SIEDEM
Otwieramy drzwi, pstrykamy włącznik. Złote światło w salonie wydaje się bardzo jaskrawe. Nasze książki (książki mamy) z grzbietami w kolorach tęczy na wbudowanych w ścianę półkach, wysłużona kanapa z narzutą w wesołych kolorach, w kącie klatka dla ptaka ze świeczką w środku - w pierwszej chwili mieszkanie wydaje się obce. Joy idzie prosto do łazienki i po chwili słyszę szum prysznica. Idę za mamą do kuchni. Odkłada torbę i zaczyna przeglądać pocztę, jak gdyby nigdy nic, tyle że to listy z wczoraj i wszystkie koperty są otwarte. Odkłada je, podchodzi do okna i rozsuwa zasłony. Okno wychodzi na ogródek przy bocznej ścianie budynku i kubły na śmieci sąsiada. Teraz jest noc i niczego nie widać.
- Mamo - mówię, stojąc za nią. - Na co patrzysz?
Nie odpowiada.
- Mamo - próbuję ponownie.
Denerwuje mnie ton mojego głosu, który brzmi, jakbym miała cztery lata i potrzebowała pocieszenia.
- Poradzisz sobie? - pytam.
- Tak, Bets.
- Na pewno?
Odwraca się do mnie. Emocje starły makijaż z jej twarzy, jest wyraźnie wyczerpana. Mama jest niższa ode mnie o kilkanaście centymetrów. Rzadko to zauważam, ponieważ jest istotą w ciągłym ruchu i zachowuje się jak dowódca. Jednak teraz to widzę. Szklą jej się oczy, lecz nie wypływa z nich żadna łza.
- Jestem wściekła - mówi mama. - W tej chwili jestem wprost wkurwiona.
- Naprawdę? - pytam zdziwiona.
Nie wiem, dlaczego się tak dziwię. Przypuszczałam, że będzie zdenerwowana, ale ze strachu. Smutku. Nie z gniewu.
- W życiu nie byłam tak wściekła - mówi. - Tamten... - szuka odpowiedniego słowa. - Zasrany gówniarz niemal zabił dziś mnie i moją córkę. I dlaczego? Dlaczego nas, dlaczego? Nic mu nie zrobiłyśmy.
Otwieram usta, lecz mama nie przestaje mówić.
- Wiesz, tyle przeżyłam, pracowałam tak ciężko, i tylko po to, żeby teraz ktoś mi to odebrał? W głupim sklepie I Glam, kiedy kupowałam ubrania (cudzysłów palcami w powietrzu) "biznesowe, lecz swobodne" do głupiej pracy, w której wcale nie chcę pracować?
Mam ochotę odsunąć się o krok od gniewu mamy jak od szalejącego pożaru. Jednak nie robię tego. Mama jest siłą. Ma własne opinie. Miewa też charakterek - potrafi na nas naskoczyć, kiedy jest w odpowiednim nastroju. Ale to tutaj? To coś zupełnie innego.
- Chodziłyśmy z nim do szkoły - mówię jej.
- Wy... ze strzelcem?
- Tak.
Przechyla głowę na bok.
- Skąd to wiesz?
- Widziałam jego zdjęcie w telewizji w poczekalni szpitala, kiedy rozmawiałyście z policją.
- Nie wiedziałam o tym - mówi. - To chyba... raczej ważne.
- Czy Joy powiedziała policji, że go rozpoznała?
- Nie. Nie powiedziała.
- To nie tak, że go znałyśmy - stwierdzam. - Po prostu chodził z nami do jednego liceum.
Mama otwiera lodówkę i zagląda do środka skonfundowana, a potem zamyka ją z powrotem.
- Cholera - mówi. - Twój ojciec. Muszę ponownie spróbować się do niego dodzwonić.
- Powodzenia - rzucam. - Telepatia będzie lepsza.
Mój tato jest gdzieś w Hiszpanii i prowadzi jeden ze swoich "cyfrowych detoksów" w samotni. Ludzie płacą mu grubą kasę za to, że oddadzą mu swoje urządzenia i będą pić zielone koktajle, wykonywać dziwaczne ćwiczenia oddechowe oraz żyć na haju przez dziesięć dni. Mój tato jest guru. Ma stronę internetową ze swoim zdjęciem, na którym się uśmiecha, ma przystrzyżoną brodę, błyszczące oczy i siedzi w zrelaksowanej pozycji. Na stronie są rekomendacje ludzi zachwalających oświecenie, jakie przekazuje im mój ojciec. W tej chwili mi go brakuje. Jednak w tęsknocie za nim nie ma niczego nowego.
Idę do swojego pokoju i słyszę początek jej rozmowy telefonicznej.
- Halo, Sequoia? Cześć, dostałam wasz numer od ludzi z Namaste House. Próbuję złapać Kyle'a. Tak, Nauczyciela Kyle'a. Tak, wiem, że jest obecnie "odłączony"...
Zamykam za sobą drzwi. Przebieram się w piżamę i sprawdzam telefon. Mam dwie wiadomości - jedną od Adrian i jedną od Zoe - dwojga ludzi, którzy nie mają zielonego pojęcia, że moja siostra i matka prawie dziś zginęły. Kto wie, czy media w Seattle i Nowym Jorku w ogóle podłapały ten temat. Nie czytam ich wiadomości. Jest późno. Co miałabym napisać? Loguję się na portal społecznościowy i ludzie - głównie koledzy i koleżanki z mojej klasy - dzielą się artykułem z lokalnych wiadomości o strzelaninie. Na zdjęciu widnieje I Glam otoczony policjantami, żółtą taśmą, odłamkami szkła, noszami, zapłakanymi twarzami.
Klikam.
4 RANNYCH, 1 ZABITY W STRZELANINIE
W GALERII EMERYVILLE
Hrabstwo Alameda, Kalifornia. Mężczyzna uzbrojony w karabin automatyczny otworzył ogień w sklepie I Glam w centrum handlowym Emeryville przy ulicy Bay i postrzelił cztery osoby. Kolejną poszkodowaną osobę przetransportowano do szpitala z lekkimi obrażeniami. Zamachowiec popełnił samobójstwo na miejscu zdarzenia.
Strzały padły około 17:45 w czwartek i trwały blisko dziesięć minut. Broń i pociski znalezione na miejscu zdarzenia pasują do karabinu automatycznego AR15. Biuro szeryfa podaje, że broń uległa awarii, w związku z czym strzelec użył drugiego pistoletu, którym następnie się zastrzelił. Po przybyciu policji stwierdzono jego zgon.
Emeryville jest jednym z najchętniej odwiedzanych centrów handlowych w rejonie East Bay.
Ranni zostali przetransportowani do Kaiser w Oakland. Sierżant Cecilia Garcia mówi, że ofiary strzelaniny były "wstrząśnięte i w ciężkim stanie", a jedna poszkodowana była w stanie krytycznym i wymagała niezwłocznej interwencji chirurgicznej.
Strzelanina rozpoczęła się w środku sklepu w pobliżu przymierzalni. I Glam to sklep z odzieżą dla kobiet.
"To przerażające, że bandyta otworzył ogień w miejscu publicznym takim jak to, wśród rodzin, kobiet, nastolatków i dzieci. Pracownicy centrum handlowego, świadkowie i ogół społeczności są - co zrozumiałe - wstrząśnięci do głębi" - powiedziała Garcia.
Biuro szeryfa poinformowało o kilkudziesięciu świadkach zdarzenia z wewnątrz sklepu i sprzed budynku.
"Dzisiaj był przy mnie mój anioł stróż - powiedziała Desiree Johnson, kierowniczka I Glam. - Pociski świsnęły tuż przy mojej twarzy. To było jak brzęczenie osy".
Mężczyzna, który prosił o anonimowość, powiedział, że widział strzelaninę z zewnątrz i uciekł.
"Nie mogłem w to uwierzyć... co jest, serio? - relacjonował. - Potem usłyszałem ten dźwięk, spojrzałem przez szybę i zobaczyłem, jak tamten gość chodzi po sklepie i rozsiewa pociski jak jakiś Człowiek z blizną".
Jedna kobieta, dwudziestopięcioletnia Emma Farooqi, transmitowała strzelaninę na żywo w mediach społecznościowych ze swojego smartfona. Zamknęła się w przymierzalni w I Glam.
"Nie wiem, dlaczego to zrobiłam - powiedziała. - Myślałam, że może ktoś to obejrzy i zadzwoni po pomoc. Po prostu chciałam mieć nagranie dla rodziny, żeby wiedzieli, co się stało, gdybym nie wyszła z tego cało".
Napastnik został zidentyfikowany jako dwudziestojednoletni Joshua Lee. Motywy zbrodni jeszcze nie są znane.
Moje serce przyspiesza, kiedy docieram do końca artykułu. Czuję się jak ktoś, kto nie powinien tego czytać, jakby to było jakieś naruszenie. Ale dlaczego? Byłam tam. To artykuł z wiadomości przeznaczony do publicznego odbioru. Dziwnie widzieć swoją siostrę opisaną jako "kolejna ofiara". Dziwnie widzieć szczegółową relację z wydarzeń składających się na najgorszy dzień mojego życia, przedstawioną takim obiektywnym, spokojnym tonem, jak gdyby takie sytuacje były na porządku dziennym.
Co, jak mniemam, właśnie się dzieje.