Rozdział 3
ESBECKI KRĄG: HENRYK JASIK -
WIKTOR FONFARA - ADAM DĘBIEC
Henryk Jasik
Kluczowe role w UOP odegrali byli funkcjonariusze komunistycznej bezpieki: Henryk Jasik i Wiktor Fonfara, którzy, podobnie jak Czempiński, byli zaufanymi ludźmi Lecha Wałęsy. Ta znajomość przetrwała lata - cała trójka bywała gośćmi na imieninach Wałęsy77.
Henryk Jasik78 wywodził się z wielodzietnej rodziny rolników. Do pracy w MSW zgłosił się 6 lipca 1970 roku79 będąc stażystą w Zakładach Azotowych im. Pawła Findera w Chorzowie, do których trafił po ukończeniu w 1969 roku wydziału chemicznego Politechniki Łódzkiej. Został pozytywnie zaopiniowany przez szefostwo Departamentu I i 1 grudnia 1970 roku rozpoczął służbę w wywiadzie. Początkowo pracował w Wydziale VII na etacie niejawnym pod nazwiskiem operacyjnym Sierakowski. Zajmował się więc wywiadem technologicznym, a faktycznie na terenie kraju infiltracją przemysłu chemicznego, co wiązało się z jego miejscem pracy w "Azotach".
Kluczowym dla kariery Jasika okazał się rok 1972 - latem został absolwentem rocznej szkoły Departamentu I MSW i od połowy sierpnia odbył trzymiesięczny kurs doskonalenia oficerów działań specjalnych w Ośrodku Szkolenia Zarządu II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego w Warszawie - szefem wojskowej bezpieki był wówczas Czesław Kiszczak. Po ukończeniu szkoły od grudnia 1972 roku ponownie pracował na etacie niejawnym jako specjalista w instytucji przykrycia, którą było Ministerstwo Przemysłu Chemicznego.
Henryka Jasika także życie prywatne wiązało z resortem - jego żoną została Ewa Kwiatkowska80, której ojciec Jerzy Kwiatkowski81 od 1945 roku był funkcjonariuszem Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, zaś w 1951 roku przeniesiony został do wywiadu MBP (ówcześnie Departament VII). W 1957 roku trafił do Służby Bezpieczeństwa, gdzie został zatrudniony w wydziale "B" MSW, czyli obserwacji, i cieszył się nienaganną opinią82. Z kolei dziadek żony, Ignacy Synowiec, przed wojną służył jako podoficer zawodowy, a w 1945 roku poszedł do UBP i na stanowisku zastępcy szefa Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego - jak czytamy w aktach komunistycznej bezpieki - "zginął w walce z bandami"83. W tym wypadku chodziło oczywiście o żołnierzy niepodległościowego podziemia.
Henryk Jasik pracował od 1974 roku na odcinku niemieckim, był również wielokrotnie służbowo delegowany do Związku Sowieckiego. Od 1 września 1976 do 22 lipca 1980 roku pracował pod ps. "Jelski" w rezydenturze w Kolonii o krypt. "Dworek": oficjalnie był zastępcą attaché Biura Radcy Handlowego przy Ambasadzie PRL. Tuż po wprowadzen kwiiu stanu wojennego, w styczniu 1982 Henryk Jasik został mianowany przez ówczesnego szefa MSW Czesława Kiszczaka oficerem polityczno-wychowawczym w Studium Podyplomowym Ośrodku Kształcenia Kadr Wywiadowczych84. Od 1 grudnia 1983 roku był zastępcą, a od 1 listopada 1984 roku naczelnikiem Wydziału V, który zajmował się wywiadem technologicznym (naukowym) w obszarze przemysłu ciężkiego, czyli realizował zamówienia wywiadowcze Sowietów, o czym pisaliśmy już na wstępie.
Jedna z legitymacji służbowych płk. Henryka Jasika - ostatniego szefa Departamentu I MSW (wywiadu cywilnego) PRL (fot. ze zbiorów IPN, udostępniona przez S. Cenckiewicza)
Notatka służbowa z kwietnia 1990 r. dotycząca płk. Henryka Jasika, dyrektora Departamentu I MSW (IPN BU 003175/271)
Gdy zaczęła się pierestrojka, 15 sierpnia 1986 roku ppłk Jasik awansował na z-cę dyrektora Departamentu I gen. Zdzisława Sarewicza. Nowy etap wymagał nowych kadr, zwłaszcza w wywiadzie.
Już po wyborach do sejmu kontraktowego w 1989 roku Henryk Jasik został po raz kolejny wysłany do Moskwy.
"Zgodnie z postanowieniami Szefów Wywiadów K[rajów - aut.] S[ocjalistycznych - aut.] w dniach 26-30 czerwca [1989 - aut.] odbędzie się w Moskwie wielostronna narada szefów W[ywiadu - aut.]N[aukowo - aut.]T[echnicznego - aut.]. W związku z powyższym proszę o wyrażenie zgody na wyjazd delegacji Departamentu I MSW w składzie: płk Henryk Jasik, zastępca dyrektora Departamentu I MSW, płk Włodzimierz Soszyński, naczelnik Wydziału IV Departamentu I MSW, mjr Marek Lasecki, st. specjalista Wydziału IV Departamentu I MSW" - wnioskował gen. Sarewicz do gen. Pożogi85.
W wywiadzie PRL płk Jasik pracował do samego końca Polski Ludowej - 11 września 1989 roku gen. Czesław Kiszczak mianował go dyrektorem Departamentu I MSW. Na tym stanowisku zajmował się w kwietniu 1990 roku sprawą agenta "Claudia". Już 3 kwietnia z-ca naczelnika Wydziału II amerykańskiego wydał polecenie przerejestrowania na konto mjr. Andrzeja Wójcickiego podteczki rezydentury krypt. "Huron" nr e. 4464, czyli należącej do Wydz. II w rezydenturze w Chicago krypt. "Jezioro"86.
18 kwietnia mjr Wójcicki zwrócił się do płk. Jasika o refundację agentowi ps. "Claudia" kosztów realizacji zadania zleconego przez Wydział II, polegającego na sfotografowaniu dokumentacji materiałów izolacyjnych stosowanych w pociskach rakietowych używanych przez armie USA i produkowanych w Tucson w firmie zatrudniającej "Claudię", która 13 kwietnia przyjechała z USA w sprawach rodzinnych. Zadanie "Claudia" wykonała w maju 1989 roku i dostarczyła 8 rolek filmu oficerowi w Nowym Jorku. Obecnie "Claudia" "zgłosił gotowość realizacji kolejnych zadań".
Raport do płk. Henryka Jasika, dyrektora Departamentu I MSW, dotyczący agenta "Claudia" (IPN BU 003171/12/2) (strona 1)
Raport do płk. Henryka Jasika, dyrektora Departamentu I MSW, dotyczący agenta "Claudia" (IPN BU 003171/12/2) (strona 2)
23 kwietnia mjr Wójcicki spotkał się z agentem "Claudia" w Krośnie, o czym meldował trzy dni później. "Claudia" została poinformowana - pisał Wójcicki - że w chwili obecnej nie otrzyma do realizacji żadnego konkretnego zadania, co wiąże się z koniecznością wypracowania nowych zadań dla nowej służby. Następnie ustalono zasady nawiązania kontaktu; w Polsce z kpt. Kazimierzem Szymańskim, kierownikiem PESEL, który zostanie przeniesiony do Wydziału II, a w USA z oficerem, który wypowie hasło "Claudia przesyła Pani Róże"87. "Claudia" miała perspektywy, gdyż awansowała właśnie na stanowisko kierownicze w Tucson i miała propozycje od zakładów lotniczych "Hercules" po uzyskaniu obywatelstwa amerykańskiego, o które w tym roku wystąpi. Nie znamy dalszych losów "Claudii".
23 kwietnia na polecenie płk. Jasika mjr Wójcicki wypłacił "Claudii" tytułem zwrotu kosztów podróży z Tucson do Nowego Jorku, pobytu i zakupu aparatu fotograficznego 900 dolarów88.
W III RP, po zlikwidowaniu SB, Henryk Jasik przeszedł do UOP, w którym został szefem zarządu wywiadu. Po objęciu kierownictwa MSW przez Antoniego Macierewicza w lutym 1992 roku sam odszedł z resortu.
W maju 1992 roku, gdy premierem był Jan Olszewski, Prokuratura Wojewódzka w Warszawie wszczęła śledztwo w sprawie niszczenia dokumentów wywiadu z czasów PRL-u i UOP. Po obaleniu rządu premiera Olszewskiego Jasik ponownie wrócił już w styczniu 1993 roku do MSW jako doradca ministra spraw wewnętrznych Andrzeja Milczanowskiego. Zanim do tego doszło, w listopadzie 1992 roku śledztwo zostało umorzone. Media nagłośniły sprawę niszczenia dokumentów wywiadu, na co Jasik publicznie stwierdził, że... niszczył je legalnie89.
"[...] Jego zdaniem polski wywiad był niezależny od KGB i "chodził własnymi ścieżkami". Rosjanie wykorzystywali służby specjalne NRD i Czechosłowacji dla blokowania działań polskiego wywiadu, bo "Polakom nie można ufać". Zdaniem pułkownika posądzenie, że akta polskiego wywiadu przekazano Moskwie, jest szkalowaniem oficerów wywiadu. [...]90.
Dziś już wiadomo, że nie tylko wywiad, ale wszystkie służby specjalne PRL-u podlegały Moskwie, a Jasik mógł mówić, co chciał, ponieważ nie było możliwości weryfikacji jego słów. Dopiero otwarcie archiwów służb specjalnych PRL-u przez prezesa IPN prof. Janusza Kurtykę pokazało skalę tej podległości. O współpracy wywiadu technologicznego świadczy na przykład poniższy cytat:
"Zgodnie z planem współpracy uzgodniono z Pierwszym Zarządem Głównym Komitetu Bezpieczeństwa Państwowego ZSRR przeprowadzenie rozmów roboczych w dziedzinie chemii i farmacji w okresie od 12 do 14 marca 1985 r. W związku z powyższym proszę o wyrażenie zgody na wyjazd służbowy do Moskwy delegacji Wydziału V Departamentu I MSW w składzie mjr Henryk Jasik, naczelnik wydz. V Dep. I MSW, przewodniczący delegacji, kpt. Wojciech Woicki, starszy insp. Wydziału V Departamentu I MSW" - pisał dyrektor Departamentu I gen. Zdzisław Sarewicz do wiceministra MSW gen. dyw. Władysława Pożogi91, który nadzorował wywiad i kontrwywiad.
W III RP Jasik przekonywał dziennikarzy o rzekomej elitarności PRL-owskiego wywiadu i przedstawił fałszywy obraz agentury.
"[...] SB i wywiad były niezależnymi pionami w MSW, podlegały różnym osobom. Cywili pracujących na rzecz wywiadu nazywano w MSW "kontaktami operacyjnymi", w SB byli to "tajni współpracownicy"". Jasik twierdzi też, że "werbunek do wywiadu polegał wyłącznie na perswazji, podczas gdy SB posługiwało się często np. szantażem". "Kontakt operacyjny" nie podpisywał żadnych zobowiązań - przekonuje były szef wywiadu. - Przede wszystkim musieli być to ludzie o właściwym morale, działający zawsze z pobudek patriotycznych. Wywiad tylko okazjonalnie wynagradzał współpracę niewielkimi kwotami lub drobnymi upominkami np. z okazji imienin". "W swojej praktyce nie zetknąłem się z przypadkiem angażowania na rzecz wywiadu tajnych współpracowników SB. Staraliśmy się zawsze werbować ludzi całkowicie czystych" - mówi Jasik92.
W kwietniu 1993 roku Henryk Jasik został wiceministrem spraw wewnętrznych w rządzie Hanny Suchockiej93. Odpowiadał za Straż Graniczną, straż pożarną, Nadwiślańskie Jednostki Wojskowe i - co najważniejsze - archiwum MSW, w którym były dokumenty wytworzone przez Służbę Bezpieczeństwa, m.in. teczki agentów.
3 października 1994 roku na Dworcu Wschodnim została obrabowana przez rosyjskojęzycznych bandytów grupa Rosjan podróżujących z Moskwy do Brukseli. Poszkodowani zażądali natychmiastowego skontaktowania ich z konsulem rosyjskim i przez kilka godzin blokowali odjazd pociągu. W końcu siłą usunęła ich policja. Rosjanie oskarżyli policję o brutalne potraktowanie, a władze polskie o pobłażliwość wobec bandytów. Wybuchł skandal, w wyniku którego nie przyjechał do Polski premier Rosji94 i Rosjanie natychmiast wezwali polskie władze do Moskwy. Szef MSW bez słowa protestu pojechał do Rosji razem ze swoim wiceministrem Jasikiem, szefem policji, którym był wówczas Eugeniusz Smolarek, i szefem UOP Gromosławem Czempińskim.
Z MSW Henryk Jasik odszedł 23 grudnia 1995 roku, dzień po nadaniu mu przez ustępującego prezydenta Lecha Wałęsę stopnia generała. Jasika odwołał premier Józef Oleksy w związku z tzw. aferą "Olina" związaną z kontaktami Oleksego z KGB.
Henryk Jasik, podobnie jak Gromosław Czempiński, miał kontakty z dziennikarzami - w rozmowie z "Gazetą Polską" przyznał, że nie tylko SB ale również UOP werbował dziennikarzy.
"Tak, werbowaliśmy dziennikarzy, ale to nie jest niczym złym. Służby na całym świecie z tego korzystają: jeżeli dziennikarz jeździ po świecie, ma dobre kontakty i jest doskonale zalegendowany, to dlaczego z niego nie korzystać? Przecież ci ludzie działają w interesie swojego państwa. Nie było oczywiście masowego werbunku we wszystkich redakcjach, ale mieliśmy współpracowników wśród dziennikarzy" - mówił "Gazecie Polskiej" gen. Henryk Jasik95.
Po zwolnieniu z UOP gen. Jasik trafił do biznesu; był związany m.in. z firmą Inter-Arms96. Do 2014 roku zasiadł w kilkunastu spółkach97, m.in. był w radzie nadzorczej "Porty lotnicze - Mazury - Szczytno" - spółki dzierżawiącej lotnisko wojskowe w Szymanach koło Szczytna98, na którym w czasie drugiej wojny USA z Irakiem lądowały samoloty CIA. Ten fakt pokazuje, że Henryk Jasik trafiał do spółek państwowych o znaczeniu strategicznym, w których niezwykle ważną rolę odgrywały służby specjalne. Kolejna firma, w której pojawia się nazwisko Henryka Jasika, to Horizon Venture Capital, zajmująca się wywiadem konkurencyjnym (pracował dla niej także Wiktor Fonfara). Założył ją płk Bolesław Piechucki, były szef ośrodka szkoleniowego wywiadu w Kiejkutach. Kolejna spółka, w której widnieje nazwisko Jasika, to Biopower, należąca do izraelskiego biznesmena Aleksandra Rechtera. Jest to sieć biogazowni wykorzystujących przemysłowe i rolnicze odpady organiczne w sposób umożliwiający produkcję energii elektrycznej i cieplnej. Aleksander Rechter to także prezes European Business Partners - inwestora strategicznego spółki "Porty lotnicze - Mazury - Szczytno"99. Henryk Jasik był również wicedyrektorem tychże Portów Lotniczych.
W listopadzie 2010 roku zrobiło się o Jasiku głośno w związku z jego zeznaniami w charakterze świadka na procesie lustracyjnym byłego rektora Uniwersytetu Gdańskiego prof. Andrzeja Ceynowy. Zdaniem Gdańskiego IPN Ceynowa złożył niezgodne z prawdą oświadczenie lustracyjne, z którego wynikało, że nie był tajnym współpracownikiem służb specjalnych PRL-u, chociaż w dokumentach SB został zarejestrowany w 1988 roku jako TW "Lek". Henryk Jasik złożył korzystne dla Ceynowy zeznania100 i właśnie m.in. dzięki nim Ceynowa wygrał proces.
Jedno z ostatnich publicznych wystąpień Jasika dotyczyło esbeckich emerytur, które zostały obniżone byłym funkcjonariuszom cywilnym komunistycznej bezpieki. Skargę do Trybunału Konstytucyjnego wniósł klub SLD (jej współautorem był mec. Jan Widacki).
"Rozprawa trwała niemal 10 godzin. Salę rozpraw wypełniła publiczność, w tym wielu oficerów służb PRL, m.in. b. szef Urzędu Ochrony Państwa gen. Gromosław Czempiński oraz b. szef wywiadu PRL i RP gen. Henryk Jasik. Przybyli także wywodzący się z opozycji z PRL szefowie MSW z początku lat 90.: Krzysztof Kozłowski, Andrzej Milczanowski i Henryk Majewski.
Średnia emerytura b. funkcjonariuszy służb PRL wynosi teraz 2351 zł i jest wyższa niż zwykłego emeryta, który dostaje przeciętnie 1632 zł" - pisała 14 stycznia 2010 roku "Rzeczpospolita"101.
Interwencja nie pomogła - Trybunał Konstytucyjny uznał, że esbeckie emerytury są prawami nabytymi niesłusznie. Skargę 1628 esbeków, którzy żalili się na zmniejszenie im emerytur, odrzucił także Trybunał w Strasburgu - Trybunał w uzasadnieniu orzekł m.in., że Służba Bezpieczeństwa była wzorowana na sowieckiej KGB102. Wśród skarżących byli m.in. Gromosław Czempiński, Jan Lesiak i Henryk Jasik.
Wiktor Fonfara
Do najściślejszego grona byłych esbeków, którzy trafili do UOP zaraz po jego utworzeniu, należał Wiktor Fonfara103. Pochodził z rodziny rzemieślnika z Leszna - jego ojciec Wacław był zegarmistrzem, a matka Helena zajmowała się domem i wychowywaniem trzech synów: Krzysztofa, Wiktora i Aleksandra. Obydwaj bracia Wiktora ukończyli Akademię Ekonomiczną w Poznaniu.
W 1966 roku Wiktor rozpoczął studia prawnicze na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu; tam poznał swoją przyszłą żonę Wandę i rozpoczął działalność polityczną (był przewodniczącym Zrzeszenia Studentów Polskich na Wydziale Prawa)104.
W roku 1970, jeszcze przed ukończeniem studiów, Wiktor Fonfara zawarł związek małżeński z Wandą Jeleń105, której ojciec - Bogdan Jeleń106 - był naczelnikiem wydziału śledczego KW MO w Poznaniu107. W listopadzie 1971 roku Fonfara pisał do KW MO w Poznaniu: "Zwracam się z uprzejmą prośbą o przyjęcie mnie do pracy w charakterze funkcjonariusza w tutejszej Komendzie Milicji Obywatelskiej"108. I już 1 grudnia rozpoczął karierę w SB, która doprowadziła go do UOP i III RP. W SB należał też do koła TPPR.
Jak wynika z akt IPN Wiktor Fonfara został przyjęty do Służby Bezpieczeństwa m.in. dzięki rekomendacji swojego teścia Bogdana Jelenia109. Dwa lata później został służbowo przeniesiony do Biura Śledczego MSW na stanowisko inspektora.
W momencie przyjęcia Wiktora Fonfary do MO jego żona była aplikantem w Sądzie Wojewódzkim w Poznaniu, a w latach 80. jako sędzia pracowała w Ministerstwie Sprawiedliwości. Z bezpieką było związane rodzeństwo żony Fonfary - szwagierka Elżbieta Wilkołek pracowała w Biurze "C" WUSW w Lublinie110, a szwagier - Edward Jeleń w WUSW w Poznaniu111.
Według zgromadzonych w IPN dokumentów teść Wiktora Fonfary karierę zaczynał w Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego w Lublinie. Jako funkcjonariusz WUBP był m.in. oficerem śledczym i zwalczał podziemie niepodległościowe.
W raporcie z 7 sierpnia 1952 roku Bogdan Jeleń podaje, że drugą jego służbą w WUBP Lublin było stanowisko w Sekcji Walki z Bandytyzmem. Jako funkcjonariusz grupy operacyjnej w Krasnymstawie brał udział w likwidacji nielegalnej organizacji WiN, a we Włodawie oddziału "Żelaznego", czyli Edwarda Taraszkiewicza. W grupie operacyjnej w Zamościu oraz Tomaszowie Lubelskim brał udział w likwidacji organizacji WiN. W okresie od 5 kwietnia 1967 do 23 czerwca 1967 roku odbył Kurs Doskonalenia Kadr Kierowniczych SB. Według opinii służbowej z sierpnia 1985 roku w okresie umacniania się władzy ludowej Bogdan Jeleń przyczynił się do likwidacji "band reakcyjnego podziemia".
Do Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Poznaniu Jeleń został przeniesiony w styczniu 1954 roku z Białegostoku, gdzie przez półtora roku był kierownikiem Sekcji II Wydziału Śledczego WUBP. W poznańskiej bezpiece kpt. Jeleń piął się po szczeblach kierowniczej kariery - w 1971 roku został skierowany służbowo do CSRS, a w 1979 - ZSRS.
W 1985 roku płk Bogdan Jeleń został przeniesiony do Biura Śledczego MSW. Wtedy też razem z grupą operacyjną Departamentu V MSW został skierowany na stanowisko asystenta dyrektora budowy osiedla w Briańsku w ZSRS. Po raz kolejny służbowo za granicę - tym razem do RFN - Jeleń wyjechał w lipcu 1989 roku. Do Polski wrócił we wrześniu tego samego roku112.
Jednym z pierwszych śledztw, które prowadził Wiktor Fonfara (jego przełożonym był wówczas Hipolit Starszak), była sprawa grupy Witolda Mętlewicza. Główny oskarżony, ekonomista Witold Mętlewicz113, handlował nielegalnie dewizami, złotem i dziełami sztuki. Jego obroty w cenach z lat 1963-1973 zostały ocenione później przez sąd na ponad pół miliarda złotych. Pozostałym dziewięciu jego wspólnikom zarzucono handel setkami tysięcy dolarów i setkami kilogramów złota. Zarzucono im ponadto wywóz za granicę wielu unikatowych dzieł sztuki. Konwojentami i pośrednikami w dokonywanych transakcjach mieli być zagraniczni dyplomaci zatrudnieni wówczas w Warszawie114. Witold Mętlewicz został skazany na 25 lat więzienia i milion złotych grzywny. Czytając dziś archiwalne materiały na temat tej sprawy można przypuszczać, że cała afera była operacją służb specjalnych PRL-u.
W latach 60. Mętlewicz jako współpracownik o pseudonimie "Witold" przekazywał Departamentowi II informacje, które nie były wartościowe i można wnioskować, że prowadził grę z bezpieką, której celem była ochrona jego interesów. W momencie aresztowania był bardzo bogatym człowiekiem - posiadał m.in. willę na Mokotowie i pokaźną kolekcję dzieł sztuki115.
Kilka miesięcy po wyroku z 18 grudnia 1976 roku, w którym sąd m.in. orzekł przepadek na rzecz Skarbu Państwa należącej do Mętlewicza luksusowej willi w centrum Warszawy, nieruchomość miał zakupić po zaniżonej cenie 80 tys. złotych (wówczas mniej więcej połowa rynkowej ceny "malucha") ówczesny wiceminister spraw wewnętrznych gen. Mirosław Milewski. Po latach dziennikarze sprawdzili adres, numer księgi wieczystej i zapisy hipoteczne dotyczące willi: okazało się, że pierwszy i ostatni zapis w księdze wieczystej dotyczący tej nieruchomości pochodzi z... 1964 roku. Według tego zapisu, w tym roku działka została przejęta w wieczyste użytkowanie przez Zofię M. i kilka lat później pojawił się na niej dom o kubaturze ponad 700 m, zarejestrowany jako własność Zofii M. Nie ma żadnego zapisu, aby dom był kiedyś własnością Witolda Mętlewicza i stanowił przepadek na rzecz Skarbu Państwa. Nie ma również śladu po nabyciu tego domu przez gen. Milewskiego. Sąsiedzi jednak w rozmowie z dziennikarzami potwierdzili, że Milewski był stałym mieszkańcem tego domu i z jakichś względów nie wpisano do go księgi wieczystej jako właściciela116.
Udział Wiktora Fonfary w śledztwie przeciwko grupie Mętlewicza był wielokrotnie podkreślany w opiniach służbowych przez jego przełożonych (m.in. jako przykład zaangażowania w prace Biura Śledczego MSW). Fonfara zajmował się także sprawami szpiegowskimi - brał udział m.in. w śledztwie, którego efektem było aresztowanie współpracujących z CIA Leszka Chrósta, Norberta Adamaschka, Jacka Jurzaka, Bogdana Walewskiego oraz szermierza i pięciokrotnego medalistę olimpijskiego Jerzego Pawłowskiego (zostali oni wymienieni, z wyjątkiem Pawłowskiego, który odmówił wyjazdu, 11 lutego 1986 r. na moście Glienicke w pobliżu Berlina na osoby skazane w USA za działalność na rzecz komunistycznego wywiadu - wśród nich był Marian Zacharski).
Opinia służbowa z 9 października 1981 r. dotycząca Wiktora Fonfary, inspektora Wydziału I Biura Śledczego MSW, członka PZPR (IPN BU 02063/36 [631/36])
W czerwcu 1980 roku Wiktor Fonfara jako zaufany człowiek komunistycznej bezpieki został skierowany na udział w rozprawie w NRD przeciwko obywatelowi RFN Horstowi Heringowi oskarżonemu o działalność szpiegowską na rzecz BND oraz przygotowywanie przerzutu obywateli NRD do RFN. Hering został skazany na dożywocie, ale przesiedział niespełna trzy lata. W maju 1982 roku doszło do tzw. wymiany w Herrlenhausen i NRD wymieniło Heringa. W więzieniu pozostała współoskarżona razem z nim Christa Schumann, która została skazana na 5 lat.
W pierwszej połowie lat 80. Wiktor Fonfara nadzorował śledztwo przeciwko Adamowi Hodyszowi, funkcjonariuszowi gdańskiej SB, który współpracował z "Solidarnością"117.
Sprawność i zasługi dla SB sprawiły, że 15 marca 1985 roku Fonfara został naczelnikiem Wydziału I Biura Śledczego.
"Płk Wiktor Fonfara jest aktywnym członkiem PZPR - m.in. pełnił funkcje kierownika grupy partyjnej, a także był członkiem egzekutywy POP. Bezpośrednio po przejściu do pracy w Biurze Śledczym MSW utworzył w jednostce koło ZSMP i był jego pierwszym przewodniczącym. Działa w Zrzeszeniu Prawników Polskich - aktualnie pełni funkcję przewodniczącego komisji rewizyjnej Koła ZPP dzielnicy Warszawa-Mokotów" - pisał 7 sierpnia 1989 roku gen. Zbigniew Pudysz w raporcie o mianowanie Wiktora Fonfary na stanowisko dyrektora Biura Śledczego MSW118. Pismo było kierowane do ministra spraw wewnętrznych Czesława Kiszczaka, który tę nominację zatwierdził. Wiktor Fonfara już jako dyrektor Biura Śledczego MSW wiedział, że Lech Wałęsa to TW "Bolek", co ujawnili w swojej książce Sławomir Cenckiewicz i Piotr Gontarczyk119.
W opinii partyjnej z sierpnia 1989 roku czytamy: "Towarzysz Wiktor Fonfara jest aktywnym i zaangażowanym członkiem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. [...] Prowadząc działalność partyjną, przez okres dwóch lat był członkiem Egzekutywy POP nr 15 i jednocześnie kierownikiem grupy partyjnej w Wydziale. [...] Mając na uwadze wysoką ocenę pracy zawodowej i działalności społecznej Egzekutywa POP nr 15 w Biurze Śledczym Ministerstwa Spraw Wewnętrznych rekomenduję tow. Wiktora Fonfarę na wyższe stanowisko w resorcie spraw wewnętrznych. Za Egzekutywę - Sekretarz POP nr 15 [podpis nieczytelny - aut.]"120.
Po pozytywnej opinii partyjnej i służbowej 14 sierpnia 1989 roku Fonfara został mianowany dyrektorem Biura Śledczego MSW - nominację podpisał pierwszy zastępca ministra spraw wewnętrznych gen. dyw. Władysław Pożoga. Funkcję tę ppłk Fonfara w praktyce sprawował po mianowaniu na stanowisko zastępcy gen. Zbigniewa Pudysza 15 lutego 1989 roku.
Rok później, 1 czerwcu 1990 roku, Wiktor Fonfara był już dyrektorem Zarządu Śledczego Urzędu Ochrony Państwa.
Jego nazwisko po raz pierwszy pojawiło się w mediach w związku z publikacją książki Pawła Rabieja oraz Ingi Rosińskiej (późniejszej korespondentki TVN-u w Brukseli, a następnie rzeczniczki polityka PO Jerzego Buzka) pt. Kim pan jest, panie Wachowski?, wydanej w 1993 roku przez oficynę wydawniczą BGW.
7 marca 1993 roku na konferencji prasowej autorzy stwierdzili, że wydawca usunął bez ich wiedzy kilkadziesiąt stron tekstu i że proces wydania książki kontrolowany był przez Belweder121.
Według Rosińskiej i Rabieja radcą prawnym BGW "jest żona szefa Zarządu Śledczego UOP płk. Wiktora Fonfary".
"Zaraz po złożeniu maszynopisu w wydawnictwie, trafił on do rąk Wachowskiego. Naszych rozmówców wzywano do Belwederu, gdzie prezydent i jego otoczenie namawiali ich do wycofania się z udziału w książce" - stwierdzili na konferencji prasowej autorzy książki. Roman Górski, prezes BGW, przyznał, że żona Wiktora Fonfary "jest jego prawnikiem", ale zaprzeczył, że maszynopis książki trafił do Belwederu122.
Wiktor Fonfara w 1995 roku brał udział w śledztwie w sprawie "Olina" - rosyjskiego szpiega, którym miał być ówczesny premier Józef Oleksy. Wałęsa odchodząc ze stanowiska prezydenta awansował Fonfarę do stopnia generała - pięć miesięcy później, w maju 1996 roku, gen. Wiktor Fonfara razem z doradcą szefa UOP gen. Marianem Zacharskim, szefem wywiadu gen. Bogdanem Liberą, zastępcą Fonfary płk. Wojciechem Dylewskim zostali zwolnieni przez nowego szefa UOP Andrzeja Kapkowskiego.
Po odejściu z UOP Wiktor Fonfara trafił - podobnie jak inni jego koledzy ze służb specjalnych PRL-u - do biznesu. Był m.in. doradcą prezesa KGHM, zasiadał również w radach nadzorczych różnych firm123. Fonfara był także doradcą Piotra Głowali, partnera w interesach byłego szefa PZU Grzegorza Wieczerzaka.
"[...] W czwartek wieczorem w okolicach Góry Kalwarii pod Warszawą znaleziono okaleczone zwłoki Piotra Głowali, biznesmena związanego w ostatnich miesiącach z Grzegorzem Wieczerzakiem, b. prezesem PZU Życie. Głowala został zabity kilkoma ciosami maczety. [...] Piotr Głowala miał kontakty ze służbami specjalnymi. Przez jakiś czas pełnomocnikiem Głowali w jednym z biznesów był generał Wiktor Fonfara, były szef Zarządu Śledczego UOP w czasach ministra Milczanowskiego. Głowala spotykał się z nim w warszawskim biurze na ul. Żurawiej 6/12, z tego biura zabrała go też policja w 2003 roku, gdy był poszukiwany listem gończym. Wczoraj odwiedziliśmy firmę na Żurawiej. Okazało się, że biuro jest nieczynne. Ciekawostka: w siedmiopiętrowym biurowcu na Żurawiej brakuje szóstego piętra. Nie ma go na przyciskach w windzie, nie można do niego dojść. Ale istnieje. Ochroniarz pytany o to, co jest na szóstym piętrze, mówi: - Nie mogę panu powiedzieć. [...]124.
Adam Dębiec
Jednym z podwładnych ppłk. Wiktora Fonfary w Biurze Śledczym MSW, który razem z nim przeszedł do Urzędu Ochrony Państwa, był Adam Dębiec125, wieloletni funkcjonariusz Służby Bezpieczeństwa.
Rodzice Adama Dębca byli bezpartyjni. Ojciec po przeprowadzce z Jasła do Sanoka pracował od 1946 roku w Kopalnictwie Naftowym, a matka pracowała tam w charakterze świetlicowej. Również żona Elżbieta Czubasiewicz126 i jej rodzice byli bezpartyjni. Środowisko rodzinne nie wskazywało zatem, jaką przyszłość wybierze Adam Dębiec.
W 1961 roku Dębiec został przyjęty na I rok prawa na Uniwersytecie Wrocławskim, skąd przeniósł się do Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Opolu, gdy na prawie nie zdał egzaminu z logiki. W 1964 roku ożenił się i rok później urodził się syn Andrzej.
12 września 1967 roku Dębiec złożył w Komendzie Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej w Opolu podanie o przyjęcie do pracy w Komendzie Powiatowej MO w Nysie w charakterze inspektora kulturalno-oświatowego.
"Podanie uzasadniam tym, że posiadam wykształcenie w zakresie historii a praca na tym stanowisku odpowiada moim zainteresowaniom" - pisał Dębiec127.
Legitymacja funkcjonariusza MSW Adama Dębca wystawiona 31 grudnia 1987 r. poświadczająca jego służbę w Milicji Obywatelskiej (IPN BU 02063/7)
WSP w Opolu ukończył w 1967 roku i 21 września Kurator Opolskiego Okręgu Szkolnego Stanisław Micek wyraził "zgodę na podjęcie pracy w organach MO przez Adama Dębca - absolwenta kierunku historii Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Opolu"128, co uwolniło Dębca od obowiązku pracy w szkole.
Pracę w KP MO w Nysie Dębiec rozpoczął 15 października 1967 roku. Jako funkcjonariusz MO w 1970 roku rozpoczął naukę zaocznie w Szkole Oficerskiej w Szczytnie. Jednocześnie oczekiwał na mieszkanie ze Spółdzielni Mieszkaniowej w Opolu, której był członkiem. W tym czasie zabiegał - jak czytamy w aktach - o przyjęcie do Służby Bezpieczeństwa - jego kandydaturę poparło kierownictwo Wydziału Śledczego KW MO w Opolu. I tak, po ukończeniu Szkoły w Szczytnie, 25 czerwca 1972 roku trafił do Służby Bezpieczeństwa na stanowisko inspektora Wydziału Śledczego KW MO w Opolu.
W 1978 roku Dębiec został przeniesiony do Wydziału II Biura Śledczego MSW, gdzie zajmował się przestępstwami gospodarczymi i nadużyciami w handlu zagranicznym.
W 1979 roku rozpoczęła się sprawa rozwodowa Dębców i 6 marca 1981 roku Adam Dębiec napisał donos do płk. Bonifacego Jedynaka, Dyrektora Departamentu Kadr MSW, że żona Elżbieta jest członkiem NSZZ "Solidarność" w Technikum Chemicznym przy ul. Saskiej w Warszawie, gdzie była zatrudniona jako nauczycielka. Sam Dębiec był wówczas II sekretarzem POP w Biurze Śledczym MSW.
Po zabójstwie bł. księdza Jerzego Popiełuszki był w grupie prowadzącej śledztwo przeciwko Piotrowskiemu, Chmielewskiemu, Pękali oraz ich przełożonym, w tym Pietruszce. Postępowanie było tak prowadzone, że zleceniodawcy zabójstwa księdza Jerzego nigdy nie zostali osądzeni.
Dębiec był wysoko oceniany przez przełożonych, o czym świadczą m.in. wnioski o awans.
"Mjr Adam Dębiec jest długoletnim i doświadczonym pracownikiem pionu śledczego MSW. Samodzielnie prowadził - z dobrymi wynikami - śledztwa z zakresu aferowej przestępczości i przeciwko sprawcom przestępstw popełnionych z pobudek politycznych. W niektórych z tych spraw pełnił funkcję koordynatora, organizując m.in. pracę grupie inspektorów. Angażowany był także do dokonywania analizy materiałów operacyjnych przed wszczęciem postępowań karnych. Stawiane przez niego wnioski charakteryzuje trafność i rzeczowość. Jest aktywnym członkiem PZPR" - pisał we wniosku personalnym 13 lipca 1984 roku płk Zbigniew Pudysz, dyrektor Biura Śledczego MSW129.
Mimo zaangażowania w czasach PRL-u w walkę z opozycją i prowadzenia politycznych śledztw, Adam Dębiec został pozytywnie zweryfikowany i został przyjęty do Zarządu Śledczego Urzędu Ochrony Państwa, którym kierował Wiktor Fonfara.
W 1991 roku na łamach "Gazety Wyborczej" ukazał się list opozycjonistki Ewy Kulik-Bielińskiej, który warto przytoczyć w całości chociażby ze względu na charakterystykę metod pracy mjr. Adama Dębca:
Z relacji w "GW" nr 102 z posiedzenia Komisji Polityki Gospodarczej, Budżetu i Finansów dowiedzieliśmy się, że funkcjonariuszem MSW prowadzącym śledztwo w tzw. aferze bankowej jest naczelnik wydziału UOP płk Adam Dębiec.
Z Adamem Dębcem zetknęłam się dwukrotnie. Po raz pierwszy w sierpniu 1980 roku, kiedy to kierował akcją przeszukania w mieszkaniu Jacka Kuronia, podczas której zatrzymano i osadzono w areszcie kilkanaście znajdujących się tam osób. Po raz drugi miałam z nim do czynienia 31 maja 1986 roku, kiedy uzbrojeni w pistolety maszynowe członkowie grupy antyterrorystycznej mjr. Misztala wyłamali o 5 rano drzwi do wynajmowanego przeze mnie mieszkania, a następnie przewieźli mnie do siedziby MSW przy ul. Rakowieckiej. Przywitał mnie tam A. Dębiec, wówczas w stopniu majora, rzucając do dwóch funkcjonariuszek, którym polecano mnie przeszukać: "Rozebrać ją, ale do goła"! Metody stosowane w prowadzonym przez Dębca śledztwie "przeciwko Zbigniewowi Bujakowi i innym podejrzanym o udział w organizacji mającej na celu obalenie ustroju siłą" (chodziło o podziemne krajowe władze "Solidarności" - Tymczasową Komisję Koordynacyjną NSZZ "S") prawdopodobnie nie różniły się od wielu innych toczących się w latach 1981-1986 spraw przeciwko działaczom "S". Szantaże, groźby, nacisk psychiczny były na porządku dziennym. Spośród tuzina przesłuchujących mnie funkcjonariuszy zapamiętałam twarz i nazwisko Dębca, ponieważ w szczególnie perfidny sposób wykorzystywał dramaty i tragedie osobiste zamieszanych w tę sprawę ludzi, zmuszając ich do złożenia obciążających zeznań. Nigdy nie zapomnę, jak 21 czerwca 1986 roku, dzień po tragicznej (dotychczas nie wyjaśnionej) śmierci mojego brata, wezwał mnie na przesłuchanie, podczas którego próbował uzyskać ode mnie zeznania w zamian za ujawnienie okoliczności zgonu Krzysztofa i udzielenie mi pozwolenia na udział w jego pogrzebie. Za odmowę współpracy zostałam podwójnie ukarana: o okolicznościach śmierci brata dowiedziałam się od przyjaciół mojej rodziny dopiero trzy miesiące później, a w pogrzebie nie mogłam wziąć udziału.
Nie zapomnę też, jak znęcał się nad małżeństwem Kolińskich, których jedyną winą było to, że wynajęli mi swoje mieszkanie, za co oboje osadzono w areszcie pozbawiając w ten sposób opieki ich dwoje małych dzieci i obłożnie chorą matkę.
Więcej o działalności płk. Dębca powiedzieć mogą inni członkowie podziemnych struktur, wobec których prowadził czynności śledcze. Ja przyznać muszę, że w naiwności swojej ani przez chwilę nie przypuszczałam, iż człowiek ten, po szumnie zapowiadanej weryfikacji, mógłby pozostać na swoim stanowisku, zwłaszcza po tym, jak jego sprawę przedstawiłam latem ub.r. Jackowi Merklowi, członkowi komisji nadzorującej weryfikację. Okazuje się, że przesłuchujący mnie pracownicy SB mieli rację, kiedy bez końca powtarzali: "My zawsze będziemy potrzebni. W każdym systemie, zawsze będzie wróg, przed którym trzeba będzie bronić państwa".
I tak Adam Dębiec nie tylko, że pozostał w nowych strukturach bezpieczeństwa publicznego, ale awansował do stopnia pułkownika i prowadzi dziś śledztwo w najbardziej prestiżowej sprawie karnej w naszym kraju, występując w roli Katona i rzucając podejrzenia na całe kierownictwo NBP z p.o. prezesa A. Topińskim, który ku jego niezadowoleniu, ciągle przebywa na wolności. Jakimiż to kwalifikacjami, kompetencjami oraz osiągnięciami zaimponował on szefowi UOP A. Milczanowskiemu i premierowi J.K. Bieleckiemu, z których pierwszy w chwili mojego aresztowania był niejawnym członkiem TKK, a drugi, według jego własnych słów, łącznikiem merytorycznym? Rozumiem, że docenione zostały zasługi płk. Dębca w ściganiu i ujęciu działaczy struktur "S", ale czy aresztowanie Bujaka dopiero po 5 latach ukrywania się jest właściwym kryterium do oceny kwalifikacji kompetencji przydatności pracownika w MSW? Adam Dębiec to oczywiście płotka (akcję zatrzymania Bujaka i innych nadzorował osobiście Cz. Kiszczak), ale jest to płotka, której działalność w okresie stanu wojennego dane mi było odczuć na własnej skórze. Fakt pozostawienia go, a nawet awansowania, w zweryfikowanej strukturze MSW, pozwala mi przypuszczać, że niewiele się tam zmieniło. Ja rozumiem, że różni zasłużeni dla dawnego reżimu esbecy mogli prześliznąć się przez sito weryfikacji, ale nie chce mi się wierzyć, że obecny szef UOP nie zapoznał się z aktami sprawy przeciwko strukturze, której sam był członkiem. Nieznane mi są podstawy, na jakich dokonano aresztowań "Art-B" i bankowców, nie wiem, jakie zebrano dowody. Znając jednak płk. Dębca czuję się bardziej solidarna z przesłuchiwanymi niż z przesłuchującym130.
Dębiec był zaangażowany w strategiczne śledztwa prowadzone przez UOP m.in. we wspomnianej wyżej aferze Art-B i FOZZ. Ta druga ciągnęła się latami - najpierw toczyło się wieloletnie śledztwo, po którym został sformułowany akt oskarżenia - niewiele brakowało, by sprawa uległa przedawnieniu a winni uniknęli kary. Afera FOZZ swój sądowy epilog znalazła w 2006 roku w czasie rządów PiS, kiedy to zapadł prawomocny wyrok skazujący m.in. Grzegorza Żemka, Janinę Chim oraz zaocznie Dariusza Przywieczerskiego na kary bezwzględnego więzienia.
Po upadku rządu Jana Olszewskiego i przejęciu MSW przez ekipę Lecha Wałęsy płk Adam Dębiec został wyznaczony na śledczego w sprawie działań podejmowanych przez współpracowników ministra Antoniego Macierewicza.
"Kiedy pracownicy Wydziału Studiów MSW pojawili się w pracy w dniu 6 czerwca 1992 roku (sobota), odizolowano ich od reszty personelu MSW i umieszczono w specjalnie przygotowanej Sali. Były funkcjonariusz SB a później śledczy UOP płk Adam Dębiec miał kierować "postępowaniem wyjaśniającym". Jednak pracownicy Wydziału Studiów MSW odmówili składania wyjaśnień, domagając się jednocześnie zinwentaryzowania zabezpieczonych archiwaliów MSW w obecności przedstawicieli Sejmu RP. Mimo dużej wiedzy, jaką dysponowali, wszystkich z dnia na dzień wyrzucono z pracy"131.
Po odejściu z UOP Adam Dębiec zajął się interesami - głośna była w mediach akcja z jego udziałem dotycząca Radia Zet.
"W czasie, gdy Lew Rywin przychodził do redaktora naczelnego "Gazety Wyborczej" Adama Michnika, pułkownik Adam Dębiec, były esbek i wysoki oficer Zarządu Śledczego UOP, próbował przejąć udziały w Radiu Zet" - pisała 2 listopada 2006 roku "Rzeczpospolita"132.
W połowie października 2002 roku do Moniki Bednarek, prezes spółki Eurozet (właściciela Radia Zet), przyszedł Andrzej Dobrzański, właściciel firmy Egzekutor i pokazał jej umowę sprzed kilku lat. Z umowy wynikało, że Katarzyna Woyciechowska (córka założyciela Zetki Andrzeja Woyciechowskiego, współwłaścicielka stacji) pożycza w niej 400 tys. dolarów od Aleksa J. Smitha i Małgorzaty Sz. W umowie widniał zapis, że jeśli Woyciechowska nie spłaci długu, wierzyciele przejmą jej udziały w Eurozecie. Jak się później okazało podpis Woyciechowskiej był sfałszowany, a uznanie Eurozetu za dłużnika umowy bezprawne. Kilka dni później z tą samą umową przyszedł do Eurozetu Adam Dębiec, emerytowany esbek. Zażądał pieniędzy albo udziałów w spółce. W tym samym czasie na adres KRRiT zaczęły przychodzić listy mówiące o przejęciu Eurozetu przez podejrzany kapitał. W rozmowie z "Rzeczpospolitą" Dębiec stwierdził, że do Eurozetu poszedł w ramach swojej działalności gospodarczej - po odejściu z UOP założył firmę. Zlecenia dla niej pomagali mu załatwiać ludzie poznani w służbach133.