Rozdział 2
Niczym suche liście miotane przez wiatr to tu, to tam, tak i oni nigdzie nie mogli zagrzać miejsca.
Dom stał na odludziu, tuż nad brzegiem morza, wystawiony na sztormy i burze. Był świetnie utrzymany. Raiji wystarczyło jedno spojrzenie, by podjąć decyzję o jego kupnie. Co prawda posępny krajobraz i bliskość żywiołów wywoływała w niej trwogę. Nie miała wątpliwości, że szybko znienawidzi to miejsce, ale zmęczenie i rychłe nadejście zimy, która już wystawiała swe ostre szpony, przesądziły o pozostaniu. Poza tym czy mogli mieć pewność, że życie nie szykuje im gorszych niespodzianek, jeśli zdecydują się ruszyć w dalszą drogę?
Kiedy Reijo zapłacił złotem, kupiec cmoknął znacząco i zmierzył go od stóp do głów. Ale Reijo niełatwo było przejrzeć na wylot, potrafił ukryć swe myśli.
- Ten dom był mi właściwie kamieniem u szyi - zagadnął kupiec. Sądząc po mowie, nie pochodził z krainy polarnych nocy rozświetlonych zorzą. Wymawiając "r" z charakterystycznym bergeńskim akcentem, zniżył głos: - Nie mogłem go sprzedać. Należał wcześniej do pewnej kobiety o nie najlepszej reputacji, domyślasz się pewnie, o co mi chodzi. Przybyła gdzieś z daleka, nie była Norweżką... Nazbyt zmysłowa... - cmoknął. - Nieodpowiednie towarzystwo dla porządnych ludzi. Odstępuję ci ten dom za niewygórowaną cenę. Poza tym mam nadzieję, że ubijemy jeszcze niejeden interes. Co ty na to? Gdybyś potrzebował wyposażenia, sprzętu rybackiego, cokolwiek... - Zerknął na skórzany mieszek, który wręczył mu nowo przybyły.
Reijo uśmiechnął się. Nie miał złudzeń, że gdyby nie złoto, najlepsza, jak się okazuje, rekomendacja, spotkałby się z całkiem innym przyjęciem. Skinął lekko głową, nie odpowiadając ani tak, ani nie. Uznał, że nieroztropnie byłoby wchodzić w konflikt z kupcem, który w tej małej społeczności był znaczącą osobistością. Skoro już mają tu zamieszkać... Raija wybrała to miejsce, kierując się względami, których nie pojmował. Spotkanie z Jenny zupełnie wytrąciło ją z równowagi. Kiedy wracali z wyspy na ląd, nie odezwała się ani słowem. Z pociemniałymi ze strachu oczami walczyła z morską chorobą. Przenocowali w zagrodzie, gdzie wcześniej Reijo sprzedał konia. Tam dowiedzieli się, że niedaleko jest osada.
- Zostajemy tutaj - zadecydowała Raija, kiedy dotarli do rybackiej wioski położonej na skrawku lądu wrzynającym się w morze.
Ale ostatecznie o decyzji przesądził pusty dom, który jakby zrządzeniem losu znalazł się na ich drodze. Reijo nie należał do tych, którzy wierzą w przeznaczenie, więc uznał to po prostu za szczęśliwy traf.
- Kupmy ten dom - zapaliła się Raija. - Chyba nas na to stać?
Właśnie z tego powodu Reijo przybył do kupca. Odziany w spodnie noszące ślady zacieków od słonej wody, z brudem za paznokciami, siedział w salonie człowieka, który nie zadawał się z byle kim.
- A propos - chrząknął kupiec odrobinę zakłopotany, w każdym razie zależało mu, żeby Reijo odniósł takie wrażenie. - Pojawiają się tu ludzie najróżniejszego autoramentu. Niektórzy dość wątpliwego, jeśli rozumiesz, co mam na myśli... - Zaśmiał się cicho, ale twarz Reijo nawet nie drgnęła. - Przyjaźnię się zarówno z pastorem, jak i z ludźmi wysoko urodzonymi. Czuję się więc w obowiązku dbać o to, by w okolicy panował porządek. Nie jestem moralistą, chodzi jednak o zasady. Proszę, nie bierz mi za złe, że ośmielam się pytać... dobrze wiem, że jesteś człowiekiem honoru. Czułbym się jednak nieco spokojniejszy, gdybym w razie czego mógł huknąć pięścią w stół i zaświadczyć, że mam na to dowód... Lubię wiedzieć, z kim robię interesy. Takie męty się tu czasem pojawiają... - westchnął. - Jesteście małżeństwem?
Reijo wykrzywił usta w uśmiechu. Rozbawił go sposób, w jaki ten człowiek krążył wokół tematu. Ciekawe, jak by się zachował, gdyby dowiedział się prawdy. Co liczyłoby się bardziej: zasady czy interesy z człowiekiem, który ma czym płacić? Nie zamierzał tego sprawdzać. Z wdzięcznością wspomniał sędziego z Alty, który, jak się okazało, dobrze znał życie. Otrzymany od niego w tajemnicy dokument teraz miał się przydać. Reijo wyciągnął go z worka i wręczył kupcowi, który wyraźnie uspokojony uśmiechnął się szeroko.
- Dobrze, dobrze - powtarzał, rzuciwszy okiem na papier. - Od razu poznałem, że jesteś porządnym człowiekiem, ale ostrożności nigdy za wiele.
Reijo bez komentarza, bo nie zwykł nadużywać słów, przyjął tłumaczenia kupca. Opuścił jego salon jako właściciel okazałego domu pomalowanego na żółto oraz, przynajmniej na papierze, ojciec trojga dzieci i mąż Raiji, o czym zainteresowana nie miała pojęcia.
Raija już wcześniej posmakowała wygód. Mieszkała w pięknym domu w Alcie u boku wójta, który zajmował miejsce na szczytach społecznej drabiny, i obracała się wśród miejscowej śmietanki. Reijo nie miał takich wspomnień. Pamiętał natomiast wzniesioną z bali chatę na przylądku w rodzinnym fiordzie, chatę Raiji nad rzeką, i uważał, że żyło im się tam nie najgorzej.
Ten dom, który kupili dzięki złotu, jakie Kalle zostawił Raiji, był zupełnie inny. Reijo czuł, że nie ma prawa korzystać z bogactwa, do którego się w żaden sposób nie przyczynił.
- Zostało jeszcze trochę złota? - zapytała Raija wieczorem, gdy siedzieli we dwoje przy zapalonej lampie. Podekscytowani wydarzeniami minionego dnia, nie mogli zasnąć.
- Trochę zostało. Wystarczy na jeszcze jakąś chałupę, gdyby się okazało, że masz mnie dość - zażartował, ale Raija wyczuła ukrytą w jego słowach powagę. Dobrze znała Reijo, który podobnie jak ona był dumny i uparty. Świadomość, że nie on zapewnił jej dach nad głową, raniła jego męską dumę.
- To wszystko jest tak samo twoje, jak i moje.
- Dobrze wiesz, że to nieprawda, Raiju - odparł, zaciskając wymownie zęby. - Ale zamierzam być przy tobie i pomóc ci odnaleźć resztę złota, które zapewni przyszłość tobie i dzieciom. Jeśli tego nie zrobię, gotowa jesteś podjąć to szaleństwo na własną rękę, a wówczas staniesz się zbyt łatwym łupem dla poszukiwaczy szczęścia wszelkiej maści. Zbyt wielu kusi i mami blask tego metalu...
Słowa wypowiedziane przez Reijo przywołały w pamięci Raiji wiele wspomnień. Jej ciemne oczy nabrały osobliwego blasku. Przymknęła powieki i niemal poczuła zapach dogasającego paleniska i reniferowych skór wyściełających lapońską jurtę. W jej uszach zadźwięczały wypowiedziane z namaszczeniem chrapliwe słowa staruszki: "Widzę zimny blask, Raiju. Widzę, jak poświęcasz dziecko..."
Dziewczyna chyba bezwiednie powtórzyła to na głos, bo Reijo popatrzył na nią zdziwiony. Uśmiechnęła się, zakłopotana, i odgarnąwszy kosmyk włosów z czoła, wyjaśniła:
- Przypomniała mi się ciotka Mikkala, Elle... powróżyła mi kiedyś. Mimo że było to tak dawno, ciągle pamiętam, co mi wtedy powiedziała. Mogę powtórzyć wszystko słowo w słowo. Miałam tak niewiele lat i zrobiło to na mnie ogromne wrażenie...
Raija pominęła milczeniem, że przepowiednia kilkakrotnie sprawdziła się w jej życiu z zaskakującą dokładnością. Na własnej skórze się przekonała, że Elle nie była szalona, a jedynie wiedziała więcej niż inni. Taki dar także może stać się dla człowieka przekleństwem.
- Co dalej? - zapytała Raija drżącym głosem, doskonale wiedząc, że Reijo tak jak i ona nie zna odpowiedzi. Jak do tej pory ich losem kierował przypadek, całe ich życie było splotem przypadków. Można by nazwać to ładniej przeznaczeniem, ale to w niczym nie zmieniało stanu rzeczy.
- Mogę kupić kuter - zaproponował. - Łowienie ryb to jedyne, co potrafię. Gdybym sam popłynął na południe, żeby je sprzedać, uniknąłbym zadłużania się u tutejszego kupca...
- A kto ma teraz prawo do handlu? - zapytała Raija. - Ole wspominał coś, że kupcy z Bergen zamierzają pozbawić Duńczyków prawa handlu tu na północy.
- Kupcy z Kopenhagi zostali wyparci, ale czy to ważne? Dla kogoś, kto tkwi po uszy w długach, to bez znaczenia.
Przez kilka lat kupcy z Bergen i Trondheim dzielili się monopolem na prowadzenie handlu na północy.
Wcześniej to prawo przysługiwało kupcom z Kopenhagi oraz samemu królowi. Ale jak sucho zauważył Reijo, dla mieszkańców tych stron takie zmiany nie miały praktycznie żadnego znaczenia. Ten, kto miał monopol na handel, ustalał cenę ryb, oczywiście na możliwie najniższym poziomie, równocześnie kupcy ustalali wysokie ceny na wszystkie sprzedawane miejscowej ludności artykuły. Dlatego też mało który rybak nie był zadłużony u kupca. Długi rybaków nie malały, lecz rosły. I chociaż historia wydawała się toczyć gdzieś daleko od Finnmarku, to jednak kryzysy w Europie odbijały się echem także w tych stronach. Oznaczały być albo nie być dla wielu społeczności zamieszkujących północne wybrzeża. Rynek zbytu znajdował się bowiem nie na północy, ale w Europie. Kryzysy, o których ledwo co dochodziły tu wieści, sprawiały, że spadało zapotrzebowanie na ryby, a zatem i ich cena. Wielka polityka i gospodarka, poważne słowa, których ci zwykli ludzie nawet nie znali, miały wpływ na życie ludzi także na północnych krańcach królestwa duńsko-norweskiego.
Miejscowy kupiec, który udawał taką głęboką troskę o lokalną społeczność, podlegał cechowi kupców w Bergen. Ustalane wspólnie ceny kupcy często podnosili, żeby zwiększyć własne zyski. Czasy nastały niepewne i trudno było przewidzieć, kto i jak długo jeszcze utrzyma się w tym intratnym interesie. Wielu więc wykorzystywało sytuację, by zagarnąć jak najwięcej dla siebie.
- Ja powinnam zajmować się handlem - uśmiechnęła się Raija. - Na pewno nie bogaciłabym się na krzywdzie biednych ludzi. Tak przecież nie można.
- Właśnie z tego powodu ludzie twojego i mojego pokroju nie są kupcami - odrzekł jej Reijo. - Brakuje im niezbędnego w tej dziedzinie wyrachowania, moja droga... że nie wspomnę o egoizmie. Ale wracając do tematu, chciałbym sprawić sobie kuter. Potrafię zrobić z niego użytek. Zamiast u kupca, zadłużę się u ciebie...
W jego oczach błysnęły wesołe ogniki, ale usta się nie uśmiechnęły.
- Podaruję ci ten kuter.
Reijo pokręcił głową.
Raija rozzłościła się, że jest taki chorobliwie ambitny.
Czy nie pojmował, ile mu zawdzięcza? Darując mu kuter, mogłaby choć w części spłacić dług wdzięczności.
Ale Reijo pozostał niewzruszony.
- Nie, Raiju, to będzie pożyczka. I nie próbuj mi nic narzucać, bo albo stanie na moim, albo zapomnijmy o tej rozmowie. Nie jestem żebrakiem. Chcę kupić łódź, bo łowię ryby od dziecka i znam się na tym. A wolę mieć dług u ciebie niż u bezlitosnego lichwiarza.
- Czy ktoś ci już mówił, że jesteś okropnie uparty? - zapytała zrezygnowana.
Uznała, że lepiej będzie udawać, iż przystała na jego warunki. Miała nadzieję, że za jakiś czas Reijo zmądrzeje i łatwiej będzie przemówić mu do rozsądku. Na tyle go znała.
- Pożyczę ci, oczywiście, ile zechcesz. A ja może nauczę się tkać... - dodała, zatrzymując wzrok na stojących w izbie krosnach. - Chociaż nigdy nie miałam zręcznych dłoni i nie cierpię, wręcz nienawidzę, tego zajęcia - wyrzekła z wewnętrznym żarem. Wykrzywiając twarz w grymasie, dodała: - Postaram się jednak odgrywać rolę cnotliwej żony. Póki będzie trzeba...
- Mogłabyś naprawdę zostać cnotliwą żoną.
Na długą chwilę zapadła między nimi głucha cisza.
Wreszcie Reijo rozłożył ręce w geście rezygnacji.
- O nic nie będę pytał, tak jak ci kiedyś przyrzekłem. Sama mi powiesz, gdyby coś się zmieniło. Chcę tylko, żebyś wiedziała, że moja propozycja pozostaje aktualna. - Roześmiał się i potrząsnął po chłopięcemu głową. - Zdaje się, że ojciec już kiedyś oświadczył się w moim imieniu, ale Kristina odesłała go z kwitkiem. Twoja opiekunka nie przepadała za Kwenami. Zresztą już wtedy pewnie upatrzyła sobie Kallego na męża dla ciebie.
- Sam wiesz, że to i tak niczego by nie zmieniło - rzekła łagodnie i położyła dłoń na jego dłoni.
Krótki moment wspólnoty.
Reijo nigdy nie potrafił ukryć swoich uczuć wobec Raiji. W jej obecności często tracił głowę i mówił takie rzeczy, które powinien był przemilczeć. Teraz także zapomniał się i wypalił:
- Kupiec zapytał mnie, czy jesteśmy małżeństwem... - W tej samej sekundzie pożałował swych słów. Wiedział, że Raiji nie spodoba się, że zrobił coś za jej plecami.
- Powiedziałem, że tak - ciągnął, klnąc w duchu własną głupotę.
- Przecież to nieprawda! - Twarz Raiji pociemniała w nieukrywanej rozpaczy. - Sprawdzą to i wypędzą nas stąd. Zabiorą mi dzieci. Wiem, jak to jest. W Alcie miało miejsce podobne zdarzenie. Mężczyzna trafił do więzienia, dziecko zabrali, a kobietę wypędzono. Nie powinniśmy kupować tego domu, lepsza dla nas byłaby chata gdzieś na odludziu. Reijo, zrób coś!
- Kupiec uwierzył mi, bo pokazałem mu dokument - wydobył z siebie wreszcie Reijo. - Twój przyjaciel sędzia uznał, że będzie najlepiej, jeśli zaświadczy własnym podpisem, że jesteśmy małżeństwem. Nazywasz się więc teraz Kesäniemi, obojętnie, czy chcesz czy nie.
- Dlaczego nic mi o tym nie powiedziałeś, Reijo? To ja się zamartwiam... - Popatrzyła na niego z wyrzutem, a w jej głosie zadźwięczała gorycz.
- Dlatego, że domyślałem się twojej reakcji - odparł chłodno. - Wiedziałem, że ci się to nie spodoba i że w złości podrzesz dokument na drobne kawałki.
- A żebyś wiedział - wysyczała mu groźnie wprost do ucha.
- I marny byłby wtedy nasz los - dokończył Reijo. - Przecież i tak musielibyśmy wmawiać ludziom, że jesteśmy małżeństwem, a tak przynajmniej mamy to czarno na białym. Powinnaś się z tego cieszyć. Ja w każdym razie jestem rad, że miałem pod ręką ten papier i mogłem go pokazać, gdy było trzeba. A jeśli chodzi o nas... - Reijo wzruszył ramionami. - Nic się nie zmieni. Nie zamierzam dochodzić małżeńskich praw, o ile mnie nie będziesz chciała. Przecież i tak zawsze ty decydowałaś o wszystkim między nami. U licha, Raiju, przecież dobrze o tym wiesz! Co miałem według ciebie powiedzieć kupcowi? "Nie, to nie moja żona, choć zdarza się, że razem śpimy. Nie, nie zamierzamy się pobrać, ona mnie nie chce, choć ja oddałbym wszystko, by móc ją znowu trzymać w ramionach!" Do diabła, chcesz chyba jeszcze żyć!
Wysłuchawszy takiej tyrady, Raija Alatalo roześmiała się, zresztą cóż innego jej pozostało?
Wiedziała, że Reijo nigdy nie płaszczyłby się przed nikim, nawet przed kimś, kto ma władzę.
- Przepraszam, zachowaj ten dokument. Może przy okazji sobie go obejrzę? Przyznaję, że po spotkaniu z Jenny długo nie mogłam się uspokoić. Ciągle myślę, co się z nią stanie?
Reijo podniósł się ciężko i objął Raiję, tuląc brodę do jej czoła.
- Nie rozmyślaj za wiele. To nie ma sensu! I tak nie możemy nic więcej zrobić. Nie pozwolili nam jej pomóc. Zresztą, kiedy byłaś w jej wieku, potrafiłaś już zadbać o siebie. Nie było ci ani trochę lżej. Ta dziewczyna jest dorosła.
- Nie życzę nikomu, by przeżywał to co ja - wyszeptała Raija, a w każdym słowie czaił się głęboki smutek. Uświadomiła sobie, że tak naprawdę nigdy nie była młoda i radosna.
- Choć odrobinę pomyśl o sobie - poprosił Reijo. - Zasługujesz na to. Pozwól mi zatroszczyć się o ciebie.
W tym błaganiu tkwiło coś więcej aniżeli tylko gotowość opieki i niesienia pomocy, choć Reijo nie miał złudzeń, że ich związek kiedykolwiek przerodzi się w coś stałego. Potrwa może dzień, może kilka godzin albo chwil, które pozostawią po sobie straszliwą pustkę. Którymi przyjdzie mu długo karmić nieugaszoną tęsknotę. Wiedział, że sam siebie kiedyś znienawidzi za to, że zadowala się namiastką. Przyrzekał sobie, że nigdy nie upadnie tak nisko, by żebrać o okruchy. "Wszystko albo nic", zwykł mawiać. Wydawało mu się, że cała wieczność upłynęła od czasów, gdy karmił się takimi ideałami. Z wiekiem przekonał się, że jeśli człowiek może dostać tylko okruchy, zadowoli się i nimi. żeby przetrwać, wystarczy mu nasycić się od czasu do czasu, uciszyć zmysły i żyć tymi chwilami wciąż na nowo, póki znów nie trafi się kolejna okazja.
Taki właśnie był jego związek z Raiją. Przyjmował wszystko, co mógł otrzymać. Nie miłość, a jedynie rozpaczliwie głodne uściski. Pociechę, przyjaźń, nigdy jednak pełnię szczęścia. Ale tak naprawdę, ilu ludzi nieustannie przeżywa szczęście? Nie okradał nikogo. Raija przychodziła do niego z własnej woli. Ona wiedziała o nim wszystko, także i to, że gotów jest trwać w tym dziwnym związku. Bolała nad tym, bo nie leżało w jej naturze wykorzystywanie innych. Bywało jednak, że potrzebowała go rozpaczliwie, choć nie tak jak on jej. Reijo to akceptował. Nie chciał wysłuchiwać kłamstw z jej ust. Uważał, że podstawą ich związku jest wzajemna szczerość. Pod tym względem nie miał sobie nic do zarzucenia.
- Nie mam dokąd uciec, Reijo, sama czuję się taka bezradna...
Na rękach przeniósł ją przez izbę i położył w pustym łożu. Wydała mu się taka drobna i lekka jak dziecko. Nie znali historii tego domu, ale tej nocy zapragnęli rozgrzać jego wnętrze. Ciągle jeszcze potrafili znaleźć ukojenie w swoich ramionach.
Zadowolony i rozleniwiony odpoczywał, oparłszy głowę na jej piersi. Brakowało mu słów, żeby wyrazić, jak wiele znaczy dla niego ta chwila wspólnoty. Miłosny akt nigdy nie był taki sam. Nie powtarzały się sytuacje ani sposoby, na jakie wyrażali uczucia. W normalnych związkach partnerom grozi czasem nuda. Ich to jednak nie dotyczyło. Nigdy jej tego nie powiedział, choć może powinien, bo wówczas możliwe, że i ona zdradziłaby mu, o czym myśli w takich chwilach jak ta. Reijo jednak lękał się prawdy. Wolał nie wiedzieć, wolał zgadywać.
Nieśmiałe pukanie do drzwi chyba by go nie obudziło. Usłyszał je tylko dlatego, że nie spał. Nie pojmując, czego ktoś może chcieć od nich w środku nocy, wstał i pośpiesznie założył spodnie wprost na nagie ciało. Ogarnął czułym spojrzeniem pogrążoną we śnie Raiję i wykradł się z alkierza.
Za drzwiami dostrzegł majaczącą w mroku sylwetkę mężczyzny. Gość ścisnął mu rękę na powitanie i potrząsając nią, przedstawił się imieniem Nils.
- Darujcie, że nachodzę was o takiej psiej porze - odezwał się przyjaźnie i zniżając poufale głos, dodał: - Ale w zatoce zacumowała szkuta.
- Co takiego? - zdziwił się Reijo, nie rozumiejąc, o co chodzi.
Mężczyzna zaśmiał się i usprawiedliwił pośpiesznie:
- Przepraszam, całkiem zapomniałem, że jesteście tu obcy. W zatoce stoi rosyjski statek. Na pokładzie mają mąkę. Można ją kupić znacznie taniej niż u kupca.
- To chyba nielegalne?
- Owszem, jak wszystko, co ułatwia życie maluczkim. Ale my tu czasem ustalamy własne prawa. A co do władz, cóż, czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Handlujemy z Rosjanami, ilekroć mamy ku temu sposobność, a teraz już pewnie nie zobaczymy ich prędzej jak po Nowym Roku. Pomyślałem, że możecie być zainteresowani. Kupiec jest temu przeciwny, ale cóż to nas obchodzi. Ostatecznie on też się nami nie przejmuje...
Reijo szybko rozważył sytuację. Nie chciał wejść w konflikt z lokalną osobistością, ale uznał, że ważniejsze są dobre stosunki z mieszkańcami osady, z którymi przecież przyjdzie im po sąsiedzku żyć. Póki co powodzi im się nie najgorzej, ale przezorności nigdy nie za wiele. Potrzebna im mąka, a że trafia się okazja, by kupić ją po niskiej cenie... to jeszcze lepiej.
- Oczywiście, że jestem zainteresowany - odparł Reijo. - Wejdź do środka, muszę się cieplej ubrać i powiedzieć żonie.
Nowy znajomy, Nils, na oko koło trzydziestki, poprowadził Reijo na miejsce, gdzie tej nocy zebrali się ukradkiem mieszkańcy wsi. Ominęli zabudowania i zaczęli się wspinać na skaliste wzniesienie, za którym znajdowały się niewielkie zatoczki.
- Poprzedniemu kupcowi nie przeszkadzało, że handlujemy z Rosjanami - opowiadał mu Nils po drodze. Reijo pomagał mu wciągać sanie po kamienistym podłożu, gdzieniegdzie tylko przykrytym śniegiem. Biały puch nie trzymał się przybrzeżnych skał wystawionych na silne wiatry od morza.
- To zły człowiek - ciągnął Nils. - Ale bardzo ustosunkowany. Ostatnio kiedy Rosjanie zacumowali u nas, wygrażał, że naśle na nich odpowiednich ludzi i raz na zawsze stąd przepędzi. "Jeszcze pożałujecie", wykrzykiwał do nas, "że handlowaliście z Rosjanami... ".
- E tam, gadanie - prychnął pogardliwie Reijo, ale jego sympatia do kupca wyraźnie zmalała.
Skierowali się w dół, skąd dochodziły stłumione głosy. W ciemnościach Reijo zauważył wielki, niekształtny cień.
- Nie wiem, z takimi głupcami jak on nigdy nie wiadomo - ciągnął Nils. - To dziwak! Struga jaśnie pana, ale gdzie mu tam... Do tego trzeba czegoś więcej niż pieniędzy...
Wśród zgromadzonych na brzegu mężczyzn panował wesoły nastrój, choć wszyscy się starali mówić półgłosem. Niewielkie łodzie kursowały w tę i z powrotem do szkuty, która zacumowała na głębszej wodzie nieco dalej od brzegu. Worki z mąką przywiązane na wielu saniach oznaczały, że tej zimy w wiosce nie zabraknie chleba. Kilku Rosjan z załogi statku nie przepuściło okazji, by zejść na ląd. Młodzieńcy rozmawiali w języku, którego Reijo zupełnie nie rozumiał, choć wydawało mu się, że brzmi równie śpiewnie jak język jego rodziców. Reijo wysilał wzrok, by przyjrzeć się statkowi. Jeszcze nigdy takiego nie widział. Wielki i toporny, przypominał cielną krowę. Nie zdążył obejrzeć go dokładniej, bo Nils pociągnął go w stronę łodzi, chyboczącej się przy kamienistym brzegu. Reijo domyślił się, że mężczyzna, rozmawiający z Nilsem, jest szyprem na kutrze, na którym Nils pływał. Szyper targował się o cenę i nadzorował wymianę ryb na mąkę. Właśnie rozdzielał swojej załodze utkane z brzozowych witek i kory worki napełnione mąką.
- Mój znajomy także chciałby kupić - zagadnął go Nils. - Możesz to jakoś załatwić?
Reijo poczuł na sobie badawcze spojrzenie.
- Masz czym zapłacić, chłopcze? - zapytał szyper.
- Mam gotówkę. - Reijo wręczył szyprowi mieszek, okazując mu zaufanie, co ów stary wilk morski potrafił docenić. Reijo dałby głowę, że zauważył w jego oczach przyjazny błysk. Po raz kolejny powiosłował ku rosyjskiej szkucie i był już niemal przy burcie, gdy radosny nastrój został brutalnie stłumiony.
Gdzieś w pobliżu rozległy się wystrzały.
Reijo nie od razu się zorientował, bo takie odgłosy nieczęsto słyszało się w tych stronach, ale handlujący mężczyźni wpadli w panikę. Zapanował straszny chaos. Ludzie w popłochu rzucili się do ucieczki, starając się ocalić rosyjską mąkę, no i życie. Śmiech, który dopiero co rozbrzmiewał, ucichł gwałtownie. Rozległy się okrzyki niedowierzania. Ten i ów klął siarczyście, usiłując ukryć ściskający za gardło strach. Rybacy, którzy byli na wodzie, chwycili za wiosła, by jak najprędzej uciec przed niebezpieczeństwem. Inni umykali z pokładu rosyjskiego statku wprost do swych łodzi.
Reijo miał wrażenie, że to jakiś koszmarny sen. Zza skał posypały się kule. Rybacy nie byli uzbrojeni, zwykli ludzie nie chodzili z bronią, nie ulegało więc najmniejszej wątpliwości, kto się za tym krył. Tylko jeden człowiek we wsi sprzeciwiał się handlowi z Rosjanami. Tylko on był w stanie zdobyć broń i opłacić ludzi, którzy wycelowaliby ją w mieszkańców wioski.
- Do diabła! On nie żartował! - warknął Nils i zapakował pośpiesznie na sanie tę odrobinę cennej mąki, jaką udało mu się zdobyć. Nikt nie chciał wpaść w łapy lokai kupca. Trudno przewidzieć, co by się wówczas stało. Ludzie w tych stronach nie ufali władzy, zresztą takie zdarzenie jak to nie sprzyjało budowaniu zaufania.
Reijo poczuł w ustach smak krwi. Sam nie miał mąki, ale uznał, że powinien pomóc Nilsowi. W ciemnościach nie widział, gdzie stawia kroki. Ucieczka nie była łatwa. -Potykali się i omal nie utracili cennego ładunku. Na szczęście ciemności sprawiały kłopot także strzelającym. Lecące bezładnie pociski odbijały się rykoszetem o skalne podłoże. Nie strzelano jednak na postrach, celowano w ludzi.
- Najwyraźniej czują się bezkarni - wymamrotał Nils przez zaciśnięte zęby. - Sam widzisz, Reijo, że uznano nas za przestępców. To piekło urodzić się biedakiem!
Już prawie dotarli do wysokiego skalnego wału, pod którego osłoną bezpiecznie wycofaliby się w kierunku wsi, gdy nagle zamarli. Gdzieś blisko rozległ się przeraźliwy okrzyk bólu i towarzyszące mu chrapliwe słowa wypowiedziane w obcym języku.
- To któryś z Rosjan - szepnął Nils i wciągnął sanie głębiej między skały, po czym podkradł się bliżej Reijo. - Chyba ten młody chłopak. Co z nim, u licha?
Reijo zdążył się zorientować, skąd doleciał krzyk Rosjanina. Przełknął ślinę. Domyślał się, co postanowił Nils. Wyglądało na to, że poza nim nikomu nie starczy odwagi. W zatoce zaległa złowroga cisza. Wszyscy doskonale rozumieli, co się stało. Choć rybacy cenili sobie handel z Rosjanami, zwłaszcza gdy bieda zaglądała im w oczy, jednak przecież nie byli im nic winni. Rosjanie przypływali tu z własnej woli i na własne ryzyko. Oczywiście, mieszkańcom osady było przykro, że jeden z przybyszy został postrzelony przez któregoś z ludzi cierpiącego na manię wielkości kupca, ale cóż mogli na to poradzić? Mieszkali tu, mieli żony i dzieci na utrzymaniu i bardziej byli zależni od kupca, u którego zadłużyli się po uszy, niż od Rosjanina. Każdy musi pilnować swoich spraw.
Tymczasem gdzieś wśród naniesionych przez fale przypływu kamieni leżał z kulą w ciele człowiek z obcych stron.
- Domyślam się, gdzie on może być - szepnął Reijo.
Strzały ucichły, zdaje się, że tamci się wycofali.
- Zaryzykujmy! - zadecydował, nie zwlekając, Nils. - Nie możemy pozwolić, by się wykrwawił na śmierć. Albo, co gorsza, żeby trafił w łapy tych zbirów.
Ruszyli w dół, starając się robić jak najmniej hałasu. Zdawało im się jednak, że każdy ich krok odbija się gromkim echem po okolicy. Reijo miał dobrze rozwinięty zmysł orientacji. Przypominał sobie, gdzie stał młody Rosjanin, nim rozległy się strzały, wiedział, skąd doleciał krzyk, i na tej podstawie określił miejsce, gdzie mógł być ranny. Poza tym jedynym okrzykiem nie usłyszeli nic więcej. Mógł to być zły znak, ale może po prostu dowód na to, że Rosjanin nie jest w ciemię bity.
Omal się nie potknęli o leżące ciało. Rosjanin przeturlał się i schronił za głazem wśród wodorostów. Choć musiał bardzo cierpieć, zacisnął zęby i nawet cichy jęk nie wydobył się z jego ust.
Nils i Reijo nasłuchiwali przez chwilę, ale nie dosłyszeli żadnych odgłosów, które świadczyłyby o tym, że ktoś jeszcze jest w pobliżu.
- Musimy to zrobić szybko - wyszeptał Nils. Gestem dał Rosjaninowi do zrozumienia, że chcą mu pomóc.
Obcy kiwnął głową, że pojmuje. Ramię i pierś mu krwawiły. Reijo dotknął go niechcący w okolice rany, ale Rosjanin ani pisnął. Usłyszeli jedynie zgrzyt zębów. W duchu czuli coraz większy podziw dla tego młodzieńca.
Niełatwo było się dostać na skalny wał z takim ciężarem, ale rozpacz i złość czasem dodaje ludziom sił. Reijo i Nils ukryli obcego wśród kamieni. Przy brzegu nikogo nie dostrzegli. Na wzgórzu, skąd padły strzały, także ucichło.
- Miejmy nadzieję, że zrezygnowali - odezwał się Nils. - Pewnie myślą, że ten biedak zamarznie na śmierć, albo są przekonani, że już wyzionął ducha.
Cisza, jaka ich otaczała, wydawała im się zupełnie nierzeczywista. Przecież pół godziny wcześniej panowało tu takie zamieszanie.
Rosjanin jęknął. Z obu ran tryskała krew. Reijo obawiał się, że ranny całkiem się wykrwawi, jeśli natychmiast nie znajdą dla niego jakiegoś schronienia i nie udzielą mu pomocy. Nie zważając na chłód, zdjął sweter i koszulę. Nie podarł koszuli na pasy, obawiając się, że odgłos dartej tkaniny ich zdradzi, ale owinął dokładnie krwawiące ramię. Nic więcej nie mógł teraz uczynić. Szczękając z zimna zębami, założył sweter wprost na gołe ciało. Nie dbał o to, że może się przeziębić, gra toczyła się o życie.
- Ci łajdacy są przekonani, że odnieśli zwycięstwo. I to jest nasza szansa - orzekł Nils. - Dostaniemy się do wioski okrężną drogą. Pytanie tylko, czy dla tego biedaka nie okaże się ona za daleka...
- Mamy przecież sanie - podpowiedział Reijo.
Troskliwie ułożyli rannego obok worków z mąką. Sam nie był w stanie iść, a oni także nie daliby rady nieść go taki kawał drogi.
- Jeśli nas złapią, źle z nami - rzucił Nils ponuro. - Na szczęście nie mam żony.
- Jeszcze gorzej będzie z tym biedakiem, jeśli go stąd nie wydostaniemy.
Reijo zdawał sobie sprawę z grożącego im niebezpieczeństwa, ale wiedział, że muszą podjąć ryzyko, żeby uratować rannego przed śmiercią albo przed ludźmi, którzy nie mieli wobec niego przyjaznych zamiarów.
- Wioska jest mała - rzekł Reijo, gdy zatrzymali się na chwilę, by odpocząć. Nasłuchiwali przez chwilę, ale wokół panowała cisza, jakby wraz z nimi cała przyroda wstrzymała oddech. - Ktoś nas może zauważyć - ciągnął. - Może nawet czekają, że tacy głupcy jak my wpadną im wprost w łapy.
- Masz stracha?
Reijo potrząsnął głową.
- Nie, ale myślę, że będzie lepiej, jeśli zaniesiemy go do mnie. Dom jest duży i stoi na uboczu. Poza tym wydaje mi się, że kupiec mi ufa. Zapłaciłem mu gotówką - dodał z uśmiechem, trochę zły na siebie, że takiemu kompanowi jak Nils musi opowiadać półprawdy. Nie mógł jednak trąbić na prawo i lewo o złocie.
- Ale chyba nie trzymasz jego strony?
- Czy wyglądam na takiego? - oburzył się Reijo.
Nieprzewidziany obrót zdarzeń wytrącił ich z równowagi. Obu trochę puściły nerwy. Teraz roześmieli się cicho.
- A więc do ciebie - Nils uznał w końcu, że to rozsądny pomysł. - Tylko co powie na to twoja żona?
- Tego się nie obawiam - zapewnił Reijo. - Raija nigdy nie odmówiła pomocy potrzebującym. Ma dobre serce.
Szli stromym podejściem, odczuwając napięcie w każdym skrawku ciała. Reijo zastanawiał się, dlaczego zawsze pakuje się w takie tarapaty. Ledwie przybyli do nowego miejsca, a już wplątał się w kłopoty, które mogą przewrócić do góry nogami ich nową egzystencję. Mieli przecież zamiar osiąść tu i wreszcie zacząć spokojne życie. W każdym razie Raija tego pragnęła i właśnie dlatego kupili ten dom.
Dłonie miał już obtarte od sznura, bolały go ramiona i nogi. Ale nie narzekał, bo przecież człowiek, którego wieźli, cierpiał jeszcze bardziej. Ze wzniesienia spojrzeli w dół ku wiosce, migoczące światełka dowodziły, że coś się tam dzieje. Z oświetlonego rzęsiście największego budynku we wsi wychodzili ludzie z lampami. Na wodę zostały spuszczone łodzie.
- Zdaje się, że rozpętało się piekło - wysyczał Nils przez zaciśnięte zęby. - Na szczęście nie kierują się w naszą stronę.
Ruszyli dalej, a gdy pokonali najtrudniejszy odcinek, odezwał się już trochę bardziej spokojny:
- Tu blisko stoi moja letnia zagroda. Zostawię tam mąkę. Sanie też tam zostawimy. Dalej poniesiemy tego biedaka. Lepiej nie zostawiać śladów płóz. Dobrze, że nie ma jeszcze dużo śniegu, bo nie udałoby się nam zatrzeć plam krwi.
Chwycili Rosjanina pod boki. Biedak nie poruszył się nawet i przez chwilę Reijo przeraził się, że cały ich wysiłek poszedł na marne. Na szczęście usłyszał, że ranny oddycha. Dobre i to.
Upewniwszy się, że mocno go trzymają, zacisnęli zęby i wyszli na otwarty teren. Noc była ciemna. Zza gęstej powłoki chmur nie wyglądała nawet jedna gwiazda. Księżyc skrył się także, stając się ich cichym sprzymierzeńcem. Przy pogodnym niebie sylwetki idących bez trudu dałoby się dostrzec z daleka.
Rosjanin z każdym metrem ciążył im coraz bardziej. Tracili siły i coraz trudniej było im dźwigać bezwładne ciało nieprzytomnego. Świt powoli rozjaśniał mrok nocy. Na szczęście byli już blisko. Poczuli się prawie bezpieczni i na nowo nabrali wiary w powodzenie swego przedsięwzięcia. Nagle tuż przed nimi wyłoniła się jakaś postać. Reijo zamarł, zdawało mu się, że serce przestało mu bić, a żołądek skurczył się boleśnie. Zachował jednak spokój i myślał chłodno.
- Reijo? - Rozległ się znajomy głos.
Ogromna ulga.
- Zabrałaś mi dziesięć lat życia - westchnął, zatrzymując się.
Byli już tak zmęczeni, że każdy przystanek wywoływał w nich przemożną pokusę rezygnacji.
- Co tu robisz? - zapytał. - Nie powinnaś wychodzić, to niebezpieczne.
- Ktoś pukał do drzwi - wyjaśniła Raija z goryczą. - Powiedziałam, że śpimy. Zdaje się, że mi uwierzyli. Wspomnieli tylko, że uciekł groźny przestępca. Czy to jego niesiecie?
- Przestępca? - Nils uśmiechnął się szyderczo. - Tamci mają za sobą ludzi wysoko postawionych, ukryjmy więc przestępcę.
Wnieśli Rosjanina do środka i położyli w izbie w głębi domu. Raija przysłoniła okna grubymi makatami i dopiero wówczas odważyła się zapalić lampę. Uznała, że lepiej nie przyciągać niepotrzebnie uwagi.
- W co ty się znowu wpakowałeś? - zapytała z rezygnacją w głosie. - Kto to jest?
- To wszystko przeze mnie... - Nils rozłożył ręce w przepraszającym geście. Patrzył teraz na najpiękniejszą kobietę, jaką spotkał w życiu, i jeszcze dotkliwiej odczuł to, że Bóg nie obdarzył go urodą. - Zaszedłem do was, żeby powiadomić, że w zatoce Rosjanie sprzedają mąkę. Niektórym nie na rękę, że rybacy handlują z Rosjanami. Zaczęli do nas strzelać i trafili tego chłopaka. Nie mogliśmy go tak zostawić.
- Strzelać? - Raija oczami rozszerzonymi ze zdumienia patrzyła to na nich, to na leżącego na łóżku rannego. - Przecież nikt nie strzela bez powodu do ludzi!
- Ci nie mieli żadnych skrupułów. Zapewne robili to na polecenie ludzi wpływowych, nie takich jak my biedaków. Bo to właśnie ci wpływowi tracą na tym, że my, biedacy, handlujemy z Rosjanami.
- Jest taki młody - wymamrotała Raija, wpatrując się w wyłaniającą się spod jasnobrązowej grzywki twarz niezwykłej urody. - Kto to jest? Czy jego rodzina nie niepokoi się o niego?
- To Rosjanin.
- Muszę ukryć mąkę. - Nils popatrzył niepewnie na Reijo. - Czy mogę tu wrócić nieco później? Zobaczę, czy można mu jakoś pomóc.
Reijo pokiwał głową.
- Czy ktoś we wsi zna się na sztuce leczenia?
Nils uśmiechnął się krzywo i rzekł z sarkazmem:
- Nie. A nawet gdyby, i tak nie można by było mu zaufać. Jakoś będziemy musieli sobie sami poradzić. Ściągaj te zakrwawione łachy i czym prędzej wypłucz je w wodzie. Musimy mieć się na baczności.
Reijo przebrał się. Czuł się okropnie. Tak się namęczyli, by przenieść tego biedaka pod dach w bezpieczne miejsce, a wszystko wskazywało na to, że wysiłek był daremny.
- Mam w swoich rzeczach jeszcze trochę ziół - powiedziała po chwili Raija i rozwinęła zniszczony żółty szal, który zabierała zawsze ze sobą. - A ty zagotuj wodę, Reijo. Co prawda nigdy jeszcze nie przykładałam ich na takie rany, ale nie sądzę, by miały zaszkodzić.
Ravna zawsze tłumaczyła swej przybranej córce, jak ważne są zioła. Raija wiele się wówczas nauczyła, mimo że specjalnie nie przywiązywała wagi do objaśnień Ravny. Później już z przyzwyczajenia zbierała znajome roślinki i suszyła je, żeby zawsze mieć ich zapas. Na wszelki wypadek. Miała zioła uśmierzające ból, gojące rany... Niewiele, ale sprawdzone. Podawała je dzieciom, sobie, leczyła konia... może więc i temu biedakowi przyniosą ulgę.
Pośpiesznie rozwiązała prowizoryczny opatrunek z koszuli Reijo. Ranny bardzo się wykrwawił, koszula była czerwona i sztywna od krwi.
Zerknęła kątem oka na Reijo, który wszedł do izby. Rzuciła mu zakrwawioną koszulę i zdjęte rannemu przez głowę ubranie i nakazała krótko, by je namoczył. Reijo wypełnił jej polecenie.
Dziewczyna rozpłakała się. Nieczęsto pozwalała sobie na płacz, tym razem jednak nie zdołała powstrzymać łez. Ranny był piękny jak młody bóg, tak bardzo się lękała, że umrze. Jak mu pomóc? zastanawiała się.
Miał ranę w boku, ale tu kula przeszła na wylot. Nie wiadomo, czy zioła pomogą na wewnętrzne obrażenia. Rana w ramieniu była rozległa, o poszarpanych krawędziach. W samym jej środku tkwiła widoczna gołym okiem kula.
Co robić?
On umrze, sam w obcym kraju. Ci, którzy go znali i kochali, nigdy się o tym nie dowiedzą. Jego zniknięcie pozostanie bolesną nierozwikłaną zagadką. Nikt nie zatroszczy się, by położyć kwiaty na jego grobie, na krzyżu zabraknie imienia. Nie oznaczony grób, mogiła obcego Rosjanina.
Raija usłyszała cichą rozmowę. Wrócił Nils. Ona wciąż nie mogła oderwać oczu od tej pięknej młodzieńczej twarzy. Nigdy wcześniej nie dała się zachwycić zewnętrznej urodzie. Ten chłopak jednak, chłopak, którego w ogóle nie znała, stał się dla niej ważny właśnie z powodu urody. Miał delikatną, niemal dziewczęcą cerę. Tylko ciemny meszek nad górną wargą i głębokie zakola na skroniach zdradzały jego płeć. Gęste jasnobrązowe włosy o złotym połysku sięgały mu do ramion.
Rysy twarzy zdradzały jego słowiańskie pochodzenie. Na wychudzonych policzkach odznaczały się wyraźnie kości policzkowe. Podbródek miał niewielki, ale dumny, nos szczupły, prosty, o pięknym kształcie, jakby uformowany przez rzeźbiarza. Usta zaś, wrażliwe i pełne wyrazu, mogłyby należeć do kobiety.
Nim zemdlał, pogryzł dolną wargę do krwi, nie mogąc zapewne znieść bólu. Choć nieprzytomny, zaciskał mocno powieki, a cienkie brwi, ciemniejsze o ton od włosów, wyginały się łukowato.
Nie może umrzeć! Jest zbyt piękny, by umierać.
Raija zacisnęła pięści w nagłym postanowieniu, że musi mu pomóc.
- Oszalałaś, Raiju! Zabijesz go! - Reijo nawet nie chciał jej słuchać.
- Umrze, jeśli nic nie zrobimy - wtrącił się Nils, który nie zdążył jeszcze odejść. Jego podziw dla Raiji wydawał się bezgraniczny. - Macie w domu spirytus? Dobrze, żeby był pod ręką. Potrzebny też będzie kawałek drewna, żeby włożyć temu biedakowi między zęby. Chodzi o to, żeby w wiosce nie usłyszeli jego wrzasków.
Reijo ustąpił i podał Raiji swój nóż. Zdawało się, że ciężki przedmiot nie pasuje do jej delikatnej dłoni. Dziewczyna włożyła ostrze noża do ognia. Kociołek z parującą wrzącą wodą postawili przy łóżku rannego. Reijo przyniósł butelkę ze spirytusem. Raija nie miała pojęcia, skąd ją wziął. Domyślała się tylko, że zaopatrzył się u kupca. Choć raz przyda się na coś dobrego, pomyślała z sarkazmem i przemyła ranę na ramieniu.
Chłopak skręcił się z bólu, podniósł powieki i nieprzytomnym wzrokiem rozejrzał się wokół. Miał brązowe oczy, niemal równie ciemne jak oczy Raiji. Jego napięta twarz złagodniała w uśmiechu.
- Spokojnie - szepnęła Raija, nie mając nadziei, że Rosjanin zrozumie jej słowa. Otarła mu pot z czoła i leciutko pogładziła po policzku. Taki pieszczotliwy gest nie wymaga tłumaczenia. Coś w spojrzeniu rannego mówiło jej, że została zrozumiana. Ujrzawszy nóż w dłoniach Raiji, musiał się domyśleć, co dziewczyna zamierza zrobić, i dał znak powiekami. Reijo uniósł go lekko i przystawił mu butelkę do ust. Chłopak z trudem przełknął płyn, jego twarz wykrzywiła się w grymasie, ale zmusił się do wypicia jeszcze paru łyków. Wreszcie skinął lekko głową i opadł na posłanie.
Nils stanął w nogach łóżka, gotów w każdej chwili przytrzymać mocno stopy rannego, a Reijo, spocony ze strachu jak szczur, stanął u wezgłowia. Na czole Raiji perlił się pot, ale wyraz twarzy miała stanowczy. Spojrzenie wyrażało upór, a usta, charakterystycznie wygięte w kącikach, dowodziły, że Raija podjęła decyzję.
Odetchnęła głęboko, zacisnęła zęby i na krótką chwilę przymknęła oczy, po czym przystawiła nóż do rany.
Zza zaciśniętych ust rannego chłopca wydobył się jęk a ciało wygięło się w łuk. Nils i Reijo z największym trudem go utrzymali.
- Daj mu jeszcze trochę spirytusu - wystękał Nils.
Reijo szybko przystawił Rosjaninowi butelkę do ust.
Chłopakowi trysnęły z oczu łzy, a kości policzkowe drgały. Reijo wcisnął mu między zęby kawałek drewna.
Raija zachwiała się. Była zupełnie blada i zlana zimnym potem.
- Nie zemdlej nam! - zawołał Reijo, przerażony samą tylko myślą, że coś takiego może się stać.
Raija potrząsnęła głową.
- Poradzę sobie, nic mi nie będzie... tak sądzę...
Przyłożyła nóż do rany, starając się sobie wmówić, że kroi mięso na obiad. Myśl ta wydała jej się wstrętna, ale nic innego nie przyszło jej do głowy. Coś powinna wymyślić, by nie ulec słabości. Wiedziała, że musi wytrzymać bo była pewna, iż żaden z mężczyzn jej w tym nie zastąpi. Nie patrzyła na twarz rannego Rosjanina, ale po tym, jak drgały mu mięśnie w całym ciele, poznawała, że strasznie cierpi. Pragnęła uporać się z tym jak najszybciej, ale dłonie, nieprzywykłe do precyzyjnych ruchów, drżały nerwowo. Co chwila przerywała więc, by się uspokoić.
Spocona, czubkiem noża dotknęła kuli i pomagając sobie paznokciem, chwyciła metal. Choć tkwił głęboko w mięśniach, wydobyła go powoli. Zdawało jej się, że trwało to wieczność. Czuła obrzydzenie, musiała wziąć się mocno w garść, żeby nie zwymiotować. Z całej siły zagryzała dolną wargę. Ranny przestał się rzucać. Może stracił przytomność? A może wyzionął ducha? Raija bała się spojrzeć na jego twarz. Nie chciała wiedzieć, póki nie skończy.
Odłożyła kulę na stojący przy łóżku stół i odetchnęła z ulgą. Zdawało jej się, że straciła czucie w dłoni, ale złapała wygotowaną i wyparzoną w ogniu igłę i nawlekła wygotowaną nić. Wszystko w niej protestowało przed wbiciem igły w ciało człowieka, jednak wiedziała, że musi to zrobić. Zresztą najgorsze miała za sobą. Zawiązała na nitce supeł i ciągle odwracając wzrok od twarzy rannego, zabrała się do dzieła.
Przy piątym szwie omal nie zwymiotowała. Gdyby trzeba było założyć kolejne, pewnie i ją trzeba byłoby cucić. Kończąc, nie panowała już nad sobą. Rozszlochała się rozdzierająco.
- Obmyjcie rany - zdołała jeszcze wykrztusić. - Obłóżcie wilgotną mieszanką ziół i opatrzcie.
Dwaj mężczyźni zrobili wszystko, co im nakazała. żaden z nich nie był w stanie wydobyć z siebie słowa, by wyrazić podziw, jaki czuli. Ranny chłopak zapadł w błogosławiony sen. Teraz miał szansę, dzięki Raiji. Sami nie podołali by temu z pewnością.