ADHD FM: Tonę
PLAYLISTA: Maanam, Szare miraże
TW: samookaleczenia, przemoc
Masz takie miejsca, do których wracasz w snach? Mnie często śni się plac zabaw, gdzie po raz pierwszy się huśtałam. I gabinety terapeutów, do których chodziłam.
Kolejny raz siedzę w gabinecie, który ma być przyjazny, więc wszystko jest zielone: zasłony, ściany, dywan, fotele, a ja z zimna mogłabym zagrać zębami hymn Legii. Wolę myśleć, że to otoczenie, a nie poczucie winy, sprawia, że serce próbuje wyskoczyć mi z piersi i wybiec z piskiem na korytarz, machając rękoma. W końcu kolejny raz idę się przyznać, że źle wybrałam, a ponieważ jestem konsekwentna, doprowadziłam się pod ścianę i nie mogę namacać w niej żadnej dziury, którą można czmychnąć. Wyznaję zatem, że się boję, że świat jest dla mnie wrogi, że w pracy od lat znoszę mobbing, a teraz - chociaż kolejny raz zbudowałam dom - nie czuję się w nim bezpieczna. Czuję, że w domu i pracy wszystko jest na mojej głowie, do tego nie rozumiem motywacji i zachowań znajomych. Nie mam już strefy bezpieczeństwa. Jest pandemia, a wraz z nią alkohol, który sprawia, że moim bliskim miesza się w głowach, a ja znów się boję, tak jak wtedy, gdy miałam osiem lat i usłyszałam, że dzieciństwo już się skończyło.
Miałam dobre dzieciństwo. Miałam złe dzieciństwo. Nawet krótkie zdania nie przedstawiają prawdy. Mój tata - nigdy nie umiałam powiedzieć na niego ojciec, bo to niegrzeczne - głównie milczał. Długo. A później odpalał się jak pershing, ale kochał mnie. Mama też. Dostawałam wiele czułości. Szukam początku i próbuję zrozumieć, dlaczego wchodzę w relacje, które są dla mnie zagrożeniem. "To egoizm tak wszystkich ratować", rzuciła mi przyjaciółka z siedemdziesięcioletnim doświadczeniem w przyglądaniu się światu. Ją też, ku współczuciu rodziców, nazywano żywym dzieckiem. Jakby preferowano martwe.
Siedzę w gabinecie. Zimno jak diabli. Nie patrzę na terapeutkę, chociaż ma dobre oczy. Jest piękna, miła i cała na niebiesko, a ja tonę. Wracam, zaczynam mówić. Przychodzę regularnie, częściej online, bo mniej boli. Jest jeden minus - nie chce mi zdradzić, jak mam żyć i jak sobie radzić z tu i teraz. Nie ustawia mi mebli w moim wymarzonym domu, ale pyta, a później z uśmiechem zaprasza na kolejne spotkanie. Za tydzień, o trzynastej.
W zielonym pokoju dowiaduję się, że wiele zapomniałam, a przecież pamiętam. Pamiętam, jak fascynował mnie proces gojenia, kiedy ze szczeliny przestaje sączyć się płyn, gdy pokrywa się ona błonką, która mówi "do wesela się zagoi". Może dlatego nigdy nie chciałam go mieć. Chciałam widzieć rany, bo były jak odznaczenia wojenne. Czuję lęk, odkąd pamiętam. Chodzi za mną, nadeptuje na zapiętki, chucha w kark. Na dźwięk krzyku robi się ciemno przed oczami i znów mam dziesięć lat. Klęczę i widzę śliwkową twarz mojej mamy. Nigdy jej nie zapomnę. Wraca do mnie w snach, tak jak inne historie, które jedynie usłyszałam.
Zimne zielone pomieszczenie w kamienicy na Mokotowie. Niebieska ma dla mnie wiele współczucia, płaczę, jakby mnie pierwszy raz w życiu ktoś przytulił, a przecież nie brakowało mi miłości. Już od dziesięciu lat jestem w terapii, przepracowałam i usunęłam wspomnienia prawie tak dobrze jak dziadek, który na łożu śmierci wyznał córkom, że nigdy nie podniósł na nie ręki. Jednak wystarczy podniesiony głos, abym znów była małą dziewczynką, która płacze tak bardzo, że aż zasypia z wyczerpania.
Tę małą mam teraz spotykać regularnie - mówi mi Niebieska - siadać obok niej na kanapie z ekologicznej skóry, do której latem przyklejały się uda. Będziemy spotykać się w pokoju z czarną tapetą w złote łzy, przy drzwiach jak harmonijka, które nigdy nie były domknięte, by w szczelinie między nimi a futryną mogło pojawiać się oko mojej mamy.
Nie były to przyjemne spotkania. Siadałam obok tej dziewczynki z piegami i przedziałkiem na środku głowy, wspominałam tłumienie złości i najmocniejsze przekleństwa cedzone pod nosem: "stara baba, czarownica". Uczyłam się, jak mogę oswoić to dzikie dziecko, którym byłam, przytulić je i powiedzieć, że to nie jego wina, że znów coś zbiło, zepsuło, więc za karę ma teraz przemyśleć swoje zachowanie.
W tym zimnym gabinecie dzięki opowieściom przenoszę się do szaf, w których się chowałam, do kokonów z kołder, do pustych i ciemnych miejsc, w których było cicho i bezpiecznie. I wpadam znów w ten wstyd wypowiadany nie moimi ustami, że nie mam powodu, by tak się czuć, bo dzieci w Afryce, bo bieda, bo wojna, bo szpitale, bo sieroty, bo HIV, bo jedynki z matematyki, których nie miałam.
W zielonym pokoju dowiedziałam się, że mam PTSD, ale to slogan, bo jaką ja mogę mieć traumę, skoro tata nosił mnie na rękach, a mama spędzała ze mną czas, szyłyśmy razem lalki, uczyłyśmy się wierszy na pamięć i do dziś słyszę, że jestem kochana. Moja mama może mieć PTSD, ale nie ja. Miałam szczęśliwe dzieciństwo. Nie biorę udziału w konkursie "kto ma gorzej". To tylko depresja, która powraca jak natrętna mucha i krąży nad głową. Najbardziej lubi chwile sukcesów, gdy mogę powiedzieć, że jestem z siebie dumna, bo pokonałam ciało, lęki, jestem jak Terminator i rozwalę każdą swoją słabość, która stanie mi na drodze do udowodnienia sobie, że jestem czegoś warta. Tak jak wtedy, gdy jako dziecko musiałam nauczyć się upadać, by rany na kolanach mogły się w końcu zagoić, tak i teraz nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. Nie mam PTSD.
Nie wiem już właściwie, jaki był powód wizyty, bo w życiu się ułożyło, w domu zaczynam czuć spokój, w końcu zbudowałam go sobie sama - za nauczycielską pensję, za mycie podłóg w warszawskich barach, za wyprowadzanie cudzych psów, za sprzątanie kuwet, za sprzedawanie na OLX, za tworzenie nagrobnych porcelanek (zapraszam po rekonstrukcję portretów twojej prababki, tanio), robienie zdjęć na weselach, chociaż ich nie cierpię. Sama! Za filologię polską - ze wstydem niedokończenia doktoratu z powodu tej mendy depresji i biedy, do której nikomu nie chciałam się przyznać. Za psychologię zwierząt, pedagogikę specjalną, zarządzanie oświatą, wszystkie kursy, które nieustannie robię i kończę z piątkami. Tak. Jestem dobrą dziewczyną, grzeczną i mądrą, prowadzę firmę, mam bliskich sobie ludzi, wspaniałe osoby współpracownicze, tworzę bezpieczny azyl dla swojej głowy, a przede wszystkim dałam radę - sama. Dajcie mi order z ziemniaka. Nie mam PTSD.
Pędzę tak w myślach, odwiedzam odległe galaktyki i wtedy ta niebieska syrenka w zielonym pokoju mówi mi, że obraz jest podobny do PTSD, ale powinnam iść do psychiatry jeszcze po diagnozę ADHD, bo trzeba się upewnić. A ja tonę w tej komedii, bo los poetycko ze mnie kpi. "Co za śmieszne literki! Jak komuś powiem, to mnie wyśmieje, że sobie wymyśliłam, bo chcę być modna". "Kolejne obok AHAB, LGBTQIA, ASD, SB, OB, EB". "Jak powiem o tym w domu, to mi nie uwierzą". "Czy jako nauczycielka mogę mieć ADHD? Kto mi powierzy dzieci? Przecież takie osoby nie wzbudzają zaufania, a ja żyję z kalendarzem. Jestem zadaniowcem i pracoholiczką, nie mam problemów finansowych, kończę wszystkie kierunki studiów. Mam pracę, dom, trzy psy, firmę, a w szkole dostawałam zawsze świadectwo z paskiem".
Poprzednie terapie doprowadziły mnie do wniosków, że byłam zbyt dorosłym dzieckiem, które musiało dźwigać problemy rodziców. Oni z kolei byli zbyt młodzi, by wiedzieć to wszystko. Stąd moje problemy - nadmierne poświęcanie się i przepracowanie, a wraz z nimi depresja. Kończyłam kolejne terapie. Było miło, ale nadal wpadałam w te same stany. Depresyjne perpetuum mobile.
Znów sobie nie radziłam i uznałam, że tym razem pójdę na terapię do kobiety. Ma być miła i mnie wysłuchać, nie chcę już herszta, który będzie dla mnie oschły. Znalazłam Niebieską w internecie. Odpisała mi o trzeciej w nocy. Od razu poczułam, że to będzie mój człowiek. Poszłam i nauczyłam się pływać. Dzięki, Syreno!
Adehade. Trzynaście miesięcy oswajałam się z tymi literami, czytałam, obracałam je w myślach. Znów przeszłam żałobę po niespełnionych oczekiwaniach. Na nowo opowiedziałam swoją relację z rodzicami, zmieniłam pracę, zerwałam dziwne relacje, wychodziłam z roli mesjasza. W końcu zgłosiłam się na badanie diagnostyczne. Nie było wątpliwości. ADHD.
Nie jestem zepsuta! Okazało się, że to po prostu życie neuroatypowej osoby w neurotypowym świecie. To nie wina moich rodziców - oni też nie pasowali. Godziny terapii, przepłakane dni i noce, mnóstwo pieniędzy i leków, a nikt mi nie powiedział, że to ADHD.
Z radością przyszło też "gdyby". Gdybym wcześniej wiedziała, nie zapisywałabym się na kolejny kurs. Gdybym wiedziała, nie pracowałabym tak długo, chodziłabym spać, wchodziła w inne relacje. Gdybym.
Miałam trzydzieści trzy lata i narodziłam się jako adehadówka. Wtedy pierwszy raz popłakałam się ze współczucia dla samej siebie i wdzięczności, że udało mi się sobą zaopiekować.
A to jest podróż do mojej głowy.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI