W tamten weekend w kinach królowała komedia I kto to mówi, choć liczba widzów nie była powalająca. Wynikało to z kilku przyczyn. Inflacja była tak duża, że pod koniec miesiąca bilet do kina mógł być dwa razy droższy niż na jego początku. Tak było prawie z każdym towarem i usługą w tamtym czasie, ludzie wydawali więc mało na rozrywkę, bo nie wiedzieli, ile będą musieli przeznaczyć na jedzenie. Dołożył się do tego zalew rynku magnetowidami, a w związku z tym rosnąca rola "kina domowego" i wypożyczalni kaset wideo.
Na Liście Przebojów Trójki Marek Niedźwiecki już któryś tydzień z kolei obwieszczał, że Depeche Mode z Enjoy the Silence nie dał rady zdetronizować Sinéad O'Connor i jej "odgrzanego" klasyka Nothing Compares 2 U. Na giełdach piraci zachwalali nastolatkom trzecią odsłonę gry firmy Nintendo Super Mario Bros, która dwa miesiące wcześniej miała swoją premierę w USA. Nic nie zapowiadało tragedii, która miała się wydarzyć w nadchodzący poniedziałek. Tragedii, która wstrząśnie Śląskiem. A potem Polską. I zmieni życie wielu ludzi już na zawsze...
Dwunastoletni Marcin 20 kwietnia 1990 roku przeżył koszmar po tym, jak lekkomyślnie wpuścił do mieszkania w bloku przy ulicy Budryka 36 w Bytomiu nieznajomego mężczyznę. Tak chłopiec zrelacjonował tragiczne wydarzenia[3]. Oto zapis magnetofonowy:
" - O której rodzice wyszli z domu?
- Dokładnie nie wiem, bo wtedy jeszcze spałem. Mama budzi mnie tuż przed swoim wyjściem, ale wiem, że tata wychodzi najpóźniej piętnaście po szóstej, a mama tuż przed siódmą.
- Co robiłeś, kiedy rodzice wyszli?
- No... to co zawsze: wstałem, umyłem się, ubrałem, zjadłem śniadanie i byłem gotowy do wyjścia.
- Która to była godzina?
- Za piętnaście ósma.
- Zawsze wychodzisz o tej porze?
- Tak, do szkoły idę dokładnie dziesięć minut, więc na miejsce docieram na pięć minut przed dzwonkiem.
- Masz dwanaście lat i chodzisz do piątej klasy, tak?
- Tak.
- Czy często zdarza ci się czegoś zapominać i wracasz do domu?
- No... czasami...
- A czego zapomniałeś tym razem?
- Piórnika.
- Kiedy się o tym przekonałeś?
Fot. 03. Wejście do bloku, w którym doszło do zabójstwa
- Przeszedłem chyba jakieś sto metrów i wtedy przypomniało mi się, że piórnik został na biurku.
- I wtedy zawróciłeś do domu?
- Tak.
- I co się stało?
- Kiedy podchodziłem już do bloku, wyprzedził mnie ten mężczyzna. Wszedł do środka i stanął przy windzie. Kiedy do niego podszedłem, otworzył drzwi i wsiedliśmy obaj. Ja wcisnąłem guzik piątego piętra i winda ruszyła.
- Czy ten mężczyzna mówił coś do ciebie w czasie jazdy?
- Nie, w ogóle się nie odzywał, tylko mi się przyglądał.
- Czy wysiadł razem z tobą na piątym piętrze?
- Nie, pojechał wyżej. Słyszałem, jak drzwi windy trzasnęły na szóstym.
- I co było dalej?
- Kiedy otwierałem drzwi do mieszkania, zobaczyłem tego mężczyznę schodzącego po schodach. Podszedł do mnie i powiedział, że jest od mojego taty z pracy, że tata zapomniał wziąć z domu kopertę z bardzo ważnymi dokumentami i że przysłał go po nią.
- Uwierzyłeś mu?
- No... tak...
- Czy kiedykolwiek wcześniej twój ojciec przysyłał kogoś po coś do mieszkania?
- Tak, kiedyś raz przyjechał kierowca po jakąś paczkę.
- No dobrze... Zatem uwierzyłeś i wpuściłeś go do mieszkania...
- Tak, i kiedy tam weszliśmy, on powiedział, żebym pomógł mu szukać tej koperty. Wtedy przyszło mi do głowy, że przecież ojciec powinien mu powiedzieć, gdzie ona jest. Ten mężczyzna zaczął rozglądać się po pokoju, a ja idąc za nim, zapytałem go, jak się nazywa mój tatuś.
- I co ci odpowiedział?
- Stanął, odwrócił się i spojrzał na mnie takim pełnym wściekłości spojrzeniem. Powiedział, że mój tatuś wyrzucił go z pracy i żebym natychmiast dał mu dwadzieścia tysięcy złotych, to on sobie pójdzie i więcej nie wróci.
- I co wtedy zrobiłeś?
- Przestraszyłem się i chciałem uciec z mieszkania, ale on był szybszy. Złapał mnie i zaciągnął do sypialni. Rzucił mnie na łóżko i nakrył kołdrą, a potem zaczął dusić.
- Jak i czym to robił?
- Najpierw chyba rękami, a potem ręcznikiem i chyba rękawem kurtki, ale tego już dobrze nie pamiętam, bo straciłem przytomność.
- Czy wiesz, kiedy ją odzyskałeś?
- Nawet dokładnie, bo kiedy otworzyłem oczy, od razu zobaczyłem przed sobą budzik. Była dziewiąta trzydzieści.
- Czy ten mężczyzna był jeszcze wtedy w mieszkaniu?
- Tak, wciąż chodził po pokojach i zbierał rzeczy.
- A co ty robiłeś?
- Nic, wciąż leżałem pod kołdrą i udawałem, że nadal jestem nieprzytomny. Bałem się poruszyć... Nie chciałem, żeby do mnie wrócił i znów próbował mnie dusić...
- Jak długo jeszcze był w mieszkaniu?
- Chyba jakieś piętnaście, może dwadzieścia minut.
Fot. 04. Osiedle, na którym doszło do zabójstwa
- Potem wyszedł...?
- Tak, ale przedtem zajrzał jeszcze do sypialni, choć nie odkrywał kołdry. Kiedy zobaczył, że się nie ruszam, wyszedł.
- Co wtedy zrobiłeś?
- Natychmiast zerwałem się z łóżka, zamknąłem drzwi na klucz i zadzwoniłem do mamy"[4].
Więcej szczegółów zawiera spisane zeznanie chłopca (również pomijam drastyczne momenty). Z jego słów wynikało, że po odzyskaniu przytomności niezauważenie obserwował, jak napastnik kręci się po mieszkaniu. Potem podszedł do leżącego chłopca i palcami rozwarł mu powieki. Marcin leżał nieruchomo, więc przestępca przekonany, że go zabił, przykrył dziecko kołdrą i wyszedł. Kiedy zaległa cisza, chłopiec ostrożnie podniósł się z łóżka, w mieszkaniu nie było nikogo, więc zbliżył się do drzwi i zamknął je na klucz. Wtedy chyba spadł mu poziom adrenaliny, poczuł się słabo i musiał się położyć.
Później telefonicznie powiadomił o wszystkim rodziców, a ci - policję. Z mieszkania zginęły pieniądze, odzież damska i męska, zegarki, kosmetyki oraz... ręczniki i czekolady. Według chłopca "ten mężczyzna był starszy od mojego taty, mógł mieć około czterdziestu lat, niższy od taty, miał ciemne włosy, mówił czysto po polsku, ubrany był w kurtkę ortalionową"[5]. Intrygujący szczegół zaobserwowała sąsiadka, Mirosława G., która w dniu napadu zjeżdżała windą razem z napastnikiem. Według niej miał on przy sobie "zawiniątko, coś jakby rulon, było twarde, bo uderzyłam się o to, wychodząc z windy".
Fot. 05. Komunikat Miejskiej Komendy Policji na łamach lokalnego tygodnika
Na podstawie opisów jej i ofiary wykonano portret pamięciowy, który zawieszono nawet w sali odpraw komendy miejskiej oraz w pokojach służbowych referentów i dzielnicowych. Patrole kontrolowały lokale gastronomiczne, poczekalnie oraz dworce. Bez rezultatu, więc 28 maja 1990 roku wizerunek napastnika trafił też na łamy lokalnego tygodnika. Ale już wcześniej "Życie Bytomskie" uczulało społeczeństwo:
"Ostatnio zdarzają się najścia na mieszkania. Okazuje się, że większość z nas otwiera drzwi, nie upewniając się, kto za nimi stoi. Bywa że bandyta. Bezpieczniej więc wyrobić w sobie nawyk pytania: kto tam? I niewpuszczania nieznajomych. Jakimś wyjściem jest tu założenie łańcucha, ale pod warunkiem, że będzie się z niego korzystać. [...] W mieszkaniach - biżuterię, pieniądze dobrze jest ukryć w nietypowym miejscu. Nie w bieliźniarce, nie w wazonie czy dzbanuszkach w kredensie. Zadziwia bowiem łatwość, z jaką złodzieje wyłuskują w obecnych mieszkaniach wszelkie kosztowności i walutę"[6].
W drugiej połowie kwietnia 1990 roku pierwsze strony gazet zapełnione były informacjami o rocznicy zbrodni katyńskiej i coraz głośniejszymi głosami domagającymi się rozliczenia winnych. Z krajowego podwórka na czoło wysuwała się informacja o zjeździe "Solidarności" i wygranej Lecha Wałęsy w wyborach na szefa związku. Cztery lata po wybuchu w czarnobylskiej elektrowni atomowej okazało się, że niewidzialna śmierć nadal zbiera żniwo.
Ale napaść na dziecko nie wzbudziła zainteresowania dziennikarzy wiodącej prym w regionie "Trybuny Robotniczej" lub w ogóle nie zostali o niej poinformowani. Nie inaczej było na łamach lokalnego "Życia Bytomskiego". Usprawiedliwieniem mogły być zbliżające się wybory samorządowe i fakt, że pismo było tygodnikiem, a nie gazetą codzienną, więc naturalną koleją rzeczy miało znaczne ograniczenie treści. Komunikaty prasowe ani dochodzenie nie przyniosły rezultatu, więc sprawa została umorzona.
Tymczasem Ręcznikowy dusiciel uderzył ponownie - tym razem śmiertelnie - w Radomiu. Zabójstwo jest najcięższą zbrodnią, jaką może popełnić człowiek, dlatego Sąd Najwyższy wielokrotnie podkreślał wagę i szczególne znaczenie ludzkiego życia. W wyroku z dnia 17 lutego 1989 roku (a zatem krótko przed zbrodniami popełnionymi przez Ręcznikowego dusiciela) stwierdził:
"Życie każdego człowieka niezależnie od wieku, stanu zdrowia, reprezentowanego stanu wiedzy, kultury, stanu rodzinnego i realnej społecznej przydatności jest wartością naczelną i podlega jednakowej ochronie prawnej. Jest niedopuszczalne - ze względu na wymienione lub inne przesłanki dotyczące ofiary zabójstwa - wartościowanie jej życia i w związku z tym przenoszenie tych wartości na grunt przesłanek dotyczących wymiaru kary, o których mowa w art. 53§ 1-3 kk"[7].
W sprawie o zabójstwo niezbędne jest ustalenie mechanizmu śmierci. Koniecznym elementem jest związek przyczynowo-skutkowy między zachowaniem sprawcy (jego działaniem lub zaniechaniem) a skutkiem w postaci śmierci pokrzywdzonego. Zbrodnia zabójstwa jest czynem umyślnym. Oznacza to, że sprawca był świadomy nastąpienia określonego skutku (śmierci) i do tego dążył (zamiar bezpośredni) bądź też przewidywał możliwość jego nastąpienia (zamiar ewentualny). Sprawca, zamierzając zabić innego człowieka, obejmuje ten skutek swą świadomością, bądź jako skutek konieczny swojego działania (lub zaniechania), bądź tylko jako skutek możliwy, który może zaistnieć przy realizacji zachowania zmierzającego do osiągnięcia innego skutku[8].
Zabójstwa na tle seksualnym są znane od starożytności, nazywano je morderstwami z lubieżności i tłumaczono sadyzmem. Zabójców na tle seksualnym najtrudniej zrozumieć, toteż budzą w społeczeństwie największe potępienie i odrazę. Akt seksualny kojarzy się przecież z pozytywnymi uczuciami i dawaniem życia, a nie jego odbieraniem. Do tej grupy morderców zalicza się mężczyzn, którzy po zgwałceniu pozbawili ofiarę życia, oraz tych, których zabójstwa wiązały się z potrzebami seksualnymi.
U zabójców tych stwierdzono silny związek między osobowością a działaniem przestępczym. Ponieważ ulegają przymusowi takiego właśnie realizowania potrzeb seksualnych, są więc często zabójcami wielokrotnymi, zatem bardzo niebezpiecznymi. Większość z nich to mężczyźni nieśmiali, nieatrakcyjni, introwertycy z trudem nawiązujący kontakty (zwłaszcza z kobietami), mają zwykle za sobą przykre doświadczenia osobiste i urazy na tym tle. Bywają lękliwi, nietowarzyscy. Przejawiają skłonności do marzeń i wyobrażeń w sferze intymnej oraz do dewiacji seksualnych.
Z ogólnej charakterystyki wynika, że nie muszą być agresywni, ale kumulują negatywne emocje i wrogość, zwłaszcza do kobiet. Symptomatyczny jest egocentryzm, brak syntonii i empatii. Zazwyczaj nie mieli silnych więzi uczuciowych z matką, a niektórzy żywią wobec niej wrogie uczucia. Bywają inteligentni, więc umiejętnie zacierają ślady i trudno ich ująć. Większość z nich w chwili popełniania zabójstwa miała ograniczoną świadomość i zaburzenia funkcji poznawczych. Według obowiązujących kryteriów nie są jednak uznani za chorych psychicznie, bowiem zdają sobie sprawę ze swojego postępowania, ale nie mogą zaprzestać przestępczego działania - ten przymus przypomina nałóg narkotykowy[9].
Jednak na tym etapie dochodzenia nikt jeszcze nie zdawał sobie sprawy, że śledczy mają do czynienia z prawdziwą bestią, pomijając fakt, że radomska policja całkowicie się skompromitowała. Ale po kolei. Mirosław G., starszy kapral z RUSW (Rejonowego Urzędu Spraw Wewnętrznych) w Radomiu, 7 maja 1990 roku został wysłany przez oficera dyżurnego na ulicę Osiedlową 16, do mieszkania państwa T. Na miejscu był już lekarz pogotowia ratunkowego Leopold S.
Fot. 06. Osiedle, na którym doszło do zbrodni
"Uduszenie" - stwierdza ratownik po bezskutecznej próbie reanimacji. Rzeczywiście, na szyi leżącego na podłodze dziewięcioletniego chłopca widoczne były ślady zadzierzgnięcia. Podobną diagnozę wydała doktor Irmina B., specjalistka patomorfolożka, która zjawiła się na miejscu zabójstwa i zbadała zwłoki. Przy wertowaniu akt wpada mi w ręce notatka służbowa, z której dowiaduję się dalszych szczegółów:
"W dniu 7.05 około godziny 6.30-6.50 Alina T. i jej starszy syn Adam wyszli z mieszkania; matka - udając się do pracy, syn do szkoły. Adam tego dnia skończył lekcje około 11.15. Mieszkanie przed godziną dziewiątą opuścił ojciec - Lech T., udając się do pracy. W mieszkaniu pozostał sam syn - Wojtek, którego ojciec obudził przed wyjściem z mieszkania. Około godziny 8.50 matka zadzwoniła do mieszkania, polecając synowi, aby zjadł śniadanie, a następnie zakupił pieczywo i mleko. [...] O godzinie 11.30 do mieszkania powrócił Adam T. Drzwi do mieszkania były zamknięte tylko na klamkę. W pokoju dziecinnym, na podłodze, Adam znalazł leżącego na brzuchu Wojtka. Głowa jego leżała na spodniach od piżamy. Spodnie te były przyklejone do głowy substancją podobną do kleju. Na szyi Wojtka był zawiązany ręcznik frotte na jeden supeł. Chłopiec był martwy"[10].
Oto wnioski patolożki z przeprowadzonych 8 maja oględzin i otwarcia zwłok:
"1. Oględziny zewnętrzne i sekcja zwłok wykazały bruzdę na szyi, otarcia naskórka na karku oraz w okolicy potylicznej, drobne otarcia naskórka na czole oraz pojedyncze na tułowiu, ogniskowe skupione na wysokości grzebienia prawej łopatki czerwone wybroczynki, zaznaczony obrzęk powiek, liczne wybroczynki w skórze powiek, niezbyt liczne na skórze policzków, wybroczynki w zakresie błony śluzowej przedsionka jamy ustnej, wybroczynki pod nasierdziem oraz pod opłucną trzewną płata dolnego prawego.
2. Przyczyną zgonu denata stało się zadzierzgnięcie, a wynik oględzin i sekcji zwłok potwierdza doniesienia, że było ono następstwem działania osób drugich".
Fot. 07. Zwłoki chłopca, obok widoczny ręcznik i piżama
Sekcja zwłok została przeprowadzona w Zakładzie Patomorfologii w Radomiu. Biegły z Instytutu Kryminalistyki MSW, Janusz L., w swoim stwierdzeniu błędnie podał, że narzędziem zbrodni była plecionka, bo według niego "charakter bruzdy pozwala na przyjęcie, iż zadzierzgnięcia dokonano najprawdopodobniej jedną z dwóch okazanych mi plecionek, natomiast wykluczone jest, aby obrażenia te powstały od działania ręcznika".
Co ważne, nie znaleziono żadnych obrażeń o charakterze obronnym, co oznacza, że dziecko się nie broniło oraz że sprawca miał znaczną przewagę nad ofiarą. Natomiast wspomnianą wyżej plecionkę zabrano z mieszkania podejrzanych braci S., więc mimo że od zmian ustrojowych minął prawie rok, wciąż świetnie się miała maksyma z okresu PRL: "Dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie", przypisywana prokuratorowi ery stalinowskiej w ZSRR, Andriejowi Wyszyńskiemu. Ale do opisania, jak radomska policja pokpiła sprawę, jeszcze wrócimy.
Z informacji zebranych przez śledczych wynikało, że zabity chłopiec był spokojnym dzieckiem, dobrze się uczącym, bez zatargów z kimkolwiek. Podobno miał zakaz przyjmowania kolegów przed południem w domu, ale rodzice zdawali sobie sprawę, że takie sytuacje się zdarzały. Intrygująco brzmiała informacja od jednego z kolegów Wojtka. Podobno dzwonił do niego tego dnia, ale ktoś, kto odebrał, twierdził, że Wojtka nie ma. Była wtedy godzina 12.30. Nie był to starszy brat zamordowanego, który godzinę wcześniej wrócił do domu i znalazł ciało... Albo kolega Wojtka dodzwonił się pomyłkowo do kogoś innego, albo pomylił godzinę połączenia... Niestety nikt tego wątku nie drążył.
W trakcie oględzin zabezpieczono ślady linii papilarnych. Policjanci starali się ustalić przebieg ostatnich chwil życia małego Wojtka. Zaopatrzeni w jego zdjęcie rozpytywali sąsiadów i pracowników okolicznych sklepów. Zbieranie informacji zaczęto jednak od rodziny. Ojciec chłopca, Lech T., powiedział młodszemu chorążemu J.R. z RUSW w Radomiu, że zadzwonił do niego drugi syn, Adam, który powiadomił go o tym, co się wydarzyło, i kazał jak najszybciej wrócić do mieszkania:
"Odłożyłem słuchawkę - opowiadał rodzic - i ponownie zadzwoniłem. Słyszałem w tle krzyk żony, dlatego natychmiast przyjechałem do domu, gdzie był już lekarz. Z mieszkania zginęły pieniądze, złoty pierścionek i złoty łańcuszek. Nadmieniam, że 20 kwietnia Wojtek zgubił klucze od mieszkania. Następnego dnia się znalazły. Były w sekretariacie szkoły".
Więcej detali zawiera relacja czternastoletniego brata, który potwierdził, że o godzinie 11.30 wysiadł z windy, po czym nacisnął klamkę drzwi do mieszkania, które się otworzyły: "Wszedłem do małego pokoju i zobaczyłem, że brat leży na podłodze na brzuchu. Przewróciłem go na plecy, ale nie dawał oznak życia, krzyczałem "Wojtek, Wojtek". Zadzwoniłem do mamy, po czym zauważyłem, że brat ma ręcznik na szyi. Nie mogłem go rozwiązać, spróbowałem zębami i dopiero tak mi się udało".
Dokładniejsze ramy czasowe zbrodni udało się ustalić dzięki zeznaniom sąsiada Sławomira T., który pomiędzy godziną 10 a 11 słyszał przeraźliwy płacz dziecka i odgłosy szamotaniny: "Myślałem, że to rodzice karzą dziecko, więc nie interweniowałem. Z mieszkania wyszedłem około godziny 11.30". Podobny czas zgonu - pomiędzy godziną 9.30 a 11.00 - sugerował biegły medycyny sądowej.
Bardzo dużo wniosły informacje Izabeli P., mieszkającej przy ulicy Staroopatowskiej: "Syn opowiedział mi o zdarzeniu, jakie miało miejsce rano. Na wysokości SAM-u podszedł do niego nieznany mu mężczyzna ubrany w sofixy[11]. Był podobny do naszego kolegi Sławka M., który pracuje w Prokuraturze Rejonowej w Radomiu. Człowiek ten przekonywał syna, by zaprowadził go do swojego mieszkania, gdyż w szufladzie rodzice zostawili kopertę z pieniędzmi. Na szczęście syn uciekł temu mężczyźnie".
Fot. 08. Kultowe "sofixy"
Tego dnia nie powiodła mu się również próba zmanipulowania innego chłopca, o czym mówiła prowadzącym dochodzenie jego matka: "Około godziny ósmej mój dziewięcioletni syn Marek wyszedł z bloku, w którym mieszkamy, i przed drzwiami czekał na siostrę, która miała pójść z nim razem do szkoły. Zanim jednak ona nadeszła, zbliżył się do niego obcy mężczyzna, który powiedział mu, że jest moim kolegą, że razem pracujemy i że ja przysyłam go do domu po jakieś pismo, które miało leżeć w kopercie na kredensie. Ten mężczyzna kazał Markowi zaprowadzić się do mieszkania. Marek pewnie by to zrobił, ale w tym momencie z klatki schodowej wyszła nasza starsza córka Jola wraz ze swoim kolegą Michałem. Kiedy dzieci było już troje, mężczyzna zrezygnował z wchodzenia do naszego mieszkania i szybko oddalił się w stronę baru "Sputnik", a dzieci straciły go z oczu".