Rozdział 2
Mapa
- Wyłącz ten cholerny telewizor! - Podniesiony głos męża dotarł do Edyty niczym nieprzyjemny zgrzyt. - Żebyś chociaż jeszcze coś interesującego oglądała... - gderał głośno. - A ty nic, tylko TVN24 albo seriale oderwane od rzeczywistości. Życie przesiedzisz na kanapie. Zupełnie jak twoja matka... - dodał po chwili z przyganą, zapominając, że to właśnie dzięki teściowej mieszkali sobie wygodnie, nie spłacając żadnych kredytów.
Kiedy cztery lata temu zmarł tragicznie ojciec Edyty, jej matka odstąpiła im swoje trzypokojowe mieszkanie mieszczące się na drugim piętrze w poniemieckiej kamienicy na wrocławskim Ołbinie, a sama przeniosła się do Krakowa, do swojej siostry, która żyła samotnie. Jakiś czasu temu w głowie Maksa zakiełkowała jednak paskudna myśl, że gdyby się ożenił z przyjaciółką Edyty, Beatą, to po jej rodzicach, lekarzach, odziedziczyliby willę na Krzykach. Ale Beata nie była nawet w połowie tak ładna jak Edyta, a jeszcze kilka lat temu dla Maksa większą wartość miała uroda kobiety niż pieniądze. Dziś na te sprawy patrzył nieco inaczej. Za pieniądze można było mieć każdą ładną dziewczynę. A za ładną dziewczynę nawet samochodu się nie kupi, przynajmniej w Polsce.
Zaśmiał się pod nosem ze swojego dowcipu i postawił dzbanek zaparzonej herbaty na kuchennym stole. Z finezyjnie wygiętego dzióbka wyleciała kropla brązowego naparu, plamiąc nieskazitelnie biały obrus. Maks przyjął to ze stoickim spokojem. Miał ważniejsze sprawy na głowie niż poplamiony obrus, zatkany zlew czy śmieci wysypujące się z kubła. W końcu prowadzenie domu to zajęcie dla kobiet. On się na tym nie znał. Należał do tych mężczyzn, którzy nawet wodę na herbatę potrafią przypalić, jak niby żartem chwalił się w towarzystwie. Wciąż żył w przeświadczeniu, że zajęcia dzielą się na kobiece i męskie. Za taki stan rzeczy odpowiedzialność ponosiła matka Maksa, rozpieszczająca go ponad miarę. Kiedy przed wielu laty jej mąż wdał się w romans z koleżanką z pracy i odszedł od rodziny, całą miłość do małżonka przelała na synów, a zwłaszcza na pierworodnego - Maksa. Cieszył się niekwestionowaną pozycją książątka, któremu usługiwała zarówno matka, jak i młodszy brat, Patryk. Dziecięce, a z czasem młodzieńcze wybryki zawsze uchodziły mu płazem i nie obarczano go obowiązkami, choć miał większą smykałkę do wszystkiego niż brat. Niepozbawiony osobistego uroku, bystry i wesoły, nawet w szkole potrafił zaskarbić sobie sympatię nauczycieli. Wyrósł w przeświadczeniu, że wszystko mu się od życia należy tylko dlatego, że jest.
- Myślałby kto, że ty oglądasz kino offowe albo chadzasz na koncerty do filharmonii! - odgryzła się Edyta. - Wieki całe nie byliśmy w teatrze. Twoje spotkania biznesowe także trudno uznać za intelektualną rozrywkę, biorąc pod uwagę, że ty i Patryk handlujecie gaciami. I to z kim! Z ruskimi! - prychnęła z pogardą, bo tak zawsze o swoim kontrahencie wyrażał się Maks. - A ta cała eksploracja poniemieckich skrytek, być może już dawno opróżnionych, te całe wykopki, są jeszcze głupsze od moich seriali! Indiana Jones od siedmiu boleści! - dorzuciła po chwili z kpiną, choć sama te ekstremalne wyprawy kiedyś uwielbiała.
Wciąż pamiętała ten dreszcz emocji, kiedy z wykrywaczem metalu pierwszy raz odnalazła starą monetę, to przyśpieszone bicie serca, kiedy zanurzali się w mrok piwnic jakiegoś zrujnowanego pałacu. Nic nie mogło się równać z emocjami, które towarzyszyły badaniu jakiegoś miejsca georadarem, choć na odczytaniu jego wyników Edyta się nie znała. Ostatnio jednak jej oczekiwania i oczekiwania Maksa mocno się rozeszły. Jej zależało na przygodzie, a Maks dążył do zdobycia bogactwa, i to ich poróżniło. Częściej niż detektor brała do ręki aparat fotograficzny i z każdej wyprawy wracała z kolekcją fantastycznych zdjęć, które zamieszczała w sieci. Problem zaczął się rok temu, od artykułu, który Maks przeczytał w Internecie, o Szczelinie Jeleniogórskiej. Jak wynikało z treści, na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych jacyś młodzi ludzie przez przypadek odkryli komorę pełną bajecznych skarbów ukrytych przez Niemców pod koniec wojny. W zasadzie wszystko na temat tego schowka było wiadome, i to nawet szerokiemu gronu osób mniej lub bardziej związanych z eksploracją. Że znajdują się w nim skrzynie wypełnione złotem, biżuterią i dziełami sztuki, które nadal stoją na pakach ciężarówek, a pod ścianami leżą trupy esesmanów, że do komory prowadzi wąski szyb, że próbowano się dogadać z władzami, aby wydobycie fantów mogło się odbyć legalnie, że służby specjalne badały całą sprawę, że ktoś za wiedzę o tym schowku zapłacił życiem, a innych próbowano zastraszyć. Jednej rzeczy wszak nikt nie wiedział. A mianowicie, gdzie się owa Szczelina znajduje. Ponieważ wskazywano tereny w pobliżu Jeleniej Góry, z czasem otrzymała nazwę Jeleniogórskiej. I to za jej sprawą eksploracja przestała być dla Maksa ciekawym hobby, sposobem na spędzanie wolnego czasu, a stała się życiowym celem. Jakby go oślepił blask ukrytego w Szczelinie złota, choć go na oczy nie widział. Ludzi oceniał nie za to, jacy są, lecz po tym, co posiadają. Ostatnio Edyta nabrała przeświadczenia, że i ją dlatego traktuje lekceważąco, bo pensja nauczycielki jest jedną z najniższych w kraju.
Wyłączyła telewizor i z wściekłością cisnęła Bogu ducha winnego pilota na blat stolika, aż z urządzenia wypadły baterie. Twardo stukając po posadzce, potoczyły się gdzieś pod kanapę. Odwróciła głowę w stronę kuchni i oznajmiła głośno, jakby chciała wytłumaczyć swoje zainteresowanie telewizją:
- Na Discovery mówili o jakimś dziwnym zwierzęciu, a w zasadzie bestii, która początkowo grasowała w Ameryce, a ponoć ostatnio pojawiła się w Europie.
Jak zwykle w takich okolicznościach poczuła niesmak, że wciąż się tłumaczy ze swojego zachowania. Choć tyle razy sobie obiecywała, że nie będzie mężowi ustępować na każdym kroku, zdała sobie sprawę, że nadal nie potrafi postawić na swoim i w pyskówkach z Maksem zawsze jego jest na wierzchu. Po każdej awanturze Edycie przychodził na myśl rozwód. Kiedy jednak emocje opadały, odkładała decyzję na później, licząc naiwnie, że może mąż się zmieni, gdy Szczelina straci swój zwodniczy złoty blask, że może zmieni się cokolwiek. I Maks się zmieniał, owszem, tyle że na gorsze. Były w jej małżeństwie takie momenty, kiedy czuła się jak wycieraczka albo chłopiec do bicia. Nic dobrego na przyszłość to nie wróżyło. Lecz z czasem coś w Edycie pękło, jakby się uodporniła, i przestała reagować płaczem na mężowskie złośliwości oraz kąśliwe uwagi.
- No to dlaczego wyłączyłaś? - Surowy, pełen pretensji głos Maksa wyrwał Edytę z zamyślenia. - Ktoś je widział, upolował, czy co? I dlaczego "bestia"? - dopytywał się z ciekawością.
Zerwała się z kanapy i pomaszerowała do kuchni. Maks miał zwyczaj prowadzić rozmowę na odległość, wykrzykując z jednego pokoju do drugiego albo z kuchni do salonu. Edyta tego nie znosiła.
- Relacje są sprzeczne - odparła, rzucając wściekłe spojrzenie na poplamiony obrus; dopiero co położyła czysty. - Nikomu nie udało się zwierzęcia upolować ani nikt go z bliska nie widział. Dla jednych z daleka wyglądał jak olbrzymi pies, dla innych jak lampart, albo coś w tym rodzaju, a jeszcze kolejni twierdzili, że ma łuskę na grzbiecie i skrzydła. Ponoć nie zjada upolowanej ofiary, tylko wysysa z niej krew. Ktoś podsunął myśl, że to czupakabra.
- Czupakabra? - Maks, pociągając nosem, podniósł na żonę zdumiony wzrok.
- U nas nazywają ją kozodój - wytłumaczyła zaaferowana. - Od lat w Ameryce Południowej krążą o tym niesamowite opowieści. Więcej w tym bajek niż prawdy. Nie wiem dokładnie, bo wyłączyłam telewizor - dodała na koniec, wzruszając ramionami. Od jakiegoś czasu miała wrażenie, że poziom telewizyjnych programów znacznie się obniżył, jakby ich twórcy coraz bardziej schlebiali pospolitym gustom swoich widzów.
Maks machnął lekceważąco ręką i nalał herbatę do filiżanki.
- Programy dla idiokracji - burknął pod nosem.
Wsypał dwie łyżeczki cukru i zawzięcie mieszał. Podparłszy się pod brodę, wlepił spojrzenie w rozłożone przed sobą na stole mapy. Jedna przedstawiała tereny nadleśnictwa Świeradów-Zdrój. Druga, której w zasadzie istniał tylko niewielki fragment oderwany od całej reszty, musiała być bardzo stara, sądząc po mizernym stanie zachowania, a na dodatek sporządzona została w języku niemieckim. Jak Maks oznajmił jakiś czas temu, ten fragment mapy sztabowej pochodził z czasów drugiej wojny światowej i to właśnie na niej zaznaczono miejsce ukrycia kilku ciężarówek zawierających skrzynie z cennym ładunkiem. Jakim cudem ta mapa znalazła się w rękach Maksa, Edyta nie wiedziała. Zapytany jak zwykle wykręcił się sianem. Wysoko podwinięte rękawy dżinsowej koszuli odsłaniały jego grubokościste, porośnięte ciemnym meszkiem przedramiona. Tytanowa czerń zegarka prezentowała się na jego ręce bardzo seksownie. Producent wyposażył czasomierz w ogromną ilość dodatkowych funkcji, których posiadanie Edyta uznała za idiotyzm. Maks jednak twierdził, że korzysta ze wszystkich, zwłaszcza podczas penetracji terenu.
- Myślałam, że te mapy już znasz na pamięć - oznajmiła z odrobiną ironii w głosie, siadając naprzeciwko męża. - Studiujesz ich treść od dwóch tygodni, jeśli nie dłużej...
Nalała herbatę do filiżanki, ale nie posłodziła. Przecież każda łyżeczka cukru to ileś tam kalorii, a ona nie miała zamiaru się utuczyć jak jej szwagierka, Dorota. Choć skończyła właśnie trzydzieści pięć lat, figurę nadal miała niczym osiemnastka i niech tak zostanie jak najdłużej.
- Wiadomo, że znam. Ale od tamtego czasu minęło ponad pół wieku... - prychnął rozdrażniony, nie odrywając oczu od mapy. - Zmianie uległo wiele elementów. Choćby nazwy miejscowości, drogi, mosty czy zabudowania. I nie dość, że ten szwabski generał nosił ją złożoną, to jeszcze została poplamiona krwią, kiedy go ktoś zastrzelił. Plamy utrudniają odczyt - dorzucił poirytowanym tonem.
Sądził, że zlokalizowanie obszaru zaznaczonego na niemieckiej mapie będzie dziecinnie proste. Ale im dłużej się w nią wpatrywał, tym większych nabierał podejrzeń, że obie mapy, choć na pierwszy rzut oka wydawały się identyczne, wcale nie muszą dotyczyć tego samego rejonu. Lecz głośno wolał się do tego nie przyznawać. Przecież ta mapa stanowiła ukoronowanie jego wielomiesięcznych poszukiwań, choć nie kosztowała go wiele. Ot, kilka partyjek pokera z byłym oficerem SB, który nie mając już nic wartościowego, do puli dorzucił tę mapę. O tym, że Maks był pokerzystą, Edyta nie miała pojęcia. Dopiero by miała używanie. Z chęcią zapaliłby sobie skręta, ale po ostatniej awanturze, kiedy znalazła jego skromny magazynek z trawką i koką, niczego już nie trzymał w domu. Zagroziła mu wtedy rozwodem. Choć nieraz sam się nad tym krokiem zastanawiał, uznał, że jeszcze nie nadszedł czas. Z niemałym trudem wmówił jej, że to marihuana Patryka, który ma problemy ze snem, a nie chce martwić Doroty. Na wszelki jednak wypadek od tamtego czasu towar trzymał w piwnicy, bo tam Edyta nie szperała. Zresztą były to niewielkie ilości trawki czy koki. W końcu nie był jakimś ćpunem. Nie czuł żadnego przymusu brania, a przecież popalał sobie od ładnych paru lat. Jeśli dobrze pamiętał, to po raz pierwszy wziął do ust skręta na imprezie w którymś z lokali przy rynku, gdzie z kumplami świętował swoje dwudzieste piąte urodziny. Jeden przyniósł kilka działek. W połączeniu z alkoholem efekt był dla Maksa zaskakujący. Nigdy przedtem nie bawił się tak znakomicie.
- Który rejon wchodzi w grę? - Do pochylającej się nad mapą Edyty dotarł zapach wody toaletowej męża, niosący ze sobą wspomnienia minionych lat, kiedy znacznie częściej bywali tak blisko siebie, nie tylko z powodu czytania mapy.
- Tutaj. - Wskazał palcem kółko nakreślone na niemieckiej mapie czerwonym ołówkiem. - Według mnie to jest ten obszar. - Podsunął żonie polską mapę. - Układ komunikacyjny i topografia są prawie identyczne.
- Spory kawałek. - Westchnęła ciężko. - I ty chcesz to wszystko przejechać georadarem? To zajmie tygodnie, jeśli nie miesiące.
Maks rzucił Edycie karcące spojrzenie.
- Jak ty już coś powiesz... - Pokręcił z niedowierzaniem głową. - W grę wchodzą jedynie stare sztolnie. Przecież ciężarówki i skrzynie ukryto w dawnym wyrobisku. Każde dziecko o tym wie, tylko nie moja żona. W tym rejonie już w siedemnastym wieku istniało górnictwo miedzi, kwarcu i kobaltu. Pozostało wiele sztolni, niektóre są łatwo dostępne.
- A jeśli to nie jest właściwa mapa? - spytała po chwili zastanowienia. Im dłużej się wpatrywała w plątaninę poziomic, prostych linii torów kolejowych i krętych wstążek szos, tym bardziej w tej mapie coś ją niepokoiło. - Poza tym skąd wiesz, że to kółko oznacza miejsce, gdzie ukryto te ciężarówki, a nie całkiem coś innego?
- Co ty wygadujesz? - przerwał jej Maks w pół słowa. Przyszło mu do głowy, że Edyta umie czytać w myślach, i przez moment drobne włosy na ramionach stanęły mu dęba. - Główne linie kolejowe i drogi się pokrywają...
- Ale na niemieckiej mapie widnieją jakieś zabudowania, a na naszej ich nie ma - wtrąciła Edyta zaraz potem, gdy dobrze się przyjrzała obu mapom. - O, tutaj... - Stuknęła palcem w interesujące ją miejsce.
- Oj, marudzisz jak zwykle... - burknął Maks i skarcił żonę spojrzeniem. - Wiele niemieckich chałup po wojnie rozebrano, zwłaszcza starych - obstawał twardo przy swoim.
- Zlokalizowałeś to miejsce na mapie satelitarnej? - Edyta także nie miała zamiaru ustąpić.
- Próbowałem... - przyznał się do porażki. - Ale nie znalazłem. Jakby satelita nad tym rejonem w ogóle nie latał. Namierzymy interesujący nas rejon tradycyjnie. Za pomocą kompasu i mapy. Nie takie rzeczy jak skały w górach i stare sztolnie odnajdywałem w swoim życiu.