Skała
Wznosiła się ponad równiną niczym cielsko
wieloryba wyrzucone na płaski brzeg. Była tu od zawsze, to znaczy od
czasów, gdy ziemią rządziły wulkany. Jeden z nich wypluł ją w chwili
śmierci, jakby chciał zadośćuczynić zniszczeniom, jakich dokonał.
Poturbowana ziemia goiła rany powoli, a skała trwała jak wulkaniczny
wyrzut sumienia. Przysiadały na niej strudzone wypatrywaniem zdobyczy
sępy. Kiełkowały niesione wiatrem nasiona. Węże kryły się w wydrążonych
deszczem szczelinach, a małpy urządzały wspinaczkowe zawody.
Od jakiegoś czasu widywano w okolicy ludzi na słoniach. Nie byli to
zwykli kornacy zatrudnieni przy transporcie drewna ani żołnierze
patrolujący okolicę. Teraz mały orszak zbliżał się do skały
niespiesznie. Słonie strojne w kolorowe derki pobłyskujące świecidełkami
leniwie stawiały ciężkie nogi, jakby ciążył im bagaż letnich lektyk.
Zgrabnie wygięte bambusowe pręty obciągnięte cienką jak pajęczyna
tkaniną miały chronić przed słońcem. Największego ze słoni w złoconym
czapraku otaczały mniej strojne zwierzęta. Gdyby zajrzeć pod zwiewny
namiot na grzbiecie złotego słonia, można by zobaczyć zadumaną twarz
władcy.
To już ponad dziesięć lat od czasu, jak król Dhatusen z dynastii Morija
zasiadł na tronie wyspiarskiego kraju, Lanki. Nie było mu łatwo pokonać
sześciu władców z indyjskiego Tamilnadu. Poszatkowali kraj wedle
własnego widzimisię. Przybyli z Indii, lankijskie wartości były im obce.
Gdyby nie Dhatusen, nie wiadomo, co czekałoby mieszkańców jego ojczyzny.
Udało mu się zjednoczyć kraj i ludzi pod wspólnym, buddyjskim
sztandarem. Słońce prażyło niemiłosiernie, a on przynajmniej raz w tygodniu chciał zobaczyć skałę. Za największy swój sukces uważał
zbudowanie zbiornika wodnego Kalawewa w mieście Anuradhapura. Zapewnił
mieszkańcom dostatek wody nawet w najsuchszych miesiącach. Teraz miał
nowy plan. Wybudować pałac "w niebie". Skała miała to umożliwić, ale
trzeba by na to równie jak ona wielkiej góry złota.
I teraz tu był. Wysunął zza zasłony dłoń i przywołał służącego.
- Przyślij mi Rani i Kassapę - powiedział, zniżając głos.
Lubił swoją nałożnicę i ich wspólnego syna. Mimo iż byli plamą na
królewskim postanowieniu praktykowania dziesięciu cnót królewskich,
cieszył go widok ślicznej jak poranek Rani i jedenastoletniego potomka.
Był podobny do obojga rodziców. Tylko burza kręconych włosów na jego
głowie była nie wiadomo skąd. Może jakiś przodek Rani przybył z tajemniczych wysp na południu, a może i w jego żyłach płynęło trochę
czarnej krwi? Przestał zaprzątać sobie tym głowę, gdy zobaczył za
zasłoną smukłą sylwetkę chłopca. Niczym małpa przeskoczył z jednego
słoniowego grzbietu na drugi i nie czekając na zaproszenie, wskoczył do
królewskiej lektyki. Wiedział, że tu może sobie pozwolić na znacznie
więcej niż w pałacu. Zaraz za nim wśliznęła się młoda kobieta o oczach
sambara. Rani to wielkie oczy i tajemniczy uśmieszek na czerwonych jak
kwiat chińskiej róży ustach. Dhatusen lgnął z czułością do młodości tych
dwojga. Gładził czuprynę Kassapy i gładką fryzurę Rani. Lubił, gdy
upinała włosy z tyłu głowy i tylko kilka niesfornych kosmyków błąkało
się nad czołem.
Nie był gadułą, ale lubił głośno snuć marzenia. Wydawało mu się, że Rani
i Kassapa słabo orientują się w pałacowych intrygach, dlatego pozwalał
sobie roztaczać przed nimi wizje wielkości, którą kiedyś obiecał mu
Mahawiharaja. Ten prawie święty wyznawca buddyjskiej filozofii therawada
przekonał króla, że jedyną drogą do doskonałości jest praktykowanie
dziesięciu królewskich cnót. Dhatusen był jeszcze młody i uwierzył, że
swoim życiem potrafi ją osiągnąć. Jakże się jednak przeliczył. Zaczął
stąpać ścieżką ku oświeceniu. Przestał pożądać czegokolwiek. Milczał,
gdy ministrowie pytali o rady. Nie chciał oglądać popisów swoich
żołnierzy. Nie brał udziału w ucztach. Nikogo nie zapraszał do swojego
łoża i nie odwiedzał cudzych sypialni. Czuł jednak, że ten stan jest
wynikiem porażki, a nie wyboru. Gdy stracił nadzieję na pełną
doskonałość buddyjskiego władcy, popadł w depresję. Może stało się tak
dlatego, że wcześniej bluźnił wiarą w dorównanie Buddzie?
Gdy stał już na skraju całkowitego załamania, w pałacu pojawił się Maga
Bramin. Dziwny mnich z Persji. Wyznawał wiarę w jednego Boga
uosabiającego trzy wcielenia - Ojca, Syna i Ducha Świętego. Opowiadał,
jak Bóg Syn, którego nazywał Jezusem Chrystusem, umarł na krzyżu, by
zmartwychwstać i zjednoczyć się z Ojcem w niebie. Dhatusen słuchał Magi
Bramina z dużym zaciekawieniem, ale nie umiał zrozumieć okrutnej śmierci
Jezusa na skrzyżowanych balach drewna. "Po co?", pytał Magę Bramina. Ten
tłumaczył, że w taki sposób odkupił on ludzkie winy. "Ale przecież
ludzie nie przestali grzeszyć!" Mimo wątpliwości król lubił rozmowy z chrześcijaninem i zwierzył mu się ze swojego kłopotu. Była to chyba
jedna ze szczęśliwszych chwil w życiu Dhatusena, a Magę zesłały mu chyba
anioły. Mnich uświadomił królowi, że praktykowanie dziesięciu cnót nigdy
jeszcze nie doprowadziło nikogo do sukcesu.
- To niemożliwe - tłumaczył - nawet najwytrwalsi perscy królowie nie
osiągnęli celu. Żaden człowiek z krwi i kości nie wytrzyma "postu od
życia". Jesteśmy za słabi, by wyrzec się siebie. Tym bardziej królowie,
narażeni na setki pokus, nie mają szans - dodał na koniec.
- No to jak mają mnie zapamiętać ci, którzy przyjdą po mnie? - zapytał
władca.
- Zostań Królem Gór, Parwata Raja - odpowiedział krótko Maga.
Jednym z warunków uzyskania tego tytułu było wybudowanie pałacu na
niedostępnej skale. Dhatusen ujrzał oczami wyobraźni królewski dom na
szczycie skalnego wieloryba i od tej pory marzył, marzył i marzył.
Podjechali bliżej i słonie zatrzymały się przed kamienną ścianą, na
której małpy uganiały się za motylami. O tej porze roku całe ich chmary
obsiadały skalne ustronie. Rani zgrabnie ześliznęła się z wierzchowca.
Nie czekała na służących z drabinkami. Za nią zeskoczył Kassapa.
Dhatusen patrzył z podziwem, jak zwinnie wspinają się na skalne występy,
by złapać choćby jednego motyla. Ludzie wierzyli, że niebieski motyl,
przytrzymany chwilę w dłoniach, w zamian za wolność zapewni pomyślność
na cały rok. Ruchy Rani zawsze przyprawiały króla o zawrót głowy. Gdyby
nie jej uroda, mogłaby być jednym z makaków. Syn odziedziczył zręczność
po matce i już po chwili trzymał w dłoniach kilka motyli.
- Tylko ich nie zgnieć, żeby mogły odlecieć! - krzyknął ojciec do
chłopca.
Służący pomogli władcy zejść ze słonia i rozłożyli na ziemi zdobne
kobierce i poduszki. Jednak król nie miał zamiaru odpoczywać. Też chciał
złapać swojego motyla. Dhatusen nie był wysoki, ale proporcjonalnie
zbudowany i smukły, co w przypadku władców było rzadkością. Zazwyczaj
ich kształty zaokrąglały się sukcesywnie wraz z każdym rokiem panowania.
On nie wyglądał na swoje trzydzieści osiem lat i gdyby nie strój
dodający powagi, mógłby uchodzić za osiemnastolatka. Miał gładką twarz z bardzo nikłym zarostem, który zresztą depilował wzorem niektórych
mnichów. Nie było to bolesne, bo rosło mu zaledwie kilka twardych włosów
na podbródku. Czasem zazdrościł innym mężczyznom bujnej brody, ale w jego rodzinie nikt nie mógł się nią szczycić.
Dotknął podbródka i poczuł, że czas wyrwać przynajmniej jeden włos.
Spojrzał w górę i zobaczył, że skała paruje w promieniach słońca. Rani
siedziała na skalnym występie, a służąca masowała jej stopy. Upał stawał
się nieznośny i Dhatusen zapragnął ochłody. Po deszczach skalne niecki
wypełniły się czystą wodą, a wystające ze skalnej "matki" głazy dawały
chłodny cień. Nie musiał długo czekać, by wyścielono miękkim suknem
podejście do tego naturalnego basenu, a także jego dno. Gdy zdjęto mu
szaty, zanurzył się w krystalicznej wodzie. Była ciepła, ale
chłodniejsza niż rozgrzane powietrze. Kassapa dołączył do ojca,
prychając jak źrebak. Tylko Rani gdzieś zniknęła.
- Gdzie matka, synu? - zapytał chłopca.
- Weszła do jaskini, ojcze. Zawsze tam wchodzi, gdy tu przyjeżdżamy.
Pójść po nią?
Dhatusen się obruszył: - Ty, królewski syn, nie jesteś posłańcem! Jeśli
zechcę, poślę służącego. I przymknął oczy, rozkoszując się kąpielą.
Rani nie wracała i zaniepokojone służki wspięły się do małej jaskini
powyżej. Dhatusen usłyszał ich krzyki. Nim zdążył wstać, wyniosły
omdlałą i w zmiętym stroju. Ocknęła się i gdy otworzyła usta, zobaczyli,
że są pełne motyli. Tłuste, pełne jaj odwłoki motylic są przysmakiem
makaków, ale żeby królewska nałożnica...
Dlaczego motyle przylatują do Sigiriji
Gdy słońce wysusza nawet najmniejsze
kałuże, tu zawsze można znaleźć malutkie sadzawki. Woda ma lekko słonawy
smak i daje prawdziwe orzeźwienie. Tu motyle nabierają ochoty na miłość.
Od tysięcy lat przylatują na skałę, by napić się miłosnego nektaru i przedłużyć gatunkowy łańcuch życia. Makaki też wiedzą, że woda z Sigiriji ma cudowne właściwości. Gdy deszcze obmywają pradawną skałę,
wypłukują z niej wszystko to, co zapamiętała przez wieki. Dzięki niej
można nie tylko narodzić się na nowo, ale i przenieść się w czasy
odleglejsze, niż sięga pamięć śmiertelnika. Motyle żyją krótko, ale ich
ciała mogą przekazać więcej niż tylko pożywne białko. Nie bez powodu
spijają pełną minerałów wodę, której skale nigdy nie brakuje. Dzięki
niej następne pokolenia są coraz liczniejsze. Chętnych na nie jest dużo.
Jednak ani jaszczurki, ani ptaki czy małpy nie przerwą odradzania się
licznych pokoleń błękitnych lotników. Skała daje im siłę.
Goszczą krótko, tylko na czas godów. Najwięcej zwierząt gromadzi się
przy niewielkiej jaskini po lewej stronie skały i dzielących ją schodów.
Można się tam wspiąć bez trudu, ale jest ciemna i ciasna, więc chętnych
jest niewielu. Małpy korzystają z niej, żeby ochronić się przed
deszczem. Czasem też zmieni tu skórę wąż lub wpadnie zagubiony motyl.
W jaskini nic się nie zmienia od tysięcy lat. Była tu, gdy skała wypadła
z trzewi wulkanu i jeszcze parowała ich ciepłem, była, gdy pewna młoda
kobieta szukała schronienia dla swojej tajemnicy. Jej stękanie zamieniło
się w jęk, gdy wspinała się do ciemnego wnętrza. Musiała podciągnąć się
na rękach, ale przeszkadzał jej brzuch. Była w ciąży i szczęśliwie nikt
się nie zorientował. Pętała łono ciasną chustą, ale gdy poczuła bóle,
brzuch zrobił się twardy i wypukły. Chciała jak najszybciej schować się
w miejscu, w którym nikt jej nie znajdzie. Nie mogła ujawnić swojego
stanu, bo wówczas ojciec nie darowałby matce swobód, jakie dawała córce.
Ojciec pochodził z Indii i mimo iż ożenił się z Syngalezką, nie potrafił
zaakceptować swobodnych obyczajów wyspiarzy. Bywał okrutny, gdy coś mu
się nie podobało, a nie podobało mu się prawie wszystko. Miał zrobić
majątek na handlu złotem, spłodzić syna, który w przyszłości przejąłby
interes, miał dokonać wielu rzeczy, ale w końcu niczego się nie dorobił
i wszystkie plany spaliły na panewce. To znaczy miał córkę, ale ta nie
bardzo miała ochotę czcić zwyczaje indyjskich przodków. Teraz jednak
błagała o pomoc boga Hanumana. Wiedziała, jak jest sprytny i zaradny, i wiedziała, że jaskinia bywa domem jego przybocznej świty - małp.
Bóle zaczęły przybierać na sile. Rodziła pierwszy raz i bardzo się bała.
Nie miała pojęcia, jaką przyjąć pozycję. W pewnych chwilach ból był tak
silny, że nie mogła powstrzymać się od krzyku, a myśl o śmierci nie
chciała jej opuścić. Trochę jej ulżyło, gdy uklękła i pochyliła się do
przodu. Powtarzała modlitwę do Hanumana pewnie już setny raz. Modliła
się, by dziecko przyszło na świat martwe lub by bóg je zabrał i wychował
jak własne. Nagle do jaskini wleciał motyl i jakby wpadło za nim trochę
światła. Zobaczyła, że zniknął w czyjejś dłoni, która na ułamek sekundy
wychynęła z ciemności. Poczuła, że została wysłuchana. "On tu jest",
pomyślała, gdy malutkie ciałko ześlizgnęło się na ziemię.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki