ROZDZIAŁ 1 w którym zastanawiam się, po co mi ten
cały wrzątek
Nie jestem sławny. To raczej
popularność wynikająca z tego, co robię. Może też wiąże się
ona z muzyką, którą lubię i którą dzielę się na antenie. Niby
jestem osobą publiczną i rozpoznawalną, ale uciekam od tego,
jak tylko mogę. Nigdy nie przypuszczałem, że stanę się kimś
znanym. Myślałem, że będę cichym, spokojnym, schowanym w studiu
radiowym redaktorem. Właśnie taki jestem naprawdę. Jestem ten chłopak
z Szadku (w moich stronach mówi się "Szadku", nie "Szadka"),
co się ciągle rumienił. Niby tak. Ale ten "chłopak" właśnie
skończył sześćdziesiąt lat. I już się tak nie rumieni.
Mój radiowy kolega Piotr Kaczkowski jest dowodem
na to, że można uciec od całego zgiełku, zaszyć się w radiu,
otoczyć wyłącznie muzyką. Ja nie miałem wyboru. Mój dawny szef,
Andrzej Turski, wydał mi kiedyś polecenie służbowe, że mam iść
do programu telewizyjnego - i zaczęto mnie rozpoznawać. Opowiem
jeszcze o tym.
Popularność do niczego nie jest mi potrzebna. Wiem,
jak fałszywie to brzmi w dzisiejszych czasach. Ale kiedy idę na bazarek
opodal miejsca, w którym mieszkam w Warszawie, pani sprzedawczyni
od razu mnie rozpoznaje i pyta o "Tonację Trójki". Jestem
zażenowany, bo stoi za mną kolejka ludzi, a ja słyszę: "panie
Marku, dziękuję, że pan do mnie pomachał w "Tonacji"".
Z drugiej strony muszę przytoczyć nieco
odmienne zdarzenie. Całkiem niedawno, wracając ze Szklarskiej
Poręby, wpadłem po drodze do mojego rodzinnego Szadku, do sklepu
z wędlinami, żeby kupić kaszankę i kiełbasę, bo to takie moje
smaki dzieciństwa. Wchodzę i napataczam się na prezesa Gminnej
Spółdzielni, do której należy sklep. Poza nami nie ma klientów,
tylko trzy panie ekspedientki. No więc on do nich z namaszczeniem:
Dzień dobry paniom, nie jestem pewien, czy panie wiedzą, kto to jest ten
pan? Na co jedna z pań ekspedientek: Taaak, no oczywiście! To przecież
brat pana Wojtka, który zawsze u nas robi zakupy w sobotę...
Do popularności nigdy nie tęskniłem. Gdybym mógł
cofnąć czas, to byłaby chyba jedna z niewielu rzeczy, którą bym
zmienił - chciałbym zachować anonimowość. Dzisiaj każdy, kto chce,
może mnie bezkarnie sekować w internecie. Cóż, przyszło mi żyć
w takich czasach - nie da się ukryć; była komuna, był PRL, był
stan wojenny, okropne i nieprzyjemne momenty, a teraz ludzie doszukują
się w mojej przeszłości rzeczy, które się nie zdarzyły.
Przeciw popularności takiej, jak dzisiaj się
ją promuje i sprzedaje, przemawia jeszcze jedna rzecz, której
szczerze nienawidzę. Muszę przyznać, że dostaję szewskiej pasji,
kiedy oglądam telewizję śniadaniową. To lansowanie i mielenie
jałowych treści! Dla mnie to medialna patologia, polegająca często na
wynoszeniu pod niebiosa ludzi bardzo przeciętnych. To jest właśnie ten
świat celebrytów, do którego nigdy się nie zbliżę. Świat ludzi,
którzy są sławni dlatego, że są sławni, a nie dlatego, że coś
osiągnęli, coś stworzyli.
Na szczęście jestem normalniakiem. Nie mam
problemów ze wścibskimi fotografami, nikt mnie nie śledzi, nikt nie
robi mi zdjęć - bo ja po prostu nie bywam, nie ustawiam się na
ściankach reklamowych podczas rautów. Irytuje mnie, kiedy w ramach
autopromocji jakaś piosenkarka fotografuje się na grobach. Jest
mi wtedy przykro. Właściwie to nawet mogę powiedzieć, że jestem
wściekły. Moja wściekłość wynika z bezsilności. Nic mnie to
nie powinno obchodzić, bo jeżeli ktoś chce w ten sposób zarabiać
kasę, to jego decyzja. Ale jednak kłóci się to z tym, jak byłem
wychowany. W moim świecie takich rzeczy po prostu się nie robi. Ale
ok, niech ten dziwny świat będzie sobie gdzieś obok, z dala ode
mnie. Telewizor włączam dla samego obrazu, bez dźwięku, po to, żeby
zobaczyć, czy może zaczęła się wojna, albo czy park Yellowstone
wyleciał w powietrze.
Rozmawiałem o tym ze Zbyszkiem Preisnerem i on
powiedział: wiesz, ten Yellowstone to chyba niedługo wybuchnie. Ja
mówię: dobra, niech wybucha. A on na to, że w takim razie chyba się
przeniesie do Australii, żeby przetrwać jak najdłużej, bo jest szansa,
że jak świat już będzie się rzeczywiście kończył, to Australia
ostanie się najdłużej. Przecież to taki koniec świata. Chociaż
jeśli zagłada miałaby przyjść z drugiej strony, to Australia
polegnie pierwsza.
To zabrzmi jak ględzenie starego dziadygi, ale
my sobie sami ten świat fundujemy. W jakimś okręgu w Chinach
całkiem wyginęły pszczoły i lokalni rolnicy musieli sami zapylać
gruszki, bo tam akurat jest dużo gruszek. Chodzili z miotełkami
i zapylali. Ludzie! Przecież pszczoły robiły to za darmo i jeszcze
nam dawały miód, a myśmy je zniszczyli. Nie będzie pszczół, nie
będzie nas. Tak sobie czasami myślę, jak robię herbatę z miodem
i z cytryną. Pamiętam czasy, kiedy miód kosztował siedem złotych,
teraz taki sam słoik kupuję za czterdzieści pięć.
No to jeszcze sobie starczo ponarzekam. My wszystko
wiemy - że trzeba ratować planetę, segregować odpady - tylko
że tego nie robimy. U mnie w bloku obowiązuje segregacja odpadów
i normalny zsyp na resztę śmieci. Segreguję, idę z małym wiaderkiem
i wyrzucam. Wtedy widzę te wszystkie flaszki w kontenerach na papier
albo wszystko razem wymieszane. Krótko mówiąc, są ludzie, którzy
mają to wszystko gdzieś.
Ale wracajmy do właściwego obiektu badań, czyli
do mnie.
Dziennikarz to za duże słowo - nigdy nie
byłem dziennikarzem. Dziennikarstwem są ewentualnie moje rozmowy
z artystami. Jednak na co dzień jestem po prostu prezenterem radiowym
i nie mam się czego wstydzić - to fajna robota, fajny zawód. Tak
naprawdę wszystkie moje puszczane na żywo audycje, są chwilowe -
dzisiaj emisja i poszły!, nie ma, znikają w eterze. Nie widzę
problemu w tym, że to słowa rzucane na wiatr. Natomiast mam kłopot
z szybkością upływu czasu. Kiedyś Lionel Richie powiedział
mi, że jego babcia skończyła sto lat i kupił jej w prezencie
gazetę z dnia jej urodzin. Babcia powiedziała Lionelowi: wiesz,
wnusiu, z czasem to się robi tak, że jedne urodziny masz we wtorek,
a następne w czwartek. Tak to zaczyna szybko biec.
Wczoraj pojechałem do telewizji i myślę
sobie: cholera, przecież dzień wcześniej tu byłem. A to już
minął tydzień. Jak jeden dzień. Tak, z tym mam problem. Ale nie
z tym, czy coś po mnie zostanie, czy nie. Są strony internetowe, na
których fani zbierają audycje. Z moich audycji, tych nagrywanych na
taśmę, przetrwały może ze trzy. Stoją w radiowej fonotece. Wywiady
przetrwały - na stronie internetowej Trójki jest zakładka "Wywiady
Marka Niedźwieckiego", z Madonną, Lionelem Ritchiem, z Basią. To
jest przeplatane muzyką - jak ktoś chce, to sobie tam wejdzie
i zobaczy. Są też nasze wspólne z Wojtkiem Mannem audycje "Historia
jednej piosenki" - to była raczej taka zabawa. Ja podchodziłem do
tego - jak mi się wydaje - poważnie, a Wojtek ciągle mi mówił,
że ja tych moich prezentowanych artystów po prostu zmyślam.
Czasem dostaję maila, w którym ktoś wyrzuca
mi, że to moje radio jest już takie stare i tak nudzę, że może
bym się zajął czymś innym. Nie umiem niczego innego. Zawsze
wiedziałem, że będę pracował w radiu i nic poza radiem mi się
nie przydarzyło. U mnie praca równa się życie, a życie równa
się praca. Jestem radiotą.
No i w końcu zupełnie szczerze stawiam sobie
pytanie: po cholerę mi ten wrzątek, to znaczy ta książka?
Moja pierwsza książka
(która - tak jak i ta - miała być o Australii; nosiła
tytuł Nie wierzę w życie pozaradiowe)
miała fantastyczny odzew od czytelników. Ludzie identyfikują się
z niektórymi rzeczami, które tam napisałem, mają podobne wspomnienia
z minionych lat. Tym razem bałem się - i nadal trochę się
boję - że ktoś mi powie: wszyscy piszą i pan też znów dał
się namówić. Ale przy pierwszej książce padało wciąż pytanie,
dlaczego tak mało i kiedy będzie ciąg dalszy. Myślę, że to może
być ten ciąg dalszy, na który ktoś czeka. Właśnie po to mi ten
wrzątek.