Chodź ze mną do puszczy
Miałem jechać na zachód, na robotę do lasu, ale coś mi strzeliło w ostatniej chwili, żeby jechać do stolicy. Już mam wchodzić do pociągu,
który zaraz ma odjazd, ale w jeszcze bardziej ostatniej chwili
odstrzeliło mnie z powrotem, żeby jednak jechać do lasu tak, jak
zamierzałem od pewnego czasu, a nie do stolicy, gdzie zresztą akurat nie
ma jej, do której jedynie mógłbym spieszyć.
Edward Stachura, Siekierezada
Pozornie nie ma dla leśnych ludzi ni miejsca, ni życia. Przystosowali
się do warunków i już teraz niczym się jakoby od reszty ludzi nie
różnią.
Maria Rodziewiczówna,
Lato leśnych ludzi
Czy Puszcza Knyszyńska zasługuje na jeszcze jeden zbiór opowieści? Moim
zdaniem tak. I to nie tylko jeden. Pisanie o tym lesie za każdym razem
okazuje się dla mnie sporym wyzwaniem. Nie wystarczy pokochać tego
miejsca - a nie ukrywam, że w moim przypadku jest to miłość wyjątkowa,
bo w puszczy dorastałem i w niej przeżywałem moje pierwsze wielkie
przygody. Pisząc o tym lesie, trzeba się uzbroić w iście benedyktyńską
cierpliwość, gdyż wiedza o nim jest często rozproszona, może być
nieaktualna, ukryta głęboko pod ściółką, skąd może kiedyś wykopią ją
archeologowie. Tutejszy świat przyrody również czeka na odkrywców, bo
swoich badaczy nie mają knyszyńskie wilki, rysie i małe ssaki.
Po napisaniu pierwszego zbioru opowieści z mojej ukochanej puszczy nie
miałem dość. Apetyt się wzmógł, więc szukałem dalej. Wynikiem tych
poszukiwań jest książka, którą zaczynasz właśnie czytać. W 2022 roku
przystąpiłem do zbierania kolejnych historii. Nie wiedziałem wtedy, czy
pojawi się szansa na wydanie drugiego tomu. W trakcie tych poszukiwań na
dłuższą chwilę zatrzymały mnie rzeki, którym poświęciłem odrębną
książkę. Jednocześnie wciąż jeździłem, spotykałem się z różnymi osobami
i szukałem bohaterek oraz bohaterów, których losy splotły się z Puszczą
Knyszyńską.
Dziś oddaję w Twoje ręce ten zbiór opowieści. Starałem się zachować w nim ducha poprzedniego tomu, ale znajdziesz tu także innego ducha
puszczy. Tak - tego z procentami, zamykanego w butelce bez etykiety i banderoli, spożywanego przez amatorów mocnych trunków. Nie ukrywam, że
uległem presji czytelników i pytaniom, dlaczego w książce zabrakło
rozdziału o leśnym samogonie. W końcu to jedna z miejscowych tradycji,
ale nie tak stara, jak mogłoby się wydawać, co wyjaśnią nam eksperci
zajmujący się bimbrownictwem.
Podobnie jak poprzednio zapraszam w miejsca nieoczywiste, które nie
należą do najbardziej rozreklamowanych w oficjalnych informatorach.
Dlatego odwiedzimy dawne puszcze Kryńską i Molawicką, wydzielone z wielkiej puszczy pogranicza, gdzie dziś znajdują się Krynki i Sokółka.
Dotrzemy do historycznej Puszczy Knyszyńskiej. Odkryjemy też losy
uczestnika powstania styczniowego - inne niż te, których moglibyśmy
oczekiwać na kartach podręczników.
W moich opowieściach o puszczy staram się oddać głos różnym ludziom.
Siadam, pytam i wsłuchuję się w to, co mają do powiedzenia. Bez tych
osób nie byłoby kolejnego tomu. Nie byłoby też prawie 30 godzin
nagranych rozmów, które starałem się wiernie odtworzyć, a potem ułożyć w całość.
Wyjątkowość Puszczy Knyszyńskiej polega na silnym splocie ludzi z przyrodą. Te związki są wciąż żywe, nawet jeśli nie zdajemy sobie z nich
sprawy. Mój rodzinny Białystok to jeden z największych beneficjentów
puszczańskiego sąsiedztwa. Chciałbym wzmocnić i utrwalić tę relację,
gdyż niewiele jest w Polsce dużych miast, które u swojego progu mają
taką ciekawą puszczę.
W roku, w którym ukazuje się ta książka, swoją premierę będzie miał
również kolejny film Jacka Bromskiego z cyklu "U Pana Boga". Tym razem
będzie to U Pana Boga w Królowym Moście. Dlatego w tym tomie nie mogło
zabraknąć Krzysztofa Dziermy, aktora i kompozytora muzyki teatralnej
oraz odtwórcy roli księdza Antoniego, bez którego ta filmowa seria,
szczególnie jej pierwsza część, nie odniosłaby tak spektakularnego
sukcesu. Dzierma od lat jest związany z puszczańską osadą Podjałówka, o czym zgodził się opowiedzieć. Z kolei Sebastian Łupiński przekaże nam
wiele ważnych faktów o płazach i gadach żyjących w Parku Krajobrazowym
Puszczy Knyszyńskiej. Dowiemy się, dlaczego ten obszar jest tak ważny
dla traszek i kumaków. Mój rozmówca wyjaśni także sprawę feralnej drogi,
na której giną płazy, bo inwestor nie przeanalizował jej wpływu na
miejscową przyrodę. Poznamy również ludzi zajmujących się ptakami.
Odwiedzimy jedyny w tym rejonie ośrodek rehabilitacji ptaków prowadzony
przez Nadleśnictwo Krynki. W książce pojawią się też badaczka roślin,
znawca grzybów oraz zielarka z Zielskiej Kolonii.
Każda z osób, o których przeczytacie, podzieliła się ze mną swoją
wyjątkową perspektywą i przedstawiła swoje poglądy na las, puszczę oraz
świat przyrody. Spotkacie w tym tomie ludzi z pasją, mieszkańców
puszczańskich osad, leśników i przyrodników. Pojawią się też osoby,
które próbują zachować historię swoich małych ojczyzn, i takie, które
nawołują do wzmocnienia ochrony lasów Puszczy Knyszyńskiej. Starałem
się, by w tym tomie wybrzmiały różne głosy - chociaż wiem, że powinno
ich być znacznie więcej.
Niestety, o części osób piszę już w czasie przeszłym. To dość bolesna
prawda o puszczy. Wraz ze śmiercią kolejnych pokoleń lesunów i zapolników - ludzi mieszkających w lesie lub w jego sąsiedztwie -
zanikają pamięć i ustny przekaz. Tracimy bezpowrotnie te najcenniejsze
archiwa.
Gdybym mógł cofnąć czas, chciałbym się spotkać z Romanem Pruskim, który
zgromadził potężny zbiór materiałów poświęconych puszczy. Przez lata
nagrywał, wygrzebywał ze starych domów ślady przeszłości, wyszukiwał
setki różnych dokumentów. Niestety, jego spuścizna zaginęła, a pamięć o nim nie jest pielęgnowana. Nie mogę odżałować, że przechowywane przez
niego nagrania i zapiski nie trafiły do muzeum lub archiwum. Nikt nie
wie, co się z nimi stało. A może ktoś wie? Może to będzie kolejny trop?
W tym tomie próbuję przywrócić pamięć o tym leśniku, pasjonacie historii
i odkrywcy kopalni krzemienia w Puszczy Knyszyńskiej.
Już teraz wspomnę o pewnym wyjątkowym odkryciu, a więcej przeczytacie o nim w jednym z rozdziałów. Otóż w trakcie pisania tej książki zdarzyło
się coś, co sprawiło, że spojrzałem na moje upamiętnianie puszczy w zupełnie inny sposób. Leszek Postołowicz, historyk ze Smolanki, który
bada przeszłość Sokólszczyzny, na początku naszego spotkania
poświęconego dziejom tej puszczańskiej wsi położył na stole kopię
starego dokumentu. Była to pochodząca z 1639 roku ordynacja, czyli spis
puszcz położonych w Wielkim Księstwie Litewskim. Leszek zapytał mnie,
czy wiem, dlaczego piszę o Puszczy Knyszyńskiej, a ja bez większego
namysłu odpowiedziałem, że to las mojego dzieciństwa. Wtedy stwierdził,
że jego zdaniem istnieje inna przyczyna. Wskazał palcem następujący
fragment tej ordynacji:
ORDINATIJA puszcz i k. m. W. X. L. w lesnictwach niżey opisanych w uniwersale y w instructii i. k. m. ich msciom pp. comissarzom daney
liquidowanych, którą ordinatią i. m. Pan Piotr Dołmat Isaykowski -
łowczy W. X. L., wielebny igo-mść x-dz Jan Pac - kanonik Wileński,
secretarz igo k. m. y iego-mść Pan Krzysztoph Białozor - marszałek
Upitski, w r. 1636, in Novembri zaczeli y, po aprobatii od i. k. m.,
odprawując ią w roku 1637 y w leciech przeszłych continuowali; który
rejestr tey ordinatii przeze mnie Pawła Średzińskiego - pisarza i. k.
msci skarbowego W. X. L., przy ich mosciach, panach komisarzach
będącego, porządnie zgotowany y napisany.
"To dlatego piszesz o puszczy" - oznajmił Leszek Postołowicz. Od tego
czasu nie będę temu zaprzeczał. Może jeden ze Średzińskich - czy
Srzedzińskich, bo różnie zapisywano to nazwisko - do tego o imieniu
Paweł, był moim odległym przodkiem albo kuzynem przodków? Nie ulega
wątpliwości, że spisał ordynację dla dużej części obecnej Puszczy
Knyszyńskiej znajdującej się po stronie wielkoksiążęcej, po rzeki
Brzozówkę i Czarną, wyznaczające przez kilka wieków granicę państw. Dziś
to ja próbuję opisać ten las leżący po obu stronach dawnej linii
rozgraniczającej Koronę i Wielkie Księstwo. Czy osoba pisząca o Puszczy
Knyszyńskiej, która dowiaduje się, że wcześniej istniał inny Paweł
Średziński, który pisał o tym lesie, potrzebuje większej motywacji?
Absolutnie nie!
A teraz chodź ze mną do puszczy. Razem odkryjemy kolejne tajemnice
ukryte w jej ostępach.
U Pana Boga w Podjałówce
Jeszcze tak nie było, ja w każdym razie nie słyszałem, żeby jakiś stary,
wspominając dawne czasy, powiedział, że gorsze były te dawne czasy.
Zawsze lepsze były. Lepsze, bo młode. Młodością buchające.
Edward Stachura, Siekierezada
Puszcza Knyszyńska jest puszczą filmową, chociaż wciąż wiele osób nie
zdaje sobie z tego sprawy. Weźmy wybitne dzieło polskiego kina - Ludzie
z pociągu. Film w reżyserii Kazimierza Kutza powstawał na
nieistniejącej już stacji Kuriany, położonej przy torach wiodących do
Wołkowyska. Potem przyszła pora na stację w Knyszynie. To na niej
powstało kilka ujęć bardzo dobrego, chociaż zapomnianego filmu Bołdyn
w reżyserii Ewy i Czesława Petelskich. Wreszcie mamy Siekierezadę.
Wbrew przeświadczeniu wielu osób ekranizacja powieści Edwarda Stachury
nie została zrealizowana w Bieszczadach, ale właśnie w Puszczy
Knyszyńskiej. To w tym filmie zobaczymy między innymi sceny, w których
widać puszczańską wąskotorówkę. Ale to nie te obrazy wypromowały
puszczę. Musieliśmy jeszcze długo czekać na film, który rozsławił ją w całym kraju.
U Krzysztofa Dziermy jest jak u Pana Boga.
Podjałówka stała się ulubionym domem Krzysztofa Dziermy.
Nie ma chyba w Polsce osoby, która przynajmniej raz w życiu nie
słyszałaby o filmach Jacka Bromskiego. Ów reżyser stworzył komediową
serię "U Pana Boga". To dzięki Bromskiemu oraz wyborowi Puszczy
Knyszyńskiej i jej okolic na filmowe plenery Białostocczyzna zyskała na
popularności, chociaż efekt ten był raczej dziełem przypadku niż
zamierzoną akcją promocyjną regionu. Cała Polska śledziła przedstawione
w kolejnych filmach losy bohaterów z Królowego Mostu: komendanta granego
przez Andrzeja Beję-Zaborskiego i księdza proboszcza, w którego postać
wcielił się Krzysztof Dzierma.
Pierwszą część perypetii mieszkańców Królowego Mostu wspominam
najlepiej. Nie tylko dlatego że była czymś zupełnie nowym w polskim
kinie. Nie dlatego że była zabawna, a akcja toczyła się wartko. Zrobiła
na mnie wrażenie przede wszystkim z racji swego kronikarskiego
charakteru. Utrwaliła bowiem mój matecznik takim, jakim go zapamiętałem
z czasów młodości. Była słynna targowica przy ulicy Kawaleryjskiej,
gdzie kupowało się dżinsy i wszystko, czego poszukiwał nabywca
niedysponujący dużym budżetem. Galerie handlowe i wielkie sklepy jeszcze
do nas nie dotarły, a czego nie załatwiło się w osiedlowym warzywniaku
lub spożywczym, można było znaleźć na najrozleglejszym białostockim
bazarze. Podobno był on największym w Polsce ośrodkiem handlu
detalicznego, który wyprzedzał nawet warszawski Stadion Dziesięciolecia.
W filmach Bromskiego pojawiły się też bliskie mi krajobrazy rzecznych
dolin, łąk i lasów, które stanowiły doskonałe tło filmowej akcji. Z roku
na rok te obrazy budzą we mnie większą nostalgię. W pierwszej części "U Pana Boga" było śmiesznie, swojsko i sielsko - film ukazał białostockie
lata dziewięćdziesiąte w pigułce. Mówiąc po naszemu: "dla mnie się
podobało".
W kolejnych odsłonach świat kreowany przez Bromskiego stawał się coraz
bardziej odrealniony. Nie przystawał już do miejscowej rzeczywistości,
chociaż wciąż kusił pejzażami, dobrymi dialogami i wyjątkowym klimatem.
Pewnie z tego powodu widzowie pozostali wierni serii, nawet jeśli
wychodzili z kinowej sali z poczuciem, że kolejna część nie jest już tak
soczysta. Ci, którzy nie zdołali zobaczyć filmów w kinie, obejrzeli "U Pana Boga" w telewizji, gdyż poza pełnometrażowymi częściami cyklu
powstał także serial.
W jednym z wywiadów Jacek Bromski tak mówił o fenomenie komedii "U Pana
Boga", które wyreżyserował:
Pierwszy film kręciliśmy z duszą na ramieniu. Przedtem nie było takiego
kina, dopiero potem pojawiły się Rancza i Plebanie. Jakoś trafił do
widzów. Staraliśmy się ukazać taki świat, do którego każdy tęskni, a człowiek tęskni do naturalnego i boskiego porządku, gdzie wszystko jest
przewidywalne, powtarzalne i bezpieczne. Okazało się, że ludzie czegoś
takiego potrzebowali. Myślę, że film trafił do szerokiej publiczności,
bo odwoływał się też do jakichś archetypów kulturowych, do tęsknoty za
takim utraconym już miejscem na ziemi. Poza tym aktorzy! Oni są przecież
fantastyczni, choć nieznani, ale stamtąd - to było ważne1.
Chociaż w Puszczy Knyszyńskiej już wcześniej powstawały filmy, o których
wspomniałem, to od Bromskiego zaczęła się filmowa kariera Supraśla -
współczesnej puszczańskiej stolicy, gdzie później powstawał telewizyjny
serial Blondynka. To cykl "U Pana Boga" rozsławił to miejsce.
W 2024 roku na ekranach kin pojawi się czwarta komedia z tej serii,
także w reżyserii Bromskiego. Tym razem ma być u Pana Boga, ale nie za
piecem, w ogródku, czy za miedzą, tylko w Królowym Moście. Jak
zapowiedział reżyser, w najnowszej części Królowy Most ogłosi
niepodległość w reakcji na odkrycie archeolożki, która odnajduje w podziemiach miejscowego kościoła uniwersał królewski. Król nadał w nim
właścicielowi tej okolicy przywilej niezależności od Korony. Mieszkańcy
Królowego Mostu potwierdzają ważność dokumentu i ogłaszają secesję.
Filmu nie udało mi się jeszcze zobaczyć, ale nie spodziewam się, by był
lepszy niż pierwsza komedia z tej serii. Choć kolejne odsłony "U Pana
Boga" robiły na mnie coraz gorsze wrażenie, oglądałem je, gdyż pojawiał
się w nich mój ulubiony bohater - ksiądz proboszcz Antoni, którego
postać stworzył Krzysztof Dzierma. Można zaryzykować stwierdzenie, że
gdyby nie Dzierma w roli plebana, "U Pana Boga" skończyłoby się na
pierwszej części, a cała Polska nie zachwyciłaby się Królowym Mostem.
Oczywiście swoje zrobił też niezastąpiony w roli komendanta Andrzej
Beja-Zaborski.
Podjałówka
Postanowiłem odwiedzić Krzysztofa Dziermę, który zawodowo związał się z Białostockim Teatrem Lalek, ale zamieszkał poza miastem - w Podjałówce.
W miejscu, z którego pochodził ojciec jego żony, nad niewielką rzeką
Podjałówką, z widokiem na jej dolinę, urządził sobie siedlisko. Ma tu
naprawdę jak u Pana Boga. Zresztą, jak mi opowie, Bromski go odwiedził i nawet sugerował, żeby w tym miejscu nagrać sceny do filmu - ale Dzierma
wybił mu ten pomysł z głowy.
Kiedy wysiadam z samochodu, Krzysztof Dzierma staje przed domem i oznajmia, że właśnie robi ogórki, więc zaprasza do środka. Od pierwszych
słów zdaję sobie sprawę, że Dzierma w filmie Bromskiego nikogo nie
zagrał. Nie musiał tworzyć postaci księdza na potrzeby filmu. On w tych
komediach jest sobą, chociaż w prawdziwym życiu wykonuje zupełnie inną
profesję i bliżej byłoby mu do filmowego organisty. Na co dzień
komponuje muzykę do przedstawień teatralnych. Współpracował z wieloma
polskimi scenami, ale na stałe zatrudnił go Białostocki Teatr Lalek.
Krzysztof Dzierma niedługo wybiera się na emeryturę, ale do Podjałówki
przeniósł się znacznie wcześniej.
Aktor i kompozytor w jednej osobie wprowadza mnie do kuchni. Na stole
stoją słoje z ogórkami. "Ogórki robię, właściwie to już te ogórki
skończyłem" - mówi i już można odnieść wrażenie, że jest się na plebanii
u księdza Antoniego. Brakuje tylko księżowskiej gospodyni. Naszej
rozmowie towarzyszy tykanie starego zegara. "Taki sam stał w moim
rodzinnym mieszkaniu. Pamięta jeszcze przedwojenne czasy. Regularnie
wybija każdą godzinę - mówi mi Krzysztof Dzierma. - To zegar po matce.
Zmarła i nikt go już nie nakręcał. Mówili mi, że głośno bije.
Przeszkadzał. To zabrałem ten zegar tutaj. W nocy się przebudzę i nie
muszę palić światła, bo słyszę: raz, dwa, trzy, cztery - i już wiem, że
czwarta".
Podjałówka leży obok wsi Jałówka, a ta z kolei obok wsi Rozedranka, w której znajdują się kościół i miejscowa parafia. W Podlaskiem jest kilka
miejscowości o nazwie Jałówka. "Od kiedy mieszkam w Podjałówce? -
odpowiada na moje pierwsze pytanie Krzysztof Dzierma. - Ten dom został
wybudowany w 2006 roku, ale pierwsza szopa, w której zamieszkałem i którą własnoręcznie postawiłem, to była już w osiemdziesiątym ósmym
roku. Zatem powiedzmy sobie, że od tego czasu. To mija już 35 lat, jak
tu jestem".
Dzierma cały czas spogląda na ogórki. Dominuje w nim gen gospodarza,
który musi zadbać o odpowiednie zapasy dla domu, najlepiej z własnego
ogródka. Po chwili mój rozmówca kontynuuje opowieść:
Kupiłem ten kawałek pola na gruntach szóstej kategorii. To w Podjałówce
ojciec żony miał pasiekę. Zaraz za tym płotem. No a jak była pasieka, to
i pszczoły, i ktoś przy tych pszczołach musiał robić. Teść miał dwóch
synów i córkę, ale nie wykazywali zainteresowania pszczelarstwem. A ja z teściem miałem wspólny język, tak że do tej pory żona mówi mi, że z jej
ojcem ślub brałem, a nie z nią. I tak przyjeżdżałem tutaj co roku od
osiemdziesiątego czwartego, i praktycznie całe wakacje z nim na tej
pasiece siedziałem. A oprócz tego, że była pasieka, to były i inne
zajęcia, jak to na wsi. Któregoś razu myślę sobie, a ja miałem takie
ciągoty wiejskie już od dziecka, żeby zamieszkać na wiosce. Bo
dzieciństwo w zasadzie spędziliśmy z siostrą u mojej ciotki. Ciotka
mieszkała w trójkącie Augustów-Suwałki-Ełk, na poniemieckiej kolonii.
Domy porozrzucane, elektryfikacji nie było. To był początek lat
sześćdziesiątych, a myśmy z rodzicami mieszkali wtedy we Wrocławiu.
Rodzice jeszcze byli młodzi, szkoły musieli jakieś skończyć, to studia,
to praca, i nie miał kto się nami zająć. A że ciotka miała trójkę dzieci
w podobnym wieku do nas, to dla niej czy ma wykarmić troje, czy
pięcioro, to było wszystko jedno. Zima, lato, tam żeśmy siedzieli przez
dwa lata. Stąd te wspomnienia z wczesnych lat już we mnie zostały. I wróciłem na wieś. Dziś nie chce mi się już wracać do miasta. Niechętnie
tam jeżdżę. Nie tęsknię.
Krzysztof Dzierma urodził się w Kętrzynie, chociaż jego rodzice pochodzą
z Suwalszczyzny:
Matka moja wróciła z Syberii, gdzie trafiła z siostrami. I oni młodzi
ludzie, jako że na gospodarce nie mogli przetrwać, bo było dużo dzieci,
pojechali za chlebem. Ojciec wyjechał do Kętrzyna, jakąś pracę tam miał,
wynajął jakieś mieszkanie, ściągnął matkę, a w międzyczasie ja się
urodziłem. Potem z tego Kętrzyna pojechaliśmy do Wrocławia. Okazało się,
że ojciec ma tam jeszcze lepszą pracę i mieszkanie jeszcze dawali, to
zdecydował się pojechać. Jolka, moja siostra, urodziła się już we
Wrocławiu. Potem znów się przenieśliśmy. W 1965 roku przyjechaliśmy do
Białegostoku. W Białymstoku mieszkałem, ale nie wiem, czy jestem
białostoczaninem, bo nie wiem, jak to się liczy. Chociaż nie czuję się
ani kętrzynianinem, ani wrocławianinem. Natomiast wszyscy białostoczanie
to wieś napływowa. Zresztą u nas wszyscy napływowi. Nawet tu, w Podjałówce. Kiedyś taka kuzynka stąd pokłóciła się ze mną. I mówi do
mnie, że ja nawałoć, bo ja nie z tych stron. To jej odpowiedziałem:
"Tadzia, przecież ciebie tutaj przywieźli spod Dąbrowy Białostockiej.
Dwa dni koń ciągnął furę, a ty na tej furze siedziałaś i jałówka do niej
była przywiązana. To ty nie nawałoć? A Twoja córka to co? Mieszka w Białymstoku. To ona nie nawałoć?". Bo nawałoć oznacza tutaj przybłędę. A ona mnie tutaj od nawałoci wyzywa. Nie wiadomo, kto jest stąd, a kto
nie. A prawda jest taka, że mieszkam tu już tyle lat, dobrze mnie znają,
że jestem już tutejszy. We wsiach wokół mam już znajomych. Oni nie
traktują mnie tutaj jako kogoś, kto tutaj tylko przyjeżdża. Teraz jestem
częścią tego miejsca. Bardziej niż Białegostoku.
A jak Dzierma znalazł swój kawałek ziemi?
Pomyślałem sobie, że dobrze byłoby mieć swoją działkę, jakiś kawałek
terenu. Zapytałem teścia, czy nie ma tu jakiejś ziemi do kupienia. A on
mi mówi: a po co ci to, weź tam sobie przy drodze kawałek mojej ziemi,
gdzie sadek jest, postaw szopę i siedź. Ja mówię: nie, ty jeszcze masz
dwóch synów, jak oni się zachowają w przyszłości, to ja nie wiem, a nie
chcę potem się z nikim o ziemię kłócić. Szukałem dalej. Ale tu, gdzie
dziś stoi mój dom, są te wszystkie stawy. Aż do tych mokradeł było pole.
Rósł na nim owies, a dalej było bagno. Któregoś razu miejscowy gospodarz
Adolek, już nieżyjący, na kolanach sierpem żął ten owies. To ja mówię mu
wtedy: "Panie Adolek, prodaj hetu ziemlu". A on odpowiada: "A bieri
darmoj". A ja mu mówię: "Nie, ja nie chaczu darmoj, ja chaczu pakupit".
W 1988 roku nie mogłem kupić, bo nie byłem rolnikiem. Nierolnik nie mógł
takiej ziemi nabyć, tylko wydzierżawić. I zaczęło się od dzierżawy. Po
1989 roku zmieniły się te przepisy i już można było notarialnie kupić na
własność. I tak tutaj siedzę, chociaż trochę przez przypadek.
Po chwili namysłu Krzysztof Dzierma pyta: "Zrobić ci coś do picia?
Herbatkę?", po czym szybko przechodzi na temat ogórków stojących na
stole:
O, wczoraj solanki nagotował. Stopniowo i na bieżąco trzeba robić
ogóreczki, jak rosną. Zalał je, zagotował i zrobię z nich kiszone.
Później one już na te kiszone nie nadawałyby się, już takie mniejsze
rosną. Wtedy robię octowe. A jak zapomnę, ogórek przerośnie, to pikle
robię. Albo sałatkę, ale w tym roku nie będzie z ogórkami wesoło. Mam
kawałek ogródka, kawałek szklarni. Ja mam tu cały czas coś do roboty. Te
wszystkie budowle, które tu są, to wszystko postawione moją ręką. Nie
powiem, że dom sam murowałem, bo to byłoby niemożliwe. Ale
wykończeniówkę już ja robiłem. Podłogę, na której nogi trzymasz,
własnoręcznie układałem. Kafelki, łazienkę całą, wszystko sam wykonałem
- i nie dlatego że pieniędzy nie było czy nie chciałem wydawać, ale raz,
że robię tak, jak chcę, a poza tym miałem czas i nie musiałem mówić
komuś, jak ma to zrobić.
Podjałówka leży tuż obok lasu. Kiedy pytam o puszczę, Dzierma odpowiada:
Las jak las. W zasadzie teść miał las, zaraz za państwowym, jak na
Polanki jechać. W tym lesie robota to zawsze była. Teść często mówił:
chodź, zięć, do lasu. I siekierkę brał, i piłę. Wiatr coś powali, trzeba
posprzątać. Tamtą szopę jak stawiałem w końcówce lat osiemdziesiątych,
to nie było przecież pieniędzy, bo słabo wtedy zarabiałem, a dobrego
drewna nie można było kupić. I tamta szopka praktycznie cała z topoli
jest zrobiona. A topola to był kiedyś chwast, który się wycinało.
Obróbka tej topoli świeżej w traku - to poszłyby z niej wióry. Dlatego
puszczaliśmy specjalnie na dużej krajzedze, żeby co drugi ząb wyciąć.
Dziś do lasu chodzę głównie po grzyby. Bardzo to lubię. Najlepiej widać
po zaparkowanych pod lasem samochodach, czy grzyby już są. Jak są
samochody, to znaczy, że na żółte przyjechali. Chociaż z tymi grzybami
różnie bywa. Wysypują się w różnych terminach.
Podjałówkę traktuje się jako kolonię Jałówki. Mimo że postawiono
drogowskaz z nazwą Podjałówka, to na kopercie należy wpisywać nazwę
większej miejscowości. Sprowadziła się tutaj rodzina Łukaszewiczów - to
z niej pochodzi żona Krzysztofa Dziermy:
Teść się chwalił, że oni szlachta, że jakiś szlachcic przyjechał do
Podjałówki z Markowego Wygonu. Ożenił się z właścicielką tutaj i potem
cała rodzina, ci Łukaszewicze, osiadła na stałe. Na pewno Podjałówka
powstała wcześniej niż Polanki. To sąsiednia, młodsza wioska. W Podjałówce jest tak, że ja też, jak tamten przodek Łukaszewiczów, jestem
przyjezdny. Można powiedzieć, że ja poszedłem w prymaki, chociaż żona
urodziła się i mieszkała w Białymstoku. I tam żeśmy mieszkali. Stąd
tylko teść był. Dziś to taka wioska-nie wioska. Mało kto gospodarkę ma.
Część pracuje w mieście. Część ma drugi dom na lato i weekendy.
Dzierma przerywa i wraca do przygotowywania ogórków:
Teraz muszę te ogórki przykryć, żeby oddzielić od światła dziennego. Po
dwóch dniach do piwnicy zniosę, jak złapią kiszenie. Z ogórkami jest
tak, że ja ludziom nie wierzę, bo ci, co robią na sprzedaż ogórki,
potrafią je byle czym z szamba podlewać, nie mówiąc już o saletrze. I weź teraz worek ogórków, nawet na giełdzie. Zrobisz nawet 100 słoików, a w zimie wyciągasz i szambem pachną. Wolę już, jeśli się zdarzy taki rok,
jak jest nieurodzaj, z beczki te ogórki kupować, bo wiem, że mogę go
spróbować, zanim kupię. Ale nie ma to jak swoje. Swoje to przede
wszystkim wiesz, co jesz, jak to mówią. Inna sprawa, że dobrze mieć swój
ogród. Gotuję zupę czy coś innego. Poszedł, wyrwał świeże, a jak ja raz
na tydzień do sklepu jeżdżę, to zwiędnięte bym tylko miał. A tak - to
świeże z własnej uprawy. Teraz tylko z kręgosłupem u mnie jest ciężko i z tym schylaniem się jest kłopot. Ale mam już na to sposób. Któregoś
razu na kolanach zasuwam, pielę, bo ja lubię pielić, radyjko mi tam gra.
Myślę sobie: czemu ja muszę się do ziemi schylać? Czemu ta ziemia nie
przyjdzie do mnie? Wiesz, co wymyśliłem? Chodź, pokażę ci w piwnicy.
Dzierma prowadzi mnie teraz schodami na dół i mówi:
Pomyślałem sobie, że zrobię skrzynie. One będą na podwyższeniu. Takich
skrzyń będzie osiem, oczywiście każda zaimpregnowana, wyłożona folią z drenażem. Ustawię je wzdłuż, o tak, że z obu stron będę miał dojście. I jeżeli to będzie na wysokości stołu, to ja mogę pielić i nie klękać. Bo
ja oprócz tego, że lubię pracować w ogrodzie, to i lubię majsterkować.
Tu mam taki warsztat, a tam za domem jeszcze drugą stolarnię. Nie znoszę
upałów. Jak są upały, to schodzę tutaj do piwnicy i coś klecę. Tu mam
chłodek. Rano, jak nie jest jeszcze gorąco, to idę do tamtej szopy. Jest
tam ukośnica, piła. A tutaj kryję się w upały. I cały czas mam w piwnicy
przetwory, tylko teraz to są jeszcze pozostałości z ubiegłego roku. Tu
kwiaty bzu porobione. Trochę porzeczki. Trochę papryki. Trochę suszonych
grzybów.
Wracamy do kuchni. Zegar wybija kolejną godzinę, a Krzysztof Dzierma nie
przestaje mówić: "Ja nigdy nie planuję, co mam zrobić, bo nigdy nie
wiem, jaka będzie pogoda, a tym, co zapowiadają z telewizji, nie wierzę.
To jest po prostu najlepszy zawód świata. Można nakłamać i nie ma
żadnych konsekwencji. Ale jakby im po premii dali albo wypłacali im
pensje od sprawdzalności prognozy pogody, o, już by wtedy inaczej
gadali".
Wychodzimy z kuchni przed dom. Gospodarz zauważa:
Tu dużo wody jest. A to dlatego, że płynie Podjałówka. Ten staw był
kiedyś dobrym stawem. Teraz jest zapuszczony, zarośnięty, bo nie ma ryb.
A ryb nie ma, bo wydra załatwiła. I już ryb nie wpuszczam. Bo jak
wpuszczę amura czy tołpygę, to mi wydra wyjmie. A ta pod ochroną. Po
tamtej stronie rzeki, gdzie Siemieniaki mieszkali, było też mnóstwo
stawów, ale teraz wszystko zarośnięte. Siemieniaki już praktycznie
wszystkie powymierali. Dawniej mieli hodowlę ryb. Jeszcze miał ją
dziadek Siemieniako. Ten dziadek Siemieniako przed II wojną światową
wydzierżawił łąki od tak zwanych gospodarzy sokólskich i chciał zrobić
młyn na tej rzece. Wtedy rzeka inaczej wyglądała, bo teraz to
zmeliorowana. Przedtem, jak mówią, ja tego nie pamiętam, ona się wiła.
Tam było wtedy bagnisko, ale po drugiej stronie była wielka góra piachu,
żwirowa. A że Siemieniako chciał tu budować, to musiał coś wymyślić. I on ten żwir przewoził, i usypywał. Ale jak ten żwir na bagno przewozić?
I wiesz, co ten Siemieniako wymyślił? Szyny ułożył i takie jak w kopalni
wagoniki na nich postawił. Ładował ten wagonik żwirem, przepychał,
wysypywał i układał następne tory, żeby szła dalej robota. Widać ogrom
jego pracy po tym, jak duże wyrobisko po sobie zostawił. Dziś po dziadku
Siemieniako został już tylko dom. I wyrobisko.
W Podjałówce nie ma już wielu gospodarzy, którzy uprawiają ziemię. Jak
tłumaczy Krzysztof Dzierma:
Jeden tylko jest, i to pełną gębą. Jeszcze niedawno ci za płotem mieli
krowy. Z jedną krową sąsiadów nawet się zaprzyjaźniłem - i to do tego
stopnia, że nauczyłem ją piwo pić. Nazywała się Marcysia. Miała kolczyk
numer 2060. Ona podchodziła, ja jej to piwo dawałem. Potem się
obracałem, ona mi plecy całe wymywała, lizała tym szorstkim jęzorem. I któregoś wieczora, kiedy po dojeniu krowy wypuszczali na pastwisko za
moim płotem, przyjechała moja żona. A ta Marcysia zobaczyła mnie i leci
do mnie i woła: "Muuuu, muuuu". Ja do niej mówię: "Cicho, Marcysia, nie
widzisz, że żona przyjechała?". A jakie mleko od tych krów było! O Jezu,
jak ja bym się takiego mleka napił teraz! Nie ma już takiego mleka, nie
ma już takich krów. No jeszcze Wróbel ma stado krów, ale co tam do niego
jechać, jak on tam z rana od razu to mleko chłodzi, żeby do mleczarni
pojechało. A z tamtego mleka od tych krów sąsiadów to miałem i śmietanę,
i masło, i twarogi, i zsiadłe.
Ksiądz Antoni
Krzysztof Dzierma jest już po zdjęciach do U Pana Boga w Królowym
Moście - czwartej części filmowego cyklu Jacka Bromskiego. Pierwsza
część była za piecem, druga w ogródku, a trzecia za miedzą. Kiedy
spotykamy się w Podjałówce, stwierdza, że nie widział jeszcze najnowszej
produkcji. Jest przekonany, że film będzie zupełnie inny niż poprzednie.
Nie wie, czy ludziom się spodoba: "To taki moralitet o demokracji, inny
niż poprzednie części. Mieszkańcy Królowego Mostu chcą się sami rządzić,
co ma swoje poważne konsekwencje".
Dzierma przyznaje:
Nie lubię na siebie patrzeć. Taki amator jestem, co pod nosem coś mówi.
Nie lubię swojego głosu słuchać. Mnie to drażni, ale ludziom pierwsza
część się spodobała. A dlaczego pokochali ten film? Raz, że piękne
ujęcia Lenczewskiego, bajkowe takie: jakiś zagubiony świat, drogi
rozjeżdżone, krzywe płoty, kapliczki ładne, przestrzenie, przepiórki w tle się odzywają. Dwa: ta rola księdza zrobiona jest w ten sposób, że to
jest taki gospodarz, który dba nie tylko o swój dobytek, ale o wszystkich. On nie wyciąga ręki po pieniądze i nie mówi: dajcie, ale
stara się raczej sam coś od siebie dać. To pomidorka, to wędlinkę,
pszczoły ma, tak jak to było kiedyś. Teraz księża nie robią tego z prostej przyczyny - bo nie mają na to czasu. Mają wiele obowiązków.
Wiem, bo różnych księży znam.
Zanim Jacek Bromski trafił na odtwórców ról księdza i komendanta z Królowego Mostu, pojawił się scenariusz Tadeusza Chmielewskiego do filmu
pod tytułem Ave Marusia. Miał on opowiadać o przyjeździe kobiety zza
wschodniej granicy, ale w oryginale akcja była osadzona w rejonie
Przemyśla. Ostatecznie Bromski wykorzystał ten scenariusz, ale mocno go
zmodyfikował i zdecydował, że film będzie kręcony na Białostocczyźnie.
To, że Bromski wybrał te okolice, jest łatwe do wyjaśnienia. Jego
ówczesną żoną była aktorka Anna Romantowska, która pochodziła z Białegostoku. Siostra Romantowskiej pracowała w Białostockim Teatrze
Lalek, który jeździł ze spektaklami do Warszawy. W stołecznym Teatrze
Małym działał teatr impresaryjny, gdzie wystawiano białostocki Krótki
kurs piosenki aktorskiej. Grali w nim Andrzej Beja-Zaborski i Krzysztof
Dzierma. Ten drugi stwierdza:
W zasadzie to nie grałem, bo ja nie umiem grać. Tylko głupio leżałem w łóżku jako skacowany kompozytor. Grający brata Karolka Zaborski nic nie
mówił, a ja gadałem przez cały spektakl. Dopiero na koniec spektaklu
Karolek powiedział jedno zdanie. Kiedyś zaprosili Bromskiego na nasze
przedstawienie. On popatrzył na te nasze mordy, na to panoptikum, i pomyślał sobie, że weźmie tych aktorów prowincjonalnych i zrobi z nimi
film. Trzeba wiedzieć, że w powodzenie produkcji, która otrzymała tytuł
U Pana Boga za piecem, nikt nie wierzył. Stąd może i nas chcieli
wziąć, żeby ograniczyć ewentualne koszty i finansowe straty.
Realizacja pierwszego filmu przebiegała bardzo szybko. Jak mówi Dzierma:
Niewiele było uwag reżyserskich. W pierwszej części większość aktorów
pochodziła z Białegostoku. Oprócz nas była Rosjanka grająca Marusię. I Bromski wziął jeszcze tego Wieczorkowskiego, górala, który kaleczył
naszą mowę ojczystą. To wyglądało bardzo śmiesznie. Bromski cały czas
prosił: "Wy mówcie po białostocku". "Jak to po białostocku, jak ja
przecież mówię po białostocku?", odpowiedziałem mu. A on: "Ty
śledzikuj". A kto tak u nas mówi?! U nas tak się nie mówi. A to, że
kiedyś śledzie na nas wołali, to inna sprawa. W tym pierwszym filmie
było jeszcze paru obcych aktorów ze wschodu, ale nie było za wielu
aktorów z zewnątrz.
Pierwsza komedia powstała w ekspresowym tempie. Nie pokazano w niej pór
roku - zdjęcia zaczęły się we wrześniu i we wrześniu się skończyły.
Odtwórca roli księdza dodaje:
Tych dni zdjęciowych nie było aż tak dużo. Bromski miał do mnie
pretensję, że za wolno mówię. A ja nie miałem jeszcze tego doświadczenia
z kamerą, wiedziałem tylko, jak się to robi w teatrze. Dubli nie było za
wiele, bo wtedy film na taśmie kręcili, a metr taśmy kosztował cztery
dolary. Musieli oszczędzać tę taśmę. Jeśli robili dubel, to tylko ze
względów bezpieczeństwa. Dźwięk był podkładany w studio, bo był bardzo
źle nagrany na planie i trzeba było robić postsynchrony.
Serca widzów zdobyli proboszcz i komendant. W roli tego drugiego
zobaczyliśmy wspomnianego już Andrzeja Beję-Zaborskiego. Dzierma tak
mówi o swoim koledze z planu:
Z Andrzejem poznałem się dopiero w teatrze. Wiele nas połączyło. Ja
przyjechałem do Białegostoku z Wrocławia w latach sześćdziesiątych, a on
przyjechał z Wałbrzycha. On uczył się w technikum elektrycznym i ja
uczyłem się w elektrycznym. Ja byłem w tej samej jednostce wojskowej i on był w tej samej jednostce. Cały czas jakbyśmy razem szli. Jak
zacząłem pracować w teatrze, to on już pracował w teatrze. Potem
zacząłem pracować w szkole teatralnej - i on też. I tak do dnia
dzisiejszego nasza znajomość funkcjonuje.
Dwaj białostoccy aktorzy stworzyli niezastąpiony duet, a film U Pana
Boga za piecem został entuzjastycznie przyjęty przez widzów. Po pokazie
na festiwalu w Gdyni komedię Bromskiego okrzyknięto przebojem. "Co
zrobił Bromski z tym sukcesem?" - pyta Dzierma i od razu odpowiada:
"Zamilkł. Dopiero po dziesięciu latach powstała druga część filmu, a potem dograł część trzecią, a w 2023 roku - czwartą".
Mój rozmówca zauważa:
Pierwszy film był fajny. W filmie nie można cały czas pokazywać
sielskości. Musi być i wątek miłosny, i kryminalny. To dlatego Bromski
wymyślił tych ruskich rekieterów w pierwszej. Potem wprowadził świadka
koronnego w drugiej. Potem ruscy starli się z tym świadkiem koronnym,
Bocianem, który nawrócił się i został już w Królowym Moście. W każdym
razie jeszcze się dało te filmy oglądać.
W kolejnych filmach cyklu przybywało znanych aktorów spoza Białegostoku.
Pojawił się Emilian Kamiński, a w ostatniej jak dotąd, czwartej części
wystąpiły kolejne znane twarze, w tym Andrzej Seweryn. O mały włos
czwarta komedia powstałaby bez udziału Dziermy. Jak wyjaśnia mój
rozmówca:
Jest już zupełnie inna niż pierwsza. Ksiądz - wiadomo - musiał być.
Szczerze mówiąc, nie chciałem już w tej czwartej części wystąpić. Była
pandemia, trzeba było się szczepić, a ja bardzo źle znoszę szczepienia.
Bromski mnie namawiał. Mówił, że bez proboszcza nie zrobi tego filmu.
Odpowiedziałem mu: "Zrób taką scenę, że stary proboszcz siedzi w więzieniu za pedofilię - i już". W końcu jednak się zgodziłem i wystąpiłem. Tej czwartej części po prostu nie czuję. Od początku mi ten
scenariusz nie podchodził. Przyjeżdża jakaś archeolożka, ma robić jakąś
inwentaryzację, czyta kroniki, znajduje akt nadania ziemi, rusza cała
machina, jak tu zrobić państwo w państwie. Taka historia może i byłaby
prawdziwa, ale jakoś się w tym nie odnajdywałem.
Dzierma przyznaje, że atmosfera na planie była dobra, a ekipa pomocna.
Najwięcej pracy wykonał drugi reżyser. Nie było w tej części - podobnie
jak w trzecim filmie - Rosjanki Iriny Lachiny. Podobno jej oczekiwania
finansowe okazały się bardzo wysokie. Nie ma też Jana Wieczorkowskiego,
bo przewidziano dla niego epizodyczną rolę, której nie przyjął. W nowego
muzykanta wcielił się Maciej Miecznikowski.
Razem z Krzysztofem Dziermą przed szklarnią z jego słynnymi pomidorami.
Na planie nie brakowało przygód. Jak wspomina Krzysztof Dzierma:
W Usnarzu Górnym, blisko granicy, mieliśmy zdjęcia. Ekipa wymyśliła, że
dobrze byłoby sfotografować ten cały mur i scenę, jak ksiądz drogą
jedzie od strony muru. I wysłali mnie prawie do tego muru. A na 200
metrów nie wolno było do niego podjeżdżać. A ponieważ miałem długą drogę
do przejechania, to musiałem mieć kontakt z kierownikiem planu, którego
posadzili bliżej w krzakach z radiem. Miał mi dać sygnał, kiedy mam
jechać. Pierwsze ujęcie poszło bez problemu, ale drugie skończyło się
inaczej. Ruszam, a tuż za mną pojawia się samochód opancerzony.
Kierownik wyskakuje z krzaków, wojsko jemu drogę zajeżdża, ten ręce
podnosi do góry. Ja zdążyłem już uciec. Wróciłem z Bromskim i kierownikiem produkcji, żeby wybronić kierownika planu. Żołnierze widzą,
że ekipa filmowa stoi. Podjechali bliżej i sprawdzali w samochodach, czy
naprawdę nie ma uchodźców, chociaż wszystko było zgłaszane, ale nikt nie
zapytał, czy można wejść na pas. Potem straż graniczna pojawiła się,
kiedy były kręcone kolejne ujęcia w innej wsi, w Grzybowszczyźnie.
W tej części filmu nie zobaczymy już słynnej tablicy i drogi w Królowym
Moście. To pod nią słynny patrol policji zatrzymywał kierowców za
przekroczenie prędkości. Chociaż Królowy Most nigdy nie był miastem,
tylko niepozorną, uroczą osadą - dziś zdominowaną przez zabudowę
rekreacyjną - to zapisał się już trwale w pamięci fanów cyklu "U Pana
Boga". Sam pamiętam, kiedy na tej drodze nie było jeszcze asfaltu, tylko
bruk. W czwartej części drogę w Królowym Moście zastąpił most w Supraślu, gdzie na potrzeby filmu powstał punkt kontroli granicznej. To
właśnie tam nagrano sporo scen.
Warto podkreślić, że Królowy Most Bromskiego nie przypomina prawdziwej
wsi. Reżyser stworzył fikcyjną miejscowość z budynków i ulic Supraśla,
Sokółki i Tykocina. Tymczasem wiele osób jest wciąż przekonanych, że
cały film był realizowany w istniejącym na mapie Królowym Moście. Sama
nazwa pojawiła się w komediach za sprawą Bromskiego, któremu się
spodobała, szczególnie zaś upodobał sobie jej francuski przekład: Pont
Royal. Do tego dochodzi legenda, że mógł tamtędy przechodzić Napoleon. I owszem - do dziś istnieje turystyczny szlak napoleoński, który przebiega
przez Królowy Most. Ale tego, by dotarł tam sam cesarz, nie potwierdziły
żadne przekazy. Jeśli pojawili się tam Francuzi, było to raczej
napoleońskie wojsko.
Pytam mojego rozmówcę, z kim w tej czwartej części grało mu się
najlepiej. Dzierma zdradza:
Z Andrzejem jak zawsze dobrze mi się występowało. A w tej czwartej
części bardzo dobrze mi się też grało z nowym bohaterem, moim wikarym. W tej roli wystąpił Bartek Firlet, ten młody policjant z Ojca Mateusza.
Gra postać bardzo negatywną. Na początku proboszcz jest z niego
zadowolony, ale potem okazuje się, że to jest donosiciel, i donosi na
mnie do biskupa, i cały czas mam z nim konflikt. Bartek zagrał bardzo
dobrze i lubię go nie tylko za to, jak zagrał, ale i jako człowieka. To
jest bardzo sympatyczny człowiek. Bartuś, ja mówię do niego, jak to
zrobić, że muszę być na ciebie wkurzony jako ksiądz, a jesteś bardzo
sympatycznym facetem i wkurzyć jest się ciężko. Mogę dziś powiedzieć, że
będzie z jego gry bardzo dobra rola.
Najbardziej Dziermę wymęczyła jednak poprzednia, trzecia część cyklu "U Pana Boga":
Tempo było już inne niż w pierwszym filmie. Odczułem to na własnej
skórze. Pierwszy dzień zdjęciowy, a na planie byłem tylko ja i ekipa.
Kręcili mnie i kapliczki. Pięć monologów przy pięciu różnych
kapliczkach, w różnych miejscach. Ustawianie, kręcenie. Mało tego - ja
wiedziałem, że będą te sceny kręcone, i wcześniej nauczyłem się tych
monologów. Skończyli to kręcenie, ale mówią, że jeszcze nie koniec, i rowerem kazali jeździć. Cały dzień gadania i jeszcze rowerem zasuwać
musiałem. Przyzwyczaiłem ich, że jak Dzierma przyjedzie, to można z niego najwięcej wydusić. Bo będzie umiał tekst. A wiesz, na czym polega
różnica między amatorem a profesjonalistą? Amator musi mieć tekst
opanowany na blachę. A profesjonalista musi wiedzieć, gdzie kartki z tekstem przyczepić. I nauczyć się, jak z nich czytać.
Pytam odtwórcę roli proboszcza, czy zdążył polubić swoją postać.
Polubić moją postać - polubiłem. Kiedy pierwszy raz miałem zagrać,
powiedziałem Bromskiemu, że to duża odpowiedzialność. A on mi na to:
"Tym się nie martw, będziesz robił to, co w życiu". A on wiedział, że
mnie te pszczółki, ogórki, pomidorki interesują. Ja miałem problem z dokładnym zapamiętaniem tego, co mówiłem, więc uprzedziłem, że będę
mówił po swojemu, nie słowo w słowo. Osoba od skryptów cały czas
narzekała, że gadam nie tak, jak zapisane w scenariuszu. A ja, grając
księdza, byłem sobą. Ja na co dzień tak samo mówię, tak samo się ruszam.
Nie jest to jakaś specjalnie wykreowana postać. Tylko żony i dzieci ten
ksiądz nie ma. Na tyle ta postać wrosła we mnie, że wiszą u mnie na
górze kapelusz i sutanna. Pojawiam się w nich na różnych wydarzeniach.
Zapraszają. Za księdza robię i jeżdżę. Moja stara sutanna też jeszcze tu
leży, trzeba ją będzie spalić. Teraz mam nową. Ta stara gruba była. Na
lato się nie nadawała. Kiedyś pojechaliśmy z żoną do znajomych pod
Szczytno. Zgodziłem się, żeby w tej sutannie pojawić się na miejscowym
pikniku, bo znajomy był sołtysem. Połaziłem tam przebrany, ale było tak
gorąco, że z siebie sutannę ściągnąłem, i ta sutanna do prania się już
tylko nadawała. Żona zachodzi później do pralni w Białymstoku i mówi, że
mąż prosi, żeby tę sutannę wyprać. A ta z obsługi patrzy na sutannę i na
żonę i mówi, że to sutanna katolicka. A żona mówi, że tak. Nie
zaprzecza.
Krzysztof Dzierma jest do dziś rozpoznawany na ulicach. Jak opowiada:
Raz jadę do Katowic. Idzie konduktor. Ja czytam książkę, ale bilet mu
podaję, a on do mnie: "A pan to nie grał w filmie?". "Nie",
odpowiedziałem. Oddał bilet i za chwilę wraca, i pyta: "A wie pan w jakim?". "Nie wiem", odpowiadam. To on usiadł naprzeciwko mnie,
opowiedział mi cały film i powiedział, że jestem tak podobny do tego
księdza, że muszę obejrzeć U Pana Boga. A facet był ze Śląska. Jak już
skończył, wstał, ale zanim wyszedł, patrzy na mnie. I pod nosem słyszę,
jak mówi do siebie: "To nie ten, co grał księdza; tamten był wyższy".
Czasem bywało to zagadywanie męczące. Jak jeździłem pociągami,
zasłaniałem się książkami, żeby unikać rozmów. Chcesz poczytać, a ludzie
nie rozumieją, że nie zawsze jestem chętny do gadania.
Dzierma nie ukrywa, że rozpoznawalność przydaje się w urzędach. Bywa też
pomocna w kontaktach z policją. Kontrole kończą się na rozmowie o filmie, a czasami trafiają się funkcjonariusze, którzy pomagali w realizacji "U Pana Boga". "Raz, jak przekroczyłem prędkość, to słyszę
pytanie: a gdzie się pan spieszy? Do Królowego Mostu?". Zdarzało się
nawet, że wycieczki fanów odwiedzały Dziermę w Podjałówce. "Przyjeżdżali
zobaczyć najsłynniejszego filmowego proboszcza. Pytali też często o ten
Królowy Most. Gdzie on jest? Ta komenda policji, ta cerkiew i kościół.
Trzeba im zawsze wytłumaczyć, że to taka iluzja. Wszystko zostało
wymyślone" - opowiada mój rozmówca i dodaje:
Mieszka się tutaj, w Podjałówce, jak u Pana Boga. Z tym miejscem się
utożsamiam. Mieszkam tu cały rok, również zimą. Chociaż mam problemy ze
śniegiem, jak zasypie, to najbardziej lubię zimę. Nie ma roboty tyle.
Człowiek wstaje. Jak nie ma prądu, to trzeba kombinować, ale mam kozę na
górze, odłożony zapas drewna i mogę nagrzać. Tu na dole mam płytę i też
grzeję. Kiedyś przez cztery dni z rzędu nie było prądu. Jak rano
wstajesz, jest ziąb, zanim rozpalisz. Na górze też to samo. Pamiętam,
jak przyzwyczaiłem się do tego, że już kolejny dzień nie ma prądu. Radio
mam na baterię. Robi się ciemno. Zapaliłem świece i pomyślałem, że
przynajmniej kolacja będzie romantyczna. I słyszę w radio zapowiedź, że
będzie koncert Arvo Pärta. Zrobił się nastrój. Nie minęło 20 minut, a światło zapalili. Ty wiesz, jaki ja byłem wkurzony?
W dzieciństwie, kiedy Krzysztof Dzierma pomieszkiwał u ciotki na wsi,
nie było tam ani prądu, ani sklepu. "Jak przyszła zima, nikt nie płakał,
że światła nie ma, że lodówka nie chodzi. Nie było niczego. Nawet
toczki2" - opowiada mi o tych czasach z wyraźną nostalgią w głosie. Przyzwyczaił się. Mówi, że nie jest jak ten miastowy, co na wieś
się przeprowadzi i przeszkadza mu tam zapach obornika. "Chodź, pokażę ci
inne budynki" - zaprasza mnie na obchód swojego gospodarstwa. Najpierw
pokazuje mi czynną studnię:
Stąd biorę wodę. A tutaj jest letnia kuchnia. Stół przeze mnie zrobiony.
Wodę tu gotuję w upały, przetwory robię. Mam też wędzarkę. Tam, za tym
płotem, kiedyś tej bramy nie było. Teraz jest letnisko. Amerykaniec to
ma, co pół roku w Polsce, pół roku na Florydzie mieszka. W letniej
kuchni wisi jeszcze obrazek. Prezent od znajomego. Na białej tabliczce
znalazł się cytat: "A dla mnie się tu podoba, bo tu jest jak na wiosce u Pana Boga".
Przechodzimy dalej, a Krzysztof Dzierma opisuje kolejne zabudowania:
To jest ta moja pierwsza szopa, w której zamieszkałem i którą zbudowałem
sam od podstaw, bez niczyjej pomocy. Całą konstrukcję sam postawiłem.
Teraz jest składówka. Kiedyś były spania dla dzieci, była kuchnia.
Kleciłem z byle czego. Stoi do dziś. Tu jest kawałek drewutni. Tu
zbieram wodę deszczową, ona jest szlauchem połączona. Tę wodę
wykorzystuję do celów sanitarnych: zmywanie, pranie, myję się w niej.
Ona idzie przez sito bez paprochów. Czyściutka, fajna woda. Zapas węgla
też mam na wszelki wypadek. I agregat.
W gospodarstwie Dziermy znajduje się też stara piwniczka, która zgodnie
z dawnym zwyczajem zastępuje lodówkę - aktor przechowuje w niej warzywa
i owoce. Każdy skrawek posesji jest wykorzystany. Wszędzie dużo
przedmiotów, które gospodarz nazywa przydasiami, bo nigdy nie wiadomo,
co się przyda. Krzysztof Dzierma planuje też budowę kurnika - ale to
później. A tymczasem relacjonuje:
Samochodów nie słychać, sąsiadów nie mam tuż za płotem. Czasami słychać
pociąg. Jest jeszcze szklarenka. W tym roku pomidory słabo dojrzewają.
Zaczynają czerwienieć, ale jeszcze zielone w środku. Dziwne, niby takie
są dorodne, ale góra pusta. Gdzieś jakieś meszki się pojawiają. Czosnek
wybrany. Cebula już się kładzie. Tutaj wysiana czarna rzodkiew. Tutaj
trochę fasoli szparagowej zostało. Trzeba wyrywać. A tutaj skrzynie
postawię. Tak to mniej więcej wygląda.
Dzierma ciągnie swoją opowieść, gdy idziemy do szklarni:
Teraz nowy proboszcz w Rozedrance jest. Nie poznałem jeszcze. Przed
świętami przyjechał organista Szczepan i opłatki rozwoził. Mówiłem już
mu, że chętnie nowego księdza poznam. Tamten stary awansował, dostał
większą parafię. I ma dwie gospodynie. Z tamtym my się dobrze
rozumieliśmy. Kiedyś zachodzę do geesu, a Janek, patrzę, też w sklepie i mówi do mnie: "A czemu ty do mnie w niedzielę do kościoła nie
przychodzisz?". A ja mu odpowiadam: "A ty do mnie przychodzisz tak
często? Jak jesteś, to tylko na kolędę, i jeszcze masz wieczorem mszę.
Ani posiedzieć, ani nic". Dobry człowiek. Wnuczkę mi chrzcił. Tylko
jednej rzeczy z nim nie załatwiłem. Miejsca na cmentarzu. Bo już trzeba
pomyśleć o tym, żeby dzieciom kłopotu nie robić.
Kończymy nasze spotkanie. Krzysztof Dzierma stwierdza, że może zobaczy
czwartą część filmu. Jak zrobią pokaz w Sokółce, to pojedzie. Do
Warszawy na pewno się już nie wybierze.
Aktor i kompozytor z pewnością zostanie zapamiętany jako ksiądz Antoni.
Tu wypada zacytować słowa odgrywanej przez Dziermę postaci,
wypowiedziane do organisty: "My świata nie potrzebujem, Witek. Już
prędzej ten świat by nas potrzebował".
Dobrze mu w tej Podjałówce. Nie chce się z niej ruszać w świat. Ma tu
jak u Pana Boga za piecem.