Rozdział 3
Reijo od razu poczuł się lepiej, gdy podjął to postanowienie. Musiało tkwić w głębi jego świadomości, od kiedy odszedł od Raiji.
Ten czas, który spędził w samotności, był niczym innym jak tylko próbą, czy będzie mógł żyć bez niej. Sam.
Mógł.
Może rozumiał to już wtedy? To było teraz bez znaczenia.
Nie chciał jej zranić. To było takie trudne: świadomość, że będzie dobrze dla niego, ale że ją zostawi z niczym. Teraz odda jej przysługę.
Mikkal był wolny.
Reijo zapragnął odetchnąć świeżym powietrzem. Musiał wyjść na zewnątrz. Zerknął na Ravnę. Wiedział, że ona będzie czuwać dalej. Była zmęczona, ale na pewno nie zaśnie. Nawet gdyby Reijo tam siedział, nie odpoczęłaby.
- Zawołaj mnie, gdybym był potrzebny... - powiedział cicho.
Pokiwała głową. Zrozumiała. Reijo zastanowił się, czy coś zdołałoby ją zaskoczyć. On jej nigdy nie widział zdziwionej.
Noc była ciepła. Leniwe chmury przesuwały się sennie po niebie, jakby ledwo dotykając jasnoniebieskiego sklepienia. Promienie słońca zaczęły dosięgać już czubków drzew na wschodzie, dorysowując im zieloną aureolę. Rozjaśniało się.
Stał tak i patrzył wprost we wschodzące słońce. Blask oślepił go, kolorowe plamki zatańczyły mu przed oczami. Dobre usprawiedliwienie dla płaczu.
Reijo patrzył prosto w słońce i płakał.
- Tobie też było duszno w namiocie? - Aslak chciał, aby jego słowa zabrzmiały wesoło, ale mu się nie udało.
Reijo przełknął ślinę. Nawet nie usiłował ukryć łez. Wytarł oczy wierzchem dłoni i próbował coś odpowiedzieć.
- To wszystko nie ma sensu - wykrztusił w końcu. Wargi miał spuchnięte.
Aslak pokiwał głową. Pociągnął go za sobą w kierunku ogniska płonącego przy jego namiocie.
Rozpalono wiele ognisk tej nocy. Pomiędzy namiotami, na obrzeżach obozu. Ogień zapewniał poczucie bezpieczeństwa.
- Inga chce przy nim czuwać.
Reijo westchnął z dezaprobatą.
- Nie powinna?
Oczy Aslaka były zadziwiająco podobne do oczu Ravny: rozumiały więcej, niż mówiły usta.
- Nie, nie powinna. Przynajmniej zanim on nie dojdzie do siebie.
- Jak mam jej to powiedzieć?
Reijo czuł się równie bezsilny jak Aslak.
- Ona dobrze wie, że nie powinna. I dobrze wie, dlaczego. Głupia to ona nie jest...
- Wiem. Ale tak cholernie trudno spojrzeć w te jej oczy i potwierdzić, że wszystko najgorsze, co tylko sobie wyobraża, jest prawdą...
Aslak siedział przy ognisku. Znajdował pocieszenie, patrząc w ogień. Zbliżył dłonie, jakby chcąc je ogrzać, aż płomienie omal nie zaczęły ich dotykać niebezpiecznymi pocałunkami.
- Jestem wściekły - rzucił. Czuło się, że ukrywał całe pokłady tłumionych uczuć.
- Na Mikkala? Na Raiję? Nic na to nie mogą poradzić... Aslak potrząsnął przecząco głową, uśmiechając się krzywo.
- Nie mówię o tym...
Pochylił głowę. Głos stał się zduszony, a słowa trudne do odróżnienia.
- Sigga. Mikkal... to wszystko. Czuję się bezsilny, Reijo. Myślę o tym bez przerwy. Ciągle to widzę. Mam ciągle przed oczami te straszliwe sceny. I za każdym razem stoję jak sparaliżowany. Dokładnie tak, jak wtedy. Czy mogłem coś zrobić? Mogłem zrobić coś inaczej, żeby to się nie wydarzyło? Możliwe, że Sigga pragnęła śmierci, jej życie nie było najwspanialsze. Ale żeby umrzeć w ten sposób...
Trudno było na to odpowiedzieć. Aslak musiał wyrzucić z siebie to, co wypełniało mu głowę. Plątanina myśli. Chaos.
Jego mocno zbudowane ciało było napięte. Mięśnie pod spodniami i miękkim, skórzanym kaftanem drżały. Czarna, sztywna grzywka opadała mu na oczy. Reijo nie był w stanie dostrzec, czy tamten płakał, ale był w stanie to usłyszeć.
- Można oszaleć, czując się tak bezsilnym...
- Niewiele jest do zrobienia - mruknął Reijo. - Teraz - dodał niezręcznie.
Usta miał suche. Bał się czegoś. Nie mógł nawet zwilżyć ust.
- Dla Siggi nic, to prawda... - powiedział Aslak ponuro. Kochał swoją siostrę. - A jednak muszę coś zrobić - rzucił w desperacji. Jego twarz wyrażała to samo. żar w oczach aż przestraszył Reijo. Było w nich wszystko: strach, złość, zdecydowanie... - Muszę coś zrobić, Reijo. To dla mnie ważne. Ważne dla Ailo, dla nas wszystkich. Ten niedźwiedź zabija nasze zwierzęta.
Zaśmiał się bezgłośnie.
- Jak to naprawdę niewiele znaczy... Wszystko to, co nam się wydaje, że posiadamy, bez czego podobno nie możemy się obejść... Jak to mało w porównaniu do ludzi, którzy cię otaczają. O których myślisz, że ich obecność jest oczywista...
Aslak chciał mu przekazać coś ważnego, Reijo to wyczuwał. Był jednak zbyt zmęczony, żeby móc się domyślić. - Powinienem pewnie zaczekać na Mikkala. Ale nie mogę. Nie dam rady, Reijo. To mnie zje od środka. Mam całą masę roboty, ale nie wiem, czy będę w stanie się nią zająć, jeśli tego nie zrobię. Nikt z nas nie będzie mógł zachowywać się normalnie.
Aslak wykrzywił usta.
- Zabiję tego niedźwiedzia.
Reijo pomyślał, że źle usłyszał. Ale nie mylił się.
Zielone oczy Aslaka spojrzały na Reijo.
- Zrobię to - powiedział spokojnie. Lodowato spokojnie. - Zabiję tego niedźwiedzia. Okażę mu tyle samo litości, ile on okazał mojej siostrze.
- To niebezpieczne. - Reijo poczuł nieprzyjemne mrowienie w krzyżu. - Boże, Aslak, wiesz przecież, jak to jest niebezpieczne! Wszyscy to widzieliśmy! Po drodze znajdowałem pełno zabitych reniferów. Rozszarpanych na strzępy. To niebezpieczne iść za tym niedźwiedziem.
- Wiem. Przemyślałem to dokładnie. Wiem, na co się porywam. Ale muszę to zrobić. Zrobiłbyś to samo, gdyby to była twoja siostra. Ja miałem tylko jedną siostrę, Reijo. Wolałbym pójść z Mikkalem. - Aslak westchnął. - Ale kto wie, jak długo jeszcze będzie leżał... Nie mogę na niego czekać.
Reijo chciał powiedzieć, że Mikkal pewnie nie będzie w stanie iść na polowanie na niedźwiedzia, nawet gdy wyzdrowieje, ale powstrzymał się. Nie trzeba rozgłaszać złych wieści przed czasem.
- Pójdę z tobą. - Reijo usłyszał swój własny głos. - Pomogę ci zabić tego niedźwiedzia.
Aslak nie zmienił wyrazu twarzy. Trwałby przy swoim postanowieniu nawet, gdyby Reijo nie zaofiarował pomocy. Musiał się z tym zmierzyć.
- Pójdziemy, gdy Sigga... gdy ją pochowamy.
Reijo skinął głową. Był równie blady jak Aslak. Ból tkwił w nim tak samo głęboko.
Wszystko odbyło się po cichu. Złożyli ją na wieczny spoczynek bez większych ceremonii. Sigga, która przez całe życie starała się być dostrzegana i kochana, miała pogrzeb równie cichy jak ona sama we wczesnej młodości.
Było w tym jakby gorzkie szyderstwo.
Aslak myślał o tym, gdy razem z bratem sypali ubogą ziemię tundry na szczątki siostry. Mocno, aż do bólu zaciskał zęby, mimo to nie mógł powstrzymać płaczu i zdradzieckie łzy spływały mu z oczu.
Ojciec stał koło nich, zgarbiony. Opuścił ramiona. Wyglądał starzej niż kiedykolwiek. Coś w nim umarło razem z tą córką, którą tak bardzo kochał. Pavva nawet nie czuł smutku. Wypełniała go tylko pustka.
Widział, jak jego najstarszy syn walczy ze łzami, i zazdrościł mu tego. On nie był w stanie opłakać Siggi.
Oczy swędziały, były suche i zaczerwienione z bezsenności.
Nie miał łez. Nie czuł żalu.
Ona była jego dzieckiem. Jego córką.
Nie był w stanie uczcić jej pamięci niczym innym, jak tylko pustką.
Anders kopał tak intensywnie, że twarz spływała mu
potem, który mieszał się ze łzami. Nie chciał pokazać, że płacze. To nie przystoi mężczyźnie. Musiał być silny. Jego czarna grzywka już się zlepiła. Ramiona go bolały. Pochowali Siggę w głębokim dole. Nic nie będzie w stanie jej odkopać. Spocznie w pokoju.
Sigga nie odnalazła spokoju za życia. Choć było już za późno, czuli, że zasługuje na niego po śmierci. Jedynymi obecnymi spoza rodziny byli Reijo i Inga. Stali w odległości kilku kroków od Pavvy, milcząc, z nieruchomymi twarzami. Oczy Ingi przesłaniała zsunięta na czoło chusta, Reijo splatał nerwowo dłonie. Przyszedł bez czapki i nie miał na czym zaciskać rąk. Nigdy nie lubił żony Mikkala. Nawet jej nie szanował. Teraz, gdy stał przy grobie Siggi, było mu jej żal. Miała stać się częścią tundry. Może właśnie tego by chciała?
Nikt w tym małym zgromadzeniu nie znał jej na tyle dobrze, żeby móc to stwierdzić na pewno.
Aslak i Anders ułożyli z powrotem na miejsce mech i wrzosy. Dobrze okryli ten piaszczysty skrawek ziemi i miejsce pochówku stało się niewidoczne. Czuli, że tak właśnie powinno być. Anders chciał jakoś oznaczyć jej grób, ale ojciec i Aslak zaprotestowali stanowczo.
Reijo chciał pomóc. Ręce go świerzbiały, by wziąć się do roboty.
Ale był obcy. Nie należał do nich. Wreszcie Aslak uznał, że praca została zakończona. Podniósł się, rzucił ostatnie spojrzenie na prostokąt świeżo przykryty darnią i popatrzył na Reijo. Obaj byli zdecydowani.
- Nadszedł czas - powiedział Aslak. - Zaczynamy.
Nie było trudno natrafić na ślady niedźwiedzia. Reijo i Aslak szli szlakiem śmierci. Wydawało się, że zwierzę oszalało w swej żądzy krwi.
Mikkal i Pavva stracili wiele reniferów. Reijo zaprzestał już liczenia ich rozszarpanych ciał. Wiedział jednak, że Aslak wie to dokładnie.
Jego twarz była nieprzenikniona, ale Reijo czuł, że jego towarzysz jest równie poruszony i przestraszony jak on sam. Zaledwie jednym z reniferów pożywił się zabójca. Reszta stała się pokarmem dla lisów, kruków i innych zwierząt.
Niedźwiedź tylko mordował, wbijał zęby w świeże mięso i chłeptał ciepłą, pulsującą krew. Potem tracił zainteresowanie i porzucał zdobycz.
Tylko mordował.
Szli piechotą. Mieli ze sobą jedynie najpotrzebniejsze rzeczy. żaden z nich nie zamierzał powracać do obozu, zanim nie zabiją niedźwiedzia.
Tundra była piękna. Zwierz zboczył jednak z otwartych, przewianych wiatrem przestrzeni.
Znaleźli odciski jego łap prowadzące do zagajników i ku niskim wzniesieniom na skraju płaskowyżu.
Instynkt zaprowadził go tam, gdzie było trudniej go znaleźć. W kierunku pagórków, niskich skał i ukrycia, które dwaj mężczyźni musieli odnaleźć.
Coraz ciężej było odnajdywać ślady, gdyż zagajnik przeszedł w gęsty las liściasty. Zbocza pokrywały krzaki jagód i paprocie. Ich wielkie liście zasłaniały tropy niedźwiedzia pozostawiane na miękkim podłożu. Aslak musiał odgarniać liście i gałązki, aby coś zobaczyć.
Zajmowało im to teraz więcej czasu. Wiele razy mylili kierunek. Nie mogli już iść według śladów reniferów. Te zwierzęta wolały trzymać się otwartych przestrzeni. Ich ulubione pożywienie nie rosło w lesie.
Reijo wiedział, że musi polegać na bystrym wzroku i doświadczeniu Aslaka. Sam nie dostrzegał nic poza tym, co było oczywiste, a uważał się za doświadczonego w obcowaniu z przyrodą.
Musiał pochylić czoła przed zdolnością Aslaka czytania z księgi natury. Ten chłopak lepiej niż ktokolwiek inny rozumiał przyrodę, wśród której i z której żyli. Umiał dostrzec i ocenić najmniejszy napotkany ślad. Było to niezbędne do życia na tym północnym pustkowiu.
Aslak kopnął nogą w ziemię na zboczu. Ukazały się odchody. Reijo nigdy by ich nie dostrzegł, chyba że by w nie wszedł.
- Jest gdzieś w pobliżu - stwierdził stanowczo Aslak zmienionym głosem.
Reijo przyłapał się na trwożnym spojrzeniu przez ramię. Nie wiadomo przecież, gdzie przebywa krwiożercze zwierzę.
- Może nas teraz obserwuje...
Aslak nie odpowiedział. Przeszukiwał wzrokiem otoczenie. Rano pochował swoją siostrę. Teraz cały był zimnym skupieniem.
Reijo nie pojmował, skąd towarzysz czerpał siły.
Aslak czubkiem buta pogrzebał w odchodach. Jeszcze nie wyschły.
- Chyba masz rację - Aslak zniżył głos. - On jest w pobliżu. Był tutaj może przed południem.
Reijo przełknął ślinę. Gardło stało się dziwnie suche i ciasne.
- Wydaje się, że nasz przyjaciel często tędy przechodzi...
Aslak przyklęknął i rozgarnął liście paproci.
Reijo odsunął natrętną myśl, że dziki zwierz może ich teraz widzieć, i pochylił się nad ziemią. Zauważył to samo, co Aslak.
Nie były to ślady pozostawione tu i ówdzie. Był to szlak.
- Czy inne zwierzęta mogą tędy chodzić? - zastanowił się Reijo.
Aslak spojrzał na niego.
- Chodziłbyś tropem niedźwiedzia, gdybyś był zwierzęciem?
Reijo przyznał mu rację. Aslak nabrał powietrza.
- Mieliśmy szczęście, że na to trafiliśmy - rzucił zimno. - Nie mogło być lepiej.
- Tutaj? - spytał Reijo. Nie mógł nic na to poradzić, ale źle się czuł w tym zielonym półmroku. Las był dla niego za gęsty. Mogło się w nim ukrywać wszystko...
- Tutaj - potwierdził Aslak i zaczął odgarniać gałązki leżące na ziemi.
Reijo poszedł za jego przykładem. Mieli to robić razem. Przecież obiecał, a słowa dotrzymywał.
Im szybciej będą pracować, tym lepiej.
Zbliżał się wieczór. Noc. Jak inne drapieżniki niedźwiedź zwykł wychodzić nocą. Niebo pozostanie równie jasne jak w dzień, jednak w lesie będzie cień.
Obaj widzieli tego niedźwiedzia. Był olbrzymi.
Jama musiała być tak głęboka, żeby się nie mógł wydostać.
Pozostała im tylko ta resztka wieczoru.
Pracowali z zacięciem, gdyż obaj mieli powody do zemsty. Aslak myślał o siostrze, a Reijo o zmasakrowanej nodze Mikkala.
I obaj się bali.
Strach skutecznie poganiał.
Nie byliby w stanie się obronić, gdyby niedźwiedź zaskoczył ich, stojących po ramiona w dole, który stałby się dla nich grobem...
Nie mieli wyboru - musieli zdążyć.
Natura, będąca świadkiem wysiłku obu mężczyzn, jakby wstrzymała oddech.
życie, które powinno pulsować wokół nich, zamarło.
Wiele par czujnych oczu obserwowało ludzi zakłócających spokój lasu.
Większe i mniejsze stworzenia wybierały inną drogę.
Reijo i Aslak także wstrzymywali oddech, pracując w jamie.
Mogli polegać tylko na swoim słuchu. Na zdolności oceny docierających do nich dźwięków, na innych niewidocznych strażnikach, których zachowanie mogłoby ich ostrzec.
Byłoby najbezpieczniej, gdyby jeden z nich pogłębiał dół, a drugi przerzucał wykopaną ziemię dalej.
Nie mieli jednak na to czasu.
Aslak spojrzał w górę. Gdyby uniósł rękę, mógłby dotknąć dłonią krawędzi jamy.
- Wydaje się wysoko. Ale niedźwiedź był olbrzymi. Nie możemy ryzykować, że jama będzie za płytka. Albo taka, z której sami nie wyjdziemy - dodał z wymuszonym uśmiechem.
- Albo że ten potwór nas zaskoczy. - Reijo znów się pochylił nad dnem ciasnego dołu. - Jeszcze nie skończyliśmy, Aslak.
Zmagali się z potem i ziemią sypiącą się w oczy. Na dłoniach mieli pęcherze, w ustach słony smak krwi. Plecy ich bolały, kolana zaczęły drżeć.
Pracowali w ciszy wydającej się wiecznością. Obaj walczyli z nieustanną chęcią zerkania w górę. Nie powinni tracić na to czasu. Lepiej było się powstrzymać, póki nie uznają, że już dość.
- Wystarczy?
Reijo oszacował wzrokiem kwadratową przestrzeń ponad nimi. Wydawała się bardzo ciasna.
- Lepiej spytaj, czy mamy szansę się wydostać...
Aslak skinął głową.
- Tak, tyle powinno wystarczyć. Masz rację, Reijo.
Musimy pomyśleć o ratowaniu własnej skóry.
- Ty pierwszy.
Reijo ukucnął, oparłszy ręce o ścianę dołu. Aslak ostrożnie stanął mu na ramionach.
Obaj opierali się rękoma o ścianę, gdy Reijo ostrożnie prostował kolana, stając.
Aslak nie mógł pomagać mu inaczej, niż starając się zachować równowagę. Obaj wiedzieli, że byli już zbyt zmęczeni na ewentualne powtórzenie tej próby.
Nogi Reijo drżały. Zacisnął zęby i wspiął się na palce.
- Mam brzeg - usłyszał z góry. Zaraz potem ciężar na jego ramionach nieco się zmniejszył.
Aslak złapał za korzenie brzozy i wciągnął się na powierzchnię. Ulga, jaką poczuł, usunęła obręcz bólu ściskającą jego głowę w czasie kopania dołu.
Szybko zawiązał arkan wokół najbliższego mocnego drzewa i rzucił jego koniec Reijo.
- Dalej, kolego! Chyba nie chcesz zostać tam jako przynęta?
Reijo szybko wydostał się z dołu. Bez zbędnych słów zabrali się do splatania kraty z cienkich gałęzi, która miała zasłonić otwór. Położyli ją na miejscu i zamaskowali wrzosem, paprociami i mchem. Efekt był zadowalający.
- Powinniśmy mieć przynętę - rzucił Aslak. - Może jakąś pardwę czy zająca...
- Tego niedźwiedzia nie skuszą takie drobiazgi - odparł Reijo. - A krata nie wytrzyma ciężaru renifera. Zrobiliśmy, co w naszej mocy, Aslak. Sam wiesz, że on przechodził tędy wiele razy. Byłoby dziwne, gdyby akurat teraz miał zmienić trasę. Musimy wierzyć, że będzie się trzymał swoich zwyczajów.
- Albo będziemy musieli wymyślić coś innego - westchnął Aslak.
Reijo pokiwał głową, zmęczony. Jedyne, o czym teraz marzył, to odpoczynek i sen...
- Chodźmy z tego przeklętego lasu. - Aslaka ciągnęło na otwartą przestrzeń. - Widziałem niedaleko skały, możemy się tam schronić na noc.
Reijo nie sprzeciwiał się. Gęste, ciężkie korony drzew także jemu działały na nerwy.
Skały okazały się idealnym schronieniem na noc. Były wysokie i tworzyły rodzaj kręgu o tak ciasnym wejściu, że mężczyźni musieli mocno wciągnąć brzuchy, aby się między nimi przecisnąć. Nie przedostałby się tędy żaden dorosły niedźwiedź. Na skały trudno byłoby się wspiąć, zwłaszcza że wieczorem stały się śliskie od wilgoci. Dawały osłonę od wiatru i oparcie dla obolałych pleców mężczyzn.
Reijo rozpalił małe ognisko. Rozłożyli skóry reniferów.
Starali się wziąć ze sobą jak najmniej rzeczy, ale bez skór nie mogli się obyć. Ogrzewały, zatrzymywały wilgoć, były ratunkiem w zimne noce.
- Już myślałem, że się nam nie uda - wyznał Aslak. Siedział na jednej skórze, a przykrył się drugą. Jego oczy rozjaśniły się nieco po opuszczeniu lasu. Reijo uśmiechnął się lekko, żując twardy kawałek mięsa. Dotąd nie mieli czasu na jedzenie, więc pierwsze kęsy suszonego mięsa renifera smakowały mu jak jeszcze nigdy.
- Cały czas sądziłem, że ten przeklęty niedźwiedź zaraz nadejdzie - zgodził się z nim Reijo.
Teraz już nie musieli ukrywać, że się bali.
Rozmawiali o nieistotnych sprawach. Jedli. Starali się odgonić od siebie nieprzyjemne myśli.
Podtrzymywali ogień. Północna noc, mimo że jasna, nie była ciepła.
Rozciągnęli skóry na ziemi.
Reijo czuł, jak koszula przykleja mu się do pleców. Bardzo się spocił w czasie roboty, a teraz mokre ubranie tylko jeszcze oziębiało ciało. Zazdrościł Aslakowi jego skórzanego kaftana, który utrzymywał ciało suche i ciepłe.
Nieważne, nie mógł się nad sobą użalać. Nie wziął ubrania na zmianę, i już.
Leżał pod skórą renifera, podkurczywszy kolana pod brodę. Tak było cieplej, ale zmęczone mięśnie nie mogły odpocząć.
Obolały i zmarznięty, długo marzył o śnie. Był kompletnie wyczerpany. Nie byłby w stanie ruszyć palcem, nawet gdyby chodziło o jego życie.
Potrzebował odpoczynku, ale nie mógł zasnąć.
Na drugim posłaniu także nie było spokoju. Aslak przeciągnął się i uniósł na łokciu.
- Też nie mogę zasnąć - powiedział cicho. - Najbardziej to bym chciał tam wrócić.
- Chyba nie jesteś tak głupi - sprzeciwił się Reijo. - Potrzebujesz odpoczynku. Jeżeli on nie wpadnie do tej pułapki, będziemy musieli kopać następną.
- Nie mów takich rzeczy - stęknął Aslak, zakrywając dłonią oczy.
- Powinniśmy mieć porządną broń - myślał głośno Reijo. Pamiętał, jak kupiec w osadzie wynajął ludzi, którzy mieli strzelać do Rosjan, handlujących nielegalnie z mieszkańcami. - Powinniśmy mieć strzelbę. Wtedy moglibyśmy iść na niedźwiedzia.
Aslak nie miał zaufania do tych nowoczesnych wymysłów.
- Tacy jak my nigdy nie będą posiadać broni - stwierdził. - Broń jest dla bogatych. I może tak jest lepiej...
Reijo nie odpowiedział. Miał na ten temat własne zdanie. Myślał o innych sprawach niż polowanie.
Na świecie było tyle niesprawiedliwości. Sprawa broni, którą mieli urzędnicy czy bogaci, to tylko jedna strona problemu. Reijo z trudem przyjmował do wiadomości, że istnieją różnice pomiędzy ludźmi. Nie lubił przed nikim giąć karku.
Ale nie było to miejsce ani pora na rozważanie tego rodzaju kwestii.
- Musimy spróbować zasnąć, Aslak. Nie wiadomo, co będzie jutro. Może będziemy musieli znów szukać śladów.
Aslak tylko mruknął coś w odpowiedzi.
- Pierwszy, kto się obudzi, budzi drugiego - dodał jeszcze Reijo, starając się znaleźć wygodną pozycję i jednocześnie nie stracić zdobytego ciepła.
Nie było to łatwe zadanie, ale udało mu się w końcu zasnąć.
Zmęczenie jest najlepszą poduszką.
Zabłąkany promień słońca obudził Reijo, łaskocząc go w zarośnięty policzek.
Przeciągnął się leniwie i stwierdził, że jest ciepło. Koszula nadal przylegała mu do ciała, ale nie zmarzł, mimo że skóra renifera zsunęła się z niego.
Otaczały go dźwięki. Owady brzęczały na różne tony, dochodził świergot ptaków.
Reijo zmusił się do otwarcia powiek. Głowę miał ciężką i obolałą. Ramion i nóg niemal nie dało się rozprostować.
Początkowo nie rozumiał, gdzie jest. Nie wiedział, co to za szare kolosy widzi nad sobą.
Nagle przypomniał sobie wszystko. Zesztywniałe mięśnie przypomniały mu o pułapce, którą z takim trudem wykopali z Aslakiem.
Aslak? Reijo usiadł i rozejrzał się wokoło.
Kamienny krąg. Wypalone resztki ogniska. Skóry renifera, w których spał Aslak, porządnie zwinięte i oparte o kamienie. A gdzie Aslak?
- A niech go szlag...!
Reijo zerwał się na nogi i skrzywił się, gdy mięśnie nie nadążyły za tempem, które usiłował im narzucić.
Szybko wciągnął sweter, a nóż wsunął za pas.
Powinien się był domyślić, że Aslak będzie się bawił w bohatera. że ten niedźwiedź go opętał.
Oskarżając się i przeklinając towarzysza, że niepotrzebnie naraża się na niebezpieczeństwo, biegł w kierunku lasu.
Nie myślał o tym, żeby być cicho. Nie przyszło mu do głowy, że zachowuje się równie nierozsądnie jak Aslak.
Znalazł go przy pułapce.
Brat Siggi promieniał niczym księżyc w pełni. Zajęty był struganiem dzid z brzózek.
Powód był oczywisty. Jama ziała czernią. Reijo słyszał dochodzące stamtąd groźne pomruki.
Wstrzymał oddech i podszedł ostrożnie. Nie mógł odważyć się zerknąć w dół.
- Udało nam się, Reijo! Udało się! - Aslak uśmiechnął się zwycięsko. Jego spojrzenie skierowane na schwytane zwierzę było zimne jak mroźna noc. - To był właściwy trop.
Reijo bezwiednie cofnął się, gdy niedźwiedź podniósł się na tylne nogi i załomotał przednimi w ściany jamy. Nic jednak nie osiągnął poza tym, że jeszcze więcej ziemi posypało się na niego, wzmagając jego wściekłość i strach.
Był schwytany.
Aslak pewnie posyłał swe dzidy w dół. Reijo nie mógł na to patrzeć.
Dźwięki wydawane przez niedźwiedzia świadczyły o tym, że mężczyzna nie chybił ani razu.
Reijo wiedział, jaki szlak krwi i śmierci zwierzę pozostawiło za sobą, mimo to nie mógł mu nie współczuć. Jego serce było zawsze po stronie cierpiących.
Aslak cisnął ostatnią dzidę, zwierzę wydało ostatnie stęknięcie i zdechło.
Ciszę odczuwało się niby zimną ścianę, mimo że przyroda znów ożyła. Ptaki śpiewały, myszy przemykały pomiędzy wrzosami, owady brzęczały.
Aslak otarł czoło wierzchem dłoni.
- Zdechła - stwierdził. - Ta przeklęta bestia zdechła.
Zaczął wrzucać do dołu gałęzie i suchy mech. Reijo nie rozumiał, dlaczego, dopóki Aslak nie ukląkł przy krawędzi i nie zabrał się do rozpalania ognia.
- Co, u diabła, chcesz zrobić?
Aslak pracował dalej. Odpowiedział spokojnym głosem:
- Spalić go, oczywiście.
- Nie możesz go spalić! Nie tutaj. Las się może zająć.
- Ściany jamy na to nie pozwolą.
Aslakowi udało się skrzesać kilka iskier. Zapalił suche gałązki, odczekał chwilę i rzucił je do dołu.
- Nic nie będzie jadło niedźwiedzia, który zabił moją siostrę - powiedział twardo. - Nikt nie użyje jego skóry.
Ogień skwierczał. Aslak dorzucał gałęzi.
Płomienie sięgały brzegu jamy, mężczyźni zadeptywali sięgające poza nią łakome języki.
Przy brzegu zrobiło się tak gorąco, że trudno było ustać.
Reijo cofnął się, ale Aslak został.
Nawet wtedy, gdy w powietrze uderzył smród płonącego futra i skóry, Aslak stał i patrzył prosto w ogień.
Minęła niemal połowa dnia, zanim z niedźwiedzia mordercy zostały tylko zwęglone resztki.
Wtedy Aslak uznał, że to wystarczy, i zaczęli zakopywać dół.
Nawet go zamaskował.
Nie chciał, żeby po zabójcy pozostał jakikolwiek ślad.
Wracali w dużo lepszych humorach. Łatwo im się rozmawiało. Mieli czas na oglądanie kwiatów, jastrzębia krążącego na niebie, zwierząt przemierzających tundrę. Zatrzymali się przy potoku i ugasili pragnienie lodowatą wodą.
Chwilę odpoczęli. Reijo zauważył kilka szarobrązowych kul na zboczu po drugiej stronie. Złapał Aslaka za ramię.
- Młode niedźwiedzia?
Aslak wpatrzył się w dal i skinął głową. Szybko zerwali się na nogi.
- Nie warto czekać, aż zainteresuje się nami niedźwiedzica - rzucił Aslak, idąc szybkimi krokami. - Najwyraźniej jest tu ich więcej w okolicy.
- Ale my załatwiliśmy najgorszego.
Pozwolili sobie znów na napawanie się triumfem, mimo że wspomnienia nie były przyjemne.
Na Andersa natrafili dobry kawałek przed obozem.
Chłopak był zdyszany i podniecony.
- No, jesteście wreszcie. Zaczynaliśmy się o was niepokoić. Zgłosiłem się na ochotnika, żeby pójść w waszym kierunku - skrzywił się. - Nikt inny nie mógł iść. Zresztą ledwo mi na to pozwolili. Bali się, że stracą i mnie. Zaczynaliśmy myśleć, że ten niedźwiedź już was ma!
- Tu się mylisz, Anders. - Aslak objął brata za ramiona i potrząsnął nim. - Jest odwrotnie. Niedźwiedź nas nie złapał. To my złapaliśmy jego.
- Co?
Aslak zaśmiał się.
- Nie wiedziałem, że masz słaby słuch, Anders. Zabiliśmy go. Złapaliśmy go w pułapkę. Spaliliśmy ścierwo. Nie pozostał z niego nawet skrawek mięsa.
- Kiedy? - spytał pobladły Anders.
- Złapał się w nocy - oznajmił Aslak dumnie. - Cały dzień go paliliśmy.
Anders przymknął oczy, odwrócił się od nich i powiedział z trudem:
- Dziś po południu niedźwiedź zabił nasze cztery renifery.
Aslak i Reijo popatrzyli na siebie. Przed oczyma stanęły im bawiące się niedźwiadki.
- Na Boga! - jęknął Reijo zrezygnowany. - Złapaliśmy nie tego niedźwiedzia. Zabiliśmy niedźwiedzicę!