Moje spotkanie z poltergeistem
Jako pierwszą zamieszczę na tych kartkach moją własną relację ze spotkania z "innym wymiarem".
Nigdy nie byłem zbyt łatwowierny, nigdy też nie byłem nadto sceptyczny. Zawsze starałem się podchodzić do świata i zjawisk w nim zachodzących w sposób ostrożny, ale równocześnie byłem otwarty na przyjmowanie do wiadomości i godzenie się z każdym, najbardziej nawet nieprawdopodobnym zdarzeniem, o ile rzecz jasna miałem absolutną pewność, że ono rzeczywiście zaistniało.
Oczywiście wielokrotnie zdarzyło mi się słuchać rozmaitych i licznych relacji o niewytłumaczalnych faktach, jakich świadkami czy uczestnikami byli krewni oraz bliżsi i dalsi znajomi. Owszem, słuchałem owych opowieści zawsze chętnie (bo je lubię, podobnie jak pewnie lubisz je Ty, Czytelniku), ale przecież nigdy wszystkiego co zasłyszałem, nie przyjmowałem absolutnie bezkrytycznie, starając się - o ile było owo możliwe - sprawdzić prawdomówność i rzetelność opowiadającego.
Jak nietrudno się chyba domyślić, zdarzało się, że pragnąłem, aby i mnie spotkało coś tak dziwnego, niesamowitego, budzącego dreszcz emocji, co spotykało moich rozmówców. Niestety - tak dobrze nie ma i niewytłumaczalnych zdarzeń nie doświadcza się na zawołanie.
Aż tu raptem, zgoła nieoczekiwanie, moje wcześniejsze pragnienie się ziściło. Niestety, nie byłem wówczas przygotowany na przeżycie niesamowitości, wszystko to mnie po prostu zaskoczyło i dlatego chyba pierwszym odruchem było szukanie - co jest zresztą chyba typowe - racjonalnych wyjaśnień.
Ale przejdźmy do rzeczy. Może jednak zacznę od początku. Pamiętam doskonale: było to 8 maja 1982 roku, między godziną 18.30, a 20.00. Nie zajmowałem się wówczas jeszcze pisarstwem, lecz uprawiałem, któryś tam z kolei, przypadkowy, absolutnie mnie nie satysfakcjonujący zawód. Pracowałem wówczas w automatycznej centrali telefonicznej w Miechowie, małym podkrakowskim miasteczku.
Tego dnia miałem popołudniowy dyżur, który pełniłem z dwiema jeszcze osobami Grażyną M. i Bronisławem W. Około godziny 18.20 przyszedł mnie odwiedzić mój kolega Stanisław J., który nie był pracownikiem Urzędu Telekomunikacyjnego, a sprowadził go wówczas do mnie interes.
Skoro się zjawił, postanowiliśmy zrobić sobie przerwę na podwieczorek. Gdy zatem zagwizdał czajnik, a herbata poczęła dymić ze szklanek, wszyscy usiedliśmy - gość również - w niewielkim pomieszczeniu, sąsiadującym z biurem napraw telefonicznych z jednej strony i wąskim, ciemnym korytarzykiem, zakończonym ciężkimi metalowymi drzwiami, prowadzącymi na klatkę schodową, a z niej na podwórze na tyłach Urzędu, z drugiej strony.
Jedliśmy ubogie kryzysowe kanapki, popijaliśmy "popularną" lurą udającą herbatę i rozmawialiśmy na jakieś błahe tematy. Gdy zacząłem ze swoim znajomym Stanisławem J. umawiać się na spotkanie u mnie w mieszkaniu, gdzie mieliśmy zabrać się do przepisywania na maszynie tekstu książki, którą przełożył z angielskiego, dało się słyszeć kilkakrotne, bardzo silne - jakby pięścią - uderzenia w żelazne zewnętrzne drzwi, sąsiadującego z naszym pomieszczeniem korytarzyka.
- Pewnie to któraś z telefonistek - zauważyła Grażyna M., nie kwapiąc się by wstać, podejść do tych drzwi i wpuścić osobę stojącą za nimi.
Zresztą żadnemu z nas nie chciało się ruszać z miejsca. Aż wreszcie, widząc że nikt tego nie ma zamiaru uczynić, sam wstałem. Podszedłem do ciężkich podwoi, uchyliłem je, ale nie zobaczyłem za nimi nikogo.
- Pewnie to tylko były żarty - zauważył Bronisław W. - Pewnie telefonistka szła do kiosku i przechodząc obok naszych drzwi postukała w nie.
Ale nim zdążyłem dobrze usiąść przy brudnym, obskubanym biurku, na którym stała moja szklanka z herbatą i nadgryziona kromka chleba, z centrali automatycznej do naszych uszu dobiegł tak potworny hałas, że wszyscy porwaliśmy się z przerażeniem na równe nogi.
Trwał akurat stan wojenny, znajdowaliśmy się na terenie obiektu zmilitaryzowanego, urządzenia telekomunikacyjne były pod szczególną ochroną, a tu wyglądało, iż na naszym dyżurze centrala się rozpada. Już obydwaj z drugim dyżurnym widzieliśmy się w więzieniu.
Łomot (nie potrafiłem znaleźć bardziej odpowiedniego słowa) był tak ogromny, że ani przez chwilę nie mieliśmy wątpliwości, iż to istotnie rozpadają się urządzenia albo - co nam dosłownie zamroziło krew w żyłach - do pomieszczenia centrali dostał się jakiś szaleniec i teraz ją demoluje.
Dźwięki dobiegające naszych uszu jako żywo przypominały ze straszną, potworną siłą zadawane żelaznym łomem uderzenia w metalowe stojaki z wybierakami.
Obydwaj z Bronisławem W. co rychlej przebiegliśmy te kilka kroków do pomieszczenia centrali, ale nim zbliżyliśmy się do stojaków, łoskot jak nieoczekiwanie się zaczął, równie nieoczekiwanie ustał.
Spoglądaliśmy na siebie zupełnie zdezorientowani, a potem poczęliśmy dokładnie i szczegółowo oglądać urządzenia. Pracowały spokojnie jak zawsze. Słychać było terkotanie wybieraków, startujących gdy abonenci w swoich mieszkaniach podnosili słuchawki i wykręcali numery...
Franciszek S. i Zły Duch
Ale niezwykłe wydarzenie, jakie zostało opisane wcześniej, nie było ani pierwszym, ani jedynym, jakie miało miejsce w tym mieszkaniu.
Oto bowiem Franciszek S. przypomniał sobie, jak przed niespełna kilkoma tygodniami, gdy wprowadzili się dopiero z rodziną do tego domu, przydarzyło się - tym razem jemu - coś, czego nie umiał i nie umie do dziś wytłumaczyć.
W mieszkaniu był sam. Dziewczynki zabrali jego rodzice do innego miasta, do czasu, aż ukończą urządzanie mieszkania, a żona była na nocnym dyżurze.
Wrócił z pracy, z popołudniowej zmiany, zjadł kolację, wykąpał się i obejrzawszy wieczorny film w telewizji, położył się spać. Nie miał problemów z zaśnięciem, ledwo zamknął oczy, już pogrążył się w ciemnym mroku niepamięci, bez żadnych rojeń i majaków. Jak długo spał - nie wiedział. Ale oto naraz, raptownie, przebudził się całkiem przytomny i w pełni świadomy tego gdzie się znajduje. Pewnie takie przebudzenia zdarzały się i Tobie, Czytelniku. Nie mógł pojąć co go obudziło. Uniósł powieki, było ciemno, tylko nikły poblask lamp rtęciowych ustawionych wzdłuż ulicy, sączył się przez nie zasłonięte okno. Było cicho jak makiem zasiał. Usiadł na posłaniu i instynktownie - tak jak to miał we zwyczaju, gdy budził się w nocy - sięgnął po papierosa. Suchy trzask zapałki pocieranej o draskę i po chwili zaciągnął się gryzącym dymem.
"- Wypalę i kładę się z powrotem" - pomyślał. Lecz w tej samej chwili gdzieś z drugiego końca pokoju, jego uszu dobiegł głośny, lekko ochrypły szept męskiego głosu:
Co zobaczyła mała Kasia?
Było to zimą, którejś z sobót lutego lub marca 1981 roku. Franciszek S. tego popołudnia był sam w domu ze swoimi dwiema córeczkami. Miał akurat wolne, zaś jego żona przebywała na dyżurze w pracy. Zmierzch - jak to w zimie - zapadł dość szybko.
Mężczyzna najpierw próbował coś poczytać, ale przy dzieciach mu się to nie udało. W końcu zrezygnował, włączył telewizor, żeby mieć trochę spokoju. Liczył bowiem, że dziewczynki zainteresują się tym, co będzie wyświetlane na małym ekranie, a jemu dadzą odpocząć po nieprzespanej uprzednio nocy, którą spędził w pracy, i równie nieprzespanym (bo nie było ku temu warunków) dniu.
I nie pomylił się. Zarówno trzyletnia Ela, jak i czteroletnia Kasia dały mu odrobinę odsapnąć. Nawet udało mu się zdrzemnąć. Przebudził się akurat w trakcie dziennika telewizyjnego. Młodsza z dziewczynek spała, więc przeniósł ją ostrożnie na jej posłanie, starszej jakoś nie kleiły się oczy, więc pozwolił by jeszcze została.
Leżeli oboje na wersalce. Skończył się dziennik, zaczęto wyświetlać jakąś głupią czeską komedię, która - nie wiedzieć czemu - bardzo podobała się Kasi. Dziecko śledziło akcję rozbawione, śmiejąc się co chwilę na całe gardło.
Chociaż film był idiotyczny, Franciszek spoglądając na córkę również śmiał się serdecznie.
Tymczasem emisja dobiegła końca. Wyświetlono planszę z programem na niedzielę, który Kasia kazała ojcu odczytywać na głos. Zastosował się do jej życzenia. Kiedy skończył, dziecko spojrzało na niego zawiedzione i zapytało:
Bardzo krótkie wprowadzenie ... które niech mi Czytelnik wybaczy
Kiedyś, przed laty, nieżyjący już profesor Stefan Manczarski, wybitny polski badacz zjawisk paranormalnych, tak pisał:
"Powtórzmy raz jeszcze za Boltzmanem, iż w naturze nie ma nic niemożliwego, mogą być tylko wydarzenia w najwyższym stopniu mało prawdopodobne (...).
Musimy więc liczyć się z tym, że i my możemy w życiu codziennym napotkać fakt, który tak dalece odbiega od norm naszego zwykłego doświadczenia, iż należy nazwać go "wydarzeniem nieprawdopodobnym". Uprzytomnienie sobie realnej możliwości takiego faktu stanowi niewątpliwie poważny wstrząs.
Ja poszedłbym jeszcze dalej: skoro nawet uprzytomnienie sobie możliwości napotkania w swoim życiu "wydarzenia nieprawdopodobnego" doprowadza do poważnego wstrząsu psychicznego, to co może się zdarzyć z człowiekiem, który takowego faktu doświadczył? Przeżywając coś niewytłumaczalnego przy pomocy całej dostępnej nam wiedzy, doznajemy szoku i przez długi czas po podobnym przeżyciu ciężko nam całkowicie i w pełni powrócić do przaśnej powszedniości.
Doświadczając niesamowitego, automatycznie niejako zaczynamy się uważać za innych, może lepszych, może w jakiś sposób uprzywilejowanych, bo to przecież "coś" nas właśnie, a nie kogoś innego wybrało, nam, a nie innym osobom się objawiło, to my doświadczyliśmy niesamowitego i niecodziennego kontaktu z nadprzyrodzonym.
Lecz nim dopuścimy do własnej świadomości, iż dziwne zdarzenie rzeczywiście nie mieści się w "naukowo uporządkowanej rzeczywistości", zawsze na początku, za wszelką cenę usiłujemy znaleźć dla niego racjonalne, zrozumiałe dla nas, a przez to niestraszne wyjaśnienie. I dopiero gdy się to nie udaje, poczynamy odczuwać lęk...
Drogi Czytelniku, w tej oto książce, którą teraz trzymasz w ręku, chcę Ci zaprezentować kilka relacji osób, którym dane było się zetknąć z innym - nazwijmy to - "wymiarem", otrzeć się o inną, częstokroć budzącą już nie tylko zaskoczenie i zdziwienie, ale wręcz lęk, rzeczywistość.
Żadna - podkreślam to: żadna z relacji nie jest wyssaną z palca bajdą, a wszystkie z opowiedzianych tutaj zdarzeń w rzeczywistości miały miejsce.
Cóż, sceptycznym wolno być każdemu z nas, dlatego nie wymagam wiary, stuprocentowej wiary w to wszystko, co tu zostało zaprezentowane, chociaż zbierając owe relacje, starałem się zawsze, w dostępny mi sposób, sprawdzić rzetelność i prawdomówność opowiadającego lub źródła, z którego zaczerpnąłem informacje.
Niektóre imiona, nazwiska oraz inicjały osób, które - tak, tak, to nie było łatwe i proste, nakłonić normalnych obywateli, przeciętnych zjadaczy chleba, aby zechcieli mi zwierzyć się ze swoich niecodziennych przeżyć niczym księdzu na spowiedzi - udzielały mi informacji, zostały zmienione.
Jakoś dziwnie się dzieje, iż ludzie niechętnie mówią o rzeczach "innych", niecodziennych, niesamowitych, jakich dane im było doświadczyć. Wstydzą się śmieszności, wstydzą się, że zostaną uznani za (łagodnie mówiąc) niespełna rozumu, i - biorąc pod uwagę nasz jakże powszechny sceptycyzm - nie dziwimy się im i nie potępiamy.
A zatem, w niniejszej książce umieściłem relacje osób, które doświadczyły dotknięcia Niezwykłego, ubierając je w nieco zbeletryzowaną formę, aby uczynić je bardziej interesującymi, i "lżej strawnymi". W miarę możności jak najwierniej i jak najrzetelniej opisałem przeżycia ludzi jakie miały miejsce w ciągu kilkudziesięciu ostatnich lat, ale przecież znajdziemy i takie, które zapisano na kartach XVIII i XIX-wiecznych książek, a które niejednokrotnie mają ciąg dalszy we współczesności.
Cóż mieści owa książka? Otóż chciałem, żeby była w miarę możności dość zróżnicowania. Niezwykłe może bowiem nas dotykać na najrozmaitsze sposoby. A więc opisałem w niej zetknięcia żywych z istotami, zjawami, upiorami, ale także zająłem się szeroko rozumianymi zjawiskami cudownymi. Ale dość już tego zbyt chyba przydługiego wstępu. Teraz zapraszam do dalszej lektury - opisów niesamowitych wydarzeń.