Rodzina Połanieckich - Henryk Sienkiewicz

Kup ebooka

99.00 zł
82.17 zł (69,30 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział I

I

Była godzina pierw­sza po pół­nocy, gdy Poła­niecki zbli­żał się do dworu w Krze­mie­niu. Za swo­ich dzie­cin­nych lat był on dwu­krot­nie w tej wsi, dokąd jego matka, daleka krewna pierw­szej żony dzi­siej­szego wła­ści­ciela Krze­mie­nia, woziła go na waka­cje. Poła­niecki usi­ło­wał teraz przy­po­mnieć sobie tę miej­sco­wość, ale przy­cho­dziło mu to z trud­no­ścią. Po nocy, przy księ­życu, wszystko brało kształty odmienne. Nad zaro­ślami, łąkami i gru­dzią leżał nisko biały tuman, zmie­nia­jąc całą oko­licę w bez­brzeżne jezioro, które to złu­dze­nie powięk­szały jesz­cze odzy­wa­jące się w tuma­nie chóry żab. Noc była lip­cowa, bar­dzo pogodna i oświe­cona peł­nią. Chwi­lami, gdy żaby mil­kły, sły­chać było der­ka­cze, gra­jące po rosie, a cza­sem z daleka, od błot­ni­stych sta­wów, ukry­tych za olszy­nami, odzy­wał się, jakby z pod ziemi, głos bąka.

Poła­niecki nie mógł się oprzeć uro­kowi tej nocy. Była mu ona jakaś swoja i tę swoj­skość odczu­wał tym lepiej, że daw­niej nie­czę­sto bywał w kraju, a dopiero przed dwoma laty powró­cił na stałe z za gra­nicy, gdzie spę­dził pierw­szą mło­dość, a póź­niej zaj­mo­wał się spra­wami han­dlo­wymi. Teraz, gdy wjeż­dżał do tej śpią­cej wio­ski, przy­po­mniało mu się także wła­sne dzie­ciń­stwo, pamiętne ze względu na matkę, która od pię­ciu lat nie żyła, i dla­tego, że przy­kro­ści i tro­ski tego dzie­ciń­stwa, w porów­na­niu do dzi­siej­szych, wyda­wały się zupeł­nie błahe.

Bryczka wto­czyła się na koniec do wsi, którą poczy­nał krzyż, sto­jący na wydmie. Pochy­lił się on już bar­dzo i gro­ził upad­kiem. Poła­niecki pamię­tał go dla­tego, że w swoim cza­sie pocho­wano pod tą wydmą wisielca, któ­rego zna­le­ziono na gałęzi w pobli­skim lesie, a potem ludzie bali się tam­tędy nocą prze­cho­dzić.

Za figurą poczy­nały się pierw­sze chaty. Ale ludzie już spali. W żad­nym oknie nie było świa­tła. Jak okiem się­gnąć, poły­ski­wały tylko na noc­nym tle nieba oświe­cone księ­ży­cem dachy cha­łup, które w tym bla­sku wyda­wały się srebrne i siwe. Nie­które cha­łupy były uma­zane wap­nem i świe­ciły jasno-zie­lono, inne, ukryte w sad­kach wiśnio­wych, w gąsz­czu sło­necz­ni­ków lub tycz­ko­wej fasoli, zale­d­wie wychy­lały się z cie­nia. Po podwór­kach szcze­kały psy, ale jakby przez sen, dając wtór rze­cho­ta­niu żab, gra­niu der­ka­czy, bąków i tym wszyst­kim woła­niom, któ­rymi odzywa się let­nia noc, a które potę­gują jesz­cze wra­że­nie ciszy.

Bryczka, posu­wa­jąc się z wolna sypką, piasz­czy­stą drogą, wto­czyła się na koniec w ciemną aleję, popstrzoną tylko tu i owdzie świa­tłem, wdzie­ra­ją­cym się przez liście. Na końcu tej alei poświ­sty­wali stróże nocni. Przy ujściu bie­lił się dwór, w któ­rym kilka okien było oświe­co­nych. Gdy bryczka zatur­ko­tała przed gan­kiem, z domu wybiegł słu­żący chło­pak, który począł poma­gać Poła­niec­kiemu przy wysia­da­niu, a oprócz tego zbli­żył się stróż nocny i dwa białe psy, widocz­nie bar­dzo młode i łagodne, gdyż, zamiast szcze­kać, jęły łasić się, wspi­nać się na gościa i oka­zy­wać z jego przy­by­cia radość tak wielką, iż stróż musiał miar­ko­wać jej wylew za pomocą kija.

Chło­pak zdjął z bryczki rze­czy Poła­niec­kiego, on sam zaś zna­lazł się po chwili w jadal­nym pokoju, gdzie cze­kała na niego her­bata. Przy jed­nej ścia­nie stał orze­chowy kre­dens, obok zegar z wiel­kimi wagami i kukułką, z dru­giej strony dwa liche por­trety kobiece w stro­jach z osiem­na­stego wieku, na środku zaś stół, nakryty białą ser­wetą, oto­czony krze­słami o wyso­kich porę­czach. Pokój ten, oświe­cony jasno, pełen pary, uno­szą­cej się z samo­wara, wyglą­dał dość gościn­nie i wesoło.

Poła­niecki począł prze­cha­dzać się wzdłuż stołu, ale skrzy­pie­nie wła­snych butów raziło go w tej ciszy, poszedł więc ku oknu i patrzał przez szyby na oświe­cone księ­ży­cem podwó­rze, po któ­rym te same dwa białe psy, które witały go z takim wyla­niem, goniły się teraz ze sobą.

Po nie­ja­kim cza­sie drzwi przy­le­głego pokoju otwo­rzyły się i weszła młoda osoba, w któ­rej Poła­niecki domy­ślił się córki wła­ści­ciela Krze­mie­nia, uro­dzo­nej z dru­giej jego żony. Na jej widok wyszedł więc z fra­mugi okna i, zbli­żyw­szy się w swo­ich skrzy­pią­cych butach do stołu, skło­nił się i powie­dział swoje nazwi­sko.

Panna wycią­gnęła do niego rękę i rze­kła:

- Wie­dzie­li­śmy z depe­szy o pań­skim przy­jeź­dzie. Tatko tro­chę chory i musiał się poło­żyć, ale jutro rad będzie pana zoba­czyć.

- Nie moja wina, żem przy­je­chał tak późno - odpo­wie­dział Poła­niecki - pociąg przy­cho­dzi dopiero o jede­na­stej do Czer­niowa.

- A z Czer­niowa jesz­cze dwie mile do Krze­mie­nia. Mówił mi ojciec, że pan tu nie pierw­szy raz.

- Przy­jeż­dża­łem tu z matką, gdy pani nie było jesz­cze na świe­cie.

- Wiem. Pan jest krewny ojca.

- Ja jestem krewny pierw­szej żony pana Pła­wic­kiego.

- Ojciec bar­dzo ceni związki rodzinne, choćby naj­dal­sze - odrze­kła panna.

I zaczęła nale­wać her­batę, odga­nia­jąc od czasu do czasu drugą ręką parę, która, pod­no­sząc się z samo­waru, prze­sła­niała jej oczy. Gdy roz­mowa się prze­rwała, sły­chać było tylko tyk zegara. Poła­niecki, któ­rego inte­re­so­wały młode kobiety, przy­pa­try­wał się pan­nie Pła­wic­kiej. Była to osoba śred­niego wzro­stu, dość wysmu­kła; włosy miała ciemne, twarz łagodną, ale jakby zga­szoną, płeć nieco opa­loną od słońca, oczy nie­bie­skie i prze­śliczne usta. W ogóle była to twarz kobiety spo­koj­nej i deli­kat­nej. Poła­niecki, któ­remu nie wydała się brzydka, ale też nie wydała się piękna, myślał jed­nak, że jest dość miła, że może być dobra i że pod tą powierz­chow­no­ścią nie­zbyt świetną może posia­dać mnó­stwo tych roz­ma­itych przy­mio­tów, które posia­dają zwy­kle wiej­skie panny. Jak­kol­wiek był młody, życie nauczyło go jed­nej prawdy, że kobiety, przy bliż­szym pozna­niu, w ogóle zyskują, męż­czyźni w ogóle tracą. Sły­szał także o pan­nie Pła­wic­kiej, że całe gospo­dar­stwo w Krze­mie­niu, pra­wie zresztą zruj­no­wane, polega na jej gło­wie, i że to jest jedna z naj­bar­dziej zapra­co­wa­nych istot na świe­cie. Otóż w sto­sunku do tych kło­po­tów, które musiały ją obar­czać, wydała mu się spo­kojną i pogodną. Prócz tego pomy­ślał, że zapewne jej się spać chce. Widać to było nawet po jej oczach, mru­żą­cych się mimo woli pod świa­tłem wiszą­cej lampy.

Egza­min byłby wypadł w ogóle na jej korzyść, gdyby nie to, że roz­mowa z nią szła tro­chę trudno. Ale tłu­ma­czyło się to tym, że się widzieli po raz pierw­szy w życiu. Przyj­mo­wała go przy tym sama, co dla mło­dej panny mogło być kło­po­tliwe. Na koniec wie­działa, że Poła­niecki przy­je­chał do nich nie w odwie­dziny, ale po pie­nią­dze. Tak było w isto­cie. Matka jego oddała przed bar­dzo daw­nym cza­sem dwa­dzie­ścia kilka tysięcy rubli na hipo­tekę Krze­mie­nia, które Poła­niecki chciał teraz ode­brać, raz dla­tego, że zale­gano bar­dzo z pro­cen­tami, a powtóre, że, będąc wspól­ni­kiem domu han­dlo­wego w War­sza­wie, wszedł w roz­ma­ite inte­resy i potrze­bo­wał kapi­tału. Z góry też obie­cał sobie nie czy­nić żad­nych ustępstw i swoje koniecz­nie odzy­skać. W tego rodzaju spra­wach cho­dziło mu zawsze o to, by oka­zać się czło­wie­kiem nie­ugię­tym. Nie był on nim może z natury, ale uczy­nił sobie z nie­ugię­to­ści zasadę, a zara­zem sprawę miło­ści wła­snej. Skut­kiem tego czę­sto prze­sa­dzał, jak czy­nią zawsze ludzie, któ­rzy coś w sie­bie wma­wiają.

I teraz więc, patrząc na tę pannę miłą, ale widocz­nie senną, powta­rzał sobie wbrew współ­czu­ciu, które się w nim budziło:

- Wszystko to dobrze, ale musi­cie zapła­cić.

Po chwili rzekł:

- Sły­sza­łem, że pani wszyst­kim się tu zaj­muje: czy pani lubi gospo­dar­stwo?

- Lubię bar­dzo Krze­mień - odpo­wie­działa.

- I ja lubi­łem Krze­mień, gdy byłem chłop­cem. Ale gospo­da­rzyć bym w nim nie chciał... Takie trudne warunki...

- Trudne, trudne... Robimy też, co w naszej mocy.

- To jest, pani robi, co w pani mocy.

- Poma­gam ojcu, który czę­sto jest cier­piący.

- Ja się na tych rze­czach nie znam, ale z tego, co widzę i sły­szę, wno­szę, że więk­sza część rol­ni­ków nie może liczyć na przy­szłość.

- Liczymy na Opatrz­ność...

- To wolno, ale wie­rzy­cieli nie można do niej odsy­łać.

Twarz panny Pła­wic­kiej pokryła się rumień­cem - i nastała chwila kło­po­tli­wego mil­cze­nia.

A Poła­niecki powie­dział sobie:

- Sko­roś zaczął, to idź dalej.

I rzekł:

- Pani pozwoli sobie wyja­śnić cel mego przy­by­cia.

Panna spoj­rzała na niego wzro­kiem, w któ­rym Poła­niecki mógł wyczy­tać: "Dopie­roś przy­je­chał, godzina jest późna, ja led­wie żyję ze zmę­cze­nia - że też naj­prost­sza deli­kat­ność nie wstrzy­mała cię od roz­po­czę­cia takiej roz­mowy".

Gło­śno zaś odrze­kła:

- Ja wiem, dla­czego pan przy­je­chał, ale może będzie lepiej, gdy pan z ojcem o tym pomówi.

- Dobrze; prze­pra­szam panią - odrzekł Poła­niecki.

- To ja prze­pra­szam pana. Ludzie mają prawo dopo­mi­nać się o swoje i ja jestem do tego przy­zwy­cza­jona. Ale dziś jest sobota; w sobotę ma się tyle roboty. Zresztą w tego rodzaju spra­wach, poj­muje pan... Cza­sem, gdy przy­jeż­dżają żydzi, ukła­dam się sama... Ale tym razem wola­ła­bym, żeby pan mówił z papą. Będzie nam obojgu łatwiej.

- Więc do jutra - rzekł Poła­niecki, któ­remu zabra­kło odwagi do powie­dze­nia, że w spra­wach pie­nięż­nych chce być trak­to­wany, jak żyd.

- Może pan pozwoli jesz­cze her­baty?

- Nie; dzię­kuję. Dobra­noc pani.

I, wstaw­szy, wycią­gnął rękę; panna zaś podała mu swoją daleko mniej ser­decz­nie, niż na powi­ta­nie, tak, że dotknął zale­d­wie koń­ców jej pal­ców.

Odcho­dząc, rze­kła:

- Słu­żący wskaże panu pokój...

I Poła­niecki został sam. Czuł pewien nie­smak i był nie­za­do­wo­lony z sie­bie, choć nie chciał wewnętrz­nie tego przy­znać. Począł nawet wma­wiać w sie­bie, że dobrze zro­bił, gdyż przy­je­chał tu nie dla pra­wie­nia grzecz­no­ści, ale po pie­nią­dze. Co mu panna Pła­wicka? Ani go grzeje, ani ziębi. Jeśli go będzie miała za gbura, to tym lepiej, bo zwy­kle tak się dzieje, że im wie­rzy­ciel jest bar­dziej przy­kry, tym się go sta­rają spła­cić prę­dzej.

Ale nie­smak sil­niej­szy był od tego rozu­mo­wa­nia, albo­wiem jakiś głos szep­tał Poła­niec­kiemu, że tym razem nie cho­dziło tylko o dobre wycho­wa­nie, ale tro­chę o litość nad zmę­czoną kobietą. Odczu­wał przy tym, że, postę­pu­jąc tak obce­sowo, czyni zadość swej pozie, nie swemu sercu, ani swym wro­dzo­nym instynk­tom. Był zły także i na pannę Pła­wicką, tym bar­dziej, że mu się podo­bała. Jak w tej uśpio­nej wio­sce, jak w tej nocy księ­ży­co­wej, tak i w tej pan­nie zna­lazł coś swoj­skiego, czego na próżno szu­kał w kobie­tach zagra­nicz­nych, a co wzru­szało go wię­cej, niż się spo­dzie­wał. Ale ludzie wsty­dzą się czę­sto uczuć bar­dzo dobrych. Poła­niecki wsty­dził się czę­sto wzru­szeń, więc posta­no­wił być nie­ubła­ga­nym i przy­ci­snąć naza­jutrz sta­rego Pła­wic­kiego z pomi­nię­ciem wszel­kich wzglę­dów.

Tym­cza­sem chło­pak zapro­wa­dził go do sypialni. Poła­niecki odpra­wił go zaraz i został sam. Był to ten sam pokój, który mu dawano, gdy za życia pierw­szej żony pana Pła­wic­kiego przy­jeż­dżał do nich z matką. Więc wspo­mnie­nia opa­dły go znowu. Okna wycho­dziły na ogród, za któ­rym był staw; w wodzie prze­glą­dał się księ­życ - i staw widać było lepiej, niż za daw­nych cza­sów, bo wów­czas prze­sła­niał go wielki stary jesion, który musiała zła­mać burza, gdyż w tym miej­scu ster­czał tylko pień ze świe­żym odła­ma­niem na wierz­chu. Świa­tło księ­życa zda­wało się zbie­rać na tym odła­ma­niu, które też błysz­czało bar­dzo mocno. Wszystko to razem czy­niło wra­że­nie ogrom­nego spo­koju. Poła­niecki, który żył w mie­ście wśród zajęć han­dlo­wych, zatem w usta­wicz­nym natę­że­niu władz umy­sło­wych i fizycz­nych, a zara­zem w usta­wicz­nym nie­po­koju, mimo woli odczu­wał ten nastrój ota­cza­ją­cej go wsi, tak, jak się odczuwa cie­płą kąpiel po wiel­kim tru­dzie. Wni­kała w niego ulga. Pró­bo­wał myśleć o swo­ich spra­wach, o tym, jak się one obrócą, czy dadzą straty, czy zyski, wresz­cie o swoim wspól­niku Bigielu, i o tym, jak on zała­twi roz­ma­ite inte­resy pod­czas jego nie­byt­no­ści - ale nie mógł. Nato­miast zaczął myśleć o pan­nie Pła­wic­kiej. Osoba jej, jak­kol­wiek uczy­niła na nim dobre wra­że­nie, była mu obo­jętną, choćby dla­tego, że dopiero co ją poznał. Ale zajęła go, jako typ. Miał lat trzy­dzie­ści kilka, był zatem w wieku, w któ­rym instynkt z siłą nie­mal nie­ubła­ganą popy­cha męż­czy­znę do zało­że­nia ogni­ska domo­wego, poję­cia żony i stwo­rze­nia rodziny. Naj­więk­szy pesy­mizm jest bez­silny wobec tego instynktu; nie broni od niego ani artyzm, ani żadne zada­nia życiowe. Skut­kiem tego żenią się mizan­tropi, pomimo swej filo­zo­fii, arty­ści, pomimo sztuki, jak rów­nież wszy­scy tacy ludzie, któ­rzy twier­dzą, że swoim celom oddają nie pół, ale całą duszę. Wyjątki potwier­dzają zasadę, że ogół nie może żyć kon­wen­cjo­nal­nym kłam­stwem i pły­nąć prze­ciw prą­dom natury. Po więk­szej czę­ści nie żenią się tylko ci, któ­rym do mał­żeń­stwa sta­nęła na prze­szko­dzie ta sama siła, która mał­żeń­stwa two­rzy, to jest ci, któ­rych miłość zawio­dła. Stąd sta­ro­ka­wa­ler­stwo, jeśli nie zawsze to najczę­ściej, jest ukrytą tra­ge­dią.

Poła­niecki nie był ani mizan­tro­pem, ani też czło­wie­kiem, wygła­sza­ją­cym prze­ciwne mał­żeń­stwu teo­rie. Prze­ciw­nie: chciał się oże­nić i był prze­ko­nany, że powi­nien to uczy­nić. Czuł, że przy­szedł na niego czas, więc szu­kał naokół sie­bie kobiety. Z tego wypły­wało to ogromne zaję­cie, jakie budziły w nim kobiety, a zwłasz­cza panny. Jak­kol­wiek spę­dził kilka lat we Fran­cji i w Bel­gii, nie szu­kał miło­ści u męża­tek, chyba u nazbyt łatwych. Był to czło­wiek żywy i czynny, który utrzy­my­wał, że roman­so­wać z mężat­kami mogą tylko próż­niacy, i że w ogóle oble­ga­nie cudzych żon jest moż­liwe tam, gdzie ludzie mają bar­dzo wiele pie­nię­dzy, mało uczci­wo­ści, a nic do roboty, zatem w spo­łe­czeń­stwach, gdzie ist­nieje cała klasa od dawna zbo­ga­cona i pogrą­żona w wytwor­nej bez­czyn­no­ści towa­rzy­skiego a zara­zem i szel­mow­skiego życia. On sam był istot­nie bar­dzo zajęty, że zaś kochać chciał po to, by się oże­nić, więc tylko panny budziły w nim zarówno psy­chiczne, jak i fizyczne zacie­ka­wie­nie. Gdy spo­ty­kał jaką na swej dro­dze, przede wszyst­kim i od pierw­szej chwili zada­wał sobie pyta­nie: "Czyby nie ta?" - albo przy­naj­mniej: "Czyby nie taka?". Obec­nie myśli jego krę­ciły się w podobny spo­sób koło panny Pła­wic­kiej. Poprzed­nio sły­szał o niej wiele od jej krew­nej, zamiesz­ka­łej w War­sza­wie - i sły­szał rze­czy dobre, a nawet wzru­sza­jące. Obec­nie jej cicha, łagodna twarz sta­wała mu przed oczyma. Przy­po­mniał sobie jej ręce, bar­dzo ładne, o dłu­gich pal­cach, choć nieco opa­lone; jej ciem­no­nie­bie­skie oczy, oraz małe, czarne zna­mię, które miała nad ustami. Podo­bał mu się także jej głos. Przy tym, jak­kol­wiek powta­rzał sobie przy­rze­cze­nie, że nie poczyni żad­nych ustępstw i musi swoje ode­brać, jed­nakże zły był na los, który przy­pro­wa­dził go do Krze­mie­nia, jako wie­rzy­ciela. Mówiąc do sie­bie języ­kiem kupiec­kim, powta­rzał w duchu: gatu­nek jest dobry - ale nie będę "reflek­to­wał" - bom nie po to przy­je­chał.

Jed­nakże "reflek­to­wał" i to tak dalece, że roze­braw­szy się i poło­żyw­szy, długi czas nie mógł zasnąć. Koguty poczęły piać, szyby bled­nieć i zie­le­nieć, on zaś widział jesz­cze pod zamknię­tymi powie­kami pogodne czoło panny Pła­wic­kiej, jej zna­mię nad ustami i ręce, nale­wa­jące her­batę. Potem, gdy już sen począł go morzyć, zda­wało mu się, że trzyma te ręce w swo­ich i przy­ciąga je ku sobie. Naza­jutrz zbu­dził się późno i, przy­po­mniaw­szy sobie pannę Pła­wicką, pomy­ślał: "Aha! to ona tak wygląda!".

Rozdział II

II

Wła­ści­wie zbu­dził go chło­pak, który przy­niósł mu kawę i wziął do czysz­cze­nia rze­czy. Gdy z niemi powró­cił, Poła­niecki spy­tał go, czy nie ma w domu zwy­czaju scho­dzić się w jadal­nym pokoju na śnia­da­nie.

- Nie - odpo­wie­dział chło­pak - bo panienka rano wstaje, a star­szy pan śpi do późna.

- A panienka wstała?

- Panienka w kościele.

- Prawda: dziś nie­dziela. A panienka nie jeź­dzi ze star­szym panem?

- Nie; star­szy pan jeź­dzi na sumę, a potem idzie do kano­nika, więc panienka woli jeź­dzić na ranną mszę.

- Co pań­stwo w nie­dzielę pora­biają?

- Sie­dzą w domu. Na obiad przy­jeż­dża pan Gątow­ski.

Tego Gątow­skiego Poła­niecki znał małym chłop­cem. Za owych cza­sów prze­zy­wał go "niedź­wiad­kiem", był to bowiem chło­pak tłu­sty, nie­zgrabny i mru­kliwy. Słu­żący obja­śnił, że ojciec pana Gątow­skiego umarł od lat sze­ściu i młody sam gospo­da­rzy w sąsied­nim Jał­brzy­ko­wie.

- I przy­jeż­dża tu co nie­dziela? - spy­tał Poła­niecki.

- Cza­sem i w powsze­dni dzień wie­czo­rem.

- Kon­ku­rent! - pomy­ślał Poła­niecki.

Po chwili spy­tał:

- Star­szy pan wstał już?

- Musiał pan dzwo­nić, bo Józef poszedł do pana.

- Jaki Józef?

- Kamer­dy­ner.

- A ty czym jesteś?

- Ja jemu do pomocy.

- Idźże się spy­tać, kiedy można będzie widzieć się z panem.

Chło­pak wyszedł i po chwili wró­cił.

- Star­szy pan kazał powie­dzieć, że jak się ubie­rze, to poprosi.

- Dobrze.

Chło­pak wyszedł; Poła­niecki został sam i cze­kał, a raczej nudził się dość długo. Wresz­cie zaczęło mu brak­nąć cier­pli­wo­ści i chciał już wyjść do ogrodu, gdy ów Józef przy­szedł mu oznaj­mić, że star­szy pan prosi.

I przez sień popro­wa­dził go do pokoju, leżą­cego z dru­giej strony domu. Poła­niecki wszedł i w pierw­szej minu­cie nie poznał pana Pła­wic­kiego. Pamię­tał go męż­czy­zną w sile wieku i nader pięk­nym, obec­nie stał przed nim czło­wiek stary, z twa­rzą pomarsz­czoną, jak pie­czone jabłko, któ­rej małe, uczer­nione wąsiki próżno usi­ło­wały nadać pozór mło­do­ści. Tak one, jak rów­nież czarna, zacze­sana z boku czu­pryna, ozna­czały tylko nie­wy­ga­słe dotąd pre­ten­sje.

Lecz pan Pła­wicki otwo­rzył ramiona:

- Stach! Jak się masz, drogi chłop­cze! Chodź tu!

I, wska­zaw­szy na swą białą kami­zelkę, objął głowę Poła­niec­kiego i przy­ci­snął ją do piersi, która poru­szała się szyb­kim odde­chem.

Uścisk trwał przez czas długi, a nawet dla Poła­niec­kiego mocno za długi; wresz­cie pan Pła­wicki rzekł:

- Niech­że ci się przy­pa­trzę. Wyka­pana Anna, wyka­pana Anna! Moja biedna, kochana Anna!

I pan Pła­wicki zaszlo­chał, następ­nie otarł ser­decz­nym pal­cem prawą powiekę, na któ­rej zresztą nie było łzy - i powtó­rzył:

- Wyka­pana Anna!... Twoja matka była zawsze dla mnie naj­lep­szą i naj­życz­liw­szą krewną.

Poła­niecki stał przed nim zmie­szany, oraz nieco odu­rzony i przy­ję­ciem, jakiego się nie spo­dzie­wał, i zapa­chem fik­sa­tu­aru, pudru i róż­nych per­fum, któ­rymi pach­niały twarz, wąsy i kami­zelka pana Pła­wic­kiego.

- Jak się wuja­szek ma? - spy­tał wresz­cie, sądząc, że ten tytuł, jaki zresztą dawał w latach dzie­cin­nych panu Pła­wic­kiemu, będzie naj­le­piej odpo­wia­dał uro­czy­stemu nastro­jowi przy­ję­cia.

- Jak się mam? - powtó­rzył pan Pła­wicki - nie długo mi już! nie długo! Ale wła­śnie dla­tego witam cię tym ser­decz­niej w moim domu... po ojcow­sku!... I jeśli bło­go­sła­wień­stwo czło­wieka, sto­ją­cego nad gro­bem, a zara­zem naj­star­szego członka rodziny, ma w two­ich oczach jaką cenę, to ci je daję.

I, chwy­ciw­szy powtór­nie za głowę Poła­niec­kiego, uca­ło­wał ją i prze­że­gnał. Młody czło­wiek zmie­szał się jesz­cze bar­dziej i na twa­rzy jego odbił się przy­mus. Matka jego była krewną i przy­ja­ciółką pierw­szej żony pana Pła­wic­kiego. Z nim samym nie łączyły jej ni­gdy, o ile pamię­tał, ser­decz­niej­sze sto­sunki, więc ta uro­czy­stość przy­ję­cia, do któ­rej jed­nak mimo woli musiał się dostra­jać, była mu ogrom­nie przy­kra. Sam Poła­niecki nie miał naj­mniej­szych uczuć rodzin­nych dla pana Pła­wic­kiego, więc myślał w duchu: "Ta małpa bło­go­sławi mnie, zamiast gadać o pie­nią­dzach" - i chwy­ciła go pewna złość, która mogła mu być pomocną do posta­wie­nia jasno rze­czy. Tym­cza­sem pan Pła­wicki rzekł:

- Sia­daj teraz, drogi chłop­cze, i bądź, jak u sie­bie.

Poła­niecki siadł i zaczął mówić:

- Kochany wuju, bar­dzo mi jest przy­jem­nie wuja odwie­dzić; był­bym to pew­nie zro­bił, nawet nie mając inte­resu, ale wuj wie, że przy­je­cha­łem także w tej spra­wie, którą moja matka...

Tu pan Pła­wicki poło­żył mu nagle rękę na kola­nie:

- A kawę piłeś? - spy­tał.

- Piłem - odpo­wie­dział zbity z tropu Poła­niecki.

- Bo to Mary­nia rano wyjeż­dża do kościoła. Prze­pra­szam cię także, żem ci nie odstą­pił mego pokoju, ale ja, stary, przy­zwy­cza­iłem się tu spać. To moje gniazdo...

To rze­kł­szy, okrą­głym ruchem ręki wska­zał na pokój.

Poła­niecki powiódł mimo woli oczyma za ruchem ręki. Nie­gdyś ten pokój był dla niego usta­wiczną pokusą, wisiała w nim bowiem broń pana Pła­wic­kiego. Od daw­nych cza­sów zmie­niło się w nim tylko obi­cie, które teraz było różowe, przed­sta­wia­jące w nie­skoń­czo­nej ilo­ści kwa­dra­tów młode pasterki, ubrane a la Wat­teau i łowiące ryby na wędkę. W oknie stała tualeta, biało nakryta, z lustrem w srebr­nych ramach, zasta­wiona mnó­stwem sło­ików, pude­łek, fla­sze­czek, szczo­tek, grze­bieni, pil­nicz­ków do paznokci i t. d. Obok, w kącie, faj­czar­nia - z bursz­ty­no­wymi gło­wami cybu­chów; na ścia­nie, nad kanapką, dzi­cza głowa, pod nią dwie dubel­tówki, torba, trąbki, i w ogóle przy­bory myśliw­skie; w głębi stół z papie­rami, dębowe półeczki z pewną ilo­ścią ksią­żek, wszędy pełno gra­tów, mniej wię­cej potrzeb­nych i ład­nych, zwia­stu­ją­cych jed­nak, że miesz­ka­niec tego pokoju jest osią, naokoło któ­rej obraca się wszystko w domu, i że sam o sie­bie dba wielce. Jed­nym sło­wem, był to pokój sta­rego kawa­lera i ego­isty, peł­nego dro­bia­zgo­wej tro­skli­wo­ści o swą wygodę i peł­nego pre­ten­sji. Poła­niecki nie potrze­bo­wał też wiele domyśl­no­ści, by odgad­nąć, że pan Pła­wicki za nic i dla nikogo nie odstą­piłby swego pokoju.

Lecz gościnny gospo­darz pytał dalej:

- Było ci tam dosyć wygod­nie? Jak spę­dzi­łeś noc?

- Dzię­kuję; dosko­nale: wsta­łem późno.

- Z tydzień jaki prze­cie u mnie zaba­wisz.

Poła­niecki, który był bar­dzo żywy, pod­sko­czył na krze­śle.

- Chyba wuj wie, że ja mam inte­resy w War­sza­wie i wspól­nika, który sam jeden pil­nuje teraz całej roboty. Dla­tego muszę wyje­chać jak naj­wcze­śniej i pra­gnął­bym dziś jesz­cze zała­twić sprawę, dla któ­rej przy­je­cha­łem.

Na to pan Pła­wicki ode­zwał się z pewną ser­deczną powagą:

- Nie, mój chłop­cze. Dziś jest nie­dziela, a oprócz tego uczu­cia rodzinne powinny iść przed inte­re­sami. Dziś witam cię i przyj­muję, jako krew­nego - jutro, jeśli chcesz, wystą­pisz jako wie­rzy­ciel. Tak jest. Dziś przy­je­chał do mnie mój Stach, syn mojej Anny! Do jutra! Tak być powinno, Sta­chu. Mówi ci star­szy krewny, który cię kocha i dla któ­rego powi­nie­neś to zro­bić...

Poła­niecki zmarsz­czył się nieco, ale po chwili odrzekł:

- Niech­że będzie do jutra.

- Teraz prze­mó­wiła przez cie­bie Anna... Czy palisz fajkę?

- Nie. Palę tylko papie­rosy.

- Wie­rzaj mi, że źle robisz. Ale mam dla gości i papie­rosy.

Dal­szą roz­mowę prze­rwał tur­kot powozu przed gan­kiem.

- To Mary­nia przy­je­chała z ran­nej mszy - rzekł pan Pła­wicki.

Poła­niecki, spoj­rzaw­szy w okno, doj­rzał różową panienkę w sło­mia­nym kape­lu­szu, wysia­da­jącą z powo­ziku.

- Pozna­łeś Mary­nię? - spy­tał pan Pła­wicki.

- Mia­łem przy­jem­ność - wczo­raj.

- Dro­gie dziecko. Nie potrze­buję ci mówić, że żyję tylko dla niej...

W tej chwili uchy­liły się drzwi i młody głos spy­tał:

- Można?

- Można, można: jest tu Stach! - odpo­wie­dział pan Pła­wicki.

Mary­nia weszła szybko z kape­lu­szem, prze­wie­szo­nym na wstąż­kach przez ramię, i uści­skaw­szy ojca, podała rękę Poła­niec­kiemu. W różo­wej, per­ka­lo­wej sukni wyglą­dała nad­zwy­czaj zgrabna i ładna. Było coś w niej z nastroju nie­dziel­nego, a przy tym z rzeź­wo­ści poranku, który był pogodny i jasny. Włosy miała nieco roz­tar­gane przez kape­lusz, policzki zaru­mie­nione - mło­dość biła od niej. Poła­niec­kiemu wydała się dziś i wesel­sza, i ład­niej­sza, niż była wczo­raj.

- Suma będzie dziś tro­chę póź­niej - rze­kła do ojca - bo kano­nik zaraz po ran­nej mszy poje­chał do młyna dys­po­no­wać Siat­kow­ską. Ona bar­dzo źle. Ma papa jesz­cze z pół godziny czasu.

- Dobrze - odrzekł Pła­wicki - przez ten czas pozna­cie się bli­żej ze Sta­chem Poła­niec­kim. Mówię ci, wyka­pana Anna! Ale tyś jej ni­gdy nie widziała. Pamię­taj też Mary­niu, że on jutro, jeśli zechce, będzie naszym wie­rzy­cie­lem, ale dziś, to tylko krewny i gość.

- Dobrze - odpo­wie­działa panna - będziemy mieli wesołą nie­dzielę.

- Pani tak późno poszła spać wczo­raj - rzekł Poła­niecki - a dziś była na ran­nej mszy.

A ona odrze­kła wesoło:

- Na ran­nej mszy bywam ja i kucharz, żeby­śmy mieli czas potem pomy­śleć o obie­dzie.

- Zapo­mnia­łem wczo­raj powie­dzieć - rzekł Poła­niecki - że przy­wożę pani ukłony od pani Emi­lii Chwa­stow­skiej.

- Nie widzia­łam Emilki już pół­tora roku, ale pisu­jemy do sie­bie dość czę­sto. Ona ma wyje­chać do Reichen­hall, dla swo­jej małej.

- Była na wyjezd­nym.

- A mała jak się ma?

- Na swoje dwa­na­ście lat wyro­sła nad miarę i bar­dzo ane­miczna. Nie zdaje się, żeby była bar­dzo zdrowa.

- Pan czę­sto bywa u Emilki?

- Dosyć. To pra­wie jedyna moja zna­jo­mość w War­sza­wie. I przy tym bar­dzo lubię panią Emi­lię.

- Powiedz mi, mój chłop­cze - spy­tał pan Pła­wicki, bio­rąc ze stołu parę świe­żych ręka­wi­czek i wkła­da­jąc je do kie­szeni na pier­siach - czym ty się wła­ści­wie zaj­mu­jesz w War­sza­wie?

- Ja jestem tym, co nazy­wają "afe­rzy­sta". Mam dom komi­sowo-han­dlowy na spółkę z nie­ja­kim Bigie­lem. Spe­ku­luję na zbożu, na cukrze, cza­sem na lasach i na czym się da.

- Bo ja sły­sza­łem, że ty jesteś inży­nier?

- Jestem tech­nik. Ale nie mogłem po powro­cie zna­leźć zaję­cia przy żad­nej fabryce i puści­łem się na han­del, tym bar­dziej, że mia­łem i o tym jakie takie poję­cie i że we współce byłem już od lat czte­rech, choć inte­resy pro­wa­dził sam Bigiel. Ale wła­ści­wym moim zawo­dem jest far­biar­stwo.

- Jak powia­dasz? - spy­tał pan Pła­wicki.

- Far­biar­stwo.

- Teraz takie czasy, że trzeba się do wszyst­kiego brać - rzekł z god­no­ścią pan Pła­wicki. - Nie ja ci to będę brał za złe. Byle zacho­wać dawne uczciwe tra­dy­cje rodzinne - żadne zaję­cie nie hańbi czło­wieka.

A Poła­niecki, któ­remu na widok panny powró­cił dobry humor i któ­rego roz­ba­wiła nagle gran­dezza pana Pła­wic­kiego, poka­zał swoje zdrowe zęby w uśmie­chu i odpo­wie­dział:

- To chwała Bogu.

Panna Mary­nia uśmiech­nęła się rów­nież i rze­kła:

- Emilka, która także pana bar­dzo lubi, pisała mi kie­dyś, że pan dosko­nale pro­wa­dzi swoje inte­resy.

- Bo tu tylko z żydami trudno, a zresztą kon­ku­ren­cja łatwa. Ale i z żydami, byle nie wyda­wać mani­fe­stów anty­se­mic­kich i spo­koj­nie swoje robić, można tra­fić też do ładu. Co do pani Emi­lii jed­nak, ona się tyle zna na inte­re­sach, ile jej mała Litka.

- Tak, ona ni­gdy nie była prak­tyczna. Żeby nie brat męża, pan Teo­fil Chwa­stow­ski, byłaby stra­ciła cały mają­tek. Ale pan Teo­fil bar­dzo Lit­kę­ko­cha.

- Kto Litki nie kocha? Ja pierw­szy prze­pa­dam za nią. To takie dziwne dziecko i takie kochane. Mówię pani, że mam do niej zupełną sła­bość.

A panna Mary­nia spoj­rzała uważ­niej na jego szczerą, żywą twarz i pomy­ślała:

- Musi być tro­chę rap­tus, ale ma dobre serce.

Pan Pła­wicki zauwa­żył tym­cza­sem, że czas na sumę i począł się żegnać z panną Mary­nią tak, jakby wyjeż­dżał w kil­ku­mie­sięczną podróż, następ­nie uczy­nił jej na gło­wie znak krzyża i wziął kape­lusz. Panienka uści­snęła rękę Poła­niec­kiego żywiej, niż przy poran­nym powi­ta­niu, ten zaś, sia­da­jąc do powo­ziku, powta­rzał sobie w duchu:

- O, mocno ładna! mocno sym­pa­tyczna!...

Za aleją, którą Poła­niecki przy­je­chał dnia wczo­raj­szego, powo­zik wyto­czył się na drogę, gdzie­nie­gdzie tylko wysa­dzoną sta­rymi i popróch­nia­łymi brzo­zami, sto­ją­cymi w nie­rów­nych odstę­pach. Po jed­nej stro­nie cią­gnęło się pole kar­to­flane, po dru­giej jeden ogromny łan żyta, z ocię­ża­łymi już i pochy­lo­nymi kło­sami, który zda­wał się spać w spo­koj­nym powie­trzu i w peł­nym świe­tle sło­necz­nym. Mię­dzy brzo­zami prze­la­ty­wały przed powo­zem sroki i dudki. W dali widać było, idące ścież­kami przez płową toń zbóż i zanu­rzone w niej po pachy, dziewki wiej­skie, w czer­wo­nych chust­kach na gło­wie, podobne do kwit­ną­cych maków.

- Dobre żyto - rzekł Poła­niecki.

- Nie­złe. Robi się, co w ludz­kich siłach, a co Bóg da, to da. Jesteś młody, mój drogi, więc dam ci jedną prze­strogę, która ci się w przy­szło­ści przyda. Zrób zawsze, co do cie­bie należy, a resztę zdaj na Pana Boga. On naj­le­piej wie, czego nam potrzeba. Uro­dzaj tego roku będzie dobry - i wie­dzia­łem to z góry, bo jak mnie ma Bóg czym dotknąć, to mi zsyła znak.

- Co takiego? - spy­tał ze zdzi­wie­niem Poła­niecki.

- Za faj­czar­nią - nie wiem, czy uwa­ża­łeś, gdzie ona stoi - ile razy ma być coś złego, tyle razy poka­zuje mi się mysz przez kilka dni z rzędu.

- Musi być dziura w pod­ło­dze.

- Nie ma dziury - rzekł, przy­my­ka­jąc oczy i potrzą­sa­jąc tajem­ni­czo głową, pan Pła­wicki.

- A żeby kota spro­wa­dzić?

- Nie spro­wa­dzę, bo jeśli taka jest wola Boża, żeby ta mysz była dla mnie zna­kiem i ostrze­że­niem, to nie chcę iść prze­ciw tej woli. Otóż tego roku nic mi się nie poka­zało. Mówi­łem to Maryni... Może Bóg zechce w jaki­kol­wiek spo­sób oka­zać, że czuwa nad naszą rodziną. Słu­chaj, mój drogi: wiem, że ludzie gadają, że jeste­śmy zruj­no­wani, a przy­naj­mniej w bar­dzo złych inte­re­sach. Otóż sam osądź: Krze­mień, wraz ze Sko­kami, z Magie­rówką i Sucho­ci­nem, ma około dwu­stu pięć­dzie­się­ciu włók. Jest tam około sześć­dzie­się­ciu tysięcy rubli Towa­rzy­stwa - i nic wię­cej, i około stu tysięcy dłu­gów hipo­tecz­nych, wraz z twoją sumą. Więc mamy już sto sześć­dzie­siąt tysięcy. Liczmy teraz tylko po trzy tysiące rubli za włókę, to uczyni siedm­set pięć­dzie­siąt tysięcy - razem: dzie­więć­set dzie­sięć tysięcy...

- Jak to? - prze­rwał ze zdu­mie­niem Poła­niecki - to wuj liczysz długi do swego majątku?

- Żeby mają­tek był nic nie wart, toby mi nikt gro­sza na niego nie dał, więc muszę doli­czyć dług do war­to­ści majątku...

A Poła­niecki pomy­ślał: "Wariat, z któ­rym nie ma co gadać" - i słu­chał dalej w mil­cze­niu.

Pan Pła­wicki zaś mówił:

- Magie­rówkę chcę roz­par­ce­lo­wać. Młyn sprze­dam, a w Sko­kach i Sucho­ci­nie mam mar­giel - i wiesz, na ile go obli­czy­łem? Na dwa miliony rubli.

- Ma wuj kupca?

- Dwa lata temu przy­je­chał tu nie­jaki Schaum i roz­pa­try­wał pola. Wpraw­dzie poje­chał, nic nie wspo­mi­na­jąc o inte­re­sie, ale jestem pewny, że wróci. Ina­czej, byłaby mi się poka­zała mysz za faj­czar­nią...

- Ha! niech­że wraca.

- Wiesz, co mi także przy­cho­dzi do głowy. Skoro jesteś "afe­rzy­stą", weź ty się do tego inte­resu. Znajdź sobie tylko wspól­ni­ków.

- To za gruba dla mnie sprawa.

- Więc znajdź mi kupca: dam ci dzie­sięć pro­cent od zysków.

- Co panna Maria myśli o tym mar­glu?

- Mary­nia, jak to Mary­nia. Złote dziecko, ale dziecko! I ona jed­nak wie­rzy, że Opatrz­ność czuwa nad naszą rodziną.

- Sły­sza­łem to od niej wczo­raj.

Tym­cza­sem zaczęli się zbli­żać do Wąto­rów i do leżą­cego na wzgó­rzu wśród lip kościoła. Pod wzgó­rzem stało kil­ka­na­ście chłop­skich dra­bi­nia­stych wóz­ków, oraz kilka bry­czek i powo­zi­ków.

Pan Pła­wicki prze­że­gnał się.

- To nasz kośció­łek, który musisz pamię­tać. Wszy­scy Pła­wiccy tu leżą i ja wkrótce będę leżał. Ni­gdzie nie modlę się lepiej, jak tu.

- Widzę, że będzie sporo ludzi - rzekł Poła­niecki.

- Jest bryczka Gątow­skiego, kocz Zazim­skich, powo­zik Jami­szów i kilka innych. Jami­szów musisz także pamię­tać. Ona nie­po­spo­lita kobieta, on, niby wielki agro­nom i radca, ale safan­duła, który nie rozu­miał jej ni­gdy.

W tej chwili poczęto dzwo­nić na wie­życzce kościel­nej.

- Spo­strze­gli nas i dzwo­nią - rzekł pan Pła­wicki - suma zaraz wyj­dzie... Zapro­wa­dzę cię po mszy na grób mojej pierw­szej żony; pomódl się za nią, bo to prze­cie twoja ciotka... Zacna była kobieta, świeć jej Panie!

Tu pan Pła­wicki pod­niósł znów palec, by obe­trzeć prawe oko, Poła­niecki zaś spy­tał, chcąc zmie­nić nastrój roz­mowy:

- A pani Jami­szowa była kie­dyś bar­dzo piękna? Czy to ta sama?

Twarz pana Pła­wic­kiego roz­ja­śniła się nagle. Na chwilę wysu­nął koniec języka z uczer­nio­nych wąsi­ków, następ­nie zaczął kle­pać Poła­niec­kiego po łydce i rzekł:

- Warta jesz­cze grze­chu, warta, warta!...

Tym­cza­sem zaje­chali i, obszedł­szy kościół, weszli bokiem do zakry­stii, nie chcąc prze­ci­skać się przez tłum. Panie sie­działy w bocz­nych ław­kach, tuż przed stal­lami. Pan Pła­wicki zajął ławkę kol­la­tor­ską, w któ­rej byli tylko pań­stwo Jami­szo­wie: on, czło­wiek, wyglą­da­jący bar­dzo staro, z twa­rzą inte­li­gentną i zgnę­bioną, ona, kobieta dobrze pod sześć­dzie­siąt, ubrana nie­mal tak, jak panna Mary­nia, to jest w suk­nię per­ka­lową i sło­miany kape­lusz. Pełne grzecz­no­ści ukłony, jakie jej począł skła­dać pan Pła­wicki, i uprzejmy uśmiech, z jakim mu je odda­wała, wska­zy­wały, że panują mię­dzy nimi bli­skie i oparte na wza­jem­nej ado­ra­cji sto­sunki. Po chwili pani, pod­nió­sł­szy lor­netkę do oczu, zaczęła przy­glą­dać się Poła­niec­kiemu, nie rozu­mie­jąc widocz­nie, kto mógł panu Pła­wickiemu towa­rzy­szyć. W tyl­nej ławce za nimi, jeden z sąsia­dów, korzy­sta­jąc z tego, że msza jesz­cze nie roz­po­częta, koń­czył jakieś opo­wia­da­nie o polo­wa­niu, powtó­rzył bowiem kil­ka­krot­nie dru­giemu sąsia­dowi: "Moje psy dobrze gonią..."; potem obaj prze­rwali tę roz­mowę i zaczęli obma­wiać Pła­wickiego i panią Jami­szową tak gło­śno, że każde słowo docho­dziło do uszu Poła­niec­kiego.

Potem wyszedł ksiądz ze mszą. Na widok tej mszy i tego kościółka pamięć Poła­niec­kiego znów wró­ciła do lat dzie­cin­nych, gdy bywał tu z matką. Mimo woli rodziło się w nim zdzi­wie­nie, jak dalece na wsi nic się nie zmie­nia, prócz ludzi. Jed­nych skła­dają na księ­żej gru­dzi, dru­dzy się rodzą, ale nowe życie pod­sta­wia się w dawne formy, i kto przy­jeż­dża po dłu­giej nie­byt­no­ści, z daleka, temu się zdaje, że to wszystko, co poprzed­nio widział, było wczo­raj. Kościół był ten sam; nawa była rów­nie pełna pło­wych głów chłop­skich, sza­rych suk­man, czer­wo­nych i żół­tych chu­s­tek, oraz kwia­tów na gło­wach dzie­wek; tak samo pach­niało kadzi­dłem, świe­żym tata­ra­kiem i wyzie­wami ludz­kimi. Za jed­nym z okien rosła ta sama brzoza, któ­rej cien­kie gałązki wiatr, gdy się pod­niósł, rzu­cał na okno i, prze­sła­nia­jąc je, napeł­niał kościół zie­lo­na­wym świa­tłem; tylko ludzie byli nie ci sami: część tam­tych roz­sy­py­wała się sobie spo­koj­nie w proch, lub wydo­sta­wała się trawą z pod ziemi; ci zaś, któ­rzy zostali jesz­cze, byli jacyś pochy­leni, zgar­bieni, mniejsi, jakby powoli zasu­wali się pod zie­mię. Poła­niecki, który chlu­bił się tym, że unika wszel­kich zagad­nień ogól­nych, a który w grun­cie rze­czy, mając jakby nie wyło­nioną jesz­cze dosta­tecz­nie z wszech­bytu sło­wiań­ską głowę, zaj­mo­wał się niemi mimo woli cią­gle, myślał teraz, że jed­nak jest okropna prze­paść mię­dzy tą wro­dzoną ludziom namięt­no­ścią życia, a koniecz­no­ścią śmierci. Myślał także, że może dla­tego wszyst­kie sys­temy filo­zo­ficzne mijają, jak cie­nie, a msza po sta­remu się odpra­wia, iż ona jedna obie­cuje dal­szy i nie­prze­rwany ciąg.

Sam, wycho­wany za gra­nicą, nie bar­dzo weń wie­rzył, przy­naj­mniej nie był go pewny. Czuł on w sobie, jak wszy­scy dzi­siejsi, naj­nowsi ludzie, nie­po­ha­mo­wany wstręt do mate­ria­li­zmu, ale wyj­ścia jesz­cze nie zna­lazł, i co wię­cej, zda­wało mu się, że go nie szuka. Był nie­świa­do­mym pesy­mi­stą, jak ci, któ­rzy szu­kają cze­goś, czego nie mogą zna­leźć. Odu­rzał się zaję­ciami, do któ­rych przy­wykł, i tylko w chwi­lach wiel­kiego przy­pływu owego pesy­mi­zmu pytał sie­bie: na co to wszystko? na co się zdało robić mają­tek, pra­co­wać, żenić się, pło­dzić dzieci - skoro wszystko koń­czy się prze­pa­ścią? Ale to było cza­sem i nie zmie­niało się w stałą zasadę. Rato­wała go od niej mło­dość - nie pierw­sza - ale też jesz­cze nie gasnąca, pewna tęgość duchowa i fizyczna, samo­za­cho­waw­czy instynkt, przy­zwy­cza­je­nie do pracy, żywość cha­rak­teru i wresz­cie ta siła ele­men­tarna, która popy­cha męż­czy­znę w obję­cia kobiety. I teraz więc od wspo­mnień dzie­cin­nych, od myśli o śmierci, od zwąt­pie­nia o celo­wo­ści mał­żeń­stwa, prze­szedł do myśli wła­śnie o tym, że tego, co w nim jest lep­sze, nie ma komu oddać, a dalej prze­szedł do panny Maryni Pła­wic­kiej, któ­rej per­ka­lowa suk­nia, pokry­wa­jąca młode i wysmu­kłe ciało, nie scho­dziła mu z oczu. Przy­po­mniał sobie, że gdy wyjeż­dżał, pani Emi­lia Chwa­stow­ska, wielka przy­ja­ciółka jego i panny Maryni, powie­działa mu, śmie­jąc się: "Jeśli pan, będąc w Krze­mie­niu, nie zako­cha się w Maryni, to zamknę przed panem drzwi". On jej odpo­wie­dział z wielką fan­ta­zją, że jedzie tylko wydu­sić pie­nią­dze, nie zako­chać się, ale to nie była prawda. Gdyby w Krze­mie­niu nie było panny Pła­wic­kiej, byłby zapewne dusił pana Pła­wic­kiego w dal­szym ciągu listow­nie, albo spo­so­bami praw­nymi. Myślał też o niej i o tym, jak ona wygląda, już w dro­dze, i był zły, że jedzie także po pie­nią­dze. Wma­wia­jąc w sie­bie wielką sta­now­czość w takich razach, posta­no­wił przede wszyst­kim docho­dzić swej należ­no­ści i raczej gotów był prze­sa­dzić, niż nie dosa­dzić w ter­mi­nie. Obie­cy­wał to sobie, zwłasz­cza pierw­szego wie­czora, gdyż Mary­nia, jak­kol­wiek podo­bała mu się dosyć, nie uczy­niła na nim tak wiel­kiego wra­że­nia, jak myślał, a raczej uczy­niła inne. Ale dzi­siej­szego rana bar­dzo wpa­dła mu w oko. "Sama jest, jak ranek - mówił sobie - ładna, i wie, że ładna! Kobiety zawsze to wie­dzą!".

To ostat­nie odkry­cie uspo­so­biło go dość nie­cier­pli­wie, albo­wiem pra­gnął wró­cić jak naj­prę­dzej do Krze­mie­nia, by dalej obser­wo­wać kobiety na tym oka­zie, który w Krze­mie­niu miesz­kał. Jakoż msza skoń­czyła się nie­ba­wem, pan Pła­wicki wyszedł zaraz po prze­że­gna­niu, miał bowiem jesz­cze przed sobą dwa obo­wiązki: pierw­szy, pomo­dle­nia się na gro­bach obu żon, które leżały pod kościo­łem, drugi - odpro­wa­dze­nia pani Jami­szo­wej do powozu; że zaś żad­nego nie chciał opu­ścić, więc musiał się liczyć z cza­sem. Poła­niecki wyszedł z nim razem, i wkrótce zna­leźli się przed pły­tami kamien­nymi, wpra­wio­nymi tuż obok sie­bie w ścianę kościelną. Pan Pła­wicki klęk­nął i modlił się przez chwilę w sku­pie­niu, potem, wstaw­szy, obtarł łzy, które naprawdę zawi­sły mu na rzę­sach, a wresz­cie, wziąw­szy Poła­nieckiego pod ramię, rzekł:

- Tak! stra­ci­łem obie - i żyć muszę.

Tym­cza­sem przed kościel­nymi drzwiami uka­zała się pani Jami­szowa w towa­rzy­stwie męża, tych dwóch sąsia­dów, któ­rzy ją obma­wiali przede mszą i mło­dego pana Gątow­skiego. Na jej widok pan Pła­wicki pochy­lił się do ucha Poła­niec­kiego i rzekł:

- Jak będzie wsia­dała do powozu, uważ, jaką ma jesz­cze nogę.

Po chwili złą­czyli się obaj z towa­rzy­stwem; roz­po­częły się ukłony i powi­ta­nia. Pan Pła­wicki przed­sta­wił Poła­niec­kiego, potem, zwra­ca­jąc się do pani Jami­szo­wej, dodał z uśmie­chem czło­wieka, prze­ko­na­nego, że mówi coś, na co nie byle kto by się zdo­był:

- Mój krewny, który przy­je­chał wujaszka uści­snąć i... przy­ci­snąć...

- Pozwa­lamy tylko na pierw­sze, ina­czej będzie z nami sprawa - odrze­kła dama.

- Ale Krze­mień, to twarda rzecz - mówił dalej Pła­wicki - poła­mie sobie na nim zęby, choć młody.

Pani Jami­szowa przy­mknęła oczy.

- Ta łatwość - rze­kła - z jaką pan tymi iskrami sypie... c'est inoui! Jak dziś zdro­wie pana?

- W tej chwili czuję się zdrów i młody.

- A Mary­nia?

- Była na ran­nej mszy. Cze­kamy pań­stwa o pią­tej. Moja mała gospo­sia łamie sobie tam główkę nad pod­wie­czor­kiem. Śliczny dzień...

- Więc przy­je­dziemy, jeśli moja new­ral­gia mi pozwoli... i jeśli pan mąż pozwoli.

- Sąsie­dzie? jakże? - spy­tał pan Pła­wicki.

- Zawsze chęt­nie, ow­szem! - odpo­wie­dział zgnę­bio­nym gło­sem sąsiad.

- Zatem, au revoir!

- Au revoir! odpo­wie­działa pani.

I, zwró­ciw­szy się do Poła­niec­kiego, wycią­gnęła do niego rękę:

- Miło mi było poznać pana.

Pan Pła­wicki podał jej ramię i odpro­wa­dził do powo­ziku. Dwaj sąsie­dzi odje­chali rów­nież, Poła­niecki został przez chwilę sam z panem Gątow­skim, który przy­pa­try­wał mu się dość nie­chęt­nie. Poła­niecki pamię­tał go nie­zgrab­nym chło­pa­kiem, teraz zaś z "niedź­wiadka" wyrósł męż­czy­zna duży i może przy­ciężki w ruchach, ale raczej przy­stojny, z bar­dzo pięk­nym, jasnym wąsem. Poła­niecki nie zaczy­nał z nim roz­mowy, cze­ka­jąc, aż tam­ten pierw­szy się ode­zwie, lecz ów, zasa­dziw­szy ręce w kie­sze­nie, mil­czał upar­cie.

- Dawne maniery mu zostały - pomy­ślał Poła­niecki.

I z kolei uczuł także nie­chęć do tego mruka.

Tym­cza­sem pan Pła­wicki, wró­ciw­szy od powozu Jami­szów, spy­tał naprzód Poła­niec­kiego: "Uwa­ża­łeś"? - a potem rzekł:

- No, Gąto­siu, poje­dziesz swoją bryczką, bo w koczu tylko dwa miej­sca.

- Pojadę bryką, bo wiozę psa dla panny Maryi - odpo­wie­dział młody czło­wiek.

I, skło­niw­szy się, odszedł. Po chwili Pła­wicki i Poła­niecki zna­leźli się na dro­dze do Krze­mie­nia.

- Ten Gątow­ski, to też podobno jakiś powi­no­waty wuja? - spy­tał Poła­niecki.

- Dzie­wiąta woda po kisielu. Oni bar­dzo pod­upa­dli. Ten, Adolf, ma jeden fol­war­czek i pustki w kie­szeni.

- Ale w sercu pew­nie nie pustki?

Pan Pła­wicki wydął usta:

- Tym gorzej dla niego, jeśli mu się coś marzy. Może on i dobry czło­wiek, ale sym­plak. Ani to wycho­wa­nia, ani wykształ­ce­nia, ani majątku. Mary­nia lubi go - raczej: znosi.

- A, znosi?

- Widzisz, jest tak: ja poświę­cam się dla niej i sie­dzę na wsi, ona poświęca się dla mnie i sie­dzi na wsi. Tu są pustki; pani Jami­szowa jest znacz­nie od niej star­sza, mło­dzieży w ogóle nie ma, życie nudne, ale co robić? Pamię­taj, mój chłop­cze, że życie to sze­reg poświę­ceń. Trzeba tę zasadę nosić w sercu i w gło­wie. Zwłasz­cza ci, co należą do uczci­wych i tro­chę wid­niej­szych rodzin, nie powinni o niej zapo­mi­nać. A Gątow­ski bywa zawsze u nas w nie­dzielę na obie­dzie - i dziś, jak sły­sza­łeś, wie­zie psa.

Umil­kli i jechali wol­niej po pia­sku. Sroki prze­la­ty­wały teraz przed nimi z brzozy na brzozę w stronę Krze­mie­nia. Za powo­zi­kiem jechał na bryczce pan Gątow­ski, który, roz­my­śla­jąc o Poła­niec­kim, mówił sobie:

- Jeśli przy­je­chał ich gnę­bić, jako wie­rzy­ciel, nad­kręcę mu karku, jeśli jako kon­ku­rent - nad­kręcę mu też.

Z dzie­cin­nych lat miał on nie­przy­ja­zne dla Poła­niec­kiego uczu­cia. Nie­gdyś spo­ty­kali się oni cza­sem i wów­czas Poła­niecki go wyśmie­wał, albo, jako star­szy o parę lat, nawet bijał.

Wresz­cie przy­je­chali i w pół godziny póź­niej zna­leźli się wszy­scy wraz z panną Mary­nią w jadal­nym pokoju przy stole. Młody psiak, przy­wie­ziony przez Gątow­skiego, korzy­sta­jąc z przy­wi­leju gościa, krę­cił się pod sto­łem, a cza­sem wspi­nał się na kolana obec­nych z wiel­kim zaufa­niem i rado­ścią, obja­wianą za pomocą kiwa­nia ogo­nem.

- To jest Gor­don, seter - mówił Gątow­ski - on jest jesz­cze głupi, ale to mądre psy i przy­wią­zują się okrut­nie.

- Śliczny jest i bar­dzo panu wdzięczna - odpo­wie­działa panna Pła­wicka, patrząc na lśniąco-czarną sierść i żółte piętna nad oczyma psa.

- Zanadto przy­jemny - dodał pan Pła­wicki, pokry­wa­jąc kolana ser­wetą.

- Do pola też takie lep­sze od zwy­czaj­nych cete­rów.

- Pani i poluje? - spy­tał Poła­niecki.

- Nie, ni­gdy nie mia­łam do tego ochoty. A pan?

- A ja cza­sem. Zresztą żyję w mie­ście.

- Dużo bywasz? - spy­tał pan Pła­wicki.

- Pra­wie ni­gdzie. U pani Emi­lii, u mojego wspól­nika Bigiela, u Waskow­skiego, który był nie­gdyś moim pro­fe­so­rem, a który teraz jest dzi­wa­kiem - i oto wszystko. Oczy­wi­ście cza­sem cho­dzę do ludzi, gdy mam do nich inte­resy.

- To źle, mój chłop­cze. Młody czło­wiek powi­nien mieć i utrzy­my­wać dobre sto­sunki towa­rzy­skie, zwłasz­cza, gdy ma do nich prawo. Kto się potrze­buje piąć, to co innego, ale ty, jako Poła­niecki, możesz wszę­dzie bywać. Ja ci to powia­dam. Z Mary­nią wiecz­nie mam te same histo­rię. Dwa lata temu, gdy skoń­czyła osiem­na­ście lat, zawio­złem ją w zimie do War­szawy. Rozu­miesz, że tego się darmo nie robi i że to wyma­gało pew­nych ofiar z mojej strony. No i cóż? Sie­działa po całych dniach u pani Emi­lii i czy­ta­wały książki. Dzi­kus mi się uro­dził i dzi­kus pozo­sta­nie: może­cie sobie podać ręce.

- Podajmy sobie ręce! - zawo­łał wesoło Poła­niecki.

A ona odrze­kła, śmie­jąc się:

- Kiedy, sumien­nie, nie mogę, bo to nie­zu­peł­nie tak było: czy­ty­wa­łam książki z Emilką, prawda, ale bywa­li­śmy z papą dużo i wytań­czy­łam się na całe życie.

- Niech się pani nie zarzeka.

- Nie! ja się nie zarze­kam, tylko nie tęsk­nię.

- To widocz­nie nie wywio­zła pani wspo­mnień.

- Widocz­nie. Została mi tylko pamięć, ale to jest co innego.

- Tego ja, pani, nie rozu­miem.

- Bo pamięć, to jest skład, w któ­rym leży prze­szłość, a wspo­mnie­nie ma miej­sce wów­czas, gdy się do tego składu wcho­dzi, żeby coś wydo­być.

Tu panna Mary­nia prze­stra­szyła się nieco wła­sną odwagą, z jaką zapu­ściła się w filo­zo­ficzny wywód nad róż­nicą pamięci i wspo­mnień, skut­kiem czego zaczer­wie­niła się dość mocno; Poła­niecki zaś pomy­ślał:

- I nie­głu­pia, i śliczna.

Gło­śno zaś rzekł:

- Mnie to do głowy nie przy­szło, a to takie łatwe.

I objął ją oczyma, peł­nymi sym­pa­tii. Była rze­czy­wi­ście bar­dzo ładna, bo uśmiech­nięta, nieco zmie­szana pochwałą, a zara­zem i ura­do­wana nią szcze­rze. Zaru­mie­niła się jesz­cze wię­cej, gdy śmiały młody czło­wiek rzekł:

- Jutro, przed wyjaz­dem, popro­szę o miej­sce... choć w skła­dzie.

Ale on mówił to tak wesoło, że nie można się było na niego gnie­wać, i że panna Mary­nia odpo­wie­działa mu nie bez pew­nej kokie­te­rii:

- Dobrze, ale i ja wza­jem­nie...

- W takim razie musiał­bym scho­dzić do składu tak czę­sto, że wolę od razu w nim zamiesz­kać.

To wydało się pan­nie Pła­wic­kiej nieco za śmiałe na tak krótką zna­jo­mość, ale tym­cza­sem pan Pła­wicki ozwał się:

- Podoba mi się Poła­niecki. Wolę go od Gąto­sia, który sie­dzi, jak mruk.

- Bo ja umiem mówić tylko o tym, co się da wziąć w rękę - odpo­wie­dział z pew­nym smut­kiem młody czło­wiek.

- To weź w rękę wide­lec - i jedz.

Poła­niecki uśmiech­nął się, panna Mary­nia nie, gdyż żal jej się zro­biło Gątow­skiego, skut­kiem czego skie­ro­wała roz­mowę na rze­czy, które dadzą się wziąć w rękę.

- Albo kokietka, albo ma dobre serce - pomy­ślał znów Poła­niecki.

Lecz pan Pła­wicki, który widocz­nie przy­po­mniał sobie ostatni pobyt zimowy w War­sza­wie, spy­tał:

- Powiedz mi Sta­chu, ty znasz Bukac­kiego?

- Jakże. To prze­cie mój bliż­szy krewny, niż wuja.

- My z całym świa­tem jeste­śmy krewni - lite­ral­nie z całym świa­tem. Bukacki, to był naj­gor­liw­szy tan­cerz Maryni. Obtań­co­wy­wał ją na wszyst­kich wie­czo­rach.

Poła­niecki zaczął się znowu śmiać.

- I za całą nagrodę poszedł do składu, w kurz. No, ale tego przy­naj­mniej odku­rzać nie trzeba, bo taki koło sie­bie sta­ranny, jak np. wuja­szek. To naj­więk­szy ele­gant w War­sza­wie. Co on pora­bia? Admi­ni­struje świe­żym powie­trzem, to się zna­czy, że jak pogoda, wycho­dzi lub wyjeż­dża na spa­cer. Przy tym jest ory­gi­nał, który ma jakieś szcze­gólne zako­mórki w gło­wie. Ten czło­wiek pod­pa­truje takie roz­ma­ite rze­czy, któ­rymi nikt inny by się nie zaj­mo­wał. Kie­dyś, po jego powro­cie z Wene­cji, spo­ty­kam go i pytam, co tam widział, a on mi odpo­wiada: "Widzia­łem na Riva degli Schia­voni, jak raz pły­nęło pół sko­rupki od jajka i pół cytryny: sty­kały się, potrą­cały, odda­lały, zbli­żały, wresz­cie - paf! pół cytryny wpa­dło w pół jajka i popły­nęły razem. Patrz, co to zna­czy har­mo­nia!" Oto, czym zaj­muje się Bukacki, choć dużo umie i np. na sztuce zna się dobrze.

- A mówią o nim, że bar­dzo zdolny?

- Może, ale do niczego. Zjada chleb - i na tym koniec. Żeby przy­naj­mniej był przy tym wesoły, ale on jest w grun­cie rze­czy melan­cho­lik. Zapo­mnia­łem powie­dzieć: i kocha się w pani Emi­lii.

- Emilka dużo przyj­muje? - spy­tała panna Mary­nia.

- Nie. Bywam ja, Waskow­ski, bywa Bukacki, no i jesz­cze Maszko, adwo­kat, ten, co to kupuje i sprze­daje majątki ziem­skie.

- Ona pew­nie i nie bar­dzo może przyj­mo­wać, bo dużo czasu musi poświę­cać Litce.

- Bie­dac­two dro­gie - rzekł Poła­niecki - Pan Bóg by dał, żeby jej przy­naj­mniej pomógł ten Reichen­hall!

I wesoła twarz jego pokryła się w jed­nej chwili praw­dzi­wym smut­kiem. Teraz panna Mary­nia spoj­rzała na niego oczyma, peł­nymi sym­pa­tii - i z kolei pomy­ślała po raz drugi:

- On jed­nak musi być naprawdę dobry.

A pan Pła­wicki zaczął mówić, jakby sam do sie­bie:

- Maszko, Maszko... Ten także krę­cił się koło Maryni. Ale ona go nie lubiła. Co do mająt­ków, ceny teraz takie, że pożal się Boże.

- Wła­śnie Maszko twier­dzi, że w tych warun­kach dobrze jest kupo­wać.

Tym­cza­sem obiad się skoń­czył i prze­szli do salonu na kawę, pod­czas któ­rej pan Pła­wicki dwo­ro­wał sobie z pana Gątow­skiego, co zwykł był czy­nić w chwi­lach dobrego humoru i co młody czło­wiek zno­sił cier­pli­wie ze względu na pannę Mary­nię, ale z miną, która zda­wała się mówić: "Ej, żeby nie ona, wytrząsł­bym z cie­bie wszyst­kie kości!" Po kawie panna Mary­nia sia­dła do for­te­pianu, pod­czas gdy ojciec kładł pasjansa. Grała nie­szcze­gól­nie, ale jej jasne i spo­kojne czoło ład­nie ryso­wało się nad pul­pi­tem. Koło pią­tej pan Pła­wicki spoj­rzał na zega­rek i rzekł:

- Jami­szo­wie nie przy­jeż­dżają.

- Przy­jadą jesz­cze - odpo­wie­działa Mary­nia.

Ale on od tej pory cią­gle spo­glą­dał na zega­rek i co chwila ogła­szał nowinę, że Jami­szo­wie nie przy­jeż­dżają. Na koniec koło szó­stej rzekł gro­bo­wym gło­sem:

- Musiało się zda­rzyć nie­szczę­ście.

Poła­niecki stał w tej chwili koło panny Maryni, która rze­kła przy­ci­szo­nym gło­sem:

- Oto i bieda! Tam się pew­nie nic nie stało, ale papa będzie do wie­czora w złym humo­rze.

Poła­niecki chciał w pierw­szej chwili odpo­wie­dzieć, że za to naza­jutrz, jak się wyśpi, to będzie w dobrym, ale widząc istotną tro­skę na twa­rzy panny, odrzekł:

- To, ile pamię­tam, nie­da­leko: niech pani pośle kogo dowie­dzieć się, co się stało.

- Możeby posłać kogo, papo?

Lecz on odpo­wie­dział z gory­czą:

- Zby­tek łaski. Pojadę sam.

I, zadzwo­niw­szy na słu­żą­cego, wydał pole­ce­nie, by zaprzę­gano. Po czym zasta­no­wił się przez chwilę i rzekł:

- Enfin, na wsi zawsze może się tra­fić, że ktoś przy­je­dzie i zasta­nie moją córkę samą. To nie mia­sto. Przy tym jeste­ście krewni. Ty, Gątow­ski, możesz mi być potrzebny, więc bądź łaskaw poje­chać ze mną.

Wyraz naj­wyż­szej nie­chęci i nie­za­do­wo­le­nia odbił się na twa­rzy mło­dego czło­wieka. Prze­cią­gnął ręką po swej pło­wej czu­pry­nie i rzekł:

- Nad sta­wem jest wycią­gnięte czółno, któ­rego ogrod­nik nie może zepchnąć; obie­ca­łem pan­nie Maryi, że je zepchnę, tylko ostat­niej nie­dzieli nie puściła mnie, bo lało, jak z cebra.

- To skocz i spró­buj, do stawu trzy­dzie­ści kro­ków, za parę minut wró­cisz.

Gątow­ski, rad nie rad, wyszedł do ogrodu, pan Pła­wicki zaś, nie zwra­ca­jąc uwagi na Poła­niec­kiego i córkę, powta­rzał, cho­dząc po pokoju:

- New­ral­gia w gło­wie, zało­żył­bym się, że new­ral­gia w gło­wie; Gątow­ski, w razie potrzeby, może sko­czyć po dok­tora. Ten safan­duła, ten radca bez rady, pewno by nie posłał.

I, potrze­bu­jąc widocz­nie wywrzeć na kimś swój zły humor, dodał, zwra­ca­jąc się do Poła­niec­kiego:

- Nie uwie­rzysz, co to za cym­bał!

- Kto taki?

- Jamisz.

- Ale, papo... - zaczęła panna Mary­nia.

Lecz pan Pła­wicki nie dał jej skoń­czyć i rzekł ze wzra­sta­ją­cym złym humo­rem:

- Wiem! Nie podoba ci się to, że ona oka­zuje mi tro­chę przy­jaźni i tro­skli­wo­ści. Czy­taj sobie arty­kuły rol­ni­cze pana Jami­sza, uwiel­biaj go, sta­wiaj mu posągi, ale pozwól mi mieć moje sym­pa­tie.

Tu Poła­niecki mógł podzi­wiać istotną sło­dycz panny Maryni, gdyż, zamiast się znie­cier­pli­wić, pod­bie­gła do ojca i, pod­su­wa­jąc czoło pod jego uczer­nione wąsiki, rze­kła:

- Zaraz zaprzę­gną, zaraz! Może trzeba, żebym i ja poje­chała, a tym­cza­sem niech się brzydki tatuś nie gniewa, bo sobie zaszko­dzi.

Pan Pła­wicki, który rze­czy­wi­ście był do niej mocno przy­wią­zany, poca­ło­wał ją w czoło i rzekł:

- Wiem, że w grun­cie rze­czy masz dobre serce, ale co tam znów Gątow­ski robi?

I przez otwarte drzwi ogro­dowe począł wołać na mło­dego czło­wieka, który też powró­cił nie­ba­wem zmę­czony i rzekł:

- W środku stoi woda i za daleko wycią­gnięte; pró­bo­wa­łem i nie mogę.

- To bierz czapkę i ruszajmy, bo sły­szę, że zaje­chali.

W chwilę potem mło­dzi ludzie zostali sami.

- Papa przy­wykł do tro­chę wykwint­niej­szego towa­rzy­stwa, niż jest na wsi - rze­kła panna Mary­nia - więc dla­tego lubi panią Jami­szową, ale i pan Jamisz jest bar­dzo zacny i rozumny czło­wiek.

- Widzia­łem go w kościele. Wydał mi się, jakby przy­bity.

- Bo naprawdę, to on jest chory, a przy tym bar­dzo zapra­co­wany.

- Tak, jak pani.

- Nie. Pan Jamisz dosko­nale pro­wa­dzi gospo­dar­stwo, a przy tym dużo pisuje o rze­czach rol­ni­czych. Naprawdę jest to lumen naszej oko­licy. I taki zacny czło­wiek! Ona rów­nież dobra kobieta, tylko dla mnie nieco prze­sadna.

- Ex-pięk­ność!

- Tak. Przy­czy­nia się też do jej prze­sady i to cią­głe życie na wsi, przez które się tro­chę rdze­wieje. Myślę, że w mie­ście wszyst­kie dzi­wac­twa ludz­kie i śmiesz­no­ści ście­rają się wza­jem­nie, a na wsi łatwiej ludzie zmie­niają się w ory­gi­na­łów. Z wolna odwyka się od towa­rzy­stwa, zacho­wuje się jakiś prze­sta­rzały spo­sób w obej­ściu z ludźmi i docho­dzi się do prze­sady. My wszy­scy musimy się ludziom z wiel­kich miast wyda­wać zardze­wiali i tro­chę śmieszni.

- Nie wszy­scy. By­naj­mniej! - odpo­wie­dział Poła­niecki. - Pani na przy­kład - by­naj­mniej!

- Więc to przyj­dzie z cza­sem - odpo­wie­działa z uśmie­chem.

- Czas może także przy­nieść zmiany.

- U nas tak mało się zmie­nia - i naj­czę­ściej na gor­sze.

- Ale w życiu panien w ogóle zmiany są prze­wi­dy­wane.

- Chcia­ła­bym naprzód, byśmy z papą mogli przyjść do ładu z Krze­mie­niem.

- Więc ojciec i Krze­mień, to dwa główne, jedyne cele w życiu pani?

- Tak. Ale mało mogę pomóc, bo się mało znam na czem­kol­wiek.

- Papa, Krze­mień - i nic wię­cej! - powtó­rzył Poła­niecki.

Nastała chwila prze­rwy w roz­mo­wie, po któ­rej panna Mary­nia spy­tała Poła­niec­kiego, czy nie zechce pójść do ogrodu. Poszli i wkrótce zna­leźli się nad brze­giem stawu. Poła­niecki, który za gra­nicą nale­żał do róż­nych sto­wa­rzy­szeń spor­to­wych, zepchnął na wodę czółno, któ­remu Gątow­ski nie mógł pora­dzić, ale poka­zało się, że jest dziu­rawe i że nie można niem pły­wać.

- Oto przy­kład, co jest moje gospo­dar­stwo! - rze­kła, śmie­jąc się, panna Mary­nia. - We wszyst­kim i wszę­dzie woda prze­cieka. I nie wiem, jak się uspra­wie­dli­wić, bo ogród i staw należą wyłącz­nie do mnie. Ale przed spu­stem każę czółno napra­wić.

- Bodaj, że to jesz­cze to samo, w któ­rym zaka­zy­wano mi jeź­dzić, gdy byłem małym chłop­cem.

- Bar­dzo być może. Czy pan uwa­żał, że rze­czy daleko się mniej zmie­niają i dłu­żej trwają, niż ludzie. Cza­sem smutno o tym myśleć.

- Miejmy nadzieję, że będziemy trwali dłu­żej, niż to czółno zmur­szałe i nasiąk­nięte, jak gąbka, wodą. Jeżeli to samo, co za moich dzie­cin­nych lat, to nie mam do niego szczę­ścia. Daw­niej nie pozwa­lano mi na niem jeź­dzić, a teraz ska­le­czy­łem sobie rękę o jakiś spróch­niały gwóźdź.

To rze­kł­szy, wydo­był z kie­szeni chustkę i począł lewą ręką owi­jać palec pra­wej. Ale szło mu tak nie­zgrab­nie, że panna Mary­nia, widząc to, rze­kła:

- Nie da pan sobie rady, trzeba pomóc.

I poczęła obwią­zy­wać mu dłoń, którą on krę­cił nie­znacz­nie, by jej utrud­nić zada­nie, bo miło mu było czuć jej deli­katne palce przy swo­ich. Ona spo­strze­gła, że jej prze­szka­dza i spoj­rzała na niego, ale w chwili, gdy ich oczy się spo­tkały, pojęła powód i, zaru­mie­niona, schy­liła się, chcąc niby wią­zać uważ­niej. Poła­niecki uczuł ją bli­sko, uczuł cie­pło, bijące od niej, więc i jemu serce zabiło żywiej.

- Mam bar­dzo miłe wspo­mnie­nia - rzekł - z daw­nych moich tutej­szych waka­cji, ale teraz wywiozę jesz­cze mil­sze. Pani jest bar­dzo dobra, a przy tym zupeł­nie, jak jaki kwiat, w tym Krze­mie­niu. Pod sło­wem, nie prze­sa­dzam.

Panna Mary­nia zro­zu­miała, że młody czło­wiek mówi to szcze­rze, może nieco za śmiało, ale raczej przez wro­dzoną żywość, niż dla­tego, że został z nią sam na sam; więc nie obra­ziła się, tylko zaczęła niby gde­rać żar­to­bli­wie swoim miłym, przy­ci­szo­nym gło­sem:

- Pro­szę mi nie mówić grzecz­no­ści, bo naprzód źle obwiążę rękę, a powtóre ucieknę.

- To niech pani źle obwiąże rękę, ale zosta­nie. Taki śliczny wie­czór.

Mary­nia skoń­czyła robotę z chustką i poszli dalej. Wie­czór rze­czy­wi­ście zapo­wia­dał się śliczny. Słońce zni­żało się, staw, nie marsz­czony powie­wem wia­tru, lśnił ogniem i zło­tem. W dali, za wodą, maja­czały spo­koj­nie olszyny; bliż­sze drzewa ryso­wały się w zaru­mie­nio­nym już powie­trzu bar­dzo czy­sto. Na podwó­rzu, za domem, kle­ko­tały bociany.

- Miły Krze­mień, bar­dzo miły! - powta­rzał Poła­niecki.

- Bar­dzo - odpo­wie­działa Mary­nia.

- To też ja rozu­miem pani przy­wią­za­nie do tego miej­sca. Przy tym, jak się w coś wkłada pracę, to to jesz­cze bar­dziej przy­wią­zuje. Rozu­miem też, że na wsi można mieć dobre chwile... Ot, jak teraz. Prze­cie tu jest tak dobrze. W mie­ście ogar­nia cza­sem zmę­cze­nie, zwłasz­cza tych, któ­rzy, jak ja, sie­dzą po uszy w rachun­kach, a przy tym są samotni. Bigiel, mój wspól­nik, ma żonę i dzieci - to dobrze! Ale ja co? Ja nie­raz mówię sobie: Ot, pra­cuję i co mi z tego? Dajmy na to, że będę miał tro­chę pie­nię­dzy - i co dalej? - nic. Jutro zawsze takie same, jak dziś, robota i robota! Widzi pani, jak się czło­wiek wcią­gnie w coś, jak idzie tym pędem, np. robie­nia pie­nię­dzy, to mu się zdaje, że to cel. Ale przy­cho­dzą chwile, w któ­rych myślę, że mój ory­gi­nał Waskow­ski ma słusz­ność, i że nikt, kto się koń­czy na ski, albo na wicz, nie potrafi wło­żyć w to całej duszy i poprze­stać na tym wyłącz­nie. On powiada, że w nas jesz­cze za świeża pamięć poprzed­niego ist­nie­nia, i że w ogóle Sło­wia­nie mają inną misję. To jest wielki ory­gi­nał i filo­zof i mistyk. Ja się z nim sprze­czam i robię pie­nią­dze, jak mogę, ale teraz na przy­kład, jak tak cho­dzę z panią po tym ogro­dzie, to, doprawdy, zdaje mi się, że on ma słusz­ność.

I przez chwilę szli w mil­cze­niu. Świa­tło sta­wało się coraz bar­dziej rumiane i twa­rze mieli jakby zanu­rzone w czer­wo­nym bla­sku. Przy­ja­zne, wza­jemne uczu­cia wzra­stały w nich z każdą chwilą. Było im z sobą dobrze i spo­koj­nie.

Poła­niecki odczu­wał to widocz­nie, gdyż po nie­ja­kim cza­sie rzekł:

- Co mnie pani Chwa­stow­ska mówiła i co jest prawda, to, że do pani ma się w godzinę po pozna­niu wię­cej ufno­ści i bli­żej się jest z nią, niż z kim innym w mie­siąc. Teraz to spraw­dzi­łem. Zdaje mi się, że panią znam od dawna. Myślę, że tylko osoby nie­zwy­kle dobre robią takie wra­że­nie.

A panna Mary­nia odpo­wie­działa z pro­stotą:

- Emilka kocha mnie bar­dzo i dla­tego mnie chwali. Choćby to była prawda, co ona mówi, to jed­nak przy­pusz­czam, że nie ze wszyst­kimi taka być potra­fię.

- Wczo­raj, rze­czy­wi­ście, zro­biła pani na mnie inne wra­że­nie, ale była pani zmę­czona i senna.

- Byłam tro­chę.

- I czemu pani spać nie poszła! Słu­żący mógł mi zro­bić her­baty, a wresz­cie byłoby się i bez tego obe­szło.

- Nie, tak mało gościnni nie jeste­śmy. Papa mówił, że wypada, by które z nas pana przy­jęło. Bałam się, że zechce sam cze­kać, a jemu to szko­dzi, więc wola­łam go zastą­pić.

Poła­niecki pomy­ślał: "Pod tym wzglę­dem mogłaś być spo­kojną, ale jesteś poczciwa, że sta­rego ego­istę osła­niasz".

Następ­nie rzekł:

- Prze­pra­szam panią i za to, że zaraz zaczą­łem mówić o inte­re­sach. To kupiec­kie przy­zwy­cza­je­nie. Ale też potem sam sobie powie­dzia­łem: "Jesteś taki, owaki!" - i ze wsty­dem prze­pra­szam.

- Nie ma za co, bo nie ma winy. Panu powie­dziano, że ja się wszyst­kim zaj­muję, więc pan udał się do mnie.

Z wolna zorze roz­pa­lały się coraz moc­niej. Po nie­ja­kim cza­sie wró­cili ku domowi, o ile że wie­czór zapo­wia­dał się piękny, więc sie­dli na weran­dzie ogro­do­wej. Poła­niecki wszedł na chwilę do salonu, po czym wró­cił ze sto­łecz­kiem od nóg i, przy­klęk­nąw­szy, zaczął go pod­su­wać pod stopy panny Maryni.

- Dzię­kuję, bar­dzo dzię­kuję - odpo­wie­działa, pochy­la­jąc się i obej­mu­jąc rękoma suk­nię - jaki pan dobry! dzię­kuję bar­dzo!

A on mówił:

- Ja jestem z natury nie­uważny, ale wie pani, kto mnie nauczył tro­chę tro­skli­wo­ści? Litka. Ją trzeba nad­zwy­czaj ochra­niać i pani Chwa­stow­ska musi o tym pamię­tać.

- I ona pamięta - odrze­kła panna Mary­nia - i wszy­scy będziemy jej w tym poma­gali. Gdyby była nie wyje­chała do Reichen­hallu, była­bym ją zapro­siła do nas.

- A jabym przy­je­chał za Litką bez zapro­sze­nia.

- Więc zapra­szam pana w imie­niu papy raz na zawsze.

- Niech pani tego lekko nie mówi, bom gotów nad­użyć grzecz­no­ści. Mnie tu jest bar­dzo dobrze, więc, ile­kroć będzie mi źle w War­sza­wie, to tu ucieknę - pod opiekę pani...

Teraz Poła­niecki wie­dział już, że słowa jego prze­zna­czone są na to, by ich zbli­żyć, by nawią­zać mię­dzy nimi sym­pa­tię, i mówił je rów­nie umyśl­nie, jak szcze­rze, a mówiąc, patrzył na tę łagodną, młodą twarz, która, oświe­cona zacho­dzą­cym słoń­cem, wyda­wała się jesz­cze spo­koj­niej­sza niż zwy­kle. Panna Mary­nia pod­nio­sła też na niego swe nie­bie­skie oczy, w któ­rych było jakby pyta­nie: "Czy mówisz to wypad­kiem, czy umyśl­nie?" i odrze­kła nieco ciszej:

- Dobrze.

I oboje umil­kli, czu­jąc, że istot­nie coś zawią­zuje się mię­dzy nimi.

- Dziwi mnie, że papa nie wraca - rze­kła wresz­cie panna Mary­nia.

Rze­czy­wi­ście słońce zaszło; w czer­wo­nym zmierz­chu począł krą­żyć cichym lotem lelek, a w sta­wie ozwały się żaby.

Lecz Poła­niecki nie odpo­wie­dział na uwagę panienki i, jakby pogrą­żony we wła­snych myślach, zaczął mówić:

- Ja nie ana­li­zuję życia, bo nie mam na to czasu. Gdy mi jest dobrze, jak na przy­kład w tej chwili, to czuję, że dobrze, gdy źle, to źle - ot i wszystko. Ale przed pię­ciu lub sze­ściu laty było ina­czej. Była nas cała paczka ludzi, któ­rzy się scho­dzili na roz­prawy o zna­cze­niu życia. Było kilku uczo­nych i jeden lite­rat, dziś dość znany w Bel­gii. Zada­wa­li­śmy sobie pyta­nia: dokąd idziemy, jaki wszystko ma sens, jaką war­tość i jaki koniec? Czy­ty­wa­li­śmy pesy­mi­stów i gubi­li­śmy się w roz­ma­itych pyta­niach, bez dna, tak jak mój jeden zna­jomy, asy­stent przy kate­drze astro­no­mii, który, jak zaczął się gubić w prze­strze­niach mię­dzy­pla­ne­tar­nych, tak zgu­bił w nich mózg... I potem mu się zda­wało, że jego głowa krąży po para­boli w nie­skoń­czo­no­ści... Póź­niej wyzdro­wiał i został księ­dzem. My rów­nież nie mogli­śmy do niczego dojść, na niczym odpo­cząć... Zupeł­nie jak to ptac­two, które leci przez morza i nie ma na czym usiąść. Ale ja wresz­cie spo­strze­głem dwie rze­czy: oto naprzód, że moi Bel­go­wie biorą to wszystko mniej do serca, niż ja... my jeste­śmy naiw­niejsi... Powtóre, że mi się ochota do roboty psuje i że robię się nie­do­łęgą. Wów­czas wzią­łem się za uszy i zaczą­łem na umor far­bo­wać per­ka­liki. Potem też powie­dzia­łem sobie tak: życie jest w pra­wach natury - czy mądrych, czy głu­pich, mniej­sza z tym - ale jest. Żyć trzeba, więc trzeba z życia wydo­być, co się da. I chcę coś wydo­być. Waskow­ski powiada wpraw­dzie, że my, Sło­wia­nie, nie potra­fimy na tym poprze­stać, ale to się tak gada. Że na samych pie­nią­dzach nie potra­fimy - na to od biedy zgoda. Ale ja sobie powie­dzia­łem, że prócz pie­nię­dzy są jesz­cze dwie rze­czy: spo­kój - i wie pani co? - kobieta. Bo trzeba, żeby czło­wiek miał się z kimś wszyst­kim podzie­lić. Potem musi być śmierć - dobrze! ale gdzie się zaczyna śmierć, tam się ludzka głowa koń­czy. "That's not my busi­ness!" jak powiada Anglik. Tym­cza­sem trzeba mieć komu to oddać, co czło­wiek ma i zdo­bywa - czy to pie­nią­dze, czy zasługę, czy sławę... Jeśli są dia­menty na księ­życu, to wszystko jedno, bo nie ma nikogo, kto by uznał, że one coś warte. Tak samo i czło­wiek musi mieć kogoś, kto by go uzna­wał. A ja sobie myślę: kto mnie uzna, jeśli nie kobieta - byle była ogrom­nie dobra, ogrom­nie pewna i bar­dzo moja i bar­dzo kochana. To wszystko, czego można chcieć, bo z tego idzie spo­kój - i to jest jedyna rzecz, która ma sens. Ja to mówię nie jako poeta, ale jako czło­wiek pozy­tywny i kupiec. Mieć przy sobie drugą głowę - to jest i cel. A potem niech będzie co chce. Oto moja filo­zo­fia.

Poła­niecki twier­dził, że mówi jak kupiec, ale mówił także jak czło­wiek roz­ma­rzony, bo tak podzia­łał na niego i ten wie­czór letni, i obec­ność tej mło­dej dziew­czyny, która pod tak wie­loma wzglę­dami odpo­wia­dała tym wygło­szo­nym przed chwilą poglą­dom. Poła­nieckiemu rów­nież musiało to przyjść do głowy, gdyż, zwró­ciw­szy się wprost do niej, rzekł:

- Ja tak ot myślę, ale i z tym się zwy­kle przed ludźmi nie wyga­duję. Dziś mi się jakoś na to zebrało, bo powta­rzam, że pani Emi­lia ma słusz­ność: z panią się jest w jeden dzień bli­żej, niż z innymi w rok. Pani musi być bajecz­nie dobra! Oto, był­bym głup­stwo zro­bił, gdy­bym nie przy­je­chał do Krze­mie­nia. I będę przy­jeż­dżał tak czę­sto, jak pani pozwoli.

- Niech pan przy­jeż­dża... czę­sto.

- Dzię­kuję.

I wycią­gnął rękę, a panna Mary­nia podała mu także dłoń, jakby na znak przy­mie­rza.

Ach, jak i on się jej podo­bał, ze swoją twa­rzą szczerą, męską, ze swoją ciemną czu­pryną i pewną dziel­no­ścią w całej posta­wie, ze swymi żywymi oczyma! Przy­wiózł przy tym tyle tych tchnień, któ­rych jej w Krze­mie­niu bra­kło; jakieś nowe wid­no­kręgi, wybie­ga­jące daleko poza staw i olszyny, które zamy­kały wid­no­krąg krze­mień­ski. Zro­bili też jed­nego dnia tyle drogi, ile jej można było zro­bić.

Sie­dzieli więc znowu jakiś czas w mil­cze­niu i wędro­wali dalej, w mil­cze­niu rów­nie pospiesz­nie, jak w roz­mo­wie. Mary­nia wska­zała wresz­cie ręką na świa­tło, które się zwięk­szało za olszy­nami, i rze­kła:

- Księ­życ.

- Aha! księ­życ! - powtó­rzył Poła­niecki.

Ów zaś rze­czy­wi­ście wysu­wał się z wolna z za olszyn, czer­wony i wielki jak koło. Ale tym­cza­sem psy zaszcze­kały, powo­zik zatur­ko­tał z dru­giej strony domu, i po chwili, w salo­nie, do któ­rego poprzed­nio już wnie­siono lampy, uka­zał się pan Pła­wicki.

Mary­nia weszła do salonu, Poła­niecki za nią.

- Nic się nie stało - rzekł pan Pła­wicki. - Zaje­chała ich Chro­mecka, że zaś myśleli, że odje­dzie wkrótce, więc nie dawali znać. Jamisz tro­chę chory, ale jutro wybiera się do War­szawy. Ona obie­cała się tu poju­trze.

- Więc wszystko dobrze? - spy­tała Mary­nia.

- Dobrze. A wy coście tu pora­biali?

- Słu­cha­li­śmy żab - odpo­wie­dział Poła­niecki - i dobrze nam było.

- Pan Bóg wie­dział na co i żaby stwo­rzył, więc choć mi spać po nocy nie dają, nie narze­kam. Ale tym­cza­sem niech Mary­nia da her­baty.

Her­bata cze­kała gotowa w dru­gim pokoju. Pan Pła­wicki opo­wia­dał przy niej o swo­jej wizy­cie u Jami­szów. Mło­dzi byli mil­czący, tylko od czasu do czasu spo­glą­dali na sie­bie peł­nymi świa­tła oczyma i na dobra­noc uści­snęli się bar­dzo mocno za ręce.

Panna Mary­nia czuła pewną ocię­ża­łość, roz­bie­ra­jąc się, jakby ją ten dzień zmę­czył; ale było to dziwne jakieś i miłe zmę­cze­nie. Potem, gdy już jej główka wsparła się na poduszce, nie myślała o tym, że jutro ponie­dzia­łek, że zaczyna się nowy tydzień powsze­dniej roboty, tylko myślała o Poła­niec­kim i w uszach jej brzmiały jego wyrazy:

- Kto mnie uzna, jeśli nie kobieta, byle była ogrom­nie dobra, ogrom­nie pewna, bar­dzo moja i bar­dzo kochana.

Poła­niecki zaś mówił sobie, zapa­la­jąc w łóżku papie­rosa:

- Dobre to, śliczne, miłe - gdzie taka druga?

Rozdział III

III

Lecz naza­jutrz był szary dzień i panna Pła­wicka obu­dziła się z wyrzu­tami. Zda­wało jej się, że wczo­raj dała się unieść jakie­muś prą­dowi dalej, niż nale­żało i że wprost była z Poła­niec­kim kokietką. Przej­mo­wało ją to szcze­gól­nym nie­sma­kiem z tego głów­nie powodu, że jed­nak ów Poła­niecki przy­je­chał jako wie­rzy­ciel. Wczo­raj o tym zapo­mniała, dziś zaś mówiła sobie: "Nie­chyb­nie przyj­dzie mu do głowy, żem go chciała ująć lub uła­go­dzić" - i na tę myśl krew napły­nęła jej do policz­ków i czoła. Miała ona naturę prawą i wiele ambi­cji, która wzbu­rzała się na każde przy­pusz­cze­nie, że może być posą­dzoną o wyra­cho­wa­nie. Teraz, uwie­rzyw­szy w moż­li­wość takiego posą­dze­nia, uczuła z góry jakby urazę do Poła­nieckiego. Jedna jesz­cze przy tym myśl była nad wszelki wyraz przy­krą: oto wie­działa, że w ogóle w kasie krze­mie­niec­kiej grosz nie może gro­sza dogo­nić, że pie­nię­dzy nie ma, i że, jeżeli, wsku­tek zamie­rzo­nej par­ce­la­cji Magie­rówki, były na nie w przy­szło­ści widoki, to ojciec będzie się wykrę­cał, gdyż inne długi uważa za pil­niej­sze od długu Poła­nieckiego. Obie­cy­wała sobie wpraw­dzie, że zrobi wszystko, co będzie w jej mocy, by Poła­niecki został koniecz­nie i przed innymi spła­cony, ale wie­działa, że nie­wiele może wskó­rać. Ojciec wyrę­czał się nią chęt­nie w gospo­dar­stwie, ale w spra­wach pie­nięż­nych rzą­dził się sam i rzadko kiedy słu­chał jej zda­nia. Rola jego pod tym wzglę­dem pole­gała wpraw­dzie na wykrę­ca­niu się wszyst­kim ze wszyst­kiego, na obiet­ni­cach ni­gdy nie­do­trzy­my­wa­nych, na zwło­kach i na przed­sta­wia­niu uro­jo­nych obli­czeń i nadziei za rze­czy­wi­stość. Ponie­waż docho­dze­nia wie­rzy­tel­no­ści, opar­tych na hipo­te­kach ziem­skich, same przez się są trudne i powolne, a obrona daje się prze­dłu­żać nie­mal dowol­nie, przeto pan Pła­wicki trzy­mał się istot­nie przy Krze­mie­niu dzięki swemu sys­te­mowi. W końcu gro­ziło to wszystko rów­nie nie­ubła­ganą, jak zupełną ruiną, tym­cza­sem jed­nak stary czło­wiek uwa­żał się za "głowę od inte­re­sów" i tym niechęt­niej słu­chał zdań i rad córki, że zaraz posą­dzał ją, iż wątpi o jego "gło­wie" - to zaś obra­żało w naj­wyż­szym stop­niu jego miłość wła­sną.

Panna Mary­nia prze­szła już z powodu tej "głowy" i jej spo­so­bów przez nie­jedno upo­ko­rze­nie. Życie jej wiej­skie było tylko pozorną sie­lanką pracy i gospo­dar­skich zajęć. Nie bra­kło w niem ani przy­kro­ści, ani bólów, i jej spo­kojna twarz mogła ozna­czać nie tylko sło­dycz cha­rak­teru, ale i jego siłę, a przy tym wiel­kie wyro­bie­nie duchowe. Lecz upo­ko­rze­nie, które gro­ziło teraz, wydało się jej trud­niej­sze do znie­sie­nia od innych.

- "Niech­że on przy­naj­mniej mnie nie posą­dza!" - mówiła sobie. Ale jak mogła na to pora­dzić? Pierw­szą jej myślą było wezwać Poła­niec­kiego na roz­mowę, wprzód nimby się widział z jej ojcem, i wyznać mu cały stan rze­czy, jak się wyznaje czło­wie­kowi, do któ­rego się ma ufność. Następ­nie przy­szło jej do głowy, że taka roz­mowa byłaby nie czym innym, jak prośbą o wyro­zu­mia­łość, litość, a zatem upo­ko­rze­niem. Gdyby nie to, że panna Mary­nia, jako kobieta odczu­wa­jąca wszyst­kie drgnie­nia swego serca i innych, czuła na wpół świa­do­mie, na wpół instynk­towo, że mię­dzy nią a tym mło­dym czło­wie­kiem coś się od razu zapo­wie­działo, coś się już pra­wie zaczęło - a zwłasz­cza, że coś mogło i musiało stać się w przy­szłości nie­unik­nio­nym, byłaby się jed­nak chwy­ciła tej drogi. Lecz wobec takiego stanu rze­czy zda­wało jej się, że nie może. Pozo­sta­wało jej tylko jedno: zoba­czyć się z Poła­niec­kim, zatrzeć swoim obej­ściem się z nim wczo­raj­sze wra­że­nia, poroz­ry­wać te nici sym­pa­tii, które wza­jem mię­dzy sobą nawią­zali, i dać mu zupełną swo­bodę postę­po­wa­nia. Taki spo­sób wydał jej się naj­lep­szy, więc dowie­dziaw­szy się od słu­żą­cej, że Poła­niecki nie tylko już wstał, ale wyszedł po her­ba­cie ku gościń­cowi, posta­no­wiła go odszu­kać.

I przy­szło jej to łatwo, on bowiem wró­cił już z ran­nej prze­chadzki i, sto­jąc za boczną ścieżką ganku, poro­śnię­tego dzi­kiem winem, roz­ma­wiał z tymi samymi dwoma psami, które w dniu przy­jazdu tak się do niego łasiły. Nie spo­strzegł też jej od razu, i Mary­nia, sto­jąc na stop­niach, sły­szała, jak mówił do psów:

- To psi­ska żołd biorą za pil­no­wa­nie domu - co? osypkę jedzą - co? a na obcych nie szcze­kają, jesz­cze się łaszą. A głu­pie kun­dysy, a próż­niaki!

I kle­pał je po bia­łych gło­wach. Następ­nie, ujrzaw­szy ją przez szpary w winie, sko­czył, jak wyrzu­cony z procy, i sta­nął przed nią wesoły i roz­ja­śniony.

- Dzień dobry pani. Ja sobie tu z psami roz­ma­wiam. Jak pani spała?

- Dzię­kuję.

I chłodno wycią­gnęła ku niemu rękę, on zaś patrzył na nią oczyma, w któ­rych naj­wy­raź­niej widać było, jak wielką i głę­boką przy­jem­ność czyni mu jej widok.

I on nie mniej podo­bał się bied­nej pan­nie Maryni. Po pro­stu podo­bał jej się z całej duszy. Serce też ści­snęło się jej żalem, że na jego ser­deczne "dzień dobry" wypada jej odpo­wia­dać tak cere­mo­nial­nie i zimno.

- Może pani idzie do gospo­dar­stwa? To, jeśli pani pozwoli, pójdę razem. Dziś muszę wra­cać do mia­sta, więc dobra mi jedna wię­cej chwila w towa­rzy­stwie pani. Bóg widzi, że gdy­bym mógł, tobym został tu dłu­żej. Ale znam teraz drogę do Krze­mie­nia.

- Pro­simy zawsze, jeśli panu kie­dy­kol­wiek czas pozwoli.

Poła­niecki zauwa­żył teraz chłód bijący od jej słów, od jej twa­rzy, i zaczął patrzeć na nią ze zdzi­wie­niem. Jeśli jed­nak panna Mary­nia liczyła, że uczyni on tak, jak zwy­kle ludzie czy­nią, i dostroi się natych­miast do jej tonu, to się zawio­dła. Poła­niecki zbyt był żywym i śmia­łym, by od razu nie spy­tać o przy­czynę.

Jakoż, patrząc jej cią­gle w oczy, rzekł:

- Coś pani jest?

Mary­nia zmie­szała się:

- Pan się myli.

- Nie. I ja dobrze widzę, i pani dobrze wie, że się nie mylę. Pani jest dla mnie taka, jak była pierw­szego wie­czoru. Ale wtedy ja zawi­ni­łem, bom zaczął nie w porę mówić o pie­nią­dzach. Wczo­raj prze­pro­si­łem panią za to i było dobrze - i jak dobrze! Dziś znów jest ina­czej - niech­że mi pani powie dla­czego?

Żadna, naj­zręcz­niej­sza dyplo­ma­cja nie zdo­ła­łaby bar­dziej zbić z tropu panny Maryni. Oto jej się zda­wało, że zdoła go swym postę­po­wa­niem ozię­bić i odda­lić, on zaś, pyta­jąc tak wręcz, raczej zbli­żał się jesz­cze bar­dziej.

I mówił dalej tonem czło­wieka, któ­remu wyrzą­dzają nie­spra­wie­dli­wość:

- Niech mi pani powie szcze­rze, co to jest? niech pani powie! Ojciec pani mówił, że wczo­raj mia­łem być gościem a dziś wie­rzy­cie­lem. Ale to jest głu... to jest nic! Ja się na takich róż­ni­cach nie rozu­miem, a wie­rzy­cie­lem pani ni­gdy nie będę, chyba dłuż­ni­kiem, bom już pani dłużny i wdzięczny za tę wczo­rajszą dobroć - i Bóg widzi, jak mi cho­dzi o to, bym zawsze mógł być dłużny.

I znów patrzył w jej oczy, pil­nie bacząc, czy w nich nie zjawi się wczo­raj­szy uśmiech; lecz Mary­nia, któ­rej serce ści­skało się coraz bar­dziej, szła dalej drogą, którą obrała, raz dla­tego, że ją już obrała, a powtóre i z obawy, by przy­znaw­szy, że dziś jest inną, nie była zmu­szoną do wyja­śnia­nia przy­czyn.

- Upew­niam - odrze­kła wresz­cie z pew­nym wysi­le­niem - że albo się pan mylił wczo­raj, albo się myli dziś. Ja jestem zawsze jed­na­kowa i zawsze będzie mi miło, jeśli pan wywie­zie od nas dobre wspo­mnie­nie.

Słowa były grzeczne, ale mówiła je panienka tak nie­po­dobna do wczo­raj­szej, że na twa­rzy Poła­niec­kiego zaczęło się prze­bi­jać znie­cier­pli­wie­nie i gniew.

- Jeśli pani cho­dzi o to - rzekł - bym uda­wał, iż w to wie­rzę, to niech będzie, jak pani chce. Wyjadę jed­nak z prze­ko­na­niem, że na wsi ponie­dzia­łek bar­dzo się różni od nie­dzieli.

Mary­nię dotknęły te słowa, wyglą­dały one bowiem tak, jakby Poła­niecki rościł sobie już jakieś prawa z powodu jej wczo­raj­szego obej­ścia się z nim. Ale odpo­wie­działa raczej ze smut­kiem, niż z gnie­wem:

- Cóż ja na to pora­dzę!

I po chwili ode­szła, oświad­czyw­szy, że musi pójść powie­dzieć dzień dobry ojcu. Poła­niecki został sam; odpę­dził psy, które znów pró­bo­wały łasić się, i zaczął się zło­ścić.

- Co to jest? - pytał w duchu. - Wczo­raj dobrze, dziś źle! Zupeł­nie inna kobieta. Jakie to wszystko głu­pie, jakie marne! Wczo­raj krewny - dziś wie­rzy­ciel. Co jej do tego? Czemu mnie jak psa trak­tuje? Czym kogo ogra­bił? Wie­działa i wczo­raj, po com przy­je­chał. Dobrze! Chce­cie mnie mieć wie­rzy­cielem, nie Poła­niec­kim - dobrze! Niech­że to pio­run trza­śnie!

Mary­nia tym­cza­sem wbie­gła do pokoju ojca. Pan Pła­wicki wstał już i sie­dział przy­brany w szla­frok przed biur­kiem zapeł­nio­nym papie­rami. Na chwilę odwró­cił się, by odpo­wie­dzieć na dzień dobry córki, po czym zaraz zajął się na nowo czy­ta­niem papie­rów.

- Papo - rze­kła Mary­nia - przy­szłam pomó­wić o panu Poła­niec­kim... czy papa...

Lecz on jej prze­rwał, nie prze­sta­jąc patrzeć na papiery.

- Two­jego Poła­niec­kiego ugniotę w ręku, jak wosk.

- Wąt­pię, czy to będzie łatwo. Wresz­cie ja bym chciała, żeby on przed innymi był spła­cony, choćby z naj­więk­szą naszą stratą.

Wów­czas pan Pła­wicki odwró­cił się od biurka i zaczął na nią patrzeć. Potem spy­tał zimno:

- Pro­szę. Czy to opieka nad nim, czy nade mną?

- To jest kwe­stia naszego honoru...

- W czym, jak sądzisz, potrze­buję two­jej rady?

- Nie, papo, ale...

- Co za pate­tyczny dzień nam nastał! Co tobie jest?

- Ja tylko pro­szę papy na wszystko...

- A ja cię także pro­szę, byś to zosta­wiła mnie. Usu­nę­łaś mnie od gospo­dar­stwa - i ustą­pi­łem, bo o te parę lat, które mi do życia zostają, nie chcę się sprze­czać z rodzo­nym dziec­kiem. Ale zostawże mi choć ten kąt w domu, choć tę jedną izbę, i pozwól mi zała­twiać te sprawy, które się w niej zała­twić dają.

- Papo drogi, prze­cie ja tylko pro­szę...

- Żebym się prze­niósł na fol­wark? któ­reż czwo­raki mi wyzna­czasz?

Tu pan Pła­wicki, który mówiąc o "pate­tycz­nym" dniu, widocz­nie nie chciał tylko, by ktoś dzie­lił z nim mono­pol, powstał w swoim per­skim szla­froku, jak król Lear, i chwy­cił za poręcz fotelu, dając przez to do zro­zu­mie­nia okrut­nej córce, że ina­czej, rażony jej okru­cień­stwem, padłby jak długi na zie­mię. Lecz jej łzy cisnęły się do oczu, a gorz­kie poczu­cie wła­snej bez­sil­no­ści napły­wało do serca. Przez chwilę stała w mil­cze­niu, wal­cząc z żalem i ochotą do pła­czu, po czym rze­kła cicho:

- Prze­pra­szam papę...

I wyszła z pokoju.

W kwa­drans potem wszedł do niego, na żąda­nie pana Pła­wic­kiego, Poła­niecki, ale zły, roz­draż­niony, lubo usi­łu­jący nad sobą pano­wać.

Pan Pła­wicki, powi­taw­szy się z nim, usa­dził go przy sobie na krze­śle, z góry przy­go­to­wa­nym i, wziąw­szy go dło­nią za kolano, spy­tał:

- Sta­chu, wszak tego domu nie spa­lisz? Wszak mnie, któ­rym ci ręce otwo­rzył, jak krewny, nie zamor­du­jesz? wszak mi dziecka nie uczy­nisz sie­rotą?

- Nie - odrzekł Poła­niecki - domu nie spalę, wuja nie zarżnę i żad­nego dziecka nie uczy­nię sie­rotą. Pro­szę nawet, by wuj w ten spo­sób nie zaczy­nał mówić, bo to do niczego nie dopro­wa­dzi, a dla mnie jest nie­zno­śnym.

- Dobrze - odpo­wie­dział pan Pła­wicki, nieco jed­nak dotknięty tym, że jego styl i spo­sób wyra­ża­nia się tak małe zyskują uzna­nie; - pamię­taj tylko, że do mnie i do tego domu przy­jeż­dża­łeś jesz­cze dziec­kiem.

- Przy­jeż­dża­łem, bo przy­jeż­dżała matka, a matka po śmierci ciotki Heleny przy­jeż­dżała dla­tego, że wuj nie pła­cił pro­cen­tów. To wszystko nie ma się nic do rze­czy. Suma tkwi na hipo­tece od dwu­dzie­stu jeden lat. Z pro­cen­tami zale­głymi wynosi około dwu­dzie­stu czte­rech tysięcy rubli. Dla okrą­gło­ści niech będzie dwa­dzie­ścia równo - ale tych dwa­dzie­ścia muszę mieć, bo po to przy­je­cha­łem.

Pan Pła­wicki pochy­lił głowę z rezy­gna­cją.

- Po to przy­je­cha­łeś?... Tak. Ale czemu ty byłeś wczo­raj taki inny, Sta­chu?

Poła­niecki, który pół godziny temu zadał to samo pyta­nie pan­nie Maryni, aż pod­sko­czył na krze­śle, ale pomiar­ko­wał się jesz­cze i rzekł:

- Pro­szę o przy­stą­pie­nie do inte­resu.

- Ja się przed tym nie cofam, tylko pier­wej pozwól mi powie­dzieć parę słów i nie prze­ry­waj mi. Mówi­łeś, żem pro­cen­tów nie pła­cił. Prawda. Ale czy wiesz dla­czego? Matka twoja nie oddała mi prze­cie całego swego majątku i nie mogła tego bez pozwo­le­nia rady fami­lij­nej uczy­nić. Może gorzej dla was, że się tak nie stało, ale mniej­sza z tym. Osta­tecz­nie, wziąw­szy te kil­ka­na­ście tysięcy rubli, powie­dzia­łem sobie tak: kobieta została sama na świe­cie, z jedy­nym dziec­kiem - nie­wia­domo, jak sobie pora­dzi, nie­wia­domo, co może wypaść - niech­że te pie­nią­dze, które ma u mnie, będą jej fun­du­szem żela­znym, niech rosną, by w danym razie miała o co ręce zacze­pić. I od tej pory byłem jakby waszą kasą oszczęd­no­ści. Matka dała mi dwa­na­ście tysięcy rubli - dziś masz u mnie prze­szło dwa­dzie­ścia cztery. Oto rezul­tat. A teraz: czyż zapła­cisz mi za to nie­wdzięcz­no­ścią?

Na to Poła­niecki rzekł:

- Kochany wuju Pła­wicki: pro­szę mnie nie brać ani za głup­szego, niż jestem, ani za wariata. Powia­dam po pro­stu, że na takie plewy ja się nie zła­pię - bo za grube. Powia­dasz wuj, że mam dwa­dzie­ścia cztery tysiące rubli - więc gdzież są? Pro­szę o nie - bez gada­niny i jesz­cze takiej!

- A ja cię pro­szę o cier­pli­wość i umiar­ko­wa­nie, choćby dla­tego, żem star­szy - odrzekł z urazą i god­no­ścią pan Pła­wicki.

- Mam wspól­nika, który za mie­siąc wnosi dwa­na­ście tysięcy rubli na umó­wiony inte­res - ja muszę wnieść tyleż. Powia­dam to jasno i oświad­czam, że po dwóch latach koła­ta­nia listami - nie mogę i nie będę dłu­żej cier­pliwy.

Pan Pła­wicki wsparł rękę na biurku, czoło na dłoni - i mil­czał.

Poła­niecki patrzył na niego, cze­ka­jąc odpo­wie­dzi - patrzył z wzra­sta­jącą nie­chę­cią i w duszy zada­wał sobie pyta­nie: Czy to jest krę­ci­ciel? czy bzik? czy ego­ista, tak zaśle­piony w sobie, że dobro i zło mie­rzy tylko wła­sną wygodą? - czy wresz­cie wszystko razem?

Tym­cza­sem pan Pła­wicki trzy­mał czoło cią­gle ukryte w dłoni i mil­czał.

- Naresz­cie chciał­bym coś wie­dzieć... - zaczął Poła­niecki.

Lecz tam­ten potrzą­snął ręką, dając znać, że chce być jesz­cze sam ze swymi myślami.

I nagle pod­niósł roz­ja­śnioną twarz.

- Sta­chu - rzekł - po co my się kłó­cimy, kiedy jest tak pro­sty spo­sób wyj­ścia.

- Jaki?

- Bierz mar­giel!

- Co?

- Spro­wadź tu swego wspól­nika, spro­wadź jakiego spe­cja­li­stę, osza­cu­jemy mój mar­giel i zro­bimy we trzech współkę. Twój... jak się tam nazywa? Bigiel? spłaci mi tyle, ile na niego wypad­nie, ty albo coś dopła­cisz, albo nie - i pój­dziemy razem, a zyski mogą być olbrzy­mie.

Poła­niecki wstał.

- Pro­szę pana - rzekł - do jed­nej rze­czy nie jestem przy­zwy­cza­jony, mia­no­wi­cie, żeby ktoś drwił ze mnie. Ja nie chcę pań­skiego mar­glu - tylko moich pie­nię­dzy, a to, co mi pan mówisz, uwa­żam po pro­stu za nie­godne, albo bez­ro­zumne wykręty.

Nastała chwila cięż­kiej ciszy. Jowi­szowy gniew zaczął się zbie­rać w brwiach i na czole pana Pła­wic­kiego. Przez chwilę pio­ru­no­wał śmiałka oczyma, po czym, przy­su­nąw­szy się szybko do koł­ków, na któ­rych wisiała broń, zdjął myśliw­ski nóż i, poda­jąc Poła­niec­kiemu, rzekł:

- A więc jest inny spo­sób: ude­rzaj!

I otwo­rzył sze­roko szla­frok, lecz Poła­niecki, nie panu­jąc już nad sobą, odtrą­cił rękę z nożem i zaczął mówić pod­nie­sio­nym gło­sem:

- To jest licha kome­dia - nic wię­cej! Z panem szkoda tra­cić słów i czasu. Wyjeż­dżam, bo mam dosyć pana i pań­skiego Krze­mie­nia, ale zapo­wia­dam, że sumę moją sprze­dam choćby za pół ceny pierw­szemu z brzega żydowi, który potrafi sobie z panem pora­dzić.

Na to prawa ręka pana Pła­wic­kiego wycią­gnęła się uro­czy­ście.

- Idź - rzekł - sprze­da­waj! wpuść żyda w gniazdo rodzinne, ale wiedz o tym, że prze­kleń­stwo moje i tych, któ­rzy tu żyli, znaj­dzie cię wszę­dzie.

Poła­niecki wypadł z pokoju biały ze zło­ści, w salo­nie zaś klął, co wla­zło, szu­ka­jąc swego kape­lu­sza. Zna­la­zł­szy go wresz­cie, chciał wyjść, oba­czyć, czy bryczka nie zaje­chała, gdy wtem weszła Mary­nia. Na jej widok pomiar­ko­wał się nieco, lecz, przy­po­mniaw­szy sobie, że wła­ści­wie to ona zaj­muje się wszyst­kim w Krze­mie­niu, rzekł:

- Żegnam panią. Sprawę z ojcem pani skoń­czy­łem. Ja przy­je­cha­łem po moją należ­ność, a on dał mi naprzód bło­go­sła­wień­stwo, potem mar­giel, a potem prze­kleń­stwo. Dobry spo­sób spła­ca­nia należ­no­ści!...

Była chwila, że Mary­nia chciała wycią­gnąć do niego rękę i powie­dzieć: "Ja rozu­miem pań­ski gniew; przed chwilą byłam także u ojca i bła­ga­łam go, żeby pana spła­cił przed wszyst­kimi. Niech pan postąpi z nami i z Krze­mie­niem, jak pan chce, ale niech pan mnie nie obwi­nia, niech pan nie myśli, że ja należę do spi­sku prze­ciw panu, i niech pan ma dla mnie choć tro­chę sza­cunku".

I już jej ręka wysu­wała się naprzód, już powyż­sze słowa zawi­sły jej na ustach, gdy Poła­niecki, pod­nie­ca­jąc się coraz bar­dziej wewnątrz i tra­cąc na nowo coraz bar­dziej rów­no­wagę, dodał:

- Oświad­czam to pani dla­tego, że gdy pierw­szego wie­czora chcia­łem był mówić z panią, pani obra­ziła się i ode­słała mnie do ojca. Dzię­kuję za sku­teczną radę, ale że ona lep­sza dla pań­stwa niż dla mnie, więc następną sam obmy­ślę.

Wów­czas usta Maryni pobla­dły, w oczach zaświe­ciły łzy obu­rze­nia, a zara­zem głę­bo­kiej urazy. Pod­nio­sła głowę i rze­kła:

- Może pan mówić jakie chce obe­lgi, bo za mną nikt się nie ujmie...

I zawró­ciła ku drzwiom, pełna w duszy upo­ko­rze­nia i nie­mal roz­pa­czy, że to są jedyne owoce, jakie zbiera za swoją pracę, w którą kła­dzie wszyst­kie siły i cały zapał swo­jej mło­dej, pra­wej duszy. Poła­niecki spo­strzegł też, że prze­brał miarę. Mając uczu­cia bar­dzo żywe, prze­szedł w jed­nej chwili do lito­ści - i chciał biec za nią, prze­pra­szać, ale już było za późno. Mary­nia wyszła.

To przy­pra­wiło go o nowy napad zło­ści. Tym razem jed­nak ogar­nął tą zło­ścią i sie­bie samego. Nie żegna­jąc się już z nikim, siadł na bryczkę, która tym­cza­sem zaje­chała, i ruszył z Krze­mie­nia. W duszy wrzał mu taki gniew, że przez czas jakiś nie mógł myśleć o niczym innym, tylko o zemście: "Sprze­dam, choćby za trze­cią część ceny, i niech was tra­dują! Daję sobie słowo uczci­wego czło­wieka, że sprze­dam. Choć­bym nie potrze­bo­wał, sprze­dał­bym - na złość!".

I w ten spo­sób zamiar zmie­nił się w zawzięte i zaprzy­się­żone posta­no­wie­nie, Poła­niecki nie był zaś z rodzaju ludzi, któ­rzy nie dotrzy­mują przy­rze­czeń, danych bądź komu­kol­wiek, bądź sobie. Cho­dziło teraz jedy­nie o to, czy znaj­dzie kupca na sumę tak trudną do wydo­by­cia, że, aby dojść do niej, trzeba było, bez prze­no­śni, roz­gryźć "Krze­mień".

Tym­cza­sem bryczka wyto­czyła się z alei na otwartą polową drogę. Poła­niecki, ochło­nąw­szy nieco, zaczął teraz myśleć o Maryni, w taki mozai­kowy spo­sób, zło­żony z poczu­cia jej uroku, z wra­żeń, jakie uczy­niła na nim jej twarz i postawa, ze wspo­mnień o nie­dziel­nej roz­mo­wie, z nie­chęci, lito­ści, urazy, zawzię­to­ści, a wresz­cie z nie­za­do­wo­le­nia z sie­bie, które potę­go­wało jesz­cze zawzię­tość wzglę­dem niej. Jedno z tych uczuć brało na prze­mian górę nad innymi i narzu­cało im swą barwę. Chwi­lami przy­po­mi­nał sobie wysoką postać Maryni, jej oczy, jej ciemne włosy, jej śliczne, lubo może za sze­ro­kie usta, wresz­cie jej wyraz - i opa­no­wy­wał go poryw sym­pa­tii ku niej. Myślał, że jest ogrom­nie dzie­wi­cza, a zara­zem, w ustach, w ramio­nach, w liniach całej postawy, ma coś kobie­cego, co pociąga ku sobie z nie­po­ha­mo­waną siłą. Przy­po­mniał sobie jej głos łagodny, jej spo­kojne wej­rze­nie i jej bar­dzo widoczną dobroć. Wów­czas, na myśl, jak był dla niej szorstki przed wyjaz­dem, na wspo­mnie­nie tonu, jakim do niej mówił, poczy­nał kląć sie­bie. "Jeśli ojciec jest stary kome­diant, krę­tacz i głu­piec - mówił sobie - i jeśli ona to wszystko czuje, to jest tym nie­szczę­śliw­sza. A więc co? więc każdy czło­wiek z kawał­kiem serca byłby to zro­zu­miał i zli­to­wał się nad nią, nie zaś napa­dał na zapra­co­wane biedne dziecko - ja to zro­bi­łem, ja!". Tu miał ochotę spo­licz­ko­wać się, bo zara­zem wyobra­żał sobie, coby to było, jakie nie­zmierne zbli­że­nie, jaka wyjąt­kowa tkli­wość byłaby powstała mię­dzy nimi, gdyby po całej kłótni z ojcem obszedł się z nią, jak był powi­nien, to jest z naj­więk­szą deli­kat­no­ścią. Byłaby mu oto podała obie ręce na poże­gna­nie, a on by je uca­ło­wał - i roz­je­cha­liby się, jak dwoje ludzi sobie bli­skich. "Niech­by wresz­cie dia­bli wzięli pie­nią­dze!" - powta­rzał w duchu - "a teraz niech wezmą i mnie!". I czuł, że poro­bił rze­czy, które się już nie dadzą napra­wić, to zaś poczu­cie odbie­rało mu resztę rów­no­wagi i popy­chało tym bar­dziej po tej dro­dze, któ­rej błęd­ność uzna­wał. I znów zaczy­nał mono­lo­go­wać mniej wię­cej w taki spo­sób: "Skoro wszystko stra­cone, niech­że się wszystko spali. Sprze­dam sumę byle żydowi - niech ich stra­duje, niech wylecą na bruk, niech stary szuka urzędu, a ona niech idzie na guwer­nantkę, albo za Gątow­skiego...". Tu nagle poczuł, że zgo­dzi się raczej na wszystko, niż na tę ostat­nią myśl. - Gątow­skiemu nad­krę­ciłby karku! Niech ją kto chce bie­rze, byle nie taki bał­wan, taki niedź­wia­dek, taki ryfa. I piękne epi­tety zaczęły się sypać na nie­szczę­śli­wego Gątow­skiego; na niego prze­szła cała złość, jakby on rze­czywiście był sprawcą wszyst­kiego, co się stało. Przy­je­chaw­szy w tak ludo­żer­czym uspo­so­bie­niu do Czer­niowa, byłby może Poła­niecki, jak drugi Ugo­lin, wpił się od razu Gątow­skiemu zębami "tam, kędy czaszka do bar­ków przy­pada", gdyby był go na sta­cji spo­strzegł. Na szczę­ście, zamiast "czaszki" Gątow­skiego, spo­strzegł tylko kilku urzęd­ni­ków, kilku chło­pów, kilku żydów i pognę­bioną a inte­li­gentną twarz radcy Jami­sza, który go poznał, a gdy pociąg nie­ba­wem nad­szedł, zapro­sił go, dzięki dobrym sto­sun­kom z zawia­dowcą, do osob­nego prze­działu.

- Zna­łem jesz­cze pań­skiego ojca - rzekł - i zna­łem go za jego świet­nych cza­sów. Wzią­łem z jego sąsiedz­twa żonę. Pamię­tam, miał wtedy Zwi­chów, Brzę­czącą, Moca­rze i Roz­wady w Lubel­skiem. Piękna for­tuna! Dzia­dek pań­ski był jed­nym z więk­szych wła­ści­cieli w tam­tych stro­nach - ale to musiało teraz przejść w inne ręce.

- Nie teraz, ale już daw­niej. Ojciec mój stra­cił za życia cały mają­tek. Był chory, miesz­kał w Nizzy, nie pil­no­wał i tak to poszło. Żeby nie suk­ce­sja, którą po jego śmierci dostała matka, byłoby ciężko.

- Ale pan za to dajesz sobie dobrze rady. Ja znam wasz dom. Mia­łem z wami przez Abdul­skiego inte­res o chmiel.

- To Abdul­ski dla pana pośred­ni­czył?

- Tak, i muszę przy­znać, żem był ze sto­sunku zupeł­nie kon­tent. Wyszli­ście ze mną przy­zwo­icie - i widzę, że porząd­nie pro­wa­dzi­cie inte­resy.

- Ina­czej nikt się nie ostoi. Mój wspól­nik, Bigiel, jest uczciwy czło­wiek, a i ja nie jestem panem Pła­wic­kim - odpo­wie­dział Poła­niecki.

- Jakże to? - spy­tał zacie­ka­wiony Jamisz.

Poła­niecki, z reszt­kami nie­wy­ga­słego jesz­cze roz­draż­nie­nia, opo­wie­dział mu całą sprawę.

- Hm! - odrzekł Jamisz - skoro pan mówisz o nim tak bez ogró­dek, to pozwólże, abym i ja tak mówił, choć to pań­ski krewny.

- On sam żaden krewny; pierw­sza jego żona była krewną i przy­ja­ciółką mojej matki - oto wszystko.

- Ja go znam od dziecka. To jest czło­wiek wię­cej popsuty, niż zły. Był jedy­na­kiem, więc naprzód roz­pie­ścili go rodzice, a potem czy­niły to samo obie żony. Obie były kobiety ciche i łagodne, dla oby­dwóch był bożysz­czem. Przez całe lata rze­czy ukła­dały się w ten spo­sób, że on był tym słoń­cem, koło któ­rego kręcą się inne pla­nety, i naresz­cie doszedł do prze­ko­na­nia, że jemu się od świata należy wszystko, a ludziom od niego nic. W takich warun­kach, gdy się zło i dobro wła­sną tylko wygodą mie­rzy, nic łatwiej­szego, jak zatra­cić zmysł moralny. Pła­wicki to jest mie­sza­nina uro­czy­sto­ści i folgi: uro­czy­sto­ści, bo sam zawsze na chwałę swoją cele­bro­wał, a folgi, bo sobie na wszystko pozwa­lał. Zmie­niło się to nie­mal w jego naturę. Potem przy­szły też trudne oko­licz­no­ści, któ­rym potrafi się oprzeć tylko czło­wiek z cha­rak­te­rem, a on go ni­gdy nie miał. Zaczął się wykrę­cać i w końcu do tego przy­wykł. Nas, panie, zie­mia uszla­chet­nia, ale też i zie­mia psuje. Mnie jeden mój zna­jomy ban­krut mówił: "To nie ja kręcę, to mój mają­tek kręci, a ja za niego gadam". - I to tro­chę tak jest. Wię­cej w naszym zawo­dzie, niż w każ­dym innym...

- Wyobraź pan sobie - odpo­wie­dział Poła­niecki - że ja, który pocho­dzę z roli, nie mam żad­nego pociągu do rol­nic­twa. Wiem, że ono będzie zawsze, bo być musi, ale w tej for­mie, jak jest dziś, nie widzę dla niego przy­szło­ści. Wy wszy­scy musi­cie zgi­nąć.

- Ja też nie patrzę różowo. Pomi­jam, że ogólny stan rol­nic­twa jest w całej Euro­pie zły, bo to rze­czy znane, ale pomyśl pan tylko: ma szlach­cic czte­rech synów, więc każdy z nich odzie­dzi­czy tylko czwartą część ojcow­skiego majątku. Tym­cza­sem cóż się dzieje? Każdy, przy­wy­kł­szy do ojcow­skiej normy życia, chce żyć jak ojciec - ot już koniec łatwy do prze­wi­dze­nia. Po dru­gie: ma szlach­cic czte­rech synów - to zdol­niejsi obie­rają roz­ma­ite zawody, - na roli, o zakład, zostaje naj­mniej zdolny. Po trze­cie: to, co całe sze­regi poko­leń zapra­co­wały, jedna lek­ko­myślna głowa znisz­czy. Po czwarte: my jeste­śmy nie­źli rol­nicy, a źli admi­ni­stra­to­ro­wie, dobra zaś admi­ni­stra­cja zna­czy wię­cej od dobrej uprawy roli: więc cóż za wnio­sek? zie­mia zosta­nie, ale my, któ­rzy ją dziś przed­sta­wiamy, pod formą więk­szej wła­sno­ści, praw­do­po­dob­nie musimy z niej wyjść. Tylko, widzisz pan, może z cza­sem wró­cimy.

- Jak to?

- Bo naprzód, to, co pan mówisz, że pana do ziemi nic nie cią­gnie, to jest złu­dze­nie. Zie­mia, panie, cią­gnie i cią­gnie z taką siłą, że każdy, przy­szedł­szy do pew­nych lat, do pew­nej zamoż­no­ści, nie może się oprzeć chęci posia­da­nia choćby kawałka ziemi. Przyj­dzie to i na pana. I to jest natu­ralne. Osta­tecz­nie, wszel­kie bogac­two może być uwa­żane za fik­cję, prócz ziemi. Wszystko wycho­dzi z niej i wszystko ist­nieje dla niej. Jak bilet ban­kowy jest kwit­kiem na monetę meta­lową, leżącą w banku pań­stwa, tak i prze­mysł, i han­del, i co pan chcesz, jest osta­tecz­nie zmie­nioną na inny kształt zie­mią... a co do was zwłasz­cza, któ­rzy­ście z niej wyszli, musi­cie do niej wró­cić.

- Ja przy­naj­mniej nie myślę.

- Co pan wiesz? Dziś robisz mają­tek, ale jak go zro­bisz? I w tym jest przy­szłość. Poła­nieccy byli rol­ni­kami - teraz jeden obrał inny zawód. Więk­szość dzieci rol­ni­ków musi także obrać inny zawód, choćby dla­tego, że ina­czej nie może. Część ich zmar­nieje, część dorobi się i wróci - a wróci nie tylko z kapi­ta­łem, ale z nową ener­gią i z tą zna­jo­mo­ścią ści­słej admi­ni­stra­cji, jaką spe­cjalne zawody wyra­biają - wróci przez ten pociąg, który zie­mia wywiera, i wresz­cie z poczu­cia obo­wiąz­ków, któ­rych panu tłu­ma­czyć nie potrze­buję.

- To, co pan mówisz, ma tę dobrą stronę, że wów­czas taki mój wuja­szek-nie-wuja­szek, Pła­wicki, będzie nale­żał do typów zagi­nio­nych.

Pan Jamisz zamy­ślił się przez chwilę, po czym rzekł:

- Nić się cią­gnie i cią­gnie, póki się nie urwie, ale w końcu musi się urwać. Oni się nie utrzy­mają, moim zda­niem, przy Krze­mie­niu, choćby roz­par­ce­lo­wali Magie­rówkę. Ot, kogo mi żal, to Maryni. To nad­zwy­czaj poczciwe dziecko. Bo pan nie wiesz, że stary chciał przed dwoma laty sprze­dać Krze­mień i wynieść się do mia­sta, i że nie stało się to w czę­ści na prośby Maryni. Czy to ze względu na pamięć matki, która tam leży, czy dla­tego, że tyle się mówi i pisze o obo­wiązku trzy­ma­nia się przy ziemi - dość, że dziew­czyna robiła co mogła, by do sprze­daży nie dopu­ścić. Wyobra­żało sobie bie­dac­two, że byle się wziąć ze wszyst­kich sił do roboty, można wszyst­kiego doka­zać. I praw­dzi­wie, że wyrze­kła się całego świata dla tego Krze­mie­nia. Dla niej to będzie cios, jak się nić wresz­cie urwie, a musi się urwać... Szkoda dziew­czyny lat.

- Pan jesteś dobry czło­wiek, panie radco! - zawo­łał Poła­niecki ze zwy­kłą sobie żywo­ścią.

Stary czło­wiek uśmiech­nął się.

- Ja lubię to dziecko, bo to wresz­cie i moja pupilka w zawo­dzie gospo­dar­skim; pew­nie, że będzie smutno, jak nam jej zbrak­nie.

Poła­niecki zaczął przy­gry­zać czas jakiś wąsy, wresz­cie rzekł:

- Niech wyj­dzie za mąż za kogo w oko­licy, to i zosta­nie.

- Wyj­dzie, wyj­dzie... Niby to pan­nie bez majątku łatwo. Kto u nas jest? Gątow­ski. Ten by ją wziął. Dobry czło­wiek i wcale nie tak ogra­ni­czony, jak mówią. Ale ona nie ma dla niego uczu­cia, a bez uczu­cia nie wyj­dzie. Jał­brzy­ków mały mają­te­czek. Sta­remu się przy tym zdaje, że Gątow­scy są czymś mniej od Pła­wic­kich - i Gątow­ski także już w to uwie­rzył. Jak to pan wie, u nas ten ucho­dzi za fami­lianta, komu się podoba za takiego uwa­żać. Bo ludzie niby się śmieją, a w końcu przy­wy­kają. Przy tym jeden pod­nosi nosa dla­tego, że się dora­bia majątku, a drugi dla­tego, że go traci - i nic innego mu nie pozo­staje. Ale mniej­sza z tym. To jedno wiem, że kto Mary­nię weź­mie, perłę weź­mie.

Poła­niecki miał w tej chwili w duszy to samo i prze­ko­na­nie i poczu­cie. Pogrą­żyw­szy się więc w mil­cze­niu, zaczął na nowo roz­my­ślać o Maryni, a raczej przy­po­mi­nać ją sobie i wyobra­żać. Nagle wydało mu się nawet, że będzie bez niej tęsk­nił; ale przy­po­mniał sobie także, że podobne rze­czy nie­raz już mu się wyda­wały, a potem czas roz­wie­wał te złu­dze­nia. Jed­nakże myślał o niej jesz­cze nawet i wów­czas, gdy zbli­żali się już do mia­sta, i wysia­da­jąc w War­sza­wie, mru­czał przez zęby:

- Jak się to głu­pio stało! jak głu­pio!...

Rozdział IV

IV

Po powro­cie do War­szawy, pierw­szy wie­czór spę­dził Poła­niecki w domu swego wspól­nika Bigiela, z któ­rym, jako z daw­nym kolegą szkol­nym, łączyła go i oso­bi­sta zaży­łość. Bigiel, z pocho­dze­nia Czech, ale z rodziny, osia­dłej w kraju od kilku poko­leń, pro­wa­dził już przed połą­cze­niem się z Poła­nieckim nie­wielki dom ban­kowo-han­dlowy i zyskał sobie opi­nię kupca, nie­zbyt wpraw­dzie przed­się­bior­czego, ale uczci­wego i nad­zwy­czaj pew­nego w sto­sun­kach. Gdy Poła­niecki jesz­cze przed osta­tecz­nym powro­tem z zagra­nicy wszedł w spółkę, dom roz­sze­rzył znacz­nie swą dzia­łal­ność i stał się poważną firmą. Wspól­nicy dopeł­niali się dosko­nale. Poła­niecki, nie­rów­nie zdol­niej­szy i bar­dziej rzutki, miał wię­cej pomy­słów i ogar­niał łatwiej całość każ­dej sprawy, nato­miast Bigiel pil­no­wał lepiej jej wyko­na­nia. Gdy cho­dziło o to, by oka­zać ener­gię, lub przy­ci­snąć kogoś do muru, tam Poła­niecki był jedyny; nato­miast gdy szło o roz­mysł, o obej­rze­nie inte­resu z dzie­się­ciu stron i o cier­pli­wość, tam zaczy­nała się rola Bigiela. Uspo­so­bie­niem byli sobie wręcz prze­ciwni i może dla­tego mieli dla się wza­jem­nie szczerą przy­jaźń. Prze­waga w sto­sunku była po stro­nie Poła­nieckiego. Bigiel wie­rzył w jego nie­po­spo­lite zdol­no­ści, a kilka pomy­słów, istot­nie bar­dzo dla domu szczę­śli­wych, jakie dał Poła­niecki od czasu wej­ścia w spółkę, utwier­dziły tę wiarę. Marze­niem oby­dwóch było dojść z cza­sem do takiego kapi­tału, by móc zało­żyć fabrykę per­ka­lów, którą kie­ro­wałby Poła­niecki, admi­ni­stro­wał Bigiel. Ale, jak­kol­wiek obaj mogli się już liczyć do ludzi nie­mal zamoż­nych, była to odle­gła przy­szłość. Mniej cier­pliwy, a bar­dzo na wszyst­kie strony spo­krew­niony Poła­niecki, pró­bo­wał wpraw­dzie zaraz po przy­jeź­dzie do kraju poru­szyć w tym celu miej­scowe, tak zwane "swoj­skie" kapi­tały. Ale spo­tkała go ogólna nie­uf­ność. Zauwa­żył przy tym rzecz dziwną. Oto jego nazwi­sko otwie­rało mu wszyst­kie drzwi, ale raczej szko­dziło, niż poma­gało mu w inte­re­sie. Zda­wać się mogło, że tym ludziom, do któ­rych się zgła­szał, nie mie­ściło się w gło­wie, jakim spo­so­bem jeden z nich, zatem czło­wiek z dobrego domu i z nazwi­skiem koń­czą­cym się na ski, może dobrze pro­wa­dzić jaki­kol­wiek inte­res. Poła­niec­kiego zło­ściło to z początku tak, że roz­tropny Bigiel musiał gasić jego wybryki za pomocą przed­sta­wień, iż podobna nie­uf­ność jest istot­nie opartą na latach smut­nych doświad­czeń. I, zna­jąc dobrze histo­rię roz­ma­itych przed­się­biorstw han­dlowo-prze­my­sło­wych, cyto­wał mu cały sze­reg nazwisk, począw­szy od pana pod­skar­biego Tyzen­hauza, a skoń­czyw­szy na roz­ma­itych ban­kach wło­ściań­skich i Tel­lu­sach, które, prócz nazwy, nie miały w sobie nic ziem­skiego, czyli, ina­czej mówiąc, pozba­wione były wszel­kich real­nych pod­staw. - "Czas jesz­cze nie przy­szedł - mówił Bigiel - ale czas przyj­dzie, a raczej już nad­cho­dzi. Do tej pory było tylko ama­tor­stwo i dyle­tan­tyzm, teraz dopiero zja­wiają się tu i owdzie ludzie fachowi".

Poła­niecki, który mimo swego tem­pe­ra­mentu, miał zmysł spo­strze­gaw­czy dość roz­wi­nięty, poczy­nił przy tym roz­ma­ite dziwne odkry­cia w tych sfe­rach, do któ­rych jego sto­sunki otwie­rały mu przy­stęp. Oto spo­ty­kało go ogólne uzna­nie za to, że coś robił. Pod­no­szono to nawet z naci­skiem, ale było w tym uzna­niu jesz­cze jakby pewne pobła­ża­nie. Każdy dawał zanadto do pozna­nia, że się na to zga­dza, że uważa to za potrzebne, nikt zaś nie zacho­wał się tak, jakby fakt, iż Poła­niecki czymś się zaj­muje, uwa­żał za rzecz zupeł­nie zwy­kłą i natu­ralną. "Oni mnie wszy­scy pro­te­gują!" - mówił Poła­niecki - i to była prawda. Doszedł też do prze­ko­na­nia, że gdyby na przy­kład chciał się­gnąć po rękę któ­rejś z panien z tak zwa­nego "towa­rzy­stwa" - to jego dom ban­kowo-han­dlowy i nazwa "afe­rzy­sty" byłyby mu mimo owego uzna­nia, raczej prze­szkodą niż pomocą. Prę­dzej by mu oddano każdą z tych dziew­czyn, gdyby, zamiast zyskow­nego przed­się­bior­stwa, miał jaki obdłu­żony mają­tek, lub gdyby, żyjąc jak wielki pan, zja­dał po pro­stu pro­centa od kapi­tału, albo nawet i sam kapi­tał.

Uczy­niw­szy całe tuziny tego rodzaju spo­strze­żeń, Poła­niecki zaczął zanie­dby­wać sto­sunki, a w końcu zanie­chał ich zupeł­nie, poprze­sta­jąc na domu Bigie­lów, pani Emi­lii Chwa­stow­skiej i tych zna­jo­mo­ściach męskich, jakie były konieczne przy jego życiu kawa­ler­skim. Jadał u François z Bukac­kim, ze sta­rym Waskow­skim i z adwo­ka­tem Maszko, z któ­rymi usta­wicz­nie roz­pra­wiał i spie­rał się o roz­ma­ite kwe­stie; bywał czę­sto w teatrze i na wszel­kiego rodzaju zaba­wach publicz­nych, zresztą pro­wa­dził życie dość odosob­nione, i dla­tego, mimo wiel­kiej i wyro­zu­mo­wa­nej ochoty, jak rów­nież mimo dosta­tecz­nego majątku, dotych­czas się nie oże­nił.

Zaje­chaw­szy, po powro­cie z Krze­mie­nia, nie­mal wprost do Bigie­lów, wylał naprzód całą żółć na "wujaszka" Pła­wic­kiego, sądząc, że w gospo­da­rzu znaj­dzie powol­nego i współ­czu­ją­cego słu­cha­cza; ale Bigiel mało się wzru­szył opo­wia­da­niem i rzekł:

- Ja takie typy znam. Zresztą, prawdę powie­dziaw­szy, skąd Pła­wicki weź­mie pie­nię­dzy, skoro ich nie ma? Z dłu­gami hipo­tecz­nymi trzeba mieć świętą cier­pli­wość. Mają­tek ziem­ski łatwo łyka pie­nią­dze, ale oddaje je z naj­więk­szym wysi­le­niem.

- Słu­chaj, Bigiel - odrzekł Poła­niecki - od czasu, jak tyjesz i sypiasz po obie­dzie, z tobą trzeba mieć także świętą cier­pli­wość.

- Bo tak szcze­rze - mówił nie­wzru­szony Bigiel - czy ty koniecz­nie potrze­bu­jesz tych pie­nię­dzy? Czy nie masz do roz­po­rzą­dze­nia sumy, jaką każdy z nas obo­wią­zany jest wnieść.

- Cie­ka­wym, co tobie, albo Pła­wic­kiemu do tego? Mam u niego, muszę ode­brać i skoń­czyło się.

Wej­ście pani Bigie­lo­wej z całym stad­kiem dzieci poło­żyło tamę kłótni. Była to młoda jesz­cze kobieta, ciemno-włosa, nie­bie­sko-oka, bar­dzo dobra i bar­dzo zajęta dziećmi, któ­rych było sze­ścioro i które Poła­niecki nad­zwy­czaj lubił. Była też za to szczerą jego przy­ja­ciółką, jak rów­nież pani Emi­lii Chwa­stow­skiej. Obie te panie, zna­jąc i kocha­jąc Mary­nię Pła­wicką, posta­no­wiły oże­nić z nią Poła­nieckiego, obie nama­wiały go bar­dzo sil­nie, by oso­bi­ście jechał po pie­nią­dze do Krze­mie­nia; teraz więc pani Bigie­lowa pło­nęła cie­ka­wo­ścią, jakie te odwie­dziny uczy­niły na nim wra­że­nie.

Ale z powodu dzieci nie można się było doga­dać. Naj­młod­szy z tych, które już cho­dziły na wła­snych nogach, Jaś, objąw­szy rękoma łydkę Poła­niec­kiego, począł za nią cią­gnąć, woła­jąc: "Pan, pan!" - co w jego języku brzmiało: "Pam! pam!" - dwie dziew­czynki, Ewka i Joasia, wgra­mo­liły się bez cere­mo­nii na kolana mło­dego czło­wieka, a Edzio i Józio wyto­czyli przed nim sprawę. Dzieci czy­tały Zdo­by­cie Mek­syku i bawiły się w "zdo­by­cie Mek­syku", więc Edzio, pod­nió­sł­szy brwi i prze­krę­ciw­szy dło­nie do góry, mówił z zapa­łem:

- Dobrze! ja będę Kor­te­zem, a Józio ryce­rzem na koniu, ale jak Ewka, ani Joasia nie chcą być Mon­te­zumą, to jakże? Prze­cież tak nie można się bawić, prawda? Ktoś musi być Mon­te­zumą, bo ina­czej któż będzie Mek­sy­ka­nami dowo­dził?

- A gdzie są Mek­sy­ka­nie? - spy­tał Poła­niecki.

- No - rzekł Józio - Mek­sy­ka­nami są prze­cie krze­sła i Hisz­pa­nami także.

- To cze­kaj­cież, ja będę Mon­te­zumą - a teraz zdo­by­waj­cież Mek­syk!

Tu wsz­czął się rwe­tes nie­opi­sany. Żywość Poła­niec­kiego pozwa­lała mu zmie­niać się chwi­lami w dziecko. Sta­wił on tak zacięty opór Kor­te­zowi, że Kor­tez począł mu odma­wiać prawa do takiego oporu, twier­dząc, nie bez słusz­no­ści histo­rycz­nej, że skoro Mon­te­zuma został pobity, to powi­nien się dać pobić. Na to Mon­te­zuma odpo­wia­dał, że go to mało obcho­dzi i wal­czył dalej. W ten spo­sób zabawa prze­dłu­żała się coraz bar­dziej.

Lecz pani Bigie­lowa, nie mogąc docze­kać końca, spy­tała wresz­cie męża:

- Jakże wizyta w Krze­mie­niu?

- Zro­bił to, co teraz robi - odpo­wie­dział z flegmą Bigiel - poprzew­ra­cał wszyst­kie krze­sła i wyje­chał.

- Mówił ci co?

- O pannę nie mia­łem czasu go zapy­tać, ale z Pła­wic­kim roz­stał się, jak nie można gorzej. Chce sprze­dać swój dług na Krze­mie­niu, co oczy­wi­ście pocią­gnie za sobą zupełne zerwa­nie sto­sun­ków.

- Szkoda - odrze­kła pani Bigie­lowa.

I przy her­ba­cie, gdy dzieci spać poszły, poczęła wprost wypy­ty­wać Poła­niec­kiego o Mary­nię.

- Nie wiem - odpo­wie­dział Poła­niecki - może jest ładna, może nie! Nie zasta­na­wia­łem się nad tym.

- To nie­prawda - odpo­wie­działa pani Bigie­lowa.

- A więc nie­prawda! A więc jest miła, ładna i co pani chce. Można się w niej zako­chać, można się z nią oże­nić, ale noga moja wię­cej u nich nie posta­nie. Wiem dosko­nale, dla­czego mnie tam panie wysy­łały, tylko lepiej mnie było ostrzec, kim jest jej ojciec, bo ona musi być do niego z uspo­so­bie­nia podobna, a jeśli tak jest, to dzię­kuję uni­że­nie.

- Niech się pan zasta­nowi, co pan mówi: "jest ładna, jest miła, można się z nią oże­nić" - a potem: "musi być do ojca podobna!". - Prze­cie to się nie trzyma!

- Być może, wszystko mi jedno! Nie mam szczę­ścia i dość na tym!

- A ja powia­dam panu dwie rze­czy: po pierw­sze, że pan powró­cił pod sil­nym wra­że­niem Maryni, a po dru­gie, że to jest jedna z naj­lep­szych panien, jakie w życiu widzia­łam i że szczę­śliwy będzie, kto ją weź­mie.

- Cze­muż jej dotąd nikt nie wziął?

- Bo ona ma dwa­dzie­ścia jeden lat i nie­dawno w świat weszła. Niech pan zresztą nie myśli, żeby nie miała już sta­ra­ją­cych się.

- Niech­że ją bie­rze kto inny.

Ale Poła­niecki powie­dział to nie­szcze­rze, myśl bowiem, że ją może wziąć kto inny, była mu nie­zmier­nie przy­kra. Czuł też w duszy wdzięcz­ność dla pani Bigie­lo­wej za jej pochwały dla Maryni.

- Niech tam! - rzekł - ale pani jest dobrą przy­ja­ciółką.

- Nie tylko Maryni, ale i pań­ską, i pań­ską. Pro­szę tylko o szczerą, ale zupeł­nie szczerą odpo­wiedź: jest pan pod wra­że­niem, czy nie jest?

- Ja? pod wra­że­niem? Szcze­rze mam powie­dzieć? - ogrom­nie!

- A widzi pan! - odrze­kła pani Bigie­lowa, któ­rej twarz roz­ja­śniła się zado­wo­le­niem.

- Cóż widzę? Nic nie widzę! Podo­bała mi się ogrom­nie - prawda! Pani nie ma poję­cia, jakie to sym­pa­tyczne i pocią­ga­jące stwo­rze­nie. I dobre musi być! Ale cóż? Prze­cie ja drugi raz do Krze­mie­nia nie mogę jechać. Wyje­cha­łem taki zły, mówi­łem nie tylko Pła­wic­kiemu, ale i jej, takie przy­kre rze­czy, że to nie­po­dobna.

- Bar­dzo pan nabroił?

- Raczej zanadto, niż za mało.

- To można listem uła­go­dzić.

- Jabym miał pisać do Pła­wic­kiego i prze­pra­szać? Za nic w świe­cie! Prze­cie on mnie zresztą prze­klął.

- Jak to, prze­klął?

- Jako patriar­cha rodu. W swoim imie­niu i wszyst­kich przod­ków. Mam taki do niego wstręt, że nie umiał­bym dwóch słów nakre­ślić. To jest stary, pate­tyczny kome­diant. Ją prę­dzej bym prze­pro­sił, ale na co się to zdało? Ona musi z ojcem trzy­mać. To i ja rozu­miem. W naj­lep­szym razie odpi­sze mi, że jej bar­dzo przy­jem­nie, i na tym sto­su­nek się urwie.

- Jak Emilka wróci z Reichen­hallu, to pod pierw­szym lep­szym pozo­rem ścią­gniemy tu Mary­nię - i wtedy, to już będzie pań­ska rzecz, by się te nie­po­ro­zu­mie­nia zatarły.

- Za późno, za późno! - powtó­rzył Poła­niecki. - Dałem sobie słowo, że tę sumę sprze­dam - i sprze­dam.

- To może wła­śnie będzie lepiej.

- Nie, to będzie gorzej! - wtrą­cił pan Bigiel. - Ja go nama­wiam, by sumy nie sprze­da­wał. Mam przy tym nadzieję, że kupca na nią nie znaj­dzie.

- A tym­cza­sem Emilka ukoń­czy kura­cję Litki.

Tu pani Bigie­lowa zwró­ciła się do Poła­niec­kiego:

- Zoba­czy pan, jak teraz inne panny będą się panu wyda­wały po Maryni. Ja nie jestem z nią tak bli­sko, jak Emilka, ale posta­ram się zna­leźć pierw­szy lep­szy pozór, żeby do niej napi­sać i dowie­dzieć się, co też ona o panu myśli.

Na tym skoń­czyła się roz­mowa. Poła­niecki, wra­ca­jąc do domu, spo­strzegł, że jed­nak ta Mary­nia zajęła już wcale nie­po­śled­nie miej­sce w jego duszy. Prawdę mówiąc, nie mógł pra­wie o czym innym myśleć. Miał jed­nak współ­cze­śnie poczu­cie, że ten sto­su­nek zaczął się w warun­kach nie­po­myśl­nych i że lepiej byłoby wybić sobie z głowy tę dziew­czynę, póki jest jesz­cze czas po temu. Jako czło­wiek duchowo raczej tęgi, niż słaby i nie przy­wy­kły odda­wać się marze­niom dla­tego tylko, że są miłe, posta­no­wił trzeźwo oce­nić poło­że­nie i roz­wa­żyć je ze wszyst­kich stron. Panna posia­dała wpraw­dzie wszyst­kie nie­mal te warunki, któ­rych wyma­gał od przy­szłej swej żony, i nadto przy­pa­dła mu oso­bi­ście do serca. Ale posia­dała przy tym i ojca, któ­rego Poła­niecki już nie zno­sił; a oprócz ojca, praw­dziwe brze­mię pod posta­cią Krze­mie­nia z przy­le­gło­ściami. "Z tą uro­czy­stą starą małpą nie zżyję się ni­gdy i nie mogę się zżyć - myślał Poła­niecki - albo­wiem z nim dwo­jaki tylko sto­su­nek jest moż­liwy: trzeba albo mu się pod­dać, do czego bez­wa­run­kowo nie jestem zdolny, albo nim potrzą­sać co dzień, tak, jak potrzą­sną­łem w Krze­mie­niu. W pierw­szym razie, ja, czło­wiek nie­za­leżny, poszedł­bym w nie­zno­śną nie­wolę sta­rego ego­isty, w dru­gim - rola mojej żony byłaby trudna, przy­kra i nasze poży­cie mogłoby się popsuć".

- Spo­dzie­wam się - mówił sobie dalej - że to jest trzeźwe i logiczne rozu­mo­wa­nie. Byłoby ono błęd­nym tylko wów­czas, gdy­bym ją już kochał. Sądzę jed­nak, że tak nie jest. Jestem nią zajęty, nie zako­chany w niej. To są dwie rze­czy różne. Ergo: trzeba prze­stać o niej myśleć i niech ją bie­rze kto inny!

Na tę ostat­nią myśl znów zapie­kło go żywe uczu­cie przy­kro­ści, ale pomy­ślał: "Jestem nią tak zajęty, iż to jest rzecz natu­ralna. Osta­tecz­nie, zgry­złem nie­jedną przy­krość w życiu, zgryzę i tę. Przy­pusz­czam także, że będzie się ona z każ­dym dniem zmniej­szała".

Ale wkrótce spo­strzegł, że, prócz tej przy­kro­ści, zostaje w nim jesz­cze uczu­cie żalu, z powodu znik­nię­cia tych wido­ków, które otwie­rały się przed nim. Zda­wało mu się teraz, że pod­nie­siono przed nim jakąś zasłonę przy­szło­ści i poka­zano, coby być mogło, a potem spusz­czono ją nagle i życie jego wra­cało na dawną drogę, nie pro­wa­dzącą osta­tecz­nie do niczego, a raczej pro­wa­dzącą do pust­ko­wia. Poła­niecki czuł, bądź co bądź, że stary filo­zof Waskow­ski ma słusz­ność, i że robie­nie pie­nię­dzy może być tylko środ­kiem. Poza tym zagadka życiowa winna być ina­czej roz­wią­zana. Musi być jakiś cel, jakieś zada­nie poważne, które, speł­nione w spo­sób cny i pro­sty, pro­wa­dzą do uspo­ko­je­nia ducho­wego. To uspo­ko­je­nie jest duszą życia - i bez niego nie ma ono, krótko mówiąc, sensu. Poła­niecki był pod pew­nym wzglę­dem dziec­kiem wieku, to jest nosił i on w sobie część tego wiel­kiego nie­po­koju, który w obec­nej schył­ko­wej epoce jest zmorą ludzką. I w nim wykru­szyły się te pod­stawy, na któ­rych dotąd wspie­rało się życie. I on zwąt­pił, czy poty­ka­jący się o wszyst­kie przy­drożne kamie­nie racjo­na­lizm zdoła zastą­pić wiarę, a wiary dotych­czas nie odzy­skał. Od współ­cze­snych "deka­den­tów" róż­nił się jed­nak tym, że się nie roz­lu­bo­wał w sobie, w swo­ich ner­wach, w swo­ich zwąt­pie­niach, w swoim ducho­wym dra­ma­cie, i że nie dał sobie dys­pensy na nie­do­łę­stwo i próż­niac­two. Miał, ow­szem, mniej wię­cej uświa­do­mione poczu­cie, że życie, jakie ono jest, tajem­ni­cze, czy nie tajem­ni­cze, musi być wypeł­nione sze­re­giem prac i czy­nów. Sądził, że jeśli jest nie­po­do­bień­stwem odpo­wie­dzieć sobie na roz­ma­ite: "dla­czego?" to jed­nak należy coś robić - sam czyn bowiem może być do pew­nego stop­nia odpo­wie­dzią. Może być wpraw­dzie nie­do­rzeczną, ale przy­naj­mniej czło­wiek, który tak odpo­wiada, zrzuca z sie­bie odpo­wie­dzial­ność. Więc cóż pozo­staje? Zało­że­nie rodziny i praca spo­łeczna. Jedno i dru­gie musi być jed­nak do pew­nego stop­nia pra­wem natury ludz­kiej i jej prze­zna­cze­niem, gdyż ina­czej ludzie nie żeni­liby się i nie wią­zali w spo­łe­czeń­stwa. Tego rodzaju filo­zofia, popie­ra­jąca rozu­mowo męskie instynkty Poła­nieckiego, wska­zy­wała mu mał­żeń­stwo jako jeden z głów­nych celów życia. Jego wola była od dawna napięta i zwró­cona ku temu celowi. Przez chwilę panna Mary­nia wydała mu się być ową przy­sta­nią, "do któ­rej okręt w noc pochmurną zmie­rza". - Teraz więc, gdy sobie wyro­zu­mo­wał, że świa­tła tej przy­stani nie dla niego były zapa­lone, że trzeba pły­nąć dalej, zacząć na nowo żeglugę po nie­zna­nych morzach, ogar­nęło go uczu­cie i zmę­cze­nia i żalu. Ale wła­sne rozu­mo­wa­nia wydały mu się logiczne i wró­cił do domu z usta­lo­nym pra­wie zupeł­nie prze­ko­na­niem, że "jesz­cze nie ta" i "jesz­cze nie tym razem".

Naza­jutrz, poszedł­szy na obiad, zna­lazł w restau­ra­cji Waskow­skiego i Bukac­kiego. Po chwili nad­szedł też i Maszko, ze swoją twa­rzą aro­ganta, dłu­gimi fawo­ry­tami, mono­klem w oku, wypie­kami na twa­rzy i białą kami­zelką. Po powi­ta­niu, wszy­scy zaczęli wypy­ty­wać się Poła­niec­kiego o wyprawę do Pła­wic­kiego, w czę­ści bowiem wie­dzieli, dla­czego panie nasta­wały na jego oso­bi­sty wyjazd, a prócz tego, znali pannę Pła­wicką od pani Emi­lii Chwa­stow­skiej.

Po wysłu­cha­niu opo­wia­da­nia, prze­zro­czy­sty, jak sewr­ska por­ce­lana, Bukacki, rzekł z wła­ściwą sobie flegmą:

- Więc wojna? To jest panna, która działa na nerwy i teraz pora byłaby o nią ude­rzyć. Kobieta na kamie­ni­stej dro­dze łatwiej przyj­muje ofia­ro­wane sobie ramię, niż na rów­nym gościńcu.

- To jej podaj - rzekł z pewną nie­cier­pli­wo­ścią Poła­niecki.

- Widzisz, mój kochany, są trzy prze­szkody. Naprzód, jesz­cze bar­dziej działa mi na nerwy pani Emi­lia; powtóre, mie­wam co rano ból w szyi i tyl­nej czę­ści głowy, co zapo­wiada cho­robę mózgową; a potrze­cie, jestem goły.

- Ty goły?

- Przy­naj­mniej teraz: kupi­łem kil­ka­na­ście Fal­ków, wszystko avant la let­tre, i wypłu­ka­łem się na jaki mie­siąc - a jeśli dostanę z Włoch jed­nego Masac­cia, o któ­rego się ukła­dam w tej chwili, to się zruj­nuję na jaki rok.

Waskow­ski, który z rysów, a raczej z wypie­ków na twa­rzy, podobny był nieco do Maszki, lubo daleko star­szy i lubo twarz miał pełną sło­dy­czy, utkwił swoje nie­bie­skie oczy w Bukac­kiego i rzekł:

- I to cho­roba wieku. Kolek­cjo­ner­stwo i kolek­cjo­ner­stwo na wszyst­kie strony!

- Oho! będzie roz­prawa - zauwa­żył Maszko.

- Nie mamy nic lep­szego do roboty - odpo­wie­dział Poła­niecki.

A Bukacki pod­niósł ręka­wicę.

- Co pan masz prze­ciw kolek­cjo­ner­stwu?

- Nic - odpo­wie­dział Waskow­ski. - To jest taki sta­rusz­ko­waty, godny naszych cza­sów, spo­sób kocha­nia sztuki. Czy nie myśli­cie, że jest w tym coś zgrzy­bia­łego? Podług mnie, to jest bar­dzo cha­rak­te­ry­styczne. Nie­gdyś nosiło się w sobie zapał dla wiel­kiej sztuki, kochało się ją tam, gdzie była: w muze­ach, w kościo­łach; dziś spro­wa­dza się ją sobie do pry­wat­nego gabi­netu. Daw­niej koń­czyło się na kolek­cjo­no­wa­niu, dziś się od niego zaczyna - i zaczyna się od dzi­wactw. Nie mówię do Bukac­kiego, ale dziś naj­młod­szy chło­pak, byle miał tro­chę pie­nię­dzy, poczyna kolek­cjo­no­wać - i co? nie­raz nie przed­mioty sztuki; ale jej dzi­wactwa, albo przy­naj­mniej dro­bia­zgi. Widzi­cie, moi dro­dzy, mnie się zda­wało zawsze, że miłość i ama­tor­stwo, to są dwie rze­czy różne, i przy­pusz­czam na przy­kład, że wielki ama­tor kobiet nie jest czło­wie­kiem zdol­nym do pod­nio­słego uczu­cia.

- To być może. W tym coś jest! - rzekł Poła­niecki.

- Co mnie to może obcho­dzić - rzekł Maszko, roz­cze­su­jąc pal­cami swoje angiel­skie boko­brody - w tym tkwi przede wszyst­kim zrzę­dze­nie sta­rego peda­goga na now­sze czasy.

- Peda­goga? - powtó­rzył Waskow­ski. - Naprzód, od czasu, jak mi spadł nie­spo­dzia­nie kawał chleba, wyrze­kłem się rzezi nie­wi­nią­tek i roli Heroda; powtóre, mylisz się pan, że ja zrzę­dzę. Ja nie­mal z rado­ścią widzę i notuję coraz nowe dowody, że jeste­śmy przy końcu epoki, i że wkrótce przyj­dzie nowa.

- Jeste­śmy na peł­nym morzu i nie prędko zawi­niemy do brzegu - mruk­nął Maszko.

- Daj spo­kój - odpo­wie­dział Poła­niecki.

Lecz nie­zra­żony Waskow­ski cią­gnął dalej:

- Ama­tor­stwo pro­wa­dzi do wyra­fi­no­wa­nia, a w wyra­fi­no­wa­niu giną wiel­kie ide­ały i ustę­pują chęci uży­wa­nia. Wszystko to nic innego, jak pogań­stwo. Nikt sobie nie zdaje sprawy, do jakie­go­śmy stop­nia spo­ga­nieli, ale jest co? jest duch aryj­ski, który nie kost­nieje, nie zastyga ni­gdy, duch, mający w sobie tchnie­nie boże, więc moc twór­czą - i temu duchowi już cia­sno w pogań­skich wię­zach i reak­cja już się poczyna, i nastąpi odro­dze­nie się tak na tym polu, jak i na innych w Chry­stu­sie... To nie­wąt­pliwa rzecz.

I Waskow­ski, który miał oczy, jak dziecko, to jest odbi­ja­jące tylko zewnętrz­nie przed­mioty, a utkwione wiecz­nie jakby w nie­skoń­czo­ność, utkwił je teraz w oknach, przez które widać było szare chmury, mię­dzy któ­rymi prze­dzie­rały się gdzie­nie­gdzie pro­mie­nie słońca.

Bukacki zaś rzekł:

- Szkoda, że mnie głowa pobo­lewa, bo to będzie cie­kawa epoka.

Lecz Maszko, który Waskow­skiego nazy­wał "piłą" i nudził się jego roz­pra­wami, wsz­czy­na­nymi rze­czy­wi­ście z lada powodu, albo i bez powodu, wydo­był z bocz­nej kie­szeni sur­duta cygaro, przy­gryzł koniec i, zwró­ciw­szy się do Poła­niec­kiego, rzekł:

- Słu­chaj, Sta­siu, czy­byś ty rze­czy­wi­ście sprze­dał tę sumę, którą masz na Krze­mie­niu?

- Sta­now­czo. Dla­czego pytasz?

- Bo ja bym może reflek­to­wał.

- Ty?

- Tak. Wiesz, że czę­sto reflek­tuję tego rodzaju inte­resy. Możemy o tym poga­dać. Dziś na pewno nic ci nie mogę powie­dzieć, ale jutro każę sobie przy­słać wyciąg hipo­teczny Krze­mie­nia i powiem ci, czy rzecz jest moż­liwa. Może po obie­dzie przyj­dziesz do mnie na kawę i może coś uło­żymy.

- Dobrze. Jeśli co ma być, wolał­bym, żeby było prędko, bo jak się tylko zała­twię z Bigie­lem, chciał­bym wyje­chać.

- Dokąd się wybie­rasz? - spy­tał Bukacki.

- Nie wiem. W mie­ście zanadto już gorąco. Gdzieś do drzew i wody.

- Także stary prze­sąd - rzekł Bukacki - w mie­ście zawsze po jed­nej stro­nie ulicy jest cień, czego nie ma na wsi. Cho­dzę sobie cie­ni­stą stroną i jest mi dobrze, dla­tego ni­gdy w lato z mia­sta nie wyjeż­dżam.

- A pro­fe­sor nie wybie­rzesz się gdzie? - spy­tał Waskow­skiego Poła­niecki.

- Ow­szem. Pani Emi­lia nama­wia mnie do Reichen­hall. Może się i wybiorę.

- A to jedźmy razem. Mnie wszystko jedno, gdzie pojadę. Lubię Sal­zburg, a przy tym miło mi będzie zoba­czyć panią Emi­lię i Litkę.

Bukacki wycią­gnął swą prze­zro­czy­stą rękę, wziął wyka­łaczkę z kie­liszka i wyka­ła­jąc zęby, począł mówić swym zim­nym i obo­jęt­nym gło­sem:

- Wre we mnie tak wście­kła burza zazdro­ści, że i ja gotów jestem jechać z wami. Poła­niecki, strzeż się, żebym nie wybuch­nął, jak dyna­mit.

Było coś tak zabaw­nie prze­ciw­nego mię­dzy sło­wami a tonem Bukac­kiego, że Poła­niecki począł się śmiać, po chwili zaś odpo­wie­dział:

- Do głowy mi nie przy­szło, że można się zako­chać w pani Emi­lii. Dzię­kuję ci za ideę!

- Biada wam obojgu! - odrzekł Bukacki, wyka­ła­jąc dalej zęby.

Rozdział V

V

Naza­jutrz, po wcze­snym obie­dzie u Bigie­lów, Poła­niecki udał się o ozna­czo­nej godzi­nie do Maszki. Cze­kano tam na niego widocz­nie, bo w gabi­ne­cie zastał wykwintną zastawę do czar­nej kawy i kie­liszki do likie­rów. Sam Maszko nie uka­zał się jed­nak zaraz, gdyż, jak mówił słu­żący, przyj­mo­wał jakieś panie. Jakoż przeze drzwi docho­dził z salonu jego głos i słowa kobiece. Poła­niecki począł się przy­pa­try­wać tym­cza­sem przod­kom Maszki, któ­rych kilka por­tre­tów wisiało na ścia­nach i o któ­rych auten­tycz­no­ści powąt­pie­wali przy­ja­ciele mło­dego adwo­kata. Zwłasz­cza pewien zezo­waty infu­łat dostar­czał Bukac­kiemu przed­miotu do kon­cep­tów, ale Maszko nie zra­żał się tym. Posta­no­wił on narzu­cić, bądź co bądź, światu sie­bie, swo­ich przod­ków, swoją genial­ność do inte­re­sów, wie­dząc, że w tym spo­łe­czeń­stwie, w któ­rym żył, będą sobie ludzie z tego podrwi­wali, ale nikt nie zdo­bę­dzie się na ener­gię, by wystą­pić czyn­nie prze­ciw tym pre­ten­sją. Posia­da­jąc sam ener­gię i zuchwa­łość bez gra­nic, a oprócz tego rze­czy­wi­sty spryt do inte­re­sów, posta­no­wił wybić się w górę za pomocą tych środ­ków. Ludzie, któ­rzy go nie lubili, nazy­wali go bez­czel­nym i był on nim istot­nie, ale był z roz­my­słu. Pocho­dząc z rodziny, wąt­pli­wie nawet szla­chec­kiej, trak­to­wał ludzi, niewąt­pli­wie pocho­dzą­cych ze sta­rych rodów, jakby był bez porów­na­nia lepiej od nich uro­dzo­nym, ludzi niewąt­pli­wie boga­tych, jakby był od nich bogat­szym - i uda­wało mu się - i owa tak­tyka robiła swoje. Pil­no­wał się tylko, by nie popaść w zupełną śmiesz­ność, ale gra­nice w takim postę­po­wa­niu wyzna­czył sobie nad­zwy­czaj sze­ro­kie. Osta­tecz­nie doszedł do tego, do czego chciał: był przyj­mo­wany wszę­dzie i wyro­bił sobie duży kre­dyt. Nie­które obroty przy­no­siły mu rze­czy­wi­ście spore zyski, ale pie­nię­dzy nie zbie­rał. Uwa­żał, że na to czas nie przy­szedł i że musi jesz­cze wkła­dać w przy­szłość, chcąc, by mu się wypła­ciła tak, jak od niej żądał. Pie­nię­dzy wpraw­dzie nie trwo­nił i nie zbyt­ko­wał, sądząc, że w ten spo­sób wcho­dzą w świat par­we­niu­sze - ale gdzie trzeba było, oka­zy­wał się, według wła­snego wyra­że­nia, "solid­nie hoj­nym". Ucho­dził też za czło­wieka nader gład­kiego w inte­re­sach i nade wszystko słow­nego.

Słow­ność jego oparta była wpraw­dzie na kre­dy­cie, ale też i pod­trzy­my­wała go w wyso­kim stop­niu, co znów pozwo­liło mu robić obroty istot­nie wiel­kie. Nie cofał się zaś przed byle czym. Posia­dał, prócz odwagi i pew­nego zapędu, wyłą­cza­ją­cego dłu­gie roz­my­sły, jesz­cze i wiarę w swe szczę­ście. Powo­dze­nia wzmoc­niły tę wiarę. Nie wie­dział wpraw­dzie ni­gdy sam, ile ma majątku, ale obra­cał dużymi pie­niędzmi i ludzie mieli go za boga­tego.

Osta­tecz­nie sprę­żyną jego życia była raczej próż­ność, niż chci­wość. Chciał wpraw­dzie być boga­tym, ale przede wszyst­kim pra­gnął ucho­dzić za wiel­kiego pana, na spo­sób angiel­ski. Przy­sto­so­wał do tego nawet swoją powierz­chow­ność i był nie­mal dumny ze swej brzy­doty, wyda­wała mu się bowiem ary­sto­kra­tyczną. Jakoż tkwiło, jeśli nie coś nie­po­spo­li­tego, to przy­naj­mniej coś nie­swoj­skiego w jego wydę­tych ustach, sze­ro­kich noz­drzach i czer­wo­nych wypie­kach na twa­rzy. Była pewna siła i bru­tal­ność, jaką cza­sem mają Anglicy, a ów wyraz potę­go­wała jesz­cze ta oko­licz­ność, że, nosząc bino­kle, musiał zadzie­rać głowę do góry, a przy roz­cze­sy­wa­niu jasnych boko­bro­dów pal­cami, zadzie­rał ją jesz­cze bar­dziej.

Poła­niecki nie zno­sił go z początku i aż nazbyt mało to ukry­wał; póź­niej przy­zwy­czaił się do niego, zwłasz­cza, że i Maszko obcho­dził się z nim ina­czej, niż z innymi, może przez uzna­nie, jakie po cichu dla niego żywił, może też dla­tego, że chcieć nadto nabie­rać z góry czło­wieka tak czu­pur­nego, było to nara­żać się na natych­mia­stową odprawę, w naj­lep­szym razie, nie­przy­jemną. W końcu, spo­ty­ka­jąc się czę­sto, mło­dzi ludzie przy­zwy­cza­ili się do swych wza­jem­nych sła­bo­ści, i teraz na przy­kład, gdy Maszko, odpra­wiw­szy swoje panie, poka­zał się w gabi­ne­cie, zbył się na chwilę swej wiel­ko­ści i, powi­taw­szy Poła­nieckiego, począł mówić jak zwy­kły śmier­tel­nik, nie zaś jak wielki pan, ani jak Anglik.

- Z babami! z babami! c'est toujo­urs une mer a boire! Umie­ści­łem ich kapi­ta­lik i płacę im pro­centa naj­re­gu­lar­niej. Nie! Przy­cho­dzą przy­naj­mniej raz na tydzień pytać, czy nie było jakiego trzę­sie­nia ziemi.

- Cóż mi powiesz? - spy­tał Poła­niecki.

- Przede wszyst­kim napij się kawy.

I, pod­pa­liw­szy alko­hol pod maszynką, rzekł:

- Z tobą przy­naj­mniej nie będzie marudz­twa. Wykaz hipo­teczny widzia­łem. Suma nie jest łatwą do odzy­ska­nia, ale za stra­coną jej uwa­żać nie­po­dobna. Oczy­wi­ście, odzy­ska­nie pociąga za sobą koszta, podróże i tak dalej, dla­tego nie mogę ci dać tyle, ile całość wynosi, ale dam ci jej dwie trze­cie i wypłacę w trzech ratach w ciągu roku.

- Ponie­waż powie­dzia­łem sobie, że zbędę wszystko, choćby za mniej, więc przy­staję. Kie­dyż pierw­sza rata będzie płatna?

- Za kwar­tał.

- To zosta­wię peł­no­moc­nic­two na Bigiela na wypa­dek, gdy­bym musiał wyje­chać.

- A teraz wybie­rzesz się do Reichen­hallu?

- Praw­do­po­dob­nie.

- Ej, kto wie, czy ci naprawdę Bukacki nie pod­dał jakiej myśli?

- Każdy ma swoje. Ty na przy­kład?... Dla­czego ty kupu­jesz tę sumę na Krze­mie­niu? Prze­cie to jest dla cie­bie za mały inte­res.

- Mię­dzy więk­szymi robią się i mniej­sze. Ale z tobą będę otwarty. Wiesz, że ani moja pozy­cja, ani mój kre­dyt nie należą do ostat­nich, ale i jedno i dru­gie wzmocni się, gdy będę miał za sobą kawał ziemi, i to taki duży. Sły­sza­łem sam od Pła­wic­kiego w swoim cza­sie, że byłby gotów Krze­mień sprze­dać. Otóż przy­pusz­czam, że teraz jest jesz­cze bar­dziej gotów, i że można będzie cały ten mają­tek nabyć tanio, na jakieś spłaty, za jakąś marną na razie gotówkę, z dodat­kiem rente viag?re. Zoba­czę wresz­cie! Póź­niej, opo­rzą­dziw­szy go tro­chę, jak konia na jar­mark, można go będzie sprze­dać, a tym­cza­sem będę miał tytuł wła­sno­ści, o który, entre nous, mocno mi cho­dzi.

Poła­niecki słu­chał z pew­nym przy­mu­sem słów Maszki, po czym rzekł:

- Muszę ci i ja powie­dzieć otwar­cie: kupno nie pój­dzie łatwo. Panna Pła­wicka jest bar­dzo sprze­daży prze­ciwna. Ona, jak to kobiety! Kocha się w swoim Krze­mie­niu i uczyni wszystko, co będzie mogła, żeby został w jej i ojca rękach.

- Więc w naj­gor­szym razie zostanę wie­rzy­cie­lem pana Pła­wic­kiego i nie myśl, żeby suma mi prze­pa­dła. Naprzód, mogę ją, za przy­kła­dem twoim, sprze­dać, powtóre, jako adwo­kat, mam daleko więk­szą łatwość wydo­by­cia jej. Mogę sam wyna­leźć spo­soby wypła­ce­nia i wska­zać je Pła­wic­kiemu.

- Możesz także sub­ha­sto­wać Krze­mień i nabyć go na licy­ta­cji.

- Mógł­bym, gdy­bym był kim innym, ale Maszce dia­blo nie wypada. Nie! Znajdą się inne środki, na które może i panna Pła­wicka, którą zresztą bar­dzo cenię i wysoko sta­wiam, chęt­nie się zgo­dzi.

Poła­niecki, który w tej chwili dopi­jał resz­tek kawy, posta­wił nagle fili­żankę na stole.

- A! - rzekł - można i tak dojść do tytułu wła­sno­ści.

I znowu chwy­ciło go uczu­cie wiel­kiej przy­kro­ści i gniewu. W pierw­szej chwili chciał wstać i powie­dzieć Maszce: "Sumy nie sprze­dam!" - i pójść. Poha­mo­wał się jed­nak, Maszko zaś roz­cze­sał boko­brody i odpo­wie­dział:

- A gdyby?... Mogę ci sło­wem zarę­czyć, że w tej chwili jesz­cze takiego planu nie mam, że przy­naj­mniej nie posta­wi­łem go sobie wyraź­nie. Ale... a gdyby? Pannę Pła­wicką pozna­łem w swoim cza­sie w War­sza­wie któ­rejś zimy i podo­bała mi się bar­dzo. Rodzina jest dobra, mają­tek zruj­no­wany, ale duży i moż­liwy do ura­to­wa­nia. Kto wie! To taka myśl, jak i każda inna. Jestem z tobą zupeł­nie lojalny, jak zresztą jestem zawsze. Poje­cha­łeś niby po pie­nią­dze, ale ja wie­dzia­łem, dla­czego cię te panie tam wypra­wiły. Wró­ci­łeś jed­nak zły, jak dia­beł, więc przy­pusz­czam, że nie masz zamia­rów. Jeśli mi powiesz, że się mylę, to ustą­pię natych­miast - nie od planu, bo, jakem ci zarę­czył, nie mam go jesz­cze, ale nawet od myśle­nia o nim, jak o czymś moż­liwym. Daję ci na to słowo. Tylko znów w razie prze­ciw­nym nie trzy­majże się zasady: "ni dla mnie, ni dla kogo" i nie zagra­dzaj pan­nie drogi. A teraz słu­cham cię.

Poła­niecki przy­po­mniał sobie swoje wczo­raj­sze rozu­mo­wa­nia; pomy­ślał także, że Maszko ma słusz­ność, mówiąc, iż w takim razie nie powi­nien pan­nie zagra­dzać do niczego drogi, i po pew­nym cza­sie odrzekł:

- Nie, Maszko, ja nie mam żad­nych zamia­rów wzglę­dem panny Pła­wic­kiej. Możesz się z nią żenić, albo nie! Powiem ci jed­nak otwar­cie: jest jedna rzecz, która mi się w tym nie podoba, cho­ciaż dla mnie korzystna: oto, że ty kupu­jesz tę sumę. Wie­rzę, że nie masz jesz­cze goto­wego zamiaru, ale na wypa­dek, jeśli go poweź­miesz? To jakoś będzie dziw­nie wyglą­dało... Na jakiś nacisk, na jakąś sieć... To zresztą twoja rzecz...

- Tak dalece moja, że gdyby mi to powie­dział kto inny, nie ty, tobym mu pierw­szy to przy­po­mniał. Mogę ci jed­nak ręczyć, że gdy­bym powziął taki zamiar, o czym wąt­pię, to nie zażą­dał­bym ręki panny Pła­wic­kiej, jako pro­centu od mojej sumy. Jak skoro mogę sobie sumien­nie powie­dzieć, że kupił­bym sumę w każ­dym razie, to ją tym samem i mam prawo kupić. Przede wszyst­kim, jak dziś rze­czy stoją, chcę kupić Krze­mień, bo mi to potrzebne - więc wolno mi użyć wszel­kich godzi­wych środ­ków, które mnie do celu pro­wa­dzą.

- Więc dobrze. Sprze­daję. Każ wygo­to­wać kon­trakt i przy­ślij mi go, lub przyjdź z nim sam.

- Kon­trakt kaza­łem wygo­to­wać memu depen­den­towi, cho­dzi tylko o pod­pisy.

Jakoż w kwa­drans póź­niej kon­trakt został pod­pi­sany. Tego dnia Poła­niecki, spę­dza­jąc wie­czór u Bigie­lów, był zły, jak ni­gdy; pani Bigie­lowa nie umiała ukryć zmar­twie­nia i Bigiel, namy­śliw­szy się nad wszyst­kim dokład­nie, rzekł pod koniec wie­czora ze zwy­kłą roz­wagą i powol­no­ścią:

- Że Maszko ma i ten plan gotowy, to nie ulega wąt­pli­wo­ści. Idzie tylko o to, czy zwo­dzi cie­bie, mówiąc, że go nie ma, czy i sie­bie także.

- Niech Bóg ją zachowa od Maszki - ozwała się pani Bigie­lowa. - To widzie­li­śmy tu wszy­scy, że ona podo­bała mu się bar­dzo.

- Przy­pusz­cza­łem - odpo­wie­dział Bigiel - że tego rodzaju czło­wiek będzie szu­kał majątku, ale mogłem się mylić. Rów­nież być może, że zechce wziąć żonę z dobrej, sta­rej rodziny, aby umoc­nić przez to swoje poło­że­nie towa­rzy­skie, poza­wie­rać sto­sunki, spo­krew­nić się z licz­nymi rodzi­nami i w końcu wziąć w swoje ręce inte­resy całej pew­nej sfery towa­rzy­skiej. To także nie­złe wyra­cho­wa­nie, zwłasz­cza, że gdy zechce sko­rzy­stać ze swego kre­dytu dla Krze­mie­nia, to z cza­sem, przy swej obrot­no­ści, może go oczy­ścić.

- I jak pani mówi, panna Pła­wicka podoba mu się przy tym naprawdę - dodał Poła­niecki - a ja sobie przy­po­mi­nam teraz, że Pła­wicki także mi o tym coś wspo­mi­nał.

- Więc co, panie? - pytała pani Bigie­lowa - więc jakże będzie?

- Więc panna Pła­wicka, jeśli zechce, to wyj­dzie za pana Maszkę - odrzekł Poła­niecki.

- A pan?

- A ja jadę tym­cza­sem do Reichen­hall.

Rozdział VI

VI

I rze­czy­wi­ście, w tydzień póź­niej wyje­chał do Reichen­hallu, ale przed­tem jesz­cze otrzy­mał list pani Emi­lii, wypy­tu­jący go o wyprawę do Krze­mie­nia. Na list ów nie odpi­sał, mając zamiar ust­nie nań odpo­wie­dzieć. Dowie­dział się rów­nież, ale dopiero w wigi­lię wyjazdu, iż Maszko poprzed­niego dnia wyje­chał do Krze­mie­nia, i wia­do­mość ta obe­szła go wię­cej, niż się spo­dzie­wał. Mówił sobie wpraw­dzie, że nie dalej, jak w Wied­niu, już o tym zapo­mni, ale zapo­mnieć nie mógł i głowę miał tak zajętą myślą o tym, czy panna Pła­wicka wyj­dzie za Maszkę, że z Sal­zburga napi­sał list do Bigiela, niby w inte­re­sach, ale wła­ści­wie żąda­jący przy­sła­nia mu wia­do­mo­ści o Maszce. Słu­chał też piąte przez dzie­siąte roz­praw towa­rzy­szą­cego mu Waskow­skiego o wza­jem­nym sto­sunku do sie­bie ludów austriac­kich i o misji naro­dów nowo­żyt­nych w ogól­no­ści. Nie­raz tak był zajęty myśle­niem o Maryni, że wprost nie odpo­wia­dał na pyta­nie. Dzi­wiło go też, że chwi­lami widzi ją tak wyraź­nie, jakby przed nim stała, więc nie tylko jako dokładny obraz, ale jako żywą istotę. Widział jej miłą, łagodną twarz ze ślicz­nymi ustami i z maleń­kim zna­mie­niem nad górną wargą, jej oczy, patrzące spo­koj­nie, w któ­rych widać było sku­pie­nie i uwagę, z jaką słu­chała jego słów; widział całą jej postać, wysmu­kłą, giętką, od któ­rej biło cie­pło wiel­kiej, a zara­zem nie­zmier­nie dzie­wi­czej mło­do­ści. Przy­po­mniał sobie jej jasną suk­nię i końce stóp, wyglą­da­jące z pod jej sukni, i deli­katne, lubo nieco opa­lone, ręce, i ciemne włosy, poru­szane powie­wem w ogro­dzie. Ni­gdy nie spo­dzie­wał się, żeby mogła ist­nieć pamięć tak nie­mal doty­kalna - i to pamięć osoby, widzia­nej przez czas tak krótki. Rozu­miał jed­nak, że to jest dowód, jak głę­bo­kie naprawdę zro­biła ona na nim wra­że­nie, i gdy chwi­lami prze­cho­dziło mu przez głowę, że to wszystko, co się tak wyci­snęło w jego pamięci, może posiąść Maszko, pra­wie nie chciało mu się w to wie­rzyć. Pierw­szym jego pory­wem w takich chwi­lach, zresztą zgod­nym z jego czynną naturą, była nie­po­wstrzy­mana chęć, żeby temu prze­szko­dzić. Musiał sobie dopiero przy­po­mi­nać, że to jest sprawa już w jego woli roz­strzy­gnięta, i że posta­no­wił sobie zanie­chać panny Pła­wic­kiej.

Obaj z Waskow­skim doje­chali do Reichen­hallu wcze­snym ran­kiem i zaraz pierw­szego dnia, zanim dowie­dzieli się o adre­sie pani Emi­lii, spo­tkali ją wraz z Litką w parku miej­sco­wym. Pani Chwa­stow­ska, która nie spo­dzie­wała się ich, a przy­naj­mniej nie Poła­niec­kiego, ucie­szyła się na ich widok szcze­rze. Radość jej została tylko przy­ćmiona tym, że Litka, dziecko wyjąt­kowo wraż­liwe, a przy tym chore na astmę i na serce, ucie­szyła się jesz­cze bar­dziej, tak nawet bar­dzo, że dostała sil­nego bicia serca w połą­cze­niu z dusz­no­ścią i nie­mal omdle­niem.

Ale były to czę­ste u niej objawy i, gdy atak minął, pogoda wró­ciła na wszyst­kie twa­rze. Wra­ca­jąc do domu, dziecko trzy­mało za rękę "pana Sta­cha" i w chmur­nych zwy­kle jej oczach świe­ciła głę­boka radość. Od czasu do czasu ści­skała tę rękę, jakby chcąc się upew­nić, że on naprawdę przy­je­chał do Reichen­hallu i że jest przy niej. Poła­niecki wprost nie miał czasu o niczym mówić z panią Emi­lią, ani ona o nic go roz­py­tać, bo Litka poka­zy­wała mu Reichen­hall i, szcze­bio­cząc bez ustanku, chciała mu od razu poka­zać wszyst­kie pięk­niej­sze miej­sca. Co chwila zaś mówiła:

- To nic jesz­cze. Thum­see ład­niej­sze, ale pój­dziemy tam dopiero jutro.

Po czym, zwra­ca­jąc się do matki:

- Mama pozwoli, prawda? Ja teraz mogę dużo cho­dzić. To nie­da­leko. Mama pozwoli, prawda?

Chwi­lami znów odsu­wała się od Poła­niec­kiego i, nie pusz­cza­jąc jego ręki, patrzyła na niego swymi wiel­kimi oczyma, powta­rza­jąc:

- Pan Stach! pan Stach!

Poła­niecki oka­zy­wał jej ze swej strony naj­więk­szą tkli­wość, na jaką mógłby się zdo­być star­szy brat; raz wraz też gde­rał na nią dobro­tli­wie:

- Kociak niech tak nie leci, bo się zady­szy.

A ona przy­tu­lała się do niego i, wysu­wa­jąc naprzód usteczka, odpo­wia­dała, niby się gnie­wa­jąc:

- Cicho, pan Stach!

Poła­niecki spo­glą­dał jed­nak od czasu do czasu na jasną twarz pani Emi­lii, jakby chcąc jej dać poznać, że pra­gnie z nią pomó­wić. Ale nie było spo­sobu, gdyż pani Emi­lia nie chciała psuć weso­ło­ści Litce i wolała jej pozo­sta­wić wspól­nego przy­ja­ciela na wyłączną wła­sność. Dopiero po obie­dzie, który jedli razem, w ogro­dzie, wśród zie­lo­no­ści i świe­go­ta­nia wró­bli, gdy Waskow­ski począł opo­wia­dać Litce o pta­kach i o miło­ści, jaką miał dla nich św. Fran­ci­szek z Assyżu, a dziecko, wsparł­szy główkę na ręce, zasłu­chało się zupeł­nie, Poła­niecki zwró­cił się do pani Chwa­stow­skiej.

- Czy pani nie zechce się przejść do końca ogrodu?

- Dobrze - odpo­wie­działa. - Litko, zostań na minutkę z panem Waskow­skim, my w tej chwili wra­camy.

I poszli, po czym zaraz pani Emi­lia spy­tała:

- I cóż?

Poła­niecki począł opo­wia­dać, ale, bądź że chciał się lepiej przed­sta­wić pani Emi­lii, bądź że posta­no­wił racho­wać się z jej naturą mimozy, bądź wresz­cie, że ostat­nie myśli o Maryni nastro­iły go na jakąś tkliw­szą niż zwy­kle nutę, dość, że cał­ko­wi­cie rzecz prze­krę­cił. Przy­znał się wpraw­dzie do kłótni z panem Pła­wic­kim, ale mil­czał o tym, że przed wyjaz­dem z Krze­mie­nia ode­zwał się i do Maryni w spo­sób szorstki, nato­miast nie szczę­dził jej w opo­wia­da­niu pochwał i wresz­cie tak skoń­czył:

- Ponie­waż ten dług stał się od razu powo­dem nie­po­ro­zu­mień mię­dzy mną a Pła­wic­kim, co musiało się odbić i na pan­nie Maryni, więc wola­łem go sprze­dać i wła­śnie przed samym wyjaz­dem sprze­da­łem Maszce.

Pani Emi­lia, która nie miała naj­mniej­szego poję­cia o spra­wach pie­nięż­nych, a nato­miast posia­dała pro­stotę zupeł­nie aniel­ską, odrze­kła:

- To dobrze pan zro­bił. Mię­dzy wami nie powinno być takich rze­czy, jak pie­nią­dze.

Lecz Poła­niecki zawsty­dził się w tej chwili, że wypro­wa­dza w pole taką naiwną duszę i odrzekł:

- Tak!... Raczej, nie! Myślę, żem źle zro­bił. Bigiel jest także zda­nia, że to nie było dobrze... Maszko może ich przy­ci­skać, może sta­wiać roz­ma­ite żąda­nia, może wysta­wić na sprze­daż Krze­mień... Nie, pani, to nie jest postę­pek deli­katny, ani taki, któ­ryby mógł nas zbli­żyć, i nie był­bym tego uczy­nił, gdyby nie to, żem doszedł do prze­ko­na­nia, iż trzeba sobie to wszystko raz na zawsze wybić z głowy.

- A, nie! Niech pan tego nie mówi. Ja wie­rzę, że we wszyst­kim jest prze­zna­cze­nie - i wie­rzę także, że Opatrz­ność prze­zna­czyła was wza­jem dla sie­bie.

- Tego ja, pani, nie rozu­miem. Jeśli tak jest, to nie potrze­buję o nic zabie­gać, bo w każ­dym razie muszę oże­nić się z panną Pła­wicką.

- Nie. Ja mam kobiecą głowę i może mówię nie­do­rzecz­no­ści, ale mi się zdaje, że Opatrz­ność chce i obmy­śla wszystko tak, jakby było naj­le­piej, ale zosta­wia ludziom wolę, ci zaś czę­sto nie chcą iść za tym, co im prze­zna­czono, i dla­tego tylu jest nie­szczę­śli­wych.

- Może. Trudno jed­nak iść za czym innym, jak za wła­snym prze­ko­na­niem. Rozum to także latarka, którą nam Bóg dał w rękę. Kto mi przy tym zarę­czy, czy panna Mary­nia wyszłaby za mnie?

- Powin­nam już mieć od niej wia­do­mość o pań­skich odwie­dzi­nach w Krze­mie­niu, i dzi­wię się, że dotych­czas nie mam. Myślę, że naj­da­lej jutro list nadej­dzie, bo my pisu­jemy do sie­bie co tydzień. Czy ona wie o pań­skim wyjeź­dzie do Reichen­hallu?

- Nie. Ja sam, będąc w Krze­mie­niu, nie wie­dzia­łem jesz­cze, dokąd pojadę.

- To dobrze, bo będzie szczera, cho­ciaż ona i tak byłaby szczera.

Na tym skoń­czyła się roz­mowa pierw­szego dnia. Wie­czo­rem, na prośbę Litki, posta­no­wiono pójść naza­jutrz do Thum­see i wyjść z rana, tak, aby obiad zjeść nad jezio­rem, powró­cić zaś powo­zem, lub, o ileby Litka nie była zmę­czoną, to pie­chotą, byle zdą­żyć przed zacho­dem słońca. Waskow­ski i Poła­niecki sta­wili się przed willą tych pań przed dzie­wiątą rano. Obie były już przy­brane i cze­kały na weran­dzie, obie zaś wyglą­dały tak zja­wi­skowo, że aż stary peda­gog Waskow­ski został tym odu­rzony.

- Że też Pan Bóg two­rzy sobie cza­sem z ludzi zupełne kwiaty! - rzekł, uka­zu­jąc z dala na matkę i córkę.

Rze­czy­wi­ście i pani Emi­lia, i Litka, były przed­mio­tem podziwu dla całego Reichen­hallu. Pierw­sza, ze swoją udu­cho­wioną aniel­ską twa­rzą, była jakby wcie­le­niem miło­ści i tkli­wo­ści macie­rzyń­skiej, a zara­zem egzal­ta­cji; druga o chmur­nych wiel­kich oczach, pło­wej czu­pry­nie i rysach tak deli­kat­nych, wyglą­dała raczej na jaki arty­styczny pomysł, niż na żywą dziew­czynkę. Deka­dent Bukacki mawiał o niej, że jest utkana z mgły, led­wie tro­chę zaró­żo­wio­nej przez świt. Jakoż było w tej dziew­czy­nie coś pra­wie nie­ziem­skiego, które to wra­że­nie potę­go­wała jesz­cze jej cho­roba, jej nad­mierna wraż­li­wość i uczu­cio­wość. Matka kochała ją ślepo, ota­cza­jący rów­nież; ale dziecko, wyjąt­kowo z natury słod­kie, nie dało się popsuć.

Poła­niecki, który w War­sza­wie widy­wał panią Emi­lię kilka razy tygo­dniowo, był do oby­dwóch szcze­rze przy­wią­zany. W mie­ście, w któ­rym sława kobieca jest mniej sza­no­waną, niż gdzie­kol­wiek na świe­cie, robiono z tego powodu plotki, oczy­wi­ście naj­nie­słusz­niej­sze, gdyż pani Emi­lia była pod każ­dym wzglę­dem czy­sta, jak dziecko, i nosiła swą egzal­to­waną głowę po pro­stu w błę­ki­cie, jakby nie wie­dząc, że zło ist­nieje. Była nawet tak dalece czy­stą, że nie rozu­miała potrzeby zwra­ca­nia uwagi na pozory. Przyj­mo­wała z rado­ścią tych, któ­rych kochała Litka, lecz odmó­wiła kilka dobrych par­tii, wyraź­nie oświad­cza­jąc, że oso­bi­ście nic jej na świe­cie, prócz Litki, nie potrzeba. Jeden tylko Bukacki utrzy­my­wał, że pani Emi­lia działa na jego nerwy; Poła­niecki tak się przy­sto­so­wał do owego błę­kitu, ota­cza­ją­cego tę krysz­ta­łową kobietę, że wprost nie zbli­żał się ni­gdy do niej z myślą zmą­coną przez pokusę.

I teraz więc, po uwa­dze Waskow­skiego, odrzekł z pro­stotą:

- Rze­czy­wi­ście bajecz­nie obie wyglą­dają!

I przy­wi­taw­szy je, powtó­rzył mniej wię­cej to samo pani Emi­lii, jako coś, co w danym wypadku zwró­ciło jego uwagę. Ona uśmiech­nęła się z zado­wo­le­nia, praw­do­po­dob­nie dla­tego, że pochwała obej­mo­wała także Litkę i, zbie­ra­jąc suk­nię do drogi, rze­kła:

- Mia­łam rano list i umyśl­nie go wzię­łam, by panu poka­zać.

- Wolno zaraz prze­czy­tać?

- Wolno. Pro­szę.

I ruszyli drogą leśną ku Thum­see, pani Emi­lia, Waskow­ski i Litka na prze­dzie, Poła­niecki nieco za nimi, z głową schy­loną nad listem.

List brzmiał jak nastę­puje:

"Droga moja Emilko! Dziś ode­bra­łam twoją lita­nię pytań i zaraz odpo­wia­dam, bo i mnie pilno podzie­lić się z tobą myślami. Pan Poła­niecki wyje­chał w ponie­dzia­łek, zatem dwa dni temu. Pierw­szego wie­czora przy­ję­łam go, jak przyj­muję wszyst­kich - i nic a nic nie przy­szło mi do głowy, ale naza­jutrz było święto, mia­łam wolny czas i byli­śmy pra­wie całe popo­łu­dnie nie tylko razem, ale sam na sam, bo papa poje­chał do pań­stwa Jami­szów. Cóż ci mam powie­dzieć? Taki sym­pa­tyczny, taki szczery, a przy tym praw­dziwy męż­czy­zna! Z tego, co mówił o Litce i o tobie, zaraz zmiar­ko­wa­łam, że ma dobre serce. Cho­dzi­li­śmy długo nad sta­wem, po ogro­dzie. Obwią­zy­wa­łam mu rękę, bo się ska­le­czył o łódź. Mówił rze­czy takie rozumne, żem się zasłu­chi­wała w jego słowa. Ach, moja Emilko, wstyd mi się przy­znać, ale moja biedna głowa tro­chę się zawró­ciła przez ten wie­czór. Ty wiesz prze­cie, jaka tu jestem sama, zapra­co­wana, i jak rzadko widuję podob­nych ludzi. Zda­wało mi się, że przy­je­chał gość z jakie­goś innego i lep­szego świata. On mi się nie tylko podo­bał, ale mnie tak ujął swoją ser­decz­no­ścią, że nie mogłam zasnąć i cią­gle o nim myśla­łam. Wpraw­dzie naza­jutrz pokłó­cili się z papą, a nawet i mnie się tro­chę dostało, choć Bóg widzi, ile bym dała za to, żeby mię­dzy nami nie było tego rodzaju spraw. W pierw­szej chwili dotknęło mnie to mocno, i gdyby ten brzydki czło­wiek wie­dział, ilem się napła­kała w swoim pokoju, toby mnie poża­ło­wał. Ale póź­niej pomyśla­łam, że on musi być bar­dzo żywy, że papa nie miał słusz­no­ści, i nie gnie­wam się już. Powiem ci też do uszka, co mi jakiś głos szepce cią­gle: oto, że on tego długu, który ma na Krze­mie­niu, nie sprzeda nikomu, choćby dla­tego, żeby przy­je­chać tu jesz­cze. To, że się tak źle roz­stali z papą, to nic. Sam papa tego do serca nie bie­rze, bo to są jego spo­soby, nie zaś uczu­cia, ani prze­ko­na­nia. We mnie ma pan Poła­niecki szczerą przy­ja­ciółkę, która zrobi wszystko, co będzie mogła, by zaraz po roz­prze­daży Magie­rówki ustały te wszyst­kie powody nie­po­ro­zu­mień i w ogóle te brzyd­kie sprawy pie­niężne. Wów­czas on musi przy­je­chać, choćby dla ode­bra­nia swej należ­no­ści - nie­prawda? Może też i ja podo­bałam mu się tro­chę, że zaś czło­wiek taki żywy powie cza­sem coś przy­krego, nie trzeba się dzi­wić. Nic mu o tym nie mów, jak go zoba­czysz, i nie łaj go, niech cię Bóg broni. Nie wiem dla­czego, mam jakąś ufność, że on nie zrobi krzywdy ani mnie, ani papie, ani mojemu kocha­nemu Krze­mie­niowi, i myślę, że dobrze byłoby na świe­cie, gdyby wszy­scy byli do niego podobni. Ści­skam naj­ser­decz­niej cie­bie, moja droga, i Litkę. Napisz mi o jej zdro­wiu jak naj­ob­szer­niej i kochaj mnie tak, jak ja cie­bie".

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki