Rozdział 3
Dął wiatr od morza i niósł krzyki mew, sławiące wiosnę. Daleką północ zamieszkiwało niewiele ptaków śpiewających, ale mewy wynagradzały ich brak nieustannym wrzaskiem.
Raija zacisnęła zęby. Minęło już sporo czasu, ale wciąż pamiętała wiosnę nad Zatoką Botnicką, szczebiot ptaków, szum potężnych świerków, kolorowy dywan łąk, który wyglądał tak, jakby tęcza ukryła się pośród świeżych źdźbeł trawy.
Ocknęła się z zamyślenia. Po co się dręczyć, tutaj wiosna nie zawita. Przynajmniej nie ta, którą Raija znała. Tu lato zjawiało się nagle po falach mrozu, jak nieproszony gość stawało znienacka u progu.
Kończył się kwiecień, a zima ani myślała ustąpić. Była już wprawdzie niezbyt dotkliwa, ale wciąż dawała się we znaki komuś, kto zwykł mieszkać w łagodniejszym klimacie. Raija zakładała kilka warstw odzieży pod kaftan i opatulała dzieci, które jak kuleczki wysypywały się z domu, by zażyć zabawy na świeżym powietrzu.
Zadrżała mimowolnie i oderwała wzrok od ubogiego krajobrazu. Widok, który roztaczał się przed nią, był równie przygnębiający jak klimat i pogoda. Gdyby tylko mogła się od niego uwolnić!
Wszystko wydawało się takie proste. Skoro Holmertz, poprzedni właściciel sklepu, dawał sobie radę, cóż stało na przeszkodzie, by i jej los sprzyjał? By i dla niej sen stał się rzeczywistością. Wmówiła sobie, że potrafi prowadzić sklep.
Sądziła, że odwaga i energia wystarczą, ale srodze się rozczarowała. Z wolna zaczynała rozumieć, że porwała się z motyką na słońce.
A przecież przekonywała Reijo, że sobie poradzi. Wciąż dźwięczał jej w uszach pewny siebie ton, którym oznajmiła mu, że sama zajmie się prowadzeniem sklepu.
W głębi ducha spodziewała się, że ją wesprze. Do tej pory Reijo zawsze stał u jej boku.
Tym razem potraktował jej słowa z niezwykłą powagą. Zostawił handel w jej rękach, na każdym kroku dając do zrozumienia, że nie zamierza brać ani odrobiny odpowiedzialności na swoje barki. Zawsze pragnął spokojnego życia, nie chciał się wywyższać nad innych. To był jej pomysł, niech więc sama wypłacze się z kłopotów.
A kłopoty spotykały Raiję ze wszystkich stron. Musiała zmierzyć się z tysiącem nie pisanych praw, o których nawet nie miała pojęcia, stojąc z drugiej strony lady.
Tyle od niej oczekiwano.
I tyle było ról, których nie chciała grać.
Paskarki, na przykład. Wyzyskiwaczki, podbijającej ceny towarów. Nikomu nie odmówi chleba, nie będzie podobna do kupców, których wspominała z zaprawioną goryczą niechęcią. Tych, którzy okradali biedaków. Raija też zaznała biedy i głodu.
O, nie, taka nie będzie.
Raija popadła w przeciwną skrajność.
Wolała nazywać ją dobrocią, miłością bliźniego. Nie spodziewała się podziękowań, dobrze wiedziała, jak trudno okazywać wdzięczność komuś, kto ma więcej.
Oczekiwała solidarności.
Tymczasem ludzie w osadzie naśmiewali się z Raiji. Za plecami dziewczyny naigrawali się z jej naiwności. Korzystali z niej, nie szczędząc nowej właścicielce sklepu drwin i złośliwości.
Liczby w księgach nie mówiły nic o małostkowości klientów, za to wiele o braku kupieckiej żyłki.
Nazwiska dłużników powtarzały się na wielu stronach. Raija nie potrafiła ściągnąć należności. Znała wszystkie rodziny w osadzie i dobrze wiedziała, kto cierpi niedostatek. Kiedy więc zjawiali się po najniezbędniejsze towary, nie pytała o zapłatę. Na mocy niepisanej umowy starannie odnotowywała rosnącą sumę długu.
W głębi duszy miała jednak poczucie, że nie zajmuje się handlem, tylko dobroczynnością, za którą nie może spodziewać się zapłaty.
Narastało w niej przygnębienie. Przecież dostawcom musiała się opłacać brzęczącą monetą.
Liczby przemawiały jasnym językiem. Raija wiedziała, że nie oszuka rzeczywistości. Chcąc zachować sklep, musi ściągnąć długi. Nie zamierzała się poddawać, jej praca nagle nabrała szczególnego znaczenia. Ludzie gadali, że handel nie jest zajęciem dla kobiet, że to wbrew naturze, że rezultat łatwo przewidzieć. Raija chciała im pokazać, jak bardzo się mylą. Reijo też był przygnębiony. Czekał, aż dzieci położą się spać, upewniał się, że zasnęły. Dopiero wtedy ten zwykle opanowany mężczyzna dawał upust zniecierpliwieniu. Widział, że Raija nie jest taka jak dawniej.
Od samego początku Raija dawała mu do zrozumienia, by trzymał się z dala od sklepu, nawet nie pokazała mu ksiąg. Reijo sądził, że żonie wystarczy hartu i zdecydowania, by utrzymać porządek w rachunkach. Pojawiły się jednak niepokojące oznaki świadczące o tym, że Raija nie panuje nad kupieckimi obowiązkami.
Reijo objechał całą okolicę w poszukiwaniu załogi na rejs do Bergen.
Było dawnym i dobrym zwyczajem, że okoliczni rybacy zlecali kupcowi fracht ryb na południe. Zazwyczaj zleceniodawcy sami stanowili załogę kupieckich łodzi, czasami pomagali jedynie w jej doborze. Utarło się również, że frachtujący informowali kupca o wielkości ładunku na długo przed terminem wypłynięcia. Co najmniej dwa, trzy miesiące, twierdził Nils.
Kiedy Raija przejęła sklep, wielu rybaków zapomniało o starych obyczajach.
Wprawdzie Reijo zajmował się łodziami handlowymi, ale to w jego żonie ludzie widzieli ich właścicielkę. Szypra.
Słyszano o kobietach w tym fachu, nigdy jednak tak młodych. Były to zwykle wdowy po wytrawnych marynarzach i to jeszcze uchodziło. Oddawały one komendę na pokładzie ludziom, którzy dorastali chłostani wiatrem i strugami słonej wody. żaden Kwen, ledwo władający ich językiem, nie mógł marzyć o zaszczycie poprowadzenia statku z transportem ryb do kupieckiego miasta na południu.
Szypra się nie zmieniało. Najstarsi ludzie w osadzie nie pamiętali, by coś podobnego stało się za ich dni. Nikt by się nie ośmielił. Inny szyper mógłby postawić twarde warunki.
Raija była miękka, więc rybacy zwietrzyli swą szansę.
Reijo współczuł jej. Wiedział lepiej niż inni, że Raija się zamartwiała. Miała podkrążone oczy i zmizerniała na twarzy. Nie pamiętał, by kiedykolwiek była taka chuda.
- Jak ci idzie w sklepie? - spytał, udając obojętność.
Reakcja Raiji potwierdziła przypuszczenia Reijo, że jest jej ciężko. Może nawet gorzej, niż sądził.
- Dlaczego pytasz? - burknęła. Jej oczy nic nie wyrażały, jakby opuściła na nie zasłonę, którą odgradzała się od zewnętrznego świata. - Wszak to mój sklep, czyż nie? - Schyliła głowę z obawy, że jednak ją przejrzy. - Zawsze to podkreślałeś. - Nabrała powietrza i dodała: - Dobrze idzie.
Mówienie nieprawdy przychodziło Raiji z równym trudem jak prowadzenie interesów.
Reijo miał ochotę wstać, podłożyć rękę pod hardy podbródek Raiji i zmusić ją, by spojrzała mu w oczy.
Nie uczynił tego.
Nie ruszył się z miejsca.
To przyszło późną wiosną. Stanął pomiędzy nimi niewidzialny mur. Wspomnienie wspólnie spędzonych lat przestało łączyć. Małżeństwo było jak choroba, która toczyła ich dusze i niszczyła przyjaźń.
- Polowa ludzi z osady, którzy zwykli posyłać ryby na południe, wycofała się.
Raija uniosła głowę i wysunęła brodę w przód. Zawsze tak robiła, kiedy gotowała się do obrony.
- Co to ma wspólnego z moim sklepem? Cóż ja mogę poradzić na to, że nie potrafisz zadbać o fracht i załogę? Chcesz mnie obciążać za własną nieudolność?
Reijo zamknął oczy. Rozsądek podpowiadał mu, że Raija głośno myśli. Próbuje usprawiedliwiać swoje słabości.
Nie poczuł się lepiej. Oskarżenia dziewczyny bolały.
Kiedy uchylił powieki i zobaczył zaciętą twarz Raiji, stracił panowanie nad sobą.
- Wszystko wiąże się z tym przeklętym sklepem. Prowadzisz go tak nieudolnie, że ludzie zaczynają bawić się z nami w kotka i myszkę. Wiedzą, że nic się nie stanie, jeśli oddadzą ryby innemu kupcowi. Nikt na tym nie straci, nikt poza tobą i mną. Nie opowiadaj mi więc bajek o tym, że sprzedaż idzie dobrze. Wiem, jak idzie, Raiju. Źle!
Raija nie odpowiedziała. Reijo się nie mylił, jak zawsze. Wszystko przez ten sklep. Tyle że on palcem w bucie nie kiwnął, by jej pomóc. A teraz ją oskarża o nieudolność. Sam nie mając bladego pojęcia o handlu!
To właśnie powiedziała.
Jedno słowo goniło drugie. Raija odznaczała się ognistym temperamentem. Kiedy krew wrzała jej w żyłach, nie umiała się powściągnąć. Reijo zwykle nie tracił panowania nad sobą, ale doprowadzony do ostateczności, potrafił eksplodować jak beczka z prochem. To była ich pierwsza prawdziwa kłótnia. Dali upust goryczy, którą dusili w sobie. Od dawna nie rozmawiali, nie o sprawach poważnych.
- Zawsze chciałaś wszystko robić sama. Nigdy nie pozwalałaś, bym zaopiekował się tobą, uparta i dumna dziewczyno. Stałem u twego boku, a ty uważałaś to za rzecz oczywistą. Inni, którzy ci pomagali, doczekali się choć słów podziękowania. Zawsze wiedziałaś, że jestem gotów trwać przy tobie, Raiju. Popełniłem błąd...
Reijo mówił cichym, ale dobitnym głosem. Raija nie wątpiła, że te słowa płyną z głębi skrzywdzonego serca. Bolały, tym mocniej, że i tym razem miał rację.
W jego wzroku Raija dostrzegała stanowczość, znała ją tak dobrze. Nie znalazła argumentów, którymi mogłaby go zranić, by wyjść zwycięsko ze słownej utarczki. Raija nie potrafiłaby tak się zachować. Nie wobec Reijo.
- Nie będę wtrącać się w to, jak prowadzisz sklep - ciągnął - solennie to sobie przyrzekłem. Niech ten interes piekło pochłonie, skoro taka jest twoja wola. Zajmę się kupieckimi łodziami, ale cudów nie zdziałam. Ruszam na południe z takim ładunkiem, jaki zdołam zebrać, i z ludźmi, którzy zechcą mi towarzyszyć. Podatek od frachtu jest wysoki, więc może skórka nie warta wyprawki... - Reijo zawiesił głos i wzruszył ramionami. - Ale to dla mnie szansa, by wyrwać się stąd i zobaczyć świat. Kto wie, czy nie jedyna szansa...
Raija uczyniła coś, co nie leżało w jej naturze. Zgięła kark. Najboleśniej raniły słowa, których nie dopowiedział.
Nie mógł jednak wyraźniej dać Raiji do zrozumienia, że jeśli nie zmieni podejścia do ludzi, stracą wszystko.
- Dam sobie radę - odrzekła pojednawczo. Reijo spodziewał się kolejnego wybuchu złości, Raija nie zwykła ustępować bez walki. Potulność dziewczyny całkowicie go rozbroiła.
- Chcesz, żebym sobie poszedł? - spytał.
- Dokąd?
- Choćby do Nilsa - skrzywił się. - Skoro mnie nie potrzebujesz...
Raija miała ochotę pogłaskać go po jasnej czuprynie i powiedzieć, że wygląda jak mały skrzywdzony chłopiec. Na jego twarzy malowało się poczucie winy, ale w zielonych oczach błyskała iskierka nadziei.
Nie uczyniła tego.
- Czemu chcesz się wyprowadzać? - zdziwiła się. - Przecież to nasz dom. Wytrzymamy pod jednym dachem, nawet jeśli różnimy się w poglądach.
Nie przyznała mu racji, nie odwołała ani jednego z gorzkich słów, które rzuciła mu w twarz.
Odwróciła się i dumnie wyprostowana ruszyła do alkowy. Zrozumiał, że tej nocy nie uśnie w jej ramionach.
Reijo miał marzenia i oczekiwania. Nie wszystkie wiązały się z Raiją.
Te dwie jednomasztowe toporne łodzie towarowe,
których doglądał całą zimę, ukazały mu przyszłość w nowym świetle.
Bergen, miasto, które dotąd znał jedynie z nazwy, stało się dlań realnym celem. Reijo wyglądał wiosny i chwili, kiedy skieruje łodzie na południe, tam gdzie otwierał się przed nim wielki świat. Te łodzie były kluczem do nieznanego.
Marzenia mogą się jednak nie spełnić, jeśli jest się na bakier z tradycją.
Z frachtem do Bergen wiązała się niezliczoność obyczajów. Szyper był najważniejszą i najpotężniejszą figurą w tych niewielkich społecznościach zamieszkujących wybrzeże północnej Norwegii. Zdarzało się, że ta funkcja przypadała kobiecie, ale rzadko, tylko z racji dziedziczenia majątku po zmarłym mężu. Zazwyczaj każda osada rybacka, a w niektórych wypadkach parafia, frachtowała własną towarową łódź. Nie istniały dokumenty, które regulowałyby zasady najmu, jednakże ludzie święcie przestrzegali niepisanych praw.
Ani Raija, ani Reijo nie mieli o nich pojęcia, a mieszkańcy osady niechętnie widzieli obcych w roli przywódców. Nie mieli ochoty słuchać tych przybyszów z nieznanego kraju.
Mimo to Reijo zdobył ładunek i załogę. Szyprowie z sąsiednich osad odmówili mieszkańcom wioski pomocy. Połowy były obfite i mieli pełne ładownie.
Niemal wszyscy miejscowi rybacy zwrócili się więc do młodego Kwena, wyraźnie jednak dając mu do zrozumienia, że nie dorósł do roli szypra. Zadawali mnóstwo pytań i nie dowierzali Reijo, kiedy ten tłumaczył, że od małego brał udział w morskich wyprawach. Połowy na fiordach nie budziły tu szacunku, nie uznawano ich za prawdziwy rybacki fach. Tu nad morzem dzieci potrafiły wiosłować, zanim nauczyły się mówić. Uważano, że ludziom znad fiordów brak niezbędnej twardości.
Reijo napomykał o długach w sklepie Raiji, gdzie tylko mógł. Starał się dawać ludziom do zrozumienia, że nie jest równie wielkoduszny jak żona i ma zamiar przejąć część jej obowiązków.
Koniec końców zgromadził jedenastu członków załogi, tylu ilu znalazło się w wiosce. Czterech z nich ruszało po raz pierwszy w rejs na południe. Tak jak Reijo brali w podróż marzenia. Pobyt w Bergen zamieniał młodzieńców w mężczyzn.
Tarcia między rybakami opóźniły wyprawę. Przyjęło się, że osady najdalej wysunięte na północ podnosiły żagle w początkach maja. Tymczasem oni zdołali zaledwie postawić ciężką i toporną łódź na wodzie.
To był wielki dzień. Wokół kłębił się tłum dorosłych i dzieci, kto żyw spieszył z pomocą.
To było prawdziwe święto, więc jak to w święto przygotowano obfitość jedzenia i napitku.
Raija popadła w niełaskę u miejscowych, odmawiając sprzedaży gorzałki. Trzymała ją na składzie, ale nie odstępowała od swoich zasad.
Pod jej nieobecność Reijo opróżnił magazyn, nie chciał zrażać rybaków do siebie. Niech Raija myśli, co chce, wszak stać go na to, by postawić chłopcom po szklanicy. Tak postępuje prawdziwy szyper. Miał spędzić kilka długich miesięcy w jednej dużej łodzi z tymi jedenastoma mężczyznami i potrzebował ich zaufania.
Raija szybko wykryła kradzież. Zdrowy rozsądek podpowiadał jej, że taka ilość gorzałki, jaką wypito na pokładzie, nie mogła pochodzić z zapasów mieszkańców osady. Poza tym ostatnio Reijo zachowywał się nadzwyczaj dziwnie.
Kiedy mąż wrócił do domu nad ranem, Raija czekała na niego.
Wcześniej była na brzegu, by posmakować gorączkowej atmosfery towarzyszącej wyprawie. Reijo popróbował czegoś więcej. Nie dość że ograbił skład, to jeszcze obficie uraczył się swoją zdobyczą.
Nie spodziewał się burzy. Było mu lekko na duszy. Łódź stała na wodzie, pięciu ludzi spało na pokładzie. Nie wiedział dokładnie, gdzie podziewali się pozostali, ale miał ich solenną obietnicę, że zjawią się po niedzieli. Wtedy zamierzali opłynąć rybaków, zebrać ładunek i zamówienia na towary z wielkiego miasta na południu.
Chwiejąc się na nogach, cicho zamknął drzwi za sobą. Kiedy się obrócił, zobaczył Raiję. Siedziała przy palenisku, ręce skrzyżowała na piersi.
- Nie musiałaś na mnie czekać - zażartował. Podskoczył ku niej, chwycił ją w talii i zakręcił dokoła w radosnym pląsie. - Płyniemy, dziewczyno - roześmiał się cicho.
Raija zaparła się dłońmi o męża i odwróciła twarz na bok. Wykrzywiła się, kiedy owionął ją pijacki oddech Reijo. Wcale nie była taka delikatna, ale tym razem uważała, że ma powody do irytacji. Nie ujdzie mu to na sucho!
- Tak, płyniecie - wycedziła. - Ożłopaliście się tak, że potrzeba cudu, byście odbili od brzegu...
Reijo puścił ją i odwrócił się plecami.
- Wystarczy ci byle pretekst, by wszcząć kłótnię.
Raija nie ruszyła się z miejsca.
- To, że cała wioska upija się moją gorzałką, trudno nazwać byle pretekstem.
- Trzeba było ją wylać - rzekł i ze zdziwieniem spojrzał na żonę przez wąskie szparki oczu. - Nie rozumiem, dlaczego tego nie zrobiłaś. Z twoimi poglądami?
Taka myśl nigdy nie postała w głowie Raiji, ale nie zamierzała się do tego przyznawać.
- Powinnaś się cieszyć - ciągnął Reijo. - Te niedorostki tygodniami nie mówiły o niczym innym, tylko o tym, jak wkraść się do sklepu. Mogliby wynieść znacznie więcej, nie tylko alkohol.
- Może zatem powinnam ci podziękować? - spytała jadowicie.
Reijo rozłożył ramiona i roześmiał się. Liczył na jej poczucie humoru.
- Spróbuj...
W odpowiedzi Raija obdarzyła go lodowatym spojrzeniem. Zamiatając suknią, podeszła do stołu i podniosła jakiś przedmiot.
Reijo przełknął głośno ślinę, kiedy zobaczył, co Raija trzyma w dłoni. A więc wykryła coś jeszcze poza brakiem gorzałki. Usiadł, wyrzucając sobie własną głupotę.
- A to... - Podsunęła mu pod nos bransoletę. - Co to jest?
- Gdzie to znalazłaś?
Reijo znał odpowiedź, ale chciał zyskać na czasie.
- Dobrze wiesz, Reijo - odrzekła podejrzanie słodkim głosem. - W twojej skrzyni. Tam, gdzie to schowałeś.
Reijo skinął głową.
Następne pytanie go zaskoczyło.
- Czy mógłbyś łaskawie zdradzić mi, kogo zamierzałeś obdarować tym świecidełkiem? Dlaczego ukrywałeś je przede mną? Nigdy nie mieliśmy przed sobą tajemnic, Reijo... - zakończyła zjadliwie.
Z pewnością dostrzegła jego zdumienie, ale nie dała nic po sobie poznać. A Reijo nie mógł otrząsnąć się z szoku. Czyżby słyszał w głosie Raiji ton zazdrości? Nie odważył się zapytać, zresztą z pewnością nie przyznałaby się do tego.
Nie potrafił jednak ukryć, że spodziewał się innego pytania.
- A myślisz, że kogo? - zapytał w nadziei, że ją przejrzy.
Raija usiadła i Reijo uczynił to samo. Dziewczyna wsparła łokcie o blat stołu, jej palce bawiły się bursztynową bransoletą. Gładź kamienia lśniła pięknym blaskiem, a jego kolor prowadził myśli niebezpiecznym torem.
Oczy Reijo spoglądały na nią zagadkowo, trochę kpiąco.
Raija nabrała powietrza i oświadczyła:
- Zawarliśmy umowę, a jej fundamentem jest szczerość, całkowita szczerość. Mieliśmy zwrócić sobie wolność, jeśli któreś z nas znajdzie prawdziwą miłość. Nie musisz niczego ukrywać.
Silna, ciepła ręka spoczęła na dłoniach Raiji.
- Czy jesteś tylko rozczarowana? Że nie zdobyłem się na otwartość?
Wstrzymał oddech, czekając na odpowiedź żony. Raija walczyła ze sobą. Wpatrywała się w ich splecione ręce. Tak luźno splecione...
Co poczuła na widok bransolety? żądając szczerości, nie powinna skrywać własnych uczuć...
A jednak bała się, że najgorsze przeczucia znajdą potwierdzenie, że dowie się, dlaczego Reijo odmówił jej wsparcia. Nabrała tej pewności, kiedy zacisnęła palce na błyskotce. Reijo nie należał już do niej duszą i ciałem. Znalazł sobie inną.
Godziny wlokły się nieznośnie. Nocna hulanka męża dała Raiji pretekst, by czekać na niego. Siedzieć przy stole ze wzrokiem wbitym w bransoletę i zastanawiać się.
Czuła coś więcej poza rozczarowaniem. Czuła, jak przepaść otwiera się pod stopami na myśl o tym, że Reijo nie będzie dłużej jej skałą i opoką.
Że może go utracić.
Ta pewność była jak ból, który ścisnął jej żołądek, a potem rozniósł się po całym ciele.
Reijo chciał wiedzieć, czy jest zazdrosna. Tak właśnie wygląda zazdrość?
Nie była gotowa, by przyznać się do słabości.
- Nie wiem, naprawdę nie wiem - odrzekła. To było najbliższe prawdy.
Reijo ścisnął dłoń żony. Zdawkowa odpowiedź sprawiła mu radość. A więc wciąż coś dla niej znaczył.
- Bransoleta należy do ciebie, Raiju - wyznał, dławiony wzruszeniem, i ciągnął, nie dając jej dojść do słowa: - Miałaś ją dostać zeszłej jesieni. Postąpiłem niemądrze, ukrywając ją.
- Ukrywając?
Skinął głową.
- Nie jest ode mnie. Wciąż nie rozumiesz? Nie istnieje żadna kobieta, którą pragnąłbym przyozdobić. Nikt ci nie zagraża i nigdy nie zagrażał taki już mój los. Nie masz powodów do zazdrości, to ja raczej powinienem czuć się podle. Dostajesz cenne podarki od innych mężczyzn...
Raija spojrzała na niego ze zdumieniem. Reiio pobladł.
O co mu chodzi?
Nie musiała nawet pytać.
- Bransoleta jest twoja. Aleksiej kupił ją dla ciebie i prosił, bym ją tobie przekazał. Na pamiątkę...
Raija zarumieniła się. Aleksiej... Rosjanin, którym opiekowali się w zeszłym roku. Młodzieniec tak niebezpiecznie podobny do niej z charakteru. I tak urodziwy, że mu uległa...
- Byłem zazdrosny - przyznał Reijo. - Zazdrość mnie zaślepiła. Mikkal dał ci broszkę. Bolało mnie kiedy ją nosiłaś. Wiem, co was łączy, i choć uważam Mikkala za przyjaciela, zazdroszczę mu tego czego nigdy mieć nie będę. Nawet teraz należysz bardziej do niego niż do mnie... - Zaczerpnął tchu i ciągnął: - A potem inny mężczyzna zapragnął wręczyć ci kosztowny prezent. Widziałem wasze spojrzenia, widziałem też, jak się całowaliście. Możesz mówić, że to nic nie znaczy, ale ja rozumuję inaczej. Pocałunek łączy ludzi, którzy darzą się uczuciem. W pocałunku mieszka miłość, Raiju... Tak, zazdrość mną owładnęła i postanowiłem ukryć bransoletę. Postąpiłem głupio.
Mówił szczerze, Raija nie miała żadnych wątpliwości. Tylko raz ją okłamał, kiedy zawiózł jej dziecko do Mikkala. Całą wieczność temu, gdy żyła w złotej klatce jako oblubienica wójta.
Odłożyła bransoletę na stół. Ozdoba była piękna, ale w jednej chwili straciła swój magiczny urok. Raija zajrzała bowiem w zieloną głębię oczu Reijo i zobaczyła w nich ból. Aleksiej należał do innego świata. Urodzili się po dwóch stronach granicy i wszystko ich dzieliło: język, przeszłość, doświadczenia, odległość.
Byli ulepieni z jednej gliny, ale żyli w odmiennej rzeczywistości. Aleksiej powinien pozostać wspomnieniem. W ułamku sekundy Raija ujrzała jego aksamitnie brązowe oczy i usłyszała miękki głos, lecz zaraz otrząsnęła się z tych myśli.
W życiu codziennym nie było miejsca na marzenia, ani o przeszłości, ani o przyszłości. W codzienności Raiji liczył się czas teraźniejszy.
Najwyższa pora dorosnąć.
Reijo był teraźniejszością. Reijo był rzeczywistością.
- Nic nie szkodzi - szepnęła miękko i lekko zawstydzona musnęła dłonią policzek męża. Dawno nie okazywała mu czułości.
Zakłopotany mężczyzna zamrugał powiekami. Spodziewał się raczej wybuchu złości, tymczasem Raija przytuliła go do siebie, nawet nie starając się ukryć łez.
- Nic nie szkodzi - powtórzyła z ustami przy jego policzku. - Widać musimy się czasem czubić - dodała głosem drżącym od płaczu.
Reijo wstrzymał oddech i objął żonę po raz pierwszy od paru tygodni. Nareszcie mógł dać upust uczuciom, które dusił w sobie.
- Widać musimy - uśmiechnął się, w jednej chwili zapominając o bólu, którego doświadczał przez minione dni. - Nigdy jednak nie zabraknie ciepła w naszym związku, Raiju. I zawsze będzie w nim miejsce na wybaczanie.
Spoglądali długo na siebie z oddaniem, które dane jest tylko prawdziwym przyjaciołom. Z głębokim pragnieniem naprawienia krzywd.
- Wyjeżdżasz na długo - zmartwiła się. Jej myśli pobiegły do tego miasta, którego chyba nigdy nie pozna.
- Czyżbyś mi zazdrościła? - spytał rozbawiony. - A może będziesz tęsknić za mną?
- Będę tęsknić. - Raija zwichrzyła mu czuprynę. - Muszę obciąć ci włosy. Nie możesz w wielkim świecie wyglądać jak barbarzyńca.
- Nie boisz się? - roześmiał się. - Kto wie, co zrobią damy w Bergen na widok tak urodziwego młodzieńca.
- Zarozumialec! - prychnęła. - Niektórzy mężczyźni mają doprawdy wysokie mniemanie o sobie. Wreszcie zachowywała się jak dawniej. Promieniowała radością, tuliła się doń miękko i ulegle.
- Tutaj spędzimy noc? - spytał z błyskiem w oku. - Czy będziemy przebaczać sobie w nieskończoność na środku kuchni?
Śmiech Raiji świadczył, że myślała o tym samym. Drzwi do alkowy były uchylone.
- Będziesz tak daleko - mruknęła, kiedy zamknęli je za sobą.
- Ale nie od ciebie - szepnął, wtulając usta w zagłębienie na jej szyi. - Pamiętaj, Raiju, nie od ciebie. Nigdy nie będę daleko od ciebie.
Reijo nie mógł wiedzieć, że za kilka tygodni przypomni sobie te słowa. Teraz i tutaj liczyła się tylko ona. Nikt inny.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki