczerniłeś nas, mości dobrodzieju, wszystko, coś o nas mówił, jest kalumnią, infamią i demagogicznym wymysłem. Byliśmy święci, mądrzy, nieskalani, byliśmy zbiorem bohaterów, pomiędzy którymi nie zaplatał się nigdy żaden łotr ani głupiec, ani dziwak. Odwołaj, waszeć, coś rzekł, a prędko, bo inaczej przewróci się cały porządek społeczny, moralność legnie w gruzy, oświata zniknie, a na kraj zamieniony w Sodomę i Gomorę spadnie siarczysty deszcz sankiulotów, furyjerystów71, ateuszów, nihilistów...". Co byś pan karmazynowi temu odpowiedział?
- Odpowiedziałbym mu tymi słowy: "Dostań sobie skąd, wasze, książkę taką, którą czytając, mógłbyś wiele się nauczyć. Wtedy dowiesz się tego, o czym już statut wiślicki prawił, że wraz z czasem, który płynie, przypływają nowe potrzeby, pojęcia i sądy72, że Pan Bóg, dając ludziom moralność, oświatę i rozum, nie dał ich na wyłączną własność jednej klasy narodu; kto zaś chce szacunku i miłości dla ludu, ten choćby nie wiem jak herbowy, nie powinien zamykać oczu na swe ułomności i wady, ale wytykać je sobie i braci swej, wytykać je z miłością, z wielką miłością nawet, ale bez obsłon. Przeszłość nie straci na tym nic ze swego blasku, teraźniejszość zyska na trzeźwości, a przyszłość... Widzisz, wasze, to właśnie w imię przyszłości należy mówić prawdę".
- A gdyby nie szlachcic już czysto karmazynowy, ale demokrata bardzo czerwony stanął przed panem i rzekł: "Popełniłeś, obywatelu, apoteozę tego, czym my gardzimy, upoetyzowałeś to, co my mniemamy być kupą błota, wyraziłeś się ze sympatią i częściowym przynajmniej uznaniem dla tego, ku czemu my nienawiścią pałamy, nad czym pragnęlibyśmy wywrzeć zemstę za wiekowe udręczenia nasze! Jesteś, obywatelu, człowiekiem głupim, strupieszałym, zgniłym itd., itd.". Co byś pan na to odpowiedział?
- Odpowiedziałbym na to: "Radzę ci naprzód, obywatelu, abyś uczesał się, umył ręce i włożył czystą bieliznę, jak to zwykli byli czynić szlachcice i co poczytuje się za wielką zaletę; następnie radzę ci, abyś szedł do szlachcic tych po naukę grzeczności i ogłady towarzyskiej, która niczym mniej nie jest, jak uczciwym szanowaniem oczu, uszu i godności cudzych, a która nie doszła jeszcze pomiędzy czerwonymi czapkami do należytego stopnia rozkwitu. Następnie, obywatelu, bądź łaskaw, postaraj się o jakie dobre dzieło historyczne i dowiedz się z niego, czym była szlachta u nas, jak się wytworzyła w łonie narodu, jaki podatek krwi i męczarni wszelakich płaciła, jak lampę oświaty krajowej roznieciła, jak pewną wielką ideę, o której ty wiesz, a ja nie powiem, aż po ostatnie czasy ofiarnie i wiernie przechowała...73 Skoro zaś mówisz o zemście, więc ja ci powiem, że to rzecz nie twoja; historia mści się bez mojej i twojej pomocy, a młoda ludzkość, jeśli mędrszą chce zostać, lepszą i sprawiedliwszą od starej, powinna ze słownika swego wykreślić bez śladu słowo: zemsta, tam zaś, gdzie ono było, wypisać zasadę mądrą i słodką: k t o w i e l e z r o z u m i e , t e n w i e l e p r z e b a c z y! ...".
Rozmowę tę moję z p[anem] Andrzejem dosłownie spisaną polecam względom błękitnej książeczki i - pobłażliwości czytelników.
El. Orzeszkowa74
ZNAD NIEMNA
List III
Poddaństwo włościan zniknęło z prawa i z obyczaju. Ustawa, której przerozmaite wpływy uczuwać się dawały we wszech dziedzinach materialnego i moralnego żywota o j c ó w, upadkiem swym zaznaczyła początek epoki s y n ó w.
Stało się to śród grzmotów i błyskawic...75 Ale - zacznijmy od początku ten ważny rozdział miejscowych dziejów naszych, aby pobieżnie przynajmniej zapoznać się z głównymi jego ustępami.
Już w drugiej połowie szóstego dziesiątka lat bieżącego stulecia czuć można było drżenie gruntu, na którym tak dawno i nieruchomie wspierała się społeczność prowincji naszej. Głuche, uparte wieści, domysły, przewidywania, bardziej z ogólnego ducha czasu niż z dobrze określonych faktów powstałe, niby prądy elektryczne przebiegały prowincją, uderzały o ciche dotąd ściany dworów i dworków, budziły do życia i ruchu umysły zdrętwiałe śród bezczynności niedbania o jutro, przerywały jednostajność życia machinalnie niemal wiedzionego.
Wszystkie wieści te i domniemania, cały ten nowo powstały prąd myślowy tłumaczył się jednym wyrazem: reforma! Określników, które by znaczenie wyrazu tego bliżej wyjaśniały, nikt nie potrzebował. Każdy rozumiał dobrze i od razu, do czego ściągał się on i co zapowiadał. Był to podówczas wyraz nieunikniony jak konieczność, niemilknący nigdy jak bajka o czapli chodzącej po desce.
Wymawiano go przy powitaniach pomiędzy dwoma pocałunkami, tajemniczym brzmieniem jego osmucano wesołe okrzyki strzemiennych wiwatów. Wyraz ten rozpoczynał długie, niezwykle żwawe rozprawy pomiędzy bracią szlachtą zgromadzoną z zamiarem wesołego pobawienia się w gronie sąsiedzkim; on to mglisto a nieprzyjemnie jakoś majaczył w sennych marzeniach opasłego p[ana] marszałka, odbywającego w sprężynowym fotelu poobiednią drzemkę; on także różowym światłem jutrzenki jaśniał przed wzrokiem młodzieńca, który tylko co ukończywszy uniwersyteckie studia i rozstawszy się z młodym, gorącym, uniwersyteckim życiem, przywiózł ze sobą do domowej zagrody spory zapas demokratycznych wyobrażeń, żwawe serca bicie i wspaniałomyślne umysłu porywy. Wyraz ten strzępił sumiastego wąsa i marsowo nastrajał humor m o s t e r d z i e j a, nazywającego nowości wszelkie szatańskimi figlami; w nim to kryjące się zagadki budziły uczucie rzewności i nieokreślonej radości w sercach niewiast z dawna już litujących się w milczeniu nad ludem niewolnym; jego głuche, odległe echa mąciły w uchu polującego Nemroda harmonijny dźwięk myśliwskich pobudek i zachwycającą dlań m u z y k ę grającej k o t a! ulubionej smyczy76; on to tułał się jak zaklęty po głowie wytrawnego preferansisty, który powtarzając go i komentując w myśli, ani spostrzegał, jak mu partner zaznaczał na zielonym suknie długi szereg b e t ó w 77; on dostarczał pola do popisania się z wymową i rozumem parafialnym krasomówcom i mędrcom, na jego nutę nastrajać się poczynały liry poetów...
Szczegółów wprawdzie i pewników nie było żadnych, tak jak nie istniały jeszcze prawnie zarządzone przygotowania. Tym więcej zajmującą stawała się zagadka, tym też liczniejsze mnożyły się wokoło niej komentarze, domysły, nadzieje i - obawy. Jak mianowicie stać się miało to coś, co wisiało w powietrzu i przy każdym odetchnięciu ludzi drgać zdawało się w piersiach ich i głowach? nikt nie wiedział, ale że stać się koniecznie musiało, o tym wątpiła szczupła zaledwie garść maruderów społecznych, którzy w zaściankach swych żywot cały pędząc, nie wiedząc o niczym więcej na świecie prócz o nienaruszalności szlacheckich swych klejnotów i przywilejów, nie czytając nic prócz wileńskich kalendarzy, wierzyć nie przestawali w podaniowy podział ludzkości na potomków trzech synów Noego, w pochodzenie szlachty od uprzywilejowanego Jafeta, a chłopów od potępionego na wieczne czasy Chama78.
Całe to przecież powszechne a gorączkowe zajmowanie się przewidywanym faktem pochodziło bardziej z zupełnie zrozumiałej obawy niż z bezwzględnego wstrętu. Wszelkie zmiany do gruntu wstrząsnąć mające prastarym porządkiem rzeczy, niosąc ze sobą przy zbliżaniu się swym niedobrze określone obrazy nieznanych dotąd walk i niebezpieczeństw, rozlewają dokoła żywioł grozy, niepewności i buntów samozachowawczego instynktu. Im mniej zaś jednostka pojedyńcza czy zbiorowa czuje się w możności i prawie samodzielnego kierowania nadciągającym prądem nowych wydarzeń, tym większą staje się niepewność i nieokreśloność jej położenia, tym mozolniej nad odgadnięciem przyszłości pracować musi wyobraźnia jej, tym silniej i boleśniej naprężają się jej uczucia.
Zmiana przerabiająca aż do gruntu stosunek pracy i własności od wieków ustalony była jedną z tych, które popychając na nowe zupełnie drogi wszechstronną kulturę kraju, rozłamują dzieje jego na dwie różne ze sobą połowy. Obawiano się zmiany tej powszechnie, lecz z wyjątkiem niewielkiej liczby całkowicie zakutych głów i doskonale samolubnych serc, powszechnie też zgadzano się na nią w z a s a d z i e. Obawy ściągały się daleko mniej do rzeczy samej, którą uznawano za słuszną i nieuchronną, jak do sposobu, w jaki rzecz ta wprowadzoną być miała w życie, do kształtów i rozmiarów budowy nowej, wznieść się mającej na gruzach tej, która podmyta nieubłaganą falą czasu, chwiała się i kruszyła.
Jak obawa uczuwana powszechnie wobec spodziewanej wielkiej reformy, tak i powszechny prawie brak wstrętu ku zasadniczej myśli reformę tę dyktującej, z łatwością tłumaczyć się daje każdemu, kto zna najbliższe dzieje tutejszej społeczności szlacheckiej nie z zewnętrznych tylko i w oczy bijących ich objawów. Pod powierzchnią jednostajną, błyskotliwą lub senną, nadającą społeczności tej pozór automatu, istniały liczne i znaczące, acz ciche i ledwie widzialne koryta, którymi płynęło wewnętrzne, ze świateł i cieni złożone, ludzkie, a więc zmienne jej życie. Powolna i cicha praca wąskich tych tajemnych strumieni żłobiła coraz głębiej i uparciej grunt, na który wpłynąć wnet miał szeroki, wrzący i porywający potok przyszłości...
A naprzód, szlachta litewska posiadała we względzie stosunków swych z niewolnym ludem tradycją pewną, która katastrofę zbliżającą się czyniła mniej nową i niespodziewaną. Jak nadmieniłam w liście poprzedzającym, drugi dziesiątek lat bieżącego stulecia widział tutejszych posiadaczy wiejskich dokonywających zbiorowego kroku prawnego, zmierzającego ku ryczałtowemu zniesieniu poddaństwa ludu. Jakkolwiek krok ten dokonanym był bardziej pod wpływem rycerskiego animuszu i przemijającego uniesienia aniżeli gruntownego wyrozumowania i stanowczych postanowień, jakkolwiek przeważny udział w nim wzięli mężowie przewodniczący podówczas społeczeństwu swemu siłą rozumu i uczucia, a ogół niedobrze wiedział, co i dlaczego czynił, jakkolwiek na koniec starania te chwilowe rozbiły się o niemożebność i nie tylko bez skutku zbawiennego pozostały, ale poniekąd zły wpływ wywarły, bo na długie lata zniechęciły umysły i rozgrzeszyły sumienia - zawszeć jednak był to odblask myśli, która raz już zajaśniała w głowach, echo uczucia, które raz już wstrząsnęło sercami, zawszeć jednak było to hasło wykrzyknięte niegdyś przez tych, którzy teraz spoczywali pod grobowymi głazami, była to chlubna pamiątka przeszłości...79 Z chlubą też wspominali o niej ci nawet, którzy by sami własnym tylko rozumem i własną powodując się wolą, ani pojęli potrzeby zadośćuczynienia najprostszej sprawiedliwości, ani jej nie odczuli, ci nawet, którym zadośćuczynienie to wydawało się najcięższym, najofiarniejszym i najmniej koniecznym. Instynktowie80 przecież lub wyłącznie przez popęd serca chlubiąc się tym faktem przeszłości, ludzie ci zobowiązywali niejako siebie samych do uznania go za rzecz dobrą i słuszną, tworzyli niejako miarę pewną, do której niezbyt ścisła chociażby konsekwentność dopasowywać im rozkazywała plany własnej przyszłości. Tradycja tedy dość już daleka, aby miłość i cześć obudzać w sercach, dość bliska jeszcze, aby wiernie tkwić w pamięciach, była tu rodzajem honorowego lubo terminem żadnym nieokreślonego zobowiązania się, rodzajem testamentu, z wykonaniem którego zwlekać by się chciało do nieskończoności, ale o którym wiedzieli wszyscy, że go kiedykolwiek wykonać trzeba i należy.
Drugim a silniejszym jeszcze od pierwszego, bo realnym, żywym i czynnym bodźcem dla myśli ówczesnych i uczuć, był występujący śród społeczeństwa coraz liczniejszy zastęp młodzieży, nie w domowych już ścianach na wzór ojców wychowanej, nie od guwernantek sentymentalnych i lichych guwernerów wiedzę swą czerpiącej, ale po kilkoletniej nieobecności wracającej do zagród domowych z poważnych świątyń nauki, z koleżeńskich kół, w których wre raźnie młodzieńcze życie, wiara zwątpieniu niedostępna obala i przebudowuje światy.
Zastęp ten żwawy, burzliwy, do zmian, reform z natury swej pochopny, powstawał nie skądinąd, tylko z łona tejże samej szlacheckiej społeczności. Powstawanie to trwało od niedawna, lecz wzmagało się z nadzwyczajną szybkością. Paniczów wypieszczonych miękkimi dłoniami mamek i guwernantek, wykołysanych na elastycznych poduszkach kozetek, ostudzonych i ogłupionych zimnem i ciasnotą codziennego otoczenia istniała jeszcze wprawdzie ilość niemała, sporo też jeszcze znajdowało się w prowincji wąsatych drągalów, strudzonych czteroklasowymi studiami, utuczonych barszczem z rurą i kołdunami, nieznających na świecie bożym innej drogi prócz tej, która wiodła do parafialnego kościoła i powiatowego miasteczka, innego wspaniałego widoku prócz tego, który przedstawiały smycze ojcowskie goniące k o t a w polu lub sarnę po lesie, innej piękności prócz ładnego buziaczka panienki z sąsiedniego dworu lub - dziewczyny z poddanej wioski, innego uczucia prócz głupiej buty i bezmyślnych uniesień, objawiających się ślamazarnymi łzami lub hulaszczym humorem i burdą.
Egzemplarze podobne w rozmaitych formatach i okładkach, w wydaniach mniej lub więcej wytwornych lub zaniedbanych, istniały jeszcze w prowincji w ilości znaczniejszej, niżby tego potrzeba było dla szczęścia jej, dostojności i bezpieczeństwa. Ale - to, co było jeszcze, przestało już być regułą. Obok owych wyperfumowanych welinów i okopconych bibuł błyskać zaczęły tu i owdzie połyski stali i ognie diamentów. Pod postacią młodych ludzi wracających do stron rodzinnych z oddalonych akademii i uniwersytetów w szranki społecznego życia wstąpiły po raz pierwszy od dawna zapał i wiedza.
Czy ta ostania dość prawidłową i kompletną była, aby podołać okolicznościom w samej rzeczy trudnym bardzo, aby śród widnokręgu zaciemnionego ciężkimi chmurami odkryć słońca stałe i wykreślić drogi pewne? Zobaczymy to później, teraz myśli naszej koniecznie nasunąć się muszą pytania: jakim sposobem ludzie, którzy sami chowali się i żyli w ciszy gronowej i niedbałości, mogli rzucić synów swych w gwary szerokiego świata i ognie gorących urojeń? dlaczego ci, którzy obywali się sami bez gruntownej i wszechstronnej wiedzy, zapragnęli jej dla swych dzieci? Byłoż to bezwiedne może i instynktowe poczucie, że istnienie takie, jakie wiedli oni, acz spokojne i bezpieczne na pozór, nie było ideałem istnień ludzkich za ziemi? byłoż to machinalne niemal nawiązywanie nici tradycji zerwanej przez czas pewien, a w oddali i z bliska jaśniejącej imionami Oleśnickich, Długoszów, Zamojskich, Kołłątajów, Czackich, tych tworzycieli i rozkrzewicieli oświaty krajowej? Byłaż to może tajemna jakaś, dręcząca tęsknota za życiem, za światłem, za działaniem, odzywająca się na koniec w łonie ludzkości z dawna drzemiącej w cieniu i odrętwieniu? albo jeszcze, byłże to - lęk nieokreślony wkradający się do serc tych, którzy długo, z błogimi uśmiechy na ustach okrywali wysoką górę różanymi gajami, aż nagle spostrzegli, że góra ta była wulkanem?
Żadne z przypuszczeń tych nie jest mylnym. Wszystkie uczucia te złożyły się na wytworzenie faktu, o którym mówimy, przyłożyła się też doń jeszcze okoliczność pewna innej nieco natury od tamtych, uczuciowych przeważnie bodźców. Było nią coraz częściej zdarzające się upadanie fortun i ubożenie rodzin szlacheckich. Fałsz ekonomiczny i moralny, służący za podstawę szlacheckiemu bytowi, wydawał coraz różnorodniejsze i obfitsze owoce.
Dostatki niezapracowane rozpraszały się na cztery wiatry świata, źródła bogactw niezasilane żadnymi staraniami wysychały.
W połowie szóstego dziesiątka lat bankructwa większe i mniejsze, częściowe i zupełne, mnożyć się zaczęły w sposób prawdziwie przerażający. Najstarożytniejsze i najwspanialsze siedziby rozsypywały się w gruzy pod ciężarem olbrzymich, Bóg wie jakim sposobem nagromadzonych długów, najżyźniejsze pola zarastały chwastami i posiadaczy swych żywić przestawały. Lud niewolny, doprowadzony jakby do ostatecznych granic ludzkiej cierpliwości i siły, pracował coraz niechętniej i niedołężniej; przednówki, zarazy, nieurodzaje straszliwe rokrocznie przerzedzały ludność włościańską, wyludniały niekiedy wsie całe.
Po dworach szerzył się coraz gęściej i nieustającą prawie stawał się klęską mało znany przedtem mór bydła, powstawały coraz częściej z niedbalstwa i bezładu pochodzące pożary, jednocześnie wzmagały się zbytki nadmierne i w miarę zmniejszania się dochodów wzrastały wydatki.
Stąd wyrodził się mus materialny rozpraszający w rożne strony świata skupione przedtem w jednym miejscu rodzeństwo. Starsi bracia obejmowali w posiadanie swe uszczuplone i pod ciężarem długów uginające się fortuny, młodszych zaś po chleb i stanowisko wysyłali w świat. Wygnańcy ci przeważnie wprawdzie napełniali i przepełniali sobą kancelarie rządowe, część ich także, ale nieznaczna, imała się wojskowej kariery; coraz częściej przecież znajdowali się pomiędzy nimi tacy, którym dwie powyższe drogi wydawały się ciasnymi, którzy tedy zdjąwszy, wedle przysłowia, pychę z serca, zasiadali wraz z tłumem zwykłych śmiertelników na szkolnych i uniwersyteckich ławach. Zdjęcie to pychy z serca nie przyszło od razu ani z łatwością. Długo jeszcze myśl o wykierowaniu szlacheckiego młodzieńca na lekarza, prawnika, inżyniera itd. burzyła wszystkie pojęcia w głowach i podnosiła włosy na głowach krewnych jego, koligatów i sąsiadów. Ale - początek roboty wszelkiej zawsze bywa trudnym, a oblicze nauki, acz surowe i zimne z pozoru, posiada w sobie niewysłowione i nieprzeparte uroki. Skoro społeczność, bawiąca się od tak dawna porcelanowymi lalkami, skłonioną czy zmuszoną została raz w oblicze to spojrzeć, coraz silniejsze i powszechniejsze rozmiłowanie się w nim stało się już tylko kwestią czasu.
Czas zresztą zmieniał się widocznie i wyraźnie. Ściśle rzecz określając, sen niczym nieprzerywany, zniechęcenie bezsilne, obojętność dla spraw ogólnych, ślepota i głuchota zupełna stanowiły wyłączne i ogólne piętno tych tylko lat, które spłynęły od początku 4. do końca 5. dziesiątka wieku. Szósty był porą przebudzenia się i przeglądania; może też przyczyniły się do tego trochę tu i owdzie zbudowane już koleje żelazne, a w znacznej mierze i usiłowania piśmiennictwa. Jakkolwiek bądź, gruntowne, męskie, fachowe kształcenie młodzieży szlacheckiej około połowy piątego dziesiątka lat przestało już być osobliwością. Wprawdzie ojców takich, którzy niezmuszeni żadną materialną koniecznością słali synów swych w świat po umiejętność życia i pracowania, zwano jeszcze oryginałami. Oryginały te przecież znajdowały coraz większą ilość kopii, a wszystko to razem wzięte miało skutek taki, że w porze, w której prowincja cała zadrżała pod uderzeniem wyrazu: reforma!, znajdowała się już w niej znaczna liczba młodych ludzi, którzy przejęci na wskróś demokratycznymi zasadami i pragnieniem obywatelskiego działania, wyraz ten powitali hucznymi oklaski, a ku spełnieniu zawartej w nim myśli rwali się z niewymownym zapałem i olbrzymią dozą świetnych nadziei. Wprawdzie byli to po większej części ludzie pozbawieni własności i nieposiadający żadnych dusz innych prócz swej własnej duszy, bardzo gorącej i do zbytku może tonącej w marzeniach, ale koniecznym następstwem rzeczy brat wpływał tu na brata, syn na ojca, głosy młode przedzierały się do głów okrytych siwymi włosami, ognie źrenic młodych wnikały do piersi wiekiem i przyzwyczajeniami ostudzonych. Kobiety naturalnie najprzód porwać się dały młodemu prądowi temu, a potem same przedstawiały żywioł silnie pracujący w społeczeństwie nad zmniejszeniem wstrętu a obudzeniem uczuć przyjaznych dla nadchodzącej, olbrzymiej zmiany.
Do kornego, a nawet chętnego zgodzenia się w t e o r i i na zmianę tę przygotowało też w znacznej mierze umysły piśmiennictwo krajowe, przede wszystkim zaś dwa jego najszerzej podówczas rozgałęzione odłamy: powieść i poemat. Któż w porze owej nie znał, nie czytał, na pamięć prawie nie umiał utworów takich, jak Chata za wsią, Latarnia czarnoksięska, Ulana, Dwa światy Kraszewskiego, Duch i krew Adama Pługa, Historia pra-prawnuczka T[eodora] T[omasza] Jeża, Gawędy poetyczne Syrokomli81. Były to utwory niesłychanie rozpowszechnione, znaczące i wpływowe. W nich to społeczność przeglądała się jak w źwierciedle, spostrzegała każące oblicze jej plamy i skazy, wiszące nad głową jej groźby i kary. One to roztkliwiały serca tych, którzy władali i używali, dla tych, których udziałem były cierpienia i niewola, one to ludziom opasującym się ściśle wysokim chińskim murem separatyzmu prawiły o dalszym, szerokim, różnobarwnym świecie, one na koniec w morze pychy, przesądu i chłodu wlewały myśl zdrową, westchnienie żalu, rumieniec wstydu, łzę litości82.
Opisując pobieżnie choćby niedawne jeszcze, a tak już dawne dzieje, niepodobna nie poświęcić pełnego czci wspomnienia olbrzymim zasługom położonym w tej mierze przez I[gnacego] J[ózefa] Kraszewskiego. Nie ubliżymy bynajmniej i nie ujmujemy nic z należytego szacunku innym pisarzom ówczesnym, jeśli twierdzić będziemy, że nikt tyle, ile twórca Chaty za wsią i Ulany, nie przyczynił się w chwili owej do przebudzenia w społeczeństwie uśpionego zmysłu moralnego, do oswojenia go z myślą, iż sprawiedliwości zadość stać się musi i powinno, do zwrócenia umysłów w mniej samolubne, mniej ciasne kierunki. Kraszewski właściwie utworzył powieść polską, która przed nim istniała w zawiązkowym zaledwie stanie nudnego gawędziarstwa lub płaczliwych sentymentalizmów, on też utrzymując ją na wysokości społecznych szerokich dążeń, a samemu w niej pięknu artystycznemu nadając piętno czystości i powagi, nie tylko uczynił ją niezmiernie wpływową, ale sprawił, że wpływ przez nią wywierany był zbawiennym. Jako myśliciel i obywatel kraju uderzał on głośno w wielki dzwon obwołujący chwałę i pożytki sprawiedliwości, wolności, równości, miłosierdzia; jako artysta i psycholog stawił przed oczy rozmiłowanych w sobie portrety ich z przerażającą malowane wiernością, s z k ł a c z a r n o k s i ę s k i e, w których przesuwały się obrazy wywołujące lęk, wstyd, litość, grozę. Iluż ówczesnych, zadowolonych dotąd z wysokich zalet swych, dumnych dostojnością swą dziedziców, zadrżało i rumieńcem szkarłatnym spłonęło, dojrzawszy samych siebie w onym bladolicym p[anu] Adamie z Chaty za wsią, rozpraszającym siły ciała i ducha śród niecnych miłostek, pozwalającym, aby pierwsza lepsza piękność cygańska deptała godność ich człowieczą, której ani nerwy rozprężone w próżnowaniu, ani siła woli nienabyta w szkole żadnej chronić od poniewierki tej nie mogły. Któż nie uśmiechnął się wpółszydersko, a wpółboleśnie na widok p[ana] Juliusza z Dwóch światów, który w młodości marząc prześlicznie i rycerskich doświadczając zapałów, w wieku dojrzałym czas i siły swe trawił na rozwieszaniu firanek w buduarze żony pojętej - bez miłości? Któż nie zadrżał do głębi, przebiegając okiem czarną nić dziejów i cierpień nieszczęsnego chłopa Sawy w Czarnoksięskiej latarni? Któż nie kłonił czoła ze czcią mimowolną, choćby i nie czuł żywszych serca uderzeń, przypatrując się poważnej, czynnej, mężnej, reformatorskiej postaci p[ana] Graby z Dziwadeł?83 Myśli i nauki zawarte w tych i mnóstwie innych postaci i obrazów, wytworzonych piórem wielkiego myśliciela i artysty, wnikały w najdalsze głębiny społecznego łona niby strzały ostre, przeszywające, dzielną ręką rzucane, nowymi pojęciami, nowymi uczuciami napojone. Śmiało i bez cienia przesady rzec można, iż zadanie, które śród społeczeństwa pełniły podówczas prace Kraszewskiego, było takim, jakie pełnić dozwolonym bywa tylko wybrańcom i przewodnikom dziejów. Jeżeli dla rozwoju piśmiennictwa naszego pisarz ten wielkie położył zasługi, stokroć większymi są te, które zdobył on na polu rozwijania pojęć, uszlachetnienia uczuć społecznych, wzmagania i do wyższego poziomu podnoszenia społecznego ruchu.
Nie przypuszczam, aby to przydłuższe zastanowienie się nad działalnością powszechnie do dziś dnia czczonego pisarza wziętym mi było przez czytelników za odstąpienie od właściwego przedmiotu listu tego. Wyliczając przyczyny, które skłaniały ludzi do przyjaznego znajdowania się względem reformy, wstrząsnąć mającej do głębi bytem ich, interesami i odwiecznymi przyzwyczajeniami, nie mogłam w żaden sposób pominąć jednej z przyczyn tych, nie najmniej ważnej i wpływowej. Bywają zresztą przedmioty, które unoszą pióro. Jednym z nich jest dla każdego z piszących składanie należnego hołdu tym, którzy poprzedzając go na niwie prac społecznych, świecą przed oczami jego, szukającymi prawdy i zbawienia, jako znaki wytyczne i wzory do naśladowania.
W roku 1857 wydanym został pierwszy reskrypt Najwyższej Władzy odnoszący się do sprawy, którą dotąd zajmowano się żywo wprawdzie i powszechnie, lecz w sposób bierny i nieokreślony, a wzywający wszystkich ziemian w państwie do zastanawiania się i obrad nad polepszeniem dotychczasowego bytu poddanej włościańskiej ludności84. Wskutek tego reskryptu utworzonymi zostały w r[oku] 1858 tak zwane komitety gubernialne złożone z właścicieli ziemskich wybranych przez współobywateli swych, po dwu w każdym powiecie. Komitetom gubernialnym prezydowali gubernialni marszałkowie, którzy znowu projekta i sprawozdania, w łonie prezydowanych przez nich zgromadzeń powstałe, przedstawiali głównemu komitetowi zasiadającemu w stolicy państwa.
Rzecz szła o to: czy i kiedy oswobodnić poddanych włościan? czy, w jaki sposób i w jakiej mierze ich uwłaszczyć?
Jak widzimy, teoria wstępować zaczynała na pole praktyki.
Jeśli zaakceptowanie teorii umysłom mniej więcej już ku temu przygotowanym było dość łatwym, z wprowadzeniem jej w praktykę sprawa była o wiele trudniejsza.
Po raz pierwszy od bardzo dawna ukazać się miał w prowincji człowiek zbiorowy, do roztrząsania ogólnej sprawy upoważniony. Po raz pierwszy od bardzo dawna głowy ogółu zaprzątnąć się musiały nieprzeliczonym mnóstwem szczegółów gospodarczych, finansowych, ekonomicznych ze sprawą tą się wiążących. Brak wprawy był tu nieuniknionym, jak również brak wszelkiego specjalnego przysposobienia się do rzeczy. Zasada konieczności oswobodzenia włościan stała jak mur mocna, wsparta na tradycji, podtrzymywana zapałem młodzieży i dobrymi uczuciami obudzonymi w ogóle przez piśmiennictwo, ale wprowadzenia zasady tej w praktykę tak, aby wielka zmiana przeszła bez szkodliwych wstrząśnień, a z obopólną korzyścią obu stron w niej zainteresowanych, nauczyć nie mogły ani tradycja, ani zapały młodzieńcze, ani powieść, ani poemat. Niezbędnymi tu były: dokładna znajomość natury i potrzeb różnych warstw ludności miejscowej i - umiejętności ścisłe, odnoszące się do wszystkich gałęzi miejscowego społecznego gospodarstwa. Wszystkiego tego niedostawało w zupełności ludziom, którzy zazwyczaj odgradzali się od ludzi innych grubym wałem rodowej pychy i których działalność gospodarcza postępowała ciasnym i jednostajnym szlakiem, od niepamiętnych już czasów przez rutynę utartym.
Rzecz dziwna w istocie! pośród młodego nawet pokolenia, które zaczerpnęło już u ognisk wiedzy sporą dozę ścisłej nauki, znajdowali się lekarze, inżynierowie i tym podobni ludzie fachowi, lecz fachowo ukształconych r o l n i k ó w nie było.
Piśmiennictwo też, które by w sposób poważny i naukowy zajmowało się ekonomicznym i rolniczym stanem prowincji i jego potrzebami, nie istniało wcale.
Łatwo więc wyobrazić sobie można całą różność zdań, cały chaos wyobrażeń, jaki zapanował pomiędzy społecznością pozbawioną wszelkiego poważnego, ścisłego przysposobienia do coraz szybciej zbliżającej się wielkiej zmiany. Potrzebę przysposobienia takiego uczuwano głęboko i powszechnie, ale nabywać je w sposób prawidłowy i skuteczny było już za późno. Uganiano się za nim na wszystkich drogach, pochwytywano drobne, oderwane jego światełka wszędzie, gdzie się tylko ukazać one mogły: w częstych i gwarnych dyskusjach towarzyskich, w książkach pisanych dla innych krajów. Ci, którzy dotąd nie czytywali nic prócz kalendarzy, brali się do takich na przykład beletrystycznych utworów jak Rozbitek Kaczkowskiego, malujący stosunki galicyjskie w porze upadania tam szlacheckiego przywileju [i]85 ludowego poddaństwa86. Ci zaś, których zwykłą literaturę stanowiła beletrystyka i którzy Rozbitka i tym podobne na dobie będące tendencyjne utwory znali i zbadali, sprowadzali sobie masami z księgarni wileńskich i warszawskich dzieła ekonomiczne francuskie i angielskie. Żadna bodaj książka nie była podówczas bardziej pospolitą jak Ekonomia polityczna Stuarta Milla87. Ktokolwiek wypadkiem jakim szczególnym znalazł w praojcowskiej bibliotece olbrzymie dzieło Jana Baptysty Saya88, ten czytał je z chciwością. Byli nawet tacy, którzy od Adama Smitha, tego Szkota, który sto lat temu stworzył pierwszy naukę o gospodarstwie społecznym89, żądali, aby udzielił wskazówek postępowania i rządzenia się Litwinom, żyjącym w roku pańskim 1858 i 9. Niestety! umysły nawykłe do kalendarzowej literatury podołać nie mogły nawet Rozbitkowi, na kartach poważnej powieści tej ścigały tylko dzieje Numy i Pompiliusza, te z nich, które prawiły o rachunkach i gospodarstwie, pozostawiając nierozciętymi. Inni znowu, dla których Rozbitek stanowił już czytanie zrozumiałe i zajmujące, rzuciwszy się do Milla, Saya, Bastiata90, Smitha, suszyli sobie głowy nad zawartością dzieł ich godzinami i dniami, lecz łatwo pojąć, że znakomici uczeni ci o naturze gleby litewskiej i o potrzebach litewskiego ludu niewiele powiedzieć im mogli.
Trudno teraz wyobrazić sobie nawet, jak skwapliwie, jak ogólnie chwytane było, poszukiwane, czytane każde dzieło z ówczesnym położeniem rzeczy związek mające i mogące rzucić na nie światło jakiekolwiek. Poranki karlsbadzkie Krzyżtopora i Wieczory wołyńskie Kraszewskiego91 znaleźć wtedy można było w każdym cokolwiek zamożniejszym i oświeceńszym dworze, na stole, przed paradną kanapą salonu i na biurku p a n a pomiędzy rachunkową księgą o niezapisanych kartach i kałamarzem92 o pustym wnętrzu, na gotowalni pani pomiędzy źwierciadłem i flakonem z perfumami. I z tych jednak książek, w kraju już i dla kraju pisanych, żadna nie zapobiegała ani w części miejscowej i czasowej potrzebie. Poranki karlsbadzkie, bogate wprawdzie w gospodarskie i ekonomiczne wskazówki, Litwą nie zajmowały się specjalnie; Wieczory wołyńskie udzielały nauki wyłącznie tylko moralnej, a i ta, wybiegając tym razem poza szranki możliwości, nie uwzględniając średniej, a więc najzwyklejszej miary usposobień ludzkich, lecz stawiając przed oczy doskonałość w sensie ewanielicznym pojętą jako jedyny środek ratunku i godziwy cel dążeń, rozmaicie komentowaną być musiała i ani zaszczepić się w społeczeństwie, ani silnie w nim przejścia swego zaznaczyć nie mogła. Były to znowu teorie, doktryny. A tu zbliżająca się coraz bardziej, nowa całkiem a twarda i skomplikowana rzeczywistość domagała się gwałtownie praktycznych, dotykalnych, szczegółowych rozbiorów, obliczeń, faktów, cyfr. Kiedy zaś starsze pokolenie szukało dla siebie nauki w Millu, Sayu, w uczonych i rozumnych, lecz zbyt od miejscowości danej odległych poglądach Krzyżtopora, co czytało? jakimi w tym względzie naukami przesiąkało pokolenie młode?
Wśród pokolenia młodego ci, których odpowiednie wychowanie usposobiło do czytania i myślenia, czytali Proudhona i Ludwika Blanka, uwielbiali Lasalla93, rozpromieniali się ziejącymi pożogą i zniszczeniem broszurami pisanymi po polsku - za granicą.
Rzecz więc naturalna, że o ile szlachetny zapał i duch reformatorski wstępującej w świat młodzieży przyczyniły się do uszlachetnienia i podniesienia moralnego nastroju ogółu, o tyle dla należytego obrobienia rozumowej strony najważniejszej ówcześnie sprawy były one nie tylko niedostatecznymi, ale całkiem bezsilnymi i o ile dopomogły do chętnego zaakceptowania nadchodzących wydarzeń w t e o r i i, o tyle w czynnym, praktycznym ich przygotowywaniu i urządzaniu nie tylko nie dopomagały, ale owszem, wielostronnie bruździły.
Swobodne, gruntownie i wszechstronnie rzecz obejmujące pióro historyka dojrzy kiedyś i wskaże w tym zejściu się dwu wielce różnych ze sobą pokoleń źródło wielu następnych, dziwnych wydarzeń, wytłumaczy nim wiele z tego, co dziś wydaje się nam trafem, niespodzianką, dzikim kaprysem przeznaczeń. Pobieżny i niezmiernie owarunkowany opis niniejszy nie może zapuszczać się tak głęboko i poprzestać musi na zaznaczeniu tylko tej chwili sformowania się stronnictw, z których jedno powstrzymywało, drugie gnało, jedno żądało zwłok, ostrożności, spokoju, podporządkowywania kwestii jednych kwestiom innym, drugie wołało o pośpiech, bezwzględność, ryczałtowe nagromadzenie ruchów i wypadków wbrew sobie sprzecznych.
Ludzie zbierali się, skupiali częściej i gwarzyli głośniej niż kiedy. Wśród gwarów słychać było gęsto siane nazwy: pesymistów i optymistów, konserwatystów i zapaleńców, chłopożerców i chłopomanów, arystokratów i demagogów. Mian tych udzielano sobie wzajem, szafując nimi na prawo i na lewo - głośno, groźnie. Nierzadko pośród tłumu odzywały się głosy o zupełnym, bezwarunkowym, jak najszerszym uwłaszczeniu włościan. Inne odpowiadały im słowy: "dobrze wam mówić tak, wam, którzy nic nie macie!". Na zarzut ten niefortunny odpowiadano również niefortunnymi oskarżeniami o brak serca i obywatelskich uczuć. "Lud to prostota, niewinność, szczerość, ofiarność, poezja-sielanka" - poetyzowano ze strony jednej. "Lud to ciemnota, chytrość niewolnicza, materializm, proza-karczma" - egzagierowano94 z innej. W ogóle egzagieracje wszelkie były na porządku dziennym. Rzucano nimi sobie w oczy, ale nie nauczało to niczego i do niczego prawdziwie rozumnego i pożytecznego nie wiodło.
Tymczasem komitety gubernialne spełniały wyznaczoną im robotę. Ani jeden z nich nie zaprotestował przeciw uswobodnieniu włościan, jeden tylko, wileński, sprzeciwił się bezwarunkowo ich uwłaszczeniu, co dało powód gorącemu i zgrabnemu wierszykowi Syrokomli, który w tysiącach egzemplarzy obiegał prowincją, a w którym Śpiewak znad Wilii wydawał jeden z tych ostrych okrzyków, na jakie zdobywać się umiał głos jego słowiczy, po każdej z licznych strof powtarzając zwrotkę: "Wstyd mi, żem Litwin, że mam herb w pieczęci!"95.
Komitet grodzieński proponował bezpłatne oddanie na własność włościanom tak zwanych sadyb, to jest chat z otaczającymi je ogrodami i sadami. Inne szły dalej nieco. W roku 1860 marszałkowie gubernialni powołani zostali do stolicy wraz z opracowanymi pod prezydencją ich projektami.
Znany powszechnie, pamiętny Ukaz Najwyższy z d[nia] 19 lutego 1861 roku położył koniec owej arcyszkicowo opisanej powyżej epoce przygotowawczej96. Według brzmienia tegoż ukazu dwa lata rozdzielać miały dzień ogłoszenia go z faktycznym i ostatecznym usamowolnieniem włościan. Czas ten pozostawiony był niezbędnym przygotowaniom gospodarczym i administracyjnym, zabopólnym umowom, ocenom gruntów, robocizny itd.
Pierwszymi administracyjnymi miarami przyjętymi dla wprowadzenia i uregulowania nowego porządku rzeczy było ustanowienie gmin włościańskich i stworzenie urzędu pośredników. Gminy wybierały z łona swego urzędników noszących miana: starszyn, starostów, setników, dziesiętników; pośrednicy wybierani też byli zrazu z łona szlachty.
Po wsiach wznosić się zaczęły domy drewniane wedle jednego modelu, o czterech oknach frontowych i gankach ze słupami budowane, przeznaczone na miejsca sądów i zborów gminnych.
Po dworach nie widać było przygotowań szczególnych. Któś przezorniejszy czy trwożliwszy zamyślał o sprowadzeniu robotników z Niemiec, Wielkopolski itd.; ten i ów marzył o maszynach, które by pracę rąk ludzkich mniej więcej zastąpić mogły; gdzieniegdzie odbywały się śród lata próby świeżo sprowadzonych żniwiarek, tu i owdzie zawitał w y p i s a n y z Królestwa, wykwalifikowany agronom, na którego sąsiedzi, a trochę i sam sprowadzający go dziedzic, spoglądali szeroko rozwartymi oczami, z podziwem i nieufnością; pani jakaś z obawy głodowej śmierci spazmów gwałtownych dostała, gdy oznajmiono jej, iż odtąd dochód jej zmniejszy się o połowę i sięgać będzie cyfry zaledwie 5 000 rubli; jakiś Nemrod tknięty został apopleksją, gdy nasunięto mu myśl, że psiarnia jego zredukować się będzie musiała z głów 80 do 40. Maszyny jednak, robotnicy ze stron odległych sprowadzani, agronomowie, spazmy i apoplektyczne ataki były zdarzeniami wyjątkowymi. Ogólnie, wobec materialnej strony faktu, zachowywano się dość biernie i bezczynnie. W osiwiałych głowach nie przebrzmiało jeszcze starodawne "jakoś to będzie", nad młodymi unosiły się prądy, które je od realnej strony położenia odwracały. Natomiast szerokim korytem wpływał w łono społeczne strumień filantropijnych uczuć i usiłowań. Plemienna natura społeczeństwa raz jeszcze złożyła dowód przeważnej skłonności swej do uczuciowych uniesień i marzeń, pięknych zapewne, lecz nierachujących się z krótkością czasu i trudnością okoliczności. Sumienie publiczne raz przebudzone uczyniło skok ogromny w krainę ideałów, które doścignąć by się dały zaledwie długoletnim, powolnym, dobrze obrachowanym dążeniem. Zamarzono o należnym przygotowaniu ludu do swobód, z którymi przegradzała go przestrzeń zaledwie dwuletnia, o umoralizowaniu go i oświeceniu. Więc zakładanie szkółek ludowych, zamykanie gorzelni dworskich, zmniejszenie wyszynku wódki, tworzenie towarzystw wstrzemięźliwości, bratanie się z ludem w mowie, ubiorze, a nawet życiu towarzyskim weszło na porządek dzienny i stało się hasłem powszechnie przyjętym. Wprawdzie roboty te wszystkie nie prowadziły się w sposób systematyczny i rachujący się ze wszelkimi właściwościami danego gruntu i czasu, wprawdzie młoda dziedziczka w jedwabiach i koronkach, asystująca lekcjom w szkółce ludowej odbywającym się, nie wyglądała na arcykompetentną mistrzynię, Maksym i Hrehor niesłychanie wystraszoną mieli minę i niezgrabną postawę, siedząc w oszklonej karecie obok arystokratycznego jej właściciela, a siermiężki wyszywane, długie buty i czapki baranie, stanowiące strój powszechny prawie młodych paniczów, nadawały im pozór daleko więcej teatralny i na efekt obliczony niż szczerze demokratyczny. Niemniej przecież w objawach tych, zbyt gorączkowych zapewne, pospiesznych, bezładnych, hucznych, tkwił bez zaprzeczenia pierwiastek uczuć szlachetnych, kiełkowała myśl o równości i spojeniu się dwu klas, która w następstwie czasu, przy większym spokoju i dłuższej rozwadze płodną być mogła w dobre następstwa. Jak w nieczęstych jeszcze, lecz już rozpoczynających się tu i owdzie próbach agronomicznych reform i ulepszeń, ujawniały się pierwsze kroki ku podniesieniu miejscowej kultury, ku dźwignięciu rolnictwa z dotychczasowego stanu rutynicznego ku wyższemu stopniowi rozumowanej umiejętności, tak również w filantropijnych uniesieniach czczych, dorywczych tymczasem i częstokroć płonnych, spoczywało jądro przyszłego rozwoju uczuć prawdziwie humanitarnych, pojęć i obyczajów rozumnie demokratycznych, szczerze i skutecznie zmierzających ku dobrze zrozumianemu zrównaniu się ludzi w prawach i dostojności człowieczej. Czas, czas jeden mógł tu wyrównać chropowatości, wyplenić stare chwasty, utrwalić uczucia, usystematyzować usiłowania, zrównoważyć nurtujące społeczeństwo sprzeczne żywioły zastoju i zapału, lękliwości i porywczości. Czasu, wiele czasu trzeba było, aby umysły, serca i ręce ludzkie dostatecznie dojrzały i wzmocniły się do prawidłowego i skutecznego wykonywania przedstawiającej się im trudnej, długiej roboty przerabiania tego, co wytworzyły wieki... Wtem nagle, według dosadnego wyrażenia kantyczkowej pieśni, "Zagrzmiało, runęło w Betlejemskiej ziemi!..."97.
A gdy wzniecone burzą tumany kurzawy opadły nieco, widnokrąg ukazał się w postaci zmienionej do niepoznania.
O owym widnokręgu powiem wam, czytelnicy, słów kilka w liście następnym98.
El. Orzeszkowa
1 Od tomu 7 (1 stycznia 1875) redakcja "Niwy" zaczyna sygnować poszczególne numery mianem "zeszytów". Przy tej nomenklaturze pozostaje Bibliografia Orzeszkowej "Nowy Korbut" także w odniesieniu do roku 1874 i przyjmując ciągłą numerację zeszytów od stycznia 1874, podaje następującą lokalizację pierwodruku Znad Niemna: (List I). "Niwa" 1874 t. 6, z. 25 (lipiec)-26; List II. Tamże 1874 t. 6, z. 33-34 [tu "Korbut" pomija numer "Niwy" z trzecią część Listu II]; List III. Tamże 1875 z. 39-40" (poz. 251, s. 61).
2 Qu'est ce que ça? o? est ce que ça? (franc.) - co to? gdzie to?
3 Ohio - rzeka w środkowo-wschodniej części Stanów Zjednoczonych o długości 1579 km; Gwadalkiwir - rzeka w Hiszpanii, o długości około 680 km.
4 Gonzalmo z Korduby, właśc. Gonzalo Fernández de Córdoba (1453-1515) - hiszpański generał i reformator wojskowy, dzięki któremu Hiszpania w XVI w. stała się jedną z największych potęg militarnych w Europie; nazywany "Wielkim Kapitanem" (hiszp. El Gran Capitán).
5 Orzeszkowa mówi tu o Indianach północnoamerykańskich z plemienia Irokezów.
6 Orzeszkowa nie ma zapewne na myśli żadnego konkretnego utworu, ale po prostu często powtarzającą się metaforę, wyrażającą niepewność ludzkiego losu.
7 Tu Orzeszkowa wspomina o Karpatach, tymczasem kilka linijek dalej okazuje się, że chodzi o Kraków lub jego okolice.
8 Rodowity Litwin (mieszkaniec Kresów północno-wschodnich) mógł odczuwać akcentowanie polszczyzny innych regionów (np. Małopolski) jako nieco denerwujące. Na tle języka ogólnego w XIX wieku (w którym ustabilizował się już akcent paroksytoniczny, czyli podkreślanie przedostatniej sylaby w większości form wyrazowych), w akcencie litewskim było wiele proparoksytonezy (akcentowania trzeciej sylaby od końca) i oksytonezy (akcentowanie ostatniej sylaby wyrazu), wprowadzane i utrzymywane pod wpływem języków białoruskiego i rosyjskiego (zob. Zofia Kurzowa, Język polski Wileńszczyzny i Kresów północno-wschodnich XVI-XX w., Warszawa-Kraków 1993, s. 246-247).
9 Avouez, ma ch?re, że ta wasza Litwa c'est encore quelque chose de terriblement barbare (franc.) - Proszę, przyznaj, moja droga, że ta wasza Litwa jest wciąż czymś straszliwie barbarzyńskim.
10 Mowa o książce (czy raczej poradniku duchowym, modlitewniku) Pistolet na zabicie grzechu śmiertelnego bez kurka i rurki autorstwa siedemnastowiecznego jezuity Giovanniego Battisty Manniego (1606-1682). Polskie wydanie, które mogła znać Orzeszkowa, pochodzi z roku 1808. Drugi z przywołanych to nieco przeinaczony tytuł anonimowego szesnastowiecznego hiszpańskiego romansu rycerskiego Amadis de Gaula. Utwór opowiada historię miłości rycerza Amadisa do Oriany i obfituje w wiele cudownych i fantastycznych zdarzeń. Zarówno jezuicki poradnik, jak i rycerska opowieść mogły w stylistyce Orzeszkowej stanowić anegdotyczny synonim zacofania, o które pomawiano litewską szlachtę.
11 Perkun - naczelne, suwerenne bóstwo panteonu bałtyjskiego, gromowładca, bóg niebios, ognia i płodności, odpowiednik słowiańskiego Peruna; Milda - litewska bogini piękna i miłości.
12 Mowa o wojnie francusko-pruskiej (1870-1871), przegranej przez źle dowodzoną i marnie uzbrojoną armię francuską.
13 Jadwiga i Jagiełło 1374-1413. Opowiadanie historyczne to trzytomowa monografia popularnonaukowa lwowskiego historyka Karola Szajnochy (1818-1868). Pierwsze wydanie ukazało się we Lwowie w latach 1855-1856, drugie, powiększone do czterech tomów, w 1861.
14 Gawędy poświęcone codziennemu życiu szlachty na Litwie, zebrane pod wspólnym tytułem Obrazy litewskie, Ignacy Chodźko (1794-1861) opublikował w pięciu seriach w latach 1840-1850.
15 Królestwo Dwóch Mostów (Palatynat Dwóch Mostów, z niem. Zweibrücken) - księstwo Świętego Cesarstwa Rzymskiego, którego stolicą było miasto Zweibrücken. Niegdyś hrabstwo państwa niemieckiego, położone w palatynacie bawarskim, na lewym brzegu Renu. Hrabstwo powstało około roku 1182 w wyniku podziału Hrabstwa Saarbrücken.
16 Z dawnych ziem I Rzeczpospolitej, o których mówi tu Orzeszkowa, utworzono kolejno: po II rozbiorze - gubernię mińską, po III rozbiorze: wileńską i słonimską. Wkrótce ukazem cesarza Pawła I z września 1796 połączono wileńską i słonimską w jedną gubernię litewską. Nie istniała ona jednak długo, gdyż za czasów Aleksandra I w 1801 roku gubernia litewska została podzielona na gubernię wileńską (nazywaną początkowo litewsko-wileńską) oraz grodzieńską. W 1843 roku z części guberni wileńskiej utworzono gubernię kowieńską. W skład guberni suwalskiej - utworzonej dopiero w 1867 roku - wchodziły powiaty: augustowski, mariampolski, sejneński, suwalski, władysławowski, kalwaryjski i wyłkowyski.
17 Czarną Rusią określano krainę historyczną położoną między Prypecią, górnym Niemnem i dolną Berezyną. W XIX wieku nazwa ta ograniczała się już do obszarów województwa nowogródzkiego i południowej części trockiego.
18 A vol d'oiseau (franc.) - z lotu ptaka.
19 W pierwodruku: "przerrżniętą".
20 Taka forma w pierwodruku. Potwierdza ją Słownik wileński.
21 Są dwie Świsłocze. Pierwsza, okazalsza, to prawy dopływ Berezyny wypływający z Wyżyny Mińskiej, przepływający przez Mińsk. Orzeszkowa zaś pisze o Świsłoczy w guberni grodzieńskiej, która wypływa z błot w powiecie wołkowyskim i wpada do Niemna.
22 Taka forma w pierwodruku (potwierdzają ją słowniki dziewiętnastowieczne).
23 Kanał Królewski (Kanał Dniepr-Bug) - kanał żeglowny na Białorusi, łączy Dniepr (w Pińsku, przez Pinę, dopływ Prypeci) z Wisłą (w Kobryniu, przez Muchawiec, dopływ Bugu); otwarty w 1848 roku. Pierwsza część kanału została zbudowana w latach 1775-1784, za czasów Stanisława Augusta Poniatowskiego. Następnie kanał był rozbudowywany w latach 1846-1848 przez władze rosyjskie, które dla spławu drewna i zboża zamierzały połączyć Morze Czarne z Bałtykiem. Długość kanału to 92,2 km.
24 Farwest (ang.) - daleki zachód. W pierwodruku pisownia: far-west.
25 Tu kończy się pierwsza część Znad Niemna I opublikowana w "Niwie" 1874 z. 25.
26 Źródła podają, że na Polesiu linię kolejową zaczęto budować w latach osiemdziesiątych XIX wieku, do Pińska doprowadzono ją z Żabinki w roku 1882. W okresie, gdy Orzeszkowa pisała Znad Niemna, transportu kolejowego w powiecie pińskim jeszcze nie było.
27 Stanisław August Poniatowski abdykował 25 listopada 1795 roku po klęsce insurekcji kościuszkowskiej i po III rozbiorze Rzeczypospolitej, zmarł w Petersburgu.
28 Szanek - miara objętości ciał sypkich; 1 szanek = 24 lub 48 garncy zboża. Miara używana w okresie staropolskim.
29 Marek Gozdawa, autor krótkiej historii miasta Mozyrz nad Piną, wspomina o Kiniewiczach (rodzinie, która w II połowie XIX wieku należała do największych posiadaczy ziemskich na Polesiu Mozyrskim) następująco: "Kiniewiczowie v. Kieniewiczowie, też dawny ród mozyrski; z tych Hieronim, syn Antoniego, 1796-1884, chorąży mozyrski, żonaty z Katarzyną Horwattówną, zostawił kilka córek i syna, także Hieronima, ożenionego również z Horwattówną Jadwigą, ten posiadał Doroszewicze, Łobezę i Bryniów, jakich włók 1760; nadto Antoni Kiniewicz z bratem Feliksem władali Wielkim Maleszewem, a Julian - Horodcem i Uholcem, razem z 50 włók" (Marek Gozdawa, Mozyrz. Luźne kartki z przeszłości (odbitka z "Kwartalnika Litewskiego"), Wilno [b.d.], s. 94). Ród Kieniewiczów herbu Rawicz należał pod koniec XVIII wieku do niezbyt zamożnej szlachty zamieszkującej majątki w Pińszczyźnie i Nowogródczyźnie. Wówczas to Antoni Nestor Kieniewicz (zm. 1822) nabył od Massalskich pojezuickie Dereszewicze. W Dereszewiczach powstał okazały dwór i ośmiohektarowy park krajobrazowy wybudowane przez potomków Antoniego: Feliksa (1802-1863) i Hieronima (1797-1884). Dereszewicze przejął syn Hieronima, także Hieronim, marszałek szlachty powiatu mozyrskiego, żonaty z Jadwigą Horwattówną z Barbarowa. W II połowie XIX wieku, czyli w okresie, o którym pisze Orzeszkowa, do Kieniewiczów należały dwa wielkie uprzemysłowione majątki: Dereszewicze (własność Antoniego Kieniewicza, 1877-1960, syna Hieronima) i Bryniów (własność brata Antoniego, Hieronima, 1866-1925) (Roman Aftanazy, Dzieje rezydencji na dawnych kresach Rzeczpospolitej, t. 2, Wrocław 1922). Do rodziny Horwattów (v. Horwatów, w artykule Orzeszkowej: Hortwatów, ale takiej pisowni nie spotykamy współcześnie), osiadłej na Polesiu Mozyrskim w XVII wieku, należał w wieku XIX majątek Barbarów (dawna własność Oskierków), gdzie Ignacy Horwatt, mozyrski sędzia grodzki, wybudował pałac w stylu klasycystycznym z parkiem i ogrodem zimowym, uznawany za jedną z ciekawszych rezydencji wielkopańskich regionu. Inny klasycystyczny pałac (z kilkunastohektarowym parkiem) wzniósł w 1850 roku na wysokim brzegu Prypeci, w Narowli, Daniel Horwatt. Trzecią rezydencją Horwattów były Hołowczyce (własność Stanisława, a potem jego bratanka Maurycego Horwattów) - także z klasycystycznym pałacem i parkiem w stylu angielskim (zob. Anna Godunowa, Notatki z podróży z Polesia Mozyrskiego, "Echa Polesia. Kwartalnik Polaków na Polesiu" 2014 nr 2; Roman Aftanazy, Dzieje rezydencji na dawnych kresach Rzeczpospolitej, cz. I: Wielkie Księstwo Litewskie, t. 1, Wrocław-Warszawa-Kraków 1991, s. 18-21, 69-72, 105-116).
30 Profesjonista - tu: rzemieślnik.
31 Tu kończy się druga część Znad Niemna I opublikowana w "Niwie" 1874 z. 26.
32 Chirurg Filozofii - August Wilkoński (ps. Au-Wi, 1805-1852) - prozaik, satyryk, krytyk literacki, wydawca. Uczestnik powstania listopadowego. W 1832 został skazany na 12 lat twierdzy za zabicie oficera pruskiego w pojedynku (odsiedział 3 lata). W latach 1848-1850 był więziony za działalność patriotyczną. Prezes honorowy grupy literatów warszawskich, która nazwała się Cechem Głupców i działała w latach 1844-1845 w salonie Wilkońskich przy ówczesnej ul. Nowosenatorskiej w Warszawie, a rozpadła się w wyniku aresztowań 1846 roku. Redaktor i sekretarz almanachu tej grupy - "Dzwonu Literackiego", współpracownik "Dziennika Warszawskiego".
33 Permettez, madame! Qu'est ce que ce: szlachta litewska? (franc.) - Za pozwoleniem, pani, cóż to ta: szlachta litewska?
34 Pisownia "chart" oznacza bezdźwięczną wymowę tegoż rzeczownika, w przeciwieństwie do dźwięcznej kresowej.
35 Permettez, monsieur (franc.) - Za pozwoleniem, panie.
36 Aluzja do powstania styczniowego oraz reformy uwłaszczeniowej na ziemiach polskich zajętych przez Rosję.
37 A vol d'oiseau (franc.) - z lotu ptaka.
38 Taka składnia zdania w pierwodruku.
39 Karol Szajnocha, Jadwiga i Jagiełło: 1374-1413. Opowiadanie historyczne przez... t. 3, Lwów 1856. Rozdział XVI nosi tytuł Ruś Czerwona i opowiada m.in. o przybyciu Jadwigi na Ruś.
40 "Gzemsy" - taka forma w pierwodruku. "Gzems" albo "gzyms" - w słownikach dziewiętnastowiecznych formy te występują jako oboczne.
41 "Snać" albo "snadź" - w Słowniku wileńskim i warszawskim formy występują jako oboczne.
42 Stopa staropolska, tj. warszawska: do 1819 r. = 29,78 cm; stopa galicyjska, tj. lwowska: 1787-1856 r. = 29,77 cm; stopa wrocławska: do 1816 r. = 28,80 cm; stopa krakowska: 1836-1857 r. = 29,8 cm; stopa litewska = ok. 32 cm.
43 W pierwodruku (s. 500): "do kolebki" - zapewne lapsus zecerski.
44 Czworogran - kwadrat (wg Słownika języka polskiego Samuela Bogumiła Lindego).
45 Taka forma w pierwodruku. Notuje ją Słownik warszawski.
46 Taka forma w pierwodruku (s. 500).
47 Słownik geograficzny Królestwa Polskiego (tom 6, 1883) podaje: "Morg al. Morga, z niem. Morgen (ranek), jest to obszar ziemi, jaką jeden człowiek może w ciągu dnia skosić lub zorać. W staropolskim języku tłumaczono niemiecki morgen przez wyraz jutrzyna, który nie utrzymał się w użyciu. Rozmiary morga były rozmaite; każda prowincya miała swą miarę. Mórg dawny polski koronny równał się 59,85 ara, mórg nowy polski, mający 300 prętów, obejmuje 56,02 ara, mórg litewski 71,23 ara, chełmiński stary 56,06 ara, pruski, czyli magdeburski, zwany też reńskim, ma 180 prętów pruskich i obejmuje 25,53 ara, mórg saski (150 prętów) ma 27,67 ara, morg wiedeński (Joch) ma 1600 sążni kwadr., czyli 57,55 ara. Dziesięcina ma 1,95 morga nowopolskiego". Włóka - za Encyklopedią staropolską (t. 4, 1903) Zygmunta Glogera: "Gdy morgiem, czyli jutrzyną nazwano taką przestrzeń roli, którą można było parą wołów zaorać przez dzień od rana, to włóka oznaczała większe pole, które po zoraniu lub posiewie potrzeba było włóczyć, czyli bronować także cały dzień. Do włóki chełmińskiej i polskiej przywiązano następnie znaczenie przestrzeni 30-morgowej, czyli, jak ją matematycznie określano, długiej 300, a szerokiej 30 prętów, licząc pręt po łokci warszawskich 7 i pół. Włóka tem się różniła od łanu, że oznaczała przestrzeń orną, czyli włóczną, gdy łan oznaczał pewien wymiar (w różnych stronach rozmaity) całego gospodarstwa, więc z łąkami, wygonami itd. Ponieważ mórg litewski był o ćwierć większy od nowopolskiego, więc w tym samym stosunku i włóka litewska jest większą od polskiej. W Wielkopolsce włókę roli zwano często z niemiecka hubą lub hufem. Jak morgi, tak i włóki bywały kilku wymiarów; w królewszczyznach mierzono na 33 morgowe". 1 włóka "nowopolska" (miara obowiązywała od 1819 roku) = 30 mórg = 16,8 ha.
48 Tu kończy się pierwsza część Znad Niemna II opublikowana w "Niwie" 1874 z. 33.
49 Brudzić - tu zapewne w znaczeniu: brukać, kalać. Być może to omyłka druku i chodzi po prostu o wyraz "bredzić", "brydzić" - czyli mówić od rzeczy.
50 Orzeszkowa nawiązuje do niezwykle ważnego i ciekawego przedsięwzięcia edukacyjnego, które zostało zapoczątkowane u schyłku I Rzeczpospolitej przez Komisję Edukacji Narodowej i kontynuowane po rozbiorach. Jest to Wileński Okręg Naukowy, zorganizowany z inicjatywy księcia Adama Jerzego Czartoryskiego. Skorzystał on z liberalnego nastawienia cara Aleksandra I w przygotowaniu reformy szkolnej. Czartoryski stanął na czele Kuratorii Wileńskiej, w której centralną rolę odegrał Uniwersytet Wileński. Reformę rozpoczęto w maju 1803: powstał Wileński Okręg Naukowy, obejmujący osiem guberni utworzonych z przyłączonych do Rosji dawnych terytoriów Rzeczpospolitej. W każdej guberni działało centralne gubernialne gimnazjum, któremu podporządkowane były szkoły powiatowe, tym zaś szkoły pierwiastkowe i parafialne w miastach, miasteczkach i na wsiach. Wzorowo urządzony i wciąż rozbudowywany Uniwersytet Wileński był ośrodkiem nowoczesnej myśli naukowej, władze uczelni mogły samodzielnie obsadzać katedry, zapraszać wybitnych uczonych. W 1807 rektorem uczelni został Jan Śniadecki. Podstawowym językiem nauczania był polski, choć wprowadzono też rosyjski. Dokumenty Okręgu (i dokumenty każdej szkoły) na wszystkich poziomach przygotowywano w dwóch językach: polskim i rosyjskim (zob. Józef Bieliński, Uniwersytet Wileński (1579-1831), t. 1, 2, 3, Kraków 1899-1900. Jerzy Skowronek, Wileński Okręg Naukowy - próba nowej interpretacji (na marginesie książki Daniela de Beauvois: "Lumi?res et societé en Europe de l'Est. L'Université de Vilna et les écoles polonaises de l'Empire russe (1803-1832)", t. 1, 2, Paris 1877), "Przegląd Historyczny" 1978 nr 69/3, s. 523-536; Andrzej Szmyt, Podstawy prawne funkcjonowania polskiego szkolnictwa na obszarze zaboru rosyjskiego w latach 1803-1833, http://pthszczecin.pl/wp-content/uploads/2014/02/A.Szmyt_abstrakt1.pdf; Marceli Kosman, Uniwersytet Wileński 1579-1979, Wrocław 1981).
51 System oświaty stworzony w obrębie Wileńskiego Okręgu Naukowego funkcjonował do upadku powstania listopadowego, wraz z jego klęską został zniszczony. 1 maja 1831 zgodnie z carskim reskryptem rozwiązano Wileński Okręg i zaczęto sukcesywnie likwidować szkoły na jego terenie. Uniwersytet Wileński zamknięto w roku 1832, część jego majątku (m.in. wyposażenie gabinetów, pewna ilość zbiorów bibliotecznych) i kadry naukowej zasiliła Uniwersytet Kijowski. W Wilnie pozostawiono jedynie dawny wydział medyczny, zamieniony na Akademię Medyko-Chirurgiczną. Wydział teologiczny przekształcono w Akademię Duchowną, niebawem jednak przeniesiono ją do Petersburga.
52 Aluzja do rusyfikacyjnej siły gimnazjów, która przed powstaniem styczniowym nie była na Litwie tak wielka, wziąwszy pod uwagę obecność języka polskiego w nauczaniu.
53 Aluzja do klęski powstania listopadowego.
54 Jan Śniadecki (1756-1830) - matematyk, astronom, geograf i językoznawca, w 1806 został profesorem astronomii na Uniwersytecie w Wilnie, a rok później - rektorem całej wszechnicy i sprawował tę funkcję do roku 1815; w uniwersyteckim obserwatorium astronomicznym pracował do 1824. Jędrzej Śniadecki (1768-1838) - biolog, chemik, lekarz, młodszy brat Jana, w 1803 został wykładowcą chemii na Uniwersytecie w Wilnie (w publikowanych wówczas pracach stworzył podstawy polskiej terminologii chemicznej), a od roku 1825 kierował katedrą medycyny terapeutycznej na tamtejszym wydziale lekarskim.
55 Piotr Skarga (zwolennik wzmocnienia władzy królewskiej i przeciwnik republikańskich swobód, które kojarzył z anarchią) w swych Kazaniach sejmowych zarzucał szlachcie, że uzurpuje sobie zbyt wiele praw i wolności, między owymi zarzutami znalazł się także ten o uciskaniu włościan (zob. Janusz Tazbir, Piotr Skarga. Szermierz kontrreformacji, Warszawa 1978, s. 144).
56 Na konieczność zmiany położenia włościan wskazywali w swych pismach m.in. Stanisław Staszic (Uwagi nad życiem Jana Zamoyskiego, 1787; Przestrogi dla Polski, 1790), Hugo Kołłątaj (Do Stanisława Małachowskiego... Anonima listów kilka, 1788-1789 i Prawo polityczne narodu polskiego, 1790), Franciszek Salezy Jezierski (Katechizm o tajemnicach rządu polskiego, 1790). Sejm Czteroletni nie wprowadził jednak radykalnej zmiany w położeniu polskich włościan, choć sam tekst Konstytucji 3 maja uznawał "lud rolniczy" za część narodu Rzeczpospolitej, wzięto też chłopów pod opiekę prawa i rządu krajowego (art. IV) i pojawiła się zachęta do zawierania dobrowolnych umów z właścicielami gruntu ustalającymi zakres obowiązków wobec dworu. Obietnicę wolności osobistej otrzymali jedynie włościanie wracający do Polski z zagranicy. Los chłopów miał się faktycznie zmienić jedynie w sprzedawanych (na potrzeby armii) w ręce prywatne królewszczyznach (uchwalona w 1792 roku ustawa Urządzenie wieczyste królewszczyzn). Tam poddani mieli zostać zwolnieni z osobistej zależności, otrzymać prawo opuszczenia gruntu lub dostać użytkowaną ziemię na własność i prawo jej sprzedaży. Reforma królewszczyzn, choć uchwalona, nie weszła w życie z powodu rozbiorów. Kolejne projekty związane z położeniem włościan pojawiały się w czasie powstania kościuszkowskiego, np. Uniwersał połaniecki nadający chłopom wolność osobistą pod pewnymi warunkami i zapewniający nieusuwalność z uprawianego gruntu.
57 W pierwodruku (s. 562): "wyświecają". Dokonano koniektury, ale z wahaniem. Być może "wyświecać" użyte tu zostało w znaczeniu: wydobywać na światło, gromadzić.
58 Taka forma w pierwodruku (s. 563). Słownik wileński podaje jako formy oboczne: "grzęznąć" i "grąznąć".
59 "Najstarowniejszy" (od "starować", "starowanie") - czyli mający największe staranie o coś, najbardziej o coś dbający.
60 Oficjalista. Szkice obyczajowe z niedalekiej przeszłości - pierwodruk: "Kłosy" 1866, nr 76-1867 nr 130 (z przerwami).
61 O rodzinie Horwattów z Polesia Mozyrskiego (zob. przypis 29) i ich "przemysłowej" działalności pisze następująco spokrewniona z nimi Janina z Puttkamerów Żółtowska: "Horwattowie nie mieli nic wspólnego z tradycją szlachecką XVIII w. i należeli do typu nowych i w ówczesnych pojęciach nowoczesnych ludzi. Handlowali wódką i wołami, cena wódki interesowała ich żywo. Ze stroju i poglądów przypominali postacie Balzaca i różnych "niesympatycznych" bogaczy z powieści Kraszewskiego. [...] Talent do robienia interesów łączyli z towarzyską próżnością i pewnym zdrowym rozsądkiem pozbawionym polotu" (Inne czasy, inni ludzie, Londyn 1998, s. 31).
62 Pionierem przemysłu w Pińszczyźnie był Aleksander Skirmuntt (1798-1870) - absolwent Uniwersytetu Wileńskiego, kształcił się też na kilku uczelniach zagranicznych, z wykształcenia chemik. Zarządzał położonymi w powiecie pińskim rodzinnymi majątkami: Mołodowem, Porzeczem, Albrechtowem, Korzeniowem i Kletną. W 1830 założył w Mołodowie cukrownię, a w 1836 w Porzeczu - fabrykę sukna, która w niedługim czasie rozrosła się do stu mechanicznych warsztatów i sprzedawała towar o rocznej wartości 300 tysięcy rubli. W 1860 Skirmuntt zbudował w Porzeczu nowoczesną cukrownię, jednocześnie rozwijając uprawę buraków cukrowych. W jego majątkach funkcjonowały też duże gorzelnie. Był współzałożycielem fabryki świec stearynowych w Albrechtowie i fabryki narzędzi rolniczych w Dostojewie (także powiat piński) oraz współwłaścicielem młyna parowego w Pińsku (zob. artykuł biograficzny autorstwa Stanisława Konarskiego, www.ipsb.nina.gov.pl).
63 Tu kończy się druga część Znad Niemna II opublikowana w "Niwie" 1874, z. 34.
64 Kole (obocznie z: "koły") - oznaczało w XIX wieku ogrodzenie albo płot z chrustu.
65 Słownik wileński podaje kilka znaczeń słowa "szlachcic". Mogło oznaczać wszystkich herbowych potomków "krwi prawdziwie szlacheckiej", ale miało też znaczenia wyspecjalizowane, m.in. "prosty szlachcic, nie pan, nie magnat"; "mały, prosty, drobny szlachcic".
66 Ereb - to w mitologii greckiej najniższa i najciemniejsza część podziemnego świata zmarłych.
67 Tak w pierwodruku (s. 627, 628): "krestencje", "krestencja" (Słownik warszawski przywołuje formę "krestencja" jako formę gwarową). Poprawnie (wg Słownika wileńskiego): krescencja (od łac. crescentia) - w dawnej polszczyźnie słowo to oznaczało roczne zbiory, plony uzyskane z majątku czy gospodarstwa.
68 Nie udało się ustalić, skąd Orzeszkowa zaczerpnęła tę historię.
69 Postać ze Starego Testamentu, prawnuk Noego, który lubował się w łowach (Nemrod wspomniany jest w Księdze Rodzaju: 10, 9-10). Przenośnie w dawnej polszczyźnie: zapalony myśliwy.
70 Sterta albo: stérta, styrta - to w dawnej polszczyźnie skład, stóg zboża pod odkrytym niebem.
71 Sankiuloci (franc. sans-culottes) - określenie stosowane przez warstwy wyższe w odniesieniu do wywodzących się z manufaktur robotników i rzemieślników - rewolucjonistów okresu rewolucji francuskiej 1789 roku. Furyjeryści - zwolennicy fourieryzmu - systemu socjalistyczno-utopijnych poglądów Charles'a Fouriera (1772-1837).
72 Statut wiślicki był częścią zwyczajowych norm cywilnych, karnych i procesowych (nazywanych statutami wiślicko-piotrkowskimi), zebranych, spisanych i wydanych z inicjatywy Kazimierza Wielkiego w latach 1347-1348. Statut wiślicki obowiązywał w Małopolsce, piotrkowski zaś w Wielkopolsce. Oba ujednoliciły i usprawniły sądownictwo oraz umocniły stanowy podział społeczny, gdyż odnosiły się tylko do stanu rycersko-szlacheckiego, nie obejmowały mieszczan (którzy mieli odrębne sądownictwo) ani stanu kmiecego.
73 Aluzja do powstania styczniowego i idei walki o całość i niepodległość Rzeczypospolitej.
74 Tu kończy się trzecia część Znad Niemna II opublikowana w "Niwie" 1874 nr 10 z 15 listopada.
75 Aluzja do powstania styczniowego.
76 "Granie" w dawnej gwarze myśliwskiej oznaczało szczekanie psów goniących zwierzynę ("w kniei ogary grają"). "Kot" - to zając, "smycz" - to w języku myśliwych para chartów. "Smycz grająca kota" - to szczekanie psów goniących zająca (zob. Wiktor Kozłowski, Pierwsze początki terminologii łowieckiej, Warszawa 1822).
77 Bety (lub: labety, od nazwy dawnej hazardowej gry karcianej "labet"; przestarz.) - oznaczały albo sumę stawek graczy w grze karcianej, albo przegrane sumy, albo też niedobór lew w grze, pociągający za sobą kary.
78 Biblijny Noe miał trzech synów: Chama, Sema i Jafeta (Księga Rodzaju 6-10). Wedle różnych przekazów byli oni symbolicznymi praojcami różnych ras: od Chama mieli wywodzić się Kananejczycy i ludy Afryki, od Sema ludy Judei, od Jafeta zaś ludy północnej Europy. Cham wraz ze swym potomstwem został przeklęty przez Noego, dlatego legendy sarmackie uznawały go za praojca najniższej i najciężej pracującej części społeczeństwa: chłopów, natomiast szlachetnego Jafeta - za protoplastę sarmatów. Sem zaś "patronował" plemieniu żydowskiemu.
79 Orzeszkowa mówi zapewne o czasach wojen napoleońskich na Litwie. Dekret z 21 grudnia 1807 stanowiący akt wykonawczy do artykułu 4 Konstytucji Księstwa Warszawskiego przyznawał chłopom wolność osobistą. Część szlachty litewskiej popierająca zbliżającą się armię Napoleona oczekiwała wprowadzenia podobnego dekretu na Litwie. Inna część, zaniepokojona postawą niektórych włościan wypowiadających zawczasu posłuszeństwo dziedzicom, wzywała żandarmerię dla uspokojenia buntów. Wspomnieć trzeba, że już od 1803 roku carska ustawa O wolnych oraczach (z 4 marca 1803) pozwalała dziedzicom uwalniać chłopów z poddaństwa i przydzielać im ziemię na własność. Niewielu jednak z niej korzystało. Dopiero po uchwaleniu Konstytucji Księstwa Warszawskiego na ziemiach polskich przyłączonych do Rosji rozpoczęły się wśród szlachty inicjatywy w kierunku ulżenia doli poddanych. W 1811 roku marszałek szlachty okręgu białostockiego Wiktor Grądzki zainicjował projekt zwolnienia chłopów z poddaństwa i przesłał go do cara. Podobny projekt z propozycją nadania chłopom wolności przesłali Aleksandrowi I w 1811 Michał Ogiński, Ksawery Lubecki i Ludwik Plater. Projekty reform zostały rozpatrzone, ale nie wprowadzono ich w życie (zob. H. Mościcki, Sprawa włościańska na Litwie w pierwszej ćwierci XIX stulecia, "Biblioteka Warszawska" 1908, t. 2, s. 280-288; Tadeusz Mencel, Zniesienie poddaństwa w Księstwie Warszawskim na tle porównawczym, "Acta Universitatis Lodziensis", Folia Historica 1983, nr 13, s. 5-41).
80 Taka forma w pierwodruku (s. 177).
81 W pierwodruku (s. 181) pomyłka: "T.J. Jeża". Chata za wsią (pierwodruk 1853-1854 na łamach "Biblioteki Warszawskiej") - jedna z najpopularniejszych powieści Kraszewskiego, opowiada o losach małżeństwa chłopki z Cyganem. Latarnia czarnoksięska (pierwodruk 1843-1844) przedstawia przekrój warstw społecznych na Wołyniu I połowy XIX wieku. Ulana. Powieść poleska (pierwodruk: Wilno 1843) przedstawia historię miłości młodego dziedzica Tadeusza Mrozoczyńskiego do chłopki Ulany na tle doskonale zarysowanego życia wsi kresowej. Dwa światy (pierwodruk: 1854) ukazują stosunki pomiędzy dwoma środowiskami: szlachtą bogatą i ubogą. Duch i krew. Kilka zarysów z życia towarzyskiego (Wilno 1859) Adama Pługa (pseudonim Antoniego Pietkiewicza, 1823-1903) napisana jest w duchu demokratycznym i antystanowym, jej przesłanie głosi, że to nie pochodzenie decyduje o wartości człowieka (nawet jeśli jest ono chłopskie), lecz czyny. O Historii o pra-pra-prawnuku i o pra-pra-pradziadku... (cz. I-II, Wilno 1862-1863) Teodora Tomasza Jeża (pseudonim Zygmunta Miłkowskiego, 1824-1915) Orzeszkowa pisze obszernie w swoim artykule O powieściach T.T. Jeża z rzutem oka na powieść w ogóle. Studium (zob. Pisma krytycznoliterackie, s. 133-193). Gawędy (m.in. Gawędy i rymy ulotne, 1853) Władysława Syrokomli (pseudonim Ludwika Kondratowicza, 1823-1862) to ulubiony gatunek tego poety: wierszowane krótkie historie dziadowskie, żebracze, ludowe, żołnierskie, szlacheckie, ich narratorem jest zwykle opowiadacz o kmiecym rodowodzie.
82 Tu kończy się pierwsza część Znad Niemna III opublikowana w "Niwie" 1875 z. 3 z 1 lutego.
83 Dziwadła Kraszewskiego to powieść z 1853 roku. Opowiada historię młodego bankruta, który porzuca z konieczności światowe życie i próbuje zaaklimatyzować się u swego dziadka na dalekim Polesiu. Wspomnieć warto, że nazwisko Graba otrzymał główny bohater powieści Orzeszkowej Pan Graba (pierwodruk: 1869-1870). Nie jest on jednak człowiekiem szlachetnym, a raczej antytezą postaci z Dziwadeł.
84 W listopadzie 1857 r. ukazał się reskrypt Aleksandra II skierowany do generał-gubernatora wileńskiego, grodzieńskiego, kowieńskiego, rozpoczynający epokę najpoważniejszej reformy społecznej w Rosji. Cesarz zalecił, aby w każdej z guberni: kowieńskiej, wileńskiej i grodzieńskiej, ustanowiony został komitet przygotowawczy do reformy włościańskiej, a w Wilnie komisja, w której skład mieli wejść dwaj członkowie każdego komitetu gubernialnego oraz członek ministerstwa spraw wewnętrznych. Przewodniczącym komitetu gubernialnego miał być marszałek szlachty danej guberni. Zadaniem komitetów było sformułowanie projektu polepszenia bytu włościan.
85 W pierwodruku: "a" (str. 244). Nie wiadomo, czy to zecerska pomyłka, czy zamierzony spójnik.
86 Rozbitek to powieść Zygmunta Kaczkowskiego (1825-1896) wydana w Wilnie w 1861 roku. Z ducha organicznikowska, skierowana jest przeciw marzeniom młodych przedburzowców o kolejnym powstaniu.
87 Zasady ekonomii politycznej (wyd. 1848) - jeden z najważniejszych podręczników ekonomii politycznej z połowy XIX wieku. W pracy tej John Stuart Mill (1806-1873) poruszył przede wszystkim kwestie normatywne i przedstawił różne systemy ekonomii politycznej.
88 Chodzi o A Treatise on Political Economy (1803) Jean-Baptiste'a Saya (1767-1832), francuskiego przedsiębiorcy i ekonomisty, przedstawiciela nurtu ekonomii klasycznej
89 W myśl teorii Adama Smitha podstawowym ogniwem procesu gospodarowania jest produkcja, a podstawowym czynnikiem tworzącym bogactwo - praca. Bogactwo narodowe jest utożsamiane z ilością wyprodukowanych dóbr w danym okresie na terytorium danego kraju.
90 Claude Frédéric Bastiat (1801-1850) - przedstawiciel liberalizmu gospodarczego, twórca doktryny harmonizmu, która głosiła, że interesy poszczególnych klas są w naturalny sposób zgodne, co przyczynia się do rozwoju gospodarczego. Opracował teorię wartości opartą na pojęciu usług, a wszystkie transakcje handlowe uznawał za ich wymianę. Krytykował idee socjalistyczne.
91 Wieczory wołyńskie (pierwodruk: 1859) przedstawiają w dość ogólny i daleki od radykalizmu sposób poglądy Kraszewskiego na sprawę uwłaszczeniową. Autor nawołuje do podniesienia moralnego poziomu ziemiaństwa, do wytężonej pracy, szerzenia myśli demokratycznej (umocowanej na podłożu religijnym), prowadzącej w konsekwencji do uwłaszczenia. Podobną przebudowę moralną postulował wobec stanu chłopskiego, tu zajął jednak dość patriarchalne stanowisko (m.in. powolną polonizację miejscowej ludności). Poranki karlsbadzkie, czyli rozbiór zarzutów, uzupełnień i uwag nad pismem "O urządzeniu stosunków rolniczych w Polsce" Adama Krzyżtopora (pseudonim Tomasza Potockiego, 1809-1861) (Poznań 1858) były niejako autokomentarzem do poprzedniego dziełka Potockiego O urządzeniu stosunków rolniczych w Polsce (Poznań 1851). W podstawie błędnie: Krzysztopora, co korygujemy
92 W pierwodruku: "kałamarzu" (s. 244). Wprowadzamy koniekturę ze względu na składnię zdania.
93 Pierre-Joseph Proudhon (1809-1865) - francuski myśliciel społeczny i jeden z twórców anarchizmu. Przeciwnik kapitalizmu, w celu rozwiązania problemów społeczno-ekonomicznych proponował system mutualistyczny (pomocy wzajemnej). Proudhon występował przeciw zorganizowanej walce robotników o prawa polityczne, a za główne źródło zła uważał istnienie pieniądza; proponował także utworzenie banku wymiany, który przyjmowałby towary i wydawał opiewające na ich wartość bony wymiany (Syst?me des contradictions économiques ou Philosophie de la mis?re, 1846). Louis Blanc (1811-1882) - francuski historyk i teoretyk socjalizmu, prekursor spółdzielczości; jako pierwszy wiązał urzeczywistnienie socjalizmu z ustanowieniem demokracji politycznej, zwłaszcza z wprowadzeniem powszechnego prawa wyborczego dla mężczyzn. Po polsku ukazała się w XIX wieku m.in. Wiara socjalistów Blanca w przekładzie Mieczysława Romańskiego (Lwów 1868). Ferdinand Lassalle (1825-1864) - niemiecki filozof, ekonomista i działacz socjalistyczny; jeden z organizatorów ruchu robotniczego w Niemczech; w latach 1848-1849 związany z rewolucyjno-demokratyczną grupą skupioną wokół Karola Marksa i "Nowej Gazety Reńskiej"; sformułował spiżowe prawo płacy roboczej i za jego pomocą usiłował dowieść bezcelowości walki robotników o podniesienie zarobków. Prace Lassalle'a były szeroko popularyzowane w polskich przekładach. Wielokrotnie wznawiano Program robotników oraz O istocie konstytucji.
94 Egzagerować (dawniej: egzagierować; od łac. exaggere) - przesadzać.
95 Cytat - (tu zniekształcony, Orzeszkowa zapewne przytacza z pamięci) pochodzi z wiersza Syrokomli Na wyzwolenie włościan. Utwór kończy się następująco:
"O! wstyd mi Wilna! Nie chcę być Litwinem!
I hańba mojej herbowej pieczęci!".
96 Ukaz Najwyższy z 19 lutego starego stylu (3 marca nowego stylu) 1861 r. wydany przez Aleksandra II przyznawał wolność osobistą chłopom: nie mogli oni odtąd podlegać sprzedaży, przesiedleniu czy samowolnemu karaniu przez dziedzica, mogli kształcić się, zawierać związki małżeńskie, a nawet - teoretycznie - zmienić stan społeczny bez zgody dotychczasowego pana. W praktyce nie mogli jednak opuszczać wsi, gdyż zostali przypisani do wiejskich wpólnot. Chłop mógł nabywać ziemię tylko za pośrednictwem wspólnoty gminnej i tylko ona dawała pozwolenie na wyjazd do miasta. Co ważne, ziemia pozostawała nadal własnością szlachecką, choć zobowiązano dziedziców do przekazania chłopom za pośrednictwem gmin działek przyzagrodowych. Chłopi odpracowywali wartość ziemi - w ten sposób pozostali dalej przywiązani do ziemi i danego majątku.
97 Aluzja do wybuchu powstania styczniowego. W pierwodruku: "betleemskiej" (s. 248).
98 Nie wiadomo, czy taki list powstał. W każdym razie nie został opublikowany, a na żaden jego rękopiśmienny ślad edytorzy niniejszego tomu nie natrafili.
LISTY Z USTRONIA [I (SERIA PIERWSZA)]
1883
CZAS POWSTANIA: wiosną 1883 redaktor Erazm Piltz zaczął zachęcać Orzeszkową, by poprowadziła stałą rubrykę w petersburskim tygodniku "Kraj". Nie nalegał na regularność, która by zobowiązywała pisarkę do dostarczania cotygodniowej wypowiedzi, zapewniał, że wystarczy tekst "co miesiąc lub dwa, albo w innych, mniej ścisłych terminach". Dawał też zupełną dowolność co do tematyki: miały być to "najżywiej interesujące" Orzeszkową kwestie (Erazm Piltz do EO, list z 23 kwietnia [5 maja] 1883, Petersburg. AEO 389). Pisarka zgodziła się podjąć felietonowe wyzwanie, zastrzegając sobie ostrożnie owe "mniej ścisłe terminy". Obiecany cykl o "różnych sprawach społecznych i literackich" zatytułowała Listy z ustronia (w korespondencji pisarka czasem używa formy żeńskiej: Listy z ustroni). Pracę nad Listami rozpoczęła pod koniec czerwca 1883. Powstały wówczas dwa felietony. "W pierwszym poruszyła kilka różnych spraw (między innymi porównała cichy jubileusz Teodora Tomasza Jeża z głośnym przyjęciem przez Warszawę mezzosopranistki Józefiny Reszkówny), drugi poświęcony był ofierze Edwarda Łojki na uniwersytet dla kobiet oraz wyższemu zawodowemu kształceniu kobiet. Orzeszkowa nawiązała tu do depozytu 20 000 rubli, jaki Łojko (propagator wykształcenia kobiet i założyciel (1872) Zakładu Rękodzielniczego dla Kobiet w Warszawie) złożył jako fundusz żelazny swego imienia w Banku Polskim na przyszły uniwersytet dla kobiet w Warszawie. Oba felietony Orzeszkowa wysłała niebawem do redakcji "Kraju"" (Kalendarium, t. 1, hasło nr 913). Zachęcona pozytywną odpowiedzią Piltza, który zapewniał, że listy się podobały i niebawem ukażą się w druku, pod koniec września 1883 zapowiedziała kolejne Listy dla "Kraju": Miały dotyczyć polskich studentek w Petersburgu oraz konieczności utworzenia szkół gospodarstwa wiejskiego dla kobiet. Pisarka korespondowała w tym czasie także z niedawną absolwentką petersburskiego Instytutu Pedagogicznego, Filomeną Undrewicz, która będąc jeszcze słuchaczką kursów, prosiła o podjęcie w którymś z artykułów prasowych tematu trudnego losu Polek studiujących w Petersburgu. Orzeszkowa miała nadzieję pozyskać od Undrewicz nieco materiału na temat uczących się w Petersburgu dziewcząt. Zapowiadała też Piltzowi przyszłe tematy felietonowe:
W następnym zamierzam dotknąć niektórych stron moralności prywatnej i publicznej u nas, przy czym będzie trochę mowy o Żydach; w następnym jeszcze pisałabym o naszym arystokratyźmie, czyli o fatalnych i fatalnie trwałych u nas pojęciach i nałogach arystokratycznych, w których, wedle mnie, spoczywa źródło mnóstwa niedołężności, strat i niebezpieczeństw naszych.
(zob. Kalendarium, t. 1, hasło nr 932; EO do Erazma Piltza, list z 17 [29] września 1883, Miniewicze. Lz I, 179-180; Maksymilian Obrębski do EO, list z 21 sierpnia [2 września] 1883. AEO 800)
30 września "Kraj" opublikował pierwszy z cyklu felietonów Listy z ustronia Orzeszkowej. Miesiąc później pisarka donosiła Leopoldowi Méyetowi i Janowi Karłowiczowi, że ma gotowe cztery Listy: jeden wydrukowany przez "Kraj" i kolejne trzy, które czekają na swoją kolej. Na początku listopada zaczęła planować przeniesienie swych felietonów do "Świtu" Konopnickiej, która niedawno objęła redakcję i zbierała materiały do przyszłych numerów. Powodem wolty Orzeszkowej była zwłoka w publikacji drugiego Listu w "Kraju" i wydumana - jak się potem okazało - niechęć redaktora do jej felietonów (zob. Kalendarium, t. 1, hasło nr 945; EO do Leopolda Méyeta, listy z 29 października, Grodno. Kopia LBŚ, AEO 1057; oraz z 21 listopada 1883, Grodno. Lz II, 22). "Otóż Piltz utrzymuje, że ten drukowany nie podobał się powszechnie i dalszych, nie czytając już ich nawet, drukować nie chce. Szkoda mi trochę pracy, a bardziej tego, że dotknęłam rzeczy, których nikt u nas od dawna nie dotknął, np. studentek i owej szkoły. Gdzie indziej zaś miejsca nié ma, albo dla pisania mego w ogóle, albo dla rzeczy w tym kierunku i tych rozmiarów. Więc dalszy ciąg tych listów, z których jeden tylko światło dzienne ujrzał, złożyłam na dno szuflady, przyrzekając sobie, że odtąd nikt mię już nie namówi do pisania czegokolwiek, prócz powieści i noweli" - skarżyła się Karłowiczowi 28 stycznia [9 lutego] 1883, Grodno (AEO 707 foto). Dalsze Listy z ustronia Orzeszkowej nie ukazały się w "Kraju".
AUTOGRAF: nieznany. "Nowy Korbut" podaje błędnie, że autograf pierwszego Listu z ustronia znajduje się w AEO sygn. 142, K. 1-10 (zob. poz. 320, s. 67). Tymczasem jest to autograf pierwszego Listu z ustronia, ale tego, który rozpoczyna serię drugą, powstałą w 1890 roku.
PIERWODRUK: "Kraj" (Petersburg) 1883 nr 38 z 18 (30) września, rubryka "Odcinek "Kraju"", pt. Listy z ustronia El. Orzeszkowej
PODSTAWA WYDANIA: pierwodruk. O ile wiadomo, pierwszy List z ustronia nie był wznawiany w druku za życia pisarki.
UWAGI EDYTORSKIE: zmodernizowano interpunkcję oraz ortografię podstawy (np. "różczka"; "elegja"; "mnóztwo"; "poezya"; "cywilizacya"; "Figdżjanin"; "refleksya"; w tym pisownię łączną i rozdzielną: "przytem"; "nietylko"; "niema"; "poprostu"; "niewiadomo"; "w zamian"; "gdzieindziej"; "dla tego"). Uwspółcześniono dawne końcówki -em, -emi charakterystyczne dla narzędnika i miejscownika l. poj. deklinacji przymiotnikowo-zaimkowej rodzaju nijakiego i narzędnika l. mn. deklinacji przymiotnikowo zaimkowej rodzaju niemęskoosobowego (np. "cudzemi biedami"; "zdanie to wydało się prawdziwem i pięknem"). Kursywą oznaczono tytuły książek, utworów oraz wyrazy obce. Tytuły czasopism oraz cytaty ujęto w cudzysłów. Pozostawiono formy wyrazowe charakterystyczne dla dawnej fonetyki, np. "wzewać" (w druku bez "é" ścieśnionego); "źwierzęcy"; "sprobuje". Co ciekawe, w podstawie nie są zaznaczane w żaden sposób formy z "é" ścieśnionym.
LISTY Z USTRONIA EL. ORZESZKOWEJ
[I (seria pierwsza)]
I
Wiele już wody upłynęło od tego długiego, zimowego wieczora, w którym śród głębokiej ciszy wiejskiego domu, przy akompaniamencie przeciągłych szumów, które napełniały rozległy ogród, i hukania sów gnieżdżących się w starych lipach ogrodu, wyczytałam słowa rozumnej pisarki polskiej (Walerii Marrené): "Cisza nie jest szczęściem, ale bez ciszy nie ma szczęścia"1. Są ludzie i wielu jest takich, którzy by zdanie to odmienili w sposób następny: "Gwar i blask nie są szczęściem, ale bez nich nie ma szczęścia". Albo nawet po prostu: "blask i gwar są szczęściem". Ja nie. Mnie zdanie owo wydało się od razu prawdziwym i pięknym. Nie miałam nigdy sposobności dokładnie rozpytać się o to, ale pewną jestem, że wieszczka ciszy i samotności, bardzo grzecznie na chrzciny moje zaproszona, dotknęła głowy mojej czarodziejską swą różdżką i tym sposobem obudziła we mnie serdeczny ku sobie pociąg. Wieszczka to trochę smutna, ale piękna i dobra. Suknię ma utkaną ze zmroku i polnych woni, a w ręku trzyma klepsydrę, której szmer monotonny oznajmia niknięcie godzin i dni życia. Wprawdzie srebrnopióra wesołość bardzo rzadko zlatuje ku niej, iskrzący się blask żadnych wcale nie miewa z nią stosunków, a purpurowe bogactwo spogląda na nią z dala i z pogardą. Nie należy przecież mniemać, aby chrześniaków swych pozbawiała już ona wszelkiego miłego towarzystwa. Owszem, starym przyjacielem jej i częstym gościem bywa rozum; często też nawiedza ją poezja, a nad myślami jej i snami stróżuje spokój. Przy tym suknią swą, utkaną ze zmroku, łagodnie zasłania ona twarze, które policzki losu okryły rumieńcami wstydu czy bólu albo bladością nieukojonych żalów i złotych rozwianych snów...
Cisza, samotność, rozwiane sny, nieukojone żale etc. Zakrawa to na elegię. Przebaczcie, że pierwszy list ten do was rozpoczęłam od elegijnej nuty, której zresztą nie cierpię i strzegę się zwykle jak ognia. Une fois n'est pas coutume2, powiadają Francuzi, lecz znowu względnie do stopnia rozwoju, jakiego w epoce naszej dosięgły altruistyczne uczucia, i ten raz jeden jest zapewne zbytecznym. Bo podziwiałam zawsze pokorę tego dziada, który mówił do obrazu sto razy, gdy obraz do niego nie przemówił ani razu. Ponieważ altruistyczne uczucia naszych bliźnich na elegie nasze nie odpowiadają zwykle ani razu, rozsądniej jest więc i szlachetniej rozrzewniać nimi tylko samego siebie. Ostatnia uwaga ta przypomniała mi rozsądne i dość pięknie wypowiedziane zdanie, które niedawno znalazłam w pewnej brzydkiej książce. Książką tą jest powieść słynnej Francuzki, p. Żulietty Lambert, pt. Laide (Szpetna)3. Tytuł nie zawodzi. Nie tylko bohaterka książki, ale i sama książka jest zupełnie szpetną. Pomówię o niej z wami kiedyś4. Tymczasem oto zdanie owo:
"Artystą jest, kto bez pomocy niczyjej pracuje nad sobą i położeniem, w jakim go los postawił".
"Światowym jest człowiekiem, który wzewaniem o wsparcie nie trudzi bojowników zajętych własnymi walkami".
"Ludzkim jest, kto oszczędza ludzkość swych bliźnich"5.
Chociaż skądinąd wyrażona w ostatnim okresie troskliwość o wysychanie bliźnich ze współczucia wydaje mi się nieco zbyteczną, bo w wypadku oszczędzają się oni sami wybornie. Gdyby chudość lub tłustość ludzi zależały od miary wzruszania się biedami cudzymi, ludzkość byłaby potwornie otyłą. Lecz na ogół, wyłączając pewne nieliczne jednostki i szczupłe społeczne grupy, ten tylko usycha, kogo własna skóra boli. Praktykuje się to en petit i en grand6, w stosunkach prywatnych i publicznych, pomiędzy jednostkami i ludami. A nie ma w tym wcale słusznej przyczyny do skarg albo gniewów. Po prostu ludzkość znajduje się w takiej fazie swego rozwoju, że na większą sumę współczucia zdobyć się nie może. Ludzie pierwotni nie posiadali go wcale, późniejsi posiedli więcej, my jeszcze więcej, choć niewiele. Uszczęśliwiajmy się wiarą w to, że pra-pra- i po sto razy prawnucy nasi będą już sobie wzajem bardzo serdecznie współczuć i dopomagać.
Tyle o elegiach. Wracam do samotności; z powodu więc obecności na chrzcinach moich owej wieszczki pisać do was będę z ustronia. O czym? O wszystkim, co do głowy przyjdzie, co podszepnie mi dank7, myśl własna, wyobraźnia, obserwacja, wypadek jakiś zaszły lub zjawisko powstałe śród szerokiego świata. Ustronie to bowiem jest, nie pustelnia. Można by ją inaczej nazwać zapadłym kątem, ale niech się już sobie poetyczniej nieco nazywa. Pustyń i pustelni w Europie już nie ma, a przedmiotów, którym człowiek ustronnie żyjący przypatrywać się i o których sąd wydawać może, jest tak wiele, jak ten świat jest wielkim. Tylko że mnóstwo spomiędzy nich widzieć i sądzić on musi trochę albo i bardzo inaczej niż ci, których promienie wzrokowe krzyżują się w przestrzeni z tysiącami promieni wzroków innych, których oddech stygnie lub rozgrzewa się w ognisku gaszonym lub rozdmuchiwanym przez oddechów mnóstwo. I dlatego to może tylko innego sposobu widzenia i sądzenia warto, aby ludzie na ustroniach żyjący do mieszkańców świata pisywali listy.
Na początek kilka słów o dwu wydarzeniach spółczesnych, nie najważniejszych, ale też i wszelkiej wagi niepozbawionych. Jedno z nich druk na bibułowych swych skrzydłach roznosił po wszystkich ustroniach tego kraju, a gdzie tylko zagadał o nim, tam zarazem słychać i widać było grzmoty oklasków, deszcze kwiatów, tęcze drogich kamieni, grady słów hucznych, czułych, wdzięcznych, wielbiących... Główne ognisko społecznych i umysłowych ruchów naszych kipiało, klaskało, wielbiło, dziękowało, zanosiło się od płaczu i śmiechu...
Co to było? Czy wynaleziono sposób wyprostowania osi kuli ziemskiej, a przez to zapewnienia jej wiecznej wiosny? Czy odkryto drogę prowadzącą na Olimp, który podobno cieszy się już wieczną wiosną? Czy przybył tam jeden z tych wielkich bohaterów lub wieszczów, lub reformatorów ludzkości, których imię samo świętym dreszczem wstrząsa cywilizowane dusze? Czy tam ktokolwiek potrafił choć o łutów8 parę zmniejszyć wagę ludzkiej złości i głupoty albo ludzkich krzywd, cierpień, różnorodnych głodów i chłodów? Nie, nic podobnie nadzwyczajnego nie zaszło. To tylko Syrena tak szumny pokłon złożyła Arionowi.
Ale czy wiecie, kto to taki ten Arion? Może nie. Albo niezupełnie, albo nie wszyscy. Opowiem zatem bajkę tak prawie starą jak historyczna ludzkość:
Śród mórz i lądów któż nie znał Ariona? Na głos jego bystre rzeki bieg swój wstrzymywały; na głos jego wilk zawieszał pogoń za jagnięciem, a jagnię przestawało uciekać przed swym żarłocznym wrogiem; na głos jego pies i zając spoczęli w cieniu jednego drzewa, łania u szczytu góry stanęła obok lwa; gadatliwa sroka milkła, a gołąb leciał na spotkanie jastrzębia.
Tak o Arionie zaczyna latyński poeta Owidiusz9. Raz śpiewaka spotkało nieszczęście. Z wielkimi skarbami, których dostarczyła mu boska jego sztuka, wracał on z Auzonii, gdy z powodu właśnie skarbów tych majtkowie okrętu, na którym płynął, zamordować go umyślili. Arion nie prosił o życie. "Pozwólcie mi tylko, rzekł, abym raz jeszcze dotknął mojej liry". Pozwolili. On na ramiona zarzucił płaszcz po dwakroć nurzany w tyryjskiej purpurze10, głowę ustroił w świetlisty wieniec i począł śpiewać. W miarę jak śpiewał, mieszkańcy wód, delfiny, zbliżały się do okrętu i otaczały go zasłuchane, zachwycone i gdy Arion, nie zrzucając płaszcza swego i wieńca, rzucił się w odmęty morskie, jeden z delfinów grzbiet swój nastawił i przyjął nań drogocenny ten ciężar. "Na grzbiecie delfina - kończy Owidiusz - z lirą w dłoniach, Arion wciąż śpiewa i bezpiecznie płynie ku lądowi".
Bajka to nauczająca, bo jeżeli greckie jagnięta, łanie, sroki i delfiny składać mogły hołdy wielkiemu śpiewakowi, dlaczegożby Warszawa, której godłem jest grecka także syrena11, uderzyć nie miała czołem przed wielką śpiewaczką12.
Mówmy serio. Któż odmawiać może sztukom pięknym, a więc i muzyce, wysokiego znaczenia w ogólnej ekonomice ludzkości. Ten chyba, kto nie jest zdolnym lub uzdolnionym do spostrzegania i rozumowania związków i współpracy rzeczy ludzkich. Muzyka, tak jak i każda ze sztuk pięknych, stanowi pewną cyfrę w ogólnej sumie ludzkiego bogactwa. Nie jest więc dziwnym, że ludzie przybiegają ku niej po odpoczynek i pociechę; zupełnie jest słusznym, że dla mistrzów jej uczuwają wdzięczność i cześć. Przecież przysłuchując się i przypatrując z ustroni owym grzmotom oklasków, deszczom kwiatów, błyskom klejnotów i gradom uwielbień, niepodobna obronić się od natarczywie cisnącego się do głowy porównania. Oto jest ono.
Kilka miesięcy zaledwie upłynęło, odkąd kraj nasz obchodził dwudziestopięcioletnią rocznicę zawodu jednego z największych pisarzy naszych13. Dwudziestopięciolecie pisarskiego zawodu! Chciałabym, abyście uważnie wmyślili się we wszystko, co wśród naszego szczególniej społeczeństwa mieścić się musi w tych kilku wyrazach. Dwadzieścia pięć lat jest to jedna trzecia część życia człowieka długo żyjącego, część jego najcenniejsza. Przedtem było dzieciństwo i sposobienie się do życia, potem nastąpi starość i spoglądanie w oblicze śmierci. Tu, w tym szeregu lat, rozwiązuje się cała zagadka losu jednostki, szczęścia jej lub nieszczęścia, korzyści zgromadzonych przez nią dla siebie lub innych. Lata to są długie, a ten, kto szedł przez nie ze wzrokiem zapatrzonym w wysoki świat idei, wszystkie siły swe skupiając ku jak najlepszemu możliwie urzeczywistnieniu ideału myśli swej i sztuki, ten, niby ślepiec dobrowolny, ominąć musiał mnóstwo korzyści i uciech własnych, a uderzyć się czołem i stopą o mnóstwo ścian i kamieni. Kiedy cierpienia ogółu wyżerały mu serce, on własnych unikać zaniedbywał i ciężar ich niósł w milczeniu, jako coś dobrowolnie na się przyjętego. Niósł on też na sumieniu swoim odpowiedzialność nie tylko za gatunek i wpływy pracy swej, co już jest rzeczą nielekką, ale także za wartość i czystość życia swego, które coś innego jeszcze przed światem przedstawiało i za czymś innym świadczyć powinno było niż za własną jego, jednostkową wartością. Poczuwanie się do przedstawienia i świadczenia tego wzbraniało mu nieraz iść tam i po to, gdzie i po co chodząc, inni znajdowali sobie to, czego pragnęli. Jeżeli szczególniej, jak w tym wypadku, o którym ja piszę, a wy dobrze wiecie, charakter pisarza nieskazitelnym pozostał i nie nagiął się nigdy w stronę własnych korzyści wbrew przekonaniom własnym; jeżeli z Auzonii nie wyniósł on płaszcza po dwakroć nurzanego w tyryjskiej purpurze, a wrogie moce, rzucając go na grunt obcy, zdwoiły dlań trudność zdobywania jakiegokolwiek płaszcza i w dodatku wydarły mu samą nawet pociechę oddychania swojskim powietrzem i rzeźwienia strudzonych oczu miłymi sercu widokami; jeżeli pomimo to wszystko rzucił on w społeczeństwo swoje sporą garść zdrowych albo wielkich myśli, pożytecznych wiadomości i pięknych obrazów, a przeto posunął nieco naprzód umysłowość i uobyczajenie społeczeństwa tego, niejedno serce rozgrzał, niejedną wyobraźnię uszlachetnił, niejednemu smutnemu o smutkach zapomnieć, a zmęczonemu odpocząć pozwolił, przyznajcie, że człowiek ten, cudów zrządzać nie mogąc, uczynił przecież wszystko, co szlachetny i twórcze zdolności posiadający członek społeczeństwa uczynić dlań jest w stanie, że od tego społeczeństwa należy się mu co najmniej takaż ilość kwiatów, darów i oklasków, jaką obdarza ono swoich wielkich śpiewaków. Doprawdy, twierdzeniu temu nikt chyba przesady nie zarzuci. Sprawę tę, według słów starej przypowiastki, oddaję na sąd cygana14.
A jednak, jakaż różnica, jakaż różnica i w temperaturze uroczystości obu15, i we wszystkim, co z nich powstało! Dlaczego to tak?
Niechaj nikt tej różnicy tłumaczyć nie próbuje tym, że uniesienia syreny dla Ariona obudził nie tylko piękny śpiew, ale i piękny obywatelski czyn. Z całego serca oddaję czynowi temu całą należną mu miarę szacunku. Wielka śpiewaczka przyniosła w darze krajowi swemu parę miesięcy swojej pracy16. Że podziękowano jej za te parę miesięcy - słusznie uczyniono; niemniej przecież słusznym byłoby, aby tę samą miarę podziękowań otrzymał wielki pisarz, którego dary o tyle razy są większymi, ile razy dwa czy trzy miesiące mieszczą się w dwudziestu pięciu latach. Nieprawdaż?
Więc cóż?
Zaśmiejecie się może, gdy wam powiem, jakiej przyczynie różnicę ową przypisują. Oto, mniemam, że wynika ona ni mniej, ni więcej, tylko z małego jeszcze oddalenia się naszego od stanu dzikości. Pomysł ten powstać mógł istotnie tylko na ustroni, gdzie oczu i sądu nie manią17 i w obłęd nie wprowadzają światła gazowe, jedwabie, klejnoty, fraki, sztuczne kwiaty, uprzejme uśmiechy, wykwintne ruchy, delikatne ręce itd. Wszystko to, razem zebrane i w obraz ułożone, sprawia wrażenie wysoko posuniętej cywilizacji. Ale kto tego nie widuje i wrażeniu temu nie ulega, temu na myśl nie przychodzą ani gaz, ani fraki, ani rękawiczki i uśmiechy, tylko czyny ludzkie. Wedle tych to ostatnich skłonnym on jest wnioskować o tej przestrzeni drogi, którą ta grupa ludzka przebyła od jaskini, mieszkań nawodnych i tego błogiego stanu, w jakim Eskimos usypia, gdy naje się do syta wielorybiego mięsa i tłuszczu.
Czy człowiek jaskiniowy posiadał już jakąkolwiek muzykę? Nie wiadomo, ale pomiędzy zabytkami pozostałymi z epoki kamienia gładzonego i mieszkań nawodnych znajdowano podobno niejednokrotnie muzyczne narzędzia. Książki nie znaleziono tam żadnej, bo jej wówczas jeszcze nie było. W człowieku były wtedy same tylko wrażenia, którym poddawał się on jak liść lekki poddaje się prądom wiatru. Był on wtedy cały zmysłami. Słuchał muzyki swego pierwotnego fletu z takim samym prawie uczuciem, z jakim wysysał szpik surowy z kości źwierzęcej albo i ludzkiej. Wtórzyła ona cielesnym jego żądzom, sprawiała mu przyjemność, nie wymagając w zamian wysileń refleksji i pamięci, do których był on zupełnie niezdolnym. Książka zjawiła się znacznie później. Zjawiła się ona wtedy dopiero, gdy zgromadzone doświadczenia i dokonane ewolucje uczyniły człowieka zdolnym nie tylko do otrzymywania wrażeń, ale także do regulowania ich za pomocą pamięci, refleksji i kombinacji. Książka zjawiła się już w epoce żelaznej, to jest w obecnej, w tej właśnie, w której rozpoczęło się historyczne życie ludzkości. I nie stało się to nawet u samego jej początku, ale wtedy, gdy mnóstwo homerydów przy dźwiękach lutni wyśpiewało już na pamięć mnóstwo długich pieśni, zawierających w sobie całą ówczesną mądrość, wiedzę i poezję. Gdyby mądrość ta, wiedza i poezja nie były wyśpiewywane, ludzie ówcześni ani by je lubić, ani rozumieć mogli. Psychiczna praca ich mózgów była jeszcze zbyt leniwą i niewprawną, aby mogli oni odtwarzać wrażenia, zdobywać wyobrażenia i tworzyć kombinacje bez nieustannego pośrednictwa z zewnątrz pobudzanych zmysłów. W nawodnej chacie i pod szałasem człowieka wygładzającego kamień na strzałę lub topór dziki flet głaskał i pobudzał dzikie żądze i szały; w starożytnych państwach Agamemnonów, Ulissesów, Achillesów i Priamów18 dźwięki lutni i melodyjne recytatywy pieśniarzy ryły w mózgowych komórkach ludzi treść długich pieśni. Potem, stopniowo, dziać się zaczęło inaczej. To, o czym dotąd śpiewano tylko, pisać zaczęto na kamieniach i skałach. Asyria składała stosy zapisanych cegieł; Indie bramińskie, Egipt Ramzesów i Ptolomeuszów, Peryklesowa Grecja i Rzym Augustów posiadały księgozbiory liczne i ogromne, kochały i czciły książkę19, żyć bez niej nie mogły. Potem, greko-rzymską cywilizację, wielką, większą niż się dziś większości ludzi zdawać może, zasunęły znowu zmroki pierwotności. W wiekach średnich grano, śpiewano, malowano ślicznie, pisano niewiele i cudacko, zarazem palono czarownice i heretyków, na każdym kroku widywano się z diabłami, zjadano się wzajemnie i zupełnie dziko w imię Boga i diabłów. Potem, w wieku XVI, odkwita na nowym gruncie starożytna cywilizacja i zarazem książka...
Ale w listach nie pisze się historii. Niech najelementarniejsze fakty jej, znane powszechnie, same za siebie przemawiają. Dość jest zresztą obejrzeć się tylko po dzisiejszym świecie. Wprawdzie na przestrzeni jego nigdzie jeszcze dzikość nie zniknęła już zupełnie, a potomkowie jaskiniowych zwierząt dwunożnych nie przemienili się całkowicie w istoty wyższego rzędu, z jakich może składać się będzie kiedyś, kiedyś udoskonalona ludzkość? Gdzie tam! Wszędzie jeszcze, zza najpiękniejszych nawet osłon, wygląda większy lub mniejszy kawałek zmysłowego i bezmyślnego troglodyta. Tylko są stopnie. W jednych miejscach panuje jeszcze (we fraku i rękawiczkach albo w turniurze i koku) cały troglodyt i cała troglodytka, w innych została już ich tylko połowa albo jedna trzecia, albo jedna czwarta. Zdaje mi się, że nigdzie jeszcze troglodytyzm nie zredukował się do jednej dziesiątej, a zrzuciły go z siebie całkiem tylko jednostki gdzieniegdzie rozsiane i tak nieliczne, te właśnie dla tego absolutnego rozstania się z troglodytyzmem uchodzą powszechnie za raragów20. Nie mówię więc, aby gdziekolwiek w czasach naszych istniało jakkolwiek społeczeństwo doskonale cywilizowane. Ale są stopnie. Na tej drabinie, która od troglodytyzmu prowadzi do cywilizacji, im stopień jest wyższym, tym więcej - obok mnóstwa zresztą cech innych, o których w tej chwili mowy nie ma - książka staje się szanowaną, lubioną i niezbędną. Nic naturalniejszego, mądrzy na każdym kroku życia swego potrzebują czerpać z tego zbiornika mądrości, który liczne pokolenia przelewały w pisane słowa; umiejący myśleć używają narzędzia, które im w myśleniu dopomaga; uobyczajeni posługują się tym, co sprawia im rozkosz nie tylko zmysłową, ale umysłową i estetyczną. Flet oddaje im także niejakie przysługi i sprawia przyjemności cenne. Ale, nie poddając się ślepo wrażeniom i mogąc zdobyć się na pojęcia oderwane, są oni zdolni mierzyć i ważyć zasługi różne, dla obecnej i porywającej nie zapominają o cichszej i dalszej w czasie, lecz stalszej, szerzej działającej i głębiej orzącej ich niwę. Dlatego to flet i książka otrzymują tam mniej więcej tyle, ile każdemu z nich się należy. Wraz z troglodytyzmem zmniejszają się i te rażące nieproporcjonalności, które w cywilizacjach bliższych jeszcze jaskiniom i mieszkaniom nawodnym panują, na rzecz wszystkiego tego, co pieści lub pobudza umysły, od umysłu nie wymagając żadnej lub prawie żadnej pracy.
Naturalnie, pisarze posiadają wszędzie cenę odpowiadającą cenie książki. Starożytni Rzymianie przepadali za książką21; toteż gdy autor Eneidy wszedł raz do amfiteatru, 100 000 ludzi jak jeden człowiek z miejsc swych powstało. Nikt im jednak nie rozkazywał witać Wirgiliusza tak samo jak witali Augusta22. Ale monarcha myśli nie znaczył dla nich mniej niż władca połowy świata. Dzisiejsi Anglicy i Francuzi czytają wiele, toteż czytajcie życiorysy ich pisarzy. Jest tam kwiatów i dukatów nie mniej, a może i więcej jak w życiorysach wielkich flecistów i nawet - co ważniejsze - flecistek. Na odwrót, Papuasi i Niam-Niami23, zmuszeni myśleć o czymkolwiek jednym ciągiem przez pięć minut, dostają strasznych bólów głowy. Możemy sobie wyobrazić, jak ładnie wyglądaliby ich pisarze, gdyby cudem jakim zjawili się pomiędzy nimi. Zmuszani przez nich do tego, co im sprawia ból głowy, Papuasi i Niam-Niami zamordowaliby ich niechybnie, a może nawet zakłuli, upiekli i zjedli.
Pośrodku, to jest między Rzymianinem, który na równe nogi wstawał przed Wirgiliuszem, z Anglikiem albo Francuzem szanującym swych Wirgiliuszów tak samo co najmniej jak swoich Arionów z jednej strony, a Papu[a]sem i Niam-Niamem, którego od pięciu minut myślenia głowa boli - z innej strony, pośrodku rożen do zakłuwania i pieczenia tych, którzy myśleniu dopomagają i myśleć uczą, zastępuje - obojętność. Postęp to wprawdzie znakomity, ale za który cywilizacja w szkolnej cenzurze społeczeństwa nie zapisałaby pewno stopnia celującego.
Znaczna doza pozostałej w nas pierwotności - w wypadku niniejszym - objawia się przecież nie tylko przez niezmierne podleganie wrażeniom chwili, nie tylko przez namiętne ubieganie się za zmysłowymi uciechami i nie tylko przez nieznające żadnej miary przekładanie tego, co bawi dziś, nad to, co pracuje dla jutra. Jest jeszcze rzecz jedna. Posłuchajcie.
Drożyną górską szedł wódz jednego z plemion zamieszkujących Wyspy Fidżiańskie. Za nim postępowali członkowie jego plemienia. Raz wódz pośliznął się i upadł; natychmiast wszyscy, którzy szli za nim, popadali także, wszyscy oprócz jednego, który pozostał w postawie stojącej. Na tego jednego z gniewem rzucili się inni i okrywając go razami, krzyczeli: "Jak śmiałeś stać, kiedyśmy wszyscy leżeli na ziemi!".
Opowiada to w jednym z dzieł swoich pewien uczony podróżnik24.
Fidżianami nie jesteśmy, ale na drodze ku cywilizacji nie zaszliśmy tak daleko, abyśmy sprawiedliwie cenili wartość i pracę tego, kto śmie stać tam, gdzie znaczna spomiędzy nas większość leży twarzami ku ziemi, a uderzać czołem przed tym, co większość ta omija z lekceważeniem, najczęściej bezmyślnym. I oto jeszcze dlaczego Arion łacniej wstępuje u nas na tron czci publicznej niż Wirgiliusz. Zaprawdę nikt i nic nie obowiązuje śpiewaka do ogłaszania swego wyznania wiary. Pisarza obowiązuje do tego wszystko, najbardziej sumienie. Toteż, z rzadkimi wyjątkami, kto go ma najwięcej, temu jest najgorzej, i na odwrót. Botanicy wiedzą o pełzających roślinach, które dopóty kurczą listki i krętymi zwroty posuwają swe łodygi, dopóki nie znajdą gruntu, na którym rozrastać się mogą wygodnie i bujnie. Człowiek z charakterem czystym i przekonaniami silnymi nie kurczy myśli swych i nie maca łodyżkę, skąd dadzą się wyssać najsmaczniejsze soki. Jeżeli powie sobie: "tu i tak stać powinienem!", stoi, czy się to ludziom podoba, czy nie. Za to też biją go, nie kijami zapewne, jak to we zwyczaju jest u Fidżianów, ale tym biczem moralnym, który nazywa się: niesprawiedliwość; człowiekowi wyszłemu już z fazy kijów sprawia ból większy niż Fidżianinowi kij.
Ja jednak tę historyjkę o Fidżianach amplifikować będę. Musiało to być tak. Pomiędzy tymi, którzy okładali razami zuchwałego nowatora, jedni byli rozgniewanymi wściekle, inni szczerze też, ale umiarkowanie, inni jeszcze, których postępek jego nic a nic nie obchodził i którzy karcili go z prostego tylko naśladownictwa lub, jak to mówię, dla oczu ludzkich, inni na koniec, którzy bijąc go, myśleli: "ten człowiek jednak miał może rację, bo czyż doprawdy rozsądnym jest, abyśmy sobie przez wieki wieków nie wiedzieć dlaczego nosy o ziemię tłukli".
Otóż ci, którzy raz tak zwątpili, wątpili potem coraz więcej, nabierali odwagi, pozostawali w postawie stojącej wbrew padaniu innych. Bito ich z kolei, ale i przyłączano się do nich, tradycyjne podanie zdepopularyzowało się silnie, w trzecim czy czwartym pokoleniu zupełnemu zaniedbaniu uległo, i oto dlaczego dziś już Fidżianie nie padają na skałę za każdym razem, gdy ktoś ze starszych ich upada. Etnografowie utrzymują, że wskutek tej zmiany obyczaju nosy plemienia tego stały się o wiele kształtniejszymi, co znakomicie zwiększyło piękność całego ich oblicza. Przez wdzięczność za tę przysługę nosom ich wyświadczoną, niedawno temu wspaniałym pomnikiem ustrojono na wyspie Fidżi mogiłę tego, który pierwszy śmiał stać, gdy inni padali, i którego za to obłożono kijami... Daremnie jednak podróżnicy dopytują się o grobowiec współczesnego śmiałkowi owemu i na rękach przez Fidżianów noszonego flecisty, nie pamiętają tam już nawet jego imienia...
Nie mnie jednej przyszła do głowy myśl, że zapały nasze dla Arionów, w pewnej mierze zupełnie im należne, przechodzą wszelką oszczędną i bezpieczną miarę. W sposób sobie tylko właściwy kłuł je swym ostrym stylem "Poseł Prawdy"25 i szanowny autor powieści Duch i krew w prowadzonym przez się piśmie prawdziwie po męsku i obywatelsku przemówił o nich26. Gdym ja zapały te przymierzyła z dozą uznania udzielaną pracownikom piśmiennictwa lub nauki, p. Adam Pług zmierzył je z popędem ku obywatelskim pracom i czynom. Porównanie wykazało również rażące nieproporcjonalności. Szkoły, przytułki, domy schronienia i kasy emerytalne dla strudzonych i zasłużonych kształcicieli i przewodników narodu, kasy pożyczkowe dla wyrobników, pomniki dla wieszczów, wydania dzieł poważnych i kulturze kraju niezbędnych etc., etc... wszystko to zajmuje niby ogół do stopnia pewnego, ale niezmiernie małego w porównaniu z tym podzwrotnikowo gorącym zajęciem, które budzą w nim Arionowie. Niewolą i bezczynnością psuty plebs rzymski wołał: "chleba i igrzysk!". Nasz patrycjat z rodu, pieniędzy i inteligencji zapominać zdaje się o tym nawet, co daje chleb, i matce ziemi odmawiając na zasiew ziarnka pszenicy, ramiona Arionów stroi w płaszcze po dwakroć nurzane w tyryjskiej purpurze... Taką jest mniej więcej treść przemówienia p. Adam Pługa, przemówienia pełnego tej męskiej siły, która łzy połykane wyrzuca w kształcie palących i smagających słów. Tak. Tylko zdaje mi się, że szanowny autor pięknego przemówienia tego mylnie nieco wskazuje przyczynę zjawiska. Widzi on ją w tym, że dzienniki, zbytecznie zajmując czytelników swych sprawami igrzysk, podniecają zamiast tłumić niesłychany ku nim popęd ogółu27. Trzeba może zejść trochę głębiej czy trochę wyżej sięgnąć w rzędzie przyczyn. Że w ogromnej większości dzienniki zajmują się za wiele igrzyskami, jest to prawdą; nie w tym jednak przewaga ich winy, ale w tym, że niewiele czym albo i niczym innym nie zajmują się one jak tylko rzeczami, które mniej więcej w tym lub innym kierunku są - igrzyskiem. Na palcach jednej ręki przeliczyć można te spomiędzy nich, które zawsze albo przynajmniej od czasu do czasu podają ogółowi pożyteczne i kształcące wiadomości lub, w jakąkolwiek formę ujęte, męskie, surowe, pokrzepiające nauki. Po większej części ogół bywa przez nie albo po prostu bawionym, albo rozmarzanym, rozpłakiwanym, rozmadlanym i rozanielanym. Dlaczegoż znowu tak jest? Oto dlatego, że wszystko, co męskie, śmiałe, nowe, co ze współczesną myślą i wiedzą zbratane, co groby szanując, na kolebki troskliwość swoją zlewa, co nie na łzy i sny, ale na srogą rzeczywistość ogół zaklina - wszystko, co nie po anielsku, ale po ludzku przemawia, podlega u przewodników umysłowości naszej ostracyzmowi, który szerokie miejsce pozostawia błahemu trefnisiostwu i pustym, choć górnobrzmiącym patosom.
Obywatelskie czyny! Drobnostka! Ależ są one najwyższym wykwitem uspołecznienia i wymagają gruntu odpowiednio uprawionego. Czy podobna mniemać, aby pełnić je mogli ludzie z umysłami nierozszerzonymi nauką, z charakterami rozmiękczonymi w ustawicznych marzeniach, z wolą i obyczajami niezahartowanymi przez poznanie czystej, istotnej, twardej rzeczywistości? Tymczasem u nas nauka stawianą bywa zwykle w oświetleniu najjaskrawszych podejrzeń; na drodze, którą postępuje ona, budują się przegródki z napisami: "tu iść wolno, tam nie wolno, dotąd wolno, dalej nie wolno! Temu wolno, tamtemu nie wolno!". Kiedy ktokolwiek doradza wychowywać młode pokolenie wedle naukowych pedagogicznych metod, powiadają o nim: "to materialista, czyli rozbójnik!". Kiedy ktokolwiek sprobuje powtórzyć słowa gdzie indziej na pamięć umiane: "że natura skoków nie czyni" i "nic nie powstaje z niczego", wołają: "to bezbożnik, czyli zdrajca kraju". Kiedy ktokolwiek pod jakąkolwiek formą pokaże społeczeństwu własne jego oblicze, nie zamalowując mu brodawek różową farbą, i odmaluje istotną rzeczywistość, goryczy jej nie tępiąc przymieszką słodzącej lukrecji, obraz ten usuwają jak mogą sprzed oczu ogółu, o autorze jego twierdząc: "to realista, czyli demoralizator!". Tych, którzy przez długi, pracowity żywot jednym głosem wołali do społeczeństwa o pracę, oświatę, o hart ciała i ducha, o rozumne służenie krajowi, usiłują z całej mocy milczeniem czy półsłówkami, czy całymi potępiającymi słowy w oczach kraju poniżyć i zdepopularyzować, a czynią tak dlatego, że wołali oni o te piękne i dobre rzeczy nie płaczliwym dyszkantem, jak to jest wymaganym, lecz męskim, śmiałym tenorem. Męskie tenory zagłuszają chórami dyszkantów, bojowe trąby z gromkim i porywającym brzmieniem oblepiają błotem albo przysypują piaskiem, aby nie dosłyszał ich ogół. A natomiast dobierają starannie i różami stroją orkiestry piszczałek. I żądają potem, aby pod takt tej dyszkantowo-piszczałkowej muzyki naród gdzie indziej biegł niż na place igrzysk i pełnił ochotnie, stale - co? obywatelskie czyny! Gdy ich nie pełni, gdy zamiast matkę ziemię usiewać pszenicą, zajmuje się splataniem świetlistych koron na głowy Arionów, szczery ból ich przejmuje i wraz z duchem nieśmiertelnego wieszcza zapytują: "co to będzie? co to będzie?"28, ze zgrozą słysząc echo przeznaczeń, odpowiadające z dala: "źle będzie!" - patrzącemu z ustroni wydaje się to tak, jakby w ręku bojownika jakiegoś oręż, którym bojował, skierował się ku własnej jego piersi. Ręka była niewątpliwie czystą i pierś najlepszych intencji pełną, ale w sztuce fechtowania się wcale poważne zajść musiały błędy. Oto.
Na dziś dosyć. W następnym liście napiszę trochę o drugim z dwu powyżej wspomnianych faktów, o fakcie pozostającym w ścisłym związku ze słynną niegdyś teorią utrzymującą, że "ponieważ w czasie, w którym Afrodyta wynurzała się z piany morskiej, nie było żadnego uniwersytetu dla kobiet, uniwersytet taki nie jest i nigdy potrzebnym być nie może"29. Nieprawdaż, że to ciekawe i dość ciemne? Wyjaśnienie nastąpi w liście następnym.
1 Warto przypomnieć, że Orzeszkowa przez wiele lat przyjaźniła się z Walerią Marrené-Morzkowską. Pisarka użyła tego cytatu siedem lat później w Zwierzeniach (zob. O sobie..., Warszawa 1974, s. 131 - Julian Krzyżanowski, edytor wspomnień, nie lokalizuje jednak cytatu, nie lokalizuje go także kolejna edytorka Zwierzeń, Danuta Danek - zob. Melancholia i poznanie: "autobiografie" Elizy Orzeszkowej, wstęp i opracowanie Danuta Danek, fotografie: Krzysztof Hejke, Warszawa 2014. Nie udało się go odnaleźć i tym razem).
2 Une fois n'est pas coutume (franc.) - jeden raz to nie zwyczaj.
3 Juliette Adam, z domu Lambert (1836-1936) - francuska pisarka, poetka, dziennikarka, feministka, prowadziła w Paryżu słynny salon literacki, który odgrywał ogromną rolę także w życiu politycznym ówczesnej Francji. W 1879 założyła i redagowała potem przez 20 lat czasopismo literackie "La Nouvelle Revue", które odkryło wiele młodych pisarskich talentów. Jej powieść Laide (opowiadająca historię inteligentnej, lecz brzydkiej kobiety) ukazała się w Paryżu w 1878 roku.
4 O ile wiadomo, Orzeszkowa nigdy nie napisała ani nie opublikowała osobnego felietonu poświęconego Laide Juliette Adam-Lambert.
5 Cytat (nieznacznie zmodyfikowany przez Orzeszkową w polskiej wersji) brzmi: "C'est ?tre artiste soi-m?me [...], que de se débattre sans secours, par plaisir de hardiesse dans son caract?re ou dans sa situation. C'est ?tre du monde que de ne pas réclamer aucune aide des lutteurs occupés de leurs propres luttes. C'est ?tre humain que d'épargner l'humanité de ses semblables" (J. Adam, Laide, Paris 1878, s. 114).
6 En petit i en grand (franc.) - tu: pojedynczo i masowo.
7 Słowniki wileński i warszawski wyjaśniają znaczenie wyrazu "dank" jako: nagroda, hołd, pierwszeństwo, podziękowanie, oznaka dziękczynna. Żadne z tych znaczeń nie pasuje jednak do kontekstu użytego przez Orzeszkową.
8 Łut - jednostka miary masy stosowana w Europie do końca XIX wieku. Polski łut równał się 12,6 grama.
9 Opowieść o uratowaniu się Ariona dzięki delfinon (przytaczana przez Orzeszkową) znajduje się w: Owidiusz, Fasti (Kalendarz), ks. II, s. 79-118. Tę samą historię znajdujemy w Dziejach Herodota (ks. I, Klio, rozdz. 23-24), które były źródłem dla Owidiusza. Cytaty z Owidiusza przytaczane przez pisarkę w niniejszym felietonie można zlokalizować odpowiednio: "Śród mórz i lądów..." - Fasti II, w. 83-90; "Pozwólcie mi tylko..." - Fasti II, w. 104; "Na grzbiecie delfina..." - streszczenie Fasti II, w. 113-116. Akapit od słów "Raz śpiewaka spotkało..." do "...drogocenny ten ciężar" to parafraza Owidiuszowych słów, które w Fasti II rozpoczynają się od w. 95. Autorka najnowszego (i pierwszego całościowego) przekładu polskiego: Owidiusz, Fasti. Kalendarz poetycki, przełożyła i opracowała Elżbieta Wesołowska, Wrocław 2008 (Biblioteka Narodowa seria II, nr 256), informuje we Wstępie: "Z powodu braku jakichkolwiek opublikowanych przekładów Fasti na język polski znajomość dzieła w naszym społeczeństwie ograniczała się do ewentualnych ćwiczeń na lekcjach łaciny. Fasti nie istnieją w szerszej świadomości Polaków, poza specjalistami" (cz. VII: Znajomość "Fasti" w Europie i w Polsce, s. LXXIX). Posiłkując się tym wyjaśnieniem, można wysunąć tezę, że przy streszczeniu mitu o uratowaniu się Ariona (według Fasti II, 95-116) wraz z cytatami prozą autorka mogła posłużyć się albo przekładem francuskim (z którego tłumaczyła na polski), albo opracowaniem przekrojowym. Być może trafiła na jakieś zapomniane dziś fragmenty w czasopismach, antologiach szkolnych lub almanachach (autor ustaleń zawartych w przypisie: dr hab. Jacek Wójcicki).
10 Purpura tyryjska - zwana także starożytną, to czerwonofioletowy pigment, który pozyskiwano z wydzieliny morskich ślimaków i małży; służył do barwienia tkanin. Z wyrobu kolorowych materii słynęło fenickie miasto Tyr.
11 Współcześni historycy sugerują, że motyw warszawskiej syreny (występujący w pieczęciach rady miasta już na początku XV wieku) zaczerpnięty jest ze średniowiecznych bestiariuszy. Początkowo syrena miała kobiecy tułów, który niżej przechodził w kształt ptaka ze skrzydłami. Pół-kobieta, pół-ryba pojawia się dużo później.
12 Mowa o Józefinie Reszkównie, zamężnej (od 1884) Kronenberg (1855-1891) - słynnej sopranistce, która miała wówczas za sobą występy w weneckim Teatro Malibran, operze paryskiej, madryckiej, mediolańskiej La Scali, londyńskiej Covent Garden. O jej występach, sukcesach i fetowaniu jej w Polsce w 1883 - do czego odnosi się Orzeszkowa w swym felietonie - pisze następująco biograf Reszkówny: "Dochody ze wszystkich występów w Polsce oddawała na cele filantropijne; słuchacze uwielbiali ją - twórcy dedykowali jej pieśni i poezje [...]. W 1883 r. wróciła do Polski, gdzie Warszawskie Tow. Muzyczne uczciło ją dyplomem honorowym, jaki przed nią przyznano tylko braciom A. i M. Rubinsteinom, zaś społeczeństwo Poznania ofiarowało jej wieniec diamentowy. Dała w tym czasie 12 koncertów, przeznaczając cały dochód na rzecz Opery Warszawskiej, z wyłączeniem każdorazowo sumy 500 rb, która miała być ofiarowana dla ubogich. Opera otrzymała z tych koncertów ok. 40 tys. rb, co wówczas stanowiło majątek. Za udział w uroczystym koncercie z okazji koronacji cara Aleksandra III zażądała bardzo wysokiego honorarium 800 rb, które natychmiast przekazała na cel patriotyczny" (biogram Reszkówny autorstwa Józefa Kańskiego, www.ipsb.nina.gov.pl/a/biografia/jozefina-reszke).
13 Mowa o jubileuszu Teodora Tomasza Jeża (Zygmunta Miłkowskiego), który debiutował w roku 1858.
14 Chodzi o powiedzenie "Masz, Cyganie, świadki? Mam żonę i dziatki", ilustrujące sytuację bycia sędzią we własnej sprawie.
15 Ma rację Orzeszkowa: 25-lecie pracy Jeża wypadło istotnie dużo skromniej niż narodowa feta z okazji koncertów Reszkówny. Pozytywistyczne środowisko warszawskie uczciło jubileusz autora Uskoków księgą zbiorową zatytułowaną Ognisko. Książka zbiorowa wydana dla uczczenia 25-letniej pracy Teodora Tomasza Jeża (Warszawa 1882). Miała w niej także udział Orzeszkowa, publikując opowiadanie Dobra pani (s. 373-403). Dochód ze sprzedaży Ogniska, a także sumy złożone przy tej okazji wsparły pozostającego w długach pisarza. Jeża uczczono również (m.in. Zjednoczenie Towarzystwa młodzieży Polskiej, któremu patronował) na kilku uroczystościach zorganizowanych na emigracji. Główna impreza jubileuszowa odbyła się 30 sierpnia 1883 r. w Genewie, zorganizowana staraniem genewskiego Towarzystwa Demokratycznego, które wystosowało na początku 1883 r. odezwę do emigracji polskiej z przypomnieniem o zasługach Jeża i o jego nadchodzącej rocznicy. Z różnych miejsc nadesłano jubileuszowe adresy z podpisami rozrzuconych po świecie Polaków. Na uroczystość przybyła cała genewska Polonia i po kilka osób z Warszawy, Paryża, Petersburga, Londynu, Kijowa. Wręczono Jeżowi zbiorowy adres od emigracji polskiej. Odczytano listy i telegramy rodaków, wręczono pamiątkowe podarunki (zob. Sprawozdanie z obchodu jubileuszowego w Genewie na cześć T.T. Jeża (Zygmunta Miłkowskiego) w dniu 30 sierpnia 1883 r., Genewa 1883 (Staraniem Towarzystwa Polskiego) (http://sbc.org.pl/dlibra/publication/65311/edition/62281/content?ref=desc).
16 "Kłosy" (nr 933) z 17 maja 1883 zamieściły na pierwszej stronie drzeworytowy portret koncertującej w Warszawie Reszkówny, a wewnątrz numeru jej biografię, którą anonimowy autor zakończył podkreśleniem obywatelskich zasług sopranistki: "Z grona śpiewaków naszych zdobywających na obczyźnie sławę i pieniądze, panna Reszkówna dała największy przykład poczucia obowiązków obywatelskich, składając bezinteresownie daninę swego talentu na rzecz pierwszej naszej instytucji artystycznej, przechodzącej ciężkie finansowe kryzys [Opera Warszawska], ofiarując także dochód z kilku występów na cele dobroczynne. Jakiż wymowny przykład daje artystka innym mistrzom i mistrzyniom sztuki wokalnej, co bawiąc się w piękne frazesy, zapominają nawet o rodzinnym nazwisku albo też dopuszczają się grzechu odstępstwa, niosąc swe talenta tam, gdzie godność naszego artysty nieść ich nie pozwala". Po ostatnim występie Reszkówny w Warszawie autor Pokłosia pisał: "Pragnąłbym [...] pożegnać serdecznie artystkę, która złożyła daninę uczuciom obywatelskim [i] na szalę naszych społecznych i estetycznych potrzeb rzuciła szlachetnie kilka błysków swego talentu". Jednocześnie felietonista narzekał na publiczność, która zasypała skromną artystkę kosztownymi prezentami. Podkreślał, że bardziej niż składki na brylanty dla Reszkówny przydałyby się ofiary na jakieś dobroczynne stypendium imienia artystki (Karol [Józef Kotarbiński], "Kłosy" 1883 nr 940 z 5 lipca).
17 Tak w pierwodruku. Słownik wileński podaje: "manić" - zwodzić, oszukiwać. Czasownik "mamić" ma tam zaś podstawowe znaczenie: "przywabiać, przynęcać", dopiero na drugim miejscu: oszukiwać.
18 Bohaterowie Iliady Homera.
19 Orzeszkowa ma na myśli książkę w znaczeniu słowa pisanego. Książka w rozumieniu znanego dziś artefaktu, czyli kodeksu, pojawia się dopiero w starożytnym Rzymie, około 250 roku p.n.e.
20 Poprawnie "raróg" - ptak z rodziny sokołów, tu przenośnie: cudak, dziwoląg.
21 W pierwodruku: "książkę". Wprowadzono poprawkę ze względu na składnię zdania.
22 Rzymski poeta Publiusz Wergiliusz Maro (70 p.n.e.-19 p.n.e.) żył za czasów pierwszego cesarza rzymskiego, Gajusza Juliusza Cezara Oktawiana. Oktawian August był hojnym i życzliwym mecenasem Wergiliusza.
23 Zob. przypis 4 do: Listy z ustronia I (seria druga) w t. 3 niniejszej edycji.
24 Nie udało się zlokalizować cytatu.
25 Aleksander Świętochowski (1849-1938) pod pseudonimem Poseł Prawdy prowadził w Warszawie od 1881 tygodnik "Prawda", gdzie ukazywały się jego felietony z cyklu Liberum veto. Piętnował tam bezpardonowo różne wydarzenia i zjawiska społeczne. Pisarka odnosi się tu do felietonu Posła Prawdy z 19 maja 1883 ("Prawda" 1833 nr 20). Świętochowski pisze tam m.in.: "Malarze, rzeźbiarze, muzycy, aktorzy, słowem artyści wszelakiego zaciągu i rodzaju byli zawsze przedmiotem szczególnej mojej czci. Zwłaszcza zaś dzieci Apollina z teatru i estrady. Są to ludzie stanowczo wyjątkowi, do nich nie sięga równość i braterstwo zwykłych śmiertelników [...]. Taki, który smyczkiem zgrabnie po skrzypcach posuwa lub dobrze twarz wykrzywia, już przed dojściem do pełnoletności ukazuje narodowi swą twarz w licznych ilustracjach, daje materiał do "studiów", a gdy przyjedzie z Warszawy do Zwolenia, wszystkie gazety natychmiast uwiadamiają ogół o tym ruchu dostojnej osoby. [...] Gdybym służył w wojsku i wysłany został na rekonesans, prosiłbym przed odjazdem: panie generale, tylko nie daj mi do oddziału żadnego artysty, bo Europa wiedzieć będzie nawet o tym, kiedy i gdzie konie napoimy. [...] Panna Reszke, która jest kobietą zamożną i na chleb u obcych zarabiać nie potrzebuje, gdyż niewątpliwie znalazłaby dostatni u swoich, po wielu latach wędrówki za granicą odwiedziła swą rodzinę w Warszawie i przy sposobności zaofiarowała swój śpiew przez 12 wieczorów na cel dobroczynny. Grzeczność niewątpliwa. Ale gdzie "dar iście królewski"? Najprzód czyj to dar? Słuchaczów teatru, którzy zapłacili za bilety. Co on artystkę kosztuje? Nieco trudu w powtórzeniu dawno wystudiowanych oper. [...] Gdy Siemiradzki darował obraz za kilkadziesiąt tysięcy rubli do muzeum narodowego, gdy to samo uczynił Matejko - a, to były dary "iście królewskie", bo stanowiły owoc ciężkiej pracy. Niedawno słuchaliśmy odczytów przyrodniczych na korzyść Kasy Mianowskiego, urządzonych przez grono ludzi, między którymi żaden pełną dłonią sypać nie może; nikt w ich ofierze "iście królewskiego daru" nie uznał, a przecież daleko słuszniej należało się [im] to miano niż grzeczności artystki bogatej, z dala od kraju zbierającej wawrzyny i w przejeździe tylko śpiewającej na dochód rodaków. Nie mam bynajmniej zamiaru w chórze wdzięczności dla panny Reszke odzywać się przykrym dla niej rozdźwiękiem; owszem, w należnej mierze cenię jej drobną usługę, zaznaczam tylko, że soliści tego chóru zbyt wysoko podnoszą głos zachwytu, a porwany ich krzykiem ogół nie rozeznaje dostatecznie ani wartości zasług, ani ich stopnia. W naszych pojęciach zapanował zamęt: obciążywszy całym brzemieniem powinności obywatelskich jedne klasy ludzi, uwolniliśmy od nich zupełnie inne, mianowicie zaś wszelakich "artystów", których czcimy za to, że sprzedają się obcym".
26 Autor powieści Duch i krew (1859) to Adam Pług (pseudonim Antoniego Pietkiewicza, 1823-1903) - redagował od 1875 roku tygodnik "Kłosy".
27 Orzeszkowa streszcza artykuł Adama Pługa pt. Panem et circenses, który ukazał się w "Kłosach" 1883 nr 943 z 26 lipca. Pług pisze o namiętnej, "prawie do szału posuniętej" żądzy zabawy, którą z trwogą obserwuje w społeczeństwie. Mówi m.in. o "traceniu głowy" dla śpiewaków i aktorów, przepłacaniu za bilety na ich koncerty i zapominaniu przy tym "o najżywotniejszych sprawach publicznych". Przyznaje, że pisze artykuł pod wpływem "owacji świeżo wyprawianych na cześć panny Reszkówny, które dowiodły najwymowniej, co jest dla wielu z nas najwyższym ideałem [...] i podnietą do ofiar, o które w innych razach tak trudno, choćby na cel najchwalebniejszy i najświętszy". W ostatnich dwóch akapitach apeluje do prasy, aby nie traciła z oczu potrzeb społecznych na rzecz reklamy nieustannie robionej artystom i nie czyniła wrażenia, że chleb i igrzyska są jedynym celem naszego życia.
28 "Ciemno wszędzie, głucho wszędzie,
Co to będzie, co to będzie?"
Tymi słowami Chóru rozpoczyna się Dziadów część II Adama Mickiewicza.
29 Tematowi studiów wyższych dla kobiet poświęciła Orzeszkowa swój pierwszy list O sprawach kobiet, który opublikowała w "Świcie" 1884 nr 5-7. Tam też przywołuje fragment o Afrodycie, który jest zniekształconym cytatem z artykułu Antoniego Nowosielskiego O kwestii kobiecej ("Gazeta Polska" 1870 nr 127) - zob. w t. 1 niniejszej edycji, s. 815.
LISTY Z USTRONIA [II (SERIA PIERWSZA)]
1883
CZAS POWSTANIA: zob. metryczka dotycząca genezy cyklu Listy z ustronia przy Liście z ustronia I w niniejszym tomie.
AUTOGRAF: zachował się w AEO, sygn. 136. Autograf-brulion liczy 6 kart (wedle foliacji archiwalnej), przy czym tekst (napisany czarnym atramentem, bez pozostawiania marginesów, z licznymi skreśleniami) znajduje się tylko na kartach 1-3 (cztery i pół strony), pozostałe karty są puste. Paginacja autorska (1-5) znajduje się w prawym lub lewym górnym rogu każdej strony. Papier biały, gładki, o wymiarach: 22,3 x 18 cm. Na karcie ochronnej (papier ciemnofioletowego koloru, z pieczęcią Towarzystwa im. Elizy Orzeszkowej, do którego rękopis należał przed II wojną światową, oraz z dawną sygnaturą: N49/V) znajduje się tytuł obcą ręką: Artykuł w sprawie złożenia przez Łojkę 20 000 r[ubli] na uniwersytet dla kobiet. Autorskiego tytułu brak. Przyjmujemy więc tytuł z pierwodruku pierwszego Listu z ustronia, niniejszy bowiem miał być kontynuacją felietonowego cyklu. Czystopis albo jakąś inną, poprawioną i rozbudowaną wersję tego listu Orzeszkowa przesłała do Petersburga Erazmowi Piltzowi, który nie zdążył go opublikować, gdyż pisarka przeniosła swój cykl do "Świtu" redagowanego wówczas przez Marię Konopnicką. Nie wiadomo więc, ile jest w brulionie z czystopisowej wersji, gdyż brulion jest kilkakrotnie krótszy w porównaniu z pierwszym Listem z ustronia. Możemy stwierdzić bez przesady, że jest to tylko wstęp do artykułu. Pisarka przerabiała swoje przygotowane wcześniej dla "Kraju" felietony w celu publikacji w "Świcie". Porównanie z Listami o sprawach kobiet wskazuje, że pewne motywy z niniejszego autografu znalazły się w liście II i III (zob. w tomie 1 niniejszej edycji, s. 834 i 844). Ale tylko motywy, gdyż sprawy uniwersytetu dla kobiet, jaki Łojko1 projektował w Warszawie, oraz jego depozytu na tenże cel Orzeszkowa już w "Świcie" porusza tylko nawiasowo, skupiając się na szkole gospodarstwa kobiecego (choć cały list II cyklu O sprawach kobiet poświęciła potrzebie wyższego wykształcenia kobiet).
PODSTAWA WYDANIA: autograf, AEO, sygn. 136.
UWAGI EDYTORSKIE: poniżej przytoczono transkrypcję autografu bez skreśleń (wersja autografu-brulionu ze skreśleniami i nadpisaniami - patrz dodatek krytyczny). Zmodernizowano interpunkcję. Uwspółcześniono dawne końcówki -em, -emi charakterystyczne dla narzędnika i miejscownika l. poj. deklinacji przymiotnikowo-zaimkowej rodzaju nijakiego i narzędnika l. mn. deklinacji przymiotnikowo-zaimkowej rodzaju niemęskoosobowego. Zachowano właściwości języka pisarki w takich formach, jak "naiwność moję"; "któś". Zachowano podział na akapity taki, jak w rękopisie. Zlikwidowano podwójne spółgłoski w takich wyrazach, jak "nowella".
LISTY Z USTRONIA EL. ORZESZKOWEJ
[II (seria pierwsza)]
W ogniskach umysłowości społecznych dzieją się czasem rzeczy pogrążające w zdumieniu tych, którzy z ciszy i dali przypatrują się tym kipiątkom. Kipią tam namiętności, stronniczości, zawiści, różnorodne kaprysy i wyskoki opinii, z bliska wyglądające inaczej, z daleka inaczej. Samotność ma niebezpieczeństwa i smutki swoje, ale bywa też ona często dobrą mistrzynią. Gdy mię żaden osobisty wzgląd nie zaślepia, żadne współubieganie się w gorączkę nie wprawia i żadne klekoty nie ogłuszają, jaśniej widzę, trzeźwiej myślę i wyraźniej słyszę - samodzielniej też sądzę. Stąd to, co w gwarze wydaje się naturalnym, koniecznym, [k. 1] rozumnym, chwały godnym, w ciszy i z dala okazuje się krzywym, szkodliwym, niedorzecznym, często idiotycznym i niskim. A że mądrzy podobno ludzie, przewodnicy ogółu, popełniają rzecz tę albo ją zatwierdzają i sławią - wprawia to w osłupiałe zdumienie. W tej chwili otrząsłam się już całkiem ze zdumienia, w jakie wprawił mię fakt pewien w prasie warszawskiej zaszły, ale wyznaję otwarcie naiwność moję: po wielu spostrzeżeniach i doświadczeniach, które by mię od dziwienia się uleczyć były powinny, zdziwiłam się jeszcze. Faktem tym jest przyjęcie, jakiego doznała ofiara pana Edwarda Łojki, który bardzo niedawno temu złożył w jednej z instytucji finansowych 20 000 rubli na rzecz przyszłego uniwersyt[etu] dla kobiet w Warszawie. Przyjęcie to było na ogół bardzo chłodne, tu i owdzie nawet ironiczne i niechętne. [k. 1v] Nie będę tu powtarzała zdań i słów każdego z pism w szczególności, publiczność czytająca czytała je sama. Parę tygodników postępowych, "Kraj" petersburski i kronikarz "Kłosów" stanowią tu wyjątek2. Zresztą, wszyscy wzruszyli ramionami lub uśmiechnęli się. Któś (nie powiem kto) porównał nawet myśl pana Łojki o uniwersyt[ecie] kobiecym do marzeń o kwadraturze koła...
Co to znaczy? A mnie się wydało od razu, że czyn ofiarodawcy godzien przynajmniej cząstki tych oklasków, jakimi tak hojnie darzonymi bywają artyści i śpiewacy teatralni obu płci i niektórzy autorowie nowel. Zapewne wszystko na świecie posiada miejsce swoje, spełnia właściwą sobie czynność i na odpowiednie ocenienie czy wynagrodzenie zasługuje. Dobrą i chwalebną jest rzeczą pięknie śpiewać i piękne nowele pisać. Bezrozumny tylko zaprzeczyć temu może. [k. 2] Ale czyli prócz pięknego śpiewania i pisania pięknych nowel nic już dobrego i pochwały godnego uczynić niepodobna? Biada wam, o nieśpiewający i niepiszący, albo piszący co innego niż piękne nowele! Kwadratury koła! Filipy z konopi! Przedstawiciele ogółu nie życzą sobie waszych marzeń i czynów. Po co kręcicie się im pod nogami? Idźcie spać, dzieciaki! a jeszcze lepiej, jeżeli już tak bardzo pożera Was żądza chwały lub zasługi, najmijcie sobie co prędzej metra śpiewów! Tak. Ty, mężu, zostań znakomitym tenorem, a ty, niewiasto, stań się cudowną diwą, a wtedy, o! co będzie wtedy z wami i dla was!... Oko nie widziało, ucho nie słyszało...
Nie, nie mogę doradzać panu Łojce, aby starał się zostać pięknym tenorem, bo to, co uczynił on bez współudziału gardła swego, wydaje mi się tak rozumnie pomyślanym i poczciwie uczynionym, że kto wié, czy postępek jego, [k. 2v] na szali sprawiedliwości zważony, nie przeważyłby stu najpiękniej zaśpiewanych arii, a nawet - pewnej ilości pięknie napisanych nowel. Ale sprawiedliwość! Królestwo za sprawiedliwość, panowie! Czy ptak ten lata kiedy nad zagonem naszym? [k. 3]
DODATEK KRYTYCZNY
Poniżej wersja autografu-brulionu ze skreśleniami i nadpisaniami.
LISTY Z USTRONIA EL. ORZESZKOWEJ
[II (seria pierwsza)]
W ogniskach umysłowości społecznych dzieją się czasem rzeczy {sprowadzające} pogrążające w sumieniu tych, którzy z daleka, więc bezstronnie {i różnostronnie} przypatrują się {tym kipiątkom wielkich} tym kipiątkom namiętności, {zaz...} stronniczości, zaźdrości, {i} różnorodnym {niepojętym} kaprysom i zboczeniom
W ogniskach umysłowości społecznych dzieją się czasem rzeczy pogrążające w zdumieniu tych, którzy z daleka z ciszy i dali przypatrują się tym kipiątkom. Kipią tam namiętności, stronniczości, zawiści, różnorodne kaprysy i wyskoki opinii, z bliska wyglądające inaczej, z daleka inaczej. Samotność ma niebezpieczeństwa i boleści smutki swoje, ale bywa też ona często dobrą mistrzynią. Gdy mię żaden osobisty interes wzgląd nie zaślepia, i żadne współubieganie się w gorączkę nie wprawia i żadne klekoty nie ogłuszają, jaśniej widzę, trzeźwiej myślę i wyraźniej słyszę - samodzielniej też sądzę. Dla Stąd to, co w gwarze i szumie wi... wydaje się naturalnym, koniecznym, [k. 1] rozumnym, chwały godnym, to w ciszy i z dala okazuje się krzywym, szkodliwym, niedorzecznym, często niskim idiotycznym i niskim. A że mądrzy podobno ludzie, przewodnicy ogółu, popełniają rzecz tę albo ją przytros... ją zatwierdzają ją i sławią - wprawia to w osłupiałe nieu...zdumienie. Co prawda, ze zdumienia umysł dojrzały otrząsa się prędko, bo spostrzeganie i doświadczanie nauczyło go nie dziwić się które w dojrzały... umysłach dojrzałych mija prędko, niedojrzałe jednak paczy i wielostronnie zatruwa. W tej chwili otrząsłam się już całkiem ze zdumienia, w jakie wprawiło mię fakt pewien w prasie warszawskiej zaszły, ale wyznaję otwarcie naiwność moję: po wielu spostrzeżeniach i doświadczeniach, które by mię od dziwienia się uleczyć były powinny, zdziwiłam się jeszcze. Faktem tym jest przyjęcie, jakiego doznała ofiara pana Edwarda Łojki, który ni... bardzo niedawno temu złożył w jednej z instytucji finansowych sumę 20 000 rubli na rzecz przyszłego uniwersyt[etu] dla kobiet w Warszawie. Przyjęcie to było na ogół chło... bardzo chłodne, tu i owdzie nawet ironiczne i niechętne. [k. 1v] Op... Nie będę tu powtarzała zdań o tym i słów każdego po... z pism w szczególności, publiczność czytająca sama wié o tym, że z wyjątkiem "Prawdy", "Kraju" i kronikarza "Kłosów" wszy... nikt czytała je sama. Parę tygodników postępowych, "Kraj" petersburski i kronikarz "Kłosów" stanowią tu wyjątek. Zresztą, wszyscy wzruszyli ramionami lub uśmiechnęli się. Któś (nie powiem kto) bo serce mię na myśl porównał nawet marzenie myśl pana Łojki o uniwersyt[ecie] kobiecym do marzeń o kwadraturze koła...
Co to znaczy? A mnie się zdawało wydało od razu, że czyn ofiarodawcy godzien przynajmniej cząstki tegoych oklasków, jakimi tak hojnie darzonymi bywają zazwyczaj wszyscy prawie artyści dramatyczni i śpiewacy obu płci, niekiedy też niektórzy twórcy powieści i nowel artyści i śpiewacy teatralni obu płci i niektórzy autorowie nowel. Zapewne wszystko na świecie posiada miejsce swoje, spełnia właściwą sobie czynność i na odpowiednie ocenienie czy wynagrodzenie zasługuje. Piękną Dobrą i chwalebną jest rzeczą pięknie śpiewać i piękne nowele pisać. Bezrozumny tylko zaprzeczyć temu może. [k. 2] Ale czy te są tylko sposoby czynienia dobrze? Ale czyliby prócz pięknego śpiewania i pisania pięknych nowel nic już dobrego uczynić i pochwały godnego uczynić niepodobna? Biada wam, o nieśpiewający i niepiszący, albo piszący co innego niż piękne nowele! Kwadratury koła! Kwadratury koła! Ruszajcie do Filipy z konopi! Przedstawiciele ogółu nie życzą sobie waszych marzeń i czynów. Po co kręcicie się im pod nogami? Idźcie spać, dzieciaki! a jeszcze lepiej, jeżeli już tak bardzo pożera Was żądza chwały lub zasługi, najmijcie sobie co prędzej metra śpiewów! Tak. Ty, mężu, zostań znakomitym tenorem, a ty, niewiasto, stań się cudowną diwą, a wtedy, o! co będzie wtedy z wami i dla was!... Oko nie widziało, ucho nie słyszało...
Nie, nie mogę doradzać panu Łojce, aby starał się zostać pięknym tenorem, bo to, co uczynił on za pośrednictwem nie bez współudziału gardła swego, ale mózgu wydaje mi się tak dobrym, poczciw... rozumnie pomyślanym i poczciwie zrobił uczynionym, że kto wié, czy postępek jego, nie równoważy stu pięknie zaśpiewanym ariom [k. 2v] i pięćdziesięciu pięknie napisanym nowelom. Ale pomówmy o tym z rozwagą i spokojnie. na szali sprawiedliwości zważony, nie przeważyłby stu najpiękniej zaśpiewanych arii, a nawet - pewnej ilości pięknie napisanych nowel. Sprawiedliwość Ale sprawiedliwość! Królestwo za sprawiedliwość, panowie! Czy nad zagonem naszym p... ptak ten lata kiedy nad zagonem naszym? [k. 3]
[tu autograf kończy się w jednej trzeciej strony]
1 Edward Łojko (1832-1900) - warszawski filantrop, działacz oświatowy, założyciel i wieloletni kierownik Zakładu Rękodzielniczego dla Kobiet. Pozostawał w kontakcie korespondencyjnym z Orzeszkową. W 1881 zwrócił się do niej z prośbą o spopularyzowanie swego projektu szkoły dla gospodyń wiejskich (zob. Lz I, s. 353-354). W 1883 roku Łojko złożył w depozycie Banku Polskiego dwadzieścia tysięcy rubli jako fundusz żelazny swego imienia na przyszły uniwersytet dla kobiet w Warszawie.
2 "Bluszcz" 1883 nr 17 z 25 kwietnia w dziale "Kronika Działalności Kobiecej" donosił sceptycznie: "W dniu 12 kwietnia p. Edward Łojko, przewodniczący Zakładowi Rzemieślniczemu dla Kobiet, rozesłał do warszawskich pism periodycznych odezwę, w której donosi, że "chcąc upamiętnić dziesięciolecie istnienia zakładu rękodzielniczego, który pierwszy w kraju naszym utorował kobietom drogę do samoistnej pracy i bytu", złożył w d. 5 marca bieżącego roku do depozytu Banku Polskiego jako fundusz żelazny jego imienia rs. 20 000 na uniwersytet dla kobiet, mający się otworzyć w Warszawie. Ofiara to bardzo piękna, ale wiadomość o niej została podaną publiczności w sposób tak niejasny i ogólnikowy, że ogół nie wie, do jakiego stopnia należy mu być wdzięcznym za to. Najpierw, nie wiadomo, czy ofiarodawca zrobił i przed kim rejentalny akt darowizny i kto darowiznę tę przyjął, a wskutek tego, czy suma wspomniana złożoną została w depozyt Banku już jako własność przyszłego uniwersytetu; po wtóre, kto pobiera procent od pieniędzy darowanych na rzecz instytucji, o której istnieniu spodziewanym przez p. Łojkę publiczność nic, zgoła nic nie wie. Czy odsetki od złożonej sumy kapitalizują się na cel przeznaczony w depozycie Banku i skąd ofiarodawca ma pewność, a przynajmniej nadzieję uzasadnioną, że uniwersytet dla kobiet będzie w Warszawie założonym? Jeżeli akt darowizny nie został uczynionym wedle praw obowiązujących, ofiarodawca może w razie zmiany chęci kapitał złożony w Banku podnieść, a gdyby przypadkiem spodziewana szkoła nie została wzniesioną za jego życia, spadkobiercy mogą uczynić to samo, mogą, nie uwzględniając jego zamiarów, pieniądze własnością swą uczynić. Że zaś człowiek jest istotą w zamiarach swych niestałą, a zarazem śmiertelną, więc nadzieja ujrzenia w murach Warszawy uniwersytetu dla kobiet nie ma żadnych podstaw pewnych, zatem publiczność nie wie, czy ma uważać ofiarę p. Łojko za czyn dokonany, czy tylko zaliczyć ją do rzędu dobrych chęci [...]". Dalej "Bluszcz" polemizuje ze stwierdzeniem Łojki, jakoby założony przez niego Zakład Rzemieślniczy dla Kobiet był pierwszym, który utorował kobietom drogę do samodzielnego bytu, i wymienia szkoły, które istniały przed nim i równocześnie z nim. W podobnie sceptycznym tonie pisał o ofierze Łojki "Tygodnik Ilustrowany" 1883 nr 16 z 21 kwietnia (s. 247) w "Kronice Tygodniowej". Poinformowawszy o dwudziestu tysiącach złożonych w banku, redakcja dodaje: "Oświadcza też p. Łojko, że starania jego u rządu o pozwolenie utworzenia w Warszawie stowarzyszenia pomocy dla kobiet, jak również zamiar stopniowego przekształcania Zakładu Rękodzielniczego na wyższy zakład naukowy nie powiodły się... Ofiara pana Łojki na rzecz przyszłego uniwersytetu byłaby najwyższego uznania godną, gdyby: 1) była pewność, że uniwersytet dla kobiet w Warszawie kiedykolwiek założonym zostanie, 2) gdyby uniwersytet ten ofiarę rzeczoną zaakceptował i przyjął, 3) gdyby była uczynioną z zachowaniem wszelkich form darowizny... Zdaje się przecież, że tak nie jest, bo tak być po prostu nie może; obdarowany nie istnieje, darowizna przeto jest niemożliwą [...]. A łatwiej przecież o sale zarobkowe niż o uniwersytet dla kobiet, które jeszcze u nas same potrzeby jego nie czują". W numerze 21 "Tygodnika" z 26 maja ("Kronika Tygodniowa" s. 327) dodawano, że dopóki nie wiadomo, na jakich warunkach pieniądze zostały złożone do banku, całą ofiarę należy uważać za mrzonkę "odrywającą najniepotrzebniej umysły łatwo zapalne od celów bliższych, rzeczywiście koniecznych, od potrzeb niezbędnych, których tyle naokoło siebie mamy niezaspokojonych. [...] Uznajemy, owszem, chętnie prawo kobiet naszych do wyższej nauki i zdolność ich do jej nabycia na równi z mężczyznami [...]. Ale chcąc gmach budować, zaczynać należy od podwalin, a my nie mamy dotąd dostatecznego dla niewiast polskich wykształcenia średniego [...]". Daleka od entuzjazmu była też "Biesiada Literacka", która w związku z ofiarą Łojki wydrukowała artykuł zatytułowany dość ostro: Bałamucenie opinii (nr 385 z 18 maja). Pisano, że uniwersytet został "zainaugurowany w teorii" i jest projektem bez żadnej nadziei na szybkie urzeczywistnienie. Sam zapis Łojki określano jako tajemniczy i niepewny. Złośliwie twierdzono, że o uniwersytecie dla kobiet najwięcej prawią u nas te damy, które same nie umieją pisać ortograficznie i że najpierw trzeba zapewnić im porządną edukację średniego szczebla, bez której nie sposób starać się o doktorski biret. Zarówno "Tygodnik Ilustrowany", jak i "Biesiada" solidarnie oświadczały, że nie będą przyjmować żadnych składek nadsyłanych na cel przyszłego uniwersytetu, gdyż idea ta jest "bałamuceniem opinii publicznej". Wbrew temu, co pisze Orzeszkowa, korespondencja "Kraju" o depozycie Łojki także nie była entuzjastyczna ("Kraj" 1883 nr 16 z 28 kwietnia, K.L., "Warszawa, 22 kwietnia"). Korespondent pisał, że donacja pozostanie jedynie śladem, że ktoś sobie życzył uniwersytetu dla kobiet, bo nie ma nadziei na spełnienie jego projektu. Dodawał jednak, że Łojce należy się uznanie od wszystkich, którzy pojmują wartość wiedzy i nauki, i że nie powinien zmieniać celu swej ofiary pod wpływem nieżyczliwej prasy. Kilka tygodni później "Kraj" 1883 nr 21 z 3 czerwca ("Z Warszawy") zawiadamiał w krótkiej nocie, że Łojko sumę przeznaczoną na przyszły uniwersytet dla kobiet zabezpieczył 22 maja notarialnie na hipotece warszawskiej nieruchomości nr 2768. Najwięcej entuzjazmu dla ofiary Łojki okazała "Prawda". Józef Karol Potocki rozpoczyna swój artykuł pt. Pierwsze ziarno gorzko-ironicznymi słowami: "P. Łojko ofiarował 20 000 rs na przyszły uniwersytet dla kobiet. Nieszczęście mieć chciało, iż w tym samym czasie zdarzył się jakiś wielki jubileusz w teatrze... Patriotyzm nasz powędrował więc, jak zwykle, za kulisy - do aktorek, "zubożałe społeczeństwo" zajęło się sporządzaniem srebrnych wieńców i napychaniem pugilaresów dla "dobrze zasłużonych na niwie sztuki ojczystej" i na krótką wzmiankę o hojnym darze obywatela znalazło się zaledwie trochę miejsca w gazetach./ Stłumiwszy w sobie uczucie bólu i wstydu, należy jednak stanąć w obronie sprawy, która wywołując gdzie indziej tylko uwielbienie, u nas potrzebuje jeszcze rzeczników i obrońców". Dalej Potocki polemizuje ostro z konserwatywnymi opiniami, widzącymi w wyższym wykształceniu zagrożenie dla moralności dziewcząt, matek i żon. Postrzega projekt Łojki bardzo realnie, ustala nawet wysokość czesnego, jaki miałyby płacić studentki, określa ich średnią liczbę i proponuje profesorom, aby wykładali za mniejsze wynagrodzenie, jak robią to uczeni w Petersburgu na kursach Bestużewa ("Prawda" 1883 nr 18 z 5 maja).