2 Hakara
561 lat po Rozbiciu
Kaishan, na granicy z Langzu
Historycy są zgodni co do tego, że Numinary palono, by pozyskać ich magię. Magię, która posłużyła przedwiecznym, naszym przodkom, do czynienia cudów i uwznioślenia egzystencji ponad to, co powinno być możliwe dla śmiertelników. Relikty Rozbicia, które udało się odnaleźć w późniejszych latach, wymykają się naszemu zrozumieniu: fragmenty przedmiotów wykonanych z nieznanych materiałów, malowidła przedstawiające miasta, których zabudowa zdaje się przeczyć logice i rzucać wyzwanie wyobraźni, prastare grawiury opisujące magiczną broń, z której pomocą krainy toczyły między sobą wyniszczające wojny.
Uciekałyśmy przed czarną falą, ruchomą ścianą cienia. Posiadałyśmy tylko jedną parę butów, które kazałam włożyć Rashy. Pod moimi obolałymi bosymi stopami chrzęścił żwir i szeleściła sucha trawa. Ludzie wokół nas krzyczeli i płakali ze strachu i ekstazy, wyli jak dzikie zwierzęta, głośno się modlili. Rasha oddychała szybko i nerwowo, wbijając we mnie swoje wielkie, brązowe oczy.
Pochyliłam się nad nią i przytknęłam usta do jej włosów. Choć wiedziałam, że nie usłyszy mojego głosu, wyszeptałam:
- Oddychaj powoli, mała. Spokojnie. Nic nam nie będzie. Po prostu oddychaj.
Posłuchałam własnej rady, by samej nie zemdleć z przejęcia. Nozdrza wypełniła mi woń ściany cienia. Magiczna fala pachniała dymem i wilgocią. Z zamkniętymi ustami nuciłam kołysankę, którą śpiewała nam Mimi. Przytuliłam Rashę do piersi, licząc na to, że usłyszy melodię. Otaczający nas tłum falował. Ludzie potrącali się i rozpychali. Pot perlił się na twarzach, a białka oczu migotały pośród kotłowaniny niczym gwiazdy na ciemniejącym niebie. Morze przerażonych dusz wzbierało gniewnie. Co rusz rozbijała się o nas żywa fala. Zasłaniałam Rashę własnym ciałem, żeby nikt jej nie potrącił ani nie przewrócił. Musiałam odpychać od niej ludzi, miejscami zrobił się bowiem taki ścisk, że trudno było złapać oddech. Zaryzykowałam i zerknęłam w dół wzgórza.
Ściana kłębiących się czarnych chmur pędziła przed siebie jak lawina, pochłaniając wszystko na swojej drodze. Krainę zasnuwała ciemność. Widziałam uciekających przed nią ludzi. Biegli, póki starczało im sił, niosąc na rękach dzieci i dobytek. Widziałam też tych, którzy rezygnowali z ucieczki, zmęczeni, pokonani. Przystawali, padali na ziemię i znikali pod czarną falą odnowy. Nie mogłyśmy się zatrzymywać. Nie mogłam pozwolić, by Rasha dołączyła do tych nieszczęśników.
Naszego namiotu już nie było. Całe obozowisko przykryły łakome obłoki cienia. Mogłam jedynie zgadywać, co się spod nich wyłoni, kiedy odnowa się dopełni. Bezkresna chmura przemian mogła przy okazji pochłonąć cały ocean i nieodwracalnie zmienić wszystkie żyjące w nim zwierzęta. Tak właśnie działała. Po jej przejściu pustynne krainy znów się zieleniły, jak w legendach. Choć odnowa pochodziła od boga, nie tworzyła nowych roślin i istot z niczego, lecz przeistaczała to, co wchłonęła. Połowa populacji Kaishan miała zniknąć. Mieliśmy zostać przetworzeni, a nasza kraina odbudowana i zregenerowana kosztem naszego życia. Na takich warunkach przodkowie zawarli pakt z Kluehnnem. Coś za coś. Życie za życie.
Ja się na nic podobnego nie zgadzałam.
Żwir wbił mi się nieprzyjemnie w kolano, gdy przyklękłam obok Rashy i wskazałam dłonią buty. To ja miałam rozmawiać z urzędnikami na granicy, musiałam więc zadbać o to, by zrobić dobre wrażenie, a bez butów na nogach miałam na to marne szanse. Młoda szybko je zdjęła, ja zaś wyjęłam z nich pakuły, które wepchnęłyśmy do środka, żeby wygodniej jej się chodziło. Wciągnęłam buty na swoje spuchnięte, posiniaczone i pokaleczone stopy i natychmiast tego pożałowałam. Kiedy je sznurowałam, każdy mocniejszy ruch sprawiał, że moje nogi przeszywał ból.
Przepychałam się w stronę langzuańskich namiotów, których szereg rozbito na granicy między krainami. Kiedy tłum nie chciał ustąpić, pomagałam sobie łokciami i kolanami. Byłyśmy z siostrą dostatecznie małe, by prześlizgiwać się pomiędzy ludźmi, o ile tylko nie stali zbici jak wiązka chrustu. Przed nami wzbijała się w niebo oddzielająca krainy magiczna bariera z tumanów pyłu. Resztki populacji Kaishan znalazły się między dwiema pulsującymi ścianami chmur. Im bardziej zbliżałyśmy się do namiotów, tym mocniej biło mi serce. Nie miałam pieniędzy, żeby zapłacić przewodnikowi, który przeprowadziłby nas bezpiecznie przez barierę. Nie byłam medyczką, zdolną rzemieślniczką ani nikim ważnym, nikim godnym uwagi. Miałam tylko sfałszowane dokumenty i desperacką determinację szczura w potrzasku. Nawet gdyby udało się nam przedostać na drugą stronę, nie miałam pojęcia, co mogło tam na nas czekać i co powinnyśmy zrobić. Łatwiej było mi nie myśleć o przyszłości, a zamiast tego skupiać się wyłącznie na przetrwaniu. Na wstrzymywaniu oddechu, aż poczułam pieczenie w piersi. Na ciężarze napierającej na moje plecy wody. Na nożu, którym odrywałam uchowce od podmorskich skał, żeby moja młodsza siostra miała co jeść. Na teraźniejszości. Ale tamto życie właśnie się skończyło. Nie liczyło się już nic.
Nic poza Rashą.
Przywiązany opodal langzuańskich namiotów koń uderzył mocno kopytem o ziemię i potrząsnął łbem. Gdybym zamknęła oczy i zatkała uszy, byłabym może nawet w stanie sobie wmówić, że ten poranek nie różnił się niczym od wszystkich innych poranków mojego życia. Wyobrazić sobie, że zrzucam z siebie koc, ubieram się i spieszę na plażę, żeby zanurkować, zanim na wody zatoki wypłyną rybackie łodzie.
Na przybrzeżnych skałach wzięłabym wtedy w skupieniu kilka głębokich oddechów, za każdym razem zatrzymując powietrze w płucach nieco dłużej, a potem wskoczyłabym w lodowatą toń i poczuła w ustach smak soli, zaś moje włosy tańczyłyby w zimnej wodzie.
Nie miałam pojęcia, czy jeszcze kiedyś będzie mi dane popływać w morzu. Aby kupić sfałszowane dokumenty, musiałyśmy sprzedać prawie cały nasz dobytek. To, czego nie sprzedałyśmy, zmieściło się w kilku niewielkich torbach. Ściana cienia pełzła po wzgórzach i równinach, pochłaniając Kaishan, na szczęście jednak na tyle wolno, że każdej nocy byłyśmy w stanie poświęcić kilka godzin na sen. Kiedy się budziłyśmy, uczucie grozy powracało. Czarna fala magicznego dymu nie była złym snem. Nie rozwiewała jej noc. Zbliżała się nieubłaganie, zasnuwając krainę złowieszczą magią.
- Nie mamy przewodnika - zmartwiła się Rasha.
Złapałam ją za rękę i mocno uścisnęłam jej dłoń.
- Dotarłyśmy aż tu. Damy sobie radę. Zobaczysz.
Posłała mi wątły uśmiech, ale to wystarczyło, by dodać mi pewności siebie. To ja powinnam była podnosić Rashę na duchu. Moje serce zabiło żywiej. Nie mogłam być jak Maman. Nie mogłam się poddać. Tak myślałam o tym, co zrobiła. Weszła w barierę pomiędzy krainami, pewna, że zdoła przedostać się do Cressimy i odnaleźć swoją rodzinę. Zostawiła nas. Sama nie byłam pewna, czy mocniej odczuwałam żal i rozpacz, czy gniew.
Na pograniczu panował chaos. Czas naglił, a ludziom łatwo udzielała się panika. Razem z resztą najbiedniejszych uchodźców ustawiłyśmy się w kolejce do namiotów. Po naszej prawej stronie szereg zbrojnych gwardzistów odpędzał plebejuszy i przepuszczał tych, których stać było na prywatne eskorty i przewodników.
Obok nas przecisnął się mężczyzna okutany w szarą szatę ozdobioną na plecach białym haftem w kształcie wielkiego oka. Podnosząc głos, zbliżył się do najzamożniejszych Kaishańczyków.
- Ucieczka przed odnową to oznaka słabości! - krzyczał. - Doświadczcie przeistoczenia lub pozwólcie, by materia waszych ciał posłużyła odbudowie naszej krainy. Takie są warunki paktu, który ludzkość dobrowolnie zawarła z Kluehnnem! Wszystkie krainy zostaną odnowione, wszyscy ludzie przeistoczeni lub przetworzeni. Zamierzacie uciekać czy przyjmiecie błogosławieństwo jedynego prawdziwego boga?
Ktoś opluł kaznodzieję, lecz ten zignorował afront. Za plecami strażników dostrzegłam kryte lektyki, których pasażerowie wiązali sobie na twarzach barwne chusty. Jakby nędzne skrawki materiału miały im jakkolwiek pomóc podczas przekraczania pasa gęstego eteru i wściekłej kurzawy. Trudno było ich jednak za to winić, każdy chciał przetrwać. Mogłam wszelako winić ich za to, że nie używali swych bogactw, aby pomagać tym, którym mniej się w życiu poszczęściło. Jedną taką ozdobną lektykę mogłabym wymienić na tyle butów, że do końca życia nie musiałabym się martwić o to, iż będę chodzić boso.
W końcu podeszłyśmy na tyle blisko jednego z namiotów, by dostrzec stojące wewnątrz biurko i pochylonego nad nim langzuańskiego urzędnika. Po obu stronach biurokraty stali zbrojni strażnicy w zmatowiałych łuskowych zbrojach. Miecze trzymali w rękach, obnażone, w każdej chwili gotowi do ataku. Nie musieli nikomu nakazywać zachowania dystansu. Ludzie rozumieli to bez słów.
- Mam papiery! - zawołałam po langzuańsku, wyjmując dokumenty zza pazuchy. - Mamy prawo przekroczyć granicę!
Urzędnik zmierzył nas wzrokiem ponad metalowymi oprawkami okularów i ściągnął wargi w sposób, w który osoby dobrze wychowane okazują powątpiewanie lub zniecierpliwienie. Gestem dłoni zaprosił nas do namiotu. Liczni uchodźcy wokół zareagowali oburzeniem i szeptanymi klątwami, ale zupełnie się nimi nie przejmowałam. Zależało mi wyłącznie na przedostaniu się do Langzu, gdzie nic nie zostało jeszcze odnowione.
Przecisnęłyśmy się na przód kolejki, a ja podałam mężczyźnie papiery. Rasha nie puszczała mojej ręki i wtulała się we mnie, starając się ustawić tak, by zza biurka nie widać było jej bosych stóp. Biurokrata omiótł nas jednak bardzo sceptycznym spojrzeniem, a ja w lot pojęłam, co wzbudziło jego podejrzenia. Nasz ojciec pochodził z Cressimy, nasza Mimi z Kaishan. Kaishańczyk mógł jeszcze ujść za osobę urodzoną w Langzu, ale ktoś z Cressimy już nie. Serce podchodziło mi do gardła, a skronie aż pulsowały od bólu głowy, lecz opanowałam się i wyprostowałam. Starałam się stać nieruchomo, z godnością, i mimo że to naiwne, wydać się choć trochę wyższa, by nieco bardziej przypominać kobietę, dla której wystawiono nasze dokumenty podróżne.
- Jesteś uczoną? - zapytał urzędnik po kaishańsku.
Uczucie gorąca pełzło w górę mojego kręgosłupa. Z nerwów zesztywniał mi kark. Ewidentnie mój langzuański nie brzmiał zbyt przekonująco.
- Tak - potwierdziłam jednak w języku biurokraty. - Pobierałam nauki tutaj i w Langzu. Moja siostra nie jest uczoną, ale towarzyszyła mi i pomagała, i również mówi obydwoma językami. - Zacisnęłam zęby w nadziei, że nie postanowi sprawdzić, czy aby nie kłamię. Liczyłam na to, że będzie się spieszył, widząc, jak mało czasu ma w obliczu zbliżającej się ściany cienia.
Mężczyzna ledwie zauważalnie skinął głową i odnotował coś w opasłym rejestrze, który leżał przed nim na blacie biurka.
- Macie zatem pieniądze na przeprawę - rzekł.
Otworzyłam usta i poczułam, jak moje wyschnięte wargi pękają w kilku miejscach. Dotarłyśmy do punktu zwrotnego. Do ostatniej próby.
- Nie, niestety nie mamy. Zostałyśmy obrabowane, kiedy podróżowałyśmy w stronę granicy. Jesteśmy młode, bezbronne, a ludzie tutaj są naprawdę zdesperowani. - Jakbym sama nie była desperatką, która od kilku dni ćwiczyła tę kwestię jak aktorka, by zabrzmieć przekonująco na granicy. - Ale jesteśmy z siostrą bardzo, bardzo pracowite. Opłacimy przeprawę. Odpracujemy jej koszt w Langzu albo uiścimy zapłatę w urzędzie, kiedy tylko coś zarobimy.
Urzędnik westchnął głęboko i przeciągle, jakby słyszał podobne zapewnienia od co drugiej osoby w kolejce. Poczułam, że drzwi się przed nami zamykają. Szansa na ucieczkę, na ocalenie, się oddalała.
- Proszę - jęknęłam błagalnym tonem, próbując wziąć biurokratę na litość. Wtem ktoś popchnął mnie na tyle mocno, że straciłam na moment równowagę. Zbyt późno sobie uświadomiłam, że przemówiłam po kaishańsku, nie po langzuańsku. Zdradził mnie język.
Urzędnik rzucił mi pełne dystansu, zrezygnowane spojrzenie.
- Nie macie pieniędzy na opłacenie przeprawy, nie przekroczycie bariery. Następny!
Chciałam zaprotestować, ale stojący najbliżej nas strażnik zrobił pół kroku naprzód. Wyciągnęłam dłoń, by przynajmniej odebrać sfałszowane dokumenty podróżne, lecz urzędnik wsunął złożony papier pod rejestr i ponaglił nas gestem.
- Kto następny? - zawołał.
Grunt uciekł mi spod nóg. Czułam, jakbym unosiła się na powierzchni wody i obserwowała samą siebie z oddali, z wnętrza własnej głowy. Moje serce zamarło na moment, jak gdybym w jego miejscu miała w piersi zaciśniętą pięść.
- Hakaro... - Głos Rashy brzmiał cicho, trwożliwie.
Na powrót dotknęłam stopami ziemi. Próbowałam przegnać panikę, miarowo oddychając. Zmusiłam się do przyznania przed samą sobą, że oficjalna droga na drugą stronę bariery stała się dla nas niedostępna. Gdybym się rzuciła na strażników, zginęłabym na miejscu. Odciągnęłam Rashę na bok, z dala od ścisku i hałasu.
- Zrobiłaś, co mogłaś - pocieszała mnie młoda. Mówiła cichutko, a w jej głosie pobrzmiewała zbolała rezygnacja. - Kiedy przyjdzie już po nas odnowa... nie puszczaj mnie, dobrze? Nie chcę być sama.
- Nie.
- Nie? - Wyraźnie zbierało jej się na płacz. Chciała być silna. Nie pokazywać, jak się boi. Moja kochana siostrzyczka, która opatrywała złamane skrzydła morskich ptaków i płakała, kiedy zaszlachtowałam naszego starego wielbłąda, żebyśmy nie pomarły z głodu.
Przyjrzałam się uważnie pulsującej zaporze, jakbym miała w niej wypatrzyć szczelinę. Uwięziony wewnątrz bariery eter wzbijał w powietrze pył i piach. Ich kłęby kotłowały się i wirowały, uniemożliwiając dojrzenie tego, co znajdowało się po drugiej stronie. Magiczne bariery tego rodzaju oddzielały od siebie wszystkie krainy. Kluehnn wzniósł je, by nie musieć odnawiać całego świata naraz, co wymagałoby potęgi niedostępnej nawet bogom. Dzięki zaporom z eteru miał za każdym razem czas na to, żeby uzbierać dosyć magicznej mocy, by odnowić krainy jedną po drugiej.
- Musi istnieć inny sposób. Nie damy się pochłonąć, za daleko zaszłyśmy - zapewniłam Rashę. - A co, jeśli jedna z nas nie wyjdzie cało z odnowy? Jeśli jedna z nas zniknie? - Gdybym miała gwarancję, że obie zostaniemy przeistoczone, ale przeżyjemy przemianę, nie buntowałabym się. Nic nie było jednak pewne. Jedna z nas, nawet obie, mogła rozpłynąć się w czarnej mgle. Nie wiem, której alternatywy bałam się bardziej. Tego, że Rasha mogłaby zniknąć, czy tego, że mogłoby to spotkać mnie. Ilekroć dopuszczałam do siebie podobne rozważania, w serce wbijał mi się lodowaty szpikulec strachu.
Kapłani Kluehnna powiadali, że odnowa jest krokiem tyleż koniecznym, co chwalebnym. Procesem, w ramach którego połowa z nas miała zostać przetworzona, a połowa przeistoczona. Jedni mieli stać się częścią odnowionych ziem, a drudzy przyjąć nowe formy pozbawione typowych dla śmiertelników słabości. Formy, które miały im zagwarantować przetrwanie. Słyszałam historie o Cressimie sprzed odnowy i po niej. Mówiło się, że ongiś zimną i jałową krainę porasta teraz bujna roślinność.
Ale dla nas, jak i dla zgromadzonych na pograniczu uchodźców z Kaishan, koszt odnowy był zbyt wielki.
Dlaczego ludzie mieli oddawać życie, by świat mógł ulec naprawie? Dlaczego mieli się zmieniać? Czemu nie mogli pozostać sobą?
Nie miałam jednak czasu na to, by roztrząsać to zagadnienie. Ściana cienia zbliżała się niepowstrzymanie. Myśl! - rozkazałam samej sobie. Musiałam znaleźć wyjście. Z urzędnikiem się nie udało, lecz z pewnością istniały inne sposoby na przebycie bariery. Przecież do jej przekroczenia sposobiły się liczne grupy, nie tylko bajecznie bogaci. Siłą rzeczy musieli tu być ludzie, którzy za ostatnie pieniądze wynajęli prywatnych przewodników, bo wiedzieli, że po drugiej stronie zapory czeka na nich nowe życie, rodzina, praca. Mogłyśmy spróbować się przyłączyć do jednej z takich grupek. Byłam silna i szybka, musiało istnieć coś, co mogłabym zaoferować w zamian za zgodę na wspólną przeprawę.
- Chodź. - Pociągnęłam Rashę za rękę i oddaliłyśmy się od langzuańskich namiotów.
Widziałam, jak samotni desperaci po drugiej stronie granicznego obozu odrywają się od tłumu, biorą głębokie oddechy i wchodzą w zjadliwe powietrze bariery. Jak znikają pośród tumanów pyłu. Nikt ich nie powstrzymywał, choć było jasne, że nie przeżyją przeprawy. Większość miało udusić toksyczne powietrze. Część miała wpaść w szczeliny, które otwierały się w ziemi pod trującym eterem. Aby przetrwać wewnątrz bariery, należało zatrudnić przewodnika. Kogoś, kto znał drogę, potrafił wstrzymać oddech na tyle długo, by dotrzeć na drugą stronę, i kto posiadał wrodzoną odporność na eter.
Jeśli miałyśmy z Rashą ocaleć i nie poddać się odnowie ani nie ulec złowrogiej magii bariery, musiałyśmy znaleźć kogoś takiego. Tłum uchodźców zbierał się wzdłuż granicy na całym widocznym jej odcinku. Znów przeciskałyśmy się pomiędzy łkającymi matkami, bladymi ze zgrozy dziećmi i nieszczęśnikami, którzy w ostatniej chwili doznawali nagłych nawróceń i padali na kolana, żeby wznosić modły do Kluehnna. Uchylałyśmy się, by nie wpaść na tych, którzy zawracali spod bariery, porzuciwszy nadzieje na jej przebycie, i z otwartymi ramionami biegli na spotkanie odnowy.
Niczym wypuszczona z łuku strzała pędziłam przed siebie w jednym jedynym celu.
Żadna z grup, które mijałyśmy, nie wydawała mi się dobra. Najemnicy by nas ze sobą nie wzięli. Hodowcom koni, których wierzchowce były dwakroć większe od zamieszkujących kaishańskie pobrzeże krępych kuców, nie miałam niczego do zaoferowania. W końcu, kiedy zaczynałam już zgrzytać zębami z desperacji, dostrzegłam górników.
Byli odziani w liche stroje, a ich dłonie były czarne od pracy w lejach krasowych. Twarze mieli szczupłe i zasępione, zaś ich mięśnie przypominały napięte liny. Doliczyłam się jedenaściorga, dwanaściorga ze sztygarem, który właśnie negocjował z przewodnikiem. Nieparzysta liczba oznaczała, że kogoś stracili. Górnicy z lejów zawsze pracowali parami.
Mieli zatem wakat, a my szansę.
Grupę otaczali zdesperowani uchodźcy, którzy napierali na nią ze wszystkich stron. Błagali górników, by ci zabrali ich ze sobą lub pomogli chociaż ich żonom i dzieciom. Górnicy odpychali natrętów, a niektórych musieli wręcz odpędzać przemocą. Zrzuciłam z pleców wór z dobytkiem i zwróciłam się ku Rashy.
- Zaczekaj tu na mnie. Zaraz wrócę.
Oczy mojej siostry, brązowe jak moje, ale jaśniejsze, napełniły się łzami.
- Hakaro, nie idź. Nie zostawiaj mnie tu. Ja nie...
- Cicho. - Przeczesałam dłonią jej ciemne włosy. - Nigdy bym cię nie zostawiła. Ale górnicy to twardzi ludzie, a ja chcę, żebyś była bezpieczna. Mamy jeszcze trochę czasu, więc spróbuję z nimi porozmawiać. Wrócę po ciebie, obiecuję. Myślisz, że złamałabym dane słowo? Czy kiedykolwiek to zrobiłam? - spytałam.
Na jej rozedrganych wargach zakwitł wątły uśmiech.
- Nie - odparła.
Poklepałam ją po ramieniu i ruszyłam po kamieniach w stronę grupy. Praca górników, którzy w lejach krasowych wydobywali boże kamienie, była wymagająca i niebezpieczna. Leje zamykały się często równie niespodziewanie, co otwierały, pochłaniając tych, którzy w nich drążyli. Górnicy musieli przekraczać pierwszy próg powietrzny, pierwszą aeroklinę, i zagłębiać się w eter, to samo toksyczne powietrze, z którego usnute były bariery pomiędzy krainami. Jeśli ktoś nie potrafił wstrzymać oddechu dostatecznie długo, by zdążyć wykopać ze ściany leja cenne boże kamienie, umierał. Nurkowanie w oceanie było bezpieczniejszym zajęciem.
Gdybym dostała pracę w kopalni, nie mogłabym z czystym sumieniem obiecać Rashy, że nic mi się nie stanie, ale przynajmniej dostałybyśmy się do Langzu. Obie byśmy przeżyły.
Zaczynałam panikować. Przyglądałam się sztygarowi, lecz z nerwów szczegóły jego wyglądu docierały do mnie jakby w oderwaniu od reszty. Jak gdybym zapalała ustawicznie gasnącą świeczkę i była w stanie dostrzec w mroku tylko fragmenty portretu. Podbródek brygadzisty porastał kilkudniowy zarost. Mężczyzna miał szeroką twarz, której rysy podkreślały smugi czarnego pyłu, łysy czubek głowy, a ręce równie muskularne co nogi. Chyba nie zauważył, kiedy do niego podeszłam. Gwar zmieszanych głosów i krzyków musiał zagłuszyć moje kroki. Nieznajomy nie odwrócił się jednak do mnie, nawet gdy przemówiłam bezpośrednio do niego.
- Brakuje wam jednej osoby.
- Reszta, kiedy przejdziemy na drugą stronę - powiedział sztygar, lecz nie do mnie, a do przewodniczki, wysokiej, barczystej kobiety ze zwojem liny na ramieniu, której wręczył garść monet.
- Hej! Słyszał mnie pan? Brakuje wam w brygadzie jednej osoby do szychty.
Mężczyzna rzucił mi chmurne, zmęczone spojrzenie. Jego oczy przypominały dwie mroczne jaskinie ziejące pod nawisem łuku brwiowego. Przez chwilę wydawało mi się, że mnie uderzy, on jednak nakazał tylko gestem członkom swojej brygady, by ustawili się gęsiego, podczas gdy przewodniczka zaczęła rozwijać linę. Byłam zbyt młoda, zbyt mała, żeby uznał mnie za zagrożenie.
Na to liczyłam.
Trzymałam się blisko sztygara, nie odstępując go na krok, i tylko co jakiś czas zerkałam z powrotem w stronę głazu, przy którym czekała Rasha. Ludzie przepychali się dookoła nas, lecz byłam w stanie dostrzec czubek jej głowy.
- Wiem, że młodo wyglądam, ale od lat nurkuję. Poławiam uchowce, ślimaki morskie, perły, wszystko, co można znaleźć na dnie morza. Poza tym jestem lżejsza niż większość pana górników, łatwiej będzie mnie utrzymać i wciągnąć, jak się opuszczę w głąb leja.
- No już! Żwawo! Nie mamy wiele czasu - ponaglił swoich ludzi sztygar. Każdy z górników chwytał po kolei za linę i oplatał ją sobie wokół nadgarstka, upewniając się przy tym, że pomiędzy nim a następną osobą w rzędzie będzie trochę luzu na wypadek, gdyby któryś z nich nawdychał się wewnątrz bariery zbyt dużo eteru i stał się niebezpieczny.
- Żeby pan potem nie żałował! Nie radzę przepuścić takiej okazji. Potrafię wstrzymać oddech dłużej niż którykolwiek z pana ludzi - kontynuowałam. Musiałam przynajmniej spróbować go przekonać. Moje serce napierało na żebra. Popychało mnie naprzód.
Sztygar w końcu raczył się odwrócić w moją stronę. Miałam go!
- Czyżby? - zapytał i spojrzał w kierunku zbliżającej się ściany cienia, po czym przykląkł obok mnie i zatkał mi usta i nos swoją wielką dłonią.
Nie dał mi czasu na przygotowanie się. Na rozgrzewkę, rozciągnięcie płuc. Przed skokiem do wody zwykle brałam jeden duży wdech, a potem kilka małych, by się upewnić, że nie zdołam już wtłoczyć w pierś więcej powietrza. Zanim czarna dłoń mężczyzny szczelnie zasłoniła mi dolną połowę twarzy, zdążyłam tylko poczuć woń popiołu i szorstka skóra przywierała już do moich policzków. Odruchowo chciałam strząsnąć z siebie jego brudne łapsko, wbić w nie paznokcie, aż popłynęłaby krew, a później uciec do Rashy i się rozpłakać.
Sztygar z niekłamaną satysfakcją przyjrzał się mojej wystraszonej minie.
- Puszczę, kiedy się poddasz.
Nie mogłam tego zrobić. Wzbierająca we mnie panika zastygła nagle niczym hartowana stal. Pomyślałam o zamykającej się nad moją głową tafli morskiej wody. O ciszy poranka i plusku fal uderzających o skaliste wybrzeże. Moje serce zaczęło wolniej bić.
To była moja ostatnia szansa na ucieczkę do Langzu, na ocalenie Rashy i samej siebie.
Złośliwa satysfakcja malująca się na obliczu sztygara ustąpiła wpierw niemej konsternacji, a następnie obawie.
- Poklep mnie po ramieniu, kiedy będziesz miała dość.
Spojrzałam mu w oczy, wyobrażając sobie, że wzrokiem wypalam mu dziurę w czaszce, po czym niespiesznie położyłam dłoń na jego nadgarstku, ale nie poklepałam go.
Czułam, jak jego tętno przyspieszało, podczas gdy moje zwalniało, i zdusiłam w sobie desperacką potrzebę wzięcia oddechu. Uciszyłam wewnętrzny głos, który tłumaczył mi, że jeśli nie poklepię sztygara w ramię, umrę na miejscu. Niejeden raz byłam już w podobnej sytuacji. Wiedziałam, że po tym odruchu da się jeszcze zachować przytomność i kontrolę nad ciałem. Że przed faktycznym końcem przychodził jeszcze moment ostatecznej mobilizacji organizmu.
Który w końcu nadszedł.
Przestałam panikować, choć poczułam, jak krew odpływa mi z palców u rąk i stóp.
Mimo to nadal się nie poddawałam.
- Zemdlejesz - ostrzegł mnie brygadzista niemalże błagalnym tonem.
Ja jednak nie zemdlałam. Wciąż patrzyłam mu w oczy, odliczając kolejne sekundy. Dostrzegłam jego zdziwienie. Niedowierzanie. Ilekroć spodziewał się, że nie wytrzymam ani chwili dłużej, zmuszałam się do zachowania przytomności. Musiałam. Dla Rashy.
Dopiero gdy moimi wnętrznościami szarpnął spazm bólu, a przed oczami zamigotały mi czarne plamki, uderzyłam w jego rękę. Wytrzymałam dłużej, niż wydawało mu się, że będę w stanie. Dużo dłużej.
Cofnął dłoń, a ja nabrałam powietrza. Nigdy jeszcze, choć cuchnęło potem i dymem, nie miało ono aż tak słodkiego smaku.
- No, nieźle, naprawdę nieźle - ocenił sztygar, po czym podrapał się w zamyśleniu po podbródku. Wiedziałam, że rachował w głowie, ile mógł dzięki mnie zarobić. - Dobra, przyznaję, przydasz nam się. Masz papiery?
- Zgubiłam. - Z trudem łapałam oddech. Moje płuca łaknęły tlenu. Język mi spuchł, a oczy odmawiały współpracy. Wyraźnie widziałam tylko to, co miałam przed nosem, czyli w tym momencie jego twarz. Nie dałam sobie jednak przerwać, nie chciałam mu dać czasu, by się rozmyślił. - Pójdę z wami, ale tylko jeśli pozwoli mi pan zabrać ze sobą siostrę. Bez niej się nie ruszę.
Sztygar wzruszył ramionami.
- W porządku.
Odwróciłam się na pięcie i próbowałam wypatrzyć głaz, przy którym kazałam Rashy czekać na mój powrót. Udało się! Teraz już tylko przeprawa przez barierę. Wiedziałam, że damy radę. Że zdołamy umknąć przed odnową i przedostaniemy się razem do Langzu.
Dokładnie w momencie, w którym udało mi się dojrzeć ponownie jej czarne włosy, coś uderzyło mnie w tył głowy, zrobiło mi się ciemno przed oczami i osunęłam się na ziemię.