Puszcza Knyszyńska. Opowieści o lesunach, zwierzętach i królewskim lesie, a także o tajemnicach w głębi lasu skrywanych. Tom II - Paweł Średziński

Kup ebooka

34.99 zł

-
Proszę czekać

Chodź ze mną do puszczy

Mia­łem jechać na zachód, na robotę do lasu, ale coś mi strze­liło w ostat­niej chwili, żeby jechać do sto­licy. Już mam wcho­dzić do pociągu, który zaraz ma odjazd, ale w jesz­cze bar­dziej ostat­niej chwili odstrze­liło mnie z powro­tem, żeby jed­nak jechać do lasu tak, jak zamie­rza­łem od pew­nego czasu, a nie do sto­licy, gdzie zresztą aku­rat nie ma jej, do któ­rej jedy­nie mógł­bym spie­szyć.

Edward Sta­chura, Sie­kie­re­zada

Pozor­nie nie ma dla leśnych ludzi ni miej­sca, ni życia. Przy­sto­so­wali się do warun­ków i już teraz niczym się jakoby od reszty ludzi nie róż­nią.

Maria Rodzie­wi­czówna, Lato leśnych ludzi

Czy Pusz­cza Kny­szyń­ska zasłu­guje na jesz­cze jeden zbiór opo­wie­ści? Moim zda­niem tak. I to nie tylko jeden. Pisa­nie o tym lesie za każ­dym razem oka­zuje się dla mnie spo­rym wyzwa­niem. Nie wystar­czy poko­chać tego miej­sca - a nie ukry­wam, że w moim przy­padku jest to miłość wyjąt­kowa, bo w pusz­czy dora­sta­łem i w niej prze­ży­wa­łem moje pierw­sze wiel­kie przy­gody. Pisząc o tym lesie, trzeba się uzbroić w iście bene­dyk­tyń­ską cier­pli­wość, gdyż wie­dza o nim jest czę­sto roz­pro­szona, może być nie­ak­tu­alna, ukryta głę­boko pod ściółką, skąd może kie­dyś wyko­pią ją arche­olo­go­wie. Tutej­szy świat przy­rody rów­nież czeka na odkryw­ców, bo swo­ich bada­czy nie mają kny­szyń­skie wilki, rysie i małe ssaki.

Po napi­sa­niu pierw­szego zbioru opo­wie­ści z mojej uko­cha­nej pusz­czy nie mia­łem dość. Ape­tyt się wzmógł, więc szu­ka­łem dalej. Wyni­kiem tych poszu­ki­wań jest książka, którą zaczy­nasz wła­śnie czy­tać. W 2022 roku przy­stą­pi­łem do zbie­ra­nia kolej­nych histo­rii. Nie wie­dzia­łem wtedy, czy pojawi się szansa na wyda­nie dru­giego tomu. W trak­cie tych poszu­ki­wań na dłuż­szą chwilę zatrzy­mały mnie rzeki, któ­rym poświę­ci­łem odrębną książkę. Jed­no­cze­śnie wciąż jeź­dzi­łem, spo­ty­ka­łem się z róż­nymi oso­bami i szu­ka­łem boha­te­rek oraz boha­te­rów, któ­rych losy splo­tły się z Pusz­czą Kny­szyń­ską.

Dziś oddaję w Twoje ręce ten zbiór opo­wie­ści. Sta­ra­łem się zacho­wać w nim ducha poprzed­niego tomu, ale znaj­dziesz tu także innego ducha pusz­czy. Tak - tego z pro­cen­tami, zamy­ka­nego w butelce bez ety­kiety i ban­de­roli, spo­ży­wa­nego przez ama­to­rów moc­nych trun­ków. Nie ukry­wam, że ule­głem pre­sji czy­tel­ni­ków i pyta­niom, dla­czego w książce zabra­kło roz­działu o leśnym samo­go­nie. W końcu to jedna z miej­sco­wych tra­dy­cji, ale nie tak stara, jak mogłoby się wyda­wać, co wyja­śnią nam eks­perci zaj­mu­jący się bim­brow­nic­twem.

Jej Deli­kat­ność Sarna.

Podob­nie jak poprzed­nio zapra­szam w miej­sca nie­oczy­wi­ste, które nie należą do naj­bar­dziej roz­re­kla­mo­wa­nych w ofi­cjal­nych infor­ma­to­rach. Dla­tego odwie­dzimy dawne pusz­cze Kryń­ską i Mola­wicką, wydzie­lone z wiel­kiej pusz­czy pogra­ni­cza, gdzie dziś znaj­dują się Krynki i Sokółka. Dotrzemy do histo­rycz­nej Pusz­czy Kny­szyń­skiej. Odkry­jemy też losy uczest­nika powsta­nia stycz­nio­wego - inne niż te, któ­rych mogli­by­śmy ocze­ki­wać na kar­tach pod­ręcz­ni­ków.

W moich opo­wie­ściach o pusz­czy sta­ram się oddać głos róż­nym ludziom. Sia­dam, pytam i wsłu­chuję się w to, co mają do powie­dze­nia. Bez tych osób nie byłoby kolej­nego tomu. Nie byłoby też pra­wie 30 godzin nagra­nych roz­mów, które sta­ra­łem się wier­nie odtwo­rzyć, a potem uło­żyć w całość.

Wyjąt­ko­wość Pusz­czy Kny­szyń­skiej polega na sil­nym splo­cie ludzi z przy­rodą. Te związki są wciąż żywe, nawet jeśli nie zda­jemy sobie z nich sprawy. Mój rodzinny Bia­ły­stok to jeden z naj­więk­szych bene­fi­cjen­tów pusz­czań­skiego sąsiedz­twa. Chciał­bym wzmoc­nić i utrwa­lić tę rela­cję, gdyż nie­wiele jest w Pol­sce dużych miast, które u swo­jego progu mają taką cie­kawą pusz­czę.

W roku, w któ­rym uka­zuje się ta książka, swoją pre­mierę będzie miał rów­nież kolejny film Jacka Brom­skiego z cyklu "U Pana Boga". Tym razem będzie to U Pana Boga w Kró­lo­wym Moście. Dla­tego w tym tomie nie mogło zabrak­nąć Krzysz­tofa Dziermy, aktora i kom­po­zy­tora muzyki teatral­nej oraz odtwórcy roli księ­dza Anto­niego, bez któ­rego ta fil­mowa seria, szcze­gól­nie jej pierw­sza część, nie odnio­słaby tak spek­ta­ku­lar­nego suk­cesu. Dzierma od lat jest zwią­zany z pusz­czań­ską osadą Pod­ja­łówka, o czym zgo­dził się opo­wie­dzieć. Z kolei Seba­stian Łupiń­ski prze­każe nam wiele waż­nych fak­tów o pła­zach i gadach żyją­cych w Parku Kra­jo­bra­zo­wym Pusz­czy Kny­szyń­skiej. Dowiemy się, dla­czego ten obszar jest tak ważny dla tra­szek i kuma­ków. Mój roz­mówca wyja­śni także sprawę feral­nej drogi, na któ­rej giną płazy, bo inwe­stor nie prze­ana­li­zo­wał jej wpływu na miej­scową przy­rodę. Poznamy rów­nież ludzi zaj­mu­ją­cych się pta­kami. Odwie­dzimy jedyny w tym rejo­nie ośro­dek reha­bi­li­ta­cji pta­ków pro­wa­dzony przez Nad­le­śnic­two Krynki. W książce poja­wią się też badaczka roślin, znawca grzy­bów oraz zie­larka z Ziel­skiej Kolo­nii.

Każda z osób, o któ­rych prze­czy­ta­cie, podzie­liła się ze mną swoją wyjąt­kową per­spek­tywą i przed­sta­wiła swoje poglądy na las, pusz­czę oraz świat przy­rody. Spo­tka­cie w tym tomie ludzi z pasją, miesz­kań­ców pusz­czań­skich osad, leśni­ków i przy­rod­ni­ków. Poja­wią się też osoby, które pró­bują zacho­wać histo­rię swo­ich małych ojczyzn, i takie, które nawo­łują do wzmoc­nie­nia ochrony lasów Pusz­czy Kny­szyń­skiej. Sta­ra­łem się, by w tym tomie wybrzmiały różne głosy - cho­ciaż wiem, że powinno ich być znacz­nie wię­cej.

Nie­stety, o czę­ści osób piszę już w cza­sie prze­szłym. To dość bole­sna prawda o pusz­czy. Wraz ze śmier­cią kolej­nych poko­leń lesu­nów i zapol­ni­ków - ludzi miesz­ka­ją­cych w lesie lub w jego sąsiedz­twie - zani­kają pamięć i ustny prze­kaz. Tra­cimy bez­pow­rot­nie te naj­cen­niej­sze archiwa.

Gdy­bym mógł cof­nąć czas, chciał­bym się spo­tkać z Roma­nem Pru­skim, który zgro­ma­dził potężny zbiór mate­ria­łów poświę­co­nych pusz­czy. Przez lata nagry­wał, wygrze­by­wał ze sta­rych domów ślady prze­szło­ści, wyszu­ki­wał setki róż­nych doku­men­tów. Nie­stety, jego spu­ści­zna zagi­nęła, a pamięć o nim nie jest pie­lę­gno­wana. Nie mogę odża­ło­wać, że prze­cho­wy­wane przez niego nagra­nia i zapi­ski nie tra­fiły do muzeum lub archi­wum. Nikt nie wie, co się z nimi stało. A może ktoś wie? Może to będzie kolejny trop? W tym tomie pró­buję przy­wró­cić pamięć o tym leśniku, pasjo­na­cie histo­rii i odkrywcy kopalni krze­mie­nia w Pusz­czy Kny­szyń­skiej.

Już teraz wspo­mnę o pew­nym wyjąt­ko­wym odkry­ciu, a wię­cej prze­czy­ta­cie o nim w jed­nym z roz­dzia­łów. Otóż w trak­cie pisa­nia tej książki zda­rzyło się coś, co spra­wiło, że spoj­rza­łem na moje upa­mięt­nia­nie pusz­czy w zupeł­nie inny spo­sób. Leszek Posto­ło­wicz, histo­ryk ze Smo­lanki, który bada prze­szłość Sokólsz­czy­zny, na początku naszego spo­tka­nia poświę­co­nego dzie­jom tej pusz­czań­skiej wsi poło­żył na stole kopię sta­rego doku­mentu. Była to pocho­dząca z 1639 roku ordy­na­cja, czyli spis puszcz poło­żo­nych w Wiel­kim Księ­stwie Litew­skim. Leszek zapy­tał mnie, czy wiem, dla­czego piszę o Pusz­czy Kny­szyń­skiej, a ja bez więk­szego namy­słu odpo­wie­dzia­łem, że to las mojego dzie­ciń­stwa. Wtedy stwier­dził, że jego zda­niem ist­nieje inna przy­czyna. Wska­zał pal­cem nastę­pu­jący frag­ment tej ordy­na­cji:

ORDI­NA­TIJA puszcz i k. m. W. X. L. w lesnic­twach niżey opi­sa­nych w uni­wer­sale y w instruc­tii i. k. m. ich msciom pp. comis­sa­rzom daney liqu­ido­wa­nych, którą ordi­na­tią i. m. Pan Piotr Dołmat Isay­kow­ski - łow­czy W. X. L., wie­lebny igo-mść x-dz Jan Pac - kano­nik Wileń­ski, secre­tarz igo k. m. y iego-mść Pan Krzysz­toph Bia­ło­zor - mar­sza­łek Upit­ski, w r. 1636, in Novem­bri zaczeli y, po apro­ba­tii od i. k. m., odpra­wu­jąc ią w roku 1637 y w leciech prze­szłych con­ti­nu­owali; który rejestr tey ordi­na­tii przeze mnie Pawła Śre­dziń­skiego - pisa­rza i. k. msci skar­bo­wego W. X. L., przy ich mosciach, panach komi­sa­rzach będą­cego, porząd­nie zgo­to­wany y napi­sany.

"To dla­tego piszesz o pusz­czy" - oznaj­mił Leszek Posto­ło­wicz. Od tego czasu nie będę temu zaprze­czał. Może jeden ze Śre­dziń­skich - czy Srze­dziń­skich, bo róż­nie zapi­sy­wano to nazwi­sko - do tego o imie­niu Paweł, był moim odle­głym przod­kiem albo kuzy­nem przod­ków? Nie ulega wąt­pli­wo­ści, że spi­sał ordy­na­cję dla dużej czę­ści obec­nej Pusz­czy Kny­szyń­skiej znaj­du­ją­cej się po stro­nie wiel­kok­sią­żę­cej, po rzeki Brzo­zówkę i Czarną, wyzna­cza­jące przez kilka wie­ków gra­nicę państw. Dziś to ja pró­buję opi­sać ten las leżący po obu stro­nach daw­nej linii roz­gra­ni­cza­ją­cej Koronę i Wiel­kie Księ­stwo. Czy osoba pisząca o Pusz­czy Kny­szyń­skiej, która dowia­duje się, że wcze­śniej ist­niał inny Paweł Śre­dziń­ski, który pisał o tym lesie, potrze­buje więk­szej moty­wa­cji? Abso­lut­nie nie!

A teraz chodź ze mną do pusz­czy. Razem odkry­jemy kolejne tajem­nice ukryte w jej ostę­pach.

U Pana Boga w Podjałówce

Jesz­cze tak nie było, ja w każ­dym razie nie sły­sza­łem, żeby jakiś stary, wspo­mi­na­jąc dawne czasy, powie­dział, że gor­sze były te dawne czasy. Zawsze lep­sze były. Lep­sze, bo młode. Mło­do­ścią bucha­jące.

Edward Sta­chura, Sie­kie­re­zada

Pusz­cza Kny­szyń­ska jest pusz­czą fil­mową, cho­ciaż wciąż wiele osób nie zdaje sobie z tego sprawy. Weźmy wybitne dzieło pol­skiego kina - Ludzie z pociągu. Film w reży­se­rii Kazi­mie­rza Kutza powsta­wał na nie­ist­nie­ją­cej już sta­cji Kuriany, poło­żo­nej przy torach wio­dą­cych do Woł­ko­wy­ska. Potem przy­szła pora na sta­cję w Kny­szy­nie. To na niej powstało kilka ujęć bar­dzo dobrego, cho­ciaż zapo­mnia­nego filmu Boł­dyn w reży­se­rii Ewy i Cze­sława Petel­skich. Wresz­cie mamy Sie­kie­re­zadę. Wbrew prze­świad­cze­niu wielu osób ekra­ni­za­cja powie­ści Edwarda Sta­chury nie została zre­ali­zo­wana w Biesz­cza­dach, ale wła­śnie w Pusz­czy Kny­szyń­skiej. To w tym fil­mie zoba­czymy mię­dzy innymi sceny, w któ­rych widać pusz­czań­ską wąsko­to­rówkę. Ale to nie te obrazy wypro­mo­wały pusz­czę. Musie­li­śmy jesz­cze długo cze­kać na film, który roz­sła­wił ją w całym kraju.

U Krzysz­tofa Dziermy jest jak u Pana Boga.
Pod­ja­łówka stała się ulu­bio­nym domem Krzysz­tofa Dziermy.

Nie ma chyba w Pol­sce osoby, która przy­naj­mniej raz w życiu nie sły­sza­łaby o fil­mach Jacka Brom­skiego. Ów reży­ser stwo­rzył kome­diową serię "U Pana Boga". To dzięki Brom­skiemu oraz wybo­rowi Pusz­czy Kny­szyń­skiej i jej oko­lic na fil­mowe ple­nery Bia­ło­stoc­czy­zna zyskała na popu­lar­no­ści, cho­ciaż efekt ten był raczej dzie­łem przy­padku niż zamie­rzoną akcją pro­mo­cyjną regionu. Cała Pol­ska śle­dziła przed­sta­wione w kolej­nych fil­mach losy boha­te­rów z Kró­lo­wego Mostu: komen­danta gra­nego przez Andrzeja Beję-Zabor­skiego i księ­dza pro­bosz­cza, w któ­rego postać wcie­lił się Krzysz­tof Dzierma.

Pierw­szą część pery­pe­tii miesz­kań­ców Kró­lo­wego Mostu wspo­mi­nam naj­le­piej. Nie tylko dla­tego że była czymś zupeł­nie nowym w pol­skim kinie. Nie dla­tego że była zabawna, a akcja toczyła się wartko. Zro­biła na mnie wra­że­nie przede wszyst­kim z racji swego kro­ni­kar­skiego cha­rak­teru. Utrwa­liła bowiem mój matecz­nik takim, jakim go zapa­mię­ta­łem z cza­sów mło­do­ści. Była słynna tar­go­wica przy ulicy Kawa­le­ryj­skiej, gdzie kupo­wało się dżinsy i wszystko, czego poszu­ki­wał nabywca nie­dy­spo­nu­jący dużym budże­tem. Gale­rie han­dlowe i wiel­kie sklepy jesz­cze do nas nie dotarły, a czego nie zała­twiło się w osie­dlo­wym warzyw­niaku lub spo­żyw­czym, można było zna­leźć na naj­roz­le­glej­szym bia­ło­stoc­kim baza­rze. Podobno był on naj­więk­szym w Pol­sce ośrod­kiem han­dlu deta­licz­nego, który wyprze­dzał nawet war­szaw­ski Sta­dion Dzie­się­cio­le­cia. W fil­mach Brom­skiego poja­wiły się też bli­skie mi kra­jo­brazy rzecz­nych dolin, łąk i lasów, które sta­no­wiły dosko­nałe tło fil­mo­wej akcji. Z roku na rok te obrazy budzą we mnie więk­szą nostal­gię. W pierw­szej czę­ści "U Pana Boga" było śmiesz­nie, swoj­sko i siel­sko - film uka­zał bia­ło­stoc­kie lata dzie­więć­dzie­siąte w pigułce. Mówiąc po naszemu: "dla mnie się podo­bało".

W kolej­nych odsło­nach świat kre­owany przez Brom­skiego sta­wał się coraz bar­dziej odre­al­niony. Nie przysta­wał już do miej­sco­wej rze­czy­wi­sto­ści, cho­ciaż wciąż kusił pej­za­żami, dobrymi dia­lo­gami i wyjąt­ko­wym kli­ma­tem. Pew­nie z tego powodu widzo­wie pozo­stali wierni serii, nawet jeśli wycho­dzili z kino­wej sali z poczu­ciem, że kolejna część nie jest już tak soczy­sta. Ci, któ­rzy nie zdo­łali zoba­czyć fil­mów w kinie, obej­rzeli "U Pana Boga" w tele­wi­zji, gdyż poza peł­no­me­tra­żo­wymi czę­ściami cyklu powstał także serial.

W jed­nym z wywia­dów Jacek Brom­ski tak mówił o feno­me­nie kome­dii "U Pana Boga", które wyre­ży­se­ro­wał:

Pierw­szy film krę­ci­li­śmy z duszą na ramie­niu. Przed­tem nie było takiego kina, dopiero potem poja­wiły się Ran­cza i Ple­ba­nie. Jakoś tra­fił do widzów. Sta­ra­li­śmy się uka­zać taki świat, do któ­rego każdy tęskni, a czło­wiek tęskni do natu­ral­nego i boskiego porządku, gdzie wszystko jest prze­wi­dy­walne, powta­rzalne i bez­pieczne. Oka­zało się, że ludzie cze­goś takiego potrze­bo­wali. Myślę, że film tra­fił do sze­ro­kiej publicz­no­ści, bo odwo­ły­wał się też do jakichś arche­ty­pów kul­tu­ro­wych, do tęsk­noty za takim utra­co­nym już miej­scem na ziemi. Poza tym akto­rzy! Oni są prze­cież fan­ta­styczni, choć nie­znani, ale stam­tąd - to było ważne1.

Cho­ciaż w Pusz­czy Kny­szyń­skiej już wcze­śniej powsta­wały filmy, o któ­rych wspo­mnia­łem, to od Brom­skiego zaczęła się fil­mowa kariera Supra­śla - współ­cze­snej pusz­czań­skiej sto­licy, gdzie póź­niej powsta­wał tele­wi­zyjny serial Blon­dynka. To cykl "U Pana Boga" roz­sła­wił to miej­sce.

W 2024 roku na ekra­nach kin pojawi się czwarta kome­dia z tej serii, także w reży­se­rii Brom­skiego. Tym razem ma być u Pana Boga, ale nie za pie­cem, w ogródku, czy za mie­dzą, tylko w Kró­lo­wym Moście. Jak zapo­wie­dział reży­ser, w naj­now­szej czę­ści Kró­lowy Most ogłosi nie­pod­le­głość w reak­cji na odkry­cie arche­olożki, która odnaj­duje w pod­zie­miach miej­sco­wego kościoła uni­wer­sał kró­lew­ski. Król nadał w nim wła­ści­cie­lowi tej oko­licy przy­wi­lej nie­za­leż­no­ści od Korony. Miesz­kańcy Kró­lo­wego Mostu potwier­dzają waż­ność doku­mentu i ogła­szają sece­sję.

Filmu nie udało mi się jesz­cze zoba­czyć, ale nie spo­dzie­wam się, by był lep­szy niż pierw­sza kome­dia z tej serii. Choć kolejne odsłony "U Pana Boga" robiły na mnie coraz gor­sze wra­że­nie, oglą­da­łem je, gdyż poja­wiał się w nich mój ulu­biony boha­ter - ksiądz pro­boszcz Antoni, któ­rego postać stwo­rzył Krzysz­tof Dzierma. Można zary­zy­ko­wać stwier­dze­nie, że gdyby nie Dzierma w roli ple­bana, "U Pana Boga" skoń­czy­łoby się na pierw­szej czę­ści, a cała Pol­ska nie zachwy­ci­łaby się Kró­lo­wym Mostem. Oczy­wi­ście swoje zro­bił też nie­za­stą­piony w roli komen­danta Andrzej Beja-Zabor­ski.

Podjałówka

Posta­no­wi­łem odwie­dzić Krzysz­tofa Dziermę, który zawo­dowo zwią­zał się z Bia­ło­stoc­kim Teatrem Lalek, ale zamiesz­kał poza mia­stem - w Pod­ja­łówce. W miej­scu, z któ­rego pocho­dził ojciec jego żony, nad nie­wielką rzeką Pod­ja­łówką, z wido­kiem na jej dolinę, urzą­dził sobie sie­dli­sko. Ma tu naprawdę jak u Pana Boga. Zresztą, jak mi opo­wie, Brom­ski go odwie­dził i nawet suge­ro­wał, żeby w tym miej­scu nagrać sceny do filmu - ale Dzierma wybił mu ten pomysł z głowy.

Kiedy wysia­dam z samo­chodu, Krzysz­tof Dzierma staje przed domem i oznaj­mia, że wła­śnie robi ogórki, więc zapra­sza do środka. Od pierw­szych słów zdaję sobie sprawę, że Dzierma w fil­mie Brom­skiego nikogo nie zagrał. Nie musiał two­rzyć postaci księ­dza na potrzeby filmu. On w tych kome­diach jest sobą, cho­ciaż w praw­dzi­wym życiu wyko­nuje zupeł­nie inną pro­fe­sję i bli­żej byłoby mu do fil­mo­wego orga­ni­sty. Na co dzień kom­po­nuje muzykę do przed­sta­wień teatral­nych. Współ­pra­co­wał z wie­loma pol­skimi sce­nami, ale na stałe zatrud­nił go Bia­ło­stocki Teatr Lalek. Krzysz­tof Dzierma nie­długo wybiera się na eme­ry­turę, ale do Pod­ja­łówki prze­niósł się znacz­nie wcze­śniej.

Aktor i kom­po­zy­tor w jed­nej oso­bie wpro­wa­dza mnie do kuchni. Na stole stoją słoje z ogór­kami. "Ogórki robię, wła­ści­wie to już te ogórki skoń­czy­łem" - mówi i już można odnieść wra­że­nie, że jest się na ple­ba­nii u księ­dza Anto­niego. Bra­kuje tylko księ­żow­skiej gospo­dyni. Naszej roz­mo­wie towa­rzy­szy tyka­nie sta­rego zegara. "Taki sam stał w moim rodzin­nym miesz­ka­niu. Pamięta jesz­cze przed­wo­jenne czasy. Regu­lar­nie wybija każdą godzinę - mówi mi Krzysz­tof Dzierma. - To zegar po matce. Zmarła i nikt go już nie nakrę­cał. Mówili mi, że gło­śno bije. Prze­szka­dzał. To zabra­łem ten zegar tutaj. W nocy się prze­bu­dzę i nie muszę palić świa­tła, bo sły­szę: raz, dwa, trzy, cztery - i już wiem, że czwarta".

Pod­ja­łówka leży obok wsi Jałówka, a ta z kolei obok wsi Roze­dranka, w któ­rej znaj­dują się kościół i miej­scowa para­fia. W Pod­la­skiem jest kilka miej­sco­wo­ści o nazwie Jałówka. "Od kiedy miesz­kam w Pod­ja­łówce? - odpo­wiada na moje pierw­sze pyta­nie Krzysz­tof Dzierma. - Ten dom został wybu­do­wany w 2006 roku, ale pierw­sza szopa, w któ­rej zamiesz­ka­łem i którą wła­sno­ręcz­nie posta­wi­łem, to była już w osiem­dzie­sią­tym ósmym roku. Zatem powiedzmy sobie, że od tego czasu. To mija już 35 lat, jak tu jestem".

Dzierma cały czas spo­gląda na ogórki. Domi­nuje w nim gen gospo­da­rza, który musi zadbać o odpo­wied­nie zapasy dla domu, naj­le­piej z wła­snego ogródka. Po chwili mój roz­mówca kon­ty­nu­uje opo­wieść:

Kupi­łem ten kawa­łek pola na grun­tach szó­stej kate­go­rii. To w Pod­ja­łówce ojciec żony miał pasiekę. Zaraz za tym pło­tem. No a jak była pasieka, to i psz­czoły, i ktoś przy tych psz­czo­łach musiał robić. Teść miał dwóch synów i córkę, ale nie wyka­zy­wali zain­te­re­so­wa­nia psz­cze­lar­stwem. A ja z teściem mia­łem wspólny język, tak że do tej pory żona mówi mi, że z jej ojcem ślub bra­łem, a nie z nią. I tak przy­jeż­dża­łem tutaj co roku od osiem­dzie­sią­tego czwar­tego, i prak­tycz­nie całe waka­cje z nim na tej pasiece sie­dzia­łem. A oprócz tego, że była pasieka, to były i inne zaję­cia, jak to na wsi. Któ­re­goś razu myślę sobie, a ja mia­łem takie cią­goty wiej­skie już od dziecka, żeby zamiesz­kać na wio­sce. Bo dzie­ciń­stwo w zasa­dzie spę­dzi­li­śmy z sio­strą u mojej ciotki. Ciotka miesz­kała w trój­ką­cie Augu­stów-Suwałki-Ełk, na ponie­miec­kiej kolo­nii. Domy poroz­rzu­cane, elek­try­fi­ka­cji nie było. To był począ­tek lat sześć­dzie­sią­tych, a myśmy z rodzi­cami miesz­kali wtedy we Wro­cła­wiu. Rodzice jesz­cze byli mło­dzi, szkoły musieli jakieś skoń­czyć, to stu­dia, to praca, i nie miał kto się nami zająć. A że ciotka miała trójkę dzieci w podob­nym wieku do nas, to dla niej czy ma wykar­mić troje, czy pię­cioro, to było wszystko jedno. Zima, lato, tam żeśmy sie­dzieli przez dwa lata. Stąd te wspo­mnie­nia z wcze­snych lat już we mnie zostały. I wró­ci­łem na wieś. Dziś nie chce mi się już wra­cać do mia­sta. Nie­chęt­nie tam jeż­dżę. Nie tęsk­nię.

Krzysz­tof Dzierma uro­dził się w Kętrzy­nie, cho­ciaż jego rodzice pocho­dzą z Suwalsz­czy­zny:

Matka moja wró­ciła z Sybe­rii, gdzie tra­fiła z sio­strami. I oni mło­dzi ludzie, jako że na gospo­darce nie mogli prze­trwać, bo było dużo dzieci, poje­chali za chle­bem. Ojciec wyje­chał do Kętrzyna, jakąś pracę tam miał, wyna­jął jakieś miesz­ka­nie, ścią­gnął matkę, a w mię­dzy­cza­sie ja się uro­dzi­łem. Potem z tego Kętrzyna poje­chaliśmy do Wro­cła­wia. Oka­zało się, że ojciec ma tam jesz­cze lep­szą pracę i miesz­ka­nie jesz­cze dawali, to zde­cy­do­wał się poje­chać. Jolka, moja sio­stra, uro­dziła się już we Wro­cła­wiu. Potem znów się prze­nie­śli­śmy. W 1965 roku przy­je­cha­li­śmy do Bia­łe­go­stoku. W Bia­łym­stoku miesz­ka­łem, ale nie wiem, czy jestem bia­ło­sto­cza­ni­nem, bo nie wiem, jak to się liczy. Cho­ciaż nie czuję się ani kętrzy­nia­ni­nem, ani wro­cła­wia­ni­nem. Nato­miast wszy­scy bia­ło­sto­cza­nie to wieś napły­wowa. Zresztą u nas wszy­scy napły­wowi. Nawet tu, w Pod­ja­łówce. Kie­dyś taka kuzynka stąd pokłó­ciła się ze mną. I mówi do mnie, że ja nawa­łoć, bo ja nie z tych stron. To jej odpo­wie­dzia­łem: "Tadzia, prze­cież cie­bie tutaj przy­wieźli spod Dąbrowy Bia­ło­stoc­kiej. Dwa dni koń cią­gnął furę, a ty na tej furze sie­dzia­łaś i jałówka do niej była przy­wią­zana. To ty nie nawa­łoć? A Twoja córka to co? Mieszka w Bia­łym­stoku. To ona nie nawa­łoć?". Bo nawa­łoć ozna­cza tutaj przy­błędę. A ona mnie tutaj od nawa­łoci wyzywa. Nie wia­domo, kto jest stąd, a kto nie. A prawda jest taka, że miesz­kam tu już tyle lat, dobrze mnie znają, że jestem już tutej­szy. We wsiach wokół mam już zna­jo­mych. Oni nie trak­tują mnie tutaj jako kogoś, kto tutaj tylko przy­jeż­dża. Teraz jestem czę­ścią tego miej­sca. Bar­dziej niż Bia­łe­go­stoku.

A jak Dzierma zna­lazł swój kawa­łek ziemi?

Pomy­śla­łem sobie, że dobrze byłoby mieć swoją działkę, jakiś kawa­łek terenu. Zapy­ta­łem teścia, czy nie ma tu jakiejś ziemi do kupie­nia. A on mi mówi: a po co ci to, weź tam sobie przy dro­dze kawa­łek mojej ziemi, gdzie sadek jest, postaw szopę i siedź. Ja mówię: nie, ty jesz­cze masz dwóch synów, jak oni się zacho­wają w przy­szło­ści, to ja nie wiem, a nie chcę potem się z nikim o zie­mię kłó­cić. Szu­ka­łem dalej. Ale tu, gdzie dziś stoi mój dom, są te wszyst­kie stawy. Aż do tych mokra­deł było pole. Rósł na nim owies, a dalej było bagno. Któ­re­goś razu miej­scowy gospo­darz Ado­lek, już nie­ży­jący, na kola­nach sier­pem żął ten owies. To ja mówię mu wtedy: "Panie Ado­lek, pro­daj hetu ziemlu". A on odpo­wiada: "A bieri dar­moj". A ja mu mówię: "Nie, ja nie cha­czu dar­moj, ja cha­czu paku­pit". W 1988 roku nie mogłem kupić, bo nie byłem rol­ni­kiem. Nie­rol­nik nie mógł takiej ziemi nabyć, tylko wydzier­ża­wić. I zaczęło się od dzier­żawy. Po 1989 roku zmie­niły się te prze­pisy i już można było nota­rial­nie kupić na wła­sność. I tak tutaj sie­dzę, cho­ciaż tro­chę przez przy­pa­dek.

Po chwili namy­słu Krzysz­tof Dzierma pyta: "Zro­bić ci coś do picia? Her­batkę?", po czym szybko prze­cho­dzi na temat ogór­ków sto­ją­cych na stole:

O, wczo­raj solanki nago­to­wał. Stop­niowo i na bie­żąco trzeba robić ogó­reczki, jak rosną. Zalał je, zago­to­wał i zro­bię z nich kiszone. Póź­niej one już na te kiszone nie nada­wa­łyby się, już takie mniej­sze rosną. Wtedy robię octowe. A jak zapo­mnę, ogó­rek prze­ro­śnie, to pikle robię. Albo sałatkę, ale w tym roku nie będzie z ogór­kami wesoło. Mam kawa­łek ogródka, kawa­łek szklarni. Ja mam tu cały czas coś do roboty. Te wszyst­kie budowle, które tu są, to wszystko posta­wione moją ręką. Nie powiem, że dom sam muro­wa­łem, bo to byłoby nie­moż­liwe. Ale wykoń­cze­niówkę już ja robi­łem. Pod­łogę, na któ­rej nogi trzy­masz, wła­sno­ręcz­nie ukła­da­łem. Kafelki, łazienkę całą, wszystko sam wyko­na­łem - i nie dla­tego że pie­nię­dzy nie było czy nie chcia­łem wyda­wać, ale raz, że robię tak, jak chcę, a poza tym mia­łem czas i nie musia­łem mówić komuś, jak ma to zro­bić.

Pod­ja­łówka leży tuż obok lasu. Kiedy pytam o pusz­czę, Dzierma odpo­wiada:

Las jak las. W zasa­dzie teść miał las, zaraz za pań­stwo­wym, jak na Polanki jechać. W tym lesie robota to zawsze była. Teść czę­sto mówił: chodź, zięć, do lasu. I sie­kierkę brał, i piłę. Wiatr coś powali, trzeba posprzą­tać. Tamtą szopę jak sta­wia­łem w koń­cówce lat osiem­dzie­sią­tych, to nie było prze­cież pie­nię­dzy, bo słabo wtedy zara­bia­łem, a dobrego drewna nie można było kupić. I tamta szopka prak­tycz­nie cała z topoli jest zro­biona. A topola to był kie­dyś chwast, który się wyci­nało. Obróbka tej topoli świe­żej w traku - to poszłyby z niej wióry. Dla­tego pusz­cza­li­śmy spe­cjal­nie na dużej kraj­ze­dze, żeby co drugi ząb wyciąć. Dziś do lasu cho­dzę głów­nie po grzyby. Bar­dzo to lubię. Naj­le­piej widać po zapar­ko­wa­nych pod lasem samo­cho­dach, czy grzyby już są. Jak są samo­chody, to zna­czy, że na żółte przy­je­chali. Cho­ciaż z tymi grzy­bami róż­nie bywa. Wysy­pują się w róż­nych ter­mi­nach.

Pod­ja­łówkę trak­tuje się jako kolo­nię Jałówki. Mimo że posta­wiono dro­go­wskaz z nazwą Pod­ja­łówka, to na koper­cie należy wpi­sy­wać nazwę więk­szej miej­sco­wo­ści. Spro­wa­dziła się tutaj rodzina Łuka­sze­wi­czów - to z niej pocho­dzi żona Krzysz­tofa Dziermy:

Teść się chwa­lił, że oni szlachta, że jakiś szlach­cic przy­je­chał do Pod­ja­łówki z Mar­ko­wego Wygonu. Oże­nił się z wła­ści­cielką tutaj i potem cała rodzina, ci Łuka­sze­wi­cze, osia­dła na stałe. Na pewno Pod­ja­łówka powstała wcze­śniej niż Polanki. To sąsied­nia, młod­sza wio­ska. W Pod­ja­łówce jest tak, że ja też, jak tam­ten przo­dek Łuka­sze­wi­czów, jestem przy­jezdny. Można powie­dzieć, że ja posze­dłem w pry­maki, cho­ciaż żona uro­dziła się i miesz­kała w Bia­łym­stoku. I tam żeśmy miesz­kali. Stąd tylko teść był. Dziś to taka wio­ska-nie wio­ska. Mało kto gospo­darkę ma. Część pra­cuje w mie­ście. Część ma drugi dom na lato i week­endy.

Dzierma prze­rywa i wraca do przy­go­to­wy­wa­nia ogór­ków:

Teraz muszę te ogórki przy­kryć, żeby oddzie­lić od świa­tła dzien­nego. Po dwóch dniach do piw­nicy zniosę, jak zła­pią kisze­nie. Z ogór­kami jest tak, że ja ludziom nie wie­rzę, bo ci, co robią na sprze­daż ogórki, potra­fią je byle czym z szamba pod­le­wać, nie mówiąc już o sale­trze. I weź teraz worek ogór­ków, nawet na gieł­dzie. Zro­bisz nawet 100 sło­ików, a w zimie wycią­gasz i szam­bem pachną. Wolę już, jeśli się zda­rzy taki rok, jak jest nie­uro­dzaj, z beczki te ogórki kupo­wać, bo wiem, że mogę go spró­bo­wać, zanim kupię. Ale nie ma to jak swoje. Swoje to przede wszyst­kim wiesz, co jesz, jak to mówią. Inna sprawa, że dobrze mieć swój ogród. Gotuję zupę czy coś innego. Poszedł, wyrwał świeże, a jak ja raz na tydzień do sklepu jeż­dżę, to zwięd­nięte bym tylko miał. A tak - to świeże z wła­snej uprawy. Teraz tylko z krę­go­słu­pem u mnie jest ciężko i z tym schy­la­niem się jest kło­pot. Ale mam już na to spo­sób. Któ­re­goś razu na kola­nach zasu­wam, pielę, bo ja lubię pie­lić, radyjko mi tam gra. Myślę sobie: czemu ja muszę się do ziemi schy­lać? Czemu ta zie­mia nie przyj­dzie do mnie? Wiesz, co wymy­śli­łem? Chodź, pokażę ci w piw­nicy.

Dzierma pro­wa­dzi mnie teraz scho­dami na dół i mówi:

Pomy­śla­łem sobie, że zro­bię skrzy­nie. One będą na pod­wyż­sze­niu. Takich skrzyń będzie osiem, oczy­wi­ście każda zaim­pre­gno­wana, wyło­żona folią z dre­na­żem. Usta­wię je wzdłuż, o tak, że z obu stron będę miał doj­ście. I jeżeli to będzie na wyso­ko­ści stołu, to ja mogę pie­lić i nie klę­kać. Bo ja oprócz tego, że lubię pra­co­wać w ogro­dzie, to i lubię maj­ster­ko­wać. Tu mam taki warsz­tat, a tam za domem jesz­cze drugą sto­lar­nię. Nie zno­szę upa­łów. Jak są upały, to scho­dzę tutaj do piw­nicy i coś klecę. Tu mam chło­dek. Rano, jak nie jest jesz­cze gorąco, to idę do tam­tej szopy. Jest tam uko­śnica, piła. A tutaj kryję się w upały. I cały czas mam w piw­nicy prze­twory, tylko teraz to są jesz­cze pozo­sta­ło­ści z ubie­głego roku. Tu kwiaty bzu poro­bione. Tro­chę porzeczki. Tro­chę papryki. Tro­chę suszo­nych grzy­bów.

Wra­camy do kuchni. Zegar wybija kolejną godzinę, a Krzysz­tof Dzierma nie prze­staje mówić: "Ja ni­gdy nie pla­nuję, co mam zro­bić, bo ni­gdy nie wiem, jaka będzie pogoda, a tym, co zapo­wia­dają z tele­wi­zji, nie wie­rzę. To jest po pro­stu naj­lep­szy zawód świata. Można nakła­mać i nie ma żad­nych kon­se­kwen­cji. Ale jakby im po pre­mii dali albo wypła­cali im pen­sje od spraw­dzal­no­ści pro­gnozy pogody, o, już by wtedy ina­czej gadali".

Wycho­dzimy z kuchni przed dom. Gospo­darz zauważa:

Tu dużo wody jest. A to dla­tego, że pły­nie Pod­ja­łówka. Ten staw był kie­dyś dobrym sta­wem. Teraz jest zapusz­czony, zaro­śnięty, bo nie ma ryb. A ryb nie ma, bo wydra zała­twiła. I już ryb nie wpusz­czam. Bo jak wpusz­czę amura czy toł­pygę, to mi wydra wyj­mie. A ta pod ochroną. Po tam­tej stro­nie rzeki, gdzie Sie­mie­niaki miesz­kali, było też mnó­stwo sta­wów, ale teraz wszystko zaro­śnięte. Sie­mie­niaki już prak­tycz­nie wszyst­kie powy­mie­rali. Daw­niej mieli hodowlę ryb. Jesz­cze miał ją dzia­dek Sie­mie­niako. Ten dzia­dek Sie­mie­niako przed II wojną świa­tową wydzier­ża­wił łąki od tak zwa­nych gospo­da­rzy sokól­skich i chciał zro­bić młyn na tej rzece. Wtedy rzeka ina­czej wyglą­dała, bo teraz to zme­lio­ro­wana. Przed­tem, jak mówią, ja tego nie pamię­tam, ona się wiła. Tam było wtedy bagni­sko, ale po dru­giej stro­nie była wielka góra pia­chu, żwi­rowa. A że Sie­mie­niako chciał tu budo­wać, to musiał coś wymy­ślić. I on ten żwir prze­wo­ził, i usy­py­wał. Ale jak ten żwir na bagno prze­wo­zić? I wiesz, co ten Sie­mie­niako wymy­ślił? Szyny uło­żył i takie jak w kopalni wago­niki na nich posta­wił. Łado­wał ten wago­nik żwi­rem, prze­py­chał, wysy­py­wał i ukła­dał następne tory, żeby szła dalej robota. Widać ogrom jego pracy po tym, jak duże wyro­bi­sko po sobie zosta­wił. Dziś po dziadku Sie­mie­niako został już tylko dom. I wyro­bi­sko.

W Pod­ja­łówce nie ma już wielu gospo­da­rzy, któ­rzy upra­wiają zie­mię. Jak tłu­ma­czy Krzysz­tof Dzierma:

Jeden tylko jest, i to pełną gębą. Jesz­cze nie­dawno ci za pło­tem mieli krowy. Z jedną krową sąsia­dów nawet się zaprzy­jaź­ni­łem - i to do tego stop­nia, że nauczy­łem ją piwo pić. Nazy­wała się Mar­cy­sia. Miała kol­czyk numer 2060. Ona pod­cho­dziła, ja jej to piwo dawa­łem. Potem się obra­ca­łem, ona mi plecy całe wymy­wała, lizała tym szorst­kim jęzo­rem. I któ­re­goś wie­czora, kiedy po doje­niu krowy wypusz­czali na pastwi­sko za moim pło­tem, przy­je­chała moja żona. A ta Mar­cy­sia zoba­czyła mnie i leci do mnie i woła: "Muuuu, muuuu". Ja do niej mówię: "Cicho, Mar­cy­sia, nie widzisz, że żona przy­je­chała?". A jakie mleko od tych krów było! O Jezu, jak ja bym się takiego mleka napił teraz! Nie ma już takiego mleka, nie ma już takich krów. No jesz­cze Wró­bel ma stado krów, ale co tam do niego jechać, jak on tam z rana od razu to mleko chło­dzi, żeby do mle­czarni poje­chało. A z tam­tego mleka od tych krów sąsia­dów to mia­łem i śmie­tanę, i masło, i twa­rogi, i zsia­dłe.

Ksiądz Antoni

Krzysz­tof Dzierma jest już po zdję­ciach do U Pana Boga w Kró­lo­wym Moście - czwar­tej czę­ści fil­mo­wego cyklu Jacka Brom­skiego. Pierw­sza część była za pie­cem, druga w ogródku, a trze­cia za mie­dzą. Kiedy spo­ty­kamy się w Pod­ja­łówce, stwier­dza, że nie widział jesz­cze naj­now­szej pro­duk­cji. Jest prze­ko­nany, że film będzie zupeł­nie inny niż poprzed­nie. Nie wie, czy ludziom się spodoba: "To taki mora­li­tet o demo­kra­cji, inny niż poprzed­nie czę­ści. Miesz­kańcy Kró­lo­wego Mostu chcą się sami rzą­dzić, co ma swoje poważne kon­se­kwen­cje".

Dzierma przy­znaje:

Nie lubię na sie­bie patrzeć. Taki ama­tor jestem, co pod nosem coś mówi. Nie lubię swo­jego głosu słu­chać. Mnie to drażni, ale ludziom pierw­sza część się spodo­bała. A dla­czego poko­chali ten film? Raz, że piękne uję­cia Len­czew­skiego, baj­kowe takie: jakiś zagu­biony świat, drogi roz­jeż­dżone, krzywe płoty, kapliczki ładne, prze­strze­nie, prze­piórki w tle się odzy­wają. Dwa: ta rola księ­dza zro­biona jest w ten spo­sób, że to jest taki gospo­darz, który dba nie tylko o swój doby­tek, ale o wszyst­kich. On nie wyciąga ręki po pie­nią­dze i nie mówi: daj­cie, ale stara się raczej sam coś od sie­bie dać. To pomi­dorka, to wędlinkę, psz­czoły ma, tak jak to było kie­dyś. Teraz księża nie robią tego z pro­stej przy­czyny - bo nie mają na to czasu. Mają wiele obo­wiąz­ków. Wiem, bo róż­nych księży znam.

Zanim Jacek Brom­ski tra­fił na odtwór­ców ról księ­dza i komen­danta z Kró­lo­wego Mostu, poja­wił się sce­na­riusz Tade­usza Chmie­lew­skiego do filmu pod tytu­łem Ave Maru­sia. Miał on opo­wia­dać o przy­jeź­dzie kobiety zza wschod­niej gra­nicy, ale w ory­gi­nale akcja była osa­dzona w rejo­nie Prze­my­śla. Osta­tecz­nie Brom­ski wyko­rzy­stał ten sce­na­riusz, ale mocno go zmo­dy­fi­ko­wał i zde­cy­do­wał, że film będzie krę­cony na Bia­ło­stoc­czyź­nie.

To, że Brom­ski wybrał te oko­lice, jest łatwe do wyja­śnie­nia. Jego ówcze­sną żoną była aktorka Anna Roman­tow­ska, która pocho­dziła z Bia­łe­go­stoku. Sio­stra Roman­tow­skiej pra­co­wała w Bia­ło­stoc­kim Teatrze Lalek, który jeź­dził ze spek­ta­klami do War­szawy. W sto­łecz­nym Teatrze Małym dzia­łał teatr impre­sa­ryjny, gdzie wysta­wiano bia­ło­stocki Krótki kurs pio­senki aktor­skiej. Grali w nim Andrzej Beja-Zabor­ski i Krzysz­tof Dzierma. Ten drugi stwier­dza:

W zasa­dzie to nie gra­łem, bo ja nie umiem grać. Tylko głu­pio leża­łem w łóżku jako ska­co­wany kom­po­zy­tor. Gra­jący brata Karolka Zabor­ski nic nie mówił, a ja gada­łem przez cały spek­takl. Dopiero na koniec spek­taklu Karo­lek powie­dział jedno zda­nie. Kie­dyś zapro­sili Brom­skiego na nasze przed­sta­wie­nie. On popa­trzył na te nasze mordy, na to panop­ti­kum, i pomy­ślał sobie, że weź­mie tych akto­rów pro­win­cjo­nal­nych i zrobi z nimi film. Trzeba wie­dzieć, że w powo­dze­nie pro­duk­cji, która otrzy­mała tytuł U Pana Boga za pie­cem, nikt nie wie­rzył. Stąd może i nas chcieli wziąć, żeby ogra­ni­czyć ewen­tu­alne koszty i finan­sowe straty.

Reali­za­cja pierw­szego filmu prze­bie­gała bar­dzo szybko. Jak mówi Dzierma:

Nie­wiele było uwag reży­ser­skich. W pierw­szej czę­ści więk­szość akto­rów pocho­dziła z Bia­łe­go­stoku. Oprócz nas była Rosjanka gra­jąca Maru­się. I Brom­ski wziął jesz­cze tego Wie­czor­kow­skiego, górala, który kale­czył naszą mowę ojczy­stą. To wyglą­dało bar­dzo śmiesz­nie. Brom­ski cały czas pro­sił: "Wy mów­cie po bia­ło­stocku". "Jak to po bia­ło­stocku, jak ja prze­cież mówię po bia­ło­stocku?", odpo­wie­dzia­łem mu. A on: "Ty śle­dzi­kuj". A kto tak u nas mówi?! U nas tak się nie mówi. A to, że kie­dyś śle­dzie na nas wołali, to inna sprawa. W tym pierw­szym fil­mie było jesz­cze paru obcych akto­rów ze wschodu, ale nie było za wielu akto­rów z zewnątrz.

Pierw­sza kome­dia powstała w eks­pre­so­wym tem­pie. Nie poka­zano w niej pór roku - zdję­cia zaczęły się we wrze­śniu i we wrze­śniu się skoń­czyły. Odtwórca roli księ­dza dodaje:

Tych dni zdję­cio­wych nie było aż tak dużo. Brom­ski miał do mnie pre­ten­sję, że za wolno mówię. A ja nie mia­łem jesz­cze tego doświad­cze­nia z kamerą, wie­dzia­łem tylko, jak się to robi w teatrze. Dubli nie było za wiele, bo wtedy film na taśmie krę­cili, a metr taśmy kosz­to­wał cztery dolary. Musieli oszczę­dzać tę taśmę. Jeśli robili dubel, to tylko ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa. Dźwięk był pod­kła­dany w stu­dio, bo był bar­dzo źle nagrany na pla­nie i trzeba było robić post­syn­chrony.

Serca widzów zdo­byli pro­boszcz i komen­dant. W roli tego dru­giego zoba­czy­li­śmy wspo­mnia­nego już Andrzeja Beję-Zabor­skiego. Dzierma tak mówi o swoim kole­dze z planu:

Z Andrze­jem pozna­łem się dopiero w teatrze. Wiele nas połą­czyło. Ja przy­je­cha­łem do Bia­łe­go­stoku z Wro­cła­wia w latach sześć­dzie­sią­tych, a on przy­je­chał z Wał­brzy­cha. On uczył się w tech­ni­kum elek­trycz­nym i ja uczy­łem się w elek­trycz­nym. Ja byłem w tej samej jed­no­stce woj­sko­wej i on był w tej samej jed­no­stce. Cały czas jak­by­śmy razem szli. Jak zaczą­łem pra­co­wać w teatrze, to on już pra­co­wał w teatrze. Potem zaczą­łem pra­co­wać w szkole teatral­nej - i on też. I tak do dnia dzi­siej­szego nasza zna­jo­mość funk­cjo­nuje.

Dwaj bia­ło­stoccy akto­rzy stwo­rzyli nie­za­stą­piony duet, a film U Pana Boga za pie­cem został entu­zja­stycz­nie przy­jęty przez widzów. Po poka­zie na festi­walu w Gdyni kome­dię Brom­skiego okrzyk­nięto prze­bo­jem. "Co zro­bił Brom­ski z tym suk­ce­sem?" - pyta Dzierma i od razu odpo­wiada: "Zamilkł. Dopiero po dzie­się­ciu latach powstała druga część filmu, a potem dograł część trze­cią, a w 2023 roku - czwartą".

Mój roz­mówca zauważa:

Pierw­szy film był fajny. W fil­mie nie można cały czas poka­zy­wać siel­sko­ści. Musi być i wątek miło­sny, i kry­mi­nalny. To dla­tego Brom­ski wymy­ślił tych ruskich rekie­te­rów w pierw­szej. Potem wpro­wa­dził świadka koron­nego w dru­giej. Potem ruscy starli się z tym świad­kiem koron­nym, Bocia­nem, który nawró­cił się i został już w Kró­lo­wym Moście. W każ­dym razie jesz­cze się dało te filmy oglą­dać.

W kolej­nych fil­mach cyklu przy­by­wało zna­nych akto­rów spoza Bia­łe­go­stoku. Poja­wił się Emi­lian Kamiń­ski, a w ostat­niej jak dotąd, czwar­tej czę­ści wystą­piły kolejne znane twa­rze, w tym Andrzej Sewe­ryn. O mały włos czwarta kome­dia powsta­łaby bez udziału Dziermy. Jak wyja­śnia mój roz­mówca:

Jest już zupeł­nie inna niż pierw­sza. Ksiądz - wia­domo - musiał być. Szcze­rze mówiąc, nie chcia­łem już w tej czwar­tej czę­ści wystą­pić. Była pan­de­mia, trzeba było się szcze­pić, a ja bar­dzo źle zno­szę szcze­pie­nia. Brom­ski mnie nama­wiał. Mówił, że bez pro­bosz­cza nie zrobi tego filmu. Odpo­wie­dzia­łem mu: "Zrób taką scenę, że stary pro­boszcz sie­dzi w wię­zie­niu za pedo­fi­lię - i już". W końcu jed­nak się zgo­dzi­łem i wystą­pi­łem. Tej czwar­tej czę­ści po pro­stu nie czuję. Od początku mi ten sce­na­riusz nie pod­cho­dził. Przy­jeż­dża jakaś arche­olożka, ma robić jakąś inwen­ta­ry­za­cję, czyta kro­niki, znaj­duje akt nada­nia ziemi, rusza cała machina, jak tu zro­bić pań­stwo w pań­stwie. Taka histo­ria może i byłaby praw­dziwa, ale jakoś się w tym nie odnaj­dy­wa­łem.

Dzierma przy­znaje, że atmos­fera na pla­nie była dobra, a ekipa pomocna. Naj­wię­cej pracy wyko­nał drugi reży­ser. Nie było w tej czę­ści - podob­nie jak w trze­cim fil­mie - Rosjanki Iriny Lachiny. Podobno jej ocze­ki­wa­nia finan­sowe oka­zały się bar­dzo wyso­kie. Nie ma też Jana Wie­czor­kow­skiego, bo prze­wi­dziano dla niego epi­zo­dyczną rolę, któ­rej nie przy­jął. W nowego muzy­kanta wcie­lił się Maciej Miecz­ni­kow­ski.

Razem z Krzysz­to­fem Dziermą przed szklar­nią z jego słyn­nymi pomi­do­rami.

Na pla­nie nie bra­ko­wało przy­gód. Jak wspo­mina Krzysz­tof Dzierma:

W Usna­rzu Gór­nym, bli­sko gra­nicy, mie­li­śmy zdję­cia. Ekipa wymy­śliła, że dobrze byłoby sfo­to­gra­fo­wać ten cały mur i scenę, jak ksiądz drogą jedzie od strony muru. I wysłali mnie pra­wie do tego muru. A na 200 metrów nie wolno było do niego pod­jeż­dżać. A ponie­waż mia­łem długą drogę do prze­je­cha­nia, to musia­łem mieć kon­takt z kie­row­ni­kiem planu, któ­rego posa­dzili bli­żej w krza­kach z radiem. Miał mi dać sygnał, kiedy mam jechać. Pierw­sze uję­cie poszło bez pro­blemu, ale dru­gie skoń­czyło się ina­czej. Ruszam, a tuż za mną poja­wia się samo­chód opan­ce­rzony. Kie­row­nik wyska­kuje z krza­ków, woj­sko jemu drogę zajeż­dża, ten ręce pod­nosi do góry. Ja zdą­ży­łem już uciec. Wró­ci­łem z Brom­skim i kie­row­ni­kiem pro­duk­cji, żeby wybro­nić kie­row­nika planu. Żoł­nie­rze widzą, że ekipa fil­mowa stoi. Pod­je­chali bli­żej i spraw­dzali w samo­cho­dach, czy naprawdę nie ma uchodź­ców, cho­ciaż wszystko było zgła­szane, ale nikt nie zapy­tał, czy można wejść na pas. Potem straż gra­niczna poja­wiła się, kiedy były krę­cone kolejne uję­cia w innej wsi, w Grzy­bowsz­czyź­nie.

W tej czę­ści filmu nie zoba­czymy już słyn­nej tablicy i drogi w Kró­lo­wym Moście. To pod nią słynny patrol poli­cji zatrzy­my­wał kie­row­ców za prze­kro­cze­nie pręd­ko­ści. Cho­ciaż Kró­lowy Most ni­gdy nie był mia­stem, tylko nie­po­zorną, uro­czą osadą - dziś zdo­mi­no­waną przez zabu­dowę rekre­acyjną - to zapi­sał się już trwale w pamięci fanów cyklu "U Pana Boga". Sam pamię­tam, kiedy na tej dro­dze nie było jesz­cze asfaltu, tylko bruk. W czwar­tej czę­ści drogę w Kró­lo­wym Moście zastą­pił most w Supra­ślu, gdzie na potrzeby filmu powstał punkt kon­troli gra­nicz­nej. To wła­śnie tam nagrano sporo scen.

Warto pod­kre­ślić, że Kró­lowy Most Brom­skiego nie przy­po­mina praw­dzi­wej wsi. Reży­ser stwo­rzył fik­cyjną miej­sco­wość z budyn­ków i ulic Supra­śla, Sokółki i Tyko­cina. Tym­cza­sem wiele osób jest wciąż prze­ko­na­nych, że cały film był reali­zo­wany w ist­nie­ją­cym na mapie Kró­lowym Moście. Sama nazwa poja­wiła się w kome­diach za sprawą Brom­skiego, któ­remu się spodo­bała, szcze­gól­nie zaś upodo­bał sobie jej fran­cu­ski prze­kład: Pont Royal. Do tego docho­dzi legenda, że mógł tam­tędy prze­cho­dzić Napo­leon. I ow­szem - do dziś ist­nieje tury­styczny szlak napo­le­oń­ski, który prze­biega przez Kró­lowy Most. Ale tego, by dotarł tam sam cesarz, nie potwier­dziły żadne prze­kazy. Jeśli poja­wili się tam Fran­cuzi, było to raczej napo­le­oń­skie woj­sko.

Pytam mojego roz­mówcę, z kim w tej czwar­tej czę­ści grało mu się naj­le­piej. Dzierma zdra­dza:

Z Andrze­jem jak zawsze dobrze mi się wystę­po­wało. A w tej czwar­tej czę­ści bar­dzo dobrze mi się też grało z nowym boha­te­rem, moim wika­rym. W tej roli wystą­pił Bar­tek Fir­let, ten młody poli­cjant z Ojca Mate­usza. Gra postać bar­dzo nega­tywną. Na początku pro­boszcz jest z niego zado­wo­lony, ale potem oka­zuje się, że to jest dono­si­ciel, i donosi na mnie do biskupa, i cały czas mam z nim kon­flikt. Bar­tek zagrał bar­dzo dobrze i lubię go nie tylko za to, jak zagrał, ale i jako czło­wieka. To jest bar­dzo sym­pa­tyczny czło­wiek. Bar­tuś, ja mówię do niego, jak to zro­bić, że muszę być na cie­bie wku­rzony jako ksiądz, a jesteś bar­dzo sym­pa­tycznym face­tem i wku­rzyć jest się ciężko. Mogę dziś powie­dzieć, że będzie z jego gry bar­dzo dobra rola.

Naj­bar­dziej Dziermę wymę­czyła jed­nak poprzed­nia, trze­cia część cyklu "U Pana Boga":

Tempo było już inne niż w pierw­szym fil­mie. Odczu­łem to na wła­snej skó­rze. Pierw­szy dzień zdję­ciowy, a na pla­nie byłem tylko ja i ekipa. Krę­cili mnie i kapliczki. Pięć mono­lo­gów przy pię­ciu róż­nych kaplicz­kach, w róż­nych miej­scach. Usta­wia­nie, krę­ce­nie. Mało tego - ja wie­dzia­łem, że będą te sceny krę­cone, i wcze­śniej nauczy­łem się tych mono­lo­gów. Skoń­czyli to krę­ce­nie, ale mówią, że jesz­cze nie koniec, i rowe­rem kazali jeź­dzić. Cały dzień gada­nia i jesz­cze rowe­rem zasu­wać musia­łem. Przy­zwy­cza­iłem ich, że jak Dzierma przy­je­dzie, to można z niego naj­wię­cej wydu­sić. Bo będzie umiał tekst. A wiesz, na czym polega róż­nica mię­dzy ama­to­rem a pro­fe­sjo­na­li­stą? Ama­tor musi mieć tekst opa­no­wany na bla­chę. A pro­fe­sjo­na­li­sta musi wie­dzieć, gdzie kartki z tek­stem przy­cze­pić. I nauczyć się, jak z nich czy­tać.

Pytam odtwórcę roli pro­bosz­cza, czy zdą­żył polu­bić swoją postać.

Polu­bić moją postać - polu­bi­łem. Kiedy pierw­szy raz mia­łem zagrać, powie­dzia­łem Brom­skiemu, że to duża odpo­wie­dzial­ność. A on mi na to: "Tym się nie martw, będziesz robił to, co w życiu". A on wie­dział, że mnie te psz­czółki, ogórki, pomi­dorki inte­re­sują. Ja mia­łem pro­blem z dokład­nym zapa­mię­ta­niem tego, co mówi­łem, więc uprze­dzi­łem, że będę mówił po swo­jemu, nie słowo w słowo. Osoba od skryp­tów cały czas narze­kała, że gadam nie tak, jak zapi­sane w sce­na­riu­szu. A ja, gra­jąc księ­dza, byłem sobą. Ja na co dzień tak samo mówię, tak samo się ruszam. Nie jest to jakaś spe­cjal­nie wykre­owana postać. Tylko żony i dzieci ten ksiądz nie ma. Na tyle ta postać wro­sła we mnie, że wiszą u mnie na górze kape­lusz i sutanna. Poja­wiam się w nich na róż­nych wyda­rze­niach. Zapra­szają. Za księ­dza robię i jeż­dżę. Moja stara sutanna też jesz­cze tu leży, trzeba ją będzie spa­lić. Teraz mam nową. Ta stara gruba była. Na lato się nie nada­wała. Kie­dyś poje­cha­li­śmy z żoną do zna­jo­mych pod Szczytno. Zgo­dzi­łem się, żeby w tej sutan­nie poja­wić się na miej­sco­wym pik­niku, bo zna­jomy był soł­ty­sem. Poła­zi­łem tam prze­brany, ale było tak gorąco, że z sie­bie sutannę ścią­gną­łem, i ta sutanna do pra­nia się już tylko nada­wała. Żona zacho­dzi póź­niej do pralni w Bia­łym­stoku i mówi, że mąż prosi, żeby tę sutannę wyprać. A ta z obsługi patrzy na sutannę i na żonę i mówi, że to sutanna kato­licka. A żona mówi, że tak. Nie zaprze­cza.

Krzysz­tof Dzierma jest do dziś roz­po­zna­wany na uli­cach. Jak opo­wiada:

Raz jadę do Kato­wic. Idzie kon­duk­tor. Ja czy­tam książkę, ale bilet mu podaję, a on do mnie: "A pan to nie grał w fil­mie?". "Nie", odpo­wie­dzia­łem. Oddał bilet i za chwilę wraca, i pyta: "A wie pan w jakim?". "Nie wiem", odpo­wia­dam. To on usiadł naprze­ciwko mnie, opo­wie­dział mi cały film i powie­dział, że jestem tak podobny do tego księ­dza, że muszę obej­rzeć U Pana Boga. A facet był ze Ślą­ska. Jak już skoń­czył, wstał, ale zanim wyszedł, patrzy na mnie. I pod nosem sły­szę, jak mówi do sie­bie: "To nie ten, co grał księ­dza; tam­ten był wyż­szy". Cza­sem bywało to zaga­dy­wa­nie męczące. Jak jeź­dzi­łem pocią­gami, zasła­nia­łem się książ­kami, żeby uni­kać roz­mów. Chcesz poczy­tać, a ludzie nie rozu­mieją, że nie zawsze jestem chętny do gada­nia.

Dzierma nie ukrywa, że roz­po­zna­wal­ność przy­daje się w urzę­dach. Bywa też pomocna w kon­tak­tach z poli­cją. Kon­trole koń­czą się na roz­mo­wie o fil­mie, a cza­sami tra­fiają się funk­cjo­na­riu­sze, któ­rzy poma­gali w reali­za­cji "U Pana Boga". "Raz, jak prze­kro­czy­łem pręd­kość, to sły­szę pyta­nie: a gdzie się pan spie­szy? Do Kró­lo­wego Mostu?". Zda­rzało się nawet, że wycieczki fanów odwie­dzały Dziermę w Pod­ja­łówce. "Przy­jeż­dżali zoba­czyć naj­słyn­niej­szego fil­mo­wego pro­bosz­cza. Pytali też czę­sto o ten Kró­lowy Most. Gdzie on jest? Ta komenda poli­cji, ta cer­kiew i kościół. Trzeba im zawsze wytłu­ma­czyć, że to taka ilu­zja. Wszystko zostało wymy­ślone" - opo­wiada mój roz­mówca i dodaje:

Mieszka się tutaj, w Pod­ja­łówce, jak u Pana Boga. Z tym miej­scem się utoż­sa­miam. Miesz­kam tu cały rok, rów­nież zimą. Cho­ciaż mam pro­blemy ze śnie­giem, jak zasy­pie, to naj­bar­dziej lubię zimę. Nie ma roboty tyle. Czło­wiek wstaje. Jak nie ma prądu, to trzeba kom­bi­no­wać, ale mam kozę na górze, odło­żony zapas drewna i mogę nagrzać. Tu na dole mam płytę i też grzeję. Kie­dyś przez cztery dni z rzędu nie było prądu. Jak rano wsta­jesz, jest ziąb, zanim roz­pa­lisz. Na górze też to samo. Pamię­tam, jak przy­zwy­cza­iłem się do tego, że już kolejny dzień nie ma prądu. Radio mam na bate­rię. Robi się ciemno. Zapa­li­łem świece i pomy­śla­łem, że przy­naj­mniej kola­cja będzie roman­tyczna. I sły­szę w radio zapo­wiedź, że będzie kon­cert Arvo Pärta. Zro­bił się nastrój. Nie minęło 20 minut, a świa­tło zapa­lili. Ty wiesz, jaki ja byłem wku­rzony?

W dzie­ciń­stwie, kiedy Krzysz­tof Dzierma pomiesz­ki­wał u ciotki na wsi, nie było tam ani prądu, ani sklepu. "Jak przy­szła zima, nikt nie pła­kał, że świa­tła nie ma, że lodówka nie cho­dzi. Nie było niczego. Nawet toczki2" - opo­wiada mi o tych cza­sach z wyraźną nostal­gią w gło­sie. Przy­zwy­czaił się. Mówi, że nie jest jak ten mia­stowy, co na wieś się prze­pro­wa­dzi i prze­szka­dza mu tam zapach obor­nika. "Chodź, pokażę ci inne budynki" - zapra­sza mnie na obchód swo­jego gospo­dar­stwa. Naj­pierw poka­zuje mi czynną stud­nię:

Stąd biorę wodę. A tutaj jest let­nia kuch­nia. Stół przeze mnie zro­biony. Wodę tu gotuję w upały, prze­twory robię. Mam też wędzarkę. Tam, za tym pło­tem, kie­dyś tej bramy nie było. Teraz jest let­ni­sko. Ame­ry­ka­niec to ma, co pół roku w Pol­sce, pół roku na Flo­ry­dzie mieszka. W let­niej kuchni wisi jesz­cze obra­zek. Pre­zent od zna­jo­mego. Na bia­łej tabliczce zna­lazł się cytat: "A dla mnie się tu podoba, bo tu jest jak na wio­sce u Pana Boga".

Prze­cho­dzimy dalej, a Krzysz­tof Dzierma opi­suje kolejne zabu­do­wa­nia:

To jest ta moja pierw­sza szopa, w któ­rej zamiesz­ka­łem i którą zbu­do­wa­łem sam od pod­staw, bez niczy­jej pomocy. Całą kon­struk­cję sam posta­wi­łem. Teraz jest skła­dówka. Kie­dyś były spa­nia dla dzieci, była kuch­nia. Kle­ci­łem z byle czego. Stoi do dziś. Tu jest kawa­łek dre­wutni. Tu zbie­ram wodę desz­czową, ona jest szlau­chem połą­czona. Tę wodę wyko­rzy­stuję do celów sani­tar­nych: zmy­wa­nie, pra­nie, myję się w niej. Ona idzie przez sito bez papro­chów. Czy­ściutka, fajna woda. Zapas węgla też mam na wszelki wypa­dek. I agre­gat.

W gospo­dar­stwie Dziermy znaj­duje się też stara piw­niczka, która zgod­nie z daw­nym zwy­cza­jem zastę­puje lodówkę - aktor prze­cho­wuje w niej warzywa i owoce. Każdy skra­wek pose­sji jest wyko­rzy­stany. Wszę­dzie dużo przed­mio­tów, które gospo­darz nazywa przy­da­siami, bo ni­gdy nie wia­domo, co się przyda. Krzysz­tof Dzierma pla­nuje też budowę kur­nika - ale to póź­niej. A tym­cza­sem rela­cjo­nuje:

Samo­cho­dów nie sły­chać, sąsia­dów nie mam tuż za pło­tem. Cza­sami sły­chać pociąg. Jest jesz­cze szkla­renka. W tym roku pomi­dory słabo doj­rze­wają. Zaczy­nają czer­wie­nieć, ale jesz­cze zie­lone w środku. Dziwne, niby takie są dorodne, ale góra pusta. Gdzieś jakieś meszki się poja­wiają. Czo­snek wybrany. Cebula już się kła­dzie. Tutaj wysiana czarna rzod­kiew. Tutaj tro­chę fasoli szpa­ra­go­wej zostało. Trzeba wyry­wać. A tutaj skrzy­nie posta­wię. Tak to mniej wię­cej wygląda.

Dzierma cią­gnie swoją opo­wieść, gdy idziemy do szklarni:

Teraz nowy pro­boszcz w Roze­drance jest. Nie pozna­łem jesz­cze. Przed świę­tami przy­je­chał orga­ni­sta Szcze­pan i opłatki roz­wo­ził. Mówi­łem już mu, że chęt­nie nowego księ­dza poznam. Tam­ten stary awan­so­wał, dostał więk­szą para­fię. I ma dwie gospo­dy­nie. Z tam­tym my się dobrze rozu­mie­li­śmy. Kie­dyś zacho­dzę do geesu, a Janek, patrzę, też w skle­pie i mówi do mnie: "A czemu ty do mnie w nie­dzielę do kościoła nie przy­cho­dzisz?". A ja mu odpo­wia­dam: "A ty do mnie przy­cho­dzisz tak czę­sto? Jak jesteś, to tylko na kolędę, i jesz­cze masz wie­czo­rem mszę. Ani posie­dzieć, ani nic". Dobry czło­wiek. Wnuczkę mi chrzcił. Tylko jed­nej rze­czy z nim nie zała­twi­łem. Miej­sca na cmen­ta­rzu. Bo już trzeba pomy­śleć o tym, żeby dzie­ciom kło­potu nie robić.

Koń­czymy nasze spo­tka­nie. Krzysz­tof Dzierma stwier­dza, że może zoba­czy czwartą część filmu. Jak zro­bią pokaz w Sokółce, to poje­dzie. Do War­szawy na pewno się już nie wybie­rze.

Aktor i kom­po­zy­tor z pew­no­ścią zosta­nie zapa­mię­tany jako ksiądz Antoni. Tu wypada zacy­to­wać słowa odgry­wa­nej przez Dziermę postaci, wypo­wie­dziane do orga­ni­sty: "My świata nie potrze­bu­jem, Witek. Już prę­dzej ten świat by nas potrze­bo­wał".

Dobrze mu w tej Pod­ja­łówce. Nie chce się z niej ruszać w świat. Ma tu jak u Pana Boga za pie­cem.

Smolanka

Ściem­niało się coraz. Słońce było już niziutko tam za lasem, na nie­wi­docz­nym hory­zon­cie tam za lasem, daleko tam za lasem, a cie­nie tu połą­czyły się, zlały się i cały zrąb był teraz jed­nym cie­niem.

Edward Sta­chura, Sie­kie­re­zada

Sokółka znaj­duje się dziś na zapolu Pusz­czy Kny­szyń­skiej, jed­nak jej losy oraz dzieje całej ziemi sokól­skiej są ści­śle sple­cione z wiel­kim lasem. Potężny leśny masyw sta­no­wił nie­gdyś gra­nicę mię­dzy etno­sami, które zaczęły na sie­bie nacho­dzić. Osad­nicy ze wschodu i z zachodu docie­rali coraz głę­biej w leśne ostępy, kar­czu­jąc las i two­rząc pola oraz osady. Powsta­wały dwory, z któ­rych nad­zo­ro­wano kur­czące się leśne zasoby i od któ­rych nazy­wano coraz cień­sze paski pusz­czy. Z cza­sem utwo­rzono rów­nież gra­nice - nie tylko lasu, lecz także państw. Naj­trwal­sza oka­zała się ta bie­gnąca na zachód od Sokółki, wzdłuż rzek Brzo­zówki i Czar­nej, wyzna­cza­jąca tery­to­ria Korony oraz Wiel­kiego Księ­stwa. Do dziś dzieli ona Pusz­czę Kny­szyń­ską, oddzie­la­jąc histo­ryczną pusz­czę króla Zyg­munta Augu­sta w pasie od Kny­szyna po wspo­mniane rzeki, która zna­la­zła się w daw­nym woje­wódz­twie pod­la­skim, od daw­nych wiel­kok­sią­żę­cych kom­plek­sów leśnych poło­żo­nych na wschód od Brzo­zówki i Czar­nej, które nie­gdyś nale­żały do Litwy.

Leszek Posto­ło­wicz, kro­ni­karz dzie­jów Smo­lanki.
Zdję­cia z albumu Smo­lanka. Miesz­kańcy i miesz­kanki wsi.

Ludzi z lasem od wie­ków łączyły silne związki, co można wyczy­tać z nazw wsi. Jedna z nich, Smo­lanka, to rodzinna miej­sco­wość Leszka Posto­ło­wi­cza, histo­ryka i kro­ni­ka­rza dzie­jów ziemi sokól­skiej. W jego książce wyda­nej z oka­zji rocz­nicy nada­nia Sokółce praw miej­skich czy­tamy:

W XIII-XV w. oko­lice dzi­siej­szej Sokółki pokry­wała olbrzy­mia Pusz­cza Gro­dzień­ska. Kolo­ni­zo­wano ją, zakła­da­jąc osady przede wszyst­kim wzdłuż rzek wpa­da­ją­cych do Nie­mna (ośrod­kiem kolo­ni­za­cji było Grodno). Także drogi, które powsta­wały w pusz­czy dla utrzy­ma­nia komu­ni­ka­cji mię­dzy Koroną a Litwą, były ele­men­tem wyzna­cza­ją­cym nowe kie­runki i zasięg osad­nic­twa. Na prze­ło­mie XV/XVI w. wyty­czono tzw. Wielką Drogę Kró­lew­ską. Bie­gła ona do Grodna, prze­ci­nała rzeki: Łoso­śnę, Sokołdę i Czarną, dalej do Kny­szyna, Tyko­cina i Kra­kowa. W kie­runku zachod­nim osad­nic­two z Grodna posu­wało się wzdłuż tej drogi oraz wzdłuż rzeki Łoso­śny3.

Zanim jed­nak dotrzemy do Smo­lanki, zatrzy­majmy się na chwilę w Sokółce. Pierw­sza zapi­sana wzmianka o dwo­rze Sucholda, który leżał u źró­deł rzeki Sucholdy, dziś nazy­wa­nej Sokołdą, pocho­dzi z 1524 roku. Obsza­rem tym zarzą­dzała wów­czas przed­się­bior­cza żona Zyg­munta Sta­rego, Bona, która roz­po­częła porząd­ko­wa­nie monar­szych dóbr. To w jej cza­sach usta­lono wschod­nią gra­nicę pusz­czy, bie­gnącą na pół­noc od Sokółki, a jej śla­dem jest ist­nie­jący do dziś ciąg wsi poło­żo­nych od dworu w Kamien­nej, w pobliżu Bie­brzy, po Kamionkę, leżącą na połu­dnie od Sokółki. To dla­tego zwy­kło się nazy­wać te kil­ka­na­ście wsi Długą Wsią. Ich miesz­kań­cami nie byli tylko chłopi, lecz także osoby pra­cu­jące w lasach nale­żą­cych do władcy. Na zachód od tego ciągu osad­ni­czego do dziś rośnie pusz­cza, cho­ciaż jesz­cze w ostat­nich latach I Rze­czy­po­spo­li­tej wyrwano jej parę ostę­pów.

Wróćmy jed­nak do kró­lo­wej Bony. Cho­ciaż w histo­rycz­nych prze­ka­zach nie przed­sta­wiono jej zbyt łaska­wie i przy­pi­sy­wano jej odpo­wie­dzial­ność za śmierć Bar­bary Radzi­wił­łówny, dru­giej żony jej syna, nie można odmó­wić wład­czyni zarad­no­ści. Ta cecha cha­rak­teru Bony z pew­no­ścią budziła nie­chęć wielu współ­cze­snych jej męż­czyzn - funk­cjo­no­wali wszak w świe­cie, w któ­rym kobie­tom nie pozwa­lano na odgry­wa­nie naj­waż­niej­szych ról życia poli­tycz­nego i spo­łecz­nego. Z pew­no­ścią jej odważna postawa i kon­se­kwen­cja iry­to­wały wiele osób, co wpły­nęło na utrwa­le­nie nega­tyw­nego obrazu kró­lew­skiej mał­żonki w pol­skich kro­ni­kach. Tym­cza­sem Bona z dum­nego rodu Sfo­rzów odci­snęła widoczny ślad w kra­jo­bra­zie i na mapach Pusz­czy Kny­szyń­skiej oraz jej oko­lic. Kró­lew­ska rezy­den­cja w Kny­szy­nie czy wspo­mniana przeze mnie przed chwilą Długa Wieś nie powsta­łyby, gdyby nie Bona. Jestem prze­ko­nany, że cho­ciaż sama kró­lowa nie darzyła lasów i dzi­kich ostę­pów wiel­kim uczu­ciem, to należy jej się pamięć - na równi z jej synem Zyg­mun­tem Augu­stem, wiel­kim admi­ra­to­rem Pusz­czy Kny­szyń­skiej.

Przy­wią­za­nie tego ostat­niego Jagiel­lona do pusz­czy prze­ja­wiało się rów­nież pró­bami jej chro­nie­nia. Trudno było zarzą­dzać wiel­kim obsza­rem lasu daw­nego pogra­ni­cza bez pomocy całego sztabu ludzi. Ważną rolę w zarzą­dza­niu lasami króla i wiel­kiego księ­cia odgry­wał leśni­czy. Jego obo­wiązki zostały opi­sane w usta­wie leśnej wyda­nej przez Zyg­munta II Augu­sta nie gdzie indziej, a wła­śnie w Kny­szy­nie. Leśni­czy musiał objeż­dżać powie­rzony mu las, lustro­wać jego ostępy, a drewno wyda­wać wyłącz­nie na roz­kaz króla. Spraw­dzał rów­nież zasięg sia­no­żęci, opie­ko­wał się drze­wami bart­nymi i speł­niał nakaz zwięk­sza­nia liczby psz­cze­lich rodzin. Kon­tro­lo­wał dostęp do pusz­czy, gdyż dys­po­no­wał pra­wem do zamy­ka­nia dróg przez las; miał też nad­zór nad niewiel­kimi wytwór­niami dzieg­ciu, smoły i potażu. Wresz­cie musiał dbać o to, by obszar pusz­czy nie ule­gał zmniej­sze­niu. Nie było to łatwe, ponie­waż rosnący popyt na drewno i zie­mię spra­wiał, że pry­watni wła­ści­ciele dóbr poło­żo­nych przy gra­ni­cach pusz­czy kar­czo­wali las na swoje potrzeby bez sto­sow­nych pozwo­leń. W ten spo­sób pró­bo­wali posta­wić króla, któ­rego wła­dza sła­bła od XVI wieku, przed fak­tem. Sta­no­wi­sko leśni­czego było wów­czas dość atrak­cyjną posadą, a wiele osób przyj­mu­ją­cych ten tytuł zamiast chro­nić powie­rzoną im pusz­czę, jesz­cze bar­dziej uszczu­plały jej zasoby.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki