Raisins to Escape - Traupa Accord

Kup ebooka

30.29 zł
25.14 zł (25,75 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział III

Gnijący grubas

Arthur długo szukał w oczach Annalee tego istotnego błysku, który mógłby go zapewnić, że jego luba rozumie go i akceptuje jego decyzję. Jednak błysk nie pojawił się, a usta dziewczyny rozwarły się jak most spuszczany na fosę. Długo, bo aż kwadrans myślał o tym, czy to konieczne, aby uciekać z domu w obawie przed wykończeniem jeszcze kogoś. Rodzynki stanowiły narkotyk do każdego, kto choć raz poczuje ich smak. Wystarczy potem tylko kilka godzin, by zacząć powoli umierać.

- Arthur - Annalee ponownie oparła mu dłonie na barkach odzianych w skórzany płaszcz od święta. - To, co mi opowiedziałeś, brzmi jak brednie ośmiolatka po maratonie filmów grozy.

Arthur westchnął i oparł się plecami o kanapę.

- Ale i tak ci wierzę, rozumiesz? Wierzę, bo wiem, że nigdy byś sobie nie wymyślił czegoś takiego, a już na pewno nie zażartowałbyś z utraty przyjaciela. - Głos Annalee okazał się bardziej stanowczy, niż chłopak zdołał sobie wyobrazić. Jej poważna mina zdradzała, że jest zdeterminowana i gotowa do zostania jego prywatnym adwokatem podczas sądowej rozprawy. Taka właśnie była Annalee i już - nieważne jak bardzo namieszasz jej w głowie swoimi problemami, ona zawsze będzie chciała je zwalczyć.

- Ojej, kocham cię! - rozczulił się Arthur. Już miał się wdać w uściski, jednak przypomniał sobie, że ma niewiele czasu. Spojrzał na swój plecak podróżny leżący w kącie garażu, który pamiętał wszystkie szkolne wycieczki z liceum. Dobrze, że się spakował. Dobrze, że zrobił to wcześniej, niż pierwotnie chciał. A zaraz się dowiemy, dlaczego.

- Jestem gotowy do drogi. - oświadczył i wstał z kanapy. - Wskakuj, podrzucę się do Fresno.

- Naprawdę chcesz uciec? - Annalee zadrżała szczęka. - Nie możesz...

- Czemu nie? Mam mapę i kompas. Pojadę zgubić ich na pustyni a potem, jak już dojadę do jakiegoś wygwizdowa, zadzwonię do ciebie z miejskiego telefonu. Pewnie będę krążył po kraju, pracował lokalnie. Obiecuję, że wyślę ci pieniądze. Nie dam się żadnej prostytutce. Będę cię kochał.

- Nie, Arthur, nie możesz! - podniosła głos Annalee. - To nie jest rozwiązane. Być może nic nie zrobiłeś, a Sheldon ży...

Arthur przyłożył jej palec do warg. Oboje zamilkli na chwilę, skupiając się na dziwnym hałasie dochodzącym z góry. Te kroki z pewnością nie należały do delikatnego tuptania matki Arthura. Były ciężkie, masywne, a dla Arthura... Niepokojąco znajome. Wszystko ucichło przy drzwiach do garażu. Chłopak sięgnął po swój plecak i powoli, cały czas patrząc na drzwi, załadował na Vespę bagaż Annalee. Ta nie protestowała, gdyż coś od środka zabraniało jej to robić. Poczuła nadchodzące niebezpieczeństwo.

- Tu jesteś, Archie. - usłyszał znajomy głos zza otwierających się drzwi. Czoło Arthura pokryło się potem, a jego ręce odruchowo zacisnęły się w pięści.

Sheldon wszedł do środka, wyglądając jeszcze gorzej niż kiedy zaatakował przyjaciela w swoim domu. Jego skóra już nie była tylko niebieskawa, a pomarszczona i miejscami odchodziła płatami. Oczy miał tak przekrwione, że aż czarne. Burczenie jego brzucha rozgrzmiało po całym pomieszczeniu jak burza stulecia. On był głodny. Annalee jęknęła na jego widok, niemal mdlejąc. W ostatniej chwili oparła się o siedzenie Vespy.

- Aalee, otwórz bramę. Szybko. - rozkazał Arthur. To był czysty rozkaz, bez sprzeciwu.

- Co? Zostawiasz przyjaciela w potrzebie i uciekasz? - Sheldon zgiął szyję ze zdziwienia i uśmiechnął się żałośnie. - Ale z ciebie dupek.

Arthur nie mógł się ruszyć. Za plecami usłyszał trzask bramy, przez którą mieli wyjechać w siną dal. Usłyszał też, jak Annalee wsiada na skuter.

- Nie jesteś Sheldonem. - odpowiedział pusto Arthur. - Zamieniłem cię w potwora, którego trzeba karmić lub zabić. Ja skorzystam z trzeciej opcji. Nie dam się tobie.

- Jestem Sheldonem. - Żywy trup zrobił krok w przód. Głos mu ochrypł w błyskawicznym tempie. - Po prostu mam ochotę na rodzynki. Wiesz, że są dobre. Za dobre dla mnie. Dlatego mnie unikasz. Jestem dla ciebie nikim. Dasz rodzynki Annalee albo zjesz sam.

- Gdyby to nie była trutka, dałbym ci ich tyle, aż byś pękał. Dałbym ci wszystko.

- Nie, jesteś zły! Jesteś zły! Głupi dupku, dawaj mi to, na co zasługuję!

Wtedy zombie-Sheldon zrobił to, czego chłopak obawiał się najbardziej - rzucił się w ich stronę jak wór kartofli, tyle że z wyciągniętymi, morderczymi łapskami. Arthur wskoczył na Vespę i uruchomił ją. Annalee objęła go w talii i przyłożyła głowę do jego karku. Jej policzek był gorący od adrenaliny.

- Arthur! On mnie złapał za nogę! - zawyła dziewczyna i zaczęła się niespokojnie wiercić. Zombie-Sheldon z szantażem udawał, że chce ją odgryźć. Ślepo czerpał satysfakcję ze strachu niegdyś bliskiej mu osoby.

- O nie! Odczep się od Annalee! - Arthur nie darował mu tego posunięcia. Uruchomił ?erda - sekretny czerwony przycisk przy kierownicy. Gdy go wcisnął, Vespa ruszyła z niewiarygodną prędkością, spuszczając na Sheldona chmurę kwaśnego pierdu z rury wydechowej. Zombie krzyknął od niewiarygodności smrodu i upadł na ziemię, ocierając oczy. Resztki jego człowieczeństwa pozwalały mu jeszcze reagować na takie bodźce jak fetor. Ale zainfekowany mózg podpowiadał mu, ze trzeba biec za żółtym motorem.

Tymczasem para uciekinierów wjechała już na Welcome Way- główny wylot z tego miasta. Słońce już zdążyło dotknąć horyzontu i poczerwienieć. Ale nawet piękna pogoda nie była tak wspaniała jak ulga, że jest się już bezpiecznym. Na razie. Po kilku chwilach usłyszeli przytłumione syreny.

Rozdział IV

Spotkanie z szykiem

Raphael Rodrigon nienawidził czekać, a to między innymi dlatego, że był niezwykle cholerycznym człowiekiem. Personel restauracji, do której zawitał z powołania przez Szefa Wszystkich Szefów, nie wiedział, z jaką drażliwą osobistością miał do czynienia i nie uwijał się zbytnio z jego pilnym zamówieniem.

- Do licha, Clackson! - uderzył pięścią w stół, aż stojące na serwecie pieprz i sól podskoczyły. - Ile można czekać na jakąś głupią kanapkę?

Niejaki Pan Clackson, specjalista od spraw rachunkowości i kryminalistyki, a w wolnych chwilach zawodowy bilardzista, siedział naprzeciwko swojego towarzysza i drżącymi łapkami próbował uchwycić teczkę większą od niego. Wbrew pozorom, wcale nie przestraszył się byle krzyku Rodrigona. Pracuje z nim już od naprawdę wielu lat, co skutecznie przyzwyczaiło go do tych awanturnikowych monologów.

- Niech pan przypomni sobie, po co tu właściwie jesteśmy. - Clackson kiwnął paluchem z pouczeniem. - Sprawa niecierpiąca zwłoki. Niedługo wybije siedemnasta.

- Ach tak... - Rodrigon rozluźnił mięśnie swojej poszarzałej twarzy i opadł na czerwono-kremowe oparcie. Niełatwo o taki widok, jak odpoczywający detektyw Rodrigon. To jak oglądać relaksującego się złoczyńcę z kreskówki, który poza chęcią zawładnięcia światem okazuje się mieć jeszcze inne hobby typu oglądanie seriali w szlafroku. Dosłownie, mężczyzna ten przypominał karykaturalnego geniusza zła - długi, czarny wąs, uczesane na żel krucze włosy, grube brwi i wnikliwe spojrzenie były tylko niektórymi z jego charakterystycznych cech.

- Doktor Katamari obiecał zjawić się tu z całą swoją kompanią. To obiecujący młody japoński milioner, którego współpraca z nami pozwoliłaby nam się nieźle wysławić. - uśmiechnął się niespodziewanie Clackson.

- I taki pedancik wybrał sobie na miejsce spotkań tę podmiejską norę? - Rodrigon marszczył i kręcił brwiami, wodząc oczami po jaskrawych tapczanach i niedokładnie umytych stołach. - Nie mógł nas zawieźć chociażby do Silverhoe?

- Wykluczone. - Pokręcił głową Clackson. - Czyżbym nie wspomniał, że musimy być w pobliżu naszego głównego sprawcy? Wspomniałem, jakieś sto razy...

Dyskusję przerwał nagły zgrzyt szklanych drzwi, których czerwone zawiasy wymagały solidnego naoliwienia. Większość klientów restauracji zwróciła swoje oczy w kierunku podążającego między stolikami niecodziennie ubranego mężczyzny. Czarny, połyskliwy płaszcz i niezwykle jasne włosy powiewały na wietrze znikąd. Spod długich spodni wystawały szpiczaste buty, które uderzane o podłogę wydawały dźwięk tysiąca kłaniających się cesarzowi Chińczyków. To właśnie była istota Yasue Katamari.

- Panowie wolni? - zapytał młodzieniec, zatrzymując się przy stoliku oznaczonym karteczką numerem 13. Rodrigon zrobił kwaśną minę, a Clackson uśmiechnął się, jak zwykle.

- Zapraszamy, Panie Katamari. - odpadł ten drugi.

Doktor nawet aktówkę wyjmował z gracją. Wszyscy wgapiali się w jego ruchy niczym zahipnotyzowani. Jedynie Raphael Rodrigon zastanawiał się, dlaczego każdy młody pajac jest tak bardzo uznawany przez tłumy.

- Detektyw Rodrigon, miło mi. - Mężczyzna wyciągnął czarną skórzaną rękawiczkę w kierunku Katamari. Zaskoczyło go, że młody doktor nosił taką samą. Przywitali się, ale jakoś sztucznie. Wcale mu nie było miło i to okazywał.

- Doktorze, jesteśmy zaszczyceni z Panem współpracować. - ukłonił się Clackson.

- Ja także, ale musicie wiedzieć, że zaraz mam kolejne spotkanie z kimś innym, więc proszę się streszczać, panowie.- Katamari władał angielskim jak bóg. Mówiono też, że operuje także włoskim, rosyjskim, polskim, chińskim i hiszpańskim. No i oczywiście swoim ojczystym japońskim.

Clackson ogarnął się należycie i z pokerową twarzą otworzył swoją wielką teczkę. Jednak jedyne, co z niej wyciągnął, to małą kopertę. Postawił je przed Rodrigonem oraz Katamari, czekając na odzew.

- Dokument i akta naszego zbiega. W środku znajduje się także dyskietka z jego portretem i dodatkowymi informacjami.

- Mógłbym zerknąć? - zapytał z uniesionym paluszkiem Yasue. Rodrigon usłyszał trzecim uchem, jak jakaś nastolatka pojękuje na widok ich błyskotliwego towarzysza. Niechętnie wyszarpnął wszystko Clacksonowi i oddał w czarne rękawice Katamariego.

Milioner analizował dokumenty bardzo dokładnie. Detektyw i jego pomagier od kilku minut wyciągali się znudzeni na siedziskach. Aż nagle i nieoczekiwanie Rodrigon wywęszył swoim szpiczastym nochalem pożądany zapach.

- Idzie mój prosiaczek z jajami! - uśmiechnął się na widok zbliżającej się młodej kelnereczki. Dziewczyna miała ze sobą tacę z parującą kanapką specjalnie dla niego. Dla Rodrigona. Podłużna buła, nadziana jajkami, bekonem, kotletem wieprzowym i majonezem. Oraz miłością. "Życzę smacznego" usłyszał przy uchu, gdy zamierzał wgryźć się w jadło.

Tak jakby dotyk śniadaniowej kanapki miał uruchomić jakiś czujnik, tak drzwi z impetem trzasnęły, wpuszczając do środka potężnego dryblasa. Facet miał idealnie dobrany garnitur, ale za krótki krawat i wyglądał na kogoś, komu nie powinno się tego mówić na głos. W mgnieniu oka i bez zastanowienia mięśniak złapał jeszcze ciepłe zamówienie Rodrigona i rozmiażdżył w dłoniach, czyniąc kanapkę brązową plwociną. Dokładnie przyjrzawszy się, odłożył wszystko delikatnie z powrotem. To śmieszne, że po tym wszystkim obchodził się z resztkami kanapki jak z małym dzieciątkiem.

- Co ty robisz! - Rodrigon patrzył i nie dowierzał. Obrócił się z szokiem do dryblasa i musnął palcem jego dopasowany garnitur. - Facet, ja znam kogoś kto ci wykrzywi ten twój...

- Ochłoń. - oznajmił ze spokojem Katamari, najwidoczniej sfrustrowany przerwaniem lektury. - Sammy robił to dla naszego, dobra, mojego dobra.

- Miał nas ochronić przed kanapką? - podrapał się po głowie Clackson.

- Chwilunia... - Detektyw z nagła wywęszył pewne powiązania. - To twoja sprawka, lalusiu? Grzebiesz mi w jedzeniu jak jakaś mysz? Słuchaj, gryzoniu, psujesz mi dzień!

Katamari otrzepał ze swojego płaszcza plwociny oszczerstw.

- Najwidoczniej nie jesteś świadomy, jak wielu ludzi ginie co roku przez bomby ukryte w zamówionym jedzeniu. - rzekł Japończyk spokojnym tonem i zaczął jeść jabłko wyjęte z kieszeni. - Sammy to mój ochroniarz, tak.

- Powiedz mi, kto normalny ukrywa bomby w jedzeniu? - Detektyw wskazał na swoją zgwałconą kanapkę, ani trochę niepocieszony z tego wyjaśnienia. Jak już umrzeć, to z jajkiem i bekonem w ustach. Zawsze to lepsze niż postrzelenie przez szalonego dzieciaka z glockiem.

- Panie Rodrigon, w mojej karierze ważna jest nie tylko dokładność, ale i ostrożność. To dlatego jeszcze żyję. Połączenie tych dwóch arcyważnych cech to przepis na awans mojego pokroju.

- Co ty bredzisz, gryzoniu! - Raphael Rodrigon był w jeszcze gorszym nastroju niż na początku rozdziału. Minął niecały kwadrans, a on już ma dość tego młodzika od siedmiu boleści. Milionerzyk. Ciekawe skąd wziął te pieniążki... - W tej robocie liczy się dobrze wykonana praca mimo wszystko. Nie ma czasu na płacz i dbanie o własne bezpieczeństwo, szczególnie, gdy w zasięgu ręki mamy takich niebezpiecznych typków jak on.

Jego palec wskazywał na trzymane przez Katamari akta. Tak się składa, że już przeczytał opis podejrzanego i obejrzał jego zdjęcie. Typowej urody rozczochrany smark. Trochę żółty na twarzy. Czarne włosy i oczy. Opadnięte powieki i uśmiech mówiący "Jestem królem jezdni".

- Panowie, zabieram to do wglądu moim ludziom. - Katamari wstał, zostawiwszy na stole ogryzek zapakowany w plastikową torebkę. "Jaki sterylny" pomyślał Rodrigon. Clackson skinął głową i także wstał, by podać Japończykowi dłoń. Jednak ten obrócił się i tylko trzepnął płaszczem jego wyciągniętą rękę.

W tym samym czasie do baru znów wparował Sammy i jakiś inny Sammy [wyglądali identycznie]. Tym razem podeszli do swojego szefa z jakąś nowiną. Słychać było pomruki i westchnienie. W końcu Katamari obrócił się do Rodrigona.

- Nasz sprawca ucieka z miasta.

- On??? - Rodrigon i Clackson w tym samym czasie odskoczyli od stołu.

Rodrigon szybko zmarszczył brwi i rozkazał natychmiastowe złapanie go. Mimo że nie był milionerem, nie był piękny, nie miał kariery ani wpływów tak jak Katamari, to on, stety czy niestety, dowodził tą sprawą. Doktor Katamari był tylko pomocnikiem, marionetką. A Clackson robił to co zawsze. Wysyłał wiadomości, asystował i nosił swoją teczkę z pierdołami.

Kilkanaście radiowozów i wielka limuzyna ruszyły w pościg przez całe miasteczko. Rodrigon siedział na tyłach limuzyny obok kompana Clacksona. Wodził palcem po skórzanych, białych oparciach. On już dorwie tego pchlarza. Jest tego pewien.

Rozdział VIII

Dobra kawa

Zaraz po przejaśnieniu małżeństwo powróciło do brudnej rzeczywistości. Arthur, zgodnie z przypuszczeniami, nie zmrużył oka po tym, co zobaczył. A więc gruby recepcjonista także dobrał się do rodzynek. Czyżby znowu coś mu wypadło z niedawno zszywanych kieszeni? Cholera, przecież wszystko wczoraj schował do solidnego plecaka, z którego nie ma możliwości ucieczki nawet dla zardzewiałych drobniaków. Nie powtórzyłby tego samego błędu dwa razy. A może jednak to był sen? Możliwe, przecież ostatnio nie spał prawie wcale. Za to Annalee miała szczególny dar, że nawet w sytuacji kryzysowej mogła spokojnie śnić i cicho chrapać.

- Gdzie mówiłeś, że twój wujek mieszka? - zapytała Annalee, sprawdzając, czy jej walizka trzyma się pojazdu. Benelli, który stał tu wczoraj, zniknął.

- Gdzieś bardziej na północy. - odparł, przetrzepując kieszenie w poszukiwaniu jakiejkolwiek pomarszczonej zarazy.

- Aha, czyli nie wiesz. - Annalee westchnęła cicho. A więc przyda się mapa, którą Arthur wczoraj zwinął z recepcji. Dziewczyna odgarnęła grzywkę, która sięgała jej trochę poniżej linii brwi, i wypięła oczy na papierową Kalifornię. - Wydaje mi się, że jesteśmy gdzieś tu. Pomiędzy Chaney a Wood Ranch.

- Wyspałaś się w ogóle? - zapytał znienacka Arthur. Dopiero teraz Annalee zauważyła, jakie jej mąż ma wory pod oczami. Pulsujące i o chorym kolorze.

- Chyba... Ale ty najwidoczniej nie. - odrzekła znad mapy. - Może chociaż wypijesz kawę przed wyjazdem?

- Wiesz, to nie jest potrzebne. Czuję się na siłach, a do Chaney mamy tylko kilkanaście kilometrów jazdy.

Oczywiście, że się bał. Bał się jak cholera tam wrócić i znów widzieć tego niebieskiego grubasa. I choć gdy wychodzili, nie spotkał go na miejscu, przypuszczał, że musi się kręcić po okolicy i szukać czegoś do zaspokojenia swojego głodu. Tak bardzo chciał się napić kawy. Nie tylko kawy, czegokolwiek, by zmoczyć sobie język. Próbował stwarzać pozory doskonale trzeźwego kierowcy i by mu się udało, gdyby nie jeszcze jeden haczyk bystrej Annalee.

- Z kieszeni wystają ci klucze. - Wskazała na miejsce przy jego nadgarstku, gdzie brzęczały dwa srebrne kluczyki. Jeden do pokoju, a drugi do szafki w pokoju, do której nigdy nie zajrzeli. Arthur uderzył się w czoło i zmalał. A jednak jest na tyle nieprzytomny, że przeszukując od kwadransa kieszenie, nie poczuł, że coś się w nich znajduje. I nawet nie raczył zwrócić tego właścicielowi.

- Oddam je. - westchnął z rezygnacją, a Annalee uśmiechnęła się. Skoro już musiał tam wrócić, kawę też może sobie zamówić. Taki właśnie był jej plan.

- Nie spiesz się, kochanie, będę tu wszystkiego pilnować.

Recepcja motelu nadal tkwiła opustoszała. Jedynie cicho brzęcząca klimatyzacja wciąż chodziła, chłodząc mocno pomieszczenie, jak i całe ciało Arthura. Często lubił nosić swój cienki brązowy płaszcz, a szczególnie późną wiosną, kiedy dni nie były jeszcze upalne, ale i nie wiał mroźny wiatr. Mimo że zupełnie nie pasował do wystającej spod kołnierza czerwonej koszulki, miał do niego duży sentyment. A kolejną rzeczą, za którą chłopak mógł ponownie pokochać płaszcz, był fakt, że skutecznie ochronił go przed tą przeklętą klimatyzacją. Kto w ogóle lubi taki ziąb? To, że gruby się poci, nie oznacza, że musi mieć gdzieś swoich klientów, którzy, jak to prawdziwi Kalifornijczycy, przyzwyczajeni byli do naturalnych upałów i pożarów lasów.

Korzystając z nieobecności recepcjonisty-zombie, Arthur postanowił odwiesić klucze sam. Udało mu się to, choć długo musiał się zastanawiać, czy stawiając krok za ladę, nie narusza intymnej przestrzeni. Tak samo miał z Annalee, której delikatności nader nie chciał zakłócać swoim grzesznym ciałem. Teraz kawa.

Zastanawiał się chwilę, gdzie mógłby tu skorzystać z ekspresu lub automatu. Z tego co pamiętał, reklama motelu polecała pyszną kawę, a kłamać było nieładnie. Obszedł cały parter w poszukiwaniu i stwierdził, że to naprawdę niewielkie przedsięwzięcie, ten cały pensjonat. Prócz ich pokoju na tym poziomie znajdowało się jeszcze sześć innych numerów, w tym dwa położone jeszcze niżej, w płytkiej piwniczce. Nigdzie tu nie było kuchni, jadalni, czy chociażby zakątka ze stolikami i automatami. Jedyne co znalazł, to kosz wypełniony papierkami i zużytymi gumkami. Na wierzchu śmieci leżały nawet podarte, cieliste rajstopy. Gdzie całe jedzenie, które obiecali? Gdzie kawa?

Z rozmyślań nad burczącym brzuchem wyrwał go cichy dźwięk. Coś, jakby płacz, który po chwili umilkł, zagłuszony przez wentylator. Coś kazało mu sprawdzić jeszcze pierwsze piętro, przed którym przestrzegał ich recepcjonista. W końcu może tam być automat z napojami, a jest dzień, wręcz świt, więc żaden dewiant na niego nie naskoczy, gdyż musi odespać zwariowaną noc. To go uspokoiło, ale nie na długo.

Na pierwsze piętro prowadziły wąskie schody, których chyba nikt od dawna nie umył. Arthur z trudem, częściowo mentalnym, stąpał po śladach błota, oleju i przyległym do niego kurzu. Charakterystyczny zapach przypomniał mu o dniach spędzanych przy naprawie motocykla. Czasem, za drobną opłatą, eliminował drobne usterki w pojazdach sąsiadów. Znalazł się po chwili w długim i równie wąskim jak schody korytarzu wyściełanym brzydką szarą wykładziną. Nigdzie nie było żadnego okna, tylko kilkanaście drzwi prowadzących do konkretnych pokoi. Ale, co go zaskoczyło, bo cholernie w to nie wierzył, na końcu korytarza, tuż przy wyjściu ewakuacyjnym, stał on - autentyczny automat do kawy. Nawet z tej odległości widział, jakie rodzaje może wybrać, a było ich wiele. Lecz on miał ochotę na czarną i słodką. Był pewien, że ta pobudzi jego zmysły i sprawi, że będzie mógł jechać dalej. Taką już mają one moc i do tego zostały stworzone. Swoją drogą, nigdy nie przepadał za kawą.

Niemal nie zauważył, że jedne z drzwi, a konkretnie te z numerem 99, są lekko uchylone. Arthur, skuszony kolejnymi atrakcjami motelu, zatrzymał się w pobliżu nich i zajrzał z daleka przed szparę, skąd widać było rąbek zmiętej pościeli i żelaznej ramy łóżka. Nie powinien tego robić, ale dotknął klamki. Emanowała jakimś dziwnym, nieznanego rodzaju ciepłem. Wtedy przypomniał mu się odgłos płaczu, który przed chwilą usłyszał. Już wyobrażał sobie scenkę możliwą - jakaś naiwna nastolatka zakochała się w przystojnym brutalu jeżdżącym czarnym Benelli bez kasku. Poznali się na dyskotece, na której dziewczyna była pierwszy raz. Skuszona jego słowami jedzie z nim do motelu i tam spędzają namiętną noc, przeszkadzając innym w zaśnięciu. W końcu rankiem dziewczyna budzi się sama w łóżku. Nakarmiona obietnicami, szuka jakichkolwiek śladów brutala. W końcu się nie zabezpieczali, a on ją kochał, nie? Wtedy znajduje karteczkę na lusterku w łazience z notatką "Było fajnie. Ale muszę wracać do dziewczyny. Narka.".

A teraz ta sama nastolatka beczy, wtulona w poduszkę, ponieważ jej miłość postanowiła się ulotnić. No dobrze, może po prostu mu się przesłyszało i nie doszło tu do żadnej tragedii sercowej? W końcu przyszedł tu tylko po kawę, a nie, by podglądać czyjeś życie osobiste.

Ale wtedy usłyszał coś, co niemal przewróciło go na ścianę. Głośne, niczym nieskrępowane mlaskanie grubych warg - oto dźwięk, który podobnie jak towarzyszący mu obraz, został z nim już na zawsze. Wtedy, choć z dużym zawahaniem, zdecydował się zajrzeć do środka. Po prostu poczuł w sobie, że w tym motelu dzieje się coś złego. Arthur wyciągnął rękę, która zamiast trzymać się klamki powinna pochwycić kubek parującego napoju. Lecz nie mógłby tego zrobić w takim stanie, kiedy każda kończyna drgała mu mimowolnie.

Kiedy ujrzał scenerię zapowiadaną wcześniej płaczem i mlaskaniem, miał ochotę wrzasnąć. Jednak blady i szczery strach nie pozwolił mu na wydobycie z siebie jakikolwiek odgłosu mówiącego o jego obecności. Gruby, wylewający się recepcjonista, którego wcześniej spotkał i który niesamowicie go przestraszył swoją niebieskością, właśnie coś konsumował, siedząc do niego tyłem na łóżku. Tym czymś nie mógł być zwykły batonik czy kawałek pizzy. A potwierdziły to liczne czerwone plamy na pościeli i ubraniu stwora. Tak, to już nie był człowiek, ale stwór. Kolejny niebieski stwór, w którego jako pierwszy zamienił się Sheldon.

Kiedy Arthur spieprzał stąd tak szybko jak to możliwe, potykając się o własne nogi i ślizgając po plamach oleju, był o wiele bardziej pobudzony niż po kawie. Po tym co zobaczył, nie ośmielił się już kupować kawy w automacie. Wziął dwie puszki Mountain Dew, było o wiele szybciej, a i mógłby bez bicia udowodnić Annalee, że jednak korzystał z dóbr motelu. Gdy tylko wyleciał z budynku jak pędziwiatr, szybkimi susami wskoczył na zaparkowaną Vespę i rozkazał Annalee o jak najszybsze spierdalanie. Uruchamiając pierdzący silniczek, próbował sobie odpowiedzieć na najważniejsze pytania. Po pierwsze, jakim cudem gruby recepcjonista stał się chory, skoro Sheldon swoje objawy wykazał dopiero po kilku dniach? Po drugie, czyi płacz słyszał? I oczywiście po trzecie, jak, na Boga, zdołał kupić dwie puszki Mountain Dew wiedząc, że tuż za ścianą siedzi zombie i kogoś żre?!

***

W drodze donikąd, Annalee zadawała dużo pytań. Wprawdzie nie były one jakieś różne, mieściła się w ramach od 'dlaczego jesteś taki zdenerwowany?' do 'jaki jest cel tej podróży?'. Na pewno nie były one głupie i nie na miejscu, a wręcz przeciwnie - jedne z najważniejszych, na które szybko trzeba znaleźć odpowiedź.

Jechali wąską, ciemną drogą, przecinającą teren pustynny. Nie wiedzieli gdzie są, lecz Annalee uparcie patrzyła na rozciągniętą mapę Kalifornii, próbując określić ich dynamiczne położenie. Jednocześnie szukała bardziej zaufanych miejsc do noclegu, uwzględniając fakt, że nie mogą być to hotele znane i monitorowane, w końcu są i będą ścigani. Poza tym, nie stać ich. Wspólny budżet, jak oszacowała, nie wynosił na pewno więcej niż dziewięćdziesiąt dolarów. A w końcu kiedyś paliwo się skończy, jedzenie się skończy... Nie mają ze sobą namiotu ani warunków do normalnego życia. Trzeba zrobić zapasy.

- Słuchaj, a nie przypominasz sobie czasem jakichś kartek, które przysyłał wam wujek do domu? - zapytała znienacka, zwijając mapę. - No wiesz, z wakacji, na święta... Czegoś, na czym mógł napisać swój adres.

Arthur aż do teraz nie odezwał się ani słowem. Nie wiedział, jak delikatnie wyjaśnić swojej małżonce, że są w większym niebezpieczeństwie, niż się tego spodziewa. Został przytłoczony obowiązkiem jednoczesnego dbania o swoją rodzinę jak i poszanowania prawdy. Czuł się jak wieśniak noszący na plecach coraz to większą górę cegieł. W końcu po prostu się załamie pod ich ciężarem.

- Nie.- odpowiedział. - On był po prostu z północy. Nawet nie wiem, której dokładnie. Na pewno nie tam, gdzie jest tak ciepło jak u nas, bo zawsze jak przyjeżdżał w odwiedziny narzekał na upały i parujący asfalt. U niego dużo choinek i skał, można zbierać grzyby i napawać się cudownym sraniem w lesie.

- Hmm... - Annalee zamyśliła się. Z opisu Arthura można było wywnioskować, że to teren górzysty i mocno zalesiony. Czyżby były to tereny Montany lub Waszyngtonu? - Nie pozostało nam nic innego, jak tylko sugerować się twoimi wspomnieniami. W końcu, jeśli znajdziemy twojego wujka, to być może on nam powie co nieco o pochodzeniu tej książki.

- Tylko co to da? - sapnął Arthur. - Jesteśmy ścigani i pewnie prędzej nas złapią niż tam dotrzemy.

- Książka może nam bardzo pomóc w sprawie. - odrzekła mu dziewczyna. - W razie gdyby nas złapali, możesz oskarżyć jej autora o umieszczeniu w treści przepisu na truciznę. Dlatego to takie ważne, żeby w ogóle coś o nim wiedzieć. I dlatego szukamy twojego wuja, nie?

- Kocham cię. - odpowiedział. - Robisz więcej niż ja.

- Razem zrobimy jeszcze więcej.

Arthur poczuł, jak jej dłonie bardziej ściskają mu brzuch. Potem jej głowa opadła mu na plecy. Uśmiechnął się lekko i z zawstydzeniem, że ją w to wszystko wpakował. Skręcił w jakąś boczną drogę, czując zew przygody.

- Aalee...

- Mm?

- Wiesz, ta moja dzisiejsza kawa... Była dosyć szczególna.