PROLOG
Szpieg, który wyszedł z mgły
Jak nic będzie mgła... Wystawił głowę z kantorka i popatrzył w niebo.
Mgłę zawsze czuł w kościach. Ludzie bardzo często tak mówią: czuję coś w kościach. Ale tak po prawdzie to Aleksander Rodin nadchodzącą mgłę
najpierw wyczuwał w chorych zatokach. Nie wiedział, jak to się działo,
po prostu się działo. Oczy wyskakiwały mu z głowy, później nagle bach,
nadchodziła mgła, a po godzinie wszystko znów było w porządku. Dlatego
tak nienawidził tego miejsca. Bo mgły przychodziły tu co chwila.
Jego sąsiad spod dwieście dwa, Żenia Buraszkin, przez całą jesień i zimę
narzekał na pogodę. Stał przed sklepem babki Wiery i mówił, że
zapomniał, jak wygląda słońce. Mówił, że w ich mieście pogoda jest tak
brzydka jak żona prezydenta. Mówił i mówił. Wszyscy się śmiali, bo Żenia
to swój chłop. Kulturny i adekwatny. Gdy w marcu znów nadeszła mgła,
Buraszkin stanął na parapecie i zaczął coś wykrzykiwać o kosmitach.
Krzyczał krótko, bo z siódmego piętra na beton droga nie jest daleka.
Tutaj rzeczywiście mgła zabija.
Gdyby nie ból głowy, to on właściwie nic by do tej mgły nie miał.
Zdarzało mu się nawet na niej zarabiać.
Może dzisiaj jakiś baran znów zabłądzi i skręci na moją stację,
pomyślał, obsikując kępę krzaków. Nadziei na przyjazd klienta nie miał.
Najczęściej tankowały u niego ciężarówki. Ale komu chce się w sobotę
pracować? On musiał. Zarobek na gruzawikach miał niezły, bo tuż obok
jego stacji, pół kilometra za drogą, było wojskowe lotnisko. Wszyscy się
tu znali, wuj stryja, ciotka brata, a kolega z wojska znał faceta od
pomp na lotnisku za płotem. I w ten cudowny sposób paliwo było u niego
tańsze, a ci, którzy pozwalali mu zarobić i spełniać marzenia jego
Maszy, też nienajgorzej z tego żyli. Wszyscy zadowoleni. Jednak w sobotę
rano ruch na drodze był równie duży jak na pogrzebie inspektora
Federalnej Służby Skarbowej.
Rozprostował plecy i westchnął. Muszę pomyśleć o dodatkowych
pieniądzach. Masza chce jechać na wakacje do Swietłogorska, dzieciaki
rosną, a procent od pożyczek zabija boleśniej niż mgła. Wszystko
kosztuje... Westchnął ponownie. Trzeba będzie trochę paliwko doprawić.
Spojrzał na cztery niebieskie kontenery z dystrybutorami. Nie za dużo,
żeby się klienci od razu nie połapali. Dolejemy odbarwionego oleju
opałowego i będzie jak koktajl w Nowym Hotelu przy Gubienki. Pyszny, ale
słaby jak występy zbornej w barażach o mistrzostwa świata w RPA.
Ożeż jasna cholera! Mało się nie wywrócił, gdy nad jego głową z rykiem
silników przeleciał biały Jak-40 z dziwnymi napisami. Ledwo go
dostrzegł, bo mgła zaczęła schodzić na ziemię. Chmury wisiały z sześćdziesiąt metrów nad wierzchołkami drzew. Mgła była gęstsza niż
zwykle. Zatoki Rodina nie kłamały.
Zapiął rozporek, ziewnął i spojrzał na zegarek Wostok. Był kwadrans po
dziewiątej.
Co za nudny poranek...
W takie dni jego srebrny dziewiętnastocalowy Sanyo z odtwarzaczem płyt
CD ratował go przed szaleństwem. Seriale i przelatujące samoloty.
Najfajniej było, jak samolot przelatywał podczas reklam. Pełnia
szczęścia.
Rodin wszedł po cegłach do środka. Odpalił telewizor i wrzucił płytę.
Masza nagrała mu najnowszy odcinek Interny. Idealny odmóżdżacz na
sobotni poranek bez klientów. Na ekranie pojawiła się czołówka serialu.
Sięgnął po pilota. Zauważył, że srebrny plastik ucieka mu spod palców.
Kantorek zaczął drżeć, a huk silników o mało nie wybił wibrujących w oknach szyb. Aleksander natychmiast zapomniał o serialu i wybiegł na
zewnątrz. Od wschodniej strony w chmurach krążyło coś wielkiego.
Cztery silniki, jak nic! Duża bestia! -?wyłapał bezbłędnie, bo od czasu,
gdy wybudował tu stację, został pasjonatem lotnictwa.
Rzeczywiście -?po chwili z sinego mleka wychylił się szary Ił-76.
Coś dużo dzisiaj tego lata. Dawno na lotnisku nie było takiego ruchu,
stwierdził zdziwiony.
Aerodrom od pół roku nie działał. Maszyny i załogi przeniesiono do
Orenburga i Taganrogu, zostały tylko jakieś nędzne resztki obsługi.
Wielki transportowy wieloryb Iljuszyna najwyraźniej miał zamiar lądować.
Parę razy próbował usiąść. Huk krążył nad głową Rodina, ale ostatecznie
pilot zrezygnował i na stacji znów zapadła cisza. Aleksander wrócił do
oglądania serialu.
Kiedy odcinek się skończył i mężczyzna rozważał włączenie kolejnego,
choć w grę wchodziły też Wilgotne mamuśki, usłyszał od strony drogi
hurkot szutrowej nawierzchni.
Wot siurpriz!1 Mam pierwsze trafienie, ucieszył się, a po
sekundzie zobaczył nadjeżdżającą betoniarkę.
Klientów nie miał dużo, dlatego starał się zadbać o każdego wozaka.
Rodin uważał, że klienci wracają do niego na stację, bo liczą, że powita
ich po imieniu i pogada o sporcie albo o kobitkach. Nie to co na
sieciówkach. Tam liczy się tylko kasa. Ten kierowca był tu pierwszy raz.
Dla Rodina jego wizyta oznaczała przerwanie sobotniej nudy, choć
dodatkowe pieniądze były równie ważne.
Trzeba nowemu pokazać klasę i zjechać z ceną, uznał.
Mężczyzna wyskoczył z szoferki i o mało nie wywalił się w kałuży. Przez
chwilę balansował jak surfer na trudnej fali, zachował jednak pion,
podszedł do kantorka i przez kratę zapukał kluczykami w szybę.
Okienko przesunęło się z piskiem.
-?Po ile wacha? -?Pochylony nad blatem kierowca nawet nie spojrzał na
Rodina, tylko lustrował okolicę. Widać było, że pusty bak złapał go w tym miejscu po raz pierwszy.
-?W promocji będzie dwadzieścia rubli za litr. Pasuje czy dodać hot doga
z Łukoila? -?zapytał retorycznie Aleksander.
Kierowca wreszcie się odwrócił i uśmiechnął szeroko.
-?Ojczulku, jak utrzymasz cenę, sam ci będę hot dogi przywoził! -
Splunął przez zęby. -?Daj za siedem tysięcy! -?Wsunął przez kraty
odliczony plik banknotów.
Rodin wcisnął guzik i uruchomił dystrybutor. Kierowca zaczął wlewać
benzynę, a licznik przy kasie najpierw powoli, później coraz szybciej
popychał cyferki. Nagle z klikaniem cyferek zgrał się rosnący basowy huk
silników nadlatującego samolotu. Rodin już chciał wyskoczyć na zewnątrz,
ale się zawahał. Czytał za dużo nagłówków o właścicielach stacji
znalezionych z rozłupanymi czaszkami. Tym razem w huku silników samolotu
wyczuł coś dziwnego. Dźwięk był głośniejszy i wyraźniejszy niż
kiedykolwiek wcześniej. Dosłownie spadał mu na dach, rozwibrowując każdy
gwóźdź wbity podczas budowy. Szyby dzwoniły tak głośno, że nie słyszał
nawet, co krzyczy kierowca, który wskazywał na chmury. Rodin otworzył
drzwi i spojrzał ponad drzewa. Nie zobaczył samolotu, tylko cień
kadłuba, który prześlizgnął się wzdłuż białej waty, ledwie czterdzieści
metrów nad jego głową. Mgła była tuż nad nimi. Huk wędrował za maszyną.
Sądząc po pracy silnika, samolot przeleciał nad ulicą i właśnie
podchodził do lądowania. Za drogą był rzadki lasek na działce jego
znajomego, szopa przed parowem, a za wzniesieniem zaczynał się pas.
W tym momencie wycie silników zmieniło ton, basowy huk przeszedł w narastający pisk, jakby pilot chciał wykrzesać z maszyny całą moc, jaką
miał pod palcami wolantu. Po ułamku sekundy wraz z ogłuszającym
dźwiękiem samolotu dobiegł odgłos, którego Rodin nigdy wcześniej tutaj
nie słyszał. Pach, pach, pach! Jakby w gigantycznej saunie równie wielka
ręka waliła olbrzymimi witkami w poszycie kadłuba. Potem usłyszał huk i nad parowem pojawił się dym. Silniki nagle zamilkły i na lotnisku
Smoleńsk-Siewiernyj zrobiło się cicho. Jakby mgła otuliła miejsce
katastrofy Tu-154 i nie chciała nikogo wypuścić.
10 kwietnia 2010, sobota, Rosja, lotnisko Smoleńsk-Siewiernyj
Operator TVP jeszcze raz, na wszelki wypadek, ustawił balans bieli i ostrość obrazu. Po całym dniu pracy był zmęczony, ale nie miał zamiaru
wyłożyć się na szkolnym błędzie. Sprawdził poziom dźwięku i pomachał do
inżyniera wozu, który w tym czasie skończył ustawiać antenę. Na konsoli
rozbłysła feeria kontrolek, co oznaczało, że wstrzelili się w satelitę.
Zespół był gotowy do nadawania.
Teraz muszę skupić się na pracy, pomyślał. Na emocje przyjdzie czas za
parę godzin.
Do Smoleńska przyjechał wczoraj. Wraz z całą ekipą, która miała
obsługiwać obchody rocznicowe, przenocowali w hotelu, a od rana czekali
rozstawieni na przylot prezydenta. Nic się nie działo, więc zrobił parę
ujęć, wyjął kartę z kamery i poszedł do niewielkiego budynku obok
cmentarza, żeby móc na szybko zmontować surówkę i wysłać ją do Warszawy.
Razem z wypiciem kawy zajęło mu to z piętnaście minut. Podchodził już do
rzędu rozstawionych czarnych krzeseł, gdy na katyńskim cmentarzu
rozdzwoniły się dziesiątki telefonów. Zadzwoniły w tym samym momencie.
Na cmentarzu w jednej chwili ucichły rozmowy i słychać było tylko
komórkowe wibrato.
Wzdłuż cmentarnej alei poniosły się głosy:
-?Wypadek...
-?Polski prezydent...
-?Wszyscy zginęli...
Od tego momentu na nogach utrzymywała go wyłącznie adrenalina.
Kilkanaście radiowozów policji pędziło na sygnałach w stronę lotniska.
Co chwilę przemykała straż pożarna. Rosyjskich służb przybywało, choć
Polakom ciągle nie powiedziano, co tak naprawdę się stało.
Co było później? To, co zobaczył i co kręcił przez następnych
kilkanaście godzin, musiał wymazać z pamięci. Miał wrażenie, że kamera
jest murem, który oddziela go od horroru. W nocy na lotnisku trwała
gorączkowa krzątanina. Co chwilę zajeżdżały rządowe limuzyny, przybywało
ludzi. Mgła opadła, ale zastąpiła ją wieczorna szadź. Na wszelki wypadek
przetarł obiektyw, żeby wilgoć nie zepsuła ujęcia. Tuż obok niego stał
Wiktor Bater, pierwszy polski dziennikarz, który na antenie Polsat News
poinformował świat o wypadku. Reporter trzymał białą książeczkę
protokołu dyplomatycznego i po raz setny z niedowierzaniem czytał
nazwiska 96 ofiar.
Nagle Rosjanie zaczęli biegać jak oszalali. OMON-owcy odsunęli
operatorów. Złapali się pod ramiona, tworząc żywy korytarz, a tuż przy
namiocie rozstawionym przez Ministerstwo ds. Sytuacji Nadzwyczajnych
wyrośli funkcjonariusze bezpieki. Dostrzegł premierów Polski i Rosji.
Oficerowie Federalnej Służby Ochrony bez słowa otoczyli wychodzących
mężczyzn. Operator zerwał kamerę ze statywu. Zarzucił ją na ramię i ustawił się tak, żeby ochrona nie zepsuła mu kadru. Obok polityków szedł
minister ds. sytuacji nadzwyczajnych i tłumaczył, jak doszło do wypadku.
Przez chwilę kamerzyście przeleciało przez głowę, że Rosja jest chyba
jedynym krajem na świecie, który stworzył takie ministerstwo, jakby
sytuacje nadzwyczajne były tutaj najzupełniej zwyczajne i tak częste, że
dla ich rozwiązania Rosjanie musieli powołać specjalny resort.
Wokół polityków kłębił się tłum urzędników, wojskowych i kto wie kogo
jeszcze. Krąg był jak żywy organizm. Wirował wokół znajdujących się w jego centrum oficjeli i poruszał się zgodnie z ich krokami. Na jego
obrzeżach krążyły kamery, realizatorzy dźwięku i dziennikarze, którzy za
wszelką cenę starali się dopchać do epicentrum, a ochroniarze również
wszelkimi sposobami starali się ich z tego tornada wypchnąć. Ostatecznie
reporterzy musieli przegrać. Byli przecież jak remora na ciele
wieloryba, uzależnieni od fizycznej obecności żywiciela. Więc gdy tylko
politycy zapragnęli samotnie ruszyć w stronę miejsca upadku samolotu,
dziennikarze stracili energię i przestali zwracać uwagę na otaczający
ich świat. Tornado potoczyło się dalej, a media zostały za żywym
kordonem stworzonym przez rosłych OMON-owców. Reporterzy zbili się w stadko.
Z boku wyglądało to tak, jakby w jednej sekundzie wspólnie uznali, że
jedynym sposobem na odzyskanie siły jest gromadne okupowanie kilku
metrów kwadratowych błota. Część z nich wyciągnęła papierosy. Inni
sięgnęli po komórki. Łączyli się z newsroomami i omawiali pytania do
kolejnych wejść na antenę. Mimo późnej pory w redakcjach nikt nie
przerywał pracy. Transmisja na żywo trwała od rana. Dlatego operator i teraz zapisywał terabajty obrazu. Kręcił wszystko, bo miał świadomość,
że to najważniejszy dzień w jego zawodowym życiu. Podszedł kilka metrów
w stronę kordonu, stanął za namiotem i próbował zogniskować obiektyw na
zgromadzonej w oddali grupie polityków. Ale szare sylwetki prawie nie
odcinały się od siwego tła.
W elektronicznym wizjerze dostrzegł, że do polskich dziennikarzy
podszedł mężczyzna w sile wieku, którego wcześniej dostrzegł w grupie
Rosjan. Wszyscy przyjechali wraz z Władimirem Władimirowiczem. Mężczyzna
nie zauważył kamery, bo operator stał za daleko. Polak przesunął się dwa
kroki w prawo i złapał w kadrze jego twarz. Wzmocnił dźwięk, żeby w słuchawkach usłyszeć, o czym mówi nieznajomy. Operator słabo znał
rosyjski, w szkole załapał się ledwie na dwa lata nauki, a później upadł
PRL i język Wielkiego Brata przestał być przymusowy. Ku jego zaskoczeniu
mężczyzna przywitał się po polsku. I mówił w tym języku zdecydowanie
lepiej niż przed chwilą tłumacz towarzyszący Władimirowi
Władimirowiczowi.
-?Straszna tragedia, panowie, straszna... Nie mogę dojść do siebie. Tutaj
wszyscy są wstrząśnięci i bardzo wam współczują -?perorował z zadziwiającą jak na swój wiek siłą. Z wyglądu miał około
sześćdziesiątki. -?Widziałem w naszej... to znaczy w rosyjskiej telewizji,
że zwykli, prości ludzie składają kwiaty pod ambasadą w Moskwie.
Straszna historia...
Operator słuchał słów tego człowieka, ale wyczuł w nich jakiś fałsz. Nie
był w stanie sprecyzować, dlaczego odniósł takie wrażenie, jednak było
ono na tyle silne, że je zapamiętał.
-?A pan z rosyjskiego MSZ? -?zapytał jeden z dziennikarzy.
Mężczyzna pokręcił głową.
-?Poproszono mnie, żebym wam wszystko wytłumaczył... bo w polskich mediach
pojawiają się już absurdalne spekulacje, że mgła nad lotniskiem została
wywołana sztucznie, że to spisek Rosjan. Pokazali mi artykuł na polskim
portalu, że celowo ją rozpylono, może Ił-76 ją rozrzucał, a to przecież
jerunda -?użył rosyjskiego słowa. Zaraz jednak się poprawił, tak jakby
nie chciał, żeby ktoś zwrócił uwagę na to obco brzmiące wtrącenie: -?To
znaczy bzdura straszna.
-?A kto niby o to poprosił? -?dopytywał nieufny polski dziennikarz.
-?To nie jest teraz ważne. Musicie wyjaśnić Polakom, że Rosjanie niczego
takiego nie zrobili. Trzeba się domagać, żeby polskie władze pokazały
zdjęcia satelitarne. Wyjdzie, że mgła była w całym rajonie -?znów użył
słowa, które inaczej brzmiało po polsku. -?Czerwona Armia -?tego zwrotu
w Polsce prawie nikt już nie używał -?ma co prawda takie generatory
TMC-65 do produkcji dymu i mgły. To takie wielkie bydlę na podwoziu
ciężarówki. Wyje jak pierun, nie da się tego ukryć. Wasi to wiedzą, bo
myśmy... bo polskie wojsko miało takie samo ustrojstwo. Wystarczy zapytać...
-?Gdy mężczyzna dostrzegł kamerę, przerwał i natychmiast się odwrócił.
Dziennikarze stracili zainteresowanie seniorem, bo mieli ważniejsze
sprawy na głowie. Politycy wracali właśnie z miejsca katastrofy.
Operator TVP obrócił kamerę. Razem z nim ożywił się cały dziennikarski
wir. Po chwili premierzy wygłosili krótkie oświadczenia i zniknęli w namiocie. Wkrótce miała się tam odbyć wideokonferencja ze specjalistami
z Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego. Operator skorzystał z momentu
przerwy i pobiegł do wozu transmisyjnego, by przesłać do Warszawy
ogrywki z wystąpień polityków. Wyjął kartę z kamery i przekazał ją
inżynierowi. Włożył nową i wrócił przed namiot. W natłoku wydarzeń
zapomniał o dziwnym mężczyźnie. Ale w newsroomie Wiadomości na Placu
Powstańców w Warszawie jeden z dziennikarzy przeglądał surówkę ze
Smoleńska i uznał, że kadr z nieznajomym przyda się do materiału o pracy
mediów podczas narodowej tragedii. Relacja ukazała się w Wiadomościach
i pokazywano ją przez następnych kilka lat.
18 kwietnia 2010, niedziela, Warszawa, Plac Inwalidów
Generał Stanisław Klinger zobaczył ujęcie z mężczyzną w zielonym
ortalionie w dniu pogrzebu prezydenta. Akurat czuł się trochę lepiej.
Prawie zapomniał o wczorajszej depresji. Wziął donepezil i nawet
przymknął oko w środku dnia. Obudził się po godzinie i -?już w lepszym
nastroju -?usiadł w fotelu. Zawsze wolał czytać książki, ale problemy z koncentracją powoli pozbawiały go i tej przyjemności. Odłożył więc
wspomnienia generała Kuropieski na niewielki stolik i włączył telewizor.
Przez kilka minut zastanawiał się, skąd zna twarz mężczyzny w staromodnym zielonym ortalionowym płaszczu z podpinką. Gdy wreszcie
sobie przypomniał, natychmiast otworzył skórzany notes leżący przy
telefonie. Znalazł nazwisko i wykręcił numer. Przedstawił się, a po
chwili sekretarka połączyła go z podpułkownikiem Duszyńskim.
-?Dzień dobry, panie generale -?usłyszał spokojny głos rozmówcy.
-?Myślałem, że jesteśmy po imieniu -?odpowiedział poważnie Klinger.
-?Zwykły podpułkownik może być po imieniu z generałem wyłącznie przy
dobrym koniaku -?zaśmiał się "Zastępca".
-?Dobrze, że tak mówisz, Robercie, bo myślałem, że znów mi się coś
pomyliło... -?odparł z zakłopotaniem generał. -?Pomyślałem, że doczekałeś
pułkownika.
-?Czekanie to najważniejsza cnota w naszym biznesie. -?"Zastępca" uciął
temat, bo nie miał ochoty opowiadać, że szefowie wolą dobre informacje
zamiast tych prawdziwych.
I nadal jesteś zastępcą naczelnika wydziału, a powinieneś być dużo
wyżej, dopowiedział w myślach Klinger.
Duszyński od lat pełnił tę funkcję w Służbie Wywiadu Wojskowego. Awanse
w SWW i stopień pułkownika konsekwentnie go omijały, wędrując do innych,
lepiej poukładanych politycznie oficerów.
-?Mogę w czymś pomóc, generale? -?zapytał po chwili ciszy Duszyński.
-?Szukam kontaktu z twoim szefem. Myślę, że to ważne -?odpowiedział
Klinger. -?Gdyby twój dowódca uznał, że staremu piernikowi znów coś
odbija, przekaż mu, że chodzi o Hupałę. Jak będziecie zainteresowani,
wpadnijcie z koniakiem -?dodał, po czym odłożył słuchawkę.
Po pięciu minutach telefon zadzwonił, a po godzinie usłyszał gong u drzwi. Na progu stali dwaj mężczyźni w zielonych mundurach z butelką
bursztynowego Hennessy. "Zastępca" rozlał trunek do kieliszków i wszyscy
usiedli w fotelach.
-?Przepraszam, że was niepokoję. Pewnie po dziesiątym kwietnia macie
urwanie głowy, ale to chyba nie może czekać -?zaczął generał i sięgnął
po pilota do dekodera. Cofnął zapisany program do materiału o pracy
dziennikarzy podczas katastrofy. Kiedy na ekranie pojawił się mężczyzna
w zielonym ortalionie, zrobił stop-klatkę. -?To na pewno on! -?zawołał.
-?Może mam dziury w mózgu, ale tego skurwysyna poznam, nawet jak
przestanę pamiętać własne nazwisko.
-?Jest pan generał pewien? -?zapytał mężczyzna w zielonym mundurze.
-?Takich zdrajców się nie zapomina. To Hupała -?odparł Klinger.
Porozmawiali jeszcze kwadrans, dopili koniak i goście ruszyli do drzwi.
Na koniec Klinger uścisnął dłonie oficerów i rzucił:
-?Opiekujcie się moją córcią, gdybym do reszty...
Nie dokończył. Nie musiał. Mężczyźni wiedzieli, o co chodzi. Wrócili na
Aleję Niepodległości i weszli do "krypty", czyli bezpiecznego,
dźwiękoszczelnego pokoju w piwnicach budynku SWW.
"Dowódca" rozpiął ostatni guzik przy zielonej mundurowej kurtce i zaczął
bez zbędnych wstępów:
-?Pułkownik Tadeusz Hupała. Rocznik pięćdziesiąty piąty. W wojsku służył
dwadzieścia lat, po upadku PRL-u odszedł do rezerwy. Na przełomie
dziewięćdziesiątego drugiego i dziewięćdziesiątego trzeciego roku nagle
zniknął. Przestał pojawiać się na spotkaniach Stowarzyszenia Byłych
Żołnierzy Zawodowych Ludowego Wojska Polskiego. Koledzy myśleli, że
Hupała umarł, a że był samotnikiem -?matka zmarła na wylew w osiemdziesiątym piątym, ojciec zapił się na śmierć zaraz po jego
urodzeniu, a jedyną bliską osobą, jaka mu została, była siostra, która
cały czas jeździła po świecie -?nikt nie był w stanie ustalić, gdzie
obecnie przebywa. Dlatego, cóż, zamiast rodziny poinformowali
żandarmerię. Poprosili, żeby ktoś włamał się do mieszkania i sprawdził,
czy nie zjadły go koty. Ale mieszkanie stało puste. Sąsiedzi i znajomi
nie byli nam w stanie nic powiedzieć. Śledztwo też się ślimaczyło. W dziewięćdziesiątym pierwszym biura paszportowe MSW przeszły do
wojewodów, akta wędrowały w tę i nazad, więc dowiedzieliśmy się z opóźnieniem, że wziął paszport i poleciał z Orbisem do Azerbejdżanu.
Informacja, że odłączył się od wycieczki, też zaginęła w całym tym
burdelu. Mieliśmy podejrzenia, że wyjechał do Rosji, bo tropy urywały
się w Baku. Przez prawie dwie dekady nie dawał znaku życia. I teraz
nagle pojawił się, cały i zdrowy, na miejscu katastrofy w Smoleńsku.
Trochę to wszystko dziwne. -?"Dowódca" popatrzył uważnie na przyjaciela.
-?A dlaczego generał Klinger nazwał go zdrajcą?
-?Takie były podejrzenia. Hupała był pupilkiem Sowietów i kiedy zniknął,
uznali, że wrócił do swoich. Dowodów nie było.
-?A może Hupała poznał w Baku jakąś piękną Marusię i wybrał seks w Moskwie zamiast emerytury w Rembertowie? Ludziom na starość różne rzeczy
przychodzą do głowy. To jeszcze nie robi z niego szpiega. -?"Zastępca"
jak zwykle szukał najprostszych odpowiedzi.
"Dowódca" podrapał się po głowie.
-?Coś mi mówi, że jest inaczej... Sprawa zniknięcia Hupały była wtedy dość
znana w środowisku byłych żołnierzy LWP. Pamiętaj, że chwilę wcześniej
zamordowano Jaroszewicza, a były premier, zanim został aparatczykiem,
nosił mundur. Wszystkie zgony i zaginięcia wśród oficerów żywo wtedy
komentowano. Na jakimś spotkaniu świątecznym generał Klinger wspominał,
że widzieli się z Hupałą podczas ćwiczeń Sojuz '81. Rosjanie wyrzucili
wtedy ze sztabu Klingera i generałów, a pozwolili zostać Hupale. Gnój
był przed trzydziestką.
-?Kurwa, co to były za czasy! -?Duszyński wzdrygnął się na samo
wspomnienie.
-?Po tym zdarzeniu Klinger był przekonany, że pułkownik to człowiek
radzieckich. Jak zniknął, nasza "kontra" zaczęła grzebać w archiwach.
Znaleźliśmy donosy z początku lat dziewięćdziesiątych. Uchol pisał, że
za PRL-u pułkownik skumał się z Sowietami. Kontra uznała, że Hupała nic
nie wie o nowym polskim wojsku, i zapeklowała akta w archiwum. Sprawie
ukręcono łeb. Jeśli jednak Klinger miał rację wtedy i ma ją teraz, a Hupała gra z Rosjanami, to musimy sprawdzić, o co chodzi. Szczególnie w kontekście Smoleńska -?dodał zdecydowanie "Dowódca".
-?W kontekście Smoleńska?
-?Nie możemy niczego wykluczyć, choć na pozór sprawa wydaje się
oczywista... Ale dużo oczywistych spraw miało nieoczywiste zakończenia.
Znajdź kogoś, kto przewącha temat.
"Zastępca" się skrzywił.
-?Może oddać to kontrwywiadowi?
-?Taką nitkę chcesz odpuścić? Jeśli Hupała był sowieckim, a później
rosyjskim szpiegiem, i to w Rembertowie, może się przydać w naszej grze...
Wiesz, o czym mówię. -?"Dowódca" się uśmiechnął. -?Jak brakujący
kamyczek. Tylko trzeba go wygrzebać...
Duszyński niechętnie się zgodził.
-?No dobrze, ale i tak trzeba tu psa, który chodzi z nosem przy ziemi.
My możemy wspomóc "kontrę" na terenie Rosji.
-?Kogo byś tam posłał?
-?Pomyślałem o kapitan Klarze Klinger. Córka Staszka ma bardzo dobrą
opinię. Warto ją prędzej czy później wykorzystać...
-?To co stoi na przeszkodzie?
-?Kapitan Klinger złapała kontakt operacyjny na białoruskie biuro "KB
Radar". Pentagon się podniecił i oferuje worek dolarów. Najgorsze, że
pułkownik Berger za bardzo chce się przed nimi popisać i zaczyna
kozaczyć. Jak teraz ją wycofasz, Berger położy całą operację jak mój
majster glazurę.
-?To kto zamiast Klary?
-?Twoja siostra?
-?Bałem się, że to powiesz.
-?Ma dobre duńskie papiery. Wyślemy ją jako Idę Larssen, choć może
lepiej dać jej niemiecką tożsamość.
-?No dobrze, zobaczymy.
-?Słusznie, najpierw niech dupę ruszy "kontra". Mogą zacząć od
sprawdzenia nagrania ze Smoleńska. Pewnie w TVP mają coś więcej niż parę
sekund z materiału w Wiadomościach... Tylko jak będziesz negocjował z Oczki, pamiętaj, że ze mną nasz kochany kontrwywiad nie rozmawia -
zaśmiał się "Zastępca". -?Jak mamy coś ugrać, to beze mnie.
"Dowódca" chwilę się zastanawiał.
-?Miałeś kiedyś w szkole takiego fajnego popaprańca z rocznika córki
Klingera. Jak mu tam było... No wiesz, trzeba go było wyrzucić z całą
grupą w związku ze sprawą Steczkowskiego. Tylko jak mu było... Adamowicz...
Abgarowicz... a może Abramowicz?
-?Tak się nazywał -?potwierdził Duszyński. -?Wiktor Abramowicz. Z tego,
co wiem, teraz służy w kontrwywiadzie.
-?Poproszę szefa SKW, żeby nam pomógł. Jest mi winien przysługę.
Zasugeruję, że Abramowicz zna specyfikę, takie tam... i poproszę, żeby go
oddelegowali. Oczywiście SKW nie może wiedzieć, że maczasz w tym palce,
bo na złość utopią sprawę w szambie i jeszcze się tam z radością wykąpią
-?podsumował "Dowódca".
-?To ja jeszcze dziś przygotuję pismo z oficjalną prośbą, a ty
przekażesz ją do SKW -?zakończył rozmowę "Zastępca".
Wezwanie do szefa zastało Abramowicza w toalecie. Wiktor zaczynał
podejrzewać, że "Stary" ma tu zamontowane kamery, bo ilekroć siadał na
sedesie, natychmiast brzęczał SMS, że ma bez zwłoki stawić się na
najwyższym piętrze. Jak to miał w zwyczaju, kompletnie się nie przejął
wiadomością. Czytał Pozdrowienia z Rosji Iana Fleminga -?akurat dotarł
do momentu, w którym Tatiana Romanowa wylądowała w ramionach Jamesa
Bonda. Wtedy uznał, że nie może przeginać i czas odwiedzić przełożonego.
Poczłapał na górę, zastanawiając się, za co tym razem zostanie
opierdolony. Wiedział, że za wszystkie numery zdążono go już ukarać,
dlatego się cofnął, wziął z pokoju kawę, wypił łyk, a dopiero po tym
dziarsko wkroczył do gabinetu szefa. Kiedy zobaczył szeroki uśmiech na
twarzy "Starego", domyślił się, że lepiej było zostać na sedesie. Wypadł
po kwadransie z papierami w dłoni. Ruszył w stronę pokoju z taką
wściekłością, że wpadając do środka, roztrzaskał kubek o pancerne drzwi
sejfu. Później jego koledzy mówili, że przeciągłe "kurwa mać!"
Abramowicza było słychać nawet w sąsiadującym z SKW Klubie Medyka.
Jak tylko odzyskał zdolność racjonalnego myślenia, zamknął sejf i wyszedł na "niecierpiące zwłoki spotkanie na mieście". Gdy otwierał
drzwi, miał już w głowie gotowy plan.
Po pierwsze, nie zamierzał się spieszyć. Jeśli "Stary" uważał, że
łapanie szpiegów jest mniej ważne od Smoleńska, to niech poczeka.
Po drugie, podzwonił po znajomych, szukając prywatnego kontaktu z kimś
pracującym w redakcji serwisów informacyjnych TVP na Placu Powstańców.
Łańcuszek telefonów zaprowadził go do operatora, który dziesiątego
kwietnia obsługiwał wizytę prezydenta w Smoleńsku. Umówili się na
następny dzień w Kawiarni Wedla, na rogu Szpitalnej i Górskiego.
-?Przepraszam, że nie mogę poświęcić panu więcej czasu, ale za godzinę
jedziemy na zdjęcia -?zaczął operator bez zbędnych wstępów. -?Co pan
chce wiedzieć?
-?Tak jak mówiłem przez telefon, interesuje mnie człowiek, którego
nagraliście na płycie lotniska w Smoleńsku. Co robił, jak się
zachowywał, wszystkie detale. Chciałbym też uzyskać dostęp do pełnego
materiału zrealizowanego tamtej nocy, a nie tylko do fragmentów, które
ukazały się w telewizji.
-?Zrobię co w mojej mocy, ale proszę pamiętać, że ten fragment nagrał
Jacek... Mnie wtedy wysłano do namiotu, żebym kręcił wideokonferencje z MAK-iem.
-?A Jacek to...?
-?Jacek Kobus. Młody chłopak, ale bardzo zdolny. Niestety teraz nie
nadaje się do rozmowy, bo.... Wie pan, my tam widzieliśmy straszne rzeczy,
a Jacek jest wrażliwym chłopakiem. Przedwczoraj trafił do szpitala.
-?Boże, co mu się stało? -?Abramowicz udał troskę, choć jedyne, co go
zmartwiło, to to, że zamknięcie dochodzenia i napisanie raportu oddala
się jak remont linii kolejowej do Bydgoszczy.
-?Załamanie. Lekarze mówią, że ma PTSD. Wie pan, zespół stresu
pourazowego. Już w Smoleńsku zaczął się dziwnie zachowywać.
-?Gdzie dokładnie leży?
-?W Otwocku. Tam jest niezły szpital MSWiA. Położyli go na Oddziale
Leczenia Zaburzeń Nerwicowych. Pojechałbym do niego, ale sam pan
rozumie, roboty dużo, pieniędzy mało...
-?Możemy się umówić, że jak będzie pan do niego jechał, to da mi znać? Z chęcią go poznam. A teraz miałbym jeszcze prośbę o te materiały. Czy
mogę je dostać?
-?Oczywiście. Zgram panu wszystko na dyski. Proszę tylko powiedzieć, w jakim formacie?
-?No... w takim telewizyjnym, żebym mógł obejrzeć w komputerze... Myślałem,
że macie to na płytach...
-?Na płytach to już tylko wydają Chopina! -?zaśmiał się operator. -
Dzisiaj wszystko jest cyfrowe... Dostanie pan mp4.
-?Jeśli tak trzeba, to może być nawet w JP2. Byle się dało oglądać -
ucieszył się Wiktor.
Twarde dyski dotarły następnego dnia. Na wizytę w Otwocku przyszło mu
jednak poczekać do wakacji. W tym czasie Abramowicz zdążył prawie
zapomnieć o Kobusie. Raport dla "Starego" przygotował zaraz po spisaniu
dysków. Uznał, że wystarczy streszczenie materiałów wideo i nie ma co
przeciągać roboty.
Dlatego po telefonie od operatora, który zadzwonił w środku wakacji,
przez dłuższą chwilę musiał grzebać w pamięci, żeby skojarzyć, o jaką
wizytę w szpitalu chodzi. Choć był zawalony robotą, doszedł do wniosku,
że kontakt w TVP może się jeszcze kiedyś przydać, i potwierdził wspólny
wyjazd do Otwocka.
Szpital MSWiA był położony w leśnym kompleksie tuż przy cichej uliczce
Prusa. Była piękna, słoneczna pogoda, dlatego Jacek Kobus czekał na
swoich gości, siedząc na parkowej ławeczce. Ubrany w szpitalny szlafrok,
ściskał podłokietnik, jakby szukał stałego oparcia. Kiedy zaczęli
rozmawiać, urządzenie rejestrujące weszło automatycznie w tryb zapisu.
Stenogram rozmowy z 18 lipca 2010 r. z Jackiem Kobusem, operatorem
kamery TVP. Rozmowę przeprowadził w szpitalu MSWiA porucznik Wiktor
Abramowicz.
Stenogram rozmowy rozpoczyna się od 7. minuty i 24. sekundy zapisu.
JK -?Jacek Kobus, operator TVP
WA -?Wiktor Abramowicz, oficer SKW
ZZ -?osoba pośrednicząca w kontakcie
Fragmenty, których nie udało się odsłuchać, zaznaczone.
JK -?(niezrozumiałe) ...się czuje lepiej.
WA -?(niezrozumiałe) ...To ja bym chciał, żebyś spojrzał na zdjęcie.
Kojarzysz tego człowieka... O, tego z lewej...
JK -?Chyba tak. Nie pamiętam dokładnie, bo wszystko mi się rozmywa.
Wieczorem na lotnisku co chwilę przychodzili do nas dziwni ludzie. Każdy
coś chciał od reporterów, opowiadali różne historie.
WA -?Popatrz jeszcze raz.
JK -?Jak we śnie to się zlewa. Ale tego pamiętam. Posłaniec, tak go
sobie nazywam. Przyjechał z ważnymi Rosjanami. Jak na lotnisku zrobiło
się zamieszanie, podskoczył do naszych dziennikarzy i gadał coś o mgle.
WA -?To, co jest na nagraniu, czy coś jeszcze?
JK -?Chyba tylko to... Jak jest na nagraniu, to zostanie na zawsze. Rzeczy
z pamięci się kasują. Przynajmniej niektóre.
WA -?Coś jeszcze było dziwnego?
JK -?Tam wszystko było nierealne. Psy bardzo ujadały. Jak tutaj pies
zaszczeka, to nie mogę spać. Mam psa w domu... Bardzo go lubię, ale boję
się wracać... Nie chcę, żeby szczekał.
ZZ -?Nie ma problemu, Jacek. Ania go wzięła do siebie, wróci, jak już
będziesz... (niezrozumiałe)
WA -?Coś wcześniej czy później się wydarzyło w związku z tym gościem?
Jakiś szczegół?
JK -?Tak. Podszedł i zapytał, skąd jestem, natarczywy był. Ale tak
krótko. Jak powiedziałem, że z Warszawy, to był zadowolony. Zapytał o bazar w Rembertowie. Dziwne, nie?
WA -?O bazar?!
JK -?No, o Ciuchy. Ty pewnie nie jesteś z Warszawy, to nie wiesz... Słynny
bazar w Rembertowie. Wszyscy tam jeździli, zanim powstał Stadion
Dziesięciolecia.
ZZ -?Można było levisy kupić za Jaruzelskiego...
WA -?I o tym gadał? O modzie?
JK -?No... tak. O ciuchach w Rembertowie. Pytał się o jakiegoś
Jaworskiego, który miał tam stragan. Dał mi nawet list do tego
Jaworskiego i poprosił, żeby pozdrowić...
WA -?I to wszystko?
JK -?Tak, dał kartkę i poszedł.
WA -?I co z tą kartką. Dałeś?
JK -?No... jeszcze nie. Nie miałem do tego głowy. W domu leży.
WA -?Coś jeszcze? Było coś dziwnego?
JK -?Nie... już chyba nie...
WA -?Czy mógłbym rzucić okiem na ten list?
JK -?To nawet nie był list. To był wyrwany margines z książki wrzucony w ulotkę. Ale pewnie... Jak się przyda, to pewnie... Weźcie sobie. Tylko nie
wiem, kiedy będę w domu. Na razie mi tu dobrze. Mogę spać i się nie
boję. Na razie wystarczy...
ZZ -?To może poprosimy Anię, żeby poszukała. Nie przejmuj się...
WA -?Świetnie. To my już będziemy uciekać.
KONIEC ZAPISU
Z Otwocka mężczyźni pojechali do mieszkania Kobusa. Po kilku minutach
poszukiwań Ania odnalazła ulotkę. Abramowicz odsunął dziewczynę i przez
gumowe rękawiczki najpierw wyjął folder z torby operatora, a później
rozłożył go na stole. Wewnątrz kolorowego prospektu reklamującego
aquapark w podmoskiewskich Mytiszczach znajdowała się niewielka kartka.
Wiktor przytrzymał ją długopisem i przeczytał:
-?"Drogi Romku, pozdrowienia po latach z Moskwy. Odezwij się do mnie.
Przyjedź. Czekam w każdą pierwszą sobotę miesiąca o osiemnastej. Twój
Tadek".
Wiktor poprosił Anię o torebkę strunową, wsunął kartkę do środka, a na
koniec pieczołowicie zamknął i schował do wewnętrznej kieszeni
marynarki.
Następnego dnia zaniósł pakiet do techniki i zlecił zebranie odcisków
palców oraz DNA. Poprosił również o przebadanie folderu i listu pod
kątem wykrycia tajnej korespondencji. Niczego takiego nie znaleziono,
ale badanie odcisków potwierdziło, że nadawcą jest zaginiony przed
osiemnastu laty pułkownik Tadeusz Hupała.
Abramowicz siedział w swoim pokoju i patrzył na wyniki, drapiąc się po
nosie. Miał szczerą ochotę zapomnieć o sprawie, ale nie byłby sobą,
gdyby nie znalazł odpowiedzi na ostatnie dręczące go pytanie.
Kim, do kurwy nędzy, jest Romek Jaworski. Jeśli Hupała był przed laty
ruskim szpiegiem, to może ten Jaworski jest jakimś jego dawnym
kontaktem, który cały czas działa w Polsce? -?zastanawiał się.
W końcu nie wytrzymał -?wsiadł do autobusu numer 174 i z przesiadką
dojechał na Paderewskiego. Tak zwanych Ciuchów dawno nie było, ale
postanowił porozmawiać z miejscowymi.
Wybrał dom, który wyglądał na najstarszy. Otworzyła mu zażywna kobieta
po sześćdziesiątce.
-?Niczego nie potrzebuję, wszystko mam -?powiedziała od progu. -?A jak
nie mam, to znaczy, że nie potrzebuję.
Abramowicz ujął jej dłoń i szarmancko ucałował.
-?Ależ nie śmiałbym w takiej sprawie głowy zawracać -?zapewnił. -?Jestem
historykiem i przygotowuję monografię dotyczącą handlu na rembertowskich
Ciuchach. Pani pewnie nie pamięta tych czasów... -?posłodził na wstępie.
Skutecznie, bo po minie rozmówczyni widać było, że przynęta chwyciła. -
...Ale może słyszała pani opowieści sąsiadów? Może mówili coś ciekawego o pracy na bazarze?
-?Jak nie pamiętam?! Wszystko pamiętam! Mój stary codziennie gdera, że
jestem pamiętliwa. Ja, proszę pana, na bazarze pół życia przesiedziałam.
Wtedy na Ciuchach można było zarobić, ale też otrzeć się o wielki świat.
Pani Rodowicz z panem Olbrychskim tu bywali, pan Niemen koszule kupował.
Lepiej było niż w Sopocie czy Opolu jakimś.
-?I ludzie wszyscy się znali, nie tak jak teraz -?wtrącił Wiktor.
-?O, to, to! Teraz w blokach to ludzie poznają sąsiadów, jak telewizja
przyjedzie, bo znajomy z piętra pół rodziny wymordował. I od razu
wszyscy pamiętają, że się kłaniał, "dzień dobry" mówił, grzeczny był.
Ale dzień wcześniej krzyków zza ściany nie słyszeli, nie mówiąc o tym,
żeby wiedzieli, jak się nazywał. -?Kobieta trajlowała szybko,
korzystając z okazji, że wreszcie ktoś chce jej wysłuchać.
-?Święta prawda -?powiedział Wiktor, ale rozmówczyni nie dała mu dojść
do słowa.
-?A ta mammografia to co to jest?
-?Monografia. Książka taka...
-?Czyli pan pisarz! Pisarze też na Ciuchy przychodzili. Pan Hłasko
amerykańskie kurtki lubił, a ten od Panów Samochodzików... -?Zachichotała
na wspomnienie z młodości i ściszyła głos: -?Niemieckie pisemka ze
zdjęciami pań najchętniej kupował. Oj, mogłabym panu historykowi takich
historii naopowiadać, ale nie wiem, czy wypada, bo to tajemnica
handlowa. No i większość nie żyje, a o zmarłych, wiadomo, tylko po
nazwisku. -?Nagle posmutniała.
-?A Romek Jaworski to żyje? -?Wiktor skorzystał z okazji, żeby zadać
pytanie.
-?Kto? -?zdziwiła się kobieta.
-?Romek Jaworski. Podobno handlował na Ciuchach.
-?Takiego tu nie było. -?Starsza pani nagle spochmurniała, wyraźnie
straciła ochotę na pogaduszki. -?Ja tu wszystkich znałam, ale na bazarze
taki się nie przewinął.
-?Może coś pomyliłem...
Wyglądało na to, że wycieczka do Rembertowa pozostanie jedynie
wycieczką. Kobieta patrzyła na Wiktora w milczeniu, ale nagle coś w jej
wzroku się zmieniło.
-?Był co prawda taki Romek Jaworski w Rembertowie, ale on na Ciuchach
nie handlował. Po osiemdziesiątym dziewiątym roku, jak balcerowicze
zamknęły Ciuchy, to ten Jaworski otworzył na bazarze swoją budę. Dopiero
wtedy. Tylko że to już nie były prawdziwe Ciuchy. Kilka lat kasetami
wideo handlował. Zmarł pół roku temu. Ale o nim ludzie nie będą gadać...
-?Dlaczego? -?Abramowicz uchwycił się tej opowieści jak ostatniej deski
ratunku.
-?Jak pan jesteś historyk, to pan wiesz, gdzie szukać brudów na
człowieka. Ja o zmarłych tylko z nazwiska -?powtórzyła wyświechtany
frazes. -?Po co sobie na starość kłopotów napytać.
Po tych słowach kobieta zatrzasnęła furtkę.
Spod dawnego bazaru Abramowicz przespacerował się do Urzędu Dzielnicy
Rembertów. Wszedł do pokoju Biura Administracji i Spraw Obywatelskich,
pokazał legitymację i poprosił o dane Romana Jaworskiego. Osób o takim
imieniu i nazwisku było w rejestrach kilka, ale tylko w przypadku jednej
zgadzała się data śmierci. Spisał wszystkie informacje. Gdy tylko
wrzucił nazwisko do systemu, zrozumiał, o czym mówiła przekupka z Rembertowa. Roman Jaworski był kapitanem Wojskowej Służby
Wewnętrznej2 i najwięcej mógł o nim wyczytać z akt
Instytutu Pamięci Narodowej. To już był jakiś konkret. Czekała go jednak
jeszcze jedna wyprawa do Rembertowa.
Skontaktował się z oficerem kontrwywiadu, który nadzorował Centralny
Ośrodek Analizy Skażeń, i poprosił o zorganizowanie spotkania z którymś
z oficerów rezerwy służących tam w latach osiemdziesiątych. Po
czterdziestu minutach telefon zadzwonił, a Abramowicz zapisał datę i godzinę umówionego spotkania w notesie.
Nazajutrz spotkali się w kasynie Akademii Obrony Narodowej. Abramowicz
zapytał rozmówcę, czy zna Hupałę i Jaworskiego. Ten przez chwilę się
zastanawiał.
-?Hupała był odludkiem, niewiele o nim wiem -?odparł w końcu. -?Ciągnęła
się za nim opinia, że dużo może i jest nie do ruszenia. Lubił pieniądze
i kobitki. Nie przepuścił żadnej okazji, żeby zarobić. Ludzie mówili, że
to ciemna postać. Za to o Jaworskim mogę godzinami... Nie była to może
piękna postać, ale na swój pokręcony sposób uczciwa. Chodził na przykład
na Ciuchy i wyłapywał młodych oficerów, którzy za dolary kupowali
dżinsy. Uważał, że jak ktoś płaci dolarami za amerykańskie spodnie, to
na pewno bierze kasę od agentów CIA. Porobił kilka spraw naszym i handlarzom z bazaru. Napuszczał na nich skarbówkę. Miał przez to na
Ciuchach z setkę wrogów. Ale miał też jednego ulubieńca. Jak odszedł z wojska, zaczął z nim robić biznesy na bazarze...
-?Jakaś jego konfitura3? -?zapytał Abramowicz.
-?A gdzie tam! -?zaśmiał się mężczyzna. -?Żaden konfident. Wręcz
przeciwnie! Ten ulubieniec to jedyny, który spuścił Jaworskiemu solidny
wpierdol. Dorwał go w krzakach i wyłomotał. Nie chciał zostać jego
ucholem, a jak Romek dalej naciskał, to pewnego dnia mu się odpłacił.
Jaworski cały w plastrach chodził i opowiadał, że swoich konfidentów nie
znosi, a ten jest jedyny charakterny. Zabronił go oskarżać. Chyba się
polubili.
-?A czy Jaworski mógł być czyimś agentem? Na przykład Rosjan? -?zapytał
Wiktor.
-?Jaworski?! W życiu! On miał jedną obsesję: uważał, że agent w wojsku
to gorzej niż zakonnica w burdelu. Psuje całą zabawę. Gdyby mu marszałek
Ustinow zaproponował szpiegowanie, to by pomyślał, że go odwetowcy z Bonn specjalnie podstawili. Jego problemem było to, że -?jak wielu
oficerom z awansu -?brakowało mu wykształcenia. Dlatego nie odchodził
nawet o krok od regulaminów. Taki typowy peerelowski Roch Kowalski.
Zobaczył whisky na stole i już węszył agentów. Jestem pewien, że gdyby
szpieg chciał coś od niego wyciągnąć, Jaworski od razu poleciałby z raportem do przełożonych.
-?Wszędzie widział zdrajców?
-?Dokładnie tak. Bazarowi chcieli mu dać w łapę, żeby się od nich
odpierdolił, to zrobił im sprawy karne. To był gość, który nie widział
szarości.
-?Znali się z Hupałą?
-?Musieli, ale Jaworski był na Hupałę za krótki. Dopiero jak pułkownik
zniknął, okazało się, że Jaworski chodził z donosami do dowództwa.
Pisał, że Hupała jest pazerny i że lubi luksus. Wygrzebał, że zarabia na
haraczach za odroczenie zasadniczej służby wojskowej i pośredniczy w kontaktach z WKU, a pieniądze wydaje na dziwki. Muchomorki4
z WSW zgarnęły jakieś płotki, ale nawet oni byli za krótcy na Hupałę.
Jaworski nie mógł im tego darować. Sam się przyznał do tych donosów na
jajeczku Stowarzyszenia Oficerów Rezerwy LWP. Taki to był wariat.
Podczas spotkania nie padły więcej żadne istotne informacje. Abramowicz
spisał notatkę, którą dołączył do wcześniejszego raportu, a dokument
przekazał "Szefowi". Zgodnie z rozdzielnikiem wkrótce akta dotarły do
Służby Wywiadu Wojskowego.
-?Wnioski? -?zapytał "Dowódca", gdy Duszyński skończył czytać.
-?Podsumujmy, co mamy. Hupała pisze do byłego oficera kontrwywiadu, o którym wie, że jako jedyny nie zignoruje listu, tylko natychmiast
doniesie do służb. -?Duszyński spokojnie analizował dane z notatki
Wiktora. -?W Smoleńsku przekazuje informacje polskiemu dziennikarzowi,
bo liczy, że facet pociągnie temat i dotrze do Jaworskiego. Ten zaś nie
zostawi zaproszenia bez odpowiedzi, tylko zgłosi sprawę do kontrwywiadu.
Hupała jest na tyle inteligentny i przebiegły, że nie idzie do ambasady,
gdzie zaraz namierzyliby go Rosjanie. Nie próbuje skontaktować się z Polską listownie czy przez pośredników, bo pewnie jest pod obserwacją.
Korzysta więc z okazji na lotnisku w Smoleńsku, gdzie wszyscy mają inne
problemy i panuje bałagan. Nie wie tylko, że Jaworski właśnie zmarł.
"Dowódca" nie mógł się nie zgodzić z rozmówcą.
-?Chyba mamy oferenta -?stwierdził. -?Wygląda na to, że zdrajca znów
chce zdradzić. Tylko tym razem Ruskich.
8 maja 2010, wtorek, Moskwa, lotnisko Szeremietiewo
Ida Larssen. To nie było jej prawdziwe nazwisko. Nawet kolor włosów
zmieniła jeszcze w Kopenhadze. Za to paszport miała jak najbardziej
autentyczny. Prosto z Warszawy. Nie miała pojęcia, jak to załatwiono,
ale wierzyła w słowa brata, który obiecał, że do Moskwy dostarczy ją
gładko i bez problemów. Rzeczywiście, po dwugodzinnym locie z Kopenhagi
płynnie przeszła przez kontrolę na lotnisku Szeremietiewo, a znudzony
celnik zapytał ją jedynie o cel podróży.
-?Turystyczny -?odpowiedziała krótko, bo sama uczyła na kursach wywiadu,
że wszelkie dłuższe pogaduszki na lotnisku wzbudzają nieufność celników
i skłaniają ich do zadawania kolejnych pytań.
Na szczęście urzędnik nie podejrzewał wysokiej blondynki o chęć
wysadzenia w powietrze Kremla, więc bez ceregieli wbił jej pieczątkę do
paszportu i Ida mogła bezpiecznie wyjść z terminalu, a potem wsiąść do
taksówki. Czarnowłosy kierowca mówił wyłącznie po uzbecku i rosyjsku.
Ida odpowiadała po duńsku i angielsku, więc rozmowa się nie kleiła i kobieta miała wygodne wytłumaczenie dla swego milczenia.
Czuła zmęczenie, ale i ekscytację. Ekscytację, choć z zupełnie innego
powodu, czuł też taksówkarz. Auto wjechało do miasta i od razu zaczęły
się korki. Uzbek co chwila powtarzał pod nosem coś w stylu: "Żeby cię
chory pies przez dziurę w budzie", aż wreszcie nie wytrzymał, opuścił
szybę i zaczął soczyście przeklinać po uzbecku w kierunku kierowcy,
który zajechał mu drogę. Jak Ida się domyśliła, życzył mu -?Xudo
sochlaringizni yirtib tashlaydi -?żeby jego żona straciła wszystkie
włosy.
Z ulgą wysiadła przed Hotelem Sad w Alei Milutyńskiej i poczekała, aż
taksówkarz zniknie za rogiem. Rozejrzała się wokół dokładnie tak, jak
powinna to robić turystka, która pierwszy raz znalazła się w obcym
mieście.
W Moskwie nie była pierwszy raz. Na szczęście poprzednie wizyty miały
miejsce w czasach, gdy ulice rosyjskiej stolicy nie były pod nadzorem
wszechobecnych kamer. Miejscowy kontrwywiad i system rozpoznawania
twarzy nie miały więc prawa skojarzyć Idy Larssen z młodą studentką z Polski, która na wycieczce z Almaturu zwiedzała Moskwę i Petersburg pod
koniec lat osiemdziesiątych.
Zrobiła rundkę w kierunku najbliższej stacji metra, chwilę posiedziała
na stołku barowym przy oknie w kawiarni, a kiedy uznała, że nikt jej nie
śledzi, spokojnie wsiadła do metra i pojechała w kierunku wynajętej
kwatery.
Jeszcze w Warszawie każdy z tych kroków omówiła z bratem. "Dowódca"
prosił ją czasem o drobne przysługi, ale tym razem to było coś zupełnie
innego. Miała pojechać do aquaparku w podmoskiewskich Mytiszczach, żeby
namierzyć pułkownika Tadeusza Hupałę i przekazać mu wiadomość.
Przeczytała akta uciekiniera, długo siedziała nad notatką sporządzoną
przez Abramowicza, przejrzała zdjęcia mężczyzny i zapamiętała każdy
szczegół jego twarzy, ale i tak nie była pewna, czy rzeczywiście będzie
miała do czynienia z oferentem. Nie mogła wykluczyć, że zmierza prosto w pułapkę zastawioną przez rosyjski kontrwywiad.
-?Jesteś przekonany, że list Hupały nie jest prowokacją GRU? -?To było
pierwsze pytanie, które zadała bratu.
-?Pewności nie mam żadnej. Dlatego musisz poprowadzić rozmowę z Hupałą
cienką kreską. Spróbuj wyciągnąć go gdzieś za granicę. Najważniejsze,
żeby ten skurwysyn zrozumiał, że jesteśmy nim zainteresowani.
-?A dlaczego właściwie Hupała objawił się w Smoleńsku?
-?Powód wydaje się najprostszy z możliwych. Rosjanie po wypadku
prezydenta rzucili hasło "wszystkie ręce na pokład". Szukali każdego,
kto przynajmniej raz w życiu jadł bigos. Jakby tamtej nocy padł rozkaz
"ściągnąć Annę German", to też by się znalazła. W przypadku Hupały nie
musieli nawet szukać, GRU sam dostarczył go do Smoleńska. Były oficer
LWP, który powie, co mu rozkażą, to idealny kandydat. -?"Dowódca" głośno
analizował różne opcje.
-?Po co im to było? -?dopytała Ida.
-?Zrobili spektakl dla świata, bo przecież nie dla nas. Każdy średnio
rozgarnięty przygłup musi wiedzieć, że wkrótce zacznie się szukanie
winnych wypadku. Na razie Kreml chce pokazać światu zatroskaną twarz
Władimira Władimirowicza, dobrego wujcia, wstrząśniętego śmiercią
prezydenta sąsiedniego kraju. Kiedyś to się skończy i wtedy wykorzystają
przeciw nam wszystkie nasze błędy.
-?Mogą to zrobić już teraz...
-?Na razie Rosja nie chce konfrontacji z Zachodem. Amerykański prezydent
oferuje im reset, zależy mu na transporcie sprzętu do Afganistanu i odizolowaniu Iranu. Rosja na tym korzysta, bo inwestuje ogromne
pieniądze z ropy i gazu w armię. Dlatego muszą grać w tę grę.
-?Jakoś mnie nie przekonałeś...
-?To powiem wprost: domyślasz się pewnie, że w Smoleńsku po wypadku było
kilku naszych oficerów. Gdyby Rosjanie planowali prowokację, Hupała
podszedłby właśnie do nich, a nie robił podchody z partyzanta do
dziennikarzy. Ale może się mylę...
Ten argument wydawał się logiczny -?i on przeważył. Ostrożność była
jednak wskazana. W dniu spotkania z Hupałą Ida wyszła z domu o poranku.
Był ósmy maja i miasto szorowało ulice przed 65. rocznicą zwycięstwa nad
Niemcami. Pierwsze, co rzucało się w oczy, to dziwne czarno-pomarańczowe
wstążki, którymi udekorowane były przystanki i sklepy, sąsiadująca z nimi czerwień komunistycznych flag i niczym wisienka na tym
soc-kapitalistyczno-narodowym torcie -?ołtarzyki z portretami Stalina i Putina w witrynach sklepów.
Ciekawe, jak zareagowaliby dzisiejsi wieczni przyjaciele Rosji w Europie
na widok takich samych ołtarzyków z Hitlerem w obwarzanku z germańskich
runów, pomyślała Ida, której pradziadek został rozstrzelany w Katyniu.
Ale tamte czasy minęły. Moskwa żyła bogato i bezmyślnie, ciesząc się z wysokich cen ropy i gazu, na ulicach widać było nowe inwestycje, a w metrze pasażerowie ubrani byli tak, że nie wyróżnialiby się z tłumu w Warszawie, Berlinie czy Londynie. Nikt nie myślał o wojnie ani o terrorystach.
Teraz patrzyła na ludzi w metrze z zupełnie innej perspektywy. Jeśli
dostrzeże wśród współpasażerów "ogon bezpieki", będzie musiała przerwać
zadanie, zanim to jeszcze naprawdę się zaczęło. Jeśli nie dostrzeże, a obserwacja otoczy ją szczelnym kordonem, to w najlepszym wypadku skończy
na Łubiance. Starała się więc nie dekoncentrować. Najgorsze jednak, że
była sama. Ze względu na tajność misji nie mogła liczyć na to, że
ktokolwiek z moskiewskiej placówki SWW wspomoże ją w wykrywaniu
rosyjskiej obserwacji. W normalnych warunkach druga ekipa nasłuchiwałaby
częstotliwości obserwatorów FSB i choćby po skoku liczby połączeń
wykryła ich obecność. Jednak tym razem Ida działała w pojedynkę. Mogła
polegać wyłącznie na własnych oczach i inteligencji. W sobotnie południe
ruch w metrze był spory, ale dla Idy nie był to wielki problem.
Spojrzała na odbijające się w oknie wagonu dwie sylwetki. Zauważyła, że
mężczyźni noszą w uszach identyczne białe bezprzewodowe słuchawki
iPhone'a. Niby nic, ale równie dobrze mógł to być kanał kontaktowy z dowódcą grupy obserwacyjnej. Byli młodzi, mieli może po dwadzieścia lat.
Musiała się im przyjrzeć i zapamiętać. Dostrzegła, że jeden trzyma pod
pachą podręcznik do literatury rosyjskiej, a drugi przegląda album o Dostojewskim. Jeśli wysiądą na następnym przystanku, to znaczy, że są
studentami w drodze na zajęcia w Domu Dostojewskiego. Zobaczymy.
A kim ty jesteś...? Z lewej strony, plecami do okna, siedziała starsza
kobieta w szarych sportowych butach, trochę za porządnych w porównaniu z raczej tanią resztą stroju. Za to idealnych na długie spacery za
śledzoną osobą. Ida dyskretnie przyjrzała się jej dłoniom. Spracowane i zrogowaciałe. A na nogach pod rajtuzami bandaże. Wyglądała na sklepową
wystającą całe godziny za ladą, której po nocnej zmianie wysiadają nogi.
Ma żylaki. Albo udaje, że je ma -?bo oficer wywiadu przeciwnika raczej
się nie spodziewa, że starsza pani z żylakami będzie za nim kłusować po
moskiewskich bulwarach. Trzeba ją zapamiętać.
Przytrzymała torebkę jak ktoś, kto obawia się grasujących w metrze
kieszonkowców, i oparła plecy o drzwi wagonu. Teraz miała lepszą pozycję
do obserwacji. Omiatała twarze, szukając zagrożenia. Skupiała się na
tych typowych, zwyczajnych, których nikt nigdy nie zaczepi, nie zechce
zaproponować spaceru czy randki. Przed sobą zobaczyła dziewczynę
wpatrzoną w ekran smartfona. Jeśli włączyła kamerę aparatu, to pod
dobrym kątem mogła widzieć, co dzieje się za jej plecami, i obserwować
Idę. Larssen wyciągnęła głowę. Ulga. Dziewczyna oglądała jakiś durny
filmik.
Wagon zatrzymał się na stacji Dostojewskaja. Dwóch studentów,
zagadanych, choć cały czas ze słuchawkami w uszach, ruszyło w kierunku
wyjścia. Do środka wsiadły kolejne osoby. Ich twarze i sylwetki też
zapamiętała. Szeregowała pasażerów, szukała charakterystycznych
elementów, o których łatwo zapomnieć przy zmianie peruki czy ubrania -
łańcuszków, pasków od zegarka -?łączyła ich twarze z wypatrzonymi
detalami.
Wysiadła na stacji Sretienskij Most i przejściem podziemnym ruszyła do
najstarszej w Moskwie czerwonej linii. Stacja Czistyje Prudy,
Turgieniewska i Sretienskij Most tworzyły tam wianuszek splątanych
korytarzy. Zamiast do czerwonej linii, Ida poszła jednak w bok, prosto w kierunku stacji Turgieniewska. Szła pewnym krokiem, nie odwracała się,
nie próbowała na siłę odnaleźć obserwacji. Dopiero kiedy przeszła za
marmurowy narożny wspornik, zatrzymała się i na planie zaczęła sprawdzać
kolory, jakimi oznaczono linie kolejki podziemnej. Dokładnie obserwowała
przy tym idących za nią ludzi, którzy wchodzili do tunelu. Nikt, kto
wcześniej towarzyszył jej w wagonie, nie przeszedł obok. Zadowolona,
ruszyła przed siebie i nadrabiając drogi, pokonała kilkaset metrów do
kolejnej stacji metra. Było czysto. Odetchnęła i w ostatniej chwili
wsiadła do odjeżdżającego wagonika.
Termin akcji wybrali z bratem celowo. Liczyli, że na dzień przed wielką
paradą zwycięstwa na Placu Czerwonym rosyjskie służby będą miały
wystarczająco dużo pracy z zabezpieczeniem tysięcy gości i widzów. Do
Moskwy przylatywał cały polityczny świat. Jeden po drugim lądowali
prezydenci i premierzy z ponad trzydziestu państw. Zapowiedziała się
Angela Merkel, Nicolas Sarkozy i Bronisław Komorowski. W centrum stolicy
krążyły setki dziennikarzy i fotoreporterów, a autobusy rozwoziły po
mieście żołnierzy, którzy w paradzie mieli reprezentować dawną koalicję
antyhitlerowską.
Po kilku godzinach trasy sprawdzeniowej i wykonaniu dziesiątek zdjęć
napotkanym zabytkom -?tak bezsensownych, że nawet najbardziej czujny
obserwator uznałby, że Idy nie interesuje nic ponad to, co zajmuje
każdego z miliona turystów w tym mieście -?sama przed sobą przyznała, że
jest bezpieczna i może przejść do kolejnej fazy akcji. Wsiadła do
autobusu i pojechała w stronę podmoskiewskich Mytiszczy. O siedemnastej
była już pod aquaparkiem. Trzy minuty później przytknęła gumową opaskę z czipem do bramki, przeszła przez kołowrotek i skierowała się do szatni.
W głównej hali było duszno, głośno, a zapach chloru wręcz odurzał. Pod
sklepieniem dudniły krzyki zachwyconych dzieci, do uszu wdzierał się
szum płynącej wody, a zielone zjeżdżalnie raz po raz wypluwały
odpoczywających w AquaDome mieszkańców Moskwy. Ida weszła pod prysznic;
teraz wyglądała, jakby na basenie spędziła cały dzień. Rozejrzała się po
hali. Już wcześniej dostrzegła, że wejście na baseny można obserwować z przeszklonej kawiarni na piętrze. Teraz okazało się, że z galerii widać
też doskonale całą przestrzeń. Owinęła się ręcznikiem i weszła po
schodach na górę. Kupiła sok pomidorowy i usiadła przy stoliku. Do
osiemnastej zostało ledwie parę minut. Znów zlustrowała otoczenie. Jeśli
pakowała się w zasadzkę, to na basenie powinno być gęsto od obserwacji.
Niczego takiego nie dostrzegła. Same rodziny z dziećmi. Poza wejściem do
budynku i hali nie zauważyła też kamer. Najwyraźniej budynek oddalony od
centrum Moskwy nie został uznany przez FSB za cel warty ochrony przed
terrorystami.
Potencjalny zamachowiec w slipkach? Trudno sobie to wyobrazić! Zaśmiała
się do swoich myśli.
Z każdą minutą kolejka do wejścia malała. Więcej było osób wracających
do domów. Czuła napięcie związane ze zbliżającą się rozgrywką.
Rozluźniła mięśnie, lekko przymrużyła oczy i skupiła się na oddechu.
Uniosła powieki. Jest! Łatwo go było wypatrzyć.
Wśród stojących w kolejce rodziców z dziećmi kostyczny mężczyzna
wyróżniał się jak pedofil w przedszkolu. Stał spokojnie z torbą plażową
na ramieniu i powoli przesuwał się w stronę kasy. Nie był zawodowcem, z jego akt wynikało, że nigdy nie przeszedł kursu wywiadowczego, więc
gdyby kontrwywiad zorganizował na Larssen zasadzkę, pewnie Hupała nie
byłby teraz taki opanowany.
Ida wstała i zeszła na dół. Po chwili zobaczyła, że mężczyzna wchodzi do
środka, ale zamiast -?jak zakładała -?położyć się na leżaku pod
słomkowym parasolem, nieoczekiwanie skręcił w lewo i wszedł do części
położonej za tandetnym przepierzeniem przypominającym zamkowy mur.
Ruszyła za zdrajcą. Gdy tylko zamknęły się drzwi, gwar zamilkł jak
ucięty nożem. Słychać było tylko relaksującą muzykę. Zobaczyła napis
"Strefa saun", sztuczną rzeczkę wśród równie sztucznych skał i kolejny
bar.
Cholera, powinnam była to wcześniej sprawdzić, pomyślała z wyrzutem.
Hupała chwilę pływał w skalnym potoku, ale po kilkunastu minutach
zniknął za mlecznymi drzwiami oddzielającymi bar od sauny. Larssen nie
miała wyjścia i też weszła do środka. Wzdłuż korytarza znajdowały się
wejścia do różnych łaźni -?była sauna fińska, parowa, infrared.
Dostrzegła, że przy sali z lewej strony leżą klapki, identyczne z tymi,
które nosił dezerter. To ułatwiało sprawę. Kiedy na wieszaku dostrzegła
kąpielówki Hupały, zorientowała się, że ona też będzie musiała zdjąć
kostium. Nie planowała striptizu, ale najwyraźniej nie miała wyjścia.
Zrzuciła strój i owinęła się ręcznikiem, dziękując Bogu, że włożyła do
torby ten większy. Zostawiła klapki przy wejściu i weszła do
zaparowanego pomieszczenia. W środku oprócz Hupały siedziała młoda para
-?sądząc po obrączkach i jednakowych ręcznikach, małżeństwo -?oraz
biuściasta dziewczyna, która intensywnie okładała się witkami. Ida
zwróciła uwagę, że zarówno dziewczyna, jak i małżonkowie są już mocno
spoceni, co oznaczało, że w saunie siedzą dobrych kilkanaście minut.
Tak jak się spodziewała, najpierw z łaźni wyszła para. Została
dziewczyna, której skóra przypominała teraz dojrzałą brzoskwinię -?i która najwyraźniej postanowiła pobić rekord wygrzewania się. Hupała
siedział na dolnej ławie, gdzie temperatura była najniższa, Ida
wcześniej wybrała tę na górze -?chciała mieć pod kontrolą wszystkich
saunowiczów -?ale gdy zwolniło się miejsce, stwierdziła, że to doskonała
okazja, żeby usadowić się na wprost pułkownika.
-?Chyba przesadziłam. Strasznie gorąco tam na górze -?rzuciła w przestrzeń przepraszającym tonem, jakby miała powód do usprawiedliwień.
-?Dopiero zaczynam saunować i nie jestem jeszcze zahartowana -?ciągnęła,
licząc, że Hupała jakoś zareaguje na jej słowa.
Mężczyzna skrzywił się w grymasie, który pewnie miał oznaczać uśmiech,
ale się nie odezwał. Na szczęście biuściasta dziewczyna nie zwracała
uwagi na dwoje starszych od niej ludzi. Trudno, musiała próbować dalej.
-?Mógłby pan podać mi witki? To brzoza czy wierzba? Słyszałam, że to
rosyjska tradycja... -?powiedziała, sygnalizując, że nie jest miejscowa.
Hupała drgnął i wreszcie na jego twarzy dostrzegła zainteresowanie.
Zaniepokojony, rzucił okiem na siedzącą w rogu nastolatkę, ale w końcu
podał Idzie wiecheć i odparł:
-?Polecam brzozowe. Jak pani zapyta Rosjanina, każdy pani powie, że
oczyszczają płuca.
-?Słyszałam, że Rosjanie w saunie polewają kamienie wódką, a to co
najwyżej pomaga oczyścić zatoki. -?Zaśmiała się. -?Pan jest
obcokrajowcem? -?zapytała i zaraz dodała: -?Ja jestem z Danii.
Hupała uciekł od odpowiedzi, ale zapytał:
-?W Danii saunowanie jest popularne?
-?Na pewno nie tak jak w Rosji czy Finlandii. Jeżdżę teraz trochę po
świecie i jak tylko mam okazję, staram się oczyszczać skórę i głowę.
Byłam ostatnio w Warszawie i tam...
Na dźwięk tych słów Hupała znowu drgnął i przestał się uśmiechać.
Nerwowo spojrzał na siedzącą z boku nastolatkę, dziewczyna jednak nie
sprawiała wrażenia, jakby interesowało ją cokolwiek poza okładaniem się
witkami. Ida ciągnęła więc dalej:
-?I tam były sauny, ale na południu Europy nie ma ich nawet w hotelach.
-?Była pani w Warszawie? -?zapytał zmienionym głosem.
-?Nawet nie w samej Warszawie. Mieszkałam po wschodniej stronie Wisły, w Rembertowie... -?zawiesiła głos i obserwowała, jaką reakcję wywołają jej
słowa. Miała wrażenie, że Hupała coraz ciężej oddycha i mocniej się
poci. -?Była tam doskonała sauna. Właścicielem jest człowiek, który za
komunistów handlował na tamtejszym bazarze. Jak się dowiedział, że lecę
do Moskwy, polecił mi właśnie AquaDome. Mówił nawet, że o osiemnastej
jest tu najprzyjemniej...
Zamilkła. Teraz albo otworzą się drzwi i wpadnie kontrwywiad, a nastolatka spod ręcznika wyciągnie pistolet, albo...
-?Chyba słyszałem o tamtejszej saunie -?odpowiedział Hupała, cicho i powoli. -?Cieszę się, że mamy wspólnych znajomych. Chociaż prędzej
spodziewałbym się spotkać tu tego znajomego niż Dunkę, która uwielbia
saunowanie.
Larssen uznała, że już się poznali i czas przejść do następnej fazy.
-?Cóż zrobić. Też mu to proponowałam, ale nie mógł przyjechać -
skłamała. -?Ja z kolei bardzo się cieszę, że pana poznałam. A pan jeździ
po świecie?
-?Rzadko. Jakoś ostatnio zwiedzam wyłącznie Rosję. Ale za pięć lat
przechodzę na emeryturę i wtedy będę miał okazję wyjeżdżać częściej.
-?A teraz nie miałby pan ochoty odwiedzić jakiegoś zachodniego kraju?
Może Finlandia? Z Petersburga samochodem jest kilka godzin, a sauny mają
genialne.
-?Teraz to niemożliwe. -?Wciąż mówił powoli, jakby ważył każde słowo. -
Ale za pół roku będę w Baku. Jeżdżę tam na Nowy Rok z kolegą, dobrze
znam to miasto. Zatrzymam się w hotelu Citadel Baku Old Town. Jeśli
przez przypadek będzie pani w noworoczny poranek o dziesiątej w hotelowej saunie, to będzie okazja porozmawiać dłużej.
-?Kolega też jest miłośnikiem saunowania?
-?Kolega w noworoczny poranek zawsze jest niedysponowany.
Zamilkli. Ida odczekała jeszcze kilka chwil i wyszła z sauny. Wzięła
szybki prysznic, po czym ruszyła do szatni. Przebrała się, opuściła
basen i pojechała taksówką do kawalerki. Tam spakowała rzeczy i dokładnie wyczyściła mieszkanie. Na ulicy wsiadła do autobusu,
sprawdzając, czy nie jedzie za nią obserwacja, przeszła dla pewności
jeszcze kilka przecznic i autobusem dojechała do Dworca Leningradzkiego.
Kupiła bilet na "Czerwoną Strzałę" do Petersburga. Czekała ją
ośmiogodzinna nocna podróż i miała zamiar wykorzystać ten czas na sen.
Wrzuciła walizkę na półkę i sięgnęła do szafki, gdzie znalazła kapcie
oraz pachnącą pościel, a także szlafrok i ręczniki. Gdy skład ruszył, za
oknem zagrzmiała jakaś sowiecka melodia. Najbardziej ekskluzywny
rosyjski pociąg był żegnany identycznie jak w trzydziestym pierwszym
roku i na Idzie zrobiło to większe wrażenie niż czerwony dywan, po
którym weszła do wagonu. Odświeżyła się, a potem poprosiła stewarda, by
rano przyniósł jej śniadanie do kabiny. Zmęczona, w końcu rzuciła się na
łóżko, ale adrenalina nie chciała odpuścić. Całą noc nie zmrużyła oka -
obracała się z boku na bok -?więc kiedy nad ranem kelner zapukał do
przedziału, była już umalowana i ubrana. W mieście nad Newą przesiadła
się do samolotu i w południe dotarła do Kopenhagi. Padła na łóżko jak
zabita i spała równe dwanaście godzin. Mogła sobie na to pozwolić, bo
brat czekał tuż za ścianą. I już widział, że misja Idy Larssen
zakończyła się sukcesem.
Rozdział 1
Ich się nie karmi, do nich się strzela
18 czerwca 2015, czwartek, Chorwacja, Puerto Vallarta Camp
Pierwsze miasto, do którego wjechała po przekroczeniu granicy, było
martwe. Upał zabił nawet świerszcze. Wcześniej w Chorwacji skwar witał
ją na A1 dopiero za tunelem Sveti Rok, ale dzisiaj nie można było
oddychać już przed Zagrzebiem. Wystarczyło otworzyć drzwi, żeby wszelkie
pomysły na odpoczynek uleciały jak powietrze z klimatyzowanego auta. Do
Dalmacji dojechała późnym popołudniem. Odebrała klucze od przyczepy i padła nieżywa na łóżko. Obudziła się, kiedy w Puerto Vallarta Camp było
jeszcze ciemno. Przeciągnęła się i poczuła, że jest cała mokra.
Wzięła szybki prysznic, owinęła się ręcznikiem i poszła na kamienistą
plażę. Zza żółto-brązowych wysp powoli wychodziło słońce. Poczekała, aż
morze stanie się błękitne, zdjęła ręcznik, wyjęła maskę do snorkelingu i zanurzyła się w krystalicznym Adriatyku. Chwilę nurkowała, obserwując
przesuwające się pod nią dno. Bez kostiumu, naga, czuła opływającą jej
ciało wodę. Była wolna i szczęśliwa. Wyrzuciła z głowy kłębiące się
myśli, zrzuciła z ramion stres. Nie wiedziała, ile czasu minęło, ale w końcu uznała, że już dość. Zawróciła w stronę brzegu ostrym kraulem,
żeby mięśnie dostały swoją dawkę energii. Z każdym machnięciem ramionami
czuła, jak jej mózg uwalnia kolejną dawkę endorfin. W końcu stanęła na
kamienistym dnie i wyszła z wody.
Na plaży pojawili się pierwsi plażowicze. Wśród innych nagich ludzi nie
czuła skrępowania swoją nagością. W internecie wyczytała, że Puerto
Vallarta Camp jest miejscem przyjaznym naturystom -?i chyba rzeczywiście
tak było. Rozłożyła ręcznik na skałce, wystawiła się do słońca i zamknęła oczy. Kiedy uniosła powieki, na plaży było już całkiem tłoczno.
Popatrzyła na inne kobiety i uznała, że nie ma się czego wstydzić. Poza
szramą, którą zarobiła w wypadku Antonowa w Bieszczadach, i pamiątką z Afganistanu jej ciało było w formie. Bieganie i ukochana wspinaczka
robiły dobrą robotę.
Po godzinie uznała, że czas na śniadanie. Usiadła w tawernie obok plaży.
-?Dobro jutro! Što biste željeli za doručak?5 -?usłyszała
miły męski głos.
Obróciła głowę, ale oślepiło ją słońce. Odchyliła głowę i przysłoniła
dłonią oczy. Zrobiło się jej nieswojo, bo obok stał atrakcyjny brunet,
tyle że w szortach. Odruchowo przysłoniła ciało ręcznikiem i odpowiedziała:
-?Dobro jutro. -?Po czym dodała już po angielsku: -?Myślałam, że
kelnerzy też są naturystami.
Chłopak się zaśmiał.
-?To niepraktyczne, w kuchni strasznie pryska olej. Ale jeśli chcesz,
mogę je zdjąć. -?Pokazał na spodenki.
Klara poczuła, że się czerwieni.
-?No tak... A co możesz mi zaproponować? -?Dopiero gdy wypowiedziała te
słowa, usłyszała, jak dwuznacznie zabrzmiały. Dlatego szybko
sprostowała: -?Chodzi o śniadanie...
Chorwat przesunął się w cień i teraz wreszcie mogła mu się lepiej
przyjrzeć. Miał miłą twarz i piękne oczy. Podał jej kartę.
-?Dla ciebie pewnie coś zdrowego. Sałatka i kawa, zgadłem?
Klara nie chciała wyjść na potulną kozę, więc odruchowo zaprzeczyła:
-?Jajecznica na bekonie i croissanty. Ale kawa może być.
Już po chwili zauważyła, że kelner zrealizował jej zamówienie w pierwszej kolejności. Podczas posiłku i później, gdy piła kawę,
starannie omijała go wzrokiem. Nie mogła się oszukiwać -?facet był w jej
typie, ale podrywanie pracownika pierwszego dnia pobytu w ośrodku
naturystów byłoby oznaką desperacji. Nie twierdziła, że nie skusi się na
niezobowiązującą letnią przygodę, ale niech przystojniak trochę się
pomęczy.
Włożyła pod talerzyk napiwek i wstała od stolika. Kiedy przechodziła
obok baru, zarzuciła ręcznik na ramię, tak żeby chłopak zobaczył, że jej
pierwsza reakcja nie oznaczała, że wstydzi się swojej nagości. Patrzył
na nią urzeczony, a na odchodne posłał jej kolejny zniewalający uśmiech
i zawołał:
-?Zapraszamy wieczorem na dyskotekę!
Coraz bardziej jej się tu podobało. Zaplanowała zwiedzanie miasteczka,
więc poszła do przyczepy i przebrała się w lekką białą tunikę. Uznała,
że jeśli po drodze spotka kelnera, musi wyglądać jak milion dolarów.
W tym momencie zadzwonił telefon. Spojrzała na ekran. Miała już pięć
nieodebranych połączeń. Odebrała.
Dzwoniła Ewa Krukowska. Po akcji w Odessie Klara przez długi czas mówiła
do niej Kateryna, choć w końcu imię zastąpiła nowa ksywka, czyli
Kataryna. Pasowała do sposobu bycia Ewy, która po dekadzie mówienia i myślenia tylko po rosyjsku, po powrocie do kraju rozmawiała w języku
ojczystym jak nakręcona.
-?No jestem. Co się urodziło? -?rzuciła lekko, choć miała złe
przeczucia.
Rzeczywistość okazała się gorsza od podejrzeń.
-?"Zastępca" cię wzywa -?usłyszała. -?W poniedziałek o dziewiątej rano
masz być w P-2 na Rakowieckiej.
-?Ale jak w poniedziałek? Przecież ja właśnie zaczęłam urlop! Coś wam
się...
-?Nic nam się. Bierz swój piękny tyłek w troki i melduj się w Warszawie.
"Zastępca" obiecał, że czeka na ciebie coś lepszego niż Chorwacja.
-?Kurwa, znowu mnie wyśle na jakieś zadupie. Ja pierdolę...
-?Coś w wybuchowym nastroju jesteś.
-?Z prochu powstałam -?zażartowała cierpko Klara. -?Ciekawe, jak ty byś
klęła, gdyby cię z urlopu odwołali?
-?Chorwacja jest przereklamowana, Polska piękniejsza. W poniedziałek na
Rakowieckiej. Trzymaj się, Klara. I korzystaj ze słońca.
Nie było jeszcze nawet południa, jednak dla kapitan Klary Klinger słońce
już zaszło.
-?Pieprzyć -?przeklęła pod nosem.
Niewiele myśląc, poszła do baru i odnalazła Chorwata, który na widok
zbliżającej się w zwiewnej tunice Polki o mało nie wywrócił tacy pełnej
szklanek. Pochyliła się nisko nad jego uchem, tak by poczuł jej ciepły
oddech, i wyszeptała:
-?Przyjdę na dyskotekę, jeśli będziesz tańczyć tylko ze mną.
Nie musiała czekać na odpowiedź, bo doskonale wiedziała, jaka będzie.
21 czerwca 2015, niedziela, Warszawa, Plac Inwalidów, mieszkanie Klary Klinger
Telefon od "Zastępcy" zastał Klarę pod prysznicem. Od razu wyczuła, że
harmonogram na następne dni uległ niespodziewanej zmianie. Na razie
tylko nie znała powodu tego stanu rzeczy.
-?Weź broń i spakuj rzeczy na dwa dni. -?Głos Duszyńskiego był spokojny,
ale dało się w nim wyczuć napięcie.
-?Teren zielony czy miejski? -?dopytała Klinger.
-?Możliwe, że mieszany, ale raczej miejski.
-?Odprawa w firmie?
-?Nie. Jedź od razu do Rembertowa. Stamtąd startujecie. Reszty dowiesz
się na miejscu.
Punktualnie w południe Klara zameldowała się przy bramie JW2305. Widząc
jej samochód, wartownik, najwyraźniej uprzedzony przez dowódcę sztabu
jednostki, od razu podniósł szlaban, instruując, by zaparkowała przed
budynkiem D.
Wskazany budynek był szarym, niepozornym barakiem z dwiema strzelistymi
antenami na dachu. To właśnie w nim mieściła się sekcja koordynacji
operacji specjalnych. Nierzucający się w oczy parterowy klocek miał w rzeczywistości dwie kondygnacje, w tym jedną podziemną, gdzie mieściły
się sztab i centrum dowodzenia. W jego pobliżu był też heliport
przystosowany do przyjmowania amerykańskich zmiennowirnikowców pionowego
startu i lądowania Osprey. Było więc tam wszystko, co pozwalało na
błyskawiczne poderwanie sekcji bojowych do działań w terenie oddalonym
nawet o 1600 kilometrów. Było też duże zamieszanie. Zbyt duże jak na
leniwą czerwcową niedzielę.
-?Co się dzieje? -?przywitała pytaniem Roberta Rapackiego, który chwilę
wcześniej również zaparkował swoje auto przed budynkiem D. Rapacki był
jej dawną miłością z czasów szkoły wywiadu, później ich drogi się
rozeszły, by znów zetknąć się podczas ubiegłorocznej akcji w Odessie. Od
tego czasu pracowali razem. Dawne sentymenty odżyły, ale cały czas
pozostawały w sferze platonicznej.
-?Wiem tyle co ty. Przekonajmy się -?odpowiedział, po czym weszli do
środka.
Chwilę później siedzieli już w gabinecie szefa sztabu operacji, który po
koleżeńsku udostępnił pokój pułkownikowi Duszyńskiemu. Rapacki i Klara
usiedli przy niedużym stole konferencyjnym. Po kilku minutach
niespodziewanie dołączył do nich nowy szef Służby Wywiadu Wojskowego,
pułkownik Jan Moske.
-?Mamy informacje od Amerykanów, że Rosjanie planują przeprowadzić
prowokację w Wilnie -?powiedział Moske. -?Jej celem będzie rodzina
Żyłunowicza. Chcą ich porwać i zabić.
Po tych słowach Klarze pociemniało w oczach. Chodziło o bezpieczeństwo
rodziny białoruskiego naukowca Olesia Żyłunowicza, którego kilka lat
wcześniej sama pozyskała do współpracy, a który zginął potem przez
nieudolność żądnego zrobienia szybkiej kariery pułkownika Bergera.
Dowodzący akcją w Mińsku Berger winę za wpadkę Żyłunowicza zwalił na
Klarę, w efekcie jej wojskowa kariera omal nie legła w gruzach. Pomógł
jej wtedy "Zastępca".
-?Najwyraźniej GRU ustaliło, że ukryliśmy ich na Litwie. Ma to być kara
za współpracę Olesia Żyłunowicza z polskimi służbami, a propagandowo
dowód na to, że Polska likwiduje swoich agentów, gdy tylko przestają jej
być potrzebni.
-?Jak się okazało, operacją w Wilnie będzie kierował wasz dobry znajomy,
kapitan Briusow -?powiedział Moske. -?Ten sam, który strzelał się z wami
w Odessie. To ma być jednocześnie zemsta GRU za śmierć majora
Stieczkina.
Rosjanie cały czas myślą, że Klara nie tylko zwerbowała Żyłunowicza, ale
i porwała z Ukrainy Stieczkina, pomyślał Duszyński. To dobrze. To
oznacza, że nie wiedzą, że major Stieczkin żyje i że od dawna pracował
dla nas.
-?Jakie są nasze zadania? -?wtrącił się Rapacki.
-?Briusow i jego ludzie mają podobno wywieźć rodzinę Olesia w kierunku
Białorusi. Tam, przy granicy, chcą ich zabić, jednocześnie podrzucając
dowody naszego rzekomego udziału. Ciała mają być porzucone tak, by
wyglądało, że Żyłunowiczowie chcieli wrócić do Baćki, a Polacy za karę
ich rozwalili -?tłumaczył spokojnie Moske.
-?Dwie pieczenie na jednym ogniu... -?Klara próbowała opanować nerwy.
-?Trzy -?dorzucił "Zastępca". -?Nie zapominaj, że w przekonaniu GRU to
zemsta na tobie za śmierć Stieczkina.
-?A skąd ruskie się dowiedzieli, że ukryliśmy Żyłunowiczów w Wilnie?
-?Tego na razie nie wiem. I zostawię to na później. Najważniejsze, że
jesteśmy już po słowie z Litwinami. -?Moske rozłożył na stole plan
stolicy Litwy. -?Dom, w którym mieszkają Żyłunowicze, jest już pod
obserwacją tamtejszych służb. Każdy ruch żony i syna Olesia jest
monitorowany. Litwini trochę narzekali, że bez ich wiedzy ukryliśmy na
ich terenie rodzinę naszego agenta. Obiecali jednak pomóc. Sami na razie
nie chcą się mieszać. Zabezpieczą teren, udrożnią możliwość działania.
Przymkną też oko, jeśli coś narozrabiamy. To bardzo dużo.
-?Jaki mamy plan? -?Klara powtórzyła pytanie Roberta.
-?Ewakuujemy rodzinę Olesia, zanim pojawią się Rosjanie -?odpowiedział
"Zastępca".
-?Może być ostro. Mamy decyzję prezydenta o PKW6 i działaniach za
granicą? -?wtrącił się Rapacki.
-?Nie martw się. Wszystko załatwione -?odpowiedział Moske.
-?A jeśli Rosjanie się pojawią, zanim zdążymy ewakuować Żyłunowiczów? -
Klara nie dawała za wygraną.
-?Szczerze mówiąc, liczymy właśnie na taki rozwój wypadków -
odpowiedział tajemniczo Moske.
21 czerwca 2015, niedziela, Budzisko, Podwojponie, polsko-litewskie przejście graniczne, mobilny punkt kontrolny Valstyb?s sienos apsaugos tarnyba (VSAT)
Vytautas Giedraitis, kapitan Państwowej Litewskiej Straży Granicznej
(VSAT), zaciągnął się głęboko, po czym skiepował dopalonego papierosa na
popękanym asfalcie parkingu. Dochodziła północ. Sznur ciężarówek
wlokących się długim tasiemcem w kierunku Mariampola wydawał się nie
mieć końca. Złudzenie zlewających się świateł potęgowała ciemna noc,
która sprawiała wrażenie czarniejszej niż zwykle.
-?Co za nudy... -?mruknął oficer, sięgając po kubek termiczny z kawą. -?Co
dziesiąta z trefnym towarem, co druga to wyłudzacze VAT-u. Jadą tylko po
to, by wyładować i załadować ten sam towar po naszej stronie. Jutro
wrócą z nim do siebie, do tego z podbitymi papierami celnymi w ręku.
Będzie podstawa do zwrotu podatku. Gdyby nie te nielegalne wygibusy w Budzisku, byłoby cicho i spokojnie -?skwitował, spoglądając na wlokące
się wąską drogą ciężarówki.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki