Reguły pożądania - Anna Bellon

Kup ebooka

39.90 zł
33.53 zł (33,08 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Roz­dział 1

"Asy­stentka wie o swoim sze­fie wię­cej, niż byłoby w sta­nie dowie­dzieć się o nim FBI" - te zna­mienne słowa usły­sza­łam już pierw­szego dnia swo­jej pracy w BRM Indu­stries. Wtedy jesz­cze nie wie­dzia­łam, jak wiele było w tym prawdy. Teraz...

- Kamila?

Odwró­ci­łam się w stronę swo­jego szefa, który non­sza­lancko opie­rał się o bar. Rękawy czar­nej koszuli miał już od dawna pod­wi­nięte do łokci. Dawna, czyli dwa drinki temu.

Łukasz Dęb­ski był typem pra­co­ho­lika. Pierw­szy przy­cho­dził do biura i ostatni z niego wycho­dził. Wysy­łał mi maile od siód­mej rano do dru­giej w nocy. Jako dyrek­tor finan­sowy miał dużo pracy, a przez to ja - jako jego asy­stentka - rów­nież nie mogłam narze­kać na nudę. Sam fakt, że w wieku trzy­dzie­stu dwóch lat pia­sto­wał takie sta­no­wi­sko, mówił wszystko.

Jego naj­więk­szą wadą, zaraz po paskud­nym cha­rak­te­rze, był wygląd. Oglą­dało się za nim pół biura. Dru­gie pół skła­dało się z hete­ro­sek­su­al­nych męż­czyzn. Wysoki bru­net o nie­bie­skich oczach, z twa­rzą, jakby wyrzeź­bił ją Michał Anioł... Nie­trudno się roz­ma­rzyć. Z wyż­szymi świę­to­ściami nie­wiele miał jed­nak wspól­nego... I nie tylko ja tak uwa­ża­łam, bo więk­szość pra­cow­ni­ków nazy­wała Łuka­sza Hade­sem. Mroczny świat pod­zie­mia i te sprawy.

- Tak? - zapy­ta­łam na wyde­chu, wpa­tru­jąc się w Łuka­sza. Teo­re­tycz­nie byłam już po godzi­nach pracy. Teo­re­tycz­nie.

- Idę zapa­lić, chcesz się prze­wie­trzyć?

Rozej­rza­łam się wokół. Nie byłam duszą towa­rzy­stwa i tłumy po jakimś cza­sie mnie męczyły. Z więk­szo­ścią z tych ludzi zamie­nia­łam tylko krót­kie "cześć" w biu­ro­wej kuchni. Naj­bli­żej trzy­ma­łam się z resztą asy­sten­tek i zespo­łem zarzą­dza­nym przez Łuka­sza.

- Pew­nie, czemu nie - odpo­wie­dzia­łam i zgar­nę­łam z baru swój kie­li­szek wina.

Wyszli­śmy na taras i ode­tchnę­łam wciąż lep­kim, choć na szczę­ście już odro­binę chłod­niej­szym powie­trzem. Czerw­cowe upały w beto­no­wej sto­licy były nie do znie­sie­nia i naj­chęt­niej zamiesz­ka­ła­bym w naszym kli­ma­ty­zo­wa­nym biu­rze.

- Stre­su­jesz się czymś? - zaga­iłam.

Obser­wo­wa­łam, jak twarz Łuka­sza przez krótki moment oświe­tla cie­pły pło­mień zapal­niczki.

- Hm? - mruk­nął pod nosem.

Upi­łam spory łyk ze swo­jego kie­liszka i prze­łknę­łam. Skrzy­wi­łam się, ale bez­al­ko­ho­lowe wino brzmiało wciąż lepiej niż vir­gin mojito. Nie zno­si­łam drin­ków z miętą.

- Wycho­dzisz dzi­siaj na fajkę czę­ściej niż zwy­kle.

Nie żebym liczyła, ale ponie­waż sie­dzia­łam naprze­ciwko drzwi do jego gabi­netu, potra­fi­łam wyła­pać każdą zmianę rutyny. W końcu codzien­nie rano parzy­łam mu kawę dokład­nie taką, jaką lubił, kupo­wa­łam mu obiad i zawsze uda­wało mi się ide­al­nie tra­fiać w jego gust. Już na pod­sta­wie samego har­mo­no­gramu danego dnia byłam w sta­nie wyty­po­wać, kiedy pój­dzie się prze­wie­trzyć.

Roze­śmiał się cicho.

- Aż tak łatwo mnie przej­rzeć? - Uniósł ciemne brwi i spoj­rzał na mnie lekko zadzior­nie. Gdy­bym go nie znała, pomy­śla­ła­bym, że ze mną flir­tuje.

- Masz swoje rytu­ały. - Wzru­szy­łam ramio­nami. - W ciągu dnia zwy­kle wycho­dzisz zapa­lić maks cztery razy. Jeste­śmy tu od dwóch godzin, a to już twoja trze­cia fajka.

- Serio? - Spoj­rzał na swoją dłoń, w któ­rej trzy­mał papie­rosa.

- Serio co?

Popa­trzył na mnie zasko­czony.

- Serio wiesz nawet, jak czę­sto wycho­dzę na fajkę?

- Znam imiona two­ich rodzi­ców, PESEL, roz­miar koł­nie­rzyka i PIN do alarmu w miesz­ka­niu, a dzi­wisz się, że wiem, ile palisz?

- Okej, dobra, to ma sens - zaśmiał się. - I rze­czy­wi­ście, stre­suję się.

Zapa­dła mię­dzy nami nie­zręczna cisza. Ow­szem, wie­dzia­łam o nim sporo, ale rzadko poru­sza­li­śmy pry­watne tematy, które wykra­czały poza zwy­kłe "Jak ci minął week­end?". Nie zwie­rza­li­śmy się sobie i choć naprawdę zna­łam PIN do alarmu w jego miesz­ka­niu, nie mia­łam bla­dego poję­cia o jego życiu poza pracą.

- Wiesz, że to straszne świń­stwo? - Posta­no­wi­łam zmie­nić temat i wypa­li­łam pierw­sze, co przy­szło mi do głowy. Wska­za­łam na jego palce ści­ska­jące papie­rosa.

- Wiem, paskudny nawyk, prawda? Trudno się go pozbyć, jak już raz się do niego wróci.

Opar­łam się o chłodną ścianę i ode­tchnę­łam głę­boko. Chro­po­wata ele­wa­cja draż­niła moją skórę przez cienki mate­riał saty­no­wej koszuli.

- Kamila?

- Tak? - Obró­ci­łam głowę i spoj­rza­łam w te prze­ni­kliwe, jasno­nie­bie­skie oczy, które choć teraz wyda­wały się nieco mętne, nie były mniej onie­śmie­la­jące niż zwy­kle.

- Pijesz dziś bez­al­ko­ho­lowe, tak?

Zamru­ga­łam. Skąd to wie­dział?

- Strasz­nie się krzy­wisz, gdy drin­ku­jesz bez pro­cen­tów - odpo­wie­dział na moje nie­za­dane pyta­nie. - Wra­cajmy do środka, zanim ktoś sobie coś pomy­śli. - Mru­gnął żar­to­bli­wie, a ja cała się spię­łam.

Od roku robi­łam wszystko, żeby nie ulec jego uro­kowi, jed­nak cza­sem było to wyjąt­kowo trudne. Jak dziś, gdy wyraź­nie coś go gry­zło. Z ulgą wyszu­ka­łam w tłu­mie zna­jomą twarz Ewy, mojej naj­bliż­szej kole­żanki z pracy, i dys­kret­nie się ulot­ni­łam. Łukasz z pew­no­ścią znaj­dzie sobie grono fanów i ado­ra­to­rek, nawet nie zauważy mojego znik­nię­cia.

- Gdzie się podzie­wa­łaś? - zapy­tała Ewa, a ciemne oczy błysz­czały jej od wypi­tego alko­holu. W ręce ści­skała szklankę z kolo­ro­wym drin­kiem.

- Tu i tam... - mruk­nę­łam wymi­ja­jąco.

Kum­pela przej­rzała mnie jed­nak na wylot w ułamku sekundy.

- Wiesz, że nie musisz go pil­no­wać? Jesteś jego asy­stentką, a nie niańką, do cho­lery, Kama! Hades nie Hades, doro­sły chłop, jak zachleje pałę, to jego pro­blem.

Miała rację, nie byłam jego niańką. Dawno już się jed­nak prze­ko­na­łam, że zawsze cią­gnęło mnie do naj­bar­dziej nie­wła­ści­wych face­tów, jacy tylko sta­wali na mojej dro­dze przez dwa­dzie­ścia sześć lat życia. Nie wyłą­cza­jąc z tej puli Łuka­sza Dęb­skiego, od któ­rego - to oczy­wi­ste - powin­nam trzy­mać się jak naj­da­lej. Zruj­no­wa­ła­bym swoją karierę w tej fir­mie.

- Chodź, zjesz coś. - Ewa pocią­gnęła mnie za rękę do stołu. Gdy chcia­łam zapro­te­sto­wać, posłała mi groźne spoj­rze­nie. - Kilka kawał­ków pity z humu­sem to nie jedze­nie, tylko prze­ką­ska. Widzia­łam, że ledwo tknę­łaś główne danie.

Było nas pra­wie trzy­dzie­ścioro na - jak to ład­nie nazwał szef sze­fów - nie­ofi­cjal­nej czę­ści spo­tka­nia kwar­tal­nego. Z asy­sten­tek poja­wi­ły­śmy się tylko ja i Ewa, bo to do nas nale­żała orga­ni­za­cja logi­styki tego eventu. Ewa, ponie­waż była asy­stentką pre­zesa... Ja dla­tego, że mnie popro­siła o pomoc.

- Na­dal nie mam ape­tytu po tej cho­ler­nej angi­nie - wymam­ro­ta­łam, ale wie­dzia­łam, że Ewka nie odpu­ści, więc nało­ży­łam sobie po tro­chu wszyst­kiego, co wyglą­dało naj­smacz­niej.

Jedną ręką jadłam, drugą spraw­dza­łam maila. Kilka wia­do­mo­ści ofla­go­wa­łam na póź­niej, jedną prze­sła­łam do Łuka­sza z krót­kim komen­ta­rzem. Wsu­nę­łam do ust ostatni kęs paluszka chle­bo­wego i unio­słam wzrok znad smart­fona aku­rat, gdy mój szef się­gnął po tele­fon, zmarsz­czył nos i spoj­rzał na mnie spod unie­sio­nych brwi, zada­jąc bez­gło­śnie pyta­nie "Serio?". Wzru­szy­łam tylko ramio­nami, posy­ła­jąc mu w odpo­wie­dzi nie­winny uśmiech, i zablo­ko­wa­łam ekran.

Przez dłuż­szą chwilę przy­słu­chi­wa­łam się roz­mo­wie Ewy z mene­dże­rem działu kon­tro­lingu. Oboje nie­dawno wró­cili z urlo­pów i wymie­niali się wra­że­niami. Adrian był mega­za­ja­rany safari w RPA.

- Kamila, a ty kiedy idziesz na jakiś urlop? - spy­tał nagle, a ja pra­wie zakrztu­si­łam się kre­wetką w tem­pu­rze.

- Jesz­cze nie wiem - odpo­wie­dzia­łam zgod­nie z prawdą. - Może we wrze­śniu się gdzieś wybiorę, mniej ludzi.

Nie chcia­łam mówić Adria­nowi, że z mojej pen­sji o RPA to mogę co naj­wy­żej poma­rzyć, a pojadę naj­pew­niej tam, dokąd uda mi się dostać tanie loty. Nie prze­ry­wa­łam mu też więc, gdy zaczął rzu­cać suge­stiami kie­run­ków, które powin­nam roz­wa­żyć, choć więk­szość ozna­cza­łaby wyda­nie całej pen­sji na waka­cje, i to pew­nie z nawiązką. Zamiast tego wyko­rzy­sta­łam fakt, że skoń­czyło mi się wino w kie­liszku, aby się ulot­nić.

Wpa­dłam na Łuka­sza, gdy wycho­dzi­łam z toa­lety, i to dosłow­nie - wpa­dłam. Poczu­łam na dekol­cie chlust zim­nego drinka. Od wido­wi­sko­wej gleby ura­to­wała mnie ściana, o którą się opar­łam, i ramię Łuka­sza nagle owi­nięte wokół mojej talii.

- W porządku? - Ścią­gnął brwi w tro­sce i puścił mnie, kiedy się upew­nił, że stoję sta­bil­nie. Sam jed­nak wyda­wał się nieco wsta­wiony.

- W porządku - zapew­ni­łam, mimo że serce waliło mi jak osza­lałe. Zer­k­nę­łam w dół, na swoją białą saty­nową koszulę, na któ­rej wid­niała teraz plama po czymś, co pach­niało jak whi­sky. - To nic takiego.

Łukasz przy­mknął oczy i gdy znów na mnie popa­trzył, na moment zaparło mi dech pod wpły­wem inten­syw­no­ści jego spoj­rze­nia. Zaschło mi w ustach. Ta chwila trwała może sekundę albo dwie, zanim odwró­cił wzrok i się­gnął do kie­szeni mary­narki. Wyjął z niej klu­czyki do samo­chodu.

- Nie zamie­rza­łem pić, przy­je­cha­łem autem. Ja i tak dzi­siaj nie sko­rzy­stam.

Wzię­łam je z lek­kim waha­niem.

- Może jed­nak przyda ci się pod­wózka? - zasu­ge­ro­wa­łam ostroż­nie.

Zamru­gał.

- To chyba nie taki głupi pomysł, bo tro­chę kręci mi się w gło­wie. Przez moment nawet wyda­wało mi się, że jest was dwie. - Uniósł dłoń, jakby chciał poka­zać dwa palce, ale po chwili zre­zy­gno­wał.

Par­sk­nę­łam cichym śmie­chem.

- Odwiozę cię do domu, może jutro będzie łatwiej z tym licze­niem.

Miał odro­binę chwiejny krok, więc posta­no­wi­łam wziąć go pod ramię. Gdy tylko wyszli­śmy z restau­ra­cji, dostrze­głam jego czarne volvo zapar­ko­wane przy kra­węż­niku. Zacze­ka­łam, aż Łukasz wsią­dzie, i zaję­łam miej­sce za kie­row­nicą. Zanim ruszy­łam, spoj­rza­łam na swo­jego szefa, który wyglą­dał, jakby miał za moment zapaść w sen.

Miesz­kał na Karol­ko­wej, więc droga z Grzy­bow­skiej trwała kró­cej niż usta­wia­nie fotela i luste­rek. Ale i tak udało mu się zasnąć, jesz­cze zanim doje­cha­łam do świa­teł na Wro­niej.

- Łukasz, pobudka. - Szturch­nę­łam go lekko i na szczę­ście tyle wystar­czyło.

- Prze­pra­szam - wymam­ro­tał. - Nor­mal­nie nie śpię w samo­cho­dzie.

- Potrze­bu­jesz cze­goś z bagaż­nika? - zapy­ta­łam, ale pokrę­cił głową.

Odpro­wa­dzi­łam go na górę, a z szu­flady na sztućce wyję­łam zapa­sowy kom­plet klu­czy. W tym cza­sie Łukasz ścią­gnął kra­wat i opróż­nił zawar­tość kie­szeni na blat. W jasnym, prze­stron­nym apar­ta­men­cie widać było kobiecą rękę, choć ni­gdy go o to nie pyta­łam. Od Ewy wie­dzia­łam, że jego narze­czona kilka lat temu zgi­nęła w górach pod­czas wspi­naczki. Musieli tu razem miesz­kać, jed­nak poza bibe­lo­tami i podusz­kami na kana­pie, któ­rych nie kupiłby sam z sie­bie żaden znany mi facet, nie było tu po niej ani śladu.

- Potrze­bu­jesz cze­goś? - spy­ta­łam na wyde­chu, ści­ska­jąc w dłoni klu­cze.

Znów zaprze­czył ruchem głowy, ale pod­niósł na mnie wzrok i chwy­cił kosmyk moich rudych wło­sów mię­dzy palce, zanim zało­żył mi je za ucho, prze­su­wa­jąc przy tym opusz­kami po policzku.

- Gdy­by­śmy nie pra­co­wali razem, zacią­gnął­bym cię teraz do łóżka. - Te słowa w połą­cze­niu z intym­nym gestem wpra­wiły mnie w drże­nie. Zalała mnie fala gorąca, którą zaraz zdu­sił kubeł zim­nej wody zwany roz­sąd­kiem. Cof­nę­łam się o krok, ucie­ka­jąc przed jego dłońmi.

- Gdy­by­śmy nie pra­co­wali razem, nawet nie musiał­byś mnie tam cią­gnąć - odpo­wie­dzia­łam, zanim zdą­ży­łam ugryźć się w język. Bio­rąc pod uwagę jego aktu­alny stan, wąt­pi­łam, że jutro będzie cokol­wiek pamię­tał.

Wymi­nę­łam go, wyszłam z miesz­ka­nia i zamknę­łam je na klucz. Gdy zeszłam na dół, dotarło do mnie, co wła­śnie się stało. Ryzy­ko­wa­łam zbyt wiele. Musia­łam wybić sobie Łuka­sza z głowy.

Rozdział 2

Roz­dział 2

Jęk­ną­łem, gdy zadzwo­nił budzik. Czu­łem nie­smak w ustach, choć brak łupa­nia w gło­wie suge­ro­wał, że kac dopiero miał nadejść. Na oślep odszu­ka­łem tele­fon na sto­liku noc­nym. Na samej górze wielu powia­do­mień cze­kała na mnie wia­do­mość od Kamili.

Zabra­łam zapa­sowy kom­plet klu­czy, bo nie byłam pewna, czy sam zamkniesz miesz­ka­nie na noc. Oddam rano. K

Kamila... Kurwa. Moją wciąż ciężką głowę zalały wspo­mnie­nia z minio­nego wie­czoru. Byłem wystar­cza­jąco pijany, żeby powie­dzieć, co powie­dzia­łem, ale nie aż tak, by tego nie pamię­tać. Wolał­bym, żeby mnie zwy­czaj­nie zje­bała za ten tekst, na co w pełni zasłu­gi­wa­łem. Wtedy bym po pro­stu prze­pro­sił, co i tak powi­nie­nem zro­bić. Jej odpo­wiedź nie dawała mi jed­nak spo­koju.

Wzią­łem prysz­nic i dopro­wa­dzi­łem się do względ­nego porządku. Dopi­ja­łem resztkę kawy. Musia­łem otwo­rzyć okno, bo w powie­trzu wciąż były wyczu­walne per­fumy Kamili. Słod­kie, lekko kwia­towe, ale z nutą cze­goś pie­prz­nego.

Na pierw­sze maile zaczą­łem odpi­sy­wać jesz­cze w tak­sówce. Byłem już spóź­niony, co zda­rzało mi się wyjąt­kowo rzadko. Za pół godziny zaczy­na­łem ciąg spo­tkań i o dziwo nawet mnie to cie­szyło - dzięki temu zyski­wa­łem dużą część dnia na prze­my­śle­nie, jak wybrnąć z pijac­kiej gadki bez więk­szego szwanku. Kamila, gdyby chciała, mogłaby to zgło­sić do HR-ów, a dyrek­torka tego działu była na mnie wyjąt­kowo cięta. Coś mi jed­nak mówiło, że moja asy­stentka nie miała takiego zamiaru...

Kamila sie­działa przy swoim sta­no­wi­sku, gdy wsze­dłem do biura. Posłała mi zmę­czony uśmiech, kiedy rzu­ci­łem w jej stronę krót­kie "cześć". Wyglą­dała, jakby nie naj­le­piej spała minio­nej nocy.

Na biurku cze­kały na mnie klu­cze do miesz­ka­nia, tak jak uprze­dzała. Kolejna natrętna przy­po­mi­najka wczo­raj­szego wie­czoru. Wrzu­ci­łem je do ple­caka i wes­tchną­łem ciężko. Potrze­bo­wa­łem kolej­nej dawki kofe­iny, zanim się czym­kol­wiek zajmę, a ostat­nim, czego chcia­łem, było pro­sze­nie Kamili... o cokol­wiek. Przy­naj­mniej na razie.

Sam posta­wi­łem fili­żankę pod eks­pre­sem i naszy­ko­wa­łem sobie też karafkę wody. Tak na wszelki wypa­dek, żeby się za czę­sto nie wychy­lać ze swo­jego gabi­netu. Zresztą oba­wia­łem się, że na­dal śmier­dzę jak gorzel­nia.

Do połu­dnia szło mi cał­kiem nie­źle. Prze­glą­da­łem wła­śnie roz­li­cze­nie pode­słane przez ana­li­tyka, gdy w ciszy roz­brzmiał dźwięk wia­do­mo­ści przy­cho­dzą­cej na Team­sie.

Kamila Rud­nicka: Jest kilka doku­men­tów do pod­pisu. Masz chwilę?

Zer­k­ną­łem w kalen­darz. Został mi jesz­cze kwa­drans do następ­nego spo­tka­nia, na któ­rym Kamila miała być obecna jako pro­to­ko­lantka, nie było więc sensu odwle­kać tego na póź­niej.

Ja: Jasne, zapra­szam.

Unio­słem głowę aku­rat, gdy prze­kra­czała próg gabi­netu z pli­kiem kar­tek w ręce. Rude włosy spięła nad kar­kiem w nie­dbały węzeł. Wło­żyła dziś jedną z tych swo­ich sukie­nek, które opi­nały ją jak druga skóra. Jed­no­cze­śnie ni­gdy nie poka­zy­wała za dużo dekoltu, a mate­riał zawsze koń­czył się tuż przed kola­nem. Wciąż jed­nak wyglą­dała sek­sow­nie jak dia­bli i przy­kuło to moją uwagę już pierw­szego dnia jej pracy. Efekt wyda­wał się zupeł­nie nie­wy­mu­szony. Kamila nawet w dżin­sach nie tra­ciła swo­jego sek­sa­pilu.

Poda­wała mi doku­menty po kolei, komen­tu­jąc w jed­nym zda­niu ich zawar­tość. Posta­no­wi­łem wyko­rzy­stać moment, odda­jąc na jej ręce ostatni wnio­sek.

- Kamila, co do wczo­raj­szego wie­czoru...

Nie pozwo­liła mi dokoń­czyć i prze­rwała w poło­wie zda­nia.

- Zapo­mnijmy o wczo­raj, tak będzie łatwiej dla nas obojga.

W zie­lo­nych oczach dostrze­głem bła­ga­nie i zmię­kłem. Miała rację. Tak z pew­no­ścią będzie łatwiej.

- Dzię­kuję - odpo­wie­dzia­łem na wyde­chu, choć wciąż drę­czył mnie kac moralny. Ale to już aku­rat był wyłącz­nie mój pro­blem.

Roz­luź­ni­łam się dopiero, gdy wyszłam z gabi­netu Łuka­sza. Prze­ka­za­łam w sekre­ta­ria­cie doku­menty do wysyłki, zgar­nę­łam lap­topa i uda­łam się do sali kon­fe­ren­cyj­nej. Z kie­szeni mary­narki wyję­łam archa­iczny dyk­ta­fon. Miej­sca przy dłu­gim stole stop­niowo się zapeł­niały. Ostatni wszedł Łukasz, równo o usta­lo­nej godzi­nie, ani minuty wcze­śniej. Usiadł obok mnie z tele­fo­nem i otwo­rzył notes na pustej stro­nie.

Spo­tka­nia budże­towe na ogół były nudne i cią­gnęły się w nie­skoń­czo­ność. Tym mniej więc lubi­łam je pro­to­ko­ło­wać. Zwy­kle połowa i tak nie nada­wała się do uwzględ­nie­nia w minut­kach, bo pole­gała na prze­py­chan­kach słow­nych mię­dzy Łuka­szem a naszym dyrek­to­rem ope­ra­cyj­nym - Mariu­szem Bie­lec­kim. Nie ina­czej wyglą­dało to dzi­siaj.

Łukasz wyszedł z sali ze mną przy boku. Był wyraź­nie poiry­to­wany.

- Przy­po­mnij mi, kto, do kurwy, dał mu to sta­no­wi­sko? Albo nie, lepiej, kto mu dał ten jebany dyplom MBA?

Roze­śmia­łam się cicho, zanim zdą­ży­łam się powstrzy­mać. Odchrząk­nę­łam, przy­ci­ska­jąc do piersi lap­topa.

- Wszy­scy wiemy, kto i dla­czego go zatrud­nił - wymam­ro­ta­łam cicho.

Zaklął pod nosem.

- Upew­nij się, żeby nikt mi nie prze­szka­dzał przez następną godzinę, dobrze? Muszę zło­żyć ten budżet do kupy z Adim.

Przy­tak­nę­łam i wró­ci­łam do swo­jego biurka, gdzie dybała już na mnie Ewa. Wcze­śniej miała spo­tka­nie z pre­ze­sem.

- Gdzie wczo­raj tak znik­nę­li­ście z Łuka­szem? - zaga­iła, okrę­ciw­szy się na krze­śle z fili­żanką kawy w ręce.

Poczu­łam, że drga mi powieka. Zawsze tak reago­wa­łam na stres.

- Odwio­złam go do domu, bo przy­je­chał samo­cho­dem, nic takiego. - Wzru­szy­łam obo­jęt­nie ramio­nami, gdy pod­łą­cza­łam lap­topa do sta­cji doku­ją­cej.

Nikt nie mógł się dowie­dzieć o póź­niej­szym zaj­ściu w miesz­ka­niu Łuka­sza. Szcze­gól­nie Ewa. Jeśli zaczę­łaby się choćby cze­go­kol­wiek domy­ślać, jutro pół biura usły­sza­łoby pod­ko­lo­ry­zo­waną wer­sję. Była kochana, ale uwiel­biała plotki i potra­fiła coś chlap­nąć, nawet nie­opatrz­nie. Jedyne, co zacho­wy­wała dla sie­bie, to sprawy stricte służ­bowe. Może wła­śnie dla­tego bra­ko­wało jej hamul­ców na bar­dziej pry­wat­nej sto­pie?

- Kama... Naprawdę musisz prze­stać go tak niań­czyć. Za chwilę wej­dzie ci na głowę.

Spoj­rza­łam na nią zna­cząco.

- Mam ci przy­po­mnieć, jak jeź­dzi­łaś po całej War­sza­wie za winem z kon­kret­nego rocz­nika, bo pre­zes chciał zro­bić pre­zent kadro­wej?

Momen­tal­nie się wzdry­gnęła.

- Nie przy­po­mi­naj mi... Do tej pory mam traumę. Ale wiesz, o co mi cho­dzi, Kama...

- Spo­koj­nie, nie martw się, mam wszystko pod kon­trolą.

Mam wszystko pod kon­trolą. Natrętny gło­sik w mojej gło­wie wła­śnie mnie prze­drzeź­niał. Logu­jąc się do sys­temu, pomy­śla­łam, że potrze­buję urlopu. Nie było jed­nak szans, żebym z dnia na dzień mogła znik­nąć choć na chwilę. Uru­cho­mi­łam więc pro­ce­durę awa­ryjną i napi­sa­łam do mojej współ­lo­ka­torki.

Ja: Miśka, idziemy dzi­siaj na drinka. Na 18 robię rezer­wa­cję. Plis...

Micha­lina odpi­sała po minu­cie.

Miśka: Alko­ho­lowi mówię dzi­siaj sta­now­cze czemu nie ;) I lalecz­kom voodoo mojego szefa, kur­wa­ja­pier­dolę...

Uśmiech­nę­łam się do tele­fonu. Nie byłam pewna, która z nas tra­fiła gorzej. Czy ja, czy Miśka, która pra­co­wała w agen­cji rekla­mo­wej, a jej prze­ło­żony był typo­wym przy­pad­kiem cho­le­ryka, na doda­tek z kry­zy­sem wieku śred­niego.

Spoj­rza­łam w stronę prze­szklo­nego gabi­netu Łuka­sza. Sie­dział za biur­kiem i żywo gesty­ku­lo­wał. Musiał wyczuć, że na niego patrzę, bo ode­rwał wzrok od ekranu i z jego twa­rzy nagle znik­nął gry­mas, a poja­wił się cień uśmie­chu. Ten męż­czy­zna chyba wziął sobie za cel, by mnie wykoń­czyć...

Rozdział 3

Roz­dział 3

Zaci­sną­łem mocno ósemkę i zanu­rzy­łem dło­nie w magne­zji, zanim zła­pa­łem pierw­szy uchwyt. Pod­cią­gną­łem się w górę bar­dziej na rękach, niż wybi­ja­jąc się z nóg. Nie mia­łem cier­pli­wo­ści na sku­pia­nie się dzi­siaj na tech­nice, choć wie­dzia­łem, że potem będę tego żało­wać. Chcia­łem po pro­stu dotrzeć na samą górę.

- Stary, nie na łapach! - upo­mniał mnie Bar­tek, który mnie ase­ku­ro­wał. - Jutro się z łóżka nie dźwi­gniesz.

Mój szwa­gier był jed­no­cze­śnie moim naj­lep­szym kum­plem. Tak wła­śnie poznali się z Jagodą. On też wcią­gnął mnie we wspi­naczkę. Gdy mia­łem kiep­ski dzień, lądo­wa­łem w Makaku. W ten spo­sób poko­ny­wa­łem lęk, który za każ­dym razem wyda­wał mi się coraz słab­szy, choć wie­dzia­łem, że prędko nie wybiorę się poza kon­tro­lo­wane śro­do­wi­sko sztucz­nych ścia­nek takich jak ta. Cza­sem przy­cho­dzi­łem tu sam, ale wspi­na­nie się na auto­ma­tach było mniej eks­cy­tu­jące, więc kiedy się dało, cią­ga­łem ze sobą Bartka. Od nie­dawna uda­wało mi się to cał­kiem czę­sto. Pół­roczne bliź­niaczki były dla niego odpo­wied­nią moty­wa­cją, by spę­dzić cho­ciaż godzinę poza domem.

Prze­cho­dzi­łem wła­śnie przez prze­wie­sze­nie, gdy kolejny uchwyt, któ­rego się zła­pa­łem, oka­zał się luźny. Nie zdo­ła­łem odzy­skać rów­no­wagi i opa­dłem z metr w dół, zanim Bar­tek mnie wyha­mo­wał, i bole­śnie wal­ną­łem w ściankę bokiem. Skrzy­wi­łem się. Z całą pew­no­ścią naba­wi­łem się kilku sinia­ków.

- W porządku?! - zawo­łał z dołu Bar­tek, gdy już przy­kle­iłem się z powro­tem do ściany. Spoj­rza­łem w górę. Zostały mi ze cztery metry. Poka­za­łem kum­plowi kciuk na znak, że wszystko jest okej, i popra­wi­łem chwyt.

Teraz już wie­dzia­łem, któ­rego kamie­nia lepiej się nie łapać, więc poko­na­łem prze­wie­sze­nie bez więk­szego pro­blemu, choć musia­łem tro­chę pokom­bi­no­wać. Dotar­łem na sam szczyt i chwilę odpo­czą­łem, pole­ga­jąc na ase­ku­ra­cji Bartka, zanim krzyk­ną­łem "dół!", a on zaczął luzo­wać zabez­pie­cze­nie. Odbi­ja­jąc się miękko od ściany, opa­dłem na zie­mię i odwią­za­łem linę, po czym ścią­gną­łem ją w dół, a kara­biń­czyki zadzwo­niły o drew­nianą pod­łogę.

Zdją­łem buty i usia­dłem na chwilę na ławce, pocią­gną­łem zdrowy łyk z butelki z wodą. Mia­łem rację, kac przy­szedł z opóź­nie­niem i po połu­dniu zaczęło mnie strasz­nie suszyć.

- Co jest, Łuki? - zapy­tał Bar­tek, zaj­mu­jąc miej­sce koło mnie.

Wes­tchną­łem, sku­biąc pla­sti­kową nakrętkę.

- Pamię­tasz Kamilę?

- Twoją asy­stentkę? - upew­nił się, a ja przy­tak­ną­łem. - Chyba nie zło­żyła wypo­wie­dze­nia? Cho­ciaż w sumie bym się jej nie dzi­wił.

- Nie... Ale nie będę zasko­czony, jeśli to zrobi w naj­bliż­szym cza­sie - mruk­ną­łem.

- O rany, co odje­ba­łeś?

Stre­ści­łem Bart­kowi poprzedni wie­czór i obser­wo­wa­łem, jak coraz bar­dziej ściąga brwi. W końcu pokrę­cił głową z nie­do­wie­rza­niem.

- Stary, jaki ty cza­sem jesteś durny... Od początku ci mówi­łem, że zatrud­nie­nie dziew­czyny, która ci się podoba pod kątem fizycz­nym, to błąd. I tak jesteś na cen­zu­ro­wa­nym przez Bie­lec­kiego. Gdyby się dowie­dział, od razu pod­je­bałby cię do teścia, w ciągu godziny dostał­byś na biurko wypo­wie­dze­nie pod­pi­sane przez samego pre­zesa. Nie powi­nie­neś tak ryzy­ko­wać, dopóki macie na pieńku.

- Wiesz, że nie zaofe­ro­wa­łem jej pracy dla­tego, że jest ładna.

- Nie powie­dzia­łem tego i nie kwe­stio­nuję jej kwa­li­fi­ka­cji, to mądra dziew­czyna. Ale ty powi­nie­neś być mądrzej­szy. Zresztą, o czym ja mówię, to nie pierw­szy raz, kiedy wikłasz się w poje­baną rela­cję...

Spoj­rzał na mnie zna­cząco. Miał rację, nawet jeśli nie chcia­łem tego przy­znać na głos. Ceni­łem Kamilę jako pra­cow­nika. Zawsze była lojalna i sumienna, mogłem na niej pole­gać. Zamie­rza­łem sobie to teraz powta­rzać jak man­trę, żeby znów nie odwa­lić cze­goś głu­piego.

- Do niczego nie doj­dzie, nie martw się. - Pokle­pa­łem go przy­ja­ciel­sko po ple­cach. - A teraz jazda na górę, zanim Jaga zacznie wydzwa­niać.

Widzia­łem, że Bar­tek nie wygląda na prze­ko­na­nego, ale odpu­ścił i wziął ode mnie linę. Każdy z nas zro­bił jesz­cze dwie ścianki, zanim zadzwo­niła.

- Stary, zasta­nów się trzy razy, zanim zro­bisz sobie dzieci... - wes­tchnął Bar­tek, zbie­ra­jąc swoje rze­czy. - Zwi­jamy się?

- Jasne.

Pozby­li­śmy się uprzęży, zmie­ni­li­śmy buty, naprędce zwi­ną­łem linę i wyszli­śmy na zewnątrz. Byłem zgrzany, a powie­trze było wyjąt­kowo lep­kie jak na tę porę dnia, a w zasa­dzie wie­czór. W samo­cho­dzie od razu włą­czy­łem klimę i ruszy­łem w kie­runku Saskiej Kępy, gdzie miesz­kali Jagoda z Bart­kiem.

Bar­tek namó­wił mnie, bym wszedł na górę. Spoj­rza­łem kry­tycz­nie na swoje prze­po­cone dresy i białe ślady magne­zji... wszę­dzie. Cóż, Jagoda widy­wała mnie w gor­szym sta­nie. Wzru­szy­łem więc ramio­nami i ruszy­łem za nim do odno­wio­nej kamie­nicy przy Pary­skiej. Jagoda otwo­rzyła nam z pła­czącą Hanią na rękach. Ciemne, krę­cone włosy miała spięte w nie­ła­dzie, a jasno­nie­bie­skie oczy, iden­tyczne jak moje, błysz­czały groź­nie, jakby ich wła­ści­cielka była już na skraju zała­ma­nia ner­wo­wego. I chyba się nie pomy­li­łem. Prędko więc prze­ją­łem roz­wrzesz­czaną sio­strze­nicę i przy­tu­li­łem do sie­bie drobne ciałko.

- Gdzie Ninka? - zapy­tał Bar­tek.

- O dziwo śpi - wes­tchnęła Jagoda. - Ale ona prze­spa­łaby chyba wybuch bomby. Za to Hania pła­cze od pra­wie godziny i nie mam poję­cia dla­czego, do cho­lery.

- Może ma kolkę? - zasu­ge­ro­wa­łem, a sio­stra zgro­miła mnie wzro­kiem.

- Myślisz, że nie spraw­dzi­łam tego na samym początku?

Spoj­rza­łem w wykrzy­wioną pła­czem dzie­cięcą twa­rzyczkę.

- Co ci nie pasuje, młoda? Powiesz wuj­kowi?

Hania wydarła się ile sił w płu­cach, aż się skrzy­wi­łem. Popra­wi­łem chwyt i pod pal­cami wyczu­łem twardą metkę po lewej stro­nie dzie­cię­cego paja­cyka.

- Jaga, Hania nosiła już ten paja­cyk?

- Nie, pierw­szy raz jej go wło­ży­łam, a co?

- Może metka jej prze­szka­dza?

Jagoda popa­trzyła na mnie, jak­bym postra­dał rozum, ale wzięła ode mnie Hanię i poło­żyła ją na kana­pie. Spraw­nym ruchem roz­pięła bodziak i pisnęła cicho.

- Cho­lera, ma cały bok czer­wony. - Odwró­ciła się do mnie. - Skąd wie­dzia­łeś?

- Ty mia­łaś to samo. Cią­gle było ci nie­wy­god­nie. - Uśmiech­ną­łem się pół­gęb­kiem.

Jagoda potrzą­snęła głową z nie­do­wie­rza­niem i wysłała Bartka do pokoju dzie­cię­cego po coś na zmianę. W tym cza­sie zdjęła paja­cyk z Hani, która już tylko cicho pochli­py­wała. Dziew­czynka po wysma­ro­wa­niu kre­mem i prze­bra­niu w nowe ubranko zupeł­nie się uspo­ko­iła.

- Jeśli uda mi się ją szybko poło­żyć, to może zjesz z nami kola­cję? - zapro­po­no­wała Jaga.

- Czemu nie, chęt­nie.

Wizja domo­wego posiłku wyda­wała mi się aż nazbyt kusząca. Sam rzadko coś goto­wa­łem. Dla sie­bie jed­nego zwy­czaj­nie mi się nie chciało. W więk­szo­ści jecha­łem albo na cate­rin­gach, albo na daniach na wynos. Na doda­tek nie widy­wa­łem się z sio­strą za czę­sto. Ja dużo pra­co­wa­łem, Jagoda miała aż za dużo na gło­wie z dwójką małych dzieci.

Bar­tek sko­czył pod prysz­nic, a ja w tym cza­sie tro­chę ogar­ną­łem salon. Wszę­dzie walały się zabawki, porzu­cone smoczki, pusta butelka po mleku... Pozbie­ra­łem bała­gan i zanio­słem do kuchni wszystko to, co wyma­gało wypa­rze­nia. Tam zastała mnie Jagoda.

- Zasnęła? - spy­ta­łem.

- Tak, nawet się nie wier­ciła za bar­dzo. Chyba ten płacz ją wymę­czył.

Usia­dła ciężko na krze­śle i przy­mknęła oczy, opie­ra­jąc głowę o ścianę. Wyglą­dała na wykoń­czoną.

- Jaga, może ja zro­bię kola­cję?

- Ale to ja powin­nam się tym zająć, w końcu cię zapro­si­łam... - zapro­te­sto­wała słabo, widzia­łem, że nie ma siły na kłót­nię.

- Jaga - rzu­ci­łem ostrze­gaw­czo. - Powiedz mi, co masz w lodówce i co da się z tego upich­cić.

- Przede wszyst­kim w lodówce mam wino... Potrze­buję wina.

Roze­śmia­łem się i wycią­gną­łem otwartą butelkę mer­lota. Nala­łem obfity kie­li­szek, po czym posta­wi­łem go przed sio­strą.

- W takich momen­tach cie­szę się, że lak­ta­cja u mnie nie wypa­liła... - wes­tchnęła. - Nie sądzi­łam, że to powiem, ale tęsk­nię za korpo. Tam to się cho­ciaż wyłą­czało po paru godzi­nach i spo­kój, a tu? Mam ochotę pod­wią­zać sobie jajo­wody.

- Może będzie łatwiej, kiedy pod­ro­sną? - zasu­ge­ro­wa­łem.

- Może. - Wzięła duży łyk i prze­łknęła. - W lodówce jest patel­nia z risotto i słoik bulionu. Postaw patel­nię na płytę, dolej tro­chę bulionu, pil­nuj, żeby się nie przy­pa­liło.

Zro­bi­łem wszystko według jej instruk­cji. Czu­łem się tro­chę jak za daw­nych cza­sów, gdy jesz­cze cho­dzi­li­śmy oboje do szkoły, a rodzice mieli wró­cić póź­niej. Jaga była roz­trze­pana i przez długi czas nie pozwa­la­li­śmy jej się choćby zbli­żać do kuchenki, goto­wa­nie więc spa­dało na mnie, dopóki nie wyje­cha­łem na stu­dia, a Jaga poszła do liceum.

- W pracy w porządku? - spy­tała nagle. - Bar­tek mówił mi o tym Bie­lec­kim, co za zjeb.

- To palant. - Wzru­szy­łem ramio­nami. - Jak wielu innych, z tym że ten jest nie do rusze­nia.

- I nic nie da się zro­bić?

- To osta­tecz­nie nie moja kasa, pre­zes się pod tym pod­pi­suje... Excel wszystko przyj­mie, jak się dobrze pozy­cje wpi­sze.

- Lubi­łeś tam pra­co­wać.

Wes­tchną­łem ciężko. Miała rację. Lubi­łem. Czas prze­szły. Gdy zaczą­łem pracę w BRM jako kon­tro­ler biz­ne­sowy, byłem zachwy­cony. Więk­szość naszych docho­dów gene­ro­wały spe­cja­li­styczne urzą­dze­nia medyczne i nawet sie­dząc za biur­kiem, mia­łem poczu­cie, że robimy coś dobrego. Mój entu­zjazm opadł, gdy pre­zes zatrud­nił swo­jego zię­cia jako dyrek­tora ope­ra­cyj­nego. Od tam­tej pory sporo się zmie­niło, a przede wszyst­kim - zamiast się roz­wi­jać, to zaczy­na­li­śmy się zwi­jać. Wielu mówiło, że ot, takie czasy nastały, wszyst­kim jest trudno. Ja jed­nak widzia­łem liczby i wie­dzia­łem, na któ­rych inwe­sty­cjach tra­cimy naj­wię­cej, a pre­zes był inży­nie­rem, nie biz­nes­me­nem. Oczy­wi­ście, że wie­rzył, iż jego zięć chce dla firmy jak naj­le­piej, i moż­liwe, że chciał, ale kom­plet­nie nie znał się na branży.

- Lubi­łem, nie lubi­łem, to praca. Nie muszę jej lubić.

- Myśla­łeś o zmia­nie?

Pomy­śla­łem o Kamili. Zanim ją zatrud­ni­łem, rze­czy­wi­ście roz­wa­ża­łem odej­ście z BRM, a potem dostrze­głem w niej ten entu­zjazm, który sam mia­łem, gdy tu zaczy­na­łem, i przez moment nawet chciało mi się tro­chę bar­dziej. Ten powiew świe­żo­ści był jed­nak chwi­lowy. Ona też znaj­do­wała się zbyt bli­sko "góry", by z cza­sem nie zacząć tra­cić wiary w ten biz­nes.

- Od czasu do czasu - przy­zna­łem. - Ale nic nie zain­te­re­so­wało mnie na tyle, żeby gdzieś star­to­wać.

- Ide­ali­sta - mruk­nęła Jaga i pocią­gnęła kolejny łyk z kie­liszka. - A co z tą laską, z którą się ostat­nio spo­ty­ka­łeś? Anita? Aneta?

- Ali­cja... - popra­wi­łem ją. - I nic. Skoń­czyło się na kilku rand­kach.

Moja sio­stra od dwóch lat usil­nie pró­bo­wała mnie zeswa­tać. Dotych­czas z mar­nym skut­kiem, ale ile razy dowie­działa się ode mnie lub od Bartka, że z kimś się widuję, od nowa się nakrę­cała.

- Kto skoń­czył? - Unio­sła wyzy­wa­jąco brew.

- Ja. Zado­wo­lona?

- Zado­wo­lona? Niby czemu bym miała? Po pro­stu... Minęły dwa lata, a ty nie spo­ty­ka­łeś się z żadną kobietą dłu­żej niż mie­siąc.

- Może po pro­stu źle tra­fiam? - Mimo­wol­nie pod­nio­słem głos, a Jaga drgnęła zasko­czona. - Sio­stra, odpuść, dobra? - doda­łem już ciszej. Nie było sensu wyży­wać się na Jago­dzie. Wie­dzia­łem, że chciała dobrze. Zawsze chciała dobrze.

W tym momen­cie w progu kuchni sta­nął Bar­tek i wymie­nił ze mną poro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nia. Gdyby Jagoda dowie­działa się o akcji z Kamilą, zebra­łaby w sobie resztki sił, żeby sko­pać mi porząd­nie dupę.

Rozdział 4

Roz­dział 4

- Misia, następ­nym razem, jak będę chciała iść na drinka w tygo­dniu, powiedz "nie"... - mruk­nę­łam nie­mrawo, wle­wa­jąc w sie­bie pra­wie cały kubek kawy.

Nie wypi­łam tyle, by mieć dzi­siaj kaca, ale wró­ci­ły­śmy do domu po dru­giej w nocy. Zanim się poło­ży­łam, docho­dziła trze­cia. Teraz była szó­sta trzy­dzie­ści i... umie­ra­łam.

- Obie wiemy, że ci nie odmó­wię. Ale cho­lera, nie wiem, jak my to robi­ły­śmy na stu­diach. Trzy godziny snu, a były­śmy rześ­kie i kwit­nące! A teraz? Dra­mat.

Z Micha­liną pozna­ły­śmy się na uczelni. Od razu zła­pa­ły­śmy kon­takt i przy­jaź­ni­ły­śmy się od sied­miu lat. Na dru­gim roku zaczę­ły­śmy dzie­lić pokój w aka­de­miku, a gdy przy­szedł czas, żeby się z niego wypro­wa­dzić, wybór współ­lo­ka­torki wyszedł natu­ral­nie. Miśka była dla mnie jak sio­stra. Iry­tu­jąca - chwi­lami, ale przez więk­szość czasu jed­nak kochana. I, ku mojej zazdro­ści, po zarwa­nej nocy wyglą­dała dużo lepiej niż ja. Jak twier­dziła - to zasługa cery. Ja przy Miśce mogła­bym kon­ku­ro­wać z białą ścianą i nawet z nią i tak bym wygrała. Mia­łam skórę tak bladą, że wyj­ście latem bez kremu z fil­trem ozna­czało popa­rze­nia dru­giego stop­nia. Za to Miśka po dniu na działce wyglą­dała, jakby wła­śnie wró­ciła z Seszeli. Gdzie tu spra­wie­dli­wość?

- Chcia­ła­bym napi­sać Hade­sowi, że mam dżumę i nie przyjdę do pracy... już ni­gdy - jęk­nę­łam, pocie­ra­jąc pal­cami pul­su­jące skro­nie.

Micha­lina pra­wie zakrztu­siła się kawą.

- Dżumę? Gdzie ty byś się miała zara­zić dżumą w tych cza­sach, co?

- Oj, wiesz, o co mi cho­dzi... - wes­tchnę­łam.

- Wiem... Taksa na pół? Nie ustoję w auto­bu­sie, nie ma chuja we wsi.

- Taksa na pół - zgo­dzi­łam się.

Zdą­ży­łam jesz­cze zjeść na szybko bato­nika pro­te­ino­wego i naszy­ko­wać sobie kolejną kawę na drogę przed przy­jaz­dem taryfy. Zwy­kle w dro­dze zaczy­na­łam już pracę, ale dzi­siaj chcia­łam to mak­sy­mal­nie odwlec. Nie mia­łam poję­cia, jak wysie­dzę te osiem godzin.

Wcho­dząc do firmy, stłu­mi­łam ziew­nię­cie i prze­mknę­łam do swo­jego biurka, omi­nąw­szy kuch­nię, z któ­rej docho­dził gwar poran­nych roz­mów. Pew­nie była tam też Ewa, bo nie zasta­łam jej przy sta­no­wi­sku, a na kon­te­nerku stała jej pstro­kata torebka. Spoj­rza­łam na zega­rek. Trzy po ósmej. Mia­łam jesz­cze przy­naj­mniej kwa­drans spo­koju.

Włą­czy­łam lap­topa, przej­rza­łam pobież­nie maile, ofla­go­wa­łam kilka, które wyma­gały odpo­wie­dzi, po czym zer­k­nę­łam do kalen­da­rza Łuka­sza. Fuck. Zapo­mnia­łam o kon­fe­ren­cji za tydzień. Łukasz chciał, żebym poje­chała na nią razem z nim. Cudow­nie. Cze­kała mnie podróż do Sopotu i dwie doby z Łuka­szem. Wła­śnie tego teraz potrze­bo­wa­łam. Się­gnę­łam po tele­fon.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki