Rewolucja niebieska. Powieść o Mikołaju Koperniku - Wojciech Wiercioch, Jolanta Szymska-Wiercioch

Kup ebooka

49.90 zł
35.75 zł (35,75 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WSTRZYMAĆ SŁOŃCE, PORUSZYĆ CZYTELNIKÓW

"Przedmowa do książki jest co sień do domu, z tą jednak różnicą, iż domowi bez sieni trudno, a książka się bez przedmowy obejdzie" - napisał Ignacy Krasicki w przedmowie do swojej powieści Mikołaja Doświadczyńskiego przypadki.

Nie zawsze jest winą autorów, że obraz epoki czy bohatera powstaje nieostry, bowiem materiały źródłowe związane z przedstawianą osobą bywają dość skąpe. Tak właśnie rzecz się ma ze słynnym kanonikiem fromborskim (trochę dokumentów, nieco listów, jakieś zapiski astronoma na marginesach czytanych przez niego foliałów). Do dziś historycy nie wiedzą, czy Mikołaj Kopernik był starszy, czy młodszy od swego brata Andrzeja, gdzie chodził do szkoły (Toruń, Włocławek, Chełmno), a jedyną posiadaną przez nas informacją dotyczącą jego studiów w Krakowie jest to, że opłatę za naukę uiścił z góry - w całości (w przeciwieństwie do swego brata, który najprawdopodobniej pieniądze postanowił przeznaczyć też na "inne rozkosze"). Ponieważ jednak genialny astronom sam później wyznał, że Kraków ukształtował jego umysł, biografowie czują się zobowiązani, by krakowskiemu okresowi jego życia poświęcić przynajmniej jeden rozdział, snując różne przypuszczenia. A przecież nie wiadomo nawet, gdzie wtedy i u kogo torunianin mieszkał. Nie zraża to jednak biografów i przytaczają oni - bez dowodu - wiele przeróżnych adresów. Czytelnik czyta - i jak nic nie wiedział wcześniej, tak dalej nie wie nic.

Co Mikołaj studiował pod Wawelem? Tego nie wie nikt. Wiadomo tylko: artes liberales, sztuki wyzwolone. Dlaczego w Akademii Krakowskiej nie uzyskał dyplomu bakałarza? Nikt nie ma pojęcia. Kogo wtedy podziwiał, z kim się przyjaźnił? Nie wiadomo. Trzeba tylko wnioskować (i wróżyć z gwiazd albo z fusów) na podstawie późniejszej korespondencji, która zresztą też nie zawsze odwołuje się do okresu krakowskiego.

Wniosek? Choćbyśmy przeczytali biografie Kopernika we wszystkich językach świata - to i tak niewiele pewnych informacji o tym geniuszu uda się nam zdobyć.

Mieć jakieś dane to jeszcze nic; sprawdzone i uporządkowane informacje to coś więcej - zaś prawdziwa wiedza wymaga dużo większego zaangażowania, wiadomości oraz inteligencji (zdolności weryfikowania, hierarchizowania i kojarzenia faktów oraz odszukiwania ukrytych powiązań między nimi).

Wiedza to jeszcze nie wszystko, celem jest mądrość.

A co to jest mądrość? Definicji tej arcyludzkiej cechy podaje się od tysiącleci wiele, zbyt wiele, ale czy to w ogóle jest ważne? Sądzę, że tak. Dlaczego? Bo Mikołaj Kopernik był nie tylko genialnym uczonym i twórcą rewolucji naukowej, która na zawsze zmieniła postrzeganie świata - był także mędrcem. Dlatego trzeba trochę mądrości, by zrozumieć jego życie i twórczość. A z tego wynika, że nie można być głupcem, a tym bardziej zaś głupcem fundamentalnym. Kosmolog Michał Heller, założyciel Centrum Kopernika Badań Interdyscyplinarnych w Krakowie, autor Moralności myślenia, twierdzi (żartobliwie, może nawet dobrotliwie), że głupiec fundamentalny jest tak głupi, iż gdyby nawet Pan Bóg dał mu rozum, nie wiedziałby, co z nim zrobić.

Stanisław Lem, który o kosmosie wiedział wszystko (a może nawet więcej), rzucił kiedyś w świat dwa takie aforyzmy:

"Nikt nic nie czyta, a jeśli czyta, nie rozumie; jeśli zrozumie, natychmiast zapomina".

"Dopóki nie zajrzałem do internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów".

Żyjemy w świecie bogatym w biblioteki, księgarnie, antykwariaty, archiwa, muzea, istnieje przeobfita literatura naukowa, uniwersytety przyjmują coraz większą liczbę studentów, analfabetyzm podobno został wytrzebiony - co cieszy. Naiwnych. Gdy się jednak odpali komputer i wejdzie do sieci, objawia się nam fundamentalna głupota cyberidiotów. Media społecznościowe aż roją się od "młodych, wykształconych, z wielkich ośrodków", od ludzi pełnych zapału, od poczciwych rewolucjonistów, którzy za pomocą jednej formułki ideowej pragną zbawić świat. Propagują wizję Nowego Wspaniałego Świata, rzeczywistości racjonalnej, bez przesądów i zabobonów, zdążającej w stronę świetlanej przyszłości. Jednak po bliższym zbadaniu terenu tych ideologicznych wojen okazuje się, że ci - nawet z tytułami uniwersyteckimi - są po prostu dyplomowanymi, patentowanymi durniami.

Błyskotliwy i dowcipny Stefan Kisielewski zapisał taką oto maksymę: "Gdyby dureń zrozumiał, że jest durniem, automatycznie przestałby być durniem. Z tego wniosek, że durnie rekrutują się jedynie spośród ludzi pewnych, że nie są durniami". Niestety, głupców nie sieją, sami się rodzą. Tak rodzi się "bunt mas" (vide: José Ortega y Gasset). W ten sposób kształtuje się opinia publiczna. I oto zaczynają królować stereotypy, schematy myślowe; świadomość społeczna opanowywana jest przez przekłamania propagandowe i destrukcyjne mity. "Wykształceni", czyli ci, którzy wierzą, że wyzbyli się niepotrzebnych wierzeń oraz całego tego zbędnego balastu tradycji, zaczynają wierzyć (sic!) w naukę i w tym swoim zacietrzewionym wyznaniu wiary trwają niczym jacyś nawiedzeni sekciarze, a nawet nowocześni inkwizytorzy.

Nic to, że książek nie brakuje, że Internet pęcznieje od wspaniałych filmów dokumentalnych, wykładów, prelekcji, rozmów w serwisie YouTube, pęka od audiobooków, blogów tworzonych przez inteligentnych i utalentowanych pasjonatów - to na nic. Generalnie: ludzkość idzie na łatwiznę i wciela w życie osobliwie pojętą strategię ekonomii myślenia (vide: Bronisław Malinowski): Myśl jak najmniej; po co myśleć, kiedy wystarczą proste regułki, głupie memy, idiotyczne slogany.

Sieć aż kipi od zaangażowania, od polemik, kłótni, walk ideologicznych, argumentów prostych jak słynna konstrukcja cepa. Dyskutuje się, nie mając podstawowej wiedzy, na przykład historycznej, nie potrafiąc logicznie argumentować i zachowywać się kulturalnie wobec oponenta. Rośnie w siłę nowoczesny potwór - nowotwór hejtu. Czyli głupota fundamentalna w swej najbardziej zdehumanizowanej formie.

MIĘDZY HISTORIĄ A LITERATURĄ PIĘKNĄ

W antykwariatach i bibliotekach jest sporo książek o Mikołaju Koperniku, i co z tego? Po co mamy wiedzieć, czy ten "sarmacki astrolog" (określenie Marcina Lutra) urodził się przy ulicy Świętej Anny, czy raczej w kamienicy przy Rynku Staromiejskim w Toruniu? Co da nam wiedza, że student Mikołaj wygłosił w Rzymie pasjonujący referat, albo że doktoryzował się z prawa kanonicznego akurat w Ferrarze (nie zaś w Bolonii lub Padwie)? Jak spożytkowalibyśmy wiedzę, gdyby jakimś cudem udało się dotrzeć do zapisu rozmowy Kopernika z wielkim mistrzem zakonu krzyżackiego, z papieżem albo z królem Zygmuntem I Starym?

Może to ważne, pewno dla kogoś istotne, przecież historia jest nauczycielką życia. Jednak grzebanie się w detalach (bez próby ogarnięcia kontekstu i bez prób wyciągnięcia z całości jakichś sensownych i mądrych wniosków) jest zajęciem dość jałowym. Dlatego sądzę, że choć biografie Kopernika są niezwykle pouczające, nie potrafią oddać tego, co najciekawsze i najbardziej inspirujące - osobowości geniusza. Jaki naprawdę był ten mędrzec z Fromborka? Oto jest pytanie! Nie potrafi na nie udzielić odpowiedzi żaden poczciwy historyk, operujący faktami, posługujący się bezbłędną logiką w kojarzeniu faktów. Tu trzeba czegoś więcej. Czego? Wyobraźni, a nawet fantazji. Stąd konieczność istnienia powieści historycznej, biograficznej, co nie znaczy, że historyk może egzystować, separując się od ożywczego powiewu wyobraźni.

Idealnego badacza dziejów przedstawił - w swojej monografii o Joachimie Lelewelu - znakomity historyk literatury Ignacy Chrzanowski:

"Niektórzy historycy europejscy pierwszej połowy XIX wieku, obdarzeni talentem pisarskim, bujną wyobraźnią i wrażliwym sercem, usiłowali pogodzić naukę ze sztuką, a to nie tylko w tym znaczeniu, że dbali o piękny styl, ale i w tym jeszcze, że pragnęli przemówić do uczucia i wyobraźni czytelników: Więc z jednej strony nie poprzestawali na dawaniu im pojęcia o przeszłości, ale nadto pokazywali im ją za pomocą obrazowej opowieści o zdarzeniach i żywej charakterystyki ludzi, a z drugiej opowiadali o przeszłości tak, że się czytelnik opowieścią przejmował, że go ona bądź wzruszała, bądź zachwycała, bądź odpychała. Zwłaszcza we Francji i Anglii byli tacy historycy, i to wielkiego talentu".

A w Polsce? Byli Lelewel i Kraszewski oraz ich następcy. I wybitni historycy, i znakomici twórcy powieści historycznych mieli świadomość, że dokumenty z epoki, materiały źródłowe, katalogi bibliotek i archiwów, wytrwałe badania naukowe - to jeszcze nie wszystko, gdyż dane trzeba uporządkować, informacje uogólnić, dokonując różnych operacji umysłowych, pożytkując się wyobraźnią. Należy wytrwale pracować nie dla wydumanych celów - nie wystarczy dążyć tylko do sztuki dla sztuki, do nauki dla samej tylko uczoności. Teoretyczna erudycja (choćby nawet najbardziej elokwentnie wyłożona) jest tylko wstępem do walki z głupotą i niegodziwością. Subtelność artystyczna i pasja poznawcza to cel sam w sobie, ale też element działalności edukacyjnej i wychowawczej. Taka działalność jest czynem obywatelskim, patriotycznym, zwłaszcza gdy poszukuje tego, co ponadnarodowe, uniwersalne. Lelewel pisał:

"Naród, żyjący dla siebie, sam jeden, pojedynczo, nie jest: żyje wśród innych, z innymi i dla innych. Tak chciała Opatrzność i włożyła w każdy lud obowiązki względem ludzkości, której jest cząstką, do której postępu przyczyniać się musi pod karą wykreślenia z pocztu narodów i zamarcia w sobie, zamarcia wiecznego, na kształt Asyrii, Babilonii, cezarskiego Rzymu".

Stąd wniosek, że odrębne byty narodowe są darem dla całej ludzkości:

"Zapamiętali głosiciele kosmopolityzmu nie baczą, że przygotowują czasy imperium rzymskiego; a naprzód nastanie zobojętnienie na to, co swoje, i obcy przewodzić zaczną, a potem oziębłość na to, co się dzieje, i źli ludzie panować i uciskać zaczną; a nareszcie barbarzyniec przyjdzie, znikczemnionych, złych i dobrych kosmopolitów pochłonie".

To nie są jakieś abstrakcyjne dywagacje czy niepotrzebne dygresje - myśli te są integralnie związane nie tylko z Mikołajem Kopernikiem, ale też z setkami, tysiącami naukowców, propagatorów i propagandystów, którzy zajmują się jego postacią i próbują ją przeciągnąć na swoją stronę. Jedni twierdzą, że Kopernik był Niemcem, inni, że Polakiem, jeszcze inni zaś przekonują, że jego narodowość nie ma dla nikogo żadnego znaczenia. Niektórzy sądzą, że odrodzeniowa teoria heliocentryczna obaliła hegemonię Kościoła katolickiego, udowadniając, że jego dogmaty są absurdalne; niektórzy zaś stają na głowie, by udowodnić, iż Kopernik to reprezentant ciemnego kleru, stąd nie warto sobie zawracać głowy jego konserwatywnymi poglądami (zwłaszcza tymi społecznymi, ideologicznymi i filozoficznymi). Są tacy, którzy głoszą, że polski astronom popełnił tak wiele błędów metodologicznych i matematycznych, że dopiero kolejne pokolenia oświeconych badaczy zdołały się uporać z tym składowiskiem hipotez; są także owacy, którzy ze skromnego kanonika warmińskiego robią jakiegoś herosa, nadczłowieka, tworząc narrację o legendarnym inżynierze, konstruktorze, architekcie, wynalazcy, strategu, muzyku, mistrzu wiedzy tajemnej.

Prawda leży pośrodku? Nie zawsze. Prawda nie istnieje? Jest złożona, trudna do wydobycia, niekiedy nieuchwytna. Ale jest. W to wierzył Mikołaj Kopernik. Wbrew swoim krytykom i dzisiejszym zapędom postmodernistów.

Po co napisaliśmy tę książkę? Przecież tyle jest biografii Kopernika.

Rewolucja niebieska to nie biografia, to powieść biograficzna. Ile w niej prawdy, a ile zmyślenia? Tyle prawdy, ile się da; tyle wyobraźni, ile trzeba. Można zadać pytanie: jakie są właściwe proporcje między faktografią a fikcją?

Karafka La Fontaine'a Melchiora Wańkowicza - traktat o sztuce pisania (reportażu, eseju, powieści historycznej) - zawiera tak dużo błyskotliwych wyjaśnień, że właściwie wystarczyłoby poprzestać na tej rekomendacji. Ale ponieważ takie sztuczki nie działają, pozwolę sobie zacytować autora tej biblii pisarstwa:

"Flaubert, żeby opisać agonię pani Bovary, przez pół roku studiował toksykologię, dla Éducation przeczytał komplety dzienników od 1835 do 1856 roku. Intuicja dopiero wówczas olśniewa, kiedy jest na fundamencie wiedzy. A wiedza - to jest dociekliwa wytrwałość. Przychodzi ona ze zrozumieniem, że nigdy się nie wie dosyć; z doświadczeń niezmordowanych poszukiwań; z nieustannego ich wysprawdzania przez najskuteczniejsze odczynniki, na jakie może się zdobyć umysł pisarza".

Fakty to podstawa - ale to jeszcze nie wszystko. Fakty są kamyczkami przeznaczonymi do stworzenia mozaiki. Reszta jest milczeniem, kontemplowaniem, kompozycją, konstruowaniem, syntezą.

"Zlepianie kamyczków faktologicznych odbywające się nie na polu obserwacji pisarza, ale w zaciszu jego pracowni, daje niespodziewanie rentę dodatkową. Jest to wartość syntezy, na którą nie stać obserwatorów relacjonujących kilka oderwanych faktów, każdy z osobna" (M. Wańkowicz).

Reszta jest wyobraźnią. A nawet fantazją. Pamięć i fantazja - oto recepta na książkę fiction i non-fiction, ale to nie znaczy, że fikcja ma być pogrążaniem się w amnezji i konfabulacji. Zdarza się, że autor pisze powieść o jakiejś historycznej postaci, zmyśleniem albo ukrytą tendencją zastępując i zakłamując prawdę historyczną. Ale o tym innym razem...

Istnieją biografie niezwykle dokładne, rzetelne, obszerne, niestety, nieraz trochę nudne, nabite faktami, fakcikami, rojące się od nazw i dat. Dlatego o wiele przyjemniej czyta się eseje historyczne, o których tak pisał Paweł Jasienica w Polsce Jagiellonów:

"Książki, które piszę, nie roszczą sobie żadnych pretensji do rangi dzieł naukowych, nie są podręcznikami ani popularyzacją nauki. To są zwyczajne eseje. Cóż może być jeszcze powszedniejszego od literatury obierającej sobie za temat historię, lecz stroniącej od zmyśleń i fikcji? Przecież wiek tego gatunku pisarskiego liczy się na tysiąclecia. Esejowi przysługują te same prawa, którym się cieszy dramat, poezja czy powieść.

Ze wszystkich literatów eseista przybliża się najbardziej do pogranicza nauki, ale nie traci przez to uprawnień artysty i nie staje się popularyzatorem. Kardynalną cechą eseju nie jest naukowa beznamiętność, lecz jej przeciwieństwo - ton osobisty, bezpośrednie, jak najmocniejsze zaangażowanie się autora, przemawiającego wprost i na własną odpowiedzialność.

Wolno chyba ryzykować tezę, że eseiści urzeczywistniają w praktyce ewangeliczny nakaz o chlebie i kamieniu. Niechęć, jaką uczeni historycy darzą esej (oraz publicystykę), jest zjawiskiem normalnym, występującym zarówno u nas, jak i we Francji na przykład. Lecz przede wszystkim literatura potrafi przekonać ogół, że historia jest ciekawa i piękna, a przez to zachęcić do czytania wszelkich książek historycznych, naukowych także. Sprawdźmy wyniki ankiet urządzanych u nas przez prasę co roku. Okaże się, że ogół żąda literatury faktu. Zwróćmy uwagę i na to, że w krajach, które uznają esej historyczny poniekąd za narodową specjalność, historiografia naukowa rozwija się wspaniale. Jedno drugiemu wcale widać nie przeszkadza".

A gdy kogoś i esej męczy, nudzi, wtedy powieść historyczna jest jak znalazł. Ale to nie znaczy, że powieść historyczna adresowana musi być wyłącznie do osób z niechęcią spoglądających w stronę biografii czy monografii historycznych. Powieść - zwłaszcza gdy zawiera partie eseistyczne - posiada zarówno wartości estetyczne, jak i wartości poznawcze. A w przeciwieństwie do rozpraw naukowych czy referatów z różnych konferencji dla specjalistów - może sobie pozwolić na szerszy zakres podejmowanych spraw, problemów, dylematów, nie musi przecież unikać nierozwiązanych zagadek czy tajemnicy osobowości bohaterów. Na tym polu - na płaszczyźnie wzruszającego przedstawienia przeżyć i przemyśleń różnych postaci historycznych - powieść nie ma wśród innych gatunków literackich żadnego poważniejszego konkurenta. I posiada jeszcze jedną przewagę - może zostać przerobiona na scenariusz filmowy, co ma niebagatelne znaczenie dla popularyzacji historii.

Nie wystarczy wiedzieć, gdzie i kiedy Kopernik obserwował zaćmienie Księżyca czy Słońca, dobrze jest także wczuwać się w jego uczucia i myśli, próbując rekonstruować jego słowa i czyny. Tylko tak można zrozumieć człowieka i tylko tak da się pojąć geniusz rewolucjonisty ducha.

Zofia Kossak - autorka wspaniałych powieści historycznych - we wprowadzeniu do powieści Błogosławiona wina pisze, iż tego typu twórczość musi być autentyczna, oparta na licznych współczesnych dokumentach. Może być barwna, nawet sensacyjna, dysząca żywotnością dawnych czasów, których duch tylko częściowo utrwalił się w tradycji oraz świadomości narodu. Nie jest łatwo tak pisać, żeby czytelnik mógł podróżować w książce ponad wiekami, jakby w jakimś czarodziejskim wehikule czasu. By uzyskać taki efekt, literat musi przestrzegać pewnych zasad, które autorka Krzyżowców przedstawia tymi słowy:

"W technice powieściowej obowiązują pewne reguły, które pisarz winien obserwować, o ile pragnie przekonać czytelnika o słuszności swego założenia. Najważniejszą z tych reguł jest logika w przedstawieniu danego wycinka życia. Zależnie od światopoglądu autora logika ta bywa wysnuta bądź z łańcucha ślepych faktów niezależnych od woli człowieka, bądź z jego świadomych czynów; z cech biologiczno-atawistycznych, z wpływów środowiska, bądź z nieubłaganych procesów socjalnych. Pisarza o światopoglądzie spirytualistycznym obowiązuje, niezależnie od wyznania, logika Prawa Bożego. Prawo Boże, zgwałcone lub zachowane, odbija się karząco albo pozytywnie na losach i rozwoju bohaterów powieści".

Powyższe postulaty są szczególnie istotne, jeśli idzie o powieść traktującą o losach Kopernika, który należał przecież do stanu duchownego (choć księdzem nie był), całe swoje dojrzałe życie spędził albo w otoczeniu biskupa warmińskiego, albo w gronie kanoników z kapituły fromborskiej - a jako katolik zmuszony był podejmować poważne decyzje ideowe i w zgodzie z własnym sumieniem reagować w taki czy inny sposób. Wierność Polsce zmuszała go do walki z katolickim (z nazwy) zakonem krzyżackim; a potem niezależność myślenia i umiłowanie wolności słowa sprawiały, że nie mógł przymykać oczu na powikłania społeczne będące konsekwencją szerzącego się ruchu luterańskiej reformacji; ten okres był dla genialnego astronoma wyjątkowo trudny, bolesny, bowiem dwóch jego przyjaciół obrało przeciwstawne drogi - Tiedemann Giese został biskupem i w duchu Erazma z Rotterdamu próbował bronić katolicyzmu, zaś Aleksander Sculteti zrzucił z siebie brzemię celibatu, ożenił się, przeszedł na protestantyzm i ostentacyjnie zaczął szerzyć "nową wiarę", wchodząc przy tym w konflikt z biskupem, papieżem i królem Zygmuntem Starym. Dla astronoma - twardy orzech do zgryzienia. Jak z tej sytuacji wybrnął Kopernik? Z tym pytaniem musieliśmy się zmierzyć w naszej opowieści i udzielić jakiejś odpowiedzi. Pisaliśmy bowiem o tym, czy w imię przyjaźni można się zaprzeć swojej wiary. Albo czy dla wiary można zrezygnować z przyjaźni.

Tak czy siak - warto przed lekturą powieści o Koperniku przeczytać takie wyznanie Zofii Kossak:

"W literaturze światowej znajdujemy mistrzowskie analizy naruszenia Prawa Bożego, czyli skutków grzechu. W wielu z nich jednak uderza czytelnika nieubłagana atmosfera danej książki. Katolik, przyzwyczajony żyć w promieniach Łaski, z mimowolnym dreszczem grozy i niedowierzania śledzi dzieje bohaterów walczących rozpaczliwie a beznadziejnie z własnymi błędami i kończy książkę z przekonaniem, że te zapasy nie zostały przedstawione po katolicku, gdyż potęga zła wydaje się w nich nieomal równa potędze dobra. Wrażenie to pochodzi i stąd, że w owych świetnych analizach i skrupulatnych przewodach sądowych uwypuklona zostaje sprawiedliwość, a brakuje w nich miejsca na miłosierdzie. Sprawiedliwość zaś bez miłosierdzia jest z konieczności okrutna. (Jak miłosierdzie bez sprawiedliwości jest niemoralnym pobłażaniem złu)".

Przyczyny zaś tego braku tkwią we wzmiankowanej wyżej logice. Miłosierdzie wydaje się wtedy nielogiczne, niekonsekwentne, a nawet gorszące - jak w owej ewangelicznej przypowieści o talentach.

My - jako czytelnicy - domagamy się sprawiedliwości, chcemy, by winowajca poniósł zasłużoną karę.

"Szanujemy również i od pisarza wymagamy, by szanował rzeczywiste, naturalne prawo niezniszczalności wszystkiego, co istnieje. Ta niezniszczalność powoduje niekończące się następstwo skutków, dławiące swoim ciężarem. Złamać to prawo, unicestwić taki lub inny zły czyn wraz z całym ewentualnym dziedzictwem - może tylko Bóg. On to praktykuje codziennie w tysiącach konfesjonałów, w dialogach sam na sam ze skruszonym sercem. Ale co wolno Bogu, nie wolno pisarzowi. Operowanie elementami tak odmiennymi od zwykłego rozumowania ludzkiego, tak wyłącznie Bogu przynależnymi i właściwymi, jakimi są miłosierdzie i zgładzenie winy - kończy się często sztucznością, łatwizną i utraceniem zaufania czytelnika.

Zastrzeżenia te dotyczą, rzecz prosta, fabuły powieściowej będącej tworem artystycznej wyobraźni pisarza. Nie dotyczą dziejów prawdziwych, gdzie autor usiłuje być tylko wiernym kronikarzem, i stąd głębokie wrażenie wywierane na czytelników przez Żywoty Świętych" (Z. Kossak).

Mikołaj Kopernik święty nie był (choć kto go tam wie) - lecz jako postać conradowska był wierny swoim obowiązkom, tak na powierzchni doczesności, jak i w głębi swego genialnego ducha. Sumienie wiodło go właściwymi (krętymi, stromymi) ścieżkami, choć uczestniczenie w Bożym Igrzysku było wyzwaniem nie lada. Czasy bowiem, w których żył - ścieranie się średniowiecza z renesansem, Polaków z Niemcami, katolików z protestantami, wyznawców heliocentryzmu z głosicielami geocentryzmu, geniuszy z ludzikami małej wiary i jeszcze mniejszego rozumu - owe czasy były tak powikłane, chaotyczne, niezrozumiałe, że opisanie ich jest rzeczą nieomal niewykonalną.

Wgłębiając się w labirynt historii i próbując zrozumieć jego logikę, ułatwimy sobie zadanie, korzystając z teorii chaosu (tudzież teorii katastrof) - której znaczenie w historii ciekawie przedstawia autor Serca Europy:

"Można się zastanawiać, czy teoria katastrof, która znajduje zastosowanie w wielu dziedzinach nauk ścisłych, daje się zastosować także w odniesieniu do długotrwałych prawidłowości w życiu społeczności ludzkich. Nasuwa się myśl, że matematyczna teoria chaosu mogłaby może w jakiś sposób wyjaśnić, dlaczego długie, spokojne okresy rozwoju i wzrostu przedzielają interwały zamętu i chaosu. Czy jest do pomyślenia, że wybuch Thery spowodował machaniem skrzydełek jakiś prehistoryczny motyl?" (Norman Davies).

Obyś żył w ciekawych czasach! - brzmi życzenie będące przekleństwem. Prusy i Warmia w XVI wieku - to były miejsca i czasy! Wpłynęły one na historię Polski, Europy i świata. Te czasy można uznać za raj... dla fanatyków... historii alternatywnej. Gdyby Kopernik przegrał bitwę o Olsztyn, gdyby Zygmunt Stary nie był tak łaskawy dla wielkiego mistrza krzyżackiego (a później księcia) Albrechta Hohenzollerna, gdyby autor De revolutionibus przeszedł na protestantyzm, gdyby w Królewcu nie studiował Jan Kochanowski, a w Lidzbarku biskupem nie został Ignacy Krasicki - dzisiejszy świat wyglądałby całkiem inaczej.

KOPERNIK - NUDZIARZ CZY HEROS?

Edward O. Wilson twierdzi, że najwybitniejsze umysły w dziejach "żyły swoimi obsesjami; spalały się w środku. Umiały jednak także intuicyjnie korzystać z tego, co jest wrodzonym ludzkim darem, i wybierać istotne spostrzeżenia ze strumienia przyziemnych myśli, które wszystkim nam przepływają przez głowę. Mogły być obdarzone tylko trochę większym talentem, lecz ich twórcze dokonania wydawały się innym czymś jakościowo nowym. Wywarły na ludzkość trwały wpływ, który przyniósł im wiekopomną sławę, nie na skutek czarów czy Bożej łaski, ale dzięki przewadze w wykorzystywaniu umiejętności, które mniej utalentowani opanowali trochę gorzej. Nabrały dostatecznie dużej prędkości nośnej, by wzbić się ponad innymi".

By określić kogoś geniuszem, trzeba uwzględnić właściwe kryteria. Ważna jest uniwersalność wpływu na losy nauki czy sztuki oraz oryginalność, rewolucyjność dokonań, które można zasadnie przypisać danej osobie. Istotna jest również użyteczność teorii naukowej czy koncepcji artystycznej. Thomas Jefferson pisał:

"Wiedza ma niewielką wartość, jeśli ogranicza się tylko do spekulacji. Gdy jednak spekulatywne prawdy są sprowadzone do praktyki, gdy teorie osadzone w doświadczeniu są stosowane do zwykłych sytuacji życiowych, jeśli dzięki temu [...] sztuka życia staje się łatwiejsza i wygodniejsza i jeśli, oczywiście, promuje się rozwój ludzkości i zwiększa powszechną szczęśliwość, to taka wiedza staje się prawdziwie użyteczna".

Ci, którzy przysporzyli tej wiedzy najwięcej, nazywani są geniuszami.

A kto był największym geniuszem w historii ludzkości: Pitagoras, Platon, Arystoteles, Hipokrates, Homer, Dante, Szekspir, Goethe, Proust, Dostojewski, Conrad, Napoleon, Michał Anioł, Leonardo da Vinci, Brunelleschi, Picasso, Bach, Mozart, Beethoven, Chopin, Kopernik, Galileusz, Newton, Leibniz, Pascal, Kartezjusz, Kant, Swedenborg, Pasteur, Skłodowska-Curie, Einstein, Darwin, Freud, Jung, Franklin, Edison, Tesla?

Można być autorem przełomowego odkrycia naukowego lub rewolucyjnego przełomu w sztuce - a zarazem umysłem jednowymiarowym ograniczającym się wyłącznie do jednej dziedziny sztuki bądź nauki, osobą żyjącą dość monotonnie w swojej pracowni, w swoim laboratorium... Można być też osobowością renesansową, wszechstronną, o zainteresowaniach interdyscyplinarnych, osobą przyczyniającą się do rozwoju różnych dyscyplin ludzkiej aktywności, a do tego idącą przez życie w tak spektakularny sposób, iż taki żywot nadaje się - bez zbędnych upiększeń - na scenariusz filmu czy serialu.

Zawsze fascynowały mnie osobowości renesansowe i przez wiele lat zadawałem sobie pytanie: Kto był najwszechstronniejszym geniuszem w dziejach świata - Mikołaj Kopernik czy Leonardo da Vinci? Warto porównać życie i twórczość tych dwóch gigantów ducha.

Kim był Mikołaj Kopernik?

1. ASTRONOM. Wiadomo, każde dziecko to wie. Nie każdy jednak wie, że autor De revolutionibus nigdy nie studiował astronomii, przez całe życie zajmował się nią jako amator (od łacińskiego słowa amo, co znaczy kocham), czyli miłośnik; dziedzina ta była dla niego czymś więcej niż zwykłym hobby, poświęcał jej czas nawet w nawale różnorakich obowiązków (również podczas wojny z Krzyżakami). Trzeba też wiedzieć, że w tamtych czasach astronomia była integralnie związana z astrologią i innymi naukami tajemnymi, a Kraków był wiodącym europejskim ośrodkiem uniwersyteckim, w którym na poważnie zajmowano się magią, alchemią (to dlatego studia podjął tam słynny Johannes Faust) i właśnie astrologią, ta ostatnia zaś stanowiła naukę pomocniczą dla medycyny. Można się oczywiście wyśmiewać z tego obskuranckiego ciemnogrodu, warto jednak wiedzieć, że astrologia nie była prymitywną astronomią, alchemia nie była tylko prekursorką chemii, tak jak metafizyka nie jest ubogą krewną fizyki.

Porównując Mikołaja z Leonardem da Vinci, należy szczerze przyznać, że w tej dziedzinie ten drugi miał zdecydowanie mniejsze osiągnięcia. Trzeba jednak nadmienić, że dzięki niemu wiemy, dlaczego niebo jest niebieskie.

2. LEKARZ. Genialny Polak studiował medycynę w Padwie, a potem przez całe życie leczył biskupów, członków kapituły, mieszkańców Warmii, a nawet Prus Królewskich i Książęcych, gdyż jego sława lekarza praktyka dotarła nawet do uszu księcia Albrechta Hohenzollerna. Kopernik nie zostawił po sobie pism z zakresu medycyny (a jedynie zapiski na marginesach czytanych przez siebie książek), nie był teoretykiem, interesowała go medycyna praktyczna, ale o jego chęci stałego wzbogacania wiedzy i umiejętności świadczą zażyłe kontakty z Janem Benedyktem Solfą, nadwornym lekarzem króla Zygmunta I Starego, jednym z najwybitniejszych medyków ówczesnej Europy.

Mistrz Mikołaj był także aptekarzem, gdyż w tamtych czasach lekarz musiał być osobą posiadającą umiejętności sporządzania leków recepturowych. W dziedzinie farmacji pokazał swój twórczy umysł. Już Jan Brożek - matematyk, lekarz, astronom, zbieracz dokumentów i pamiątek po Koperniku - pisał, że nieprzeciętnego trzeba talentu, by wyliczyć dokładnie współczynnik ustalający stosunek między chorobą, wagą pacjenta a dawką medykamentu (w tym zakresie Mikołaj wykorzystał teorię Archimedesa). Owa idea o podstawowej roli nauk matematycznych w medycynie była płodna naukowo i jest stosowana do dziś.

Kopernik opierał swoją praktykę lekarską na dziełach autorytetów o nieprzemijającej aktualności, jak Hipokrates, Galen, Celsus i Awicenna, jednak nie podchodził do nich bezkrytycznie. Ma więc swój wkład w rozwój nauki o leczeniu i sztuki leczenia - o czym pisze Henryk Barycz:

"Najstarsza polska tradycja kopernikańska, zdumiewająco wiarygodna, wskazuje na formowanie przez Kopernika nowej, samodzielnej teorii opartej na założeniach fizyki i mechaniki archimedejskiej, wedle której wszystkie zjawiska życia sprowadzałyby się do ruchów fizycznych. W ten sposób Kopernik urósłby na protoplastę wielkiej fizjologicznej szkoły jatromechanicznej, której rozkwit wiąże się z nazwiskami: Borellego i profesora Sapienzy rzymskiej Bagliviego, z końca wieku XVII, stając się w tej dziedzinie prekursorem koncepcji naukowych".

Leonarda da Vinci możemy uznać za wybitnego anatoma o dość głębokich zainteresowaniach z zakresu fizjologii.

3. BOTANIK. Kopernik nie tylko leczył, nie tylko sporządzał leki, ale musiał też dobrze znać produkty, z których były wyrabiane, a więc rośliny, gdyż w owych czasach jedną z głównych dziedzin medycyny było ziołolecznictwo. Doktor Mikołaj wypisywał oczywiście recepty, czyli zlecał wykonanie leków komuś innemu, ale często wędrując (w orszaku biskupa przemierzył niemal pół Polski), nie zawsze mógł liczyć na jakiegoś aptekarza, nie mógł też wozić ze sobą całej apteki, był więc zmuszony umieć rozpoznawać rośliny lecznicze, by poddawać je stosownym procesom: sporządzanie odwarów, nalewek, naparów, maceratów, syropów, soków itd. Niektóre rośliny były zbierane w lasach i na łąkach, niektóre zaś były hodowane w warunkach przydomowych, w tzw. herbariach, zwłaszcza te pochodzenia śródziemnomorskiego, sprowadzone do Polski przez zakony cystersów, benedyktynów i augustianów. W zastosowaniu były również rośliny importowane (np. imbir, korzeń fiołkowy, jalapa, pieprz holenderski, cynamon, szafran, kubeba, kapary), dla nich portem przeładunkowym był Gdańsk.

W czasach Kopernika zaczęto w dużych nakładach drukować różne herbarze (np. słynny zielnik Stefana Falimirza z 1534 roku). Warto też dodać, że zioła miały wówczas zastosowanie również pozamedyczne - w kosmetyce, farbiarstwie, garbarstwie, browarnictwie, piekarnictwie i ogólnie w gospodarstwie domowym. I tę stronę praktyki gospodarczej musiał znać Kopernik jako zarządca dóbr, nadzorca browarni, piekarni, młynów, garbarni. Nic, co ludzkie, nie było mu obce.

Również Leonardo był wnikliwym obserwatorem roślin (i zwierząt).

4. PRAWNIK. Kopernik studiował prawo w Bolonii, a potem doktoryzował się w Ferrarze. Wiedzę prawniczą wykorzystywał, pełniąc różne funkcje jako sekretarz i doradca biskupa Łukasza Watzenrode oraz członek kapituły warmińskiej (był m.in. wizytatorem, kanclerzem, administratorem dóbr kapitulnych). W związku z tym, że dominium warmińskie zachowywało pewną autonomię w strukturach państwa polskiego, prowadziło też swoją częściowo niezależną politykę zagraniczną; w tym zakresie Kopernik także musiał wykazał się znajomością prawa międzynarodowego (a raczej pewnych zwyczajów międzypaństwowych, które w tamtej epoce obowiązywały).

Leonardo da Vinci był synem prawnika, ale to nie jedyny jego kontakt z wymiarem sprawiedliwości. Oskarżony o sodomię, był więziony i musiał uciekać z Florencji do Mediolanu.

5. POLITYK. I dyplomata. Członkowie kapituły (ciała doradczego biskupa, które zarządzało także trzema jednostkami terytorialnymi Warmii) byli prawodawcami uchwał lokalnych i wykonawcami prawa polskiego, częściowo zmodyfikowanego w taki sposób, by określić reguły rządzące dominium warmińskim (czymś w rodzaju państwa kościelnego), co wiązało się z pewnymi zależnościami wobec papieskiego Rzymu. Kanonicy fromborscy uczestniczyli też w posiedzeniach (sejmiki, zjazdy) władz samorządowych Prus Królewskich. Musieli prowadzić politykę, uwzględniając stan aktualnych napięć pomiędzy Krakowem a Królewcem (najpierw stolica państwa krzyżackiego, potem stolica Prus Książęcych, polskiego lenna).

Współpraca biskupa Łukasza Watzenrode z królem Kazimierzem Jagiellończykiem była niełatwa (mało powiedziane), kwitła zaś za czasów Jana Olbrachta, Aleksandra Jagiellończyka i Zygmunta I Starego, czego sztandarowym przykładem jest próba realizacji pomysłu biskupa Łukasza i Filipa Buonaccorsiego zwanego Kallimachem, by Krzyżaków przenieść na Podole, na pogranicze polsko-tatarskie.

Kopernik był w polityce lojalistą, stąd jego nieufność, a nawet niechęć wobec osób, które próbowały prowadzić własne gierki dyplomatyczne. Tym należy tłumaczyć konflikt między mędrcem z Fromborka a biskupem Janem Dantyszkiem, wcześniej wspólnikiem królowej Bony w jej pozakulisowych rozgrywkach. Dantyszek był pierwszym w historii polskiej dyplomacji ambasadorem oraz twórcą szyfrowanej korespondencji, niezwykle inteligentnym graczem na scenie politycznej, co musiało się przekładać na jego relacje z podwładnymi, w tym z kanonikiem Mikołajem.

Artysta da Vinci w zakresie polityki umiał się tylko przymilnie łasić do różnych władców w celu pozyskania mecenatu.

6. EKONOMISTA. Choć w czasach Kopernika ekonomia nie była jeszcze osobną dyscypliną naukową, jej elementy bez trudu znaleźć można było w systemie prawa świeckiego i kościelnego. W historii doktryn ekonomicznych zajmuje Kopernik ważne miejsce, jest kontynuatorem myśli Arystotelesa i Tomasza z Akwinu. Tomasz był profesorem filozofii i teologii, stworzył monumentalne dzieło, Summa theologiae, którego zasadniczą ideą jest harmonia pomiędzy wiarą a rozumem, treścią zaś nie tylko sprawy boskie, ale i ludzkie, ziemskie, nawet bardzo przyziemne. Kopernik - jako osoba stanu duchownego - musiał kierować się filozofią pieniądza obowiązującą w Kościele katolickim, a więc musiał myśleć kategoriami prawdy, dobra, sprawiedliwości (to teoria, praktyka różnych kościelnych hierarchów była nieraz gorsząca); nie mógł zatem pozostawać bierny wobec szerzącego się w owym czasie procederu fałszowania pieniędzy. Wówczas panował pieniądz metalowy - złoty, srebrny - jego wartość zależała od wagi i zawartości w nim szlachetnego kruszcu. Dodawano do złota pewną ilość miedzi i cyny (stosunek ilości czystego złota do ilości innych dodatków nazywa się próbą). Zdarzało się, i to nierzadko, że niektóre mennice dodawały więcej dodatków niż ich formalnie pieniądz miał zawierać; był to ulubiony przez Krzyżaków sposób prowadzenia wojny hybrydowej (obok propagandy i tworzenia własnej narracji historycznej). Z tej samej ilości złota można więc było wybić więcej monet. Pieniądz krążył, ludzie zaczynali się orientować, że pewne monety są mniej warte od innych - i byli skłonni chować monety pełnowartościowe, a w dalszy obieg puszczać te podwartościowane. Badając pewne niepokojące zjawiska na rynku, Kopernik stworzył prawo ekonomiczne, które głosi, że zły pieniądz wypiera z rynku pieniądz dobry. Mechanizm tego zjawiska opisał w Monetae cudendae ratio (Rozprawa o biciu monety). Tę samą zależność odkrył po Polaku Thomas Gresham, kanclerz skarbu Anglii, założyciel giełdy londyńskiej, i tak do historii weszło prawo Greshama, które już w XX wieku zaczęło być określane jako prawo Kopernika-Greshama (dla niekomplikowania sprawy pomijam wkład Mikołaja Oresme).

Kopernik przejął od Tomasza z Akwinu ideę ceny sprawiedliwej, która uwzględnia fakt, że na skutek podziału własności oraz podziału pracy odbywa się wymiana dóbr, pracy i usług.

Traktat o monecie

"Podział pracy powoduje, że jeden człowiek pracuje dla zaspokojenia potrzeb drugiego. Stąd powstaje konieczność sprawiedliwej wymiany, to jest wymiany ekwiwalentów. Jeżeli każdy daje tyle, ile otrzymuje, wówczas mamy do czynienia z ceną sprawiedliwą, chodzi tu o wymianę równej ilości sumy: płaca + nakłady + ryzyko. Rzemieślnik, który nie otrzymałby za swój produkt ekwiwalentu, przestałby wytwarzać. Stanowisko św. Tomasza jest tu inne niż Arystotelesa. Ten ostatni bowiem pracy niewolnika nie zaliczał do kosztów. Cena sprawiedliwa wyraża wewnętrzną wartość dóbr. Jeżeli jednak potrzeby, czyli popyt, przewyższają produkcję, wówczas powstaje cena rynkowa - pretium impositum. Dalszy rozwój nauki kanonistów przykładał coraz większą wagę do roli popytu w ustalaniu ceny" (Bronisław Oyrzanowski).

Olsztyńska taksa chlebowa

Na bazie tego powstała praca Kopernika, zarządzenie o tytule Olsztyńska taksa chlebowa - tekst o konieczności interwencjonizmu państwowego (ograniczonego do produktów niezbędnych do życia i przeżycia) w sytuacjach kryzysowych, ekstremalnych.

Leonardo da Vinci w zakresie ekonomii miał dokonania nie tyle teoretyczne, ile praktyczne. Umiejętnie bowiem zabiegał o zasobność swego mieszka i skarbczyka.

7. MATEMATYK. Kopernik pisał o astronomii, ale sam uważał się raczej za filozofa i matematyka. W starożytności i średniowieczu liczby miały znaczenie praktyczne (stosowane były np. w handlu i architekturze) oraz mistyczne (jako wzorzec kosmicznego ładu i harmonii w mikrokosmosie). Okres odrodzenia był czasem, gdy człowiek odkrył, że abstrakcyjne formuły matematyki stanowią ludzki język ojczysty, dzięki któremu można prowadzić twórczy dialog z przyrodą. W niesamowicie niezrozumiały sposób wzory matematyczne i struktury geometryczne korespondują z budową świata. Kosmologia XX i XXI wieku potwierdza, że rozwój nauk ścisłych i badań przyrodniczych prowadzi jednocześnie do odkrywania głębokich związków człowieka z naturą.

O bokach i kątach trójkąta

U początku ciągu rewolucji naukowych - opierających swój impet rozwojowy na logice i matematyce - stoi Mikołaj Kopernik.

"Sama, podstawowa dla niego, wiedza astronomiczna ileż wymagała scjencji ubocznych, jak np. trygonometrii (w tym względzie musiał opracować nawet własny systemat oryginalny i drukiem go ogłosił: De lateribus et angulis triangulorum), dalej fizyki, mechaniki, miernictwa, geodezji itd. We wszystkich tych dziedzinach przejawia wybitną samodzielność, oryginalność i inwencję twórczą. Przy tym zgoła ubocznie godzi się zauważyć, iż u Kopernika elementy teoretyczne brały górę nad praktycznymi, co tym więcej zasługę jego podnosi" (Kazimierz Hartleb).

Leonardo był matematykiem na tyle dobrym, że świetnie radził sobie z liczeniem zarobionych pieniędzy, ale na tyle słabym, że nie mógł zostać wybitnym architektem, a jako pomysłodawca, konstruktor, inżynier kierował się bardziej swoją genialną wyobraźnią i cudowną fantazją oraz ponadprzeciętną intuicją - niż wiedzą matematyczną. Jego ograniczenia w tym zakresie podkreśla fakt, że włoski geniusz miał problemy z pisemnym dzieleniem.

8. INŻYNIER. W zakresie talentów i prac Kopernika na tym terenie aktywności istnieje w tradycji wiele przekazów budujących legendę wszechstronnego geniusza; da się je zweryfikować bądź sfalsyfikować tylko w wąskim zakresie. Jan Brożek, zbieracz kopernikanów, pierwszy biograf Kopernika, uchodzi za twórcę mitu kopernikańskiego: przypisuje astronomowi np. zbudowanie wodociągu i skonstruowanie koła podnoszącego wodę na szczyt wzgórza katedralnego. Brożek ułożył też napis na "wodociąg zbudowany przez Kopernika we Fraeunburgu". Jeremi Wasiutyński, biograf geniusza, próbował odkryć źródło prawdy tkwiące w tej opowiastce. Przesłanki były, konkluzje okazały się wątpliwej jakości. W bibliotece kapitulnej znajdowało się dzieło z XVI wieku pt. O wodociągach Juliusza Frontinusa, mógł więc znać je Kopernik i na nim oprzeć swoje projekty architektoniczno-inżynierskie. Niestety, dokładniejsze badania wykazały, że kanał od rzeki Baudy do Grodu Pani istniał już w 1427 roku, zaś nowoczesna instalacja pompująca wodę powstała dopiero w 1572 roku. Tak więc Kopernik mógł tylko być konserwatorem istniejącego już kanału i związanej z nim infrastruktury oraz pomysłodawcą i autorem koncepcji przetłaczania wody, jednak nie nadzorował prac budowlanych.

W przeszłości wiele miast zwabiało turystów informacjami o inwestycjach hydrotechnicznych będących dziełem Kopernika. Motywy i mechanizm tych działań autopromocyjnych przekonująco wyjaśnia Wasiutyński:

"Podanie o robotach inżynierskich Kopernika przemawiało silniej do wyobraźni ogółu, niż jego harmonijny system świata. Przyjemniej jest pochwalić się genialnym rodakiem, ale trzeba przecież mieć coś rozsądnego do powiedzenia o jego zasługach. Toteż wątek mitu został rozsnuty w sieć, która pokryła znaczną część Prus".

Do innowacyjnych rozwiązań techniczno-inżynierskich Kopernika można na pewno zaliczyć olsztyńską tablicę słoneczną z systemem naprowadzania promieni słonecznych.

Natomiast Leonardo da Vinci wykazywał wielką kreatywność techniczną, wykraczającą znacznie poza wyobraźnię i wiedzę ówczesnego świata, więc praktycznie wszystkie jego pomysły i projekty pozostały w formie niezrealizowanej; liczne zaś zrealizowane projekty należały do sfery konstrukcji efemerycznych, służących zabawianiu dworaków i władców, i te ulegały anihilacji wkrótce po różnych uroczystościach czy karnawałach. Do największych grzechów Włocha zaliczyć należy nie tyle niepublikowanie swoich odkryć, ile fałszowanie swoich zapisków i planów technicznych; Leonardo umyślnie wprowadzał do nich błędne dane, by ewentualny złodziej nie mógł z tych opracowań skorzystać (utrudniło to znacznie pracę późniejszym badaczom jego twórczości wynalazczej).

9. STRATEG. Kopernik wykazał się wiedzą militarną, zdolnościami i odwagą podczas wojny w latach 1519-1521, gdy dowodził obroną Olsztyna. Wiadomo, że interesował się zastosowaniem matematyki w balistyce, zaś z zachowanych dokumentów wynika, iż dobrze orientował się, jakie zasoby ludzkie i techniczne są potrzebne do prowadzenia wojny. Miał świadomość, że najlepszym sposobem walki jest unikanie walki (a więc inteligentna dyplomacja). Gdy wróg jest nieskory do działań pokojowych, rozjemczych - trzeba być dobrze przygotowanym do prowadzenia działań defensywnych i ofensywnych. Jeśli chce się uniknąć najgorszego, trzeba pokazać, że jest się gotowym na wszystko. Si vis pacem, para bellum (Jeśli chcesz pokoju, przygotuj się do wojny). Kopernik lubił spokój, ale wiedział też, że pokój za wszelką cenę nie jest dobrym rozwiązaniem, gdyż postawa naiwnie pacyfistyczna nie zniechęca, lecz wręcz zachęca przeciwnika do działań agresywnych. Jeśli chce się mieć święty spokój - trzeba nieraz prowadzić świętą wojnę, wojnę sprawiedliwą.

Da Vinci był dużo lepszym od Kopernika znawcą technicznych problemów militarnych. Obmyślił wiele różnych machin wojennych. Niestety, jego geniusz techniczny w tym zakresie nie był powiązany z wrażliwością etyczną, toteż włoski artysta i uczony nie wahał się służyć swoją radą różnym krwawym dyktatorom i bezwzględnym satrapom.

10. GEOGRAF. (Wykorzystanie zasad kosmografii). Kopernik doskonale znał Warmię i Prusy od strony teoretycznej i praktycznej. Sporządził mapy tych terenów, korzystając z wiedzy matematycznej, fizycznej (przyrządy pomiarowe, metody pracy, rysunek techniczny). Był cenionym współpracownikiem tak wybitnych kartografów, jak Bernard Wapowski, Aleksander Sculteti, Jerzy Joachim Retyk czy Henryk Zell. Mapy Kopernika musiały być bardzo precyzyjne, skoro na ich zdobyciu zależało nawet wielkiemu mistrzowi krzyżackiemu.

Dokonania Leonarda w tym zakresie są niewielkie. Pozostały w sferze fantazji albo polegały na chęci dokonania zmian topograficznych (przykładem może być współpraca z Machiavellim w zakresie wytyczania nowego koryta rzeki Arno).

11. MALARZ. Kopernik wykonywał rysunki techniczne, ubogacał też graficznie swoje mapy i dzieła naukowe. Historycy dowodzą, że jego zainteresowania plastyczne były głębsze i szersze:

"Zdolności malarskie musiał posiadać wrodzone, uzupełniał je nauką w czasie młodości. Zainteresowanie do malarstwa żywił silne, stąd poza innymi momentami już podniesionymi, stosunki bliskie z malarzem Francią. Sprawdzianem tych uzdolnień pozostał autoportret, który w przerysie zdobił jedną ze ścian katedry strassburskiej. Nauka rysunku wiązała się ściśle z przedmiotem najważniejszym. Wszak uzupełnieniem tego tekstu były rozliczne tablice i rysunki. Tutaj na plan pierwszy wysuwała się precyzyjność wykonania - polot artystyczny w innych mógł się ujawnić dziedzinach. Możemy ponadto stwierdzić jego wybitne umiłowanie pięknych książek: w dobranej bibliotece znajdujemy bogate rękopisy i foliały, zdobne w przepyszne miniatury o kolorach złotych i żywych" (K. Hartleb).

Leonardo da Vinci genialnym malarzem był - i basta.

12. BIBLIOTEKARZ. Kopernik w różnych okresach swojego życia nadzorował bogate zbiory książek w Lidzbarku, Olsztynie i we Fromborku oraz przygotowywał się do urządzenia biblioteki uniwersyteckiej w Elblągu. Był także zapalonym bibliofilem i szalonym czytelnikiem, co tak przedstawia Hartleb:

"Od szeregu dziesiątków lat prowadzone poszukiwania badaczy Kopernika z nieodżałowanym Birkenmajerem na czele, dały wcale obfity wykaz książek, które stanowiły własność astronoma. Inne, ze zbiorów kapitulnych, w jego częstym były użyciu. Zaopatrywał je przy czytaniu swymi zakreśleniami, poprawkami, uzupełnieniami i uwagami. Taki ich jest bogaty zespół, iż daje faktyczny materiał do osobistych rozważań i odpowiednich wniosków, co już nawet w dużej mierze wykonano. I one nas muszą zainteresować. Wszak te suche na pozór zapiski, jakże doskonale pozwalają poznać człowieka, kiedy kładzie się bezpośrednie, szczere obrazy myśli, zapatrywań, sądów i krytyki; są dowodem jego niesłychanej systematyki, kiedy poprawia błędy drukarskie, dla ułatwienia pracy następnych czytelników, liczbuje strony, lub karty oznacza literami alfabetu - tak z drugiej - o co głównie nam chodzi - pozwalają poznać, niejako uchwycić na gorąco, jego niezwykle szerokie zainteresowania poza umiłowaną nauką. Więc: filozofia, historia starożytności, chronologia, szeroko pojęta przyroda, estetyka i tyle innych. Wszędzie ma coś do powiedzenia".

Biblioteką fromborską opiekował się kustosz; przez długie lata był nim Tiedemann Giese, przyjaciel Kopernika, więc ich współpraca w tym zakresie musiała być owocna.

Kopernik był niezrównanym erudytą, na tym polu zdecydowanie przewyższa Leonarda da Vinci, który wiele swoich odkryć zawdzięcza nie tyle książkom, ile obserwacjom, eksperymentom, logicznym operacjom dedukcji, indukcji, ekstrapolacji, interpolacji, analogii itp.

13. PISARZ. Kopernik próbował swoich sił w liryce, jednak jako poeta łaciński nie dokonał niczego szczególnego (w tym zakresie biskup Jan Dantyszek przeszedł do historii). Można jednak doktora Mikołaja nazwać poetą ze zmysłem satyrycznym, bowiem lubił kalambury i inne gry słów. Próbował swoich sił w epigramacie i fraszce. Niestety, zachowane jego liryczne próbki są bardzo skąpe.

Kopernika można nazwać epistolografem - jego listy (dość konwencjonalne, w stylu tamtej epoki) mogą wiele powiedzieć o nim jako o człowieku z krwi i kości, pokazują osobę sprawnie władającą logiką, terminologią prawniczą i rozlicznymi figurami retorycznymi. Na pewno można fromborskiego geniusza nazwać eseistą - jego dzieła astronomiczne i ekonomiczne (pomijając ich wymiar naukowy i fragmenty wypełnione cyframi, wzorami, surowymi danymi, suchymi wyliczeniami) to ciekawe narracje o Słońcu i pieniądzu, opowieści o historii odkryć naukowych oraz piękne autobiograficzne wyznania człowieka zakochanego w mistycznej tajemnicy świata, urzeczonego pięknem i ładem na Ziemi oraz harmonią nieba. Niestety, Kopernik nie mógł swoich myśli wyrażać w języku polskim, który dopiero kwilił w kolebce, a łacina narzucała mu wiele schematycznych reguł poetyki, obrazowania i wyrażania uczuć. Michel Montaigne i Francis Bacon - prekursorzy eseju - nie pokazali jeszcze światu, co i jak pisać można o najważniejszych sprawach ludzkiej egzystencji. Gdyby doktor Mikołaj żył sto lat później, może zostałby zaliczony w poczet najwybitniejszych polskich pisarzy - ale wówczas rewolucja w nauce mogłaby się dokonać już za sprawą kogoś innego. Można tylko bezpłodnie żałować i się zastanawiać: co by to było, gdyby Kopernik, genialny melancholik, mógł przeczytać genialną Anatomię melancholii Roberta Burtona.

O talencie literackim Kopernika świadczą nie tyle szczątkowo zachowane jego wiersze (uwaga, nie jest jego autorstwa przypisywany mu kiedyś poemat Septem sidera), ile raczej zastosowane w dziełach naukowych literackie środki wyrazu, jak porównania czy przenośnie. Na tym polu wykazywał interesującą kreatywność, ożywczą, sugestywną, oddziałującą na emocje i dającą do myślenia.

Z kolei Leonardo zostawił po sobie bardzo ciekawe zapiski. Był jednak raczej filozofem niż poetą. Do jego ciekawych eksperymentów literackich można też zaliczyć bajki.

14. TŁUMACZ. Kopernik pisał po łacinie - która była wtedy językiem międzynarodowym - a ponieważ w swoich badaniach musiał docierać do źródeł greckich, nauczył się i greki. Z tego języka na łacinę przełożył - jako pierwszy polski tłumacz z ateńskiego na rzymskie - książkę Teofilakta scholastyka Symokatty listy obyczajowe, sielskie i miłosne w przekładzie łacińskim (piękne tłumaczenie na język polski jest dziełem Jana Parandowskiego). Wykazał się jako autor tej translacji wyjątkową subtelnością językową (choć niektórzy znawcy tematu twierdzą, że tłumacz był z niego nieco niechlujny). Kopernik tłumaczył także z języka łacińskiego na język niemiecki (vide: traktat o monecie). Większość historyków i biografów podaje, iż znał również język włoski. Zaś co do języka polskiego - istnieją zastraszająco rozbieżne stanowiska, aż do zupełnie absurdalnego, dowodzącego, że Kopernik nie umiał mówić po polsku. Warto w tym miejscu pokrótce zrelacjonować bitwę o przynależność narodową genialnego naukowca.

Polskość Kopernika nie budziła zastrzeżeń profesora uniwersytetu Jana Brożka, który w XVII wieku pisał pierwszą biografię Mikołaja z Torunia (i w tej sprawie korespondował nawet z Galileuszem). Pojedynek polsko-niemiecki rozpoczął się dopiero w okresie oświecenia. Naprzeciw siebie stanęli wybitni przyrodnicy, łączący niepoślednią erudycję i znajomość przedmiotu z wdziękiem i przystępnością formy. Jednym z nich był Niemiec, chemik, a zarazem genialny eseista i aforysta, Georg Christoph Lichtenberg (1742-1799), drugim Polak Jan Śniadecki (1756-1830), wybitny matematyk i astronom, krytyk literacki, językoznawca i niebanalny stylista. Lichtenberg podkreślał misję cywilizacyjną i pasję kulturotwórczą zakonu krzyżackiego, zaś Śniadecki - wprost przeciwnie, zwracał uwagę na związki formacji duchowej swego wielkiego rodaka z uczelnią krakowską, wówczas jedną z najznamienitszych w Europie, oraz z kulturą włoską (a pośrednio i grecką).

Z walką o tożsamość narodową genialnego astronoma wiąże się też symboliczna manifestacja uczuć patriotycznych podczas odsłonięcia pomnika Mikołaja Kopernika dłuta Bertela Thorvaldsena w Warszawie. Była to kontynuacja ratowania polskości poprzez działania naukowe, artystyczne i publicystyczne, które podjęli intelektualiści z kręgu króla Zygmunta Augusta Poniatowskiego, w tym Ignacy Krasicki, biskup warmiński. W onym symbolicznym wydarzeniu, które miało miejsce przed Pałacem Staszica 11 maja 1830 roku, istotną rolę odegrali Stanisław Staszic, Julian Ursyn Niemcewicz i Fryderyk Chopin.  

Próby aneksji Kopernika do kultury niemieckiej podejmowane były w XIX wieku tym skuteczniej, że państwo polskie nie istniało; zaś apogeum działań propagandowych przypadło na połowę XX wieku. Punktem kulminacyjnym była czterechsetna rocznica śmierci Kopernika: w 1943 roku wznowiono (w bardzo dużym nakładzie) dzieło Lichtenberga oraz podjęto inne działania w ramach "misji kolonizatorskiej Wschodu" - co stało się pożywką dla szeregu generacji niemieckich uczonych, literatów i publicystów. Akcją dowodził Joseph Goebbels, minister propagandy III Rzeszy.

Ponieważ język niemiecki jest popularniejszy niż polski, zachodni badacze częściej sięgali po źródła opracowane przez badaczy i antybadaczy z Berlina, Frankfurtu, Hamburga czy Monachium. Sprawą tą zajmował się przez wiele lat Antoni Lenkiewicz. Przewertował m.in. encyklopedie w kilkudziesięciu językach, zbadał źródła cytowań, zasoby bibliograficzne, drogi wpływów oraz nazwiska najbardziej poważanych badaczy - i doszedł do wniosku, że na autorów niemieckich różni historycy i biografowie Kopernika powołują się o wiele częściej niż na naukowców i pisarzy polskich. Tak to się kręci.

Czy zatem Kopernik mówił i pisał po polsku? Pisać raczej nie mógł, gdyż w tym czasie polski język literacki dopiero raczkował (Biernat z Lublina już wydawał swoje bajki, zaś Mikołaj Rej dopiero zaczynał pisać, a jego Rozprawa między panem, wójtem a plebanem ukazała się dopiero w 1543, a więc w roku śmierci Kopernika). To może nawet Nicolaus Copernicus nie mówił po polsku? Nie! To niemożliwe. Istnieje wiele dowodów na to, że sprawnie władał językiem ojczystym. Podam tylko niektóre: w miastach o ludności mieszanej, polsko-niemieckiej (Gdańsk, Toruń, Poznań, Kraków), rodziny należące do lokalnej elity wychowywały dzieci bardzo aktywnie, nieraz już w wieku trzech lat Polacy zaczynali naukę języka niemieckiego, a Niemcy polskiego, gdyż młodzi patrycjusze byli przygotowywani do fachu kupieckiego i do zajmowania się karierą samorządową i polityczną, co nie było możliwe dla osób niepotrafiących nawiązać kontaktu z przedstawicielami tej drugiej narodowości. Wprawdzie członkowie plebsu czy pospólstwa tkwili zazwyczaj w obszarze jednego języka, rody tak wpływowe jak Watzenrodów, Allenów, Gertnerów czy Koperników, mające wysokie ambicje i aspiracje, nie mogły sobie pozwolić na jakąś formę "upośledzonej edukacji". Dziadek, ojciec i wuj Mikołaja w swych decyzjach politycznych i ideowych postawili na polskość, aktywnie walcząc z potopem krzyżackim, więc także swoich potomków musieli wychowywać w takim duchu. Poglądy i postawy Mikołaja i Andrzeja Koperników w znacznej mierze ukształtował Łukasz Watzenrode, który mierzył bardzo wysoko, w skali nie tylko regionalnej, ale i ogólnopolskiej. Mikołaj, jako sekretarz swojego wuja, biskupa warmińskiego, uczestniczył w różnych wydarzeniach politycznych oraz uroczystościach państwowych i kościelnych (sejmiki, sejmy, zjazdy, śluby, koronacje, pogrzeby, audiencje). Musiał więc - by być skutecznym - dobrze porozumiewać się np. z przedstawicielami szlachty, która w znacznej mierze posługiwała się wyłącznie językiem polskim (ewentualnie także litewskim czy ruskim).

W trakcie debat dotyczących reformy systemu monetarnego istniała wyraźna polaryzacja stanowisk (prusko-polska), Kopernik zaś referował stanowisko swojej kapituły i był tłumaczem. Musiał być więc przygotowany na takie sytuacje, gdy bogaci niemieccy rzemieślnicy nie znajdowali wspólnego języka z polskimi ziemianami.

Notatki Kopernika prowadzone po łacinie, a dotyczące spraw gospodarczych, jak np. osiedlania chłopów (głównie z Mazowsza) na Warmii, sugerują, że miał dobrą orientację co do polskich nazw i nazwisk, poprawnie zapisywał je alfabetem łacińskim.

Był także duchownym katolickim i choć liturgię odprawiano wówczas po łacinie, niektóre jej elementy (np. homilie) wygłaszane były w języku narodowym. Dziwić by więc mogło, gdyby kazania w obecności króla (np. Aleksandra Jagiellończyka, który nie znał ani łaciny, ani niemieckiego) nie były wygłaszane po polsku. Kopernik musiał być świadomym uczestnikiem takich uroczystości.

Podczas wojny z Krzyżakami do Olsztyna przybył do pomocy Polakom oddział czeskich najemników; jego dowódca Peryk nie znał żadnego języka obcego, tak więc z Kopernikiem, dowódcą twierdzy, porozumiewał się po czesku, rozumiejąc polską mowę (języki czeski i polski były w owych czasach bardziej do siebie podobne, niż to ma miejsce dzisiaj). Współpraca i komunikacja Polaka z Czechem była nie tylko bardzo sprawna, ale i przerodziła się w podziw i sympatię. Kopernik i Peryk mogli wejść w tak głęboką i osobistą relację tylko pod warunkiem, że astronom nieźle władał językiem polskim. Był więc Polakiem.

Co do kompetencji językowych Leonarda da Vinci, można stwierdzić tylko tyle, że próbował się uczyć łaciny, co szło mu bardzo opornie.

15. PEDAGOG. Niestety, Kopernik nie był nauczycielem akademickim, zdarzyło się jednak, że wykładał swoją rodzącą się teorię podczas pobytu w Rzymie. Genialny astronom posiadał zmysł pedagogiczny, o czym zaświadcza książka Narratio prima Retyka, który jako dwudziestokilkulatek przybył z Wittenbergi do Fromborka, aby studiować u "sarmackiego astrologa" (tak go nazywał Luter). Młody matematyk przez dwa lata był nieformalnym studentem i asystentem doktora Mikołaja, któremu bardzo wiele zawdzięczał i potem przez wiele lat wychwalał jego talenty nauczycielskie. Kopernik podejmował trud uczenia i wychowywania także w swojej korespondencji, zaś swoje główne dzieło napisał tak, by czytelnik mógł krok po kroku śledzić jego wywody-wykłady.

Niestety, fromborskiemu mędrcowi nie dane było zostać wykładowcą w Elblągu (uniwersytet w tym mieście nie powstał z powodu krótkowzroczności i skąpstwa włodarzy tego miasta) ani w Królewcu (akademia Albertyna powstała już po śmierci astronoma). Przypuszczalnie miał za to wpływ na program i tok nauki w officium scholarium, urzędzie szkolnym przy fromborskiej katedrze.

Leonarda da Vinci można nazwać antypedagogiem, gdyż nie stworzył własnej pracowni, nie kształcił uczniów, a swoje najgenialniejsze odkrycia ukrywał przed światem i szyfrował (jego wspaniałe notatniki zostały odkryte dopiero po śmierci artysty). Postawę taką można nazwać przykładem skrajnego egoizmu, bowiem etyka każdego uczonego nakłada nań obowiązek dzielenia się swoimi odkryciami z innymi naukowcami.

16. PSYCHOLOG. W owych czasach to, co obecnie nazywamy psychologią, tkwiło jeszcze w obrębie teologii, filozofii i medycyny. Teologia życia wewnętrznego obejmowała ćwiczenia duchowe, poradnictwo duszpasterskie i naukę radzenia sobie z różnymi problemami psychicznymi. Związki materii z duchem są zaś odwiecznym tematem filozofii, a niektóre szkoły filozoficzne, jak np. stoicy, wprost uważały, że ich powołaniem jest nauczać ludzi, jak radzić sobie z trudnościami życia i z lękiem przed śmiercią, z problemami teoretycznymi i kłopotami praktycznymi (vide: Pierre Hadot, Filozofia jako ćwiczenie duchowe). Także medycyna, i to już od starożytności, miała świadomość związków zachodzących między ciałem a duszą i zawsze starała się być jednocześnie sztuką i nauką. Lekarze wiedzieli, że choroby duszy mogą wywoływać choroby ciała, zaś niedomagania ciała muszą się odbijać na stanie duszy. Znano więc już choroby psychosomatyczne i starano się je leczyć różnymi zabiegami psychoterapeutycznymi (muzykoterapia, leczenie snem, słowem).

Sztuka medyczna stawia przed lekarzem nakaz jak najlepszego przygotowania się do zawodu i stałego wzbogacania wiedzy medycznej i filozoficznej oraz obowiązek indywidualnego podejścia do pacjenta (diagnoza musi być tak samo zindywidualizowana jak interpretacja dzieła sztuki). Historia medycyny przekonuje, że od najdawniejszych czasów lekarz musiał ciągle doskonalić umysł, emocje i wolę, miał więc być osobowością bogatą, wszechstronną - o czym świadczy taki aforyzm Hipokratesa: Iatros philosophos isotheos - lekarz-filozof jest równy bogom. Mówiąc językiem współczesnym, ma być mędrcem. Czyli powinien wiedzieć, że mądrość nie jest sumą wiadomości, tylko czymś więcej. Do tego "czegoś więcej" dochodzi się dzięki wrodzonym predyspozycjom i wytrwałej pracy. Zdawał sobie z tego sprawę Hipokrates:

"Kto pragnie dokładnie zbadać arkana sztuki lekarskiej, powinien posiadać następujące właściwości: wrodzoną skłonność, nabytą umiejętność, stosowne miejsce do studiów, odpowiednie wychowanie, pilność i cierpliwość na długi czas. Na pierwszym miejscu stoi wrodzona skłonność, gdy bowiem natura sama stawia opór, wszystko jest próżne; gdy jednak natura prawdziwą wskazuje drogę, studiowanie sztuki prowadzi do najlepszych wyników".

Zaś Galen pisał tak:

"Znajduję więc, że wszystkie osiągnięcia istotne udają się ludziom dzięki zdolności i woli - komu zaś jedno z tego dwojga nie dopisze, ten w sposób nieunikniony celu swego nie osiąga".

By być w medycynie nie tylko erudytą, ale także skutecznym praktykiem, potrzebne są jeszcze inne, duchowe, predyspozycje, jak empatia i etyka (deontologia lekarska). Zgłębiając sposób uprawiania zawodu przez Kopernika, można dojść do wniosku, że był nie tylko rzetelnym lekarzem, uzdrowicielem ciała, ale i terapeutą, lekarzem duszy. Gdy cierpienia cielesne jego pacjentów łączyły się z problemami duchowymi czy zaburzeniami psychicznymi - doktor Mikołaj potrafił nawiązać z pacjentem duchową więź i dawał mu stosowne porady. Dlatego nie powinno dziwić, że nieraz podziwiany był jako ten, który przynosi ulgę w melancholii, depresji. Istotne jest jeszcze jedno: siła sugestii plus efekt placebo. Ówczesna wiedza medyczna ściśle powiązania była z duchowym i psychicznym wymiarem astrologii, więc sława astronoma przynosiła tu dodatkowy bonus. Dłonie mędrca Kopernika - ręce, które leczą.

Da Vinci chyba nikogo nie uleczył, jedynie pokroił pewną liczbę nieboszczyków. A co do jego wpływu na stan psychiczny innych, pewne jest, że do szału doprowadzał Michała Anioła Buonarrotiego.

17. SOCJOLOG. Za twórcę socjologii uchodzi August Comte (1798-1857), ale to nie znaczy, że przed nim nie zajmowano się wpływem różnych czynników na funkcjonowanie mniejszych i większych grup społecznych. Z pewnością Kopernika możemy zaliczyć do tych myślicieli, których interesowała tematyka społeczna. W swoim traktacie ekonomicznym doktor Mikołaj pisze, że są rozliczne czynniki wpływające na rozwój bądź regres, a nawet upadek narodów, państw, imperiów. Pomijając mniej znaczące, wylicza cztery główne przyczyny powodujące destrukcyjne skutki - są to: niezgoda, śmiertelność, niepłodność ziemi i spodlenie monety.

Zgoda (niezgoda) to coś, co dziś określamy pojęciem "kapitał społeczny", czyli element życia międzyludzkiego, którego wartość opiera się na konstruktywnych relacjach społecznych i zaufaniu jednostek. Gdy ów kapitał jest wysoki, korzyść społeczna wynika z tego wieloraka, od wymiaru ekonomicznego aż po kulturalny. Takie podejście uwzględnia w rozwoju narodu i państwa czynniki wykraczające poza redukcjonistyczne myślenie o gospodarce jako o głównym napędzie życia społecznego - i uwzględnia w rozwoju społeczeństw także etykę oraz inne zdolności i umiejętności poszczególnych uczestników życia gospodarczego, naukowego i kulturalnego (vide: kompetencje miękkie, jak np. kreatywność, myślenie krytyczne, elastyczność poznawcza, umiejętność podejmowania trafnych decyzji, tolerancja i szacunek dla drugiego człowieka). W czasach Kopernika owa złowroga niezgoda przejawiała się i na poziomie międzynarodowym, i w polityce wewnętrznej (konflikt interesów pomiędzy mieszczaństwem a szlachtą, ze szkodą i dla stanu włościańskiego, i dla funkcjonowania całej Rzeczypospolitej).

Śmiertelność, drugi czynnik, to skutek wojen, konfliktów zewnętrznych, przestępczości, chorób, złej opieki medycznej i głodu. W tym wymiarze Kopernik robił, co mógł: jako funkcjonariusz dominium warmińskiego dbał o pokojowe rozstrzyganie konfliktów i dobry stan gospodarki swojego rejonu, a jako lekarz (również dla uboższych mieszkańców) rzetelnie wykonywał swoje obowiązki, bez wahania podejmując walkę z epidemiami.

Niepłodność ziemi. Warmia bardziej rolnictwem stała niż handlem czy rzemiosłem (omijały ją główne szlaki handlowe, nie miała większych ośrodków miejskich). Prowadzenie racjonalnej gospodarki rolnej było źródłem jej bogactwa. Urzędnicy kapituły i dworu biskupiego z powodzeniem dbali o jakość środków produkcji, warunki pracy, skuteczne sposoby zarządzania i sprawiedliwy - jak na tamte czasy - podział dóbr. Kopernik miał w tym znaczny udział.

Spodlenie monety - kwestia roli pieniądza w rzemiośle, handlu, usługach. "Zepsuta moneta" to jakby przyczyna i jednocześnie skutek kryzysu gospodarczego; w tym pojęciu-metaforze mieszczą się różne niekorzystne czynniki ekonomiczne: inflacja, niejasne reguły gry rynkowej, niesprawiedliwość, zbyt skomplikowane prawo, bardziej lub mniej sprzyjający klimat dla przestępstw gospodarczych, wysokie podatki itd. Niestety, nie wszyscy - zauważa Kopernik - zdają sobie sprawę z podstępnych wpływów całej tej machiny polityczno-prawno-ekonomicznej, która "z wolna i ukrytymi niejako drogami przyprawia państwa o upadek". Na regres i klęskę jakiejś krainy ci, którzy nią władają, nieraz "spoglądają obojętnie i najmilszej każdemu ojczyźnie (dla której po Bogu nie mają świętszych obowiązków i nawet życie winni poświęcić) przez gnuśną opieszałość nikczemnieć i całkiem upaść pozwalają".

Rozważania Kopernika są aktualne nawet dziś, dla nas, którzy przeszliśmy przez niedawny globalny kryzys ekonomiczny wywołany spekulacjami kasty gangsterów-banksterów. Mechanizm ten opisuje w swych mądrych w treści i lekkich w formie książkach mędrzec naszych czasów Nassim Nicholas Taleb (vide: Czarny łabędź. O skutkach nieprzewidywalnych zdarzeń; Antykruchość. O rzeczach, którym służą wstrząsy; Zwiedzeni przez przypadek. Tajemnicza rola losowości w życiu i w rynkowej grze).

Stosunek Kopernika do rzeczywistości społecznej był zaprzeczeniem postawy redukcjonistycznej, cechowało go holistyczne podejście do człowieka (vide: Julian Aleksandrowicz, Antoni Kępiński). Myślał systemowo, rozumiejąc, że całość jakiegoś zjawiska czy procesu zależy od części, z których ta całość jest złożona, zaś części uzależnione są od kształtu całości (prawo to obowiązuje i w filozofii, i w socjologii, i w literaturze). Całość musi być spójna, nie może być bezładnym składem przypadkowych części. Części muszą się składać w harmonijną całość - o czym czytamy w De revolutionibus. Jest tam zawarta karykatura tworzenia jakiegoś bytu (materialnego lub duchowego) z przypadkowych składników:

"Lecz wydarzyło się im tak, jak gdyby ktoś pozbierał z różnych miejsc ramiona, nogi, głowę i inne członki, wyrysowane wprawdzie bardzo dobrze, ale nie ustosunkowane do jednego i tego samego ciała i sobie wzajem nie odpowiadające, a tak z nich wyobrażenie raczej potwora aniżeli człowieka wytworzył. Staje się więc widoczne, że w pochodzie swoich wywodów (zwanym metodą) musieli oni albo pominąć coś potrzebnego, albo też niepotrzebnie wprowadzić coś obcego, nienależącego do rzeczy, to zaś nie przytrafiłoby się im wcale, gdyby się byli na bezpiecznych oparli zasadach" (M. Kopernik).

W innych wywodach polityczno-prawno-ekonomicznych astronom daje nam obraz państwa jako systemu, który działa sprawnie, dynamicznie się rozwija i może konkurować na rynkach międzynarodowych - pod warunkiem że wszystkie jego elementy dobrze współgrają. Wylicza tu niektóre czynniki, które muszą ze sobą współpracować: system monetarny i gospodarczy, pracowitość, jasna wizja rozwoju, edukacja i kapitał intelektualny, dbałość o sztukę i kulturę. Niestety, w życiu często bywa inaczej, a skutki są opłakane, gdyż "w państwach, gdzie jest zła moneta, przez nieczynność i gnuśność uprawa pięknych sztuk i wykształcenie władz duszy jest zaniedbane i we wszystkim daje się niedostatek uczuwać".

Leonardo da Vinci był egocentrykiem, indywidualistą i sprawy natury społecznej go raczej nie interesowały. Skoncentrowany był bardziej na naturze - niż na naturze ludzkiej koegzystencji.

18. HISTORYK. Kopernik uchodzi za pierwszego polskiego historyka nauki. W swoim wytrwałym, heroicznym poszukiwaniu prawdy opierał się nie tylko na aktualnych obserwacjach i obliczeniach, ale inspiracji szukał też w dziełach autorytetów naukowych sprzed kilku lat, wieków, tysiącleci. Miał świadomość, że każdy jest omylny - nie robił wyjątków nawet dla podziwianych przez siebie mistrzów - i wiedział, że nawet w systemach filozoficznych, których konkluzje są fałszywe, można znaleźć przesłanki bardzo obiecujące, płodne. Dlatego też twórca nowożytnej nauki (oraz rewolucjonista ducha) w swoim genialnym dziele dość dokładnie prześledził drogi co bardziej inspirujących koncepcji. Napisał o tym wprost:

"Dlatego to zadałem sobie trud przeczytania dzieł wszystkich filozofów, jakie zdołałem zebrać, ażeby wyśledzić, czy też który z nich kiedyś co do ruchów sfer innego może był zdania, aniżeli ci, którzy po szkołach nauki matematyczne wykładali".

Piękny to przykład niezależnego, krytycznego myślenia. To ważne w czasach obecnych, gdy królują i balują różne mody artystyczne i intelektualne.

W XXI wieku za bardzo wierzy się w postęp, a przecież by przeskoczyć przepaść, należy się nieraz cofnąć, zrobić kilka kroków do tyłu, by rozbieg przed skokiem był dłuższy. Rzeczywistość historyczna jest ciągłą zmianą (vide: Heraklit), ale ma w sobie jądra ciemności, niezmienności. Już Kohelet pisał, że to, co było, jest tym, co będzie, a to, co się stało, jest tym, co znowu się stanie, więc nic zgoła nowego nie ma pod słońcem. Wszechświat to kosmiczny proces, jak to ujmował Alfred North Whitehead.

Historia to nie tylko nauka o tym, co było, gdyż "przeszłość jest. "Jest" w jednym z analogicznych znaczeń tego słowa, jest inaczej niż teraźniejszość i przyszłość, ale należy w jakiś sposób do chwili bieżącej, współkonstytuując ją i przyczyniając się do tego, że lepiej wiemy, co znaczy aktualne jest" (Władysław Stróżewski).

Niestety, niektórzy pisarze historyczni i biografowie polują na egzotykę epoki, popadają w kolizję z historyczną rzeczywistością, posługują się kontrastowymi ujęciami i lubują w operowaniu przeciwstawieniami, stąd np. Hermann Kesten nie omieszkał podkreślić, że Kopernik, ten geniusz wszech czasów i przełomowy nowator w nauce, był miernotą jako lekarz wykształcony na wzorach medycyny średniowiecznej. Taka konstatacja prowadzi autora Kopernika i jego czasów do następującej generalizacji: "Zwykle rewolucjonista jest nowatorem jedynie na własnym odcinku, na innych zaś bywa równie wsteczny jak współczesna mu epoka". A jakież to były czasy, jaka to era? Niemiecki eseista pozwala sobie na sarkazm typowy dla mieszkańca Nowego Wspaniałego Świata: "W epoce Kopernika nauka miała trzech wielkich wrogów - wiarę, brak wiary i zabobon".

Czy Kopernik - jako lekarz i historyk nauki - był tylko zbieraczem staroci i śmieci? Niech do myślenia da nam taka uwaga Władysława Szumowskiego, autora Historii medycyny filozoficznie ujętej:

"Wydziały lekarskie podają swoim wychowankom medycynę według ostatniego słowa nauki. Ale ostatnie słowo nauki zmienia się co kilka lat. Natomiast są w medycynie nauki niezmienne, które są znane od dawna, o których jednak zwykle się zapomina. Dlatego jest wskazane, aby młody lekarz umiał spojrzeć na medycynę, której się nauczył, także - z odległości. Tego uczy historia medycyny".

Z pism doktora Mikołaja w sposób dość oczywisty wynika, że zdawał sobie doskonale sprawę z dość nieoczywistej prawidłowości: historia nauki to nie tylko zbiór faktów z przeszłości; jest ona także obrazem stałego jej rozwoju; przez to przeciwstawia się kostnieniu myśli i trwaniu w pseudonaukowych dogmatach. Człowiek bowiem ma predylekcję do kierowania się specyficznie pojętą ekonomią myślenia (vide: Bronisław Malinowski). Bywa gnuśny, leniwy, lubi iść po najlżejszej linii oporu.

"Umysł ludzki nie jest wcale z samej swej natury skłonny do naukowego wysiłku, naukowej inwencji i naukowej dyscypliny. Trzeba przezwyciężyć silne skłonności wiodące do lenistwa intelektualnego, do fantazjowania, do wygodnego dogmatyzmu, do myślenia werbalnego, do rutyny" (Bogdan Suchodolski).

Żeby zrozumieć ogólną koncepcję obrazu, nie można przyglądać mu się z nosem przy płótnie, trzeba się odsunąć, rzucić okiem na całość, nie tylko na fragment. Tak samo jest z nauką, potrzebuje ona dystansu, o czym może nas przekonać kontakt z jej historią. "Historia, nawet wtedy, gdy ukazuje to, co w nauce przebrzmiałe (w matematyce, inżynierii, fizyce), uczy szacunku dla wysiłku ludzkiego umysłu. Uczy zarazem krytycyzmu" (Zdzisław Gajda).

Leonardo był przenikliwym historykiem sztuki (jednak lepiej zdawał się rozumieć malarstwo niż rzeźbę).

19. FILOZOF. Kopernik czuł się filozofem, jego nazwisko widnieje w opracowaniach historyków filozofii, bez niego filozofia nowożytna wyglądałaby zupełnie inaczej, a rewolucja naukowa przyszłaby znacznie później. Dlaczego? Bo był gigantem i męczennikiem myśli. Jan Śniadecki tak o nim pisał: "W człowieku tak śmiało prawdę opowiadającym jak Kopernik nigdy fałsz nie jest językiem ani ubiorem skromności".

Można się ograniczyć do dziejów praw i prawd naukowych, ale to jedynie wycinek szerszej rzeczywistości; by zrozumieć, czym jest nauka, trzeba umieścić ją w kontekście historycznym, kulturowym, metodologicznym, filozoficznym itd. Jak dochodzi do odkryć i przełomów naukowych? Które czynniki wpływają na pojawianie się wyjątkowo kreatywnych jednostek? Na czym polega w ogóle fenomen rozwoju nauki?

"Rozwija się ona według "własnych praw" tylko w ograniczonym znaczeniu i w ograniczonych okresach historycznych, potem podlega "niespodziewanym" przemianom i rozwija się dalej już na inny sposób. Aby te przemiany zrozumieć, trzeba sięgnąć z jednej strony w dziedzinę filozofii, a z drugiej - techniki. Gdy idzie się, obie te drogi doprowadzą do wspólnego źródła: do procesów ekonomiczno-społecznych, których wszelkie te zjawiska z zakresu budownictwa, sztuki, techniki, nauki i filozofii są tylko wytworem, skutkiem i wyrazem. Zrozumienie i poznanie tych związków przyczynowych pozwala na racjonalne kierowanie i planowanie dalszego rozwoju, czyli na znalezienie skutecznych metod pracy".

Tak pisze Roman Ingarden w pracy pt. Mikołaj Kopernik i zagadnienie obiektywności praw naukowych. Wybitny polski filozof dowodzi w niej, że poznanie mechanizmu przyczyn i skutków oraz dynamiczne ujęcie historii nauki może być tym samym w ręku naukowca, czym jest znajomość praw naukowych w ręku technika lub znajomość techniki w ręku ekonomisty.

Ingarden krytykuje wielu autorów biografii Kopernika (tak samo Henryk Barycz twierdzi, że o kimś, o kim tak niewiele wiemy, lepiej pisać powieści biograficzne, nie zaś biografie opierające się na domysłach). Dlaczego? Kopernik wielkim filozofem był. I kto tego nie wie, niech się nie sili na pseudonaukowe dyskusje. "O czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć" (Ludwig Wittgenstein).

Profesor Ingarden w swojej książeczce o człowieku z Torunia nie próbuje analizować całego systemu myśli heliocentrycznej, tylko poprzestaje na zgłębieniu zagadnienia obiektywności praw naukowych. Wychodzi w swoim rozumowaniu od paradoksu: "Często znacznie jaśniej można zrozumieć pewne stanowisko filozoficzne, gdy pozna się stanowisko przeciwne. Przez kontrast uwydatniają się bowiem istotne cechy danego poglądu". Na dalszych stronach tej rozprawki obserwujemy krwawy pojedynek: Mikołaj Kopernik kontra Andrzej Osiander. Nie będę tu przytaczał nawet zarysów tego sporu, żeby nie zanudzić czytelników na śmierć, zaznaczę tylko, że wybitny polski fenomenolog uważa, iż genialność polega na wyborze właściwej metody.

"Metoda Kopernika i Galileusza to programowe i świadome przeciwstawienie się fenomenalizmowi, szukanie treści świata poza jego zewnętrznymi oznakami zawartymi we wrażeniach zmysłowych, jednak bez odrywania się od nich, gdyż tylko te wrażenia mogą nam dać znać o świecie. Tą samą drogą szedł Maxwell, tworząc swą elektromagnetyczną teorię światła. Wychodził z faktów doświadczalnych i dążył do faktów, nie zraził się jednak tak, zdawałoby się, zasadniczą niezgodnością z doświadczeniem" - tako rzecze rzeczoznawca Ingarden.

Natomiast Osiander - przeciwnik Kopernika - uważał, że prawda naukowa jest względna i nie ma znaczenia obiektywnego. Krakowski filozof tak przedstawia ten pogląd i tok rozumowania:

"Teoria naukowa ma za zadanie jedynie względne uporządkowanie faktów doświadczalnych. Podobnie jak książki można w bibliotece ustawić w takim czy innym porządku i ten system ustawienia jest lepszy, który jest pod jakimś względem wygodniejszy, ale żaden nie ma absolutnego i obiektywnego znaczenia, tak samo się rzeczy mają z faktami naukowymi. Osiander nie chce jednak przez to powiedzieć, że obiektywnej prawdy o świecie nie ma, że zjawiska nie mają swych przyczyn i że poza wrażeniami zmysłowymi nie istnieje niezależny od nich świat. Nie twierdzi również, że świat ten jest niepoznawalny. Uważa tylko, że jedynym sposobem poznania tego świata i jego praw jest objawienie boskie. Religijna wiedza o świecie jest więc według niego absolutna i obiektywna w przeciwstawieniu do wiedzy naukowej, względnej i subiektywnej. Zadaniem naukowca jest nie szukanie prawdy, lecz wynajdywanie wygodnych mnemotechnicznych sposobów zapamiętania bogactwa doświadczenia zmysłowego. Co się za tym doświadczeniem kryje, może nam odkryć tylko bezpośrednio Bóg znający wszystko, co istnieje, i sam będący tego twórcą".

Kopernik nie zgadzał się, by filozofia i nauka miały być służkami teologii. Co nie znaczy, że odmawiał teologii statusu racjonalnej nauki. Po prostu - wykorzystując myśl Tomasza z Akwinu - dowodził, że prawda naukowa i prawda religijna mogą koegzystować, ale właściwy obraz świata przyrody ożywionej i nieożywionej może dać tylko nauka, zaś Pismo Święte mówi językiem duchowości, moralności, jest to język obrazowy, poetycki, mityczny, nie można więc biblijnych stwierdzeń odczytywać literalnie, dosłownie. Egzegeza (vide: hermeneutyka) już od wieków przedstawia stopnie interpretacji tekstów: poziom literalny, analogiczny, moralny i anagogiczny (mistyczny). Natomiast Marcin Luter wierzył i myślał bardzo prostodusznie, może nawet prymitywnie. Pisał:

"Mam na myśli nowego astrologa, który chce udowodnić, że Ziemia porusza się i obraca, a nie niebo, czyli firmament, Słońce i Księżyc, tak jak gdyby ktoś siedział na wozie lub na okręcie i poruszał się, myśląc, że siedzi nieruchomo i spoczywa, a Ziemia i drzewa biegną i poruszają się. Ale sprawa ma się tak: kto chce być mądry, ten musi coś własnego zrobić i to musi być coś bardzo dobrego, gdy to robi. Ten głupiec chce odwrócić całą sztukę astronomii. Jednak, jak wskazuje Pismo św., Jozue nakazał stać Słońcu, a nie Ziemi".

Co na to sarmacki astrolog? W przedmowie do ksiąg o obrotach sfer niebieskich (w formie listu do papieża Pawła III) napisał:

"Nie do tego bowiem stopnia upodobałem sobie ten mój utwór, iżbym miał nie dbać, jaki sąd inni o nim wydadzą. A lubo wiem, że rozmyślania człowieka oddającego się filozofii dalekie bywają od mniemań ludzi pospolitych, gdyż jego zadaniem jest dochodzić prawdy we wszystkich rzeczach, o ile Bóg na to zezwoli rozumowi ludzkiemu, to jednak sądzę, że należy unikać mniemań odbiegających od rzeczywistości".

Dalej pisał, iż może lepiej by było, gdyby teksty trudne, zbyt trudne, krążyły wyłącznie między członkami skromnego grona wtajemniczonych w nauki matematyczne i filozoficzne (ścisłe i humanistyczne), jak to robili pitagorejczycy - ale jednak dał się przekonać grupce przyjaciół, którzy twierdzili, że genialne odkrycie powinno stać się własnością całej ludzkości. Ale co zrobić z tymi, którzy nie są zdolni do subtelnego rozróżnienia dwóch prawd: naukowej i religijnej?

"Jeżeli zaś znajdą się może różni wielomówcy, którzy, pomimo że są nieukami w rzeczach matematycznych, przecież przywłaszczają sobie sąd co do nich, i z powodu jakiegoś miejsca w Piśmie św. źle naciągniętego na korzyść ich wyobrażeń, zechcą to moje dzieło łajać i napastować: tych sobie za nic ważę, tak, że nawet ich sąd jako niedorzeczny odrzucam. Wiadomo bowiem dobrze, że Laktancjusz, głośny skądinąd pisarz, lecz mierny matematyk, bardzo po dziecinnemu rozprawia o kształcie Ziemi, ośmieszając tych, którzy kulistość jej utrzymywali. Nie powinno więc zadziwiać, jeżeliby tacy także nas przedrwiwali. Rzeczy matematyczne dla matematyków są spisywane, którzy jak mniemam przekonają się, że i ta nasza praca odda przysługę Kościołowi".

Tak ucina nieporozumienia mędrzec Mikołaj.

Relacje między teorią a praktyką, filozofią i nauką a teologią i mitologią, językiem matematyki i językiem poezji - to potwornie poplątany splot związków logicznych i stylistycznych. Zainteresowanych tym tematem odsyłam do pięknych i mądrych książek Michała Hellera i Józefa Życińskiego - vide: Copernicus Center Press.

A da Vinci? Na pewno był przenikliwym i przebojowym filozofem przyrody.

20. TEOLOG. Kopernik posiadał doktorat z prawa kanonicznego. Prawo kościelne to w znaczeniu przedmiotowym zbiór przepisów, którym rządzi się Kościół. W znaczeniu natomiast podmiotowym są to uprawnienia, jakie przysługują Kościołowi i jego członkom na podstawie prawa przedmiotowego. Kanonik z kapituły warmińskiej, który z racji wykształcenia miał odpowiednie przygotowanie teoretyczne i który czynnie uczestniczył w życiu swojej diecezji, musiał być odpowiedzialny za porządek prawny, a więc miał rozważać i rozwiązywać sprawy związane z regulowaniem relacji międzyludzkich, wolnością słowa i wyznania, realizowaniem idei, którymi kierowała się dana społeczność.

Prawo - to hebrajskie torah, greckie nomos i łacińskie lex. Pojęcia te są bliskoznaczne, ale nie jednoznaczne. Upraszczając trochę rzecz, można rzec, iż Jerozolima szukała Dobra, Ateny kierowały się Pięknem i Prawdą, zaś Rzym podążał ścieżkami Sprawiedliwości i Skuteczności. Wszystkie te odcienie sensu skupiły się w wartościach, które zbudowały i kształtowały cywilizację łacińską (vide: Feliks Koneczny, Marian Zdziechowski).

Doktor Mikołaj w trakcie wypełniania swoich obowiązków zawodowych i obywatelskich musiał kierować się logiką prawa rzymskiego, uwzględniając wymogi prawa naturalnego i prawa moralnego.

"Kategoria prawa naturalnego, zrodzona w ramach filozoficznej myśli greckiej, określa całość biologicznych i duchowych skłonności, jakie bezpośrednio wynikają z natury człowieka. Stanowi zatem rodzaj uniwersalnego kryterium, które głęboko ukierunkowuje ludzkie postawy, pozwalając człowiekowi rozróżniać prawidłowość lub nieprawidłowość praw pozytywnych" (Gianino Piana).

"Prawo moralne. Prawo stanowi element obiektywny, do którego należy się odwoływać w celu nadania właściwej treści działaniu moralnemu. Etyczność jest zbudowana na pozytywnej relacji, jaka istnieje między dobrem postawy wewnętrznej (lub intencji) a prawością konkretnego zachowania, to znaczy jego zgodnością z obiektywnym porządkiem moralnym. Pierwszeństwo przypisywane sumieniu, jako normie najbliższej (lub ostatniej) decyzji o charakterze moralnym, nie może unicestwić konieczności odwołania się do prawa: głęboka racja takiego odwołania jest rzeczywiście związana z relacyjną w swej strukturze naturą osoby ludzkiej, a zatem z wymaganiem konkretnej oceny skutków działania dla rozwoju własnego i innych" (G. Piana).

Konkretne myśli, uczucia, przelotne rozmowy, oceny, decyzje, zwykłe dni oraz wydarzenia przełomowe, przechodzące do historii - a wszystko to rozpatrywane sub specie aeternitatis (z punktu widzenia wieczności). Strzępy czasu, wycinki przestrzeni - wszystko ma być oglądane w świetle promieniowania nieskończonego kosmosu. "Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie" - powie wiele lat po Koperniku Immanuel Kant, genialny filozof z Królewca.

Kopernik patrzył w gwiazdy, tam szukał praw natury, natomiast prawo moralne tkwiło w nim, w jego głowie ukształtowanej przez filozofów starożytności, średniowiecza i renesansu oraz przez starotestamentowy Dekalog, wzbogacony przez nowotestamentowe Kazanie na GórzeHymn o miłości Pawła z Tarsu.

Geniusz z Fromborka nie był teologiem chcącym brać udział w ideologicznej wojnie na górze, można powiedzieć, że serce i wiara silniej przemawiały do niego niż teologicznego mędrca szkiełko i oko. Kopernik nie zwalczał heretyków i innych odszczepieńców, żył jednak w burzliwych czasach, w konkretnym miejscu na ziemi. Był więc zmuszony zajmować stanowisko w sprawach aktualnych, lokalnych.

W ostatnim okresie swego życia, co znamienne, miał dwóch najbliższych przyjaciół: jeden to biskup chełmiński T. Giese, drugi to A. Sculteti, uznany za ateusza, gorszyciela, wręcz protestanckiego demona. Po stronie którego z nich stanął astronom? Oto jest pytanie! Mówiąc językiem współczesnym, można Kopernika nazwać symetrystą. Nie segregował ludzi, kierując się powierzchownymi deklaracjami ideowymi, w każdym człowieku starał się widzieć osobę, indywidualność, którą można oceniać poprzez pryzmat realizowania postulatu miłości bliźniego, poprzez jego zdolność do przyjaźni i wierność własnemu sumieniu. W każdym cenił talenty, pragnienie szukania prawdy, pracowitość, uczciwość, ale także pewien element, który burzy spokój umysłu i jest zarzewiem rewolucji artystycznych i naukowych oraz zaczynem przemian duchowych.

Leonardo da Vinci był (chyba) panteistą. Bogiem był dla niego świat. A człowiek jawił mu się miarą wszechrzeczy (vide: sofiści).

21. MISTYK. Słowo to jest tak wieloznacznie pojmowane, że należy tu podać definicję - nie teologiczną, lecz filozoficzną. Książka Filozofia świata. Wybrane zagadnienia i kierunki filozofii przyrody, rozdział o romantycznej filozofii przyrody, autor Michał Heller:

"Istotą mistyki jest przeżycie transcendencji. Przeżycie to zwykle wiąże się z doświadczeniem Absolutu, przylgnięciem do niego, czasem nawet ze swoistą identyfikacją z nim. Przeżycie mistyczne jest zwykle silnie uzależnione od obrazu świata, jakim dysponuje mistyk, i od tradycji, jaką mistyk jest przesiąknięty. Mistyka niemiecka była przeważnie mistyką bytu, mistyka francuska - mistyką nieskończoności, mistyka hiszpańska - mistyką duszy. Ale - jak podkreślał Koyré - to nie duch narodu wyraża się w przeżyciu mistycznym, lecz w pewnym sensie przeciwnie - to tzw. duch narodu jest kształtowany przez pisma i język swoich mistyków. I tak na przykład Mistrza Eckharta nie można wyjaśnić duchem narodu niemieckiego, lecz ducha narodu niemieckiego Eckhartem".

Co do Kopernika, trzeba przypomnieć, że jego umysłowość kształtowała się pod wpływem włoskiego renesansu i neoplatonizmu, miały na niego wpływ poglądy, które wyznawali i głosili Marsilio Ficino i Pico della Mirandola. Ukształtowała go również ezoteryczna atmosfera Krakowa oraz oryginalna wizja świata w duchu magicznego witalizmu Paracelsusa, który uważał, że cała przyroda jest ożywiona, znajduje się więc w stanie dynamicznym, w ciągłym przepływie, łączeniu i dzieleniu, jest obdarzona kreatywną siłą rodzenia. Istotę natury stanowi manifestacja tajemnej siły witalnej. Siła ta jest intuicyjnie wyczuwana przez mistyka, ów instynktownie poszukuje wszechwyjaśniającej zasady. Takiej szukał niemiecki szewc z Görlitz, o czym pisze Michał Heller:

"Jakub Boehme (1575-1624) uznawał system Kopernika. Fakt, że człowiek nie zajmuje już centralnej pozycji we Wszechświecie, świadczy o tym, iż Bóg nie stworzył świata dla człowieka. Stąd poczucie osamotnienia. Ale poczucie to nie wprowadziło Jakuba Boehmego na drogę kontemplacji nieskończoności, lecz - w duchu Mistrza Eckharta i reformatorów niemieckich - na drogę kontemplacji przyrody. Istnieje ścisły związek między mikrokosmosem-człowiekiem a makroświatem-Kosmosem; wystarczy poznać siebie, aby poznać Wszechświat".

W dalszym wywodzie krakowski uczony dorzuca:

"Z drugiej jednak strony, poszukiwana zasada musi zawierać w sobie wszystko, co jest w świecie, gdyż nie mogłaby zawierać tego, czego nie zawiera. A zatem ostateczne wyjaśnienie musi sprowadzać się do sprzeczności".

Taka wizja rzeczywistości to zapowiedź romantycznej teorii nauki (Fichte, Schelling, Wilhelm von Humboldt, Friedrich Schleiermacher) - z jej postulatem jedności nauk i chęcią całościowego ujmowania poznania (czyli wiedza jako organiczny system, vide: holizm). Romantyczna filozofia przyrody była reakcją na mechanistyczne pojmowanie świata, odwoływała się do uczuć i przeżyć estetycznych, jej istotnym elementem stał się irracjonalizm. Novalis twierdził, że właściwym językiem do poznawania przyrody jest poezja, Schleiermacher postulował odrzucenie racjonalnej refleksji, a Schlegel wręcz ogłosił wyższość obłędu nad "skażonym" empirią i racjonalnością stanem normalnym. Filozoficzne przyrodoznawstwo uprawiał też Hegel. Szukał daleko, za daleko. Gdy ktoś zarzucał, że jego teoria nie zgadza się z faktami, krzyczał: "Tym gorzej dla faktów!". Tezą Hegla była idea, antytezą przyroda, zaś syntezą - duch. Potem przyszedł Marks i w miejsce ducha postawił materię. Następnie nadeszły różne odłamy neomarksizmu, przedziwnie sprzęgnięte z modnymi nurtami New Age, Ruchu Nowej Ery. Wyobraźnia i fantazja pokonały pamięć i tożsamość, zaś duchy pod różnymi postaciami tak zasnuły i zaciemniły logikę, matematykę, fizykę i biologię, że trudno już było oddzielić prawdę od zmyślenia, wierny obraz rzeczywistości od urojenia i halucynacji. Każdy już mógł być wtajemniczonym w misteria mądrości. Jak do tego doszło?

"Czytając romantycznych filozofów przyrody, trudno oprzeć się wrażeniu, że szukali oni recepty na łatwą wiedzę. Uprawianie nauk przyrodniczych wymaga wieloletnich studiów i żmudnego treningu przygotowawczego; "wczuwanie się" w przyrodę daje złudzenie wiedzy natychmiastowej i (subiektywnie) pewnej. Należy sądzić, że to właśnie jest racją, dla której romantyczni filozofowie przyrody ciągle znajdują wielu naśladowców" (M. Heller).

A jak to się ma do filozofii Kopernika?

Żeby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba sobie zadać kolejne: fenomenalizm, kauzalizm czy teleologizm mistrza Mikołaja? Na razie musi to pozostać tylko pytaniem, zbyt to obszerny temat i dość luźno związany z mistyką. Roman Ingarden twierdzi, że nie dźwięczą w dziele Kopernika pitagorejskie harmonie i ich akordy, nie ma tam żadnej magii liczb i proporcji (jak to jest np. u Keplera):

"Mówi wprawdzie Kopernik o "symetrii" i "harmonii" świata, ale w "zwyczajnym", nie w mistycznym sensie, w znaczeniu, jakiego byśmy i dziś użyli, prowadząc badania naukowe. Jest to zachwyt nad pięknem świata, może i nad pięknem Boga, to piękno nie jest jednak czymś pierwotnym, raczej czymś wtórnym. Piękno jako rezultat i oblicze prawdy, nie prawda jako skutek piękna. Bo nie do osiągnięcia piękna dążył Kopernik w swym pracowitym życiu. Dążył do prawdy, a znalazł także piękno. I to było jego nagrodą".

Ingarden postrzega Kopernika racjonalnie, logicznie, jak to profesor filozofii - sarmacki astrolog jest dla niego po prostu genialnym naukowcem, nie zaś jakimś dziwacznym mistykiem.

Inaczej widzi fromborskiego mędrca Jeremi Wasiutyński, autor wspaniałej biografii pt. Kopernik - twórca nowego nieba. W książce tej nie wdzieramy się w analizy ciągów sylogizmów i badania teorii aksjomatycznych - czytając ją, wychodzimy poza konstrukcję języka teorii i zbiorów relacji, przekraczamy kategorie syntaktyczne i wzbijamy się ponad strukturę języków naturalnych. Przeżywając przygodę poznawania Kopernika oczami Wasiutyńskiego, zdobywamy nową jakość, poznajemy historię wszystkimi zmysłami, wkraczamy w obcy, tajemniczy świat, w rzeczy otulone mistyczną mgłą, płynącą znad Bałtyku, widzimy skromnego kanonika, ale zyskujemy też wgląd w jego nieskromne sny o potędze.

"Starzejące się wytwory rąk i umysłów ludzkich przechodzą swoisty cykl szacunku. Niepotrzebne lub zużyte sprzęty, które zalegają strychy i lamusy - te żałosne strzępy tkanin i makulatury, kulawe meble, przestarzałe narzędzia - wszystkie one mają swój okres pogardy w zatęchłej atmosferze rupieciarni. Te, które przetrwają szczęśliwie i unikną zniszczenia, otrzymają prawo do nowego życia, jako rekwizyty historii. Znawcy spostrzegają w nich odblaski dawnej świetności, uczeni odtwarzają ich sens. Świstki papieru stają się fragmentami dramatów, nad zamilkłym klawikordem widzimy znów ręce twórcy - szepty nabierają siły, twarze rumieńców - słychać już prawie bicie serc. [...]

Dziwi nas, rozśmiesza prawie ten świat. Nasz kosmos dwudziestego wieku jest jak nieznany bóg, któremu nie wolno stawiać posągów ani zawieszać obrazów. Jest tylko zaklęciem, myślą, równaniem matematycznym. Jego ruchliwa eteryczność ma odpowiednik w dynamizmie naszego życia, w nadzmysłowym rozroście naszych potencyj widzenia i słyszenia, opartym o niepochwytną rzeczywistość fali radiowej. Ale i ten świat tutaj - stary sprzęt pokryty kurzem - zawiera w sobie kształt życia - życia, które minęło, ale którego rzeczywistość równa się rzeczywistości naszych czasów. Jego obręcze i łożyska wytoczył mistrz cechowego rzemiosła. Jego antyczną przejrzystość wskrzesił zapał humanistów. Jego obroty sprzęgły się z rytmem mistycznych uniesień Kopernika.

Otrząsamy z pajęczyn resztki tych nieprzydatnych dzisiaj tworów, aby szukać w nich śladów myśli i wzruszeń człowieka. Cichy żywot Kopernika różnicuje się i rozrasta, gdy poznajemy go bliżej. Czerpią z niego siły setki innych żywotów i spraw, aż spływają rzeką w szerokie europejskie łożysko i zmieniają oblicze świata. [...]

Postać twórcy osnuwają dymy mitu. Nie widać jej już wcale, kiedy ostatni przeciwnicy zostają pokonani. I oto nędze zwycięstwa: to, co było dumnym szaleństwem, zmienia się w truizm, w banał, o którym trudno mówić bez znudzenia. Wreszcie zaszczytem powodzenia jest już tylko śmietnik, truizm staje się błędem, mądrość - naiwnością" (J. Wasiutyński).

Wniosek: Kopernik mistykiem był przyczajonym. A Leonardo? Jego Absolutem było dążenie do absolutnej kreatywności. Sztuka i nauka były dla niego najdoskonalszymi formami mistyki.

Prusy w 1525 r.

KONTEKST HISTORYCZNO-GEOGRAFICZNY

Pomijając całą złożoność aparatu matematycznego, na którym wspiera się heliocentryzm, czytelnikowi najtrudniej będzie, jak sądzę, wczuć się w specyficzny klimat duchowy epoki Kopernika. Kontekst historyczno-geograficzno-społeczno-intelektualny, czyli życie w Prusach i na Warmii, w okresie przejściowym między średniowieczem a renesansem, och, zaiste, wielce skomplikowana to rzecz. Żeby naświetlić zawiłość onego czasu i miejsca i wyjątkowy status polityczno-religijny Warmii oraz diecezji i kapituły warmińskiej, przytoczę fragment pozycji specjalistycznej (warto się zorientować, że nawet dla znawców tematu zawiłe te sprawy nie są oczywiste):

"Z punktu widzenia prawnego wymagają wyjaśnienia głównie następujące zagadnienia: czy Warmia rzeczywiście stanowiła lenne księstwo duchowne, jak to niejednokrotnie przyjmowano w naszej nauce i niemieckiej, a zatem czy biskupi warmińscy istotnie posiadali przypisywane im zwierzchnictwo terytorialne, tzn. pewną ograniczoną suwerenność, decydującą jednak o stosunkowo dużej niezależności i odrębności w stosunku do państwa polskiego i króla? Ważny jest także problem stosunku Warmii i jej władców duchownych do Prus Królewskich jako autonomicznej prowincji Korony" (Bogusław Leśnodorski, Dominium warmińskie (1243-1569).

Jeśli do tego dojdą jeszcze skomplikowane relacje pomiędzy Prusami Królewskimi a Prusami Książęcymi - robi się niezły galimatias.

1. GRANICE PRZESTRZENNE I CYWILIZACYJNE

Polska między Moskwą a Berlinem - i Warmia w XVI wieku jako epicentrum ruchów polityczno-religijno-ideologicznych, które pod koniec XVIII wieku (gdy biskupem warmińskim był Ignacy Krasicki) doprowadziły do rozbiorów i kresu państwa polskiego - wielce osobliwe to miejsce w przełomowym czasie.

Obyś żył w ciekawych czasach! - brzmi przewrotne przysłowiowe życzenie. Do niego można dorzucić jeszcze: Obyś się znalazł w niewłaściwym miejscu!

Elbląg, Olsztyn, Lidzbark, Frombork - miejsca strategiczne na geopolitycznej mapie renesansowej Europy. Warto przeanalizować kolejne mapy z jakiegoś atlasu historycznego - wtedy uda się ze zmiennych kształtów królestw i księstw bardzo dużo wyczytać (vide: hermeneutyka). Odczytamy wiele, ale oczywiście nie wszystko. Kartografia i historiografia potrzebują jeszcze analizy historiozoficznej i psychobiograficznej. W tych poszukiwaniach można obierać sobie różnych przewodników i mistrzów, rzeczywistość geohistoryczna poddaje się bowiem różnym metodom badawczym, gorszym lub lepszym.

Moim zdaniem, prace Feliksa Konecznego najlepiej interpretują i objaśniają miejsca i czasy, w których żył Kopernik.

Podziały religijne w Europie w XVI w.

"Każdy badacz spraw ludzkich, jakkolwiek znakomity, jest dzieckiem swego własnego społecznego i kulturalnego otoczenia, niezależnie od tego, że jest odrębną, osobną osobowością z własnym, indywidualnym spojrzeniem na Wszechświat. Jest on ograniczony - a zarazem wzbogacony - przez to, że stoi na swoim własnym, szczególnym historycznym gruncie, co zostało mu narzucone przez przypadek urodzenia się w określonej chwili, w określonym miejscu. W sposób oczywisty, wysoce indywidualne podejście Konecznego do jego dzieła jest częściowo zabarwione tchnieniem - jak Danielewskiego czy Spenglera, czy Vico - wpływu jego kulturalnego otoczenia. Jest to fakt szczęśliwy, że cały zastęp myślicieli mocuje się z tymi samymi zagadnieniami, opierając się o odmienne w czasie i przestrzeni grunty historyczne, na których stoją. Jest to także fakt szczęśliwy, że jeden z tych głosów to jest głos polski, bo Polska ma swoje słowo do powiedzenia dzisiejszemu Zachodowi" - pisał Arnold Toynbee.

Feliks Koneczny w pracy O wielości cywilizacji definiuje: cywilizacja jest to metoda ustroju życia zbiorowego - i dodaje, że cywilizacja materialna i duchowa nie rozwijają się nigdy osobno. Różne ludy, społeczeństwa, narody żyją w obrębie takiej czy innej cywilizacji, a każda z nich kieruje się odrębnym systemem etycznym.

Polska należała i należy do cywilizacji łacińskiej. W książce O ładzie w historii Koneczny wyjaśnia:

"Opanowanie czasu przyczynia się wielce do rozwoju moralności. Zdatność do wyznaczania terminu i dotrzymywania go wyrabia wolę, zapładnia intelekt i pomnaża siłę twórczą. Postęp czynią możliwym tylko ludzie patrzący poza własny zgon, układający użytek czasu swym dzieciom. To i tamto rozpowszechnione jest tylko w cywilizacji łacińskiej".

Od strony wschodniej Polska (plus Litwa) graniczyła z plemionami ruskimi (a potem już z imperialną Rosją). Feliks Koneczny zalicza żywioł rosyjski do cywilizacji turańskiej, która "posiada obozową metodę ustroju życia zbiorowego" (co spowodowane jest znacznymi wpływami wojowniczych plemion niesłowiańskich, np. mongolskich); ten typ organizacji charakteryzuje się władzą typu wodzowskiego - to naczelny dowódca nadaje kształt etyce i prawu, a władzy państwowej stara się podporządkować elitę ducha. Stąd kult jednostki.

Cywilizacja bizantyńska zaś, choć jej kolebką jest Bizancjum, przekroczyła Bałkany, przez jakiś czas opanowywała sztukę, obyczaj i duchowość Europy Zachodniej (szczególnie silne wpływy w Hiszpanii); z czasem bizantyńska fala zaczęła opadać, jednak udało się jej dotrzeć do Niemiec, by potem opanować mentalność społeczności Prus. Tam gromadnościowy model zarządzania państwem miażdżył społeczeństwo i przygotowywał grunt pod etatyzm i państwo totalne. Państwowa omnipotencja była sprzeczna z łacińskim pomysłem dwojakiej władzy najwyższej - cesarskiej i papieskiej - czego skutkiem stała się unifikacja sił fizycznych i duchowych, życia zewnętrznego i wewnętrznego. Zaczęła więc obowiązywać zasada, że w polityce nie ma miejsca dla moralności.

"W Prusach też nazwano wyłonioną stąd sytuację walką siły z prawem. Przyjęło się tedy domniemanie, jako prawo nie posiada żadnej siły, a przez siłę rozumiano tylko materialną; przez prawo zaś wszelką słuszność, czyli wszelką sprawę bezbronną, bezsilną... Rozpowszechniło się w końcu przekonanie, że samo prawo nie jest niczym innym, jak tylko przejawem siły; uwierzono, że wszelkie prawo jest prawem silniejszego, a zatem gdy przyjdzie jeszcze silniejszy, automatycznie powstanie nowe prawo według jego woli. Uznano tedy prawo igraszką sił materialnych, przemocy, a więc tego, co w etyce katolickiej uchodzi za bezprawie. W ten sposób znikła wszelka powaga, zastąpiona przez pięść. Abstrakt prawa miał w ogóle przestać istnieć" (F. Koneczny, Etyka a cywilizacje).

Ten model myślenia o "hodowaniu" ludzi i kształtowaniu społeczeństwa na obraz i podobieństwo kasty urzędniczej przybrał szczególnie specyficzną formę w państwie krzyżackim. A potem w Prusach Książęcych. Jeszcze za czasów panowania Albrechta Hohenzollerna, pod kontrolą Zygmunta Starego i Zygmunta Augusta, wydawało się, że Królewiec zacumuje w porcie cywilizacji łacińskiej; niestety, napięcia na linii protestantyzm-katolicyzm wiele tu zmieniły, a następcy światłego księcia Albrechta, siostrzeńca Zygmunta Starego, coraz bardziej pogrążali się w odmętach cywilizacji bizantyńskiej...

Dzieje, nadzieje i rozczarowania Zakonu Szpitala Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie (Ordo Hospitalis Sancte Mariae Domus Theutonicorum Ierosolimitani) związane są dość ściśle z historią Polski, a jeszcze bardziej z losami mieszkańców Prus i Warmii, warto więc prześledzić rozwój tych relacji.

Deus vult - Bóg tak chce! Od XI do XIII wieku wyruszali do Ziemi Świętej europejscy krzyżowcy, hasło krucjat rzucił w 1095 roku papież Urban II - i w 1099 roku powstało Królestwo Jerozolimskie (vide: Zofia Kossak, Krzyżowcy). Obok rycerzy świeckich w bojach brali też udział mnisi-rycerze; najbardziej znane ich wspólnoty to joannici (Rycerze Szpitala Jerozolimskiego Świętego Jana Chrzciciela), templariusze (Zakon Ubogich Rycerzy Chrystusa i Świątyni Salomona) oraz Krzyżacy. Dla tych zgromadzeń krucjata była połączeniem pielgrzymki ze świętą wojną. Trzeba przy okazji zaznaczyć, że zorganizowane formy walki z innowiercami zaczęły się przed pierwszą krucjatą, a były związane z ekspansją islamu na terenie Europy (przykładem mogą być boje księstw hiszpańskich z Maurami, czyli arabskimi muzułmanami na Półwyspie Iberyjskim).

Joannici byli korporacją włoską, templariusze francuską, Krzyżacy zaś niemiecką. Niemieckie bractwo szpitalników utworzone zostało podczas III wyprawy krzyżowej i dopiero po kilku latach przekształciło się w zakon typowo rycerski.

Początkowo losy templariuszy (biały płaszcz z czerwonym krzyżem) i Krzyżaków (biały płaszcz z czarnym krzyżem) były paralelne. Bracia zakonni składali śluby posłuszeństwa, czystości, ubóstwa i walki zbrojnej, ich życie było ascetyczne, oddane regularnej medytacji oraz systematycznym ćwiczeniom fizycznym (trening wojskowy). Z czasem zakony powiększały swoje włości, zaczęły zajmować się handlem, usługami bankowymi, a w kontakcie z obcą sobie cywilizacją zdobywały wiedzę z różnych dziedzin (medycyna, gastronomia, rzemiosło artystyczne i wojenne oraz architektoniczne i inżynierskie nowinki techniczne). W wyniku niekorzystnego rozwoju wypadków na Bliskim Wschodzie zakony rycerskie zaczęły zapuszczać korzenie w Europie, budując sieć twierdz-klasztorów oraz powiększając swoje wpływy duchowe, polityczne i gospodarcze, co nie zawsze było na rękę królom czy papieżom.

Dla templariuszy czarny był piątek 13 października 1307 roku, kiedy Filip Piękny, król Francji, oskarżył ich o herezję (pretekst do pozbycia się konkurencyjnej organizacji militarnej i politycznej i okazja do przejęcia jej majątku). Uwięził i wreszcie spalił na stosach.

Krzyżacy byli roztropniejsi (albo mieli głupszych lub słabszych przeciwników), więc uniknęli takiego losu. Skorzystali z zaproszenia króla węgierskiego Andrzeja II (1211 rok), który jednak po kilku latach wygnał panoszących się gości. Ten krótkotrwały pobyt zdołał zakorzenić się w węgierskim porzekadle: "Krzyżacy są jako ogień w piersiach, jako mysz w plecaku albo jako żmija w łonie". I ta oto żmija miała szczęście - uratował ją książę Konrad Mazowiecki, zapraszając mistrza Hermana von Salza i nadając mu dobra w ziemi chełmińskiej (Mazowsze miało zachować nad tą krainą zwierzchność polityczną). Czym się książę mazowiecki kierował? Zapewne zaimponowała mu skuteczność kawalerów mieczowych (Fratres Militariae Christi), którzy walkę z niewiernymi prowadzili w Inflantach.

Ludy bałtyjskie ok. 1200 r.

A na północ od Mazowsza przed wiekami rozsiedli się Prusowie - plemiona należące do rodziny indoeuropejskich Bałtów. Prusowie byli zatwardziałymi poganami, to oni zamordowali biskupa Wojciecha Sławnikowica i Brunona z Kwerfurtu (pierwszego biografa św. Wojciecha) oraz coraz częściej robili grabieżcze wypady w kierunku Włocławka i Płocka. Byli spokrewnieni z Litwinami, Łotyszami, Kurami i Jaćwingami. Do plemion pruskich zaliczali się m.in. Warmowie, Pogezanowie, Pomezanowie, Natangowie, Sambowie, Bartowie, Sasinowie. Władzę w poszczególnych ziemiach sprawowały wiece (zgromadzenia ludzi wolnych), podczas wojny dowodzenie przejmowali obierani wodzowie, zaś duchowo-polityczną rolę odgrywali pogańscy kapłani. Prusowie oddawali cześć siłom natury. Dla nich cały świat przesiąknięty był pierwiastkiem boskości. Przy płonącym ognisku składano ofiary ze zwierząt, niekiedy też z ludzi (by uprosić duchy opiekuńcze o przychylność i pomoc).

Pierwszy oddział krzyżacki dotarł nad dolną Wisłę w 1230 roku, do Nieszawy (lewy brzeg Wisły). Już rok później rycerze niemieccy zdobyli gród Stary Toruń, a potem z całym impetem zaczęli nawracać, ewangelizować ogniem i mieczem, stosując taktykę nagłego najazdu i spalonej ziemi. I tak po pięćdziesięciu latach dotarli nad Niemen.

Krzyżacy byli świetnymi organizatorami wojny, w swoich szeregach posiadali siły rycerskie i plebejskie z Niemiec, Czech, Kujaw, Pomorza, Śląska i Mazowsza. Posuwali się wzdłuż traktów wodnych, zdobywając kolejne twierdze Bałtów. Twierdzili, że zamek na poły zburzony jest w połowie zbudowany, toteż ich grody były konstrukcjami ziemno-drewnianymi, tworzonymi na ruinach budowli pruskich. Krzyżacki podbój dziesiątkował Prusów. Ocaleni przyjmowali nową wiarę albo uciekali, byli też przesiedlani lub wtapiali się warstwę szlachty napływowej. Stopniowo żywioł staropruski praktycznie całkiem się rozpuścił w etnicznej mieszance osadników z Zachodu. Ginęła kultura Bałtów.

W 1237 roku Krzyżacy połączyli się z Zakonem Kawalerów Mieczowych. Powstało państwo mnichów, rodziła się skomplikowana struktura organizacyjna: wielki mistrz, wielki komtur, wielki marszałek, wielki szpitalnik oraz komturowie, prokuratorzy i wójtowie. Rozwijała się machina władzy i gospodarki, oparta na gorliwej służbie braci, na dyscyplinie zakonnej i świetnym zarządzaniu włościami. Absolutne rządy elity ducha, która stopniowo przekształcała się w elitę władzy i wojny. Zaczęto budować potężne twierdze, wygodne drogi, konieczne mosty i wały przeciwpowodziowe; uruchamiano tartaki, cegielnie, kuźnie, młyny, huty szkła. Zakon doprowadził do lokacji wielu miast, np. Elbląga. Stolicą "bożego" państwa został Malbork, niezdobyta nigdy twierdza (obecnie jest to największy zamek na świecie). Dwór wielkiego mistrza stanowili kapelani, prawnicy, pisarze kancelaryjni, medycy, tłumacze, posłańcy, a z czasem też muzycy i trefnisie. Od końca XIV wieku bracia-rycerze byli już nazywani panami. Niższą kategorię tworzyli bracia-kapłani, jeszcze niżej w hierarchii sytuowali się bracia służebni, a na samym dnie byli podludzie, czyli półbracia. Były też siostry zakonne, siły sprzątająco-gotująco-opiekuńcze.

Ponieważ zakon starał się pozorować działalność religijną - pomieszczenia klasztoru a jednocześnie zamku przypominały te, które dla Mikołaja Kopernika były w ramach kapituły warmińskiej przestrzeniami codziennej egzystencji: kaplica (centrum duchowe), gdzie odprawiano godziny kanoniczne i inne nabożeństwa; infirmeria (infirmus - słaby, chory), będąca przytułkiem i lecznicą; dormitorium (dormio, dormire - spać), czyli sypialnia, gdzie zakonnicy kładli się w ubraniach, z butami na nogach, dla umartwienia ciała i dla stałej gotowości bojowej; kapitularz (capitulum - rozdział statutów zakonnych), gdzie obradowano, a podczas tzw. kapituły win wyznawano przewinienia wobec klasztornej dyscypliny i przyjmowano kary; refektarz (reficere - odnawiać siły), czyli jadalnia. Ponadto na zamku znajdowały się spiżarnie, skarbiec, zbrojownia, za fosą mieściło się podzamcze z zapleczem gospodarczym. Potrzebnice (latryny) lokowano w wykuszach nadwieszonych nad fosą.

Mistrz budowlany (architekt, szef, nadzorca) sporządzał projekt zamku w postaci rysunku, modelu z wosku, drewna lub gliny, a potem na placu budowy wytyczał rzuty gmachów (za pomocą łaty, sznurów i palików). Do wznoszenia murów wykorzystywano nosidła, taczki, rusztowania, kafary (do wbijania pali), bloki i dźwigi. Niektóre rozwiązania techniczne były, jak na owe czasy, bardzo zaawansowane, np. kanałowo-posadzkowy system ogrzewania. Warownie stawiano w punktach o znaczeniu strategicznym.

Toruń - zamek krzyżacki

Stopniowo obowiązki liturgiczne i praktyki ascetyczne przemieniano w misję zdobywania nowych terenów i łupów (modlitwy brewiarzowe zostawiono zwykłym klechom); coraz częściej hołdowano obyczajom i wygodom dworskim. Kumulowało się bogactwo tej specyficznej korporacji. Źródłem dochodów były pańszczyzna, renty pieniężne, daniny, dotacje z dóbr krzyżackich w Niemczech i innych krajach, czynsze, podatki, cła, jałmużny, dary, bankowość, handel zbożem, drewnem i bursztynem, działalność gospodarcza, od zakładów rzemieślniczych aż po stadniny koni i ośrodki tresury sokołów. Zyski przeznaczano głównie na potrzeby wojskowe, cele dyplomatyczne i działalność propagandową (pomówienia i oszczerstwa, kłamstwa i łamanie przysięg oraz uzasadnianie takich czynów). W siłę rosła armia krzyżacka, pełną parą pracowały ludwisarnie (produkujące działa ze spiżu), kuźnie (lufy z żelaza), warsztaty kamieniarskie (kule armatnie), mielerze (produkcja prochu strzelniczego), kuszarnie (wyrabianie kusz), pracownie sztyfterskie (produkcja bełtów), do tego uwijali się w pocie czoła płatnerzy, kolczużnicy, hełmiarze, mieczownicy, siodlarze i stolarze wytwarzający wozy i łoża do armat (wykonywano nawet wozy taborowe i drewniane pojazdy pancerne). Krzyżacy rozbudowywali flotę morską i śródlądową, nie zapominając o organizowaniu wywiadu, systemu szyfrów i szybkiej poczty konnej. W arsenałach czekała na nich broń: miecze, topory, cepy bojowe, włócznie, szydła, partyzany, glewie, gizerny, runki, halabardy, kusze, solady oraz... krzyżyki, różańce i medaliki.

Polska za rządów Kazimierza Wielkiego

Prusowie nie mieli już nic do gadania. Co na to Polacy?

Jesienią 1308 roku Brandenburgia dokonała zaboru Pomorza Gdańskiego, więc włodarze Gdańska zwrócili się o pomoc do Krzyżaków. Ci - zawsze chętni, by podać bratnią dłoń - przegnali najeźdźców i... opanowali ujście Wisły. Uzyskali kontrolę nad wybrzeżem Bałtyku: Rewel, Ryga, Kłajpeda, Królewiec, Elbląg, Gdańsk, a drogą lądową zdobyli dostęp do Szczecina i Berlina. Polska straciła dostęp do morza. Odzyskanie go stało się celem polityki Władysława Łokietka (koronowany w 1320 roku). Sąd papieski stanął po stronie Polaków, ale Krzyżacy się odwołali i wygrali. Doszło do wojny, która nie przyniosła Polsce pozytywnego rezultatu. Gdy w 1333 roku na tronie zasiadł Kazimierz Wielki, nadszedł czas rozwiązań dyplomatycznych, względnego spokoju, czas tworzenia mocarstwa gospodarczego, sieci warownych grodów i kuźni kadr intelektualnych (Akademia Krakowska).

Wydarzenia zaczęły biec z coraz większym impetem. Królowa Jadwiga (a właściwie król Jadwiga), unia personalna (w Krewie) Polski z Litwą, chrzest Litwy, małżeństwo Jadwigi z Władysławem Jagiełłą. Napięcie rośnie, Krzyżacy spodziewają się uderzenia na Pomorze Gdańskie - ale nie na Tannenberg. Grunwald staje się polem bitwy i zwycięstwa Polaków w 1410 roku. Plan króla Władysława i księcia Witolda się powiódł, na placu boju pozostały zwłoki wielkiego mistrza, wielkiego marszałka, wielkiego komtura, wielkiego szatnego, wielkiego skarbnika... Siłom polsko-litewsko-rusko-czesko-tatarsko-mołdawskim nie udało się jednak zdobyć twierdzy Malbork. W dniu 11 lutego 1411 roku w Toruniu został zawarty pokój: Polska nie odzyskała utraconych ziem, ale Krzyżacy musieli płacić wielkie kontrybucje. Przegrali wojnę, ale się nie poddali. Postanowili walczyć na polu bitwy ideologiczno-prawnej, przedstawiając się w glorii szlachetnych obrońców wiary. Dopiero podczas soboru w Konstancji (1414-1418) Paweł Włodkowic, rektor Akademii Krakowskiej, rozprawił się z krzyżacką kazuistyką, dowodząc, że nawracanie ogniem i mieczem oraz posługiwanie się obmową i pomówieniami wobec Litwinów i Polaków jest obłudą, przestępstwem i czynem niegodnym chrześcijan.

Po klęsce grunwaldzkiej i porażce w Konstancji sytuacja państwa krzyżackiego stała się trudna, coś się zacięło w tej sprawnie funkcjonującej dotąd machinie gospodarczo-militarnej. Mieszkańcy Torunia, Elbląga i Gdańska, zarówno ci pochodzenia niemieckiego, jak i polskiego, znaleźli się w trudnym położeniu, doskwierał im brak swobód politycznych i gospodarczych. Także mieszkańcy Prus Krzyżackich z podziwem i zazdrością obserwowali złotą polską wolność i kwitnącą kulturę. Polsko-niemiecki patrycjat zebrał się w Kwidzynie (rok 1440) i powołał do życia organizację broniącą interesów mieszczan i świeckiego rycerstwa - Związek Pruski. Już trzy lata później Krzyżacy doprowadzili do formalnej delegalizacji tego stowarzyszenia. W odpowiedzi tajna rada organizacji podjęła decyzję o zbrojnym powstaniu. I tak w 1454 roku wybuchła wojna, która później będzie określana jako wojna trzynastoletnia. Tak w działalności ideowo-organizacyjnej Związku Pruskiego, jak i podczas działań wojennych, bardzo aktywni byli m.in. Łukasz Watzenrode, dziadek Mikołaja Kopernika, oraz kupiec Mikołaj Kopernik, ojciec astronoma.

Mieszczanie zdobyli i zburzyli zamki w Toruniu i Gdańsku, nie udało się im jednak sforsować twierdz Malbork i Sztum (już w 1457 roku Polacy wykupili zamek Malbork, bo Krzyżacy mieli długi wobec zaciężnych wojów). Przywódcy buntu udali się więc do Krakowa i skłonili króla Kazimierza Jagiellończyka do opowiedzenia się po ich stronie. Monarcha wspomógł Związek Pruski, ale Krzyżacy bronili się zaciekle; dopiero wojska zaciężne pod dowództwem Pawła Dunina przechyliły szalę zwycięstwa na polską stronę. Drugi pokój toruński podpisano 19 października 1466 roku.

Po stu pięćdziesięciu latach Polska wróciła nad Bałtyk, odzyskała Pomorze Gdańskie, ziemię chełmińską i michałowską, Żuławy i zyskała Elbląg, Frombork, Lidzbark i Olsztyn. Warmia stała się częścią Prus Królewskich, zaś Królewiec został stolicą Prus Krzyżackich.

Teraz podróż w czasie.

W roku 1234 papież Grzegorz IX potwierdził darowiznę Konrada Mazowieckiego i przyjął ziemię chełmińską "do prawa i na własność św. Piotra", zapewniając utrzymanie jej pod protekcją Stolicy Apostolskiej po "wieczne czasy". Papież równocześnie nadał ją zakonowi krzyżackiemu w "wieczyste, wolne posiadanie"; nie mógł przewidzieć powstania niezależnego, samorządnego imperium zakonnego. Także wszystkie ziemie, kolejno zdobywane na poganach, miały zostać powierzone Krzyżakom. Po dokonaniu dzieła nawrócenia niewiernych następowało wydanie ordynacji o budowie kościołów oraz instalacji tam księży i biskupów.

Istniejące wcześniej biskupstwo pruskie zostało (po pokonaniu nieprzychylnego zakonowi biskupa Chrystiana) podzielone na cztery diecezje: pomezańską, sambijską, chełmińską i warmińską. Podział ten miał na celu rozdrobnienie kraju na małe, konkurujące z sobą siły, by łatwiejsze stało się zwierzchnictwo papieskie, ale w istocie ułatwiło to, jak można się domyślić, zaprowadzenie zwierzchnictwa krzyżackiego. Wielcy mistrzowie umieli dzielić i rządzić po mistrzowsku.

Biskup warmiński teoretycznie pozostawał partnerem wielkiego mistrza, ale w praktyce bywał jego podwładnym. Poddani biskupa zostali na równi z poddanymi zakonu zobowiązani do służby wojskowej, toteż w bitwie pod Grunwaldem walczyli przeciw Polakom. Ale i tak - z powodu prawnych niejasności - biskupstwo warmińskie próbowało zajmować w Prusach pozycję udzielnego księstwa. Z czasem stany warmińskie zaczęły brać żywy udział w Związku Pruskim, a w 1454 roku po przeciwnych stronach barykady stanęli: kapituła warmińska i biskup warmiński. Po inkorporacji Warmii (1466 rok) do Korony Polskiej, gdy biskupem był Paweł Legendorf, sytuacja się unormowała, kanonicy i biskupi warmińscy zaczęli do Kazimierza Jagiellończyka mówić "nasz pan król". Biskupstwo otrzymało wówczas świecką samodzielność i przybrało charakter księstwa duchownego pod opieką Korony (co było niesłychaną nowością w ustroju Polski). Tak powstało dominium warmińskie. Kapituła warmińska złożyła w 1467 roku ślubowanie dotrzymania wszystkich warunków pokoju toruńskiego. Pojawiły się pewne niejasności prawne, spory ambicjonalne, które próbowano rozwiązać na drodze dyplomatycznej.

"Nie doszło jednak do polubownego załatwienia sprawy i uzgodnienia interesów. Pomiędzy elektem kapituły Mikołajem Tungenem a królem Kazimierzem i protegowanymi przezeń kandydatami do stolicy lidzbarskiej doszło do formalnej wojny dziewięcioletniej, tzw. wojny księżej. Na przebieg tego głośnego zatargu, wzmożonego "rebelią" - według wyrażenia króla - samych stanów biskupstwa, które wystąpiły przeciw swemu monarsze, złożyły się i inne momenty, jak wystąpienie wielkiego mistrza przeciw królowi, jak polityka papieska, stosunki zewnętrzne z Węgrami i Czechami, czy wewnętrzne ze stanami pruskimi" (B. Leśnodorski).

Biskup Tungen stał się wrogiem króla, podpisując przymierze z mistrzem Henrykiem von Richtenberg, na dodatek sprzymierzył się z nimi król węgierski Maciej Korwin. Konflikt wewnętrzny nabrał charakteru międzynarodowego, ale w końcu Kraków dogadał się z Budą, a w Malborku kapituła warmińska i stany pruskie wysunęły propozycję polubownego rozwiązania sporu. Trwały rokowania. Sejm piotrkowski (1479 rok) i wieczysty pokój. Od tego czasu datuje się ścisły związek Warmii z całymi Prusami Królewskimi.

Członkowie kapituły warmińskiej zadeklarowali się wybierać odtąd na swego biskupa "osobę miłą (personam gratiam) Jego Królewskiej Mości i jego następcom". Biskup otrzymał godność senatorską, ale odmówiono mu prawa prowadzenia niezależnej polityki zewnętrznej (był więc zobowiązany wspierać monarchę dyplomatycznie i militarnie).

Nastał rok 1489 (Mikołaj Kopernik miał wówczas szesnaście lat) - i nowe problemy. Zmarł Mikołaj Tungen, a szesnastoosobowa kapituła wybrała nowego biskupa. Zrobiła to wbrew królowi, który na tronie biskupim w Lidzbarku widział swojego syna - Fryderyka Jagiellończyka. A tu taki policzek. Kanonicy z Fromborka postawili na swoim - ich biskupem musi być Łukasz Watzenrode, po studiach w Krakowie i Bolonii, osoba z doktoratem w zakresie prawa kościelnego. Ktoś doskonale przygotowany do pełnienia tej funkcji.

"Dzięki temu został jednym z trzech prawników w służbie u biskupa Zbigniewa Oleśnickiego - wpierw biskupa we Włocławku, a później prymasa Polski, czyli pierwszej osoby po królu. U boku Oleśnickiego upłynęło mu dziesięć lat. Gdy dzięki królowi biskup ten awansował na prymasostwo, zabrał ze sobą do Gniezna Łukasza Watzenrode. Jemu to zawdzięczał Watzenrode większość swych kanonikatów. Był mianowicie członkiem kapituł w Chełmnie, we Włocławku, we Fromborku, w Kaliszu i Łęczycy, a w końcu otrzymał też kanonikat metropolitalny w Gnieźnie, który czynił go, obok prymasa Oleśnickiego, zaprzysiężonym członkiem rady królewskiej. Stale więc przebywał wśród Polaków, toteż fakt, iż na co dzień posługiwał się językiem polskim, jest najzupełniej oczywisty. Wszystko to nie pozostaje bez znaczenia dla wzajemnych relacji między wujem a jego siostrzeńcem, Mikołajem Kopernikiem. W tym też kontekście trzeba podkreślić jeszcze jeden wątek związany z Łukaszem Watzenrode. Otóż każdy z posiadanych przez niego kanonikatów dawał mu potencjalną możliwość objęcia godności biskupiej, ponieważ biskupów, za zgodą króla, wybierali ze swego grona członkowie poszczególnych kapituł. Mając zaś tak wpływowego protektora, mógł Watzenrode w istocie liczyć na to, że jego kariera kościelna jest kwestią czasu. I oto zbieg okoliczności sprawił, że właśnie kanonicy warmińscy we Fromborku uznali, iż taki wpływowy człowiek, jakim był asystujący prymasowi Łukasz Watzenrode, a przy tym podobnie jak oni urodzony w Prusach, byłby dla nich najbardziej odpowiednim biskupem. I tak się stało. W tym fakcie zawarł się też los Mikołaja Kopernika. Czysty przypadek zdarzył, że nie Gniezno, nie Włocławek i nie Kalisz czy Łęczyca, a więc żadne z tradycyjnie polskich biskupstw, ani żadna z tamtejszych kapituł, ale owo świeżo nabyte przez Polskę biskupstwo warmińskie i ów kapitulny Frombork stał się, poprzez osobę wuja, miejscem jego przeznaczenia. Na całe życie" (Jerzy Sikorski).

Polska i Litwa za panowania Zygmunta Starego i Zygmunta Augusta

Wuj astronoma przetrzymał niechętnego mu króla - i potem już cenili sobie jego światłą radę trzej królowie: Jan Olbracht, Aleksander Jagiellończyk i Zygmunt I Stary. Watzenrode umiał też pokierować karierą swojego nepota, w tym zakresie posłużył się niezwykle przebiegłą taktyką, sprawiając w ten sposób, że przyszły geniusz mógł swobodnie studiować aż dwanaście lat.

Biskup Watzenrode zmarł w 1512 roku; niektórzy historycy twierdzą, że został otruty przez Krzyżaków, którzy wprost modlili się przewrotnie, by Bóg zabrał wreszcie do siebie tego diabła przeklętego Watzenrodego. Mikołaj Kopernik został sam, bez parasola ochronnego ze strony wpływowego wuja. Czasy były niespokojne. Ambicją mistrzów krzyżackich było storpedowanie postanowień II pokoju toruńskiego; uchylali się od składania hołdu lennego, stosowali prowokacje, pomówienia, podjazdy. Doszło do wojny (1519-1521), w której czynny udział wziął Kopernik. I którą Krzyżacy przegrali. Ale znów wykorzystali swoje talenty dyplomatyczno-sofistyczne. Efektem był słynny hołd pruski w Krakowie; wielki mistrz Albrecht Hohenzollern, siostrzeniec Zygmunta Starego, obiecał, że będzie wiernym lennikiem, uczynnym senatorem Korony Polskiej, a nawet rozwiąże zakon krzyżacki. W rezultacie Prusy Krzyżackie zostały zsekularyzowane. Prusy Książęce stały się jednak wkrótce pierwszym na świecie państwem protestanckim. Albrecht zdobył poparcie Marcina Lutra i stopniowo uniezależniał się od Polski, konsekwentnie budując pruską potęgę - aż w końcu XVIII-wieczne Prusy stały się jednym z trzech zaborców I Rzeczypospolitej (wówczas biskupem warmińskim był Ignacy Krasicki). Tak oto cywilizacja bizantyńska i turańska pokonały środkowoeuropejski fragment cywilizacji łacińskiej.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej