Pytanie numer siedem - Richard Flanagan

Kup ebooka

45.90 zł
35.34 zł (35,34 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Strona tytułowa Strona redakcyjna Dedykacja Epigraf Część pierwsza Kolofon

Lista stron

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 303

Punkty orientacyjne

Okładka Strona tytułowa Prawa autorskie Dedykacja Epigraf Kolofon

Część pierwsza

1

Zimą 2012 roku wbrew zdrowemu rozsądkowi z powodów, które niezupełnie wiązały się z literaturą - chociaż utrzymywałem coś wręcz przeciwnego - i które do dzisiaj nie są dla mnie jasne, odwiedziłem w Japonii dawny obóz jeniecki Ohama, gdzie kiedyś siedział mój ojciec. Panowało przeraźliwe zimno, był bardzo mroźny dzień, a żelazne niebo rzucało złowieszcze cienie na Morze Wewnętrzne, pod którego dnem tata w czasie wojny pracował niewolniczo w kopalni węgla kamiennego.

Nie pozostał po niej żaden ślad.

Mimo że nie życzyłem sobie, aby zawracano mi tym głowę, zostałem zabrany do miejscowego muzeum, gdzie pewna niezwykle sympatyczna kobieta znalazła liczne zdjęcia szczegółowo dokumentujące dzieje kopalni, liczone od początku XX wieku - zdjęcia dokumentujące jej rozwój, metody wydobywcze i japońskich pracowników.

Nie było ani jednej fotografii, która przedstawiałaby zmuszonych do niewolniczej pracy jeńców wojennych.

Kobieta była uprzejma i okazała się - jak to się mówi - istną skarbnicą wiedzy o lokalnej historii. Nigdy nie słyszała, by w kopalni Ohama w charakterze przymusowych robotników pracowali jeńcy. Jak gdyby to się nigdy nie wydarzyło, jak gdyby nikt nigdy nie został tam pobity, zamordowany albo zmuszony do stania nago na śniegu do śmierci z wycieńczenia. Pamiętam pobłażliwy uśmiech tej Japonki; uśmiech litości dla mnie, bo uroiłem sobie, że w tutejszej kopalni podczas wojny przymuszano jeńców do niewolniczej pracy.

2

Czasami się zastanawiam, dlaczego ciągle wracamy do początków - dlaczego poszukujemy tej pojedynczej nitki, za którą można pociągnąć, aby spruć gobelin, który nazywamy swoim życiem, pełni nadziei, że znajdziemy ukrytą za nim prawdę, odpowiadającą na pytanie "dlaczego?".

Ale prawdy nie ma. Jest tylko "dlaczego". I jeżeli bliżej mu się przyjrzymy, zobaczymy, że za nim znajduje się po prostu kolejny gobelin.

A za nim następny i jeszcze jeden, i jeszcze, aż dochodzimy w końcu do zapomnienia.

3

O godzinie ósmej piętnaście rano 6 sierpnia 1945 roku trzydzieści jeden tysięcy stóp nad Hiroszimą bombardier major Thomas Ferebee opuścił dźwignię zwalniacza bomby i powiedział: "Poszła!", a czterdzieści trzy sekundy później zginęło sześćdziesiąt tysięcy ludzi - tymczasem w odległości osiemdziesięciu mil na południe mój ojciec, prawie całkiem nagi przymusowy robotnik, już czwarty rok w niewoli jako jeniec wojenny, kontynuował swoją morderczą pracę, czyli pchał wagoniki wypełnione kamieniami przez długie ciemne tunele pod dnem Morza Wewnętrznego.

Złamany na ciele i duchu, chory, niemal u kresu sił fizycznych oraz siły woli, wiedział tylko, że gdy za kilka miesięcy powrócą zimowe mrozy, nie wytrzyma tego dłużej i umrze. Nie miał pojęcia, że mimo wszystko będzie żył. Kiedy posuwał się ponurym tunelem górniczym, który jedynie gdzieniegdzie rozjaśniało przyćmione światło żarówek, jeden z obozowych kolegów taty, Tasmańczyk, zauważył, że ten korytarz przypomina mu piątkowy wieczór w jego rodzinnym miasteczku, Penguin.

4

Przy wejściu do kopalni, gdzie ojciec i jego towarzysze niedoli, inni przymusowi robotnicy, przebiegali kiedyś "ścieżką zdrowia" pomiędzy szeregami bijących ich strażników, stał teraz hotel miłości. Nie było żadnego pomnika ani tablicy, innymi słowy, żadnego śladu, że to, co się tu przed laty wydarzyło, wydarzyło się naprawdę. Były za to neony. Był biznes, który umożliwiał szybki oportunistyczny seks w maleńkich pokoikach, pozwalający na doznanie ulgi seksualnej i z założenia na niewiele więcej. Pozostawało, a raczej istniało tu jedynie rozkoszne zapomnienie w ramionach drugiego człowieka - takie samo, jakie zapowiada śmierć i zarazem jej zaprzecza. Jak gdyby potrzeba zapomnienia była równie silna jak potrzeba pamiętania. Może nawet silniejsza.

A po zapomnieniu? Wracamy do opowieści, które nazywamy wspomnieniami, zdezorientowani, obcy wobec tego wciąż trwającego wyobrażenia, jakim jest nasze życie.

5

Tamtego przeraźliwie zimnego dnia przystanął koło mnie starszy Japończyk, pan Sato. Drobny i wątły, schludnie ubrany w sportowy blezer i dresowe spodnie, za duże, ponieważ - jak przypuszczałem - schudł z upływem lat. Na dłoniach miał rękawiczki z cienkiej białej bawełny, a kiedy wskazywał jakiś od dawna już nieistniejący fragment obozu czy kopalni, ja widziałem jedynie odprutą nitkę zwisającą z mankietu jego rękawiczki. Nie pamiętam, jakie nosił buty.

Głowa Japończyka przytuliła się do mojej piersi. Pan Sato, jak poinformowała mnie tłumaczka, opiekuje się córką i żyje wyłącznie dla niej, bo jest niepełnosprawna. Jej ojciec był kiedyś strażnikiem w obozie Ohama. Pokazał mi, gdzie stały baraki, gdzie farma na wzgórzu i gdzie u jego stóp, bliżej brzegu morza, znajdowało się wejście do kopalni.

Ku mojemu zakłopotaniu i milczącej złości przed nami kręciła się ekipa telewizyjna w asyście kilku fotografów z miejscowych gazet. By znaleźć się przy wejściu do kopalni, musiałem wykorzystać szereg różnych kontaktów i rada miejska jakimś sposobem dowiedziała się o moich planach. Radni bez mojej wiedzy zaprosili też media. Ekipa telewizyjna i dziennikarze prasowi chcieli tylko jednego - żebyśmy się uściskali z panem Sato; chcieli zobaczyć scenę przebaczenia, zrozumienia i ran zagojonych dzięki działaniu czasu. Byłoby to, jak wiedziałem, kłamstwo. Nie do mnie należało przebaczenie w tej sprawie.

Czy czas goi rany? Nie zawsze. Pozostawia blizny. Podniesiona ręka pana Sato wskazywała zimny świat na dole, przecięty na dwoje prującą się nitką rękawiczki.

6

Wcześniej tego samego dnia poznałem starszych mieszkańców miasteczka, którzy podczas wojny byli dziećmi. Nie chciałem się z nimi spotykać. Czułem się - jak mam to powiedzieć? - zawstydzony. Wstydziłem się może dlatego, że mój przyjazd mógł zostać źle zrozumiany, jako zemsta albo przejaw gniewu. Sam jednak nie wiedziałem, co ten przyjazd oznacza. Ci ludzie byli wtedy dziećmi, ja miałem się urodzić dopiero kilkanaście lat później. Krótko mówiąc, uważałem, że nie mogę się z nimi porównywać, zestawiać ich życia z moim. Chyba w jakimś sensie wstydziłem się, że jako syn swojego ojca zakładam, że mogę być częścią jego i ich historii. Bałem się, że mogą we mnie widzieć nieproszonego ducha, widmo przyglądające się miejscu nierozwikłanej zbrodni, w którą zostałem zamieszany. Ale czyim duchem mógłbym być? Ofiary, mordercy, świadka - czy może duchem ich wszystkich?

Nie wiedziałem, jak odwołać spotkanie, nie urażając nikogo, bo zaaranżowały je osoby trzecie. Starsi mieszkańcy okazali się przyjaźni i serdeczni. Kiedy opowiadali o wojennych problemach, których doświadczyli jako dzieci wiejskiej biedoty, wspominali rozdźwięk między tym, co mówił im świat dorosłych, i tym, co widzieli na własne oczy, a wtedy w ich głosach i na pomarszczonych twarzach pojawiała się dziecinna wzgarda. Pamiętali, jak jeńcy wojenni wysiedli na tym brzegu pod koniec 1944 roku i że te diabły, którymi od tak dawna ich straszono, to były tylko żałosne, prawie nagie szkielety. Ojciec opowiadał mi o okrucieństwie japońskich strażników, ale i o życzliwych miejscowych górnikach; niektórzy z nich mogli być ojcami ludzi, których tu spotkałem, mogli nawet dzielić się skąpymi racjami żywnościowymi z cierpiącymi głód jeńcami.

7

Po ukończeniu szkoły pracowałem jako mierniczy - asystent geodety - wykonywałem więc zawód o wielowiekowej tradycji, który jednak zaledwie kilka lat później zniknął wraz z narodzinami technologii cyfrowej. Mierniczy musiał kiedyś ciągnąć złożony z setek ogniw i długi na dwadzieścia dwa jardy łańcuch, którym mierzyło się świat. Za moich czasów łańcuch mierniczy został zastąpiony przez cienki stalowy pas o długości pięćdziesięciu metrów, poza tym w sposobie pracy asystentów geodezyjnych w ciągu stu lat niewiele się zmieniło. Mierniczy wciąż nosił ze sobą sierp i topór, żeby oczyścić teren z krzewów i małych drzew, a także ostrzałkę i pilnik do ostrzenia narzędzi. Nauczyłem się zwracać uwagę na ślady po pomiarach sprzed kilku dekad - na rozsypujące się kamienne kopce, butwiejące kołki albo na ślady w korze starych eukaliptusów, przypominające kształtem waginę. Ostrożnie ociosywałem toporem wierzchnią warstwę, aby odsłonić głębokie stożkowate nacięcie fachowo wykonane dawno temu, niekiedy przed ponad wiekiem. Wierzchołek odwróconego stożka był punktem mierniczym.

Wpatrywałem się w cudowność tej niezmienionej rany, wyglądającej dokładnie tak samo jak w dniu, kiedy ją wycinał cudzy topór. Czas nie zagoił drzewa, lecz tylko je zabliźnił, ukrywając coś, co ciągle się w nim działo, pod blizną pozostała bowiem krwawiąca teraz świeżą żywicą rana, brama do przeszłości, a gdybym się w nią nazbyt długo wpatrywał, wydałoby mi się, że wpadam do jej wnętrza.

Gdy stałem tamtego dnia przed wspomnianą japońską ekipą telewizyjną i należącą do niej młodą reporterką, garstką miejscowych fotografów oraz znudzonych dziennikarzy, zdecydowanych zdobyć jedyny sensowny materiał i odjechać, przeżyłem podobną podróż w czasie, która rozwijała się z coraz większą prędkością. Nie miałem najmniejszej ochoty uściskać pana Sato. Możliwe, że on też nie chciał mnie obejmować. By jednak nie wprawić w zakłopotanie starego Japończyka ani nikogo z obecnych, otoczyłem byłego strażnika ramieniem, on zaś objął mnie. Wszyscy wydawali się z tego zadowoleni.

Skończyły się zdjęcia i nagrywanie, opuściłem więc rękę, ale pan Sato nadal się do mnie przytulał. Poruszyłem się, bo chciałem odejść, a wówczas jego głowa jakby osunęła się na moją pierś. I tak staliśmy dalej.

Może i on w tamtej chwili spadał w jakąś nieskończoną pustkę, a może po prostu zrobiło mu się zimno. Nie miałem pojęcia, co czuł. Nie mogę powiedzieć, by mi się podobało, że tak mnie trzyma, on, człowiek, który zapewne bił kiedyś mojego ojca, lecz nie wiedziałem też, jak się go pozbyć, w jaki sposób pozbawić go ciepłej otuchy mojego ciała.

Pomyślałem, że pan Sato cierpi z powodu niepełnosprawności córki i że pod koniec życia spotkała go zasłużona kara. Potem zawstydziłem się tej myśli, zrozumiałem bowiem, że leży pod nią inna, do której nie chciałem się przyznać. Odwróciłem wzrok na drzewa, nagie, smutne chudziny; wokół nich niekochana i zimna ziemia, nędznie wyglądające zatracone paskudne zielsko i chwasty. Cała przyroda w tym miejscu zdawała się wyczerpana, zdezorganizowana, a ja w jakimś sensie stałem się jej częścią. W dole dało się słyszeć morze bijące o skaliste wybrzeże i cofające się jak zawsze, jak wczoraj i jutro, składające się i rozsuwające niczym akordeon ponad zbrodniami, grzechami, miłościami i namiętnościami tych, którzy wędrowali przez tę smutną krainę. Cała moja podróż do Japonii wydawała się równie niezrozumiała jak odgłos zsuwających się w niepamięć odłamków skał.

Czy na miejscu pana Sato zachowałbym się tak samo? Kiedy próbowałem odsunąć od siebie to pytanie, pojawiło się nowe. Czy jeśli pan Sato, który wydawał się przyzwoitym człowiekiem, mógł być strażnikiem obozowym, czynić zło albo po prostu przyglądać się złym uczynkom, to ja na jego miejscu zachowałbym się inaczej? Czy i ja brałbym udział w biciu więźniów, chociaż tego nie chciałem, czy i ja skazałbym człowieka na śmierć, każąc mu klęczeć w padającym śniegu, ponieważ tego by ode mnie oczekiwano, ponieważ zbyt trudno było powiedzieć "nie?". Czy odwróciłbym wzrok i zdecydował się nie pomagać ofierze? Potem zgubiłem wątek. Dzień upływał. Pomyślałem o więźniu zmuszonym do klęczenia przez całą noc na śniegu bez ubrania, bo ta historia ze względu na swoją bezsensowność zawsze pogrążała mojego ojca w nieopisanym smutku. Czy na miejscu strażników postępowałbym tak samo? Nagle z całej duszy znienawidziłem uścisk pana Sato oraz jego samego, choć wciąż się do mnie przytulał. Powiał chłodny wiatr, po chwili zamarł. Zrobiło się jeszcze zimniej, morze wciąż falowało, a my już nie zwracaliśmy na siebie uwagi. Przyszło mi do głowy, że żaden z nas nie ma najmniejszego pojęcia, co odczuwa albo myśli ten drugi, stoimy zaś w takiej pozie, że można nas uznać za braci albo kochanków.

I trwaliśmy w ten sposób bardzo długo, nawet gdy dziennikarze i ekipa telewizyjna już odjechali, a nad nasze głowy pospiesznie napływały ciemne chmury, które zdawały się drżeć, wydając nieznany wyrok, po czym rozpraszały się szybko, zawiedzione, bo na powierzchni Morza Wewnętrznego odbijała się tylko jego własna morska tajemnica. Co tu się kiedyś stało? Nie wiem tego do dziś. Nie ma żadnego "dlaczego".

8

Czy kłamstwami, które nazywamy historią, czasem, rzeczywistością, pamięcią, szczegółami, faktami, otaczamy się dlatego, że postrzegamy świat wyłącznie w ciemnych barwach? A co, gdyby czas był wielowymiarowy - i my też? Co by było, gdybyśmy odkryli, że zaczynamy żyć jutro, a umarliśmy wczoraj, że narodziliśmy się z cudzej śmierci, a życie zaszczepia w nas tchnienie opowieści, które wymyślamy na podstawie piosenek, kolaży dowcipów, zagadek i fragmentów cudzych tekstów?

Mój ojciec naśmiewał się z jednego ze swoich obozowych kolegów, który opowiadał, że widział, jak wybuch bomby atomowej rozświetlił nocne niebo nad kopalnią i że zrobiło się wtedy jasno jak w dzień.

Bo bomba w Hiroszimie eksplodowała o ósmej szesnaście rano. Przeszłość zawsze najjaśniej widzą ci, którzy nigdy jej nie oglądali.

9

Gdy nad Hiroszimą Thomas Ferebee zwolnił dźwignię wyrzutni bomb, ojcu udało się już jakoś przeżyć w japońskiej niewoli ponad trzy lata. Przetrwał więzienie i obóz w Changi[1] oraz Kolej Śmierci. Przetrwał podróż na tak zwanych Piekielnych Statkach, które jesienią 1944 roku przewoziły ocalałych jeńców pracujących wcześniej przy budowie Kolei Śmierci do Japonii, ściśniętych na niezdatnych do żeglugi pudłach bez nadbudówek. Stłoczeni w zardzewiałych kadłubach, niemal nadzy ludzie przetrwali tajfuny, ataki torpedowe amerykańskich okrętów podwodnych i ostrzał amerykańskiego lotnictwa. Kiedy wylądowali wreszcie na wyspie Honsiu, okazało się, że sen o imperium zmienił się w zagrożenie nieuchronną inwazją na samą Japonię, a w odpowiedzi na nie japoński reżim wojskowy zażądał masowego samobójstwa stu milionów Japończyków, narodu opętanego kultem śmierci.

W przypadku zmasowanego desantu wroga ludność cywilna miała bronić ojczyzny za cenę własnego życia. Na Okinawie, jedynej japońskiej wyspie, na której Amerykanie w końcu wylądowali, zginęło około stu pięćdziesięciu tysięcy cywilów. Samobójstwa wśród miejscowej ludności zdarzały się często, czasami były dobrowolne, czasami wymuszone przez japońskich żołnierzy trzymających ofiary na muszce. W niektórych przypadkach dzieci zabijały rodziców, jeśli wykazywali niedostateczny entuzjazm wobec perspektywy śmierci, niekiedy zaś rodzice z tej samej przyczyny zabijali własne dzieci[2]. Skoro życie zwykłych Japończyków znaczyło dla japońskich przywódców tak niewiele, trudno się dziwić, że życie przeciwnika nie miało dla nich kompletnie żadnej wagi: kiedy rozpoczęła się inwazja na Okinawę, dowódcy japońscy byli gotowi wymordować trzydzieści dwa tysiące przebywających na terenie Japonii jeńców wojennych.

Amerykanie zamierzali rozpocząć ostateczny atak na wyspy japońskie od lądowania na Kiusiu 1 listopada 1945 roku, potem mieli wylądować na Honsiu w marcu 1946. Ojciec najprawdopodobniej wtedy już by nie żył, a gdyby pozostał przy życiu, zostałby zamordowany. Nie wierzył, że przetrwałby kolejną mroźną zimę, gdyby mimo wszystko jej dożył - chociaż trudno sobie wyobrazić, jak mogłoby mu się to udać.

Amerykanie nie dokonali jednak pełnoskalowej inwazji na Japonię. Zrzucili na nią bombę atomową. Sześćdziesiąt tysięcy ludzi zginęło na miejscu, a znacznie więcej ofiar umierało powoli, w męczarniach, w pierwszych godzinach i dniach po ataku, a potem jeszcze przez wiele miesięcy i lat. Trzy dni później Amerykanie zrzucili drugą bombę atomową. Na miejscu zginęło czterdzieści tysięcy ludzi, a znacznie więcej ofiar umierało powoli, w męczarniach, w pierwszych godzinach i dniach po ataku, a następnie jeszcze przez wiele miesięcy i lat.

10

Piętnaście lat i jedenaście miesięcy później, zimnego zimowego poranka, urodziło się piąte z sześciorga dzieci mojego ojca. Chłopiec miał nosić imię Daniel, ale irlandzkie siostry z katolickiego zakonu karmelitanek w Longford powiedziały mojej matce, że "Daniel" brzmi zbyt irlandzko, zbyt katolicko i zbyt pospolicie. Obciachowo, jak to się dzisiaj mówi. A my byliśmy zbyt katolicką, zbyt irlandzką i zbyt zwyczajną rodziną, by obciach się dla nas nie liczył. Dlatego nadano mi imię Richard. Mój ojciec nie cierpiał imienia, pod którym go później kochano, i ja też początkowo nie cierpiałem swojego, lecz z czasem rozrośliśmy się - to znaczy moje imię i ja - i opletliśmy wzajemnie niczym stare korzenie, więc dzisiaj już nie wiadomo, gdzie kończy się moje imię, a gdzie zaczynam się ja i vice versa. Jak mawiał ojciec o wszystkich dziwnych związkach, każda stara skarpeta znajdzie w końcu dla siebie stary but.

11

Wieczorem zaczął padać rzęsisty deszcz, taki, którego krople, jeżeli trzeba gdzieś wyjść, wydają się ciężkie jak monety, więc kiedy się przed nim schronisz, czujesz się lekko w każdym pomieszczeniu. Zostałem zaproszony do baru z hostessami w San'y?-Onoda przez Kenjiego Y., kierownika Wydziału Równych Szans i Spraw Międzynarodowych w urzędzie miasta. Kenji miał na sobie nieco niedopasowany strój biurowy, świadczący o tym, że wypełnia swoje obowiązki w dobrym nastroju, radośnie, lecz z roztargnieniem człowieka sercem będącego gdzieś indziej. Ponieważ zarabiał tu na życie, z zadowoleniem przychodził do biura w czasie wyznaczonym na pracę i zajmował się każdym absurdem, który napotykał na swojej drodze, takim jak na przykład ja. Kochał żonę i dziecko i lubił wycieczki na rowerze górskim. Zdumiewało go wszystko, co nie było jasne i proste, wyczuwał jednak prawdę, nawet kiedy nie chwytał jej w pełni. Była w nim jakaś życzliwość.

Opowiedział mi, że jego dziadek podczas wojny walczył w trupiarni, jaką w tamtym okresie stała się Nowa Gwinea. Po powrocie do domu miał ogromne trudności w kontaktach z rodziną. Zbudował chatę w górach, gdzie spędzał samotnie coraz więcej czasu. I pił.

- Wiedzieliście, dlaczego tak się zachowuje? - spytałem.

- Nie - odparł Kenji. - Nigdy nam o tym nie mówił.

- A o wojnie?

- Nie. Nigdy.

- Podobno Nowa Gwinea to było istne piekło.

- Nigdy nie powiedział słowa na ten temat.

W barze z hostessami było ciepło, w środku siedziało kilku biuralistów, białych kołnierzyków - miejscowych pracowników korporacyjnych - a drinki podawały im hostessy, młode, mocno umalowane kobiety o oczach niczym z komiksów anime, których zadaniem było udawanie rozbawienia i zainteresowania tymi mężczyznami, oni zaś nie wydawali się specjalnie interesujący ani zabawni, bo coraz bardziej upijali się tutejszą słodką wódką pędzoną z kartofli. Deszcz ciągle padał, stał się jednak przytłumiony, odległy, jak wtedy, gdy zasypiając, człowiek przepływa do innego świata.

12

Jedna hostessa, drobna, niskiego wzrostu, znała angielski, więc to jej przypadło w udziale usiąść obok mnie. Spytała, co porabiam w San'y?-Onoda. Była miła albo bardzo dobra w swoim fachu, czyli potrafiła udawać miłą. Tak czy inaczej uznałem, że i ja powinienem być dla niej miły, chociaż do tego miasteczka przyjeżdża oczywiście niewielu turystów, nie wiedziałem więc, co w tym kontekście oznacza bycie miłym. Odpowiedziałem, że jestem pisarzem i zbieram tutaj materiały do książki. Jak chyba już napomknąłem, była to jednocześnie prawda i nieprawda. Coraz mniej rozumiałem, dlaczego w ogóle znalazłem się w San'y?-Onoda, ponieważ nic z tej wizyty nie miało się znaleźć w książce, nad którą pracowałem. To, że jestem pisarzem, zaciekawiło hostessę albo wydawało się ją ciekawić, bo powiedziała mi, że lubi książki. Zapytała, o czym będzie moja powieść.

Nie wiedziałem. Wspomniałem, zdaje się, coś o miłości, co miało tę zaletę, że nie było nieprawdą, a obejmowało temat tak szeroki, że nie znaczyło nic. Japonka zasłoniła ręką usta i roześmiała się uprzejmie. Wyczułem, że z jej punktu widzenia San'y?-Onoda i miłość nie mają ze sobą nic wspólnego. Uśmiechnęła się i powtórzyła swoje pierwsze pytanie: po co w takim razie przyjechałem do tego miasteczka?

Kilka kroków obok nas mocno już pijany Kenji ryczał do mikrofonu jakąś miłosną balladę karaoke. Nikt go nie słuchał. Być może, pomyślałem, w tym należy upatrywać sensu takich barów. Śpiewasz całym sercem, ale nikt nie zwraca na ciebie uwagi, mówisz z głębi serca, nikt cię jednak nie słucha.

Odwzajemniłem spojrzenie hostessy. Powiedziałem, że odwiedzam miejsce, gdzie kiedyś mój ojciec, japoński jeniec wojenny, został zmuszony do niewolniczej pracy.

Podniosła na mnie te swoje rozmarzone oczy w stylu anime i przymknęła powieki. Nie przestając się uśmiechać, zapytała: "Niewolnicza praca... a co to jest?".

13

Uśmiech nie schodził jej z twarzy, zrobił się wymuszony, jak gdyby moją hostessę chwycił skurcz. Zresztą zdawało mi się wtedy, że cały świat wraz ze mną dostał skurczu. Uśmiechnąłem się do tej Japonki, jakbyśmy oboje grali w teatrze kabuki, nie przestawałem się uśmiechać, ona się uśmiechała i ja się uśmiechałem, i trudno było to pomyśleć albo w to uwierzyć, lecz w tym momencie poczułem, jak tego okrutnego, zimnego, mokrego wieczoru przepełnia mnie smutek całego świata: smutek nad przytulającym się do mojej piersi panem Sato, nad moim ojcem, nad uśmiechniętą hostessą o oczach w stylu anime, nad wszystkimi ludźmi w tym zbyt nagrzanym barze i na całym świecie.

Pomyślałem o dziadku Kenjiego, samotnym w swojej prymitywnej górskiej chacie, który nie potrafił znaleźć odpowiednich słów, tak jak ja w tej chwili, by opowiedzieć coś o tamtych czasach. Dziadek Kenjiego żył w otoczeniu duchów. Być może tak jak i ja zaczął się zmieniać w ducha przed swoją śmiercią, bo zamieszkiwał świat, który nic nie wiedział ani nie chciał wiedzieć o tym, co się kiedyś zdarzyło. Gdzieś tam był świat prawdziwy, w którym wciąż żyją ci wszyscy, co odeszli. Ale nie było go tutaj i ta myśl wydała mi się jednocześnie ulgą i koszmarem. Nic, co mówiłem, nie miało zostać usłyszane, i nic, co widziałem, nie miało zostać zobaczone, więc razem, dziadek Kenjiego i ja, ciągle wpatrywaliśmy się w czas, wiedząc tylko tyle, że to, co się zdarzyło, dzieje się zawsze i nigdy się dziać nie przestanie.

Spojrzałem w oczy tej młodej kobiety.

- Nic ważnego - powiedziałem.

Ktoś klepnął mnie w ramię. Kenji. Czy nie chciałbym czegoś zaśpiewać?

14

Można dowodzić, że nauka nieuchronnie zmierzała w kierunku znalezienia sposobu na rozszczepienie jądra atomowego, a w związku z tym w kierunku skonstruowania bomby atomowej i ataku na Hiroszimę. Ale nic nigdy nie jest nieuniknione, a już na pewno w połowie XX wieku nieunikniona nie była budowa bomby atomowej, ponieważ jak zauważył jeden z jej kluczowych teoretyków, duński fizyk Niels Bohr, do jej skonstruowania mogłoby dojść tylko wtedy, gdyby ktoś przekształcił cały kraj w jeden wielki zakład pracujący wyłącznie nad tym zadaniem.

Na konferencji na wysokim szczeblu zwołanej 4 czerwca 1942 roku dawny student Bohra, genialny niemiecki fizyk Werner Heisenberg, opowiadał o bombie nie większej od ananasa, która mogłaby zniszczyć całe miasto. Później jednak, kiedy Albert Speer zaczął zadawać Heisenbergowi pytania, okazało się, że jego odpowiedzi "nie są ani trochę zachęcające. Przygotowania techniczne do produkcji zajęłyby najmniej dwa lata, i to nawet wtedy, gdyby program atomowy uzyskał maksymalne wsparcie władz".

Speer zameldował o tym Hitlerowi.

"Hitler wspominał niekiedy o możliwości wyprodukowania bomby atomowej, chociaż zrozumienie tej koncepcji najwyraźniej przekraczało jego możliwości intelektualne. Nie potrafił także pojąć rewolucyjnego charakteru fizyki jądrowej. Na dwa tysiące dwieście odnotowanych tematów moich narad z Hitlerem - ciągnął Speer na swój wyczerpujący w obu znaczeniach tego słowa sposób - rozszczepienie atomu pojawia się tylko raz i mówi się o nim jedynie bardzo zwięźle. Hitler komentował czasami perspektywy wykorzystania tej technologii, lecz to, co mu przekazywałem o naradach z udziałem fizyków, utwierdzało go w przekonaniu, że z energii nuklearnej nie będzie wiele pożytku".

Gdy Hitler dowiedział się, że Heisenberg nie udzielił Speerowi definitywnej odpowiedzi na pytanie, czy atomową reakcję łańcuchową da się kontrolować, "nie był zachwycony ewentualnością przemiany rządzonej przez niego Ziemi w rozpaloną gwiazdę".

Kiedy Heisenberg opowiadał o możliwości konstruowania bomb atomowych wielkości ananasa, wojna w Rosji przybierała niekorzystny obrót dla nazistów, więc każdy nowy projekt wojskowy musiał być dla nich zapowiedzią niewątpliwych korzyści. Hitler wciąż wierzył, że w 1943 pokona zarówno Związek Sowiecki, jak i Wielką Brytanię, w Rzeszy przyjęto więc zasadę wspierania projektów tylko takiej broni, którą można by wprowadzić na pole bitwy w ciągu półtora roku. Uzyskawszy możliwość skonstruowania bomby atomowej, Niemcy odwróciły się od niej, sądząc, że jej budowa będzie trwała zbyt długo, tym bardziej że rezultatu starań konstruktorów - chodziło przecież o broń o skutecznym działaniu - nikt nie mógł zagwarantować.

Naziści porzucili badania nad bombą atomową, przeznaczyli jednak ograniczone środki na plany budowy "silnika uranowego", znanego później w Stanach Zjednoczonych jako reaktor jądrowy. Tego przedsięwzięcia też nie udało się Niemcom zrealizować. Pod koniec wojny czołowi niemieccy fizycy atomowi zostali jednak schwytani i przewiezieni do dworku pod Cambridge w Anglii, żeby alianci mogli się dowiedzieć, co hitlerowscy uczeni wiedzą, a czego nie. Traktowano ich jak gości, pod każdym względem uprzejmie, nie domyślali się więc, że we wszystkich sypialniach i pokojach założono podsłuchy. Krótko przed kolacją 6 sierpnia 1945 roku poinformowano ich, że bomba atomowa została skonstruowana i że Amerykanie właśnie zrzucili ją na Hiroszimę.

15

Początkowo nazistowscy fizycy nie chcieli uwierzyć, że ci zacofani, wulgarni Amerykanie zdołali osiągnąć coś, co nie udało się cywilizacji niemieckiej. Informację o Hiroszimie potwierdziły jednak liczne źródła, wtedy zaś ich pogarda zmieniła się w złość, a w końcu w coś w rodzaju szlachetnego przerażenia - niepozbawionego egoistycznej hipokryzji - tym, że komuś udało się zbudować broń, której zastosowanie jako ludzie cywilizowani uważali za odrażające i oburzające.

Rozmawiali dalej między sobą: zawodowy afront mieszał się w dyskusji z łagodzącym go moralnym populizmem, próbami dojścia pośród nieistotnych informacji do wniosku, czy budowali bombę w imię swojego macierzystego kraju, czy w imię nazizmu, i czy w ogóle kiedykolwiek serio myśleli o konstrukcji tego rodzaju broni.

Wątpliwości niemieckich uczonych co do całego projektu, własnych umiejętności oraz intencji narastały razem z obawami i zwykłym zakłopotaniem. Czy byliby w stanie zbudować bombę jądrową? Czy by ją zbudowali? Czy naprawdę kiedykolwiek mieli taki zamiar? Czy ich niepowodzenie było jedynie zwykłym niepowodzeniem, czy może rzadko spotykaną formą biernego oporu? Czy było to ich fiasko, czy niewypowiedziane zwycięstwo - a może mimo wszystko za atomową porażkę odpowiadali jednak hitlerowscy przywódcy?

Paul Harteck (chemik fizyczny): Mogłoby nam się udać, gdyby najwyższe władze oświadczyły, że są gotowe w tym celu poświęcić wszystko.

Carl Friedrich von Weizsäcker (fizyk): W tym przypadku nawet naukowcy twierdzili, że zadanie jest niewykonalne.

Erich Bagge (fizyk): To nieprawda. Byliście przecież na konferencji w Berlinie. Wydaje mi się, że właśnie 8 września pytano o to nas wszystkich... Geigera, Bothego i ciebie, Harteck, ty też tam wtedy byłeś, i wszyscy potwierdzili, że trzeba to zrobić natychmiast. Ktoś zauważył: "Pytanie, czy powinno się zrobić coś takiego, pozostaje oczywiście otwarte", na to wstał jednak Bothe, który oświadczył: "Panowie, musimy to zrobić". Następnie podniósł się Geiger: "Musimy, jeżeli istnieje choćby najmniejsza szansa powodzenia". To było 8 września 1939 roku...[3]

16

Być może jedynym krajem, zdolnym w połowie XX wieku do przygotowania i wyprodukowania efektywnej bomby nuklearnej, był jedyny kraj mogący sobie pozwolić na bardzo głębokie przestawienie w tym celu swojej gospodarki, czyli Stany Zjednoczone Ameryki Północnej. W czasie wojny USA pod auspicjami pilnie strzeżonego Projektu Manhattan przeznaczyły znaczną część swoich zasobów - równowartość zasilających w tamtym okresie cały przemysł samochodowy środków w postaci inwestycji, pracy ponad pół miliona robotników i genialnych umysłów tysięcy naukowców - na stworzenie jak gdyby jednej fabryki, mającej przed sobą wyłącznie jeden cel: skonstruować bombę atomową.

"Poszła!", powiedział Thomas Ferebee o ósmej piętnaście rano 6 sierpnia 1945 roku, zwalniając dźwignię wyrzutni trzydzieści jeden tysięcy stóp nad Hiroszimą. Klapy luku bombowego maszyny typu B-29 otworzyły się i bomba atomowa o kryptonimie "Chłopczyk" wypadła z brzucha samolotu, rozpoczynając skomplikowaną sekwencję działania kolejnych kabli i wtyczek elektrycznych, minutników, bezpieczników barometrycznych oraz wysokościomierzy. Czterdzieści trzy sekundy później na wysokości tysiąca dziewięciuset stóp nad ziemią zamknął się ostatni obwód i cztery jedwabne woreczki zawierające po dwa funty kordytu zostały zdetonowane mikroskopijnym wybuchem, który zainicjował największą sztucznie wywołaną eksplozję w dziejach ludzkości. Po chwili te cztery woreczki zmieniły się już jedynie w parę i energię wraz z sześćdziesięcioma tysiącami Japończyków, którzy wzbijali się razem z nimi do nieba.

Takie jest życie.

17

Piszę o sześćdziesięciu tysiącach istnień ludzkich, bo na początku podawano taką liczbę zabitych. Nikt jednak nie wie na pewno, ilu dokładnie ludzi zginęło w momencie wybuchu i później, w wyniku obrażeń i choroby popromiennej. Każdy, kto próbował obliczyć liczbę zabitych w Hiroszimie, opatrywał szacunki komentarzem, że jest to niemożliwe. Obok wspomnianych sześćdziesięciu tysięcy mówi się oficjalnie także o osiemdziesięciu tysiącach, inne źródła podają liczbę stu czterdziestu tysięcy, lecz wszystkie te trzy autorytatywne wyliczenia obarczone są poważnymi zastrzeżeniami, więc szczerze mówiąc, nikt nie wie, jak było naprawdę. Nie ma też powszechnej zgody co do tego, dlaczego skończyła się wojna. I nie ma zgody co do tego, dlaczego wybuchła. Nie ma zgody w tych kwestiach, nikt tutaj nic nie wie, a wszystko, co da się na ten temat powiedzieć z całkowitą pewnością, wygląda tak, że w ulatującej ku niebu czystej energii i mgiełce unicestwionych kawałków bomby znajdowały się też szczątki zwierząt, budynków, znaków drogowych, wozów, samochodów, tramwajów, wielu - choć nie wiadomo ilu - zabitych ludzi oraz mnóstwa przedmiotów codziennego użytku, a przede wszystkim cztery jedwabne woreczki na kordyt.

Po tamtym dniu w Hiroszimie pozostały wyłącznie znaki zapytania.

Czy więcej zabitych jutro usprawiedliwia mniej zabitych dziś? Udajemy, że mamy odpowiedzi na takie pytania. Udajemy, że wiemy. Udajemy, że na wojnie używa się moralnego rachunku różniczkowego. Udajemy w bardzo wielu sprawach. Na wojnie nie jest jednak możliwa nawet prosta arytmetyka. Ostatnio staliśmy się więźniami koncepcji, że nasze życie jest nieskończenie wymierne, że wszystkie ludzkie pragnienia, cierpienia, śmiech, cała nienawiść i cała miłość dadzą się zredukować do jednego współczesnego słowa: miara. Inaczej mówiąc, że na wszystko istnieje jakaś odpowiedź, którą można wyrazić za pomocą liczb.

Nieuchwytność tych niezliczonych anonimowych ludzi, którzy zginęli owego błękitnego poranka, opiera się jednak obliczeniom i drwi z wszelkich pomiarów. Ofiary Hiroszimy istnieją poza liczbami. Antoni Czechow uważał, że rolą literatury nie jest dostarczanie odpowiedzi, lecz stawianie niezbędnych pytań. Jedno z jego najwcześniejszych opowiadań stanowi parodię zadawanych uczniom na lekcjach ćwiczeń arytmetycznych, a zawarte w nim pytanie numer siedem jest jej typowym przykładem[4]:

W środę 17 czerwca 1881 roku pociąg musiał opuścić stację A o trzeciej w nocy, by dotrzeć na stację B o jedenastej wieczorem; jednak kiedy skład miał już odjechać, przyszło polecenie, że musi dotrzeć na miejsce o siódmej wieczorem. Kto jest bardziej wytrwały w miłości, mężczyzna czy kobieta?

Kto?

Ty, ja, mieszkaniec Hiroszimy czy pracujący niewolniczo jeniec wojenny? I dlaczego czynimy sobie nawzajem to, co czynimy?

To jest pytanie siódme.

18

Kto jest bardziej wytrwały w miłości?

Chociaż powstało dla zarobku na samym początku kariery literackiej Czechowa, pytanie siódme jest pod wieloma względami modelowym dla tego pisarza utworem, mieszczącym się w zaledwie dwóch zdaniach złożonych. Jak wiele opowiadań autora Wujaszka Wani, pytanie siódme mówi o tym, że świat, z którego, jak nam się wydaje, ekstrapolujemy znaczenie i cel, nie jest prawdziwy. Jest to świat zarówno powierzchniowy, jak i powierzchowny, zastygły świat pozorów, pod którym niczym dzika rzeka, mogąca w każdej chwili nas zatopić, wzbiera całkowicie inna rzeczywistość. Kobieta lekceważona przy kolacji, zdradzona tancerka rewiowa, mężczyzna łudzący się, że jest szczęśliwszy na wsi, kobieciarz udający przed samym sobą, że się nie zakochuje, pogrążony w rozpaczy dorożkarz, który opowiada każdemu pasażerowi, choć żaden go nie słucha, o śmierci swojego syna i który w końcu przekonuje się, że interesuje się nim wyłącznie jego koń - mamy w tych opowieściach mnóstwo zafałszowań, a pod nimi dopiero w ostatnich akapitach, czasami nawet wręcz w ostatnim zdaniu, znajdujemy prawdę o bohaterach, za ich pośrednictwem zaś o życiu w ogóle.

Szlachetność i moralność zostają zdarte z wierzchu i odsłaniają okrucieństwo oraz niegodziwość, które następnie też zostają zdarte, aby z kolei odsłonić życzliwość i dobroć. I tak jak w życiu, czujemy się tą sceną wstrząśnięci i poruszeni. Jest w Czechowie coś świętokradczego, jest coś wstrząsającego w jego łagodnych, bezpretensjonalnych opowieściach, pozornie tak zwyczajnych, a ostatecznie wymykających się logice swojego świata - one zawsze nas zdumiewają, ujawniając inny świat, w którym dopiero rozpoznajemy świat rzeczywisty: ten, w którym żyjemy.

Kto jest bardziej wytrwały w miłości? Geniusz Czechowa polegał na tym, że ten rosyjski pisarz nigdy nie ośmielał się udzielać odpowiedzi. O Annie Kareninie Tołstoja powiedział tylko, że stawia poprawne pytania. Każdy prowadzi życie publiczne i prywatne, ale zarówno za tym pierwszym, jak i drugim kryje się zdumiewające nas trzecie, tajemne życie. Być może odpowiedzieć na Hiroszimę można, jedynie zadając pytanie siódme. Wprawdzie jest to pytanie, na które nie znajdziemy odpowiedzi, musimy je wszelako ciągle stawiać, chociażby po to, aby zrozumieć, że życie nie jest binarne i nie da się sprowadzić do żadnego żargonu ani kodu, ponieważ jest tajemnicą, którą co najwyżej przeczuwamy. W opowiadaniach Czechowa na idiotów niezmiennie wychodzą ci, którzy znają wszystkie odpowiedzi.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

[1] Zbudowane przez Brytyjczyków więzienie i obóz we wschodnim Singapurze, które Japończycy w czasie II wojny światowej wykorzystywali jako obóz jeniecki (jeśli nie oznaczono inaczej, przypisy pochodzą od tłumacza).

[2] Yuki Kitazawa, Matthew Allen, A Story That Won't Fade Away. Compulsory Mass Suicide in the Battle of Okinawa, "Asia-Pacific Journal", vol. 5, Issue 7, 12.07.2007; zob. też Haruko Taya Cook, Theodore F. Cook, Japan at War. An Oral History, New York 1992, s. 354-372 (przyp. aut.).

[3] Jeremy Bernstein, The Farm Hall Transcripts. The German Scientists and the Bomb, "New York Review of Books", 13.08.1992 (przyp. aut.).

[4] Chodzi zapewne o nieprzetłumaczoną dotąd na język polski króciutką humoreskę Zadaczi sumasszedszewo matiematika [Zadania szalonego matematyka] z 1882 roku.