Rozdział 3
Jace
Po służbie, która kończy się równo o ósmej rano, wracam do domu i kładę się spać. Nie mogę wyłączyć mózgu, produkującego najróżniejsze scenariusze czekającej mnie rozmowy ze Schneiderem. Obracam się z boku na bok i mam wrażenie, że zaraz eksploduję.
Zastanawiam się, co Ben miał na myśli, mówiąc, że May mnie nie zdradziła. Przecież wszystko było tak kurewsko ewidentne. Widziałem zdjęcia, słyszałem, jak te ćwoki recytują wiersze, które były przeznaczone tylko dla jej oczu. Dostawałem w pysk z takim impetem, że nie dało się czegoś źle zinterpretować.
Szybko dochodzę do wniosku, że moje próby zaśnięcia i tak spełzną na niczym. Biorę długi prysznic, po czym idę do klubu sportowego.
Wkładam słuchawki w uszy i pozwalam, aby najnowsza playlista dodawała mi energii. Od szkolnych czasów wiele się zmieniło, ale nie mój gust muzyczny. Nadal wiem, co dobre. Wsłuchuję się w ostre, hardrockowe kawałki.
Zanim zacznę trening, robię rozgrzewkę: krążenia ramion, bieg w miejscu, luźne ciosy, walka z cieniem i kilka serii ze skakanką.
Po kilkunastu minutach zakładam rękawice i podchodzę do worka bokserskiego. Zaczynam od pojedynczych uderzeń, kontrolując przy tym oddech. Przy każdym ciosie napinam mięśnie brzucha. Pot zaczyna spływać po moich skroniach. Czuję, że ciągle mi mało, więc przerzucam się na serie dwóch, trzech ciosów. Przyspieszam, koncentrując się na słowach piosenki. Chcę się oderwać od rzeczywistości, ale to okazuje się potwornie trudne.
Im dłużej ćwiczę, tym mocniej pieką mnie ręce, ale to wbrew pozorom przyjemne uczucie. Kierując się potrzebą wyprodukowania jeszcze większej ilości endorfin, daję z siebie wszystko.
Kilka miesięcy temu obserwowałem, jak Reiner rozładowuje nerwy, wyżywając się na worku treningowym, jakby był jego największym wrogiem. Teraz sam to robię.
Jak wyglądałoby moje życie, gdybym nie zerwał kontaktu z May? Czy nasza przyjaźń mimo wszystko by przetrwała? Byłoby lepiej? A może po jakimś czasie zraniłaby mnie jeszcze bardziej? Dlaczego nie potrafię zapomnieć o tej dziewczynie?
Wspomnienia, zarówno te dobre, jak i te złe, powoli do mnie wracają. Uderzam coraz mocniej. Moja agresja osiąga nowy poziom: wykonuję kopnięcie, następnie wracam do uderzeń rękami. Jestem już zmęczony, ale nie chcę przestać. Będę walić w ten worek tak długo, aż zabraknie mi tchu.
Opuszczam klub dopiero po trzeciej. Po intensywnym treningu zwykle jestem zrelaksowany, ale nie tym razem. Nadal mnie nosi i bez problemu przebiegłbym dodatkowo długi dystans.
Wsiadam do samochodu i włączam głośną muzykę, a w momencie, gdy wjeżdżam na główną ulicę, odzywa się mój telefon. Odbieram i daję na głośnomówiący.
- Co robisz? - rozbrzmiewa głos Sabriny, a w tle słychać głośne piski jej małego, słodkiego klona.
- Do osiemnastej jestem wolny - odpowiadam, uśmiechając się na dochodzące z oddali coraz to dziwniejsze odgłosy.
- Potrzebne mi wsparcie od zaraz! - oświadcza siostra. - Mam tutaj jakąś katastrofę!
- Mała znów rozrabia?
- Ona nie rozrabia, tylko puszcza mi z dymem chatę. Bierz dupę w troki i przyjeżdżaj!
Śmieję się, skręcając w prawo i obierając kurs na dom Sabbi. Jej córka to istny wulkan energii, czyli innymi słowy: młodsza wersja siostry ze słabością do jednorożców i mojego przyjaciela. Od niedawna również do Nat. Po tym, jak panna Reinera wkroczyła do jej życia w stroju wróżki Dzwoneczka, Paula ma bzika na jej punkcie.
- Co tym razem zmalowała? - pytam i jestem wdzięczny Sabrinie za odwrócenie mojej uwagi od ostatnich wydarzeń.
- Była u nas sąsiadka ze swoim synkiem...
- Z Denisem?
- Uhm...
- Oj, to pewnie było grubo - komentuję, ponieważ dobrze znam tego urwisa.
Paula zamienia się czasami w diabła tasmańskiego, to prawda, ale Denis... To już wyższy poziom chodzącej katastrofy. Ten chłopak jest gorszy niż tsunami. Zawsze byłem zdania, że bezstresowe wychowanie to nieporozumienie.
- Zostawiłam ich w domu dosłownie na chwilkę! - zaczęła się uskarżać. - Zrobiłam kawę i usiadłyśmy z Marlą na dworze. Naraz słyszę trzask, no to lecę jak głupia z powrotem do środka i co widzę?
- Co widzisz, moja kochana siostrzyczko? - droczę się z nią.
- Śnieg, kurwa!
- Co?
- Wyobraź sobie, że dzieciaki wpadły na pomysł, by zamienić nasz salon w krainę lodu. Rozerwały poduszki i wyciągnęły puch, a później, jakby tego było mało, wyjęły półkę z komody, weszły na górę i zjechały na niej po schodach, twierdząc, że to sanki!
Wybucham śmiechem.
- I czego rżysz!
- Nie przypomina ci to czegoś? - pytam, wracając pamięcią do czasów naszego dzieciństwa. - Wykapana mamusia.
Jej głośne westchnienie jest wystarczającą odpowiedzią. Pewnie sama przypomniała sobie akcję ze styropianem. Nasz tata kupił olbrzymią meblościankę. Po całym dniu składania tego cudeńka położył się przed telewizorem, a ja z Sabriną zająłem się kartonami leżącymi w kącie pokoju. Na widok miękkich białych elementów aż nam się oczy zaświeciły. Pokruszyliśmy polistyren i rozrzuciliśmy go po całym pomieszczeniu.
Później stwierdziłem, że moja siostra byłaby świetnym bałwanem, za co, oczywiście, dostałem od niej po gębie, ale kiedy już doszliśmy do porozumienia, ustaliliśmy, że oboje przebierzemy się za śniegowych ludzi. Pomazaliśmy się klejem w sztyfcie i przymocowaliśmy na skórę i ubrania resztki styropianu. Kiedy zaprezentowaliśmy się rodzicom, ojciec wywrócił oczami i zapytał: Mam nadzieję, że jesteście z siebie dumni? Na co my zgodnie przytaknęliśmy głowami, przybijając sobie piątkę.
- Czasami myślę, że mogłaby być bardziej jak Rolf - odzywa się Sabbi.
- A wiesz, że do dziś się zastanawiam, jakim cudem ten biedak z tobą wytrzymuje?
- Ej, wypraszam sobie! Jestem najlepszą żoną pod słońcem. Ideał!
- Zaraz u was będę - mówię, wjeżdżając do Immendingen. - A właśnie, Rolfa nie ma w domu?
- Jest na wyjeździe firmowym, wróci dopiero jutro - odpowiada nad wyraz smutnym tonem. - Najchętniej zatrudniłabym ciebie i Reiniego jako niańki dla tego małego tornada, ale wiem, że macie inne sprawy na głowie.
- Nie przesadzaj, staram się was odwiedzać przynajmniej raz w tygodniu. A teraz skończ marudzić, zrób mi kawę i otwórz drzwi.
Parkuję na brukowanym podjeździe, rozłączam się i wysiadam z samochodu. Opieram się o maskę i wyjmuję z kieszeni paczkę fajek. Wiem, że moje płuca nienawidzą mnie za ten nałóg, ale rzucenie wydaje się okropnie trudną decyzją. Zapalam papierosa, wodząc spojrzeniem po wypielęgnowanym ogrodzie. Zatrzymuję wzrok na domku na drzewie - mojej i Reinera dawnej bazie. Uwielbiam to miejsce, wiążą się z nim piękne wspomnienia, ale od niedawna także bolesne. Babcia zmarła dwa lata temu i choć nie byłem z nią tak zżyty jak z dziadkiem, cholernie tęsknię.
- Znów palisz to świństwo? - Sabrina pojawia się w progu, przeszywając mnie karcącym spojrzeniem.
- I kto to mówi? - odgryzam się, doskonale wiedząc, że ćmi po kryjomu.
- Goń się, smarku. - Pokazuje mi język, jakby miała kilkanaście, a nie trzydzieści parę lat. - Właź, mała już na ciebie czeka.
Zaciągam się ostatni raz, gaszę fajkę i wyrzucam peta. Przeszukuję drugą kieszeń, a kiedy odnajduję opakowanie miętówek, wrzucam do ust dwie białe pudrowe pastylki. Paula nie lubi, gdy czuć ode mnie papierosami.
Razem wchodzimy do domu, Sabbi prowadzi mnie do salonu.
- Wyglądasz okropnie. Jesteś świeżo po służbie? - pyta, przyglądając mi się uważnie.
- Nie mogłem zasnąć - stwierdzam, nie podając żadnych konkretnych powodów, ale aż mnie korci, żeby pogadać z nią o May.
Do tej pory siostra nie ma pojęcia, dlaczego zerwałem z tą dziewczyną kontakt. Na całe szczęście nie ciągnęła mnie za język i odpuściła już po dwóch próbach wyciągnięcia jakiejkolwiek informacji. Prawdę zna tylko Reiner.
- Wujo! - krzyczy moja ulubienica, a chwilę później wskakuje na mnie i wiesza mi się na szyi jak jakaś małpka. - Mam nowe sanie! Pozjeżdżamy ze schodów? - proponuje podekscytowana.
- Paula! - ostrzega ją Sabrina.
Śmiejąc się, stawiam dziewczynkę na podłodze i daję jej buziaka w czoło.
- Czy ty chcesz, żeby twoja mama przerzuciła mnie przez kolano i złoiła mi tyłek? - pytam z udawaną powagą.
Mała zasłania dłońmi usta i chichocze. Jej drobne ciałko trzęsie się z każdym uroczym dźwiękiem.
- Bardzo nabroiłaś? - Przyklękam na jedno kolano i mierzwię jej jasną czuprynę.
Paula się krzywi i powoli zerka na swoją rodzicielkę, po czym wraca spojrzeniem do mnie. Nachyla się i szepcze mi do ucha:
- Mama się trochę zdenerwowała, ale myślę, że Mikołaj i tak przyjdzie. W zeszłym roku mi powiedziała, że jak będę niegrzeczna, to nie dostanę od niego prezentów, ale on jednak mnie odwiedził.
Śmieję się tak głośno, że w oczach pojawiają mi się łzy. I kto powiedział, że dzieci są głupie?
- Chodź, pomogę ci posprzątać, a później przeczytamy jakąś bajkę - zachęcam i wyciągam do niej rękę, którą bez wahania łapie.
- Ale będziesz naśladował głosy! - To nie było pytanie, ale i tak przytakuję.
- No pewnie, zwyczajne czytanie jest nudne - odpowiadam, udając Olafa z Krainy lodu, co dziewczynka podsumowuje szerokim uśmiechem.
- A kawa? - włącza się siostra.
- Wypiję mrożoną. - Puszczam do niej oko. - Odpocznij.
W domu Sabriny czas mija mi błyskawicznie i ani się obejrzałem, jak wybiła siedemnasta. Po ogarnięciu bałaganu i przeczytaniu sześciu krótkich historyjek z Elzą i Anną w rolach głównych pojawiam się w salonie. Siostra drzemie na tapczanie, cicho pochrapując.
Siadam przy niej i wypijam duszkiem zimną już kawę. Kiedy odstawiam kubek na stół, Sabbi otwiera zaspane oczy, ziewa i się przeciąga.
- Dzięki, brat - mruczy zadowolona.
- Nie ma sprawy.
Przez moment mierzymy się spojrzeniami. Prawie widzę dym wylatujący z jej uszu, gdy usiłuje odczytać moje myśli. Zawsze była spostrzegawcza, więc w ogóle się nie dziwię, że mnie przejrzała. Wie, że coś u mnie nie gra, ale nie potrafi odgadnąć przyczyny.
- Opowiesz mi dobrowolnie, co cię gryzie, czy muszę wyciągać to z ciebie siłą? - pyta w końcu, siadając z podkurczonymi nogami.
- To nic takiego...
- Kogo próbujesz oszukać, Jace? Mnie czy siebie?
Dobre pytanie, szkoda, że sam nie znam odpowiedzi. Za godzinę mam się zobaczyć z Benem, jednak nie do końca wiem, czego powinienem się po tej rozmowie spodziewać.
- Myślałem ostatnio o May, pamiętasz ją? - zagaduję ostrożnie. Nie mam zamiaru mówić siostrze o tym, co się wydarzyło dzień po wyjeździe mojej dawnej miłości.
- Szczerze? Byłam pewna, że wasza relacja przetrwa dłużej, ale ty... - urywa nagle, jakby zabrakło jej słów. Daje sobie kilka sekund, po czym kończy: - Nigdy mi nie powiedziałeś, co się wtedy stało. Wparowałeś do mieszkania, nawet się ze mną nie przywitałeś. Poszedłeś do siebie i zatrzasnąłeś mi drzwi przed nosem, zamykając je na klucz. Wystraszyłam się nie na żarty, dlatego zadzwoniłam po Reinera. Niby wszystko było jasne, bo od tamtej pory nawet nie wspominałeś o May, ale i tak jakoś trudno mi uwierzyć, że wasz związek tak po prostu się rozleciał.
- Pewnie weźmiesz mnie za skończonego kretyna, ale nie mogę przestać myśleć o tym, jak to wszystko się rozpadło - przyznaję, bezwiednie jeżdżąc kciukiem po wewnętrznej stronie przedramienia, tam, gdzie wytatuowałem sobie deszczową chmurę. - Nigdy nie czułem się tak oszukany i zdradzony, jak w tamtej chwili.
- Boże, Jace. - Słyszę niepokój w jej głosie. Przysuwa się do mnie, po czym kładzie mi dłoń na plecach. - Chcesz mi powiedzieć, co się wtedy stało? - pyta, a ja natychmiast kręcę głową. - W porządku, ale pamiętaj, że to już przeszłość. Teraz musisz skupić się na teraźniejszości i swojej przyszłości.
Problem w tym, że jakaś część mnie w ogóle nie przyjmowała tego do wiadomości.
- Chcesz się z nią skontaktować? - pyta niepewnie.
- Nie wiem... Naprawdę nie mam pojęcia.
Wieczorem pojawiam się w Fürstenbergs Irish Pub. W środku - jak zwykle - panuje ciepły i przytulny nastrój, a drewniane ściany i meble nadają temu miejscu niepowtarzalnego charakteru. Z tym że mnie wcale nie jest do śmiechu, wręcz przeciwnie, wydaje mi się, że w każdej chwili mogę oberwać i już się nie podnieść.
Skinięciem głowy witam się z barmanem, po czym idę w głąb knajpy, szukając wzrokiem Schneidera. Siedzi w rogu z kuflem piwa. Jeszcze mnie nie zauważył. Przygryza paznokieć kciuka, a jego noga podskakuje nerwowo. Dziwne zjawisko. Ben zawsze kojarzył mi się z aroganckim bucem, który ma wszystko i wszystkich w głębokim poważaniu. Takie zachowanie zupełnie mi do niego nie pasuje.
Przełykam ślinę, a całe moje ciało drętwieje w obawie przed tym, co zaraz usłyszę. Podchodzę do blondyna. Odchrząkuję, by zwrócić na siebie jego uwagę.
- Przyszedłeś - mówi z niedowierzaniem, jeżdżąc po mnie rozbieganym spojrzeniem i dopiero po chwili przytomnieje. - Siadaj.
Odsuwam krzesło i w milczeniu zajmuję miejsce naprzeciwko niego. Czekam, aż wreszcie zacznie gadać, ale on tylko się gapi, jakbym był przeklętym duchem.
- Chcesz coś zamówić? - wypala po dłuższym namyśle.
- Nie jesteśmy na randce, Schneider - syczę, ponieważ powoli tracę cierpliwość i tylko resztka zdrowego rozsądku powstrzymuje mnie od chwycenia Bena za fraki i wytłuczenia z niego wszystkich tajemnic z przeszłości. - Z tego, co pamiętam, ściągnąłeś mnie tutaj w innym celu, a do pieprzenia już kogoś masz.
Nawet w moich uszach zabrzmiało to kurewsko wrednie. Od kiedy stałem się takim skurwielem?
- Zmieniłeś się - komentuje, unikając mojego spojrzenia.
- To chyba dobrze, zważając na fakt, że kiedyś miałeś mnie za żałosną pizdę.
Znów się wzdryga.
- Podjąłem w życiu sporo głupich decyzji - mamrocze cicho, ale dokładnie rozumiem każde słowo. - To, czego się dopuszczałem w szkole, jest niewybaczalne i zdaję sobie sprawę, że nie mam prawa, by się z tego tłumaczyć. Długo się nad tym zastanawiałem, ale nigdy nie miałem dość odwagi, by wyjawić ci całą prawdę. Potem wybuchł pożar... - urywa.
Jego głos drży, a oczy zachodzą łzami, co w pewnym stopniu wzbudza we mnie litość. Łapie za ułożoną na blacie serwetkę, rozkłada ją i zaczyna gnieść, jeszcze bardziej utwierdzając mnie w przekonaniu, że dla niego to spotkanie również jest niekomfortowe.
- Może zacznę od początku - wydusza z siebie, rzucając mi przelotne spojrzenie, następnie bierze głęboki wdech i mówi: - Pamiętasz te plotki o całujących się na przystanku gejach? - Przytakuję. - One nie dotyczyły ciebie, tylko mnie. Podsłuchałem, jak jakieś laski mają ubaw z dwóch liżących się chłopaków, i doszedłem do wniosku, że muszę z tym coś zrobić, zanim się zorientują, kogo tak naprawdę widziały. Dlatego rozpowiedziałem wszystkim, że to byłeś ty i Reiner.
Nie komentuję tego. Jestem świadomy, że Ben nie miał łatwo, ale to go nie usprawiedliwia.
- Nie rozumiem, jak to się ma do akcji z May. - Zniecierpliwiony, stukam palcami w blat stołu.
- Pozwól mi dokończyć, obiecuję, że to nie potrwa długo.
Znów kiwam głową. Schneider pociera twarz dłońmi, po czym bierze duży łyk piwa.
- Zadurzyłem się w nieodpowiedniej osobie i nie mogłem tego zmienić - kontynuuje opowieść. - Z początku nie rozumiałem, co jest ze mną nie tak, dlaczego czułem pociąg do innego chłopaka. Moje uczucia... To było nienormalne, chore. Najpierw był strach, smutek, wstyd i niepewność. Później, gdy zdałem sobie sprawę, że moi rodzice nigdy mnie takiego nie zaakceptują, odraza do samego siebie.
- Wiedzieli, że jesteś gejem?
Robi kwaśną minę i uśmiecha się gorzko.
- Wtedy gdy mieliśmy po szesnaście lat, tylko to podejrzewali. Sądzę, że mój stary celowo rzucał przy mnie hasłami typu: Homoseksualizm to choroba, którą trzeba leczyć. Mama często wypytywała mnie o dziewczyny i czy kiedyś jakąś jej przedstawię. Kiedy Maya dołączyła do naszej klasy, a ja upewniłem się, że miała zostać jedynie na rok, nie omieszkałem tego wykorzystać. Taka okazja by się nie powtórzyła.
- Więc zacząłeś się z nią spotykać.
- Potrzebowałem tego udawanego związku przynajmniej do końca roku szkolnego. Po osiemnastce jakoś bym sobie poradził.
- Widać spodobało się jej granie twojej panny, skoro postanowiła mnie wyrolować - podsumowuję z wyraźnym zarzutem.
- Nie - zaprzecza szybko, sprawiając tym, że poczułem się zdezorientowany. - To nieco bardziej skomplikowane. Szantażowałem ją, że jeśli nie będzie pokazywać się w moim domu przynajmniej raz w miesiącu, dojadę cię tak, że wylądujesz w szpitalu.
- A więc z tą jedną rzeczą nie kłamała - mówię, czując, jak żołądek ściska się coraz mocniej, przyprawiając mnie o mdłości.
- Ona cię kochała, Jace. Poszła ze mną na układ dla ciebie.
- Kochała? - wypowiadając to słowo, nie potrafię ukryć żalu i rozczarowania. - Gdyby było, jak twierdzisz, w życiu nie opowiedziałaby ci tych wszystkich rzeczy! - warczę stanowczo za głośno, a kiedy zdaję sobie z tego sprawę, rozglądam się dokoła, by sprawdzić, czy ktoś nas słucha. Siedzimy na uboczu, więc całe szczęście nasza rozmowa do nikogo nie dociera.
- I nie opowiedziała - oświadcza Ben.
To jedno zdanie sprawia, że tracę grunt pod nogami. Powietrze staje się ciężkie i z każdym wdechem coraz bardziej przytłacza. Zamieram. Ogarnia mnie ciemność, a wraz z nią rozlewa się we mnie duszący swąd chaosu.
- Coś ty powiedział? - pytam, bo muszę dostać potwierdzenie, inaczej nie uwierzę.
- Nie było żadnego zakładu - wyjaśnia, a ja wpatruję się w niego, nawet nie mrugając, z obawy, że jeśli to zrobię, ostatnie minuty okażą się jakąś potworną iluzją. - Wiedziałeś, że May prowadziła pamiętnik?
Zaciskam szczęki tak mocno, że aż zgrzytają mi zęby. To ja byłem tym złym? Ja ją wtedy zraniłem, wysyłając pełen jadu wiersz i bez wyjaśnienia urywając kontakt? Nie...
- Kiedy May ze mną skończyła, nie miałem już przykrywki, a spotkania z moim ówczesnym chłopakiem stały się praktycznie niemożliwe - ciągnie dalej Schneider. - Wściekłem się, bo przecież nie wymagałem od niej niczego wielkiego. Tak wtedy myślałem. Zaledwie tydzień później mój związek się rozpadł, a wy byliście tacy szczęśliwi, mimo kłód spadających wam pod nogi. Nie mogłem tego znieść. Wykorzystałem Gretę, wiedziałem, że ma do mnie słabość. Powiedziałem, że May grała na dwa fronty i chcę się na niej za to zemścić. Nie musiałem jej zachęcać, od razu była gotowa zniszczyć waszą relację.
Na usta cisną mi się najgorsze przekleństwa. Jego opowieść strasznie boli, każde zdanie rani mocniej niż pchnięcia ostrym nożem.
- Nie... - wyduszam z siebie, nie stać mnie na więcej. Obawiam się, że jeszcze trochę i wybuchnę.
- Przykro mi. - Schneider spuszcza wzrok. Serwetka, którą gniecie, jest już doszczętnie zniszczona. - Greta i Klara odwiedziły May kilka dni przed zakończeniem roku szkolnego. Odnalazły jej pamiętnik, zabrały kilka rzeczy, porobiły zdjęcia zapisanych stron... Reszty pewnie się już domyślasz.
Kotłujące się we mnie emocje sięgają zenitu. Gniew, żal i frustracja gorączkowo szukają ujścia. Serce mam dziwnie ciężkie, czuję, jakby przestało należeć do mnie. Sądziłem, że raz złamane nie będzie się musiało mierzyć z tym bólem ponownie. Okrutnie się myliłem. Nie słyszę już jego bicia. Milknie, aż w końcu całkowicie umiera, pozostawiając żrącą mnie od środka pustkę.
Wstaję bez słowa, błagając w duchu, by moje trzęsące się nogi zdołały donieść mnie do samochodu.
- Jace. - Ben również podnosi się z miejsca i w jednej chwili jest obok mnie.
Czego on, do kurwy nędzy, chce?
- Dobrze ci radzę, zejdź mi z drogi - ostrzegam go tonem nieznoszącym sprzeciwu i posyłam mu mordercze spojrzenie.
- Przepraszam...
Śmieję się jak jakiś pieprzony obłąkaniec. Lepszy śmiech niż łzy. Coś ściska mi gardło, a kiedy wyobraźnia podsuwa mi obraz May czytającej mój ostatni wiersz, chce mi się rzygać.
Gwałtownym ruchem unoszę rękę, by przeczesać włosy. Ben cofa się przerażony, jakby myślał, że zaraz dostanie w twarz. I choć jestem tego naprawdę bliski, odpuszczam. Odwracam się do niego plecami i wychodzę z knajpy.