Rozdział trzeci
Rozdział trzeci
Tego ostatniego dnia tyran powiedział prawdę.
Jego dziecko, przybyłe z mrocznego świata,
Wznosiło się teraz jako chorągiew przed murami ojca,
A z każdego okna wyłaniały się płomienie, drwiące jak
celebranci.
Na scenę spadło tysiąc tysięcy garści popiołu.
Powiadają, że krew nie zna wspomnień ani wierności.
I tak oto tego ostatniego dnia tyran ujrzał prawdę.
Syn zrodził się w ciemnej komnacie przy akompaniamencie
kobiecych krzyków
I chodził po mrocznej twierdzy, wypełniając korytarze
echami bólu,
Po to tylko, by uciec bezksiężycową nocą pod osłoną kaptura
Przed ciężką pięścią i okrutną twarzą swego pana.
Pomiot dowiódł wszystkim, że cień sięga daleko,
Ale wraca do straszliwego twórcy jeszcze głębszy,
Bo pragnie tego samego, to prawda oczywista i zarazem ślepa.
Tyrani i święci jednakowo muszą paść na ziemię,
A ich ostatnie tchnienia pochłania kolejno cień
Śmiertelnego spoczynku, w którym prawda unieruchamia ich
Na łożu z kamienia.
Słońce wędruje daleko
Restlo Faran
- Od twoich pocałunków drętwieją mi usta.
- To przez goździki - wyjaśniła Shurq Elalle, siadając na brzegu łóżka.
- Zęby cię bolą?
- Niczego takiego nie zauważyłam. - Przyjrzała się leżącym na podłodze
ubraniom, dostrzegła swe nogawice i sięgnęła po nie. - Wkrótce
wymaszerujecie?
- Naprawdę? Pewnie tak. Przyboczna nie ma zwyczaju wtajemniczać nas w swoje plany.
- To przywilej dowódcy.
Wstała, by wciągnąć nogawice. Marszczyła brwi, podskakując na jednej
nodze, by się w nie wcisnąć. Czyżby przytyła? Czy coś takiego w ogóle
było możliwe?
- To ci dopiero był słodki taniec. Mam chętkę pochylić się i...
- Nie radzę, kochanie.
- A dlaczego?
Bo zdrętwieje ci cała twarz.
- Hmm... kobieta musi mieć parę tajemnic.
A przynajmniej tę jedną.
- Mam też chętkę tu zostać - dodał Malazańczyk.
Shurq pochyliła się nisko, by zawiązać buty, i skrzywiła się z niesmakiem.
- Nawet nie nadeszła północ, kapitanie. Nie planowałam spokojnego
wieczoru w domu.
- Jesteś nienasycona. Gdybym był choć w połowie takim mężczyzną, jakim
pragnąłbym być...
Uśmiechnęła się. Na tego mężczyznę trudno było się gniewać.
Przyzwyczaiła się nawet do jego wielkich nawoskowanych wąsów i niekształtnego nosa. Miał jednak rację, choć nawet sobie nie wyobrażał
dlaczego. Zaiste była nienasycona. Pociągnęła za kamizelkę z jeleniej
skóry, zaciskając pasy poniżej piersi.
- Ostrożnie, bo trudno ci będzie oddychać, Shurq. Kaptur wie, że
tutejsza moda ma chyba na celu wykastrowanie kobiet. Czy to właściwe
słowo? Wykastrowanie? Wygląda na to, że wszystko zostało zaprojektowane
z myślą o tym, by was uwięzić, uwięzić waszego ducha, jakby wolne
kobiety były z jakiegoś powodu zagrożeniem.
- Robimy to sobie same, kochanie - odparła, przypinając pas z bronią.
Potem podniosła z podłogi pelerynę i strzepnęła ją. - Wyobraź sobie
dziesięć kobiet, najlepszych przyjaciółek. Jedna wychodzi za mąż i, nim
zdążysz się zorientować, już jest na szczycie. Siedzi na swym małżeńskim
tronie, uśmiechając się z samozadowoleniem. I wkrótce dziewięć
pozostałych również zaczyna szukać męża. - Zarzuciła pelerynę na plecy i zapięła ją na ramionach. - A Królowa Totalna Jędza dalej sobie siedzi i z aprobatą kiwa głową.
- Historia? Ajajaj. Ale to nigdy nie trwa długo.
- Naprawdę?
- Jasne. Wszystko wygląda pięknie do chwili, gdy mąż ucieknie z jedną z tych przyjaciółek.
Prychnęła, a potem zaklęła szpetnie.
- Cholera, mówiłam, żebyś mnie nie rozśmieszał.
- Nic nie zmąci doskonałości twojej twarzy, Shurq Elalle.
- Wiesz, jak to mówią, Ruthanie Gudd. Starość ściga nas wszystkich.
- Jakaś stara jędza poluje na ciebie? Nie zauważyłem niczego w tym
rodzaju.
- Jesteś naprawdę słodki, Ruthan, nawet gdy opowiadasz pierdoły -
odparła, ruszając ku drzwiom. - Chciałam powiedzieć, że kobiety z reguły
nie lubią kobiet. Nie naprawdę, nie w ogólnym sensie. Jeśli któraś z nich założy łańcuchy, maluje je na złoto i ze wszystkich sił stara się
zakuć w nie też inne kobiety. To nasza paskudna wrodzona cecha. Zamknij
drzwi, jak będziesz wychodził.
- Już mówiłem. Mam zamiar zostać do rana.
Coś w jego głosie kazało Shurq się odwrócić. Jej pierwszą reakcją byłoby
wykopanie go na ulicę, choćby tylko po to, by podkreślić fakt, że był
gościem, a nie przeklętym przez Zbłąkanego domownikiem. Usłyszała jednak
w głosie mężczyzny ton twardy jak żelazo.
- Jakieś problemy w malazańskich koszarach, kapitanie?
- W piechocie morskiej jest biegły adept...
- Biegły w czym? Mógłbyś mi go przedstawić?
Odwrócił wzrok i wyprostował się powoli w łóżku, opierając się plecami o wezgłowie.
- To nasza wersja rzucającego Płytki. Tak czy inaczej, przyboczna
zarządziła... rzucanie. Dziś w nocy. Powinno już się zaczynać.
- I?
Mężczyzna wzruszył ramionami.
- Może jestem przesądny, ale ten pomysł mnie niepokoi.
Nic dziwnego, że wykazałeś tyle zapału.
- I chcesz się trzymać jak najdalej.
- Ehe.
- W porządku, Ruthan. Mam nadzieję, że wrócę przed świtem. Zjemy razem
śniadanie.
- Dziękuję, Shurq. Aha, dobrze się baw i postaraj się nie przemęczyć.
To mało prawdopodobne, kochanie.
- Dobrze wypocznij - dodała, otwierając drzwi. - Rano będziesz
potrzebował sił.
Zawsze dobrze było coś im dać przed wyjściem. Coś, co pobudzi ich
oczekiwania, albowiem oczekiwania skutecznie oślepiały mężczyzn na pewne
oczywiste nieregularności jej, hmm, pragnień. Zeszła na dół. Goździki.
To śmieszne. Będzie konieczna kolejna wizyta u Selush. Utrzymywanie
ciała Shurq Elalle w odpowiednim stanie stawało się coraz bardziej
skomplikowane, nie wspominając już o straszliwych kosztach.
Gdy wyszła na dwór, zaskoczył ją widok potężnej postaci wyłaniającej się
z mrocznej niszy.
- Ublala! Na cienie Pustego Tronu, przestraszyłeś mnie. Co tu robisz?
- Kto to jest? - zapytał olbrzym. - Jeśli chcesz, zabiję go dla ciebie.
- Nie chcę. Czy znowu za mną łaziłeś? Posłuchaj, już ci wszystko
tłumaczyłam, tak?
Ublala Pung spuścił wzrok, spoglądając na własne stopy. Wymamrotał coś
niezrozumiałego.
- Słucham?
- Tak. Powiedziałem "tak", kapitanie. Och, chcę już stąd uciec!
- Myślałam, że Tehol przyjął cię do Gwardii Pałacowej - odparła,
próbując odwrócić jego uwagę.
- Nie lubię czyścić butów.
- Ublala, musisz to robić tylko raz na kilka dni. Albo możesz komuś
zapłacić...
- Nie moich butów. Całej reszty.
- Innych gwardzistów?
Skinął głową z ponurą miną.
- Ublala, chodź ze mną, postawię ci kolejkę. Albo i trzy. - Ruszyli
ulicą w stronę mostu nad kanałem. - Posłuchaj, ci gwardziści po prostu
wykorzystują twoją życzliwość. Nie musisz czyścić im butów.
- Naprawdę?
- Tak. Ty też jesteś gwardzistą. Gdyby Tehol się dowiedział... No cóż,
najlepiej powiedz swym towarzyszom, że pomówisz o tym ze swym najlepszym
przyjacielem, królem.
- On jest moim najlepszym przyjacielem, prawda? Dał mi kurę.
Przeszli przez most, opędzając się od rojów much, i ruszyli aleją
biegnącą wzdłuż jednego z nocnych targowisk. Shurq zauważyła, że kręci
się tam więcej malazańskich żołnierzy niż zwykle.
- Tak jest. Kurę. Ktoś taki jak Tehol nie podzieli się kurą z byle kim,
prawda?
- Nie wiem. Może i tak.
- Nie, nie, Ublala, uwierz mi, masz wysoko postawionych przyjaciół.
Króla, kanclerza, cedę, królową, Królewskiego Miecza. Każdy z nich z radością podzieliłby się z tobą kurą. Idę o zakład, że dla twoich
towarzyszy z gwardii nie byliby tacy szczodrzy.
- To znaczy, że nie muszę czyścić butów?
- Tylko własne. Albo możesz komuś za to zapłacić.
- A co z łataniem mundurów? Ostrzeniem mieczy i noży? Albo praniem
bielizny...
- Przestań! Nie musisz robić żadnej z tych rzeczy. Chcę, żebyś pogadał z którymś ze swych przyjaciół. Wszystko jedno z którym. Z Teholem,
Buggiem, Brysem albo Janath. Zrobisz to dla mnie? Powiesz im, do czego
cię zmuszają inni strażnicy?
- Zgoda.
- W porządku. Te skurczybyki, twoi towarzysze z Gwardii będą mieli
poważne kłopoty. O, ten bar będzie w sam raz. Mają tu ławy zamiast
krzeseł, więc nie ugrzęźniesz jak poprzednim razem.
- Świetnie. Jestem spragniony. Dobra z ciebie przyjaciółka, Shurq. Chcę
mieć z tobą seks.
- To słodkie. Ale pamiętaj, że mnóstwo mężczyzn ma ze mną seks. Nie
możesz się tym przejmować, jasne?
- Zgoda.
- Ublala...
- Zgoda. Obiecuję.
* * *
Grupka żołnierzy jechała powolnym kłusem w stronę Letheras. Całuśnica
siedziała bezwładnie w siodle. Nie chciała patrzeć na siostrę, by
poczucie winy nie zalało jej całkowicie, wciągając jej duszę w pustkę.
Od początku wiedziała, że Sinter podąży za nią wszędzie. Gdy karawana
werbowników wtoczyła się do ich wioski w dżunglach Dal Hon, no cóż, to
była kolejna próba, jakiej poddała owo skrywane przekonanie. Najgorszy
był fakt, że zaciągnęła się do piechoty morskiej pod wpływem cholernego
kaprysu. Skłoniły ją do tego miejscowe kłopoty, zacieśniająca się
spirala podejrzeń, w której sercu znalazłby się nie kto inny, tylko sama
Całuśnica, przeklęta "druga" kobieta, ukryta na skraju rodziny niczym
uśmiechnięty cień. Och, mogłaby przeżyć skandal. Wystarczyłoby jeszcze
jedno potrząśnięcie głową i kilka nieostrożnych gestów. Nie chodziło o to, że kochała tego mężczyznę. Wszystkie leśne duchy wiedziały, że
cudzołożnik nie jest wart miłości kobiety, ponieważ żyje tylko dla
siebie i nie jest skłonny do poświęceń w imię honoru żony i dzieci. Nie,
jej motywy były zdecydowanie mniej romantyczne.
Nuda okazała się okrutnym pasterzem. Jej rózga nigdy nie przestawała
uderzać. Pożądanie zakazanego owocu dodało do kierujących Całuśnicą
impulsów kolejny mroczny cień. Od początku wiedziała, że nadejdzie czas,
gdy ją wygnają z wioski i stanie się wyrzutkiem. Podobny los nie równał
się już wyrokowi śmierci, szeroki świat leżący za dżunglą ofiarował
bowiem liczne szlaki ucieczki. Imperium Malazańskie było ogromne, miało
miliony obywateli mieszkających na trzech kontynentach. Tak jest, była
świadoma, że może bez problemów zniknąć w tej błogosławionej
anonimowości. Wiedziała też, że nigdy nie będzie sama. Sinter - zawsze
zaradna i praktyczna - będzie znakomitym wsparciem w jej przygodach. Co
więcej, Biały Szakal wiedział, że jej siostra była piękna i we dwie
nigdy nie musiałyby się uskarżać na brak męskiego towarzystwa.
Werbownicy ofiarowali szansę szybkiej ucieczki. Zjawili się w fortunnym
momencie i z radością zgodzili się pokryć koszty podróży. Dlatego
Całuśnica złapała hienę za ogon.
A Sinter oczywiście podążyła za jej przykładem.
I na tym powinien być koniec. Niestety, ich śladem torowym popłynął
Badan Gruk. Dureń zakochał się w Sinter.
Gdyby Całuśnicy chciało się zastanowić nad swymi decyzjami,
uświadomiłaby sobie, że ściągnęła na wszystkich troje straszliwą
katastrofę. Służba w malazańskiej piechocie morskiej trwała dziesięć
lat, a ona po prostu uśmiechnęła się, wzruszyła ramionami i złożyła
podpis, mówiąc sobie, że gdy tylko znudzi się tą zabawą, zdezerteruje i znowu zniknie w anonimowości.
Niestety, natura Sinter była utkana znacznie gęstszą nicią. Co jej
siostra wzięła w siebie, tego już nie wypuszczała. Raz złożonej
przysięgi należało przestrzegać aż po ostatnie tchnienie.
Nie potrwało długo, nim Całuśnica uświadomiła sobie, że popełniła błąd.
Nie mogła uciec z armii i porzucić siostry, która nagle wzięła i ujawniła tak wiele ze swych talentów, że zrobili ją sierżantem. A choć
los Badana Gruka był Całuśnicy raczej obojętny - biedak zupełnie się nie
nadawał na żołnierza, a jeszcze mniej na dowódcę drużyny - szybko stało
się jasne, że Sinter wzmocniła łączące go z nią więzy. Badan Gruk
podążał za nią wszędzie, podobnie jak ona za siostrą. W sercu ich
związku nie leżało jednak okrutne brzemię odpowiedzialności. Chodziło o coś więcej. Czyżby jej siostra rzeczywiście kochała tego durnia? Kto
wie?
Życie w wiosce było znacznie prostsze, pomimo wszystkich podchodów i gwałtownych ruchów bioder w krzakach nad rzeką. Wtedy przynajmniej
musiała się martwić tylko o siebie. Cokolwiek by się jej stało, nie
dotknęłoby to jej siostry. Sinter była bezpieczna.
Gdyby tylko mogła to wszystko cofnąć...
Ta wycieczka w towarzystwie piechoty morskiej najpewniej zabije ich
wszystkich. Już dawno przestała być zabawna. Okropny rejs na
śmierdzących transportowcach aż do Siedmiu Miast. Marsz. Y'Ghatan.
Kolejna podróż morska. Malaz. Inwazja na ten kontynent, noc na rzece,
łańcuchy, ciemność, cuchnące zgnilizną cele i głód...
Nie, Całuśnica nie zamierzała patrzeć na Sinter. Nie chciała widzieć jej
okropnego stanu. Wolała też nie spoglądać w udręczone oczy Badana Gruka,
pełne żalu i bólu.
Wolałaby umrzeć w tej celi.
Trzeba było skorzystać z propozycji zwolnienia ze służby, złożonej przez
przyboczną, gdy oficjalnie wyjęto ich spod prawa. Ale Sinter nie chciała
o tym słyszeć. No pewnie.
Choć wokół panowała ciemność, Całuśnica wyczuła, że jej siostra
ściągnęła nagle wodze. Jadący za nimi żołnierze skręcili, by uniknąć
zderzenia. Rozległy się stęknięcia i przekleństwa. Potem usłyszała
zaniepokojony głos Badana Gruka.
- Sinter? Co się stało?
Jej siostra odwróciła się w siodle.
- Jedzie z nami Nep? Nep Bruzda?
- Nie - odparł Badan.
Całuśnica zauważyła, że w siostrze budzi się prawdziwy strach. Jej serce
zabiło szybciej w odpowiedzi. Sinter potrafiła wyczuć...
- W mieście! Musimy się śpieszyć...
- Chwileczkę - wychrypiała Całuśnica. - Sinter, proszę. Jeśli mają
kłopoty, niech sami sobie z nimi radzą.
- Nie! Musimy pędzić!
Wbiła pięty w końskie boki. Wierzchowiec runął naprzód. Po chwili
wszyscy pognali za nią. Całuśnicy kręciło się w głowie. Bała się, że
spadnie z siodła. Była za słaba, zbyt zmęczona...
Ale jej siostra Sinter służyła teraz w cholernej piechocie morskiej.
Była jednym z ludzi przybocznej i choć ta suka nie miała o tym pojęcia,
to właśnie tacy żołnierze jak Sinter - cisi i lojalni do szaleństwa -
tworzyli żelazny kręgosłup Łowców Kości.
W Całuśnicy przebudziła się złość, przypominająca wystrzępioną flagę o północy.
Badan o tym wie. I ja też wiem. Tavore, ukradłaś mi siostrę. Z tym nigdy
się nie pogodzę, ty zimna suko.
Chcę ją odzyskać, niech cię szlag.
To moja siostra.
* * *
- I gdzie jest ten dureń?
Pięść Keneb wzruszył ramionami.
- Arbin woli towarzystwo ciężkiej piechoty. Żołnierzy z brudem na nosach
i obłokami pyłu pod czaszką. Pięść gra z nimi w kłykcie, upija się, a skoro już o tym mowa, pewnie z niektórymi również sypia.
Blistig usiadł z głośnym stęknięciem.
- Czy w ten sposób powinno się zdobywać szacunek?
- To pewnie zależy - odparł Keneb. - Jeśli Arbin wygra w kłykcie,
przepije wszystkich i zamęczy każdą żołnierkę, która odważy się dzielić
z nim łoże, to może i tak.
- Nie bądź głupi, Keneb. Pięść musi się trzymać na dystans. Być większy
od zwykłych ludzi i do tego wredniejszy. - Blistig nalał sobie kolejny
kufel miejscowego, mocno się pieniącego piwa. - Pewnie się cieszysz, że
tu siedzisz?
- Na poprzednim odczycie też nie powinienem być. Zastąpiłem Pędraka, to
wszystko.
- A teraz chłopak musi sam połykać własne kłopoty. - Blistig pochylił
się nad blatem.
Znaleźli luksusową gospodę, gdzie ceny były tak wygórowane, że zapewne
nie zjawi się tu żaden malazański żołnierz poniżej stopnia kapitana.
Pięści spotykali się tu już od kilku tygodni, głównie po to, by pić i narzekać.
- I jak wygląda taki odczyt? Słyszy się najróżniejsze pogłoski. Ludzie
ponoć plują traszkami, węże wypełzają im z uszu i biada dzieciom, które
przyjdą w tym czasie na świat w całej dzielnicy. Wszystkie mają po troje
oczu i rozwidlone języki. - Pokręcił głową, pociągnął trzy szybkie łyki
i otarł usta. - Słyszałem, że to, co wydarzyło się podczas poprzedniego,
wpłynęło na decyzje podejmowane od tego czasu przez przyboczną.
Wyczytała z kart całą noc w Malazie. Nawet zamordowanie Kalama...
- Nie wiemy, czy go zamordowano - przerwał mu Keneb.
- Byłeś wtedy w kajucie - nie ustępował Blistig. - Co tam się wydarzyło?
Keneb odwrócił wzrok. Nagle poczuł ochotę na coś mocniejszego niż piwo.
Przeszył go dreszcz. Na czoło wystąpił mu zimny pot, jakby miał
gorączkę.
- Zaraz się zacznie - mruknął. - Jedno dotknięcie...
- Każdy, kto ma włoski na karku, opuścił koszary. Wiedziałeś o tym? Cała
cholerna armia rozproszyła się po mieście. Przestraszyłeś mnie.
- Spokojnie - usłyszał własny głos Keneb. - O ile pamiętam, wyplułem
tylko jedną traszkę. Idzie Madan.
* * *
Trupismród wynajął na noc pokój na trzecim piętrze, z balkonem i łatwym
wyjściem na dach. Kosztowało go to cały miesięczny żołd, ale widział
stąd tymczasową kwaterę główną - przynajmniej jej przysadzistą kopułę -
a z drugiego końca dachu gospody łatwo było zeskoczyć na sąsiedni
budynek. Przebiegnie szybko po jego dachu, da susa do zaułka i będzie
tylko trzy ulice od rzeki. To najlepsze, co mógł znaleźć w tych
okolicznościach.
Masan Gilani przyniosła beczułkę ale i bochen chleba. Trupismród nie
miał pojęcia, do czego miał jej służyć - chyba że do wycierania
wymiotów. Bogowie wiedzieli, że nie był głodny. Potem do pokoju wleźli
Ebron, Odprysk, Postronek, Kulas i Okruch, dźwigając naręcza zakurzonych
butelek wina. Mag pobladł śmiertelnie i drżał, Postronek, Odprysk i Kulas wyglądali na wystraszonych, Okruch zaś uśmiechał się jak człowiek
ogłuszony przez złamany konar.
Trupismród łypnął na nich spode łba, podniósł plecak z podłogi i postawił go z łupnięciem na jedynym stole w pomieszczeniu. Usłyszawszy
ten dźwięk, Ebron odwrócił głowę.
- Niech Kaptur porwie ciebie i twoją śmierdzącą magię, nekromanto.
Gdybym wiedział...
- Nawet nie byłeś tu zaproszony - warknął Trupismród. - Jeśli chcesz,
możesz wyjść w każdej chwili. A po co byłemu Pospolitakowi wyrzucone
przez morze drewno?
- Wystrugam coś! - oznajmił Okruch, odsłaniając zęby w radosnym
uśmiechu, jak koń żebrzący o jabłko. - Może wielką rybę? Albo szwadron
konnicy? Albo ogromną salamandrę, chociaż to byłoby niebezpieczne, ojej,
zbyt niebezpieczne, chyba żebym zrobił w ogonie zatyczkę, by można go
było urwać. I paszczę na zawiasach, która otwiera się i zamyka, wydając
odgłosy podobne do śmiechu. Mógłbym nawet...
- Mógłbyś wsadzić to sobie w gębę - warknął Trupismród. - Albo, jeszcze
lepiej, zrobię to za ciebie, saperze.
Z twarzy Okrucha zniknął uśmiech.
- Nie musisz być niemiły i tak dalej. Wszyscy przyszliśmy tu, żeby coś
zrobić. Sierżant Postronek i kapral Odprysk mówią, że się upiją, a potem
będą się modlić do Królowej Snów. Kulas położy się spać, a Ebron
wzniesie magiczne osłony i tak dalej. - Skierował spojrzenie końskich
oczu na Masan Gilani, która rozwaliła się na jedynym wyściełanym
krześle, rozstawiając szeroko nogi, opuszczając powieki i splatając
palce na podołku. Okruchowi opadła powoli szczęka. - A ona będzie piękna
- wyszeptał.
Trupismród rozwiązał z westchnieniem rzemyki plecaka i zaczął z niego
wyciągać rozmaite martwe zwierzątka. Dzięcioła różowoszyjego,
czarnofutrego szczura, iguanę oraz dziwne stworzenie o niebieskiej
skórze i wielkich ślepiach, które mogło być nietoperzem albo pozbawionym
skorupy żółwiem. Było mniej więcej wielkości lisa i Trupismród znalazł
je na straganie na targowisku, zawieszone za ogon o trzech końcach.
Stara handlarka zachichotała, kiedy je kupował. To była raczej
złowieszcza reakcja, ale miał teraz przyzwoitą...
Uniósł wzrok i zauważył, że wszyscy gapią się na niego.
- Co jest?
Okruch zasępił się. Jego z reguły bezmyślna twarz przybrała... niepokojący
wyraz.
- Hej - odezwał się. - Czy przypadkiem nie jesteś... hmm... nekromantą? Tak?
- Nie zapraszałem cię tu, Okruch!
Po twarzy Ebrona spłynął pot.
- Posłuchaj, saperze. Okruchu Pień, czy jak tam się właściwie nazywasz.
Nie jesteś już Mottańskim Pospolitakiem, pamiętasz? Jesteś żołnierzem.
Łowcą Kości. Rozkazy wydaje ci Postronek. Sierżant Postronek. Jasne?
Postronek odchrząknął.
- Zgadza się, Okruch. A teraz rozkazuję ci, hmm, strugać.
Okruch zamrugał, oblizał wargi, a potem skinął głową do sierżanta.
- Strugać, tak jest. A co to ma być, Postronek? Proszę bardzo, to może
być wszystko. Tylko nie nekromanci, dobra?
- Jasne. Może byś tak wystrugał wszystkich w tym pokoju, poza
Trupismrodem, oczywiście. Hmm, na koniach, w cwale. Na koniach
cwałujących nad płomieniami.
Okruch otarł usta i zerknął nieśmiało na Masan Gilani.
- Ją też, sierżancie?
- Proszę bardzo - wycedziła kobieta. - Nie mogę się doczekać, aż to
zobaczę. Nie zapomnij uwzględnić też siebie, Okruch. Na największym
koniu.
- Ehe, z wielkim mieczem w jednej ręce i wstrząsaczem w drugiej!
- Znakomicie.
Trupismród wrócił do swej martwej menażerii. Ułożył zwierzęta w kręgu na
stole, dotykając głowami ogonów.
- Bogowie, ależ śmierdzą - poskarżył się Kulas. - Nie możesz ich
zanurzyć w wonnych olejkach albo coś?
- Nie mogę. A teraz niech wszyscy się zamkną. Chodzi o uratowanie
naszych skór, tak? Nawet twojej, Ebron. Nie myśl, że Rashan ci dziś
pomoże. Zadanie niedopuszczenia Kaptura do tego pokoju spada na mnie.
Dlatego nie przerywajcie mi już, chyba że zamierzacie mnie zabić...
Okruch uniósł nagle głowę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Dramatis Personae
Dramatis Personae
Malazańczycy
Przyboczna Tavore
Wielki mag Szybki Ben
Pięść Keneb
Pięść Blistig
Kapitan Lostara Yil
Banaschar
Kapitan Milutek
Kapitan Skanarow
Kapitan Faradan Sort
Kapitan Ruthan Gudd
Kapitan Prędki
Kapitan Untilly Rum
Porucznik Pryszcz
Porucznik Raband
Sinn
Pędrak
Drużyny
Sierżant Skrzypek
Kapral Tarcz
Koryk
Śmieszka
Flaszka
Corabb Bhilan Thenu'alas
Mątwa
Sierżant Gesler
Kapral Chmura
Krótkonos
Mądrala
Jętka
Sierżant Postronek
Kapral Odprysk
Kulas
Ebron
Okruch (Kliwer Pień)
Sierżant Hellian
Kapral Obrażalski
Kapral Bezdech
Balgrid
Możliwe
Sierżant Balsam
Kapral Trupismród
Rzezigardzioł
Galt
Płatek
Opak
Sierżant Thom Tissy
Tulipan
Mewiślad
Sierżant Urb
Kapral Reem
Masan Gilani
Solanka
Nikły
Sierżant Sinter
Kapral Pravalak Rim
Miodzik
Strap Mull
Ławica
Zerkacz
Sierżant Badan Gruk
Kapral Kryza
Zgarniaczka
Nep Bruzda
Reliko
Całkiem Nieprzytomny
Sierżant Porządnicki
Kapral Całuśnica
Obława
Mulvan Straszny
Neller
Czaszkośmierć
Mieczobłysk
Martwy Płot
Alchemik Bavedict
Sierżant Jutrzenka
Sierżant Nososmark
Kapral Słodkiesadło
Kapral Dwudzbankowa
Khundryle
Wódz wojenny Gall
Hanavat (żona Galla)
Jarabb
Shelemasa
Vedith
Zgubańskie Szare Hełmy
Śmiertelny Miecz Krughava
Tarcza Kowadło Tanakalian
Boży Jeździec Run'Thurvian
Letheryjczycy
Król Tehol
Królowa Janath
Kanclerz Bugg
Ceda Bugg
Skarbnik Bugg
Yan Tovis (Pomroka)
Yedan Derryg (Wachta)
Brys Beddict
Atri-ceda Aranict
Shurq Elalle
Skorgen Kaban
Ublala Pung
Czarownica Pully
Czarownica Skwish
Zwięzła
Treściwa
Rucket
Ursto Hoobutt
Pinosel
Barghastowie
Wódz wojenny Onos Toolan
Hetan
Stavi
Storii
Wódz Stolmen
Czarnoksiężnik Cafal
Strahl
Bakal
Wódz Maral Eb
Tnąca Skórę Ralata
Awl Nurt
Setoc od Wilków
Wąż
Rutt
Trzymana
Badalle
Saddic
Brayderal
Imassowie
Onrack
Kilava
Ulshun Pral
T'lan Imassowie
Lera Epar
Kalt Urmanal
Rystalle Ev
Brolos Haran
Ilm Absinos
Ulag Togtil
Nom Kala
Inistral Ovan
K'chain Che'malle
Matrona Gunth'an Acyl
Strażnik J'an Bre'nigan
Łowca K'ell Sag'Churok
Jedyna Córka Gunth Mach
Łowca K'ell Kor Thuran
Łowca K'ell Rythok
Zabójca Shi'gal Gu'Rull
Sulkit
Boży Jeździec Kalyth (z Elanów)
Inni
Silchas Ruin
Rud Elalle
Telorast
Serwatka
Zbłąkany (Errastas)
Kłykieć (Sechul Lath)
Kilmandaros
Mael
Olar Ethil
Udinaas
Sheb
Taxilanin
Veed
Asane
Oddech
Ostatni
Nappet
Rautos
Sandalath Drukorlat
Withal
Mape
Rind
Pule
Garbus
Pchełka
Prolog
Prolog
Równina Elan, na zachód od Kolanse
Nadeszło światło i zjawił się upał.
Klęczał, biorąc ostrożnie w rękę każdą kruchą fałdę. Musiał się upewnić,
że wszystkie zagięcia są w porządku i żaden kawałek ciała dziewczynki
nie jest wystawiony na słońce. Naciągnął kaptur nieco bardziej,
zostawiając w miejscu twarzy tylko dziurę wielkości pięści. Twarzyczka
była ledwie szarą plamą w mroku. Potem uniósł delikatnie dziecko i położył je sobie na lewym przedramieniu. Nie było w tym nic trudnego.
Rozbili obóz w pobliżu drzewa, jedynego, jakie tu rosło. W pobliżu, ale
nie pod nim. To był gamleh, a te drzewa gniewały się na ludzi.
Poprzedniej nocy jego korona była gęstą masą szarych, trzepoczących
liści, przynajmniej do chwili, gdy podeszli bliżej. Dziś rano gałęzie
były nagie.
Rutt zwrócił się ku zachodowi, unosząc dziewczynkę, którą nazwał
Trzymaną. Trawa była tu bezbarwna, a w niektórych miejscach zniszczył ją
suchy wiatr, unoszący pył otaczający jasne korzenie, co sprawiało, że
rośliny więdły. Gdzieniegdzie po zniknięciu pyłu i korzeni pozostał
żwir. W innych miejscach widział tylko skałę macierzystą, czarną i pełną
nierówności. Równina Elan traciła włosy, jak mogłaby powiedzieć Badalle,
zawsze kierująca spojrzenie zielonych oczu na słowa we własnej głowie.
Nie ulegało wątpliwości, że dziewczynka ma dar, Rutt wiedział jednak, że
niektóre dary w rzeczywistości są przekleństwem.
Podeszła do niego. Jej spalone słońcem ręce były cienkie jak bocianie
szyje, a zwisające luźno u boków dłonie pokrył pył. W porównaniu z chuderlawymi udami wydawały się za duże. Dmuchnęła, by przegonić
otaczające jej usta muchy i zaintonowała:
Rutt trzyma Trzymaną,
Opatula ją szczelnie,
Gdy nadejdzie ranek,
A potem wstaje...
- Badalle - przerwał jej. Wiedział, że jeszcze nie skończyła wiersza,
ale zdawał też sobie sprawę, że nie ma sensu jej poganiać. - Jeszcze
żyjemy.
Skinęła głową.
Te trzy słowa, które codziennie wypowiadał, stały się już rytuałem, lecz
mimo to nie straciły nuty zaskoczenia, lekkiego niedowierzania.
Ostatniej nocy żebrojady dręczyły ich ze szczególną natarczywością, ale
były też dobre wieści. Być może zostawili już Ojców za sobą.
Rutt poprawił na ręce dziecko zwane Trzymaną i ruszył w drogę,
kuśtykając na opuchniętych nogach. Szedł na zachód, w samo serce
równiny.
Nie musiał się oglądać, by wiedzieć, że reszta podąża za nim. Ci, którzy
mogli iść. Po resztę przyjdą żebrojady. Nie prosił o pozycję głowy węża.
Nie prosił o nic, ale był z nich najwyższy i być może również
najstarszy. Mógł mieć trzynaście albo nawet czternaście lat.
Badalle znowu zaczęła recytować:
I rusza w drogę
Tym rankiem,
Ściskając Trzymaną,
A jego żebrowany ogon
Wije się jak język,
Słońca.
Trzeba mieć długi
Język,
Gdy szuka się wody,
Jak lubi to robić słońce...
Badalle obserwowała go przez dłuższą chwilę. Reszta grupy ustawiła się w szereg i wznowiła wędrówkę. Wkrótce dziewczynka również przyłączy się do
żebrowanego węża. Zdmuchnęła muchy, ale oczywiście zaraz wróciły,
gromadząc się wokół wrzodów na jej ustach i próbując zlizywać płyn z kącików oczu. Badalle była kiedyś piękna. Miała zielone oczy i długie
złociste loki. Ale uroda zapewnia uśmiechy tylko przez krótką chwilę.
Rozpływa się, gdy w spiżarni robi się pusto.
- Muchy tworzą obraz cierpienia - wyszeptała dziewczynka. - A cierpienie
jest brzydkie.
Patrzyła na Rutta. Był głową węża. Był kłami, ale jego ostatnie
ukąszenie stanowiło żart zrozumiały wyłącznie dla niej.
Ten wąż zapomniał, jak się je.
Była w grupie tych, którzy przybyli z południa. Z Korbanse, Krosis i Kanros, a nawet z wysp Otpelas. Niektórzy, jak ona, maszerowali wzdłuż
brzegu morza Pelasiar, aż dotarli do zachodniego skraju Stet, krainy
ongiś porośniętej potężną puszczą. Znaleźli tam drewnianą drogę.
Niekiedy zwali ją Szlakiem Pniaków. Drzewa pocięto na płaskie kręgi,
które następnie ułożono w niekończące się szeregi. Później przybyły inne
dzieci, z samego Stet. Szły wzdłuż koryt wyschniętych strumieni,
wijących się przez szarą gęstwę zwalonych drzew i chorych krzewów. Pewne
znaki świadczyły, że dawna nazwa Puszcza Stet nie była przesadą, Badalle
nie dała się jednak przekonać do końca. Widziała tylko zniszczone, zryte
pustkowie. Nigdzie nie rosły żadne drzewa. Nazwali tę drogę Szlakiem
Pniaków, ale w innych chwilach był to Szlak Puszczański. Ten żart
również rozumiała tylko ona.
Oczywiście potrzeba było mnóstwa drzew, by stworzyć ten trakt, być może
więc rzeczywiście kiedyś rosła tu puszcza. Teraz zniknęła.
Na północnym krańcu Stet, gdzie zaczynała się Równina Elan, spotkali
drugą kolumnę dzieci, a następnego dnia dołączyła do nich trzecia,
zmierzająca z północy, z samego Kolanse. Na jej czele szedł Rutt.
Dźwigał Trzymaną. Był wysoki i wychudzony - łokcie, ramiona, kolana i kostki sterczały mu pod naciągniętą skórą. Miał wielkie, błyszczące
oczy. Nadal zachował wszystkie zęby i co rano ruszał na czele kolumny.
Był kłami węża, a reszta zmierzała za nim.
Wszyscy wierzyli, że Rutt wie, dokąd idzie, ale nie pytali go o to, bo
wiara była ważniejsza od prawdy, brzmiącej tak, że był tak samo
zagubiony jak wszyscy.
Cały dzień Rutt trzyma Trzymaną
I osłania ją
Swym cieniem.
Trudno nie kochać Rutta,
Ale Trzymana go nie kocha,
A jej nie kocha nikt
Oprócz Rutta.
Visto pochodził z Okanu. Gdy głodomory i inkwizytorzy o skórze białej
jak kość wkroczyli do miasta, matka kazała mu uciekać, razem z siostrą,
która była dwa lata starsza od niego. Pobiegli ulicami, omijając płonące
budynki. Noc wypełniały krzyki. Głodomory rozwalały drzwi, wyciągały
ludzi na zewnątrz i robiły im straszne rzeczy, a białoskórzy przyglądali
się spokojnie, mówiąc, że wszystko to jest konieczne.
Wyrwali mu siostrę z rąk. To jej krzyki wciąż rozbrzmiewały mu echem pod
czaszką. Co noc od owego czasu towarzyszyły mu na szlaku snu, od chwili,
gdy ulegał zmęczeniu, aż po moment, gdy budził się, by ujrzeć bladą
twarz świtu.
Wydawało mu się, że biegł bez końca. Zmierzał na zachód, uciekając przed
głodomorami. Jadł, co tylko znalazł, dręczyło go pragnienie, a gdy już
prześcignął głodomorów, pojawiły się żebrojady, wielkie stada wychudłych
psów o zaczerwienionych ślepiach. Bestie nie bały się niczego. Dalej
grasowali Ojcowie, spowici w czarne szaty. Wpadali do nędznych,
przydrożnych obozów i porywali dzieci. Pewnego dnia Visto i kilku innych
natknęli się na ich stare nocne obozowisko i na własne oczy ujrzeli
wśród węgielków małe, rozszczepione kości pokryte niebieskoszarymi
plamkami. Wtedy zrozumieli, co robią Ojcowie z porwanymi dziećmi.
Visto pamiętał chwilę, gdy po raz pierwszy ujrzał Puszczę Stet.
Ogołocone wzgórza pokrywały szeregi rozpłatanych pniaków. Ich korzenie
przypominały mu jedno z cmentarzysk nadal otaczających jego rodzinne
miasto, pamiątkę po ostatnich zarżniętych zwierzętach gospodarskich.
Spoglądając na to, co pozostało po puszczy, Visto uświadomił sobie, że
cały świat umarł. Nic nie ocalało i nie miał dokąd pójść.
Mimo to wlókł się ciągle przed siebie, jeden z dziesiątków, być może
nawet setek tysięcy. Szeregi dzieci ciągnęły się długimi milami. Choć
wiele umierało po drodze, ich miejsce zajmowały następne. Visto nawet
sobie nie wyobrażał, że na świecie jest tyle dzieci. Były jak wielkie
stado, ostatnie z wielkich stad, jedyne źródło pożywienia dla ostatnich,
zdesperowanych myśliwych.
Visto miał czternaście lat. Nie wkroczył jeszcze w fazę przyśpieszonego
wzrostu i teraz już w nią nie wkroczy. Jego wielki, okrągły brzuch był
twardy jak skała, a kręgosłup zakrzywiał się ostro do przodu tuż nad
biodrami. Chłopak szedł jak ciężarna kobieta. Stopy miał płaskie, bolały
go kości. Wypełniali go Jeźdźcy Satra. Robaki w jego ciele rosły z każdym dniem. Wkrótce dojrzeją i wylezą na zewnątrz z jego nozdrzy,
kącików ust, uszu, pępka, penisa, odbytu oraz ust. Świadkom wyda się, że
chłopak zapada się w siebie, skóra marszczy mu się i kurczy wzdłuż
przeszywających całe ciało bruzd. Z pozoru w jednej chwili zmieni się w starca. A potem umrze.
Czekał na tę chwilę z czymś bliskim niecierpliwości. Miał nadzieję, że
żebrojady pożrą jego ciało, połkną jaja Jeźdźców Satra i również zginą.
Jeszcze lepiej byłoby, gdyby zjedli go Ojcowie, był jednak pewien, że
nie są tacy głupi. Nie, z pewnością go nie tkną. Szkoda.
Wąż opuszczał już Puszczę Stet. Drewniana droga zmieniła się w kupiecki
szlak. W pyle wijącego się ku Równinie Elan traktu odciskały się
koleiny. Visto umrze na równinie, duch chłopaka opuści skurczone ciało i ruszy w długą drogę powrotną do domu. Do siostry i matki.
A jego duch był już bardzo znużony wędrówką.
* * *
Pod koniec dnia Badalle zmusiła się do wejścia na stary, długi kurhan.
Na jego końcu stało starożytne, martwe drzewo, nerwowo trzepoczące
szarymi liśćmi. Gdy się odwróciła i spojrzała na wschód, widziała stąd
całą przebytą dziś drogę. Za rozległym obozem ciągnęła się kręta linia
ciał, sięgająca aż po horyzont. To był bardzo zły dzień, zbyt upalny i suchy, a jedyny wodopój wypełniało cuchnące, pełne robactwa błoto o rybim smaku martwych, gnijących owadów.
Stała tam przez długi czas, spoglądając na żebrowane ciało węża. Tych,
którzy padli na szlaku, nie odpychano na bok, lecz po prostu
przechodzono po nich. Dlatego drogę pokrywały teraz zdeptane ciała i kości, kosmyki powiewających na wietrze włosów, a z pewnością również
szeroko otwarte oczy. Wąż z Żeber. Po elańsku Chal Managal.
Zdmuchnęła z ust muchy.
I wyrecytowała kolejny wiersz.
Tym rankiem
Widzieliśmy drzewo
O szarych liściach,
A gdy podeszliśmy bliżej,
Liście odleciały.
W południe bezimienny chłopiec
Ze zjedzonym nosem
Padł i już się nie poruszył,
A liście przyleciały
Na żer.
O zmierzchu zobaczyliśmy drugie drzewo.
Szare, latające liście
Wracały na spoczynek.
Gdy nadejdzie ranek,
Znowu polecą.
Ampelas Zakorzeniony, Pustkowia
Maszynerię pokrywał oleisty pył, lśniący w słabym blasku lampy. Gdy snop
światła przesuwał się po nim, migotliwe odbicia tworzyły iluzję ruchu,
przywodzącą na myśl gadzie łuski. Jak zwykle wydawało się to okrutnie
trafne. Dyszała ciężko, biegnąc wąskim korytarzem. Co chwila musiała się
schylać, by nie uderzyć w grube czarne przewody zwisające z sufitu.
Swędziało ją w nosie i gardle od ostrego metalicznego odoru
wypełniającego nieruchome powietrze. Tu, w odsłoniętych wnętrznościach
Korzenia, kobieta odnosiła wrażenie, że ze wszystkich stron otacza ją
niepoznawalna, niezgłębiona tajemnica straszliwych arkanów. Mimo to
ciemne, porzucone korytarze były jej ulubionym miejscem. Świetnie znała
wszystkie przepojone poczuciem winy motywacje, które ją tu sprowadzały.
Korzeń wabił zagubionych, a Kalyth z pewnością się do nich zaliczała.
Nie można było powiedzieć, żeby nie potrafiła znaleźć drogi w niezliczonych, krętych korytarzach albo ogromnych komorach wypełnionych
milczącymi, nieruchomymi maszynami, omijać dziur w podłodze, nigdy
niezasłoniętych kamiennymi płytami, albo chaosu metalu i przewodów,
wysypującego się z niezabezpieczonych ścian. Nie, po miesiącach wędrówek
potrafiła tu sobie poradzić. Klątwa bezradnego, bezsilnego oszołomienia
spadła na jej ducha. Nie była osobą, którą chcieli w niej widzieć, i żadne jej słowa nie mogły ich o tym przekonać.
Przyszła na świat w plemieniu żyjącym na Równinie Elan. Osiągnęła tam
wiek dojrzały, zmieniając się z dziecka w dziewczynę, a potem z dziewczyny w kobietę. Nie miała w sobie niczego niezwykłego, nic nie
świadczyło, by była wyjątkowa albo posiadała jakieś nieoczekiwane
talenty. Wyszła za mąż miesiąc po pierwszym krwawieniu. Urodziła troje
dzieci. Niemal pokochała męża i nauczyła się żyć z lekkim
rozczarowaniem, z jakim na nią spoglądał, gdy jej młodzieńcza uroda
ustąpiła miejsca nużącemu macierzyństwu. Prawdę mówiąc, wiodła życie
niczym się nieróżniące od życia jej matki. Dlatego nie potrzebowała
szczególnych uzdolnień, by wyraźnie dostrzec swą przyszłą drogę. Kolejne
lata powolnego rozkładu ciała, utrata jędrności, pogłębiające się bruzdy
na twarzy, opadające piersi, odrażające słabnięcie pęcherza. Pewnego
dnia nie będzie już mogła iść dalej i plemię ją zostawi, by umarła w samotności, jak musieli umierać wszyscy. Elanowie rozumieli śmierć
lepiej niż osiadli mieszkańcy Kolanse, którzy ofiarowali umarłym krypty
i skarbce, a do tego podrzynali gardła sługom i doradcom, upychając ich
następnie w korytarzu grobowca, by służyli swym panom również po
śmierci. Służyli im przez całą wieczność.
Wszyscy umierają w samotności. To była prosta prawda. Nikt nie musiał
się jej bać. Przed osądzeniem każdej duszy duchy czekały, aż sama osądzi
przeżyte życie. Jeśli znajdzie spokój, okażą jej miłosierdzie. Jeśli zaś
przybędzie udręka jadąca na Dzikiej Kobyle, no cóż, będą umiały zachować
się odpowiednio. W końcu dusza nie mogła okłamać samej siebie.
Oszukańcze argumenty brzmiały fałszywie, ich wykrętna słabość była zbyt
oczywista, by można ją było zignorować.
To było życie. Dalekie od doskonałości, ale tylko trochę nieszczęśliwe.
Życie, które można było zredukować do czegoś przypominającego
zadowolenie, nawet jeśli rezultat okazałby się bezkształtny i pozbawiony
znaczenia.
Nie była czarownicą. Nie posiadała oddechu szamanki, nigdy więc nie
stanie się Jeźdźcem na Łaciatym Koniu. A gdy dla niej i jej ludu
nadszedł kres tego życia, rankiem pełnym grozy i przemocy, nie okazała
niczego poza zasługującym na potępienie samolubstwem. Nie chciała
umrzeć, uciekła przed wszystkim, co znała.
To nie były cnoty.
Nie miała żadnych cnót.
Dotarła do centralnych, krętych schodów o stopniach za krótkich i zbyt
szerokich dla ludzkich stóp, a potem ruszyła w górę. Oddychała coraz
szybciej i płycej, opuszczając Korzeń i przechodząc do dolnych komór
Karmnika. Następnie skorzystała z wyposażonej w przeciwwagę rampy, która
uniosła ją pionowym szybem nad kipiącymi kadziami pełnymi grzybów oraz
zagrodami dla orthenów i grisholi, aż wreszcie zatrzymała się z drżeniem
i zgrzytem na parterze Macicy. Tutaj uszy kobiety zaatakowała kakofonia
produkowana przez młode. Syczące wrzaski bólu towarzyszące okrutnym
operacjom, deklaracjom przeznaczenia wyrażanym w języku gorzkich
posmaków. Odzyskała częściowo dech w piersiach i ruszyła pośpiesznie w górę, zostawiając za sobą piętra pełne straszliwego oburzenia, smrodu
odchodów i paniki błyszczącej niczym olej na miękkich skórach wijących
się wszędzie istot. Odwracała od nich wzrok, zasłaniając jednocześnie
uszy dłońmi.
Z Macicy przeszła do Serca. Mijała tam wysokie postacie, które nie
zwracały na nią najmniejszej uwagi. Musiała schodzić im z drogi, by nie
zdeptały jej szponiastymi nogami. Po obu stronach centralnej rampy stali
dwaj Żołnierze Ve'Gath, dwukrotnie wyżsi od niej. Ich niezwykłe zbroje
przypominały potężną maszynerię ukrytego głęboko pod ziemią Korzenia.
Twarze skrywali za zdobnymi zasłonami hełmów. Widać było tylko zębate
pyski. Mogło się wydawać, że uśmiechają się złowieszczo, jakby byli
zachwyceni przeznaczeniem swej kasty. Prawdziwi żołnierze K'Chain
Che'Malle budzili w Kalyth dogłębny strach, silniejszy niż Strażnicy
J'an albo Łowcy K'ell. Matrona produkowała ich w wielkiej liczbie.
Kobieta nie potrzebowała więcej dowodów. Zbliżała się wojna.
Fakt, że narodziny Ve'Gathów sprawiały matronie straszliwy ból, że każdy
wyłaniał się z niej w strumieniu krwi i cuchnących płynów, stracił
wszelkie znaczenie. Kalyth wiedziała, że konieczność jest
najokrutniejszym z panów.
Żaden z żołnierzy nie zatrzymywał jej, gdy weszła na rampę. Pod stopami
miała płaski kamień pełen dziur przeznaczonych dla pazurów. Otoczył ją
chłodny powiew. Nagły spadek temperatury miał za zadanie koić
instynktowny strach odczuwany przez wszystkich K'Chain, w chwili gdy
machina ruszała ze zgrzytem w górę, mijając poszczególne piętra Serca,
zmierzając do Oczu, Wewnętrznej Twierdzy, Gniazda Acyl i domu samej
matrony. Kalyth jechała w górę sama i mechanizm nie pracował zbyt
głośno. Dlatego słyszała właściwie tylko szum powietrza, który zawsze ją
dezorientował, wywołując wrażenie spadania, mimo że zmierzała szybko w górę. Pot na jej kończynach i czole stygnął gwałtownie. Gdy rampa
zatrzymała się na parterze Oczu, kobieta drżała już z zimna.
Obserwowali ją Strażnicy J'an stojący u podstawy półokręgu schodów
prowadzących do Gniazda. Podobnie jak Ve'Gathowie, z pozoru odnosili się
do niej obojętnie. Z pewnością wiedzieli, że ją wezwano, ale nawet gdyby
tak nie było, nie widzieliby w niej żadnego zagrożenia dla matrony, do
której ochrony ich wyhodowano. Kalyth była nie tylko nieszkodliwa, lecz
wręcz bezużyteczna.
Otoczyło ją gorące, cuchnące powietrze, dławiące jak mokry płaszcz.
Podeszła do schodów i zaczęła się wspinać z wysiłkiem do domostwa
matrony.
Na pomoście straż pełnił ostatni wartownik. Bre'nigan miał co najmniej
tysiąc lat. Był chudy i wysoki, jeszcze wyższy niż Ve'Gathowie. Liczne
warstwy jego łusek pokryła srebrzysta patyna, nadająca istocie widmowy
wygląd, jakby wyrzeźbiono ją z wyblakłej na słońcu miki. W wąskich
oczach nie można było dostrzec źrenicy ani tęczówki, tylko mglistą żółć
zaćm. Kalyth podejrzewała, że Strażnik jest ślepy, nie potrafiła jednak
tego określić, albowiem J'an poruszał się bardzo pewnie, a nawet z gracją i płynną elegancją. Długi, lekko zakrzywiony miecz, zawieszony na
mosiężnym pierścieniu u pasa - do połowy pogrążonym w skórze stworzenia
- dorównywał długością wzrostowi Kalyth. Wykonano go z jakiejś
ceramicznej substancji o lekkim odcieniu fuksji, ale gładkie ostrze
lśniło srebrzystym blaskiem.
Pozdrowiła Bre'nigana skinieniem głowy, nie wywołując żadnej reakcji, a potem go ominęła.
Do tej chwili miała nadzieję, modliła się o jej spełnienie, ale gdy
zobaczyła, że parze stojących przed matroną K'Chain nikt nie towarzyszy,
nadeszło załamanie. Ogarnęła ją niepohamowana rozpacz. Kobieta poczuła
ucisk w piersi. Z trudem zaczerpnęła tchu.
Za przybyszami, na podwyższeniu, spoczywała ogromna matrona, Gunth'an
Acyl. Promieniowały od niej fale cierpienia - to pozostawało niezmienne,
ale obecnie Kalyth wyczuwała też gorzką nutę czegoś innego.
Wytrącona z równowagi, zrozpaczona kobieta dopiero w tej chwili
zauważyła, że obie istoty są w fatalnym stanie. Straszliwe rany nie
zagoiły się jeszcze do końca, a boki, szyje oraz biodra pokrywała
chaotyczna siatka blizn. Stworzenia były straszliwie wychudzone,
odcisnęły się w nich ślady okrutnego cierpienia i przemocy. Serce Kalyth
przeszyło ukłucie współczucia.
Szybko jednak o nim zapomniała. Prawda wyglądała tak, że Łowca K'ell Sag
Churok i Jedyna Córka Gunth Mach zawiedli.
Matrona przemówiła w umyśle Kalyth, nie był to jednak głos, tylko
niepowstrzymany przekaz wiedzy i znaczenia.
- Boży Jeźdźcze Kalyth, wybór okazał się błędny. Nadal jesteśmy
złamani. Nadal jestem złamana. Nie zdołasz naprawić, nie sama, nie
zdołasz naprawić.
Ani wiedza, ani znaczenie nie były dla Kalyth mile widzianymi darami.
Kobieta wyczuwała szaleństwo kryjące się za słowami Gunth'an Acyl.
Matrona z pewnością była obłąkana. Kurs, jaki wymusiła na swych
dzieciach i na samej Kalyth, był owocem jej obłędu. Żadna perswazja nie
mogła być skuteczna.
Gunth'an Acyl najprawdopodobniej rozumiała, że Kalyth uważa ją za
szaloną, to jednak niczego nie zmieniało. Dla prastarej królowej nie
liczyło się nic poza bólem i rozpaczliwą, dręczącą potrzebą.
- Boży Jeźdźcze Kalyth, spróbują raz jeszcze. Co jest złamane, musi
zostać naprawione.
Kobieta nie wierzyła, by Sag Churok i Jedyna Córka mogli przeżyć drugą
taką wyprawę. To była kolejna prawda, która nie zdołała podważyć
władającego Acyl imperatywu.
- Boży Jeźdźcze Kalyth, tym razem będziesz im towarzyszyć w Poszukiwaniach. K'Chain Che'Malle są ślepi na rozpoznanie.
Zatem wreszcie dotarli do tego, o czym wiedziała, że jest nieuniknione
pomimo jej wszelkich nadziei i modlitw.
- Nie mogę - wyszeptała.
- Zrobisz to. Strażnicy są już wybrani. Łowcy K'ell Sag Churok, Rythok
i Kor Thuran. Shi'gal Gu'Rull. Jedyna Córka Gunth Mach.
- Nie mogę - powtórzyła Kalyth. - Brak mi... talentów. Nie jestem Bożym
Jeźdźcem. Jestem ślepa na to, czego Boży Jeździec potrzebuje. Nie znajdę
Śmiertelnego Miecza, matrono. Ani Tarczy Kowadła. Przykro mi.
Ogromny gad przesunął masywne cielsko z dźwiękiem przywodzącym na myśl
zapadanie się kamieni w żwir. Wlepił w kobietę spojrzenie lśniących
oczu. Płynęły z nich fale przymusu.
- Ja cię wybrałam, Boży Jeźdźcze Kalyth. To moje dzieci są ślepe. To
one są winne porażek, nie ja. Przegraliśmy wszystkie wojny. Jestem
ostatnią matroną. Nieprzyjaciel mnie szuka. Nieprzyjaciel mnie zniszczy.
Twój rodzaj rozkwita w tym świecie. Na ten fakt nawet moje dzieci nie są
ślepe. Wśród was znajdę nowych obrońców. Musi ich odszukać mój Boży
Jeździec. Mój Boży Jeździec wyruszy o świcie.
Kalyth nie powiedziała już nic więcej. Wiedziała, że to na nic się nie
zda. Po chwili pokłoniła się i opuściła Gniazdo, krocząc niepewnie,
jakby znieczulił ją trunek.
Miał im towarzyszyć Shi'gal. Znaczenie tego faktu było oczywiste. Tym
razem nie będzie niepowodzenia. Porażka będzie oznaczała niezadowolenie
matrony. Jej osąd. Trzej Łowcy K'ell, Jedyna Córka i sama Kalyth. Jeśli
nie osiągną celu... z pewnością nie unikną śmiercionośnego gniewu Zabójcy
Shi'gala.
Wiedziała, że o świcie wyruszy w swą ostatnią podróż.
Na Pustkowia, w poszukiwaniu obrońców, którzy nawet nie istnieją.
Uświadomiła sobie, że to pokuta nałożona na jej duszę. Musi cierpieć za
swe tchórzostwo.
Powinnam była zginąć razem ze wszystkimi. Razem z mężem i dziećmi. Nie
powinnam była uciekać. Teraz muszę zapłacić za samolubstwo.
Jedynym pocieszeniem była myśl, że koniec nadejdzie szybko. Nawet nie
poczuje, a tym bardziej nie zobaczy, śmiertelnego ciosu Shi'gala.
Matrona nigdy nie produkowała więcej niż trzech Zabójców jednocześnie.
Ich posmak był trucizną, uniemożliwiającą jakiekolwiek sojusze. Gdyby
któryś z nich zdecydował, że trzeba usunąć matronę, dwaj pozostali z samej swej natury sprzeciwią się temu. To znaczyło, że każdy Shi'gal
broni matrony przed dwoma pozostałymi. Wysłanie jednego z nich na
Poszukiwania było bardzo ryzykowne. Zostanie jej do obrony tylko dwóch
Zabójców.
To był kolejny dowód na to, że jest szalona. Narażała się na takie
niebezpieczeństwo, jednocześnie odsyłając Jedyną Córkę, swe jedyne
dziecko potencjalnie zdolne do rozmnażania. To urągało zdrowemu
rozsądkowi.
Ale przecież Kalyth ruszała w drogę po śmierć. Co ją obchodził los tych
przerażających istot? Niech nadejdzie wojna. Niech tajemniczy
nieprzyjaciel spadnie na Ampelas Zakorzeniony, na wszystkie
Zakorzenione, i wymorduje ostatnich K'Chain Che'Malle. Świat nie będzie
po nich płakał.
Zresztą Kalyth wiedziała wszystko o bezpotomnym wymarciu. Jedyną
prawdziwą klątwą było zostanie ostatnią ze swego rodzaju. Tak jest,
świetnie rozumiała taki los, znała prawdziwą głębię samotności - nie
marne, płytkie, płaczliwe użalanie się nad sobą, jakiemu oddawali się
ludzie w innych miejscach, lecz okrutną świadomość nieuleczalnej
samotności bez nadziei na zbawienie.
To prawda, wszyscy umierają w samotności. Może temu towarzyszyć żal.
Albo smutek. To jednak nic w porównaniu z losem ostatniej rasy. Dla niej
nie ma ucieczki przed świadomością porażki. Totalnej, miażdżącej klęski.
Świadomość zagłady całego rodzaju otacza ofiarę ze wszystkich stron,
spada na ostatnie barki ciężarem, jakiego żadna samotna dusza nie zdoła
podźwignąć.
Język K'Chain Che'Malle pozostawiał po sobie śladowe dary, które stały
się teraz dla Kalyth udręką. Jej umysł przebudził się w stopniu znacznie
wykraczającym poza to, co znała w poprzednim życiu. Wiedza nie była
błogosławieństwem - świadomość równała się chorobie kalającej całego
ducha. Nawet gdyby wydłubała sobie oczy, i tak widziałaby za wiele.
Czy szamanów jej plemienia również nawiedziło druzgocące poczucie winy,
gdy wreszcie sobie uświadomili, że zbliża się koniec? Przypomniała sobie
rozpacz widoczną w ich oczach i zrozumiała ją w sposób niemożliwy w poprzednim życiu. Mogła jedynie przeklinać śmiercionośne
błogosławieństwa K'Chain Che'Malle. Przeklinać je z całego serca, z całą
siłą swej nienawiści.
Ruszyła z powrotem w dół. Potrzebowała ciasnoty Korzenia, rozklekotanej
maszynerii otaczającej ją ze wszystkich stron, lepkiego oleju
skapującego na ziemię, cuchnącego zaduchu. Świat się rozpadł. Była
ostatnią z Elanów i jej ostatnim zadaniem na ziemi miał być nadzór nad
zagładą ostatniej matrony K'Chain Che'Malle. Czy znajdowała w tym
satysfakcję? Jeśli tak, to tylko złośliwą, co jednak czyniło jej smak
jeszcze bardziej kuszącym.
Do jej ludu śmierć przybyła z góry, przesłaniając zachodzące słońce,
czarny, wystrzępiony omen unoszący się nisko nad ziemią. Teraz ona
stanie się tą straszliwą wizją, tym strzępkiem zamordowanego księżyca,
który runął na ziemię. Prędzej czy później nic nie uniknie upadku.
Wszystko to prawda.
Spójrzcie na rozpacz w moich oczach.
* * *
Shi'gal Gu'Rull stał na samej krawędzi Czoła. Nocny wicher zawodził
głośno, opływając jego wysoką, chudą postać. Był najstarszym spośród
Shi'gali. Podczas długiej służby dla Acyl pokonał już w walce siedmiu
innych Zabójców. Miał za sobą sześćdziesiąt jeden stuleci życia i wzrostu, był dwukrotnie wyższy od dorosłego Łowcy K'ell. Łowcom dawano
bowiem posmak nagłego kresu po upływie dziesięciu wieków, przy tworzeniu
Shi'gali nie stosowano zaś takiego posmaku. Potencjalnie mogli przeżyć
samą matronę.
Hodowano ich z myślą o sprycie, Gu'Rull nie miał więc złudzeń, jeśli
chodzi o stan umysłu Matki Acyl. Nieudolna adaptacja pobożnych struktur
wiary nie posłużyła ani matronie, ani wszystkim K'Chain Che'Malle.
Pragnęła mieć ludzkich czcicieli, ludzkie sługi, ale ludzie byli zbyt
słabi i delikatni, by mieć jakąkolwiek wartość. Najlepszym dowodem na to
była Kalyth. Acyl dała jej posmak przenikliwości, który powinien
przynieść pewność i siłę, a słaby umysł ludzkiej kobiety wypaczył go,
uczynił zeń nowe narzędzie służące samooskarżaniu się i użalaniu nad
sobą.
Podczas Poszukiwań posmak zaniknie. Szybko krążąca krew Kalyth ciągle
rozcieńczała dar Acyl, a nie będzie go można uzupełniać. Kobieta
zostanie zdana na własną inteligencję, a ta według wszelkich kryteriów
była niska. Gu'Rull uważał, że Kalyth już w tej chwili jest całkowicie
bezużyteczna, a na tej bezsensownej wyprawie stanie się dla nich tylko
obciążeniem.
Najlepiej byłoby zabić ją jak najszybciej, lecz, niestety, rozkazy Matki
Acyl nie pozostawiały mu podobnej swobody. Boży Jeździec musi wybrać
Śmiertelnego Miecza i Tarczę Kowadło spośród swych pobratymców.
Sag'Churok zdał relację z porażki, jaką zakończył się pierwszy wybór.
Czerwona Maska z Awli okazał się jedną wielką kolekcją wad. Gu'Rull nie
wierzył, by Bożemu Jeźdźcowi powiodło się lepiej. Ludzie mogli
faktycznie rozkwitać na szerokim świecie, ale wyłącznie dzięki temu, że
rozmnażali się straszliwie szybko, podobnie jak dzikie ortheny. Nie
posiadali żadnych innych talentów.
Shi'gal uniósł skrócony pysk i otworzył szczeliny nozdrzy, by powęszyć w zimnym nocnym powietrzu. Wiatr wiał ze wschodu, jak zwykle przynosząc
zapach śmierci.
Gu'Rull splądrował żałosne wspomnienia Bożego Jeźdźca i wiedział, że na
wschodzie, na równinach znanych jako Elan, nie znajdą ratunku.
Sag'Churok i Gunth Mach wyruszyli na zachód, do Awl'danu, i tam również
spotkało ich niepowodzenie. Północ była martwym, niegościnnym królestwem
pełnym lodu, burzliwych mórz i straszliwego zimna.
Musieli więc udać się na południe.
Shi'gal nie opuszczał Ampelasa Zakorzenionego od ośmiu stuleci. W tym
krótkim czasie zapewne niewiele się zmieniło w regionie zwanym przez
ludzi Pustkowiami. Niemniej jednak zasady taktyki radziły przeprowadzić
zwiad.
Dlatego Gu'Rull rozwinął wyrosłe przed miesiącem skrzydła,
rozpościerając wydłużone, pierzaste łuski, by wypełnił je wiatr.
Zabójca skoczył z wysokiego urwiska Czoła, rozkładając skrzydła na pełną
rozpiętość. Zabrzmiała pieśń lotu, niski, jękliwy gwizd, który dla
Shi'gali był muzyką wolności.
Opuszczał Ampelasa Zakorzenionego... minęło zbyt wiele czasu, odkąd
Gu'Rull czuł się ostatnio tak... podekscytowany.
Dwoje nowych oczu, ulokowanych pod linią żuchwy, otworzyło się po raz
pierwszy. Złożony obraz - niebo na górze i ziemia na dole -
zdezorientował na moment Zabójcę, ale po chwili udało mu się wprowadzić
niezbędny podział i obie wizje połączyły się w szeroką panoramę
otaczającego go świata.
Nowe posmaki Acyl były ambitne, a nawet błyskotliwe. Czy tego rodzaju
kreatywność zawsze łączyła się z obłędem? Być może.
Czy ta perspektywa obudziła w Gu'Rullu nadzieję? Nie. Nadzieja nie była
możliwa.
Zabójca leciał przez noc, wysoko nad spustoszoną, niemal całkowicie
martwą krainą. Jak strzępek zamordowanego księżyca.
Pustkowia
Nie był sam. W gruncie rzeczy, nie pamiętał, by kiedykolwiek był sam. To
było niewyobrażalne. Tyle przynajmniej rozumiał. O ile potrafił to
określić, nie miał ciała. Posiadał też osobliwy przywilej niemal
dowolnego przemieszczania się od jednego towarzysza do drugiego. Był
przekonany, że gdyby umarli albo znaleźli jakiś sposób, by go nie
wpuścić, przestałby istnieć. A on tak bardzo chciał zachować życie,
nadal unosić się w powietrzu, pełen euforycznego zachwytu przyjaciółmi
składającymi się na dziwaczną, niedobraną rodzinę.
Wędrowali przez smętne pustkowie, pełne spękanych skał, usypanych przez
wiatr pryzm szarego piasku oraz rumowisk z wulkanicznego szkła,
zaczynających się i kończących z obojętną przypadkowością. Wzgórza i skalne wzniesienia zderzały się ze sobą w całkowitym chaosie. Na
pofałdowanym horyzoncie nie widzieli ani jednego drzewa. Zza rzadkich
chmur spoglądało na nich zamazane oko słońca. Było upalnie, a wiatr nie
cichł ani na chwilę.
Jedynym pożywieniem, jakie tu znajdowali, były stada osobliwych,
pokrytych łuskami gryzoni - ich chude mięso miało smak pyłu - oraz
przerośnięte rhizany, mające pod skrzydłami torby obrzękłe od mlecznej
wody. Dniem i nocą śledziły ich ćmy płaszczowe, cierpliwie czekające, aż
któreś z nich padnie, by już się nie podnieść. To jednak nie wydawało
się prawdopodobne. Przelatując od jednego wędrowca do drugiego, wyczuwał
ich wrodzoną determinację i niezachwianą siłę.
Cechowali się wielkim hartem ducha, lecz, niestety, nie zmieniało to
faktu, że ich rozmowy składały się głównie z ciągłych utyskiwań i sprzeczek.
- Cóż za marnotrawstwo - mówił Sheb, drapiąc się po swędzącej brodzie. -
Można by wykopać kilka studni, a potem zbudować z tych kamieni domy,
sklepy i tak dalej. Stworzyć coś wartościowego. Z pustej ziemi nie ma
żadnego pożytku. Marzę o dniu, gdy wszystko zostanie zagospodarowane, na
całej powierzchni świata. Gdy wszystkie miasta połączą się w jedno...
- Nie byłoby wtedy ziemi uprawnej - sprzeciwił się Ostatni, jak zwykle z lękliwą niepewnością. - Nie byłoby co jeść...
- Nie bądź idiotą - warknął Sheb. - Uprawiano by ziemię. Po prostu nie
byłoby takich bezużytecznych pustkowi, gdzie nie żyje nic poza
cholernymi szczurami. Szczury pod ziemią, szczury w powietrzu, owady i kości... Potrafisz uwierzyć w takie stosy kości?
- Ale...
- Zamknij się, Ostatni - przerwał mu Sheb. - I tak nigdy nie masz nic
użytecznego do powiedzenia.
- Proszę, tylko bez bójek - odezwała się słabym, drżącym głosem Asane. -
I tak już jest okropnie, a ty do tego wywołujesz awantury, Sheb...
- Uważaj, starucho, bo będziesz następna.
- A może spróbujesz się ze mną, Sheb? - zapytał Nappet. - Nie? Tak też
myślałem. - Splunął. - Potrafisz tylko gadać. Pewnej nocy, gdy zaśniesz,
wytnę ci ozór i rzucę go jebanym ćmom płaszczowym. Kto będzie się
skarżył? Asane? Oddech? Ostatni? Taxilanin? Rautos? Nikt, Sheb. Wszyscy
zatańczymy z radości.
- Mnie w to nie mieszaj - sprzeciwił się Rautos. - Wycierpiałem się za
całe życie, kiedy mieszkałem z żoną. Nie muszę dodawać, że za nią nie
tęsknię.
- Rautos jak zwykle to samo - warknęła Oddech. - Moja żona zrobiła to,
moja żona powiedziała tamto. Mam już dość słuchania o twojej żonie. Jej
tu nie ma, tak? Zapewne ją utopiłeś i dlatego musiałeś uciekać. Utopiłeś
ją w swojej pięknej fontannie, przytrzymałeś jej głowę pod wodą,
patrzyłeś, jak wybałusza oczy i otwiera usta, próbując krzyczeć.
Przyglądałeś się temu z uśmiechem na twarzy, tak jest. Nie zapomniałam.
Nie mogę zapomnieć. To było okropne. Jesteś mordercą, Rautos.
- Ta znowu o utopieniu - warknął Sheb.
- Może jej też wytnę język - oznajmił z uśmiechem Nappet. - I Rautosowi.
Koniec pieprzenia o utopieniu i żonach albo narzekania. Reszta jest w porządku. Ostatni, ty nic nigdy nie mówisz, a jeśli nawet coś powiesz,
nikogo to nie drażni. Asane, ty na ogół wiesz, kiedy trzymać gębę na
kłódkę. A taxilanin w ogóle się nie odzywa. Kiedy zostaniemy sami...
- Widzę coś - odezwał się Rautos.
Poczuł, że ich uwaga przenosi się na horyzont, i dostrzegł tam ich
oczami coś, co wznosiło się ku niebu. Było za wąskie na górę, a zbyt
potężne na drzewo. Od sterczącego jak ząb obiektu dzieliło ich jeszcze
kilka mil.
- Chcę to zobaczyć - oznajmił taxilanin.
- A co tam, i tak nie mamy dokąd iść - poparł go Nappet.
Pozostali zgodzili się w milczeniu. Szli już nie wiadomo jak długo i sprzeczki o to, dokąd powinni się udać, dawno wygasły. Żadne z nich nie
potrafiło na to odpowiedzieć. Nie wiedzieli nawet, gdzie się znajdują.
Ruszyli ku odległemu, tajemniczemu obiektowi.
Ucieszył się z tego. Towarzyszył im z radością. Zauważył, że podziela
ciekawość taxilanina, która nasilała się z każdą chwilą, i gdyby ktoś
rzucił jej wyzwanie, z łatwością przezwyciężyłaby obawy Asane oraz
obsesje dręczące pozostałych - utopienie Oddech, nieszczęśliwe
małżeństwo Rautosa, pozbawione znaczenia życie lękliwego Ostatniego,
nienawiść Sheba oraz upodobanie do okrucieństwa Nappeta. Rozmowy
umilkły. Było słychać tylko odgłos bosych stóp na skalistym podłożu oraz
ciche zawodzenia nieustającego wichru.
* * *
Wysoko w górze, dwadzieścia ciem płaszczowych śledziło samotnego
wędrowca idącego przez pustkowia. Zwabiły je tu głosy, lecz znalazły
tylko samotnego, wychudłego mężczyznę. Jego skóra miała matowozieloną
barwę, a z ust sterczały mu kły. Niósł miecz, ale poza tym był nagi.
Samotny wędrowiec przemawiający siedmioma głosami, znający siebie pod
siedmioma imionami. Był wieloma, lecz był jednym. Wszyscy zgubili drogę
i on również.
Ćmy płaszczowe czekały, aż jego życie się skończy. Minęły już jednak
tygodnie. Miesiące. Na razie głodowały.
* * *
Postrzegał wzorce wymagające rozważenia. Ich elementy zachowywały jednak
odrębność - unoszące się w powietrzu witki, plamy czerni przepływające
przez jego pole widzenia. Ale przynajmniej odzyskał wzrok. To już coś.
Zbutwiała tkanina spadła mu z oczu, porwana prądami powietrza, których
nie czuł.
We wzorcach odnajdzie klucz do wszystkich zagadek. Był tego pewien. Musi
tylko połączyć je w całość i osiągnie zrozumienie, dowie się
wszystkiego, co musi wiedzieć. Pojmie dręczące go wizje.
Dziwna dwunoga jaszczurka o krótkim kikutowatym ogonie, zakuta w czarną,
lśniącą zbroję, stoi na jakimś kamiennym pomoście. Rynsztokami po obu
jej stronach spływają strumienie krwi. Spojrzenie nieludzkich,
niemrugających oczu wbija w źródło owego krwawienia - smoka przykutego
do kratownicy potężnych drewnianych belek gwoździami barwy rdzy, z których skapuje rosa. Zwinięta z bólu bestia oparła się śmierci, jej
życie przeobraziło się w wieczność bólu. Jaszczurkę otacza okrutny
półcień zimnej satysfakcji.
W innej wizji dwa wilki patrzą na niego z niskiego wzniesienia pokrytego
trawą i przypominającymi kości wypukłościami skalnymi. Ostrożnie,
niespokojnie, jakby poddawały ocenie rywala. Za nimi padają z gęstych
chmur skośne strugi deszczu. Odwrócił się, jakby nie obchodziło go ich
spojrzenie, i ruszył przez ogołoconą równinę. W oddali wznosiły się
dziesiątki dolmenów, rozrzuconych bezładnie, ale wyglądających
identycznie. A może to były posągi? Podszedł bliżej, przyglądając się
uważnie sylwetkom. Miały dziwne, sterczące kaptury, zwracały ku niemu
chude, zgarbione plecy i zakręcone ogony. Ziemia, na której przycupnęły,
lśniła, jak posypana diamentami albo tłuczonym szkłem.
Gdy był już blisko milczących, nieruchomych wartowników i wkrótce miał
dotrzeć do najbliższego, przemknął nad nim głęboki cień. Powietrze nagle
zrobiło się lodowate. Zatrzymał się zrozpaczony i spojrzał w górę.
Nie zobaczył niczego oprócz gwiazd. Wszystkie unosiły się swobodnie,
jakby zerwały się z postronków. Wyglądały jak pyłki w opróżnianym powoli
basenie. Słabe głosy opadły z góry, dotknęły jego czoła niczym płatki
śniegu i natychmiast się stopiły, tracąc wszelkie znaczenie. W Otchłani
trwały spory, ale on nic z nich nie rozumiał. Gdy tylko spojrzał w górę,
zachwiał się, stracił równowagę, poczuł, że jego stopy unoszą się nad
ziemię. Popatrzył w dół.
Tam również były gwiazdy, ale rozbłysnął wśród nich tuzin słońc
gorejących zielonym ogniem. Mknęły przez czarną pustkę, tworząc w niej
krwawiące światłem szczeliny. W miarę jak się zbliżały, stawały się
coraz ogromniejsze, oślepiając go. Usłyszał wir nieprzeliczonych głosów.
To, co przedtem wydawało mu się płatkami śniegu szybko topniejącymi na
jego rozpalonym czole, paliło teraz jak ogień.
Gdyby tylko zdołał przyciągnąć do siebie fragmenty, połączyć je w mozaikę i ujrzeć prawdziwy wzorzec. Gdyby mógł...
Spirale. Tak jest, tym właśnie są. Ruch go nie oszuka, pozwoli mu
dostrzec kryjący się pod spodem kształt.
Spirale pośród futra.
Tatuaże! Widział je. Widział!
Gdy tylko tatuaże znieruchomiały, przypomniał sobie, kim jest.
Jestem Heboric Widmoworęki, Boży Jeździec obalonego boga.
Widzę cię, Fenerze.
Tak ogromna sylwetka, tak bardzo zagubiona. Niezdolna się poruszyć.
Jego bóg był uwięziony. Podobnie jak Heboric musiał bez słowa obserwować
gorejące słońca spadające na ziemię. Kapłan i jego bóg stali im na
drodze, ale tej siły nie można było odepchnąć na bok. Nigdy nie
stworzono tarczy wystarczająco potężnej, by ją powstrzymać.
Otchłani nie obchodzi nasz los. Przedstawia nam swoje argumenty, którym
nie możemy się oprzeć.
Fenerze, stałem się twoją zgubą. A ty, stary boże, stałeś się moją.
Nie żałuję już jednak niczego. Tak właśnie powinno się stać. W końcu
wojna nie rozumie innego języka. Tocząc ją, sami ściągamy na siebie
zniszczenie i karzemy swe dzieci nieszczęsnym dziedzictwem krwi.
Wreszcie wszystko zrozumiał. Pojął sens bogów wojny, uświadomił sobie,
co oznacza fakt ich istnienia. Gdy spoglądał na zbliżające się z każdą
chwilą nefrytowe słońca, przygniotła go świadomość daremności kryjącej
się za całą tą arogancją, całą tą bezmyślną zarozumiałością.
Spójrzcie, jak rozwijamy chorągwie nienawiści.
Popatrzcie, do czego nas to doprowadziło.
Zaczęła się ostatnia wojna. Wojna z wrogiem, przed którym nie ma obrony.
Tego arbitra o klarownym spojrzeniu nie oszukają ani słowa, ani czyny.
Jest odporny na kłamstwa, obojętny na tłumaczenia i czcze zapewnienia o konieczności, na gadanie o wyborze mniejszego zła, mającym zapewnić
łatwe usprawiedliwienie. Tak jest, słyszał teraz argumenty, puste jak
eter, który przemierzały.
Byliśmy w raju. A potem przywołaliśmy bogów wojny, by sprowadzić
zniszczenie na siebie i na nasz świat. Na jego ziemię, powietrze, wodę i niezliczone formy życia. Nie, nie okazujcie zaskoczenia ani zdumionej
niewinności. Spoglądam teraz oczami Otchłani. Widzę oczami wroga i przemówię jego głosem.
Spójrzcie, przyjaciele. Jestem sprawiedliwością.
Gdy wreszcie się spotkamy, to się wam nie spodoba.
A jeśli pod koniec obudzi się w was poczucie ironii, spójrzcie, jak
płaczę nefrytowymi łzami, i odpowiedzcie uśmiechem.
Jeśli macie odwagę.
Czy ją macie, przyjaciele?
Rozdział pierwszy
Rozdział pierwszy
Żałosnym upokorzeniem jest nie to, co koc odsłania, ale to, co ukrywa.
Król Letheru, Tehol Jedyny
Na zarośnięte gęstym zielskiem podwórze martwej wieży Azath w Letheras
przybyła wojna. Stada jaszczurek zaatakowały od strony brzegu rzeki i,
znalazłszy obfitość niezwykłych owadów, wpadły w szał żerowania.
Najdziwniejszym z tajemniczych insektów był gatunek dwugłowych
chrząszczy. Cztery jaszczurki zauważyły podobne stworzenie i otoczyły je
kręgiem. Owad dostrzegł zagrożenia nadciągające z dwóch stron i wykonał
ostrożny półobrót, po to tylko, by spostrzec dwa następne. Na ten widok
padł na ziemię, udając martwego.
To nie okazało się skuteczne. Jeden z gadów, jaszczurka, z biegającego
po ścianach gatunku o szerokiej paszczy i oczach w złote cętki, skoczyła
do ataku i połknęła insekta.
Podobne sceny powtarzały się na całym podwórzu. Straszliwa rzeź
zapowiadała zagładę gatunku. Tego wieczoru los wyraźnie nie sprzyjał
dwugłowym chrząszczom.
Niemniej jednak ofiary nie zawsze są tak bezbronne, jak mogłoby się z początku wydawać. Ta rola ma w naturze efemeryczny charakter i zjadani
mogą z czasem pożreć zjadających w niekończącym się dramacie walki o byt.
Samotna sowa, nażarta już mięsem jaszczurek, była jedynym świadkiem
fali śmierci, która nadeszła na dole. Z paszcz wijących się w śmiertelnych konwulsjach gadów wyłaniały się groteskowe kształty.
Okazało się, że groźba zagłady wisząca nad dwugłowymi chrząszczami wcale
nie jest tak bliska, jak wydawało się jeszcze przed paroma chwilami.
Jednakże sowy, jako jedne z najmniej inteligentnych ptaków, nie zważają
na podobne lekcje. Ptaszysko gapiło się na wydarzenia, a jego wielkie
oczy były puste. Nagle jednak poczuło w brzuchu poruszenie wystarczająco
silne, by oderwać uwagę od żałosnego spektaklu śmierci, masy bladych,
jaszczurczych brzuchów pokrywających ciemną glebę. Nie pomyślało o zjedzonych jaszczurkach; nawet spoglądając wstecz, nie uświadomiło
sobie, jak ospale niektóre z nich umykały przed jego szponami.
Sowę czekała długa noc pełna bolesnych wymiotów. Choć była głupia, od
tej chwili na zawsze wyrzekła się jedzenia jaszczurek.
Świat udziela lekcji subtelnych albo - jeśli zajdzie taka potrzeba -
prostych i brutalnych, by mogli je pojąć nawet najbardziej tępi
uczniowie. Jeśli nie zdołają tego zrobić, zginą. Jeśli zaś chodzi o tych
inteligentnych, nic, rzecz jasna, nie może usprawiedliwić braku
zrozumienia.
* * *
Noc w upalnym Letheras. Kamień ociekał potem. Woda w kanałach robiła
wrażenie lepkiej i całkowicie nieruchomej, jej powierzchnia była dziwnie
płaska i nieprzejrzysta od opadającego na nią pyłu i odpadków. Owady
tańczyły nad nią, jakby szukały własnego odbicia, ale gładka patyna
niczego nie ujawniała, pochłaniając światło gwiazd oraz krwawy blask
pochodni niesionych przez uliczne patrole. Skrzydlate stworzonka
tańczyły bez chwili wytchnienia, jakby oszalały od gorączki.
Pod mostem, po stromych, skrytych w mroku brzegach, łaziły świerszcze
przypominające błyszczące, opasłe krople oleju. Nieszczęsne owady
chrzęściły pod stopami dwóch postaci, które podeszły do siebie i skuliły
się w ciemności.
- Nigdy by tam nie wlazł - stwierdził pierwszy człowiek ochrypłym
szeptem. - Ta woda śmierdzi. Popatrz, nie ma na niej żadnych zmarszczek
ani nic. Przekradł się na drugi brzeg, na nocne targowisko, gdzie będzie
mógł szybko zniknąć.
- Zniknąć - mruknęła druga postać, kobieta, unosząc ściskany w urękawicznionej dłoni sztylet i przyglądając się jego ostrzu. - To było
niezłe. Jakby mógł to zrobić. On albo ktokolwiek z nas.
- Myślisz, że nie potrafi się owinąć, tak jak my?
- Nie miał na to czasu. Cały czas zwiewa. To panika.
- Na to wyglądało - zgodził się jej towarzysz, ale potem pokręcił głową.
- Nigdy nie widziałem niczego równie... rozczarowującego.
Kobieta schowała sztylet.
- Wykurzą go z kryjówki. Wróci na tę stronę i wtedy go capniemy.
- To głupie. Naprawdę myślał, że uda mu się zwiać?
Po paru chwilach Śmieszka znowu wyjęła sztylet i wpatrzyła się w jego
klingę.
Siedzący obok Rzezigardzioł wzniósł oczy ku niebu.
* * *
Flaszka wyprostował się i skinął na Koryka, nakazując mu podążyć za
sobą. Przyglądał się z rozbawieniem, jak barczysty półkrwi Seti
przepycha się przez tłum, zostawiając za sobą ślad pełnych oburzenia
spojrzeń i przełkniętych w pół słowa przekleństw. Rzecz jasna, kłopoty
im raczej nie groziły, ponieważ było oczywiste, że cholerny cudzoziemiec
ich właśnie szuka. Instynkt na całym świecie podpowiadał ludziom to samo
i nikt nie miał ochoty zaczepiać Koryka.
Szkoda. Warto by było to zobaczyć. Flaszka uśmiechnął się pod nosem na
myśl o tłumie rozjuszonych nabywców atakujących łypiącego złowrogo
barbarzyńcę, by obalić go na ziemię ciosami bochnów chrupiącego chleba i bulwiastych jarzyn.
Z drugiej strony jednak nie mieli czasu na podobne rozrywki.
Przynajmniej nie w tej chwili, gdy znaleźli zbiega. Tarcz i Corabb
zajęli pozycje w zaułku za szynkiem, by uniemożliwić ściganemu ucieczkę
tylnym wyjściem, a Możliwe i Masan Gilani weszli na dach, na wypadek
gdyby ich cel stał się nagle kreatywny.
Spocony Koryk podszedł do niego. Łypał złowrogo spode łba, zgrzytając
zębami.
- Żałośni zasrańcy - mruknął. - Skąd się bierze ta żądza wydawania
forsy? Targowiska są głupie.
- Uszczęśliwiają ludzi - sprzeciwił się Flaszka. - A jeśli nawet nie, to
pozwalają im się chwilowo nasycić, co pełni tę samą funkcję.
- To znaczy jaką?
- Powstrzymuje ich przed wywoływaniem kłopotów - wyjaśnił. - Tych
niebezpiecznych - dodał, widząc, że Koryk marszczy czoło i spogląda na
boki. - Takich, które się zdarzają, gdy ludność ma czas myśleć, naprawdę
myśleć. No wiesz, gdy ludzie zaczynają sobie uświadamiać, że to wszystko
jest gówno warte.
- To brzmi jak jedno z przemówień króla. One zawsze mnie usypiają, tak
samo jak ty teraz, Flaszka. To gdzie on właściwie się schował?
- Jeden z moich szczurów przycupnął u podstawy poręczy...
- Który?
- Mała Śmieszka. Ona nadaje się do tego najlepiej. Nie spuszcza z niego
spojrzenia paciorkowatych oczek. Usiadł za stolikiem w rogu, tuż pod
zamkniętą okiennicą. Nie wygląda na to, żeby mógł przez nią uciec.
Krótko mówiąc, zapędziliśmy go w kozi róg.
Koryk zasępił się jeszcze bardziej.
- To chyba zbyt łatwe, nie?
Flaszka podrapał się po porastającej twarz szczecinie, przestąpił z nogi
na nogę i wreszcie westchnął.
- Ehe, zdecydowanie zbyt łatwe.
- Idą Balsam i Gesler.
Obaj sierżanci podeszli do nich.
- Co tu robimy? - zapytał Balsam, wybałuszając oczy.
- Nie zwracajcie na niego uwagi, znowu ma atak - odezwał się Gesler. -
Chyba czeka nas walka, i to paskudna. On nie podda się łatwo.
- Jak wygląda plan? - zapytał Koryk.
- Chmura ruszy przodem, żeby go wypłoszyć. Jeśli spróbuje uciec tylnymi
drzwiami, capną go wasi kumple. Jeśli wlezie na dach, to samo.
Podejrzewam jednak, że ominie napastnika i popędzi do drzwi frontowych.
Tak ja bym zrobił na jego miejscu. Chmura jest wielki i wredny, ale
niezbyt szybki. Na to właśnie liczymy. Zaczekamy tu we czwórkę na
skurczybyka i załatwimy go, a Chmura stanie w drzwiach, by odciąć mu
drogę odwrotu.
- Wygląda na niespokojnego i wkurzonego - odezwał się Flaszka. - Ostrzeż
Chmurę. Może się zdecydować na atak.
- Jak tylko usłyszymy odgłosy walki, wpadamy do środka - odparł Gesler.
Złotoskóry sierżant poszedł za przyjacielem, by przekazać mu instrukcje.
Balsam stał obok Koryka z oszołomioną miną.
Ludzie wchodzili do szynku i wychodzili z niego, jakby był burdelem
szybkiej obsługi. Nagle w tłumie pojawił się Chmura, znacznie wyższy od
niemal wszystkich tubylców. Twarz miał czerwoną, a brodę jeszcze
czerwieńszą, jakby całe jego oblicze stanęło w płomieniach. Mężczyzna
poluzował miecz w pochwie i ruszył ociężale w stronę drzwi. Ludzie
schodzili mu pośpiesznie z drogi. Spotkał w wejściu jakiegoś tubylca,
złapał go za koszulę i cisnął za siebie. Biedny dureń pisnął z bólu,
padając twarzą na bruk niespełna trzy kroki od czekających
Malazańczyków. Wił się z bólu, unosząc ręce do okrwawionego podbródka.
Chmura wtargnął do szynku, a Gesler podążył w stronę wejścia,
przechodząc nad leżącym obywatelem.
- Wszyscy do drzwi - wysyczał. - Szybko!
Flaszka pozwolił Korykowi ruszyć przodem, zaczekał nawet na Balsama,
który omal nie poszedł w drugą stronę, nim Gesler pociągnął go za sobą.
Jeśli miało dojść do walki, mag wolał zostawić nieprzyjemną robotę
towarzyszom. W końcu wykonał już zadanie, odnajdując zbiega.
W lokalu eksplodował chaos. Rozległy się zdziwione głosy, trzask
łamanych mebli oraz krzyki przerażenia. Usłyszeli głuchy łoskot i z drzwi buchnęły białe kłęby. Potem nadeszły kolejne trzaski pękających
mebli i donośny huk. Ktoś wypadł sprintem z obłoków dymu.
Mężczyzna uderzył łokciem w szczękę Koryka. Półkrwi Seti zwalił się na
ziemię jak ścięte drzewo.
Gesler uchylił się przed pięścią akurat na czas, by spotkać uderzające w górę kolano. Trzask przypominał odgłos zderzających się ze sobą kokosów.
Zbieg machnął nogą, kreśląc szalony piruet, a sierżant zatoczył się do
tyłu i klapnął na bruk. Oczy mu się zaszkliły.
Balsam cofnął się z przeraźliwym wrzaskiem, sięgając po krótki miecz.
Flaszka skoczył w stronę Dalhończyka i złapał go za rękę. Ścigany
wyminął ich, zmierzając w stronę mostu. Biegł szybko, ale chwiejnie.
Z szynku wypadł Chmura. Z nosa płynęła mu krew.
- Nie złapaliście go? Cholerni idioci, spójrzcie na moją gębę! Oberwałem
na darmo!
Obok potężnie zbudowanego Falarczyka przepychali się goście. Wszyscy
kasłali, a z oczu ciekły im łzy.
Gesler wstał chwiejnie i pokręcił głową.
- Ruszajmy za nim - wymamrotał. - Miejmy nadzieję, że Rzezigardzioł i Śmieszka trochę go spowolnią.
Dwaj pozostali żołnierze wyłonili się zza budynku i przyglądali się
całej scenie.
- Corabb, zostań z Korykiem i spróbuj go ocucić - rozkazał Tarcz.
Potem podszedł do pozostałej czwórki i wszyscy razem podjęli pościg.
- Mogłem go załatwić! - oznajmił Balsam, spoglądając ze złością na
Flaszkę.
- Potrzebny jest nam żywy, ty idioto - warknął mag.
- Naprawdę? - zdumiał się Dalhończyk, otwierając szeroko oczy.
* * *
- Popatrz! - wysyczał Rzezigardzioł. - Tam biegnie!
- Paskudnie utyka - zauważyła Śmieszka, chowając sztylet do pochwy. -
Zajdziemy go z obu stron i zaatakujemy kostki.
- Świetny pomysł.
Mężczyzna skierował się na lewo, a kobieta na prawo. Oboje przykucnęli
przy końcu pomostu po swojej stronie mostu i wytężyli słuch. Szurający
nogą zbieg zbliżał się z każdą chwilą. Ze skraju targowej ulicy na
drugim brzegu dobiegły krzyki. Ścigany przyśpieszył kroku.
W odpowiedniej chwili, gdy cel dotarł do końca mostu i wbiegł na bruk,
dwoje malazańskich żołnierzy wyskoczyło z ukrycia i każde z nich złapało
uciekiniera za jedną nogę.
Cała trójka zwaliła się na ulicę.
Po paru chwilach, pośród wywarkiwanych przekleństw, wbijanych w ciała
kciuków i rozpaczliwych kopniaków, zjawili się pozostali łowcy.
Wspólnymi siłami udało się obezwładnić zbiega.
Flaszka podszedł bliżej, spoglądając na jego zarumienioną, posiniaczoną
twarz.
- Doprawdy, sierżancie. Z pewnością wiedziałeś, że nie masz szans.
Skrzypek przeszył go wściekłym spojrzeniem.
- Popatrz, co zrobiłeś z moim nosem! - zawołał Chmura, łapiąc go za
rękę. Najwyraźniej miał ochotę ją złamać.
- Rzuciłeś w szynku zadymiacza, tak? - zapytał Flaszka. - Cóż za
marnotrawstwo.
- Wszyscy za to zapłacicie - burknął Skrzypek. - Nie macie pojęcia...
- On zapewne ma rację - wtrącił Gesler. - To jak będzie, Skrzypek? Mamy
cię tu trzymać przez całą wieczność czy pójdziesz z nami spokojnie?
Czego przyboczna chce, to i dostanie.
- Łatwo ci mówić - wysyczał saper. - Popatrz na Flaszkę. Czy wygląda na
zadowolonego?
Mag skrzywił się wściekle.
- Nie jestem zadowolony, ale rozkaz to rozkaz, sierżancie. Nie możesz
tak po prostu uciec.
- Szkoda, że nie wziąłem paru przebijaczy - odciął się Skrzypek. - To by
załatwiło sprawę. Dobra, możecie mnie puścić. Zresztą chyba mam skręcone
kolano. Gesler, masz szczękę z granitu. Wiedziałeś o tym?
- To jej zawdzięczam ten piękny profil.
- To Skrzypka ścigaliśmy? - zainteresował się nagle Balsam. - Bogowie na
dole, zbuntował się czy co?
- Już wszystko w porządku, sierżancie - uspokoił przełożonego
Rzezigardzioł, klepiąc go po ramieniu. - Przyboczna chciała, żeby
Skrzypek zrobił odczyt, nic więcej.
Flaszka się skrzywił.
Nic więcej. Jasne, to drobiazg. Nie mogę się doczekać.
Podnieśli pojmanego zbiega, nie puszczając go na wszelki wypadek, i ruszyli z powrotem do koszar.
* * *
Pod nadprożem drzwi martwej Azath wisiał podłużny kształt, szary i widmowy. Wydawał się pozbawiony życia, ale, rzecz jasna, było to mylne
wrażenie.
- Moglibyśmy rzucać kamieniami - zaproponowała dziewczynka. - One nocą
śpią, prawda?
- Przeważnie - odparł Pędrak.
- Może, jeśli będziemy cicho.
- Może.
- Kamienie? - zapytała Sinn, wiercąc się nerwowo.
- Jeśli trafisz, obudzą się i wypadną na zewnątrz czarnym rojem.
- Nigdy nie znosiłam os. Odkąd pamiętam. Na pewno kiedyś mnie użądliły,
nie sądzisz?
- A kogo nie użądliły? - odparł chłopiec, wzruszając ramionami.
- Mogłabym je po prostu podpalić.
- Nie czarami, Sinn, nie tutaj.
- Chyba mówiłeś, że dom nie żyje.
- Tak mi się zdaje. Ale podwórze może żyć.
Dziewczynka rozejrzała się wkoło.
- Ludzie tu kopali.
- Będziesz kiedyś rozmawiała z kimś oprócz mnie? - zapytał Pędrak.
- Nie.
To jedno słowo było niewzruszone i niezmienne, nie zachęcało do dalszej
dyskusji na ten temat.
Chłopiec przyjrzał się jej.
- Wiesz, co się wydarzy dziś w nocy, prawda? - zapytał.
- Nic mnie to nie obchodzi. Nie będę w pobliżu.
- To nieważne.
- Jeśli schowamy się w domu, może nic do nas nie sięgnie?
- Niewykluczone - przyznał Pędrak. - Ale wątpię, by talia działała w ten
sposób.
- Skąd wiesz?
- Nie wiem, ale wujek Keneb opowiadał, że ostatnim razem Skrzypek mówił
o mnie, a ja wtedy właśnie skakałem do morza i nie było mnie w kajucie.
A mimo to świetnie wiedział, co robię.
- A co robiłeś?
- Szukałem nachtów.
- Ale skąd wiedziałeś, że tam będą? To nie ma sensu, Pędrak. Zresztą co
z nich za pożytek? Nie robią nic poza łażeniem za Withalem.
- I polowaniem na małe jaszczurki - dodał z uśmiechem chłopiec.
Sinn nie dała się jednak zbić z tropu.
- Patrzę na ciebie i myślę... Mockra.
Pędrak nic na to nie odpowiedział.
Ruszył ostrożnie przed siebie po nierównych kamiennych płytach
pokrywających ścieżkę, wbijając spojrzenie w gniazdo os.
Sinn podążyła za nim.
- Ty jesteś tym, co nadejdzie, prawda?
- A ty nie? - żachnął się.
Dotarli do progu i się zatrzymali.
- Myślisz, że drzwi są zamknięte?
- Psst.
Pędrak skulił się i przekradł pod olbrzymim gniazdem. Gdy już był za
nim, wyprostował się powoli i sięgnął ku klamce. Złamała się w jego
dłoni. W powietrze buchnął obłoczek trocin. Chłopiec obejrzał się na
Sinn, ale nic nie powiedział. Ponownie spojrzał na drzwi i popchnął je
lekko.
Drewno pękło pod jego dotykiem jak opłatek. Na ziemię znowu posypały się
trociny.
Pędrak uniósł ręce i pchnął drzwi z całej siły.
Bariera rozpadła się w obłokach pyłu i kruchych drzazg. Metal upadł z brzękiem na podłogę tuż za wejściem. Po chwili chmura zniknęła w środku.
Pędrak przeszedł przez stertę zbutwiałego drewna i zniknął w półmroku.
Po chwili Sinn podążyła za nim. Szła szybko, pochylając się nisko.
* * *
Ukryty w półmroku pod niemal uschniętym drzewem na podwórzu Azath
porucznik Pryszcz odkaszlnął. Pewnie powinien zawołać dzieciaki, ale w ten sposób zdradziłby swą obecność, i chociaż, gdy chodziło o rozkazy
kapitana Milutka - formułowane w celowo niejasny sposób przywodziły na
myśl cienką warstwę palmowych liści maskującą wilczy dół z zaostrzonymi
kołkami na dnie - nie mógł być niczego pewien, podejrzewał, że powinien
zachować tajemnicę podczas śledzenia dwojga bachorów.
Poza tym dokonał już kilku odkryć. Sinn wcale nie była niemową. To mała,
uparta krowa. Cóż za szok. Co więcej, kochała się w Pędraku. To było
słodkie. Słodkie jak żywica, razem z gałązkami i uwięzionymi owadami.
Dorosły mężczyzna mógłby się od tego rozpuścić i spłynąć ściekiem do
bezdennego morza sentymentalizmu, gdzie dzieci bawiły się beztrosko, a od czasu do czasu uchodziło im na sucho morderstwo.
Różnica polegała na tym, że Pryszcz miał świetną pamięć. Przypominał
sobie własne dzieciństwo z najdrobniejszymi szczegółami i gdyby mógł się
cofnąć do przeszłości, zdzieliłby solidnie w łeb zasmarkanego głąba,
jakim wówczas był. A na widok jego zdumionej, urażonej miny powiedziałby
coś takiego:
- Lepiej się do tego przyzwyczaj, mały Pryszczu, bo pewnego dnia
spotkasz mężczyznę zwanego Milutkiem...
Tak czy inaczej, myszy czmychnęły do domu Azath. Może coś się tam z nimi
policzy i jego zadanie zakończy się w satysfakcjonujący sposób. Ogromna
stopa liczącego sobie dziesięć tysięcy lat olbrzyma opadnie raz, a potem
drugi. Plask, plask, jak śmierdzące jagody. Z Pędraka zostanie mokra
plama, a z Sinn kleks.
Bogowie, nie, wina wtedy spadnie na mnie!
Pryszcz warknął pod nosem i ruszył za nimi.
Spoglądając wstecz, doszedł do wniosku, że powinien był pamiętać o tym
cholernym gnieździe os. A przynajmniej zwrócić na nie uwagę, gdy
popędził ku drzwiom. Niestety nie zrobił tego i walnął w nie czołem.
Nagle rozległo się gniewne brzęczenie. Gniazdo zakołysało się i uderzyło
go w głowę po raz drugi.
Nadeszło rozpoznanie sytuacji, uświadomienie jej sobie, a za nimi
zrozumiała w tym przypadku ślepa panika.
Pryszcz odwrócił się błyskawicznie i rzucił do ucieczki.
Eskortę zapewniało mu około tysiąca rozjuszonych os czarnych.
Sześć użądleń mogło powalić konia. Porucznik wrzasnął, gdy kark wypełnił
mu ogień. A potem znowu, gdy drugie żądło wbiło się w lewe ucho.
Nadeszła kolejna eksplozja bólu, tym razem na grzbiecie prawej dłoni.
Zapomnij o kanale! Potrzebuję uzdrowiciela, natychmiast!
Nie słyszał już brzęczenia, ale krajobraz przed nim zaczął się
przechylać, z cieni sączyła się ciemność, a światło lamp widocznych za
oknami było zamazane, jaskrawe i raziło oczy. Nogi Pryszcza również nie
funkcjonowały zbyt dobrze.
Tam są malazańskie koszary.
Trupismród. Albo Ebron.
Chwiał się na nogach, usiłując skupić wzrok na bramie koszar. Spróbował
zawołać dwóch stojących na warcie żołnierzy, ale język mu spuchł,
wypełniając całe usta. Pryszcz miał trudności z oddychaniem. Biegł...
Zaczynało mu brakować czasu.
* * *
- Kto to był?
Pędrak wrócił z korytarza i pokręcił głową.
- Ktoś. Obudził osy.
- Cieszę się, że nie wleciały do środka.
Stali w czymś w rodzaju głównej komnaty. Nad jedną ze ścian dominował
kamienny kominek. Po obu jego stronach ustawiono wyściełane fotele. Pod
dwiema kolejnymi ścianami ulokowano liczne kufry i skrzynie, pod
ostatnią zaś, naprzeciwko wystygłego paleniska, stała zdobna kanapa. Nad
nią wisiał wielki, wyblakły gobelin. Wszystko to były tylko niewyraźne,
zamazane kształty, blado rysujące się w półmroku.
- Potrzebna nam świeczka albo lampa - stwierdziła Sinn. - Skoro nie mogę
używać czarów... - dodała z nutą irytacji.
- Zapewne byś mogła - odparł Pędrak. - Jesteśmy już daleko od podwórza.
Tu nie ma nikogo. Nie czuję żadnej, hmm, obecności. Dom naprawdę jest
martwy.
Sinn z triumfalnym gestem obudziła śpiące w palenisku węgle. Ich blask
miał dziwnie krwawą barwę, a w płomieniach ukazywały się zielone i niebieskie witki.
- To dla ciebie za łatwe - poskarżył się Pędrak. - Nawet nie wyczułem
groty.
Nie odpowiedziała. Podeszła do gobelinu, by mu się przyjrzeć.
Chłopiec podążył za nią.
Na tkaninie wyobrażono scenę bitwy, co było typowe dla gobelinów.
Najwyraźniej bohaterowie mogli istnieć wyłącznie pośród śmierci. Ledwie
widoczne na wyblakłym materiale opancerzone gady toczyły bój z Tiste
Edur i Tiste Andii. Na spowitym kłębami dymu niebie było pełno
latających gór - w większości płonących - oraz smoków. Niektóre z tych
ostatnich wydawały się ogromne, pięć albo sześć razy większe od
pozostałych, choć z pewnością były bardziej odległe. Wszędzie było pełno
ognia. Na walczących spadały fragmenty rozpadających się powietrznych
fortec. Całą scenę wypełniały rzeź i straszliwe zniszczenia.
- Ładne - mruknęła dziewczynka.
- Sprawdźmy, co jest w wieży - zaproponował Pędrak.
Wyobrażone na gobelinie pożary przypominały mu Y'Ghatan, przywoływały
wizję Sinn idącej przez płomienie. Równie dobrze mogłaby wejść w sam
środek starożytnej bitwy. Bał się, że jeśli przyjrzy się dokładnie,
zobaczy pośród setek kłębiących się postaci swą towarzyszkę z wyrazem
zadowolenia na pyzatej twarzy i błyskiem sytości w ciemnych oczach.
Ruszyli w stronę kwadratowej wieży.
Gdy znowu weszli do mrocznego korytarza, Pędrak przystanął, czekając, aż
oczy przywykną mu do ciemności. Po chwili, z opuszczonej przez nich
komnaty wyłoniły się zielone płomienie. Pełzły po podłodze, kierując się
ku nim.
Sinn uśmiechnęła się w upiornym blasku.
Ogień podążył za nimi po wydeptanych schodach na górny pomost. Nie było
tam żadnych mebli. Pod pokrytą pajęczynami zamkniętą okiennicą leżał
zmumifikowany trup. Utrzymywały go w całości jedynie zachowane tu i ówdzie pasy stwardniałej skóry. Pędrak zauważył, że kończyny istoty
wyglądają dziwnie. Miała dodatkowe stawy w kolanach, łokciach,
nadgarstkach i kostkach. W połowie długości mostka znajdowało się coś w rodzaju poziomych zawiasów. Wydatne jak u ptaka obojczyki również się
zginały.
Podkradł się bliżej, by się jej przyjrzeć. Twarz stworzenia była
frontalnie spłaszczona, co zaostrzało kąt, pod jakim kości policzkowe
zakrzywiały się do tyłu, sięgając niemal do otworów usznych. Każda
widoczna kość sprawiała wrażenie zaprojektowanej z myślą o zdolności
składania się - nie tylko kości policzkowe, lecz również szczęki i łuki
brwiowe. Pędrak podejrzewał, że za życia istota była zdolna prezentować
zdumiewający zestaw dziwacznych min, daleko wykraczający poza ludzkie
możliwości.
Skóra była zupełnie biała i bezwłosa. Chłopak wiedział, że zwłoki
rozpadną się w proch, jeśli tylko ich dotknie.
- Forkrul Assail - wyszeptał.
- Skąd wiesz? - naskoczyła na niego Sinn. - Skąd w ogóle wiesz
cokolwiek?
- Te jaszczurki na gobelinie to chyba były K'Chain Che'Malle. - Zerknął
na nią, a potem wzruszył ramionami. - Ten dom Azath nie umarł. Po
prostu... odszedł.
- Odszedł? Jak to odszedł?
- Mam wrażenie, że poszedł sobie stąd i tyle.
- Przecież nic nie wiesz! Jak możesz mówić takie rzeczy?
- Szybki Ben chyba też wie.
- O czym? - wysyczała poirytowana dziewczynka.
- O tym. Zna prawdę o wszystkim.
- Pędrak...
Spojrzał w jej wypełnione furią oczy.
- O tobie, o mnie i o Azath. Wszystko się zmienia, Sinn.
Zacisnęła drobne rączki w pięści. Płomienie tańczące po kamiennej
posadzce wspięły się na framugę wejścia, potrzaskując i sypiąc iskrami.
Chłopiec prychnął pogardliwie.
- Sposób, w jaki każesz temu mówić...
- Umie też krzyczeć, Pędrak.
Skinął głową.
- Tak głośno, że zniszczy cały świat.
- No wiesz, zrobiłabym to - oświadczyła z nagłą gwałtownością. - Żeby
się przekonać, co potrafi. Co ja potrafię.
- Co cię powstrzymuje?
Odwróciła się z grymasem na twarzy.
- Mógłbyś krzyknąć w odpowiedzi.
* * *
Tehol Jedyny, król Letheru, wszedł do komnaty i rozpostarł ręce, robiąc
obrót wokół własnej osi. Potem uśmiechnął się promiennie do Bugga.
- Co o tym sądzisz?
- Brałeś lekcje tańca? - zapytał lokaj, trzymający w steranych dłoniach
o tępo zakończonych palcach naczynie z brązu.
- Nie, popatrz na mój koc! Moja ukochana żona zajęła się haftowaniem.
Przyjrzyj się obrąbkowi, tuż nad lewym kolanem.
Bugg pochylił się nieco.
- Aha, widzę. Bardzo ładne.
- Bardzo ładne?
- Hmm, nie widzę, co to właściwie miało być.
- Ja też nie. - Umilkł na chwilę. - Nie jest w tym zbyt dobra, prawda?
- Jest beznadziejna. Ale przecież to uczona.
- No właśnie - zgodził się Tehol.
- W końcu, gdyby umiała choć trochę szyć i tak dalej... - zaczął Bugg.
- Z pewnością nie wybrałaby akademickiej kariery?
- Uczonymi z reguły zostają ludzie nienadający się do niczego innego.
- Niedokładnie tak sobie pomyślałem, Bugg. A teraz muszę cię zapytać: co
się stało?
- Stało?
- Znamy się już od dawna - ciągnął król. - I moje zmysły świetnie się
przystosowały do odczytywania niuansów twojego nastroju. Posiadam
niewiele talentów, ale mogę stwierdzić, choćby nawet nieskromnie, że
znakomicie potrafię wnikać w twe myśli.
- Jestem pod wrażeniem - odparł z westchnieniem Bugg. - Jak zauważyłeś,
że coś mnie niepokoi?
- Pomijając fakt, że oczerniałeś moją żonę?
- Ehe, pomijając.
Tehol wskazał głową na trzymane przez lokaja naczynie. Bugg spuścił
wzrok i zauważył, że zmieniło się w bezkształtną bryłę powykręcanego
metalu. Westchnął po raz drugi i upuścił je na posadzkę. Łoskot wypełnił
echem całą komnatę.
- Tajemnica kryje się w subtelnych szczegółach - dodał Tehol,
wygładzając zmarszczki Królewskiego Koca. - Czasami warto wspomnieć o nich mojej żonie... rzecz jasna, mimochodem. Pośpiesznie, jak w panicznej
ucieczce, ponieważ Janath jest uzbrojona w straszliwe igły z rybich
ości.
- Chodzi o Malazańczyków - wyjaśnił lokaj. - A raczej o jednego z nich.
Trzyma w spoconych dłoniach wersję Płytek. Bardzo potężną wersję, a on
nie jest szarlatanem. Jest adeptem. Przerażająco zdolnym.
- I ma zamiar rzucić te Płytki?
- To drewniane karty. Reszta świata zrezygnowała już z Płytek, Wasza
Królewska Mość. Zwą je Talią Smoków.
- Smoków? Jakich smoków?
- Nie pytaj.
- Czy nie możesz, hmm, gdzieś się ukryć, o nieszczęsny i przygnębiony
pradawny boże?
Bugg się skrzywił.
- Mało prawdopodobne. Poza tym nie jestem jedynym źródłem problemów. Nie
zapominaj o Zbłąkanym.
- Jeszcze tu siedzi? Nie widziano go od miesięcy...
- Talia stanowi dla niego zagrożenie. Może się sprzeciwić jej
odsłonięciu. Zrobić coś... pochopnego.
- Hmm. Malazańczycy są naszymi gośćmi i w związku z tym wypada, byśmy
ich chronili, a jeśli to niemożliwe, ostrzegli. Gdyby się nie udało,
zawsze będziemy mogli uciec.
- Tak, Wasza Królewska Mość, to może być najrozsądniejsze wyjście.
- Ucieczka?
- Nie, ostrzeżenie.
- Wyślę Brysa.
- Biedny Brys.
- To nie moja wina, tak? Faktycznie jest biedny. Pora już, by zasłużył
na swój tytuł, jak on tam właściwie brzmi. Chwilowo zapomniałem. Wścieka
mnie ten jego biurokratyczny sposób myślenia. Skurczybyk ukrywa się za
niejasnym charakterem swego urzędu. Peon bez twarzy, uchylający się
przed odpowiedzialnością, gdy ta tylko zapuka do jego drzwi. Tak, mam go
już po dziurki w nosie, nawet jeśli jest moim bratem...
- Wasza Królewska Mość, zleciłeś Brysowi dowództwo nad armią.
- Naprawdę? Tak jest, to właśnie zrobiłem. Niech teraz spróbuje się
ukryć!
- Czeka na ciebie w sali tronowej.
- Hmm, nie jest głupi. Wie, kiedy zapędzono go w kozi róg.
- Jest tam też Rucket - dodał Bugg. - Przyniosła petycję od Cechu
Szczurołapów.
- Petycję? O co? O więcej szczurów? Wstawaj, stary przyjacielu, pora iść
na spotkanie z publicznością. To całe królowanie jest okropnie
uciążliwe. Widowiska, parady, dziesiątki tysięcy pełnych uwielbienia
poddanych...
- Nie uczestniczyłeś w żadnych widowiskach ani paradach, Wasza Królewska
Mość.
- Ale i tak mnie uwielbiają.
Bugg wstał i ruszył ku drzwiom sali tronowej. Król podążył za nim.
Czekali tam na nich tylko Brys, Rucket i królowa Janath. Gdy obaj
wchodzili na podwyższenie, Tehol przysunął się do towarzysza.
- Widzisz Rucket? Widzisz uwielbienie? I co ci to mówi?
Król zasiadł na tronie i uśmiechnął się do królowej, zajmującej miejsce
na identycznym stolcu na lewo od niego. Potem oparł się wygodnie i rozprostował nogi...
- Nie rób tego, bracie - ostrzegł go Brys. - Widok stąd...
Tehol wyprostował się natychmiast.
- Ojej, bardzo królewski.
- W rzeczy samej - zgodziła się Rucket.
- Widzę, że straciłaś na wadze niezliczone kamienie - oznajmił jej król.
- Wspaniale wyglądasz. O co chodzi?
- O to uwielbienie, o którym szeptałeś do Bugga.
- Myślałem, że przyszłaś z petycją.
- Chcę się z tobą przespać. Pragnę, byś zdradził żonę, Tehol. Ze mną.
- I to jest ta twoja petycja?
- A co w tym złego?
- To nie zdrada - sprzeciwiła się królowa Janath. - Zdrada byłaby wtedy,
gdyby zrobił to za moimi plecami. Podszedł mnie, oszukał. A ja tu siedzę
i wszystko słyszę, Rucket.
- W rzeczy samej - zgodziła się druga kobieta. - Zróbmy to bez takich
nieprzyjemnych szczegółów. Wolna miłość dla wszystkich - dodała,
uśmiechając się do Tehola. - A zwłaszcza dla ciebie i dla mnie, Wasza
Królewska Mość. Wolna, ale nie darmowa. Liczę na to, że postawisz mi
kolację.
- To niemożliwe - odparł Tehol. - Nikt już nie chce moich pieniędzy.
Teraz, gdy wreszcie je mam. Czyż nie zawsze tak bywa? Poza tym, król na
publicznej schadzce? Cóż to by był za przykład dla poddanych?
- Ubierasz się w koc - zauważyła Rucket. - Czego przykładem to ma być?
- Beztroskiej pewności siebie, oczywiście.
Uniosła brwi.
- Większość ludzi na widok tak pewnej siebie beztroski zareagowałaby
przerażeniem, Wasza Królewska Mość. Ale nie ja - dodała z ujmującym
uśmiechem.
- Bogowie na dole. - Janath westchnęła, pocierając czoło.
- Co to właściwie za petycja? - zapytał Tehol. - Wcale nie
reprezentujesz tu Cechu Szczurołapów, prawda?
- Ależ reprezentuję. Chodzi o wzmocnienie łączących nas więzów. Jak
wszyscy wiedzą, seks jest klejem spajającym społeczeństwo, więc
pomyślałam sobie...
- Seks jest klejem? - Tehol przesunął się do przodu. - To brzmi
intrygująco. Ale zapomnijmy na moment o tej sprawie. Bugg, przygotuj
obwieszczenie. Król będzie uprawiał seks z każdą wpływową kobietą w mieście, pod warunkiem, że uda się potwierdzić jej płeć z całkowitą
pewnością. Będziemy musieli opracować jakiś test. Każ królewskim
inżynierom się tym zająć.
- Dlaczego ograniczać się do wpływowych kobiet? - zapytała męża Janath.
- Nie zapominaj o władzy nad gospodarstwem domowym. A co z podobnym
obwieszczeniem dla królowej?
- Było kiedyś plemię, w którym wodzowi i jego żonie przysługiwał
przywilej spania ze wszystkimi nowożeńcami w noc przed ślubem - wtrącił
Bugg.
- Naprawdę?
- Nie, Wasza Królewska Mość - przyznał kanclerz. - Przed chwilą to
wymyśliłem.
- Jeśli chcesz, mogę to dopisać do kronik - zaproponowała Janath, z trudem ukrywając podniecenie.
Tehol się skrzywił.
- Moja żona robi się nieprzyzwoita.
- Ja tylko dodałam własną monetę do skarbca żałosnego debilizmu,
najmilszy. Rucket, musimy pogadać.
- Nigdy nie rozmawiam z tą drugą. - Kobieta wyprostowała się, unosząc
głowę.
Tehol klasnął w dłonie.
- No to kolejną naradę mamy za sobą! To co teraz zrobimy? Ja idę do
łóżka. - Zerknął na Janath. - W towarzystwie najmilszej żony,
oczywiście.
- Jeszcze nie zjedliśmy kolacji, mężu.
- Zjemy ją w łóżku! Możemy zaprosić... och, mniejsza z tym.
- Chciałem pomówić o armii - odezwał się Brys, podchodząc bliżej.
- Och, ty zawsze o tej armii. Zamów więcej butów.
- W tym właśnie problem. Potrzebuję pieniędzy.
- Bugg, daj mu pieniądze.
- Jaką sumę, Wasza Królewska Mość?
- Ile będzie potrzebował na buty i tak dalej.
- Nie chodzi o buty - sprzeciwił się Brys. - Chodzi o szkolenie.
- Będą się szkolić bez butów? To nadzwyczajne.
- Chcę wykorzystać zakwaterowanych w mieście Malazańczyków. Tę ich
"piechotę morską" i jej taktykę. Pragnę przebudować całą strukturę
letheryjskiej armii i w tym celu zamierzam wynająć malazańskich
sierżantów.
- A czy ich przyboczna się na to zgadza?
- Tak. Jej żołnierze się nudzą, a to niedobrze.
- Zapewne masz rację. Czy wiemy, kiedy mają zamiar wymaszerować?
- Mnie o to pytasz? - Brys zmarszczył brwi. - Zapytaj przyboczną.
- Ach, mamy już więc temat naszego następnego spotkania.
- Mam ją zawiadomić? - zapytał Bugg.
Tehol potarł podbródek, a potem skinął głową.
- Tak, to byłoby rozsądne. Bardzo rozsądne. Dobra robota.
- A co z moją petycją? - odezwała się Rucket. - Specjalnie się ubrałam
na tę okazję i tak dalej!
- Rozważę ją.
- Świetnie. A czy mogę tymczasem otrzymać Królewski Pocałunek?
Tehol poruszył się nerwowo na tronie.
- Opuszcza cię beztroska pewność siebie, mężu? Najwyraźniej wie lepiej
ode mnie, że moja wyrozumiałość ma granice.
- To może chociaż Królewski Uścisk? - zaproponowała Rucket.
- Królewski Ucisk? - zapytał Bugg. - Świetny pomysł. Podnieś cechom
podatki, Wasza Królewska Mość.
- Proszę bardzo - warknęła kobieta. - Idę sobie. Król odrzucił kolejną
petycję. Tłuszcza podekscytuje się jeszcze bardziej.
- Jaka tłuszcza? - zainteresował się Tehol.
- Ta, którą zwołam.
- Nie zrobiłabyś tego.
- Wzgardzona kobieta jest niebezpieczna, Wasza Królewska Mość.
- Och, daj jej pocałunek i uścisk, mężu. Odwrócę wzrok.
Tehol zerwał się z tronu, ale natychmiast usiadł znowu.
- Za chwilę - wydyszał.
- To nadaje nowy sens określeniu "królewska postawa" - zauważył Bugg.
- Uznam to za weksel - stwierdziła z uśmiechem Rucket.
- A co z tłuszczą? - zapytał lokaj.
- W cudowny sposób rozproszyła się z rozmarzonym westchnieniem, o kanclerzu, czy kim tam właściwie jesteś.
- Jestem królewskimi inżynierami. Tak jest, wszystkimi. Aha, i jeszcze
skarbnikiem.
- Oraz niszczycielem spluwaczek - dodał Tehol.
Wszyscy zmarszczyli brwi.
Bugg łypnął ze złością na króla.
- Udało mi się o wszystkim zapomnieć, dopóki tego nie powiedziałeś.
- Coś się stało? - zainteresował się Brys.
- Ach, bracie, musimy cię wysłać do przybocznej z ostrzeżeniem - odparł
Tehol.
- Tak?
- Bugg?
- Odprowadzę cię do wyjścia, Brys - rzekł lokaj.
Gdy obaj wyszli, Tehol zerknął na Janath, a potem na Rucket, i zauważył,
że obie kobiety nadal są zasępione.
- O co chodzi?
- Czy to coś, o czym powinnyśmy wiedzieć? - zapytała królowa.
- Tak - poparła ją Rucket. - Mówię w imieniu Cechu Szczurołapów.
- Raczej nie - odparł Tehol. - Zapewniam, że to drobiazg. Ma coś
wspólnego z zagrożonymi bogami i przerażającymi wróżbami. Jestem już
gotowy na pocałunek i uścisk. Nie, chwileczkę. Najpierw kilka głębokich
oddechów. Daj mi moment. Tak, nie, zaczekaj.
- Mam ci opowiedzieć o swoich haftach? - zapytała Janath.
- Tak, to brzmi idealnie. Mów. Nigdzie nie odchodź, Rucket.
* * *
Porucznik Pryszcz otworzył oczy. A przynajmniej próbował to zrobić.
Opuchlizna zamykała je niemal całkowicie. Przez wąskie szparki zdołał
jednak dostrzec stojącego przy nim mężczyznę. Na nathijskiej twarzy
malował się wyraz zamyślenia.
- Poznajesz mnie? - zapytał Nathijczyk.
Pryszcz spróbował odpowiedzieć, ale coś krępowało mu szczękę. Skinął
głową i przekonał się, że jego szyja jest dwukrotnie grubsza niż zwykle.
A może to głowa mu się skurczyła?
- Jestem Mulvan Straszny, uzdrowiciel drużyny - ciągnął Nathijczyk. -
Będziesz żył. - Odchylił się do tyłu. - Wyjdzie z tego, kapitanie -
powiedział do kogoś. - Ale przez kilka najbliższych dni nie będzie z niego wielkiego pożytku.
W polu widzenia pojawił się kapitan Milutek. Jego wynędzniała twarz jak
zwykle niczego nie wyrażała.
- Staniesz za to do raportu, poruczniku Pryszcz. To była kryminalna
głupota niegodna oficera.
- Idę o zakład, że jest mnóstwo podobnych przypadków - mruknął
uzdrowiciel, zmierzając w stronę drzwi.
- Coś powiedziałeś, żołnierzu?
- Nie, kapitanie.
- To na pewno mój kiepski słuch.
- Tak, kapitanie.
- Sugerujesz, że mam kiepski słuch, żołnierzu?
- Nie, kapitanie!
- Jestem pewien, że to właśnie zrobiłeś.
- Masz znakomity słuch, kapitanie. Hmm, zapewniam cię o tym jako
uzdrowiciel.
- Powiedz mi, czy jest jakieś lekarstwo na wypadanie włosów? - zażądał
kapitan Milutek.
- Oczywiście, że jest, kapitanie.
- A jakie?
- Ogól sobie głowę, kapitanie.
- Odnoszę wrażenie, że masz za mało roboty, uzdrowicielu. W związku z tym sprawdź żołnierzy ze wszystkich drużyn swojej kompanii i ulecz ich z wszelkich chorób, na jakie będą się skarżyć. Aha, przy okazji zrób im
odwszenie i sprawdź, czy mężczyźni nie mają krwawych pęcherzy na
jądrach. Jestem pewien, że to złowrogi objaw czegoś groźnego.
- Krwawych pęcherzy, kapitanie? Na jądrach?
- Widzę, że to ty masz kłopoty ze słuchem, nie ja.
- Hmm, to nie jest nic złowrogiego ani groźnego, kapitanie. Tylko nie
wolno ich przekłuwać, bo krwawią jak demony. To skutek nadmiaru konnej
jazdy, kapitanie.
- Zaiste.
- ...
- Uzdrowicielu, czemu jeszcze tu stoisz?
- Przepraszam, kapitanie, już sobie idę!
- Masz mi przedstawić szczegółowy raport o stanie zdrowia żołnierzy.
- Tak jest! Pora na inspekcję jąder!
Milutek pochylił się nad Pryszczem i przyjrzał mu się uważnie.
- Nie możesz nawet mówić, tak? To miła niespodzianka. Sześć użądleń os
czarnych. Powinieneś umrzeć. Dlaczego jeszcze żyjesz? Nieważne.
Podejrzewam, że bachory ci umknęły. Będę teraz musiał spuścić tego psa
pasterskiego, żeby je wytropił. I to właśnie tej nocy. Wracaj szybko do
zdrowia, poruczniku, żebym mógł zedrzeć z ciebie skórę.
* * *
Po opuszczeniu noclegowni Mulvan Straszny zatrzymał się na chwilę, a potem popędził do towarzyszy nocujących w sąsiednim budynku. Wszedł do
środka i omiótł spojrzeniem wylegujących się na pryczach albo zajętych
grą w kłykcie żołnierzy. Wypatrzył czarną, pomarszczoną twarz Nepa
Bruzdy, ledwie widoczną między dwiema pryczami, i podszedł do niego.
Dalhoński szaman siedział na podłodze ze skrzyżowanymi nogami,
rozciągając usta w złośliwym uśmieszku.
- Wiem, co zrobiłeś. Nep?
- Hę? Odchrzań się ode mnie!
- Przekląłeś Milutka, tak? Ma krwawe pęcherze na jądrach!
Nep Bruzda zachichotał.
- Czarne, śliskie plamy, ha!
- Przestań to robić, niech cię szlag!
- Za późno! Nie znikną!
- Może powinien się dowiedzieć, kto mu to zrobił?
- Nie rób tego! Świnia! Nathijski neptek! Łups, bum, łups, bum!
Mulvan Straszny gapił się na niego bez zrozumienia. Po chwili obrzucił
błagalnym spojrzeniem zajmującego sąsiednią pryczę Strapa Mulla.
- Co on przed chwilą powiedział?
Drugi Dalhończyk leżał na plecach, złożywszy dłonie za głową.
- Kaptur wie. To pewnie jakiś szamański język. Idę o zakład, że to
klątwy.
Nathijczyk spojrzał z wściekłością na Nepa Bruzdę.
- Jeśli mnie przeklniesz, ugotuję twoje kości, cholerna suszona śliwko.
Odczep się od Milutka albo powiem wszystko Badanowi.
- Jego tu nie ma, tak?
- Jak wróci.
- Neptek!
* * *
Nikt nie mógłby twierdzić, że preda Norlo Trumb należy do szczególnie
bystrych ludzi. Sześciu letheryjskich strażników, którymi dowodził,
zbiło się w nerwową grupkę za jego plecami. Stanęła przed nimi bardzo
realna możliwość, że wszyscy zapłacą życiem za głupotę Trumba.
- Wojna to wojna - upierał się Norlo, łypiąc wojowniczo na kilkunastu
jeźdźców. - Toczyliśmy wojnę. Zginęli ludzie, tak? Takie czyny nie mogą
ujść bezkarnie.
Czarnoskóry sierżant skinął urękawicznioną dłonią i jego ludzie opuścili
kusze.
- Pytam jeszcze raz - powtórzył w kiepskim letheryjskim. - Ostatni raz.
Czy żyją?
- Pewnie, że żyją - żachnął się Norlo Trumb. - Postępujemy tu zgodnie z prawem. Ale skazano je. Na śmierć. Czekaliśmy tylko na oficera
Królewskich Adwokatów, żeby przystawił pieczęć na rozkazach.
- Nie będzie pieczęci - oznajmił sierżant. - Nie będzie śmierci. Wypuść
je. Zabieramy je teraz.
- Nawet gdyby obie ułaskawiono, i tak potrzebowałbym pieczęci, żeby je
wypuścić - sprzeciwił się preda.
- Wypuszczaj je albo zabijemy wszystkich.
Preda wybałuszył oczy, a potem odwrócił się do swoich ludzi.
- Łapcie za broń - warknął.
- Wykluczone, predo - sprzeciwił się wartownik imieniem Fifid. - Jeśli
spróbujemy sięgnąć po miecze, natychmiast zginiemy.
Twarz Norlo Trumba pociemniała w blasku lampy.
- Właśnie sobie zasłużyłeś na sąd wojenny, Fifid.
- Ale przynajmniej będę żył, predo.
- A reszta?
Żaden z żołnierzy nie odezwał się ani słowem. Nie wyciągnęli też mieczy.
- Zabieramy je - warknął rozparty w siodle sierżant. - Koniec z gadaniem.
- Posłuchajcie tego durnego, nieświadomego cudzoziemca! - Norlo Trumb
ponownie zwrócił się w stronę sierżanta. - Zamierzam złożyć oficjalny
protest przed Królewskim Sądem - oznajmił. - Odpowiecie na zarzuty...
- Zabieramy je.
Młody wojownik o dziwnie zniewieściałym wyglądzie, zajmujący pozycję na
lewo od sierżanta, zsunął się z konia i wsparł dłonie na rękojeściach
dwóch ogromnych szabel przypominających falchiony. Jego ciemne oczy
miały leniwy, niemal senny wyraz.
Coś wreszcie przebiegło wzdłuż kręgosłupa Trumba, zwijając się jak robak
u podstawy szyi. Preda oblizał wyschnięte wargi.
- Spanserd, zaprowadź tego malazańskiego, hmm, wojownika, do cel.
- I? - zapytał strażnik.
- I wypuść więźniarki, oczywiście!
- Tak jest!
* * *
Sierżant Badan Gruk pozwolił sobie na leciutkie westchnienie, za ciche,
by ktokolwiek mógł je usłyszeć. Obserwował z ulgą, jak letheryjski
strażnik prowadzi Czaszkośmierć do więziennego budynku, zajmującego
jeden z boków podwórza garnizonu.
Pozostali malazańscy żołnierze siedzieli nieruchomo na koniach, ale
nozdrza Badana wypełniał smród ich niepokoju. Pod jego kolczugą spływały
strugi potu. Nie, nie chciał żadnych kłopotów, a zwłaszcza krwawej
jatki, ale ten przeklęty preda z mózgiem małym jak u ryjówki omal do
niej nie doprowadził. Serce sierżanta tłukło głośno. Nakazał sobie
obejrzeć się na żołnierzy. Pucołowata twarz Kryzy była różowa i wilgotna, ale kobieta mrugnęła doń znacząco, a potem uniosła kuszę,
wspierając ją na miękkim udzie. Reliko ściskał swoją w jednej ręce,
drugą zaś wyciągał, by powstrzymać Całkiem Nieprzytomnego, który
uświadomił sobie - wreszcie - że mają kłopoty, i sprawiał wrażenie
gotowego zacząć zabijać Letheryjczyków, jeśli tylko ktoś skieruje go we
właściwą stronę. Zgarniaczka i Miodzik stali obok siebie, z niezachwianą
precyzją mierząc z ciężkich kusz szturmowych prosto w pierś predy.
Letheryjczyk był jednak najwyraźniej za głupi, by zauważyć ten szczegół.
Pozostali ciężcy trzymali się z tyłu. Wszyscy byli w kiepskim nastroju,
bo przerwano im kolejną pijacką noc w Letheras.
Spojrzenie Badana Gruka zatrzymało się na twarzy kaprala Pravalaka Rima.
Sierżant dostrzegł w twarzy młodzieńca coś z tego, co sam czuł. To był
cholerny cud. Nigdy w życiu by w to nie uwierzył. Wszyscy widzieli...
Od strony więzienia dobiegł łoskot otwieranych ciężkich drzwi.
Wszyscy - Malazańczycy i Letheryjczycy - skierowali spojrzenia na cztery
zbliżające się powoli postacie. Czaszkośmierć pół prowadził, pół niósł
jedną z kobiet, a strażnik, Spanserd, drugą. Przed chwilą uwolnione z cel więźniarki były w kiepskim stanie.
- Spokój, Nieprzytomny - mruknął Reliko.
- Ale one... to są... znam je!
- Ehe - zgodził się z westchnieniem ciężki piechociarz. - Wszyscy je
znamy, Nieprzytomny.
Żadna z kobiet nie nosiła śladów bicia ani tortur. Do granicy śmierci
doprowadziło je zwykłe zaniedbanie. Najskuteczniejsza ze wszystkich
metod.
- Predo - odezwał się cicho Badan Gruk.
Norlo Trumb zwrócił się ku niemu.
- Co znowu?
- Nie karmiliście ich?
- Obawiam się, że skazańcy otrzymują ograniczone racje...
- Od jak dawna?
- Jak już mówiłem, sierżancie, czekaliśmy na oficera Królewskich
Adwokatów już od dłuższego czasu. Mijały miesiące...
Z obu stron głowy predy przemknęły dwa bełty, przebijając mu uszy.
Mężczyzna krzyknął i zwalił się ciężko na zadek.
- Nie ruszać się! - zawołał Badan, wskazując na skulonych ze strachu
strażników garnizonowych. Odwrócił się w siodle i przeszył groźnym
spojrzeniem Miodzika oraz Zgarniaczkę. - Nawet nie próbujcie ładować
znowu! - ostrzegł ich po malazańsku. - Saperzy! Gówno zamiast mózgu!
- Przepraszam - odparła żołnierka. - To chyba był... odruch.
Wzruszyła ramionami.
Miodzik wręczył jej kuszę i zeskoczył na ziemię.
- Pójdę po bełty. Czy ktoś widział, gdzie spadły?
- Odbiły się i poleciały między te dwa budynki - odpowiedział Reliko,
wskazując podbródkiem.
Szok predy przerodził się w furię. Mężczyzna podniósł się z wysiłkiem. Z uszu płynęła mu krew.
- To usiłowanie morderstwa! Postaram się, żeby tych dwoje aresztowano!
Będą za to pływać w kanale!
- Nie rozumiem - odparł Badan Gruk. - Pravalak, przyprowadź zapasowe
konie. Trzeba było zabrać Strasznego. Wątpię, czy dadzą radę utrzymać
się w siodle. Po drodze do koszar trzymajcie się blisko nich z obu
flank. Będziemy jechać powoli.
Popatrzył na chwiejące się na nogach kobiety, wsparte na prowadzących je
ludziach. Sierżant Sinter i jej siostra Całuśnica. Wyglądały jak
obesrana przepaska biodrowa Kaptura. Ale żyły.
- Bogowie na dole - wyszeptał.
Żyją.
* * *
- Ajajaj! Noga mi odpadła!
Banaschar siedział nieruchomo na krześle, przyglądając się małemu
jaszczurczemu szkieletowi, który przewrócił się na bok i kręcił się
teraz w kółko na podłodze, wierzgając jedną nogą.
- Telorast! Pomóż mi!
Drugi gad przycupnął na parapecie, spoglądając na to z góry. Kręcił
głową, jakby próbował odnaleźć odpowiedni kąt spojrzenia.
- To nic nie da, Serwatka - skonkludowała wreszcie Telorast. - W takim
stanie nigdzie nie pójdziesz.
- Muszę stąd uciec!
- Przed czym?
- Przed faktem, że odpadła mi noga!
Telorast przebiegła wzdłuż parapetu, maksymalnie zbliżając się do
Banaschara.
- Zapijaczony kapłanie wina, hssst! Popatrz na okno! To ja, ta bystra!
Głupia leży na podłodze, o, tam. Widzisz ją? Potrzebuje twojej pomocy.
Nie, oczywiście nie możesz jej uczynić mniej głupią. Nie o tym mowa.
Chodzi o jedną z jej nóg, tak? Wiązanie z jelita, czy co to tam było,
pękło. Jest okaleczona, bezradna, bezużyteczna. Kręci się w kółko, a to
dla nas stanowczo zbyt bolesne. Rozumiesz, o Robaczku Robaczej Bogini, o czmychaczu bezokiej, zabijającej czcicieli suki gleby! Banascharze
Pijany, Banascharze Mądry, Mądrze Pijany! Proszę, okaż łaskę oraz
zręczność i napraw moją towarzyszkę, moją najmilszą siostrę, tę głupią.
- Może znasz odpowiedź na to pytanie - odezwał się Banaschar. -
Posłuchaj, jeśli życie to żart, jakiego rodzaju żartem jest? Śmiesznym,
"ha, ha", czy raczej takim typu "zaraz się porzygam"? Inteligentnym czy
głupim, powtarzanym tak wiele razy, że nawet jeśli kiedyś był śmieszny,
dawno już taki nie jest? Czy chce się od niego śmiać, czy raczej płakać?
Na ile jeszcze sposobów mogę sformułować to proste pytanie?
- Jestem pewna, że potrafisz wymyślić jeszcze kilkaset, szlachetny
panie. Suspendowany, zdegradowany i w praktyce wykastrowany kapłanie?
Widzisz te sznurki? Tuż obok urwanej nogi? Och, Serwatka, przestaniesz
wreszcie się kręcić?
- Kiedyś lubiłem się śmiać - podjął Banaschar. - Robiłem to bardzo
często. Oczywiście to było na długo przed tym, nim postanowiłem zostać
kapłanem. Niestety, w tej decyzji nie było niczego zdumiewającego.
Podobnie jak w życiu, jakie potem wiodłem. Długie lata żmudnej nauki,
rytuałów, ceremonii, rygorystycznych ćwiczeń magii. I Robak Jesieni
dotrzymał słowa, czyż nie tak? Dał nam sprawiedliwą nagrodę. Szkoda, że
cała zabawa mnie ominęła.
- Żałosny nędzniku pełen bezużytecznej pedanterii, czy byłbyś tak miły...?
Tak jest, wyciągnij rękę w dół, jeszcze trochę dalej... Ach! Masz go!
Sznurek! Nogę! Serwatka, posłuchaj, popatrz, przestań, natychmiast, nie,
w tym miejscu, tak, widzisz? Ratunek jest blisko!
- Nie mogę! Wszystko się przechyla! Świat spada w Otchłań!
- Nie przejmuj się tym! Widzisz? Trzyma twoją nogę. Patrzy na sznurek.
Jego mózg przebudził się do działania!
- Kiedyś umieszczano tam odpływy - podjął Banaschar, trzymając w ręce
szkieletową nogę. - Pod ołtarzem. Rozumiesz? Żeby odprowadzać krew do
amfor. Sprzedawaliśmy ją, rzecz jasna. To zdumiewające, za co ludzie są
skłonni płacić, czyż nie tak?
- Co on robi z moją nogą?
- Jak dotąd nic - odpowiedziała Telorast. - Chyba się przygląda. I myśli. To prawda, że zupełnie brak mu inteligencji. Lewy płatek ucha Nie
Apsalar Apsalar miał jej więcej niż ten marynowany pędrak. Ale to
nieważne! Serwatka, zrób użytek z przednich kończyn, to znaczy rąk, i podczołgaj się do niego. Przestań się kręcić w kółko! Natychmiast!
- Nie mogę! - rozległ się cichutki krzyk.
Serwatka nie przestawała wirować.
- W zamian za starą krew dostawaliśmy błyszczące monety. Śmialiśmy się z tego, ale to nie był radosny śmiech. Raczej pełen niedowierzania i, tak
jest, sporej dawki cynizmu wywołanego przyrodzoną głupotą ludzi. Tak czy
inaczej, w efekcie wypełniliśmy bogactwami nieprzeliczone kufry. Nigdy
byście nie uwierzyły, ile ich było. Pękały od nich krypty. Jestem
pewien, że można by za to kupić mnóstwo śmiechu. A krew? No cóż, każdy
kapłan wam powie, że krew jest tania.
- Proszę, och, proszę, okaż łaskę, którą tak gardziła twa była bogini.
Spluń jej w twarz gestem dobrej woli! Spotka cię hojna nagroda, tak
jest, hojna!
- Bogactwa nie mają wartości - oznajmił Banaschar.
- To będzie inny rodzaj nagrody, zapewniamy. Będzie dotykalna, znacząca,
cenna i nadejdzie w samą porę.
Kapłan oderwał wzrok od nogi, spoglądając na Telorast.
- A co to będzie?
Maleńki gad pokiwał czaszką.
- Moc, mój przyjacielu. Więcej mocy, niż jesteś w stanie sobie
wyobrazić.
- Bardzo szczerze w to wątpię.
- Ta moc pozwoli ci zrobić, co zechcesz i komu zechcesz! Wypłynie
strumieniem, wzbierze w tobie, tryśnie w górę, pozostawiając ogromne,
mokre plamy. Hojna nagroda, tak jest!
- A jeśli spróbuję was trzymać za słowo?
- Równie pewnie, jak trzymasz tę piękną nogę i sznurek, równie pewnie!
- Umowa przypieczętowana - oznajmił Banaschar.
- Serwatka! Słyszałaś?
- Słyszałam. Oszalałaś? My się nie dzielimy! Nigdy się nie dzielimy!
- Pssst! Usłyszy cię!
- Przypieczętowana - powtórzył kapłan, siadając.
- Ojojoj - zawodziła Serwatka, wirując coraz szybciej. - Urządziłaś nas,
Telorast, urządziłaś nas na dobre! Ojojoj, popatrz, nie mogę się
uwolnić!
- To tylko czcze obietnice, Serwatka, przysięgam!
- Przypieczętowana - rzekł Banaschar po raz trzeci.
- Ajajaj! Po trzykroć przypieczętowana! Jesteśmy zgubione!
- Spokojnie, jaszczurko - ciągnął mężczyzna, pochylając się i sięgając
po wirujące na podłodze stworzenie. - Wkrótce znowu zatańczysz. I ja
również - dodał, unosząc Serwatkę.
Trzymając w jednej ręce szkielet gada, a w drugiej jego nogę, Banaschar
spojrzał na milczącego gościa, który siedział w cieniu z błyskiem w jedynym oku.
- W porządku - powiedział. - Teraz cię wysłucham.
- Cieszę się - wyszeptał Zbłąkany. - Mamy bardzo mało czasu.
* * *
Lostara Yil siedziała na brzegu łóżka, trzymając na kolanach miskę pełną
piasku. Wbiła nóż w leżącą po prawej tykwę o ściętym czubku, by pokryć
żelazo warstewką oleju, a potem zanurzyła klingę w piasku, wracając do
czyszczenia.
Pracowała nad tą bronią od dwóch dzwonów. Czyściła ją już więcej razy,
niż potrafiła zliczyć. Wszyscy przysięgali, że sztylet nie mógłby być
czystszy i bardziej nieskazitelny, ona jednak nadal widziała plamy.
Palce miała czerwone, pełne otarć i pęknięć. Bolały ją kości rąk.
Odnosiła wrażenie, że jej dłonie stały się cięższe, jakby piasek wpłynął
w jakiś sposób na skórę, mięśnie i kości, rozpoczynając proces ich
zamiany w kamień. Być może nadejdzie czas, gdy całkowicie utraci w nich
czucie i będą zwisały z nadgarstków jak drewniane młotki. Nie staną się
jednak bezużyteczne, nie. Nadal będzie mogła nimi okładać świat, jeśli
to w czymś jej pomoże.
Ktoś zastukał w drzwi gałką broni i zaraz potem je otworzył. Do środka
zajrzała Faradan Sort. Przeszukała pomieszczenie wzrokiem i znalazła
Lostarę Yil.
- Przyboczna cię wzywa - oznajmiła bezbarwnym głosem.
A więc nadszedł czas. Lostara wytarła sztylet w szmatę. Kapitan Sort
stała w drzwiach, przyglądając się jej beznamiętnie.
Lostara wstała, schowała broń i sięgnęła po płaszcz.
- Masz być moją eskortą? - zapytała, podchodząc do drzwi.
- Mieliśmy już dziś jedną próbę ucieczki - odparła Faradan, ruszając
korytarzem za młodszą kobietą.
- Chyba nie mówisz poważnie?
- Nie, ale i tak mam ci dziś towarzyszyć.
- Po co?
Faradan Sort nie odpowiedziała. Otworzyła zdobne dwuskrzydłowe drzwi
upstrzone czerwonymi plamami, ulokowane na końcu korytarza.
Lostara Yil weszła do znajdującego się za nimi pomieszczenia. Sufit
kwatery przybocznej - stanowiącej jednocześnie centrum dowodzenia -
pokrywał chaotyczny zestaw wsporników, sklepień i łukowatych belek. W związku z tym spowijało go mnóstwo pajęczyn. Zwisały z nich zasuszone
ćmy, kołyszące się w słabym przeciągu, jakby w parodii lotu. Pod
centralną, dziwnie zniekształconą miniaturową kopułą ustawiono wielki,
prostokątny stół, a przy nim dwanaście krzeseł o wysokich oparciach. W ścianie naprzeciwko drzwi widniał szereg wysoko ulokowanych okien, a pod
nimi wyposażone w balustradę podwyższenie. Lostara pomyślała, że to
jedna z najdziwniejszych sal, jakie w życiu widziała. Letheryjczycy
zwali ją Wielką Aulą Medyczną. Było to największe pomieszczenie w budynku kolegium służącym jako tymczasowa kwatera dla oficerów oraz
gmach dowództwa.
Przyboczna Tavore stała na podwyższeniu, wpatrując się intensywnie w coś
widocznego za grubą szybą jednego z okien.
- Wzywałaś mnie, przyboczna.
- Na stole leży tabliczka, kapitanie - rzekła Tavore, nie odwracając
się. - Znajdziesz na niej imiona tych, którzy będą obecni podczas
odczytu. Ponieważ niektórzy mogą stawiać opór, kapitan Faradan Sort
pójdzie z tobą do koszar.
- Proszę bardzo. - Lostara podeszła do stołu, wzięła tabliczkę i pośpiesznie przeczytała wyryte w złotym wosku imiona. Uniosła brwi. -
Przyboczna? Ta lista...
- Nikt nie może odmówić, kapitanie. Możesz odejść.
* * *
Dwie kobiety wróciły do korytarza i zatrzymały się, widząc nadchodzącego
Letheryjczyka. Był ubrany zwyczajnie, a u pasa wisiał mu długi wąski
miecz w pozbawionej ozdób pochwie. Brys Beddict nie posiadał żadnych
szczególnych cech fizycznych, lecz mimo to Lostara i Faradan Sort nie
mogły oderwać od niego wzroku. Nawet rzucone od niechcenia spojrzenie
zawsze wracało do mężczyzny, przyciągane czymś niewysłowionym, a zarazem
niepowstrzymanym.
Rozstąpiły się, by go przepuścić.
Zatrzymał się i ukłonił.
- Wybacz - rzekł, zwracając się do Lostary. - Chciałbym porozmawiać z przyboczną, jeśli to możliwe.
- Oczywiście - odparła, otwierając jedno skrzydło drzwi. - Po prostu
wejdź i zapowiedz swoje przybycie.
- Dziękuję.
Uśmiechnął się, a potem zniknął za drzwiami, zamykając je za sobą.
Lostara westchnęła.
- Tak - zgodziła się Faradan Sort.
Po chwili ruszyły w dalszą drogę.
* * *
Brys Beddict ukłonił się, gdy tylko przyboczna spojrzała na niego.
- Przyboczna Tavore, przynoszę pozdrowienia i najlepsze życzenia od
króla - oznajmił.
- Pamiętaj przekazać mu to samo - odparła.
- Z pewnością. Przyboczna, polecono mi ostrzec cię w związku z wróżbą,
jaką zaplanowałaś na tę noc.
- Czy mogę zapytać, co to za ostrzeżenie i od kogo pochodzi?
- Pewien pradawny bóg tradycyjnie zwykł czynić dwór w Letheras swoją
świątynią, że tak powiem - zaczął Brys. - Postępował tak od wielu
pokoleń. Najczęściej pełnił funkcję konkubenta królowej i był znany jako
Turudal Brizad. Rzecz jasna, większość ludzi nie wiedziała, kim jest
naprawdę, ale nie ulega wątpliwości, że to pradawny bóg zwany Zbłąkanym,
Władcą Płytek, i jest letheryjskim odpowiednikiem waszej Talii Smoków.
- Ach, zaczynam rozumieć.
- Zaiste, przyboczna.
- Zbłąkany uznałby tę wróżbę, sam fakt użycia talii, za próbę
wtargnięcia na jego teren.
- Przyboczna, nie sposób przewidzieć reakcji żadnego z pradawnych bogów,
a już szczególnie Zbłąkanego. Więzi łączące go z losem i przypadkiem są
bardzo ścisłe, a także skomplikowane.
- Czy mogę porozmawiać z tym Turudalem Brizadem?
- Pradawny bóg porzucił tę funkcję przed nadejściem cesarza. Od tego
czasu nie widziano go w pałacu. Zapewniono mnie jednak, że znowu jest
blisko. Zapewne przyciągnęły go twe zamiary.
- Zastanawiam się, kto na dworze waszego króla potrafi dostrzec podobne
sprawy?
Brys poruszył się nerwowo.
- To będzie Bugg, przyboczna.
- Kanclerz?
- Jeśli w takim charakterze go poznałaś, to tak, kanclerz.
Przyboczna przez cały czas stała na podwyższeniu, teraz jednak zeszła z czterech stopni na jego końcu i zbliżyła się do Brysa, kierując
spojrzenie bezbarwnych oczu na jego twarz.
- Bugg. Jeden z moich wielkich magów uważa, że on jest... Jak to ujął?
Aha. Uroczy. Ale przecież Szybki Ben jest niezwykłym człowiekiem,
skłonnym do wygłaszania osobliwych, często sardonicznych opinii. Czy
wasz kanclerz jest cedą...? To jest tytuł wielkiego maga, tak?
- Najlepiej byłoby uważać go za kogoś takiego, przyboczna.
- Choć nie wątpię, że moi magowie potrafią sobie poradzić z większością
gróźb, pradawny bóg zapewne wykracza poza ich możliwości - rzekła po
chwili zastanowienia przyboczna. - A co z waszym cedą?
- Z Buggiem? Hmm, nie sądzę, by zbytnio się bał Zbłąkanego. Niestety
postanowił dziś w nocy się ukryć, na wypadek gdybyś jednak zdecydowała
się przeprowadzić odczyt. Jak już wspomniałem, polecono mi ostrzec cię i przekazać, że król Tehol szczerze się martwi o twoje bezpieczeństwo.
Te słowa wyraźnie zaniepokoiły przyboczną. Odwróciła się, podeszła
powoli do stołu i zatrzymała się u jego końca.
- Dziękuję, Brysie Beddict - zaczęła sztywnym, formalnym tonem. -
Niestety zwlekałam już z odczytem tak długo, jak tylko się dało.
Potrzebuję przewodnictwa, i to pilnie.
Uniósł głowę. Co kombinowali Malazańczycy? To pytanie często zadawano na
Królewskim Dworze, a z pewnością również w całym mieście.
- Rozumiem, przyboczna. Czy możemy ci pomóc w jakiś inny sposób?
Zmarszczyła brwi.
- Nie jestem pewna jak, biorąc pod uwagę fakt, że wasz ceda nie chce
uczestniczyć w odczycie nawet jako widz.
- Podejrzewam, że nie chce, by jego obecność wpłynęła na rezultaty.
Przyboczna rozchyliła usta, chcąc coś powiedzieć, powstrzymała się
jednak i zamknęła je znowu. Niewykluczone też, że otworzyła nieco
szerzej oczy, nim zdążyła odwrócić wzrok.
- A jaka inna postać pomocy jest możliwa?
- Jestem gotów zaoferować swe usługi jako Królewski Miecz.
Przeszyła go zdumionym spojrzeniem.
- Zbłąkany zawahałby się stawić ci czoło?
Brys wzruszył ramionami.
- Przyboczna, będę przynajmniej mógł z nim negocjować uzbrojony w pewną
wiedzę dotyczącą jego historii pośród naszego ludu i tak dalej.
- I jesteś gotowy podjąć dla nas to ryzyko?
Brys się zawahał. Nigdy nie był biegłym kłamcą.
- Nic nie ryzykuję, przyboczna - zdołał wykrztusić i natychmiast
wyczytał z jej przymrużonych oczu, że próba zakończyła się
niepowodzeniem.
- Uprzejmość i przyzwoitość wymagają, bym odrzuciła twą szczodrą ofertę
- zaczęła Tavore. - Niestety jestem zmuszona uciec się do grubiaństwa i oznajmić, że twoja obecność będzie mile widziana.
Znowu się pokłonił.
- Jeśli musisz zawiadomić króla, masz jeszcze czas - dodała przyboczna.
- Niewiele czasu, ale powinno wystarczyć na złożenie krótkiego raportu.
- To nie będzie konieczne - odparł Brys.
- Nalej więc sobie, proszę, trochę wina.
Skrzywił się.
- Dziękuję, ale wyrzekłem się wina, przyboczna.
- W takim razie pod bocznym stołem stoi dzban ale. Chyba falarskiego.
Słyszałam, że jest całkiem niezłe.
Uśmiechnął się i zauważył, że poderwała się nagle. Zastanowił się nad
tym, jak kobiety często reagują na jego uśmiech, ale zaraz o tym
zapomniał.
- Tak, z chęcią go spróbuję. Dziękuję bardzo.
* * *
- Nie mogę tolerować samego faktu twojego istnienia - oznajmił.
Siedzący naprzeciwko niego mężczyzna uniósł wzrok.
- Widzę, że odwzajemniasz moje uczucia.
W gospodzie było tłoczno. Klienci wyraźnie zaliczali się do bogatych i uprzywilejowanych. Stosy monet, zakurzone butelki, lśniące szklane
kielichy oraz olśniewająco barwne, ostentacyjne stroje - większość z nich sugerowała podobieństwo do Królewskiego Koca, choć z reguły
ograniczało się ono do wąskiej przepaski okalającej biodra i krocze.
Niektórzy przesadnie wyperfumowani młodzieńcy nosili też wełniane
spodnie z jedną nogawką uciętą w połowie długości.
W klatce ustawionej przy stoliku, za którym siedzieli dwaj Malazańczycy,
zamknięto dwa niezwykłe ptaki, od czasu do czasu wymieniające gardłowe
komentarze wyjątkowo pozbawionym entuzjazmu tonem. Były wielkości
szpaków, miały krótkie dzioby, żółte upierzenie i szare łebki.
- Może i tak - odparł pierwszy mężczyzna, pociągnąwszy łyk mocnego wina.
- Ale to nadal coś innego.
- Tak ci się tylko zdaje.
- Nie, ty wielkouchy idioto. Po pierwsze, nie żyłeś. Wysadziłeś sobie
pod tyłkiem cholerny wstrząsacz. Z tych łachów, które masz na sobie,
zostały tylko strzępy. Kawałeczki. Drobiny popiołu. Nic mnie nie
obchodzi, jak zdolne są krawcowe Kaptura ani ile ich milionów zdążył już
zgromadzić. Nikt nie zdołałby tego pozszywać w kupę. Oczywiście nie ma
żadnych szwów, przynajmniej tam, gdzie nie powinno ich być. Twoje
ubranie jest nietknięte. Tak samo jak ty.
- Do czego zmierzasz, Szybki? Złożyłem się w całość w piwnicy Kaptura,
tak? Nawet pomogłem Ganoesowi Paranowi i przez pewien czas podróżowałem
z ekipą Trygalle. Kiedy człowiek nie żyje, może robić... różne rzeczy.
- To w sumie zależy od siły woli...
- Podpalacze Mostów osiągnęli ascendencję - przypomniał mu Płot. - Zgłoś
się z pretensjami do Skrzypka. Ja nie miałem z tym nic wspólnego.
- A ty jesteś ich wysłannikiem, tak?
- Niewykluczone, ale nikt mi nie wydawał rozkazów...
- Sójeczka?
Płot poruszył się nerwowo, odwracając wzrok.
- To dziwne - stwierdził, wzruszając ramionami.
- Co jest dziwne?
Saper wskazał głową na ptaki.
- To są etkary, tak?
Mag pochylił głowę, pocierając czoło obiema dłońmi.
- Może to jakiś przymus? Klątwa niejasności? Albo po prostu zwykły upór
i głupota, które wszyscy tak dobrze znamy?
- No proszę - mruknął Płot, sięgając po ale. - Znowu gadasz do siebie.
- Unikasz pewnych tematów, Płot. Są tajemnice, których nie chcesz
zdradzić. To mnie niepokoi. I nie tylko mnie...
- Skrzypek zawsze robi się nerwowy na mój widok. Tak jak wy wszyscy. To
pewnie dlatego, że jestem taki przystojny i uroczy.
- To było niezłe - wycedził Szybki Ben. - Ale mówiłem o przybocznej.
- Dlaczego miałaby się mną niepokoić? - zapytał saper. - Powinno raczej
być na odwrót. Tej kobiety nie sposób zrozumieć. Sam to nieraz mówiłeś,
Szybki. - Pochylił się, mrużąc powieki. - Dowiedziałeś się czegoś
nowego? O tym, dokąd maszerujemy? I co, w imię Kaptura, mamy teraz
zrobić?
Czarodziej gapił się na niego bez słowa.
Płot uniósł czapeczkę i podrapał się nad uchem, a potem znowu oparł się
wygodnie z zadowoloną miną.
Po chwili przy ich stoliku przystanęły dwie kobiety. Płot spojrzał na
nie i poderwał się wyraźnie zawstydzony.
- Wielki magu, saperze - rzekła Lostara Yil. - Przyboczna żąda waszej
natychmiastowej obecności. Chodźcie z nami, proszę.
- Ja? - zapytał Płot przechodzącym w pisk głosem.
- Twoje imię jest pierwsze na liście - oznajmiła z bezlitosnym uśmiechem
Faradan Sort.
- No to załatwiłeś sprawę - wysyczał Szybki Ben.
* * *
- Czuję woń śmierci - oznajmił jeden z etkarów, gdy czworo cudzoziemców
już wyszło.
- Nieprawda - wykrakał drugi.
- Czuję woń śmierci - upierał się pierwszy ptak.
- Nie. To woń umarłego.
Po chwili pierwszy etkar uniósł skrzydło i schował pod nie głowę. Potem
ją wysunął i wrócił do poprzedniej pozycji.
- Przepraszam.
* * *
Kapitan Milutek i wickański pies pasterski, Garbus, gapili się na siebie
przez splątane wiklinowe pręty zagrody, szczerząc gniewnie zęby.
- Posłuchaj mnie, psie, chcę, żebyś znalazł Sinn i Pędraka - mówił
oficer. - Jeśli spróbujesz zrobić coś głupiego, na przykład przegryźć mi
gardło, przeszyję cię mieczem. Od pyska aż po zadek. A potem urżnę ci
łeb i utopię go w rzece. Odrąbię łapy i sprzedam je brzydkim
czarownicom. Zedrę z ciebie skórę i zrobię z niej futerały na członki
dla odprawiających pokutę, uzależnionych od seksu kapłanów. Tych, którzy
ukrywają pod łóżkami pewne przedmioty. A wszystko to zrobię, gdy
będziesz jeszcze żył. Jasne?
Wargi na wykrzywionym, naznaczonym bliznami pysku zwierzęcia uniosły się
jeszcze wyżej, odsłaniając krwawoczerwone ubytki pozostawione przez
rozłupane kły. Z luk między zębami sączyła się szkarłatna piana. Oczy
Garbusa gorzały jak dwa tunele prowadzące do mózgu władcy demonów.
Wirowały w nich wściekłość i obłęd. Na drugim końcu psa kikut ogona
poruszał się od czasu do czasu, jakby przez mózg stworzenia przebiegały
spazmami szczególnie przyjemne myśli.
Milutek trzymał w jednej ręce smycz z plecionej skóry, związaną na końcu
w pętlę.
- Założę ci to na głowę, psie. Jeśli będziesz się opierał, uniosę cię
wysoko nad ziemię i będę się śmiał, patrząc na twoje drgawki. W gruncie
rzeczy wymyślę sto nowych sposobów, by cię zabić, i wykorzystam
wszystkie.
Uniósł pętlę, pokazując ją psu.
Skłębiona masa gałązek, włosów i grudek błota, która leżała z boku
zagrody - również warcząc - zerwała się nagle i zbliżyła w serii długich
susów, a potem skoczyła w górę. Ostre ząbki mierzyły prosto w szyję
kapitana.
Milutek uderzył lewą pięścią, zatrzymując pieska pokojowego w locie.
Rozległ się głuchy łoskot i trzask zamykających się na pustce szczęk.
Hengeński piesek zwany Pchełką zmienił nagle tor lotu, wylądował za
Garbusem, odbił się kilka razy i znieruchomiał. Oszołomione zwierzątko
wywaliło różowy języczek, oddychając ciężko.
Przez cały ten czas oficer i pies pasterski patrzyli sobie prosto w oczy.
- Och, zapomnijmy o tej cholernej smyczy - odezwał się po chwili
kapitan. - I o Pędraku oraz Sinn też. Uproszczę maksymalnie sprawę.
Wyciągnę miecz i porąbię cię na kawałki, psie.
- Nie rób tego! - dobiegł zza jego pleców czyjś głos.
Milutek obejrzał się i zobaczył Pędraka. Za plecami chłopca stała Sinn.
Dwoje dzieci zatrzymało się tuż za wejściem do stajni. Ich miny wyrażały
całkowitą niewinność.
- Świetnie się składa - powiedział kapitan. - Wzywa was przyboczna.
- Chodzi o odczyt? - zapytał Pędrak. - Nie możemy tam iść.
- Pójdziecie.
- Myśleliśmy, że uda się nam ukryć w starej Azath - ciągnął chłopiec. -
Ale nic z tego...
- Dlaczego? - zapytał Milutek.
Pędrak pokręcił głową.
- Nie chcemy tam iść. To by było... niedobrze.
Kapitan uniósł smycz.
- Pójdziecie sami albo na tym, robaki.
- Sinn spali cię na węgielek!
Milutek prychnął pogardliwie.
- Ona? Sądząc po jej minie, prędzej by się zlała w gacie. Będziecie
grzeczni czy zrobimy to po mojemu? Potraficie zgadnąć, które rozwiązanie
bym wolał, prawda?
- Chodzi o Azath... - zaczął Pędrak.
- To nie mój problem - przerwał mu kapitan. - Zachowaj swe skargi dla
przybocznej.
Ruszyli w drogę.
- Wiesz, że wszyscy cię nienawidzą? - zapytał Pędrak.
- To się wydaje sprawiedliwe - odparł Milutek.
* * *
Wstała z krzesła i skrzywiła się, czując ból w krzyżu, a potem
poczłapała ku drzwiom. Miała niewielu znajomych, pomijając nerwową
położną, która wpadała tu od czasu do czasu w obłoku wywołujących
łzawienie d'bayangowych oparów, oraz mieszkającą nieopodal staruszkę,
piekącą coś dla niej niemal codziennie, odkąd tu zamieszkała. Było już
późno i głośne stukanie wydawało się raczej dziwne.
Seren Pedac, która kiedyś była poręczycielką, otworzyła drzwi.
- Och - powiedziała. - Cześć...
Staruszek się ukłonił.
- Dobrze się czujesz, pani?
- Hmm, nie potrzebuję żadnych murarskich robót...
- Poręczycielko...
- Nie jestem już...
- Twoje nazwisko wciąż figuruje w rejestrach królestwa i nadal
otrzymujesz uposażenie.
- Dwukrotnie już występowałam z prośbą o skreślenie. - Umilkła nagle i uniosła głowę. - Przepraszam, skąd o tym wiesz?
- Wybacz, poręczycielko. Nazywam się Bugg i w skład moich obecnych
obowiązków wchodzi funkcja kanclerza królestwa, a także, hmm, inne.
Zauważyłem twoje petycje, umieściłem je w aktach, a następnie
odrzuciłem. - Uniósł rękę. - Spokojnie. Nie zamierzam wyciągać cię z domu i zmuszać do powrotu do pracy. W zasadzie jesteś przeniesiona w stan spoczynku i do końca życia będziesz otrzymywała pełną pensję,
poręczycielko. Zresztą nie po to tu dziś przyszedłem.
- Tak? Czego więc chcesz?
- Czy mogę wejść?
Odsunęła się, a gdy tylko wszedł do środka, zamknęła drzwi i podążyła za
nim wąskim korytarzem do skromnie umeblowanego pokoju.
- Usiądź, proszę, kanclerzu. Nigdy cię nie widziałam, obawiam się więc,
że nie skojarzyłam cię z uprzejmym mężczyzną, który pomógł mi kiedyś
przesunąć kilka kamieni. - Przerwała na chwilę. - Jeśli plotki mówią
prawdę, byłeś kiedyś lokajem króla, tak?
- Zaiste. - W pokoju były tylko dwa krzesła. Zaczekał, aż kobieta
usiądzie na pierwszym, nim zajął miejsce na drugim. - Poręczycielko,
jesteś w szóstym miesiącu?
Poderwała się nagle.
- Tak. W jakich aktach to wyczytałeś?
- Wybacz - odparł. - Czuję się dziś wyjątkowo niepewnie. To znaczy w twoim towarzystwie.
- Minęło wiele czasu, odkąd ostatnio kogoś zastraszyłam, kanclerzu.
- Hmm, tak, być może... właściwie nie chodzi o ciebie, poręczycielko.
- Czy powinnam poczuć ulgę, że wycofałeś swój komplement?
- Drwisz sobie ze mnie.
- Tak. Kanclerzu, proszę, o co tu chodzi?
- Chyba lepiej będzie, jeśli spojrzysz na mnie przez pryzmat innej
funkcji, poręczycielko. Zamiast "kanclerza" sugeruję "cedę".
Otworzyła szerzej oczy.
- Ach. Proszę bardzo. Widzę, że Tehol Beddict miał naprawdę
nadzwyczajnego lokaja.
- Przyszedłem tu - oznajmił Bugg, spoglądając na jej brzuch - by
spróbować zapewnić ci... ochronę.
Poczuła lekkie ukłucie strachu.
- Mnie czy mojemu dziecku? Ochronę przed czym?
Pochylił się na krześle, splatając dłonie.
- Seren Pedac, ojcem twojego dziecka jest Trull Sengar. Tiste Edur, brat
cesarza Rhulada. Był on też jednak kimś więcej.
- Tak - zgodziła się. - Był moim ukochanym.
Odwrócił wzrok i skinął głową.
- Istnieje wersja Płytek składająca się z Domów, coś w rodzaju formalnej
struktury narzuconej rozmaitym siłom działającym we wszechświecie. Zwie
się Talią Smoków. W tej talii jest też Dom Cienia. Władają nim obecnie
nie Tiste Edur, którzy założyli owo królestwo, lecz nowe jestestwa. W twym Domu jest Król, ale na razie nie ma Królowej. Poniżej Króla
Wielkiego Domu Cienia są różni, hmm, słudzy. Takie role od czasu do
czasu znajdują nowe twarze. Twarze śmiertelników.
Przyglądała mu się z uwagą. W ustach miała sucho jak na spalonej słońcem
pustyni. Bugg załamywał ręce, spoglądając na boki.
- Twarze śmiertelników - powtórzyła.
- Tak, poręczycielko.
- Trull Sengar.
- Rycerz Cienia.
- Najwyraźniej porzucono go w okrutny sposób.
- Nie z wyboru ani wskutek zaniedbania, poręczycielko. Domy toczą wojnę,
która rozszerza się z każdą chwilą...
- Trull nie wybrał tego tytułu, mam rację?
- Masz. W takich sprawach wybór nie odgrywa zbyt wielkiej roli. Być może
nawet Panowie i Panie Domów są w rzeczywistości mniej wszechmocni, niż
chcieliby sądzić. Rzecz jasna, to samo można powiedzieć o bogach i boginiach. Panowanie jest iluzją maskującą nerwową fanfaronadę.
- Trull zginął - rzekła Seren.
- Ale Rycerz Cienia żyje.
W kobiecie narastał lęk. Lodowata fala wypełniała wszystkie przestrzenie
jej jaźni, zatapiała myśli jedną po drugiej, aż wreszcie pochłonęła ją
całą.
- Nasze dziecko - wyszeptała.
W oczach Bugga pojawił się twardy błysk.
- To Zbłąkany sprowokował zamordowanie Trulla Sengara. Poręczycielko,
dzisiejszej nocy w tym mieście przebudzi się Talia Smoków. Owo
przebudzenie będzie w rzeczywistości wyzwaniem rzuconym Zbłąkanemu,
zaproszeniem do bitwy. Czy jest gotowy? Czy wystarczy mu mocy, by
przeprowadzić kontratak? Czy noc zakończy się skąpana we krwi
śmiertelników? Nie potrafię tego przewidzieć. Zamierzam jednak zapobiec
temu, by Zbłąkany uderzył w swych przeciwników poprzez dziecko, które
nosisz.
- To nie wystarczy - wyszeptała.
Uniósł brwi.
- Poręczycielko?
- Powiedziałam, że to nie wystarczy! Kim jest ten Król Wielkiego Domu
Cienia? Jak śmie rościć sobie pretensje do mojego dziecka! Wezwij go,
cedo! Tutaj! Natychmiast!
- Wezwij? Poręczycielko, nawet gdybym mógł to zrobić, to byłoby... proszę,
musisz to zrozumieć. Wezwanie boga, nawet drobnego fragmentu jego ducha,
równałoby się zapaleniu bardzo jasnej lampy. Zauważyłby ją nie tylko
Zbłąkany, lecz również inne moce. Dzisiejszej nocy nie możemy przyciągać
uwagi, poręczycielko.
- To ty musisz coś zrozumieć, cedo. Jeśli Zbłąkany chce skrzywdzić moje
dziecko... możesz być cedą, ale on jest bogiem. I już zamordował
mężczyznę, którego kochałam. Rycerza Cienia. Możesz nie wystarczyć. Moje
dziecko ma być nowym Rycerzem? W takim razie niech Wielki Król Cienia
przybędzie tu dzisiaj, żeby je bronić!
- Poręczycielko...
- Wezwij go!
- Seren, ja wystarczę. Przeciwko Zbłąkanemu i każdemu cholernemu
głupcowi, który odważy się podejść blisko.
- To nie ma sensu.
- Ale to prawda.
Wlepiła weń spojrzenie, nie potrafiąc ukryć niedowierzania i przerażenia.
- Poręczycielko, w mieście są też inne moce. Starożytne i przychylne,
ale potężne. Czy uspokoisz się, jeśli wezwę je w twoje imię? W imię
twojego nienarodzonego syna?
Syna. A więc położna o zaczerwienionych oczach miała rację.
- Posłuchają cię?
- Tak sądzę.
Po chwili skinęła głową.
- Proszę bardzo, ale po dzisiejszej nocy będę musiała porozmawiać z tym
Królem Cienia, cedo.
Wzdrygnął się.
- Obawiam się, że to spotkanie cię nie usatysfakcjonuje, poręczycielko.
- Sama o tym zdecyduję.
- Niech i tak będzie, Seren Pedac - zgodził się z westchnieniem Bugg.
- Kiedy wezwiesz swych przyjaciół, cedo?
- Już to zrobiłem.
* * *
Lostara Yil powiedziała, że będzie ich jedenastu, nie licząc Skrzypka.
To było szaleństwo. Jedenastu graczy podczas odczytu. Gdy szli ulicą za
dwiema kobietami, Flaszka obejrzał się na sapera. Skrzypek wyglądał
niezdrowo. Miał podkrążone oczy i wykrzywiał usta w bolesnym grymasie.
Ciemniejsze korzenie jego włosów i brody nadawały srebrnym końcówkom
wygląd aury zwiastującej chaos.
Za nimi wlekli się Gesler i Chmura. Byli zbyt zastraszeni, by użerać się
ze sobą o niemal wszystko, jak zwykli to robić. Z reguły zachowywali się
jak stare małżeństwo, tym razem jednak zapewne wyczuli, że zbliżają się
kłopoty. Flaszka był pewien, że złocista skóra nie jest jedynym, co
odróżnia obu żołnierzy od zwykłych ludzi. Los najwyraźniej cechował się
wybitnym brakiem gustu, wybierając ze stada pewne osobniki. Gesler i Chmura ledwie mieli jeden mózg na spółkę.
Mag próbował odgadnąć, kto jeszcze będzie obecny. Przyboczna i Lostara
Yil, rzecz jasna, a także Skrzypek, Gesler i Chmura. Może Keneb? Chyba
był na poprzednim odczycie? Flaszce trudno było to sobie przypomnieć.
Większa część owej nocy przeobraziła się dla niego w zamazaną plamę.
Szybki Ben? Zapewne. Blistig? No cóż, jeden ponury, skwaszony skurczybyk
mógłby uspokoić sytuację. Albo znacznie ją pogorszyć. Sinn? Bogowie,
brońcie.
- To błąd - mruknął Skrzypek. - Flaszka, co czujesz? Mów prawdę.
- Chcesz ją usłyszeć? Jesteś pewien?
- Flaszka.
- W porządku. Boję się zapuszczać w to miasto, sierżancie. Jest stare.
Są tu różne... siły. Większość z nich do tej pory spała. To znaczy, odkąd
tu jesteśmy.
- Ale teraz się przebudziły.
- Ehe. Uniosły nosy i węszą. Sierżancie, ten odczyt to bardzo zły
pomysł. Równie dobrze moglibyśmy rzucić klątwę w imieniu Oponn, siedząc
na kolanach Kaptura.
- Myślisz, że tego nie wiem?
- Czy nie możesz jakoś się wykręcić, sierżancie? Powiedzieć, że nic z tego, bo jesteś wewnętrznie zamknięty albo coś w tym rodzaju?
- Mało prawdopodobne. Odczyt... przejmuje nade mną kontrolę.
- I potem nie sposób już go powstrzymać.
- Ehe.
- Sierżancie?
- Słucham?
- Będziemy narażeni, straszliwie narażeni. Jakbyśmy odsłonili gardła
przed każdym, kto się zjawi. A to zapewne nie będą łagodne baranki. Jak
mamy się bronić?
Skrzypek zerknął na niego i podszedł bliżej. Widzieli już budynek
dowództwa. Zaczynało im brakować czasu.
- Nic nie mogę zrobić, Flaszka. Najwyżej wysadzić się w powietrze, w nadziei, że zabiorę ze sobą kilku wrednych typków.
- Będziesz siedział na wstrząsaczu, tak?
Saper zdjął z jednego ramienia skórzany tornister. Dla Flaszki było to
wystarczającym potwierdzeniem.
- Sierżancie, jak już będziemy na miejscu, pozwól mi jeszcze raz
spróbować ją przekonać, by tego nie robiła.
- Miejmy nadzieję, że chociaż nie zmieni liczby.
- Nie rozumiem.
- Jedenastu to źle, dwunastu jeszcze gorzej, ale trzynastu to byłaby
prawdziwa katastrofa. To fatalna liczba na odczyt. Nie chcemy trzynastu,
każdą inną...
- Lostara powiedziała jedenastu, sierżancie. Jedenastu.
- Ehe - zgodził się z westchnieniem Skrzypek.
* * *
Gdy ktoś znowu zapukał do drzwi, Bugg uniósł rękę.
- Proszę, pozwól mi otworzyć, poręczycielko.
Skinęła głową i mężczyzna poszedł wpuścić nowych gości.
Usłyszała głosy i uniosła wzrok. Ceda wrócił do pokoju w towarzystwie
dwóch odzianych w łachmany osób, mężczyzny i kobiety. Oboje zatrzymali
się tuż za drzwiami. Seren Pedac poczuła intensywny odór brudu, potu i alkoholu. Z trudem zdołała się nie wzdrygnąć. Mężczyzna o wielkim,
usianym czerwonymi żyłkami nochalu uśmiechnął się, odsłaniając
zielonkawe zęby.
- Witaj, mahybe! Masz coś do picia? Nieważne. - Machnął poczerniałą
dłonią, w której trzymał glinianą butelkę. - Kochaniutka wisienko,
znajdź nam jakieś kubki, dobra?
Bugg się skrzywił.
- Poręczycielko, to Ursto Hoobutt i Pinosel.
- Ja nie potrzebuję kubka - oznajmiła Seren gmerającej w kredensie
kobiecie.
- Jak sobie życzysz - odparła Pinosel. - Widzę, że nie będziesz zbyt
miłą towarzyszką zabawy. To typowe dla ciężarnych niewiast. Zawsze się
popisują, jakby otrzymały dar od jakiegoś boga. Zarozumiała krowa...
- Nie potrzebuję tych mętów, Bugg. Wyprowadź ich stąd. Natychmiast.
Ursto podszedł do Pinosel i zdzielił ją w skroń.
- Będziesz grzeczna! - Uśmiechnął się do Seren. - Kapujesz, zazdrości
ci. Staraliśmy się i, hmm, staraliśmy. Ale ona to pomarszczona starucha,
a ja nie jestem lepszy. Miękki jak cycek i tyle. Nawet największa chuć
nie pomaga. Mogę tylko kapać, kap, kap, kap. - Mrugnął znacząco. -
Oczywiście z tobą, no wiesz...
Pinosel prychnęła pogardliwie.
- To ci dopiero zachęta! Każda kobieta wybrałaby aborcję! Nawet gdyby
nie była w ciąży!
Seren łypnęła ze złością na cedę.
- To chyba żart.
- Poręczycielko, tych dwoje to pozostałości starożytnego panteonu.
Czcili ich pierwotni założyciele osady pogrzebanej w ile pod Letheras. W gruncie rzeczy Ursto i Pinosel to ich pierwsi bogowie. Pan oraz Pani
Wina i Piwa. Zrodzili się w konsekwencji powstania rolnictwa. Piwo
powstało przed chlebem, jako pierwszy produkt uprawnych roślin. Czystsze
niż woda i bardzo pożywne. Wino początkowo robiono z dzikich gron. Te
dwa wynalazki są pierwotnymi siłami w historii ludzkości, podobnie jak
hodowla zwierząt, pierwsze narzędzia z kamienia, kości i poroży,
powstanie muzyki i tańca oraz opowieści. Malarstwa na kamiennych
ścianach i na własnej skórze. Wszystko to momenty o głębokim, kluczowym
znaczeniu.
- I co się z nimi stało? - zainteresowała się Seren.
- Roztropne i pełne szacunku korzystanie z ich aspektów przerodziło się
w rozwiązłe, lekkomyślne nadużycie. Ludzie utracili szacunek dla ich
darów. A im żałośniejszy użytek z nich czynili, tym bardziej plugawi
stawali się darczyńcy.
Ursto beknął.
- Nie mamy nic przeciwko temu - zapewnił. - Znacznie gorzej jest, gdy
nas wyjmują spod prawa, bo wtedy stajemy się źli, a przecież nie chcemy
tacy być, prawda, słodziutka owsianko?
- Cały czas nas atakują - warknęła Pinosel. - Dobra, napełnimy te kubki.
Pradawny?
- Tylko połowę, proszę - odparł Bugg.
- Chwileczkę - wtrąciła Seren Pedac. - Cedo, przed chwilą powiedziałeś,
że tych dwoje pijaków to najstarsi z bogów. Ale Pinosel właśnie nazwała
cię "pradawnym".
Ursto zachichotał.
- Cedo? Owsianko, słyszałaś? Cedo! - Zrobił chwiejny krok w stronę Seren
Pedac. - O, krągła, błogosławiona mahybe, ja i Pinosel możemy być starzy
w porównaniu z podobnymi tobie, ale wobec tego, który tam siedzi,
jesteśmy jak dzieci! Tak, to pradawny. Pradawny bóg!
- Czas rozpocząć zabawę! - zawołała Pinosel.
* * *
Skrzypek zatrzymał się tuż za wejściem i wbił wzrok w letheryjskiego
wojownika stojącego przy ogromnym stole.
- Przyboczna, czy to nowo zaproszony?
- Słucham, sierżancie?
Saper wyciągnął rękę.
- Królewski Miecz, przyboczna. Czy był na twojej liście?
- Nie. Ale mimo to zostanie.
Skrzypek obrzucił Flaszkę przygnębionym spojrzeniem, ale nie odezwał się
ani słowem.
Mag przyjrzał się czekającej w pomieszczeniu grupie i szybko policzył
obecnych.
- Kogo brakuje? - zapytał.
- Banaschara - odparła Lostara Yil.
- Już idzie - zapewniła Tavore.
- Trzynastu - wymamrotał Skrzypek. - Bogowie na dole. Trzynastu.
* * *
Banaschar przystanął w zaułku i spojrzał na niebo. Z okien budynków oraz
umieszczonych na tyczkach lamp sączył się słaby blask, nie sięgał jednak
aż tak wysoko, by zaćmić gwiazdy. Były kapłan gorąco pragnął opuścić
miasto, znaleźć jakieś wzgórze i położyć się na miękkiej trawie z woskową tabliczką w rękach. Księżyc, gdy już się pojawił, zaniepokoił go
mocno, ale to nowe pole gwiazd wyglądało znacznie groźniej. Zielonkawa
plama czegoś, co przypominało klingi mieczy, wzeszła na południu,
przecinając stary, znajomy gwiazdozbiór Połaci Sięgacza. Nie mógł być
tego pewien, ale odnosił wrażenie, że owe miecze rosną z każdą chwilą.
Zbliżają się.
Było ich trzynaście. Tylu przynajmniej się doliczył. Być może kryły się
tam też inne, nadal zbyt odległe, by ich blask przebił się przez łunę
miejskich świateł. Podejrzewał, że ich prawdziwa liczba jest istotna.
Coś oznacza.
Uświadomił sobie, że w Malazie niebiańskie miecze nawet nie są widoczne.
Jak dotąd.
Miecze na niebie, czy jesteście wymierzone w ziemskie gardło?
Zerknął na Zbłąkanego. Jeśli ktokolwiek potrafił odpowiedzieć na to
pytanie, to z pewnością właśnie on. Samozwańczy Władca Płytek. Bóg
nieszczęśliwych zbiegów okoliczności, igrający z losem. Istota
zasługująca na pogardę, ale z pewnością potężna.
- Coś nie gra? - zapytał Banaschar. Twarz Zbłąkanego zrobiła się
upiornie blada i mokra od potu.
Bóg skierował na niego jedyne oko, lecz zaraz odwrócił wzrok.
- Twoi sojusznicy mnie nie obchodzą - oznajmił. - Ale zjawił się ktoś
inny i czeka teraz na nas.
- Kto?
Zbłąkany skrzywił się.
- Zmiana planów. Pójdziesz pierwszy. Ja zaczekam na pełne przebudzenie
talii.
- Zgodziliśmy się, że po prostu powstrzymasz je, nim się zacznie. Na tym
miał być koniec.
- To niemożliwe. Nie teraz.
- Zapewniłeś mnie, że dzisiejszej nocy nie dojdzie do aktów przemocy.
- I to byłaby prawda - odparł bóg.
- Ale teraz ktoś stoi ci na drodze. Wymanewrowano cię, Zbłąkany.
Oko boga rozbłysło gniewem.
- Nie na długo.
- Nie zgodzę się na przelew krwi niewinnych. Nie moich towarzyszy. Powal
swojego wroga, jeśli pragniesz, ale nikogo więcej. Rozumiesz?
- W takim razie usuń mi ich z drogi - warknął Zbłąkany, obnażając zęby.
Po chwili Banaschar ruszył przed siebie. Wyszedł z zaułka pod ścianą
budynku i skierował się ku wejściu. Po dziesięciu krokach znowu się
zatrzymał, by wypić jeszcze kilka łyków wina.
Na tym właśnie polega problem z Łowcami Kości.
Nie sposób ich usunąć z drogi.
* * *
Po odejściu byłego kapłana Zbłąkany zatrzymał się w mroku zaułka.
Był trzynastym uczestnikiem dzisiejszej gry.
Gdyby o tym wiedział - gdyby był w stanie przeniknąć mgłę gęstniejącą w straszliwej komnacie i policzyć wszystkich obecnych - zawróciłby,
zapominając o swych planach. Wręcz uciekłby z miasta.
Zamiast tego czekał jednak, a serce przepełniała mu żądza mordu.
Tymczasem miejskie klepsydry i świece z kreskami znaczącymi upływ czasu
- niewrażliwe i obojętne na wszystko poza nieubłaganym upływem czasu -
zbliżały się do chwili, gdy zabrzmią dzwony.
I ogłoszą nadejście północy.
Rozdział drugi
Rozdział drugi
Nie przychodź tu, stary przyjacielu,
Jeśli przynosisz złą pogodę.
Byłem tam, gdzie rzeka ongiś płynęła,
Ale już nie płynie.
Pamiętasz to przęsło mostu?
Teraz zniknęło, a fragmenty poszarzały
I rozproszyły się na piasku.
Nie ma też nad czym przechodzić,
Można pójść wzdłuż nurtu,
Wchodząc powoli do niecki,
I znaleźć ostatnie miejsce,
W którym umrze pogoda.
Jeśli zobaczę, jak się zbliżasz,
Będę wiedział, że nadeszło twe zmartwychwstanie
W łzach wzbierających, by zalać mi stopy,
Pod ciemniejącym niebem.
Idziesz jak człowiek o wypalonych oczach,
Rozkładając ręce na boki.
Wskazałbym ci drogę, ale rzeka
Nie będzie czekała.
Zaniesie mnie do głodnego morza
Pod pierzchającymi ptakami barwy bieli.
Nie przychodź tu, stary przyjacielu,
Jeśli przynosisz złą pogodę.
Most słońca
Rybak kel Tath
Stał pośród butwiejących szczątków statku, wysoki, ale przygarbiony.
Gdyby nie podarte ubranie i długie, targane wiatrem włosy, można by go
wziąć za posąg z wyblakłego marmuru, który wypadł z meckroskiego miasta
za jego plecami i jakimś cudem wylądował w pionowej pozycji na
bezbarwnym lessie. Odkąd Udinaas go obserwował, odległy mężczyzna nie
poruszył się ani razu.
Stukot kamyków obwieścił, że z wioski nadchodzi ktoś jeszcze.
Po chwili obok Udinaasa zatrzymał się Onrack T'emlava. Wojownik przez
chwilę nie odzywał się ani słowem, dodając mu otuchy swą obecnością.
Udinaas uświadomił sobie po pewnym czasie, że przez ten świat nie wolno
przechodzić pośpiesznie. Co prawda, przez całe życie nie był zbyt
pochopny. Po przybyciu do Refugium długo jeszcze czuł się tak, jakby
wlókł za sobą łańcuchy albo brodził w wodzie. Powolny upływ czasu w tym
miejscu opierał się niecierpliwym założeniom, zmuszał do pokory, a Udinaas świetnie wiedział, że pokora zawsze przybywa nieproszona,
otwierając kopniakiem drzwi i krusząc ściany. Obwieszcza swe nadejście
ciosem w głowę albo kopniakiem w krocze. Nie dosłownie, rzecz jasna, ale
skutki były te same. Obalony na kolana głupiec nie mógł zaczerpnąć tchu,
czuł się słaby jak chorowite dziecko, a świat majaczył nad nim, kiwając
powoli palcem.
To naprawdę powinno się zdarzać częściej. Gdybym był bogiem wszystkich
bogów, to byłaby jedyna lekcja, jakiej bym udzielał, i robiłbym to tak
długo, jak okazałoby się konieczne.
Ale z drugiej strony byłbym wtedy cholernie zajętym skurczybykiem, czyż
nie tak?
Słońce grzało słabo, zapowiadając nadchodzącą zimę. Gnaciarki mówiły, że
w najbliższych miesiącach spadnie mnóstwo śniegu. Zeschłe liście,
uwięzione w pożółkłej trawie na szczycie wzgórza, drżały i trzepotały na
wietrze, jakby z lękiem czekały na nadejście chłodów.
Udinaas nigdy nie lubił zimna. Gdy tylko trochę się ochłodziło, zaraz
tracił czucie w dłoniach.
- Czego on chce? - zapytał Onrack.
Udinaas wzruszył ramionami.
- Czy musimy go odpędzić?
- Nie, Onrack, wątpię, by to było konieczne. Mam wrażenie, że na razie
stracił ochotę do walki.
- Wiesz na ten temat więcej ode mnie, Udinaas. Ale czy nie zamordował
dziecka? Czy nie próbował zabić Trulla Sengara?
- Skrzyżował broń z Trullem? - zapytał Udinaas. - Zachowałem tylko
niejasne wspomnienia. Całą moją uwagę pochłaniało wtedy duszące mnie
widmo. No cóż, przyjacielu, rozumiem, dlaczego wolałbyś go już więcej
nie oglądać. Jeśli jednak chodzi o Imbryk, nie sądzę, by to było takie
proste, jak się zdaje. Dziewczynka umarła na długo przed tym, nim Azath
złożyła w niej nasienie. Silchas Ruin tylko rozbił skorupę, by dom mógł
zapuścić korzenie we właściwym miejscu i czasie, zapewniając w ten
sposób przetrwanie królestwa.
Imass przyglądał mu się z uwagą, jego łagodne, brązowe oczy okalały
zrodzone ze smutku linie świadczące, że przeżywa wszystko zbyt głęboko.
Ten straszliwy wojownik, jeszcze niedawno składający się tylko z wyschniętej skóry i kości, stał się teraz wrażliwy jak dziecko.
Najwyraźniej była to cecha typowa dla wszystkich Imassów.
- A więc od początku wiedziałeś, jaki los czeka Imbryk, Udinaas?
- Wiedziałem? Nie. Tylko się domyślałem.
Onrack chrząknął.
- Twoje domysły rzadko bywają błędne, Udinaas. Proszę bardzo, idź z nim
porozmawiać.
Udinaas uśmiechnął się ironicznie.
- Ty też potrafisz nieźle zgadywać, Onrack. Zaczekasz tu na mnie?
- Tak.
Ucieszył się z tego, mimo że był przeświadczony, że Silchas Ruin nie
planuje przemocy. Z Białą Wroną nigdy nie miało się pewności. Jeśli
Udinaasa porąbie na kawałki jeden ze śpiewających mieczy, przynajmniej
jego śmierć nie obejdzie się bez świadków. W przeciwieństwie do syna
Udinaasa, Ruda Elalle, Onrack nie był taki głupi, by rzucić się do
ataku, szukając zemsty.
Gdy podszedł bliżej, stało się oczywiste, że albinosowi Tiste Andii nie
powodziło się za dobrze po nagłym opuszczeniu tego królestwa. Większa
część zbroi zniknęła, odsłaniając nagie ramiona. Na skórzanym kołnierzu
przypalonej przeszywanicy widniały ślady zakrzepłej krwi. Ciało Silchasa
pokrywały świeże, ledwie zagojone rany i draśnięcia, a pod skórą
malowały się siniaki, przypominające bajora błotnistej wody pod skorupą
lodu.
Niestety, jego oczy zachowały twardy, bezlitosny wyraz. Błyszczały w głębokich oczodołach, czerwone jak świeża krew.
- Tęsknisz za starym kurhanem Azath? - zapytał były niewolnik,
zatrzymując się dziesięć kroków od wychudłego wojownika.
Silchas Ruin westchnął.
- Udinaas. Zapomniałem już, jak wspaniały masz dar do słów.
- Nie pamiętam, by ktokolwiek inny nazywał to darem - odparł człowiek,
decydując, że zlekceważy sarkazm, jakby pobyt w tym miejscu pozbawił go
wrodzonej bystrości. - Przekleństwem tak, to słyszałem cały czas. W gruncie rzeczy to zdumiewające, że jeszcze oddycham.
- To prawda - zgodził się Tiste Andii. - Zdumiewające.
- Czego chcesz, Silchasie Ruin?
- Wędrowaliśmy razem przez długi czas.
- Raczej kręciliśmy się w kółko. No i co z tego?
Tiste Andii odwrócił wzrok.
- Wszystko, co widziałem... wprowadziło mnie w błąd. Brak finezji.
Sądziłem, że reszta świata niczym się nie różni od Letheru... a potem ten
świat tu przybył.
- Przyznaję, że letheryjska wersja finezji ma raczej narcystyczny
charakter. Tak to już bywa, gdy jest się największą grudą gnoju na
stercie. Lokalnej stercie.
Ruin wykrzywił twarz.
- Tę grudę doszczętnie zmiażdżył żołnierski but.
Udinaas wzruszył ramionami.
- Prędzej czy później zdarza się to każdemu.
- Tak.
Zapadła długa cisza. Ruin nadal nie chciał patrzeć mu w oczy. Udinaas
dobrze go rozumiał. Wiedział też, że nie uchodzi okazywać zadowolenia z upokorzenia Białej Wrony.
- Ona zostanie królową - odezwał się nagle Silchas Ruin.
- Kto?
Wojownik zamrugał, jakby zaskoczyło go to pytanie. Potem znowu skierował
spojrzenie nieludzkich oczu na Udinaasa.
- Twojemu synowi grozi poważne niebezpieczeństwo - oznajmił.
- Naprawdę?
- Myślałem, że po przybyciu tutaj będę mógł z nim porozmawiać. Służyć mu
radą w skromnym zakresie leżącym w moich możliwościach. - Wskazał na
miejsce, gdzie stał. - Nie zdołałem dotrzeć dalej.
- Co cię powstrzymuje?
Mina Silchasa zwarzyła się jeszcze bardziej.
- Dla krwi Eleintów wszelka myśl o wspólnocie jest obrzydlistwem,
Udinaas. Albo o sojuszu. Jeśli Letheryjczycy mają jakiś duchowy
Ascendent, z pewnością jest on Eleintem.
- Ach, rozumiem. To dlatego Szybki Ben zdołał pokonać Sukul Ankhadu,
Sheltathę Lore i Menandore.
Albinos Tiste Andii skinął głową.
- Każda z nich planowała zdradzić pozostałe. Ta skaza kryje się we krwi
i z reguły ma fatalne skutki. - Przerwał na chwilę. - Podobnie było ze
mną i z moim bratem Anomanderem. Gdy zawładnęła nami drakoniczna krew,
oddaliliśmy się od siebie. Andarist stał między nami i wyciągał obie
ręce, próbując nas do siebie zbliżyć, ale nasza nowo nabyta arogancja
wykraczała poza jego możliwości. Przestaliśmy być braćmi. Nic w tym
dziwnego, że...
- Silchasie Ruin - przerwał mu Udinaas. - Dlaczego mojemu synowi grozi
niebezpieczeństwo?
W oczach wojownika pojawił się błysk.
- Lekcja pokory, której mi udzielono, omal mnie nie zabiła. Ale
ocalałem. Gdy nadejdzie czas jego lekcji, Rud Elalle może mieć mniej
szczęścia.
- Miałeś kiedyś dziecko, Silchas? Nie? Tak też myślałem. Dawanie rad
dziecku jest jak sypanie piasku na obsydianową ścianę. Nic się nie
przylepi. Brutalna prawda brzmi tak, że wszyscy musimy sami odbierać swe
lekcje. Nie da się ich ominąć. Nikt nie zdoła przekazać dziecku swych
blizn. Stałyby się pajęczyną, która dusi i dławi. Dziecko walczyłoby,
szarpało się tak długo, aż wreszcie zerwałoby nici. Bez względu na
najszlachetniejsze intencje rodziców, dzieci uczą się tylko z tych
blizn, które same zdobyły.
- W takim razie muszę cię prosić o łaskę jako ojca.
- Mówisz poważnie?
- Tak, Udinaas.
Fear Sengar próbował zadać temu Tiste Andii cios w plecy, stanąć w cieniu Scabandariego Krwawookiego. Fear miał trudny charakter, ale
Udinaas - bez względu na wszystkie swe drwiny i docinki oraz na gorzkie
wspomnienia o niewolnictwie - nie czuł do niego antypatii. Szlachetność
można było podziwiać nawet u kogoś o odmiennych poglądach. Widział też
żal Trulla Sengara.
- O co chcesz mnie prosić?
- Oddaj mi go.
- Słucham?!
Tiste Andii uniósł rękę.
- Nie odpowiadaj zbyt pochopnie. Wytłumaczę ci, dlaczego to konieczne.
Powiem ci, co nas czeka, Udinaas. Jestem przekonany, że kiedy skończę,
wszystko zrozumiesz.
Były niewolnik zorientował się, że drży. Gdy słuchał Silchasa Ruina,
stały do niedawna grunt przesuwał się pod jego nogami.
Z pozoru ospałe tempo tego świata okazało się iluzją, dziwacznym
urojeniem.
Prawda wyglądała tak, że wydarzenia pędziły na złamanie karku niczym sto
tysięcy głazów staczających się ze stoku. Mówiąc krótko, prawda była
przerażająca.
* * *
Onrack przyglądał się z oddali dwóm sylwetkom. Rozmowa trwała dłużej,
niż spodziewał się tego Imass, i jego niepokój narastał z każdą chwilą.
Był pewien, że nie wyniknie z tego wiele dobrego. Usłyszał za sobą
kaszlnięcie. Odwrócił się i zobaczył dwie emlavy, przechodzące przez
ścieżkę w odległości stu kroków. Zwierzęta zwróciły ku Onrackowi potężne
łby o długich kłach i popatrzyły nań nieufnie, jakby prosiły o pozwolenie. Poruszały się jednak długimi susami i opuszczały kikutowate
ogony, co świadczyło o tym, że ruszają na łowy. Związane z tym poczucie
winy miało najwyraźniej instynktowny charakter, podobnie jak ich otwarta
wojowniczość. Może nie będzie ich jeden dzień, a może całe tygodnie.
Nadciągał zimowy post i musiały upolować coś dużego.
Onrack przeniósł spojrzenie z powrotem na Udinaasa oraz Silchasa Ruina i zobaczył, że obaj zmierzają ku niemu, idąc obok siebie. Imass świetnie
znał udręczonego ducha Udinaasa i widział, że jego przyjaciel pogrążył
się w rozpaczy.
Nie, nie zbliżało się nic dobrego.
Rozległ się chrzęst. Emlavy dotarły do punktu, w którym miały zniknąć z oczu Onracka, i zerwały się nagle do biegu, by umknąć przed jego
wyimaginowaną uwagą. Nie miał zamiaru ich zatrzymywać. Nigdy tego nie
robił, ale zwierzaki były po prostu za głupie, żeby to zauważyć.
* * *
Intruzi wtargnęli do królestwa na złowrogiej fali, jak straż przednia
legionów chaosu. Zmiana z reguły plamiła świat barwą świeżej krwi.
Prawda brzmiała tak, że jedynym, czego pragnęli wszyscy Imassowie, był
pokój, potwierdzony rytuałem życia, bezpiecznym, stabilnym i absolutnie
przewidywalnym. Żar i dym buchające z ognisk, aromat pieczonego mięsa,
bulw i stopionego szpiku. Nosowe głosy kobiet śpiewających przy
nieskomplikowanych, codziennych pracach. Chrząknięcia i westchnienia
towarzyszące uprawianiu miłości. Piosenki śpiewane przez dzieci. Ktoś
mógł rzeźbić poroże, spiralną krawędź rozszczepionej długiej kości albo
kawałek krzemienia. Ktoś inny klęczał przy strumieniu, czyszcząc skórę
gładzonymi nożami i drapakami. Nieco dalej znajdowało się płytkie
zagłębienie, ślad po dziurze w piasku, gdzie zagrzebano inne skóry. Gdy
ktoś musiał oddać mocz, kucał na brzegu dołu i wypuszczał strumień do
niego, by wygarbować skóry.
Starcy siedzieli na głazach, obserwując obóz i wszystkich kuzynów
zajętych codziennymi zadaniami. Marzyli o ukrytych miejscach, i ścieżkach, które otworzą monotonnymi, przesyconymi gorączką głosami,
bębnieniem oraz roztańczonymi scenami namalowanymi na oświetlonej
blaskiem pochodni skale, głęboką nocą, gdy duchy kłębiły się przed
oczami w kaskadzie barw, a regularności wyłaniały się na powierzchnię,
unosząc się w przesyconym dymem powietrzu.
Polowania i uczty, zgromadzenia i nadawanie kształtu. Dni i noce,
narodziny i śmierci, śmiech i żałoba, powtarzane raz po raz opowieści,
ukryty wewnątrz umysł odsłaniający się jak dar przed wszystkimi
kuzynami, przed każdą ciepłą, znajomą twarzą.
Onrack wiedział, że to jedyne, co się liczy. Próby przebłagania duchów
zawsze miały na celu ochronę owego drogocennego pokoju, doskonałej
ciągłości. Duchy przodków trzymały się blisko, czuwając nad żywymi.
Wspomnienia tkały nici łączące wszystkich w całość, a gdy tymi
wspomnieniami się dzielono, więzy stawały się jeszcze silniejsze.
W obozie, za plecami Onracka, jego ukochana towarzyszka, Kilava, leżała
na stosie miękkich futer. Już za kilka dni miała urodzić ich drugie
dziecko. Gnaciarki przynosiły jej drewniane miski pełne pysznych,
tłustych robaków, wciąż jeszcze dymiących po pieczeniu na płaskich
kamieniach okalających ogniska, a także plastry miodu oraz wonną herbatę
z jagód i kory. Karmiły ją bezustannie i nie przestaną tego robić,
dopóki nie zaczną się bóle. Chciały w ten sposób dać jej potrzebną
rezerwę sił.
Pamiętał noc, gdy odwiedzili z Kilavą Seren Pedac w niezwykłym,
zniszczonym mieście Letheras. Wiadomość o śmierci Trulla Sengara była
jedną z najtrudniejszych chwil w życiu Onracka, ale spotkanie z wdową po
przyjacielu okazało się jeszcze gorsze. Gdy ją ujrzał, wszystko w nim
pękło; rozpłakał się. Po jakimś czasie zdumiał się hartem ducha Seren,
jej nadnaturalnym spokojem. Powiedział sobie wówczas, że z pewnością
przeszła już żałobę, w pierwszych dniach i nocach po zamordowaniu
ukochanego. Gdy patrzyła, jak Onrack płacze, jej oczy były pełne smutku,
ale wolne od łez. Potem zrobiła herbatę, parząc ją metodycznie, a Onrack
schronił się w objęciach Kilavy.
Dopiero później zaczął się wściekać na niesprawiedliwość i przerażającą
absurdalność śmierci przyjaciela. Przez całą noc - gdy próbował
opowiedzieć Seren o Trullu, o wszystkim, przez co przeszli od chwili,
gdy odruch współczucia nakazał Onrackowi uwolnić odciętego wojownika -
raz po raz wspominał gwałtowne walki, desperackie starcia i akty
zdumiewającej odwagi. Każdy z nich mógłby się stać godnym końcem, nadać
śmierci znaczenie, uczynić ją chwalebnym poświęceniem. A mimo to Trull
Sengar uszedł z życiem ze wszystkich, co samo w sobie było swego rodzaju
triumfem pośród bólu i żałoby.
Gdyby Onrack był wtedy na zbryzganej krwią arenie, plecy Trulla nie
pozostałyby niestrzeżone. Morderca nie miałby szans dokonać aktu
brutalnej zdrady. Trull Sengar żyłby nadal, widziałby, jak jego dziecko
rośnie w brzuchu Seren Pedac, obserwowałby z zachwytem i zdumieniem
blask zwróconego do wewnątrz skupienia widoczny na obliczu
poręczycielki. Żaden mężczyzna nigdy nie mógł zaznać podobnej
zupełności. Seren stała się naczyniem ciągłości, symbolem nadziei i optymistycznego spoglądania w przyszłość.
Och, gdybyż tylko Trull mógł to zobaczyć. Nikt nie zasługiwał na to
bardziej, po tych wszystkich bitwach, ranach, cierpieniach i straszliwej
samotności, przez którą Onrack nigdy nie zdołał się przebić. Trulla
zdradzono wiele razy, a mimo to nie ugiął się i nadal dawał z siebie
wszystko, na co go było stać. Nie, w jego śmierci nie było nic
sprawiedliwego.
Seren Pedac była miła i uprzejma. Pozwoliła Kilavie odprawić rytuał
zapewniający bezpieczny poród. Powiedziała też jednak jasno, że nie
pragnie niczego więcej, że odbędzie tę podróż sama i nie zabraknie jej
sił.
Tak, kobiety potrafiły być przerażające. Dzięki swej sile oraz zdolności
znoszenia przeciwieństw.
Choć Onrack bardzo pragnął być teraz blisko Kilavy, zasypywać ją
podarunkami oraz smakołykami, wszelkie podobne próby spotkałyby się z drwiną gnaciarek, a także ostrzegawczym warknięciem jego ukochanej.
Odkąd chwila porodu zaczęła się zbliżać, nauczył się trzymać na dystans.
Tak czy inaczej, polubił Udinaasa, choć był on znacznie bardziej skłonny
do wygłaszania zgryźliwych komentarzy niż Trull. Uciekał się do ironii i sarkazmu, ponieważ były jedyną bronią, jaką potrafił biegle władać.
Onrack nauczył się jednak doceniać jego zjadliwy dowcip, a co więcej,
odkąd były niewolnik musiał grać rolę ojca, objawiły się w nim
nieoczekiwane zalety. Imass zauważył ten fakt i postanowił naśladować
przyjaciela, gdy nadejdzie jego czas.
Za pierwszym razem ta szansa go ominęła. Mężczyznę, który był jego
synem, Ulshuna Prala, wychowywali inni. Przybrani wujkowie, bracia i ciotki. Nawet Kilava rzadko bywała obecna. Dlatego, choć w żyłach
Ulshuna płynęła krew ich dwojga, należał raczej do swego plemienia niż
do rodziców. Onrack powtarzał sobie, że czuje z tego powodu tylko lekki
smutek, fragmenty żalu, których nie potrafił dopasować do wspomnień
pozostałych po zrodzonej z Rytuału egzystencji martwiaka.
Tak wiele się zmieniło. Świat pędził naprzód jak szalony, dni i noce
wymykały się Onrackowi z dłoni, efemeryczne i nieuchwytne. Raz po raz
niemal całkowicie paraliżowało go poczucie utraty, ból wywołany myślą,
że oto minęła kolejna chwila. Starał się zachować skupienie, wytężał
zmysły, by zarejestrować każdy błogosławiony moment, pochłonąć go,
pożreć i nasycić się jego smakiem, zawsze jednak fala w końcu go
zalewała, unosiła ze sobą w oślepiającym, ogłuszającym potopie.
Zbyt wiele uczuć i wyglądało na to, że płacz jest jego odpowiedzią na
nadmiar spotykający go w tym śmiertelnym życiu - na radość i smutek, na
otrzymane dary i poniesione straty. Być może nie pamiętał już innych
możliwych sposobów reakcji. Być może to one znikały najpierw, gdy czas
tracił wszelkie znaczenie, stawał się okrutny jak klątwa. Być może łzy
wysychały ostatnie.
Udinaas i Silchas Ruin byli coraz bliżej.
I Onrackowi znowu zachciało się płakać.
* * *
Wybrzeże D'rhasilhani robiło wrażenie nadgryzionego i zbutwiałego.
Ciemne, pełne iłu bałwany uderzały o kruszące się wapienne wyniosłości i zalewane wodą ławice piasku porośnięte namorzynami. Każda fala
pozostawiała po sobie stosy piany barwy bladego mięsa. Tarcza Kowadło
Tanakalian dostrzegał przez lunetę, że nad linią zasięgu wód przypływu,
gdzie utworzyły się łukowate zwały piasku i żwiru, powstały całe wzgórza
martwych ryb. Kłębiły się tam mewy i jakieś inne stworzenia, długie,
niskie i podobne do gadów. Od czasu do czasu wpadały w stado ptaków
umykających przed nimi z głośnym wrzaskiem.
Cieszył się, że nie znajduje się na owym brzegu, tak bardzo różnym od
tego, który znał przez całe życie. Tam wody były głębokie, czyste i śmiertelnie zimne, a na wszystkie zatoczki i brzegi padał cień czarnych
klifów oraz gęstych sosnowo-jodłowych lasów. Nigdy sobie nie wyobrażał,
że mogą istnieć brzegi takie jak ten, który teraz widział. Ohydne,
cuchnące, przypominające koryto dla świń pełne gnijącej paszy. Na
północnym wschodzie, u podstawy młodego łańcucha górskiego biegnącego
łukiem na południe, do olbrzymiej zatoki wpadała jakaś z pewnością
potężna rzeka, wypełniając ją iłem. O ile Tanakalian potrafił to ocenić,
nieustanny napływ słodkiej mlecznobiałej wody zatruł większą część
zatoki. To nie wydawało się w porządku. Odnosił wrażenie, że spogląda na
miejsce jakiejś straszliwej zbrodni. Fundamentalna skaza szerzyła się
niczym zakażenie.
- Co mamy zrobić, Tarczo Kowadło?
Tanakalian opuścił lunetę i zmarszczył brwi, spoglądając na ciągnący się
na północy brzeg.
- Skieruj okręt do ujścia rzeki, kapitanie. Mam wrażenie, że jej
właściwe koryto znajduje się po drugiej stronie, bliżej wschodniego
wybrzeża. Klify są tam bardzo strome.
- Nawet z tej odległości dostrzegamy płycizny po naszej stronie. -
Kapitan się zawahał. - Niepokoi mnie jednak to, czego nie widzimy,
Tarczo Kowadło. Nie jestem nawet przekonany, czy powinniśmy czekać na
przypływ.
- A czy nie moglibyśmy się wycofać na morze i spróbować zbliżyć się do
brzegu dalej na wschodzie?
- Musielibyśmy płynąć pod prąd rzeki. To możliwe, choć starcie z przypływem uczyniłoby nurt zdradzieckim. Tarczo Kowadło, chciałem
zapytać o to poselstwo, z którym mamy się spotkać. Jak rozumiem, to nie
jest lud żeglarzy?
- Królestwo od wybrzeża dzieli niemal nieprzebyty łańcuch górski -
odparł z uśmiechem Tanakalian. - A nawet po drugiej stronie gór ciągnie
się pas ziemi należącej do plemion pasterskich. Obecnie między nimi a Bolkando panuje pokój. Nie, Bolkandyjczycy nie są morskim ludem.
- W związku z tym ujście rzeki...
- Tak, kapitanie. D'rhasilhani łaskawie pozwolili bolkandyjskiemu
poselstwu rozbić obóz na wschodnim brzegu rzeki.
- Groźba inwazji może zmienić śmiertelnych wrogów w bliskich sojuszników
- zauważył kapitan.
- Na to wygląda - zgodził się Tanakalian. - Nadzwyczajny jest jednak
fakt, że sojusz najwyraźniej się utrzymuje, choć groźba najazdu Imperium
Letheryjskiego minęła. Przypuszczam, że zalety pokoju stały się z czasem
oczywiste.
- Chciałeś powiedzieć zyskowne.
- Dla obu stron, kapitanie.
- Muszę wrócić do swych obowiązków, Tarczo Kowadło, jeśli mamy zmienić
kurs prowadzący do miejsca lądowania.
Tarcza Kowadło skinął głową. Gdy kapitan się oddalił, Tanakalian znowu
uniósł lunetę do oka, opierając się o prawy galion. Fale w bezimiennej
zatoce nie były na razie zbyt wysokie, ale Tron Wojny zaraz zacznie
zawracać, a on zamierzał wykorzystać przechył okrętu, by przyjrzeć się
stromym klifom na wschodnim brzegu.
Śmiertelny Miecz Krughava nie opuściła kajuty, a po powrocie z rozmowy z przyboczną Boży Jeździec Run'Thurvian postanowił pogrążyć się w długich,
wymagających samotności medytacjach, więc on również został pod
pokładem. Obecność któregoś z nich wymusiłaby przestrzeganie form, co
coraz bardziej irytowało Tanakaliana. Rozumiał konieczność trzymania się
zasad oraz brzemię tradycji, nadające sens wszystkiemu, co robili i czym
byli, spędził jednak pewien czas na okręcie przybocznej, w towarzystwie
Malazańczyków. Swoboda, z jaką dzielili ze sobą trudy, z początku
przyprawiła Tarczę Kowadło o szok, z czasem jednak zrozumiał wartość
takiego zachowania. Gdy zabrzmi sygnał wzywający do bitwy, nikt z Łowców
Kości nie będzie próbował podważać dyscypliny. Łącząca ich w całość siła
opierała się jednak na koleżeństwie demonstrowanym podczas owych
ciągnących się bez końca okresów bezczynności, jakie musiały znosić
wszystkie armie. Szczerze mówiąc, Tanakalian nauczył się z czasem
podziwiać ich bezczelne lekceważenie zasad, otwarty brak szacunku i dziwną skłonność do zachwytu absurdem.
Być może był to zły wpływ. Tak przynajmniej sugerowała wyrażająca lekką
dezaprobatę mina, z jaką Run'Thurvian przyjmował jego ironiczne
komentarze. Rzecz jasna, lista powodów, dla których Boży Jeździec czuł
się rozczarowany nowym Tarczą Kowadłem Zakonu, była dość długa.
Tanakalian był za młody, rozpaczliwie brakowało mu doświadczenia, a do
tego miał przerażającą skłonność do pochopnego osądu, niemożliwą do
zaakceptowania u kogoś, kto nosił ten tytuł.
- Twój umysł jest zbyt aktywny - oznajmił kiedyś Tanakalianowi Boży
Jeździec. - Osąd nie należy do Tarczy Kowadła. Nie ty będziesz
decydował, kto zasługuje na twoje objęcia. Muszę jednak przyznać, że
nigdy nie ukrywałeś swoich skłonności.
Zważywszy wszystko razem, były to wyrozumiałe słowa.
Okręt poskrzypywał, wytracając prędkość w efekcie stopniowej zmiany
kursu. Tanakalian przyglądał się niegościnnemu brzegowi z jego
powykrzywianymi górami. Wiele stożkowatych szczytów spowijały obłoki
dymu i toksycznych gazów. Nie byłoby dobrze, gdyby rozbili się na tym
śmiercionośnym wybrzeżu, a biorąc pod uwagę naturalne skłonności prądów
w pobliżu ujść rzecznych, takie niebezpieczeństwo wydawało się bardzo
prawdopodobne. Ta myśl doprowadziła Tarczę Kowadło do kolejnego z jego
straszliwych osądów. Tym razem jednak nawet Boży Jeździec nie będzie
mógł się do niego przyczepić.
Tanakalian opuścił z lekkim uśmiechem lunetę i schował ją do pochwy z foczej skóry zawieszonej pod lewą pachą. Potem zszedł z kasztelu
dziobowego, kierując się pod pokład. Będą potrzebowali Run'Thurviana i jego czarów, by bezpiecznie dotrzeć do ujścia rzeki. Tanakalian doszedł
do wniosku, że to wystarczające usprawiedliwienie wyrwania Bożego
Jeźdźca z trwającej już od kilku dni medytacji. Run'Thurvian mógł być
zadowolony z przywileju samotności i spokojnej izolacji, ale nawet Boży
Jeździec Zakonu nie mógł umknąć przed koniecznością. Poza tym
staruszkowi przyda się haust świeżego powietrza.
Okręt dowodzenia był sam w zatoce. Pozostałe dwadzieścia cztery zdolne
do żeglugi Trony Wojny zatrzymały się daleko na morzu. Były w pełni
zdolne wytrzymać wszystko, co mógłby rzucić przeciwko nim południowy
ocean, pomijając, rzecz jasna, tajfun, a według miejscowych pilotów pora
tajfunów już się skończyła.
Ponieważ oddali Wilka Piany przybocznej, okrętem flagowym Zakonu był
teraz Listral. To była najstarsza jednostka we flocie. Od chwili
położenia jego stępki minęło już prawie czterdzieści lat. Listral był
ostatnim ocalałym z pierwszej serii trimaranów i w jego stylu oraz
dekoracji zachowały się staromodne szczegóły. Nadawało to okrętowi
groźny wygląd. Każdy widoczny fragment żelaznego drewna wyrzeźbiono na
kształt głowy szczerzącego kły wilka. Centralny kadłub miał w całości
kształt skaczącej bestii, a ponieważ w trzech czwartych był zanurzony w wodzie, piana wzbijana przez prujący fale dziób wyglądała, jakby
tryskała z otwartej, zębatej paszczy.
Tanakalian kochał ten okręt, nawet archaiczny szereg zwróconych do
wewnątrz kajut, ulokowanych wzdłuż korytarza na pierwszym poziomie pod
pokładem. Listral mógł pomieścić dwukrotnie mniej pasażerów niż Trony
Wojny z drugiej i trzeciej serii, ale za to każda kajuta była stosunkowo
obszerna, niemal luksusowa.
Apartament Bożego Jeźdźca zajmował dwie ostatnie kajuty w prawym
kadłubie. W ścianie między nimi umieszczono wąskie, niskie drzwi. Tylna
kajuta służyła Run'Thurvianowi za prywatne mieszkanie, przednią zaś
poświęcono jako świątynię Wilków. Zgodnie z przewidywaniami Tanakaliana
Boży Jeździec klęczał z pochyloną głową przed dwugłowym ołtarzem. Coś tu
jednak było nie w porządku. W powietrzu unosił się odór przypalonego
mięsa, a zwrócony plecami do wejścia Run'Thurvian nawet nie drgnął, gdy
Tarcza Kowadło wszedł do środka.
- Boży Jeźdźcze?
- Nie zbliżaj się - wychrypiał Run'Thurvian niemal niemożliwym do
rozpoznania głosem. Tanakalian dopiero teraz usłyszał, że starzec
oddycha z wielkim wysiłkiem. - Nie mamy dużo czasu, Tarczo Kowadło.
Doszedłem... do wniosku... że nikt się nie odważy mi przeszkadzać, bez
względu na to, jak długo potrwa moja nieobecność. - Parsknął gorzkim,
rwanym śmiechem. - Zapomniałem o twojej śmiałości.
Tanakalian zbliżył się o krok.
- Boży Jeźdźcze, co się stało?
- Błagam, nie zbliżaj się - wydyszał Run'Thurvian. - Musisz przekazać
moje słowa Śmiertelnemu Mieczowi.
Na gładkich deskach podłogi wokół klęczącej postaci coś błyszczało,
jakby starzec się zsikał, płyn jednak nie cuchnął moczem. Choć był gęsty
jak krew, w bladym świetle lampy lśnił niemal złocistym blaskiem. Na ten
widok Tanakalianem zawładnął prawdziwy strach. Słowa Run'Thurviana były
ledwie słyszalne, zagłuszało je bowiem bicie serca młodszego mężczyzny.
- Boży Jeźdźcze...
- Zawędrowałem daleko - podjął starzec. - Wątpliwości, narastający
niepokój. Posłuchaj! Ona nie jest taka, jak sądziliśmy. Dojdzie do...
zdrady. Powiedz Krughavie. Przysięga... popełniliśmy błąd!
Kałuża rosła z każdą chwilą, gęsta jak miód. Spowita w szaty sylwetka
Bożego Jeźdźca kurczyła się, zapadała w siebie.
On umiera. Na Wilki, on umiera.
- Boży Jeźdźcze - odezwał się Tanakalian, tłumiąc strach, przełykając
grozę wywołaną tym widokiem. - Czy przyjmiesz moje objęcie?
Śmiech, który dobiegł jego uszu, brzmiał, jakby się dobywał z bulgoczącego błota.
- Nie, nie przyjmę.
Oszołomiony Tarcza Kowadło zatoczył się do tyłu.
- Jesteś... za... słaby. Zawsze taki byłeś. To kolejny z popełnionych przez
Krughavę błędów... osądu. Zawiodłeś mnie i ją również zawiedziesz. Wilki
nas opuszczą. Zdradziliśmy je swoją przysięgą, rozumiesz? Widziałem
śmierć nas wszystkich. Tę, na którą spoglądasz teraz, i następne, które
dopiero nadejdą. Twoją, Tanakalian. A także Śmiertelnego Miecza oraz
wszystkich braci i sióstr z Szarych Hełmów.
Zakasłał konwulsyjnie. Coś wypadło mu z ust, obryzgując ołtarz płynem
oraz bezkształtnymi grudkami, które ześlizgiwały się po kamiennej
sierści pokrywającej szyje Wilków.
Klęcząca postać zgięła się nagle wpół pod nienaturalnym kątem. Odgłos, z jakim czoło Run'Thurviana uderzyło w podłogę, przypominał trzask
pękającej skorupki jajka. Kość była tak słaba, że cała twarz mężczyzny
się zapadła.
Tanakalian gapił się na to ze zdumieniem. Podszedł bliżej i zobaczył, że
ze szczątków głowy Bożego Jeźdźca wypływają wodniste strugi.
On się po prostu... stopił. Tarcza Kowadło widział, że szarawa papka wrze,
zamieniając się w strumienie przejrzystego tłuszczu.
Miał ochotę krzyknąć z przerażenia, ale zawładnął nim inny, głębszy
strach.
Nie chciał zaakceptować mojego objęcia. Powiedział, że go zawiodłem. Że
zawiodę wszystkich.
Zdrada?
Nie, w to nie uwierzę.
Nie chcę uwierzyć.
Choć wiedział, że Run'Thurvian nie żyje, przemówił do niego:
- To ty zawiodłeś, Boży Jeźdźcze, nie ja. Zawędrowałeś daleko, tak?
Sugeruję, że... niewystarczająco daleko. - Przerwał, próbując powstrzymać
drżenie, które nagle go dopadło. - Boży Jeźdźcze, cieszę się, że
odrzuciłeś moje objęcie. Widzę teraz, że na nie nie zasługiwałeś.
Nie, nie był tylko Tarczą Kowadłem, jak jego poprzednicy, wszyscy,
którzy żyli i umierali, dźwigając brzemię tego tytułu. Nie interesowała
go bierna akceptacja. Weźmie na siebie ból śmiertelników, tak jest, ale
nie bez wyboru.
W końcu ja również jestem śmiertelnikiem. Moja esencja wyraża się w tym,
że potrafię podźwignąć ciężar osądu. Zdecydować, co jest szlachetne, a co nie.
Nie, nie będę taki jak moi poprzednicy. Świat się zmienił i my musimy
się zmienić razem z nim.
Spojrzał na spoczywające na podłodze szczątki Bożego Jeźdźca
Run'Thurviana.
Ta wiadomość wywoła szok. Trwogę. Twarze wykrzywią się w grymasach
rozpaczy i strachu. W Zakonie zapanuje chaos. Śmiertelny Miecz i Tarcza
Kowadło będą musieli mocniej chwycić za ster, do chwili, gdy wśród braci
i sióstr pojawi się nowy Boży Jeździec.
Na razie jednak najbardziej niepokoiła Tanakaliana myśl, że nie będą
mieli czarodziejskiej ochrony podczas żeglugi przez zatokę. W jego
chwiejnym w tej chwili osądzie to właśnie było najpilniejsze.
Śmiertelny Miecz Krughava będzie musiała zaczekać.
Zresztą i tak nie miał jej nic do powiedzenia.
Czy objąłeś naszego brata, Bożego Jeźdźca?
Oczywiście, Śmiertelny Mieczu. Jego ból jest teraz we mnie, podobnie jak
jego zbawienie.
* * *
Umysł kształtuje nawyki, a one z kolei nadają postać ciału. Ten, kto
całe życie spędził w siodle, chodzi na krzywych nogach, a marynarz
rozstawia szeroko stopy nawet na najpewniejszym gruncie. Kobiety lubiące
pociągać się za loki z czasem uczą się siedzieć z przechyloną głową.
Niektórzy skłonni do zamartwiania się ludzie zgrzytają zębami, aż po
latach mięśnie ich szczęk się wzmacniają, a trzonowce zmieniają w gładkie wyrostki, pozbawione koron i guzków.
Yedan Derryg, Wachta, zszedł na brzeg. Nocne niebo, tak świetnie znane
komuś, kto opierał swe życie na okresie poprzedzającym wschód słońca,
wydało mu się nagle czymś obcym, odartym ze wszystkiego co znane i przewidywalne. Mięśnie jego szczęk poruszały się w stałym, nieprzerwanym
rytmie.
W spokojnych wodach zatoczki odbijał się blask zielonkawych komet,
przypominający widmowe, świetliste wstęgi, widoczne często w śladach
torowych statków. Na niebie zjawili się obcy. Z każdą nocą byli coraz
bliżej, jakby ktoś ich wzywał. Zamazany księżyc już zaszedł, co sprawiło
Yedanowi ulgę, nadal jednak dostrzegał zaburzenia pływów. To, co ongiś
było pewne, przestało takie być. Miał rację, że się niepokoił.
Cierpienie zmierzało do brzegu i z pewnością nie oszczędzi Shake'ów.
Podzielił się tą wiedzą z Pomroką, zauważył też narastający strach w oczach czarownic i czarnoksiężników. Nasuwało mu się podejrzenie, że oni
również wyczuli zbliżanie się czegoś wielkiego i straszliwego. Niestety,
wspólne obawy nie odnowiły w nich chęci współpracy. Walka o władzę nadal
pozostawała dla nich ważna, a nawet ważniejsza niż przedtem.
Głupcy.
Yedan Derryg nie był z natury gadatliwy. W jego głowie mogło się kryć
sto tysięcy słów, dopuszczających niemal nieograniczone możliwości
przemeblowywania, ale to jeszcze nie znaczyło, że czuje potrzebę
wypowiadania ich na głos. Nie widział w tym większego sensu. W jego
doświadczeniu zrozumienie słabło wraz ze wzrostem złożoności. Był
przekonany, że winna jest nie niedoskonałość jego umiejętności
komunikowania się, lecz brak zdolności i zaangażowania. Ludzie żyli w bagnie uczuć, lepiących się do wszystkich myśli jak grudki błota, i spowalniających je, pozbawiających kształtu. Wewnętrzna dyscyplina,
potrzebna, by uwolnić się od takich niezręcznych tendencji, okazywała
się z reguły zbyt surowa i wymagająca. Po prostu za trudna. To
świadczyło o braku niezbędnego zaangażowania. Drugim problemem był
znacznie okrutniejszy osąd, łączący się ze świadomością, że na świecie
żyje dużo więcej głupich niż mądrych ludzi. Trudność polegała na tym, że
wrodzony spryt pozwalał tym pierwszym ukrywać swą głupotę. Prawdę rzadko
zdradzały szczerze zdziwiona mina albo zmarszczone czoło. Częściej był
to błysk podejrzliwości, ślad niepewności wyczuwalny w obcesowym
odrzuceniu argumentów albo - przewrotnie - milczenie mające sugerować
głęboki namysł, którego w rzeczywistości nie było.
Yedan Derryg miał za mało czasu na takie gierki. Potrafił wywęszyć
idiotę z odległości pięćdziesięciu kroków. Obserwował ich sprytne uniki,
słuchał ich bełkotu i raz po raz zadawał sobie pytanie, czy kiedykolwiek
pojmą zasadniczą prawdę, mówiącą, że, zamiast marnować energię na
ukrywanie własnej głupoty, mogliby ją z lepszym efektem poświęcić na
zrobienie sensownego użytku ze swych skromnych władz umysłowych.
Zakładając, że w ogóle byli w stanie się zmienić, rzecz jasna.
W społeczeństwie funkcjonowało zbyt wiele mechanizmów mających na celu
ukrywanie niezliczonych głupców, a nawet ułatwianie im życia. To
zrozumiałe, bo z reguły stanowili oni większość. Jako dodatek do owych
mechanizmów można też było zaobserwować rozmaite sidła, pułapki oraz
zasadzki stworzone po to, by izolować inteligentnych, a następnie ich
niszczyć. W końcu żaden argument, choćby najbardziej błyskotliwy, nie
zdoła pokonać noża wbitego w pachwinę. Albo katowskiego topora. Ryk
żądnego krwi tłumu zawsze będzie głośniejszy niż odosobniony głos
rozsądku.
Yedan Derryg zdawał sobie sprawę, że prawdziwym zagrożeniem są ukryci
zwodziciele - ci, którzy potrafili udawać głupców, lecz jednocześnie
dysponowali szczególnym sprytem. Choć miał on wąski zakres i służył
jedynie doraźnej walce o pozycję, pozwalał im nadzwyczaj biegle
wykorzystywać zarówno głupich, jak i rozumnych. To właśnie tacy ludzie
pragnęli władzy i bardzo często udawało się im ją zdobyć. Oczywiście
żaden geniusz nigdy by dobrowolnie nie przyjął prawdziwej władzy,
ponieważ świetnie rozumiał wiążące się z nią śmiercionośne pokusy.
Głupcy natomiast nie potrafili utrzymać jej zbyt długo, chyba że
zadowalała ich rola marionetek. W takim jednak przypadku sprawowana
przez nich władza była tylko iluzją.
Tam, gdzie zgromadziła się choćby niewielka horda takich zamaskowanych
zwodzicieli - tych, którzy cechowali się umiarkowaną inteligencją,
sprytną złośliwością i chciwą ambicją - niemal zawsze należało się
spodziewać poważnych kłopotów. Bardzo typowym przykładem było
sprzysiężenie czarownic i czarnoksiężników do niedawna władające
Shake'ami, o ile nad tak rozproszonym, rozwiązłym i przygnębionym ludem
w ogóle można było sprawować rządy.
Yedan Derryg przykucnął, zaciskając zęby. Pokryta lekkimi zmarszczkami
woda omywała jego buty, wypełniając z cichym szumem pozostawione w miękkim piasku ślady. Ręce mu drżały, wszystkie mięśnie bolały go z wyczerpania. Woń morza nie mogła oczyścić nozdrzy z pozostałości smrodu.
Za jego plecami, w skupisku nędznych chat za wałem brzegowym,
przebudziły się głosy. Yedan usłyszał, że ktoś zbliża się chwiejnym
krokiem do brzegu, zatrzymując się co chwila.
Wyciągnął ręce, pozwalając, by zimna woda omyła mu dłonie, i to, co
dotąd było klarowne, nagle zasłoniły ciemne chmury. Fale delikatnie
usuwały plamy z jego rąk. W umyśle Yedana Derryga zabrzmiała modlitwa:
To dla morza,
To od brzegu,
To daję z własnej woli,
Aż wody będą czyste.
Zatrzymała się tuż za nim.
- W imię Pustego Tronu, Yedan, co ty zrobiłeś?
- Zabiłem wszystkich poza tymi dwiema, moja królowo - odpowiedział
pełnej przerażenia i niedowierzania siostrze.
Okrążyła brata, wchodząc do wody, i zatrzymała się przed nim. Potem
wsparła mu dłoń na czole i zaczęła pchać, aż wreszcie ujrzała jego twarz
i mogła mu spojrzeć w oczy.
- Ale... dlaczego? Myślałeś, że nie poradzę sobie z nimi? Że razem sobie
nie poradzimy?
Wzruszył ramionami.
- Chcieli mieć króla. Kogoś, kto będzie cię kontrolował. A oni z kolei
będą mogli pociągać za jego sznurki.
- I dlatego ich zamordowałeś? Yedan, długi dom przerodził się w jatkę!
Naprawdę wierzysz, że wystarczy, że umyjesz ręce? Zamordowałeś
dwadzieścia osiem osób. Shake'ów. Moich ludzi! Starców i staruszki!
Zamordowałeś!
Zmarszczył brwi, spoglądając na nią.
- Moja królowo, jestem Wachtą.
Gapiła się na niego. Potrafił wszystko wyczytać z jej twarzy. Była
przekonana, że jej brat oszalał. Wypełniało ją przerażenie.
- Kiedy wrócą Pully i Skwish, je również zabiję - oznajmił.
- Nie zrobisz tego.
Uświadomił sobie, że rozsądna rozmowa z siostrą nie będzie możliwa, nie
w tej chwili, gdy z wioski dobiegały coraz głośniejsze krzyki
spowodowane szokiem i żalem.
- Moja królowo...
- Yedan - wydyszała. - Czy nie rozumiesz, co mi uczyniłeś? Nie zdajesz
sobie sprawy, jaką ranę zadałeś, i to w moim imieniu... - Nie mogła
dokończyć zdania. W jej oczach pojawiły się łzy. Potem jednak zastąpił
je lód. - Stoją przed tobą dwie możliwości, Yedanie Derryg - oznajmiła
twardszym tonem. - Zostań i oddamy cię morzu. Albo przyjmij wygnanie.
- Jestem Wachtą...
- A więc staniemy się ślepi na noc.
- Do tego nie wolno dopuścić - odparł.
- Ty głupcze, nie dałeś mi wyboru!
Wyprostował się powoli.
- W takim razie przyjmę morze.
Odwróciła się ku ciemnym wodom. Opuściła głowę i jej barki zadrżały.
- Nie - zdołała wychrypieć. - Uciekaj stąd, Yedan. Udaj się na północ,
na dawne ziemie Edur. Nie pozwolę, by w moim imieniu pozbawiono życia
więcej ludzi. Nawet jednego. Nawet jeśli na to zasłużył. Jesteś moim
bratem. Odejdź.
Wiedział, że jego siostra nie zalicza się do zwodzicieli. Nie była też
głupia. Z uwagi na nieustanny opór stawiany przez zgromadzenie miała
znacznie mniej władzy, niż sugerował jej tytuł. Nie brakowało jej
inteligencji, być może więc była skłonna pogodzić się z tymi
ograniczeniami. Gdyby czarownice i czarnoksiężnicy wykazali się podobnym
rozsądkiem i zrozumieli, że ambicja jest śmiertelnie groźna, mógłby
zostawić sprawy ich biegowi. Ich jednak nie interesowała równowaga.
Pragnęli odzyskać to, co utracili. Nie zademonstrowali inteligencji
niezbędnej w tej sytuacji.
Dlatego ich usunął i jego siostra sprawowała obecnie absolutną władzę.
To zrozumiałe, że była wstrząśnięta. Powtarzał sobie, że Yan z czasem
pojmie, co jest w tej chwili konieczne. A mianowicie jego powrót na
stanowisko Wachty, by mógł zrównoważyć jej potencjalnie nieograniczoną
władzę.
Będzie musiał czekać cierpliwie.
- Zrobię, co zechcesz - zapewnił.
Nie chciała się odwrócić, Yedan Derryg skinął więc głową i ruszył na
północ wzdłuż brzegu. Zostawił dwa konie - pod wierzch i jucznego - w odległości dwustu kroków, tuż nad znakiem wody wysokiej. W końcu jednym
z dowodów inteligencji była umiejętność trafnego przewidywania
konsekwencji własnych uczynków. Obudzone do życia emocje mogły wciągnąć
na dno równie niezawodnie jak prąd odpływowy, a on nie chciał zwiększać
obciążenia siostry.
Wkrótce wzejdzie słońce, choć zanosiło się na deszcz i gorejące oko dnia
zapewne nie będzie widoczne zbyt długo. To również było korzystne. Łzy
chmur zmyją całą krew i wkrótce nieobecność ponad dwudziestu bezczelnych
kandydatów na tyranów wyda się Shake'om nagłym, odświeżającym powiewem.
Po nocnym niebie mknęli nieznajomi i jeśli Shake'owie mieli mieć szansę
przetrwania nadchodzących wydarzeń, trzeba będzie skończyć ze
zdradzieckim politykowaniem. Raz na zawsze.
W końcu należało to do jego obowiązków. Być może jego siostra zapomniała
o najstarszych przysięgach krępujących Wachtę, on jednak o nich
pamiętał. Dlatego uczynił, co było konieczne.
Nie sprawiło mu to przyjemności. Satysfakcję, tak jest, poczułby ją
każdy inteligentny człowiek, który zdołałby usunąć stado
krótkowzrocznych rekinów i w ten sposób oczyścić wody. Ale nie
przyjemność.
Po jego prawej stronie ląd stawał się coraz jaśniejszy.
Ale morze po lewej nadal było ciemne.
Granica między nimi bywała niekiedy bardzo wąska.
* * *
Pully wpatrywała się w dół, przestępując z nogi na nogę. Na dnie roiły
się setki węży. Z początku poruszały się ospale, ale w miarę jak robiło
się coraz cieplej, zaczęły się wić niczym robaki w otwartej ranie.
Złapała się za nos, by powstrzymać mrowienie, pojawiające się zawsze,
gdy zaczynała przygryzać wargę, nic to jednak nie pomogło. Rzecz jasna,
oznaczało, że znowu żuje pomarszczone płaty skóry osłaniające resztki
zębów.
Starość była źródłem nieustających cierpień. Najpierw skóra robiła się
obwisła. Potem nadchodziły bóle, pojawiające się we wszystkich
miejscach, nawet w takich, które nie istniały. Ukłucia, ucisk i spazmy,
a skóra cały czas robiła się coraz bardziej obwisła, bruzdy się
pogłębiały, fałdy fałdowały i cała uroda znikała. Drżenie uniesionych
pośladków, niewinność szeroko rozstawionych cycków. Twarz nadal zdolna
oprzeć się pogodzie i usta wciąż jeszcze słodkie i miękkie jak woreczki
wypełnione tłuszczem. Wszystko to się ulatniało. Pozostawał tylko umysł,
nadal wyobrażający sobie, że jest młody i ma przed sobą długą
przyszłość, choć był uwięziony w worku z obwisłego ciała i kruchych
kości. To było niesprawiedliwe.
Znowu pociągnęła się za nos, starając się odzyskać czucie. To był
kolejny problem. Niewłaściwe części ciała uparcie rosły. Uszy i nos,
brodawki i pieprzyki, włosy pojawiające się we wszystkich miejscach.
Ciało zapominało o rządzących nim zasadach, ulegało starczemu otępieniu
i mimo skarg uwięzionego w nim umysłu wszystko zmieniało się jedynie na
gorsze.
Rozstawiła szerzej nogi i wypuściła na kamienistą ziemię strumień moczu.
Nawet najprostsze sprawy stawały się coraz mniej przewidywalne. Och,
starość była naprawdę koszmarna.
Z kłębowiska węży wyłoniła się głowa Skwish. Czarownica zamrugała.
- Hej - odezwała się Pully. - Jeszcze tu jestem.
- Jak długo?
- Dzień i noc, a teraz znowu jest ranek. Znalazłaś, czego potrzebowałaś?
Wszystko mnie boli.
- Mam wspomnienia, jakich nigdy nie chciałam mieć.
Skwish zaczęła się wygrzebywać ze sterty gadów. Żaden z nich nie zwracał
na nią uwagi. Wszystkie pochłonął szał płodności.
- Nada się do naszych celów?
- Może i tak.
Skwish wyciągnęła rękę i Pully z głośnym stęknięciem pomogła
przyjaciółce wygramolić się z dołu.
- Ależ cuchniesz, kobieto. Wężowe szczyny i biała masa, będziesz miała w uszach jaja.
- To zimny duch dla wędrowców, Pully. Nigdy więcej tego nie zrobię.
Jeśli nawet śmierdzę, to i tak nasz najmniejszy problem. Ech, muszę się
zanurzyć w morzu.
Obie kobiety ruszyły w stronę wioski odległej o pół dnia drogi.
Kierowały się ku brzegowi.
- Daleko zawędrowałaś, Skwish?
- Czasem bywa źle, a czasem bywa gorzej, Pully. Na wschodzie jest krew
tak zimna, że nie ogrzeje jej żadne słońce. Widziałam nieprzerwane,
czarne chmury i żelazny deszcz padający na ziemię. Widziałam, jak
gwiazdy zniknęły i została tylko zielona łuna, a ona też była zimna.
Zimna jak krew na wschodzie. Wszystko wyrasta z jednej gałęzi, tak? Z jednej gałęzi.
- Zatem miałyśmy rację. Jeśli Pomroka znowu zacznie gadać o zabraniu
Shake'ów z brzegu, możesz przemówić i jej przerwać. A potem zrobimy
głosowanie i pozbędziemy się jej. I Wachty też.
Skwish pokiwała głową, bez większego powodzenia próbując usunąć z włosów
grudki wężowej spermy.
- Chodzi o to, co się komu należy, Pully. Shake'owie zawsze patrzyli
jasno. Nie można bez przerwy pchać, licząc na to, że świat nie odepchnie
z powrotem. Na mur odepchnie, aż brzeg się złamie, a kiedy się złamie,
wszyscy utoniemy. Widziałam pył, Pully, ale to nie były kłęby ziemi. To
były drobiny kości i skóry, paprochy snów i zaskoczenia, ha! Wszyscy
jesteśmy posypani, siostro. Zostało nam tylko śmiać się i wejść do
morza.
- Jak dla mnie może być - burknęła Pully. - Wszędzie mnie łupie, tak
bardzo, że mogłabym być definicją bólu.
Obie kobiety - jak wkrótce miały się dowiedzieć, ostatnie pozostałe przy
życiu czarownice Shake'ów - zmierzały w stronę wioski.
* * *
Weź migotliwy, gorejący snop promieni słońca, nadaj mu formę, niezależne
życie, a gdy nieco ostygnie, może się z niego wyłonić mężczyzna taki,
jak Rud Elalle, mrugający niewinnie, nieświadomy, że wszystko, czego
dotknie, eksploduje niszczycielskimi płomieniami, jeśli tylko tego
zapragnie. Próbom uczenia go, doprowadzenia do dorosłości, zawsze
towarzyszył jeden zakaz: "Bez względu na wszystko, nigdy nie budź w nim
gniewu".
Udinaas uświadamiał sobie niekiedy, że potencjał jest czymś, czego
lepiej unikać. Ten, który wyczuwał w swym synu, z pewnością nie był
powodem do radości.
Nie wątpił, że każdy ojciec czuje niekiedy ów rozbłysk oślepiającej,
parzącej prawdy - moment, gdy postrzegał zapowiedź nadchodzącej
dominacji syna, czy to fizycznej, czy o innym, mniej gwałtownym
charakterze. Niewykluczone jednak, że było to czymś rzadkim, zrodzonym z jego szczególnej sytuacji. W końcu nie każdy syn mógł przybrać postać
smoka. Nie każdy nosił w oczach złotą immanencję brzasku.
Łagodna niewinność Ruda Elalle była miękkim płaszczem ukrywającym jego
monstrualną naturę. To był niezaprzeczalny fakt, wypisany płonącymi
literami we krwi syna Udinaasa. Silchas Ruin wiedział, o czym mówi. Na
jego twarzy malowała się bolesna prawda. Dojrzewający plon Eleintów,
płodna brutalność pragnąca jedynie samozaspokojenia, widząca w świecie
(tym i każdym innym) tylko żerowisko oraz zapowiedź satysfakcji płynącej
z przesytu mocą.
Rzadko się zdarzało, by komuś o skażonej krwi udawało się przezwyciężyć
ową wrodzoną megalomanię.
- Ach, Udinaas - rzekł mu Silchas Ruin. - Być może mój brat, Anomander.
Osserc? Może tak, a może nie. Była kiedyś rzucająca kości... i jednopochwycony Jaghut. Garstka innych, gdy krew Eleintów w ich żyłach
była rzadsza. Dlatego właśnie dla Ruda Elalle istnieje nadzieja,
Udinaas. Jest dzieckiem w trzecim pokoleniu. Czyż nie sprzeciwił się
woli matki?
No cóż, podobno się sprzeciwił.
Udinaas potarł twarz. Ponownie spojrzał na wspartą na ciosach chatę,
zadając sobie pytanie, czy powinien wejść do środka i położyć kres
negocjacjom. W końcu Silchas Ruin nie wymienił samego siebie pośród
tych, którzy nauczyli się panować nad smoczą krwią. To był rzadki
przejaw szczerości Białej Wrony, z pewnością zrodzony z owej uczącej
pokory rany. Tylko to jedno powstrzymywało byłego niewolnika.
Onrack, który przykucnął obok przesłonięty kłębami buchającego z paleniska dymu, westchnął przeciągle. Powietrze wyleciało ze świstem z jego nozdrzy. Jeśli ktoś złamie sobie nos wystarczająco wiele razy,
każdy oddech zmieni się dlań w torturę. Tak przynajmniej stało się w przypadku tego wojownika.
- Chyba go zabierze - stwierdził Imass.
Udinaas skinął głową, bojąc się przemówić.
- Przyjacielu, jestem... zaskoczony, że pozwoliłeś na to... spotkanie. Że
zostawiłeś ich samych, nie próbując się sprzeciwić zaproszeniom Tiste
Andii. Udinaas, ta chata może być miejscem pełnym kłamstw. Co powstrzyma
Białą Wronę przed oferowaniem twemu synowi słodkiego łyku straszliwej
mocy?
W głosie Onracka pobrzmiewał szczery niepokój, zasługujący na coś więcej
niż głucha cisza. Udinaas znów potarł twarz, nie potrafiąc zdecydować, w czym ma mniej czucia - w obliczu czy w rękach. Zastanawiał się, dlaczego
to pytanie wydaje mu się ważne.
- Wędrowałem przez królestwo Starvald Demelain, Onrack, i widziałem tam
kości niezliczonych martwych smoków. Przy samej bramie trupy leżały w stosach, jak truchła much na parapecie.
- Jeśli w naturze Eleintów rzeczywiście leży pragnienie samozniszczenia,
to czy nie lepiej byłoby odprowadzić Ruda jak najdalej od tej skazy? -
zapytał Imass.
- Wątpię, by to mogło się udać - odparł były niewolnik. - Czy można
powstrzymać naturę, Onrack? Łososie co roku wracają z morza i wloką
umierające ciała w górę rzeki, by odnaleźć miejsce, gdzie przyszły na
świat. Stare tenagi opuszczają stado i kończą żywot pośród kości
pobratymców. Bhederin każdego lata migrują do serca równin, a zimą
wracają na skraj lasów.
- Wszystko to są nieskomplikowane stworzenia.
- Znałem też w wiosce Hirothów niewolników, którzy ongiś byli
żołnierzami i usychali z tęsknoty za polami bitew, gdzie po raz pierwszy
przelali krew, wiedząc, że już nigdy ich nie zobaczą. Pragnęli wrócić na
dawne pola śmierci, stanąć przed kurhanami pełnymi kości poległych
przyjaciół oraz towarzyszy, by wspominać i płakać. - Udinaas pokręcił
głową. - Nie różnimy się zbytnio od zwierząt, z którymi dzielimy świat,
Onrack. Jedyne, co nas od nich dzieli, to talent do odrzucania prawdy. W tym jesteśmy cholernie dobrzy. Łososie nie kwestionują swej potrzeby.
Tenagi i bhederin nie wątpią w to, co kieruje ich krokami.
- Chcesz pozostawić syna jego losowi?
Udinaas obnażył zęby.
- Wybór nie należy do mnie.
- A czy należy do Silchasa Ruina?
- Onrack, może nam się wydawać, że jesteśmy tu bezpieczni, ale to
złudzenie. Refugium opiera się na odrzuceniu tak wielu prawd, że zapiera
mi dech na samą myśl o tym. Ulshun Pral, ty, cały twój lud,
stworzyliście sobie to życie, ten świat, aktem woli. A Azath przy bramie
podtrzymuje wasze przekonania. To miejsce, choć jest cudowne, nadal
pozostaje więzieniem. - Prychnął pogardliwie. - Miałbym przykuć Ruda do
niego? Czy mógłbym to zrobić? Czy się ośmielę? Zapominasz, że byłem
kiedyś niewolnikiem.
- Przyjacielu - zaczął Onrack. - Mogę swobodnie podróżować do innych
królestw. Odzyskałem żywe ciało. Jestem taki jak dawniej. To prawda,
czyż nie?
- Jeśli to miejsce ulegnie zagładzie, znowu staniesz się T'lan Imassem.
Tak brzmi ta nazwa, zgadza się? Nieśmiertelność kości i zmumifikowanego
ciała? Tutejsze plemię obróci się w proch.
Onrack gapił się na niego ze zgrozą w oczach.
- Skąd wiesz?
- Nie sądzę, by Silchas Ruin kłamał. Zapytaj Kilavę. Zauważyłem w jej
oczach pewien wyraz, zwłaszcza podczas wizyt Ulshuna Prala albo gdy
siedziała przy ognisku u twego boku. Ona wie. Nie zdoła obronić tego
świata, nawet jeśli Azath oprze się temu, co nadchodzi.
- W takim razie to my jesteśmy skazani.
Nie. Jest jeszcze Rud Elalle. Jest mój syn.
- A więc chcesz odesłać syna, by ocalić mu życie - podjął po długiej
przerwie Onrack.
Nie, przyjacielu. Odeślę go... by ocalić was wszystkich.
Nie mógł jednak tego powiedzieć, nie mógł wyjawić prawdy. Poznał już
dobrze Onracka, a także Ulshuna Prala i wszystkich, którzy tu mieszkali.
Oni nie przyjęliby potencjalnego poświęcenia, nie pozwoliliby Rudowi
Elalle narażać dla nich życia. Bez chwili zastanowienia wybraliby
zagładę. Tak jest, Udinaas znał tych Imassów. To nie duma czyniła ich
tym, kim byli, ale współczucie. Współczucie tragicznego rodzaju, które
każe poświęcić siebie, uważać, że nie ma innego wyboru - a gdy nie ma
wyboru, trzeba zaakceptować los bez wahania.
Lepiej ukryć strach, nadzieję i całą resztę, zatrzymać je w sobie. Co
mógł w tej chwili ofiarować Onrackowi? Nie potrafił odpowiedzieć na to
pytanie.
Znowu nastała chwila przerwy.
- W takim razie w porządku - odezwał się wreszcie Imass. - Rozumiem to i aprobuję. Nie ma powodu, by zginął wraz z nami. Nie ma też powodu, by
ujrzał naszą zgubę. Pragniesz oszczędzić mu żalu, o ile to w ogóle
możliwe. Ale, Udinaas, nie możemy się pogodzić z myślą, że podzielisz
nasz los. Ty również musisz opuścić to królestwo.
- Nie, przyjacielu. Tego nie zrobię.
- Syn nadal cię potrzebuje.
Och, Rud kocha was wszystkich, Onrack. Prawie tak samo mocno, jak mnie.
Mimo to zostanę tu, by mu przypominać, co próbuje ocalić.
- Nie mogę podążyć za nim i Silchasem Ruinem tam, dokąd się udają. -
Chrząknął i uśmiechnął się ironicznie do przyjaciela. - Poza tym tutaj i tylko tutaj, w towarzystwie twoim i wszystkich Imassów, mogę się czuć
niemal zadowolony. Nie wyrzeknę się tego dobrowolnie.
Tak wiele prawd mogło się ukrywać w zręcznych kłamstwach. Choć
przedstawiony powód był fałszem, skrywane w nim starannie uczucia
pozostawały szczere.
Powiedział sobie, że znacznie łatwiej jest myśleć jak tenag albo
bhederin. Prawda od powierzchni aż po sam środek, czysta i niezmącona.
Tak, to z pewnością byłoby prostsze.
Z chaty wyszedł Rud Elalle. Chwilę po nim pojawił się Silchas Ruin.
Udinaas wyczytał z twarzy syna, że wszelkie uroczyste rozstania byłyby
zbyt bolesne. Lepiej potraktować to najlżej, jak tylko można. Wstał.
Onrack podążył za jego przykładem.
Obok przystanęli inni, obserwując ich z uwagą. Instynkt podpowiadał im,
że dzieje się coś bardzo ważnego, ale szacunek i uprzejmość nie
pozwalały podejść bliżej.
- Powinniśmy potraktować to... ze spokojem - wyszeptał Udinaas.
Onrack skinął głową.
- Postaram się, przyjacielu.
On nie potrafi udawać, z pewnością nie. A to znaczy, że jest mniej
podobny do człowieka, niż sugeruje to jego wygląd. Tak jak oni wszyscy,
niech ich szlag.
- Za dużo czujesz - rzekł Udinaas, tonem tak ciepłym, jak tylko
potrafił. Nie chciał sprawić bólu przyjacielowi.
Onrack otarł tylko policzki i skinął głową, nie odzywając się ani
słowem.
Za dużo, by zachować spokój.
- Och, chodź ze mną, przyjacielu. Nawet Rud nie oprze się twoim darom.
Podeszli razem do Ruda Elalle.
Silchas Ruin odsunął się na bok, by zaczekać na nowego podopiecznego.
Obserwował pełne emocji pożegnanie, a jego oczy wyglądały jak krwawe
kłykcie.
* * *
Śmiertelny Miecz Krughava przypominała Tanakalianowi czasy dzieciństwa.
Wyglądała, jakby wyszła z którejś z kilkunastu legend, których słuchał,
leżąc skulony pod skórami i futrami. Tych zapierających dech w piersiach
opowieści o przygodach wielkich bohaterów o czystych sercach, śmiałych i nieustraszonych ludzi, zawsze wiedzących, kto zasługuje na pchnięcie
mieczem, a kto tylko popełnił błąd, pokładając wiarę w innych. W końcu
zawsze nadchodził dramatyczny finał, w którym odsłaniano prawdę o zdradach i tak dalej, a winnych spotykała zasłużona kara. Dziadek
świetnie wiedział, kiedy należy przemawiać bardziej dźwięcznym głosem, w których chwilach przerwać dla wzmocnienia napięcia albo wyszeptać
straszliwe tajemnice. Wszystko to zachwycało niemogące zasnąć dziecko.
Włosy Krughavy miały barwę żelaza, jej oczy lśniły jak niebo w pogodny,
zimowy dzień, a twarz wyglądała jak wyrzeźbiona w stromych klifach
Zguby. Siła fizyczna kobiety dorównywała sile jej woli. Obie były
najwyraźniej w stanie oprzeć się wszelkim mocom działającym w świecie
śmiertelników. Choć przekroczyła już czterdziestkę, ponoć nikt z braci i sióstr w Zakonie nie przewyższał jej biegłością we władaniu chyba
dwudziestoma rodzajami broni, od noża myśliwskiego po kilof.
Gdy Boży Jeździec Run'Thurvian odwiedzał ją, by mówić o zwiastujących
niebezpieczeństwo snach i straszliwych wizjach, było to jak drwa
dodawane do pieca niezachwianej determinacji Krughavy, a jak się
okazało, również jej przekonania, że wkrótce osiągnie status równy
bohaterom.
Tylko nieliczne przekonania z czasów dzieciństwa mogły przetrwać
straszliwą konfrontację z wrażliwością dorosłego i choć Tanakalian nadal
uważał, że jest młody i mądrość go jeszcze nie utemperowała, widział już
wystarczająco wiele, by postrzegać prawdziwą grozę czającą się pod
lśniącą powierzchnią samozwańczej bohaterki znanej wszystkim jako
Śmiertelny Miecz zgubańskich Szarych Hełmów. Zrodziło się w nim nawet
podejrzenie, że żaden bohater, bez względu na czas i okoliczności, w niczym nie przypomina tych, o jakich tak dawno temu opowiadał mu
dziadek. A może chodziło o to, że coraz jaśniej uświadamiał sobie, że
wiele tak zwanych cnót, do których ponoć warto było aspirować, posiada
również ciemną stronę. Czystość serca oznaczała też okrutne
nieprzejednanie. Niezachwiana odwaga nie uważała żadnego poświęcenia za
zbyt wielkie, nawet poprowadzenia na śmierć dziesięciu tysięcy
żołnierzy. Poszukiwanie satysfakcji mogło zmienić zdradzony honor w nieuleczalny obłęd. Szlachetne przysięgi potrafiły utopić królestwo we
krwi albo obrócić imperium w proch. Nie, prawdziwa natura bohaterstwa
była niejasna, nieuchwytna i miała bardzo wiele stron, często
wstrętnych, a niemal zawsze przerażających.
A zatem Boży Jeździec, na krótko przed wyzionięciem ducha, dokonał
straszliwego odkrycia. Szare Hełmy padły ofiarą zdrady. Albo wkrótce
padną. Słowa ostrzeżenia miały obudzić w Śmiertelnym Mieczu wszystkie te
palące ognie gniewu i oburzenia. Run'Thurvian liczył na to, że Tarcza
Kowadło pobiegnie prosto do kajuty Krughavy, by przekazać złowrogą
wiadomość i ujrzeć pożar w jej błękitnych oczach.
Bracia i siostry! Łapcie za miecze! Strumienie muszą spłynąć szkarłatem
w odpowiedzi na splamienie naszego honoru! Walczmy! Wrogowie otaczają
nas ze wszystkich stron!
No cóż.
Tanakalian nie tylko czuł opory przed objęciem Bożego Jeźdźca i jego
śmiertelnego bólu, lecz również nie chciał ściągać na Szare Hełmy
niszczycielskiego szału. Starzec nie przedstawił niemal żadnych
wyjaśnień, motywów ani szczegółów. Tarczy Kowadłu brakowało informacji o kluczowym znaczeniu. Bohater pozbawiony celu był jak kot z przepaską na
oczach ciśnięty do dołu pełnego psów. Któż mógłby przewidzieć, w którą
stronę skieruje się szarża Krughavy?
Nie, sprawa wymagała dokładnego rozważenia. Samotnej medytacji.
Krughava przywitała złowieszczą wiadomość o straszliwej śmierci Bożego
Jeźdźca mniej więcej tak, jak się spodziewał Tanakalian. Jej i tak
twarda twarz nabrała jeszcze twardszego wyrazu, a oczy rozbłysły jak
lód. Powoli narastały w nich pytania, na które Tarcza Kowadło nie
potrafił bądź też - jak się okazało - nie chciał odpowiedzieć. Pytania i tajemnice były najgorszymi wrogami dla kogoś takiego jak Śmiertelny
Miecz Krughava, kto pragnął pewności, bez względu na jej związek z rzeczywistością. Widział, jak mocno wstrząsnęła nią ta wiadomość, jakby
podłoga zachwiała się nagle pod jej stopami. Kobieta poruszyła nerwowo
dłonią, jakby pragnęła złapać za miecz, znaleźć pocieszenie w solidnej
obietnicy ciężkiego, żelaznego oręża. Wyprostowała się instynktownie,
gotowa poczuć ciężar kolczego płaszcza. Taka wiadomość z pewnością
wymagała wdziania zbroi. On jednak ją zaskoczył, gdy była bezbronna. To
również można było uznać za swego rodzaju zdradę. Wiedział, że musi być
teraz ostrożny, zademonstrować przed nią bezradność większą od tej,
którą sama czuła, odsłonić w swych oczach i z pozoru nieświadomych
gestach potężne pragnienie wsparcia. Krótko mówiąc, rzucić się jak
dziecko do stóp jej niewzruszonego majestatu.
Jeśli czyniło go to godnym pogardy symulantem, kreaturą oddającą się
intrygom i sprytnej manipulacji, no cóż, to były poważne zarzuty. Będzie
je musiał rozważyć tak obiektywnie, jak to tylko możliwe, nie cofając
się przed osądem, choćby najbardziej surowym i zasłużonym.
Rzecz jasna, Tarcze Kowadła z dawnych czasów nie zawracałyby sobie głowy
podobnymi skrupułami, ale brak osądu innych mógł się wywodzić jedynie z braku osądu siebie samego, odmowy przemyślenia własnych założeń oraz
przekonań. Tak nieludzkie stanowisko mogło prowadzić do straszliwych
okrucieństw. Nie, z pewnością nie zamierzał podejmować podobnie
zarozumiałej gry.
Poza tym postąpi słusznie, dając Krughavie to, czego w tej chwili
najbardziej potrzebowała. Wszystkie jego z pozoru instynktowne gesty
miały przypomnieć kobiecie o ciążącej na niej szlachetnej
odpowiedzialności. Gdyby Krughava nagle okazała skrajny niepokój albo -
Wilki, brońcie - otwartą panikę, z pewnością nikt by na tym nie
skorzystał. Płynęli na wojnę i stracili Bożego Jeźdźca. Sytuacja i tak
już była niebezpieczna.
Musiała wziąć się w garść. Konieczne też było, by jej Tarcza Kowadło
ujrzał, jak zrobiła to, gdy był z nią sam na sam. Gdy już zdoła to
zrobić, osiągnie pewność siebie niezbędną, by powtórzyć ów surowy rytuał
przed braćmi i siostrami z Zakonu.
Ta scena będzie jednak musiała zaczekać. Zbliżał się czas, gdy będzie
trzeba przywitać bolkandyjskich posłów. Tanakalian znalazł pocieszenie w głośnym chrzęście kruszonego koralu pod butami, gdy wyszli na plażę.
Szedł o krok za Śmiertelnym Mieczem; a jeśli nawet załogę łodzi,
kapitana i wszystkich ludzi na pokładzie Listrala, kotwiczącego
bezpiecznie na szerokim owalu powolnego nurtu u ujścia rzeki, dręczyła
ciekawość wywołana nieobecnością Bożego Jeźdźca - ani Krughava, ani jej
Tarcza Kowadło nie okazywali niepokoju, zmierzając w stronę zdobnego
namiotu polowego Bolkandyjczyków. Wiara w dowódców była wśród Szarych
Hełmów tak silna, że wszyscy natychmiast się uspokoili.
Czy inni mogliby uznać podobne spostrzeżenia za cyniczne? Tanakalian nie
sądził, by tak było. W takich chwilach opanowanie miało sporą wartość.
Nie miało sensu zawiadamianie członków Zakonu już teraz. Lepiej zaczekać
z tym na zakończenie rokowań.
Było parno, z oślepiająco białej plaży biły fale gorąca. Pokruszone
skorupy krabów, spieczone słońcem na czerwono, utworzyły przerywaną
barierę biegnącą wzdłuż linii wody wysokiej. Nawet siedzące na
odsłoniętych pniach namorzynów mewy sprawiały wrażenie tylko
półprzytomnych.
Dwoje Zgubańczyków posuwało się powoli przez mulistą płaszczyznę,
rozpościerającą się szerokim wachlarzem wokół ujścia rzeki położonego na
lewo od nich. Tu i ówdzie można było zobaczyć kępki jaskrawozielonej
trawy. Długi szereg bolkandyjskich wartowników stał przy brzegu rzeki.
Około dwudziestu kroków za nimi ciągnęło się kilka rzędów krótkich,
ostro zakończonych kłód wbitych w błoto. O dziwo, wszyscy wysocy,
ciemnoskórzy żołnierze o barbarzyńskim wyglądzie spoglądali na rzekę,
zwracając się plecami do zgubańskich gości.
Po chwili Tanakalian zauważył ze zdumieniem, że niektóre kłody
eksplodowały. Wyciągnął z kabury lunetę i zwolnił, by przyjrzeć się
brzegowi przez szkła powiększające.
Jaszczurki. Ogromne jaszczurki. Nic dziwnego, że bolkandyjscy wojownicy
zwracają się do nas plecami!
Jeśli nawet Krughava zauważyła, co się dzieje nad rzeką, nie okazała
tego.
Bolkandyjski namiot był tak wielki, że mieściło się w nim kilkadziesiąt
przedziałów. Poły głównego wejścia uniesiono i przytwierdzono do
zdobnych drewnianych słupków pozłacanymi klamerkami w kształcie wronich
łapek. Wnikający do środka przez tkaninę blask słońca przeobrażał namiot
w chłodny, łagodny świat pełen kremowo-złotych barw. Tanakalian i Krughava zatrzymali się zaraz za wejściem, zdumieni i zarazem uradowani
nagłym spadkiem temperatury. Muskający ich twarze powiew pachniał
nieznanymi, egzotycznymi przyprawami.
Czekał na nich jakiś urzędnik, odziany w jelenie skóry i posrebrzaną
kolczugę tak cienką, że nie powstrzymałaby nawet sztyletu w rękach
dziecka. Mężczyzna o zasłoniętej welonem twarzy pokłonił się, a potem
skinął na dwoje gości, kierując ich do korytarza o jedwabnych ścianach.
Na jego drugim końcu, po jakichś piętnastu krokach spotkali dwóch
wartowników, również noszących długie opończe z cienkiej jak mgiełka
kolczugi. Za wąskimi pasami mieli noże do rzucania, po dwa u każdego
boku. Pod lewymi pachami nosili skórzane futerały ozdobione fragmentami
kości, sugerujące jakąś większą broń, być może kordelasy. Były jednak
ostentacyjnie puste. Obaj mieli na głowach łebki bez zasłon. Gdy
Tanakalian podszedł bliżej, ze zdumieniem zauważył na ich złowrogich
twarzach gęstą siatkę blizn pomalowanych ciemnoczerwonym barwnikiem.
Obaj żołnierze stali na baczność, nie zwracając najmniejszej uwagi na
gości. Zgubańczycy przeszli między nimi, Tanakalian podążał krok za
Krughavą.
Pomieszczenie znajdujące się za nimi było obszerne. Wszystkie widoczne
meble - a było ich bardzo wiele - wyglądały, jakby wykonano je z połączonych stawami segmentów, jakby można je było złożyć na płasko albo
rozmontować. Nie zmniejszało to jednak ich delikatnego piękna. Wszystkie
drewniane powierzchnie powleczono lśniącym kremowym lakierem,
przywodzącym Tarczy Kowadłu na myśl polerowaną kość słoniową.
Czekało na nich dwóch dygnitarzy siedzących z jednej strony
prostokątnego stołu. Na blacie ustawiono puchary z kutego srebra, po
jednym przed każdym krzesłem. Za siedzącymi mężczyznami stali dwaj
słudzy. Dwaj kolejni zajęli miejsca za krzesłami przeznaczonymi dla
Zgubańczyków.
Na ścianach po lewej i prawej stronie rozwieszono gobeliny, przywiązane
luźno do drewnianych ram. Uwagę Tanakaliana przyciągnął fakt, że
przedstawione na nich bezludne ogrody lekko falowały. Uświadomił sobie,
że wyszyto je na cieniutkim jedwabiu, a same obrazy pobudzał ruch
powietrza. Po obu stronach stołu płynęła w kamiennych rynnach woda,
kwiaty kołysały się na niewyczuwalnych prądach powietrza, a liście
poruszały się lekko. Intensywne wonie wzmacniały dodatkowo iluzję
ogrodu. Nawet sączące się przez tkaninę światło było wzbogacone
delikatnymi cętkami.
Rzecz jasna, na kimś takim, jak Śmiertelny Miecz Krughava, podobne
subtelności nie robiły wrażenia, być może nawet były jej obojętne. Gdy
szedł za nią ku krzesłom, skojarzyła mu się nieprzyjemnie z przedzierającym się przez chaszcze dzikiem.
Obaj dygnitarze wstali jednocześnie, akurat na czas, by okazać szacunek
pobrzękującym zbrojami gościom.
Krughava przemówiła pierwsza, w języku handlowym:
- Jestem Krughava, Śmiertelny Miecz Szarych Hełmów. - Zdjęła ciężkie
żelazne rękawice. - Towarzyszy mi Tarcza Kowadło Tanakalian.
Słudzy nalali wszystkim ciemnego płynu z jednej z trzech karafek. Gdy
bolkandyjscy posłowie ujęli w dłonie puchary, Krughava i Tanakalian
podążyli za ich przykładem.
- Witajcie, Śmiertelny Mieczu i Tarczo Kowadło - odparł w tym samym
języku siedzący po lewej mężczyzna. Wyglądał na z górą sześćdziesiąt
lat. Jego czoło i policzki naznaczyły wysadzane klejnotami blizny. -
Jestem Rava, kanclerz Królestwa Bolkando. Reprezentuję podczas tych
rokowań króla Tarkulfa. - Wskazał na znacznie młodszego towarzysza. - A to jest zdobywca Avalt, głównodowodzący Armii Królewskiej.
Łatwo było zauważyć, że Avalt jest z zawodu żołnierzem. Na dodatek do
kolczej opończy, takiej samej jak u wartowników na korytarzu, nałożył
naramienniki i nagolennice. Dwóm nożom do rzucania, o pozbawionych ozdób
trzonkach wygładzonych od długiego używania, towarzyszyły krótki miecz
noszony w pochwie pod prawą pachą oraz kordelas pod lewą. Jego dłonie od
nadgarstka aż po kłykcie, a także cztery palce, osłaniały homarowe
rękawice, górne połowy kciuków chroniły zaś prostokątne żelazne
naparstki. Hełm zdobywcy leżał na stole. Łebkę wyposażono w szerokie
policzki, a także nosal wykuty na podobieństwo węża o dziwnie szerokiej
głowie. Twarz wojownika pokrywały liczne ozdobne blizny, efekt psuł
jednak szeroki ślad po uderzeniu miecza, przebiegający ukośnie przez
prawy policzek. Widoczne w kości policzkowej zagłębienie świadczyło, że
cios był potężny.
Gdy powitania dobiegły końca, Bolkandyjczycy unieśli puchary i wszyscy
się napili.
Płyn smakował obrzydliwie. Tanakalian z trudem stłumił mdłości.
Kanclerz uśmiechnął się na widok min Szarych Hełmów.
- Tak, to paskudztwo, nieprawdaż? Krew czternastej córki króla zmieszana
z żywicą królewskiego drzewa hava. Tego samego, którego cierniem
przebito jej żyłę szyjną. - Przerwał na chwilę. - To bolkandyjski
zwyczaj. Dla uhonorowania formalnych negocjacji król poświęca jedno ze
swoich dzieci na dowód, że zależy mu na wyniku.
Krughava odstawiła puchar z większą siłą, niż to było konieczne, ale nie
odezwała się ani słowem.
Tanakalian odchrząknął.
- Choć owo poświęcenie nas zaszczyca, kanclerzu, nasze zwyczaje
wymagają, byśmy uczcili teraz chwilą żałoby śmierć czternastego dziecka
króla. Zgubańczycy nie przelewają krwi przed rozpoczęciem negocjacji,
ale zapewniam, że nasze słowo, gdy już je damy, jest równie wiążące.
Jeśli pragniecie jakiegoś potwierdzającego gestu, nie mam pojęcia, co
wam ofiarować.
- To nie będzie potrzebne, przyjaciele - zapewnił z uśmiechem Rava. -
Wszyscy mamy w sobie krew dziewiczego dziecka, czyż nie tak?
Słudzy napełnili drugi z trzech pucharów ustawionych przed każdym z nich. Tanakalian zauważył, że Krughava zesztywniała. Tym razem jednak
płyn był klarowny i biła od niego delikatna kwietna woń.
Kanclerz, który z pewnością nie był ślepy na nagłe skrępowanie
Zgubańczyków, uśmiechnął się ponownie.
- To nektar kwiatów sharada rosnących w Królewskim Ogrodzie. Przekonacie
się, że znakomicie oczyszcza podniebienie.
Wszyscy wypili. Słodko-cierpkie wino faktycznie przyniosło im ulgę.
- Sharady karmi się wyłącznie płodami poronionymi przez żony króla,
pokolenie po pokoleniu - ciągnął kanclerz. - Ta praktyka trwa już od
siedmiu generacji.
Tanakalian cmoknął cicho na znak ostrzeżenia, widząc, że opanowanie
Krughavy leży w gruzach i kobieta jest o krok od ciśnięcia srebrnym
pucharem kanclerzowi w twarz. Szybko odstawił własny kielich, z pewnym
wysiłkiem wyszarpnął puchar z jej rąk i postawił go na stole.
Słudzy wypełnili następne kielichy czymś, co dla Tanakaliana wyglądało
jak zwykła woda. Rzecz jasna, w tej chwili owa obserwacja nie uspokoiła
go tak bardzo, jakby tego pragnął.
A dla ostatecznego oczyszczenia woda z Królewskiej Studni, w której
spoczywają gnijące kości setki zmarłych monarchów! Pyszna!
- To woda źródlana - oznajmił kanclerz z lekkim napięciem w łagodnym
głosie. - Na wypadek gdybyśmy poczuli się spragnieni od nadmiaru słów.
Usiądźmy, proszę. Gdy już skończymy rozmowę, pożywimy się najlepszymi
potrawami, jakie ma do zaoferowania nasze królestwo.
Jądrami szóstego syna! Lewą piersią trzeciej córki!
Tanakalian niemal usłyszał jęk Krughavy.
* * *
Słońce chyliło się już ku zachodowi, gdy wypowiedziano ostatnie
pożegnania i dwoje barbarzyńców pomaszerowało z powrotem do łodzi.
Kanclerz Rava i zdobywca Avalt odprowadzili Zgubańczyków dokładnie do
połowy drogi i zatrzymali się tam, obserwując, jak goście spychają
prymitywną łódź na wodę. Kołysała się przez chwilę na falach, aż
wreszcie wioślarze znaleźli właściwy rytm. Obaj dygnitarze odwrócili się
i wrócili nieśpiesznie do namiotu.
- To ciekawe, prawda? - wyszeptał Rava. - Ta ich szalona potrzeba
wędrówki na wschód.
- Bez względu na wszelkie ostrzeżenia - zgodził się Avalt, kręcąc głową.
- Co powiemy staremu Tarkulfowi? - zapytał kanclerz.
Zdobywca wzruszył ramionami.
- Żeby dał głupcom, czego pragną, rzecz jasna, i ograniczył do minimum
targowanie się o cenę. Poradzę też, byśmy wynajęli w Umowie flotę
ratowniczą, która popłynie za ich okrętami, przynajmniej do granic Morza
Pelasiar.
Rava chrząknął.
- Świetny pomysł, Avalt.
Wrócili do namiotu i ruszyli korytarzem do głównego przedziału. Znowu
mogli się czuć bezpiecznie w towarzystwie sług, którym przekłuto błony
bębenkowe i wycięto języki. Zawsze jednak mogli się trafić szpiedzy
umiejący czytać z ruchu warg, co, rzecz jasna, oznaczało, że czterej
nieszczęśnicy będą musieli umrzeć przed zachodem słońca.
- Przewidujesz jakieś problemy, jeśli chodzi o te ich lądowe siły, które
mają przejść przez królestwo? - zapytał Rava, znowu siadając na krześle.
Avalt wziął drugą karafkę i nalał im trochę wina.
- Nie. Ci Zgubańczycy cenią honor bardzo wysoko. Dotrzymają słowa,
przynajmniej podczas marszu w tamtą stronę. Ci, którzy wrócą z Pustkowi,
o ile w ogóle ktoś wróci, nie będą mogli zrobić wiele poza poddaniem się
naszej woli. Odbierzemy im wszystkie kosztowności, wykastrujemy ich i sprzedamy D'rheshom w niewolę.
- Pod warunkiem, że Tarkulf o niczym się nie dowie - odparł Rava,
krzywiąc się. - Daliśmy się całkowicie zaskoczyć, gdy ci ich sojusznicy
wpadli na nasze siły.
Avalt skinął głową, przypominając sobie nagłe starcie, do którego doszło
podczas długiego marszu ku granicom Imperium Letheryjskiego. Zgubańczycy
byli barbarzyńcami, ale Khundryli z Wypalonych Łez trudno było w ogóle
uznać za ludzi. Mimo to Tarkulf - przekleństwo na jego pokrytą łuskami
krokodylą skórę - wyraźnie ich polubił. Wtedy właśnie zaczął się ten
koszmar. Zdaniem Avalta nie mogło być nic gorszego niż król osobiście
dowodzący armią. Każdej nocy w obozach dziesiątki szpiegów i skrytobójców toczyły okrutną, lecz z reguły bezgłośną wojnę. Co rano
okoliczne bagna wypełniały trupy oraz wrzeszczące głośno padlinożerne
ptactwo. A Tarkulf wciągał w płuca głęboki haust chłodnego, porannego
powietrza i spoglądał z uśmiechem na bezchmurne niebo. Tępogłowy,
bredzący od rzeczy dureń.
Teraz jednak - chwała dziewięciogłowej bogini - król wrócił do pałacu i znowu zajął się obgryzaniem żabich udek, Wypalone Łzy zaś rozbiły obóz
po drugiej stronie koryta rzeki, za północno wschodnimi mokradłami,
gdzie umierały od bagiennej gorączki i tak dalej.
Rava dopił wino i nalał sobie jeszcze.
- Widziałeś jej twarz, Avalt?
Zdobywca skinął głową.
- Poronione płody... krew czternastej córki... zawsze miałeś bujną, choć
dość okrutną wyobraźnię.
- Do soku pasowego trzeba się przyzwyczaić, Avalt. Cudzoziemcom rzadko
smakuje. Muszę z niechęcią przyznać, że trochę mi zaimponowało, że żadne
z nich nie wyrzygało tego paskudztwa.
- Zaczekaj, aż pojawi się w nowych bliznach na ich skórze.
- To mi o czymś przypomniało. Gdzie się podział ich Boży Jeździec?
Spodziewałem się, że wielki kapłan będzie im towarzyszył.
Rava wzruszył ramionami.
- Jak dotąd nie udało się nam zinfiltrować ich szeregów, więc nie
potrafię ci odpowiedzieć na to pytanie. Gdy już wyjdą na brzeg i wkroczą
na teren naszego królestwa, będziemy mieli mnóstwo markietanek i tragarzy, którzy przekażą nam wszystko, co musimy wiedzieć.
Avalt usiadł wygodniej, a potem zerknął na kanclerza.
- Czternasta? To Felash, tak? Dlaczego akurat ona, Rava?
- Ta suka odrzuciła moje awanse.
- Nie mogłeś jej po prostu ukraść?
Pomarszczona twarz Ravy wykrzywiła się w grymasie złości.
- Próbowałem. Zapamiętaj sobie moje ostrzeżenie, zdobywco. Nigdy nie
próbuj się przedostać przez służki przydzielone królewskiej krwi. Świat
nie zna okrutniejszych skrytobójców. Oczywiście wieści do mnie dotarły...
moich agentów przez trzy dni i cztery noce poddawano najohydniejszym
torturom. Na dodatek te suki miały czelność przysłać mi butelkę z ich
marynowanymi oczami! Skandal!
- Czy odpłaciłeś im tą samą monetą? - zapytał Avalt. Upił łyk wina, by
ukryć dreszcz zgrozy.
- Z pewnością nie. Posunąłem się za daleko, kierując ku niej swą żądzę,
i udzielono mi zwięzłej nauczki. Zapamiętaj to sobie, młody wojowniku.
Nie każdy policzek musi się stać początkiem krwawej wendety.
- Zawsze zapamiętuję wszystko, co mówisz, przyjacielu.
Obaj mężczyźni pociągnęli kolejny łyk zatopieni we własnych myślach.
I bardzo dobrze.
* * *
Sługa stojący za kanclerzem, nieco na prawo od niego, godził się właśnie
ze swym bogiem, wykonawszy już trudne zadanie wymiany zakodowanych w serii mrugnięć wiadomości z towarzyszem stojącym po drugiej stronie
stołu. Świetnie wiedział, że za chwilę poderżną mu gardło. W czasie, gdy
dwa węże odprowadzały Zgubańczyków do łodzi, zdążył przekazać noszącej
tacę dokładną relację ze wszystkiego, co tu powiedziano. Kobieta
przygotowywała się już do wyruszenia w niebezpieczną drogę powrotną do
stolicy.
Być może kanclerz Rava, który już raz posunął się za daleko, był skłonny
pogodzić się z nauczką, jaką oprawcy służący pani Felash udzielili jego
nieudolnym szpiegom. Niestety, pani była innego zdania.
Powiadano, że penis Ravy wygląda równie atrakcyjnie jak brzuch
wypatroszonego węża. Sama myśl o tym, że ów robak miałby się wspiąć po
jej udzie, wprawiła czternastą córkę króla w pełną oburzenia furię.
Zgrzybiałego kanclerza czekało jeszcze wiele nauczek.
Życie w maleńkim królestwie Bolkando było jednym pasmem przygód.
* * *
Yan Tovis miała ochotę dokończyć makabryczną rzeź rozpoczętą przez jej
brata, nie było jednak pewne, czyby jej się to udało, Pully i Skwish
wpadły bowiem we wściekłą, szaloną furię. Pluły, przeklinały i wykonywały fragmenty morderczego tańca, lejąc na wszystkie strony
strumieniami moczu, aż wreszcie ściany z niewyprawionych skór zrobiły
się ciemne jak wino. Buty do konnej jazdy noszone przez Pomrokę również
zrobiły się mokre, ale były lepiej przystosowane do znoszenia podobnych
afrontów. Jej cierpliwość nie była jednak aż tak odporna.
- Dość już tego!
Obie wykrzywione twarze zwróciły się ku niej.
- Musimy go doścignąć! - warknęła Pully. - Krwawe klątwy! Trucizny
powodujące zgniliznę, cierniowe ryby! Dziewięć nocy bólu! Dziewięć i jeszcze dziewięć!
- Wygnałam go - oznajmiła Yan Tovis. - Sprawa zamknięta.
Skwish wykasłała grudkę flegmy i wypuściła ją z ust, odwracając
gwałtownie głowę. Flegma wylądowała na ścianie, tuż na lewo od Pomroki.
Yan Tovis warknęła gniewnie, sięgając po miecz.
- To był przypadek! - wrzasnęła Pully.
Skoczyła na siostrę i zderzyła się z nią, odpychając pobladłą nagle
czarownicę na bok.
Yan Tovis z trudem oparła się pokusie wyjęcia oręża. Nie znosiła się
gniewać, nie cierpiała tracić panowania nad sobą, zwłaszcza że, gdy jej
wściekłość raz się przebudziła, niemal nie sposób było jej powstrzymać.
W tej chwili znalazła się na skraju wybuchu. Jeszcze jedna zniewaga - na
Zbłąkanego, nawet nieostrożna mina - i zabije obie czarownice.
Pully najwyraźniej miała wystarczająco wiele rozsądku, by zauważyć
groźbę, bo ciągle odpychała Skwish do tyłu, aż wreszcie obie znalazły
się pod przeciwległą ścianą chaty. Potem odwróciła się, kiwając głową.
- Przepraszam, królowo, serdecznie przepraszam. To żal, Wasza Wysokość,
i, jestem pewna, też żal, a być może nawet szok, obudził jad w tych
starych żyłach. Przepraszam, w imieniu własnym i Skwish. To straszliwa
historia, straszliwa historia!
Yan Tovis zdołała cofnąć dłoń od rękojeści miecza.
- Nie mamy czasu na takie rzeczy - oznajmiła z przygnębieniem. -
Shake'owie stracili całe zgromadzenie czarownic i czarnoksiężników,
pomijając tylko was dwie. Straciliśmy też Wachtę. Zostałyśmy my trzy.
Królowa i dwie czarownice. Musimy porozmawiać o tym, co zrobić teraz.
- I powiedziano, że morze jest ślepe na brzeg i tak samo ślepe na
Shake'ów, a jego wody wciąż się podnoszą, Wasza Wysokość - zgodziła się
Pully, kiwając energicznie głową. - Szóste proroctwo...
- Szóste proroctwo! - wysyczała Skwish, wyrywając się siostrze i łypiąc
ze złością na Yan Tovis. - A co z piętnastym? Z Nocą Krwi Krewniaczej?
"Wody wzbiorą, brzeg zatonie, w jedną noc wszystko pochłonie morze i świat spłynie czerwienią! Krewni zwrócą się przeciwko krewnym, rzeź
naznaczy Shake'ów i wszyscy utoną! W powietrzu niezdatnym do
oddychania". Cóż może być mniej zdatne do oddychania niż morze? Twój
brat zabił nas wszystkich i nas wszystkich!
- Wygnałam go - odparła Pomroka bezbarwnym tonem. - Nie mam już brata.
- Potrzebujemy króla! - zawyła Skwish, rwąc włosy z głowy.
- Nie potrzebujemy!
Obie czarownice zamarły przerażone gwałtownością Yan Tovis, wstrząśnięte
jej słowami.
Pomroka zaczerpnęła głęboko tchu. Nie była w stanie ukryć drżenia rąk
ani gwałtowności ogarniającej ją furii.
- Nie jestem ślepa na morze - zaczęła. - Wysłuchajcie mnie obie! Bądźcie
cicho i słuchajcie! Wody rzeczywiście wzbierają. To niezaprzeczalny
fakt. Brzeg tonie, zgodnie z zapowiedzią połowy proroctw. Nie jestem tak
głupia, by ignorować mądrość starożytnych jasnowidzów. Shake'owie mają
kłopoty. Na nas, na mnie i na was dwie, spada obowiązek znalezienia
wyjścia. Dla naszego ludu. Swary muszą się skończyć. Jeśli nie
potraficie natychmiast zapomnieć o tym, co się wydarzyło, nie będę miała
innego wyjścia, jak was wygnać.
Gdy tylko wypowiedziała to ostatnie słowo, zauważyła ze sporą
satysfakcją, że obie czarownice usłyszały coś innego, coś znacznie
brutalniejszego i bardziej ostatecznego.
Skwish oblizała wyschnięte wargi. Potem wyraźnie oklapła pod ścianą
chaty.
- Trzeba uciekać z brzegu, królowo.
- Wiem o tym.
- Musimy stąd odejść. Wyślij wieści na wyspę, zwołaj wszystkich
Shake'ów. Musimy i znowu musimy wyruszyć w ostatnią podróż.
- Ostatnia podróż - wyszeptała Pully. - Jak w proroctwach.
- Tak. Wieśniacy grzebią już ciała. Będziecie musiały odmówić modlitwy
zamknięcia. Potem zajmę się statkami. Sama popłynę na Trzecią Wyspę
Dziewiczą. Musimy zorganizować ewakuację.
- Tylko Shake'ów!
- Nie, Pully. Morze pochłonie tę cholerną wyspę w całości. Zabierzemy ze
sobą wszystkich.
- Więzienna hołota!
- Mordercy, bumelanci, śmieciogrzeby, dziurojebcy!
Yan Tovis przeszyła obie jędze wściekłym spojrzeniem.
- Nic nie szkodzi.
Żadna z czarownic nie zdołała wytrzymać jej wzroku. Po chwili Skwish
zaczęła się skradać do wyjścia.
- Modlitwy i, tak jest, modlitwy. Za zabite zgromadzenie i za wszystkich
Shake'ów na brzegu.
Gdy tylko Skwish się wymknęła, Pully dygnęła upiornie i popędziła za
siostrą.
Yan Tovis znowu została sama. Osunęła się na stołek w kształcie kulbaki
służący jej jako tron. Chciało jej się płakać z frustracji, gniewu i bólu. Nie, nie płakałaby nad sobą. Znowu straciła brata. Znowu.
Och, niech cię szlag, Yedan.
Jeszcze bardziej przygnębiał ją fakt, że chyba rozumiała jego motywy. W jedną krwawą noc Wachta położył kres kilkunastu groźnym spiskom mającym
na celu doprowadzenie do jej upadku. Jak mogłaby go za to nienawidzić?
A jednak mogę. Za to, że nie stoisz już u mojego boku, bracie. Teraz,
gdy brzeg tonie. Teraz, gdy najbardziej cię potrzebuję.
No cóż, łzy królowej nikomu nie przyniosłyby pożytku. W końcu prawdziwa
pomroka nie była czasem na litość. Na żal być może, ale z pewnością nie
na litość.
A jeśli starożytne proroctwa mówiły prawdę?
W takim przypadku jej Shake'om, złamanym, zdziesiątkowanym i zagubionym,
było przeznaczone zmienić świat.
A ja muszę ich poprowadzić. Z dwiema zdradzieckimi czarownicami u boku.
Muszę poprowadzić swój lud jak najdalej od brzegu.
* * *
Po nadejściu ciemności pod nocne niebo wzbiły się dwa smoki. Jeden był
biały jak kość, a pod złocistymi łuskami drugiego gorzał nienasycony
ogień. Zatoczyły krąg wokół skupiska migotliwych ognisk, jakim była
osada Imassów, a potem pomknęły na wschód.
Stojący na wzgórzu mężczyzna odprowadzał je spojrzeniem, aż wreszcie
zniknęły mu z oczu. Po chwili podszedł do niego drugi.
Nawet jeśli płakali, ciemność ukryła tę prawdę blisko serca.
Ze wzgórz dobiegło triumfalne kaszlnięcie emlavy. Bestia oznajmiła
światu, że upolowała zdobycz. Na ziemię spłynęła gorąca krew, oczy
zaszły mgłą i coś, co żyło na wolności, przestało żyć.