Pył snów. Opowieści z Malazańskiej Księgi Poległych. Tom 9 - Steven Erikson

Kup ebooka

62.90 zł
53.47 zł (50,22 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział trzeci

Roz­dział trzeci

Tego ostat­niego dnia tyran powie­dział prawdę.

Jego dziecko, przy­byłe z mrocz­nego świata,

Wzno­siło się teraz jako cho­rą­giew przed murami ojca,

A z każ­dego okna wyła­niały się pło­mie­nie, drwiące jak

cele­branci.

Na scenę spa­dło tysiąc tysięcy gar­ści popiołu.

Powia­dają, że krew nie zna wspo­mnień ani wier­no­ści.

I tak oto tego ostat­niego dnia tyran ujrzał prawdę.

Syn zro­dził się w ciem­nej kom­na­cie przy akom­pa­nia­men­cie

kobie­cych krzy­ków

I cho­dził po mrocz­nej twier­dzy, wypeł­nia­jąc kory­ta­rze

echami bólu,

Po to tylko, by uciec bez­k­się­ży­cową nocą pod osłoną kap­tura

Przed ciężką pię­ścią i okrutną twa­rzą swego pana.

Pomiot dowiódł wszyst­kim, że cień sięga daleko,

Ale wraca do strasz­li­wego twórcy jesz­cze głęb­szy,

Bo pra­gnie tego samego, to prawda oczy­wi­sta i zara­zem ślepa.

Tyrani i święci jed­na­kowo muszą paść na zie­mię,

A ich ostat­nie tchnie­nia pochła­nia kolejno cień

Śmier­tel­nego spo­czynku, w któ­rym prawda unie­ru­cha­mia ich

Na łożu z kamie­nia.

Słońce wędruje daleko Restlo Faran

- Od two­ich poca­łun­ków drę­twieją mi usta.

- To przez goź­dziki - wyja­śniła Shurq Elalle, sia­da­jąc na brzegu łóżka.

- Zęby cię bolą?

- Niczego takiego nie zauwa­ży­łam. - Przyj­rzała się leżą­cym na pod­ło­dze ubra­niom, dostrze­gła swe noga­wice i się­gnęła po nie. - Wkrótce wyma­sze­ru­je­cie?

- Naprawdę? Pew­nie tak. Przy­boczna nie ma zwy­czaju wta­jem­ni­czać nas w swoje plany.

- To przy­wi­lej dowódcy.

Wstała, by wcią­gnąć noga­wice. Marsz­czyła brwi, pod­ska­ku­jąc na jed­nej nodze, by się w nie wci­snąć. Czyżby przy­tyła? Czy coś takiego w ogóle było moż­liwe?

- To ci dopiero był słodki taniec. Mam chętkę pochy­lić się i...

- Nie radzę, kocha­nie.

- A dla­czego?

Bo zdrę­twieje ci cała twarz.

- Hmm... kobieta musi mieć parę tajem­nic.

A przy­naj­mniej tę jedną.

- Mam też chętkę tu zostać - dodał Mala­zań­czyk.

Shurq pochy­liła się nisko, by zawią­zać buty, i skrzy­wiła się z nie­sma­kiem.

- Nawet nie nade­szła pół­noc, kapi­ta­nie. Nie pla­no­wa­łam spo­koj­nego wie­czoru w domu.

- Jesteś nie­na­sy­cona. Gdy­bym był choć w poło­wie takim męż­czy­zną, jakim pra­gnął­bym być...

Uśmiech­nęła się. Na tego męż­czy­znę trudno było się gnie­wać. Przy­zwy­cza­iła się nawet do jego wiel­kich nawo­sko­wa­nych wąsów i nie­kształt­nego nosa. Miał jed­nak rację, choć nawet sobie nie wyobra­żał dla­czego. Zaiste była nie­na­sy­cona. Pocią­gnęła za kami­zelkę z jele­niej skóry, zaci­ska­jąc pasy poni­żej piersi.

- Ostroż­nie, bo trudno ci będzie oddy­chać, Shurq. Kap­tur wie, że tutej­sza moda ma chyba na celu wyka­stro­wa­nie kobiet. Czy to wła­ściwe słowo? Wyka­stro­wa­nie? Wygląda na to, że wszystko zostało zapro­jek­to­wane z myślą o tym, by was uwię­zić, uwię­zić waszego ducha, jakby wolne kobiety były z jakie­goś powodu zagro­że­niem.

- Robimy to sobie same, kocha­nie - odparła, przy­pi­na­jąc pas z bro­nią. Potem pod­nio­sła z pod­łogi pele­rynę i strzep­nęła ją. - Wyobraź sobie dzie­sięć kobiet, naj­lep­szych przy­ja­ció­łek. Jedna wycho­dzi za mąż i, nim zdą­żysz się zorien­to­wać, już jest na szczy­cie. Sie­dzi na swym mał­żeń­skim tro­nie, uśmie­cha­jąc się z samo­za­do­wo­le­niem. I wkrótce dzie­więć pozo­sta­łych rów­nież zaczyna szu­kać męża. - Zarzu­ciła pele­rynę na plecy i zapięła ją na ramio­nach. - A Kró­lowa Totalna Jędza dalej sobie sie­dzi i z apro­batą kiwa głową.

- Histo­ria? Aja­jaj. Ale to ni­gdy nie trwa długo.

- Naprawdę?

- Jasne. Wszystko wygląda pięk­nie do chwili, gdy mąż uciek­nie z jedną z tych przy­ja­ció­łek.

Prych­nęła, a potem zaklęła szpet­nie.

- Cho­lera, mówi­łam, żebyś mnie nie roz­śmie­szał.

- Nic nie zmąci dosko­na­ło­ści two­jej twa­rzy, Shurq Elalle.

- Wiesz, jak to mówią, Rutha­nie Gudd. Sta­rość ściga nas wszyst­kich.

- Jakaś stara jędza poluje na cie­bie? Nie zauwa­ży­łem niczego w tym rodzaju.

- Jesteś naprawdę słodki, Ruthan, nawet gdy opo­wia­dasz pier­doły - odparła, rusza­jąc ku drzwiom. - Chcia­łam powie­dzieć, że kobiety z reguły nie lubią kobiet. Nie naprawdę, nie w ogól­nym sen­sie. Jeśli któ­raś z nich założy łań­cu­chy, maluje je na złoto i ze wszyst­kich sił stara się zakuć w nie też inne kobiety. To nasza paskudna wro­dzona cecha. Zamknij drzwi, jak będziesz wycho­dził.

- Już mówi­łem. Mam zamiar zostać do rana.

Coś w jego gło­sie kazało Shurq się odwró­cić. Jej pierw­szą reak­cją byłoby wyko­pa­nie go na ulicę, choćby tylko po to, by pod­kre­ślić fakt, że był gościem, a nie prze­klę­tym przez Zbłą­ka­nego domow­ni­kiem. Usły­szała jed­nak w gło­sie męż­czy­zny ton twardy jak żelazo.

- Jakieś pro­blemy w mala­zań­skich kosza­rach, kapi­ta­nie?

- W pie­cho­cie mor­skiej jest bie­gły adept...

- Bie­gły w czym? Mógł­byś mi go przed­sta­wić?

Odwró­cił wzrok i wypro­sto­wał się powoli w łóżku, opie­ra­jąc się ple­cami o wez­gło­wie.

- To nasza wer­sja rzu­ca­ją­cego Płytki. Tak czy ina­czej, przy­boczna zarzą­dziła... rzu­ca­nie. Dziś w nocy. Powinno już się zaczy­nać.

- I?

Męż­czy­zna wzru­szył ramio­nami.

- Może jestem prze­sądny, ale ten pomysł mnie nie­po­koi.

Nic dziw­nego, że wyka­za­łeś tyle zapału.

- I chcesz się trzy­mać jak naj­da­lej.

- Ehe.

- W porządku, Ruthan. Mam nadzieję, że wrócę przed świ­tem. Zjemy razem śnia­da­nie.

- Dzię­kuję, Shurq. Aha, dobrze się baw i posta­raj się nie prze­mę­czyć.

To mało praw­do­po­dobne, kocha­nie.

- Dobrze wypocz­nij - dodała, otwie­ra­jąc drzwi. - Rano będziesz potrze­bo­wał sił.

Zawsze dobrze było coś im dać przed wyj­ściem. Coś, co pobu­dzi ich ocze­ki­wa­nia, albo­wiem ocze­ki­wa­nia sku­tecz­nie ośle­piały męż­czyzn na pewne oczy­wi­ste nie­re­gu­lar­no­ści jej, hmm, pra­gnień. Zeszła na dół. Goź­dziki. To śmieszne. Będzie konieczna kolejna wizyta u Selush. Utrzy­my­wa­nie ciała Shurq Elalle w odpo­wied­nim sta­nie sta­wało się coraz bar­dziej skom­pli­ko­wane, nie wspo­mi­na­jąc już o strasz­li­wych kosz­tach.

Gdy wyszła na dwór, zasko­czył ją widok potęż­nej postaci wyła­nia­ją­cej się z mrocz­nej niszy.

- Ublala! Na cie­nie Pustego Tronu, prze­stra­szy­łeś mnie. Co tu robisz?

- Kto to jest? - zapy­tał olbrzym. - Jeśli chcesz, zabiję go dla cie­bie.

- Nie chcę. Czy znowu za mną łazi­łeś? Posłu­chaj, już ci wszystko tłu­ma­czy­łam, tak?

Ublala Pung spu­ścił wzrok, spo­glą­da­jąc na wła­sne stopy. Wymam­ro­tał coś nie­zro­zu­mia­łego.

- Słu­cham?

- Tak. Powie­dzia­łem "tak", kapi­ta­nie. Och, chcę już stąd uciec!

- Myśla­łam, że Tehol przy­jął cię do Gwar­dii Pała­co­wej - odparła, pró­bu­jąc odwró­cić jego uwagę.

- Nie lubię czy­ścić butów.

- Ublala, musisz to robić tylko raz na kilka dni. Albo możesz komuś zapła­cić...

- Nie moich butów. Całej reszty.

- Innych gwar­dzi­stów?

Ski­nął głową z ponurą miną.

- Ublala, chodź ze mną, posta­wię ci kolejkę. Albo i trzy. - Ruszyli ulicą w stronę mostu nad kana­łem. - Posłu­chaj, ci gwar­dzi­ści po pro­stu wyko­rzy­stują twoją życz­li­wość. Nie musisz czy­ścić im butów.

- Naprawdę?

- Tak. Ty też jesteś gwar­dzi­stą. Gdyby Tehol się dowie­dział... No cóż, naj­le­piej powiedz swym towa­rzy­szom, że pomó­wisz o tym ze swym naj­lep­szym przy­ja­cie­lem, kró­lem.

- On jest moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem, prawda? Dał mi kurę.

Prze­szli przez most, opę­dza­jąc się od rojów much, i ruszyli aleją bie­gnącą wzdłuż jed­nego z noc­nych tar­go­wisk. Shurq zauwa­żyła, że kręci się tam wię­cej mala­zań­skich żoł­nie­rzy niż zwy­kle.

- Tak jest. Kurę. Ktoś taki jak Tehol nie podzieli się kurą z byle kim, prawda?

- Nie wiem. Może i tak.

- Nie, nie, Ublala, uwierz mi, masz wysoko posta­wio­nych przy­ja­ciół. Króla, kanc­le­rza, cedę, kró­lową, Kró­lew­skiego Mie­cza. Każdy z nich z rado­ścią podzie­liłby się z tobą kurą. Idę o zakład, że dla two­ich towa­rzy­szy z gwar­dii nie byliby tacy szczo­drzy.

- To zna­czy, że nie muszę czy­ścić butów?

- Tylko wła­sne. Albo możesz komuś za to zapła­cić.

- A co z łata­niem mun­du­rów? Ostrze­niem mie­czy i noży? Albo pra­niem bie­li­zny...

- Prze­stań! Nie musisz robić żad­nej z tych rze­czy. Chcę, żebyś poga­dał z któ­rymś ze swych przy­ja­ciół. Wszystko jedno z któ­rym. Z Teho­lem, Bug­giem, Bry­sem albo Janath. Zro­bisz to dla mnie? Powiesz im, do czego cię zmu­szają inni straż­nicy?

- Zgoda.

- W porządku. Te skur­czy­byki, twoi towa­rzy­sze z Gwar­dii będą mieli poważne kło­poty. O, ten bar będzie w sam raz. Mają tu ławy zamiast krze­seł, więc nie ugrzęź­niesz jak poprzed­nim razem.

- Świet­nie. Jestem spra­gniony. Dobra z cie­bie przy­ja­ciółka, Shurq. Chcę mieć z tobą seks.

- To słod­kie. Ale pamię­taj, że mnó­stwo męż­czyzn ma ze mną seks. Nie możesz się tym przej­mo­wać, jasne?

- Zgoda.

- Ublala...

- Zgoda. Obie­cuję.

* * *

Grupka żoł­nie­rzy jechała powol­nym kłu­sem w stronę Lethe­ras. Cału­śnica sie­działa bez­wład­nie w sio­dle. Nie chciała patrzeć na sio­strę, by poczu­cie winy nie zalało jej cał­ko­wi­cie, wcią­ga­jąc jej duszę w pustkę.

Od początku wie­działa, że Sin­ter podąży za nią wszę­dzie. Gdy kara­wana wer­bow­ni­ków wto­czyła się do ich wio­ski w dżun­glach Dal Hon, no cóż, to była kolejna próba, jakiej pod­dała owo skry­wane prze­ko­na­nie. Naj­gor­szy był fakt, że zacią­gnęła się do pie­choty mor­skiej pod wpły­wem cho­ler­nego kaprysu. Skło­niły ją do tego miej­scowe kło­poty, zacie­śnia­jąca się spi­rala podej­rzeń, w któ­rej sercu zna­la­złby się nie kto inny, tylko sama Cału­śnica, prze­klęta "druga" kobieta, ukryta na skraju rodziny niczym uśmiech­nięty cień. Och, mogłaby prze­żyć skan­dal. Wystar­czy­łoby jesz­cze jedno potrzą­śnię­cie głową i kilka nie­ostroż­nych gestów. Nie cho­dziło o to, że kochała tego męż­czy­znę. Wszyst­kie leśne duchy wie­działy, że cudzo­łoż­nik nie jest wart miło­ści kobiety, ponie­waż żyje tylko dla sie­bie i nie jest skłonny do poświę­ceń w imię honoru żony i dzieci. Nie, jej motywy były zde­cy­do­wa­nie mniej roman­tyczne.

Nuda oka­zała się okrut­nym paste­rzem. Jej rózga ni­gdy nie prze­sta­wała ude­rzać. Pożą­da­nie zaka­za­nego owocu dodało do kie­ru­ją­cych Cału­śnicą impul­sów kolejny mroczny cień. Od początku wie­działa, że nadej­dzie czas, gdy ją wygnają z wio­ski i sta­nie się wyrzut­kiem. Podobny los nie rów­nał się już wyro­kowi śmierci, sze­roki świat leżący za dżun­glą ofia­ro­wał bowiem liczne szlaki ucieczki. Impe­rium Mala­zań­skie było ogromne, miało miliony oby­wa­teli miesz­ka­ją­cych na trzech kon­ty­nen­tach. Tak jest, była świa­doma, że może bez pro­ble­mów znik­nąć w tej bło­go­sła­wio­nej ano­ni­mo­wo­ści. Wie­działa też, że ni­gdy nie będzie sama. Sin­ter - zawsze zaradna i prak­tyczna - będzie zna­ko­mi­tym wspar­ciem w jej przy­go­dach. Co wię­cej, Biały Sza­kal wie­dział, że jej sio­stra była piękna i we dwie ni­gdy nie musia­łyby się uskar­żać na brak męskiego towa­rzy­stwa.

Wer­bow­nicy ofia­ro­wali szansę szyb­kiej ucieczki. Zja­wili się w for­tun­nym momen­cie i z rado­ścią zgo­dzili się pokryć koszty podróży. Dla­tego Cału­śnica zła­pała hienę za ogon.

A Sin­ter oczy­wi­ście podą­żyła za jej przy­kła­dem.

I na tym powi­nien być koniec. Nie­stety, ich śla­dem toro­wym popły­nął Badan Gruk. Dureń zako­chał się w Sin­ter.

Gdyby Cału­śnicy chciało się zasta­no­wić nad swymi decy­zjami, uświa­do­mi­łaby sobie, że ścią­gnęła na wszyst­kich troje strasz­liwą kata­strofę. Służba w mala­zań­skiej pie­cho­cie mor­skiej trwała dzie­sięć lat, a ona po pro­stu uśmiech­nęła się, wzru­szyła ramio­nami i zło­żyła pod­pis, mówiąc sobie, że gdy tylko znu­dzi się tą zabawą, zde­zer­te­ruje i znowu znik­nie w ano­ni­mo­wo­ści.

Nie­stety, natura Sin­ter była utkana znacz­nie gęst­szą nicią. Co jej sio­stra wzięła w sie­bie, tego już nie wypusz­czała. Raz zło­żo­nej przy­sięgi nale­żało prze­strze­gać aż po ostat­nie tchnie­nie.

Nie potrwało długo, nim Cału­śnica uświa­do­miła sobie, że popeł­niła błąd. Nie mogła uciec z armii i porzu­cić sio­stry, która nagle wzięła i ujaw­niła tak wiele ze swych talen­tów, że zro­bili ją sier­żan­tem. A choć los Badana Gruka był Cału­śnicy raczej obo­jętny - bie­dak zupeł­nie się nie nada­wał na żoł­nie­rza, a jesz­cze mniej na dowódcę dru­żyny - szybko stało się jasne, że Sin­ter wzmoc­niła łączące go z nią więzy. Badan Gruk podą­żał za nią wszę­dzie, podob­nie jak ona za sio­strą. W sercu ich związku nie leżało jed­nak okrutne brze­mię odpo­wie­dzial­no­ści. Cho­dziło o coś wię­cej. Czyżby jej sio­stra rze­czy­wi­ście kochała tego dur­nia? Kto wie?

Życie w wio­sce było znacz­nie prost­sze, pomimo wszyst­kich pod­cho­dów i gwał­tow­nych ruchów bio­der w krza­kach nad rzeką. Wtedy przy­naj­mniej musiała się mar­twić tylko o sie­bie. Cokol­wiek by się jej stało, nie dotknę­łoby to jej sio­stry. Sin­ter była bez­pieczna.

Gdyby tylko mogła to wszystko cof­nąć...

Ta wycieczka w towa­rzy­stwie pie­choty mor­skiej naj­pew­niej zabije ich wszyst­kich. Już dawno prze­stała być zabawna. Okropny rejs na śmier­dzą­cych trans­por­tow­cach aż do Sied­miu Miast. Marsz. Y'Gha­tan. Kolejna podróż mor­ska. Malaz. Inwa­zja na ten kon­ty­nent, noc na rzece, łań­cu­chy, ciem­ność, cuch­nące zgni­li­zną cele i głód...

Nie, Cału­śnica nie zamie­rzała patrzeć na Sin­ter. Nie chciała widzieć jej okrop­nego stanu. Wolała też nie spo­glą­dać w udrę­czone oczy Badana Gruka, pełne żalu i bólu.

Wola­łaby umrzeć w tej celi.

Trzeba było sko­rzy­stać z pro­po­zy­cji zwol­nie­nia ze służby, zło­żo­nej przez przy­boczną, gdy ofi­cjal­nie wyjęto ich spod prawa. Ale Sin­ter nie chciała o tym sły­szeć. No pew­nie.

Choć wokół pano­wała ciem­ność, Cału­śnica wyczuła, że jej sio­stra ścią­gnęła nagle wodze. Jadący za nimi żoł­nie­rze skrę­cili, by unik­nąć zde­rze­nia. Roz­le­gły się stęk­nię­cia i prze­kleń­stwa. Potem usły­szała zanie­po­ko­jony głos Badana Gruka.

- Sin­ter? Co się stało?

Jej sio­stra odwró­ciła się w sio­dle.

- Jedzie z nami Nep? Nep Bruzda?

- Nie - odparł Badan.

Cału­śnica zauwa­żyła, że w sio­strze budzi się praw­dziwy strach. Jej serce zabiło szyb­ciej w odpo­wie­dzi. Sin­ter potra­fiła wyczuć...

- W mie­ście! Musimy się śpie­szyć...

- Chwi­leczkę - wychry­piała Cału­śnica. - Sin­ter, pro­szę. Jeśli mają kło­poty, niech sami sobie z nimi radzą.

- Nie! Musimy pędzić!

Wbiła pięty w koń­skie boki. Wierz­cho­wiec runął naprzód. Po chwili wszy­scy pognali za nią. Cału­śnicy krę­ciło się w gło­wie. Bała się, że spad­nie z sio­dła. Była za słaba, zbyt zmę­czona...

Ale jej sio­stra Sin­ter słu­żyła teraz w cho­ler­nej pie­cho­cie mor­skiej. Była jed­nym z ludzi przy­bocz­nej i choć ta suka nie miała o tym poję­cia, to wła­śnie tacy żoł­nie­rze jak Sin­ter - cisi i lojalni do sza­leń­stwa - two­rzyli żela­zny krę­go­słup Łow­ców Kości.

W Cału­śnicy prze­bu­dziła się złość, przy­po­mi­na­jąca wystrzę­pioną flagę o pół­nocy.

Badan o tym wie. I ja też wiem. Tavore, ukra­dłaś mi sio­strę. Z tym ni­gdy się nie pogo­dzę, ty zimna suko.

Chcę ją odzy­skać, niech cię szlag.

To moja sio­stra.

* * *

- I gdzie jest ten dureń?

Pięść Keneb wzru­szył ramio­nami.

- Arbin woli towa­rzy­stwo cięż­kiej pie­choty. Żoł­nie­rzy z bru­dem na nosach i obło­kami pyłu pod czaszką. Pięść gra z nimi w kłyk­cie, upija się, a skoro już o tym mowa, pew­nie z nie­któ­rymi rów­nież sypia.

Bli­stig usiadł z gło­śnym stęk­nię­ciem.

- Czy w ten spo­sób powinno się zdo­by­wać sza­cu­nek?

- To pew­nie zależy - odparł Keneb. - Jeśli Arbin wygra w kłyk­cie, prze­pije wszyst­kich i zamę­czy każdą żoł­nierkę, która odważy się dzie­lić z nim łoże, to może i tak.

- Nie bądź głupi, Keneb. Pięść musi się trzy­mać na dystans. Być więk­szy od zwy­kłych ludzi i do tego wred­niej­szy. - Bli­stig nalał sobie kolejny kufel miej­sco­wego, mocno się pie­nią­cego piwa. - Pew­nie się cie­szysz, że tu sie­dzisz?

- Na poprzed­nim odczy­cie też nie powi­nie­nem być. Zastą­pi­łem Pędraka, to wszystko.

- A teraz chło­pak musi sam poły­kać wła­sne kło­poty. - Bli­stig pochy­lił się nad bla­tem.

Zna­leźli luk­su­sową gospodę, gdzie ceny były tak wygó­ro­wane, że zapewne nie zjawi się tu żaden mala­zań­ski żoł­nierz poni­żej stop­nia kapi­tana. Pię­ści spo­ty­kali się tu już od kilku tygo­dni, głów­nie po to, by pić i narze­kać.

- I jak wygląda taki odczyt? Sły­szy się naj­róż­niej­sze pogło­ski. Ludzie ponoć plują trasz­kami, węże wypeł­zają im z uszu i biada dzie­ciom, które przyjdą w tym cza­sie na świat w całej dziel­nicy. Wszyst­kie mają po troje oczu i roz­wi­dlone języki. - Pokrę­cił głową, pocią­gnął trzy szyb­kie łyki i otarł usta. - Sły­sza­łem, że to, co wyda­rzyło się pod­czas poprzed­niego, wpły­nęło na decy­zje podej­mo­wane od tego czasu przez przy­boczną. Wyczy­tała z kart całą noc w Mala­zie. Nawet zamor­do­wa­nie Kalama...

- Nie wiemy, czy go zamor­do­wano - prze­rwał mu Keneb.

- Byłeś wtedy w kaju­cie - nie ustę­po­wał Bli­stig. - Co tam się wyda­rzyło?

Keneb odwró­cił wzrok. Nagle poczuł ochotę na coś moc­niej­szego niż piwo. Prze­szył go dreszcz. Na czoło wystą­pił mu zimny pot, jakby miał gorączkę.

- Zaraz się zacznie - mruk­nął. - Jedno dotknię­cie...

- Każdy, kto ma wło­ski na karku, opu­ścił koszary. Wie­dzia­łeś o tym? Cała cho­lerna armia roz­pro­szyła się po mie­ście. Prze­stra­szy­łeś mnie.

- Spo­koj­nie - usły­szał wła­sny głos Keneb. - O ile pamię­tam, wyplu­łem tylko jedną traszkę. Idzie Madan.

* * *

Tru­pi­smród wyna­jął na noc pokój na trze­cim pię­trze, z bal­ko­nem i łatwym wyj­ściem na dach. Kosz­to­wało go to cały mie­sięczny żołd, ale widział stąd tym­cza­sową kwa­terę główną - przy­naj­mniej jej przy­sa­dzi­stą kopułę - a z dru­giego końca dachu gospody łatwo było zesko­czyć na sąsiedni budy­nek. Prze­bie­gnie szybko po jego dachu, da susa do zaułka i będzie tylko trzy ulice od rzeki. To naj­lep­sze, co mógł zna­leźć w tych oko­licz­no­ściach.

Masan Gilani przy­nio­sła beczułkę ale i bochen chleba. Tru­pi­smród nie miał poję­cia, do czego miał jej słu­żyć - chyba że do wycie­ra­nia wymio­tów. Bogo­wie wie­dzieli, że nie był głodny. Potem do pokoju wleźli Ebron, Odprysk, Postro­nek, Kulas i Okruch, dźwi­ga­jąc narę­cza zaku­rzo­nych bute­lek wina. Mag pobladł śmier­tel­nie i drżał, Postro­nek, Odprysk i Kulas wyglą­dali na wystra­szo­nych, Okruch zaś uśmie­chał się jak czło­wiek ogłu­szony przez zła­many konar.

Tru­pi­smród łyp­nął na nich spode łba, pod­niósł ple­cak z pod­łogi i posta­wił go z łup­nię­ciem na jedy­nym stole w pomiesz­cze­niu. Usły­szaw­szy ten dźwięk, Ebron odwró­cił głowę.

- Niech Kap­tur porwie cie­bie i twoją śmier­dzącą magię, nekro­manto. Gdy­bym wie­dział...

- Nawet nie byłeś tu zapro­szony - wark­nął Tru­pi­smród. - Jeśli chcesz, możesz wyjść w każ­dej chwili. A po co byłemu Pospo­li­ta­kowi wyrzu­cone przez morze drewno?

- Wystru­gam coś! - oznaj­mił Okruch, odsła­nia­jąc zęby w rado­snym uśmie­chu, jak koń żebrzący o jabłko. - Może wielką rybę? Albo szwa­dron kon­nicy? Albo ogromną sala­man­drę, cho­ciaż to byłoby nie­bez­pieczne, ojej, zbyt nie­bez­pieczne, chyba żebym zro­bił w ogo­nie zatyczkę, by można go było urwać. I pasz­czę na zawia­sach, która otwiera się i zamyka, wyda­jąc odgłosy podobne do śmie­chu. Mógł­bym nawet...

- Mógł­byś wsa­dzić to sobie w gębę - wark­nął Tru­pi­smród. - Albo, jesz­cze lepiej, zro­bię to za cie­bie, sape­rze.

Z twa­rzy Okru­cha znik­nął uśmiech.

- Nie musisz być nie­miły i tak dalej. Wszy­scy przy­szli­śmy tu, żeby coś zro­bić. Sier­żant Postro­nek i kapral Odprysk mówią, że się upiją, a potem będą się modlić do Kró­lo­wej Snów. Kulas położy się spać, a Ebron wznie­sie magiczne osłony i tak dalej. - Skie­ro­wał spoj­rze­nie koń­skich oczu na Masan Gilani, która roz­wa­liła się na jedy­nym wyście­ła­nym krze­śle, roz­sta­wia­jąc sze­roko nogi, opusz­cza­jąc powieki i spla­ta­jąc palce na podołku. Okru­chowi opa­dła powoli szczęka. - A ona będzie piękna - wyszep­tał.

Tru­pi­smród roz­wią­zał z wes­tchnie­niem rze­myki ple­caka i zaczął z niego wycią­gać roz­ma­ite mar­twe zwie­rzątka. Dzię­cioła różo­wo­szy­jego, czar­no­fu­trego szczura, igu­anę oraz dziwne stwo­rze­nie o nie­bie­skiej skó­rze i wiel­kich śle­piach, które mogło być nie­to­pe­rzem albo pozba­wio­nym sko­rupy żół­wiem. Było mniej wię­cej wiel­ko­ści lisa i Tru­pi­smród zna­lazł je na stra­ga­nie na tar­go­wi­sku, zawie­szone za ogon o trzech koń­cach. Stara han­dlarka zachi­cho­tała, kiedy je kupo­wał. To była raczej zło­wiesz­cza reak­cja, ale miał teraz przy­zwo­itą...

Uniósł wzrok i zauwa­żył, że wszy­scy gapią się na niego.

- Co jest?

Okruch zasę­pił się. Jego z reguły bez­myślna twarz przy­brała... nie­po­ko­jący wyraz.

- Hej - ode­zwał się. - Czy przy­pad­kiem nie jesteś... hmm... nekro­mantą? Tak?

- Nie zapra­sza­łem cię tu, Okruch!

Po twa­rzy Ebrona spły­nął pot.

- Posłu­chaj, sape­rze. Okru­chu Pień, czy jak tam się wła­ści­wie nazy­wasz. Nie jesteś już Mot­tań­skim Pospo­li­ta­kiem, pamię­tasz? Jesteś żoł­nie­rzem. Łowcą Kości. Roz­kazy wydaje ci Postro­nek. Sier­żant Postro­nek. Jasne?

Postro­nek odchrząk­nął.

- Zga­dza się, Okruch. A teraz roz­ka­zuję ci, hmm, stru­gać.

Okruch zamru­gał, obli­zał wargi, a potem ski­nął głową do sier­żanta.

- Stru­gać, tak jest. A co to ma być, Postro­nek? Pro­szę bar­dzo, to może być wszystko. Tylko nie nekro­manci, dobra?

- Jasne. Może byś tak wystru­gał wszyst­kich w tym pokoju, poza Tru­pi­smro­dem, oczy­wi­ście. Hmm, na koniach, w cwale. Na koniach cwa­łu­ją­cych nad pło­mie­niami.

Okruch otarł usta i zer­k­nął nie­śmiało na Masan Gilani.

- Ją też, sier­żan­cie?

- Pro­szę bar­dzo - wyce­dziła kobieta. - Nie mogę się docze­kać, aż to zoba­czę. Nie zapo­mnij uwzględ­nić też sie­bie, Okruch. Na naj­więk­szym koniu.

- Ehe, z wiel­kim mie­czem w jed­nej ręce i wstrzą­sa­czem w dru­giej!

- Zna­ko­mi­cie.

Tru­pi­smród wró­cił do swej mar­twej mena­że­rii. Uło­żył zwie­rzęta w kręgu na stole, doty­ka­jąc gło­wami ogo­nów.

- Bogo­wie, ależ śmier­dzą - poskar­żył się Kulas. - Nie możesz ich zanu­rzyć w won­nych olej­kach albo coś?

- Nie mogę. A teraz niech wszy­scy się zamkną. Cho­dzi o ura­to­wa­nie naszych skór, tak? Nawet two­jej, Ebron. Nie myśl, że Rashan ci dziś pomoże. Zada­nie nie­do­pusz­cze­nia Kap­tura do tego pokoju spada na mnie. Dla­tego nie prze­ry­waj­cie mi już, chyba że zamier­za­cie mnie zabić...

Okruch uniósł nagle głowę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Dramatis Personae

Dra­ma­tis Per­so­nae

Mala­zań­czycy

Przy­boczna Tavore

Wielki mag Szybki Ben

Pięść Keneb

Pięść Bli­stig

Kapi­tan Lostara Yil

Bana­schar

Kapi­tan Milu­tek

Kapi­tan Ska­na­row

Kapi­tan Fara­dan Sort

Kapi­tan Ruthan Gudd

Kapi­tan Prędki

Kapi­tan Untilly Rum

Porucz­nik Pryszcz

Porucz­nik Raband

Sinn

Pędrak

Dru­żyny

Sier­żant Skrzy­pek

Kapral Tarcz

Koryk

Śmieszka

Flaszka

Corabb Bhi­lan Thenu'alas

Mątwa

Sier­żant Gesler

Kapral Chmura

Krót­ko­nos

Mądrala

Jętka

Sier­żant Postro­nek

Kapral Odprysk

Kulas

Ebron

Okruch (Kli­wer Pień)

Sier­żant Hel­lian

Kapral Obra­żal­ski

Kapral Bez­dech

Bal­grid

Moż­liwe

Sier­żant Bal­sam

Kapral Tru­pi­smród

Rze­zi­gar­dzioł

Galt

Pła­tek

Opak

Sier­żant Thom Tissy

Tuli­pan

Mewi­ślad

Sier­żant Urb

Kapral Reem

Masan Gilani

Solanka

Nikły

Sier­żant Sin­ter

Kapral Pra­va­lak Rim

Mio­dzik

Strap Mull

Ławica

Zer­kacz

Sier­żant Badan Gruk

Kapral Kryza

Zgar­niaczka

Nep Bruzda

Reliko

Cał­kiem Nie­przy­tomny

Sier­żant Porząd­nicki

Kapral Cału­śnica

Obława

Mulvan Straszny

Nel­ler

Czasz­ko­śmierć

Mie­czo­błysk

Mar­twy Płot

Alche­mik Bave­dict

Sier­żant Jutrzenka

Sier­żant Noso­smark

Kapral Słod­kie­sa­dło

Kapral Dwudz­ban­kowa

Khun­dryle

Wódz wojenny Gall

Hana­vat (żona Galla)

Jarabb

She­le­masa

Vedith

Zgu­bań­skie Szare Hełmy

Śmier­telny Miecz Kru­ghava

Tar­cza Kowa­dło Tana­ka­lian

Boży Jeź­dziec Run'Thu­rvian

Lethe­ryj­czycy

Król Tehol

Kró­lowa Janath

Kanc­lerz Bugg

Ceda Bugg

Skarb­nik Bugg

Yan Tovis (Pomroka)

Yedan Der­ryg (Wachta)

Brys Bed­dict

Atri-ceda Ara­nict

Shurq Elalle

Skor­gen Kaban

Ublala Pung

Cza­row­nica Pully

Cza­row­nica Skwish

Zwię­zła

Tre­ściwa

Ruc­ket

Ursto Hoobutt

Pino­sel

Bar­gha­sto­wie

Wódz wojenny Onos Toolan

Hetan

Stavi

Sto­rii

Wódz Stol­men

Czar­no­księż­nik Cafal

Strahl

Bakal

Wódz Maral Eb

Tnąca Skórę Ralata

Awl Nurt

Setoc od Wil­ków

Wąż

Rutt

Trzy­mana

Badalle

Sad­dic

Bray­de­ral

Imas­so­wie

Onrack

Kilava

Ulshun Pral

T'lan Imas­so­wie

Lera Epar

Kalt Urma­nal

Rystalle Ev

Bro­los Haran

Ilm Absi­nos

Ulag Tog­til

Nom Kala

Ini­stral Ovan

K'chain Che'malle

Matrona Gunth'an Acyl

Straż­nik J'an Bre'nigan

Łowca K'ell Sag'Chu­rok

Jedyna Córka Gunth Mach

Łowca K'ell Kor Thu­ran

Łowca K'ell Rythok

Zabójca Shi'gal Gu'Rull

Sul­kit

Boży Jeź­dziec Kalyth (z Ela­nów)

Inni

Sil­chas Ruin

Rud Elalle

Telo­rast

Ser­watka

Zbłą­kany (Erra­stas)

Kły­kieć (Sechul Lath)

Kil­man­da­ros

Mael

Olar Ethil

Udi­naas

Sheb

Taxi­la­nin

Veed

Asane

Oddech

Ostatni

Nap­pet

Rau­tos

San­da­lath Dru­kor­lat

Withal

Mape

Rind

Pule

Gar­bus

Pchełka

Prolog

Pro­log

Rów­nina Elan, na zachód od Kolanse

Nade­szło świa­tło i zja­wił się upał.

Klę­czał, bio­rąc ostroż­nie w rękę każdą kru­chą fałdę. Musiał się upew­nić, że wszyst­kie zagię­cia są w porządku i żaden kawa­łek ciała dziew­czynki nie jest wysta­wiony na słońce. Nacią­gnął kap­tur nieco bar­dziej, zosta­wia­jąc w miej­scu twa­rzy tylko dziurę wiel­ko­ści pię­ści. Twa­rzyczka była led­wie szarą plamą w mroku. Potem uniósł deli­kat­nie dziecko i poło­żył je sobie na lewym przed­ra­mie­niu. Nie było w tym nic trud­nego.

Roz­bili obóz w pobliżu drzewa, jedy­nego, jakie tu rosło. W pobliżu, ale nie pod nim. To był gam­leh, a te drzewa gnie­wały się na ludzi. Poprzed­niej nocy jego korona była gęstą masą sza­rych, trze­po­czą­cych liści, przy­naj­mniej do chwili, gdy pode­szli bli­żej. Dziś rano gałę­zie były nagie.

Rutt zwró­cił się ku zacho­dowi, uno­sząc dziew­czynkę, którą nazwał Trzy­maną. Trawa była tu bez­barwna, a w nie­któ­rych miej­scach znisz­czył ją suchy wiatr, uno­szący pył ota­cza­jący jasne korze­nie, co spra­wiało, że rośliny wię­dły. Gdzie­nie­gdzie po znik­nię­ciu pyłu i korzeni pozo­stał żwir. W innych miej­scach widział tylko skałę macie­rzy­stą, czarną i pełną nie­rów­no­ści. Rów­nina Elan tra­ciła włosy, jak mogłaby powie­dzieć Badalle, zawsze kie­ru­jąca spoj­rze­nie zie­lo­nych oczu na słowa we wła­snej gło­wie. Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że dziew­czynka ma dar, Rutt wie­dział jed­nak, że nie­które dary w rze­czy­wi­sto­ści są prze­kleń­stwem.

Pode­szła do niego. Jej spa­lone słoń­cem ręce były cien­kie jak bocia­nie szyje, a zwi­sa­jące luźno u boków dło­nie pokrył pył. W porów­na­niu z chu­der­la­wymi udami wyda­wały się za duże. Dmuch­nęła, by prze­go­nić ota­cza­jące jej usta muchy i zain­to­no­wała:

Rutt trzyma Trzy­maną,

Opa­tula ją szczel­nie,

Gdy nadej­dzie ranek,

A potem wstaje...

- Badalle - prze­rwał jej. Wie­dział, że jesz­cze nie skoń­czyła wier­sza, ale zda­wał też sobie sprawę, że nie ma sensu jej poga­niać. - Jesz­cze żyjemy.

Ski­nęła głową.

Te trzy słowa, które codzien­nie wypo­wia­dał, stały się już rytu­ałem, lecz mimo to nie stra­ciły nuty zasko­cze­nia, lek­kiego nie­do­wie­rza­nia. Ostat­niej nocy żebro­jady drę­czyły ich ze szcze­gólną natar­czy­wo­ścią, ale były też dobre wie­ści. Być może zosta­wili już Ojców za sobą.

Rutt popra­wił na ręce dziecko zwane Trzy­maną i ruszył w drogę, kuś­ty­ka­jąc na opuch­nię­tych nogach. Szedł na zachód, w samo serce rów­niny.

Nie musiał się oglą­dać, by wie­dzieć, że reszta podąża za nim. Ci, któ­rzy mogli iść. Po resztę przyjdą żebro­jady. Nie pro­sił o pozy­cję głowy węża. Nie pro­sił o nic, ale był z nich naj­wyż­szy i być może rów­nież naj­star­szy. Mógł mieć trzy­na­ście albo nawet czter­na­ście lat.

Badalle znowu zaczęła recy­to­wać:

I rusza w drogę

Tym ran­kiem,

Ści­ska­jąc Trzy­maną,

A jego żebro­wany ogon

Wije się jak język,

Słońca.

Trzeba mieć długi

Język,

Gdy szuka się wody,

Jak lubi to robić słońce...

Badalle obser­wo­wała go przez dłuż­szą chwilę. Reszta grupy usta­wiła się w sze­reg i wzno­wiła wędrówkę. Wkrótce dziew­czynka rów­nież przy­łą­czy się do żebro­wa­nego węża. Zdmuch­nęła muchy, ale oczy­wi­ście zaraz wró­ciły, gro­ma­dząc się wokół wrzo­dów na jej ustach i pró­bu­jąc zli­zy­wać płyn z kąci­ków oczu. Badalle była kie­dyś piękna. Miała zie­lone oczy i dłu­gie zło­ci­ste loki. Ale uroda zapew­nia uśmie­chy tylko przez krótką chwilę. Roz­pływa się, gdy w spi­żarni robi się pusto.

- Muchy two­rzą obraz cier­pie­nia - wyszep­tała dziew­czynka. - A cier­pie­nie jest brzyd­kie.

Patrzyła na Rutta. Był głową węża. Był kłami, ale jego ostat­nie uką­sze­nie sta­no­wiło żart zro­zu­miały wyłącz­nie dla niej.

Ten wąż zapo­mniał, jak się je.

Była w gru­pie tych, któ­rzy przy­byli z połu­dnia. Z Kor­banse, Kro­sis i Kan­ros, a nawet z wysp Otpe­las. Niektó­rzy, jak ona, masze­ro­wali wzdłuż brzegu morza Pela­siar, aż dotarli do zachod­niego skraju Stet, kra­iny ongiś poro­śnię­tej potężną pusz­czą. Zna­leźli tam drew­nianą drogę. Nie­kiedy zwali ją Szla­kiem Pnia­ków. Drzewa pocięto na pła­skie kręgi, które następ­nie uło­żono w nie­koń­czące się sze­regi. Póź­niej przy­były inne dzieci, z samego Stet. Szły wzdłuż koryt wyschnię­tych stru­mieni, wiją­cych się przez szarą gęstwę zwa­lo­nych drzew i cho­rych krze­wów. Pewne znaki świad­czyły, że dawna nazwa Pusz­cza Stet nie była prze­sadą, Badalle nie dała się jed­nak prze­ko­nać do końca. Widziała tylko znisz­czone, zryte pust­ko­wie. Ni­gdzie nie rosły żadne drzewa. Nazwali tę drogę Szla­kiem Pnia­ków, ale w innych chwi­lach był to Szlak Pusz­czański. Ten żart rów­nież rozu­miała tylko ona.

Oczy­wi­ście potrzeba było mnó­stwa drzew, by stwo­rzyć ten trakt, być może więc rze­czy­wi­ście kie­dyś rosła tu pusz­cza. Teraz znik­nęła.

Na pół­noc­nym krańcu Stet, gdzie zaczy­nała się Rów­nina Elan, spo­tkali drugą kolumnę dzieci, a następ­nego dnia dołą­czyła do nich trze­cia, zmie­rza­jąca z pół­nocy, z samego Kolanse. Na jej czele szedł Rutt. Dźwi­gał Trzy­maną. Był wysoki i wychu­dzony - łok­cie, ramiona, kolana i kostki ster­czały mu pod nacią­gniętą skórą. Miał wiel­kie, błysz­czące oczy. Na­dal zacho­wał wszyst­kie zęby i co rano ruszał na czele kolumny. Był kłami węża, a reszta zmie­rzała za nim.

Wszy­scy wie­rzyli, że Rutt wie, dokąd idzie, ale nie pytali go o to, bo wiara była waż­niej­sza od prawdy, brzmią­cej tak, że był tak samo zagu­biony jak wszy­scy.

Cały dzień Rutt trzyma Trzy­maną

I osła­nia ją

Swym cie­niem.

Trudno nie kochać Rutta,

Ale Trzy­mana go nie kocha,

A jej nie kocha nikt

Oprócz Rutta.

Visto pocho­dził z Okanu. Gdy gło­do­mory i inkwi­zy­to­rzy o skó­rze bia­łej jak kość wkro­czyli do mia­sta, matka kazała mu ucie­kać, razem z sio­strą, która była dwa lata star­sza od niego. Pobie­gli uli­cami, omi­ja­jąc pło­nące budynki. Noc wypeł­niały krzyki. Gło­do­mory roz­wa­lały drzwi, wycią­gały ludzi na zewnątrz i robiły im straszne rze­czy, a bia­ło­skó­rzy przy­glą­dali się spo­koj­nie, mówiąc, że wszystko to jest konieczne.

Wyrwali mu sio­strę z rąk. To jej krzyki wciąż roz­brzmie­wały mu echem pod czaszką. Co noc od owego czasu towa­rzy­szyły mu na szlaku snu, od chwili, gdy ule­gał zmę­cze­niu, aż po moment, gdy budził się, by ujrzeć bladą twarz świtu.

Wyda­wało mu się, że biegł bez końca. Zmie­rzał na zachód, ucie­ka­jąc przed gło­do­mo­rami. Jadł, co tylko zna­lazł, drę­czyło go pra­gnie­nie, a gdy już prze­ści­gnął gło­do­mo­rów, poja­wiły się żebro­jady, wiel­kie stada wychu­dłych psów o zaczer­wie­nio­nych śle­piach. Bestie nie bały się niczego. Dalej gra­so­wali Ojco­wie, spo­wici w czarne szaty. Wpa­dali do nędz­nych, przy­droż­nych obo­zów i pory­wali dzieci. Pew­nego dnia Visto i kilku innych natknęli się na ich stare nocne obo­zo­wi­sko i na wła­sne oczy ujrzeli wśród węgiel­ków małe, roz­sz­cze­pione kości pokryte nie­bie­sko­sza­rymi plam­kami. Wtedy zro­zu­mieli, co robią Ojco­wie z porwa­nymi dziećmi.

Visto pamię­tał chwilę, gdy po raz pierw­szy ujrzał Pusz­czę Stet. Ogo­ło­cone wzgó­rza pokry­wały sze­regi roz­pła­ta­nych pnia­ków. Ich korze­nie przy­po­mi­nały mu jedno z cmen­ta­rzysk na­dal ota­cza­ją­cych jego rodzinne mia­sto, pamiątkę po ostat­nich zarżnię­tych zwie­rzę­tach gospo­dar­skich. Spo­glą­da­jąc na to, co pozo­stało po pusz­czy, Visto uświa­do­mił sobie, że cały świat umarł. Nic nie oca­lało i nie miał dokąd pójść.

Mimo to wlókł się cią­gle przed sie­bie, jeden z dzie­siąt­ków, być może nawet setek tysięcy. Sze­regi dzieci cią­gnęły się dłu­gimi milami. Choć wiele umie­rało po dro­dze, ich miej­sce zaj­mo­wały następne. Visto nawet sobie nie wyobra­żał, że na świe­cie jest tyle dzieci. Były jak wiel­kie stado, ostat­nie z wiel­kich stad, jedyne źró­dło poży­wie­nia dla ostat­nich, zde­spe­ro­wa­nych myśli­wych.

Visto miał czter­na­ście lat. Nie wkro­czył jesz­cze w fazę przy­śpie­szo­nego wzro­stu i teraz już w nią nie wkro­czy. Jego wielki, okrą­gły brzuch był twardy jak skała, a krę­go­słup zakrzy­wiał się ostro do przodu tuż nad bio­drami. Chło­pak szedł jak cię­żarna kobieta. Stopy miał pła­skie, bolały go kości. Wypeł­niali go Jeźdźcy Satra. Robaki w jego ciele rosły z każ­dym dniem. Wkrótce doj­rzeją i wylezą na zewnątrz z jego noz­drzy, kąci­ków ust, uszu, pępka, penisa, odbytu oraz ust. Świad­kom wyda się, że chło­pak zapada się w sie­bie, skóra marsz­czy mu się i kur­czy wzdłuż prze­szy­wa­ją­cych całe ciało bruzd. Z pozoru w jed­nej chwili zmieni się w starca. A potem umrze.

Cze­kał na tę chwilę z czymś bli­skim nie­cier­pli­wo­ści. Miał nadzieję, że żebro­jady pożrą jego ciało, połkną jaja Jeźdź­ców Satra i rów­nież zginą. Jesz­cze lepiej byłoby, gdyby zje­dli go Ojco­wie, był jed­nak pewien, że nie są tacy głupi. Nie, z pew­no­ścią go nie tkną. Szkoda.

Wąż opusz­czał już Pusz­czę Stet. Drew­niana droga zmie­niła się w kupiecki szlak. W pyle wiją­cego się ku Rów­ni­nie Elan traktu odci­skały się kole­iny. Visto umrze na rów­ni­nie, duch chło­paka opu­ści skur­czone ciało i ruszy w długą drogę powrotną do domu. Do sio­stry i matki.

A jego duch był już bar­dzo znu­żony wędrówką.

* * *

Pod koniec dnia Badalle zmu­siła się do wej­ścia na stary, długi kur­han. Na jego końcu stało sta­ro­żytne, mar­twe drzewo, ner­wowo trze­po­czące sza­rymi liśćmi. Gdy się odwró­ciła i spoj­rzała na wschód, widziała stąd całą prze­bytą dziś drogę. Za roz­le­głym obo­zem cią­gnęła się kręta linia ciał, się­ga­jąca aż po hory­zont. To był bar­dzo zły dzień, zbyt upalny i suchy, a jedyny wodo­pój wypeł­niało cuch­nące, pełne robac­twa błoto o rybim smaku mar­twych, gni­ją­cych owa­dów.

Stała tam przez długi czas, spo­glą­da­jąc na żebro­wane ciało węża. Tych, któ­rzy padli na szlaku, nie odpy­chano na bok, lecz po pro­stu prze­cho­dzono po nich. Dla­tego drogę pokry­wały teraz zdep­tane ciała i kości, kosmyki powie­wa­ją­cych na wie­trze wło­sów, a z pew­no­ścią rów­nież sze­roko otwarte oczy. Wąż z Żeber. Po elań­sku Chal Mana­gal.

Zdmuch­nęła z ust muchy.

I wyre­cy­to­wała kolejny wiersz.

Tym ran­kiem

Widzie­li­śmy drzewo

O sza­rych liściach,

A gdy pode­szli­śmy bli­żej,

Liście odle­ciały.

W połu­dnie bez­i­mienny chło­piec

Ze zje­dzo­nym nosem

Padł i już się nie poru­szył,

A liście przy­le­ciały

Na żer.

O zmierz­chu zoba­czy­li­śmy dru­gie drzewo.

Szare, lata­jące liście

Wra­cały na spo­czy­nek.

Gdy nadej­dzie ranek,

Znowu polecą.

Ampe­las Zako­rze­niony, Pust­ko­wia

Maszy­ne­rię pokry­wał ole­isty pył, lśniący w sła­bym bla­sku lampy. Gdy snop świa­tła prze­su­wał się po nim, migo­tliwe odbi­cia two­rzyły ilu­zję ruchu, przy­wo­dzącą na myśl gadzie łuski. Jak zwy­kle wyda­wało się to okrut­nie trafne. Dyszała ciężko, bie­gnąc wąskim kory­ta­rzem. Co chwila musiała się schy­lać, by nie ude­rzyć w grube czarne prze­wody zwi­sa­jące z sufitu. Swę­działo ją w nosie i gar­dle od ostrego meta­licz­nego odoru wypeł­nia­ją­cego nie­ru­chome powie­trze. Tu, w odsło­nię­tych wnętrz­no­ściach Korze­nia, kobieta odno­siła wra­że­nie, że ze wszyst­kich stron ota­cza ją nie­po­zna­walna, nie­zgłę­biona tajem­nica strasz­li­wych arka­nów. Mimo to ciemne, porzu­cone kory­ta­rze były jej ulu­bio­nym miej­scem. Świet­nie znała wszyst­kie prze­po­jone poczu­ciem winy moty­wa­cje, które ją tu spro­wa­dzały.

Korzeń wabił zagu­bio­nych, a Kalyth z pew­no­ścią się do nich zali­czała. Nie można było powie­dzieć, żeby nie potra­fiła zna­leźć drogi w nie­zli­czo­nych, krę­tych kory­ta­rzach albo ogrom­nych komo­rach wypeł­nio­nych mil­czą­cymi, nie­ru­cho­mymi maszy­nami, omi­jać dziur w pod­ło­dze, ni­gdy nie­za­sło­nię­tych kamien­nymi pły­tami, albo cha­osu metalu i prze­wo­dów, wysy­pu­ją­cego się z nie­za­bez­pie­czo­nych ścian. Nie, po mie­sią­cach wędró­wek potra­fiła tu sobie pora­dzić. Klą­twa bez­rad­nego, bez­sil­nego oszo­ło­mie­nia spa­dła na jej ducha. Nie była osobą, którą chcieli w niej widzieć, i żadne jej słowa nie mogły ich o tym prze­ko­nać.

Przy­szła na świat w ple­mie­niu żyją­cym na Rów­ni­nie Elan. Osią­gnęła tam wiek doj­rzały, zmie­nia­jąc się z dziecka w dziew­czynę, a potem z dziew­czyny w kobietę. Nie miała w sobie niczego nie­zwy­kłego, nic nie świad­czyło, by była wyjąt­kowa albo posia­dała jakieś nie­ocze­ki­wane talenty. Wyszła za mąż mie­siąc po pierw­szym krwa­wie­niu. Uro­dziła troje dzieci. Nie­mal poko­chała męża i nauczyła się żyć z lek­kim roz­cza­ro­wa­niem, z jakim na nią spo­glą­dał, gdy jej mło­dzień­cza uroda ustą­piła miej­sca nużą­cemu macie­rzyń­stwu. Prawdę mówiąc, wio­dła życie niczym się nie­róż­niące od życia jej matki. Dla­tego nie potrze­bo­wała szcze­gól­nych uzdol­nień, by wyraź­nie dostrzec swą przy­szłą drogę. Kolejne lata powol­nego roz­kładu ciała, utrata jędr­no­ści, pogłę­bia­jące się bruzdy na twa­rzy, opa­da­jące piersi, odra­ża­jące słab­nię­cie pęche­rza. Pew­nego dnia nie będzie już mogła iść dalej i ple­mię ją zostawi, by umarła w samot­no­ści, jak musieli umie­rać wszy­scy. Ela­no­wie rozu­mieli śmierć lepiej niż osia­dli miesz­kańcy Kolanse, któ­rzy ofia­ro­wali umar­łym krypty i skarbce, a do tego pod­rzy­nali gar­dła słu­gom i dorad­com, upy­cha­jąc ich następ­nie w kory­ta­rzu gro­bowca, by słu­żyli swym panom rów­nież po śmierci. Słu­żyli im przez całą wiecz­ność.

Wszy­scy umie­rają w samot­no­ści. To była pro­sta prawda. Nikt nie musiał się jej bać. Przed osą­dze­niem każ­dej duszy duchy cze­kały, aż sama osą­dzi prze­żyte życie. Jeśli znaj­dzie spo­kój, okażą jej miło­sier­dzie. Jeśli zaś przy­bę­dzie udręka jadąca na Dzi­kiej Kobyle, no cóż, będą umiały zacho­wać się odpo­wied­nio. W końcu dusza nie mogła okła­mać samej sie­bie. Oszu­kań­cze argu­menty brzmiały fał­szy­wie, ich wykrętna sła­bość była zbyt oczy­wi­sta, by można ją było zigno­ro­wać.

To było życie. Dale­kie od dosko­na­ło­ści, ale tylko tro­chę nie­szczę­śliwe. Życie, które można było zre­du­ko­wać do cze­goś przy­po­mi­na­ją­cego zado­wo­le­nie, nawet jeśli rezul­tat oka­załby się bez­kształtny i pozba­wiony zna­cze­nia.

Nie była cza­row­nicą. Nie posia­dała odde­chu sza­manki, ni­gdy więc nie sta­nie się Jeźdź­cem na Łacia­tym Koniu. A gdy dla niej i jej ludu nad­szedł kres tego życia, ran­kiem peł­nym grozy i prze­mocy, nie oka­zała niczego poza zasłu­gu­ją­cym na potę­pie­nie samo­lub­stwem. Nie chciała umrzeć, ucie­kła przed wszyst­kim, co znała.

To nie były cnoty.

Nie miała żad­nych cnót.

Dotarła do cen­tral­nych, krę­tych scho­dów o stop­niach za krót­kich i zbyt sze­ro­kich dla ludz­kich stóp, a potem ruszyła w górę. Oddy­chała coraz szyb­ciej i pły­cej, opusz­cza­jąc Korzeń i prze­cho­dząc do dol­nych komór Karm­nika. Następ­nie sko­rzy­stała z wypo­sa­żo­nej w prze­ciw­wagę rampy, która unio­sła ją pio­no­wym szy­bem nad kipią­cymi kadziami peł­nymi grzy­bów oraz zagro­dami dla orthe­nów i gri­sholi, aż wresz­cie zatrzy­mała się z drże­niem i zgrzy­tem na par­te­rze Macicy. Tutaj uszy kobiety zaata­ko­wała kako­fo­nia pro­du­ko­wana przez młode. Syczące wrza­ski bólu towa­rzy­szące okrut­nym ope­ra­cjom, dekla­ra­cjom prze­zna­cze­nia wyra­ża­nym w języku gorz­kich posma­ków. Odzy­skała czę­ściowo dech w pier­siach i ruszyła pośpiesz­nie w górę, zosta­wia­jąc za sobą pię­tra pełne strasz­li­wego obu­rze­nia, smrodu odcho­dów i paniki błysz­czą­cej niczym olej na mięk­kich skó­rach wiją­cych się wszę­dzie istot. Odwra­cała od nich wzrok, zasła­nia­jąc jed­no­cze­śnie uszy dłońmi.

Z Macicy prze­szła do Serca. Mijała tam wyso­kie posta­cie, które nie zwra­cały na nią naj­mniej­szej uwagi. Musiała scho­dzić im z drogi, by nie zdep­tały jej szpo­nia­stymi nogami. Po obu stro­nach cen­tral­nej rampy stali dwaj Żoł­nie­rze Ve'Gath, dwu­krot­nie wyżsi od niej. Ich nie­zwy­kłe zbroje przy­po­mi­nały potężną maszy­ne­rię ukry­tego głę­boko pod zie­mią Korze­nia. Twa­rze skry­wali za zdob­nymi zasło­nami heł­mów. Widać było tylko zębate pyski. Mogło się wyda­wać, że uśmie­chają się zło­wiesz­czo, jakby byli zachwy­ceni prze­zna­cze­niem swej kasty. Praw­dziwi żoł­nie­rze K'Chain Che'Malle budzili w Kalyth dogłębny strach, sil­niej­szy niż Straż­nicy J'an albo Łowcy K'ell. Matrona pro­du­ko­wała ich w wiel­kiej licz­bie. Kobieta nie potrze­bo­wała wię­cej dowo­dów. Zbli­żała się wojna.

Fakt, że naro­dziny Ve'Gathów spra­wiały matro­nie strasz­liwy ból, że każdy wyła­niał się z niej w stru­mie­niu krwi i cuch­ną­cych pły­nów, stra­cił wszel­kie zna­cze­nie. Kalyth wie­działa, że koniecz­ność jest naj­okrut­niej­szym z panów.

Żaden z żoł­nie­rzy nie zatrzy­my­wał jej, gdy weszła na rampę. Pod sto­pami miała pła­ski kamień pełen dziur prze­zna­czo­nych dla pazu­rów. Oto­czył ją chłodny powiew. Nagły spa­dek tem­pe­ra­tury miał za zada­nie koić instynk­towny strach odczu­wany przez wszyst­kich K'Chain, w chwili gdy machina ruszała ze zgrzy­tem w górę, mija­jąc poszcze­gólne pię­tra Serca, zmie­rza­jąc do Oczu, Wewnętrz­nej Twier­dzy, Gniazda Acyl i domu samej matrony. Kalyth jechała w górę sama i mecha­nizm nie pra­co­wał zbyt gło­śno. Dla­tego sły­szała wła­ści­wie tylko szum powie­trza, który zawsze ją dez­orien­to­wał, wywo­łu­jąc wra­że­nie spa­da­nia, mimo że zmie­rzała szybko w górę. Pot na jej koń­czy­nach i czole sty­gnął gwał­tow­nie. Gdy rampa zatrzy­mała się na par­te­rze Oczu, kobieta drżała już z zimna.

Obser­wo­wali ją Straż­nicy J'an sto­jący u pod­stawy pół­okręgu scho­dów pro­wa­dzą­cych do Gniazda. Podob­nie jak Ve'Gatho­wie, z pozoru odno­sili się do niej obo­jęt­nie. Z pew­no­ścią wie­dzieli, że ją wezwano, ale nawet gdyby tak nie było, nie widzie­liby w niej żad­nego zagro­że­nia dla matrony, do któ­rej ochrony ich wyho­do­wano. Kalyth była nie tylko nie­szko­dliwa, lecz wręcz bez­u­ży­teczna.

Oto­czyło ją gorące, cuch­nące powie­trze, dła­wiące jak mokry płaszcz. Pode­szła do scho­dów i zaczęła się wspi­nać z wysił­kiem do domo­stwa matrony.

Na pomo­ście straż peł­nił ostatni war­tow­nik. Bre'nigan miał co naj­mniej tysiąc lat. Był chudy i wysoki, jesz­cze wyż­szy niż Ve'Gatho­wie. Liczne war­stwy jego łusek pokryła sre­brzy­sta patyna, nada­jąca isto­cie wid­mowy wygląd, jakby wyrzeź­biono ją z wybla­kłej na słońcu miki. W wąskich oczach nie można było dostrzec źre­nicy ani tęczówki, tylko mgli­stą żółć zaćm. Kalyth podej­rze­wała, że Straż­nik jest ślepy, nie potra­fiła jed­nak tego okre­ślić, albo­wiem J'an poru­szał się bar­dzo pew­nie, a nawet z gra­cją i płynną ele­gan­cją. Długi, lekko zakrzy­wiony miecz, zawie­szony na mosięż­nym pier­ście­niu u pasa - do połowy pogrą­żo­nym w skó­rze stwo­rze­nia - dorów­ny­wał dłu­go­ścią wzro­stowi Kalyth. Wyko­nano go z jakiejś cera­micz­nej sub­stan­cji o lek­kim odcie­niu fuk­sji, ale gład­kie ostrze lśniło sre­brzy­stym bla­skiem.

Pozdro­wiła Bre'nigana ski­nie­niem głowy, nie wywo­łu­jąc żad­nej reak­cji, a potem go omi­nęła.

Do tej chwili miała nadzieję, modliła się o jej speł­nie­nie, ale gdy zoba­czyła, że parze sto­ją­cych przed matroną K'Chain nikt nie towa­rzy­szy, nade­szło zała­ma­nie. Ogar­nęła ją nie­po­ha­mo­wana roz­pacz. Kobieta poczuła ucisk w piersi. Z tru­dem zaczerp­nęła tchu.

Za przy­by­szami, na pod­wyż­sze­niu, spo­czy­wała ogromna matrona, Gunth'an Acyl. Pro­mie­nio­wały od niej fale cier­pie­nia - to pozo­sta­wało nie­zmienne, ale obec­nie Kalyth wyczu­wała też gorzką nutę cze­goś innego.

Wytrą­cona z rów­no­wagi, zroz­pa­czona kobieta dopiero w tej chwili zauwa­żyła, że obie istoty są w fatal­nym sta­nie. Strasz­liwe rany nie zago­iły się jesz­cze do końca, a boki, szyje oraz bio­dra pokry­wała cha­otyczna siatka blizn. Stwo­rze­nia były strasz­li­wie wychu­dzone, odci­snęły się w nich ślady okrut­nego cier­pie­nia i prze­mocy. Serce Kalyth prze­szyło ukłu­cie współ­czu­cia.

Szybko jed­nak o nim zapo­mniała. Prawda wyglą­dała tak, że Łowca K'ell Sag Chu­rok i Jedyna Córka Gunth Mach zawie­dli.

Matrona prze­mó­wiła w umy­śle Kalyth, nie był to jed­nak głos, tylko nie­po­wstrzy­many prze­kaz wie­dzy i zna­cze­nia.

- Boży Jeźdź­cze Kalyth, wybór oka­zał się błędny. Na­dal jeste­śmy zła­mani. Na­dal jestem zła­mana. Nie zdo­łasz napra­wić, nie sama, nie zdo­łasz napra­wić.

Ani wie­dza, ani zna­cze­nie nie były dla Kalyth mile widzia­nymi darami. Kobieta wyczu­wała sza­leń­stwo kry­jące się za sło­wami Gunth'an Acyl. Matrona z pew­no­ścią była obłą­kana. Kurs, jaki wymu­siła na swych dzie­ciach i na samej Kalyth, był owo­cem jej obłędu. Żadna per­swa­zja nie mogła być sku­teczna.

Gunth'an Acyl naj­praw­do­po­dob­niej rozu­miała, że Kalyth uważa ją za sza­loną, to jed­nak niczego nie zmie­niało. Dla pra­sta­rej kró­lo­wej nie liczyło się nic poza bólem i roz­pacz­liwą, drę­czącą potrzebą.

- Boży Jeźdź­cze Kalyth, spró­bują raz jesz­cze. Co jest zła­mane, musi zostać napra­wione.

Kobieta nie wie­rzyła, by Sag Chu­rok i Jedyna Córka mogli prze­żyć drugą taką wyprawę. To była kolejna prawda, która nie zdo­łała pod­wa­żyć wła­da­ją­cego Acyl impe­ra­tywu.

- Boży Jeźdź­cze Kalyth, tym razem będziesz im towa­rzy­szyć w Poszu­ki­wa­niach. K'Chain Che'Malle są ślepi na roz­po­zna­nie.

Zatem wresz­cie dotarli do tego, o czym wie­działa, że jest nie­unik­nione pomimo jej wszel­kich nadziei i modlitw.

- Nie mogę - wyszep­tała.

- Zro­bisz to. Straż­nicy są już wybrani. Łowcy K'ell Sag Chu­rok, Rythok i Kor Thu­ran. Shi'gal Gu'Rull. Jedyna Córka Gunth Mach.

- Nie mogę - powtó­rzyła Kalyth. - Brak mi... talen­tów. Nie jestem Bożym Jeźdź­cem. Jestem ślepa na to, czego Boży Jeź­dziec potrze­buje. Nie znajdę Śmier­tel­nego Mie­cza, matrono. Ani Tar­czy Kowa­dła. Przy­kro mi.

Ogromny gad prze­su­nął masywne ciel­sko z dźwię­kiem przy­wo­dzą­cym na myśl zapa­da­nie się kamieni w żwir. Wle­pił w kobietę spoj­rze­nie lśnią­cych oczu. Pły­nęły z nich fale przy­musu.

- Ja cię wybra­łam, Boży Jeźdź­cze Kalyth. To moje dzieci są ślepe. To one są winne pora­żek, nie ja. Prze­gra­li­śmy wszyst­kie wojny. Jestem ostat­nią matroną. Nie­przy­ja­ciel mnie szuka. Nie­przy­ja­ciel mnie znisz­czy. Twój rodzaj roz­kwita w tym świe­cie. Na ten fakt nawet moje dzieci nie są ślepe. Wśród was znajdę nowych obroń­ców. Musi ich odszu­kać mój Boży Jeź­dziec. Mój Boży Jeź­dziec wyru­szy o świ­cie.

Kalyth nie powie­działa już nic wię­cej. Wie­działa, że to na nic się nie zda. Po chwili pokło­niła się i opu­ściła Gniazdo, kro­cząc nie­pew­nie, jakby znie­czu­lił ją tru­nek.

Miał im towa­rzy­szyć Shi'gal. Zna­cze­nie tego faktu było oczy­wi­ste. Tym razem nie będzie nie­po­wo­dze­nia. Porażka będzie ozna­czała nie­za­do­wo­le­nie matrony. Jej osąd. Trzej Łowcy K'ell, Jedyna Córka i sama Kalyth. Jeśli nie osią­gną celu... z pew­no­ścią nie unikną śmier­cio­no­śnego gniewu Zabójcy Shi'gala.

Wie­działa, że o świ­cie wyru­szy w swą ostat­nią podróż.

Na Pust­ko­wia, w poszu­ki­wa­niu obroń­ców, któ­rzy nawet nie ist­nieją.

Uświa­do­miła sobie, że to pokuta nało­żona na jej duszę. Musi cier­pieć za swe tchó­rzo­stwo.

Powin­nam była zgi­nąć razem ze wszyst­kimi. Razem z mężem i dziećmi. Nie powin­nam była ucie­kać. Teraz muszę zapła­cić za samo­lub­stwo.

Jedy­nym pocie­sze­niem była myśl, że koniec nadej­dzie szybko. Nawet nie poczuje, a tym bar­dziej nie zoba­czy, śmier­tel­nego ciosu Shi'gala.

Matrona ni­gdy nie pro­du­ko­wała wię­cej niż trzech Zabój­ców jed­no­cze­śnie. Ich posmak był tru­ci­zną, unie­moż­li­wia­jącą jakie­kol­wiek soju­sze. Gdyby któ­ryś z nich zde­cy­do­wał, że trzeba usu­nąć matronę, dwaj pozo­stali z samej swej natury sprze­ci­wią się temu. To zna­czyło, że każdy Shi'gal broni matrony przed dwoma pozo­sta­łymi. Wysła­nie jed­nego z nich na Poszu­ki­wa­nia było bar­dzo ryzy­kowne. Zosta­nie jej do obrony tylko dwóch Zabój­ców.

To był kolejny dowód na to, że jest sza­lona. Nara­żała się na takie nie­bez­pie­czeń­stwo, jed­no­cze­śnie odsy­ła­jąc Jedyną Córkę, swe jedyne dziecko poten­cjal­nie zdolne do roz­mna­ża­nia. To urą­gało zdro­wemu roz­sąd­kowi.

Ale prze­cież Kalyth ruszała w drogę po śmierć. Co ją obcho­dził los tych prze­ra­ża­ją­cych istot? Niech nadej­dzie wojna. Niech tajem­ni­czy nie­przy­ja­ciel spad­nie na Ampe­las Zako­rze­niony, na wszyst­kie Zako­rze­nione, i wymor­duje ostat­nich K'Chain Che'Malle. Świat nie będzie po nich pła­kał.

Zresztą Kalyth wie­działa wszystko o bez­po­tom­nym wymar­ciu. Jedyną praw­dziwą klą­twą było zosta­nie ostat­nią ze swego rodzaju. Tak jest, świet­nie rozu­miała taki los, znała praw­dziwą głę­bię samot­no­ści - nie marne, płyt­kie, płacz­liwe uża­la­nie się nad sobą, jakiemu odda­wali się ludzie w innych miej­scach, lecz okrutną świa­do­mość nie­ule­czal­nej samot­no­ści bez nadziei na zba­wie­nie.

To prawda, wszy­scy umie­rają w samot­no­ści. Może temu towa­rzy­szyć żal. Albo smu­tek. To jed­nak nic w porów­na­niu z losem ostat­niej rasy. Dla niej nie ma ucieczki przed świa­do­mo­ścią porażki. Total­nej, miaż­dżą­cej klę­ski. Świa­do­mość zagłady całego rodzaju ota­cza ofiarę ze wszyst­kich stron, spada na ostat­nie barki cię­ża­rem, jakiego żadna samotna dusza nie zdoła podźwi­gnąć.

Język K'Chain Che'Malle pozo­sta­wiał po sobie śla­dowe dary, które stały się teraz dla Kalyth udręką. Jej umysł prze­bu­dził się w stop­niu znacz­nie wykra­cza­ją­cym poza to, co znała w poprzed­nim życiu. Wie­dza nie była bło­go­sła­wień­stwem - świa­do­mość rów­nała się cho­ro­bie kala­ją­cej całego ducha. Nawet gdyby wydłu­bała sobie oczy, i tak widzia­łaby za wiele.

Czy sza­ma­nów jej ple­mie­nia rów­nież nawie­dziło dru­zgo­cące poczu­cie winy, gdy wresz­cie sobie uświa­do­mili, że zbliża się koniec? Przy­po­mniała sobie roz­pacz widoczną w ich oczach i zro­zu­miała ją w spo­sób nie­moż­liwy w poprzed­nim życiu. Mogła jedy­nie prze­kli­nać śmier­cio­no­śne bło­go­sła­wień­stwa K'Chain Che'Malle. Prze­kli­nać je z całego serca, z całą siłą swej nie­na­wi­ści.

Ruszyła z powro­tem w dół. Potrze­bo­wała cia­snoty Korze­nia, roz­kle­ko­ta­nej maszy­ne­rii ota­cza­ją­cej ją ze wszyst­kich stron, lep­kiego oleju ska­pu­ją­cego na zie­mię, cuch­ną­cego zadu­chu. Świat się roz­padł. Była ostat­nią z Ela­nów i jej ostat­nim zada­niem na ziemi miał być nad­zór nad zagładą ostat­niej matrony K'Chain Che'Malle. Czy znaj­do­wała w tym satys­fak­cję? Jeśli tak, to tylko zło­śliwą, co jed­nak czy­niło jej smak jesz­cze bar­dziej kuszą­cym.

Do jej ludu śmierć przy­była z góry, prze­sła­nia­jąc zacho­dzące słońce, czarny, wystrzę­piony omen uno­szący się nisko nad zie­mią. Teraz ona sta­nie się tą strasz­liwą wizją, tym strzęp­kiem zamor­do­wa­nego księ­życa, który runął na zie­mię. Prę­dzej czy póź­niej nic nie unik­nie upadku.

Wszystko to prawda.

Spójrz­cie na roz­pacz w moich oczach.

* * *

Shi'gal Gu'Rull stał na samej kra­wę­dzi Czoła. Nocny wicher zawo­dził gło­śno, opły­wa­jąc jego wysoką, chudą postać. Był naj­star­szym spo­śród Shi'gali. Pod­czas dłu­giej służby dla Acyl poko­nał już w walce sied­miu innych Zabój­ców. Miał za sobą sześć­dzie­siąt jeden stu­leci życia i wzro­stu, był dwu­krot­nie wyż­szy od doro­słego Łowcy K'ell. Łow­com dawano bowiem posmak nagłego kresu po upły­wie dzie­się­ciu wie­ków, przy two­rze­niu Shi'gali nie sto­so­wano zaś takiego posmaku. Poten­cjal­nie mogli prze­żyć samą matronę.

Hodo­wano ich z myślą o spry­cie, Gu'Rull nie miał więc złu­dzeń, jeśli cho­dzi o stan umy­słu Matki Acyl. Nie­udolna adap­ta­cja poboż­nych struk­tur wiary nie posłu­żyła ani matro­nie, ani wszyst­kim K'Chain Che'Malle. Pra­gnęła mieć ludz­kich czci­cieli, ludz­kie sługi, ale ludzie byli zbyt słabi i deli­katni, by mieć jaką­kol­wiek war­tość. Naj­lep­szym dowo­dem na to była Kalyth. Acyl dała jej posmak prze­ni­kli­wo­ści, który powi­nien przy­nieść pew­ność i siłę, a słaby umysł ludz­kiej kobiety wypa­czył go, uczy­nił zeń nowe narzę­dzie słu­żące samo­oskar­ża­niu się i uża­la­niu nad sobą.

Pod­czas Poszu­ki­wań posmak zanik­nie. Szybko krą­żąca krew Kalyth cią­gle roz­cień­czała dar Acyl, a nie będzie go można uzu­peł­niać. Kobieta zosta­nie zdana na wła­sną inte­li­gen­cję, a ta według wszel­kich kry­te­riów była niska. Gu'Rull uwa­żał, że Kalyth już w tej chwili jest cał­ko­wi­cie bez­u­ży­teczna, a na tej bez­sen­sow­nej wypra­wie sta­nie się dla nich tylko obcią­że­niem.

Naj­le­piej byłoby zabić ją jak naj­szyb­ciej, lecz, nie­stety, roz­kazy Matki Acyl nie pozo­sta­wiały mu podob­nej swo­body. Boży Jeź­dziec musi wybrać Śmier­tel­nego Mie­cza i Tar­czę Kowa­dło spo­śród swych pobra­tym­ców.

Sag'Chu­rok zdał rela­cję z porażki, jaką zakoń­czył się pierw­szy wybór. Czer­wona Maska z Awli oka­zał się jedną wielką kolek­cją wad. Gu'Rull nie wie­rzył, by Bożemu Jeźdź­cowi powio­dło się lepiej. Ludzie mogli fak­tycz­nie roz­kwi­tać na sze­ro­kim świe­cie, ale wyłącz­nie dzięki temu, że roz­mna­żali się strasz­li­wie szybko, podob­nie jak dzi­kie ortheny. Nie posia­dali żad­nych innych talen­tów.

Shi'gal uniósł skró­cony pysk i otwo­rzył szcze­liny noz­drzy, by powę­szyć w zim­nym noc­nym powie­trzu. Wiatr wiał ze wschodu, jak zwy­kle przy­no­sząc zapach śmierci.

Gu'Rull splą­dro­wał żało­sne wspo­mnie­nia Bożego Jeźdźca i wie­dział, że na wscho­dzie, na rów­ni­nach zna­nych jako Elan, nie znajdą ratunku. Sag'Chu­rok i Gunth Mach wyru­szyli na zachód, do Awl'danu, i tam rów­nież spo­tkało ich nie­po­wo­dze­nie. Pół­noc była mar­twym, nie­go­ścin­nym kró­le­stwem peł­nym lodu, burz­li­wych mórz i strasz­li­wego zimna.

Musieli więc udać się na połu­dnie.

Shi'gal nie opusz­czał Ampe­lasa Zako­rze­nio­nego od ośmiu stu­leci. W tym krót­kim cza­sie zapewne nie­wiele się zmie­niło w regio­nie zwa­nym przez ludzi Pust­ko­wiami. Nie­mniej jed­nak zasady tak­tyki radziły prze­pro­wa­dzić zwiad.

Dla­tego Gu'Rull roz­wi­nął wyro­słe przed mie­sią­cem skrzy­dła, roz­po­ście­ra­jąc wydłu­żone, pie­rza­ste łuski, by wypeł­nił je wiatr.

Zabójca sko­czył z wyso­kiego urwi­ska Czoła, roz­kła­da­jąc skrzy­dła na pełną roz­pię­tość. Zabrzmiała pieśń lotu, niski, jękliwy gwizd, który dla Shi'gali był muzyką wol­no­ści.

Opusz­czał Ampe­lasa Zako­rze­nio­nego... minęło zbyt wiele czasu, odkąd Gu'Rull czuł się ostat­nio tak... pod­eks­cy­to­wany.

Dwoje nowych oczu, ulo­ko­wa­nych pod linią żuchwy, otwo­rzyło się po raz pierw­szy. Zło­żony obraz - niebo na górze i zie­mia na dole - zdez­o­rien­to­wał na moment Zabójcę, ale po chwili udało mu się wpro­wa­dzić nie­zbędny podział i obie wizje połą­czyły się w sze­roką pano­ramę ota­cza­ją­cego go świata.

Nowe posmaki Acyl były ambitne, a nawet bły­sko­tliwe. Czy tego rodzaju kre­atyw­ność zawsze łączyła się z obłę­dem? Być może.

Czy ta per­spek­tywa obu­dziła w Gu'Rullu nadzieję? Nie. Nadzieja nie była moż­liwa.

Zabójca leciał przez noc, wysoko nad spu­sto­szoną, nie­mal cał­ko­wi­cie mar­twą kra­iną. Jak strzę­pek zamor­do­wa­nego księ­życa.

Pust­ko­wia

Nie był sam. W grun­cie rze­czy, nie pamię­tał, by kie­dy­kol­wiek był sam. To było nie­wy­obra­żalne. Tyle przy­naj­mniej rozu­miał. O ile potra­fił to okre­ślić, nie miał ciała. Posia­dał też oso­bliwy przy­wi­lej nie­mal dowol­nego prze­miesz­cza­nia się od jed­nego towa­rzy­sza do dru­giego. Był prze­ko­nany, że gdyby umarli albo zna­leźli jakiś spo­sób, by go nie wpu­ścić, prze­stałby ist­nieć. A on tak bar­dzo chciał zacho­wać życie, na­dal uno­sić się w powie­trzu, pełen eufo­rycz­nego zachwytu przy­ja­ciółmi skła­da­ją­cymi się na dzi­waczną, nie­do­braną rodzinę.

Wędro­wali przez smętne pust­ko­wie, pełne spę­ka­nych skał, usy­pa­nych przez wiatr pryzm sza­rego pia­sku oraz rumo­wisk z wul­ka­nicz­nego szkła, zaczy­na­ją­cych się i koń­czą­cych z obo­jętną przy­pad­ko­wo­ścią. Wzgó­rza i skalne wznie­sie­nia zde­rzały się ze sobą w cał­ko­wi­tym cha­osie. Na pofał­do­wa­nym hory­zon­cie nie widzieli ani jed­nego drzewa. Zza rzad­kich chmur spo­glą­dało na nich zama­zane oko słońca. Było upal­nie, a wiatr nie cichł ani na chwilę.

Jedy­nym poży­wie­niem, jakie tu znaj­do­wali, były stada oso­bli­wych, pokry­tych łuskami gry­zoni - ich chude mięso miało smak pyłu - oraz prze­ro­śnięte rhi­zany, mające pod skrzy­dłami torby obrzę­kłe od mlecz­nej wody. Dniem i nocą śle­dziły ich ćmy płasz­czowe, cier­pli­wie cze­ka­jące, aż któ­reś z nich pad­nie, by już się nie pod­nieść. To jed­nak nie wyda­wało się praw­do­po­dobne. Prze­la­tu­jąc od jed­nego wędrowca do dru­giego, wyczu­wał ich wro­dzoną deter­mi­na­cję i nie­za­chwianą siłę.

Cecho­wali się wiel­kim har­tem ducha, lecz, nie­stety, nie zmie­niało to faktu, że ich roz­mowy skła­dały się głów­nie z cią­głych uty­ski­wań i sprze­czek.

- Cóż za mar­no­traw­stwo - mówił Sheb, dra­piąc się po swę­dzą­cej bro­dzie. - Można by wyko­pać kilka studni, a potem zbu­do­wać z tych kamieni domy, sklepy i tak dalej. Stwo­rzyć coś war­to­ścio­wego. Z pustej ziemi nie ma żad­nego pożytku. Marzę o dniu, gdy wszystko zosta­nie zago­spo­da­ro­wane, na całej powierzchni świata. Gdy wszyst­kie mia­sta połą­czą się w jedno...

- Nie byłoby wtedy ziemi upraw­nej - sprze­ci­wił się Ostatni, jak zwy­kle z lękliwą nie­pew­no­ścią. - Nie byłoby co jeść...

- Nie bądź idiotą - wark­nął Sheb. - Upra­wiano by zie­mię. Po pro­stu nie byłoby takich bez­u­ży­tecz­nych pust­kowi, gdzie nie żyje nic poza cho­ler­nymi szczu­rami. Szczury pod zie­mią, szczury w powie­trzu, owady i kości... Potra­fisz uwie­rzyć w takie stosy kości?

- Ale...

- Zamknij się, Ostatni - prze­rwał mu Sheb. - I tak ni­gdy nie masz nic uży­tecz­nego do powie­dze­nia.

- Pro­szę, tylko bez bójek - ode­zwała się sła­bym, drżą­cym gło­sem Asane. - I tak już jest okrop­nie, a ty do tego wywo­łu­jesz awan­tury, Sheb...

- Uwa­żaj, sta­ru­cho, bo będziesz następna.

- A może spró­bu­jesz się ze mną, Sheb? - zapy­tał Nap­pet. - Nie? Tak też myśla­łem. - Splu­nął. - Potra­fisz tylko gadać. Pew­nej nocy, gdy zaśniesz, wytnę ci ozór i rzucę go jeba­nym ćmom płasz­czo­wym. Kto będzie się skar­żył? Asane? Oddech? Ostatni? Taxi­la­nin? Rau­tos? Nikt, Sheb. Wszy­scy zatań­czymy z rado­ści.

- Mnie w to nie mie­szaj - sprze­ci­wił się Rau­tos. - Wycier­pia­łem się za całe życie, kiedy miesz­ka­łem z żoną. Nie muszę doda­wać, że za nią nie tęsk­nię.

- Rau­tos jak zwy­kle to samo - wark­nęła Oddech. - Moja żona zro­biła to, moja żona powie­działa tamto. Mam już dość słu­cha­nia o two­jej żonie. Jej tu nie ma, tak? Zapewne ją uto­pi­łeś i dla­tego musia­łeś ucie­kać. Uto­pi­łeś ją w swo­jej pięk­nej fon­tan­nie, przy­trzy­ma­łeś jej głowę pod wodą, patrzy­łeś, jak wyba­łu­sza oczy i otwiera usta, pró­bu­jąc krzy­czeć. Przy­glą­da­łeś się temu z uśmie­chem na twa­rzy, tak jest. Nie zapo­mnia­łam. Nie mogę zapo­mnieć. To było okropne. Jesteś mor­dercą, Rau­tos.

- Ta znowu o uto­pie­niu - wark­nął Sheb.

- Może jej też wytnę język - oznaj­mił z uśmie­chem Nap­pet. - I Rau­to­sowi. Koniec pie­prze­nia o uto­pie­niu i żonach albo narze­ka­nia. Reszta jest w porządku. Ostatni, ty nic ni­gdy nie mówisz, a jeśli nawet coś powiesz, nikogo to nie drażni. Asane, ty na ogół wiesz, kiedy trzy­mać gębę na kłódkę. A taxi­la­nin w ogóle się nie odzywa. Kiedy zosta­niemy sami...

- Widzę coś - ode­zwał się Rau­tos.

Poczuł, że ich uwaga prze­nosi się na hory­zont, i dostrzegł tam ich oczami coś, co wzno­siło się ku niebu. Było za wąskie na górę, a zbyt potężne na drzewo. Od ster­czą­cego jak ząb obiektu dzie­liło ich jesz­cze kilka mil.

- Chcę to zoba­czyć - oznaj­mił taxi­la­nin.

- A co tam, i tak nie mamy dokąd iść - poparł go Nap­pet.

Pozo­stali zgo­dzili się w mil­cze­niu. Szli już nie wia­domo jak długo i sprzeczki o to, dokąd powinni się udać, dawno wyga­sły. Żadne z nich nie potra­fiło na to odpo­wie­dzieć. Nie wie­dzieli nawet, gdzie się znaj­dują.

Ruszyli ku odle­głemu, tajem­ni­czemu obiek­towi.

Ucie­szył się z tego. Towa­rzy­szył im z rado­ścią. Zauwa­żył, że podziela cie­ka­wość taxi­la­nina, która nasi­lała się z każdą chwilą, i gdyby ktoś rzu­cił jej wyzwa­nie, z łatwo­ścią prze­zwy­cię­ży­łaby obawy Asane oraz obse­sje drę­czące pozo­sta­łych - uto­pie­nie Oddech, nie­szczę­śliwe mał­żeń­stwo Rau­tosa, pozba­wione zna­cze­nia życie lękli­wego Ostat­niego, nie­na­wiść Sheba oraz upodo­ba­nie do okru­cień­stwa Nap­peta. Roz­mowy umil­kły. Było sły­chać tylko odgłos bosych stóp na ska­li­stym pod­łożu oraz ciche zawo­dze­nia nie­usta­ją­cego wichru.

* * *

Wysoko w górze, dwa­dzie­ścia ciem płasz­czo­wych śle­dziło samot­nego wędrowca idą­cego przez pust­ko­wia. Zwa­biły je tu głosy, lecz zna­la­zły tylko samot­nego, wychu­dłego męż­czy­znę. Jego skóra miała mato­wo­zie­loną barwę, a z ust ster­czały mu kły. Niósł miecz, ale poza tym był nagi. Samotny wędro­wiec prze­ma­wia­jący sied­mioma gło­sami, zna­jący sie­bie pod sied­mioma imio­nami. Był wie­loma, lecz był jed­nym. Wszy­scy zgu­bili drogę i on rów­nież.

Ćmy płasz­czowe cze­kały, aż jego życie się skoń­czy. Minęły już jed­nak tygo­dnie. Mie­siące. Na razie gło­do­wały.

* * *

Postrze­gał wzorce wyma­ga­jące roz­wa­że­nia. Ich ele­menty zacho­wy­wały jed­nak odręb­ność - uno­szące się w powie­trzu witki, plamy czerni prze­pły­wa­jące przez jego pole widze­nia. Ale przy­naj­mniej odzy­skał wzrok. To już coś. Zbu­twiała tka­nina spa­dła mu z oczu, porwana prą­dami powie­trza, któ­rych nie czuł.

We wzor­cach odnaj­dzie klucz do wszyst­kich zaga­dek. Był tego pewien. Musi tylko połą­czyć je w całość i osią­gnie zro­zu­mie­nie, dowie się wszyst­kiego, co musi wie­dzieć. Poj­mie drę­czące go wizje.

Dziwna dwu­noga jasz­czurka o krót­kim kiku­to­wa­tym ogo­nie, zakuta w czarną, lśniącą zbroję, stoi na jakimś kamien­nym pomo­ście. Rynsz­to­kami po obu jej stro­nach spły­wają stru­mie­nie krwi. Spoj­rze­nie nie­ludz­kich, nie­mru­ga­ją­cych oczu wbija w źró­dło owego krwa­wie­nia - smoka przy­ku­tego do kra­tow­nicy potęż­nych drew­nia­nych belek gwoź­dziami barwy rdzy, z któ­rych ska­puje rosa. Zwi­nięta z bólu bestia oparła się śmierci, jej życie prze­obra­ziło się w wiecz­ność bólu. Jasz­czurkę ota­cza okrutny pół­cień zim­nej satys­fak­cji.

W innej wizji dwa wilki patrzą na niego z niskiego wznie­sie­nia pokry­tego trawą i przy­po­mi­na­ją­cymi kości wypu­kło­ściami skal­nymi. Ostroż­nie, nie­spo­koj­nie, jakby pod­da­wały oce­nie rywala. Za nimi padają z gęstych chmur sko­śne strugi desz­czu. Odwró­cił się, jakby nie obcho­dziło go ich spoj­rze­nie, i ruszył przez ogo­ło­coną rów­ninę. W oddali wzno­siły się dzie­siątki dolme­nów, roz­rzu­co­nych bez­ład­nie, ale wyglą­da­ją­cych iden­tycz­nie. A może to były posągi? Pod­szedł bli­żej, przy­glą­da­jąc się uważ­nie syl­wet­kom. Miały dziwne, ster­czące kap­tury, zwra­cały ku niemu chude, zgar­bione plecy i zakrę­cone ogony. Zie­mia, na któ­rej przy­cup­nęły, lśniła, jak posy­pana dia­men­tami albo tłu­czo­nym szkłem.

Gdy był już bli­sko mil­czą­cych, nie­ru­cho­mych war­tow­ni­ków i wkrótce miał dotrzeć do naj­bliż­szego, prze­mknął nad nim głę­boki cień. Powie­trze nagle zro­biło się lodo­wate. Zatrzy­mał się zroz­pa­czony i spoj­rzał w górę.

Nie zoba­czył niczego oprócz gwiazd. Wszyst­kie uno­siły się swo­bod­nie, jakby zerwały się z postron­ków. Wyglą­dały jak pyłki w opróż­nia­nym powoli base­nie. Słabe głosy opa­dły z góry, dotknęły jego czoła niczym płatki śniegu i natych­miast się sto­piły, tra­cąc wszel­kie zna­cze­nie. W Otchłani trwały spory, ale on nic z nich nie rozu­miał. Gdy tylko spoj­rzał w górę, zachwiał się, stra­cił rów­no­wagę, poczuł, że jego stopy uno­szą się nad zie­mię. Popa­trzył w dół.

Tam rów­nież były gwiazdy, ale roz­bły­snął wśród nich tuzin słońc gore­ją­cych zie­lo­nym ogniem. Mknęły przez czarną pustkę, two­rząc w niej krwa­wiące świa­tłem szcze­liny. W miarę jak się zbli­żały, sta­wały się coraz ogrom­niej­sze, ośle­pia­jąc go. Usły­szał wir nie­prze­li­czo­nych gło­sów. To, co przed­tem wyda­wało mu się płat­kami śniegu szybko top­nie­ją­cymi na jego roz­pa­lo­nym czole, paliło teraz jak ogień.

Gdyby tylko zdo­łał przy­cią­gnąć do sie­bie frag­menty, połą­czyć je w mozaikę i ujrzeć praw­dziwy wzo­rzec. Gdyby mógł...

Spi­rale. Tak jest, tym wła­śnie są. Ruch go nie oszuka, pozwoli mu dostrzec kry­jący się pod spodem kształt.

Spi­rale pośród futra.

Tatu­aże! Widział je. Widział!

Gdy tylko tatu­aże znie­ru­cho­miały, przy­po­mniał sobie, kim jest.

Jestem Hebo­ric Wid­mo­wo­ręki, Boży Jeź­dziec oba­lo­nego boga.

Widzę cię, Fene­rze.

Tak ogromna syl­wetka, tak bar­dzo zagu­biona. Nie­zdolna się poru­szyć.

Jego bóg był uwię­ziony. Podob­nie jak Hebo­ric musiał bez słowa obser­wo­wać gore­jące słońca spa­da­jące na zie­mię. Kapłan i jego bóg stali im na dro­dze, ale tej siły nie można było ode­pchnąć na bok. Ni­gdy nie stwo­rzono tar­czy wystar­cza­jąco potęż­nej, by ją powstrzy­mać.

Otchłani nie obcho­dzi nasz los. Przed­sta­wia nam swoje argu­menty, któ­rym nie możemy się oprzeć.

Fene­rze, sta­łem się twoją zgubą. A ty, stary boże, sta­łeś się moją.

Nie żałuję już jed­nak niczego. Tak wła­śnie powinno się stać. W końcu wojna nie rozu­mie innego języka. Tocząc ją, sami ścią­gamy na sie­bie znisz­cze­nie i karzemy swe dzieci nie­szczę­snym dzie­dzic­twem krwi.

Wresz­cie wszystko zro­zu­miał. Pojął sens bogów wojny, uświa­do­mił sobie, co ozna­cza fakt ich ist­nie­nia. Gdy spo­glą­dał na zbli­ża­jące się z każdą chwilą nefry­towe słońca, przy­gnio­tła go świa­do­mość darem­no­ści kry­ją­cej się za całą tą aro­gan­cją, całą tą bez­myślną zaro­zu­mia­ło­ścią.

Spójrz­cie, jak roz­wi­jamy cho­rą­gwie nie­na­wi­ści.

Popa­trz­cie, do czego nas to dopro­wa­dziło.

Zaczęła się ostat­nia wojna. Wojna z wro­giem, przed któ­rym nie ma obrony. Tego arbi­tra o kla­row­nym spoj­rze­niu nie oszu­kają ani słowa, ani czyny. Jest odporny na kłam­stwa, obo­jętny na tłu­ma­cze­nia i czcze zapew­nie­nia o koniecz­no­ści, na gada­nie o wybo­rze mniej­szego zła, mają­cym zapew­nić łatwe uspra­wie­dli­wie­nie. Tak jest, sły­szał teraz argu­menty, puste jak eter, który prze­mie­rzały.

Byli­śmy w raju. A potem przy­wo­ła­li­śmy bogów wojny, by spro­wa­dzić znisz­cze­nie na sie­bie i na nasz świat. Na jego zie­mię, powie­trze, wodę i nie­zli­czone formy życia. Nie, nie oka­zuj­cie zasko­cze­nia ani zdu­mio­nej nie­win­no­ści. Spo­glą­dam teraz oczami Otchłani. Widzę oczami wroga i prze­mó­wię jego gło­sem.

Spójrz­cie, przy­ja­ciele. Jestem spra­wie­dli­wo­ścią.

Gdy wresz­cie się spo­tkamy, to się wam nie spodoba.

A jeśli pod koniec obu­dzi się w was poczu­cie iro­nii, spójrz­cie, jak pła­czę nefry­to­wymi łzami, i odpo­wiedz­cie uśmie­chem.

Jeśli macie odwagę.

Czy ją macie, przy­ja­ciele?

Rozdział pierwszy

Roz­dział pierw­szy

Żało­snym upo­ko­rze­niem jest nie to, co koc odsła­nia, ale to, co ukrywa.

Król Letheru, Tehol Jedyny

Na zaro­śnięte gęstym ziel­skiem podwó­rze mar­twej wieży Azath w Lethe­ras przy­była wojna. Stada jasz­czu­rek zaata­ko­wały od strony brzegu rzeki i, zna­la­zł­szy obfi­tość nie­zwy­kłych owa­dów, wpa­dły w szał żero­wa­nia.

Naj­dziw­niej­szym z tajem­ni­czych insek­tów był gatu­nek dwu­gło­wych chrząsz­czy. Cztery jasz­czurki zauwa­żyły podobne stwo­rze­nie i oto­czyły je krę­giem. Owad dostrzegł zagro­że­nia nad­cią­ga­jące z dwóch stron i wyko­nał ostrożny pół­ob­rót, po to tylko, by spo­strzec dwa następne. Na ten widok padł na zie­mię, uda­jąc mar­twego.

To nie oka­zało się sku­teczne. Jeden z gadów, jasz­czurka, z bie­ga­ją­cego po ścia­nach gatunku o sze­ro­kiej pasz­czy i oczach w złote cętki, sko­czyła do ataku i połknęła insekta.

Podobne sceny powta­rzały się na całym podwó­rzu. Strasz­liwa rzeź zapo­wia­dała zagładę gatunku. Tego wie­czoru los wyraź­nie nie sprzy­jał dwu­gło­wym chrząsz­czom.

Nie­mniej jed­nak ofiary nie zawsze są tak bez­bronne, jak mogłoby się z początku wyda­wać. Ta rola ma w natu­rze efe­me­ryczny cha­rak­ter i zja­dani mogą z cza­sem pożreć zja­da­ją­cych w nie­koń­czą­cym się dra­ma­cie walki o byt.

Samotna sowa, nażarta już mię­sem jasz­czu­rek, była jedy­nym świad­kiem fali śmierci, która nade­szła na dole. Z paszcz wiją­cych się w śmier­tel­nych kon­wul­sjach gadów wyła­niały się gro­te­skowe kształty. Oka­zało się, że groźba zagłady wisząca nad dwu­gło­wymi chrząsz­czami wcale nie jest tak bli­ska, jak wyda­wało się jesz­cze przed paroma chwi­lami.

Jed­nakże sowy, jako jedne z naj­mniej inte­li­gent­nych pta­ków, nie zwa­żają na podobne lek­cje. Pta­szy­sko gapiło się na wyda­rze­nia, a jego wiel­kie oczy były puste. Nagle jed­nak poczuło w brzu­chu poru­sze­nie wystar­cza­jąco silne, by ode­rwać uwagę od żało­snego spek­ta­klu śmierci, masy bla­dych, jasz­czur­czych brzu­chów pokry­wa­ją­cych ciemną glebę. Nie pomy­ślało o zje­dzo­nych jasz­czur­kach; nawet spo­glą­da­jąc wstecz, nie uświa­do­miło sobie, jak ospale nie­które z nich umy­kały przed jego szpo­nami.

Sowę cze­kała długa noc pełna bole­snych wymio­tów. Choć była głu­pia, od tej chwili na zawsze wyrze­kła się jedze­nia jasz­czu­rek.

Świat udziela lek­cji sub­tel­nych albo - jeśli zaj­dzie taka potrzeba - pro­stych i bru­tal­nych, by mogli je pojąć nawet naj­bar­dziej tępi ucznio­wie. Jeśli nie zdo­łają tego zro­bić, zginą. Jeśli zaś cho­dzi o tych inte­li­gent­nych, nic, rzecz jasna, nie może uspra­wie­dli­wić braku zro­zu­mie­nia.

* * *

Noc w upal­nym Lethe­ras. Kamień ocie­kał potem. Woda w kana­łach robiła wra­że­nie lep­kiej i cał­ko­wi­cie nie­ru­cho­mej, jej powierzch­nia była dziw­nie pła­ska i nie­przej­rzy­sta od opa­da­ją­cego na nią pyłu i odpad­ków. Owady tań­czyły nad nią, jakby szu­kały wła­snego odbi­cia, ale gładka patyna niczego nie ujaw­niała, pochła­nia­jąc świa­tło gwiazd oraz krwawy blask pochodni nie­sio­nych przez uliczne patrole. Skrzy­dlate stwo­rzonka tań­czyły bez chwili wytchnie­nia, jakby osza­lały od gorączki.

Pod mostem, po stro­mych, skry­tych w mroku brze­gach, łaziły świersz­cze przy­po­mi­na­jące błysz­czące, opa­słe kro­ple oleju. Nie­szczę­sne owady chrzę­ściły pod sto­pami dwóch postaci, które pode­szły do sie­bie i sku­liły się w ciem­no­ści.

- Ni­gdy by tam nie wlazł - stwier­dził pierw­szy czło­wiek ochry­płym szep­tem. - Ta woda śmier­dzi. Popatrz, nie ma na niej żad­nych zmarsz­czek ani nic. Prze­kradł się na drugi brzeg, na nocne tar­go­wi­sko, gdzie będzie mógł szybko znik­nąć.

- Znik­nąć - mruk­nęła druga postać, kobieta, uno­sząc ści­skany w urę­ka­wicz­nio­nej dłoni szty­let i przy­glą­da­jąc się jego ostrzu. - To było nie­złe. Jakby mógł to zro­bić. On albo kto­kol­wiek z nas.

- Myślisz, że nie potrafi się owi­nąć, tak jak my?

- Nie miał na to czasu. Cały czas zwiewa. To panika.

- Na to wyglą­dało - zgo­dził się jej towa­rzysz, ale potem pokrę­cił głową. - Ni­gdy nie widzia­łem niczego rów­nie... roz­cza­ro­wu­ją­cego.

Kobieta scho­wała szty­let.

- Wyku­rzą go z kry­jówki. Wróci na tę stronę i wtedy go cap­niemy.

- To głu­pie. Naprawdę myślał, że uda mu się zwiać?

Po paru chwi­lach Śmieszka znowu wyjęła szty­let i wpa­trzyła się w jego klingę.

Sie­dzący obok Rze­zi­gar­dzioł wzniósł oczy ku niebu.

* * *

Flaszka wypro­sto­wał się i ski­nął na Koryka, naka­zu­jąc mu podą­żyć za sobą. Przy­glą­dał się z roz­ba­wie­niem, jak bar­czy­sty pół­krwi Seti prze­py­cha się przez tłum, zosta­wia­jąc za sobą ślad peł­nych obu­rze­nia spoj­rzeń i prze­łknię­tych w pół słowa prze­kleństw. Rzecz jasna, kło­poty im raczej nie gro­ziły, ponie­waż było oczy­wi­ste, że cho­lerny cudzo­zie­miec ich wła­śnie szuka. Instynkt na całym świe­cie pod­po­wia­dał ludziom to samo i nikt nie miał ochoty zacze­piać Koryka.

Szkoda. Warto by było to zoba­czyć. Flaszka uśmiech­nął się pod nosem na myśl o tłu­mie roz­ju­szo­nych nabyw­ców ata­ku­ją­cych łypią­cego zło­wrogo bar­ba­rzyńcę, by oba­lić go na zie­mię cio­sami boch­nów chru­pią­cego chleba i bul­wia­stych jarzyn.

Z dru­giej strony jed­nak nie mieli czasu na podobne roz­rywki. Przy­naj­mniej nie w tej chwili, gdy zna­leźli zbiega. Tarcz i Corabb zajęli pozy­cje w zaułku za szyn­kiem, by unie­moż­li­wić ści­ga­nemu ucieczkę tyl­nym wyj­ściem, a Moż­liwe i Masan Gilani weszli na dach, na wypa­dek gdyby ich cel stał się nagle kre­atywny.

Spo­cony Koryk pod­szedł do niego. Łypał zło­wrogo spode łba, zgrzy­ta­jąc zębami.

- Żało­śni zasrańcy - mruk­nął. - Skąd się bie­rze ta żądza wyda­wa­nia forsy? Tar­go­wi­ska są głu­pie.

- Uszczę­śli­wiają ludzi - sprze­ci­wił się Flaszka. - A jeśli nawet nie, to pozwa­lają im się chwi­lowo nasy­cić, co pełni tę samą funk­cję.

- To zna­czy jaką?

- Powstrzy­muje ich przed wywo­ły­wa­niem kło­po­tów - wyja­śnił. - Tych nie­bez­piecz­nych - dodał, widząc, że Koryk marsz­czy czoło i spo­gląda na boki. - Takich, które się zda­rzają, gdy lud­ność ma czas myśleć, naprawdę myśleć. No wiesz, gdy ludzie zaczy­nają sobie uświa­da­miać, że to wszystko jest gówno warte.

- To brzmi jak jedno z prze­mó­wień króla. One zawsze mnie usy­piają, tak samo jak ty teraz, Flaszka. To gdzie on wła­ści­wie się scho­wał?

- Jeden z moich szczu­rów przy­cup­nął u pod­stawy porę­czy...

- Który?

- Mała Śmieszka. Ona nadaje się do tego naj­le­piej. Nie spusz­cza z niego spoj­rze­nia pacior­ko­wa­tych oczek. Usiadł za sto­li­kiem w rogu, tuż pod zamkniętą okien­nicą. Nie wygląda na to, żeby mógł przez nią uciec. Krótko mówiąc, zapę­dzi­li­śmy go w kozi róg.

Koryk zasę­pił się jesz­cze bar­dziej.

- To chyba zbyt łatwe, nie?

Flaszka podra­pał się po pora­sta­ją­cej twarz szcze­ci­nie, prze­stą­pił z nogi na nogę i wresz­cie wes­tchnął.

- Ehe, zde­cy­do­wa­nie zbyt łatwe.

- Idą Bal­sam i Gesler.

Obaj sier­żanci pode­szli do nich.

- Co tu robimy? - zapy­tał Bal­sam, wyba­łu­sza­jąc oczy.

- Nie zwra­caj­cie na niego uwagi, znowu ma atak - ode­zwał się Gesler. - Chyba czeka nas walka, i to paskudna. On nie podda się łatwo.

- Jak wygląda plan? - zapy­tał Koryk.

- Chmura ruszy przo­dem, żeby go wypło­szyć. Jeśli spró­buje uciec tyl­nymi drzwiami, capną go wasi kum­ple. Jeśli wle­zie na dach, to samo. Podej­rze­wam jed­nak, że omi­nie napast­nika i popę­dzi do drzwi fron­to­wych. Tak ja bym zro­bił na jego miej­scu. Chmura jest wielki i wredny, ale nie­zbyt szybki. Na to wła­śnie liczymy. Zacze­kamy tu we czwórkę na skur­czy­byka i zała­twimy go, a Chmura sta­nie w drzwiach, by odciąć mu drogę odwrotu.

- Wygląda na nie­spo­koj­nego i wku­rzo­nego - ode­zwał się Flaszka. - Ostrzeż Chmurę. Może się zde­cy­do­wać na atak.

- Jak tylko usły­szymy odgłosy walki, wpa­damy do środka - odparł Gesler.

Zło­to­skóry sier­żant poszedł za przy­ja­cie­lem, by prze­ka­zać mu instruk­cje. Bal­sam stał obok Koryka z oszo­ło­mioną miną.

Ludzie wcho­dzili do szynku i wycho­dzili z niego, jakby był bur­de­lem szyb­kiej obsługi. Nagle w tłu­mie poja­wił się Chmura, znacz­nie wyż­szy od nie­mal wszyst­kich tubyl­ców. Twarz miał czer­woną, a brodę jesz­cze czer­wień­szą, jakby całe jego obli­cze sta­nęło w pło­mie­niach. Męż­czy­zna polu­zo­wał miecz w pochwie i ruszył ocię­żale w stronę drzwi. Ludzie scho­dzili mu pośpiesz­nie z drogi. Spo­tkał w wej­ściu jakie­goś tubylca, zła­pał go za koszulę i cisnął za sie­bie. Biedny dureń pisnął z bólu, pada­jąc twa­rzą na bruk nie­spełna trzy kroki od cze­ka­ją­cych Mala­zań­czy­ków. Wił się z bólu, uno­sząc ręce do okrwa­wio­nego pod­bródka.

Chmura wtar­gnął do szynku, a Gesler podą­żył w stronę wej­ścia, prze­cho­dząc nad leżą­cym oby­wa­te­lem.

- Wszy­scy do drzwi - wysy­czał. - Szybko!

Flaszka pozwo­lił Kory­kowi ruszyć przo­dem, zacze­kał nawet na Bal­sama, który omal nie poszedł w drugą stronę, nim Gesler pocią­gnął go za sobą. Jeśli miało dojść do walki, mag wolał zosta­wić nie­przy­jemną robotę towa­rzy­szom. W końcu wyko­nał już zada­nie, odnaj­du­jąc zbiega.

W lokalu eks­plo­do­wał chaos. Roz­le­gły się zdzi­wione głosy, trzask łama­nych mebli oraz krzyki prze­ra­że­nia. Usły­szeli głu­chy łoskot i z drzwi buch­nęły białe kłęby. Potem nade­szły kolejne trza­ski pęka­ją­cych mebli i dono­śny huk. Ktoś wypadł sprin­tem z obło­ków dymu.

Męż­czy­zna ude­rzył łok­ciem w szczękę Koryka. Pół­krwi Seti zwa­lił się na zie­mię jak ścięte drzewo.

Gesler uchy­lił się przed pię­ścią aku­rat na czas, by spo­tkać ude­rza­jące w górę kolano. Trzask przy­po­mi­nał odgłos zde­rza­ją­cych się ze sobą koko­sów. Zbieg mach­nął nogą, kre­śląc sza­lony piruet, a sier­żant zato­czył się do tyłu i klap­nął na bruk. Oczy mu się zaszkliły.

Bal­sam cof­nął się z prze­raź­li­wym wrza­skiem, się­ga­jąc po krótki miecz. Flaszka sko­czył w stronę Dal­hoń­czyka i zła­pał go za rękę. Ści­gany wymi­nął ich, zmie­rza­jąc w stronę mostu. Biegł szybko, ale chwiej­nie.

Z szynku wypadł Chmura. Z nosa pły­nęła mu krew.

- Nie zła­pa­li­ście go? Cho­lerni idioci, spójrz­cie na moją gębę! Obe­rwa­łem na darmo!

Obok potęż­nie zbu­do­wa­nego Falar­czyka prze­py­chali się goście. Wszy­scy kasłali, a z oczu cie­kły im łzy.

Gesler wstał chwiej­nie i pokrę­cił głową.

- Ruszajmy za nim - wymam­ro­tał. - Miejmy nadzieję, że Rze­zi­gar­dzioł i Śmieszka tro­chę go spo­wol­nią.

Dwaj pozo­stali żoł­nie­rze wyło­nili się zza budynku i przy­glą­dali się całej sce­nie.

- Corabb, zostań z Kory­kiem i spró­buj go ocu­cić - roz­ka­zał Tarcz.

Potem pod­szedł do pozo­sta­łej czwórki i wszy­scy razem pod­jęli pościg.

- Mogłem go zała­twić! - oznaj­mił Bal­sam, spo­glą­da­jąc ze zło­ścią na Flaszkę.

- Potrzebny jest nam żywy, ty idioto - wark­nął mag.

- Naprawdę? - zdu­miał się Dal­hoń­czyk, otwie­ra­jąc sze­roko oczy.

* * *

- Popatrz! - wysy­czał Rze­zi­gar­dzioł. - Tam bie­gnie!

- Paskud­nie utyka - zauwa­żyła Śmieszka, cho­wa­jąc szty­let do pochwy. - Zaj­dziemy go z obu stron i zaata­ku­jemy kostki.

- Świetny pomysł.

Męż­czy­zna skie­ro­wał się na lewo, a kobieta na prawo. Oboje przy­kuc­nęli przy końcu pomo­stu po swo­jej stro­nie mostu i wytę­żyli słuch. Szu­ra­jący nogą zbieg zbli­żał się z każdą chwilą. Ze skraju tar­go­wej ulicy na dru­gim brzegu dobie­gły krzyki. Ści­gany przy­śpie­szył kroku.

W odpo­wied­niej chwili, gdy cel dotarł do końca mostu i wbiegł na bruk, dwoje mala­zań­skich żoł­nie­rzy wysko­czyło z ukry­cia i każde z nich zła­pało ucie­ki­niera za jedną nogę.

Cała trójka zwa­liła się na ulicę.

Po paru chwi­lach, pośród wywar­ki­wa­nych prze­kleństw, wbi­ja­nych w ciała kciu­ków i roz­pacz­li­wych kop­nia­ków, zja­wili się pozo­stali łowcy. Wspól­nymi siłami udało się obez­wład­nić zbiega.

Flaszka pod­szedł bli­żej, spo­glą­da­jąc na jego zaru­mie­nioną, posi­nia­czoną twarz.

- Doprawdy, sier­żan­cie. Z pew­no­ścią wie­dzia­łeś, że nie masz szans.

Skrzy­pek prze­szył go wście­kłym spoj­rze­niem.

- Popatrz, co zro­bi­łeś z moim nosem! - zawo­łał Chmura, łapiąc go za rękę. Naj­wy­raź­niej miał ochotę ją zła­mać.

- Rzu­ci­łeś w szynku zady­mia­cza, tak? - zapy­tał Flaszka. - Cóż za mar­no­traw­stwo.

- Wszy­scy za to zapła­ci­cie - burk­nął Skrzy­pek. - Nie macie poję­cia...

- On zapewne ma rację - wtrą­cił Gesler. - To jak będzie, Skrzy­pek? Mamy cię tu trzy­mać przez całą wiecz­ność czy pój­dziesz z nami spo­koj­nie? Czego przy­boczna chce, to i dosta­nie.

- Łatwo ci mówić - wysy­czał saper. - Popatrz na Flaszkę. Czy wygląda na zado­wo­lo­nego?

Mag skrzy­wił się wście­kle.

- Nie jestem zado­wo­lony, ale roz­kaz to roz­kaz, sier­żan­cie. Nie możesz tak po pro­stu uciec.

- Szkoda, że nie wzią­łem paru prze­bi­ja­czy - odciął się Skrzy­pek. - To by zała­twiło sprawę. Dobra, może­cie mnie puścić. Zresztą chyba mam skrę­cone kolano. Gesler, masz szczękę z gra­nitu. Wie­dzia­łeś o tym?

- To jej zawdzię­czam ten piękny pro­fil.

- To Skrzypka ści­ga­li­śmy? - zain­te­re­so­wał się nagle Bal­sam. - Bogo­wie na dole, zbun­to­wał się czy co?

- Już wszystko w porządku, sier­żan­cie - uspo­koił prze­ło­żo­nego Rze­zi­gar­dzioł, kle­piąc go po ramie­niu. - Przy­boczna chciała, żeby Skrzy­pek zro­bił odczyt, nic wię­cej.

Flaszka się skrzy­wił.

Nic wię­cej. Jasne, to dro­biazg. Nie mogę się docze­kać.

Pod­nie­śli poj­ma­nego zbiega, nie pusz­cza­jąc go na wszelki wypa­dek, i ruszyli z powro­tem do koszar.

* * *

Pod nad­pro­żem drzwi mar­twej Azath wisiał podłużny kształt, szary i wid­mowy. Wyda­wał się pozba­wiony życia, ale, rzecz jasna, było to mylne wra­że­nie.

- Mogli­by­śmy rzu­cać kamie­niami - zapro­po­no­wała dziew­czynka. - One nocą śpią, prawda?

- Prze­waż­nie - odparł Pędrak.

- Może, jeśli będziemy cicho.

- Może.

- Kamie­nie? - zapy­tała Sinn, wier­cąc się ner­wowo.

- Jeśli tra­fisz, obu­dzą się i wypadną na zewnątrz czar­nym rojem.

- Ni­gdy nie zno­si­łam os. Odkąd pamię­tam. Na pewno kie­dyś mnie użą­dliły, nie sądzisz?

- A kogo nie użą­dliły? - odparł chło­piec, wzru­sza­jąc ramio­nami.

- Mogła­bym je po pro­stu pod­pa­lić.

- Nie cza­rami, Sinn, nie tutaj.

- Chyba mówi­łeś, że dom nie żyje.

- Tak mi się zdaje. Ale podwó­rze może żyć.

Dziew­czynka rozej­rzała się wkoło.

- Ludzie tu kopali.

- Będziesz kie­dyś roz­ma­wiała z kimś oprócz mnie? - zapy­tał Pędrak.

- Nie.

To jedno słowo było nie­wzru­szone i nie­zmienne, nie zachę­cało do dal­szej dys­ku­sji na ten temat.

Chło­piec przyj­rzał się jej.

- Wiesz, co się wyda­rzy dziś w nocy, prawda? - zapy­tał.

- Nic mnie to nie obcho­dzi. Nie będę w pobliżu.

- To nie­ważne.

- Jeśli scho­wamy się w domu, może nic do nas nie się­gnie?

- Nie­wy­klu­czone - przy­znał Pędrak. - Ale wąt­pię, by talia dzia­łała w ten spo­sób.

- Skąd wiesz?

- Nie wiem, ale wujek Keneb opo­wia­dał, że ostat­nim razem Skrzy­pek mówił o mnie, a ja wtedy wła­śnie ska­ka­łem do morza i nie było mnie w kaju­cie. A mimo to świet­nie wie­dział, co robię.

- A co robi­łeś?

- Szu­ka­łem nachtów.

- Ale skąd wie­dzia­łeś, że tam będą? To nie ma sensu, Pędrak. Zresztą co z nich za poży­tek? Nie robią nic poza łaże­niem za Witha­lem.

- I polo­wa­niem na małe jasz­czurki - dodał z uśmie­chem chło­piec.

Sinn nie dała się jed­nak zbić z tropu.

- Patrzę na cie­bie i myślę... Moc­kra.

Pędrak nic na to nie odpo­wie­dział.

Ruszył ostroż­nie przed sie­bie po nie­rów­nych kamien­nych pły­tach pokry­wa­ją­cych ścieżkę, wbi­ja­jąc spoj­rze­nie w gniazdo os.

Sinn podą­żyła za nim.

- Ty jesteś tym, co nadej­dzie, prawda?

- A ty nie? - żach­nął się.

Dotarli do progu i się zatrzy­mali.

- Myślisz, że drzwi są zamknięte?

- Psst.

Pędrak sku­lił się i prze­kradł pod olbrzy­mim gniaz­dem. Gdy już był za nim, wypro­sto­wał się powoli i się­gnął ku klamce. Zła­mała się w jego dłoni. W powie­trze buch­nął obło­czek tro­cin. Chło­piec obej­rzał się na Sinn, ale nic nie powie­dział. Ponow­nie spoj­rzał na drzwi i popchnął je lekko.

Drewno pękło pod jego doty­kiem jak opła­tek. Na zie­mię znowu posy­pały się tro­ciny.

Pędrak uniósł ręce i pchnął drzwi z całej siły.

Bariera roz­pa­dła się w obło­kach pyłu i kru­chych drzazg. Metal upadł z brzę­kiem na pod­łogę tuż za wej­ściem. Po chwili chmura znik­nęła w środku.

Pędrak prze­szedł przez stertę zbu­twia­łego drewna i znik­nął w pół­mroku.

Po chwili Sinn podą­żyła za nim. Szła szybko, pochy­la­jąc się nisko.

* * *

Ukryty w pół­mroku pod nie­mal uschnię­tym drze­wem na podwó­rzu Azath porucz­nik Pryszcz odkaszl­nął. Pew­nie powi­nien zawo­łać dzie­ciaki, ale w ten spo­sób zdra­dziłby swą obec­ność, i cho­ciaż, gdy cho­dziło o roz­kazy kapi­tana Milutka - for­mu­ło­wane w celowo nie­ja­sny spo­sób przy­wo­dziły na myśl cienką war­stwę pal­mo­wych liści masku­jącą wil­czy dół z zaostrzo­nymi koł­kami na dnie - nie mógł być niczego pewien, podej­rze­wał, że powi­nien zacho­wać tajem­nicę pod­czas śle­dze­nia dwojga bacho­rów.

Poza tym doko­nał już kilku odkryć. Sinn wcale nie była nie­mową. To mała, uparta krowa. Cóż za szok. Co wię­cej, kochała się w Pędraku. To było słod­kie. Słod­kie jak żywica, razem z gałąz­kami i uwię­zio­nymi owa­dami. Doro­sły męż­czy­zna mógłby się od tego roz­pu­ścić i spły­nąć ście­kiem do bez­den­nego morza sen­ty­men­ta­li­zmu, gdzie dzieci bawiły się bez­tro­sko, a od czasu do czasu ucho­dziło im na sucho mor­der­stwo.

Róż­nica pole­gała na tym, że Pryszcz miał świetną pamięć. Przy­po­mi­nał sobie wła­sne dzie­ciń­stwo z naj­drob­niej­szymi szcze­gó­łami i gdyby mógł się cof­nąć do prze­szło­ści, zdzie­liłby solid­nie w łeb zasmar­ka­nego głąba, jakim wów­czas był. A na widok jego zdu­mio­nej, ura­żo­nej miny powie­działby coś takiego:

- Lepiej się do tego przy­zwy­czaj, mały Prysz­czu, bo pew­nego dnia spo­tkasz męż­czy­znę zwa­nego Milut­kiem...

Tak czy ina­czej, myszy czmych­nęły do domu Azath. Może coś się tam z nimi poli­czy i jego zada­nie zakoń­czy się w satys­fak­cjo­nu­jący spo­sób. Ogromna stopa liczą­cego sobie dzie­sięć tysięcy lat olbrzyma opad­nie raz, a potem drugi. Plask, plask, jak śmier­dzące jagody. Z Pędraka zosta­nie mokra plama, a z Sinn kleks.

Bogo­wie, nie, wina wtedy spad­nie na mnie!

Pryszcz wark­nął pod nosem i ruszył za nimi.

Spo­glą­da­jąc wstecz, doszedł do wnio­sku, że powi­nien był pamię­tać o tym cho­ler­nym gnieź­dzie os. A przy­naj­mniej zwró­cić na nie uwagę, gdy popę­dził ku drzwiom. Nie­stety nie zro­bił tego i wal­nął w nie czo­łem.

Nagle roz­le­gło się gniewne brzę­cze­nie. Gniazdo zako­ły­sało się i ude­rzyło go w głowę po raz drugi.

Nade­szło roz­po­zna­nie sytu­acji, uświa­do­mie­nie jej sobie, a za nimi zro­zu­miała w tym przy­padku ślepa panika.

Pryszcz odwró­cił się bły­ska­wicz­nie i rzu­cił do ucieczki.

Eskortę zapew­niało mu około tysiąca roz­ju­szo­nych os czar­nych.

Sześć użą­dleń mogło powa­lić konia. Porucz­nik wrza­snął, gdy kark wypeł­nił mu ogień. A potem znowu, gdy dru­gie żądło wbiło się w lewe ucho.

Nade­szła kolejna eks­plo­zja bólu, tym razem na grzbie­cie pra­wej dłoni.

Zapo­mnij o kanale! Potrze­buję uzdro­wi­ciela, natych­miast!

Nie sły­szał już brzę­cze­nia, ale kra­jo­braz przed nim zaczął się prze­chy­lać, z cieni sączyła się ciem­ność, a świa­tło lamp widocz­nych za oknami było zama­zane, jaskrawe i raziło oczy. Nogi Prysz­cza rów­nież nie funk­cjo­no­wały zbyt dobrze.

Tam są mala­zań­skie koszary.

Tru­pi­smród. Albo Ebron.

Chwiał się na nogach, usi­łu­jąc sku­pić wzrok na bra­mie koszar. Spró­bo­wał zawo­łać dwóch sto­ją­cych na war­cie żoł­nie­rzy, ale język mu spuchł, wypeł­nia­jąc całe usta. Pryszcz miał trud­no­ści z oddy­cha­niem. Biegł...

Zaczy­nało mu bra­ko­wać czasu.

* * *

- Kto to był?

Pędrak wró­cił z kory­ta­rza i pokrę­cił głową.

- Ktoś. Obu­dził osy.

- Cie­szę się, że nie wle­ciały do środka.

Stali w czymś w rodzaju głów­nej kom­naty. Nad jedną ze ścian domi­no­wał kamienny komi­nek. Po obu jego stro­nach usta­wiono wyście­łane fotele. Pod dwiema kolej­nymi ścia­nami ulo­ko­wano liczne kufry i skrzy­nie, pod ostat­nią zaś, naprze­ciwko wysty­głego pale­ni­ska, stała zdobna kanapa. Nad nią wisiał wielki, wybla­kły gobe­lin. Wszystko to były tylko nie­wy­raźne, zama­zane kształty, blado rysu­jące się w pół­mroku.

- Potrzebna nam świeczka albo lampa - stwier­dziła Sinn. - Skoro nie mogę uży­wać cza­rów... - dodała z nutą iry­ta­cji.

- Zapewne byś mogła - odparł Pędrak. - Jeste­śmy już daleko od podwó­rza. Tu nie ma nikogo. Nie czuję żad­nej, hmm, obec­no­ści. Dom naprawdę jest mar­twy.

Sinn z trium­fal­nym gestem obu­dziła śpiące w pale­ni­sku węgle. Ich blask miał dziw­nie krwawą barwę, a w pło­mie­niach uka­zy­wały się zie­lone i nie­bie­skie witki.

- To dla cie­bie za łatwe - poskar­żył się Pędrak. - Nawet nie wyczu­łem groty.

Nie odpo­wie­działa. Pode­szła do gobe­linu, by mu się przyj­rzeć.

Chło­piec podą­żył za nią.

Na tka­ni­nie wyobra­żono scenę bitwy, co było typowe dla gobe­li­nów. Naj­wy­raź­niej boha­te­ro­wie mogli ist­nieć wyłącz­nie pośród śmierci. Led­wie widoczne na wybla­kłym mate­riale opan­ce­rzone gady toczyły bój z Tiste Edur i Tiste Andii. Na spo­wi­tym kłę­bami dymu nie­bie było pełno lata­ją­cych gór - w więk­szo­ści pło­ną­cych - oraz smo­ków. Nie­które z tych ostat­nich wyda­wały się ogromne, pięć albo sześć razy więk­sze od pozo­sta­łych, choć z pew­no­ścią były bar­dziej odle­głe. Wszę­dzie było pełno ognia. Na wal­czą­cych spa­dały frag­menty roz­pa­da­ją­cych się powietrz­nych for­tec. Całą scenę wypeł­niały rzeź i strasz­liwe znisz­cze­nia.

- Ładne - mruk­nęła dziew­czynka.

- Sprawdźmy, co jest w wieży - zapro­po­no­wał Pędrak.

Wyobra­żone na gobe­li­nie pożary przy­po­mi­nały mu Y'Gha­tan, przy­wo­ły­wały wizję Sinn idą­cej przez pło­mie­nie. Rów­nie dobrze mogłaby wejść w sam śro­dek sta­ro­żyt­nej bitwy. Bał się, że jeśli przyj­rzy się dokład­nie, zoba­czy pośród setek kłę­bią­cych się postaci swą towa­rzyszkę z wyra­zem zado­wo­le­nia na pyza­tej twa­rzy i bły­skiem syto­ści w ciem­nych oczach.

Ruszyli w stronę kwa­dra­to­wej wieży.

Gdy znowu weszli do mrocz­nego kory­ta­rza, Pędrak przy­sta­nął, cze­ka­jąc, aż oczy przy­wykną mu do ciem­no­ści. Po chwili, z opusz­czo­nej przez nich kom­naty wyło­niły się zie­lone pło­mie­nie. Peł­zły po pod­ło­dze, kie­ru­jąc się ku nim.

Sinn uśmiech­nęła się w upior­nym bla­sku.

Ogień podą­żył za nimi po wydep­ta­nych scho­dach na górny pomost. Nie było tam żad­nych mebli. Pod pokrytą paję­czy­nami zamkniętą okien­nicą leżał zmu­mi­fi­ko­wany trup. Utrzy­my­wały go w cało­ści jedy­nie zacho­wane tu i ówdzie pasy stward­nia­łej skóry. Pędrak zauwa­żył, że koń­czyny istoty wyglą­dają dziw­nie. Miała dodat­kowe stawy w kola­nach, łok­ciach, nad­garst­kach i kost­kach. W poło­wie dłu­go­ści mostka znaj­do­wało się coś w rodzaju pozio­mych zawia­sów. Wydatne jak u ptaka oboj­czyki rów­nież się zgi­nały.

Pod­kradł się bli­żej, by się jej przyj­rzeć. Twarz stwo­rze­nia była fron­tal­nie spłasz­czona, co zaostrzało kąt, pod jakim kości policz­kowe zakrzy­wiały się do tyłu, się­ga­jąc nie­mal do otwo­rów usznych. Każda widoczna kość spra­wiała wra­że­nie zapro­jek­to­wa­nej z myślą o zdol­no­ści skła­da­nia się - nie tylko kości policz­kowe, lecz rów­nież szczęki i łuki brwiowe. Pędrak podej­rze­wał, że za życia istota była zdolna pre­zen­to­wać zdu­mie­wa­jący zestaw dzi­wacz­nych min, daleko wykra­cza­jący poza ludz­kie moż­li­wo­ści.

Skóra była zupeł­nie biała i bez­włosa. Chło­pak wie­dział, że zwłoki roz­padną się w proch, jeśli tylko ich dotknie.

- For­krul Assail - wyszep­tał.

- Skąd wiesz? - nasko­czyła na niego Sinn. - Skąd w ogóle wiesz cokol­wiek?

- Te jasz­czurki na gobe­li­nie to chyba były K'Chain Che'Malle. - Zer­k­nął na nią, a potem wzru­szył ramio­nami. - Ten dom Azath nie umarł. Po pro­stu... odszedł.

- Odszedł? Jak to odszedł?

- Mam wra­że­nie, że poszedł sobie stąd i tyle.

- Prze­cież nic nie wiesz! Jak możesz mówić takie rze­czy?

- Szybki Ben chyba też wie.

- O czym? - wysy­czała poiry­to­wana dziew­czynka.

- O tym. Zna prawdę o wszyst­kim.

- Pędrak...

Spoj­rzał w jej wypeł­nione furią oczy.

- O tobie, o mnie i o Azath. Wszystko się zmie­nia, Sinn.

Zaci­snęła drobne rączki w pię­ści. Pło­mie­nie tań­czące po kamien­nej posadzce wspięły się na fra­mugę wej­ścia, potrza­sku­jąc i sypiąc iskrami.

Chło­piec prych­nął pogar­dli­wie.

- Spo­sób, w jaki każesz temu mówić...

- Umie też krzy­czeć, Pędrak.

Ski­nął głową.

- Tak gło­śno, że znisz­czy cały świat.

- No wiesz, zro­bi­ła­bym to - oświad­czyła z nagłą gwał­tow­no­ścią. - Żeby się prze­ko­nać, co potrafi. Co ja potra­fię.

- Co cię powstrzy­muje?

Odwró­ciła się z gry­ma­sem na twa­rzy.

- Mógł­byś krzyk­nąć w odpo­wie­dzi.

* * *

Tehol Jedyny, król Letheru, wszedł do kom­naty i roz­po­starł ręce, robiąc obrót wokół wła­snej osi. Potem uśmiech­nął się pro­mien­nie do Bugga.

- Co o tym sądzisz?

- Bra­łeś lek­cje tańca? - zapy­tał lokaj, trzy­ma­jący w ste­ra­nych dło­niach o tępo zakoń­czo­nych pal­cach naczy­nie z brązu.

- Nie, popatrz na mój koc! Moja uko­chana żona zajęła się hafto­wa­niem. Przyj­rzyj się obrąb­kowi, tuż nad lewym kola­nem.

Bugg pochy­lił się nieco.

- Aha, widzę. Bar­dzo ładne.

- Bar­dzo ładne?

- Hmm, nie widzę, co to wła­ści­wie miało być.

- Ja też nie. - Umilkł na chwilę. - Nie jest w tym zbyt dobra, prawda?

- Jest bez­na­dziejna. Ale prze­cież to uczona.

- No wła­śnie - zgo­dził się Tehol.

- W końcu, gdyby umiała choć tro­chę szyć i tak dalej... - zaczął Bugg.

- Z pew­no­ścią nie wybra­łaby aka­de­mic­kiej kariery?

- Uczo­nymi z reguły zostają ludzie nie­na­da­jący się do niczego innego.

- Nie­do­kład­nie tak sobie pomy­śla­łem, Bugg. A teraz muszę cię zapy­tać: co się stało?

- Stało?

- Znamy się już od dawna - cią­gnął król. - I moje zmy­sły świet­nie się przy­sto­so­wały do odczy­ty­wa­nia niu­an­sów two­jego nastroju. Posia­dam nie­wiele talen­tów, ale mogę stwier­dzić, choćby nawet nie­skrom­nie, że zna­ko­mi­cie potra­fię wni­kać w twe myśli.

- Jestem pod wra­że­niem - odparł z wes­tchnie­niem Bugg. - Jak zauwa­ży­łeś, że coś mnie nie­po­koi?

- Pomi­ja­jąc fakt, że oczer­nia­łeś moją żonę?

- Ehe, pomi­ja­jąc.

Tehol wska­zał głową na trzy­mane przez lokaja naczy­nie. Bugg spu­ścił wzrok i zauwa­żył, że zmie­niło się w bez­kształtną bryłę powy­krę­ca­nego metalu. Wes­tchnął po raz drugi i upu­ścił je na posadzkę. Łoskot wypeł­nił echem całą kom­natę.

- Tajem­nica kryje się w sub­tel­nych szcze­gó­łach - dodał Tehol, wygła­dza­jąc zmarszczki Kró­lew­skiego Koca. - Cza­sami warto wspo­mnieć o nich mojej żonie... rzecz jasna, mimo­cho­dem. Pośpiesz­nie, jak w panicz­nej ucieczce, ponie­waż Janath jest uzbro­jona w strasz­liwe igły z rybich ości.

- Cho­dzi o Mala­zań­czy­ków - wyja­śnił lokaj. - A raczej o jed­nego z nich. Trzyma w spo­co­nych dło­niach wer­sję Pły­tek. Bar­dzo potężną wer­sję, a on nie jest szar­la­ta­nem. Jest adep­tem. Prze­ra­ża­jąco zdol­nym.

- I ma zamiar rzu­cić te Płytki?

- To drew­niane karty. Reszta świata zre­zy­gno­wała już z Pły­tek, Wasza Kró­lew­ska Mość. Zwą je Talią Smo­ków.

- Smo­ków? Jakich smo­ków?

- Nie pytaj.

- Czy nie możesz, hmm, gdzieś się ukryć, o nie­szczę­sny i przy­gnę­biony pra­dawny boże?

Bugg się skrzy­wił.

- Mało praw­do­po­dobne. Poza tym nie jestem jedy­nym źró­dłem pro­ble­mów. Nie zapo­mi­naj o Zbłą­ka­nym.

- Jesz­cze tu sie­dzi? Nie widziano go od mie­sięcy...

- Talia sta­nowi dla niego zagro­że­nie. Może się sprze­ci­wić jej odsło­nię­ciu. Zro­bić coś... pochop­nego.

- Hmm. Mala­zań­czycy są naszymi gośćmi i w związku z tym wypada, byśmy ich chro­nili, a jeśli to nie­moż­liwe, ostrze­gli. Gdyby się nie udało, zawsze będziemy mogli uciec.

- Tak, Wasza Kró­lew­ska Mość, to może być naj­roz­sąd­niej­sze wyj­ście.

- Ucieczka?

- Nie, ostrze­że­nie.

- Wyślę Brysa.

- Biedny Brys.

- To nie moja wina, tak? Fak­tycz­nie jest biedny. Pora już, by zasłu­żył na swój tytuł, jak on tam wła­ści­wie brzmi. Chwi­lowo zapo­mnia­łem. Wścieka mnie ten jego biu­ro­kra­tyczny spo­sób myśle­nia. Skur­czy­byk ukrywa się za nie­ja­snym cha­rak­te­rem swego urzędu. Peon bez twa­rzy, uchy­la­jący się przed odpo­wie­dzial­no­ścią, gdy ta tylko zapuka do jego drzwi. Tak, mam go już po dziurki w nosie, nawet jeśli jest moim bra­tem...

- Wasza Kró­lew­ska Mość, zle­ci­łeś Bry­sowi dowódz­two nad armią.

- Naprawdę? Tak jest, to wła­śnie zro­bi­łem. Niech teraz spró­buje się ukryć!

- Czeka na cie­bie w sali tro­no­wej.

- Hmm, nie jest głupi. Wie, kiedy zapę­dzono go w kozi róg.

- Jest tam też Ruc­ket - dodał Bugg. - Przy­nio­sła pety­cję od Cechu Szczu­ro­ła­pów.

- Pety­cję? O co? O wię­cej szczu­rów? Wsta­waj, stary przy­ja­cielu, pora iść na spo­tka­nie z publicz­no­ścią. To całe kró­lo­wa­nie jest okrop­nie uciąż­liwe. Wido­wi­ska, parady, dzie­siątki tysięcy peł­nych uwiel­bie­nia pod­da­nych...

- Nie uczest­ni­czy­łeś w żad­nych wido­wi­skach ani para­dach, Wasza Kró­lew­ska Mość.

- Ale i tak mnie uwiel­biają.

Bugg wstał i ruszył ku drzwiom sali tro­no­wej. Król podą­żył za nim.

Cze­kali tam na nich tylko Brys, Ruc­ket i kró­lowa Janath. Gdy obaj wcho­dzili na pod­wyż­sze­nie, Tehol przy­su­nął się do towa­rzy­sza.

- Widzisz Ruc­ket? Widzisz uwiel­bie­nie? I co ci to mówi?

Król zasiadł na tro­nie i uśmiech­nął się do kró­lo­wej, zaj­mu­ją­cej miej­sce na iden­tycz­nym stolcu na lewo od niego. Potem oparł się wygod­nie i roz­pro­sto­wał nogi...

- Nie rób tego, bra­cie - ostrzegł go Brys. - Widok stąd...

Tehol wypro­sto­wał się natych­miast.

- Ojej, bar­dzo kró­lew­ski.

- W rze­czy samej - zgo­dziła się Ruc­ket.

- Widzę, że stra­ci­łaś na wadze nie­zli­czone kamie­nie - oznaj­mił jej król. - Wspa­niale wyglą­dasz. O co cho­dzi?

- O to uwiel­bie­nie, o któ­rym szep­ta­łeś do Bugga.

- Myśla­łem, że przy­szłaś z pety­cją.

- Chcę się z tobą prze­spać. Pra­gnę, byś zdra­dził żonę, Tehol. Ze mną.

- I to jest ta twoja pety­cja?

- A co w tym złego?

- To nie zdrada - sprze­ci­wiła się kró­lowa Janath. - Zdrada byłaby wtedy, gdyby zro­bił to za moimi ple­cami. Pod­szedł mnie, oszu­kał. A ja tu sie­dzę i wszystko sły­szę, Ruc­ket.

- W rze­czy samej - zgo­dziła się druga kobieta. - Zróbmy to bez takich nie­przy­jem­nych szcze­gó­łów. Wolna miłość dla wszyst­kich - dodała, uśmie­cha­jąc się do Tehola. - A zwłasz­cza dla cie­bie i dla mnie, Wasza Kró­lew­ska Mość. Wolna, ale nie dar­mowa. Liczę na to, że posta­wisz mi kola­cję.

- To nie­moż­liwe - odparł Tehol. - Nikt już nie chce moich pie­nię­dzy. Teraz, gdy wresz­cie je mam. Czyż nie zawsze tak bywa? Poza tym, król na publicz­nej schadzce? Cóż to by był za przy­kład dla pod­da­nych?

- Ubie­rasz się w koc - zauwa­żyła Ruc­ket. - Czego przy­kła­dem to ma być?

- Bez­tro­skiej pew­no­ści sie­bie, oczy­wi­ście.

Unio­sła brwi.

- Więk­szość ludzi na widok tak pew­nej sie­bie bez­tro­ski zare­ago­wa­łaby prze­ra­że­niem, Wasza Kró­lew­ska Mość. Ale nie ja - dodała z ujmu­ją­cym uśmie­chem.

- Bogo­wie na dole. - Janath wes­tchnęła, pocie­ra­jąc czoło.

- Co to wła­ści­wie za pety­cja? - zapy­tał Tehol. - Wcale nie repre­zen­tu­jesz tu Cechu Szczu­ro­ła­pów, prawda?

- Ależ repre­zen­tuję. Cho­dzi o wzmoc­nie­nie łączą­cych nas wię­zów. Jak wszy­scy wie­dzą, seks jest kle­jem spa­ja­ją­cym spo­łe­czeń­stwo, więc pomy­śla­łam sobie...

- Seks jest kle­jem? - Tehol prze­su­nął się do przodu. - To brzmi intry­gu­jąco. Ale zapo­mnijmy na moment o tej spra­wie. Bugg, przy­go­tuj obwiesz­cze­nie. Król będzie upra­wiał seks z każdą wpły­wową kobietą w mie­ście, pod warun­kiem, że uda się potwier­dzić jej płeć z cał­ko­witą pew­no­ścią. Będziemy musieli opra­co­wać jakiś test. Każ kró­lew­skim inży­nie­rom się tym zająć.

- Dla­czego ogra­ni­czać się do wpły­wo­wych kobiet? - zapy­tała męża Janath. - Nie zapo­mi­naj o wła­dzy nad gospo­dar­stwem domo­wym. A co z podob­nym obwiesz­cze­niem dla kró­lo­wej?

- Było kie­dyś ple­mię, w któ­rym wodzowi i jego żonie przy­słu­gi­wał przy­wi­lej spa­nia ze wszyst­kimi nowo­żeń­cami w noc przed ślu­bem - wtrą­cił Bugg.

- Naprawdę?

- Nie, Wasza Kró­lew­ska Mość - przy­znał kanc­lerz. - Przed chwilą to wymy­śli­łem.

- Jeśli chcesz, mogę to dopi­sać do kro­nik - zapro­po­no­wała Janath, z tru­dem ukry­wa­jąc pod­nie­ce­nie.

Tehol się skrzy­wił.

- Moja żona robi się nie­przy­zwo­ita.

- Ja tylko doda­łam wła­sną monetę do skarbca żało­snego debi­li­zmu, naj­mil­szy. Ruc­ket, musimy poga­dać.

- Ni­gdy nie roz­ma­wiam z tą drugą. - Kobieta wypro­sto­wała się, uno­sząc głowę.

Tehol kla­snął w dło­nie.

- No to kolejną naradę mamy za sobą! To co teraz zro­bimy? Ja idę do łóżka. - Zer­k­nął na Janath. - W towa­rzy­stwie naj­mil­szej żony, oczy­wi­ście.

- Jesz­cze nie zje­dli­śmy kola­cji, mężu.

- Zjemy ją w łóżku! Możemy zapro­sić... och, mniej­sza z tym.

- Chcia­łem pomó­wić o armii - ode­zwał się Brys, pod­cho­dząc bli­żej.

- Och, ty zawsze o tej armii. Zamów wię­cej butów.

- W tym wła­śnie pro­blem. Potrze­buję pie­nię­dzy.

- Bugg, daj mu pie­nią­dze.

- Jaką sumę, Wasza Kró­lew­ska Mość?

- Ile będzie potrze­bo­wał na buty i tak dalej.

- Nie cho­dzi o buty - sprze­ci­wił się Brys. - Cho­dzi o szko­le­nie.

- Będą się szko­lić bez butów? To nad­zwy­czajne.

- Chcę wyko­rzy­stać zakwa­te­ro­wa­nych w mie­ście Mala­zań­czy­ków. Tę ich "pie­chotę mor­ską" i jej tak­tykę. Pra­gnę prze­bu­do­wać całą struk­turę lethe­ryj­skiej armii i w tym celu zamie­rzam wyna­jąć mala­zań­skich sier­żan­tów.

- A czy ich przy­boczna się na to zga­dza?

- Tak. Jej żoł­nie­rze się nudzą, a to nie­do­brze.

- Zapewne masz rację. Czy wiemy, kiedy mają zamiar wyma­sze­ro­wać?

- Mnie o to pytasz? - Brys zmarsz­czył brwi. - Zapy­taj przy­boczną.

- Ach, mamy już więc temat naszego następ­nego spo­tka­nia.

- Mam ją zawia­do­mić? - zapy­tał Bugg.

Tehol potarł pod­bró­dek, a potem ski­nął głową.

- Tak, to byłoby roz­sądne. Bar­dzo roz­sądne. Dobra robota.

- A co z moją pety­cją? - ode­zwała się Ruc­ket. - Spe­cjal­nie się ubra­łam na tę oka­zję i tak dalej!

- Roz­ważę ją.

- Świet­nie. A czy mogę tym­cza­sem otrzy­mać Kró­lew­ski Poca­łu­nek?

Tehol poru­szył się ner­wowo na tro­nie.

- Opusz­cza cię bez­tro­ska pew­ność sie­bie, mężu? Naj­wy­raź­niej wie lepiej ode mnie, że moja wyro­zu­mia­łość ma gra­nice.

- To może cho­ciaż Kró­lew­ski Uścisk? - zapro­po­no­wała Ruc­ket.

- Kró­lew­ski Ucisk? - zapy­tał Bugg. - Świetny pomysł. Pod­nieś cechom podatki, Wasza Kró­lew­ska Mość.

- Pro­szę bar­dzo - wark­nęła kobieta. - Idę sobie. Król odrzu­cił kolejną pety­cję. Tłusz­cza pod­eks­cy­tuje się jesz­cze bar­dziej.

- Jaka tłusz­cza? - zain­te­re­so­wał się Tehol.

- Ta, którą zwo­łam.

- Nie zro­bi­ła­byś tego.

- Wzgar­dzona kobieta jest nie­bez­pieczna, Wasza Kró­lew­ska Mość.

- Och, daj jej poca­łu­nek i uścisk, mężu. Odwrócę wzrok.

Tehol zerwał się z tronu, ale natych­miast usiadł znowu.

- Za chwilę - wydy­szał.

- To nadaje nowy sens okre­śle­niu "kró­lew­ska postawa" - zauwa­żył Bugg.

- Uznam to za weksel - stwier­dziła z uśmie­chem Ruc­ket.

- A co z tłusz­czą? - zapy­tał lokaj.

- W cudowny spo­sób roz­pro­szyła się z roz­ma­rzo­nym wes­tchnie­niem, o kanc­le­rzu, czy kim tam wła­ści­wie jesteś.

- Jestem kró­lew­skimi inży­nie­rami. Tak jest, wszyst­kimi. Aha, i jesz­cze skarb­ni­kiem.

- Oraz nisz­czy­cie­lem splu­wa­czek - dodał Tehol.

Wszy­scy zmarsz­czyli brwi.

Bugg łyp­nął ze zło­ścią na króla.

- Udało mi się o wszyst­kim zapo­mnieć, dopóki tego nie powie­dzia­łeś.

- Coś się stało? - zain­te­re­so­wał się Brys.

- Ach, bra­cie, musimy cię wysłać do przy­bocz­nej z ostrze­że­niem - odparł Tehol.

- Tak?

- Bugg?

- Odpro­wa­dzę cię do wyj­ścia, Brys - rzekł lokaj.

Gdy obaj wyszli, Tehol zer­k­nął na Janath, a potem na Ruc­ket, i zauwa­żył, że obie kobiety na­dal są zasę­pione.

- O co cho­dzi?

- Czy to coś, o czym powin­ny­śmy wie­dzieć? - zapy­tała kró­lowa.

- Tak - poparła ją Ruc­ket. - Mówię w imie­niu Cechu Szczu­ro­ła­pów.

- Raczej nie - odparł Tehol. - Zapew­niam, że to dro­biazg. Ma coś wspól­nego z zagro­żo­nymi bogami i prze­ra­ża­ją­cymi wróż­bami. Jestem już gotowy na poca­łu­nek i uścisk. Nie, chwi­leczkę. Naj­pierw kilka głę­bo­kich odde­chów. Daj mi moment. Tak, nie, zacze­kaj.

- Mam ci opo­wie­dzieć o swo­ich haftach? - zapy­tała Janath.

- Tak, to brzmi ide­al­nie. Mów. Ni­gdzie nie odchodź, Ruc­ket.

* * *

Porucz­nik Pryszcz otwo­rzył oczy. A przy­naj­mniej pró­bo­wał to zro­bić. Opu­chli­zna zamy­kała je nie­mal cał­ko­wi­cie. Przez wąskie szparki zdo­łał jed­nak dostrzec sto­ją­cego przy nim męż­czy­znę. Na nathij­skiej twa­rzy malo­wał się wyraz zamy­śle­nia.

- Pozna­jesz mnie? - zapy­tał Nathij­czyk.

Pryszcz spró­bo­wał odpo­wie­dzieć, ale coś krę­po­wało mu szczękę. Ski­nął głową i prze­ko­nał się, że jego szyja jest dwu­krot­nie grub­sza niż zwy­kle. A może to głowa mu się skur­czyła?

- Jestem Mulvan Straszny, uzdro­wi­ciel dru­żyny - cią­gnął Nathij­czyk. - Będziesz żył. - Odchy­lił się do tyłu. - Wyj­dzie z tego, kapi­ta­nie - powie­dział do kogoś. - Ale przez kilka naj­bliż­szych dni nie będzie z niego wiel­kiego pożytku.

W polu widze­nia poja­wił się kapi­tan Milu­tek. Jego wynędz­niała twarz jak zwy­kle niczego nie wyra­żała.

- Sta­niesz za to do raportu, porucz­niku Pryszcz. To była kry­mi­nalna głu­pota nie­godna ofi­cera.

- Idę o zakład, że jest mnó­stwo podob­nych przy­pad­ków - mruk­nął uzdro­wi­ciel, zmie­rza­jąc w stronę drzwi.

- Coś powie­dzia­łeś, żoł­nie­rzu?

- Nie, kapi­ta­nie.

- To na pewno mój kiep­ski słuch.

- Tak, kapi­ta­nie.

- Suge­ru­jesz, że mam kiep­ski słuch, żoł­nie­rzu?

- Nie, kapi­ta­nie!

- Jestem pewien, że to wła­śnie zro­bi­łeś.

- Masz zna­ko­mity słuch, kapi­ta­nie. Hmm, zapew­niam cię o tym jako uzdro­wi­ciel.

- Powiedz mi, czy jest jakieś lekar­stwo na wypa­da­nie wło­sów? - zażą­dał kapi­tan Milu­tek.

- Oczy­wi­ście, że jest, kapi­ta­nie.

- A jakie?

- Ogól sobie głowę, kapi­ta­nie.

- Odno­szę wra­że­nie, że masz za mało roboty, uzdro­wi­cielu. W związku z tym sprawdź żoł­nie­rzy ze wszyst­kich dru­żyn swo­jej kom­pa­nii i ulecz ich z wszel­kich cho­rób, na jakie będą się skar­żyć. Aha, przy oka­zji zrób im odwsze­nie i sprawdź, czy męż­czyźni nie mają krwa­wych pęche­rzy na jądrach. Jestem pewien, że to zło­wrogi objaw cze­goś groź­nego.

- Krwa­wych pęche­rzy, kapi­ta­nie? Na jądrach?

- Widzę, że to ty masz kło­poty ze słu­chem, nie ja.

- Hmm, to nie jest nic zło­wro­giego ani groź­nego, kapi­ta­nie. Tylko nie wolno ich prze­kłu­wać, bo krwa­wią jak demony. To sku­tek nad­miaru kon­nej jazdy, kapi­ta­nie.

- Zaiste.

- ...

- Uzdro­wi­cielu, czemu jesz­cze tu sto­isz?

- Prze­pra­szam, kapi­ta­nie, już sobie idę!

- Masz mi przed­sta­wić szcze­gó­łowy raport o sta­nie zdro­wia żoł­nie­rzy.

- Tak jest! Pora na inspek­cję jąder!

Milu­tek pochy­lił się nad Prysz­czem i przyj­rzał mu się uważ­nie.

- Nie możesz nawet mówić, tak? To miła nie­spo­dzianka. Sześć użą­dleń os czar­nych. Powi­nie­neś umrzeć. Dla­czego jesz­cze żyjesz? Nie­ważne. Podej­rze­wam, że bachory ci umknęły. Będę teraz musiał spu­ścić tego psa paster­skiego, żeby je wytro­pił. I to wła­śnie tej nocy. Wra­caj szybko do zdro­wia, porucz­niku, żebym mógł zedrzeć z cie­bie skórę.

* * *

Po opusz­cze­niu noc­le­gowni Mulvan Straszny zatrzy­mał się na chwilę, a potem popę­dził do towa­rzy­szy nocu­ją­cych w sąsied­nim budynku. Wszedł do środka i omiótł spoj­rze­niem wyle­gu­ją­cych się na pry­czach albo zaję­tych grą w kłyk­cie żoł­nie­rzy. Wypa­trzył czarną, pomarsz­czoną twarz Nepa Bruzdy, led­wie widoczną mię­dzy dwiema pry­czami, i pod­szedł do niego. Dal­hoń­ski sza­man sie­dział na pod­ło­dze ze skrzy­żo­wa­nymi nogami, roz­cią­ga­jąc usta w zło­śli­wym uśmieszku.

- Wiem, co zro­bi­łeś. Nep?

- Hę? Odchrzań się ode mnie!

- Prze­klą­łeś Milutka, tak? Ma krwawe pęche­rze na jądrach!

Nep Bruzda zachi­cho­tał.

- Czarne, śli­skie plamy, ha!

- Prze­stań to robić, niech cię szlag!

- Za późno! Nie znikną!

- Może powi­nien się dowie­dzieć, kto mu to zro­bił?

- Nie rób tego! Świ­nia! Nathij­ski nep­tek! Łups, bum, łups, bum!

Mulvan Straszny gapił się na niego bez zro­zu­mie­nia. Po chwili obrzu­cił bła­gal­nym spoj­rze­niem zaj­mu­ją­cego sąsied­nią pry­czę Strapa Mulla.

- Co on przed chwilą powie­dział?

Drugi Dal­hoń­czyk leżał na ple­cach, zło­żyw­szy dło­nie za głową.

- Kap­tur wie. To pew­nie jakiś sza­mań­ski język. Idę o zakład, że to klą­twy.

Nathij­czyk spoj­rzał z wście­kło­ścią na Nepa Bruzdę.

- Jeśli mnie prze­klniesz, ugo­tuję twoje kości, cho­lerna suszona śliwko. Odczep się od Milutka albo powiem wszystko Bada­nowi.

- Jego tu nie ma, tak?

- Jak wróci.

- Nep­tek!

* * *

Nikt nie mógłby twier­dzić, że preda Norlo Trumb należy do szcze­gól­nie bystrych ludzi. Sze­ściu lethe­ryj­skich straż­ni­ków, któ­rymi dowo­dził, zbiło się w ner­wową grupkę za jego ple­cami. Sta­nęła przed nimi bar­dzo realna moż­li­wość, że wszy­scy zapłacą życiem za głu­potę Trumba.

- Wojna to wojna - upie­rał się Norlo, łypiąc wojow­ni­czo na kil­ku­na­stu jeźdź­ców. - Toczy­li­śmy wojnę. Zgi­nęli ludzie, tak? Takie czyny nie mogą ujść bez­kar­nie.

Czar­no­skóry sier­żant ski­nął urę­ka­wicz­nioną dło­nią i jego ludzie opu­ścili kusze.

- Pytam jesz­cze raz - powtó­rzył w kiep­skim lethe­ryj­skim. - Ostatni raz. Czy żyją?

- Pew­nie, że żyją - żach­nął się Norlo Trumb. - Postę­pu­jemy tu zgod­nie z pra­wem. Ale ska­zano je. Na śmierć. Cze­ka­li­śmy tylko na ofi­cera Kró­lew­skich Adwo­ka­tów, żeby przy­sta­wił pie­częć na roz­ka­zach.

- Nie będzie pie­częci - oznaj­mił sier­żant. - Nie będzie śmierci. Wypuść je. Zabie­ramy je teraz.

- Nawet gdyby obie uła­ska­wiono, i tak potrze­bo­wał­bym pie­częci, żeby je wypu­ścić - sprze­ci­wił się preda.

- Wypusz­czaj je albo zabi­jemy wszyst­kich.

Preda wyba­łu­szył oczy, a potem odwró­cił się do swo­ich ludzi.

- Łap­cie za broń - wark­nął.

- Wyklu­czone, predo - sprze­ci­wił się war­tow­nik imie­niem Fifid. - Jeśli spró­bu­jemy się­gnąć po mie­cze, natych­miast zgi­niemy.

Twarz Norlo Trumba pociem­niała w bla­sku lampy.

- Wła­śnie sobie zasłu­ży­łeś na sąd wojenny, Fifid.

- Ale przy­naj­mniej będę żył, predo.

- A reszta?

Żaden z żoł­nie­rzy nie ode­zwał się ani sło­wem. Nie wycią­gnęli też mie­czy.

- Zabie­ramy je - wark­nął roz­party w sio­dle sier­żant. - Koniec z gada­niem.

- Posłu­chaj­cie tego dur­nego, nie­świa­do­mego cudzo­ziemca! - Norlo Trumb ponow­nie zwró­cił się w stronę sier­żanta. - Zamie­rzam zło­żyć ofi­cjalny pro­test przed Kró­lew­skim Sądem - oznaj­mił. - Odpo­wie­cie na zarzuty...

- Zabie­ramy je.

Młody wojow­nik o dziw­nie znie­wie­ścia­łym wyglą­dzie, zaj­mu­jący pozy­cję na lewo od sier­żanta, zsu­nął się z konia i wsparł dło­nie na ręko­je­ściach dwóch ogrom­nych sza­bel przy­po­mi­na­ją­cych fal­chiony. Jego ciemne oczy miały leniwy, nie­mal senny wyraz.

Coś wresz­cie prze­bie­gło wzdłuż krę­go­słupa Trumba, zwi­ja­jąc się jak robak u pod­stawy szyi. Preda obli­zał wyschnięte wargi.

- Span­serd, zapro­wadź tego mala­zań­skiego, hmm, wojow­nika, do cel.

- I? - zapy­tał straż­nik.

- I wypuść więź­niarki, oczy­wi­ście!

- Tak jest!

* * *

Sier­żant Badan Gruk pozwo­lił sobie na leciut­kie wes­tchnie­nie, za ciche, by kto­kol­wiek mógł je usły­szeć. Obser­wo­wał z ulgą, jak lethe­ryj­ski straż­nik pro­wa­dzi Czasz­ko­śmierć do wię­zien­nego budynku, zaj­mu­ją­cego jeden z boków podwó­rza gar­ni­zonu.

Pozo­stali mala­zań­scy żoł­nie­rze sie­dzieli nie­ru­chomo na koniach, ale noz­drza Badana wypeł­niał smród ich nie­po­koju. Pod jego kol­czugą spły­wały strugi potu. Nie, nie chciał żad­nych kło­po­tów, a zwłasz­cza krwa­wej jatki, ale ten prze­klęty preda z mózgiem małym jak u ryjówki omal do niej nie dopro­wa­dził. Serce sier­żanta tłu­kło gło­śno. Naka­zał sobie obej­rzeć się na żoł­nie­rzy. Puco­ło­wata twarz Kryzy była różowa i wil­gotna, ale kobieta mru­gnęła doń zna­cząco, a potem unio­sła kuszę, wspie­ra­jąc ją na mięk­kim udzie. Reliko ści­skał swoją w jed­nej ręce, drugą zaś wycią­gał, by powstrzy­mać Cał­kiem Nie­przy­tom­nego, który uświa­do­mił sobie - wresz­cie - że mają kło­poty, i spra­wiał wra­że­nie goto­wego zacząć zabi­jać Lethe­ryj­czy­ków, jeśli tylko ktoś skie­ruje go we wła­ściwą stronę. Zgar­niaczka i Mio­dzik stali obok sie­bie, z nie­za­chwianą pre­cy­zją mie­rząc z cięż­kich kusz sztur­mo­wych pro­sto w pierś predy. Lethe­ryj­czyk był jed­nak naj­wy­raź­niej za głupi, by zauwa­żyć ten szcze­gół. Pozo­stali ciężcy trzy­mali się z tyłu. Wszy­scy byli w kiep­skim nastroju, bo prze­rwano im kolejną pijacką noc w Lethe­ras.

Spoj­rze­nie Badana Gruka zatrzy­mało się na twa­rzy kaprala Pra­va­laka Rima. Sier­żant dostrzegł w twa­rzy mło­dzieńca coś z tego, co sam czuł. To był cho­lerny cud. Ni­gdy w życiu by w to nie uwie­rzył. Wszy­scy widzieli...

Od strony wię­zie­nia dobiegł łoskot otwie­ra­nych cięż­kich drzwi.

Wszy­scy - Mala­zań­czycy i Lethe­ryj­czycy - skie­ro­wali spoj­rze­nia na cztery zbli­ża­jące się powoli posta­cie. Czasz­ko­śmierć pół pro­wa­dził, pół niósł jedną z kobiet, a straż­nik, Span­serd, drugą. Przed chwilą uwol­nione z cel więź­niarki były w kiep­skim sta­nie.

- Spo­kój, Nie­przy­tomny - mruk­nął Reliko.

- Ale one... to są... znam je!

- Ehe - zgo­dził się z wes­tchnie­niem ciężki pie­cho­ciarz. - Wszy­scy je znamy, Nie­przy­tomny.

Żadna z kobiet nie nosiła śla­dów bicia ani tor­tur. Do gra­nicy śmierci dopro­wa­dziło je zwy­kłe zanie­dba­nie. Naj­sku­tecz­niej­sza ze wszyst­kich metod.

- Predo - ode­zwał się cicho Badan Gruk.

Norlo Trumb zwró­cił się ku niemu.

- Co znowu?

- Nie kar­mi­li­ście ich?

- Oba­wiam się, że ska­zańcy otrzy­mują ogra­ni­czone racje...

- Od jak dawna?

- Jak już mówi­łem, sier­żan­cie, cze­ka­li­śmy na ofi­cera Kró­lew­skich Adwo­ka­tów już od dłuż­szego czasu. Mijały mie­siące...

Z obu stron głowy predy prze­mknęły dwa bełty, prze­bi­ja­jąc mu uszy. Męż­czy­zna krzyk­nął i zwa­lił się ciężko na zadek.

- Nie ruszać się! - zawo­łał Badan, wska­zu­jąc na sku­lo­nych ze stra­chu straż­ni­ków gar­ni­zo­no­wych. Odwró­cił się w sio­dle i prze­szył groź­nym spoj­rze­niem Mio­dzika oraz Zgar­niaczkę. - Nawet nie pró­buj­cie łado­wać znowu! - ostrzegł ich po mala­zań­sku. - Sape­rzy! Gówno zamiast mózgu!

- Prze­pra­szam - odparła żoł­nierka. - To chyba był... odruch.

Wzru­szyła ramio­nami.

Mio­dzik wrę­czył jej kuszę i zesko­czył na zie­mię.

- Pójdę po bełty. Czy ktoś widział, gdzie spa­dły?

- Odbiły się i pole­ciały mię­dzy te dwa budynki - odpo­wie­dział Reliko, wska­zu­jąc pod­bród­kiem.

Szok predy prze­ro­dził się w furię. Męż­czy­zna pod­niósł się z wysił­kiem. Z uszu pły­nęła mu krew.

- To usi­ło­wa­nie mor­der­stwa! Posta­ram się, żeby tych dwoje aresz­to­wano! Będą za to pły­wać w kanale!

- Nie rozu­miem - odparł Badan Gruk. - Pra­va­lak, przy­pro­wadź zapa­sowe konie. Trzeba było zabrać Strasz­nego. Wąt­pię, czy dadzą radę utrzy­mać się w sio­dle. Po dro­dze do koszar trzy­maj­cie się bli­sko nich z obu flank. Będziemy jechać powoli.

Popa­trzył na chwie­jące się na nogach kobiety, wsparte na pro­wa­dzą­cych je ludziach. Sier­żant Sin­ter i jej sio­stra Cału­śnica. Wyglą­dały jak obe­srana prze­pa­ska bio­drowa Kap­tura. Ale żyły.

- Bogo­wie na dole - wyszep­tał.

Żyją.

* * *

- Aja­jaj! Noga mi odpa­dła!

Bana­schar sie­dział nie­ru­chomo na krze­śle, przy­glą­da­jąc się małemu jasz­czur­czemu szkie­le­towi, który prze­wró­cił się na bok i krę­cił się teraz w kółko na pod­ło­dze, wierz­ga­jąc jedną nogą.

- Telo­rast! Pomóż mi!

Drugi gad przy­cup­nął na para­pe­cie, spo­glą­da­jąc na to z góry. Krę­cił głową, jakby pró­bo­wał odna­leźć odpo­wiedni kąt spoj­rze­nia.

- To nic nie da, Ser­watka - skon­klu­do­wała wresz­cie Telo­rast. - W takim sta­nie ni­gdzie nie pój­dziesz.

- Muszę stąd uciec!

- Przed czym?

- Przed fak­tem, że odpa­dła mi noga!

Telo­rast prze­bie­gła wzdłuż para­petu, mak­sy­mal­nie zbli­ża­jąc się do Bana­schara.

- Zapi­ja­czony kapła­nie wina, hssst! Popatrz na okno! To ja, ta bystra! Głu­pia leży na pod­ło­dze, o, tam. Widzisz ją? Potrze­buje two­jej pomocy. Nie, oczy­wi­ście nie możesz jej uczy­nić mniej głu­pią. Nie o tym mowa. Cho­dzi o jedną z jej nóg, tak? Wią­za­nie z jelita, czy co to tam było, pękło. Jest oka­le­czona, bez­radna, bez­u­ży­teczna. Kręci się w kółko, a to dla nas sta­now­czo zbyt bole­sne. Rozu­miesz, o Robaczku Roba­czej Bogini, o czmy­cha­czu bez­okiej, zabi­ja­ją­cej czci­cieli suki gleby! Bana­scha­rze Pijany, Bana­scha­rze Mądry, Mądrze Pijany! Pro­szę, okaż łaskę oraz zręcz­ność i napraw moją towa­rzyszkę, moją naj­mil­szą sio­strę, tę głu­pią.

- Może znasz odpo­wiedź na to pyta­nie - ode­zwał się Bana­schar. - Posłu­chaj, jeśli życie to żart, jakiego rodzaju żar­tem jest? Śmiesz­nym, "ha, ha", czy raczej takim typu "zaraz się porzy­gam"? Inte­li­gent­nym czy głu­pim, powta­rza­nym tak wiele razy, że nawet jeśli kie­dyś był śmieszny, dawno już taki nie jest? Czy chce się od niego śmiać, czy raczej pła­kać? Na ile jesz­cze spo­so­bów mogę sfor­mu­ło­wać to pro­ste pyta­nie?

- Jestem pewna, że potra­fisz wymy­ślić jesz­cze kil­ka­set, szla­chetny panie. Suspen­do­wany, zde­gra­do­wany i w prak­tyce wyka­stro­wany kapła­nie? Widzisz te sznurki? Tuż obok urwa­nej nogi? Och, Ser­watka, prze­sta­niesz wresz­cie się krę­cić?

- Kie­dyś lubi­łem się śmiać - pod­jął Bana­schar. - Robi­łem to bar­dzo czę­sto. Oczy­wi­ście to było na długo przed tym, nim posta­no­wi­łem zostać kapła­nem. Nie­stety, w tej decy­zji nie było niczego zdu­mie­wa­ją­cego. Podob­nie jak w życiu, jakie potem wio­dłem. Dłu­gie lata żmud­nej nauki, rytu­ałów, cere­mo­nii, rygo­ry­stycz­nych ćwi­czeń magii. I Robak Jesieni dotrzy­mał słowa, czyż nie tak? Dał nam spra­wie­dliwą nagrodę. Szkoda, że cała zabawa mnie omi­nęła.

- Żało­sny nędz­niku pełen bez­u­ży­tecz­nej pedan­te­rii, czy był­byś tak miły...? Tak jest, wycią­gnij rękę w dół, jesz­cze tro­chę dalej... Ach! Masz go! Sznu­rek! Nogę! Ser­watka, posłu­chaj, popatrz, prze­stań, natych­miast, nie, w tym miej­scu, tak, widzisz? Ratu­nek jest bli­sko!

- Nie mogę! Wszystko się prze­chyla! Świat spada w Otchłań!

- Nie przej­muj się tym! Widzisz? Trzyma twoją nogę. Patrzy na sznu­rek. Jego mózg prze­bu­dził się do dzia­ła­nia!

- Kie­dyś umiesz­czano tam odpływy - pod­jął Bana­schar, trzy­ma­jąc w ręce szkie­le­tową nogę. - Pod ołta­rzem. Rozu­miesz? Żeby odpro­wa­dzać krew do amfor. Sprze­da­wa­li­śmy ją, rzecz jasna. To zdu­mie­wa­jące, za co ludzie są skłonni pła­cić, czyż nie tak?

- Co on robi z moją nogą?

- Jak dotąd nic - odpo­wie­działa Telo­rast. - Chyba się przy­gląda. I myśli. To prawda, że zupeł­nie brak mu inte­li­gen­cji. Lewy pła­tek ucha Nie Apsa­lar Apsa­lar miał jej wię­cej niż ten mary­no­wany pędrak. Ale to nie­ważne! Ser­watka, zrób uży­tek z przed­nich koń­czyn, to zna­czy rąk, i pod­czoł­gaj się do niego. Prze­stań się krę­cić w kółko! Natych­miast!

- Nie mogę! - roz­legł się cichutki krzyk.

Ser­watka nie prze­sta­wała wiro­wać.

- W zamian za starą krew dosta­wa­li­śmy błysz­czące monety. Śmia­li­śmy się z tego, ale to nie był rado­sny śmiech. Raczej pełen nie­do­wie­rza­nia i, tak jest, spo­rej dawki cyni­zmu wywo­ła­nego przy­ro­dzoną głu­potą ludzi. Tak czy ina­czej, w efek­cie wypeł­ni­li­śmy bogac­twami nie­prze­li­czone kufry. Ni­gdy byście nie uwie­rzyły, ile ich było. Pękały od nich krypty. Jestem pewien, że można by za to kupić mnó­stwo śmie­chu. A krew? No cóż, każdy kapłan wam powie, że krew jest tania.

- Pro­szę, och, pro­szę, okaż łaskę, którą tak gar­dziła twa była bogini. Spluń jej w twarz gestem dobrej woli! Spo­tka cię hojna nagroda, tak jest, hojna!

- Bogac­twa nie mają war­to­ści - oznaj­mił Bana­schar.

- To będzie inny rodzaj nagrody, zapew­niamy. Będzie doty­kalna, zna­cząca, cenna i nadej­dzie w samą porę.

Kapłan ode­rwał wzrok od nogi, spo­glą­da­jąc na Telo­rast.

- A co to będzie?

Maleńki gad poki­wał czaszką.

- Moc, mój przy­ja­cielu. Wię­cej mocy, niż jesteś w sta­nie sobie wyobra­zić.

- Bar­dzo szcze­rze w to wąt­pię.

- Ta moc pozwoli ci zro­bić, co zechcesz i komu zechcesz! Wypły­nie stru­mie­niem, wzbie­rze w tobie, try­śnie w górę, pozo­sta­wia­jąc ogromne, mokre plamy. Hojna nagroda, tak jest!

- A jeśli spró­buję was trzy­mać za słowo?

- Rów­nie pew­nie, jak trzy­masz tę piękną nogę i sznu­rek, rów­nie pew­nie!

- Umowa przy­pie­czę­to­wana - oznaj­mił Bana­schar.

- Ser­watka! Sły­sza­łaś?

- Sły­sza­łam. Osza­la­łaś? My się nie dzie­limy! Ni­gdy się nie dzie­limy!

- Pssst! Usły­szy cię!

- Przy­pie­czę­to­wana - powtó­rzył kapłan, sia­da­jąc.

- Ojo­joj - zawo­dziła Ser­watka, wiru­jąc coraz szyb­ciej. - Urzą­dzi­łaś nas, Telo­rast, urzą­dzi­łaś nas na dobre! Ojo­joj, popatrz, nie mogę się uwol­nić!

- To tylko czcze obiet­nice, Ser­watka, przy­się­gam!

- Przy­pie­czę­to­wana - rzekł Bana­schar po raz trzeci.

- Aja­jaj! Po trzy­kroć przy­pie­czę­to­wana! Jeste­śmy zgu­bione!

- Spo­koj­nie, jasz­czurko - cią­gnął męż­czy­zna, pochy­la­jąc się i się­ga­jąc po wiru­jące na pod­ło­dze stwo­rze­nie. - Wkrótce znowu zatań­czysz. I ja rów­nież - dodał, uno­sząc Ser­watkę.

Trzy­ma­jąc w jed­nej ręce szkie­let gada, a w dru­giej jego nogę, Bana­schar spoj­rzał na mil­czą­cego gościa, który sie­dział w cie­niu z bły­skiem w jedy­nym oku.

- W porządku - powie­dział. - Teraz cię wysłu­cham.

- Cie­szę się - wyszep­tał Zbłą­kany. - Mamy bar­dzo mało czasu.

* * *

Lostara Yil sie­działa na brzegu łóżka, trzy­ma­jąc na kola­nach miskę pełną pia­sku. Wbiła nóż w leżącą po pra­wej tykwę o ścię­tym czubku, by pokryć żelazo war­stewką oleju, a potem zanu­rzyła klingę w pia­sku, wra­ca­jąc do czysz­cze­nia.

Pra­co­wała nad tą bro­nią od dwóch dzwo­nów. Czy­ściła ją już wię­cej razy, niż potra­fiła zli­czyć. Wszy­scy przy­się­gali, że szty­let nie mógłby być czyst­szy i bar­dziej nie­ska­zi­telny, ona jed­nak na­dal widziała plamy.

Palce miała czer­wone, pełne otarć i pęk­nięć. Bolały ją kości rąk. Odno­siła wra­że­nie, że jej dło­nie stały się cięż­sze, jakby pia­sek wpły­nął w jakiś spo­sób na skórę, mię­śnie i kości, roz­po­czy­na­jąc pro­ces ich zamiany w kamień. Być może nadej­dzie czas, gdy cał­ko­wi­cie utraci w nich czu­cie i będą zwi­sały z nad­garst­ków jak drew­niane młotki. Nie staną się jed­nak bez­u­ży­teczne, nie. Na­dal będzie mogła nimi okła­dać świat, jeśli to w czymś jej pomoże.

Ktoś zastu­kał w drzwi gałką broni i zaraz potem je otwo­rzył. Do środka zaj­rzała Fara­dan Sort. Prze­szu­kała pomiesz­cze­nie wzro­kiem i zna­la­zła Lostarę Yil.

- Przy­boczna cię wzywa - oznaj­miła bez­barw­nym gło­sem.

A więc nad­szedł czas. Lostara wytarła szty­let w szmatę. Kapi­tan Sort stała w drzwiach, przy­glą­da­jąc się jej bez­na­mięt­nie.

Lostara wstała, scho­wała broń i się­gnęła po płaszcz.

- Masz być moją eskortą? - zapy­tała, pod­cho­dząc do drzwi.

- Mie­li­śmy już dziś jedną próbę ucieczki - odparła Fara­dan, rusza­jąc kory­ta­rzem za młod­szą kobietą.

- Chyba nie mówisz poważ­nie?

- Nie, ale i tak mam ci dziś towa­rzy­szyć.

- Po co?

Fara­dan Sort nie odpo­wie­działa. Otwo­rzyła zdobne dwu­skrzy­dłowe drzwi upstrzone czer­wo­nymi pla­mami, ulo­ko­wane na końcu kory­ta­rza.

Lostara Yil weszła do znaj­du­ją­cego się za nimi pomiesz­cze­nia. Sufit kwa­tery przy­bocz­nej - sta­no­wią­cej jed­no­cze­śnie cen­trum dowo­dze­nia - pokry­wał cha­otyczny zestaw wspor­ni­ków, skle­pień i łuko­wa­tych belek. W związku z tym spo­wi­jało go mnó­stwo paję­czyn. Zwi­sały z nich zasu­szone ćmy, koły­szące się w sła­bym prze­ciągu, jakby w paro­dii lotu. Pod cen­tralną, dziw­nie znie­kształ­coną minia­tu­rową kopułą usta­wiono wielki, pro­sto­kątny stół, a przy nim dwa­na­ście krze­seł o wyso­kich opar­ciach. W ścia­nie naprze­ciwko drzwi wid­niał sze­reg wysoko ulo­ko­wa­nych okien, a pod nimi wypo­sa­żone w balu­stradę pod­wyż­sze­nie. Lostara pomy­ślała, że to jedna z najdziw­niejszych sal, jakie w życiu widziała. Lethe­ryj­czycy zwali ją Wielką Aulą Medyczną. Było to naj­więk­sze pomiesz­cze­nie w budynku kole­gium słu­żą­cym jako tym­cza­sowa kwa­tera dla ofi­ce­rów oraz gmach dowódz­twa.

Przy­boczna Tavore stała na pod­wyż­sze­niu, wpa­tru­jąc się inten­syw­nie w coś widocz­nego za grubą szybą jed­nego z okien.

- Wzy­wa­łaś mnie, przy­boczna.

- Na stole leży tabliczka, kapi­ta­nie - rze­kła Tavore, nie odwra­ca­jąc się. - Znaj­dziesz na niej imiona tych, któ­rzy będą obecni pod­czas odczytu. Ponie­waż niektó­rzy mogą sta­wiać opór, kapi­tan Fara­dan Sort pój­dzie z tobą do koszar.

- Pro­szę bar­dzo. - Lostara pode­szła do stołu, wzięła tabliczkę i pośpiesz­nie prze­czy­tała wyryte w zło­tym wosku imiona. Unio­sła brwi. - Przy­boczna? Ta lista...

- Nikt nie może odmó­wić, kapi­ta­nie. Możesz odejść.

* * *

Dwie kobiety wró­ciły do kory­ta­rza i zatrzy­mały się, widząc nad­cho­dzą­cego Lethe­ryj­czyka. Był ubrany zwy­czaj­nie, a u pasa wisiał mu długi wąski miecz w pozba­wio­nej ozdób pochwie. Brys Bed­dict nie posia­dał żad­nych szcze­gól­nych cech fizycz­nych, lecz mimo to Lostara i Fara­dan Sort nie mogły ode­rwać od niego wzroku. Nawet rzu­cone od nie­chce­nia spoj­rze­nie zawsze wra­cało do męż­czy­zny, przy­cią­gane czymś nie­wy­sło­wio­nym, a zara­zem nie­po­wstrzy­ma­nym.

Roz­stą­piły się, by go prze­pu­ścić.

Zatrzy­mał się i ukło­nił.

- Wybacz - rzekł, zwra­ca­jąc się do Lostary. - Chciał­bym poroz­ma­wiać z przy­boczną, jeśli to moż­liwe.

- Oczy­wi­ście - odparła, otwie­ra­jąc jedno skrzy­dło drzwi. - Po pro­stu wejdź i zapo­wiedz swoje przy­by­cie.

- Dzię­kuję.

Uśmiech­nął się, a potem znik­nął za drzwiami, zamy­ka­jąc je za sobą.

Lostara wes­tchnęła.

- Tak - zgo­dziła się Fara­dan Sort.

Po chwili ruszyły w dal­szą drogę.

* * *

Brys Bed­dict ukło­nił się, gdy tylko przy­boczna spoj­rzała na niego.

- Przy­boczna Tavore, przy­no­szę pozdro­wie­nia i naj­lep­sze życze­nia od króla - oznaj­mił.

- Pamię­taj prze­ka­zać mu to samo - odparła.

- Z pew­no­ścią. Przy­boczna, pole­cono mi ostrzec cię w związku z wróżbą, jaką zapla­no­wa­łaś na tę noc.

- Czy mogę zapy­tać, co to za ostrze­że­nie i od kogo pocho­dzi?

- Pewien pra­dawny bóg tra­dy­cyj­nie zwykł czy­nić dwór w Lethe­ras swoją świą­ty­nią, że tak powiem - zaczął Brys. - Postę­po­wał tak od wielu poko­leń. Naj­czę­ściej peł­nił funk­cję kon­ku­benta kró­lo­wej i był znany jako Turu­dal Bri­zad. Rzecz jasna, więk­szość ludzi nie wie­działa, kim jest naprawdę, ale nie ulega wąt­pli­wo­ści, że to pra­dawny bóg zwany Zbłą­ka­nym, Władcą Pły­tek, i jest lethe­ryj­skim odpo­wied­ni­kiem waszej Talii Smo­ków.

- Ach, zaczy­nam rozu­mieć.

- Zaiste, przy­boczna.

- Zbłą­kany uznałby tę wróżbę, sam fakt uży­cia talii, za próbę wtar­gnię­cia na jego teren.

- Przy­boczna, nie spo­sób prze­wi­dzieć reak­cji żad­nego z pra­daw­nych bogów, a już szcze­gól­nie Zbłą­ka­nego. Więzi łączące go z losem i przy­pad­kiem są bar­dzo ści­słe, a także skom­pli­ko­wane.

- Czy mogę poroz­ma­wiać z tym Turu­da­lem Bri­za­dem?

- Pra­dawny bóg porzu­cił tę funk­cję przed nadej­ściem cesa­rza. Od tego czasu nie widziano go w pałacu. Zapew­niono mnie jed­nak, że znowu jest bli­sko. Zapewne przy­cią­gnęły go twe zamiary.

- Zasta­na­wiam się, kto na dwo­rze waszego króla potrafi dostrzec podobne sprawy?

Brys poru­szył się ner­wowo.

- To będzie Bugg, przy­boczna.

- Kanc­lerz?

- Jeśli w takim cha­rak­te­rze go pozna­łaś, to tak, kanc­lerz.

Przy­boczna przez cały czas stała na pod­wyż­sze­niu, teraz jed­nak zeszła z czte­rech stopni na jego końcu i zbli­żyła się do Brysa, kie­ru­jąc spoj­rze­nie bez­barw­nych oczu na jego twarz.

- Bugg. Jeden z moich wiel­kich magów uważa, że on jest... Jak to ujął? Aha. Uro­czy. Ale prze­cież Szybki Ben jest nie­zwy­kłym czło­wie­kiem, skłon­nym do wygła­sza­nia oso­bli­wych, czę­sto sar­do­nicz­nych opi­nii. Czy wasz kanc­lerz jest cedą...? To jest tytuł wiel­kiego maga, tak?

- Naj­le­piej byłoby uwa­żać go za kogoś takiego, przy­boczna.

- Choć nie wąt­pię, że moi mago­wie potra­fią sobie pora­dzić z więk­szo­ścią gróźb, pra­dawny bóg zapewne wykra­cza poza ich moż­li­wo­ści - rze­kła po chwili zasta­no­wie­nia przy­boczna. - A co z waszym cedą?

- Z Bug­giem? Hmm, nie sądzę, by zbyt­nio się bał Zbłą­ka­nego. Nie­stety posta­no­wił dziś w nocy się ukryć, na wypa­dek gdy­byś jed­nak zde­cy­do­wała się prze­pro­wa­dzić odczyt. Jak już wspo­mnia­łem, pole­cono mi ostrzec cię i prze­ka­zać, że król Tehol szcze­rze się mar­twi o twoje bez­pie­czeń­stwo.

Te słowa wyraź­nie zanie­po­ko­iły przy­boczną. Odwró­ciła się, pode­szła powoli do stołu i zatrzy­mała się u jego końca.

- Dzię­kuję, Bry­sie Bed­dict - zaczęła sztyw­nym, for­mal­nym tonem. - Nie­stety zwle­ka­łam już z odczy­tem tak długo, jak tylko się dało. Potrze­buję prze­wod­nic­twa, i to pil­nie.

Uniósł głowę. Co kom­bi­no­wali Mala­zań­czycy? To pyta­nie czę­sto zada­wano na Kró­lew­skim Dwo­rze, a z pew­no­ścią rów­nież w całym mie­ście.

- Rozu­miem, przy­boczna. Czy możemy ci pomóc w jakiś inny spo­sób?

Zmarsz­czyła brwi.

- Nie jestem pewna jak, bio­rąc pod uwagę fakt, że wasz ceda nie chce uczest­ni­czyć w odczy­cie nawet jako widz.

- Podej­rze­wam, że nie chce, by jego obec­ność wpły­nęła na rezul­taty.

Przy­boczna roz­chy­liła usta, chcąc coś powie­dzieć, powstrzy­mała się jed­nak i zamknęła je znowu. Nie­wy­klu­czone też, że otwo­rzyła nieco sze­rzej oczy, nim zdą­żyła odwró­cić wzrok.

- A jaka inna postać pomocy jest moż­liwa?

- Jestem gotów zaofe­ro­wać swe usługi jako Kró­lew­ski Miecz.

Prze­szyła go zdu­mio­nym spoj­rze­niem.

- Zbłą­kany zawa­hałby się sta­wić ci czoło?

Brys wzru­szył ramio­nami.

- Przy­boczna, będę przy­naj­mniej mógł z nim nego­cjo­wać uzbro­jony w pewną wie­dzę doty­czącą jego histo­rii pośród naszego ludu i tak dalej.

- I jesteś gotowy pod­jąć dla nas to ryzyko?

Brys się zawa­hał. Ni­gdy nie był bie­głym kłamcą.

- Nic nie ryzy­kuję, przy­boczna - zdo­łał wykrztu­sić i natych­miast wyczy­tał z jej przy­mru­żo­nych oczu, że próba zakoń­czyła się nie­po­wo­dze­niem.

- Uprzej­mość i przy­zwo­itość wyma­gają, bym odrzu­ciła twą szczo­drą ofertę - zaczęła Tavore. - Nie­stety jestem zmu­szona uciec się do gru­biań­stwa i oznaj­mić, że twoja obec­ność będzie mile widziana.

Znowu się pokło­nił.

- Jeśli musisz zawia­do­mić króla, masz jesz­cze czas - dodała przy­boczna. - Nie­wiele czasu, ale powinno wystar­czyć na zło­że­nie krót­kiego raportu.

- To nie będzie konieczne - odparł Brys.

- Nalej więc sobie, pro­szę, tro­chę wina.

Skrzy­wił się.

- Dzię­kuję, ale wyrze­kłem się wina, przy­boczna.

- W takim razie pod bocz­nym sto­łem stoi dzban ale. Chyba falar­skiego. Sły­sza­łam, że jest cał­kiem nie­złe.

Uśmiech­nął się i zauwa­żył, że pode­rwała się nagle. Zasta­no­wił się nad tym, jak kobiety czę­sto reagują na jego uśmiech, ale zaraz o tym zapo­mniał.

- Tak, z chę­cią go spró­buję. Dzię­kuję bar­dzo.

* * *

- Nie mogę tole­ro­wać samego faktu two­jego ist­nie­nia - oznaj­mił.

Sie­dzący naprze­ciwko niego męż­czy­zna uniósł wzrok.

- Widzę, że odwza­jem­niasz moje uczu­cia.

W gospo­dzie było tłoczno. Klienci wyraź­nie zali­czali się do boga­tych i uprzy­wi­le­jo­wa­nych. Stosy monet, zaku­rzone butelki, lśniące szklane kie­li­chy oraz olśnie­wa­jąco barwne, osten­ta­cyjne stroje - więk­szość z nich suge­ro­wała podo­bień­stwo do Kró­lew­skiego Koca, choć z reguły ogra­ni­czało się ono do wąskiej prze­pa­ski oka­la­ją­cej bio­dra i kro­cze. Nie­któ­rzy prze­sad­nie wyper­fu­mo­wani mło­dzieńcy nosili też weł­niane spodnie z jedną nogawką uciętą w poło­wie dłu­go­ści.

W klatce usta­wio­nej przy sto­liku, za któ­rym sie­dzieli dwaj Mala­zań­czycy, zamknięto dwa nie­zwy­kłe ptaki, od czasu do czasu wymie­nia­jące gar­dłowe komen­ta­rze wyjąt­kowo pozba­wio­nym entu­zja­zmu tonem. Były wiel­ko­ści szpa­ków, miały krót­kie dzioby, żółte upie­rze­nie i szare łebki.

- Może i tak - odparł pierw­szy męż­czy­zna, pocią­gnąw­szy łyk moc­nego wina. - Ale to na­dal coś innego.

- Tak ci się tylko zdaje.

- Nie, ty wiel­ko­uchy idioto. Po pierw­sze, nie żyłeś. Wysa­dzi­łeś sobie pod tył­kiem cho­lerny wstrzą­sacz. Z tych łachów, które masz na sobie, zostały tylko strzępy. Kawa­łeczki. Dro­biny popiołu. Nic mnie nie obcho­dzi, jak zdolne są kraw­cowe Kap­tura ani ile ich milio­nów zdą­żył już zgro­ma­dzić. Nikt nie zdo­łałby tego pozszy­wać w kupę. Oczy­wi­ście nie ma żad­nych szwów, przy­naj­mniej tam, gdzie nie powinno ich być. Twoje ubra­nie jest nie­tknięte. Tak samo jak ty.

- Do czego zmie­rzasz, Szybki? Zło­ży­łem się w całość w piw­nicy Kap­tura, tak? Nawet pomo­głem Gano­esowi Para­nowi i przez pewien czas podró­żo­wa­łem z ekipą Try­galle. Kiedy czło­wiek nie żyje, może robić... różne rze­czy.

- To w sumie zależy od siły woli...

- Pod­pa­la­cze Mostów osią­gnęli ascen­den­cję - przy­po­mniał mu Płot. - Zgłoś się z pre­ten­sjami do Skrzypka. Ja nie mia­łem z tym nic wspól­nego.

- A ty jesteś ich wysłan­ni­kiem, tak?

- Nie­wy­klu­czone, ale nikt mi nie wyda­wał roz­ka­zów...

- Sójeczka?

Płot poru­szył się ner­wowo, odwra­ca­jąc wzrok.

- To dziwne - stwier­dził, wzru­sza­jąc ramio­nami.

- Co jest dziwne?

Saper wska­zał głową na ptaki.

- To są etkary, tak?

Mag pochy­lił głowę, pocie­ra­jąc czoło obiema dłońmi.

- Może to jakiś przy­mus? Klą­twa nie­ja­sno­ści? Albo po pro­stu zwy­kły upór i głu­pota, które wszy­scy tak dobrze znamy?

- No pro­szę - mruk­nął Płot, się­ga­jąc po ale. - Znowu gadasz do sie­bie.

- Uni­kasz pew­nych tema­tów, Płot. Są tajem­nice, któ­rych nie chcesz zdra­dzić. To mnie nie­po­koi. I nie tylko mnie...

- Skrzy­pek zawsze robi się ner­wowy na mój widok. Tak jak wy wszy­scy. To pew­nie dla­tego, że jestem taki przy­stojny i uro­czy.

- To było nie­złe - wyce­dził Szybki Ben. - Ale mówi­łem o przy­bocz­nej.

- Dla­czego mia­łaby się mną nie­po­koić? - zapy­tał saper. - Powinno raczej być na odwrót. Tej kobiety nie spo­sób zro­zu­mieć. Sam to nie­raz mówi­łeś, Szybki. - Pochy­lił się, mru­żąc powieki. - Dowie­dzia­łeś się cze­goś nowego? O tym, dokąd masze­ru­jemy? I co, w imię Kap­tura, mamy teraz zro­bić?

Cza­ro­dziej gapił się na niego bez słowa.

Płot uniósł cza­peczkę i podra­pał się nad uchem, a potem znowu oparł się wygod­nie z zado­wo­loną miną.

Po chwili przy ich sto­liku przy­sta­nęły dwie kobiety. Płot spoj­rzał na nie i pode­rwał się wyraź­nie zawsty­dzony.

- Wielki magu, sape­rze - rze­kła Lostara Yil. - Przy­boczna żąda waszej natych­mia­sto­wej obec­no­ści. Chodź­cie z nami, pro­szę.

- Ja? - zapy­tał Płot prze­cho­dzą­cym w pisk gło­sem.

- Twoje imię jest pierw­sze na liście - oznaj­miła z bez­li­to­snym uśmie­chem Fara­dan Sort.

- No to zała­twi­łeś sprawę - wysy­czał Szybki Ben.

* * *

- Czuję woń śmierci - oznaj­mił jeden z etka­rów, gdy czworo cudzo­ziem­ców już wyszło.

- Nie­prawda - wykra­kał drugi.

- Czuję woń śmierci - upie­rał się pierw­szy ptak.

- Nie. To woń umar­łego.

Po chwili pierw­szy etkar uniósł skrzy­dło i scho­wał pod nie głowę. Potem ją wysu­nął i wró­cił do poprzed­niej pozy­cji.

- Prze­pra­szam.

* * *

Kapi­tan Milu­tek i wic­kań­ski pies paster­ski, Gar­bus, gapili się na sie­bie przez splą­tane wikli­nowe pręty zagrody, szcze­rząc gniew­nie zęby.

- Posłu­chaj mnie, psie, chcę, żebyś zna­lazł Sinn i Pędraka - mówił ofi­cer. - Jeśli spró­bu­jesz zro­bić coś głu­piego, na przy­kład prze­gryźć mi gar­dło, prze­szyję cię mie­czem. Od pyska aż po zadek. A potem urżnę ci łeb i uto­pię go w rzece. Odrą­bię łapy i sprze­dam je brzyd­kim cza­row­ni­com. Zedrę z cie­bie skórę i zro­bię z niej fute­rały na członki dla odpra­wia­ją­cych pokutę, uza­leż­nio­nych od seksu kapła­nów. Tych, któ­rzy ukry­wają pod łóż­kami pewne przed­mioty. A wszystko to zro­bię, gdy będziesz jesz­cze żył. Jasne?

Wargi na wykrzy­wio­nym, nazna­czo­nym bli­znami pysku zwie­rzę­cia unio­sły się jesz­cze wyżej, odsła­nia­jąc krwa­wo­czer­wone ubytki pozo­sta­wione przez roz­łu­pane kły. Z luk mię­dzy zębami sączyła się szkar­łatna piana. Oczy Gar­busa gorzały jak dwa tunele pro­wa­dzące do mózgu władcy demo­nów. Wiro­wały w nich wście­kłość i obłęd. Na dru­gim końcu psa kikut ogona poru­szał się od czasu do czasu, jakby przez mózg stwo­rze­nia prze­bie­gały spa­zmami szcze­gól­nie przy­jemne myśli.

Milu­tek trzy­mał w jed­nej ręce smycz z ple­cio­nej skóry, zwią­zaną na końcu w pętlę.

- Założę ci to na głowę, psie. Jeśli będziesz się opie­rał, uniosę cię wysoko nad zie­mię i będę się śmiał, patrząc na twoje drgawki. W grun­cie rze­czy wymy­ślę sto nowych spo­so­bów, by cię zabić, i wyko­rzy­stam wszyst­kie.

Uniósł pętlę, poka­zu­jąc ją psu.

Skłę­biona masa gałą­zek, wło­sów i gru­dek błota, która leżała z boku zagrody - rów­nież war­cząc - zerwała się nagle i zbli­żyła w serii dłu­gich susów, a potem sko­czyła w górę. Ostre ząbki mie­rzyły pro­sto w szyję kapi­tana.

Milu­tek ude­rzył lewą pię­ścią, zatrzy­mu­jąc pie­ska poko­jo­wego w locie. Roz­legł się głu­chy łoskot i trzask zamy­ka­ją­cych się na pustce szczęk. Hen­geń­ski pie­sek zwany Pchełką zmie­nił nagle tor lotu, wylą­do­wał za Gar­bu­sem, odbił się kilka razy i znie­ru­cho­miał. Oszo­ło­mione zwie­rzątko wywa­liło różowy języ­czek, oddy­cha­jąc ciężko.

Przez cały ten czas ofi­cer i pies paster­ski patrzyli sobie pro­sto w oczy.

- Och, zapo­mnijmy o tej cho­ler­nej smy­czy - ode­zwał się po chwili kapi­tan. - I o Pędraku oraz Sinn też. Uprosz­czę mak­sy­mal­nie sprawę. Wycią­gnę miecz i porą­bię cię na kawałki, psie.

- Nie rób tego! - dobiegł zza jego ple­ców czyjś głos.

Milu­tek obej­rzał się i zoba­czył Pędraka. Za ple­cami chłopca stała Sinn. Dwoje dzieci zatrzy­mało się tuż za wej­ściem do stajni. Ich miny wyra­żały cał­ko­witą nie­win­ność.

- Świet­nie się składa - powie­dział kapi­tan. - Wzywa was przy­boczna.

- Cho­dzi o odczyt? - zapy­tał Pędrak. - Nie możemy tam iść.

- Pój­dzie­cie.

- Myśle­li­śmy, że uda się nam ukryć w sta­rej Azath - cią­gnął chło­piec. - Ale nic z tego...

- Dla­czego? - zapy­tał Milu­tek.

Pędrak pokrę­cił głową.

- Nie chcemy tam iść. To by było... nie­do­brze.

Kapi­tan uniósł smycz.

- Pój­dzie­cie sami albo na tym, robaki.

- Sinn spali cię na węgie­lek!

Milu­tek prych­nął pogar­dli­wie.

- Ona? Sądząc po jej minie, prę­dzej by się zlała w gacie. Będzie­cie grzeczni czy zro­bimy to po mojemu? Potra­fi­cie zgad­nąć, które roz­wią­za­nie bym wolał, prawda?

- Cho­dzi o Azath... - zaczął Pędrak.

- To nie mój pro­blem - prze­rwał mu kapi­tan. - Zacho­waj swe skargi dla przy­bocz­nej.

Ruszyli w drogę.

- Wiesz, że wszy­scy cię nie­na­wi­dzą? - zapy­tał Pędrak.

- To się wydaje spra­wie­dliwe - odparł Milu­tek.

* * *

Wstała z krze­sła i skrzy­wiła się, czu­jąc ból w krzyżu, a potem poczła­pała ku drzwiom. Miała nie­wielu zna­jo­mych, pomi­ja­jąc ner­wową położną, która wpa­dała tu od czasu do czasu w obłoku wywo­łu­ją­cych łza­wie­nie d'bay­an­go­wych opa­rów, oraz miesz­ka­jącą nie­opo­dal sta­ruszkę, pie­kącą coś dla niej nie­mal codzien­nie, odkąd tu zamiesz­kała. Było już późno i gło­śne stu­ka­nie wyda­wało się raczej dziwne.

Seren Pedac, która kie­dyś była porę­czy­cielką, otwo­rzyła drzwi.

- Och - powie­działa. - Cześć...

Sta­ru­szek się ukło­nił.

- Dobrze się czu­jesz, pani?

- Hmm, nie potrze­buję żad­nych murar­skich robót...

- Porę­czy­cielko...

- Nie jestem już...

- Twoje nazwi­sko wciąż figu­ruje w reje­strach kró­le­stwa i na­dal otrzy­mu­jesz upo­sa­że­nie.

- Dwu­krot­nie już wystę­po­wa­łam z prośbą o skre­śle­nie. - Umil­kła nagle i unio­sła głowę. - Prze­pra­szam, skąd o tym wiesz?

- Wybacz, porę­czy­cielko. Nazy­wam się Bugg i w skład moich obec­nych obo­wiąz­ków wcho­dzi funk­cja kanc­le­rza kró­le­stwa, a także, hmm, inne. Zauwa­ży­łem twoje pety­cje, umie­ści­łem je w aktach, a następ­nie odrzu­ci­łem. - Uniósł rękę. - Spo­koj­nie. Nie zamie­rzam wycią­gać cię z domu i zmu­szać do powrotu do pracy. W zasa­dzie jesteś prze­nie­siona w stan spo­czynku i do końca życia będziesz otrzy­my­wała pełną pen­sję, porę­czy­cielko. Zresztą nie po to tu dziś przy­sze­dłem.

- Tak? Czego więc chcesz?

- Czy mogę wejść?

Odsu­nęła się, a gdy tylko wszedł do środka, zamknęła drzwi i podą­żyła za nim wąskim kory­ta­rzem do skrom­nie ume­blo­wa­nego pokoju.

- Usiądź, pro­szę, kanc­le­rzu. Ni­gdy cię nie widzia­łam, oba­wiam się więc, że nie sko­ja­rzy­łam cię z uprzej­mym męż­czy­zną, który pomógł mi kie­dyś prze­su­nąć kilka kamieni. - Prze­rwała na chwilę. - Jeśli plotki mówią prawdę, byłeś kie­dyś loka­jem króla, tak?

- Zaiste. - W pokoju były tylko dwa krze­sła. Zacze­kał, aż kobieta usią­dzie na pierw­szym, nim zajął miej­sce na dru­gim. - Porę­czy­cielko, jesteś w szó­stym mie­siącu?

Pode­rwała się nagle.

- Tak. W jakich aktach to wyczy­ta­łeś?

- Wybacz - odparł. - Czuję się dziś wyjąt­kowo nie­pew­nie. To zna­czy w twoim towa­rzy­stwie.

- Minęło wiele czasu, odkąd ostat­nio kogoś zastra­szy­łam, kanc­le­rzu.

- Hmm, tak, być może... wła­ści­wie nie cho­dzi o cie­bie, porę­czy­cielko.

- Czy powin­nam poczuć ulgę, że wyco­fa­łeś swój kom­ple­ment?

- Drwisz sobie ze mnie.

- Tak. Kanc­le­rzu, pro­szę, o co tu cho­dzi?

- Chyba lepiej będzie, jeśli spoj­rzysz na mnie przez pry­zmat innej funk­cji, porę­czy­cielko. Zamiast "kanc­le­rza" suge­ruję "cedę".

Otwo­rzyła sze­rzej oczy.

- Ach. Pro­szę bar­dzo. Widzę, że Tehol Bed­dict miał naprawdę nad­zwy­czaj­nego lokaja.

- Przy­sze­dłem tu - oznaj­mił Bugg, spo­glą­da­jąc na jej brzuch - by spró­bo­wać zapew­nić ci... ochronę.

Poczuła lek­kie ukłu­cie stra­chu.

- Mnie czy mojemu dziecku? Ochronę przed czym?

Pochy­lił się na krze­śle, spla­ta­jąc dło­nie.

- Seren Pedac, ojcem two­jego dziecka jest Trull Sen­gar. Tiste Edur, brat cesa­rza Rhu­lada. Był on też jed­nak kimś wię­cej.

- Tak - zgo­dziła się. - Był moim uko­cha­nym.

Odwró­cił wzrok i ski­nął głową.

- Ist­nieje wer­sja Pły­tek skła­da­jąca się z Domów, coś w rodzaju for­mal­nej struk­tury narzu­co­nej roz­ma­itym siłom dzia­ła­ją­cym we wszech­świe­cie. Zwie się Talią Smo­ków. W tej talii jest też Dom Cie­nia. Wła­dają nim obec­nie nie Tiste Edur, któ­rzy zało­żyli owo kró­le­stwo, lecz nowe jeste­stwa. W twym Domu jest Król, ale na razie nie ma Kró­lo­wej. Poni­żej Króla Wiel­kiego Domu Cie­nia są różni, hmm, słu­dzy. Takie role od czasu do czasu znaj­dują nowe twa­rze. Twa­rze śmier­tel­ni­ków.

Przy­glą­dała mu się z uwagą. W ustach miała sucho jak na spa­lo­nej słoń­cem pustyni. Bugg zała­my­wał ręce, spo­glą­da­jąc na boki.

- Twa­rze śmier­tel­ni­ków - powtó­rzyła.

- Tak, porę­czy­cielko.

- Trull Sen­gar.

- Rycerz Cie­nia.

- Naj­wy­raź­niej porzu­cono go w okrutny spo­sób.

- Nie z wyboru ani wsku­tek zanie­dba­nia, porę­czy­cielko. Domy toczą wojnę, która roz­sze­rza się z każdą chwilą...

- Trull nie wybrał tego tytułu, mam rację?

- Masz. W takich spra­wach wybór nie odgrywa zbyt wiel­kiej roli. Być może nawet Pano­wie i Panie Domów są w rze­czy­wi­sto­ści mniej wszech­mocni, niż chcie­liby sądzić. Rzecz jasna, to samo można powie­dzieć o bogach i bogi­niach. Pano­wa­nie jest ilu­zją masku­jącą ner­wową fan­fa­ro­nadę.

- Trull zgi­nął - rze­kła Seren.

- Ale Rycerz Cie­nia żyje.

W kobie­cie nara­stał lęk. Lodo­wata fala wypeł­niała wszyst­kie prze­strze­nie jej jaźni, zata­piała myśli jedną po dru­giej, aż wresz­cie pochło­nęła ją całą.

- Nasze dziecko - wyszep­tała.

W oczach Bugga poja­wił się twardy błysk.

- To Zbłą­kany spro­wo­ko­wał zamor­do­wa­nie Trulla Sen­gara. Porę­czy­cielko, dzi­siej­szej nocy w tym mie­ście prze­bu­dzi się Talia Smo­ków. Owo prze­bu­dze­nie będzie w rze­czy­wi­sto­ści wyzwa­niem rzu­co­nym Zbłą­ka­nemu, zapro­sze­niem do bitwy. Czy jest gotowy? Czy wystar­czy mu mocy, by prze­pro­wa­dzić kontr­atak? Czy noc zakoń­czy się ską­pana we krwi śmier­tel­ni­ków? Nie potra­fię tego prze­wi­dzieć. Zamie­rzam jed­nak zapo­biec temu, by Zbłą­kany ude­rzył w swych prze­ciw­ni­ków poprzez dziecko, które nosisz.

- To nie wystar­czy - wyszep­tała.

Uniósł brwi.

- Porę­czy­cielko?

- Powie­dzia­łam, że to nie wystar­czy! Kim jest ten Król Wiel­kiego Domu Cie­nia? Jak śmie rościć sobie pre­ten­sje do mojego dziecka! Wezwij go, cedo! Tutaj! Natych­miast!

- Wezwij? Porę­czy­cielko, nawet gdy­bym mógł to zro­bić, to byłoby... pro­szę, musisz to zro­zu­mieć. Wezwa­nie boga, nawet drob­nego frag­mentu jego ducha, rów­na­łoby się zapa­le­niu bar­dzo jasnej lampy. Zauwa­żyłby ją nie tylko Zbłą­kany, lecz rów­nież inne moce. Dzi­siej­szej nocy nie możemy przy­cią­gać uwagi, porę­czy­cielko.

- To ty musisz coś zro­zu­mieć, cedo. Jeśli Zbłą­kany chce skrzyw­dzić moje dziecko... możesz być cedą, ale on jest bogiem. I już zamor­do­wał męż­czy­znę, któ­rego kocha­łam. Ryce­rza Cie­nia. Możesz nie wystar­czyć. Moje dziecko ma być nowym Ryce­rzem? W takim razie niech Wielki Król Cie­nia przy­bę­dzie tu dzi­siaj, żeby je bro­nić!

- Porę­czy­cielko...

- Wezwij go!

- Seren, ja wystar­czę. Prze­ciwko Zbłą­ka­nemu i każ­demu cho­ler­nemu głup­cowi, który odważy się podejść bli­sko.

- To nie ma sensu.

- Ale to prawda.

Wle­piła weń spoj­rze­nie, nie potra­fiąc ukryć nie­do­wie­rza­nia i prze­ra­że­nia.

- Porę­czy­cielko, w mie­ście są też inne moce. Sta­ro­żytne i przy­chylne, ale potężne. Czy uspo­ko­isz się, jeśli wezwę je w twoje imię? W imię two­jego nie­na­ro­dzo­nego syna?

Syna. A więc położna o zaczer­wie­nio­nych oczach miała rację.

- Posłu­chają cię?

- Tak sądzę.

Po chwili ski­nęła głową.

- Pro­szę bar­dzo, ale po dzi­siej­szej nocy będę musiała poroz­ma­wiać z tym Kró­lem Cie­nia, cedo.

Wzdry­gnął się.

- Oba­wiam się, że to spo­tka­nie cię nie usa­tys­fak­cjo­nuje, porę­czy­cielko.

- Sama o tym zde­cy­duję.

- Niech i tak będzie, Seren Pedac - zgo­dził się z wes­tchnie­niem Bugg.

- Kiedy wezwiesz swych przy­ja­ciół, cedo?

- Już to zro­bi­łem.

* * *

Lostara Yil powie­działa, że będzie ich jede­na­stu, nie licząc Skrzypka. To było sza­leń­stwo. Jede­na­stu gra­czy pod­czas odczytu. Gdy szli ulicą za dwiema kobie­tami, Flaszka obej­rzał się na sapera. Skrzy­pek wyglą­dał nie­zdrowo. Miał pod­krą­żone oczy i wykrzy­wiał usta w bole­snym gry­ma­sie. Ciem­niej­sze korze­nie jego wło­sów i brody nada­wały srebr­nym koń­ców­kom wygląd aury zwia­stu­ją­cej chaos.

Za nimi wle­kli się Gesler i Chmura. Byli zbyt zastra­szeni, by uże­rać się ze sobą o nie­mal wszystko, jak zwy­kli to robić. Z reguły zacho­wy­wali się jak stare mał­żeń­stwo, tym razem jed­nak zapewne wyczuli, że zbli­żają się kło­poty. Flaszka był pewien, że zło­ci­sta skóra nie jest jedy­nym, co odróż­nia obu żoł­nie­rzy od zwy­kłych ludzi. Los naj­wy­raź­niej cecho­wał się wybit­nym bra­kiem gustu, wybie­ra­jąc ze stada pewne osob­niki. Gesler i Chmura led­wie mieli jeden mózg na spółkę.

Mag pró­bo­wał odgad­nąć, kto jesz­cze będzie obecny. Przy­boczna i Lostara Yil, rzecz jasna, a także Skrzy­pek, Gesler i Chmura. Może Keneb? Chyba był na poprzed­nim odczy­cie? Flaszce trudno było to sobie przy­po­mnieć. Więk­sza część owej nocy prze­obra­ziła się dla niego w zama­zaną plamę. Szybki Ben? Zapewne. Bli­stig? No cóż, jeden ponury, skwa­szony skur­czy­byk mógłby uspo­koić sytu­ację. Albo znacz­nie ją pogor­szyć. Sinn? Bogo­wie, broń­cie.

- To błąd - mruk­nął Skrzy­pek. - Flaszka, co czu­jesz? Mów prawdę.

- Chcesz ją usły­szeć? Jesteś pewien?

- Flaszka.

- W porządku. Boję się zapusz­czać w to mia­sto, sier­żan­cie. Jest stare. Są tu różne... siły. Więk­szość z nich do tej pory spała. To zna­czy, odkąd tu jeste­śmy.

- Ale teraz się prze­bu­dziły.

- Ehe. Unio­sły nosy i węszą. Sier­żan­cie, ten odczyt to bar­dzo zły pomysł. Rów­nie dobrze mogli­by­śmy rzu­cić klą­twę w imie­niu Oponn, sie­dząc na kola­nach Kap­tura.

- Myślisz, że tego nie wiem?

- Czy nie możesz jakoś się wykrę­cić, sier­żan­cie? Powie­dzieć, że nic z tego, bo jesteś wewnętrz­nie zamknięty albo coś w tym rodzaju?

- Mało praw­do­po­dobne. Odczyt... przej­muje nade mną kon­trolę.

- I potem nie spo­sób już go powstrzy­mać.

- Ehe.

- Sier­żan­cie?

- Słu­cham?

- Będziemy nara­żeni, strasz­li­wie nara­żeni. Jak­by­śmy odsło­nili gar­dła przed każ­dym, kto się zjawi. A to zapewne nie będą łagodne baranki. Jak mamy się bro­nić?

Skrzy­pek zer­k­nął na niego i pod­szedł bli­żej. Widzieli już budy­nek dowódz­twa. Zaczy­nało im bra­ko­wać czasu.

- Nic nie mogę zro­bić, Flaszka. Naj­wy­żej wysa­dzić się w powie­trze, w nadziei, że zabiorę ze sobą kilku wred­nych typ­ków.

- Będziesz sie­dział na wstrzą­sa­czu, tak?

Saper zdjął z jed­nego ramie­nia skó­rzany tor­ni­ster. Dla Flaszki było to wystar­cza­ją­cym potwier­dze­niem.

- Sier­żan­cie, jak już będziemy na miej­scu, pozwól mi jesz­cze raz spró­bo­wać ją prze­ko­nać, by tego nie robiła.

- Miejmy nadzieję, że cho­ciaż nie zmieni liczby.

- Nie rozu­miem.

- Jede­na­stu to źle, dwu­na­stu jesz­cze gorzej, ale trzy­na­stu to byłaby praw­dziwa kata­strofa. To fatalna liczba na odczyt. Nie chcemy trzy­na­stu, każdą inną...

- Lostara powie­działa jede­na­stu, sier­żan­cie. Jede­na­stu.

- Ehe - zgo­dził się z wes­tchnie­niem Skrzy­pek.

* * *

Gdy ktoś znowu zapu­kał do drzwi, Bugg uniósł rękę.

- Pro­szę, pozwól mi otwo­rzyć, porę­czy­cielko.

Ski­nęła głową i męż­czy­zna poszedł wpu­ścić nowych gości.

Usły­szała głosy i unio­sła wzrok. Ceda wró­cił do pokoju w towa­rzy­stwie dwóch odzia­nych w łach­many osób, męż­czy­zny i kobiety. Oboje zatrzy­mali się tuż za drzwiami. Seren Pedac poczuła inten­sywny odór brudu, potu i alko­holu. Z tru­dem zdo­łała się nie wzdry­gnąć. Męż­czy­zna o wiel­kim, usia­nym czer­wo­nymi żył­kami nochalu uśmiech­nął się, odsła­nia­jąc zie­lon­kawe zęby.

- Witaj, mahybe! Masz coś do picia? Nie­ważne. - Mach­nął poczer­niałą dło­nią, w któ­rej trzy­mał gli­nianą butelkę. - Kocha­niutka wisienko, znajdź nam jakieś kubki, dobra?

Bugg się skrzy­wił.

- Porę­czy­cielko, to Ursto Hoobutt i Pino­sel.

- Ja nie potrze­buję kubka - oznaj­miła Seren gme­ra­ją­cej w kre­den­sie kobie­cie.

- Jak sobie życzysz - odparła Pino­sel. - Widzę, że nie będziesz zbyt miłą towa­rzyszką zabawy. To typowe dla cię­żar­nych nie­wiast. Zawsze się popi­sują, jakby otrzy­mały dar od jakie­goś boga. Zaro­zu­miała krowa...

- Nie potrze­buję tych mętów, Bugg. Wypro­wadź ich stąd. Natych­miast.

Ursto pod­szedł do Pino­sel i zdzie­lił ją w skroń.

- Będziesz grzeczna! - Uśmiech­nął się do Seren. - Kapu­jesz, zazdro­ści ci. Sta­ra­li­śmy się i, hmm, sta­ra­li­śmy. Ale ona to pomarsz­czona sta­ru­cha, a ja nie jestem lep­szy. Miękki jak cycek i tyle. Nawet naj­więk­sza chuć nie pomaga. Mogę tylko kapać, kap, kap, kap. - Mru­gnął zna­cząco. - Oczy­wi­ście z tobą, no wiesz...

Pino­sel prych­nęła pogar­dli­wie.

- To ci dopiero zachęta! Każda kobieta wybra­łaby abor­cję! Nawet gdyby nie była w ciąży!

Seren łyp­nęła ze zło­ścią na cedę.

- To chyba żart.

- Porę­czy­cielko, tych dwoje to pozo­sta­ło­ści sta­ro­żyt­nego pan­te­onu. Czcili ich pier­wotni zało­ży­ciele osady pogrze­ba­nej w ile pod Lethe­ras. W grun­cie rze­czy Ursto i Pino­sel to ich pierwsi bogo­wie. Pan oraz Pani Wina i Piwa. Zro­dzili się w kon­se­kwen­cji powsta­nia rol­nic­twa. Piwo powstało przed chle­bem, jako pierw­szy pro­dukt upraw­nych roślin. Czyst­sze niż woda i bar­dzo pożywne. Wino począt­kowo robiono z dzi­kich gron. Te dwa wyna­lazki są pier­wot­nymi siłami w histo­rii ludz­ko­ści, podob­nie jak hodowla zwie­rząt, pierw­sze narzę­dzia z kamie­nia, kości i poroży, powsta­nie muzyki i tańca oraz opo­wie­ści. Malar­stwa na kamien­nych ścia­nach i na wła­snej skó­rze. Wszystko to momenty o głę­bo­kim, klu­czo­wym zna­cze­niu.

- I co się z nimi stało? - zain­te­re­so­wała się Seren.

- Roz­tropne i pełne sza­cunku korzy­sta­nie z ich aspek­tów prze­ro­dziło się w roz­wią­złe, lek­ko­myślne nad­uży­cie. Ludzie utra­cili sza­cu­nek dla ich darów. A im żało­śniej­szy uży­tek z nich czy­nili, tym bar­dziej plu­gawi sta­wali się dar­czyńcy.

Ursto bek­nął.

- Nie mamy nic prze­ciwko temu - zapew­nił. - Znacz­nie gorzej jest, gdy nas wyj­mują spod prawa, bo wtedy sta­jemy się źli, a prze­cież nie chcemy tacy być, prawda, sło­dziutka owsianko?

- Cały czas nas ata­kują - wark­nęła Pino­sel. - Dobra, napeł­nimy te kubki. Pra­dawny?

- Tylko połowę, pro­szę - odparł Bugg.

- Chwi­leczkę - wtrą­ciła Seren Pedac. - Cedo, przed chwilą powie­dzia­łeś, że tych dwoje pija­ków to naj­starsi z bogów. Ale Pino­sel wła­śnie nazwała cię "pra­daw­nym".

Ursto zachi­cho­tał.

- Cedo? Owsianko, sły­sza­łaś? Cedo! - Zro­bił chwiejny krok w stronę Seren Pedac. - O, krą­gła, bło­go­sła­wiona mahybe, ja i Pino­sel możemy być sta­rzy w porów­na­niu z podob­nymi tobie, ale wobec tego, który tam sie­dzi, jeste­śmy jak dzieci! Tak, to pra­dawny. Pra­dawny bóg!

- Czas roz­po­cząć zabawę! - zawo­łała Pino­sel.

* * *

Skrzy­pek zatrzy­mał się tuż za wej­ściem i wbił wzrok w lethe­ryj­skiego wojow­nika sto­ją­cego przy ogrom­nym stole.

- Przy­boczna, czy to nowo zapro­szony?

- Słu­cham, sier­żan­cie?

Saper wycią­gnął rękę.

- Kró­lew­ski Miecz, przy­boczna. Czy był na two­jej liście?

- Nie. Ale mimo to zosta­nie.

Skrzy­pek obrzu­cił Flaszkę przy­gnę­bio­nym spoj­rze­niem, ale nie ode­zwał się ani sło­wem.

Mag przyj­rzał się cze­ka­ją­cej w pomiesz­cze­niu gru­pie i szybko poli­czył obec­nych.

- Kogo bra­kuje? - zapy­tał.

- Bana­schara - odparła Lostara Yil.

- Już idzie - zapew­niła Tavore.

- Trzy­na­stu - wymam­ro­tał Skrzy­pek. - Bogo­wie na dole. Trzy­na­stu.

* * *

Bana­schar przy­sta­nął w zaułku i spoj­rzał na niebo. Z okien budyn­ków oraz umiesz­czo­nych na tycz­kach lamp sączył się słaby blask, nie się­gał jed­nak aż tak wysoko, by zaćmić gwiazdy. Były kapłan gorąco pra­gnął opu­ścić mia­sto, zna­leźć jakieś wzgó­rze i poło­żyć się na mięk­kiej tra­wie z woskową tabliczką w rękach. Księ­życ, gdy już się poja­wił, zanie­po­koił go mocno, ale to nowe pole gwiazd wyglą­dało znacz­nie groź­niej. Zie­lon­kawa plama cze­goś, co przy­po­mi­nało klingi mie­czy, wze­szła na połu­dniu, prze­ci­na­jąc stary, zna­jomy gwiaz­do­zbiór Połaci Się­ga­cza. Nie mógł być tego pewien, ale odno­sił wra­że­nie, że owe mie­cze rosną z każdą chwilą. Zbli­żają się.

Było ich trzy­na­ście. Tylu przy­naj­mniej się doli­czył. Być może kryły się tam też inne, na­dal zbyt odle­głe, by ich blask prze­bił się przez łunę miej­skich świa­teł. Podej­rze­wał, że ich praw­dziwa liczba jest istotna. Coś ozna­cza.

Uświa­do­mił sobie, że w Mala­zie nie­biań­skie mie­cze nawet nie są widoczne. Jak dotąd.

Mie­cze na nie­bie, czy jeste­ście wymie­rzone w ziem­skie gar­dło?

Zer­k­nął na Zbłą­ka­nego. Jeśli kto­kol­wiek potra­fił odpo­wie­dzieć na to pyta­nie, to z pew­no­ścią wła­śnie on. Samo­zwań­czy Władca Pły­tek. Bóg nie­szczę­śli­wych zbie­gów oko­licz­no­ści, igra­jący z losem. Istota zasłu­gu­jąca na pogardę, ale z pew­no­ścią potężna.

- Coś nie gra? - zapy­tał Bana­schar. Twarz Zbłą­ka­nego zro­biła się upior­nie blada i mokra od potu.

Bóg skie­ro­wał na niego jedyne oko, lecz zaraz odwró­cił wzrok.

- Twoi sojusz­nicy mnie nie obcho­dzą - oznaj­mił. - Ale zja­wił się ktoś inny i czeka teraz na nas.

- Kto?

Zbłą­kany skrzy­wił się.

- Zmiana pla­nów. Pój­dziesz pierw­szy. Ja zacze­kam na pełne prze­bu­dze­nie talii.

- Zgo­dzi­li­śmy się, że po pro­stu powstrzy­masz je, nim się zacznie. Na tym miał być koniec.

- To nie­moż­liwe. Nie teraz.

- Zapew­ni­łeś mnie, że dzi­siej­szej nocy nie doj­dzie do aktów prze­mocy.

- I to byłaby prawda - odparł bóg.

- Ale teraz ktoś stoi ci na dro­dze. Wyma­new­ro­wano cię, Zbłą­kany.

Oko boga roz­bły­sło gnie­wem.

- Nie na długo.

- Nie zgo­dzę się na prze­lew krwi nie­win­nych. Nie moich towa­rzy­szy. Powal swo­jego wroga, jeśli pra­gniesz, ale nikogo wię­cej. Rozu­miesz?

- W takim razie usuń mi ich z drogi - wark­nął Zbłą­kany, obna­ża­jąc zęby.

Po chwili Bana­schar ruszył przed sie­bie. Wyszedł z zaułka pod ścianą budynku i skie­ro­wał się ku wej­ściu. Po dzie­się­ciu kro­kach znowu się zatrzy­mał, by wypić jesz­cze kilka łyków wina.

Na tym wła­śnie polega pro­blem z Łow­cami Kości.

Nie spo­sób ich usu­nąć z drogi.

* * *

Po odej­ściu byłego kapłana Zbłą­kany zatrzy­mał się w mroku zaułka.

Był trzy­na­stym uczest­ni­kiem dzi­siej­szej gry.

Gdyby o tym wie­dział - gdyby był w sta­nie prze­nik­nąć mgłę gęst­nie­jącą w strasz­li­wej kom­na­cie i poli­czyć wszyst­kich obec­nych - zawró­ciłby, zapo­mi­na­jąc o swych pla­nach. Wręcz uciekłby z mia­sta.

Zamiast tego cze­kał jed­nak, a serce prze­peł­niała mu żądza mordu.

Tym­cza­sem miej­skie klep­sy­dry i świece z kre­skami zna­czą­cymi upływ czasu - nie­wraż­liwe i obo­jętne na wszystko poza nie­ubła­ga­nym upły­wem czasu - zbli­żały się do chwili, gdy zabrzmią dzwony.

I ogło­szą nadej­ście pół­nocy.

Rozdział drugi

Roz­dział drugi

Nie przy­chodź tu, stary przy­ja­cielu,

Jeśli przy­no­sisz złą pogodę.

Byłem tam, gdzie rzeka ongiś pły­nęła,

Ale już nie pły­nie.

Pamię­tasz to przę­sło mostu?

Teraz znik­nęło, a frag­menty posza­rzały

I roz­pro­szyły się na pia­sku.

Nie ma też nad czym prze­cho­dzić,

Można pójść wzdłuż nurtu,

Wcho­dząc powoli do niecki,

I zna­leźć ostat­nie miej­sce,

W któ­rym umrze pogoda.

Jeśli zoba­czę, jak się zbli­żasz,

Będę wie­dział, że nade­szło twe zmar­twych­wsta­nie

W łzach wzbie­ra­ją­cych, by zalać mi stopy,

Pod ciem­nie­ją­cym nie­bem.

Idziesz jak czło­wiek o wypa­lo­nych oczach,

Roz­kła­da­jąc ręce na boki.

Wska­zał­bym ci drogę, ale rzeka

Nie będzie cze­kała.

Zanie­sie mnie do głod­nego morza

Pod pierz­cha­ją­cymi pta­kami barwy bieli.

Nie przy­chodź tu, stary przy­ja­cielu,

Jeśli przy­no­sisz złą pogodę.

Most słońca Rybak kel Tath

Stał pośród butwie­ją­cych szcząt­ków statku, wysoki, ale przy­gar­biony. Gdyby nie podarte ubra­nie i dłu­gie, tar­gane wia­trem włosy, można by go wziąć za posąg z wybla­kłego mar­muru, który wypadł z mec­kro­skiego mia­sta za jego ple­cami i jakimś cudem wylą­do­wał w pio­no­wej pozy­cji na bez­barw­nym les­sie. Odkąd Udi­naas go obser­wo­wał, odle­gły męż­czy­zna nie poru­szył się ani razu.

Stu­kot kamy­ków obwie­ścił, że z wio­ski nad­cho­dzi ktoś jesz­cze.

Po chwili obok Udi­na­asa zatrzy­mał się Onrack T'emlava. Wojow­nik przez chwilę nie odzy­wał się ani sło­wem, doda­jąc mu otu­chy swą obec­no­ścią.

Udi­naas uświa­do­mił sobie po pew­nym cza­sie, że przez ten świat nie wolno prze­cho­dzić pośpiesz­nie. Co prawda, przez całe życie nie był zbyt pochopny. Po przy­by­ciu do Refu­gium długo jesz­cze czuł się tak, jakby wlókł za sobą łań­cu­chy albo bro­dził w wodzie. Powolny upływ czasu w tym miej­scu opie­rał się nie­cier­pli­wym zało­że­niom, zmu­szał do pokory, a Udi­naas świet­nie wie­dział, że pokora zawsze przy­bywa nie­pro­szona, otwie­ra­jąc kop­nia­kiem drzwi i kru­sząc ściany. Obwiesz­cza swe nadej­ście cio­sem w głowę albo kop­nia­kiem w kro­cze. Nie dosłow­nie, rzecz jasna, ale skutki były te same. Oba­lony na kolana głu­piec nie mógł zaczerp­nąć tchu, czuł się słaby jak cho­ro­wite dziecko, a świat maja­czył nad nim, kiwa­jąc powoli pal­cem.

To naprawdę powinno się zda­rzać czę­ściej. Gdy­bym był bogiem wszyst­kich bogów, to byłaby jedyna lek­cja, jakiej bym udzie­lał, i robił­bym to tak długo, jak oka­za­łoby się konieczne.

Ale z dru­giej strony był­bym wtedy cho­ler­nie zaję­tym skur­czy­by­kiem, czyż nie tak?

Słońce grzało słabo, zapo­wia­da­jąc nad­cho­dzącą zimę. Gna­ciarki mówiły, że w naj­bliż­szych mie­sią­cach spad­nie mnó­stwo śniegu. Zeschłe liście, uwię­zione w pożół­kłej tra­wie na szczy­cie wzgó­rza, drżały i trze­po­tały na wie­trze, jakby z lękiem cze­kały na nadej­ście chło­dów.

Udi­naas ni­gdy nie lubił zimna. Gdy tylko tro­chę się ochło­dziło, zaraz tra­cił czu­cie w dło­niach.

- Czego on chce? - zapy­tał Onrack.

Udi­naas wzru­szył ramio­nami.

- Czy musimy go odpę­dzić?

- Nie, Onrack, wąt­pię, by to było konieczne. Mam wra­że­nie, że na razie stra­cił ochotę do walki.

- Wiesz na ten temat wię­cej ode mnie, Udi­naas. Ale czy nie zamor­do­wał dziecka? Czy nie pró­bo­wał zabić Trulla Sen­gara?

- Skrzy­żo­wał broń z Trul­lem? - zapy­tał Udi­naas. - Zacho­wa­łem tylko nie­ja­sne wspo­mnie­nia. Całą moją uwagę pochła­niało wtedy duszące mnie widmo. No cóż, przy­ja­cielu, rozu­miem, dla­czego wolał­byś go już wię­cej nie oglą­dać. Jeśli jed­nak cho­dzi o Imbryk, nie sądzę, by to było takie pro­ste, jak się zdaje. Dziew­czynka umarła na długo przed tym, nim Azath zło­żyła w niej nasie­nie. Sil­chas Ruin tylko roz­bił sko­rupę, by dom mógł zapu­ścić korze­nie we wła­ści­wym miej­scu i cza­sie, zapew­nia­jąc w ten spo­sób prze­trwa­nie kró­le­stwa.

Imass przy­glą­dał mu się z uwagą, jego łagodne, brą­zowe oczy oka­lały zro­dzone ze smutku linie świad­czące, że prze­żywa wszystko zbyt głę­boko. Ten strasz­liwy wojow­nik, jesz­cze nie­dawno skła­da­jący się tylko z wyschnię­tej skóry i kości, stał się teraz wraż­liwy jak dziecko. Naj­wy­raź­niej była to cecha typowa dla wszyst­kich Imas­sów.

- A więc od początku wie­dzia­łeś, jaki los czeka Imbryk, Udi­naas?

- Wie­dzia­łem? Nie. Tylko się domy­śla­łem.

Onrack chrząk­nął.

- Twoje domy­sły rzadko bywają błędne, Udi­naas. Pro­szę bar­dzo, idź z nim poroz­ma­wiać.

Udi­naas uśmiech­nął się iro­nicz­nie.

- Ty też potra­fisz nie­źle zga­dy­wać, Onrack. Zacze­kasz tu na mnie?

- Tak.

Ucie­szył się z tego, mimo że był prze­świad­czony, że Sil­chas Ruin nie pla­nuje prze­mocy. Z Białą Wroną ni­gdy nie miało się pew­no­ści. Jeśli Udi­na­asa porą­bie na kawałki jeden ze śpie­wa­ją­cych mie­czy, przy­naj­mniej jego śmierć nie obej­dzie się bez świad­ków. W prze­ci­wień­stwie do syna Udi­na­asa, Ruda Elalle, Onrack nie był taki głupi, by rzu­cić się do ataku, szu­ka­jąc zemsty.

Gdy pod­szedł bli­żej, stało się oczy­wi­ste, że albi­no­sowi Tiste Andii nie powo­dziło się za dobrze po nagłym opusz­cze­niu tego kró­le­stwa. Więk­sza część zbroi znik­nęła, odsła­nia­jąc nagie ramiona. Na skó­rza­nym koł­nie­rzu przy­pa­lo­nej prze­szy­wa­nicy wid­niały ślady zakrze­płej krwi. Ciało Sil­chasa pokry­wały świeże, led­wie zago­jone rany i dra­śnię­cia, a pod skórą malo­wały się siniaki, przy­po­mi­na­jące bajora błot­ni­stej wody pod sko­rupą lodu.

Nie­stety, jego oczy zacho­wały twardy, bez­li­to­sny wyraz. Błysz­czały w głę­bo­kich oczo­do­łach, czer­wone jak świeża krew.

- Tęsk­nisz za sta­rym kur­ha­nem Azath? - zapy­tał były nie­wol­nik, zatrzy­mu­jąc się dzie­sięć kro­ków od wychu­dłego wojow­nika.

Sil­chas Ruin wes­tchnął.

- Udi­naas. Zapo­mnia­łem już, jak wspa­niały masz dar do słów.

- Nie pamię­tam, by kto­kol­wiek inny nazy­wał to darem - odparł czło­wiek, decy­du­jąc, że zlek­ce­waży sar­kazm, jakby pobyt w tym miej­scu pozba­wił go wro­dzo­nej bystro­ści. - Prze­kleń­stwem tak, to sły­sza­łem cały czas. W grun­cie rze­czy to zdu­mie­wa­jące, że jesz­cze oddy­cham.

- To prawda - zgo­dził się Tiste Andii. - Zdu­mie­wa­jące.

- Czego chcesz, Sil­cha­sie Ruin?

- Wędro­wa­li­śmy razem przez długi czas.

- Raczej krę­ci­li­śmy się w kółko. No i co z tego?

Tiste Andii odwró­cił wzrok.

- Wszystko, co widzia­łem... wpro­wa­dziło mnie w błąd. Brak fine­zji. Sądzi­łem, że reszta świata niczym się nie różni od Letheru... a potem ten świat tu przy­był.

- Przy­znaję, że lethe­ryj­ska wer­sja fine­zji ma raczej nar­cy­styczny cha­rak­ter. Tak to już bywa, gdy jest się naj­więk­szą grudą gnoju na ster­cie. Lokal­nej ster­cie.

Ruin wykrzy­wił twarz.

- Tę grudę doszczęt­nie zmiaż­dżył żoł­nier­ski but.

Udi­naas wzru­szył ramio­nami.

- Prę­dzej czy póź­niej zda­rza się to każ­demu.

- Tak.

Zapa­dła długa cisza. Ruin na­dal nie chciał patrzeć mu w oczy. Udi­naas dobrze go rozu­miał. Wie­dział też, że nie ucho­dzi oka­zy­wać zado­wo­le­nia z upo­ko­rze­nia Bia­łej Wrony.

- Ona zosta­nie kró­lową - ode­zwał się nagle Sil­chas Ruin.

- Kto?

Wojow­nik zamru­gał, jakby zasko­czyło go to pyta­nie. Potem znowu skie­ro­wał spoj­rze­nie nie­ludz­kich oczu na Udi­na­asa.

- Two­jemu synowi grozi poważne nie­bez­pie­czeń­stwo - oznaj­mił.

- Naprawdę?

- Myśla­łem, że po przy­by­ciu tutaj będę mógł z nim poroz­ma­wiać. Słu­żyć mu radą w skrom­nym zakre­sie leżą­cym w moich moż­li­wo­ściach. - Wska­zał na miej­sce, gdzie stał. - Nie zdo­ła­łem dotrzeć dalej.

- Co cię powstrzy­muje?

Mina Sil­chasa zwa­rzyła się jesz­cze bar­dziej.

- Dla krwi Ele­in­tów wszelka myśl o wspól­no­cie jest obrzy­dli­stwem, Udi­naas. Albo o soju­szu. Jeśli Lethe­ryj­czycy mają jakiś duchowy Ascen­dent, z pew­no­ścią jest on Ele­in­tem.

- Ach, rozu­miem. To dla­tego Szybki Ben zdo­łał poko­nać Sukul Ankhadu, Shel­ta­thę Lore i Menan­dore.

Albi­nos Tiste Andii ski­nął głową.

- Każda z nich pla­no­wała zdra­dzić pozo­stałe. Ta skaza kryje się we krwi i z reguły ma fatalne skutki. - Prze­rwał na chwilę. - Podob­nie było ze mną i z moim bra­tem Ano­man­de­rem. Gdy zawład­nęła nami dra­ko­niczna krew, odda­li­li­śmy się od sie­bie. Anda­rist stał mię­dzy nami i wycią­gał obie ręce, pró­bu­jąc nas do sie­bie zbli­żyć, ale nasza nowo nabyta aro­gan­cja wykra­czała poza jego moż­li­wo­ści. Prze­sta­li­śmy być braćmi. Nic w tym dziw­nego, że...

- Sil­cha­sie Ruin - prze­rwał mu Udi­naas. - Dla­czego mojemu synowi grozi nie­bez­pie­czeń­stwo?

W oczach wojow­nika poja­wił się błysk.

- Lek­cja pokory, któ­rej mi udzie­lono, omal mnie nie zabiła. Ale oca­la­łem. Gdy nadej­dzie czas jego lek­cji, Rud Elalle może mieć mniej szczę­ścia.

- Mia­łeś kie­dyś dziecko, Sil­chas? Nie? Tak też myśla­łem. Dawa­nie rad dziecku jest jak sypa­nie pia­sku na obsy­dia­nową ścianę. Nic się nie przy­lepi. Bru­talna prawda brzmi tak, że wszy­scy musimy sami odbie­rać swe lek­cje. Nie da się ich omi­nąć. Nikt nie zdoła prze­ka­zać dziecku swych blizn. Sta­łyby się paję­czyną, która dusi i dławi. Dziecko wal­czy­łoby, szar­pało się tak długo, aż wresz­cie zerwa­łoby nici. Bez względu na naj­szla­chet­niej­sze inten­cje rodzi­ców, dzieci uczą się tylko z tych blizn, które same zdo­były.

- W takim razie muszę cię pro­sić o łaskę jako ojca.

- Mówisz poważ­nie?

- Tak, Udi­naas.

Fear Sen­gar pró­bo­wał zadać temu Tiste Andii cios w plecy, sta­nąć w cie­niu Sca­ban­da­riego Krwa­wo­okiego. Fear miał trudny cha­rak­ter, ale Udi­naas - bez względu na wszyst­kie swe drwiny i docinki oraz na gorz­kie wspo­mnie­nia o nie­wol­nic­twie - nie czuł do niego anty­pa­tii. Szla­chet­ność można było podzi­wiać nawet u kogoś o odmien­nych poglą­dach. Widział też żal Trulla Sen­gara.

- O co chcesz mnie pro­sić?

- Oddaj mi go.

- Słu­cham?!

Tiste Andii uniósł rękę.

- Nie odpo­wia­daj zbyt pochop­nie. Wytłu­ma­czę ci, dla­czego to konieczne. Powiem ci, co nas czeka, Udi­naas. Jestem prze­ko­nany, że kiedy skoń­czę, wszystko zro­zu­miesz.

Były nie­wol­nik zorien­to­wał się, że drży. Gdy słu­chał Sil­chasa Ruina, stały do nie­dawna grunt prze­su­wał się pod jego nogami.

Z pozoru ospałe tempo tego świata oka­zało się ilu­zją, dzi­wacz­nym uro­je­niem.

Prawda wyglą­dała tak, że wyda­rze­nia pędziły na zła­ma­nie karku niczym sto tysięcy gła­zów sta­cza­ją­cych się ze stoku. Mówiąc krótko, prawda była prze­ra­ża­jąca.

* * *

Onrack przy­glą­dał się z oddali dwóm syl­wet­kom. Roz­mowa trwała dłu­żej, niż spo­dzie­wał się tego Imass, i jego nie­po­kój nara­stał z każdą chwilą. Był pewien, że nie wynik­nie z tego wiele dobrego. Usły­szał za sobą kaszl­nię­cie. Odwró­cił się i zoba­czył dwie emlavy, prze­cho­dzące przez ścieżkę w odle­gło­ści stu kro­ków. Zwie­rzęta zwró­ciły ku Onrac­kowi potężne łby o dłu­gich kłach i popa­trzyły nań nie­uf­nie, jakby pro­siły o pozwo­le­nie. Poru­szały się jed­nak dłu­gimi susami i opusz­czały kiku­to­wate ogony, co świad­czyło o tym, że ruszają na łowy. Zwią­zane z tym poczu­cie winy miało naj­wy­raź­niej instynk­towny cha­rak­ter, podob­nie jak ich otwarta wojow­ni­czość. Może nie będzie ich jeden dzień, a może całe tygo­dnie. Nad­cią­gał zimowy post i musiały upo­lo­wać coś dużego.

Onrack prze­niósł spoj­rze­nie z powro­tem na Udi­na­asa oraz Sil­chasa Ruina i zoba­czył, że obaj zmie­rzają ku niemu, idąc obok sie­bie. Imass świet­nie znał udrę­czo­nego ducha Udi­na­asa i widział, że jego przy­ja­ciel pogrą­żył się w roz­pa­czy.

Nie, nie zbli­żało się nic dobrego.

Roz­legł się chrzęst. Emlavy dotarły do punktu, w któ­rym miały znik­nąć z oczu Onracka, i zerwały się nagle do biegu, by umknąć przed jego wyima­gi­no­waną uwagą. Nie miał zamiaru ich zatrzy­my­wać. Ni­gdy tego nie robił, ale zwie­rzaki były po pro­stu za głu­pie, żeby to zauwa­żyć.

* * *

Intruzi wtar­gnęli do kró­le­stwa na zło­wro­giej fali, jak straż przed­nia legio­nów cha­osu. Zmiana z reguły pla­miła świat barwą świe­żej krwi. Prawda brzmiała tak, że jedy­nym, czego pra­gnęli wszy­scy Imas­so­wie, był pokój, potwier­dzony rytu­ałem życia, bez­piecz­nym, sta­bil­nym i abso­lut­nie prze­wi­dy­wal­nym. Żar i dym bucha­jące z ognisk, aro­mat pie­czo­nego mięsa, bulw i sto­pio­nego szpiku. Nosowe głosy kobiet śpie­wa­ją­cych przy nie­skom­pli­ko­wa­nych, codzien­nych pra­cach. Chrząk­nię­cia i wes­tchnie­nia towa­rzy­szące upra­wia­niu miło­ści. Pio­senki śpie­wane przez dzieci. Ktoś mógł rzeź­bić poroże, spi­ralną kra­wędź roz­sz­cze­pio­nej dłu­giej kości albo kawa­łek krze­mie­nia. Ktoś inny klę­czał przy stru­mie­niu, czysz­cząc skórę gła­dzo­nymi nożami i dra­pa­kami. Nieco dalej znaj­do­wało się płyt­kie zagłę­bie­nie, ślad po dziu­rze w pia­sku, gdzie zagrze­bano inne skóry. Gdy ktoś musiał oddać mocz, kucał na brzegu dołu i wypusz­czał stru­mień do niego, by wygar­bo­wać skóry.

Starcy sie­dzieli na gła­zach, obser­wu­jąc obóz i wszyst­kich kuzy­nów zaję­tych codzien­nymi zada­niami. Marzyli o ukry­tych miej­scach, i ścież­kach, które otwo­rzą mono­ton­nymi, prze­sy­co­nymi gorączką gło­sami, bęb­nie­niem oraz roz­tań­czo­nymi sce­nami nama­lo­wa­nymi na oświe­tlo­nej bla­skiem pochodni skale, głę­boką nocą, gdy duchy kłę­biły się przed oczami w kaska­dzie barw, a regu­lar­no­ści wyła­niały się na powierzch­nię, uno­sząc się w prze­sy­co­nym dymem powie­trzu.

Polo­wa­nia i uczty, zgro­ma­dze­nia i nada­wa­nie kształtu. Dni i noce, naro­dziny i śmierci, śmiech i żałoba, powta­rzane raz po raz opo­wie­ści, ukryty wewnątrz umysł odsła­nia­jący się jak dar przed wszyst­kimi kuzy­nami, przed każdą cie­płą, zna­jomą twa­rzą.

Onrack wie­dział, że to jedyne, co się liczy. Próby prze­bła­ga­nia duchów zawsze miały na celu ochronę owego dro­go­cen­nego pokoju, dosko­na­łej cią­gło­ści. Duchy przod­ków trzy­mały się bli­sko, czu­wa­jąc nad żywymi. Wspo­mnie­nia tkały nici łączące wszyst­kich w całość, a gdy tymi wspo­mnie­niami się dzie­lono, więzy sta­wały się jesz­cze sil­niej­sze.

W obo­zie, za ple­cami Onracka, jego uko­chana towa­rzyszka, Kilava, leżała na sto­sie mięk­kich futer. Już za kilka dni miała uro­dzić ich dru­gie dziecko. Gna­ciarki przy­no­siły jej drew­niane miski pełne pysz­nych, tłu­stych roba­ków, wciąż jesz­cze dymią­cych po pie­cze­niu na pła­skich kamie­niach oka­la­ją­cych ogni­ska, a także pla­stry miodu oraz wonną her­batę z jagód i kory. Kar­miły ją bez­u­stan­nie i nie prze­staną tego robić, dopóki nie zaczną się bóle. Chciały w ten spo­sób dać jej potrzebną rezerwę sił.

Pamię­tał noc, gdy odwie­dzili z Kilavą Seren Pedac w nie­zwy­kłym, znisz­czo­nym mie­ście Lethe­ras. Wia­do­mość o śmierci Trulla Sen­gara była jedną z naj­trud­niej­szych chwil w życiu Onracka, ale spo­tka­nie z wdową po przy­ja­cielu oka­zało się jesz­cze gor­sze. Gdy ją ujrzał, wszystko w nim pękło; roz­pła­kał się. Po jakimś cza­sie zdu­miał się har­tem ducha Seren, jej nad­na­tu­ral­nym spo­ko­jem. Powie­dział sobie wów­czas, że z pew­no­ścią prze­szła już żałobę, w pierw­szych dniach i nocach po zamor­do­wa­niu uko­cha­nego. Gdy patrzyła, jak Onrack pła­cze, jej oczy były pełne smutku, ale wolne od łez. Potem zro­biła her­batę, parząc ją meto­dycz­nie, a Onrack schro­nił się w obję­ciach Kilavy.

Dopiero póź­niej zaczął się wście­kać na nie­spra­wie­dli­wość i prze­ra­ża­jącą absur­dal­ność śmierci przy­ja­ciela. Przez całą noc - gdy pró­bo­wał opo­wie­dzieć Seren o Trullu, o wszyst­kim, przez co prze­szli od chwili, gdy odruch współ­czu­cia naka­zał Onrac­kowi uwol­nić odcię­tego wojow­nika - raz po raz wspo­mi­nał gwał­towne walki, despe­rac­kie star­cia i akty zdu­mie­wa­ją­cej odwagi. Każdy z nich mógłby się stać god­nym koń­cem, nadać śmierci zna­cze­nie, uczy­nić ją chwa­leb­nym poświę­ce­niem. A mimo to Trull Sen­gar uszedł z życiem ze wszyst­kich, co samo w sobie było swego rodzaju trium­fem pośród bólu i żałoby.

Gdyby Onrack był wtedy na zbry­zga­nej krwią are­nie, plecy Trulla nie pozo­sta­łyby nie­strze­żone. Mor­derca nie miałby szans doko­nać aktu bru­tal­nej zdrady. Trull Sen­gar żyłby na­dal, widziałby, jak jego dziecko rośnie w brzu­chu Seren Pedac, obser­wo­wałby z zachwy­tem i zdu­mie­niem blask zwró­co­nego do wewnątrz sku­pie­nia widoczny na obli­czu porę­czy­cielki. Żaden męż­czy­zna ni­gdy nie mógł zaznać podob­nej zupeł­no­ści. Seren stała się naczy­niem cią­gło­ści, sym­bo­lem nadziei i opty­mi­stycz­nego spo­glą­da­nia w przy­szłość.

Och, gdy­byż tylko Trull mógł to zoba­czyć. Nikt nie zasłu­gi­wał na to bar­dziej, po tych wszyst­kich bitwach, ranach, cier­pie­niach i strasz­li­wej samot­no­ści, przez którą Onrack ni­gdy nie zdo­łał się prze­bić. Trulla zdra­dzono wiele razy, a mimo to nie ugiął się i na­dal dawał z sie­bie wszystko, na co go było stać. Nie, w jego śmierci nie było nic spra­wie­dli­wego.

Seren Pedac była miła i uprzejma. Pozwo­liła Kila­vie odpra­wić rytuał zapew­nia­jący bez­pieczny poród. Powie­działa też jed­nak jasno, że nie pra­gnie niczego wię­cej, że odbę­dzie tę podróż sama i nie zabrak­nie jej sił.

Tak, kobiety potra­fiły być prze­ra­ża­jące. Dzięki swej sile oraz zdol­no­ści zno­sze­nia prze­ci­wieństw.

Choć Onrack bar­dzo pra­gnął być teraz bli­sko Kilavy, zasy­py­wać ją poda­run­kami oraz sma­ko­ły­kami, wszel­kie podobne próby spo­tka­łyby się z drwiną gna­cia­rek, a także ostrze­gaw­czym wark­nię­ciem jego uko­cha­nej. Odkąd chwila porodu zaczęła się zbli­żać, nauczył się trzy­mać na dystans.

Tak czy ina­czej, polu­bił Udi­na­asa, choć był on znacz­nie bar­dziej skłonny do wygła­sza­nia zgryź­li­wych komen­ta­rzy niż Trull. Ucie­kał się do iro­nii i sar­ka­zmu, ponie­waż były jedyną bro­nią, jaką potra­fił bie­gle wła­dać. Onrack nauczył się jed­nak doce­niać jego zja­dliwy dow­cip, a co wię­cej, odkąd były nie­wol­nik musiał grać rolę ojca, obja­wiły się w nim nie­ocze­ki­wane zalety. Imass zauwa­żył ten fakt i posta­no­wił naśla­do­wać przy­ja­ciela, gdy nadej­dzie jego czas.

Za pierw­szym razem ta szansa go omi­nęła. Męż­czy­znę, który był jego synem, Ulshuna Prala, wycho­wy­wali inni. Przy­brani wuj­ko­wie, bra­cia i ciotki. Nawet Kilava rzadko bywała obecna. Dla­tego, choć w żyłach Ulshuna pły­nęła krew ich dwojga, nale­żał raczej do swego ple­mie­nia niż do rodzi­ców. Onrack powta­rzał sobie, że czuje z tego powodu tylko lekki smu­tek, frag­menty żalu, któ­rych nie potra­fił dopa­so­wać do wspo­mnień pozo­sta­łych po zro­dzo­nej z Rytu­ału egzy­sten­cji mar­twiaka.

Tak wiele się zmie­niło. Świat pędził naprzód jak sza­lony, dni i noce wymy­kały się Onrac­kowi z dłoni, efe­me­ryczne i nie­uchwytne. Raz po raz nie­mal cał­ko­wi­cie para­li­żo­wało go poczu­cie utraty, ból wywo­łany myślą, że oto minęła kolejna chwila. Sta­rał się zacho­wać sku­pie­nie, wytę­żał zmy­sły, by zare­je­stro­wać każdy bło­go­sła­wiony moment, pochło­nąć go, pożreć i nasy­cić się jego sma­kiem, zawsze jed­nak fala w końcu go zale­wała, uno­siła ze sobą w ośle­pia­ją­cym, ogłu­sza­ją­cym poto­pie.

Zbyt wiele uczuć i wyglą­dało na to, że płacz jest jego odpo­wie­dzią na nad­miar spo­ty­ka­jący go w tym śmier­tel­nym życiu - na radość i smu­tek, na otrzy­mane dary i ponie­sione straty. Być może nie pamię­tał już innych moż­li­wych spo­so­bów reak­cji. Być może to one zni­kały naj­pierw, gdy czas tra­cił wszel­kie zna­cze­nie, sta­wał się okrutny jak klą­twa. Być może łzy wysy­chały ostat­nie.

Udi­naas i Sil­chas Ruin byli coraz bli­żej.

I Onrac­kowi znowu zachciało się pła­kać.

* * *

Wybrzeże D'rha­sil­hani robiło wra­że­nie nad­gry­zio­nego i zbu­twia­łego. Ciemne, pełne iłu bał­wany ude­rzały o kru­szące się wapienne wynio­sło­ści i zale­wane wodą ławice pia­sku poro­śnięte namo­rzy­nami. Każda fala pozo­sta­wiała po sobie stosy piany barwy bla­dego mięsa. Tar­cza Kowa­dło Tana­ka­lian dostrze­gał przez lunetę, że nad linią zasięgu wód przy­pływu, gdzie utwo­rzyły się łuko­wate zwały pia­sku i żwiru, powstały całe wzgó­rza mar­twych ryb. Kłę­biły się tam mewy i jakieś inne stwo­rze­nia, dłu­gie, niskie i podobne do gadów. Od czasu do czasu wpa­dały w stado pta­ków umy­ka­ją­cych przed nimi z gło­śnym wrza­skiem.

Cie­szył się, że nie znaj­duje się na owym brzegu, tak bar­dzo róż­nym od tego, który znał przez całe życie. Tam wody były głę­bo­kie, czy­ste i śmier­tel­nie zimne, a na wszyst­kie zatoczki i brzegi padał cień czar­nych kli­fów oraz gęstych sosnowo-jodło­wych lasów. Ni­gdy sobie nie wyobra­żał, że mogą ist­nieć brzegi takie jak ten, który teraz widział. Ohydne, cuch­nące, przy­po­mi­na­jące koryto dla świń pełne gni­ją­cej paszy. Na pół­noc­nym wscho­dzie, u pod­stawy mło­dego łań­cu­cha gór­skiego bie­gną­cego łukiem na połu­dnie, do olbrzy­miej zatoki wpa­dała jakaś z pew­no­ścią potężna rzeka, wypeł­nia­jąc ją iłem. O ile Tana­ka­lian potra­fił to oce­nić, nie­ustanny napływ słod­kiej mlecz­no­bia­łej wody zatruł więk­szą część zatoki. To nie wyda­wało się w porządku. Odno­sił wra­że­nie, że spo­gląda na miej­sce jakiejś strasz­li­wej zbrodni. Fun­da­men­talna skaza sze­rzyła się niczym zaka­że­nie.

- Co mamy zro­bić, Tar­czo Kowa­dło?

Tana­ka­lian opu­ścił lunetę i zmarsz­czył brwi, spo­glą­da­jąc na cią­gnący się na pół­nocy brzeg.

- Skie­ruj okręt do ujścia rzeki, kapi­ta­nie. Mam wra­że­nie, że jej wła­ściwe koryto znaj­duje się po dru­giej stro­nie, bli­żej wschod­niego wybrzeża. Klify są tam bar­dzo strome.

- Nawet z tej odle­gło­ści dostrze­gamy pły­ci­zny po naszej stro­nie. - Kapi­tan się zawa­hał. - Nie­po­koi mnie jed­nak to, czego nie widzimy, Tar­czo Kowa­dło. Nie jestem nawet prze­ko­nany, czy powin­ni­śmy cze­kać na przy­pływ.

- A czy nie mogli­by­śmy się wyco­fać na morze i spró­bo­wać zbli­żyć się do brzegu dalej na wscho­dzie?

- Musie­li­by­śmy pły­nąć pod prąd rzeki. To moż­liwe, choć star­cie z przy­pły­wem uczy­ni­łoby nurt zdra­dziec­kim. Tar­czo Kowa­dło, chcia­łem zapy­tać o to posel­stwo, z któ­rym mamy się spo­tkać. Jak rozu­miem, to nie jest lud żegla­rzy?

- Kró­le­stwo od wybrzeża dzieli nie­mal nie­prze­byty łań­cuch gór­ski - odparł z uśmie­chem Tana­ka­lian. - A nawet po dru­giej stro­nie gór cią­gnie się pas ziemi nale­żą­cej do ple­mion paster­skich. Obec­nie mię­dzy nimi a Bol­kando panuje pokój. Nie, Bol­kan­dyj­czycy nie są mor­skim ludem.

- W związku z tym ujście rzeki...

- Tak, kapi­ta­nie. D'rha­sil­hani łaska­wie pozwo­lili bol­kan­dyj­skiemu posel­stwu roz­bić obóz na wschod­nim brzegu rzeki.

- Groźba inwa­zji może zmie­nić śmier­tel­nych wro­gów w bli­skich sojusz­ni­ków - zauwa­żył kapi­tan.

- Na to wygląda - zgo­dził się Tana­ka­lian. - Nad­zwy­czajny jest jed­nak fakt, że sojusz naj­wy­raź­niej się utrzy­muje, choć groźba najazdu Impe­rium Lethe­ryj­skiego minęła. Przy­pusz­czam, że zalety pokoju stały się z cza­sem oczy­wi­ste.

- Chcia­łeś powie­dzieć zyskowne.

- Dla obu stron, kapi­ta­nie.

- Muszę wró­cić do swych obo­wiąz­ków, Tar­czo Kowa­dło, jeśli mamy zmie­nić kurs pro­wa­dzący do miej­sca lądo­wa­nia.

Tar­cza Kowa­dło ski­nął głową. Gdy kapi­tan się odda­lił, Tana­ka­lian znowu uniósł lunetę do oka, opie­ra­jąc się o prawy galion. Fale w bez­i­mien­nej zatoce nie były na razie zbyt wyso­kie, ale Tron Wojny zaraz zacznie zawra­cać, a on zamie­rzał wyko­rzy­stać prze­chył okrętu, by przyj­rzeć się stro­mym kli­fom na wschod­nim brzegu.

Śmier­telny Miecz Kru­ghava nie opu­ściła kajuty, a po powro­cie z roz­mowy z przy­boczną Boży Jeź­dziec Run'Thu­rvian posta­no­wił pogrą­żyć się w dłu­gich, wyma­ga­ją­cych samot­no­ści medy­ta­cjach, więc on rów­nież został pod pokła­dem. Obec­ność któ­re­goś z nich wymu­si­łaby prze­strze­ga­nie form, co coraz bar­dziej iry­to­wało Tana­ka­liana. Rozu­miał koniecz­ność trzy­ma­nia się zasad oraz brze­mię tra­dy­cji, nada­jące sens wszyst­kiemu, co robili i czym byli, spę­dził jed­nak pewien czas na okrę­cie przy­bocz­nej, w towa­rzy­stwie Mala­zań­czy­ków. Swo­boda, z jaką dzie­lili ze sobą trudy, z początku przy­pra­wiła Tar­czę Kowa­dło o szok, z cza­sem jed­nak zro­zu­miał war­tość takiego zacho­wa­nia. Gdy zabrzmi sygnał wzy­wa­jący do bitwy, nikt z Łow­ców Kości nie będzie pró­bo­wał pod­wa­żać dys­cy­pliny. Łącząca ich w całość siła opie­rała się jed­nak na kole­żeń­stwie demon­stro­wa­nym pod­czas owych cią­gną­cych się bez końca okre­sów bez­czyn­no­ści, jakie musiały zno­sić wszyst­kie armie. Szcze­rze mówiąc, Tana­ka­lian nauczył się z cza­sem podzi­wiać ich bez­czelne lek­ce­wa­że­nie zasad, otwarty brak sza­cunku i dziwną skłon­ność do zachwytu absur­dem.

Być może był to zły wpływ. Tak przy­naj­mniej suge­ro­wała wyra­ża­jąca lekką dez­apro­batę mina, z jaką Run'Thu­rvian przyj­mo­wał jego iro­niczne komen­ta­rze. Rzecz jasna, lista powo­dów, dla któ­rych Boży Jeź­dziec czuł się roz­cza­ro­wany nowym Tar­czą Kowa­dłem Zakonu, była dość długa. Tana­ka­lian był za młody, roz­pacz­li­wie bra­ko­wało mu doświad­cze­nia, a do tego miał prze­ra­ża­jącą skłon­ność do pochop­nego osądu, nie­moż­liwą do zaak­cep­to­wa­nia u kogoś, kto nosił ten tytuł.

- Twój umysł jest zbyt aktywny - oznaj­mił kie­dyś Tana­ka­lia­nowi Boży Jeź­dziec. - Osąd nie należy do Tar­czy Kowa­dła. Nie ty będziesz decy­do­wał, kto zasłu­guje na twoje obję­cia. Muszę jed­nak przy­znać, że ni­gdy nie ukry­wa­łeś swo­ich skłon­no­ści.

Zwa­żyw­szy wszystko razem, były to wyro­zu­miałe słowa.

Okręt poskrzy­py­wał, wytra­ca­jąc pręd­kość w efek­cie stop­nio­wej zmiany kursu. Tana­ka­lian przy­glą­dał się nie­go­ścin­nemu brze­gowi z jego powy­krzy­wia­nymi górami. Wiele stoż­ko­wa­tych szczy­tów spo­wi­jały obłoki dymu i tok­sycz­nych gazów. Nie byłoby dobrze, gdyby roz­bili się na tym śmier­cio­no­śnym wybrzeżu, a bio­rąc pod uwagę natu­ralne skłon­no­ści prą­dów w pobliżu ujść rzecz­nych, takie nie­bez­pie­czeń­stwo wyda­wało się bar­dzo praw­do­po­dobne. Ta myśl dopro­wa­dziła Tar­czę Kowa­dło do kolej­nego z jego strasz­li­wych osą­dów. Tym razem jed­nak nawet Boży Jeź­dziec nie będzie mógł się do niego przy­cze­pić.

Tana­ka­lian opu­ścił z lek­kim uśmie­chem lunetę i scho­wał ją do pochwy z foczej skóry zawie­szo­nej pod lewą pachą. Potem zszedł z kasz­telu dzio­bo­wego, kie­ru­jąc się pod pokład. Będą potrze­bo­wali Run'Thu­rviana i jego cza­rów, by bez­piecz­nie dotrzeć do ujścia rzeki. Tana­ka­lian doszedł do wnio­sku, że to wystar­cza­jące uspra­wie­dli­wie­nie wyrwa­nia Bożego Jeźdźca z trwa­ją­cej już od kilku dni medy­ta­cji. Run'Thu­rvian mógł być zado­wo­lony z przy­wi­leju samot­no­ści i spo­koj­nej izo­la­cji, ale nawet Boży Jeź­dziec Zakonu nie mógł umknąć przed koniecz­no­ścią. Poza tym sta­rusz­kowi przyda się haust świe­żego powie­trza.

Okręt dowo­dze­nia był sam w zatoce. Pozo­stałe dwa­dzie­ścia cztery zdolne do żeglugi Trony Wojny zatrzy­mały się daleko na morzu. Były w pełni zdolne wytrzy­mać wszystko, co mógłby rzu­cić prze­ciwko nim połu­dniowy ocean, pomi­ja­jąc, rzecz jasna, taj­fun, a według miej­sco­wych pilo­tów pora taj­funów już się skoń­czyła.

Ponie­waż oddali Wilka Piany przy­bocz­nej, okrę­tem fla­go­wym Zakonu był teraz Listral. To była naj­star­sza jed­nostka we flo­cie. Od chwili poło­że­nia jego stępki minęło już pra­wie czter­dzie­ści lat. Listral był ostat­nim oca­la­łym z pierw­szej serii tri­ma­ra­nów i w jego stylu oraz deko­ra­cji zacho­wały się sta­ro­modne szcze­góły. Nada­wało to okrę­towi groźny wygląd. Każdy widoczny frag­ment żela­znego drewna wyrzeź­biono na kształt głowy szcze­rzą­cego kły wilka. Cen­tralny kadłub miał w cało­ści kształt ska­czą­cej bestii, a ponie­waż w trzech czwar­tych był zanu­rzony w wodzie, piana wzbi­jana przez pru­jący fale dziób wyglą­dała, jakby try­skała z otwar­tej, zęba­tej pasz­czy.

Tana­ka­lian kochał ten okręt, nawet archa­iczny sze­reg zwró­co­nych do wewnątrz kajut, ulo­ko­wa­nych wzdłuż kory­ta­rza na pierw­szym pozio­mie pod pokła­dem. Listral mógł pomie­ścić dwu­krot­nie mniej pasa­że­rów niż Trony Wojny z dru­giej i trze­ciej serii, ale za to każda kajuta była sto­sun­kowo obszerna, nie­mal luk­su­sowa.

Apar­ta­ment Bożego Jeźdźca zaj­mo­wał dwie ostat­nie kajuty w pra­wym kadłu­bie. W ścia­nie mię­dzy nimi umiesz­czono wąskie, niskie drzwi. Tylna kajuta słu­żyła Run'Thu­rvia­nowi za pry­watne miesz­ka­nie, przed­nią zaś poświę­cono jako świą­ty­nię Wil­ków. Zgod­nie z prze­wi­dy­wa­niami Tana­ka­liana Boży Jeź­dziec klę­czał z pochy­loną głową przed dwu­gło­wym ołta­rzem. Coś tu jed­nak było nie w porządku. W powie­trzu uno­sił się odór przy­pa­lo­nego mięsa, a zwró­cony ple­cami do wej­ścia Run'Thu­rvian nawet nie drgnął, gdy Tar­cza Kowa­dło wszedł do środka.

- Boży Jeźdź­cze?

- Nie zbli­żaj się - wychry­piał Run'Thu­rvian nie­mal nie­moż­li­wym do roz­po­zna­nia gło­sem. Tana­ka­lian dopiero teraz usły­szał, że sta­rzec oddy­cha z wiel­kim wysił­kiem. - Nie mamy dużo czasu, Tar­czo Kowa­dło. Dosze­dłem... do wnio­sku... że nikt się nie odważy mi prze­szka­dzać, bez względu na to, jak długo potrwa moja nie­obec­ność. - Par­sk­nął gorz­kim, rwa­nym śmie­chem. - Zapo­mnia­łem o two­jej śmia­ło­ści.

Tana­ka­lian zbli­żył się o krok.

- Boży Jeźdź­cze, co się stało?

- Bła­gam, nie zbli­żaj się - wydy­szał Run'Thu­rvian. - Musisz prze­ka­zać moje słowa Śmier­tel­nemu Mie­czowi.

Na gład­kich deskach pod­łogi wokół klę­czą­cej postaci coś błysz­czało, jakby sta­rzec się zsi­kał, płyn jed­nak nie cuch­nął moczem. Choć był gęsty jak krew, w bla­dym świe­tle lampy lśnił nie­mal zło­ci­stym bla­skiem. Na ten widok Tana­ka­lia­nem zawład­nął praw­dziwy strach. Słowa Run'Thu­rviana były led­wie sły­szalne, zagłu­szało je bowiem bicie serca młod­szego męż­czy­zny.

- Boży Jeźdź­cze...

- Zawę­dro­wa­łem daleko - pod­jął sta­rzec. - Wąt­pli­wo­ści, nara­sta­jący nie­po­kój. Posłu­chaj! Ona nie jest taka, jak sądzi­li­śmy. Doj­dzie do... zdrady. Powiedz Kru­gha­vie. Przy­sięga... popeł­ni­li­śmy błąd!

Kałuża rosła z każdą chwilą, gęsta jak miód. Spo­wita w szaty syl­wetka Bożego Jeźdźca kur­czyła się, zapa­dała w sie­bie.

On umiera. Na Wilki, on umiera.

- Boży Jeźdź­cze - ode­zwał się Tana­ka­lian, tłu­miąc strach, prze­ły­ka­jąc grozę wywo­łaną tym wido­kiem. - Czy przyj­miesz moje obję­cie?

Śmiech, który dobiegł jego uszu, brzmiał, jakby się doby­wał z bul­go­czą­cego błota.

- Nie, nie przyjmę.

Oszo­ło­miony Tar­cza Kowa­dło zato­czył się do tyłu.

- Jesteś... za... słaby. Zawsze taki byłeś. To kolejny z popeł­nio­nych przez Kru­ghavę błę­dów... osądu. Zawio­dłeś mnie i ją rów­nież zawie­dziesz. Wilki nas opusz­czą. Zdra­dzi­li­śmy je swoją przy­sięgą, rozu­miesz? Widzia­łem śmierć nas wszyst­kich. Tę, na którą spo­glą­dasz teraz, i następne, które dopiero nadejdą. Twoją, Tana­ka­lian. A także Śmier­tel­nego Mie­cza oraz wszyst­kich braci i sióstr z Sza­rych Heł­mów.

Zaka­słał kon­wul­syj­nie. Coś wypa­dło mu z ust, obry­zgu­jąc ołtarz pły­nem oraz bez­kształt­nymi grud­kami, które ześli­zgi­wały się po kamien­nej sier­ści pokry­wa­ją­cej szyje Wil­ków.

Klę­cząca postać zgięła się nagle wpół pod nie­na­tu­ral­nym kątem. Odgłos, z jakim czoło Run'Thu­rviana ude­rzyło w pod­łogę, przy­po­mi­nał trzask pęka­ją­cej sko­rupki jajka. Kość była tak słaba, że cała twarz męż­czy­zny się zapa­dła.

Tana­ka­lian gapił się na to ze zdu­mie­niem. Pod­szedł bli­żej i zoba­czył, że ze szcząt­ków głowy Bożego Jeźdźca wypły­wają wod­ni­ste strugi.

On się po pro­stu... sto­pił. Tar­cza Kowa­dło widział, że sza­rawa papka wrze, zamie­nia­jąc się w stru­mie­nie przej­rzy­stego tłusz­czu.

Miał ochotę krzyk­nąć z prze­ra­że­nia, ale zawład­nął nim inny, głęb­szy strach.

Nie chciał zaak­cep­to­wać mojego obję­cia. Powie­dział, że go zawio­dłem. Że zawiodę wszyst­kich.

Zdrada?

Nie, w to nie uwie­rzę.

Nie chcę uwie­rzyć.

Choć wie­dział, że Run'Thu­rvian nie żyje, prze­mó­wił do niego:

- To ty zawio­dłeś, Boży Jeźdź­cze, nie ja. Zawę­dro­wa­łeś daleko, tak? Suge­ruję, że... nie­wy­star­cza­jąco daleko. - Prze­rwał, pró­bu­jąc powstrzy­mać drże­nie, które nagle go dopa­dło. - Boży Jeźdź­cze, cie­szę się, że odrzu­ci­łeś moje obję­cie. Widzę teraz, że na nie nie zasłu­gi­wa­łeś.

Nie, nie był tylko Tar­czą Kowa­dłem, jak jego poprzed­nicy, wszy­scy, któ­rzy żyli i umie­rali, dźwi­ga­jąc brze­mię tego tytułu. Nie inte­re­so­wała go bierna akcep­ta­cja. Weź­mie na sie­bie ból śmier­tel­ni­ków, tak jest, ale nie bez wyboru.

W końcu ja rów­nież jestem śmier­tel­ni­kiem. Moja esen­cja wyraża się w tym, że potra­fię podźwi­gnąć cię­żar osądu. Zde­cy­do­wać, co jest szla­chetne, a co nie.

Nie, nie będę taki jak moi poprzed­nicy. Świat się zmie­nił i my musimy się zmie­nić razem z nim.

Spoj­rzał na spo­czy­wa­jące na pod­ło­dze szczątki Bożego Jeźdźca Run'Thu­rviana.

Ta wia­do­mość wywoła szok. Trwogę. Twa­rze wykrzy­wią się w gry­ma­sach roz­pa­czy i stra­chu. W Zako­nie zapa­nuje chaos. Śmier­telny Miecz i Tar­cza Kowa­dło będą musieli moc­niej chwy­cić za ster, do chwili, gdy wśród braci i sióstr pojawi się nowy Boży Jeź­dziec.

Na razie jed­nak naj­bar­dziej nie­po­ko­iła Tana­ka­liana myśl, że nie będą mieli cza­ro­dziej­skiej ochrony pod­czas żeglugi przez zatokę. W jego chwiej­nym w tej chwili osą­dzie to wła­śnie było naj­pil­niej­sze.

Śmier­telny Miecz Kru­ghava będzie musiała zacze­kać.

Zresztą i tak nie miał jej nic do powie­dze­nia.

Czy obją­łeś naszego brata, Bożego Jeźdźca?

Oczy­wi­ście, Śmier­telny Mie­czu. Jego ból jest teraz we mnie, podob­nie jak jego zba­wie­nie.

* * *

Umysł kształ­tuje nawyki, a one z kolei nadają postać ciału. Ten, kto całe życie spę­dził w sio­dle, cho­dzi na krzy­wych nogach, a mary­narz roz­sta­wia sze­roko stopy nawet na naj­pew­niej­szym grun­cie. Kobiety lubiące pocią­gać się za loki z cza­sem uczą się sie­dzieć z prze­chy­loną głową. Nie­któ­rzy skłonni do zamar­twia­nia się ludzie zgrzy­tają zębami, aż po latach mię­śnie ich szczęk się wzmac­niają, a trzo­nowce zmie­niają w gład­kie wyrostki, pozba­wione koron i guz­ków.

Yedan Der­ryg, Wachta, zszedł na brzeg. Nocne niebo, tak świet­nie znane komuś, kto opie­rał swe życie na okre­sie poprze­dza­ją­cym wschód słońca, wydało mu się nagle czymś obcym, odar­tym ze wszyst­kiego co znane i prze­wi­dy­walne. Mię­śnie jego szczęk poru­szały się w sta­łym, nie­prze­rwa­nym ryt­mie.

W spo­koj­nych wodach zatoczki odbi­jał się blask zie­lon­ka­wych komet, przy­po­mi­na­jący wid­mowe, świe­tli­ste wstęgi, widoczne czę­sto w śla­dach toro­wych stat­ków. Na nie­bie zja­wili się obcy. Z każdą nocą byli coraz bli­żej, jakby ktoś ich wzy­wał. Zama­zany księ­życ już zaszedł, co spra­wiło Yeda­nowi ulgę, na­dal jed­nak dostrze­gał zabu­rze­nia pły­wów. To, co ongiś było pewne, prze­stało takie być. Miał rację, że się nie­po­koił.

Cier­pie­nie zmie­rzało do brzegu i z pew­no­ścią nie oszczę­dzi Shake'ów. Podzie­lił się tą wie­dzą z Pomroką, zauwa­żył też nara­sta­jący strach w oczach cza­row­nic i czar­no­księż­ni­ków. Nasu­wało mu się podej­rze­nie, że oni rów­nież wyczuli zbli­ża­nie się cze­goś wiel­kiego i strasz­li­wego. Nie­stety, wspólne obawy nie odno­wiły w nich chęci współ­pracy. Walka o wła­dzę na­dal pozo­sta­wała dla nich ważna, a nawet waż­niej­sza niż przed­tem.

Głupcy.

Yedan Der­ryg nie był z natury gada­tliwy. W jego gło­wie mogło się kryć sto tysięcy słów, dopusz­cza­ją­cych nie­mal nie­ogra­ni­czone moż­li­wo­ści prze­me­blo­wy­wa­nia, ale to jesz­cze nie zna­czyło, że czuje potrzebę wypo­wia­da­nia ich na głos. Nie widział w tym więk­szego sensu. W jego doświad­cze­niu zro­zu­mie­nie sła­bło wraz ze wzro­stem zło­żo­no­ści. Był prze­ko­nany, że winna jest nie nie­do­sko­na­łość jego umie­jęt­no­ści komu­ni­ko­wa­nia się, lecz brak zdol­no­ści i zaan­ga­żo­wa­nia. Ludzie żyli w bagnie uczuć, lepią­cych się do wszyst­kich myśli jak grudki błota, i spo­wal­nia­ją­cych je, pozba­wia­ją­cych kształtu. Wewnętrzna dys­cy­plina, potrzebna, by uwol­nić się od takich nie­zręcz­nych ten­den­cji, oka­zy­wała się z reguły zbyt surowa i wyma­ga­jąca. Po pro­stu za trudna. To świad­czyło o braku nie­zbęd­nego zaan­ga­żo­wa­nia. Dru­gim pro­ble­mem był znacz­nie okrut­niej­szy osąd, łączący się ze świa­do­mo­ścią, że na świe­cie żyje dużo wię­cej głu­pich niż mądrych ludzi. Trud­ność pole­gała na tym, że wro­dzony spryt pozwa­lał tym pierw­szym ukry­wać swą głu­potę. Prawdę rzadko zdra­dzały szcze­rze zdzi­wiona mina albo zmarsz­czone czoło. Czę­ściej był to błysk podejrz­li­wo­ści, ślad nie­pew­no­ści wyczu­walny w obce­so­wym odrzu­ce­niu argu­men­tów albo - prze­wrot­nie - mil­cze­nie mające suge­ro­wać głę­boki namysł, któ­rego w rze­czy­wi­sto­ści nie było.

Yedan Der­ryg miał za mało czasu na takie gierki. Potra­fił wywę­szyć idiotę z odle­gło­ści pięć­dzie­się­ciu kro­ków. Obser­wo­wał ich sprytne uniki, słu­chał ich beł­kotu i raz po raz zada­wał sobie pyta­nie, czy kie­dy­kol­wiek pojmą zasad­ni­czą prawdę, mówiącą, że, zamiast mar­no­wać ener­gię na ukry­wa­nie wła­snej głu­poty, mogliby ją z lep­szym efek­tem poświę­cić na zro­bie­nie sen­sow­nego użytku ze swych skrom­nych władz umy­sło­wych. Zakła­da­jąc, że w ogóle byli w sta­nie się zmie­nić, rzecz jasna.

W spo­łe­czeń­stwie funk­cjo­no­wało zbyt wiele mecha­ni­zmów mają­cych na celu ukry­wa­nie nie­zli­czo­nych głup­ców, a nawet uła­twia­nie im życia. To zro­zu­miałe, bo z reguły sta­no­wili oni więk­szość. Jako doda­tek do owych mecha­ni­zmów można też było zaob­ser­wo­wać roz­ma­ite sidła, pułapki oraz zasadzki stwo­rzone po to, by izo­lo­wać inte­li­gent­nych, a następ­nie ich nisz­czyć. W końcu żaden argu­ment, choćby naj­bar­dziej bły­sko­tliwy, nie zdoła poko­nać noża wbi­tego w pachwinę. Albo katow­skiego topora. Ryk żąd­nego krwi tłumu zawsze będzie gło­śniej­szy niż odosob­niony głos roz­sądku.

Yedan Der­ryg zda­wał sobie sprawę, że praw­dzi­wym zagro­że­niem są ukryci zwo­dzi­ciele - ci, któ­rzy potra­fili uda­wać głup­ców, lecz jed­no­cze­śnie dys­po­no­wali szcze­gól­nym spry­tem. Choć miał on wąski zakres i słu­żył jedy­nie doraź­nej walce o pozy­cję, pozwa­lał im nad­zwy­czaj bie­gle wyko­rzy­sty­wać zarówno głu­pich, jak i rozum­nych. To wła­śnie tacy ludzie pra­gnęli wła­dzy i bar­dzo czę­sto uda­wało się im ją zdo­być. Oczy­wi­ście żaden geniusz ni­gdy by dobro­wol­nie nie przy­jął praw­dzi­wej wła­dzy, ponie­waż świet­nie rozu­miał wią­żące się z nią śmier­cio­no­śne pokusy. Głupcy nato­miast nie potra­fili utrzy­mać jej zbyt długo, chyba że zado­wa­lała ich rola mario­ne­tek. W takim jed­nak przy­padku spra­wo­wana przez nich wła­dza była tylko ilu­zją.

Tam, gdzie zgro­ma­dziła się choćby nie­wielka horda takich zama­sko­wa­nych zwo­dzi­cieli - tych, któ­rzy cecho­wali się umiar­ko­waną inte­li­gen­cją, sprytną zło­śli­wo­ścią i chciwą ambi­cją - nie­mal zawsze nale­żało się spo­dzie­wać poważ­nych kło­po­tów. Bar­dzo typo­wym przy­kła­dem było sprzy­się­że­nie cza­row­nic i czar­no­księż­ni­ków do nie­dawna wła­da­jące Shake'ami, o ile nad tak roz­pro­szo­nym, roz­wią­złym i przy­gnę­bio­nym ludem w ogóle można było spra­wo­wać rządy.

Yedan Der­ryg przy­kuc­nął, zaci­ska­jąc zęby. Pokryta lek­kimi zmarszcz­kami woda omy­wała jego buty, wypeł­nia­jąc z cichym szu­mem pozo­sta­wione w mięk­kim pia­sku ślady. Ręce mu drżały, wszyst­kie mię­śnie bolały go z wyczer­pa­nia. Woń morza nie mogła oczy­ścić noz­drzy z pozo­sta­ło­ści smrodu.

Za jego ple­cami, w sku­pi­sku nędz­nych chat za wałem brze­go­wym, prze­bu­dziły się głosy. Yedan usły­szał, że ktoś zbliża się chwiej­nym kro­kiem do brzegu, zatrzy­mu­jąc się co chwila.

Wycią­gnął ręce, pozwa­la­jąc, by zimna woda omyła mu dło­nie, i to, co dotąd było kla­rowne, nagle zasło­niły ciemne chmury. Fale deli­kat­nie usu­wały plamy z jego rąk. W umy­śle Yedana Der­ryga zabrzmiała modli­twa:

To dla morza,

To od brzegu,

To daję z wła­snej woli,

Aż wody będą czy­ste.

Zatrzy­mała się tuż za nim.

- W imię Pustego Tronu, Yedan, co ty zro­bi­łeś?

- Zabi­łem wszyst­kich poza tymi dwiema, moja kró­lowo - odpo­wie­dział peł­nej prze­ra­że­nia i nie­do­wie­rza­nia sio­strze.

Okrą­żyła brata, wcho­dząc do wody, i zatrzy­mała się przed nim. Potem wsparła mu dłoń na czole i zaczęła pchać, aż wresz­cie ujrzała jego twarz i mogła mu spoj­rzeć w oczy.

- Ale... dla­czego? Myśla­łeś, że nie pora­dzę sobie z nimi? Że razem sobie nie pora­dzimy?

Wzru­szył ramio­nami.

- Chcieli mieć króla. Kogoś, kto będzie cię kon­tro­lo­wał. A oni z kolei będą mogli pocią­gać za jego sznurki.

- I dla­tego ich zamor­do­wa­łeś? Yedan, długi dom prze­ro­dził się w jatkę! Naprawdę wie­rzysz, że wystar­czy, że umy­jesz ręce? Zamor­do­wa­łeś dwa­dzie­ścia osiem osób. Shake'ów. Moich ludzi! Star­ców i sta­ruszki! Zamor­do­wa­łeś!

Zmarsz­czył brwi, spo­glą­da­jąc na nią.

- Moja kró­lowo, jestem Wachtą.

Gapiła się na niego. Potra­fił wszystko wyczy­tać z jej twa­rzy. Była prze­ko­nana, że jej brat osza­lał. Wypeł­niało ją prze­ra­że­nie.

- Kiedy wrócą Pully i Skwish, je rów­nież zabiję - oznaj­mił.

- Nie zro­bisz tego.

Uświa­do­mił sobie, że roz­sądna roz­mowa z sio­strą nie będzie moż­liwa, nie w tej chwili, gdy z wio­ski dobie­gały coraz gło­śniej­sze krzyki spo­wo­do­wane szo­kiem i żalem.

- Moja kró­lowo...

- Yedan - wydy­szała. - Czy nie rozu­miesz, co mi uczy­ni­łeś? Nie zda­jesz sobie sprawy, jaką ranę zada­łeś, i to w moim imie­niu... - Nie mogła dokoń­czyć zda­nia. W jej oczach poja­wiły się łzy. Potem jed­nak zastą­pił je lód. - Stoją przed tobą dwie moż­li­wo­ści, Yeda­nie Der­ryg - oznaj­miła tward­szym tonem. - Zostań i oddamy cię morzu. Albo przyj­mij wygna­nie.

- Jestem Wachtą...

- A więc sta­niemy się ślepi na noc.

- Do tego nie wolno dopu­ścić - odparł.

- Ty głup­cze, nie dałeś mi wyboru!

Wypro­sto­wał się powoli.

- W takim razie przyjmę morze.

Odwró­ciła się ku ciem­nym wodom. Opu­ściła głowę i jej barki zadrżały.

- Nie - zdo­łała wychry­pieć. - Ucie­kaj stąd, Yedan. Udaj się na pół­noc, na dawne zie­mie Edur. Nie pozwolę, by w moim imie­niu pozba­wiono życia wię­cej ludzi. Nawet jed­nego. Nawet jeśli na to zasłu­żył. Jesteś moim bra­tem. Odejdź.

Wie­dział, że jego sio­stra nie zali­cza się do zwo­dzi­cieli. Nie była też głu­pia. Z uwagi na nie­ustanny opór sta­wiany przez zgro­ma­dze­nie miała znacz­nie mniej wła­dzy, niż suge­ro­wał jej tytuł. Nie bra­ko­wało jej inte­li­gen­cji, być może więc była skłonna pogo­dzić się z tymi ogra­ni­cze­niami. Gdyby cza­row­nice i czar­no­księż­nicy wyka­zali się podob­nym roz­sąd­kiem i zro­zu­mieli, że ambi­cja jest śmier­tel­nie groźna, mógłby zosta­wić sprawy ich bie­gowi. Ich jed­nak nie inte­re­so­wała rów­no­waga. Pra­gnęli odzy­skać to, co utra­cili. Nie zade­mon­stro­wali inte­li­gen­cji nie­zbęd­nej w tej sytu­acji.

Dla­tego ich usu­nął i jego sio­stra spra­wo­wała obec­nie abso­lutną wła­dzę. To zro­zu­miałe, że była wstrzą­śnięta. Powta­rzał sobie, że Yan z cza­sem poj­mie, co jest w tej chwili konieczne. A mia­no­wi­cie jego powrót na sta­no­wi­sko Wachty, by mógł zrów­no­wa­żyć jej poten­cjal­nie nie­ogra­ni­czoną wła­dzę.

Będzie musiał cze­kać cier­pli­wie.

- Zro­bię, co zechcesz - zapew­nił.

Nie chciała się odwró­cić, Yedan Der­ryg ski­nął więc głową i ruszył na pół­noc wzdłuż brzegu. Zosta­wił dwa konie - pod wierzch i jucz­nego - w odle­gło­ści dwu­stu kro­ków, tuż nad zna­kiem wody wyso­kiej. W końcu jed­nym z dowo­dów inte­li­gen­cji była umie­jęt­ność traf­nego prze­wi­dy­wa­nia kon­se­kwen­cji wła­snych uczyn­ków. Obu­dzone do życia emo­cje mogły wcią­gnąć na dno rów­nie nie­za­wod­nie jak prąd odpły­wowy, a on nie chciał zwięk­szać obcią­że­nia sio­stry.

Wkrótce wzej­dzie słońce, choć zano­siło się na deszcz i gore­jące oko dnia zapewne nie będzie widoczne zbyt długo. To rów­nież było korzystne. Łzy chmur zmyją całą krew i wkrótce nie­obec­ność ponad dwu­dzie­stu bez­czel­nych kan­dy­da­tów na tyra­nów wyda się Shake'om nagłym, odświe­ża­ją­cym powie­wem.

Po noc­nym nie­bie mknęli nie­zna­jomi i jeśli Shake'owie mieli mieć szansę prze­trwa­nia nad­cho­dzą­cych wyda­rzeń, trzeba będzie skoń­czyć ze zdra­dziec­kim poli­ty­ko­wa­niem. Raz na zawsze.

W końcu nale­żało to do jego obo­wiąz­ków. Być może jego sio­stra zapo­mniała o naj­star­szych przy­się­gach krę­pu­ją­cych Wachtę, on jed­nak o nich pamię­tał. Dla­tego uczy­nił, co było konieczne.

Nie spra­wiło mu to przy­jem­no­ści. Satys­fak­cję, tak jest, poczułby ją każdy inte­li­gentny czło­wiek, który zdo­łałby usu­nąć stado krót­ko­wzrocz­nych reki­nów i w ten spo­sób oczy­ścić wody. Ale nie przy­jem­ność.

Po jego pra­wej stro­nie ląd sta­wał się coraz jaśniej­szy.

Ale morze po lewej na­dal było ciemne.

Gra­nica mię­dzy nimi bywała nie­kiedy bar­dzo wąska.

* * *

Pully wpa­try­wała się w dół, prze­stę­pu­jąc z nogi na nogę. Na dnie roiły się setki węży. Z początku poru­szały się ospale, ale w miarę jak robiło się coraz cie­plej, zaczęły się wić niczym robaki w otwar­tej ranie. Zła­pała się za nos, by powstrzy­mać mro­wie­nie, poja­wia­jące się zawsze, gdy zaczy­nała przy­gry­zać wargę, nic to jed­nak nie pomo­gło. Rzecz jasna, ozna­czało, że znowu żuje pomarsz­czone płaty skóry osła­nia­jące resztki zębów.

Sta­rość była źró­dłem nie­usta­ją­cych cier­pień. Naj­pierw skóra robiła się obwi­sła. Potem nad­cho­dziły bóle, poja­wia­jące się we wszyst­kich miej­scach, nawet w takich, które nie ist­niały. Ukłu­cia, ucisk i spa­zmy, a skóra cały czas robiła się coraz bar­dziej obwi­sła, bruzdy się pogłę­biały, fałdy fał­do­wały i cała uroda zni­kała. Drże­nie unie­sio­nych poślad­ków, nie­win­ność sze­roko roz­sta­wio­nych cyc­ków. Twarz na­dal zdolna oprzeć się pogo­dzie i usta wciąż jesz­cze słod­kie i mięk­kie jak woreczki wypeł­nione tłusz­czem. Wszystko to się ulat­niało. Pozo­sta­wał tylko umysł, na­dal wyobra­ża­jący sobie, że jest młody i ma przed sobą długą przy­szłość, choć był uwię­ziony w worku z obwi­słego ciała i kru­chych kości. To było nie­spra­wie­dliwe.

Znowu pocią­gnęła się za nos, sta­ra­jąc się odzy­skać czu­cie. To był kolejny pro­blem. Nie­wła­ściwe czę­ści ciała upar­cie rosły. Uszy i nos, bro­dawki i pie­przyki, włosy poja­wia­jące się we wszyst­kich miej­scach. Ciało zapo­mi­nało o rzą­dzą­cych nim zasa­dach, ule­gało star­czemu otę­pie­niu i mimo skarg uwię­zio­nego w nim umy­słu wszystko zmie­niało się jedy­nie na gor­sze.

Roz­sta­wiła sze­rzej nogi i wypu­ściła na kamie­ni­stą zie­mię stru­mień moczu. Nawet naj­prost­sze sprawy sta­wały się coraz mniej prze­wi­dy­walne. Och, sta­rość była naprawdę kosz­marna.

Z kłę­bo­wi­ska węży wyło­niła się głowa Skwish. Cza­row­nica zamru­gała.

- Hej - ode­zwała się Pully. - Jesz­cze tu jestem.

- Jak długo?

- Dzień i noc, a teraz znowu jest ranek. Zna­la­złaś, czego potrze­bo­wa­łaś? Wszystko mnie boli.

- Mam wspo­mnie­nia, jakich ni­gdy nie chcia­łam mieć.

Skwish zaczęła się wygrze­by­wać ze sterty gadów. Żaden z nich nie zwra­cał na nią uwagi. Wszyst­kie pochło­nął szał płod­no­ści.

- Nada się do naszych celów?

- Może i tak.

Skwish wycią­gnęła rękę i Pully z gło­śnym stęk­nię­ciem pomo­gła przy­ja­ciółce wygra­mo­lić się z dołu.

- Ależ cuch­niesz, kobieto. Wężowe szczyny i biała masa, będziesz miała w uszach jaja.

- To zimny duch dla wędrow­ców, Pully. Ni­gdy wię­cej tego nie zro­bię. Jeśli nawet śmier­dzę, to i tak nasz naj­mniej­szy pro­blem. Ech, muszę się zanu­rzyć w morzu.

Obie kobiety ruszyły w stronę wio­ski odle­głej o pół dnia drogi. Kie­ro­wały się ku brze­gowi.

- Daleko zawę­dro­wa­łaś, Skwish?

- Cza­sem bywa źle, a cza­sem bywa gorzej, Pully. Na wscho­dzie jest krew tak zimna, że nie ogrzeje jej żadne słońce. Widzia­łam nie­prze­rwane, czarne chmury i żela­zny deszcz pada­jący na zie­mię. Widzia­łam, jak gwiazdy znik­nęły i została tylko zie­lona łuna, a ona też była zimna. Zimna jak krew na wscho­dzie. Wszystko wyra­sta z jed­nej gałęzi, tak? Z jed­nej gałęzi.

- Zatem mia­ły­śmy rację. Jeśli Pomroka znowu zacznie gadać o zabra­niu Shake'ów z brzegu, możesz prze­mó­wić i jej prze­rwać. A potem zro­bimy gło­so­wa­nie i pozbę­dziemy się jej. I Wachty też.

Skwish poki­wała głową, bez więk­szego powo­dze­nia pró­bu­jąc usu­nąć z wło­sów grudki wężo­wej spermy.

- Cho­dzi o to, co się komu należy, Pully. Shake'owie zawsze patrzyli jasno. Nie można bez prze­rwy pchać, licząc na to, że świat nie ode­pchnie z powro­tem. Na mur ode­pchnie, aż brzeg się zła­mie, a kiedy się zła­mie, wszy­scy uto­niemy. Widzia­łam pył, Pully, ale to nie były kłęby ziemi. To były dro­biny kości i skóry, papro­chy snów i zasko­cze­nia, ha! Wszy­scy jeste­śmy posy­pani, sio­stro. Zostało nam tylko śmiać się i wejść do morza.

- Jak dla mnie może być - burk­nęła Pully. - Wszę­dzie mnie łupie, tak bar­dzo, że mogła­bym być defi­ni­cją bólu.

Obie kobiety - jak wkrótce miały się dowie­dzieć, ostat­nie pozo­stałe przy życiu cza­row­nice Shake'ów - zmie­rzały w stronę wio­ski.

* * *

Weź migo­tliwy, gore­jący snop pro­mieni słońca, nadaj mu formę, nie­za­leżne życie, a gdy nieco osty­gnie, może się z niego wyło­nić męż­czy­zna taki, jak Rud Elalle, mru­ga­jący nie­win­nie, nie­świa­domy, że wszystko, czego dotknie, eks­plo­duje nisz­czy­ciel­skimi pło­mie­niami, jeśli tylko tego zapra­gnie. Pró­bom ucze­nia go, dopro­wa­dze­nia do doro­sło­ści, zawsze towa­rzy­szył jeden zakaz: "Bez względu na wszystko, ni­gdy nie budź w nim gniewu".

Udi­naas uświa­da­miał sobie nie­kiedy, że poten­cjał jest czymś, czego lepiej uni­kać. Ten, który wyczu­wał w swym synu, z pew­no­ścią nie był powo­dem do rado­ści.

Nie wąt­pił, że każdy ojciec czuje nie­kiedy ów roz­błysk ośle­pia­ją­cej, parzą­cej prawdy - moment, gdy postrze­gał zapo­wiedź nad­cho­dzą­cej domi­na­cji syna, czy to fizycz­nej, czy o innym, mniej gwał­tow­nym cha­rak­te­rze. Nie­wy­klu­czone jed­nak, że było to czymś rzad­kim, zro­dzo­nym z jego szcze­gól­nej sytu­acji. W końcu nie każdy syn mógł przy­brać postać smoka. Nie każdy nosił w oczach złotą imma­nen­cję brza­sku.

Łagodna nie­win­ność Ruda Elalle była mięk­kim płasz­czem ukry­wa­ją­cym jego mon­stru­alną naturę. To był nie­za­prze­czalny fakt, wypi­sany pło­ną­cymi lite­rami we krwi syna Udi­na­asa. Sil­chas Ruin wie­dział, o czym mówi. Na jego twa­rzy malo­wała się bole­sna prawda. Doj­rze­wa­jący plon Ele­in­tów, płodna bru­tal­ność pra­gnąca jedy­nie samo­za­spo­ko­je­nia, widząca w świe­cie (tym i każ­dym innym) tylko żero­wi­sko oraz zapo­wiedź satys­fak­cji pły­ną­cej z prze­sytu mocą.

Rzadko się zda­rzało, by komuś o ska­żo­nej krwi uda­wało się prze­zwy­cię­żyć ową wro­dzoną mega­lo­ma­nię.

- Ach, Udi­naas - rzekł mu Sil­chas Ruin. - Być może mój brat, Ano­man­der. Osserc? Może tak, a może nie. Była kie­dyś rzu­ca­jąca kości... i jed­no­po­chwy­cony Jaghut. Garstka innych, gdy krew Ele­in­tów w ich żyłach była rzad­sza. Dla­tego wła­śnie dla Ruda Elalle ist­nieje nadzieja, Udi­naas. Jest dziec­kiem w trze­cim poko­le­niu. Czyż nie sprze­ci­wił się woli matki?

No cóż, podobno się sprze­ci­wił.

Udi­naas potarł twarz. Ponow­nie spoj­rzał na wspartą na cio­sach chatę, zada­jąc sobie pyta­nie, czy powi­nien wejść do środka i poło­żyć kres nego­cja­cjom. W końcu Sil­chas Ruin nie wymie­nił samego sie­bie pośród tych, któ­rzy nauczyli się pano­wać nad smo­czą krwią. To był rzadki prze­jaw szcze­ro­ści Bia­łej Wrony, z pew­no­ścią zro­dzony z owej uczą­cej pokory rany. Tylko to jedno powstrzy­my­wało byłego nie­wol­nika.

Onrack, który przy­kuc­nął obok prze­sło­nięty kłę­bami bucha­ją­cego z pale­ni­ska dymu, wes­tchnął prze­cią­gle. Powie­trze wyle­ciało ze świ­stem z jego noz­drzy. Jeśli ktoś zła­mie sobie nos wystar­cza­jąco wiele razy, każdy oddech zmieni się dlań w tor­turę. Tak przy­naj­mniej stało się w przy­padku tego wojow­nika.

- Chyba go zabie­rze - stwier­dził Imass.

Udi­naas ski­nął głową, bojąc się prze­mó­wić.

- Przy­ja­cielu, jestem... zasko­czony, że pozwo­li­łeś na to... spo­tka­nie. Że zosta­wi­łeś ich samych, nie pró­bu­jąc się sprze­ci­wić zapro­sze­niom Tiste Andii. Udi­naas, ta chata może być miej­scem peł­nym kłamstw. Co powstrzyma Białą Wronę przed ofe­ro­wa­niem twemu synowi słod­kiego łyku strasz­li­wej mocy?

W gło­sie Onracka pobrzmie­wał szczery nie­po­kój, zasłu­gu­jący na coś wię­cej niż głu­cha cisza. Udi­naas znów potarł twarz, nie potra­fiąc zde­cy­do­wać, w czym ma mniej czu­cia - w obli­czu czy w rękach. Zasta­na­wiał się, dla­czego to pyta­nie wydaje mu się ważne.

- Wędro­wa­łem przez kró­le­stwo Sta­rvald Deme­lain, Onrack, i widzia­łem tam kości nie­zli­czo­nych mar­twych smo­ków. Przy samej bra­mie trupy leżały w sto­sach, jak tru­chła much na para­pe­cie.

- Jeśli w natu­rze Ele­in­tów rze­czy­wi­ście leży pra­gnie­nie samo­znisz­cze­nia, to czy nie lepiej byłoby odpro­wa­dzić Ruda jak naj­da­lej od tej skazy? - zapy­tał Imass.

- Wąt­pię, by to mogło się udać - odparł były nie­wol­nik. - Czy można powstrzy­mać naturę, Onrack? Łoso­sie co roku wra­cają z morza i wloką umie­ra­jące ciała w górę rzeki, by odna­leźć miej­sce, gdzie przy­szły na świat. Stare tenagi opusz­czają stado i koń­czą żywot pośród kości pobra­tym­ców. Bhe­de­rin każ­dego lata migrują do serca rów­nin, a zimą wra­cają na skraj lasów.

- Wszystko to są nie­skom­pli­ko­wane stwo­rze­nia.

- Zna­łem też w wio­sce Hiro­thów nie­wol­ni­ków, któ­rzy ongiś byli żoł­nie­rzami i usy­chali z tęsk­noty za polami bitew, gdzie po raz pierw­szy prze­lali krew, wie­dząc, że już ni­gdy ich nie zoba­czą. Pra­gnęli wró­cić na dawne pola śmierci, sta­nąć przed kur­ha­nami peł­nymi kości pole­głych przy­ja­ciół oraz towa­rzy­szy, by wspo­mi­nać i pła­kać. - Udi­naas pokrę­cił głową. - Nie róż­nimy się zbyt­nio od zwie­rząt, z któ­rymi dzie­limy świat, Onrack. Jedyne, co nas od nich dzieli, to talent do odrzu­ca­nia prawdy. W tym jeste­śmy cho­ler­nie dobrzy. Łoso­sie nie kwe­stio­nują swej potrzeby. Tenagi i bhe­de­rin nie wąt­pią w to, co kie­ruje ich kro­kami.

- Chcesz pozo­sta­wić syna jego losowi?

Udi­naas obna­żył zęby.

- Wybór nie należy do mnie.

- A czy należy do Sil­chasa Ruina?

- Onrack, może nam się wyda­wać, że jeste­śmy tu bez­pieczni, ale to złu­dze­nie. Refu­gium opiera się na odrzu­ce­niu tak wielu prawd, że zapiera mi dech na samą myśl o tym. Ulshun Pral, ty, cały twój lud, stwo­rzy­li­ście sobie to życie, ten świat, aktem woli. A Azath przy bra­mie pod­trzy­muje wasze prze­ko­na­nia. To miej­sce, choć jest cudowne, na­dal pozo­staje wię­zie­niem. - Prych­nął pogar­dli­wie. - Miał­bym przy­kuć Ruda do niego? Czy mógł­bym to zro­bić? Czy się ośmielę? Zapo­mi­nasz, że byłem kie­dyś nie­wol­ni­kiem.

- Przy­ja­cielu - zaczął Onrack. - Mogę swo­bod­nie podró­żo­wać do innych kró­lestw. Odzy­ska­łem żywe ciało. Jestem taki jak daw­niej. To prawda, czyż nie?

- Jeśli to miej­sce ule­gnie zagła­dzie, znowu sta­niesz się T'lan Imas­sem. Tak brzmi ta nazwa, zga­dza się? Nie­śmier­tel­ność kości i zmu­mi­fi­ko­wa­nego ciała? Tutej­sze ple­mię obróci się w proch.

Onrack gapił się na niego ze zgrozą w oczach.

- Skąd wiesz?

- Nie sądzę, by Sil­chas Ruin kła­mał. Zapy­taj Kilavę. Zauwa­ży­łem w jej oczach pewien wyraz, zwłasz­cza pod­czas wizyt Ulshuna Prala albo gdy sie­działa przy ogni­sku u twego boku. Ona wie. Nie zdoła obro­nić tego świata, nawet jeśli Azath oprze się temu, co nad­cho­dzi.

- W takim razie to my jeste­śmy ska­zani.

Nie. Jest jesz­cze Rud Elalle. Jest mój syn.

- A więc chcesz ode­słać syna, by oca­lić mu życie - pod­jął po dłu­giej prze­rwie Onrack.

Nie, przy­ja­cielu. Ode­ślę go... by oca­lić was wszyst­kich.

Nie mógł jed­nak tego powie­dzieć, nie mógł wyja­wić prawdy. Poznał już dobrze Onracka, a także Ulshuna Prala i wszyst­kich, któ­rzy tu miesz­kali. Oni nie przy­ję­liby poten­cjal­nego poświę­ce­nia, nie pozwo­li­liby Rudowi Elalle nara­żać dla nich życia. Bez chwili zasta­no­wie­nia wybra­liby zagładę. Tak jest, Udi­naas znał tych Imas­sów. To nie duma czy­niła ich tym, kim byli, ale współ­czu­cie. Współ­czu­cie tra­gicz­nego rodzaju, które każe poświę­cić sie­bie, uwa­żać, że nie ma innego wyboru - a gdy nie ma wyboru, trzeba zaak­cep­to­wać los bez waha­nia.

Lepiej ukryć strach, nadzieję i całą resztę, zatrzy­mać je w sobie. Co mógł w tej chwili ofia­ro­wać Onrac­kowi? Nie potra­fił odpo­wie­dzieć na to pyta­nie.

Znowu nastała chwila prze­rwy.

- W takim razie w porządku - ode­zwał się wresz­cie Imass. - Rozu­miem to i apro­buję. Nie ma powodu, by zgi­nął wraz z nami. Nie ma też powodu, by ujrzał naszą zgubę. Pra­gniesz oszczę­dzić mu żalu, o ile to w ogóle moż­liwe. Ale, Udi­naas, nie możemy się pogo­dzić z myślą, że podzie­lisz nasz los. Ty rów­nież musisz opu­ścić to kró­le­stwo.

- Nie, przy­ja­cielu. Tego nie zro­bię.

- Syn na­dal cię potrze­buje.

Och, Rud kocha was wszyst­kich, Onrack. Pra­wie tak samo mocno, jak mnie. Mimo to zostanę tu, by mu przy­po­mi­nać, co pró­buje oca­lić.

- Nie mogę podą­żyć za nim i Sil­cha­sem Ruinem tam, dokąd się udają. - Chrząk­nął i uśmiech­nął się iro­nicz­nie do przy­ja­ciela. - Poza tym tutaj i tylko tutaj, w towa­rzy­stwie twoim i wszyst­kich Imas­sów, mogę się czuć nie­mal zado­wo­lony. Nie wyrzeknę się tego dobro­wol­nie.

Tak wiele prawd mogło się ukry­wać w zręcz­nych kłam­stwach. Choć przed­sta­wiony powód był fał­szem, skry­wane w nim sta­ran­nie uczu­cia pozo­sta­wały szczere.

Powie­dział sobie, że znacz­nie łatwiej jest myśleć jak tenag albo bhe­de­rin. Prawda od powierzchni aż po sam śro­dek, czy­sta i nie­zmą­cona. Tak, to z pew­no­ścią byłoby prost­sze.

Z chaty wyszedł Rud Elalle. Chwilę po nim poja­wił się Sil­chas Ruin.

Udi­naas wyczy­tał z twa­rzy syna, że wszel­kie uro­czy­ste roz­sta­nia byłyby zbyt bole­sne. Lepiej potrak­to­wać to naj­lżej, jak tylko można. Wstał. Onrack podą­żył za jego przy­kła­dem.

Obok przy­sta­nęli inni, obser­wu­jąc ich z uwagą. Instynkt pod­po­wia­dał im, że dzieje się coś bar­dzo waż­nego, ale sza­cu­nek i uprzej­mość nie pozwa­lały podejść bli­żej.

- Powin­ni­śmy potrak­to­wać to... ze spo­ko­jem - wyszep­tał Udi­naas.

Onrack ski­nął głową.

- Posta­ram się, przy­ja­cielu.

On nie potrafi uda­wać, z pew­no­ścią nie. A to zna­czy, że jest mniej podobny do czło­wieka, niż suge­ruje to jego wygląd. Tak jak oni wszy­scy, niech ich szlag.

- Za dużo czu­jesz - rzekł Udi­naas, tonem tak cie­płym, jak tylko potra­fił. Nie chciał spra­wić bólu przy­ja­cie­lowi.

Onrack otarł tylko policzki i ski­nął głową, nie odzy­wa­jąc się ani sło­wem.

Za dużo, by zacho­wać spo­kój.

- Och, chodź ze mną, przy­ja­cielu. Nawet Rud nie oprze się twoim darom.

Pode­szli razem do Ruda Elalle.

Sil­chas Ruin odsu­nął się na bok, by zacze­kać na nowego pod­opiecz­nego. Obser­wo­wał pełne emo­cji poże­gna­nie, a jego oczy wyglą­dały jak krwawe kłyk­cie.

* * *

Śmier­telny Miecz Kru­ghava przy­po­mi­nała Tana­ka­lia­nowi czasy dzie­ciń­stwa. Wyglą­dała, jakby wyszła z któ­rejś z kil­ku­na­stu legend, któ­rych słu­chał, leżąc sku­lony pod skó­rami i futrami. Tych zapie­ra­ją­cych dech w pier­siach opo­wie­ści o przy­go­dach wiel­kich boha­te­rów o czy­stych ser­cach, śmia­łych i nie­ustra­szo­nych ludzi, zawsze wie­dzą­cych, kto zasłu­guje na pchnię­cie mie­czem, a kto tylko popeł­nił błąd, pokła­da­jąc wiarę w innych. W końcu zawsze nad­cho­dził dra­ma­tyczny finał, w któ­rym odsła­niano prawdę o zdra­dach i tak dalej, a win­nych spo­ty­kała zasłu­żona kara. Dzia­dek świet­nie wie­dział, kiedy należy prze­ma­wiać bar­dziej dźwięcz­nym gło­sem, w któ­rych chwi­lach prze­rwać dla wzmoc­nie­nia napię­cia albo wyszep­tać strasz­liwe tajem­nice. Wszystko to zachwy­cało nie­mo­gące zasnąć dziecko.

Włosy Kru­ghavy miały barwę żelaza, jej oczy lśniły jak niebo w pogodny, zimowy dzień, a twarz wyglą­dała jak wyrzeź­biona w stro­mych kli­fach Zguby. Siła fizyczna kobiety dorów­ny­wała sile jej woli. Obie były naj­wy­raź­niej w sta­nie oprzeć się wszel­kim mocom dzia­ła­ją­cym w świe­cie śmier­tel­ni­ków. Choć prze­kro­czyła już czter­dziestkę, ponoć nikt z braci i sióstr w Zako­nie nie prze­wyż­szał jej bie­gło­ścią we wła­da­niu chyba dwu­dzie­stoma rodza­jami broni, od noża myśliw­skiego po kilof.

Gdy Boży Jeź­dziec Run'Thu­rvian odwie­dzał ją, by mówić o zwia­stu­ją­cych nie­bez­pie­czeń­stwo snach i strasz­li­wych wizjach, było to jak drwa doda­wane do pieca nie­za­chwia­nej deter­mi­na­cji Kru­ghavy, a jak się oka­zało, rów­nież jej prze­ko­na­nia, że wkrótce osią­gnie sta­tus równy boha­te­rom.

Tylko nie­liczne prze­ko­na­nia z cza­sów dzie­ciń­stwa mogły prze­trwać strasz­liwą kon­fron­ta­cję z wraż­li­wo­ścią doro­słego i choć Tana­ka­lian na­dal uwa­żał, że jest młody i mądrość go jesz­cze nie utem­pe­ro­wała, widział już wystar­cza­jąco wiele, by postrze­gać praw­dziwą grozę cza­jącą się pod lśniącą powierzch­nią samo­zwań­czej boha­terki zna­nej wszyst­kim jako Śmier­telny Miecz zgu­bań­skich Sza­rych Heł­mów. Zro­dziło się w nim nawet podej­rze­nie, że żaden boha­ter, bez względu na czas i oko­licz­no­ści, w niczym nie przy­po­mina tych, o jakich tak dawno temu opo­wia­dał mu dzia­dek. A może cho­dziło o to, że coraz jaśniej uświa­da­miał sobie, że wiele tak zwa­nych cnót, do któ­rych ponoć warto było aspi­ro­wać, posiada rów­nież ciemną stronę. Czy­stość serca ozna­czała też okrutne nie­prze­jed­na­nie. Nie­za­chwiana odwaga nie uwa­żała żad­nego poświę­ce­nia za zbyt wiel­kie, nawet popro­wa­dze­nia na śmierć dzie­się­ciu tysięcy żoł­nie­rzy. Poszu­ki­wa­nie satys­fak­cji mogło zmie­nić zdra­dzony honor w nie­ule­czalny obłęd. Szla­chetne przy­sięgi potra­fiły uto­pić kró­le­stwo we krwi albo obró­cić impe­rium w proch. Nie, praw­dziwa natura boha­terstwa była nie­ja­sna, nie­uchwytna i miała bar­dzo wiele stron, czę­sto wstręt­nych, a nie­mal zawsze prze­ra­ża­ją­cych.

A zatem Boży Jeź­dziec, na krótko przed wyzio­nię­ciem ducha, doko­nał strasz­li­wego odkry­cia. Szare Hełmy padły ofiarą zdrady. Albo wkrótce padną. Słowa ostrze­że­nia miały obu­dzić w Śmier­tel­nym Mie­czu wszyst­kie te palące ognie gniewu i obu­rze­nia. Run'Thu­rvian liczył na to, że Tar­cza Kowa­dło pobie­gnie pro­sto do kajuty Kru­ghavy, by prze­ka­zać zło­wrogą wia­do­mość i ujrzeć pożar w jej błę­kit­nych oczach.

Bra­cia i sio­stry! Łap­cie za mie­cze! Stru­mie­nie muszą spły­nąć szkar­ła­tem w odpo­wie­dzi na spla­mie­nie naszego honoru! Walczmy! Wro­go­wie ota­czają nas ze wszyst­kich stron!

No cóż.

Tana­ka­lian nie tylko czuł opory przed obję­ciem Bożego Jeźdźca i jego śmier­tel­nego bólu, lecz rów­nież nie chciał ścią­gać na Szare Hełmy nisz­czy­ciel­skiego szału. Sta­rzec nie przed­sta­wił nie­mal żad­nych wyja­śnień, moty­wów ani szcze­gó­łów. Tar­czy Kowa­dłu bra­ko­wało infor­ma­cji o klu­czo­wym zna­cze­niu. Boha­ter pozba­wiony celu był jak kot z prze­pa­ską na oczach ciśnięty do dołu peł­nego psów. Któż mógłby prze­wi­dzieć, w którą stronę skie­ruje się szarża Kru­ghavy?

Nie, sprawa wyma­gała dokład­nego roz­wa­że­nia. Samot­nej medy­ta­cji.

Kru­ghava przy­wi­tała zło­wiesz­czą wia­do­mość o strasz­li­wej śmierci Bożego Jeźdźca mniej wię­cej tak, jak się spo­dzie­wał Tana­ka­lian. Jej i tak twarda twarz nabrała jesz­cze tward­szego wyrazu, a oczy roz­bły­sły jak lód. Powoli nara­stały w nich pyta­nia, na które Tar­cza Kowa­dło nie potra­fił bądź też - jak się oka­zało - nie chciał odpo­wie­dzieć. Pyta­nia i tajem­nice były naj­gor­szymi wro­gami dla kogoś takiego jak Śmier­telny Miecz Kru­ghava, kto pra­gnął pew­no­ści, bez względu na jej zwią­zek z rze­czy­wi­sto­ścią. Widział, jak mocno wstrzą­snęła nią ta wia­do­mość, jakby pod­łoga zachwiała się nagle pod jej sto­pami. Kobieta poru­szyła ner­wowo dło­nią, jakby pra­gnęła zła­pać za miecz, zna­leźć pocie­sze­nie w solid­nej obiet­nicy cięż­kiego, żela­znego oręża. Wypro­sto­wała się instynk­tow­nie, gotowa poczuć cię­żar kol­czego płasz­cza. Taka wia­do­mość z pew­no­ścią wyma­gała wdzia­nia zbroi. On jed­nak ją zasko­czył, gdy była bez­bronna. To rów­nież można było uznać za swego rodzaju zdradę. Wie­dział, że musi być teraz ostrożny, zade­mon­stro­wać przed nią bez­rad­ność więk­szą od tej, którą sama czuła, odsło­nić w swych oczach i z pozoru nie­świa­do­mych gestach potężne pra­gnie­nie wspar­cia. Krótko mówiąc, rzu­cić się jak dziecko do stóp jej nie­wzru­szo­nego maje­statu.

Jeśli czy­niło go to god­nym pogardy symu­lan­tem, kre­aturą odda­jącą się intry­gom i spryt­nej mani­pu­la­cji, no cóż, to były poważne zarzuty. Będzie je musiał roz­wa­żyć tak obiek­tyw­nie, jak to tylko moż­liwe, nie cofa­jąc się przed osą­dem, choćby naj­bar­dziej suro­wym i zasłu­żo­nym.

Rzecz jasna, Tar­cze Kowa­dła z daw­nych cza­sów nie zawra­ca­łyby sobie głowy podob­nymi skru­pu­łami, ale brak osądu innych mógł się wywo­dzić jedy­nie z braku osądu sie­bie samego, odmowy prze­my­śle­nia wła­snych zało­żeń oraz prze­ko­nań. Tak nie­ludz­kie sta­no­wi­sko mogło pro­wa­dzić do strasz­li­wych okru­cieństw. Nie, z pew­no­ścią nie zamie­rzał podej­mo­wać podob­nie zaro­zu­mia­łej gry.

Poza tym postąpi słusz­nie, dając Kru­gha­vie to, czego w tej chwili naj­bar­dziej potrze­bo­wała. Wszyst­kie jego z pozoru instynk­towne gesty miały przy­po­mnieć kobie­cie o cią­żą­cej na niej szla­chet­nej odpo­wie­dzial­no­ści. Gdyby Kru­ghava nagle oka­zała skrajny nie­po­kój albo - Wilki, broń­cie - otwartą panikę, z pew­no­ścią nikt by na tym nie sko­rzy­stał. Pły­nęli na wojnę i stra­cili Bożego Jeźdźca. Sytu­acja i tak już była nie­bez­pieczna.

Musiała wziąć się w garść. Konieczne też było, by jej Tar­cza Kowa­dło ujrzał, jak zro­biła to, gdy był z nią sam na sam. Gdy już zdoła to zro­bić, osią­gnie pew­ność sie­bie nie­zbędną, by powtó­rzyć ów surowy rytuał przed braćmi i sio­strami z Zakonu.

Ta scena będzie jed­nak musiała zacze­kać. Zbli­żał się czas, gdy będzie trzeba przy­wi­tać bol­kan­dyj­skich posłów. Tana­ka­lian zna­lazł pocie­sze­nie w gło­śnym chrzę­ście kru­szo­nego koralu pod butami, gdy wyszli na plażę. Szedł o krok za Śmier­tel­nym Mie­czem; a jeśli nawet załogę łodzi, kapi­tana i wszyst­kich ludzi na pokła­dzie Listrala, kotwi­czą­cego bez­piecz­nie na sze­ro­kim owalu powol­nego nurtu u ujścia rzeki, drę­czyła cie­ka­wość wywo­łana nie­obec­no­ścią Bożego Jeźdźca - ani Kru­ghava, ani jej Tar­cza Kowa­dło nie oka­zy­wali nie­po­koju, zmie­rza­jąc w stronę zdob­nego namiotu polo­wego Bol­kan­dyj­czy­ków. Wiara w dowód­ców była wśród Sza­rych Heł­mów tak silna, że wszy­scy natych­miast się uspo­ko­ili.

Czy inni mogliby uznać podobne spo­strze­że­nia za cyniczne? Tana­ka­lian nie sądził, by tak było. W takich chwi­lach opa­no­wa­nie miało sporą war­tość. Nie miało sensu zawia­da­mia­nie człon­ków Zakonu już teraz. Lepiej zacze­kać z tym na zakoń­cze­nie roko­wań.

Było parno, z ośle­pia­jąco bia­łej plaży biły fale gorąca. Pokru­szone sko­rupy kra­bów, spie­czone słoń­cem na czer­wono, utwo­rzyły prze­ry­waną barierę bie­gnącą wzdłuż linii wody wyso­kiej. Nawet sie­dzące na odsło­nię­tych pniach namo­rzy­nów mewy spra­wiały wra­że­nie tylko pół­przy­tom­nych.

Dwoje Zgu­bań­czy­ków posu­wało się powoli przez muli­stą płasz­czy­znę, roz­po­ście­ra­jącą się sze­ro­kim wachla­rzem wokół ujścia rzeki poło­żo­nego na lewo od nich. Tu i ówdzie można było zoba­czyć kępki jaskra­wo­zie­lo­nej trawy. Długi sze­reg bol­kan­dyj­skich war­tow­ni­ków stał przy brzegu rzeki. Około dwu­dzie­stu kro­ków za nimi cią­gnęło się kilka rzę­dów krót­kich, ostro zakoń­czo­nych kłód wbi­tych w błoto. O dziwo, wszy­scy wysocy, ciem­no­skó­rzy żoł­nie­rze o bar­ba­rzyń­skim wyglą­dzie spo­glą­dali na rzekę, zwra­ca­jąc się ple­cami do zgu­bań­skich gości.

Po chwili Tana­ka­lian zauwa­żył ze zdu­mie­niem, że nie­które kłody eks­plo­do­wały. Wycią­gnął z kabury lunetę i zwol­nił, by przyj­rzeć się brze­gowi przez szkła powięk­sza­jące.

Jasz­czurki. Ogromne jasz­czurki. Nic dziw­nego, że bol­kan­dyj­scy wojow­nicy zwra­cają się do nas ple­cami!

Jeśli nawet Kru­ghava zauwa­żyła, co się dzieje nad rzeką, nie oka­zała tego.

Bol­kan­dyj­ski namiot był tak wielki, że mie­ściło się w nim kil­ka­dzie­siąt prze­dzia­łów. Poły głów­nego wej­ścia unie­siono i przy­twier­dzono do zdob­nych drew­nia­nych słup­ków pozła­ca­nymi kla­mer­kami w kształ­cie wro­nich łapek. Wni­ka­jący do środka przez tka­ninę blask słońca prze­obra­żał namiot w chłodny, łagodny świat pełen kre­mowo-zło­tych barw. Tana­ka­lian i Kru­ghava zatrzy­mali się zaraz za wej­ściem, zdu­mieni i zara­zem ura­do­wani nagłym spad­kiem tem­pe­ra­tury. Muska­jący ich twa­rze powiew pach­niał nie­zna­nymi, egzo­tycz­nymi przy­pra­wami.

Cze­kał na nich jakiś urzęd­nik, odziany w jele­nie skóry i posre­brzaną kol­czugę tak cienką, że nie powstrzy­ma­łaby nawet szty­letu w rękach dziecka. Męż­czy­zna o zasło­nię­tej welo­nem twa­rzy pokło­nił się, a potem ski­nął na dwoje gości, kie­ru­jąc ich do kory­ta­rza o jedwab­nych ścia­nach. Na jego dru­gim końcu, po jakichś pięt­na­stu kro­kach spo­tkali dwóch war­tow­ni­ków, rów­nież noszą­cych dłu­gie opoń­cze z cien­kiej jak mgiełka kol­czugi. Za wąskimi pasami mieli noże do rzu­ca­nia, po dwa u każ­dego boku. Pod lewymi pachami nosili skó­rzane fute­rały ozdo­bione frag­men­tami kości, suge­ru­jące jakąś więk­szą broń, być może kor­de­lasy. Były jed­nak osten­ta­cyj­nie puste. Obaj mieli na gło­wach łebki bez zasłon. Gdy Tana­ka­lian pod­szedł bli­żej, ze zdu­mie­niem zauwa­żył na ich zło­wro­gich twa­rzach gęstą siatkę blizn poma­lo­wa­nych ciem­no­czer­wo­nym barw­ni­kiem.

Obaj żoł­nie­rze stali na bacz­ność, nie zwra­ca­jąc naj­mniej­szej uwagi na gości. Zgu­bań­czycy prze­szli mię­dzy nimi, Tana­ka­lian podą­żał krok za Kru­ghavą.

Pomiesz­cze­nie znaj­du­jące się za nimi było obszerne. Wszyst­kie widoczne meble - a było ich bar­dzo wiele - wyglą­dały, jakby wyko­nano je z połą­czo­nych sta­wami seg­men­tów, jakby można je było zło­żyć na pła­sko albo roz­mon­to­wać. Nie zmniej­szało to jed­nak ich deli­kat­nego piękna. Wszyst­kie drew­niane powierzch­nie powle­czono lśnią­cym kre­mo­wym lakie­rem, przy­wo­dzą­cym Tar­czy Kowa­dłu na myśl pole­ro­waną kość sło­niową.

Cze­kało na nich dwóch dygni­ta­rzy sie­dzą­cych z jed­nej strony pro­sto­kąt­nego stołu. Na bla­cie usta­wiono puchary z kutego sre­bra, po jed­nym przed każ­dym krze­słem. Za sie­dzą­cymi męż­czy­znami stali dwaj słu­dzy. Dwaj kolejni zajęli miej­sca za krze­słami prze­zna­czo­nymi dla Zgu­bań­czy­ków.

Na ścia­nach po lewej i pra­wej stro­nie roz­wie­szono gobe­liny, przy­wią­zane luźno do drew­nia­nych ram. Uwagę Tana­ka­liana przy­cią­gnął fakt, że przed­sta­wione na nich bez­ludne ogrody lekko falo­wały. Uświa­do­mił sobie, że wyszyto je na cie­niut­kim jedwa­biu, a same obrazy pobu­dzał ruch powie­trza. Po obu stro­nach stołu pły­nęła w kamien­nych ryn­nach woda, kwiaty koły­sały się na nie­wy­czu­wal­nych prą­dach powie­trza, a liście poru­szały się lekko. Inten­sywne wonie wzmac­niały dodat­kowo ilu­zję ogrodu. Nawet sączące się przez tka­ninę świa­tło było wzbo­ga­cone deli­kat­nymi cęt­kami.

Rzecz jasna, na kimś takim, jak Śmier­telny Miecz Kru­ghava, podobne sub­tel­no­ści nie robiły wra­że­nia, być może nawet były jej obo­jętne. Gdy szedł za nią ku krze­słom, sko­ja­rzyła mu się nie­przy­jem­nie z prze­dzie­ra­ją­cym się przez chasz­cze dzi­kiem.

Obaj dygni­ta­rze wstali jed­no­cze­śnie, aku­rat na czas, by oka­zać sza­cu­nek pobrzę­ku­ją­cym zbro­jami gościom.

Kru­ghava prze­mó­wiła pierw­sza, w języku han­dlo­wym:

- Jestem Kru­ghava, Śmier­telny Miecz Sza­rych Heł­mów. - Zdjęła cięż­kie żela­zne ręka­wice. - Towa­rzy­szy mi Tar­cza Kowa­dło Tana­ka­lian.

Słu­dzy nalali wszyst­kim ciem­nego płynu z jed­nej z trzech kara­fek. Gdy bol­kan­dyj­scy posło­wie ujęli w dło­nie puchary, Kru­ghava i Tana­ka­lian podą­żyli za ich przy­kła­dem.

- Witaj­cie, Śmier­telny Mie­czu i Tar­czo Kowa­dło - odparł w tym samym języku sie­dzący po lewej męż­czy­zna. Wyglą­dał na z górą sześć­dzie­siąt lat. Jego czoło i policzki nazna­czyły wysa­dzane klej­no­tami bli­zny. - Jestem Rava, kanc­lerz Kró­le­stwa Bol­kando. Repre­zen­tuję pod­czas tych roko­wań króla Tar­kulfa. - Wska­zał na znacz­nie młod­szego towa­rzy­sza. - A to jest zdo­bywca Avalt, głów­no­do­wo­dzący Armii Kró­lew­skiej.

Łatwo było zauwa­żyć, że Avalt jest z zawodu żoł­nie­rzem. Na doda­tek do kol­czej opoń­czy, takiej samej jak u war­tow­ni­ków na kory­ta­rzu, nało­żył nara­mien­niki i nago­len­nice. Dwóm nożom do rzu­ca­nia, o pozba­wio­nych ozdób trzon­kach wygła­dzo­nych od dłu­giego uży­wa­nia, towa­rzy­szyły krótki miecz noszony w pochwie pod prawą pachą oraz kor­de­las pod lewą. Jego dło­nie od nad­garstka aż po kłyk­cie, a także cztery palce, osła­niały homa­rowe ręka­wice, górne połowy kciu­ków chro­niły zaś pro­sto­kątne żela­zne naparstki. Hełm zdo­bywcy leżał na stole. Łebkę wypo­sa­żono w sze­ro­kie policzki, a także nosal wykuty na podo­bień­stwo węża o dziw­nie sze­ro­kiej gło­wie. Twarz wojow­nika pokry­wały liczne ozdobne bli­zny, efekt psuł jed­nak sze­roki ślad po ude­rze­niu mie­cza, prze­bie­ga­jący uko­śnie przez prawy poli­czek. Widoczne w kości policz­ko­wej zagłę­bie­nie świad­czyło, że cios był potężny.

Gdy powi­ta­nia dobie­gły końca, Bol­kan­dyj­czycy unie­śli puchary i wszy­scy się napili.

Płyn sma­ko­wał obrzy­dli­wie. Tana­ka­lian z tru­dem stłu­mił mdło­ści.

Kanc­lerz uśmiech­nął się na widok min Sza­rych Heł­mów.

- Tak, to paskudz­two, nie­praw­daż? Krew czter­na­stej córki króla zmie­szana z żywicą kró­lew­skiego drzewa hava. Tego samego, któ­rego cier­niem prze­bito jej żyłę szyjną. - Prze­rwał na chwilę. - To bol­kan­dyj­ski zwy­czaj. Dla uho­no­ro­wa­nia for­mal­nych nego­cja­cji król poświęca jedno ze swo­ich dzieci na dowód, że zależy mu na wyniku.

Kru­ghava odsta­wiła puchar z więk­szą siłą, niż to było konieczne, ale nie ode­zwała się ani sło­wem.

Tana­ka­lian odchrząk­nął.

- Choć owo poświę­ce­nie nas zaszczyca, kanc­le­rzu, nasze zwy­czaje wyma­gają, byśmy uczcili teraz chwilą żałoby śmierć czter­na­stego dziecka króla. Zgu­bań­czycy nie prze­le­wają krwi przed roz­po­czę­ciem nego­cja­cji, ale zapew­niam, że nasze słowo, gdy już je damy, jest rów­nie wią­żące. Jeśli pra­gnie­cie jakie­goś potwier­dza­ją­cego gestu, nie mam poję­cia, co wam ofia­ro­wać.

- To nie będzie potrzebne, przy­ja­ciele - zapew­nił z uśmie­chem Rava. - Wszy­scy mamy w sobie krew dzie­wi­czego dziecka, czyż nie tak?

Słu­dzy napeł­nili drugi z trzech pucha­rów usta­wio­nych przed każ­dym z nich. Tana­ka­lian zauwa­żył, że Kru­ghava zesztyw­niała. Tym razem jed­nak płyn był kla­rowny i biła od niego deli­katna kwietna woń.

Kanc­lerz, który z pew­no­ścią nie był ślepy na nagłe skrę­po­wa­nie Zgu­bań­czy­ków, uśmiech­nął się ponow­nie.

- To nek­tar kwia­tów sha­rada rosną­cych w Kró­lew­skim Ogro­dzie. Prze­ko­na­cie się, że zna­ko­mi­cie oczysz­cza pod­nie­bie­nie.

Wszy­scy wypili. Słodko-cierp­kie wino fak­tycz­nie przy­nio­sło im ulgę.

- Sha­rady karmi się wyłącz­nie pło­dami poro­nio­nymi przez żony króla, poko­le­nie po poko­le­niu - cią­gnął kanc­lerz. - Ta prak­tyka trwa już od sied­miu gene­ra­cji.

Tana­ka­lian cmok­nął cicho na znak ostrze­że­nia, widząc, że opa­no­wa­nie Kru­ghavy leży w gru­zach i kobieta jest o krok od ciśnię­cia srebr­nym pucha­rem kanc­le­rzowi w twarz. Szybko odsta­wił wła­sny kie­lich, z pew­nym wysił­kiem wyszarp­nął puchar z jej rąk i posta­wił go na stole.

Słu­dzy wypeł­nili następne kie­li­chy czymś, co dla Tana­ka­liana wyglą­dało jak zwy­kła woda. Rzecz jasna, w tej chwili owa obser­wa­cja nie uspo­ko­iła go tak bar­dzo, jakby tego pra­gnął.

A dla osta­tecz­nego oczysz­cze­nia woda z Kró­lew­skiej Studni, w któ­rej spo­czy­wają gni­jące kości setki zmar­łych monar­chów! Pyszna!

- To woda źró­dlana - oznaj­mił kanc­lerz z lek­kim napię­ciem w łagod­nym gło­sie. - Na wypa­dek gdy­by­śmy poczuli się spra­gnieni od nad­miaru słów. Usiądźmy, pro­szę. Gdy już skoń­czymy roz­mowę, poży­wimy się naj­lep­szymi potra­wami, jakie ma do zaofe­ro­wa­nia nasze kró­le­stwo.

Jądrami szó­stego syna! Lewą pier­sią trze­ciej córki!

Tana­ka­lian nie­mal usły­szał jęk Kru­ghavy.

* * *

Słońce chy­liło się już ku zacho­dowi, gdy wypo­wie­dziano ostat­nie poże­gna­nia i dwoje bar­ba­rzyń­ców poma­sze­ro­wało z powro­tem do łodzi. Kanc­lerz Rava i zdo­bywca Avalt odpro­wa­dzili Zgu­bań­czy­ków dokład­nie do połowy drogi i zatrzy­mali się tam, obser­wu­jąc, jak goście spy­chają pry­mi­tywną łódź na wodę. Koły­sała się przez chwilę na falach, aż wresz­cie wio­śla­rze zna­leźli wła­ściwy rytm. Obaj dygni­ta­rze odwró­cili się i wró­cili nie­śpiesz­nie do namiotu.

- To cie­kawe, prawda? - wyszep­tał Rava. - Ta ich sza­lona potrzeba wędrówki na wschód.

- Bez względu na wszel­kie ostrze­że­nia - zgo­dził się Avalt, krę­cąc głową.

- Co powiemy sta­remu Tar­kul­fowi? - zapy­tał kanc­lerz.

Zdo­bywca wzru­szył ramio­nami.

- Żeby dał głup­com, czego pra­gną, rzecz jasna, i ogra­ni­czył do mini­mum tar­go­wa­nie się o cenę. Pora­dzę też, byśmy wyna­jęli w Umo­wie flotę ratow­ni­czą, która popły­nie za ich okrę­tami, przy­naj­mniej do gra­nic Morza Pela­siar.

Rava chrząk­nął.

- Świetny pomysł, Avalt.

Wró­cili do namiotu i ruszyli kory­ta­rzem do głów­nego prze­działu. Znowu mogli się czuć bez­piecz­nie w towa­rzy­stwie sług, któ­rym prze­kłuto błony bęben­kowe i wycięto języki. Zawsze jed­nak mogli się tra­fić szpie­dzy umie­jący czy­tać z ruchu warg, co, rzecz jasna, ozna­czało, że czte­rej nie­szczę­śnicy będą musieli umrzeć przed zacho­dem słońca.

- Prze­wi­du­jesz jakieś pro­blemy, jeśli cho­dzi o te ich lądowe siły, które mają przejść przez kró­le­stwo? - zapy­tał Rava, znowu sia­da­jąc na krze­śle.

Avalt wziął drugą karafkę i nalał im tro­chę wina.

- Nie. Ci Zgu­bań­czycy cenią honor bar­dzo wysoko. Dotrzy­mają słowa, przy­naj­mniej pod­czas mar­szu w tamtą stronę. Ci, któ­rzy wrócą z Pust­kowi, o ile w ogóle ktoś wróci, nie będą mogli zro­bić wiele poza pod­da­niem się naszej woli. Odbie­rzemy im wszyst­kie kosz­tow­no­ści, wyka­stru­jemy ich i sprze­damy D'rhe­shom w nie­wolę.

- Pod warun­kiem, że Tar­kulf o niczym się nie dowie - odparł Rava, krzy­wiąc się. - Dali­śmy się cał­ko­wi­cie zasko­czyć, gdy ci ich sojusz­nicy wpa­dli na nasze siły.

Avalt ski­nął głową, przy­po­mi­na­jąc sobie nagłe star­cie, do któ­rego doszło pod­czas dłu­giego mar­szu ku gra­ni­com Impe­rium Lethe­ryj­skiego. Zgu­bań­czycy byli bar­ba­rzyń­cami, ale Khun­dryli z Wypa­lo­nych Łez trudno było w ogóle uznać za ludzi. Mimo to Tar­kulf - prze­kleń­stwo na jego pokrytą łuskami kro­ko­dylą skórę - wyraź­nie ich polu­bił. Wtedy wła­śnie zaczął się ten kosz­mar. Zda­niem Avalta nie mogło być nic gor­szego niż król oso­bi­ście dowo­dzący armią. Każ­dej nocy w obo­zach dzie­siątki szpie­gów i skry­to­bój­ców toczyły okrutną, lecz z reguły bez­gło­śną wojnę. Co rano oko­liczne bagna wypeł­niały trupy oraz wrzesz­czące gło­śno padli­no­żerne ptac­two. A Tar­kulf wcią­gał w płuca głę­boki haust chłod­nego, poran­nego powie­trza i spo­glą­dał z uśmie­chem na bez­chmurne niebo. Tępo­głowy, bre­dzący od rze­czy dureń.

Teraz jed­nak - chwała dzie­wię­cio­gło­wej bogini - król wró­cił do pałacu i znowu zajął się obgry­za­niem żabich udek, Wypa­lone Łzy zaś roz­biły obóz po dru­giej stro­nie koryta rzeki, za pół­nocno wschod­nimi mokra­dłami, gdzie umie­rały od bagien­nej gorączki i tak dalej.

Rava dopił wino i nalał sobie jesz­cze.

- Widzia­łeś jej twarz, Avalt?

Zdo­bywca ski­nął głową.

- Poro­nione płody... krew czter­na­stej córki... zawsze mia­łeś bujną, choć dość okrutną wyobraź­nię.

- Do soku paso­wego trzeba się przy­zwy­czaić, Avalt. Cudzo­ziem­com rzadko sma­kuje. Muszę z nie­chę­cią przy­znać, że tro­chę mi zaim­po­no­wało, że żadne z nich nie wyrzy­gało tego paskudz­twa.

- Zacze­kaj, aż pojawi się w nowych bli­znach na ich skó­rze.

- To mi o czymś przy­po­mniało. Gdzie się podział ich Boży Jeź­dziec? Spo­dzie­wa­łem się, że wielki kapłan będzie im towa­rzy­szył.

Rava wzru­szył ramio­nami.

- Jak dotąd nie udało się nam zin­fil­tro­wać ich sze­re­gów, więc nie potra­fię ci odpo­wie­dzieć na to pyta­nie. Gdy już wyjdą na brzeg i wkro­czą na teren naszego kró­le­stwa, będziemy mieli mnó­stwo mar­kie­ta­nek i tra­ga­rzy, któ­rzy prze­każą nam wszystko, co musimy wie­dzieć.

Avalt usiadł wygod­niej, a potem zer­k­nął na kanc­le­rza.

- Czter­na­sta? To Felash, tak? Dla­czego aku­rat ona, Rava?

- Ta suka odrzu­ciła moje awanse.

- Nie mogłeś jej po pro­stu ukraść?

Pomarsz­czona twarz Ravy wykrzy­wiła się w gry­ma­sie zło­ści.

- Pró­bo­wa­łem. Zapa­mię­taj sobie moje ostrze­że­nie, zdo­bywco. Ni­gdy nie pró­buj się prze­do­stać przez służki przy­dzie­lone kró­lew­skiej krwi. Świat nie zna okrut­niej­szych skry­to­bój­ców. Oczy­wi­ście wie­ści do mnie dotarły... moich agen­tów przez trzy dni i cztery noce pod­da­wano naj­ohyd­niej­szym tor­tu­rom. Na doda­tek te suki miały czel­ność przy­słać mi butelkę z ich mary­no­wa­nymi oczami! Skan­dal!

- Czy odpła­ci­łeś im tą samą monetą? - zapy­tał Avalt. Upił łyk wina, by ukryć dreszcz zgrozy.

- Z pew­no­ścią nie. Posu­ną­łem się za daleko, kie­ru­jąc ku niej swą żądzę, i udzie­lono mi zwię­złej nauczki. Zapa­mię­taj to sobie, młody wojow­niku. Nie każdy poli­czek musi się stać począt­kiem krwa­wej wen­dety.

- Zawsze zapa­mię­tuję wszystko, co mówisz, przy­ja­cielu.

Obaj męż­czyźni pocią­gnęli kolejny łyk zato­pieni we wła­snych myślach.

I bar­dzo dobrze.

* * *

Sługa sto­jący za kanc­le­rzem, nieco na prawo od niego, godził się wła­śnie ze swym bogiem, wyko­naw­szy już trudne zada­nie wymiany zako­do­wa­nych w serii mru­gnięć wia­do­mo­ści z towa­rzy­szem sto­jącym po dru­giej stro­nie stołu. Świet­nie wie­dział, że za chwilę pode­rżną mu gar­dło. W cza­sie, gdy dwa węże odpro­wa­dzały Zgu­bań­czy­ków do łodzi, zdą­żył prze­ka­zać noszą­cej tacę dokładną rela­cję ze wszyst­kiego, co tu powie­dziano. Kobieta przy­go­to­wy­wała się już do wyru­sze­nia w nie­bez­pieczną drogę powrotną do sto­licy.

Być może kanc­lerz Rava, który już raz posu­nął się za daleko, był skłonny pogo­dzić się z nauczką, jaką oprawcy słu­żący pani Felash udzie­lili jego nie­udol­nym szpie­gom. Nie­stety, pani była innego zda­nia.

Powia­dano, że penis Ravy wygląda rów­nie atrak­cyj­nie jak brzuch wypa­tro­szo­nego węża. Sama myśl o tym, że ów robak miałby się wspiąć po jej udzie, wpra­wiła czter­na­stą córkę króla w pełną obu­rze­nia furię. Zgrzy­bia­łego kanc­le­rza cze­kało jesz­cze wiele nauczek.

Życie w maleń­kim kró­le­stwie Bol­kando było jed­nym pasmem przy­gód.

* * *

Yan Tovis miała ochotę dokoń­czyć maka­bryczną rzeź roz­po­czętą przez jej brata, nie było jed­nak pewne, czyby jej się to udało, Pully i Skwish wpa­dły bowiem we wście­kłą, sza­loną furię. Pluły, prze­kli­nały i wyko­ny­wały frag­menty mor­der­czego tańca, lejąc na wszyst­kie strony stru­mie­niami moczu, aż wresz­cie ściany z nie­wy­pra­wio­nych skór zro­biły się ciemne jak wino. Buty do kon­nej jazdy noszone przez Pomrokę rów­nież zro­biły się mokre, ale były lepiej przy­sto­so­wane do zno­sze­nia podob­nych afron­tów. Jej cier­pli­wość nie była jed­nak aż tak odporna.

- Dość już tego!

Obie wykrzy­wione twa­rze zwró­ciły się ku niej.

- Musimy go dości­gnąć! - wark­nęła Pully. - Krwawe klą­twy! Tru­ci­zny powo­du­jące zgni­li­znę, cier­niowe ryby! Dzie­więć nocy bólu! Dzie­więć i jesz­cze dzie­więć!

- Wygna­łam go - oznaj­miła Yan Tovis. - Sprawa zamknięta.

Skwish wyka­słała grudkę flegmy i wypu­ściła ją z ust, odwra­ca­jąc gwał­tow­nie głowę. Flegma wylą­do­wała na ścia­nie, tuż na lewo od Pomroki. Yan Tovis wark­nęła gniew­nie, się­ga­jąc po miecz.

- To był przy­pa­dek! - wrza­snęła Pully.

Sko­czyła na sio­strę i zde­rzyła się z nią, odpy­cha­jąc pobla­dłą nagle cza­row­nicę na bok.

Yan Tovis z tru­dem oparła się poku­sie wyję­cia oręża. Nie zno­siła się gnie­wać, nie cier­piała tra­cić pano­wa­nia nad sobą, zwłasz­cza że, gdy jej wście­kłość raz się prze­bu­dziła, nie­mal nie spo­sób było jej powstrzy­mać. W tej chwili zna­la­zła się na skraju wybu­chu. Jesz­cze jedna znie­waga - na Zbłą­ka­nego, nawet nie­ostrożna mina - i zabije obie cza­row­nice.

Pully naj­wy­raź­niej miała wystar­cza­jąco wiele roz­sądku, by zauwa­żyć groźbę, bo cią­gle odpy­chała Skwish do tyłu, aż wresz­cie obie zna­la­zły się pod prze­ciw­le­głą ścianą chaty. Potem odwró­ciła się, kiwa­jąc głową.

- Prze­pra­szam, kró­lowo, ser­decz­nie prze­pra­szam. To żal, Wasza Wyso­kość, i, jestem pewna, też żal, a być może nawet szok, obu­dził jad w tych sta­rych żyłach. Prze­pra­szam, w imie­niu wła­snym i Skwish. To strasz­liwa histo­ria, strasz­liwa histo­ria!

Yan Tovis zdo­łała cof­nąć dłoń od ręko­je­ści mie­cza.

- Nie mamy czasu na takie rze­czy - oznaj­miła z przy­gnę­bie­niem. - Shake'owie stra­cili całe zgro­ma­dze­nie cza­row­nic i czar­no­księż­ni­ków, pomi­ja­jąc tylko was dwie. Stra­ci­li­śmy też Wachtę. Zosta­ły­śmy my trzy. Kró­lowa i dwie cza­row­nice. Musimy poroz­ma­wiać o tym, co zro­bić teraz.

- I powie­dziano, że morze jest ślepe na brzeg i tak samo ślepe na Shake'ów, a jego wody wciąż się pod­no­szą, Wasza Wyso­kość - zgo­dziła się Pully, kiwa­jąc ener­gicz­nie głową. - Szó­ste pro­roc­two...

- Szó­ste pro­roc­two! - wysy­czała Skwish, wyry­wa­jąc się sio­strze i łypiąc ze zło­ścią na Yan Tovis. - A co z pięt­na­stym? Z Nocą Krwi Krew­nia­czej? "Wody wzbiorą, brzeg zato­nie, w jedną noc wszystko pochło­nie morze i świat spły­nie czer­wie­nią! Krewni zwrócą się prze­ciwko krew­nym, rzeź nazna­czy Shake'ów i wszy­scy utoną! W powie­trzu nie­zdat­nym do oddy­cha­nia". Cóż może być mniej zdatne do oddy­cha­nia niż morze? Twój brat zabił nas wszyst­kich i nas wszyst­kich!

- Wygna­łam go - odparła Pomroka bez­barw­nym tonem. - Nie mam już brata.

- Potrze­bu­jemy króla! - zawyła Skwish, rwąc włosy z głowy.

- Nie potrze­bu­jemy!

Obie cza­row­nice zamarły prze­ra­żone gwał­tow­no­ścią Yan Tovis, wstrzą­śnięte jej sło­wami.

Pomroka zaczerp­nęła głę­boko tchu. Nie była w sta­nie ukryć drże­nia rąk ani gwał­tow­no­ści ogar­nia­ją­cej ją furii.

- Nie jestem ślepa na morze - zaczęła. - Wysłu­chaj­cie mnie obie! Bądź­cie cicho i słu­chaj­cie! Wody rze­czy­wi­ście wzbie­rają. To nie­za­prze­czalny fakt. Brzeg tonie, zgod­nie z zapo­wie­dzią połowy pro­roctw. Nie jestem tak głu­pia, by igno­ro­wać mądrość sta­ro­żyt­nych jasno­wi­dzów. Shake'owie mają kło­poty. Na nas, na mnie i na was dwie, spada obo­wią­zek zna­le­zie­nia wyj­ścia. Dla naszego ludu. Swary muszą się skoń­czyć. Jeśli nie potra­fi­cie natych­miast zapo­mnieć o tym, co się wyda­rzyło, nie będę miała innego wyj­ścia, jak was wygnać.

Gdy tylko wypo­wie­działa to ostat­nie słowo, zauwa­żyła ze sporą satys­fak­cją, że obie cza­row­nice usły­szały coś innego, coś znacz­nie bru­tal­niej­szego i bar­dziej osta­tecz­nego.

Skwish obli­zała wyschnięte wargi. Potem wyraź­nie okla­pła pod ścianą chaty.

- Trzeba ucie­kać z brzegu, kró­lowo.

- Wiem o tym.

- Musimy stąd odejść. Wyślij wie­ści na wyspę, zwo­łaj wszyst­kich Shake'ów. Musimy i znowu musimy wyru­szyć w ostat­nią podróż.

- Ostat­nia podróż - wyszep­tała Pully. - Jak w pro­roc­twach.

- Tak. Wie­śniacy grze­bią już ciała. Będzie­cie musiały odmó­wić modli­twy zamknię­cia. Potem zajmę się stat­kami. Sama popłynę na Trze­cią Wyspę Dzie­wi­czą. Musimy zor­ga­ni­zo­wać ewa­ku­ację.

- Tylko Shake'ów!

- Nie, Pully. Morze pochło­nie tę cho­lerną wyspę w cało­ści. Zabie­rzemy ze sobą wszyst­kich.

- Wię­zienna hołota!

- Mor­dercy, bume­lanci, śmie­cio­grzeby, dziu­ro­jebcy!

Yan Tovis prze­szyła obie jędze wście­kłym spoj­rze­niem.

- Nic nie szko­dzi.

Żadna z cza­row­nic nie zdo­łała wytrzy­mać jej wzroku. Po chwili Skwish zaczęła się skra­dać do wyj­ścia.

- Modli­twy i, tak jest, modli­twy. Za zabite zgro­ma­dze­nie i za wszyst­kich Shake'ów na brzegu.

Gdy tylko Skwish się wymknęła, Pully dygnęła upior­nie i popę­dziła za sio­strą.

Yan Tovis znowu została sama. Osu­nęła się na sto­łek w kształ­cie kul­baki słu­żący jej jako tron. Chciało jej się pła­kać z fru­stra­cji, gniewu i bólu. Nie, nie pła­ka­łaby nad sobą. Znowu stra­ciła brata. Znowu.

Och, niech cię szlag, Yedan.

Jesz­cze bar­dziej przy­gnę­biał ją fakt, że chyba rozu­miała jego motywy. W jedną krwawą noc Wachta poło­żył kres kil­ku­na­stu groź­nym spi­skom mają­cym na celu dopro­wa­dze­nie do jej upadku. Jak mogłaby go za to nie­na­wi­dzić?

A jed­nak mogę. Za to, że nie sto­isz już u mojego boku, bra­cie. Teraz, gdy brzeg tonie. Teraz, gdy naj­bar­dziej cię potrze­buję.

No cóż, łzy kró­lo­wej nikomu nie przy­nio­słyby pożytku. W końcu praw­dziwa pomroka nie była cza­sem na litość. Na żal być może, ale z pew­no­ścią nie na litość.

A jeśli sta­ro­żytne pro­roc­twa mówiły prawdę?

W takim przy­padku jej Shake'om, zła­ma­nym, zdzie­siąt­ko­wa­nym i zagu­bio­nym, było prze­zna­czone zmie­nić świat.

A ja muszę ich popro­wa­dzić. Z dwiema zdra­dziec­kimi cza­row­ni­cami u boku. Muszę popro­wa­dzić swój lud jak naj­da­lej od brzegu.

* * *

Po nadej­ściu ciem­no­ści pod nocne niebo wzbiły się dwa smoki. Jeden był biały jak kość, a pod zło­ci­stymi łuskami dru­giego gorzał nie­na­sy­cony ogień. Zato­czyły krąg wokół sku­pi­ska migo­tli­wych ognisk, jakim była osada Imas­sów, a potem pomknęły na wschód.

Sto­jący na wzgó­rzu męż­czy­zna odpro­wa­dzał je spoj­rze­niem, aż wresz­cie znik­nęły mu z oczu. Po chwili pod­szedł do niego drugi.

Nawet jeśli pła­kali, ciem­ność ukryła tę prawdę bli­sko serca.

Ze wzgórz dobie­gło trium­falne kaszl­nię­cie emlavy. Bestia oznaj­miła światu, że upo­lo­wała zdo­bycz. Na zie­mię spły­nęła gorąca krew, oczy zaszły mgłą i coś, co żyło na wol­no­ści, prze­stało żyć.