Rozdział I
Warszawa
Sobota, 10 czerwca 2023 roku
Godzina 10.30
- No przecież to niemożliwe, żebyś nie rozumiała takich prostych rzeczy.
Mieszkanie jest moje, bo jestem jego właścicielem. A ty jesteś tu tylko
zameldowana.
- No to jak jestem zameldowana, to znaczy, że jest też moje, bo jestem
zameldowana, nie? - wyjaśniła z właściwą sobie umiejętnością tłumaczenia
wszystkiego w sposób jasny i prosty.
Podniosła wzrok znad gołej stopy opartej piętą o kuchenny taboret. Brodę
miała na kolanie, w prawej dłoni trzymała pędzelek do lakierowania
paznokci, a lakier miała w lewej dłoni. Była tak zajęta nakładaniem
karminowej farby na paznokcie, że w pierwszej chwili wcale nie
zauważyła, że wszedłem do mieszkania. Zresztą mogła nie usłyszeć
przekręcania klucza w zamku, bo z głośnika na blacie kuchennym płynęła
głośno rąbanka techno. Mimo najszczerszych chęci i jako takiego
muzycznego rozeznania nie dałbym rady odpowiedzieć na pytanie: kto to
gra? Zresztą w ogóle ktoś coś grał? Wyraźny był rytm, wystukiwany na
czymś, co raczej nie było perkusją, a oprócz tego dziwne dźwięki, które
artysta muzyk wydobywał zapewne z rur kanalizacyjnych, o czym oprócz
metalicznych odgłosów świadczyły charakterystyczne łazienkowe bulgoty.
Dopiero gdy się odezwałem, stając w progu kuchennych drzwi, spojrzała na
mnie ze zdumieniem.
- O, Miśku, to ty? - powiedziała lekko zdziwiona.
Powitała mnie tak, jakbym właśnie przed chwilą wyszedł po bułki i mleko.
Tymczasem nie było mnie tu od miesiąca. W moim własnym domu mnie nie
było. Bo ja, właściciel tego pięknego, trzypokojowego mieszkania na
Woli, mieszkałem kątem u Kamy, podczas gdy w mojej chacie gnieździła się
ona, przyczyna wszystkich moich nieszczęść i kłopotów, Dżesi, jedna z najpiękniejszych modelek w Warszawie, a kto wie, czy nie w całej Polsce.
- No ja, a kto inny by mógł tu wejść bez pukania, otwierając drzwi
własnymi kluczami?
- Hę? No tak, masz rację - odparła w roztargnieniu. - Tylko ty,
ewentualnie Łukasz. Bo Łuki też ma klucze.
- Jak to? Klucze do mojego mieszkanie ma jakiś...
- Oj, Miśku, a jak miałby nie mieć, jak mnie niekiedy nie ma w domu.
Przecież jak mnie nie ma, to musi się jakoś tu...
- Hej, hola, czy ty słyszysz, co mówisz?
- No, co? - najwyraźniej zniecierpliwiona wcisnęła pędzelek do
buteleczki z lakierem i odstawiła ją na blat.
Spojrzałem tam i dostrzegłem plamki lakieru na białej płycie. Tego
paskudztwa nie da się zmyć. Nieskazitelna biel mojego blatu kuchennego
została zapaprana jakimś gównianym lakierem do paznokci... Już chciałem
coś powiedzieć, ale uświadomiłem sobie, że otwieranie kolejnego frontu
nie ma sensu. Na razie trzeba wyjaśnić sprawę pieprzonego Łukiego.
- Co to za typ, który ma klucze do mojego mieszkania? Pierwszy raz
słyszę o Łukim.
- Co: słyszę? - powtórzyła.
- To, że opowiadasz mi o jakimś gościu, który wchodzi do mojego
mieszkania jak do siebie.
- No nie, Miśku, wchodzi do naszego, bo gdzie ma wchodzić nocą, jak
wraca do domu? Przecież nie myślisz, że pójdzie spać na Centralny.
- To obcy facet! - rzuciłem, czując, że przegrywam bitwę na argumenty,
pokonywany przez nieoczywistą logikę mojej byłej dziewczyny.
- Oj tam, obcy zaraz. Wcale nie jest obcy. To mój... - Przez chwilę
zastanawiała się nad odpowiednim określeniem - ...Łuki jest moim
partnerem na... backstage'u. No, wiesz, o co chodzi.
Pokręciłem głową. Nie miałem zielonego pojęcia, kim jest partner na
backstage'u. Ale przecież tak naprawdę było to bez znaczenia. To, co
było istotne, to fakt, że ona siedzi w moim mieszkaniu, a ja stoję w drzwiach jak petent, który przyszedł do urzędu. Czułem się idiotycznie i nie wiedziałem, co z tym zrobić. Za to ona najwyraźniej nie odczuwała
dyskomfortu. Uważała, że jest u siebie, a ja...
Poznaliśmy się cztery lata temu podczas kręcenia reklamy nowej pasty do
zębów. Oboje robimy w medialnym show-biznesie. Dżesika jest modelką,
pracuje na wybiegach i w reklamach, a ja jestem dziennikarzem i reporterem telewizyjnym, który od czasu do czasu robi reklamowe fuchy.
Wtedy byłem producentem i scenarzystą reklamy, w której lekarka miała
wychwalać zalety pasty Zembix white. Nie zajmowałem się castingiem, więc
nie miałem pojęcia, kto został wybrany do odegrania głównej roli.
Warunek był jeden, aktorka musiała mieć piękne, równe i białe zęby.
Dżesi wygrała ten casting. Przyjechała na plan spóźniona jakieś
dwadzieścia minut, kiedy już chciałem dzwonić do agencji z prośbą o przysłanie jakiejś innej początkującej gwiazdy. Dżesika podeszła do
mnie, uśmiechnęła się czarująco, ukazując te swoje lśniące zęby, a potem
powiedziała coś o pierdolonym tramwaju, który się zepsuł.
Szybko przebrała się w biały lekarski fartuch, założyła na nos brzydkie,
wielkie okulary i bezbłędnie wyrecytowała przed kamerą swoją kwestię:
"Pasta do zębów Zembix white wybieli twoje zęby, które staną się
śnieżnobiałe jak arktyczny śnieg już po miesiącu regularnego używania.
Użyj pasty Zembix white, a twój uśmiech będzie olśniewający. Jestem
stomatologiem i wiem, co mówię, bo sama codziennie używam pasty Zembix
white", mówiła w reklamie, a potem szczerzyła swoje olśniewająco białe
zęby.
Ten uśmiech zrobił wtedy na mnie piorunujące wrażenie. Stałem i patrzyłem na monitor, zastygły jak żona Lota, która na swoją zgubę
popatrzyła na deszcz siarki i ognia, który zniszczył jej dom w Sodomie
albo Gomorze. Gdybym był bardziej przewidujący, powinienem się
zorientować, że Dżesika ma w sobie coś z jadowitego pająka, który
najpierw hipnotyzuje spojrzeniem swoją ofiarę, potem ją otacza pajęczą
siecią, a w końcu wysysa z niej wszystko, co się da. Ale pokażcie mi
faceta, który na widok jej olśniewającego uśmiechu nie zareagowałby tak
jak ja, kompletnym zidioceniem. Później powiedziała mi, że na niej
zrobiły wrażenie moje bystre niebieskie oczy. Wyznała mi to, gdy nasza
znajomość stała się zdecydowanie bardziej pogłębiona. Ta piękna
blondynka o długich nogach i niebieskich, niemal granatowych oczach w ciągu kilku dni wywróciła mój świat do góry nogami. Najpierw się do mnie
wprowadziła, właściwie nie pytając mnie o zgodę, bo wydawało jej się to
zupełnie naturalne, a kilka miesięcy temu postanowiła się ze mną
rozstać. I nie byłoby w tym nic dziwnego, bo przecież ludzie, nawet
najbardziej zakochani, po jakimś czasie mogą się sobą znudzić. Ale ona
zrobiła to w sposób dla siebie charakterystyczny, zupełnie inaczej, niż
coś takiego robią ludzie, którzy postanowili się rozstać. Bo jeśli
chcecie się rozstać z osobą, do której się wprowadziliście, to pakujecie
swoje rzeczy i się wynosicie, nieprawdaż? Dżesika nie była jednak taka
jak wszyscy.
- Ja już to przemyślałam, Miśku - powiedziała do mnie wtedy. - Myślę
sobie, że będzie najlepiej, jakbyś się spakował i wyprowadził. No wiesz,
na początek może tak na miesiąc. No i wtedy zobaczymy, jak to wyjdzie.
Bo wiesz, rozstania są najlepszą próbą uczuć.
- Zaraz, jak to wyprowadzić?
- No a kto miałby się wyprowadzać? Przecież widzisz, ile ja mam rzeczy.
To są całe trzy szafy. Czy ty myślisz, że ja to zmieszczę do dwóch
walizek? No a twoje rzeczy to w końcu tylko kilka półek.
- Dżesika, wybacz, ale czegoś nie rozumiem.
- Czego nie rozumiesz, głuptasku?
- Czy ty mi właśnie proponujesz, żebym się wyprowadził z mojego
mieszkania?
- Oj, Miśku, no przecież ci mówię, że jak ja bym miała się wynosić, to
nie miałabym gdzie tego wszystkiego spakować i w ogóle...
Ni mniej, ni więcej, tylko dokładnie tak zaproponowała mi, żebym
wyprowadził się z własnego trzypokojowego mieszkania na Woli, w niezłej
lokalizacji, za które każdego miesiąca płacę ponad trzy tysiące raty
kredytu. Na szczęście nie jest to kredyt we frankach.
I co na to powiecie? Powinienem był zapakować jej ciuchy do worków na
śmieci i wystawić za drzwi. Tak zrobiłby każdy normalny facet, którego
olała dziewczyna. Ale nie ja. Marcin Engel po raz kolejny obronił tytuł
mistrza świata w konkursie na największego ćwoka - tak mógłby wyglądać
pasek grozy w programie informacyjnym, relacjonującym moją historię z mieszkaniem koło muzeum kolejnictwa.
Tak jest, dobrze się domyślacie, wyprowadziłem się natychmiast. No nie,
przecież nie na stałe. Miała poszukać sobie jakiegoś lokum i za miesiąc,
może dwa...
To było we wrześniu ubiegłego roku. A teraz mamy czerwiec, a ona nadal
jest w moim mieszkaniu i jeszcze zagnieździł się tu jakiś pieprzony
Łuki.
- A poza tym on musi gdzieś mieszkać - stwierdziła z przekonaniem. - Bo
wiesz, Łuki teraz właśnie remontuje mieszkanie na Ochocie i dopóki jest
tam firma budowlana, to on nie może tam być. Ale jak wyremontuje już to
mieszkanie, a ma piękne, cztery pokoje w przedwojennym budownictwie, w sumie ponad sto metrów, to wtedy się tam wprowadzi i ja się wprowadzę do
niego. Wiesz, tam jest przestrzeń, nie to, co tu... - pokazała palcem
coś, co zapewne było tą ograniczoną przestrzenią mojego niewielkiego
mieszkania. Nie zwróciłem na to za bardzo uwagi. Najważniejsze było to,
co powiedziała o wyprowadzce. Ogłosiła, że się wyniesie. Mój prywatny
Jerzy Dąbczak wyniesie się w cholerę i może nawet zabierze posag
Lusi...1
- Kiedy to będzie? - zapytałem rzeczowo.
- Hę, no wiesz, Łuki mówi, że po wakacjach jego norka będzie gotowa.
Ja pierdzielę, ona naprawdę powiedziała "norka". To znaczy, że pieprzony
Łuki to jakiś hobbit... Zaraz, co mnie to wszystko obchodzi? Grunt, że
się wyprowadzają. Muszę zaraz zadzwonić do Kamy i powiedzieć, że się od
niej wyprowadzę... Nie, nie wyprowadzę się. Przecież jej nie zostawię
samej. Wcale nie mam zamiaru się od niej wyprowadzać. Ale moje
mieszkanie wreszcie do mnie wróci i coś będę musiał z tym faktem zrobić.
Muszę to przegadać z moją dziewczyną. Kama to moja dziewczyna, a Dżesika
jest... Cholera, czy życie musi być takie trudne, a decyzje życiowe
muszą zawsze oznaczać problemy? Dżesika to była dziewczyna, która mnie
wyrzuciła z mojego mieszkania, bo nie byłem dość silny, żeby się jej
przeciwstawić, i teraz cierpię. Wszystko rozumiecie?
- A po co właściwie przyszedłeś? - z zamyślenia wyrwał mnie głos
Dżesiki.
Podeszła do kranu, nalała sobie wody i ze szklanką poszła do mikrofali.
Podgrzewała wodę, a potem do niezbyt gorącej wlewała trochę mleka, żeby
nie pić samego, ale rozcieńczone, bo podobno robi to dobrze na gardło.
Ohyda, jak można pić coś takiego? Swoją drogą ciekawe, że gdy
mieszkaliśmy razem, woda z mlekiem mnie śmieszyła, a teraz wydaje mi
się, że to idiotyzm. No cóż, nasze postrzeganie świata zmienia się w zależności od tego, z jakiego punktu obserwacyjnego patrzymy.
- Muszę zabrać walizki. Wiesz, wyjeżdżam na kilka dni i...
- Walizki? A które?
- No jak to które? Moje trzy walizki, caterpillary, czerwone.
- Ach, te - Dżesi zrobiła minę, jakby sobie naraz przypomniała o ich
istnieniu. - Wiesz, Łuki je pożyczył, jak jechał do Gdyni. Powiem mu,
żeby je oddał. Bo chyba zawiózł później do siebie do domu... Zadzwoń,
Miśku, jutro, to ci powiem, co z tymi walizkami.
Zakląłem w myślach paskudnie, ale nie dałem niczego po sobie poznać.
Przyszło mi natychmiast na myśl, że powinienem ją w jakiś inteligentny
sposób ukarać, ale nic tak od razu nie przyszło mi do głowy, więc
przywaliłem z grubej rury:
- To w takim razie musisz mi powiedzieć, kiedy się wyprowadzisz z mojego
mieszkania, bo wiesz, muszę sobie wszystko przygotować, no rozumiesz,
chodzi mi o dokładną datę.
Dostrzegłem, jak zmienia się na twarzy, jej oczy robią się wielkie, a w ich kącikach pojawia się wilgoć. No tak, stary numer, chciała mnie wziąć
na łzy. Była doskonałą aktorką i umiała przybierać różne maski,
dosłownie w ciągu sekundy.
- Mówiłam ci, że Łuki remontuje mieszkanie, a poza tym nie mam do tego
głowy. Mam większe zmartwienia niż przeprowadzka. Moja ciotka Magda
zniknęła.
- Jaka ciotka?
- No Magda, ta, co mieszka na Saskiej Kępie, na ulicy Słowackiej. Nie ma
jej w domu od kilku dni i nikt nie wie, co się z nią stało. Pojechała
gdzieś na początku czerwca i teraz jej nie ma.
- E, może wybrała się gdzieś na wakacje - próbowałem zbagatelizować
sprawę. Ciotka Magda była bardzo sympatyczną osobą, a do tego robiła
bardzo dobry torcik bezowy. Uwielbiałem go.
- No niby gdzieś pojechała, ale nie odbiera telefonu od kilku dni, więc
się niepokoję. To znaczy, dzwoniłam do niej dokładnie pierwszego
czerwca. Wtedy odebrała i mówiła, że się spieszy, bo właśnie jedzie, i nie może gadać, ale oddzwoni, i nie oddzwoniła. To teraz we czwartek
zadzwoniłam i nie odebrała, i już nie ma z nią kontaktu.
- Pewnie się dobrze bawi...
- Zwariowałeś? Magda i zabawa? Ona się dobrze bawi tylko w kościele.
- To trzeba zapytać księdza, czy nie pojechała na jakąś pielgrzymkę.
Dżesi pokręciła głową.
- Nie. Powiedziałaby mi. Ale wiesz, tak sobie myślę, że ty byś mógł jej
poszukać. Nawet myślałam, żeby do ciebie zadzwonić w tej sprawie, bo
Łuki to się na takich śledztwach nic a nic nie zna.
Patrzyła na mnie tymi swoimi wielkimi oczami i już wiedziałem, że nie
mam innego wyjścia i że muszę sprawdzić, co się stało z ciotką Magdą.
Choć byłem święcie przekonany, że to jakieś nieporozumienie i kobieta
szybko się znajdzie. No ale w sumie co mi szkodziło? W końcu mogłem
podjechać na Saską Kępę i się rozejrzeć. Pomyślałem, że jak ją odnajdę,
to Dżesi się uspokoi i będzie mogła pomyśleć o wyprowadzce, a to
przecież najważniejsze.
Ustroń Godzina 11.30
Aspirant Michał Pilarski dopił resztkę coli i wyrzucił butelkę do
śmietnika. Nawet specjalnie nie chciało mu się pić, a słodki napój był
odgazowany i ciepły, ale jakoś tak głupio mu było wyrzucić plastik do
śmietnika, jeśli było w nim jeszcze trochę napoju. W końcu za tę colę
zapłacił dziś rano na stacji benzynowej, na której zatrzymał się, żeby
podpompować koło w swoim passacie. No a jak już się zatrzymał i napompował, to w zasadzie nie miał innego wyjścia, musiał wejść do
środka i kupić hot doga w zestawie z colą.
To było silniejsze od niego. Ilekroć zatrzymywał się na stacji, zawsze
kończyło się hot dogiem. Brał za każdym razem tego z kabanosem, zawsze z musztardą i keczupem. Nawet nie był specjalnym wielbicielem tych hot
dogów. Lubił je, owszem, ale nie aż tak bardzo jak kwaśnicę czy golonkę.
Ale by spożyć takie specjały, trzeba było iść do knajpy, zamówić i poczekać przynajmniej dwadzieścia minut, potem zjeść i popić piwem albo
dwoma. A z hot dogami prościej: płaciło się, chwilę czekało i się jadło.
No i stąd ta cola, której w porę nie dopił, a teraz żal mu było
wyrzucić.
- Czołem, panie aspirancie! - odezwał się od drzwi starszy sierżant
Roman Okrasa. Postawny i dobrze zbudowany, mierzący prawie dwa metry
wielkolud, który z trudem mieścił się za kierownicą służbowej toyoty.
Pilarski na jego widok uśmiechnął się niewyraźnie. Temu Okrasie to
zawsze dopisuje humor, jakby chłopak był zadowolony z życia. No ale
wiadomo, młody to i głupi, i jeszcze nie wie, że na człowieka ciągle
czyhają jakieś pułapki, które potrafią popsuć humor, jak choćby ciepła
cola, nie mówiąc o tych poważniejszych, jak leżące na biurku teczki z aktami. Pięć teczek dokładnie, a każda dotycząca innej sprawy, i wszystkie na jego głowie.
- Co ma pan taką kwaśną minę? - zapytał Okrasa, sadowiąc się za
biurkiem. Położył na blacie teczkę i zamierzał zacząć jakąś papierkową
robotę.
- A, takie tam - aspirant machnął ręką, dziwiąc się, że młody sierżant
odkrył jego tajemnicę. Wydawało mu się, że ma twarz pogodną i wypoczętą.
A tymczasem ten wielkolud go rozszyfrował. Trzeba będzie trochę
popracować nad mimiką czy jak się to nazywa. Nie można się wykrzywiać,
tylko trzeba się uśmiechać.
Cholera, człowiek cały czas musi udawać, żeby nikt nie dostrzegł
wewnętrznej walki, którą prowadzi ze sobą każdy, co to chciałby osiągnąć
coś wielkiego, a tymczasem zajmuje się pierdołami typu kradzież rur
kanalizacyjnych. Właściciel pensjonatu przywiózł nowiutkie plastikowe
rury, zrzucił je na podwórku, na które prowadziła szeroko otwarta brama,
jak zaproszenie dla złodziei, więc nic dziwnego, że mu je rąbnęli. No i teraz on, człowiek z aspiracjami, musi szukać tych zasrańców od rur, co
jeszcze zasunęli dziesięć worków cementu. Może za głupotę trzeba by
posadzić najpierw właściciela pensjonatu, co to majątku nie potrafi
upilnować, a potem dopiero organizować poszukiwanie plastikowych rur. A przecież on stworzony jest do rzeczy większych, do poważnych spraw
kryminalnych, takich, jakie w telewizji pokazują, jakie opisywali
świetni dziennikarze, taki Wiesław Łuka lub Monika Góra na przykład.
No więc chciał badać i wyjaśniać zbrodnie, a musiał zajmować się
zasranymi rurami. Do tego stworzony jest taki Okrasa, któremu było
obojętne, czym się zajmuje. Miał zawsze dobry humor i wszystko w policji
mu się podobało, łącznie z jeżdżeniem samochodem, do którego ledwo
właził.
- Czyli że co? - chciał wiedzieć sierżant, z którego twarzy nie znikło
życzliwe zainteresowanie.
- Kurwa, chłopie, jak mi się nic nie chce - rzucił zgodnie z prawdą
Pilarski i spojrzał przez okno na dziedziniec przed posterunkiem i podjazd wiodący ku bramie, żywopłot, a za nim ulicę i po przeciwnej
stronie sklep spożywczy w parterowym pawilonie. A w sklepie pewnie zimne
piwo prosto z lodówki... Napiłby się teraz takiego piwa!
- No, to nie jest jeszcze tak źle, skoro do roboty pan przyszedł -
stwierdził sierżant.
- Co ty gadasz?
- Że jak się nic nie chce i się chłop z łóżka zwlec nie może, to jest
źle, ale jak już się zwlecze i przylezie do pracy, to nie najgorzej, bo
to nie żaden urok, ino najwyżej glątwa.
- Co ty pieprzysz?
- Glątwa to jak się kto opije i na drugi dzień go życie boli, że mu się
nawet nie chce palcem ruszyć. Tylko by siedział i patrzył w okno, albo
nawet w ścianę.
- Nie, mnie się nie chce samo z siebie - oświadczył Pilarski. - Nie
ożarłem2 się wczoraj ani nic, bo tylko cztery piwa wieczorem
wypiłem.
- No prawda, po czterech glątwy nie może być. Ale może pan chory, tak
zwyczajnie, na przeziębienie?
Pilarski pokręcił głową.
- Zdrowy jestem jak ryba. Tyle że mi się nic nie chce. - Pilarski
spojrzał z obrzydzeniem na akta dotyczące kradzieży w pensjonacie
Źródełko przy ulicy Źródlanej. - A jak patrzę na te papiery, to mi się w ogóle niedobrze robi.
Odsunął wszystko na sam skraj biurka, tak daleko, jak to tylko było
możliwe. Uważał przy tym, żeby papiery nie spadły, bo gdyby poleciały na
podłogę, trzeba by je zbierać, a na to nie miał ani siły, ani ochoty.
- Jak ci się nie chce, to jest jedna metoda - stwierdził autorytatywnie
Okrasa. - Trzeba się chwycić za robotę.
- Też mi coś, za ro...
- Wiem, co mówię. Trzeba się chwycić czegoś, co sprowadzi na właściwą
drogę. Dlatego niech pan pojedzie se do Dzięgielowa.
- Gdzie?
- No do Dzięgielowa, tam, gdzie zamek...
- No przecież wiem, gdzie jest zamek. Tylko po co mam tam jechać?
- Bo tam zgłosili to zaginięcie - oznajmił sierżant.
- Zaraz, bo nie rozumiem. Mówisz o tym, co zgłaszał ten ksiądz, że niby
zaginęła im jedna zakonnica?
- Dokładnie - potwierdził Okrasa. - Piątego czerwca był tu ten
księżulek, taki ten, no, przystojniak, i narobił rabanu, że dziewczyna
zniknęła, a szef powiedział, że się oczywiście tym zajmiemy, i tyle
żeśmy się zajmowali.
- No pamiętam. Ale jak Jabłoński powiedział, że się zajmiemy, ale żeśmy
się nie zajęli, to znaczy, że to nic ważnego. To niby po co tam miałbym
jechać?
Przypomniał sobie, jak w ubiegły wtorek przyjechał ten ksiądz, co
opiekuje się klasztorem w Dzięgielowie, a właściwie niedaleko tej
miejscowości. Pilarski nie przyjmował co prawda zgłoszenia, ale siedział
w swoim pokoju przy otwartych drzwiach, więc wiedział i słyszał, co
dzieje się w dyżurce. Zazwyczaj gdy ktoś tam gadał po przeciwnej stronie
korytarza, a on miał swoją robotę, zakładał na uszy słuchawki i włączał
muzykę, żeby się odciąć od rzeczywistości. Wtedy akurat nie mógł, bo
słuchawki zostawił w samochodzie i nie chciało mu się po nie iść. I jak
to bywa w takiej sytuacji, nawet jeśli się nie chce, to i tak mimo woli
człowiek zaczyna uczestniczyć w cudzej rozmowie.
- My się niepokoimy, bo to już drugi dzień, a siostra Anastazja nigdy
nie oddalała się nawet na krok. To nie w jej stylu.
- A ile lat ma ta siostra? - zapytał dyżurny, aspirant Jaromir Marczak.
- Osiemnaście. Nie, dziewiętnaście.
- E, to jak taka młoda, to pewnie poszła w długą!
- Jak pan może? To bogobojna i oddana naszemu domowi siostra.
- No, wie ksiądz - Marczak zaczął się wycofywać - z młodymi dziewczynami
różnie bywa.
- To jest członkini naszego zgromadzenia, która wybrała najprostszą
drogę do Pana. Więc nie poszła w żadną długą, coś się musiało stać.
- No dobra, jak to wszystko spiszę, zaczniemy szukać. Tylko że
przydałoby się zdjęcie. Ma ksiądz jakąś fotkę?
- Nie mam. U nas nikt nie robi sobie zdjęć. To zwykłe zaspokajanie
próżności, więc sam pan rozumie...
- Rozumiem. Jak kto nie chce, niech nie robi. Ale dziewczyna musi mieć
dowód przecież i tam zdjęcie.
- Niestety, dowodu nie ma. Nie został w naszym zgromadzeniu. Tak jakby
zabrała go ze sobą...
- No to jak znikająca siostra zabrała dowód, to znaczy, że był jej
potrzebny. A potrzebny jest wtedy, jak się gdzieś wyjeżdża. Na przykład
za granicę. Może pojechała do Czech?
- A niby po co miałaby tam jechać?
Zainteresowany rozmową Pilarski wstał zza biurka i wyszedł na korytarz.
Za szybą oddzielającą biuro przepustek od niewielkiego holu dla
interesantów dostrzegł młodego, mniej więcej trzydziestoletniego
mężczyznę, ubranego w czarną koszulę z krótkimi rękawami i koloratką pod
szyją. Raczej nie widział go nigdy do tej pory, ale może gdzieś się na
niego natknął, tylko nie pamięta. Tymczasem stojący za szybą gość wcale
nie wyglądał na księdza. Raczej na aktora z thrillerów i filmów grozy.
Pilarski musiał przyznać, że ten szczupły brunet o wygolonej i wypielęgnowanej twarzy zapewne robił silne wrażenie na kobietach, zanim
zatopił zęby w białej skórze na szyi.
Na nim też zrobił, na tyle, że policjant poczuł ukłucie zazdrości, gdy
spojrzał na swój pokaźny brzuch. Do tego jeszcze łysina, bo aspirant
łysiał na czole tak mocno, że właściwie widać mu było już cały czubek
głowy. A ten księżulek mógł liczyć sobie, tak jak on, jakieś trzydzieści
dwa, trzydzieści trzy lata, miał włosy gęste i ładnie przystrzyżone,
lekko podgolone na skroniach, więc wyglądał, jakby przed chwilą wyszedł
od fryzjera. Pilarski nie miał czasu na fryzjera, a często nawet na
ogolenie się. Porównanie z księdzem nie wyszło zbyt korzystnie, nic więc
dziwnego, że nie polubił tamtego klechy od pierwszego wejrzenia. A nawet
słowa nie zamienili.
I teraz Okrasa proponuje mu, żeby pojechał do klasztoru czy jak się to
nazywa.
- Jakby pan tam pojechał, toby im pan powiedział, że niczego nie
znaleźliśmy, a oni by dali obiad.
- Co? Jaki obiad? - zainteresował się nagle. Obiad zawsze może być
poważnym argumentem.
- Byłem tam na drugi dzień, niby żeby porozmawiać z tymi siostrami -
przypomniał sobie Okrasa. - I właśnie byłem koło południa. Taki obiad mi
dali, że...
Pilarski spojrzał na zegarek. Dochodziło południe, a on właśnie poczuł
głód. Znowu miałby iść do sklepu po sałatkę jarzynową z majonezem w plastikowym pudełku? A tam mógł dostać...
- Dali mi grochówkę na pierwsze i mielonego na drugie...
To zdecydowało. Pilarski wstał z krzesła i poprawił mundur. Potem
spojrzał na drzwi wiodące na korytarz.
- W razie czego powiesz staremu? - spytał czujnie Okrasę.
Ten wzruszył ramionami.
- A starego coś to obchodzi? Jakby co, to powiem, że ktoś z tego
klasztoru zadzwonił.
Aspirant uśmiechnął się, a potem klepnął młodszego kolegę w ramię.
Młody miał nieraz dobre pomysły, choć jeszcze sporo musi się nauczyć.
Ale ma szczęście, bo może brać nauki od najlepszych, od starych
wyjadaczy, takich jak aspirant Pilarski, który wychodząc z pokoju,
zagwizdał pogodną melodię. Pomyślał, że dobre jedzenie jest najlepszym
sposobem na glątwę, oczywiście oprócz zimnego piwa, którego na służbie
pić nie wolno. Ale po służbie kto wie. Do końca zmiany zostało już
niewiele czasu. Więc jak w tym klasztorze dadzą mu jeść, to po wizycie
wróci do Ustronia, przebierze się w cywilne ciuchy i pójdzie na piwo.
A co, należy mu się za ten niezbyt udany poranek.
Warszawa Godzina 12.10
Zatrzymałem samochód przy krawężniku. Na szczęście można tu parkować.
Tak mi się przynajmniej zdawało, bo nie widziałem znaku zakazu, a auta
stojące, tak jak moje, wzdłuż osi jezdni świadczyły o tym, że raczej
można. Na szczęście nie musiałem szukać parkomatu, bo strefa płatnego
parkowania na razie tu nie dotarła. Czytałem w gazecie, że radni chcą
wprowadzić tu opłaty za parkowanie, a wojewoda się nie zgadza. Tak
długo, jak ten konflikt trwa, nie trzeba się przejmować i można do woli
parkować za darmochę.
Wyłączyłem silnik mojego całkiem nowego BMW, które kupiłem zaledwie dwa
miesiące temu. Granatowa trójka prezentowała się bardzo ładnie i mówiąc
o niej "nowe", wcale się nie pomyliłem. Samochód był z dwa tysiące
dwudziestego roku, więc miał niespełna trzy lata, i został sprowadzony z Niemiec, prosto z komisu w Monachium, bez żadnego pośrednika. Była więc
duża szansa, że te osiemdziesiąt tysięcy, które miał na liczniku, to był
rzeczywisty dorobek jakiegoś niemieckiego właściciela.
Byłem bardzo zadowolony z tego zakupu, do tego stopnia, że ostatnio
zdecydowanie częściej jeździłem samochodem niż metrem. No ale co tam,
raz się żyje. W końcu kiedyś trzeba się nacieszyć fajnym autem.
Nim zdążyłem wysiąść, rozległ się dźwięk połączenia telefonicznego. Mój
telefon łączył się z samochodem za każdym razem, gdy do niego wsiadałem,
i mogłem rozmawiać na głośnomówiącym. W moim starym oplu nie miałem
takiej opcji, więc teraz dopiero mogłem docenić, co znaczy w aucie
technika na wysokim poziomie.
- Kama, cześć - powiedziałem, odebrawszy połączenie. Dzwoniła moja
dziewczyna. Pewnie chce się dowiedzieć, jak sobie poradziłem.
- No i jak sobie poradziłeś? - zapytała z miejsca.
Wzruszyłem ramionami, bo co miałem powiedzieć. Że jak zwykle zaliczyłem
totalną porażkę w kontaktach z moją byłą.
- Wiesz, ona mi powiedziała... - przez sekundę zastanawiałem się, jak to
ująć, żeby nie okazać się kompletnym ćwokiem, ale Kama to zaraz wyczuła.
Ona w ogóle ma jakiś nieprawdopodobny dar wyczuwania moich nastrojów.
Już dawno odkryliśmy, że właściwie to rozumiemy się bez słów, co dobrze
rokuje dla naszego związku. To znaczy, dokładnie jest tak, że ona od
razu wie, co chcę powiedzieć, a czego nie. Kama jest niesamowita, jeśli
chodzi o intuicję i te wszystkie kwestie dotyczące mnie i... No i dzięki
temu zna mnie doskonale.
- Powiedziała, że masz zadzwonić jutro!
- Skąd wiesz?
- Marcin, jak miałabym nie wiedzieć, jak ona zawsze cię w ten sposób
zbywa.
Odruchowo pokiwałem głową, choć ona nie mogła przecież tego zobaczyć.
No, miała trochę racji, ale nie wiedziała wszystkiego. Na przykład tego,
że trochę w tej ostatniej rozgrywce jednak wygrałem.
- Słuchaj, Kama, wiesz, ona ma swoje za uszami, ale są też dobre
informacje.
- Oddała ci caterpillary? - domyśliła się.
- No nie, nie do końca. Jutro ma mi oddać, bo wiesz, pożyczył je od niej
jakiś Łuki.
- Kto to jest Łuki?
- To chyba jej znajomy z backstage'u. Nie wiem. Nie drążyłem tematu.
Dość że Łuki pożyczył, ale jutro odda. Tyle że najlepsze jest to, że ten
Łuki remontuje mieszkanie i ona po wakacjach się do niego wyprowadza.
- Zembi się wyprowadza? - zapytała zdumiona.
- Tak, Zembi się wyprowadza - odruchowo powtórzyłem, choć nie używałem
tego przezwiska.
Kama ją tak nazwała po reklamie pasty Zembix white, na której Dżesi
szczerzyła zęby do kamery. Nie wiem dlaczego, ale od początku nie
zapałały do siebie jakimś cieplejszym uczuciem. W zasadzie powinno mi to
być obojętne, bo spotykały się tylko na gruncie zawodowym. Kama była
moją researcherką i asystentką podczas realizacji tamtej reklamy. Do
pierwszego spięcia doszło już na planie, kiedy Kama kazała Dżesi zapiąć
lekarski fartuch pod samą szyję.
- Przecież muszę pokazać trochę swoich atutów - stwierdziła Dżesi,
wodząc palcami po obnażonym dekolcie. - Nie mogę być ubrana jak
zakonnica, hę!
- Atuty będziesz pokazywać, jak cię wynajmą do reklamy wibratorów. To
jest reklama pasty do zębów, której się nie używa do smarowania cycków -
rzuciła Kama ostro i ta jedna wypowiedź wykopała rów, którego nie dało
się później zasypać.
Dziewczyny obchodziły się szerokim łukiem, pilnując, by na siebie nie
trafić, choć było to dość trudne, bo Dżesi wkrótce wprowadziła się do
mojego mieszkania, a z Kamilą pracowałem w telewizji na Wiertniczej.
Siłą rzeczy musiały się ze sobą spotykać, a ja przy każdym takim
spotkaniu przeżywałem horror, czekając na to, aż jedna drugiej wbije nóż
w plecy.
- Dżesi chce się wynieść już niedługo do Łukiego - powiedziałem z zadowoleniem. - We wrześniu odzyskamy moje mieszkanie.
Zrobiło się cicho. Napawałem się moim tryumfem, a Kama pewnie
analizowała konsekwencje tego, co się wydarzy. Jej mózg zawsze działał
jak najlepszy komputer, dlatego tak świetnie nam się współpracowało.
Jeśli chodzi o kwestie wyciągania słusznych wniosków na podstawie
niepełnych danych, była bezkonkurencyjna, a w swoich osądach rzadko się
myliła.
- OK, pożyjemy, zobaczymy - powiedziała stanowczo. - A jeśli się
rzeczywiście wyprowadzi, to trzeba będzie przeprowadzić się do ciebie i wynająć moje mieszkanie. Dzięki temu będzie kasa co miesiąc na spłatę
twojego kredytu - zdecydowała, a ja poczułem dumę.
Moja dziewczyna jest nieprawdopodobna. Jak mogłem przez te wszystkie
lata być z Dżesi, która przy Kamie wygląda jak intelektualny pustostan?
- A teraz gdzie jesteś?
- Na Saskiej Kępie. Muszę coś załatwić i jadę do domu - powiedziałem,
ale na wszelki wypadek nie zdradziłem, co robię po drugiej stronie
Wisły. Po co Kama ma wiedzieć, że obiecałem Dżesi się tam rozejrzeć.
- To czekam na ciebie. Pa! - przerwała połączenie, a ja wysiadłem z auta.
Piętrowa willa sprawiała wrażenie nieco zaniedbanej. Stary tynk dawno
poszarzał i domagał się gruntownego czyszczenia wraz z uzupełnianiem
licznych ubytków. Ale ciotka Magda nie miała głowy do takich rzeczy.
Mieszkała w tym domu przez całe życie i widać było, że budynek starzał
się razem z nią. Jeszcze kilka lat temu willa była pełna życia. W latach
dziewięćdziesiątych mąż ciotki, wujek Antoni, miał na parterze
kancelarię adwokacką. Mieszkanie zaś było na piętrze. Ale z tego, co
wiem, a co usłyszałem od Dżesi, po śmierci wuja ciotka wynajmowała je
przez jakiś czas pewnemu prawnikowi, jakiemuś koledze mecenasa
Kurzyńskiego, jednak i ten wkrótce umarł, szczęśliwie opłaciwszy czynsz
z góry do dwa tysiące dziesiątego roku. Gdy zmarł, nie można było nikomu
wynająć parteru. Kancelaria niszczała i pokrywała się kurzem. A potem,
gdy było można pomyśleć o nowym najemcy, ciotce nie chciało się szukać
kogoś, komu mogłaby zaufać.
Stanąłem przed zieloną furtką i nacisnąłem dzwonek oznaczony nazwiskiem
Kurzyńscy. Nikt nie odpowiedział. Odczekałem więc chwilę i nie
doczekawszy się żadnej reakcji, włożyłem klucz do zamka. Dżesi miała
zapasowe klucze, więc dała mi je, bym mógł się rozejrzeć. Furtka
otworzyła się ze zgrzytem. Ruszyłem chodnikiem przecinającym zaniedbany
ogródek, bezładnie porośnięty krzakami. Do domu wiodły schodki, kończące
się betonowym podestem. Gdy stanąłem przed drzwiami, zapukałem na
wszelki wypadek, ale moje łomotanie nie obudziło żadnego śpiącego w środku ducha.
- Pani Kurzyńskiej nie ma! - usłyszałem głos za swoimi plecami.
Odwróciłem się. Na chodniku stał starszy mężczyzna w białym kaszkiecie,
ubrany w zieloną koszulkę polo i narzuconą na nią wędkarską kamizelkę,
kremowe spodnie i sandały nałożone na czarne skarpetki. Prawą dłoń
opierał na pałąku wózka na kółkach, służącego za pojazd do przewożenia
zakupów. Nie wiadomo dlaczego przyszło mi na myśl, że to doskonały
wynalazek, który niemal całkowicie wyeliminował z naszych ulic
bawełniane, szarobure siatki, ułatwiając zakupowe życie starszym
ludziom.
- Tak, wiem. Mam coś zabrać z domu - uśmiechnąłem się do emeryta i uniosłem w górę pęk kluczy, który powinien był zaświadczyć o moich
dobrych intencjach.
- A co pan ma zabrać? - zainteresował się mężczyzna.
- Pan wybaczy, ale to sprawa siostrzenicy pani Magdy.
- To ona ma siostrzenicę? - zdziwił się sąsiad, który najwyraźniej
odczuwał potrzebę przeprowadzenia pogłębionego wywiadu, połączonego z sąsiedzką kontrolą. - A gdzie mieszka ta siostrzenica? - indagował
dalej.
Nie miałem zamiaru się tłumaczyć. Nie byłem przecież włamywaczem, ale
człowiekiem upoważnionym.
- W Warszawie, na Woli - rzuciłem i zacząłem dopasowywać klucze z pęku
do czterech zamków. Pierwszy, taki największy, wszedł od razu do
właściwego. - Jest modelką i występuje w reklamach - dodałem na wszelki
wypadek, żeby uwiarygodnić się w oczach wścibskiego przechodnia.
- A, to ta od Zembix white - ucieszył się emeryt. - Pani Magdalena
mówiła, że to jej siostrzenica. Teraz sobie przypomniałem. Taka piękna
dziewczyna i ma takie ładne białe zęby. A wie pan, że od tego czasu, jak
jest ta reklama w telewizji, to ja tylko pasty Zembix używam. Chociaż
już nie mam wszystkich zębów, ale te, co mi zostały, są znacznie
bielsze.
Drugi klucz udało się dopasować. Jeszcze tylko dwa.
- Ja też jej używam - potwierdziłem, wpychając trzeci klucz w niewłaściwa dziurkę. Wyciągnąłem go i włożyłem w ostatnią. Pasował.
Nie miałem wyjścia. Musiałem używać Zembixa, ponieważ po zdjęciach do
spotu został mi ogromny karton pasty do zębów. Wszystko wskazywało na
to, że będę nią mył zęby do końca życia i kto wie, może kilkadziesiąt
tubek odziedziczą po mnie wnuki.
- Jak coś w telewizji pokazują, to musi być dobre - potwierdził
mężczyzna.
Pokiwałem głową. Oto żywy dowód na to, że moja reklama trafia do ludzi i jest skuteczna.
- A jak już taką pastę zachwala doktórka, to musi być dobra.
Już miałem na końcu języka, że Dżesi nie jest dentystką, ale w porę się
powstrzymałem. Po co gościa pozbawiać złudzeń? Przynajmniej dzięki Kamie
Dżesi nie wyglądała w reklamie jak aktorka z niemieckiego pornola. No
ale z drugiej strony, gdyby zostawić jej rozpięty fartuch, to kto wie,
czy sprzedaż pasty nie wzrosłaby lawinowo.
Ostatni klucz wszedł we właściwą dziurkę i drzwi się otworzyły.
- Muszę już iść. Do widzenia.
- A pani Magda, kiedy przyjedzie z tego Ustronia? - zapytał jeszcze.
- Nie wiem dokładnie - odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Przecież nie
miałem pojęcia, kiedy wróci ani dokąd pojechała.
- Ustronie? Czyżby wyjechała nad morze? Pogoda ładna, to pewnie wygrzewa
się na plaży.
- Nie na plaży, tylko na stoku. Mówiła, że jedzie do tego Ustronia na
Śląsku. Wie pan gdzie? Tam, gdzie Wisła wypływa.
- Ano tak, musiało mi się coś pomylić. Do widzenia panu.
Wszedłem do środka i zamknąłem za sobą drzwi. Zaraz odwróciłem się i spojrzałem przez wizjer. Emeryt stał na chodniku przed furtką i patrzył
w ślad za mną. W końcu podrapał się po brodzie i ruszył przed siebie, w kierunku skrzyżowania, gdzie ulica Słowacka przecinała się z Czeską.
Pomyślałem, że facet należy do nieformalnej, obywatelskiej straży
sąsiedzkiej. Dzięki takim ludziom żaden włamywacz nie może czuć się
pewnie, bo w ciągu kilku minut zostanie wytropiony i dokładnie
przepytany na okoliczność kręcenia się po okolicy. Emeryci są znacznie
skuteczniejsi niż najlepszy nawet monitoring, przed nimi nic się nie
ukryje.
UstrońGodzina 13.20
Stare tranzystorowe radio na parapecie nastawione było na jedynkę. Nie
trzeba być znawcą, żeby od razu się domyślić, że to program skierowany
do ludzi, którzy słuchając rocka, mogliby dostać palpitacji serca.
Dlatego czas spędzany w kuchni albo na domowej krzątaninie umilały im
dźwięki nienapastliwe, melodyjne i przede wszystkim sentymentalne,
przywodzące na myśl piękne chwile z lat siedemdziesiątych poprzedniego
wieku. W tej chwili za pas transmisyjny wspomnień z czasów gierkowskiego
dobrobytu służyła piosenka Heleny Vondráčkovej o malowanym dzbanku. Zza
otwartego okna dolatywał ptasi świergot i delikatny, jednostajny szum,
który mylnie można by wziąć za odgłos przepływającej niedaleko stąd
Wisły. Mimo że rzeka płynie wartkim strumieniem, pieniąc się i bulgocząc, to jednak jej odgłosy nie dochodziły do budynku sanatorium,
położonego na stoku pomiędzy Czantorią a Wielką Równicą. Szum, który
odbijał się od ściany lasu na górskich zboczach, wytwarzały silniki aut
przejeżdżających nieodległą czteropasmówką, która opasuje od zachodu
Ustroń i biegnie dalej, do miasteczka Wisła.
- A co pani sobie myśli, że na starość będę mieszkała w pokoju z jakąś
niedołężną staruszką? - powiedziała zniecierpliwionym tonem kobieta w trudnym do określenia wieku, gdzieś między sześćdziesiątką a setką.
Jasne, proste włosy do ramion spięła gumką w kitkę. Ubrana w czarne
sztruksy, kamizelkę dżinsową i białą koszulkę z nadrukowanymi scenkami z jakiegoś komiksu, wyglądała jak osoba starająca się w nienachalny sposób
zakotwiczyć w przeszłości, być może nie tylko strojem.
- Ze zgłoszenia wynika, że pani Makowska jest starsza od pani zaledwie o rok - odpowiedziała młoda recepcjonistka w sanatorium i uśmiechnęła się
promiennie. - O, mam tu pani dane, proszę bardzo, pani Matylda
Kaczmarek, rok urodzenia...
- Jeden rok jeszcze o niczym nie świadczy - odparła Matylda, przerywając
dziewczynie. - W pewnym wieku to może być kolosalna różnica. Pani nie
wie, jak ludzie potrafią się nagle zestarzeć. Z dnia na dzień można się
tak posunąć, że... Ale co ja będę tu pani opowiadać. Dość o tym i wróćmy
do najistotniejszej sprawy. Otóż wykupując ten turnus, zaznaczyłam opcję
"pokój jednoosobowy", i wniosłam stosowną opłatę. Ta kwestia jest, jak
rozumiem, bezdyskusyjna.
- Tak, ma pani całkowitą rację. Sprawdziłam w komputerze i rzeczywiście
tak jest - oznajmiła kobieta.
Miała najwyżej dwadzieścia pięć lat, jasne włosy spięte w koński ogon
opadały jej na plecy. Ubrana była w jasnopopielatą garsonkę, założoną na
białą koszulkę polo. Ta garsonka miała pewnie dodać jej nieco więcej
powagi, ale Matylda stwierdziła, że zabieg ten jest mało skuteczny. Pod
tym amatorskim przebraniem kryła się dziewczynka, która zaczęła tu
całkiem niedawno swoją pierwszą pracę.
- Pani... - wysunęła głowę, próbując odczytać imię na plakietce
przypiętej do piersi. Zamrugała przy tym kilka razy, jak to robią
dalekowidze.
- Anna mam na imię - podpowiedziała dziewczyna i uśmiechnęła się znowu.
- No i tak - potwierdziła Matylda. - Tak, przeczytałam - powiedziała
zgodnie z prawdą, nie miała przecież żadnej wady wzroku.
Widziała doskonale z bliska i z daleka. Nie musiała nosić okularów,
nawet do czytania, ale na wszelki wypadek udała osobę niedowidzącą, bo -
jak lubi powtarzać - niekiedy nasze ułomności mogą stać się bronią,
którą da się zaskoczyć przeciwnika. Co prawda ta dziewczyna nie
wyglądała na przeciwniczkę, z którą Matylda miałaby w najbliższym czasie
stoczyć jakiś pojedynek, ale cóż zrobić, jeśli człowiek przyzwyczajony
jest do różnego rodzaju potyczek, bo przez większą część swojego życia
rozgrywał je niemal codziennie. Matylda Kaczmarek była bowiem przez
wiele lat oficerem śledczym Komendy Głównej Milicji Obywatelskiej, a pod
koniec kariery kierowała nawet Wydziałem Dochodzeniowo-Śledczym. I dlatego nauczyła się wielu przydatnych w tej pracy sztuczek, które
pozwalały ukryć przed postronnymi prawdziwą twarz, i zakładała, jak
wytrawna aktorka, różne maski. Dzisiejsze mrużenie oczu było tylko
prostą etiudą, odegraną jakby z przyzwyczajenia i dla podtrzymania
aktorskiej sprawności.
- Ja widzę doskonale, ale niekiedy... - Matylda niby chciała się
wytłumaczyć, a pobłażliwy uśmiech na twarzy dziewczyny utwierdził ją w przekonaniu, że Ania dała się oszukać i jakby co, będzie mogła przysiąc,
że Matylda niedowidzi i próbuje to ukryć. - Niekiedy mi oczy wysychają -
dodała.
- Jakby pani chciała, to na miejscu jest nasza apteka. Na pewno mają
krople do oczu.
- Och nie, dziękuję. Poradzę sobie. Ale wracając do naszych spraw,
ustaliłyśmy już chyba, że powinnam mieć pokój jednoosobowy, bo za taki
zapłaciłam.
Dziewczyna wzruszyła ramionami.
- No cóż... Muszę panią bardzo przeprosić, ale to niemożliwe.
- Co takiego?
- Nie wiem, jak to się stało, ale system przydzielił panią do pokoju
dwuosobowego.
- To niech mnie przydzieli do pojedynczego.
- Już nic się nie da zrobić. Wszystkie pokoje na tym turnusie mamy
pozajmowane.
- I co w takim razie pani proponuje? - zapytała Matylda.
- Musi pani zamieszkać z panią Makowską. To bardzo kulturalna osoba.
- Mam przez dwa tygodnie mieszkać w pokoju z kompletnie nieznaną mi
kobietą? Przecież ona może mieć zupełnie inne poglądy. Czy pani myśli,
że przyjechałam tu się z kimś kłócić na tematy polityczne?
- No skąd. U nas nie ma mowy o kłótniach. Tu się ludzie relaksują,
zapominają o kłopotach i przede wszystkim się leczą. To co, meldujemy
panią w pokoju, pani Matyldo? - zapytała pracowniczka sanatorium.
- Zaraz, a jeśli dostanę ten pokój dwuosobowy z jakąś babcią, to chyba
on jest tańszy niż jednoosobowy, prawda? To znaczy, że należy mi się
zwrot nadpłaty.
Recepcjonistka spojrzała w ekran komputera. Przez chwilę siedziała
nieruchomo i przesuwała kursorem po ekranie. W końcu zapisała coś i cała
uśmiechnięta zwróciła się do Matyldy:
- Ma pani całkowitą rację. Jest nadpłata w wysokości ośmiuset dwudziestu
sześciu złotych. W tej sytuacji proponuję pani dwa dodatkowe masaże,
dwie dodatkowe kąpiele borowinowe, jedną sesję krioterapeutyczną, a w ramach bonusu jedną sesję w salonie fryzjerskim.
- To macie tu fryzjera dla kuracjuszy? - zdziwiła się Matylda.
- Oferujemy wszystko, co tylko może umilić pobyt. A sesje w salonie
piękności sprawiają, że nasze kuracjuszki czują się zdecydowanie lepiej,
jeśli zajmie się nimi nasz profesjonalista, pan Zbigniew.
No i co ja mam zrobić?, zastanawiała się Matylda. W zasadzie powinnam
wracać do domu. Przecież wcale nie miałam ochoty tu przyjeżdżać.
Wszystko przez cholernego Bronka, jej kolegę, a właściwie można by
powiedzieć, że więcej niż kolegę. Przyjaźnią się od lat, od kiedy oboje
znaleźli się na emeryturze. Ona odeszła ze służby w dziewięćdziesiątym,
a Bronek, który w wydziale był jej podwładnym, dziesięć lat później.
Nie, wcale nie musiała odchodzić. Nowi szefowie proponowali jej nawet,
żeby została. Poszło szybko.
Nowy przełożony, major, który należał do grupy jej wychowanków, zaprosił
ją i oznajmił, że w związku ze zmianami w policji musi zmienić jej
zaszeregowanie służbowe oraz przydział. I dlatego od teraz nie będzie
już nosić stopnia podpułkownika, ale nadal dwie gwiazdki na dwóch
belkach, tyle że będzie się ten stopień nazywać młodszy inspektor.
- A w związku z reorganizacją proponuję pani, po rozmowie z komendantem
głównym, przejście do pracy na innym odcinku, czyli do archiwum.
Zostanie pani szefową naszych wszystkich akt. Wie pani podinspektor,
jaka to ważna robota.
- To znaczy, że wypieprzacie mnie na zbity ryj - rzuciła, patrząc prosto
w oczy swojemu następcy.
- Ależ pani podinspektor, po co takie słowa? Wie pani, jak bardzo panią
szanuję za inicjatywę, za operatywność, za umiejętność podejmowania
właściwych decyzji. Sam przecież wiele się od pani nauczyłem i była to
doskonała szkoła...
- Grzesiu, nie pierdol! Kazali ci mnie wypieprzyć, to miej choć tyle
odwagi, żeby mi to powiedzieć prosto w oczy.
- Nie, skąd, pani podinspektor...
Matylda podniosła się z krzesła, patrząc na swojego wychowanka z ironią
i politowaniem.
- Nie podinspektor, ale pani pułkownik. To po pierwsze, a po drugie,
powiedz temu swojemu komendantowi, żeby pocałował mnie w dupę. Albo nie,
nie dam mu tej przyjemności. Powiedz mu, żeby się pierdolił. A, i jeszcze jedno, niech dba o archiwum, bo prędzej czy później sam tam
wyląduje, gdy już nie będzie potrzebny nowej władzy.
Kilka miesięcy po tej rozmowie Bronek przyszedł do niej do domu i oznajmił, że nowy komendant główny, ten sam, który wyrzucał ją z pracy w pałacu Mostowskich, dostał propozycję etatu w archiwum. Podobno odmówił.
Wyciągnęła z torebki telefon, żeby zadzwonić do Bronka i powiedzieć mu,
w co ją wpakował. W końcu to on namówił ją na ten wyjazd. Odszukała
numer w spisie kontaktów i już chciała nacisnąć zieloną słuchawkę, ale
pomyślała, że właściwie po co ma mu psuć wakacje. Bronek pojechał
właśnie nad morze, do swojego domu, który w zeszłym roku odziedziczył po
zmarłej ciotce. Pewnie teraz wyleguje się na plaży i dyskretnie
przygląda opalającym się dziewczynom. Niech mu tam będzie. Niech się
opala i odpoczywa. Ciekawe tylko, czy założył na siebie koszulkę, tak
jak mu radziła, bo ze słońcem w jego wieku nie ma żartów. Takie opalanie
może się źle skończyć. Zadzwoni do niego wieczorem i jeszcze raz mu
naświetli problem raka skóry.
Włożyła telefon do torebki i uśmiechnęła się do recepcjonistki Anny.
- Dobra, biorę ten pokój razem z tą babcią w bonusie!
Z radia płynęła właśnie piosenka Zbigniewa Wodeckiego Chałupy welcome
to. Matyldzie przeszło przez myśl, że do jej sytuacji bardziej
pasowałby Młynarski i słowa: "Jesteśmy na wczasach w tych góralskich
lasach". Tyle że ona nie jest już atrakcyjną panną Krysią z turnusu
trzeciego. Ale lasy są takie same jak dawniej.
Jesteśmy na wczasach, taki był tytuł piosenki.
Warszawa Godzina 13.40
Myślałem, że załatwię tę sprawę w dziesięć minut, tymczasem minęła ponad
godzina. Uświadomiłem to sobie, spoglądając na zegar ścienny z wahadłem
w bogato rzeźbionej skrzyni, przypominającej manierystyczny karawan.
Zegar był bardzo interesujący, ale niestety nie chodził. Przekonałem się
o tym, gdy spojrzałem na cyferblat i zobaczyłem, że ciągle jest na nim
przed dwunastą. Taka sama godzina była, jak tu wszedłem, więc
błyskotliwie połączyłem kropki i okazało się, że zegar stoi. Upewnił
mnie w tym przekonaniu fakt, że wahadło wisiało nieruchomo, mogłem sobie
do woli czekać na dwanaście uderzeń.
Popatrzyłem na swój zegarek i zakląłem pod nosem. Dochodziła druga, a ja
się umówiłem z Kamą, że na drugą będę w domu na obiedzie. Miało być moje
ulubione spaghetti carbonara. Do tego jeszcze włoskie białe wino,
którego nazwy nie zapamiętałem, ale Kama twierdziła, że jest świetne. No
więc za chwilę mój makaron będzie na stole, a ja mało skutecznie próbuję
namierzyć ciotkę Magdę.
Przeszukałem cały dom i nie znalazłem niczego, co pozwoliłoby mi
stwierdzić, że ciotka przebywa w jakimś określonym miejscu. Być może
pojechała do Ustronia Śląskiego, ale równie dobrze mogła być w Ustroniu
Morskim albo na wakacjach w Egipcie. Szukałem więc jakiegokolwiek śladu,
ale niczego nie znalazłem. Przetrząsnąłem sypialnię, kuchnię, pokój
gościnny i wreszcie salon. Nic, kompletnie nic. Ale ten sąsiad
powiedział przecież, że pojechała w góry. To znaczy, że komuś mówiła o swoim wyjeździe. Tylko czy aby na pewno podała prawdziwą destynację?
Usiadłem na kanapie na wprost pięknego zegara i wydobyłem z kieszeni
telefon. Chyba źle zacząłem poszukiwania. Powinienem najpierw dowiedzieć
się od Dżesi, co wie na temat zniknięcia ciotki. Gdy byłem rano u niej w domu, niczego się nie dowiedziałem. Wyszedłem z okruchami wiedzy, będąc
przekonany, że wystarczy tylko wejść do domu Magdy, by od razu natrafić
na rachunki czy wydruki z zaznaczoną stacją docelową. Tak robi przecież
Matylda, moja przyszywana babcia, która każdą podróż planuje w najdrobniejszym szczególe. Ale nie wziąłem pod uwagę, że Magda mogła być
zupełnie inna.
- Halo, Dżesika, mówi Marcin - odezwałem się, gdy usłyszałem przeciągłe
"halo". Nie było najmniejszej wątpliwości, kto odebrał.
- Miśku, nie mogę teraz rozmawiać, jestem bardzo zajęta. Za chwilę
zaczynam sesję. Wiesz, do tej nowej kolekcji Art-Fashion-Stars, mówiłam
ci.
- Nie mówiłaś, ale to nie ma żadnego znaczenia...
- Jak to nie mówiłam? Pamiętam, że mówiłam. Nawet wysyłałam ci zdjęcia
nowych sukienek i butów. Musiałeś widzieć te czerwone szpilki...
- Dżesi, niczego mi nie wysyłałaś. Już od dawna niczego mi nie wysyłasz.
- Tak? No popatrz. A ja byłam przekonana, że to do ciebie pisałam,
Miśku. To do kogo chciałam wysłać te szpilki?
- Pewnie do Łukiego.
- A wiesz, że to może być prawda. Tak, chyba wysyłałam do niego, bo
mówił, że te szpilki są jak z enerdowskiego pornola. On ma pomysły, nie?
Uśmiechnąłem się na myśl o pornosie z NRD. Gość ma poczucie humoru. W NRD nie powstawały pornole, bo za czasów, gdy istniało komunistyczne
państwo niemieckie, nie wolno było kręcić niczego poza oficjalnym
obiegiem państwowym. Więc musiało mu chodzić o to, że buty były dość
obciachowe, jak cała socjalistyczna gospodarka DDR-u.
- No dobra, Miśku, ale ja nie mam czasu teraz rozmawiać, bo zaraz Julka
będzie mi robić make up. O, już idzie, to co, zdzwonimy się później...
- Poczekaj chwilę. Powiedz mi tylko, czy Magda, to znaczy twoja ciotka,
planowała jakiś wyjazd do sanatorium?
- Magda? Wyjazd? W jakim sensie?
- No wiesz, zabiegi lecznicze, masaże... Mówiłaś, że jak rozmawiałyście
ostatnim razem przez telefon, to powiedziała, że się śpieszy i dokąd
jedzie. Tak powiedziała?
- Hę! No, jak ty mówisz, że sanatorium, to ja ci powiem, że coś mówiła,
że pojedzie do Ustronia.
- Jakiego Ustronia? - spróbowałem uściślić.
- No jak to jakiego Ustronia, Miśku. Tego, gdzie się jeździ na wakacje,
znaczy, nad morze chyba.
- Jesteś pewna?
- No raczej.
- Ale dokładniej: nad morze czy w góry?
- No jak do Ustronia, to chyba nad morze, nie?
- Jest Ustroń Śląski i Ustronie Morskie.
- No coś ty? Są dwa Ustronia? Ale czad. Zaraz powiem o tym Julce.
Ciekawe, czy ona o tym wie? Julka, słyszałaś, że jest morskie i górskie
Ustronie...
- Dżesi, skup się, proszę, i powiedz, do którego Ustronia pojechała
Magda?
- No mówię ci, że mówiła coś, że do Ustronia pojedzie, ale którego, to
ja nie wiem, bo skąd mam wiedzieć, jak dotąd myślałam, że jest tylko ten
Ustroń nad morzem. I ona chyba tam pojechała, ale nie powiedziała nawet,
kiedy jedzie. To sobie pomyślałam dzisiaj rano, jak do mnie przyszedłeś,
że pojechała, albo jak nie pojechała, to zaginęła. A ty coś znalazłeś w jej domu?
- Nic, kompletnie nic.
- A, no to pogadamy później, bo Julka już na mnie krzywo patrzy. No,
Juluś, już się malujemy, bo widzisz, Misiek mi tu zawraca głowę...
- Misiek? - Marcin usłyszał głos Julki. - To znowu jesteście razem?
- No coś ty...
Przerwała połączenie.
No to niczego się nie dowiedziałem. Właściwie to nawet nie miałem punktu
zaczepienia. Magdy nie ma na Saskiej Kępie, a to mogło oznaczać, że nic
jej się nie stało. Bo wchodząc do tego domu, przez chwilę miałem dość
realistyczną wizję, że znajdę ją leżącą na podłodze albo w wannie, albo
w łóżku, zimną i sztywną. Na szczęście moje czarnowidztwo się nie
sprawdziło. Czyli że Magda pojechała gdzieś i nie zawiadomiła o tym
swojej siostrzenicy. Nic nadzwyczajnego. Gdyby Dżesi bardziej się
interesowała ciotką, to dowiedziałaby się, że ta jedzie gdzieś tam, ale
niestety moja była dziewczyna żyje w zupełnie innym świecie i często nie
zwraca uwagi na drobiazgi, takie jak cel wyprawy własnej ciotki.
Już chciałem wstać z kanapy, gdy dostrzegłem kolorową kartkę leżącą pod
szwedzką ławą. Wystawał tylko rożek, wcześniej go nie dostrzegłem.
Pochyliłem się i sięgnąłem po to coś. Okazało się, że to folder
pensjonatu. Pensjonat nazywał się Źródełko i znajdował w Ustroniu
Śląskim. Zacząłem przeglądać zdjęcia, na których widać było porządnie
urządzone pokoje w przyzwoitym standardzie. Czyli Ustroń się w pewnym
sensie potwierdził.
Przejrzałem folder i już chciałem włożyć go do kieszeni, gdy zobaczyłem,
że w jednym miejscu jest coś napisane ręcznie. Był to ciąg cyfr,
zapisany na marginesie. Oczywiście nic mi nie powiedział, dopóki nie
sprawdziłem numeru komórki należącej do recepcji pensjonatu. Był ten
sam. Od razu domyśliłem się, o co chodzi. Magda jest dalekowidzem i dlatego do czytania używa okularów. Numer wydrukowany na folderze był
petitem, więc przepisała go wyraźnymi, wielkimi cyframi. A skoro zadała
sobie tyle trudu, chciała z tego numeru skorzystać. Czyli dzwoniła do
pensjonatu Źródełko.
Niewiele się namyślając, wbiłem ciąg cyfr. Niemal natychmiast ktoś
odebrał połączenie, tak jakby na nie czekał.
- Źródełko, słucham - odezwał się męski głos.
- Dzień dobry, mówi Marcin Engel. Czy mogę rozmawiać z panią Magdaleną
Kurzyńską?
- Z kim?
- Magda Kurzyńska, moja ciocia z Warszawy. Miała wynająć u was pokój.
Trochę się niepokoję, bo nie odbiera komórki, więc dzwonię...
- Pan jest jej krewnym? - spróbował się upewnić facet z pensjonatu.
- Tak, to moja ciocia - skłamałem bez zająknienia. Nie widziałem
potrzeby tłumaczenia moich relacji z Dżesiką. - Mieszka w Warszawie przy
ulicy Słowackiej dwadzieścia pięć i...
- Proszę pana, jest pewien problem.
- Problem? Co takiego? Czyżby ciocia się źle poczuła i pojechała do
szpitala? - spróbowałem się domyślić.
Na chwilę zapadła cisza.
- Nie, to nie to. Ciocia, pańska ciocia, nie pojechała do szpitala.
- A dokąd? - zapytałem, jakbym był przekonany, że jeśli już, to musiała
gdzieś pojechać.
- No więc właśnie nigdzie nie pojechała. A właściwie to nie wiemy, czy
pojechała, czy poszła. W każdym razie nie ma jej od kilku dni.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki