Rozdział 1
Rozdział 1
"Asystentka wie o swoim szefie więcej, niż byłoby w stanie dowiedzieć
się o nim FBI" - te znamienne słowa usłyszałam już pierwszego dnia
swojej pracy w BRM Industries. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak wiele
było w tym prawdy. Teraz...
- Kamila?
Odwróciłam się w stronę swojego szefa, który nonszalancko opierał się o bar. Rękawy czarnej koszuli miał już od dawna podwinięte do łokci.
Dawna, czyli dwa drinki temu.
Łukasz Dębski był typem pracoholika. Pierwszy przychodził do biura i ostatni z niego wychodził. Wysyłał mi maile od siódmej rano do drugiej w nocy. Jako dyrektor finansowy miał dużo pracy, a przez to ja - jako jego
asystentka - również nie mogłam narzekać na nudę. Sam fakt, że w wieku
trzydziestu dwóch lat piastował takie stanowisko, mówił wszystko.
Jego największą wadą, zaraz po paskudnym charakterze, był wygląd.
Oglądało się za nim pół biura. Drugie pół składało się z heteroseksualnych mężczyzn. Wysoki brunet o niebieskich oczach, z twarzą, jakby wyrzeźbił ją Michał Anioł... Nietrudno się rozmarzyć. Z wyższymi świętościami niewiele miał jednak wspólnego... I nie tylko ja tak
uważałam, bo większość pracowników nazywała Łukasza Hadesem. Mroczny
świat podziemia i te sprawy.
- Tak? - zapytałam na wydechu, wpatrując się w Łukasza. Teoretycznie
byłam już po godzinach pracy. Teoretycznie.
- Idę zapalić, chcesz się przewietrzyć?
Rozejrzałam się wokół. Nie byłam duszą towarzystwa i tłumy po jakimś
czasie mnie męczyły. Z większością z tych ludzi zamieniałam tylko
krótkie "cześć" w biurowej kuchni. Najbliżej trzymałam się z resztą
asystentek i zespołem zarządzanym przez Łukasza.
- Pewnie, czemu nie - odpowiedziałam i zgarnęłam z baru swój kieliszek
wina.
Wyszliśmy na taras i odetchnęłam wciąż lepkim, choć na szczęście już
odrobinę chłodniejszym powietrzem. Czerwcowe upały w betonowej stolicy
były nie do zniesienia i najchętniej zamieszkałabym w naszym
klimatyzowanym biurze.
- Stresujesz się czymś? - zagaiłam.
Obserwowałam, jak twarz Łukasza przez krótki moment oświetla ciepły
płomień zapalniczki.
- Hm? - mruknął pod nosem.
Upiłam spory łyk ze swojego kieliszka i przełknęłam. Skrzywiłam się, ale
bezalkoholowe wino brzmiało wciąż lepiej niż virgin mojito. Nie znosiłam
drinków z miętą.
- Wychodzisz dzisiaj na fajkę częściej niż zwykle.
Nie żebym liczyła, ale ponieważ siedziałam naprzeciwko drzwi do jego
gabinetu, potrafiłam wyłapać każdą zmianę rutyny. W końcu codziennie
rano parzyłam mu kawę dokładnie taką, jaką lubił, kupowałam mu obiad i zawsze udawało mi się idealnie trafiać w jego gust. Już na podstawie
samego harmonogramu danego dnia byłam w stanie wytypować, kiedy pójdzie
się przewietrzyć.
Roześmiał się cicho.
- Aż tak łatwo mnie przejrzeć? - Uniósł ciemne brwi i spojrzał na mnie
lekko zadziornie. Gdybym go nie znała, pomyślałabym, że ze mną flirtuje.
- Masz swoje rytuały. - Wzruszyłam ramionami. - W ciągu dnia zwykle
wychodzisz zapalić maks cztery razy. Jesteśmy tu od dwóch godzin, a to
już twoja trzecia fajka.
- Serio? - Spojrzał na swoją dłoń, w której trzymał papierosa.
- Serio co?
Popatrzył na mnie zaskoczony.
- Serio wiesz nawet, jak często wychodzę na fajkę?
- Znam imiona twoich rodziców, PESEL, rozmiar kołnierzyka i PIN do
alarmu w mieszkaniu, a dziwisz się, że wiem, ile palisz?
- Okej, dobra, to ma sens - zaśmiał się. - I rzeczywiście, stresuję się.
Zapadła między nami niezręczna cisza. Owszem, wiedziałam o nim sporo,
ale rzadko poruszaliśmy prywatne tematy, które wykraczały poza zwykłe
"Jak ci minął weekend?". Nie zwierzaliśmy się sobie i choć naprawdę
znałam PIN do alarmu w jego mieszkaniu, nie miałam bladego pojęcia o jego życiu poza pracą.
- Wiesz, że to straszne świństwo? - Postanowiłam zmienić temat i wypaliłam pierwsze, co przyszło mi do głowy. Wskazałam na jego palce
ściskające papierosa.
- Wiem, paskudny nawyk, prawda? Trudno się go pozbyć, jak już raz się do
niego wróci.
Oparłam się o chłodną ścianę i odetchnęłam głęboko. Chropowata elewacja
drażniła moją skórę przez cienki materiał satynowej koszuli.
- Kamila?
- Tak? - Obróciłam głowę i spojrzałam w te przenikliwe, jasnoniebieskie
oczy, które choć teraz wydawały się nieco mętne, nie były mniej
onieśmielające niż zwykle.
- Pijesz dziś bezalkoholowe, tak?
Zamrugałam. Skąd to wiedział?
- Strasznie się krzywisz, gdy drinkujesz bez procentów - odpowiedział na
moje niezadane pytanie. - Wracajmy do środka, zanim ktoś sobie coś
pomyśli. - Mrugnął żartobliwie, a ja cała się spięłam.
Od roku robiłam wszystko, żeby nie ulec jego urokowi, jednak czasem było
to wyjątkowo trudne. Jak dziś, gdy wyraźnie coś go gryzło. Z ulgą
wyszukałam w tłumie znajomą twarz Ewy, mojej najbliższej koleżanki z pracy, i dyskretnie się ulotniłam. Łukasz z pewnością znajdzie sobie
grono fanów i adoratorek, nawet nie zauważy mojego zniknięcia.
- Gdzie się podziewałaś? - zapytała Ewa, a ciemne oczy błyszczały jej od
wypitego alkoholu. W ręce ściskała szklankę z kolorowym drinkiem.
- Tu i tam... - mruknęłam wymijająco.
Kumpela przejrzała mnie jednak na wylot w ułamku sekundy.
- Wiesz, że nie musisz go pilnować? Jesteś jego asystentką, a nie
niańką, do cholery, Kama! Hades nie Hades, dorosły chłop, jak zachleje
pałę, to jego problem.
Miała rację, nie byłam jego niańką. Dawno już się jednak przekonałam, że
zawsze ciągnęło mnie do najbardziej niewłaściwych facetów, jacy tylko
stawali na mojej drodze przez dwadzieścia sześć lat życia. Nie
wyłączając z tej puli Łukasza Dębskiego, od którego - to oczywiste -
powinnam trzymać się jak najdalej. Zrujnowałabym swoją karierę w tej
firmie.
- Chodź, zjesz coś. - Ewa pociągnęła mnie za rękę do stołu. Gdy chciałam
zaprotestować, posłała mi groźne spojrzenie. - Kilka kawałków pity z humusem to nie jedzenie, tylko przekąska. Widziałam, że ledwo tknęłaś
główne danie.
Było nas prawie trzydzieścioro na - jak to ładnie nazwał szef szefów -
nieoficjalnej części spotkania kwartalnego. Z asystentek pojawiłyśmy się
tylko ja i Ewa, bo to do nas należała organizacja logistyki tego eventu.
Ewa, ponieważ była asystentką prezesa... Ja dlatego, że mnie poprosiła o pomoc.
- Nadal nie mam apetytu po tej cholernej anginie - wymamrotałam, ale
wiedziałam, że Ewka nie odpuści, więc nałożyłam sobie po trochu
wszystkiego, co wyglądało najsmaczniej.
Jedną ręką jadłam, drugą sprawdzałam maila. Kilka wiadomości oflagowałam
na później, jedną przesłałam do Łukasza z krótkim komentarzem. Wsunęłam
do ust ostatni kęs paluszka chlebowego i uniosłam wzrok znad smartfona
akurat, gdy mój szef sięgnął po telefon, zmarszczył nos i spojrzał na
mnie spod uniesionych brwi, zadając bezgłośnie pytanie "Serio?".
Wzruszyłam tylko ramionami, posyłając mu w odpowiedzi niewinny uśmiech,
i zablokowałam ekran.
Przez dłuższą chwilę przysłuchiwałam się rozmowie Ewy z menedżerem
działu kontrolingu. Oboje niedawno wrócili z urlopów i wymieniali się
wrażeniami. Adrian był megazajarany safari w RPA.
- Kamila, a ty kiedy idziesz na jakiś urlop? - spytał nagle, a ja prawie
zakrztusiłam się krewetką w tempurze.
- Jeszcze nie wiem - odpowiedziałam zgodnie z prawdą. - Może we wrześniu
się gdzieś wybiorę, mniej ludzi.
Nie chciałam mówić Adrianowi, że z mojej pensji o RPA to mogę co
najwyżej pomarzyć, a pojadę najpewniej tam, dokąd uda mi się dostać
tanie loty. Nie przerywałam mu też więc, gdy zaczął rzucać sugestiami
kierunków, które powinnam rozważyć, choć większość oznaczałaby wydanie
całej pensji na wakacje, i to pewnie z nawiązką. Zamiast tego
wykorzystałam fakt, że skończyło mi się wino w kieliszku, aby się
ulotnić.
Wpadłam na Łukasza, gdy wychodziłam z toalety, i to dosłownie - wpadłam.
Poczułam na dekolcie chlust zimnego drinka. Od widowiskowej gleby
uratowała mnie ściana, o którą się oparłam, i ramię Łukasza nagle
owinięte wokół mojej talii.
- W porządku? - Ściągnął brwi w trosce i puścił mnie, kiedy się upewnił,
że stoję stabilnie. Sam jednak wydawał się nieco wstawiony.
- W porządku - zapewniłam, mimo że serce waliło mi jak oszalałe.
Zerknęłam w dół, na swoją białą satynową koszulę, na której widniała
teraz plama po czymś, co pachniało jak whisky. - To nic takiego.
Łukasz przymknął oczy i gdy znów na mnie popatrzył, na moment zaparło mi
dech pod wpływem intensywności jego spojrzenia. Zaschło mi w ustach. Ta
chwila trwała może sekundę albo dwie, zanim odwrócił wzrok i sięgnął do
kieszeni marynarki. Wyjął z niej kluczyki do samochodu.
- Nie zamierzałem pić, przyjechałem autem. Ja i tak dzisiaj nie
skorzystam.
Wzięłam je z lekkim wahaniem.
- Może jednak przyda ci się podwózka? - zasugerowałam ostrożnie.
Zamrugał.
- To chyba nie taki głupi pomysł, bo trochę kręci mi się w głowie. Przez
moment nawet wydawało mi się, że jest was dwie. - Uniósł dłoń, jakby
chciał pokazać dwa palce, ale po chwili zrezygnował.
Parsknęłam cichym śmiechem.
- Odwiozę cię do domu, może jutro będzie łatwiej z tym liczeniem.
Miał odrobinę chwiejny krok, więc postanowiłam wziąć go pod ramię. Gdy
tylko wyszliśmy z restauracji, dostrzegłam jego czarne volvo zaparkowane
przy krawężniku. Zaczekałam, aż Łukasz wsiądzie, i zajęłam miejsce za
kierownicą. Zanim ruszyłam, spojrzałam na swojego szefa, który wyglądał,
jakby miał za moment zapaść w sen.
Mieszkał na Karolkowej, więc droga z Grzybowskiej trwała krócej niż
ustawianie fotela i lusterek. Ale i tak udało mu się zasnąć, jeszcze
zanim dojechałam do świateł na Wroniej.
- Łukasz, pobudka. - Szturchnęłam go lekko i na szczęście tyle
wystarczyło.
- Przepraszam - wymamrotał. - Normalnie nie śpię w samochodzie.
- Potrzebujesz czegoś z bagażnika? - zapytałam, ale pokręcił głową.
Odprowadziłam go na górę, a z szuflady na sztućce wyjęłam zapasowy
komplet kluczy. W tym czasie Łukasz ściągnął krawat i opróżnił zawartość
kieszeni na blat. W jasnym, przestronnym apartamencie widać było kobiecą
rękę, choć nigdy go o to nie pytałam. Od Ewy wiedziałam, że jego
narzeczona kilka lat temu zginęła w górach podczas wspinaczki. Musieli
tu razem mieszkać, jednak poza bibelotami i poduszkami na kanapie,
których nie kupiłby sam z siebie żaden znany mi facet, nie było tu po
niej ani śladu.
- Potrzebujesz czegoś? - spytałam na wydechu, ściskając w dłoni klucze.
Znów zaprzeczył ruchem głowy, ale podniósł na mnie wzrok i chwycił
kosmyk moich rudych włosów między palce, zanim założył mi je za ucho,
przesuwając przy tym opuszkami po policzku.
- Gdybyśmy nie pracowali razem, zaciągnąłbym cię teraz do łóżka. - Te
słowa w połączeniu z intymnym gestem wprawiły mnie w drżenie. Zalała
mnie fala gorąca, którą zaraz zdusił kubeł zimnej wody zwany rozsądkiem.
Cofnęłam się o krok, uciekając przed jego dłońmi.
- Gdybyśmy nie pracowali razem, nawet nie musiałbyś mnie tam ciągnąć -
odpowiedziałam, zanim zdążyłam ugryźć się w język. Biorąc pod uwagę jego
aktualny stan, wątpiłam, że jutro będzie cokolwiek pamiętał.
Wyminęłam go, wyszłam z mieszkania i zamknęłam je na klucz. Gdy zeszłam
na dół, dotarło do mnie, co właśnie się stało. Ryzykowałam zbyt wiele.
Musiałam wybić sobie Łukasza z głowy.
Rozdział 2
Rozdział 2
Jęknąłem, gdy zadzwonił budzik. Czułem niesmak w ustach, choć brak
łupania w głowie sugerował, że kac dopiero miał nadejść. Na oślep
odszukałem telefon na stoliku nocnym. Na samej górze wielu powiadomień
czekała na mnie wiadomość od Kamili.
Zabrałam zapasowy komplet kluczy, bo nie byłam pewna, czy sam zamkniesz
mieszkanie na noc. Oddam rano. K
Kamila... Kurwa. Moją wciąż ciężką głowę zalały wspomnienia z minionego
wieczoru. Byłem wystarczająco pijany, żeby powiedzieć, co powiedziałem,
ale nie aż tak, by tego nie pamiętać. Wolałbym, żeby mnie zwyczajnie
zjebała za ten tekst, na co w pełni zasługiwałem. Wtedy bym po prostu
przeprosił, co i tak powinienem zrobić. Jej odpowiedź nie dawała mi
jednak spokoju.
Wziąłem prysznic i doprowadziłem się do względnego porządku. Dopijałem
resztkę kawy. Musiałem otworzyć okno, bo w powietrzu wciąż były
wyczuwalne perfumy Kamili. Słodkie, lekko kwiatowe, ale z nutą czegoś
pieprznego.
Na pierwsze maile zacząłem odpisywać jeszcze w taksówce. Byłem już
spóźniony, co zdarzało mi się wyjątkowo rzadko. Za pół godziny
zaczynałem ciąg spotkań i o dziwo nawet mnie to cieszyło - dzięki temu
zyskiwałem dużą część dnia na przemyślenie, jak wybrnąć z pijackiej
gadki bez większego szwanku. Kamila, gdyby chciała, mogłaby to zgłosić
do HR-ów, a dyrektorka tego działu była na mnie wyjątkowo cięta. Coś mi
jednak mówiło, że moja asystentka nie miała takiego zamiaru...
Kamila siedziała przy swoim stanowisku, gdy wszedłem do biura. Posłała
mi zmęczony uśmiech, kiedy rzuciłem w jej stronę krótkie "cześć".
Wyglądała, jakby nie najlepiej spała minionej nocy.
Na biurku czekały na mnie klucze do mieszkania, tak jak uprzedzała.
Kolejna natrętna przypominajka wczorajszego wieczoru. Wrzuciłem je do
plecaka i westchnąłem ciężko. Potrzebowałem kolejnej dawki kofeiny,
zanim się czymkolwiek zajmę, a ostatnim, czego chciałem, było proszenie
Kamili... o cokolwiek. Przynajmniej na razie.
Sam postawiłem filiżankę pod ekspresem i naszykowałem sobie też karafkę
wody. Tak na wszelki wypadek, żeby się za często nie wychylać ze swojego
gabinetu. Zresztą obawiałem się, że nadal śmierdzę jak gorzelnia.
Do południa szło mi całkiem nieźle. Przeglądałem właśnie rozliczenie
podesłane przez analityka, gdy w ciszy rozbrzmiał dźwięk wiadomości
przychodzącej na Teamsie.
Kamila Rudnicka: Jest kilka dokumentów do
podpisu. Masz chwilę?
Zerknąłem w kalendarz. Został mi jeszcze kwadrans do następnego
spotkania, na którym Kamila miała być obecna jako protokolantka, nie
było więc sensu odwlekać tego na później.
Ja: Jasne, zapraszam.
Uniosłem głowę akurat, gdy przekraczała próg gabinetu z plikiem kartek w ręce. Rude włosy spięła nad karkiem w niedbały węzeł. Włożyła dziś jedną
z tych swoich sukienek, które opinały ją jak druga skóra. Jednocześnie
nigdy nie pokazywała za dużo dekoltu, a materiał zawsze kończył się tuż
przed kolanem. Wciąż jednak wyglądała seksownie jak diabli i przykuło to
moją uwagę już pierwszego dnia jej pracy. Efekt wydawał się zupełnie
niewymuszony. Kamila nawet w dżinsach nie traciła swojego seksapilu.
Podawała mi dokumenty po kolei, komentując w jednym zdaniu ich
zawartość. Postanowiłem wykorzystać moment, oddając na jej ręce ostatni
wniosek.
- Kamila, co do wczorajszego wieczoru...
Nie pozwoliła mi dokończyć i przerwała w połowie zdania.
- Zapomnijmy o wczoraj, tak będzie łatwiej dla nas obojga.
W zielonych oczach dostrzegłem błaganie i zmiękłem. Miała rację. Tak z pewnością będzie łatwiej.
- Dziękuję - odpowiedziałem na wydechu, choć wciąż dręczył mnie kac
moralny. Ale to już akurat był wyłącznie mój problem.
Rozluźniłam się dopiero, gdy wyszłam z gabinetu Łukasza. Przekazałam w sekretariacie dokumenty do wysyłki, zgarnęłam laptopa i udałam się do
sali konferencyjnej. Z kieszeni marynarki wyjęłam archaiczny dyktafon.
Miejsca przy długim stole stopniowo się zapełniały. Ostatni wszedł
Łukasz, równo o ustalonej godzinie, ani minuty wcześniej. Usiadł obok
mnie z telefonem i otworzył notes na pustej stronie.
Spotkania budżetowe na ogół były nudne i ciągnęły się w nieskończoność.
Tym mniej więc lubiłam je protokołować. Zwykle połowa i tak nie nadawała
się do uwzględnienia w minutkach, bo polegała na przepychankach słownych
między Łukaszem a naszym dyrektorem operacyjnym - Mariuszem Bieleckim.
Nie inaczej wyglądało to dzisiaj.
Łukasz wyszedł z sali ze mną przy boku. Był wyraźnie poirytowany.
- Przypomnij mi, kto, do kurwy, dał mu to stanowisko? Albo nie, lepiej,
kto mu dał ten jebany dyplom MBA?
Roześmiałam się cicho, zanim zdążyłam się powstrzymać. Odchrząknęłam,
przyciskając do piersi laptopa.
- Wszyscy wiemy, kto i dlaczego go zatrudnił - wymamrotałam cicho.
Zaklął pod nosem.
- Upewnij się, żeby nikt mi nie przeszkadzał przez następną godzinę,
dobrze? Muszę złożyć ten budżet do kupy z Adim.
Przytaknęłam i wróciłam do swojego biurka, gdzie dybała już na mnie Ewa.
Wcześniej miała spotkanie z prezesem.
- Gdzie wczoraj tak zniknęliście z Łukaszem? - zagaiła, okręciwszy się
na krześle z filiżanką kawy w ręce.
Poczułam, że drga mi powieka. Zawsze tak reagowałam na stres.
- Odwiozłam go do domu, bo przyjechał samochodem, nic takiego. -
Wzruszyłam obojętnie ramionami, gdy podłączałam laptopa do stacji
dokującej.
Nikt nie mógł się dowiedzieć o późniejszym zajściu w mieszkaniu Łukasza.
Szczególnie Ewa. Jeśli zaczęłaby się choćby czegokolwiek domyślać, jutro
pół biura usłyszałoby podkoloryzowaną wersję. Była kochana, ale
uwielbiała plotki i potrafiła coś chlapnąć, nawet nieopatrznie. Jedyne,
co zachowywała dla siebie, to sprawy stricte służbowe. Może właśnie
dlatego brakowało jej hamulców na bardziej prywatnej stopie?
- Kama... Naprawdę musisz przestać go tak niańczyć. Za chwilę wejdzie ci
na głowę.
Spojrzałam na nią znacząco.
- Mam ci przypomnieć, jak jeździłaś po całej Warszawie za winem z konkretnego rocznika, bo prezes chciał zrobić prezent kadrowej?
Momentalnie się wzdrygnęła.
- Nie przypominaj mi... Do tej pory mam traumę. Ale wiesz, o co mi chodzi,
Kama...
- Spokojnie, nie martw się, mam wszystko pod kontrolą.
Mam wszystko pod kontrolą. Natrętny głosik w mojej głowie właśnie mnie
przedrzeźniał. Logując się do systemu, pomyślałam, że potrzebuję urlopu.
Nie było jednak szans, żebym z dnia na dzień mogła zniknąć choć na
chwilę. Uruchomiłam więc procedurę awaryjną i napisałam do mojej
współlokatorki.
Ja: Miśka, idziemy dzisiaj na drinka. Na
18 robię rezerwację. Plis...
Michalina odpisała po minucie.
Miśka: Alkoholowi mówię dzisiaj stanowcze
czemu nie ;) I laleczkom voodoo mojego szefa, kurwajapierdolę...
Uśmiechnęłam się do telefonu. Nie byłam pewna, która z nas trafiła
gorzej. Czy ja, czy Miśka, która pracowała w agencji reklamowej, a jej
przełożony był typowym przypadkiem choleryka, na dodatek z kryzysem
wieku średniego.
Spojrzałam w stronę przeszklonego gabinetu Łukasza. Siedział za biurkiem
i żywo gestykulował. Musiał wyczuć, że na niego patrzę, bo oderwał wzrok
od ekranu i z jego twarzy nagle zniknął grymas, a pojawił się cień
uśmiechu. Ten mężczyzna chyba wziął sobie za cel, by mnie wykończyć...
Rozdział 3
Rozdział 3
Zacisnąłem mocno ósemkę i zanurzyłem dłonie w magnezji, zanim złapałem
pierwszy uchwyt. Podciągnąłem się w górę bardziej na rękach, niż
wybijając się z nóg. Nie miałem cierpliwości na skupianie się dzisiaj na
technice, choć wiedziałem, że potem będę tego żałować. Chciałem po
prostu dotrzeć na samą górę.
- Stary, nie na łapach! - upomniał mnie Bartek, który mnie asekurował. -
Jutro się z łóżka nie dźwigniesz.
Mój szwagier był jednocześnie moim najlepszym kumplem. Tak właśnie
poznali się z Jagodą. On też wciągnął mnie we wspinaczkę. Gdy miałem
kiepski dzień, lądowałem w Makaku. W ten sposób pokonywałem lęk, który
za każdym razem wydawał mi się coraz słabszy, choć wiedziałem, że prędko
nie wybiorę się poza kontrolowane środowisko sztucznych ścianek takich
jak ta. Czasem przychodziłem tu sam, ale wspinanie się na automatach
było mniej ekscytujące, więc kiedy się dało, ciągałem ze sobą Bartka. Od
niedawna udawało mi się to całkiem często. Półroczne bliźniaczki były
dla niego odpowiednią motywacją, by spędzić chociaż godzinę poza domem.
Przechodziłem właśnie przez przewieszenie, gdy kolejny uchwyt, którego
się złapałem, okazał się luźny. Nie zdołałem odzyskać równowagi i opadłem z metr w dół, zanim Bartek mnie wyhamował, i boleśnie walnąłem w ściankę bokiem. Skrzywiłem się. Z całą pewnością nabawiłem się kilku
siniaków.
- W porządku?! - zawołał z dołu Bartek, gdy już przykleiłem się z powrotem do ściany. Spojrzałem w górę. Zostały mi ze cztery metry.
Pokazałem kumplowi kciuk na znak, że wszystko jest okej, i poprawiłem
chwyt.
Teraz już wiedziałem, którego kamienia lepiej się nie łapać, więc
pokonałem przewieszenie bez większego problemu, choć musiałem trochę
pokombinować. Dotarłem na sam szczyt i chwilę odpocząłem, polegając na
asekuracji Bartka, zanim krzyknąłem "dół!", a on zaczął luzować
zabezpieczenie. Odbijając się miękko od ściany, opadłem na ziemię i odwiązałem linę, po czym ściągnąłem ją w dół, a karabińczyki zadzwoniły
o drewnianą podłogę.
Zdjąłem buty i usiadłem na chwilę na ławce, pociągnąłem zdrowy łyk z butelki z wodą. Miałem rację, kac przyszedł z opóźnieniem i po południu
zaczęło mnie strasznie suszyć.
- Co jest, Łuki? - zapytał Bartek, zajmując miejsce koło mnie.
Westchnąłem, skubiąc plastikową nakrętkę.
- Pamiętasz Kamilę?
- Twoją asystentkę? - upewnił się, a ja przytaknąłem. - Chyba nie
złożyła wypowiedzenia? Chociaż w sumie bym się jej nie dziwił.
- Nie... Ale nie będę zaskoczony, jeśli to zrobi w najbliższym czasie -
mruknąłem.
- O rany, co odjebałeś?
Streściłem Bartkowi poprzedni wieczór i obserwowałem, jak coraz bardziej
ściąga brwi. W końcu pokręcił głową z niedowierzaniem.
- Stary, jaki ty czasem jesteś durny... Od początku ci mówiłem, że
zatrudnienie dziewczyny, która ci się podoba pod kątem fizycznym, to
błąd. I tak jesteś na cenzurowanym przez Bieleckiego. Gdyby się
dowiedział, od razu podjebałby cię do teścia, w ciągu godziny dostałbyś
na biurko wypowiedzenie podpisane przez samego prezesa. Nie powinieneś
tak ryzykować, dopóki macie na pieńku.
- Wiesz, że nie zaoferowałem jej pracy dlatego, że jest ładna.
- Nie powiedziałem tego i nie kwestionuję jej kwalifikacji, to mądra
dziewczyna. Ale ty powinieneś być mądrzejszy. Zresztą, o czym ja mówię,
to nie pierwszy raz, kiedy wikłasz się w pojebaną relację...
Spojrzał na mnie znacząco. Miał rację, nawet jeśli nie chciałem tego
przyznać na głos. Ceniłem Kamilę jako pracownika. Zawsze była lojalna i sumienna, mogłem na niej polegać. Zamierzałem sobie to teraz powtarzać
jak mantrę, żeby znów nie odwalić czegoś głupiego.
- Do niczego nie dojdzie, nie martw się. - Poklepałem go przyjacielsko
po plecach. - A teraz jazda na górę, zanim Jaga zacznie wydzwaniać.
Widziałem, że Bartek nie wygląda na przekonanego, ale odpuścił i wziął
ode mnie linę. Każdy z nas zrobił jeszcze dwie ścianki, zanim
zadzwoniła.
- Stary, zastanów się trzy razy, zanim zrobisz sobie dzieci... - westchnął
Bartek, zbierając swoje rzeczy. - Zwijamy się?
- Jasne.
Pozbyliśmy się uprzęży, zmieniliśmy buty, naprędce zwinąłem linę i wyszliśmy na zewnątrz. Byłem zgrzany, a powietrze było wyjątkowo lepkie
jak na tę porę dnia, a w zasadzie wieczór. W samochodzie od razu
włączyłem klimę i ruszyłem w kierunku Saskiej Kępy, gdzie mieszkali
Jagoda z Bartkiem.
Bartek namówił mnie, bym wszedł na górę. Spojrzałem krytycznie na swoje
przepocone dresy i białe ślady magnezji... wszędzie. Cóż, Jagoda widywała
mnie w gorszym stanie. Wzruszyłem więc ramionami i ruszyłem za nim do
odnowionej kamienicy przy Paryskiej. Jagoda otworzyła nam z płaczącą
Hanią na rękach. Ciemne, kręcone włosy miała spięte w nieładzie, a jasnoniebieskie oczy, identyczne jak moje, błyszczały groźnie, jakby ich
właścicielka była już na skraju załamania nerwowego. I chyba się nie
pomyliłem. Prędko więc przejąłem rozwrzeszczaną siostrzenicę i przytuliłem do siebie drobne ciałko.
- Gdzie Ninka? - zapytał Bartek.
- O dziwo śpi - westchnęła Jagoda. - Ale ona przespałaby chyba wybuch
bomby. Za to Hania płacze od prawie godziny i nie mam pojęcia dlaczego,
do cholery.
- Może ma kolkę? - zasugerowałem, a siostra zgromiła mnie wzrokiem.
- Myślisz, że nie sprawdziłam tego na samym początku?
Spojrzałem w wykrzywioną płaczem dziecięcą twarzyczkę.
- Co ci nie pasuje, młoda? Powiesz wujkowi?
Hania wydarła się ile sił w płucach, aż się skrzywiłem. Poprawiłem chwyt
i pod palcami wyczułem twardą metkę po lewej stronie dziecięcego
pajacyka.
- Jaga, Hania nosiła już ten pajacyk?
- Nie, pierwszy raz jej go włożyłam, a co?
- Może metka jej przeszkadza?
Jagoda popatrzyła na mnie, jakbym postradał rozum, ale wzięła ode mnie
Hanię i położyła ją na kanapie. Sprawnym ruchem rozpięła bodziak i pisnęła cicho.
- Cholera, ma cały bok czerwony. - Odwróciła się do mnie. - Skąd
wiedziałeś?
- Ty miałaś to samo. Ciągle było ci niewygodnie. - Uśmiechnąłem się
półgębkiem.
Jagoda potrząsnęła głową z niedowierzaniem i wysłała Bartka do pokoju
dziecięcego po coś na zmianę. W tym czasie zdjęła pajacyk z Hani, która
już tylko cicho pochlipywała. Dziewczynka po wysmarowaniu kremem i przebraniu w nowe ubranko zupełnie się uspokoiła.
- Jeśli uda mi się ją szybko położyć, to może zjesz z nami kolację? -
zaproponowała Jaga.
- Czemu nie, chętnie.
Wizja domowego posiłku wydawała mi się aż nazbyt kusząca. Sam rzadko coś
gotowałem. Dla siebie jednego zwyczajnie mi się nie chciało. W większości jechałem albo na cateringach, albo na daniach na wynos. Na
dodatek nie widywałem się z siostrą za często. Ja dużo pracowałem,
Jagoda miała aż za dużo na głowie z dwójką małych dzieci.
Bartek skoczył pod prysznic, a ja w tym czasie trochę ogarnąłem salon.
Wszędzie walały się zabawki, porzucone smoczki, pusta butelka po mleku...
Pozbierałem bałagan i zaniosłem do kuchni wszystko to, co wymagało
wyparzenia. Tam zastała mnie Jagoda.
- Zasnęła? - spytałem.
- Tak, nawet się nie wierciła za bardzo. Chyba ten płacz ją wymęczył.
Usiadła ciężko na krześle i przymknęła oczy, opierając głowę o ścianę.
Wyglądała na wykończoną.
- Jaga, może ja zrobię kolację?
- Ale to ja powinnam się tym zająć, w końcu cię zaprosiłam... -
zaprotestowała słabo, widziałem, że nie ma siły na kłótnię.
- Jaga - rzuciłem ostrzegawczo. - Powiedz mi, co masz w lodówce i co da
się z tego upichcić.
- Przede wszystkim w lodówce mam wino... Potrzebuję wina.
Roześmiałem się i wyciągnąłem otwartą butelkę merlota. Nalałem obfity
kieliszek, po czym postawiłem go przed siostrą.
- W takich momentach cieszę się, że laktacja u mnie nie wypaliła... -
westchnęła. - Nie sądziłam, że to powiem, ale tęsknię za korpo. Tam to
się chociaż wyłączało po paru godzinach i spokój, a tu? Mam ochotę
podwiązać sobie jajowody.
- Może będzie łatwiej, kiedy podrosną? - zasugerowałem.
- Może. - Wzięła duży łyk i przełknęła. - W lodówce jest patelnia z risotto i słoik bulionu. Postaw patelnię na płytę, dolej trochę bulionu,
pilnuj, żeby się nie przypaliło.
Zrobiłem wszystko według jej instrukcji. Czułem się trochę jak za
dawnych czasów, gdy jeszcze chodziliśmy oboje do szkoły, a rodzice mieli
wrócić później. Jaga była roztrzepana i przez długi czas nie
pozwalaliśmy jej się choćby zbliżać do kuchenki, gotowanie więc spadało
na mnie, dopóki nie wyjechałem na studia, a Jaga poszła do liceum.
- W pracy w porządku? - spytała nagle. - Bartek mówił mi o tym
Bieleckim, co za zjeb.
- To palant. - Wzruszyłem ramionami. - Jak wielu innych, z tym że ten
jest nie do ruszenia.
- I nic nie da się zrobić?
- To ostatecznie nie moja kasa, prezes się pod tym podpisuje... Excel
wszystko przyjmie, jak się dobrze pozycje wpisze.
- Lubiłeś tam pracować.
Westchnąłem ciężko. Miała rację. Lubiłem. Czas przeszły. Gdy zacząłem
pracę w BRM jako kontroler biznesowy, byłem zachwycony. Większość
naszych dochodów generowały specjalistyczne urządzenia medyczne i nawet
siedząc za biurkiem, miałem poczucie, że robimy coś dobrego. Mój
entuzjazm opadł, gdy prezes zatrudnił swojego zięcia jako dyrektora
operacyjnego. Od tamtej pory sporo się zmieniło, a przede wszystkim -
zamiast się rozwijać, to zaczynaliśmy się zwijać. Wielu mówiło, że ot,
takie czasy nastały, wszystkim jest trudno. Ja jednak widziałem liczby i wiedziałem, na których inwestycjach tracimy najwięcej, a prezes był
inżynierem, nie biznesmenem. Oczywiście, że wierzył, iż jego zięć chce
dla firmy jak najlepiej, i możliwe, że chciał, ale kompletnie nie znał
się na branży.
- Lubiłem, nie lubiłem, to praca. Nie muszę jej lubić.
- Myślałeś o zmianie?
Pomyślałem o Kamili. Zanim ją zatrudniłem, rzeczywiście rozważałem
odejście z BRM, a potem dostrzegłem w niej ten entuzjazm, który sam
miałem, gdy tu zaczynałem, i przez moment nawet chciało mi się trochę
bardziej. Ten powiew świeżości był jednak chwilowy. Ona też znajdowała
się zbyt blisko "góry", by z czasem nie zacząć tracić wiary w ten
biznes.
- Od czasu do czasu - przyznałem. - Ale nic nie zainteresowało mnie na
tyle, żeby gdzieś startować.
- Idealista - mruknęła Jaga i pociągnęła kolejny łyk z kieliszka. - A co
z tą laską, z którą się ostatnio spotykałeś? Anita? Aneta?
- Alicja... - poprawiłem ją. - I nic. Skończyło się na kilku randkach.
Moja siostra od dwóch lat usilnie próbowała mnie zeswatać. Dotychczas z marnym skutkiem, ale ile razy dowiedziała się ode mnie lub od Bartka, że
z kimś się widuję, od nowa się nakręcała.
- Kto skończył? - Uniosła wyzywająco brew.
- Ja. Zadowolona?
- Zadowolona? Niby czemu bym miała? Po prostu... Minęły dwa lata, a ty nie
spotykałeś się z żadną kobietą dłużej niż miesiąc.
- Może po prostu źle trafiam? - Mimowolnie podniosłem głos, a Jaga
drgnęła zaskoczona. - Siostra, odpuść, dobra? - dodałem już ciszej. Nie
było sensu wyżywać się na Jagodzie. Wiedziałem, że chciała dobrze.
Zawsze chciała dobrze.
W tym momencie w progu kuchni stanął Bartek i wymienił ze mną
porozumiewawcze spojrzenia. Gdyby Jagoda dowiedziała się o akcji z Kamilą, zebrałaby w sobie resztki sił, żeby skopać mi porządnie dupę.
Rozdział 4
Rozdział 4
- Misia, następnym razem, jak będę chciała iść na drinka w tygodniu,
powiedz "nie"... - mruknęłam niemrawo, wlewając w siebie prawie cały kubek
kawy.
Nie wypiłam tyle, by mieć dzisiaj kaca, ale wróciłyśmy do domu po
drugiej w nocy. Zanim się położyłam, dochodziła trzecia. Teraz była
szósta trzydzieści i... umierałam.
- Obie wiemy, że ci nie odmówię. Ale cholera, nie wiem, jak my to
robiłyśmy na studiach. Trzy godziny snu, a byłyśmy rześkie i kwitnące! A teraz? Dramat.
Z Michaliną poznałyśmy się na uczelni. Od razu złapałyśmy kontakt i przyjaźniłyśmy się od siedmiu lat. Na drugim roku zaczęłyśmy dzielić
pokój w akademiku, a gdy przyszedł czas, żeby się z niego wyprowadzić,
wybór współlokatorki wyszedł naturalnie. Miśka była dla mnie jak
siostra. Irytująca - chwilami, ale przez większość czasu jednak kochana.
I, ku mojej zazdrości, po zarwanej nocy wyglądała dużo lepiej niż ja.
Jak twierdziła - to zasługa cery. Ja przy Miśce mogłabym konkurować z białą ścianą i nawet z nią i tak bym wygrała. Miałam skórę tak bladą, że
wyjście latem bez kremu z filtrem oznaczało poparzenia drugiego stopnia.
Za to Miśka po dniu na działce wyglądała, jakby właśnie wróciła z Seszeli. Gdzie tu sprawiedliwość?
- Chciałabym napisać Hadesowi, że mam dżumę i nie przyjdę do pracy... już
nigdy - jęknęłam, pocierając palcami pulsujące skronie.
Michalina prawie zakrztusiła się kawą.
- Dżumę? Gdzie ty byś się miała zarazić dżumą w tych czasach, co?
- Oj, wiesz, o co mi chodzi... - westchnęłam.
- Wiem... Taksa na pół? Nie ustoję w autobusie, nie ma chuja we wsi.
- Taksa na pół - zgodziłam się.
Zdążyłam jeszcze zjeść na szybko batonika proteinowego i naszykować
sobie kolejną kawę na drogę przed przyjazdem taryfy. Zwykle w drodze
zaczynałam już pracę, ale dzisiaj chciałam to maksymalnie odwlec. Nie
miałam pojęcia, jak wysiedzę te osiem godzin.
Wchodząc do firmy, stłumiłam ziewnięcie i przemknęłam do swojego biurka,
ominąwszy kuchnię, z której dochodził gwar porannych rozmów. Pewnie była
tam też Ewa, bo nie zastałam jej przy stanowisku, a na kontenerku stała
jej pstrokata torebka. Spojrzałam na zegarek. Trzy po ósmej. Miałam
jeszcze przynajmniej kwadrans spokoju.
Włączyłam laptopa, przejrzałam pobieżnie maile, oflagowałam kilka, które
wymagały odpowiedzi, po czym zerknęłam do kalendarza Łukasza. Fuck.
Zapomniałam o konferencji za tydzień. Łukasz chciał, żebym pojechała na
nią razem z nim. Cudownie. Czekała mnie podróż do Sopotu i dwie doby z Łukaszem. Właśnie tego teraz potrzebowałam. Sięgnęłam po telefon.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki