Szczawno, Solice, Kudowa
Lato 1946 roku. Drugie lato po wojnie. Lipcowe słońce ogrzewa zarosłe trawą leje po bombach, pola gęsto inkrustowane niewybuchami, rozparcelowane majątki ziemskie. W jego promieniach grzeją się jaszczurki zwinki, dla których gruzy zburzonych w czterdziestym piątym domów to jedynie kupa ostrych kamieni. I wychudłe, bezpańskie psy wylegujące się w kurzu gościńców. Na rozminowanych polach krowy żują trawę i próbują nerwowymi uderzeniami ogonów przepędzić grube czarne muchy i gzy. Krowom bez różnicy, czy mucha jest polska, czy niemiecka. I czy trawa rośnie na łące, z której widać sylwetę miasta Breslau, czy nad strumieniem w Sorgowiczach. Ale ludziom nie jest wszystko jedno. Na poniemieckim wszystko jest inne, nieznane i gorsze niż w domu. Ciągle trudno się im przyzwyczaić, że teraz ich dom jest "tu", a "tam" już nie istnieje.
Co innego mówią ci, którzy traktują podróż na "polski Dziki Zachód" jako szansę na szybkie wzbogacenie i nowe życie. Mówi się, że w Breslau, w Stettinie, w Waldenburgu i w Liegnitz pełno jest wszelakich dóbr, które pozostawili po sobie Niemcy uciekający przed Armią Czerwoną. Można się nieźle obłowić. Zająć murowany dom wraz z całą gospodarką. Zostawić za sobą stare życie w Łodzi czy na kieleckiej wsi i stworzyć siebie na nowo. Zostać gospodarzem, sołtysem, milicjantem. Ziemie Odzyskane to kraina niemal nieograniczonych możliwości, która wabi syrenim śpiewem: "Nad Odrę! Po ziemię ojców i dobrobyt!".
Pociąg z Łodzi do Wrocławia jedzie kilkanaście godzin. W wagonie towarowym, którego podłogę dla względnej wygody podróżnych wyłożono słomą, panuje ścisk nie do opisania. Mimo że przez całą drogę drzwi pozostają otwarte, powietrze wewnątrz jest gęste od papierosowego dymu, smrodu spoconych ciał, nieświeżych oddechów. Czasem, nie wiedzieć czemu, pociąg zatrzymuje się w szczerym polu. Potem równie niespodziewanie lokomotywa wydaje głośne sapnięcie, zgrzytają koła i wagony ociężale ruszają. Prawdziwa lukstorpeda, komentuje z udawanym podziwem jakiś żartowniś i cały wagon aż trzęsie się ze śmiechu. Towarzystwo, choć umęczone, jest w dobrym humorze. Ktoś podśpiewuje, ktoś inny częstuje towarzyszy samogonem. W rogu wagonu drzemie staruszek, a jego głowa podskakuje w rytm stukotu toczących się po szynach kół.
Pod ścianą siedzi drobna, najwyżej dziesięcioletnia dziewczynka wraz ze starszym mężczyzną. To chyba dziadek. A może ojciec? Wojna i okupacja wyryły na niejednej twarzy piętno sprawiające, że nie sposób dziś odróżnić młodego od starca. Mała trzyma butelkę mleka, którą być może dała jej na drogę matka. Wagonem trzęsie niemiłosiernie. Tak mocno, że przy szyjce robi się korek z masła. Opiekun dziewczynki, łysy mężczyzna o regularnych rysach oraz żywym spojrzeniu, śmieje się i żartuje. Siedzi oparty o ścianę wagonu, a obok niego spoczywają drewniane kule. Jeden rękaw marynarki zwisa smętnie. Kaleka. Może weteran wojenny? Bohater września lub warszawski powstaniec? Trudno zgadnąć. W wagonie jest wesoło i kaleka śmieje się razem z innymi pasażerami. Ale pewnie boi się tak jak wszyscy i chce tym śmiechem zagłuszyć strach przed nieznanym Zachodem. Mówi się, że Szkopy siedzą jeszcze po lasach. I że miny pozostawiali na polach i drogach. Chociaż z drugiej strony - na śmiałych czeka bogactwo. Ale kaleka z córką nie wyglądają na poszukiwaczy poniemieckich skarbów. Bo i jak mieliby to robić mężczyzna bez nogi i ręki oraz drobna dziewczynka?
Ten mężczyzna to łódzki artysta, Władysław Strzemiński. A dziewczynka to jego córka, Nika (w dokumentach zapisano: "Jakobina Ingeborga"). Jadą na plener, który dla swoich studentów zorganizowała łódzka Państwowa Wyższa Szkoła Sztuk Plastycznych. Inni wykładowcy, a także studenci i asystenci są już na miejscu. Brakuje tylko Strzemińskiego, który wraz z córką dociera właśnie do niegdysiejszego Breslau, a obecnie Wrocławia. Stąd już niedaleko do Nowej Rudy, celu ich podróży. Szczęście im sprzyja. Nieopodal dworca udaje im się złapać jadącą na południe wojskową ciężarówkę. Dwóch młodych żołnierzy w rogatywkach pomaga Strzemińskiemu wdrapać się na wysoką platformę, trzeci trzyma szczudła. Potem chwyta Nikę, którą lekkim ruchem unosi w powietrze i sadza obok ojca. Ruszamy! Jest już noc, gdy docierają do Nowej Rudy. Lepiej zanocujmy na stacji, decyduje Strzemiński, a Nika oddycha z ulgą. Nie wiadomo, co kryje się w ciemnym, nieznanym mieście. Rano ruszą do jednej z poniemieckich willi, gdzie przebywa cała gromadka z Łodzi, niecierpliwie oczekująca na przybycie uwielbianego profesora.
Nowa Ruda, do której w lipcu 1946 roku przybyli łódzcy artyści oraz artyści in spe, została Nową Rudą ledwie dwa miesiące wcześniej. Do tego momentu miasteczko nosiło nazwę Neurode, czy też Noiroode, jak mawiali miejscowi chłopi, którzy posługiwali się miejscową gwarą glätzisch. Była jednym z wielu ośrodków przemysłowych w Sudetach i takim pozostała nawet wówczas, gdy polski burmistrz, Edward Miernik, ustalał ramy nowej, socjalistycznej rzeczywistości, w której nie było miejsca dla Niemców, ale za to pojawili się repatrianci z dawnych Kresów czy polscy górnicy z Francji. Przemysłowy charakter Rudy raczej nie przeszkadzał Strzemińskiemu oraz studentom łódzkiej szkoły plastycznej. Może dzięki temu poczuli się nawet trochę jak w Łodzi? Co innego, gdyby udali się do wcale nieodległych miejscowości uzdrowiskowych: Kudowy, Dusznik czy Szczawna. Tam trwała prawdziwa rewolucja.
Dawne niemieckie kurorty, gdzie zaledwie kilka lat wcześniej bawili Damen und Herren udający się dla poratowania zdrowia do śląskich wód, ulegały przeobrażeniom. Zamiast kuracjuszy alejkami chadzali czerwonoarmiści, których wojna przeniosła z kazachskich stepów w Sudety. W dawnych pensjonatach administracja przydzielała mieszkania Zabużanom. Kurhausy i hotele takie jak Schlessischer Hof w Szczawnie-Zdroju stawały się domami zdrojowymi. W ramach akcji odniemczania Ziem Odzyskanych skuwano napisy i nazwy w języku niemieckim. Bo przecież słusznie było zapomnieć, że Duszniki-Zdrój to Bad Reinerz, a Szczawno-Zdrój to Bad Salzbrunn. Hotel Preussische Krone stał się Koroną Piastowską, a Bismarckweg - ulicą Michała Drzymały. Należało też usunąć napisy pisane schreibschriftem. I - jeśli tylko były ku temu jakiekolwiek przesłanki - wspomnieć o śląskich Piastach, którzy, jak książę Henryk I Brodaty, raczyli uwzględnić w swych dokumentach poszczególne miejscowości. Do Brodatego należała między innymi wieś Stary Bór, która z czasem przekształciła się w Salcbrun/Salzbrunn. Piastowski rodowód miało także Warmbrunn, czyli swojskie Cieplice. Legenda głosiła, że w 1175 roku książę Bolesław Wysoki w trakcie polowania odkrył źródło, z którego tryskała ciepła woda o uzdrawiających właściwościach. Do tego w Szczawnie (czy raczej w Salzbrunn) gościła niegdyś królowa Maria Kazimiera, małżonka Jana III Sobieskiego, a w Dusznikach (wówczas Reinerz) bawił wraz z matką Fryderyk Chopin i nawet dał z tej okazji dwa koncerty. Czy zatem arcypolskie, piastowskie uzdrowiska mogły nosić niemieckie nazwy? No właśnie! W ruch szły młotki i urzędowe maszyny do pisania, bo stosowny dokument ustanawiający nowe nazewnictwo był równie ważny, jak fizyczne unicestwienie starego.
Problemy, z jakimi przyszło mierzyć się nowym władzom śląskich uzdrowisk, wykraczały jednak daleko poza kwestie językowe. Trzeba było chronić nieruchomości i ruchomości, które pozostały po Niemcach i mogły paść łatwym łupem polskich lub radzieckich szabrowników. Wystarczyło, że stacjonujący w Solicach (tak do maja 1946 roku nazywało się Szczawno-Zdrój) korpus Armii Czerwonej zajął Schlesischer Hof, a spod hotelowych drzwi co rusz odjeżdżały ciężarówki oraz wozy wyładowane meblami, obrazami, elementami hotelowej armatury, pościelą czy materacami. Jednym słowem - wszystkim, co tylko mogło przedstawiać jakąkolwiek wartość. W Bad Flinsberg (czyli Wieńcu, a potem Świeradowie-Zdroju) z niemal stu obiektów gastronomicznych, hotelarskich i pensjonatów zniknęło niemal dziewięćdziesiąt pięć procent wyposażenia. Zrozpaczony naczelnik Wojewódzkiego Wydziału Zdrowia na Dolnym Śląsku, doktor Bogdan Snarski, prosił wicewojewodę podpułkownika Kazimierza Orczykowskiego, aby ten interweniował w sztabie Armii Czerwonej w celu zaprzestania dalszego wywozu aparatury uzdrowiskowej, a kto wie, może i zwrotu tego, co już zostało zabrane. Polscy żołnierze i osadnicy nie byli wcale lepsi. Do tego dochodzili lokalni urzędnicy państwowi, którzy zasłaniając się oficjalnymi pozwoleniami na wywóz poniemieckiego mienia, dokonywali szabru w majestacie prawa. Zanim w Solicach powołano nowy zarząd miejski, który podjął się niełatwego zadania magazynowania i zabezpieczenia majątku, niezniszczone podczas działań wojennych uzdrowisko poniosło znaczące straty. Mimo to już w czerwcu 1946 roku wznowiło swoją działalność i odtąd było otwarte dla osób cywilnych jako Przedsiębiorstwo Uzdrowiskowe Szczawno-Zdrój.
Chłopi w uzdrowisku w Solicach-Zdroju, druga połowa lat 40.
Narodowe Archiwum Cyfrowe
W kilku pierwszych latach po wojnie organizacja masowego wypoczynku znajdowała się na odległym miejscu listy priorytetów nowych, komunistycznych władz. Nie oznaczało to bynajmniej zaniechania jakichkolwiek działań na tym odcinku (czego dowodzi chociażby przywołany już przykład Solic). Jeśli jednak w danej miejscowości dachu nad głową poszukiwała szkoła czy choćby najskromniejsza instytucja państwowa, to bez wahania przekształcano dawne wille i pensjonaty w placówki edukacyjne lub urzędy. W 1948 roku Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej (TPPR) otrzymało w Jagniątkowie pod Jelenią Górą malowniczą willę wzniesioną w stylu niemieckiego renesansu. Do czerwca 1946 roku zamieszkiwał ją Gerhart Hauptmann, niemiecki dramaturg i powieściopisarz, laureat Literackiej Nagrody Nobla. Mówiono, że gdy tylko zmarł, u drzwi willi zjawił się przedstawiciel ówczesnego ministra sprawiedliwości Henryka Świątkowskiego, który był jednocześnie prezesem TPPR. Wdowa po nobliście starała się ratować majątek, ale mogła jedynie odsunąć o kilka tygodni to, co było nieuniknione. Świątkowski użył swoich wpływów i znajomości, by karkonoska posiadłość trafiła w jego ręce. W podobny sposób przejął dom po jednym z poronińskich górali, w którym następnie utworzono Muzeum Włodzimierza Lenina. Z ramienia Towarzystwa nieruchomościami zarządzali bracia Wrońscy - Bolesław oraz Stanisław, który był sekretarzem Świątkowskiego, a w późniejszych latach ministrem kultury i sztuki. Pod ich troskliwą "opieką" budynek w ciągu ledwie dwóch lat został niemal całkowicie wyszabrowany z mebli, kryształów, obrazów. Jak donosiła anonimowa notatka dla Najwyższej Izby Kontroli, łupami podzielili się Wrońscy, którzy następnie zwrócili budynek gminie Jagniątków, uznawszy go za "deficytowy".
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.
Prolog
- Pani Ireno, a nie chciałaby pani pojechać do sanatorium? Nie była pani jeszcze, a przecież pracuje pani u nas już ładnych parę lat.
Internistka w przychodni zakładowej łódzkiej elektrociepłowni uważnie spogląda na leżące przed nią papiery, jak gdyby chciała nadać swoim słowom urzędową wagę i moc. Siedząca naprzeciwko niej Irena, drobna, mysia blondynka o okrągłej twarzy, za dwa lata idzie na emeryturę. Zerka niepewnie na panią doktor, przybierając poważny wyraz twarzy, za którym chce ukryć zakłopotanie całą tą sytuacją.
- Sanatorium? Ale ja nie wiem... - mówi cicho.
Jest zdrowa, nic jej nie dolega. Nie choruje. Nawet głowa jej nigdy nie boli. Nie korzystała dotąd z dobrodziejstw zakładowych wczasów, bo i po co? Mieszka pod Łodzią. Ma podwórko, kawałek pola, ogródek. Na podwórku rośnie orzech włoski. Pod nim stoi ławka. Przyjemnie jest usiąść w cieniu, posłuchać wróbli ćwierkających pod okapem stodoły. To najlepsze wczasy - po co jej jechać gdzieś daleko, w nieznane?
W końcu Irena, sprzątaczka w jednym z oddziałów produkcyjnych, da się przekonać lekarce i otrzyma skierowanie do sanatorium imienia doktora Ostrowicza w Lądku-Zdroju. Spędzi tam trzy tygodnie. Z dala od domu, orzecha na podwórzu, męża i dzieci. Przyśle im kartki pocztowe z kolorowymi zdjęciami, na których będzie się pysznił zakład przyrodoleczniczy Wojciech oraz domy Funduszu Wczasów Pracowniczych (FWP): Małgosia i Hel. Na odwrocie równym pismem pilnej uczennicy przedwojennej szkoły podstawowej poinformuje, że "czuje się dość dobrze" i "bierze kąpiele borowinowe w Wojciechu", a "mieszka z dwoma miłymi paniami". Że "wyżywienie dość dobre", a "pogoda w kratkę", co jednak nie przeszkadza kuracjuszom w zwiedzaniu ziemi kłodzkiej. I że "trochę tęskni". Nigdy się nie przyzna, że swój pierwszy wyjazd na wczasy okupiła bólem brzucha z nerwów.
Konstytucja Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, uchwalona 22 lipca 1952 roku, stanowiła, że "obywatele Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej mają prawo do wypoczynku" (art. 59 ust. 1), przyznawała robotnikom i pracownikom umysłowym płci obojga "coroczne płatne urlopy" (art. 59 ust. 2), a także podkreślała znaczenie "zdrowego i kulturalnego wypoczynku dla coraz szerszych rzesz ludu pracującego miast i wsi" (art. 59 ust. 3). Gdy w połowie 1989 roku czasy Polski Ludowej zostały opatrzone oficjalną adnotacją "słusznie minione", słowo "wypoczynek" zniknęło z języka polityków. W tekście Małej Konstytucji z 1992 roku i jej "dużej" następczyni z roku 1997 nie zostało użyte ani razu. W kapitalizmie się pracuje, zarabia, dorabia, haruje. Wypoczywać, nicnierobić, lenić się, leżeć do góry brzuchem, czekając na państwowe dwa tysiące, można było w komunizmie. W nowej Polsce (której, dla odróżnienia od tej "słusznie minionej", nadano przydomek "wolna") relaks przysługiwał tym, którzy mogli sobie na niego pozwolić i którzy - co wydawało się tożsame - ciężko na niego zapracowali. Poza tym "w Stanach Zjednoczonych nikt nie słyszał o trzytygodniowych urlopach", co wyraźnie podkreślał prezes zarządu pewnej agencji reklamowej w rozmowie z dziennikarką "Gazety Wyborczej"1. Zanim jednak plan Balcerowicza objął sektor wypoczynku i rekreacji, a duża część państwowych pensjonatów trafiła w ręce prywatne, setki tysięcy Polek i Polaków corocznie cieszyły się słońcem, wodą i powietrzem.
Początkowo urlop, na wzór radziecki, miał być czasem "naprawy zmęczonego pracą organizmu"2. Szybko zarzucono tę koncepcję, bo jak to możliwe, by w socjalistycznym państwie warunki pracy wywierały destrukcyjny wpływ na zdrowie obywateli?!
Akcja wczasów musi odegrać rolę nie tylko czynnika regenerującego siły fizyczne i umysłowe, lecz winna dać odprężenie człowiekowi pracy, to, co Amerykanie nazywają "recreation", czyli kulturalną i przyjemną rozrywkę, oraz stwarzać warunki rozwoju psychicznego i fizycznego, co jest podstawą podniesienia kultury społecznej narodu - pisał w 1947 roku Józef Jakubowski, redaktor naczelny wydawanego przez Ministerstwo Oświaty "Biuletynu Wczasów". - W dzisiejszej sytuacji warunki racjonalnego spędzania wczasów muszą stanowić taką samą wartość dla współczesnej gospodarki społecznej, jaką stanowi praca3.
Przywołana na początku rozdziału historia Ireny, pracownicy łódzkiej elektrociepłowni, zdarzyła się naprawdę. Zarówno jej bohaterka, jak i okoliczności, w jakich otrzymała pierwsze w życiu skierowanie do sanatorium, są autentyczne. Podobnie cytaty z wysyłanych do rodziny kartek pocztowych, które udostępnił mi syn Ireny. Szczegóły i sam przebieg rozmowy z zakładową lekarką, jakkolwiek oparte na faktach, są jednak wyobrażone. Kto bowiem zapisywał w pamięci lub na kartkach sztambucha, co danego dnia powiedział, co zjadł na śniadanie, czy bolała go głowa lub żołądek? Nie uczyniła tego Irena, sprzątaczka z Łodzi, która podobnie jak tysiące pracownic i pracowników w Polsce Ludowej spoglądała na instytucjonalnie zorganizowany wypoczynek z pewną nieufnością i długo zastanawiała się: "Jechać czy nie jechać - oto jest pytanie".
Cóż miała uczynić obywatelka, która ciężko pracowała na budowie socjalizmu, aby wypocząć? Jakie kroki miał podjąć urzędnik w centrali nasiennej na Mazowszu marzący, by zobaczyć Morze Bałtyckie? Dokąd miał się udać kaszlący górnik, by ratować wypełnione czarnym pyłem płuca? Państwo zaczęło od spraw fundamentalnych, lecz nie dla wszystkich oczywistych. Uznano, że wczasy wypoczynkowe i wczasy lecznicze to dwie różne sprawy. Dom wczasowy to nie sanatorium. Oczywiście znaleźli się i tacy, którzy dzieląc włos na czworo, zaczęli deliberować, czy aby wypoczynek nie jest także formą powrotu do zdrowia, bo zmęczenie psychiczne i fizyczne są pokrewne stanowi chorobowemu. Na szczęście wprowadzono jasne reguły i kryteria. Choroby to gruźlica, gościec, choroby serca i setki innych przypadłości. A zmęczenie to zmęczenie - i tyle. Wprawdzie zachodni lekarze pisali coś o "wypaleniu zawodowym"4 i nawet twierdzili, że jest to jednostka chorobowa, ale po pierwsze - prawie nikt nie miał dostępu do wyników ich badań, a po drugie - jak można było wierzyć medykom pozostającym na usługach kapitalistów i burżujów?
Z sanatorium sprawa pozornie przedstawiała się prosto. Lekarz zakładowy czy komisja lekarska badali pacjenta lub pacjentkę i widząc niepodważalne oznaki uszczerbku na zdrowiu, wypisywali skierowanie na dwudziestojednodniowe wczasy lecznicze w stosownej placówce. Tyle w teorii, bo w praktyce bywało różnie. Szczególnie w pierwszych latach wdrażania nowego systemu mnożyły się najróżniejsze błędy i wypaczenia. A to lekarz nie chciał posłać chłopa do wód, a to posłał, ale nie do tych co trzeba. Doktor powinien był chyba wiedzieć, dokąd skierować chorego? No bo skąd miał to niby wiedzieć hutnik czy stoczniowiec? Kto z nich by pomyślał, że woda nie wszędzie jednaka? Bywało tak, że gospodyni cierpiąca na przewlekłe choroby trzustki jechała do miejscowości, gdzie wody mineralne miały wysokie stężenie żelaza, dobre dla cierpiących na anemię. Z kolei chory na serce trafiał do sanatorium położonego w Tatrach. Taki turnus, zamiast pomóc, mógł jeszcze zaszkodzić! Błędy i pomyłki, jakkolwiek kosztowne, miały jednak prawo się zdarzać. W końcu dopiero tworzono zręby struktur masowego wypoczynku, także leczniczego. Należało zatem uświadamiać, edukować, informować. A w ostateczności - ganić i karać.
W pierwszym roku akcji wczasów z zorganizowanego wypoczynku skorzystało ledwie dwanaście i pół tysiąca osób, które wyjechały do naprędce zorganizowanych domów wczasowych. Ledwie? Był rok 1945 i pomimo końca wojny rzeczywistość wydawała się nader niepewna. Trwała nowa wędrówka ludów, po lasach kryły się bandy, miasta leżały w gruzach. Mimo to udało się zorganizować ponad pół setki domów wczasowych, zapewniając wczasowiczom w sumie 6560 miejsc. Kolejne lata przyniosły zarówno znaczący rozwój bazy noclegowej, jak i wzrost liczby osób z niej korzystających. Jesienią 1947 roku podczas konferencji Komisji Centralnej Związków Zawodowych podjęto szereg decyzji zmierzających do centralizacji, a tym samym zwiększenia efektywności systemu zorganizowanego wypoczynku. Na rezultaty nie trzeba było długo czekać. Już w najbliższym sezonie, a więc w roku 1948, z wypoczynku organizowanego przez Fundusz Wczasów Pracowniczych skorzystało 316 800 osób. Rok później - 451 700, a w 1950 roku przekroczono liczbę pół miliona (554 600)! Można było odtrąbić zwycięstwo na odcinku wypoczynku. Ale w FWP i Centralnej Radzie Związków Zawodowych (CRZZ), która w 1949 roku zastąpiła Komisję Centralną, nikomu nie zaszumiało w głowie od sukcesu. Przeciwnie - skoro udało się zapewnić wypoczynek pięciuset tysiącom obywateli i obywatelek, to dlaczego nie darować tej możliwości milionowi? Albo dwóm milionom?
Warszawskie Biuro Skierowań FWP - CRZZ, 1954
Fot. K. Małek w publikacji Po pracy, Fundusz Wczasów Pracowniczych Centralnej Rady Związków Zawodowych w Polsce, Wydawnictwo "Sport i Turystyka", 1954
Te miliony wczasowiczów składały się z jednostek. Wprawdzie rewolucyjny poeta Władimir Majakowski mawiał, że "jednostka zerem, jednostka bzdurą"5, ale na wakacjach nikt nie kazał jej dźwigać pięciocalowej kłody ani tym bardziej wznosić pięciopiętrowego domu. Związki zawodowe w tym przypadku musiały zwrócić się nie tylko do mas, jak to miały w zwyczaju, ale też do pojedynczego pracownika i pracownicy. Musiały zachęcać i namawiać, wskazywać zalety oraz korzyści płynące z wypoczynku. Mówiono o aktywnej polityce rozbudzania potrzeb wypoczynkowych. Niekiedy posuwano się nawet do przymusu czy szantażu, warunkując udzielenie urlopu tym, że robotnik wykorzysta go na wczasy. Dość szybko zaniechano jednak takich praktyk zarówno z przyczyn ideowych, jak i z powodu znikomej skuteczności. Znacznie lepiej sprawdzało się to, co dziś nazywamy marketingiem szeptanym. Mało kto pojechał na wczasy i chciał wracać. Przeciwnie - najchętniej zostałby na kolejnym turnusie. A do tego, już po powrocie do pracy, namawiał na wczasy innych. W końcu któż mógł lepiej doradzić niezdecydowanym obywatelom i obywatelkom niż koleżanka pracująca na tej samej zmianie albo kolega obsługujący sąsiednią maszynę? Ci z kopalni, którzy robili na dole, nie byli skorzy wyjeżdżać. Mówili, że to dobre dla umysłowych czy byjamtr?w, znaczy urzędników. Oni woleli się tam nie pchać, a wolne spędzać po staremu, na laubie. Stefana, trzydziestoletniego górnika z Bytomia, nakłonili kamraci. Wprawdzie żaden z nich sam nie był na wczasach, ale mówili: "Ty młody, pojedziesz i nam opowiesz". Stefan wrócił z urlopu tak zadowolony, że od razu zapowiedział wszystkim kolegom, że za rok pojedzie znowu. I tylko żałował, że wcześniej nie korzystał z Funduszu. "Mnie już się przecież wcześniej należały, ale żona odmawiała" - narzekał6. Nie był odosobnionym przypadkiem. J.B., maszynistę z Piły, też namówili koledzy z zakładu. Podobnie B.B., niespełna trzydziestoletniego elektromontera z Zagłębia Dąbrowskiego. I jego rówieśnika pracującego w kopalni w Siemianowicach.
Skierowania na wczasy rozprowadzały związki zawodowe poprzez związkowe rady zakładowe, które samodzielnie decydowały o doborze kandydatów. Musieli oni być, rzecz jasna, zatrudnieni w danym przedsiębiorstwie, a także należeć do związków (ten zapis został z czasem zniesiony). Preferencyjnie traktowano członków partii i przodowników pracy, których socjalistyczna ojczyzna chciała w ten sposób wynagrodzić za trud włożony w jej budowę. Z kolei sama liczba przydziałów dla pracowników, określana jako procent członków danego związku zawodowego, była różna w zależności od branży. Wypoczynek przysługiwał więc większemu odsetkowi górników, hutników, metalowców czy włókniarzy (jednym słowem, wszystkim tym, którzy pracowali w warunkach niebezpiecznych czy szkodliwych dla zdrowia) niż na przykład osób zatrudnionych w przemyśle spożywczym czy transportowców. Ustalając limity skierowań, Fundusz Wczasów Pracowniczych oraz związki zawodowe brały także pod uwagę uwarunkowania i specyfikę danej branży. Na przykład chłopi zrzeszeni w Samopomocy mogli wyjeżdżać zimą, chociaż korzystali z tej możliwości rzadko i niechętnie. Związek Nauczycielstwa Polskiego otrzymywał przeważającą część przysługujących mu skierowań w okresie letnim, kiedy uczniowie (a zatem i nauczyciele) mieli wakacje. Jego członkowie korzystali z wczasów nader chętnie, spędzając turnusy w jednym z kilkunastu rozrzuconych po całym kraju Domów Nauczyciela.
Zarówno nauczycielka, jak i huciorz, weberka czy giser musieli przejść taką samą procedurę, u której kresu widniały upragnione wczasy. Najpierw, pod koniec roku, uzgadniali w miejscu pracy plan urlopów. Następnie udawali się do przedstawiciela rady zakładowej albo odpowiedniej delegatki związkowej, którzy wyjaśniali, jakie ośrodki wypoczynkowe są dostępne i w jakich terminach. Wybór był szeroki. Domy wczasowe w górach i nad morzem, domki kempingowe wśród lasów lub nad jeziorami - delegatka rozwijała wachlarz możliwości. Proszę się decydować! Zanim jednak pracownik czy pracownica podjęli decyzję dotyczącą miejsca pobytu, musieli wpierw określić znacznie ważniejszą rzecz i zadeklarować, czy na wczasy udają się samotnie czy w towarzystwie współmałżonka. Jeśli było się panną czy kawalerem, odpowiedź była oczywista, a ponadto można było liczyć, że podczas turnusu zapozna się kogoś na tyle interesującego, że warto będzie wspólnie dzielić wczasowe dole i niedole. Gdy jednak w domu byli mąż lub żona, a do tego kilkoro dzieci, sprawy się komplikowały. Wprawdzie samotny wyjazd jednego z małżonków był możliwy, ale mało kto się na niego decydował. Z kolei wczasy rodzinne wiązały się ze znacznie większymi wydatkami, należało bowiem samodzielnie sfinansować podróż i pobyt najbliższych. Jedynie w sytuacji, gdy rodzina pozostawała na wyłącznym utrzymaniu naszej weberki lub, co zdarzało się częściej, hajera, koszty wyjazdu dzieci pokrywał zakład pracy pospołu ze Skarbem Państwa. Wpisywało się to poniekąd w ogólny charakter zorganizowanego wypoczynku tuż po zakończeniu wojny, naznaczonego przewagą wyjazdów indywidualnych. Czy była to próba budowy nowego, komunistycznego społeczeństwa, w którym stare więzi rodzinne miały utracić wszelkie znaczenie? Raczej należałoby łączyć to z problemami organizacyjnymi i finansowymi raczkującego systemu świadczeń socjalnych. W każdym razie, gdy pracownik wiedział już, gdzie i z kim chce wyjechać na wczasy, otrzymywał niepozorny dwustronny druk - skierowanie. Oczywiście termin wyjazdu musiał zostać wcześniej zaaprobowany przez przełożonych i wpisany w plan urlopowy. Zakład musiał przecież działać nawet w czasie, gdy jego poszczególne trybiki akurat zażywały wypoczynku. Otrzymane skierowanie należało wypełnić i strzec go jak oka w głowie, było ono bowiem gwarantem realizacji wypoczynku wczasowego. Najpierw jednak delegatka związkowa cierpliwie wyjaśniała co i jak. Druk skierowania składał się z dwóch części, jednej dla pracownika i jednej dla domu wczasowego. W części pracowniczej u góry znajdowały się numer skierowania, data początku oraz końca turnusu, nazwa i adres domu wczasowego. Nieco niżej widniało nazwisko przyszłego wczasowicza, a obok - pieczęć wystawiającego skierowanie. U dołu tabelka (delegatka wskazywała ją końcem ołówka kopiowego), w której małych komórkach wpisano na przemian litery "K", "O", "Ś", kolacja, obiad, śniadanie. To karta posiłkowa. Po prawej stronie, tej dla domu wczasowego, nie było karty posiłkowej, pozostawiono natomiast miejsce na adnotacje meldunkowe. Teraz proszę odwrócić blankiet - delegatka związkowa musiała być bardzo znudzona, tłumacząc kolejnym osobom te same kwestie. Po lewej stronie umieszczono regulamin Funduszu Wczasów Pracowniczych, a po prawej kartę wypożyczeń. Tutaj zapisywano wszelkie pobrane w czasie turnusu rzeczy i sprzęty: od książek, przez leżaki i parawany, po rakietki do kometki. Mało kto zwracał uwagę na regulamin, w którym Fundusz życzył miłego i zdrowego wypoczynku oraz przestrzegał, że zabronione jest samowolne wprowadzanie zmian w skierowaniach, bo skutkuje to nieprzyjęciem do domu wczasowego. No i spóźnionemu wczasowiczowi przepadają także posiłki, na których nie raczył się stawić.
Wczasy wypoczynkowe były finansowane przez pracodawcę, Skarb Państwa oraz samego pracownika. W 1950 roku uchwałą Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów przeznaczono 510 złotych na osobodzień. Z tego pracownik dawał przeciętnie 150, a pracodawca i państwo - po 180 złotych. 150 złotych to kwota uśredniona, autorzy uchwały zastosowali bowiem progresję dofinansowania. Pracownicy zarabiający najmniej płacili 90 złotych za dzień, podczas gdy ci o najwyższych uposażeniach aż 250 złotych. W przypadku czternastodniowych wczasów dla matki z dzieckiem pracodawca dopłacał dodatkowy ekwiwalent na wypoczynek pociechy (330 złotych za osobodzień).
Kwoty te pozostawały niezależne od terminu i miejsca skierowania, co sprawiało, że za jednakową cenę otrzymywało się usługi o różnej jakości. Wypoczynek w lipcu kosztował tyle samo co w listopadzie, a chyba nikt (poza bohaterem starego dowcipu z Klubu Masztalskiego) nie chciałby spędzić urlopu nad morzem w trakcie późnojesiennej pluchy. To jednak był najmniejszy okołowczasowy problem, z jakim musiały zmierzyć się Fundusz Wczasów Pracowniczych i Centralna Rada Związków Zawodowych.
Na przestrzeni lat wielokrotnie zwracano uwagę na fakt, że struktura klasowa wczasowiczów nie jest reprezentatywna dla ogółu społeczeństwa oraz nowego ustroju, a w chłopsko-robotniczej Polsce wciąż faworyzuje się inteligentów. Z jednej strony władza próbowała temu zaradzić na rozmaite sposoby, z drugiej zaś utrwalała status quo, niejako samej sobie przecząc. Przyjrzyjmy się kwestii prawa do urlopu wypoczynkowego i procesowi jego nabywania. Według Ustawy zmieniającej ustawę o urlopach dla pracowników zatrudnionych w przemyśle i handlu z dnia 20 marca 1950 roku każdy pracownik fizyczny po roku pracy w zakładzie otrzymywał dwanaście dni urlopu, a nie - jak wcześniej - osiem. Po trzech latach dodawano kolejne trzy dni, co dawało ogólną liczbę piętnastu. Wreszcie po przepracowaniu dziesięciu lat robotnik mógł wypoczywać przez pełny miesiąc. Trzydziestodniowy wypoczynek byłby nie do pomyślenia za czasów sanacji, więc narracja o postępie miała swoje uzasadnienie. Ale co z tego, skoro umysłowi, tak jak przed wojną, cieszyli się znacznie większymi przywilejami? Dwa tygodnie urlopu przysługiwały im po zaledwie sześciu miesiącach pracy, a miesiąc - już po roku. Robotnik może i był siłą przewodnią narodu, może, jak mawiali niektórzy, rządził Polską. Z pewnością jednak w tej Polsce nie wypoczywał. Zaburzoną proporcję w reprezentacji poszczególnych grup społecznych na wczasach zauważono bardzo szybko. Gorzej było z postawieniem właściwej diagnozy i zaordynowaniem odpowiednich środków naprawczych.
Zamiast zrównać pracowników fizycznych i umysłowych w świetle prawa, władze postanowiły w pierwszej kolejności zmienić świadomość społeczną i rozbudzić wśród robotniczych mas potrzebę wypoczynku. Nie było to zadanie łatwe. Jeszcze na początku lat sześćdziesiątych ogólnopolskie badania wykazały, że blisko jedna czwarta niewykwalifikowanych robotników deklarowała, iż czasem wolnym nie dysponuje nigdy lub prawie nigdy, a chwilę dla siebie i swoich potrzeb znajduje nie częściej niż raz na kilka tygodni. Jednocześnie wyszedł na jaw pewien paradoks. Otóż przedstawiciele wspomnianej grupy znacznie częściej niż inni nie mieli czasu wolnego, ale nawet gdy już nim dysponowali, przyznawali otwarcie, że nie za bardzo wiedzą, co z nim począć i jak go zagospodarować.
Wydawało się oczywiste, że robotnicy i chłopi nie korzystali z programu wczasowego, gdyż postrzegali go jako rozrywkę "pańską" i "ynteligencką". Należało zatem podnieść poziom ich świadomości, tłumacząc, że to, co niegdyś było "ichnie", stało się "nasze". Przekonać nieprzekonanych, że "tylko kociaki i bikiniarze spędzają wczasy w dusznym barze"7.
To jednak nie wszystko. Źródeł dysproporcji doszukiwano się także w naciskach na rady zakładowe wywieranych przez przedstawicieli tych grup społecznych, które pojęły w pełni walory wypoczynku na wczasach. Jak podkreślał Jerzy Sierpiński, autor wydanej przez Centralną Radę Związków Zawodowych książki o wczasach robotniczych w Polsce Ludowej, grupy te miały nie tylko świadomość zalet wypoczynku, ale i odpowiednią pozycję społeczną, która umożliwiała im realizację swoich potrzeb. Sierpiński nie napisał wprost, kim są owi "oni" cieszący się przywilejami, ale i tak wszyscy to wiedzieli. Dyrektor organizacyjny Funduszu Wczasów Pracowniczych Czesław Todys nie bawił się w subtelności i wskazał "wszelkiego autoramentu dyrektorów, naczelników i wyższych urzędników, którzy skwapliwie wykorzystywali swoje uprzywilejowane stanowiska, by w obliczu nieuchronnej klęski świata kapitalistycznego kultywować nadal burżuazyjny styl życia"8. Jechali pożal się Boże jaśniepaństwo na turnus, a zarządzające domami wczasowymi paniusie chciały im nieba przychylić. Tu załatwiły lepszy pokój, ówdzie tak zakombinowały, że ta sama osoba w trakcie jednego tylko sezonu korzystała dwu- albo trzykrotnie z domu wczasowego. Na szczęście akcje kulturalno-oświatowe przynosiły efekty i wczasowa społeczność coraz mniej przychylnie spoglądała na owych pogrobowców sanacji. W wyrównaniu szans na udział w zorganizowanym wypoczynku pomogła także ścisła reglamentacja skierowań narzucająca odsetek uprawnionych do wyjazdu na wczasy pracowników fizycznych i umysłowych z poszczególnych związków zawodowych. Jednak, ku zdumieniu władz, pomimo zidentyfikowania wrogów klasowych i prób ograniczenia ich destrukcyjnych działań robotnicy nadal nie korzystali masowo z zorganizowanego wypoczynku. Konieczne były kolejne bodźce zachęcające do masowych wyjazdów na wczasy, przy czym warto zauważyć, że obowiązująca wciąż ustawa utrwalała dodatkowo klasowe nierówności.
Na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych zmieniono system dopłat. Dotąd pracodawca regulował należności niejako za pośrednictwem pracownika, który musiał opłacić swój pobyt, a po powrocie z urlopu odbierał zwrot poniesionych kosztów. Zdjęcie z ramion wczasowiczów tej przykrej powinności wpłynęło z pewnością korzystnie na ich samopoczucie i równowagę domowych budżetów. Odbiło się jednak negatywnie na płynności finansowej Funduszu Wczasów Pracowniczych, wobec którego narastały zaległości kolejnych zakładów pracy. Kolejny problem zdiagnozowała inspekcja Najwyższej Izby Kontroli przeprowadzona w 1951 roku w ośrodku FWP w Spale. Opisując wyniki kontroli i płynące z niej wnioski, urzędnicy zaznaczyli, że zbyt wysoka taryfa opłat dla członków rodziny sprawia, iż z wypoczynku korzysta znikomy procent osób do tego uprawnionych. Dotyczyło to przede wszystkim rodzin robotniczych. Nic dziwnego, że związki zawodowe zaczęły wywierać naciski na władze, aby te zwiększyły wysiłki na rzecz stworzenia sprawnie działającego programu wczasów dla matek z dziećmi.
Pozornie przejściowe perturbacje Funduszu Wczasów Pracowniczych okazały się stanem permanentnym i trwały w najlepsze, gdy w 1958 roku Fundusz stracił pozycję monopolisty w zakresie organizacji wczasów. Odtąd to zadanie mogły realizować również związki zawodowe i zakłady pracy. W 1960 roku skorzystało z tej opcji siedemset tysięcy osób, a w ciągu dekady ich liczba uległa potrojeniu. O ile wyjeżdżając na wczasy z FWP, obywatel i jego rodzina wiedzieli z grubsza, czego się spodziewać, o tyle wypoczynek organizowany przez zakład pracy mógł wyglądać różnie. Wiele zależało chociażby od pozycji czy możliwości finansowych konkretnych branż czy zakładów. Jednych, na przykład niektóre łódzkie fabryki przemysłu lekkiego takie jak Zakłady Przemysłu Pasmanteryjnego Lenta, stać było zaledwie na domki letniskowe w podmiejskich lasach. Inni, jak choćby wielkie śląskie kopalnie węgla kamiennego, posiadali kilka wspaniałych ośrodków wczasowych w różnych częściach kraju. W ten sposób, zupełnie niespodziewanie, w socjalistycznej, nierynkowej rzeczywistości pojawiła się zgoła wolnorynkowa konkurencja między zakładami. Naturalnym efektem wprowadzanych zmian była rosnąca liczba wczasowiczów. Związek Zawodowy Przemysłu Włókienniczego z dumą ogłaszał, że o ile w 1958 roku z wczasów skorzystało niespełna 12 procent zrzeszonych w nim kobiet i mężczyzn, o tyle w połowie lat sześćdziesiątych - już 72,2 procent!
Mimo rosnących wskaźników i pnących się dumnie wykresów robotnicy nadal stanowili zdecydowaną mniejszość w ogólnej masie korzystających z zorganizowanego wypoczynku obywateli Polski Ludowej. Na początku lat siedemdziesiątych w wybranych nadbałtyckich ośrodkach wypoczynkowych stanowili kilkanaście, góra dwadzieścia procent wczasowiczów. Taki stan rzeczy wynikał między innymi z ich sytuacji materialnej, bo o ile otrzymujący skierowanie robotnik dostawał darmowy bilet na dojazd do i z ośrodka wypoczynkowego, o tyle jego rodzina musiała już uiścić stosowne opłaty. Ponadto wcale nie było łatwo otrzymać przydział do ciekawego miejsca i w atrakcyjnym terminie. Pomagały znajomości i rozbudowana siatka kontaktów towarzyskich, informacje o zapisach na wczasy często bowiem rozchodziły się pocztą pantoflową. Dla spóźnialskich zostawały najmniej atrakcyjne miejscowości wypoczynkowe i terminy lub "wczasy pod gruszą", czyli finansowy ekwiwalent, który miał pomóc w indywidualnej organizacji urlopu. Sam fakt zajęcia dobrego miejsca w kolejce po skierowanie nie gwarantował jednak spełnienia marzeń o wakacjach, jako że o przydziale do szczególnie obleganych w sezonie Zakopanego czy Krynicy niejednokrotnie decydowało wyłącznie widzimisię rady zakładowej. Ta z kolei bywała nader kapryśna. Władysławowi Jagiele, włókniarzowi z Łodzi, przypadł turnus wrześniowy, bo - jak mu powiedziano - wcześniej nie było miejsc. Uznał to za połowiczny sukces, ponieważ w poprzednich latach skierowania rozchodziły się głównie w "kręgu rady zakładowej", a więc pracowników administracyjnych. Po powrocie nie podzielił się wrażeniami, ale wielu jego kolegów i koleżanek narzekało na panujący w domach wczasowych klimat. Nie czuli się komfortowo "wśród dyrektorskich rodzinek i paczek towarzyskich różnego rodzaju biuralistów"9. Do tego umysłowi traktowali wyjazd jako rewię mody, starannie dobierając kreacje, w których pojawiali się na wspólnych posiłkach czy wydarzeniach kulturalnych. Trudno powiedzieć, czy robili to celowo, ale tym samym jeszcze mocniej podkreślali różnice między grupami. Działo się tak pomimo krytycznych artykułów prasowych piętnujących "pogrobowców sanacji" i ich "burżuazyjne zwyczaje" oraz związanej z tym rosnącej niechęci wczasowiczów wywodzących się z klas ludowych. Ci ostatni krzywo spoglądali na "państwo", podskórnie czując, że nie przynależą do świata kurortów i pensjonatów.
Wiejskie kobiety podczas wypoczynku w sanatorium w Solicach-Zdroju, druga połowa lat 40.
Narodowe Archiwum Cyfrowe
W efekcie na wczasy organizowane przez związki zawodowe lub Fundusz Wczasów Pracowniczych wyjeżdżały co roku te same osoby. W latach 1975-1977, a więc w ciągu trzech sezonów, ponad połowa ogółu wczasowiczów była na wczasach dwukrotnie, zaś dwadzieścia procent trzykrotnie. Gdyby tak każdy pracujący obywatel PRL-u pod koniec lat siedemdziesiątych korzystał z przysługujących mu ośrodków wczasowych z równą częstotliwością, wówczas obywatel mógłby otrzymać skierowanie raz na cztery czy pięć lat. Jednym słowem, aby ktoś mógł co roku zaznać dobrodziejstw urlopu pod państwowym czy zakładowym patronatem, ktoś inny musiał tego zaniechać.
Przywołana na początku historia Ireny z łódzkiej elektrociepłowni nie była odosobniona. Im niżej obywatel czy obywatelka znajdowali się na drabinie hierarchii pozornie bezklasowego społeczeństwa, tym mniejsze były szanse na spotkanie ich w domach wczasowych czy sanatoriach. Dane z lat siedemdziesiątych, złotej epoki Gierka, nie pozostawiały żadnych złudzeń. Na coroczny urlop wypoczynkowy wyjeżdżało ponad 80 procent pracowników administracyjno-biurowych z wykształceniem wyższym, nieco ponad 60 procent ogółu robotników umysłowych i 35 procent robotników wykwalifikowanych. Spośród robotników niewykwalifikowanych wyjeżdżał co piąty (w 1974 roku - 22 procent), a spośród robotników rolnych i leśnych - co dziesiąty (niespełna 12 procent). Wśród tych przedostatnich zauważalna była stała i dość niepokojąca tendencja spadkowa - w 1980 roku z wczasów skorzystało zaledwie 15 procent robotników niższego szczebla. Urlopy spędzali najczęściej w domach, na działkach w jednym z setek Rodzinnych Ogrodów Działkowych (ROD) czy u rodziny na wsi, pomagając w gospodarstwie. Dzieci wysyłali na zakładowe kolonie, obozy harcerskie lub "do babci na wieś". W Wakacjach z duchami Adama Bahdaja trójka urwisów, zamiast na obóz harcerski czy wczasy lub kolonie, wyjeżdża do mieszkającej w leśniczówce ciotki jednego z chłopców. Wprawdzie nie pomagają przy żniwach, tylko rozwiązują zagadki kryminalne, ale w gruncie rzeczy ten obraz odpowiadał najbardziej popularnemu sposobowi spędzania miesięcy wolnych od przykrego, szkolnego obowiązku. Tysiące ich rówieśników co roku na początku września pisało wypracowania na temat "Jak spędziłem wakacje", w pocie czoła starając się ubarwić dni upływające między sadem, polem i domem. Bo czy pomoc przy zbieraniu truskawek, kąpiele w porośniętym rzęsą stawie lub pierwszy papieros wypalony po kryjomu za stodołą do spółki z wiejskimi chłopakami były godne tego, by uwiecznić je kulfoniastymi literami na kartkach zeszytu w trzy linie?
Dorośli i tak mieli gorzej, chociaż nikt im nie kazał (na całe szczęście!) pisać wypracowań. Urlop spędzali na wydzielonych paruset metrach kwadratowych ROD-u, gdzie pieczołowicie doglądali grządek. Albo w mieszkaniu, które wymagało odmalowania, bo ściany już całkiem się zabrudziły, a szkoda było wydawać pieniądze na "fachowca". Albo u mieszkających na wsi krewnych, którym trzeba było pomóc przy żniwach. Po takim urlopie człowiek wracał do roboty jeszcze bardziej zmęczony, niż gdy ją opuszczał.
Irena z Łodzi nie powiedziała zakładowej lekarce całej prawdy. Skorzystała już kiedyś z przysługującego jej skierowania na wczasy w swoim wcześniejszym miejscu pracy - Jotesie, czyli Zakładach Mechanicznych imienia Józefa Strzelczyka. Gdy nadchodził termin składania wniosków, a koleżanki co rusz rozmawiały o tym, gdzie pojadą ze swoimi mężami i dziećmi, ona była myślami gdzie indziej. Dźwirzyno, Krynica, Bierutowice. Turnusy, podróże, bagaże. Nic z tego nie zaprzątało myśli Ireny. Swoją robotę wykonywała sumiennie w wyznaczonych godzinach. Gdy zegar pokazywał fajrant, zdejmowała stylonowy fartuch i szła na przystanek autobusowy. Jechała trzęsącym się Jelczem lub Autosanem, a następnie przesiadała się na pociąg. A potem szła do domu, gotowała obiad i robiła to, co robiły wszystkie kobiety w jej wieku i jej pochodzenia. Po co jej były jakieś wczasy?
Jedź, namawiały koleżanki. Jedź. Odpoczniesz, kawałek świata zobaczysz, a wiesz, podróże kształcą. Ale ona się wzbraniała. To chociaż dla syna wykup, mówiły. Szkoda, żeby się zmarnowało, bo przecież ci się należy. I Irena posłuchała. Udała się do wydziału socjalnego w Jotesie i wypełniła wniosek.
W lipcu pełnoletni syn Ireny pojechał więc po raz pierwszy w życiu na wczasy. Wcześniej bywał co najwyżej u rodziny ojca na podkieleckiej wsi. A teraz udał się pociągiem aż do Stronia Śląskiego. Stamtąd jego oraz innych wczasowiczów odebrała należąca do ośrodka Nyska i zawiozła do samej Starej Morawy, gdzie znajdowały się dwie solidne murowane chałupy (po Niemcu), które całkiem niedawno stały się własnością Jotesu. Najwidoczniej ktoś w Komitecie Wojewódzkim pomyślał, że skoro nie udało się przerobić wioski na osiedle przemysłowe wspierające zakłady w pobliskim Stroniu Śląskim, to może uda się zrobić z niej miejscowość turystyczną. Łódzki Jotes, który nie posiadał bogatej bazy wypoczynkowej, jaką miały wielkie fabryki czy kopalnie, skorzystał na ambicjach lokalnego komitetu. Otrzymał dwa budynki, które wnet zagospodarowano na ośrodek wczasowy. Zorganizowano świetlicę i stołówkę z prawdziwego zdarzenia. Do tego, dla wygody wczasowiczów, na wyposażeniu była Nysa. Wprawdzie stacja w Stroniu była oddalona od Starej Morawy raptem o trzy kilometry, ale do czego by to było podobne, żeby goście szli pieszo objuczeni bagażami niczym jakaś karawana wielbłądów!