Ani science, ani fiction
Przez długie lata książki z gatunku science fiction znajdowały swoje miejsce w obszarze zwanym czasem "literackim gettem". Historie o cudach techniki podobne do tego, o czym pisał niegdyś Juliusz Verne, opowieści o robotach, rakietach, podróżach międzyplanetarnych i BEM-ach (BEM - Bug Eyed Monster, czyli potwór o wyłupiastych oczach) z kosmosu, wszystko to nie miało wielkiej artystycznej finezji i klasy literackiej.
Były to szczególnego rodzaju bajki, w najlepszym przypadku opowieści przygodowe, tyle że umiejscowione w innym czasie niż teraźniejszość. Czytali je z wypiekami na twarzy zarówno nastolatkowie, jak i dorośli szukający ekscytującej, ale prostej rozrywki, mniej więcej na poziomie tak popularnych na Zachodzie komiksów. Do Polski tego typu literatura trafiała sporadycznie. Pewnym plusem było to, że wobec wszelakich ograniczeń ideologicznych i technicznych (dostępność papieru) redaktorzy starali się dostarczać polskim czytelnikom coś w rodzaju cr?me de la cr?me, czyli wybór rzeczy najlepszych.
Jednak zgodnie z zasadą, że jedyną pewną rzeczą we wszechświecie jest zmiana, zmiany stopniowo zauważano też w jakości opowiadań i powieści science fiction. Krytycy zaczęli z wolna dostrzegać wartość prac nowych pisarzy. Z lekceważonej dotychczas sfery literatury popularnej zaczęły przenikać do świadomości poważnych czytelników nazwiska coraz ciekawszych autorów, głównie anglojęzycznych, w większości amerykańskich.
Wśród nich bardzo ważną pozycję szybko zajął pisarz niezwykły Philip K. Dick. Tu wypada złożyć hołd wspaniałemu Stanisławowi Lemowi, który nie tylko sam był nieszablonowym klasykiem gatunku, ale też propagował najlepsze, wybrane tytuły. I to właśnie w niestety zbyt krótkiej serii książek pod hasłem "Stanisław Lem poleca" ukazała się fascynująca powieść Philipa K. Dicka Ubik.
Analizując ważniejsze powieści Dicka, jak choćby Czy androidy śnią o elektrycznych owcach (później znaną jako Blade Runner), Człowiek z Wysokiego Zamku czy wreszcie Płyńcie łzy moje, rzekł policjant, nie unikniemy narzucającego się natychmiast terminu "dystopia", czyli zapowiedzi bardzo niesielankowej, czarnej wizji przyszłości.
Autor w wielu swoich książkach stosuje podobny zabieg polegający na umieszczaniu akcji w realiach ziemskich. Oczywiście nieco je modyfikuje, ale nie ucieka się do efektownych spotkań z wrogimi bądź przyjaznymi kosmitami, nie wymyśla fantastycznych wynalazków szalonych naukowców, tylko cały czas znajduje się najwyżej pół kroku od świata realnego. Pół kroku w przypadku Człowieka z Wysokiego Zamku to wielkie niedopowiedzenie, ponieważ mamy tam do czynienia z rzeczywistością alternatywną opisującą sytuację po drugiej wojnie światowej wygranej przez Niemcy i Japonię. Ale to nadal nasza stara Ziemia, tylko z innym kierownictwem.
Podobny zabieg zbytniego nieodstępowania od ziemskiej rzeczywistości znajdujemy w Radiu Wolne Albemuth. Nie dajmy się jednak zwieść tytułowi. To nie jest historia prawdziwej czy fikcyjnej stacji radiowej. W gruncie rzeczy radia jako takiego jest w tej książce niewiele. Mimo to pełni ono ważną rolę. Tyle że, jak to często u tego autora bywa, tytuł jest niezbyt ściśle związany z treścią.
Dick buduje tę opowieść na kilku płaszczyznach. Mamy tu intrygujący wątek mistyczny ze specyficzną interpretacją siły wyższej, czyli boga. Nie jest to jednak bóg stwórca czy bóg sędzia, raczej bóg opiekun i przyjaciel. To istota, a może zbiorowość pozaziemska, starająca się dopomóc ludzkości w pokonaniu jej własnych wewnętrznych wrogów.
Pisarz, nawet sugerując jakąś formę kontaktu z "obcymi", szkicuje to niezwykle delikatnie, bez dosłowności i komiksowego efekciarstwa. Ta zewnętrzna siła nie jest jednak ani wszechmocna, ani nieśmiertelna. Może zostać pokonana przez złe moce drzemiące w nas samych, co nadaje narracji niezbyt optymistyczny rys. Tym bardziej że ziemskie społeczeństwo, które prezentuje autor, w zasadzie niczym się nie różni od naszego współczesnego. Obraz świata ma wszelkie cechy naszej cywilizacji. Chwilami trudno się zorientować, kiedy w powieści przekroczona zostaje granica między prawdą a fikcją.
Akcja toczy się w Kalifornii w drugiej połowie XX wieku. Wspominane są realne postaci, jak choćby John F. Kennedy, ale prezydentem Stanów jest stworzony przez Dicka polityk, Ferris F. Fremont (inicjały prezydenta nie są przypadkowe, f to szósta litera alfabetu, a trzy szóstki - wiadomo).
Rządy Fremonta cechują paranoja i obsesyjne tropienie wrogów wewnętrznych i zewnętrznych. W takiej rzeczywistości funkcjonują bohaterowie powieści, których losy stanowią drugą, obok tej mistycznej, warstwę, czyli wątek sensacyjny w stylu political fiction.
W trakcie lektury prędko dochodzimy do wniosku, że choć książka powstawała ponad pół wieku temu, to umiejętność przewidywania biegu pewnych wydarzeń jest u Dicka zastraszająco precyzyjna. Opis życia w państwie totalitarnym nie wziął się u pisarza znikąd. Doświadczenia społeczeństwa poddawanego inwigilacji i kontroli nadgorliwych polityków oraz komisji tropiących wszelkie oznaki sympatii lewicowych czy komunistycznych były ponurą rzeczywistością Amerykanów lat powojennych.
Pisarz nie poprzestaje jednak na opisie stanu rzeczy. Robi następny krok - próbuje zdiagnozować przyczyny. I tu z coraz większym niepokojem widzimy jak na dłoni mechanizmy działające teraz w Polsce i w świecie XXI wieku.
Zacznijmy od charakterystyki prezydenta Fremonta. To pierwowzór wielu dzisiejszych populistycznych przywódców. Miernota podszyta tchórzem, próbująca za wszelką cenę stworzyć wokół siebie barierę złożoną z podobnych miernot, jedynie w bezwzględnym posłuszeństwie widzących dla siebie szansę na wygodne i dostatnie życie.
Chory na władzę, świadomy swoich braków człowiek, nie odnajdując ewidentnych dowodów spisku przeciwko sobie, zaczyna poszukiwać wymyślonych na potrzeby propagandy różnorakich wrogów zrzeszonych w tajnych organizacjach. Absolutnym paradoksem przydającym grozy opisywanemu światu jest tajemnica Fremonta. Jak się dowiadujemy, jego obsesja tropienia komunistów i wrogów przykrywa tragiczną prawdę. Uwaga, w kolejnym zdaniu mały spoiler! Sam Fremont jako młody człowiek został zwerbowany przez infiltrowane przez Moskwę środowisko.
W pewnym momencie czytelnik zaczyna się gubić w rozszyfrowywaniu przyczyn i skutków. Zdrajca własnego kraju zostaje jego przywódcą i śledzi, podsłuchuje, aresztuje i wreszcie morduje tych, którzy w jego chorym umyśle jawią się zbyt inteligentni i niezależni.
Metody, którymi posługują się służby Ferrisa Fremonta, wydają się upiorne i diaboliczne, toteż naiwny czytelnik może z ulgą skonstatować: "Jakie to szczęście, że mam do czynienia z fikcją, u nas to raczej niemożliwe". Tymczasem metody te nie tylko są możliwe, ale naprawdę wdrażane współcześnie w wielu krajach.
Dla sprawnych służb nie stanowi żadnej trudności podsłuchiwanie, nagrywanie, a wreszcie manipulacja pozyskanym materiałem. Pisarz doskonale przewidział współczesne techniki inwigilacji oraz fabrykowania dowodów. Następnym krokiem zaś jest to, co dziś powszechnie nazywamy hakami. Mając odpowiednią dokumentację świadczącą o nieprawomyślności jednostki, można ją zmusić do wszelkich podłości i zagrozić nie tylko jej osobistej wolności, ale też życiu i zdrowiu najbliższych.
Tylko najtwardsi i zdeterminowani mogą podjąć próbę stawienia oporu. Muszą się jednak liczyć ze zmasowanym atakiem wszelkich mediów, które nie cofną się przed niczym, by przedstawić publiczności jak najczarniejszy obraz wybranej ofiary.
Choć u Dicka głównym wrogiem totalitarnej Ameryki jest Rosja, to uważny czytelnik odkryje inną, bardziej przerażającą prawdę. Konflikt amerykańsko-rosyjski to tylko jeszcze jeden chwyt propagandowy uzgodniony w najbardziej tajnych gabinetach, a w istocie te rzekomo wrogie mocarstwa doskonale się dogadują i współpracują w celu zniewolenia obywateli.
Sytuacja Amerykanów pod rządami prezydenta Fremonta wydaje się beznadziejna. Przy tak dogłębnej infiltracji przez agentów rządowych jakakolwiek próba sprzeciwu ma minimalne szanse. Do tego dochodzi wszechobecny brak wzajemnego zaufania. Przecież każda osoba z najbliższego otoczenia może być zmuszona szantażem do współpracy z władzami.
Pomimo tak poważnych zagrożeń i trudności powstaje wielce przebiegły i skomplikowany plan podjęcia walki z władzą skorumpowanych miernot. Niemałą, choć pośrednią rolę odgrywa tu pewna firma płytowa i tytułowe radio. Zdradzanie szczegółów tej akcji byłoby jednak nie fair wobec czytelników, więc wyjaśnień należy samodzielnie szukać w książce.
Warto natomiast zastanowić się nad kwestią wykorzystywania mediów nie tylko jako przekaźnika treści informacyjnych i rozrywkowych. W czasach, gdy Philip K. Dick pisał Radio Wolne Albemuth, nie było jeszcze Internetu, toteż docenianą przez autora siłę przekazu ówczesnych mediów w kontekście dzisiejszych realiów należy odpowiednio zwielokrotnić.
W powszechnym rozumieniu dzisiejszego konsumenta media służą nie tylko jako źródła rozrywki i informacji, ale także jako nośniki reklamy. Często myślimy sobie: "Mnie reklamy nie nabiorą, mam swój rozum". Owszem, drogi konsumencie, rozum bardzo się przydaje, ale nie zapominajmy o podświadomości. Możemy sobie bez końca racjonalnie tłumaczyć, że zachwalany produkt jest chwalony ponad miarę, upudrowany, zaczarowany pięknymi hasłami wspomaganymi muzyką, głosem i nie wiadomo czym jeszcze, ale nasza linia obrony jest w rzeczywistości cieniutka. Co z tego, że "demaskujemy" tak pięknie wystylizowane opakowanie?
Sprawcom tego ataku na nasze zmysły mniej zależy na tym, by nam się podobało, a dużo bardziej na tym, aby nam się zapamiętało. Aby wbiło się w naszą podświadomość i w momencie podejmowania decyzji podpowiedziało cichutko, że to nam coś przypomina, jest fajniejsze od tego drugiego, które mniej się kojarzy. Pracują nad tym najtęższe głowy w różnych instytucjach, bo umiejętność sprawnego manipulowania naszą percepcją to klucz do rządzenia ludźmi. Klucz o wiele bardziej niebezpieczny, gdy jest wykorzystywany dalej i szerzej niż tylko w reklamie. Z mojego doświadczenia radiowego bezdyskusyjnie wynika, że marna piosenka nadawana z odpowiednią częstotliwością ma wielkie szanse stać się przebojem, i nie chodzi tu wyłącznie o satysfakcję artysty czy twórcy utworu, ale o rozkręcenie biznesu i wprowadzenie go na kolejny etap. Przebój to przecież nie tylko sprzedaż plików muzycznych czy płyt, ale zapewnienie sobie oglądalności transmitowanych koncertów i kompletu widzów na tychże. A nie wspominam tu o peryferyjnych korzyściach typu gadżety, plakaty, koszulki, laleczki i wszystko, co generuje dodatkowy zysk. Można by tu powiedzieć "trudno", to tylko marketing i kiepska piosenka nie zrobi światu krzywdy.
Warto jednak pamiętać, że te same i jeszcze bardziej wyrafinowane metody manipulacji stosowane są w propagandzie politycznej. Nie musimy daleko sięgać, by zorientować się, jak przykrawana pod potrzeby danego ugrupowania jest informacja radiowa czy telewizyjna. Jeśli w kraju istnieje choćby ślad wolnych mediów, to zestawienie treści prezentowanych przez różne opcje wygląda jak relacjonowanie wydarzeń w dwóch różnych państwach, jeśli nie światach.
Nawet jeżeli, udając obiektywność, dana stacja pokazuje na przykład spotkanie polityka X z ludnością miejscowości Y, to wnikliwy obserwator, porównując relacje prezentowane przez jedną i drugą stronę, zorientuje się, że w jednym z reportaży bohater spotkania jest pokazany w niekorzystnym świetle, wyeksponowano każdy niekorzystny szczegół, a w materiale drugiej strony pan X jest dużo przystojniejszy i wyraźniej mówi. Z kolei uczestnicy spotkania (oczywiście ci sami) w jednej relacji są spędzoną trochę na siłę garstką, a w drugiej entuzjastycznym tłumem. To tylko mały przykład, choć wciąż jeszcze dający szansę zapoznania się z różnymi punktami widzenia. Może jednak być gorzej.
Nietrudno wyobrazić sobie, jak głębokie szkody w umysłach ludzi powoduje zmonopolizowanie mediów. Bębniące ze wszystkich stron w tym samym rytmie te same przekazy odbierają nam stopniowo zdolność niezależnego myślenia, a przynajmniej ogromnie ją ograniczają. Jakby tego było mało, z uwagi na specyfikę Internetu po świecie rozlała się plaga fake newsów. Te często absurdalne i cynicznie wymyślane przez wyspecjalizowane ośrodki kłamstwa padają na podatny grunt w zadziwiająco dużym odsetku społeczeństwa. Przekazywane dalej "łańcuszkiem bzdur" na kolejnych odbiorcach mogą robić wrażenie "chyba prawdziwych", skoro natrafiamy na nie w tak wielu źródłach. Nie dziwmy się więc wysokiemu odsetkowi obywateli świata, którzy nie mają wątpliwości, że Ziemia jest w istocie płaskim dyskiem. Śmieszne? Oj, nie bardzo. Raczej straszne. Pseudoteorie, fabrykowane zręcznie dokumenty pisane bądź filmowe, sugestywni mówcy, to wszystko może doprowadzić do totalnego ubezwłasnowolnienia ludzi, którzy w tym zamęcie informacyjnym dawno już utracili wiarygodny kompas. Gotowi są uwierzyć, że stanowią rasę zbałamuconą przez wrogich Ziemianom kosmitów albo reptilian.
Początki takiego metodycznego zniewalania umysłów ludzi sięgają o wiele dalej w przeszłość niż wizja Philipa K. Dicka. Czyż nie były taką właśnie manipulacją sytuacje, w których garstka mądrzejszych Egipcjan straszyła maluczkich zaćmieniami Słońca? Ten mechanizm funkcjonuje od zarania naszych dziejów i wydaje się, że jedynym remedium pozwalającym obronić się przed zakusami źle nam życzących jest wiedza.
Nieprzypadkowo różnego kalibru dyktatorzy marzący o władzy absolutnej i najlepiej dożywotniej zabierają się przede wszystkim do wyniszczania i marginalizowania inteligencji. Tam, gdzie się da, dodatkowo podejmują próby skorumpowania tych sprawniej myślących (przypominam - haki), aby w razie potrzeby konstruowali modele przyoblekające ich w owczą skórę.
Brutalne postępowanie aparatu władzy opisanego w Radiu Wolnym Albemuth to pewnego rodzaju ekstremum. Zrozumiałe, że Dick chciał poprzez taką wyrazistość zasygnalizować ogromne niebezpieczeństwo, jakie stanowi władza niepoddana żadnej kontroli. Na gruncie rodzimym po odzyskaniu niepodległości wszyscy poczuliśmy w płucach ten swobodny oddech, o którym marzyliśmy od dziesięcioleci. Tak się jednak dzieje, że pewne rzeczy nie są zagwarantowane i dane na zawsze.
Opisywana przeze mnie powyżej propagandowa działalność takich ośrodków, jak telewizja czy radio, to nie tylko teoria, ale i praktyka. Całkowite zmonopolizowanie tzw. telewizji publicznej przez jedną opcję polityczną, a także podobne próby pełnego kontrolowania Polskiego Radia, zostały nieomylnie wychwycone przez widzów i słuchaczy. Jedni zaczęli szukać alternatywnych źródeł informacji, inni pogodzili się z lukrowanym państwowym przekazem i żyją w szczęśliwej, sztucznej bańce, niczym się nieróżniącej od entuzjastycznej apoteozy komunistycznych rządów sprzed lat.
Przez pewien czas wydawało się, że władza zaspokoi swój apetyt podporządkowaniem sobie telewizji, a radio jako bardziej intymne choćby częściowo zostanie pozostawione w spokoju. Znalazły się jednak osoby wciąż nienasycone, którym nie podobała się względna swoboda Programu Trzeciego. Krok po kroku, w miękkich kapciuszkach i aksamitnych rękawiczkach, wkroczyła na początku dyskretna ingerencja w kolejność podawanych informacji, odsetek i poglądy zapraszanych gości, delikatna korekta niektórych treści. Zachęcana efektami centrala stopniowo rezygnowała z kapci i rękawiczek i postanowiła zacząć walić na odlew. Fałszywe oskarżenia, tajemnicze odsunięcia od mikrofonu, roszady bez racjonalnych powodów i... bum. Niespodziewanie, mimo szacunku dla Trójkowej legendy i dumy, że się jest jej reprezentantem, najistotniejsza grupa radiowców z Myśliwieckiej powiedziała "wystarczy" i odeszła. Tak zwana słuchalność spadła na dno. Można więc odtrąbić sukces. Wróg został upokorzony i pokonany. Jak będzie trzeba, rozejrzymy się za nowym. Tylko skąd go wziąć po takich gruntownych porządkach?
Tu przypomina się niegdyś groteskowa, a dziś mająca niezwykle groźny wydźwięk anegdota o Franciszku Fiszerze:
Fiszer: Nie będzie porządku w Polsce, jeśli się nie rozstrzela 750 tysięcy szubrawców.
Na to ktoś zauważa sceptycznie: Myślisz, że jest aż 750 tysięcy szubrawców?
Fiszer: Nieważne. W razie czego dobierzemy z uczciwych.
Oby się nie sprawdziło...
Wojciech Mann
Warszawa, maj 2022