Rozdział I
I
Była godzina pierwsza po północy, gdy Połaniecki zbliżał się do dworu w Krzemieniu. Za swoich dziecinnych lat był on dwukrotnie w tej wsi, dokąd
jego matka, daleka krewna pierwszej żony dzisiejszego właściciela
Krzemienia, woziła go na wakacje. Połaniecki usiłował teraz przypomnieć
sobie tę miejscowość, ale przychodziło mu to z trudnością. Po nocy, przy
księżycu, wszystko brało kształty odmienne. Nad zaroślami, łąkami i grudzią leżał nisko biały tuman, zmieniając całą okolicę w bezbrzeżne
jezioro, które to złudzenie powiększały jeszcze odzywające się w tumanie
chóry żab. Noc była lipcowa, bardzo pogodna i oświecona pełnią.
Chwilami, gdy żaby milkły, słychać było derkacze, grające po rosie, a czasem z daleka, od błotnistych stawów, ukrytych za olszynami, odzywał
się, jakby z pod ziemi, głos bąka.
Połaniecki nie mógł się oprzeć urokowi tej nocy. Była mu ona jakaś swoja
i tę swojskość odczuwał tym lepiej, że dawniej nieczęsto bywał w kraju,
a dopiero przed dwoma laty powrócił na stałe z za granicy, gdzie spędził
pierwszą młodość, a później zajmował się sprawami handlowymi. Teraz, gdy
wjeżdżał do tej śpiącej wioski, przypomniało mu się także własne
dzieciństwo, pamiętne ze względu na matkę, która od pięciu lat nie żyła,
i dlatego, że przykrości i troski tego dzieciństwa, w porównaniu do
dzisiejszych, wydawały się zupełnie błahe.
Bryczka wtoczyła się na koniec do wsi, którą poczynał krzyż, stojący na
wydmie. Pochylił się on już bardzo i groził upadkiem. Połaniecki
pamiętał go dlatego, że w swoim czasie pochowano pod tą wydmą wisielca,
którego znaleziono na gałęzi w pobliskim lesie, a potem ludzie bali się
tamtędy nocą przechodzić.
Za figurą poczynały się pierwsze chaty. Ale ludzie już spali. W żadnym
oknie nie było światła. Jak okiem sięgnąć, połyskiwały tylko na nocnym
tle nieba oświecone księżycem dachy chałup, które w tym blasku wydawały
się srebrne i siwe. Niektóre chałupy były umazane wapnem i świeciły
jasno-zielono, inne, ukryte w sadkach wiśniowych, w gąszczu słoneczników
lub tyczkowej fasoli, zaledwie wychylały się z cienia. Po podwórkach
szczekały psy, ale jakby przez sen, dając wtór rzechotaniu żab, graniu
derkaczy, bąków i tym wszystkim wołaniom, którymi odzywa się letnia noc,
a które potęgują jeszcze wrażenie ciszy.
Bryczka, posuwając się z wolna sypką, piaszczystą drogą, wtoczyła się na
koniec w ciemną aleję, popstrzoną tylko tu i owdzie światłem,
wdzierającym się przez liście. Na końcu tej alei poświstywali stróże
nocni. Przy ujściu bielił się dwór, w którym kilka okien było
oświeconych. Gdy bryczka zaturkotała przed gankiem, z domu wybiegł
służący chłopak, który począł pomagać Połanieckiemu przy wysiadaniu, a oprócz tego zbliżył się stróż nocny i dwa białe psy, widocznie bardzo
młode i łagodne, gdyż, zamiast szczekać, jęły łasić się, wspinać się na
gościa i okazywać z jego przybycia radość tak wielką, iż stróż musiał
miarkować jej wylew za pomocą kija.
Chłopak zdjął z bryczki rzeczy Połanieckiego, on sam zaś znalazł się po
chwili w jadalnym pokoju, gdzie czekała na niego herbata. Przy jednej
ścianie stał orzechowy kredens, obok zegar z wielkimi wagami i kukułką,
z drugiej strony dwa liche portrety kobiece w strojach z osiemnastego
wieku, na środku zaś stół, nakryty białą serwetą, otoczony krzesłami o wysokich poręczach. Pokój ten, oświecony jasno, pełen pary, unoszącej
się z samowara, wyglądał dość gościnnie i wesoło.
Połaniecki począł przechadzać się wzdłuż stołu, ale skrzypienie własnych
butów raziło go w tej ciszy, poszedł więc ku oknu i patrzał przez szyby
na oświecone księżycem podwórze, po którym te same dwa białe psy, które
witały go z takim wylaniem, goniły się teraz ze sobą.
Po niejakim czasie drzwi przyległego pokoju otworzyły się i weszła młoda
osoba, w której Połaniecki domyślił się córki właściciela Krzemienia,
urodzonej z drugiej jego żony. Na jej widok wyszedł więc z framugi okna
i, zbliżywszy się w swoich skrzypiących butach do stołu, skłonił się i powiedział swoje nazwisko.
Panna wyciągnęła do niego rękę i rzekła:
- Wiedzieliśmy z depeszy o pańskim przyjeździe. Tatko trochę chory i musiał się położyć, ale jutro rad będzie pana zobaczyć.
- Nie moja wina, żem przyjechał tak późno - odpowiedział Połaniecki -
pociąg przychodzi dopiero o jedenastej do Czerniowa.
- A z Czerniowa jeszcze dwie mile do Krzemienia. Mówił mi ojciec, że pan
tu nie pierwszy raz.
- Przyjeżdżałem tu z matką, gdy pani nie było jeszcze na świecie.
- Wiem. Pan jest krewny ojca.
- Ja jestem krewny pierwszej żony pana Pławickiego.
- Ojciec bardzo ceni związki rodzinne, choćby najdalsze - odrzekła
panna.
I zaczęła nalewać herbatę, odganiając od czasu do czasu drugą ręką parę,
która, podnosząc się z samowaru, przesłaniała jej oczy. Gdy rozmowa się
przerwała, słychać było tylko tyk zegara. Połaniecki, którego
interesowały młode kobiety, przypatrywał się pannie Pławickiej. Była to
osoba średniego wzrostu, dość wysmukła; włosy miała ciemne, twarz
łagodną, ale jakby zgaszoną, płeć nieco opaloną od słońca, oczy
niebieskie i prześliczne usta. W ogóle była to twarz kobiety spokojnej i delikatnej. Połaniecki, któremu nie wydała się brzydka, ale też nie
wydała się piękna, myślał jednak, że jest dość miła, że może być dobra i że pod tą powierzchownością niezbyt świetną może posiadać mnóstwo tych
rozmaitych przymiotów, które posiadają zwykle wiejskie panny. Jakkolwiek
był młody, życie nauczyło go jednej prawdy, że kobiety, przy bliższym
poznaniu, w ogóle zyskują, mężczyźni w ogóle tracą. Słyszał także o pannie Pławickiej, że całe gospodarstwo w Krzemieniu, prawie zresztą
zrujnowane, polega na jej głowie, i że to jest jedna z najbardziej
zapracowanych istot na świecie. Otóż w stosunku do tych kłopotów, które
musiały ją obarczać, wydała mu się spokojną i pogodną. Prócz tego
pomyślał, że zapewne jej się spać chce. Widać to było nawet po jej
oczach, mrużących się mimo woli pod światłem wiszącej lampy.
Egzamin byłby wypadł w ogóle na jej korzyść, gdyby nie to, że rozmowa z nią szła trochę trudno. Ale tłumaczyło się to tym, że się widzieli po
raz pierwszy w życiu. Przyjmowała go przy tym sama, co dla młodej panny
mogło być kłopotliwe. Na koniec wiedziała, że Połaniecki przyjechał do
nich nie w odwiedziny, ale po pieniądze. Tak było w istocie. Matka jego
oddała przed bardzo dawnym czasem dwadzieścia kilka tysięcy rubli na
hipotekę Krzemienia, które Połaniecki chciał teraz odebrać, raz dlatego,
że zalegano bardzo z procentami, a powtóre, że, będąc wspólnikiem domu
handlowego w Warszawie, wszedł w rozmaite interesy i potrzebował
kapitału. Z góry też obiecał sobie nie czynić żadnych ustępstw i swoje
koniecznie odzyskać. W tego rodzaju sprawach chodziło mu zawsze o to, by
okazać się człowiekiem nieugiętym. Nie był on nim może z natury, ale
uczynił sobie z nieugiętości zasadę, a zarazem sprawę miłości własnej.
Skutkiem tego często przesadzał, jak czynią zawsze ludzie, którzy coś w siebie wmawiają.
I teraz więc, patrząc na tę pannę miłą, ale widocznie senną, powtarzał
sobie wbrew współczuciu, które się w nim budziło:
- Wszystko to dobrze, ale musicie zapłacić.
Po chwili rzekł:
- Słyszałem, że pani wszystkim się tu zajmuje: czy pani lubi
gospodarstwo?
- Lubię bardzo Krzemień - odpowiedziała.
- I ja lubiłem Krzemień, gdy byłem chłopcem. Ale gospodarzyć bym w nim
nie chciał... Takie trudne warunki...
- Trudne, trudne... Robimy też, co w naszej mocy.
- To jest, pani robi, co w pani mocy.
- Pomagam ojcu, który często jest cierpiący.
- Ja się na tych rzeczach nie znam, ale z tego, co widzę i słyszę,
wnoszę, że większa część rolników nie może liczyć na przyszłość.
- Liczymy na Opatrzność...
- To wolno, ale wierzycieli nie można do niej odsyłać.
Twarz panny Pławickiej pokryła się rumieńcem - i nastała chwila
kłopotliwego milczenia.
A Połaniecki powiedział sobie:
- Skoroś zaczął, to idź dalej.
I rzekł:
- Pani pozwoli sobie wyjaśnić cel mego przybycia.
Panna spojrzała na niego wzrokiem, w którym Połaniecki mógł wyczytać:
"Dopieroś przyjechał, godzina jest późna, ja ledwie żyję ze zmęczenia -
że też najprostsza delikatność nie wstrzymała cię od rozpoczęcia takiej
rozmowy".
Głośno zaś odrzekła:
- Ja wiem, dlaczego pan przyjechał, ale może będzie lepiej, gdy pan z ojcem o tym pomówi.
- Dobrze; przepraszam panią - odrzekł Połaniecki.
- To ja przepraszam pana. Ludzie mają prawo dopominać się o swoje i ja
jestem do tego przyzwyczajona. Ale dziś jest sobota; w sobotę ma się
tyle roboty. Zresztą w tego rodzaju sprawach, pojmuje pan... Czasem, gdy
przyjeżdżają żydzi, układam się sama... Ale tym razem wolałabym, żeby
pan mówił z papą. Będzie nam obojgu łatwiej.
- Więc do jutra - rzekł Połaniecki, któremu zabrakło odwagi do
powiedzenia, że w sprawach pieniężnych chce być traktowany, jak żyd.
- Może pan pozwoli jeszcze herbaty?
- Nie; dziękuję. Dobranoc pani.
I, wstawszy, wyciągnął rękę; panna zaś podała mu swoją daleko mniej
serdecznie, niż na powitanie, tak, że dotknął zaledwie końców jej
palców.
Odchodząc, rzekła:
- Służący wskaże panu pokój...
I Połaniecki został sam. Czuł pewien niesmak i był niezadowolony z siebie, choć nie chciał wewnętrznie tego przyznać. Począł nawet wmawiać
w siebie, że dobrze zrobił, gdyż przyjechał tu nie dla prawienia
grzeczności, ale po pieniądze. Co mu panna Pławicka? Ani go grzeje, ani
ziębi. Jeśli go będzie miała za gbura, to tym lepiej, bo zwykle tak się
dzieje, że im wierzyciel jest bardziej przykry, tym się go starają
spłacić prędzej.
Ale niesmak silniejszy był od tego rozumowania, albowiem jakiś głos
szeptał Połanieckiemu, że tym razem nie chodziło tylko o dobre
wychowanie, ale trochę o litość nad zmęczoną kobietą. Odczuwał przy tym,
że, postępując tak obcesowo, czyni zadość swej pozie, nie swemu sercu,
ani swym wrodzonym instynktom. Był zły także i na pannę Pławicką, tym
bardziej, że mu się podobała. Jak w tej uśpionej wiosce, jak w tej nocy
księżycowej, tak i w tej pannie znalazł coś swojskiego, czego na próżno
szukał w kobietach zagranicznych, a co wzruszało go więcej, niż się
spodziewał. Ale ludzie wstydzą się często uczuć bardzo dobrych.
Połaniecki wstydził się często wzruszeń, więc postanowił być
nieubłaganym i przycisnąć nazajutrz starego Pławickiego z pominięciem
wszelkich względów.
Tymczasem chłopak zaprowadził go do sypialni. Połaniecki odprawił go
zaraz i został sam. Był to ten sam pokój, który mu dawano, gdy za życia
pierwszej żony pana Pławickiego przyjeżdżał do nich z matką. Więc
wspomnienia opadły go znowu. Okna wychodziły na ogród, za którym był
staw; w wodzie przeglądał się księżyc - i staw widać było lepiej, niż za
dawnych czasów, bo wówczas przesłaniał go wielki stary jesion, który
musiała złamać burza, gdyż w tym miejscu sterczał tylko pień ze świeżym
odłamaniem na wierzchu. Światło księżyca zdawało się zbierać na tym
odłamaniu, które też błyszczało bardzo mocno. Wszystko to razem czyniło
wrażenie ogromnego spokoju. Połaniecki, który żył w mieście wśród zajęć
handlowych, zatem w ustawicznym natężeniu władz umysłowych i fizycznych,
a zarazem w ustawicznym niepokoju, mimo woli odczuwał ten nastrój
otaczającej go wsi, tak, jak się odczuwa ciepłą kąpiel po wielkim
trudzie. Wnikała w niego ulga. Próbował myśleć o swoich sprawach, o tym,
jak się one obrócą, czy dadzą straty, czy zyski, wreszcie o swoim
wspólniku Bigielu, i o tym, jak on załatwi rozmaite interesy podczas
jego niebytności - ale nie mógł. Natomiast zaczął myśleć o pannie
Pławickiej. Osoba jej, jakkolwiek uczyniła na nim dobre wrażenie, była
mu obojętną, choćby dlatego, że dopiero co ją poznał. Ale zajęła go,
jako typ. Miał lat trzydzieści kilka, był zatem w wieku, w którym
instynkt z siłą niemal nieubłaganą popycha mężczyznę do założenia
ogniska domowego, pojęcia żony i stworzenia rodziny. Największy pesymizm
jest bezsilny wobec tego instynktu; nie broni od niego ani artyzm, ani
żadne zadania życiowe. Skutkiem tego żenią się mizantropi, pomimo swej
filozofii, artyści, pomimo sztuki, jak również wszyscy tacy ludzie,
którzy twierdzą, że swoim celom oddają nie pół, ale całą duszę. Wyjątki
potwierdzają zasadę, że ogół nie może żyć konwencjonalnym kłamstwem i płynąć przeciw prądom natury. Po większej części nie żenią się tylko ci,
którym do małżeństwa stanęła na przeszkodzie ta sama siła, która
małżeństwa tworzy, to jest ci, których miłość zawiodła. Stąd
starokawalerstwo, jeśli nie zawsze to najczęściej, jest ukrytą tragedią.
Połaniecki nie był ani mizantropem, ani też człowiekiem, wygłaszającym
przeciwne małżeństwu teorie. Przeciwnie: chciał się ożenić i był
przekonany, że powinien to uczynić. Czuł, że przyszedł na niego czas,
więc szukał naokół siebie kobiety. Z tego wypływało to ogromne zajęcie,
jakie budziły w nim kobiety, a zwłaszcza panny. Jakkolwiek spędził kilka
lat we Francji i w Belgii, nie szukał miłości u mężatek, chyba u nazbyt
łatwych. Był to człowiek żywy i czynny, który utrzymywał, że romansować
z mężatkami mogą tylko próżniacy, i że w ogóle obleganie cudzych żon
jest możliwe tam, gdzie ludzie mają bardzo wiele pieniędzy, mało
uczciwości, a nic do roboty, zatem w społeczeństwach, gdzie istnieje
cała klasa od dawna zbogacona i pogrążona w wytwornej bezczynności
towarzyskiego a zarazem i szelmowskiego życia. On sam był istotnie
bardzo zajęty, że zaś kochać chciał po to, by się ożenić, więc tylko
panny budziły w nim zarówno psychiczne, jak i fizyczne zaciekawienie.
Gdy spotykał jaką na swej drodze, przede wszystkim i od pierwszej chwili
zadawał sobie pytanie: "Czyby nie ta?" - albo przynajmniej: "Czyby nie
taka?". Obecnie myśli jego kręciły się w podobny sposób koło panny
Pławickiej. Poprzednio słyszał o niej wiele od jej krewnej, zamieszkałej
w Warszawie - i słyszał rzeczy dobre, a nawet wzruszające. Obecnie jej
cicha, łagodna twarz stawała mu przed oczyma. Przypomniał sobie jej
ręce, bardzo ładne, o długich palcach, choć nieco opalone; jej
ciemnoniebieskie oczy, oraz małe, czarne znamię, które miała nad ustami.
Podobał mu się także jej głos. Przy tym, jakkolwiek powtarzał sobie
przyrzeczenie, że nie poczyni żadnych ustępstw i musi swoje odebrać,
jednakże zły był na los, który przyprowadził go do Krzemienia, jako
wierzyciela. Mówiąc do siebie językiem kupieckim, powtarzał w duchu:
gatunek jest dobry - ale nie będę "reflektował" - bom nie po to
przyjechał.
Jednakże "reflektował" i to tak dalece, że rozebrawszy się i położywszy,
długi czas nie mógł zasnąć. Koguty poczęły piać, szyby blednieć i zielenieć, on zaś widział jeszcze pod zamkniętymi powiekami pogodne
czoło panny Pławickiej, jej znamię nad ustami i ręce, nalewające
herbatę. Potem, gdy już sen począł go morzyć, zdawało mu się, że trzyma
te ręce w swoich i przyciąga je ku sobie. Nazajutrz zbudził się późno i,
przypomniawszy sobie pannę Pławicką, pomyślał: "Aha! to ona tak
wygląda!".
Rozdział II
II
Właściwie zbudził go chłopak, który przyniósł mu kawę i wziął do
czyszczenia rzeczy. Gdy z niemi powrócił, Połaniecki spytał go, czy nie
ma w domu zwyczaju schodzić się w jadalnym pokoju na śniadanie.
- Nie - odpowiedział chłopak - bo panienka rano wstaje, a starszy pan
śpi do późna.
- A panienka wstała?
- Panienka w kościele.
- Prawda: dziś niedziela. A panienka nie jeździ ze starszym panem?
- Nie; starszy pan jeździ na sumę, a potem idzie do kanonika, więc
panienka woli jeździć na ranną mszę.
- Co państwo w niedzielę porabiają?
- Siedzą w domu. Na obiad przyjeżdża pan Gątowski.
Tego Gątowskiego Połaniecki znał małym chłopcem. Za owych czasów
przezywał go "niedźwiadkiem", był to bowiem chłopak tłusty, niezgrabny i mrukliwy. Służący objaśnił, że ojciec pana Gątowskiego umarł od lat
sześciu i młody sam gospodarzy w sąsiednim Jałbrzykowie.
- I przyjeżdża tu co niedziela? - spytał Połaniecki.
- Czasem i w powszedni dzień wieczorem.
- Konkurent! - pomyślał Połaniecki.
Po chwili spytał:
- Starszy pan wstał już?
- Musiał pan dzwonić, bo Józef poszedł do pana.
- Jaki Józef?
- Kamerdyner.
- A ty czym jesteś?
- Ja jemu do pomocy.
- Idźże się spytać, kiedy można będzie widzieć się z panem.
Chłopak wyszedł i po chwili wrócił.
- Starszy pan kazał powiedzieć, że jak się ubierze, to poprosi.
- Dobrze.
Chłopak wyszedł; Połaniecki został sam i czekał, a raczej nudził się
dość długo. Wreszcie zaczęło mu braknąć cierpliwości i chciał już wyjść
do ogrodu, gdy ów Józef przyszedł mu oznajmić, że starszy pan prosi.
I przez sień poprowadził go do pokoju, leżącego z drugiej strony domu.
Połaniecki wszedł i w pierwszej minucie nie poznał pana Pławickiego.
Pamiętał go mężczyzną w sile wieku i nader pięknym, obecnie stał przed
nim człowiek stary, z twarzą pomarszczoną, jak pieczone jabłko, której
małe, uczernione wąsiki próżno usiłowały nadać pozór młodości. Tak one,
jak również czarna, zaczesana z boku czupryna, oznaczały tylko
niewygasłe dotąd pretensje.
Lecz pan Pławicki otworzył ramiona:
- Stach! Jak się masz, drogi chłopcze! Chodź tu!
I, wskazawszy na swą białą kamizelkę, objął głowę Połanieckiego i przycisnął ją do piersi, która poruszała się szybkim oddechem.
Uścisk trwał przez czas długi, a nawet dla Połanieckiego mocno za długi;
wreszcie pan Pławicki rzekł:
- Niechże ci się przypatrzę. Wykapana Anna, wykapana Anna! Moja biedna,
kochana Anna!
I pan Pławicki zaszlochał, następnie otarł serdecznym palcem prawą
powiekę, na której zresztą nie było łzy - i powtórzył:
- Wykapana Anna!... Twoja matka była zawsze dla mnie najlepszą i najżyczliwszą krewną.
Połaniecki stał przed nim zmieszany, oraz nieco odurzony i przyjęciem,
jakiego się nie spodziewał, i zapachem fiksatuaru, pudru i różnych
perfum, którymi pachniały twarz, wąsy i kamizelka pana Pławickiego.
- Jak się wujaszek ma? - spytał wreszcie, sądząc, że ten tytuł, jaki
zresztą dawał w latach dziecinnych panu Pławickiemu, będzie najlepiej
odpowiadał uroczystemu nastrojowi przyjęcia.
- Jak się mam? - powtórzył pan Pławicki - nie długo mi już! nie długo!
Ale właśnie dlatego witam cię tym serdeczniej w moim domu... po
ojcowsku!... I jeśli błogosławieństwo człowieka, stojącego nad grobem, a zarazem najstarszego członka rodziny, ma w twoich oczach jaką cenę, to
ci je daję.
I, chwyciwszy powtórnie za głowę Połanieckiego, ucałował ją i przeżegnał. Młody człowiek zmieszał się jeszcze bardziej i na twarzy
jego odbił się przymus. Matka jego była krewną i przyjaciółką pierwszej
żony pana Pławickiego. Z nim samym nie łączyły jej nigdy, o ile
pamiętał, serdeczniejsze stosunki, więc ta uroczystość przyjęcia, do
której jednak mimo woli musiał się dostrajać, była mu ogromnie przykra.
Sam Połaniecki nie miał najmniejszych uczuć rodzinnych dla pana
Pławickiego, więc myślał w duchu: "Ta małpa błogosławi mnie, zamiast
gadać o pieniądzach" - i chwyciła go pewna złość, która mogła mu być
pomocną do postawienia jasno rzeczy. Tymczasem pan Pławicki rzekł:
- Siadaj teraz, drogi chłopcze, i bądź, jak u siebie.
Połaniecki siadł i zaczął mówić:
- Kochany wuju, bardzo mi jest przyjemnie wuja odwiedzić; byłbym to
pewnie zrobił, nawet nie mając interesu, ale wuj wie, że przyjechałem
także w tej sprawie, którą moja matka...
Tu pan Pławicki położył mu nagle rękę na kolanie:
- A kawę piłeś? - spytał.
- Piłem - odpowiedział zbity z tropu Połaniecki.
- Bo to Marynia rano wyjeżdża do kościoła. Przepraszam cię także, żem ci
nie odstąpił mego pokoju, ale ja, stary, przyzwyczaiłem się tu spać. To
moje gniazdo...
To rzekłszy, okrągłym ruchem ręki wskazał na pokój.
Połaniecki powiódł mimo woli oczyma za ruchem ręki. Niegdyś ten pokój
był dla niego ustawiczną pokusą, wisiała w nim bowiem broń pana
Pławickiego. Od dawnych czasów zmieniło się w nim tylko obicie, które
teraz było różowe, przedstawiające w nieskończonej ilości kwadratów
młode pasterki, ubrane a la Watteau i łowiące ryby na wędkę. W oknie
stała tualeta, biało nakryta, z lustrem w srebrnych ramach, zastawiona
mnóstwem słoików, pudełek, flaszeczek, szczotek, grzebieni, pilniczków
do paznokci i t. d. Obok, w kącie, fajczarnia - z bursztynowymi głowami
cybuchów; na ścianie, nad kanapką, dzicza głowa, pod nią dwie
dubeltówki, torba, trąbki, i w ogóle przybory myśliwskie; w głębi stół z papierami, dębowe półeczki z pewną ilością książek, wszędy pełno gratów,
mniej więcej potrzebnych i ładnych, zwiastujących jednak, że mieszkaniec
tego pokoju jest osią, naokoło której obraca się wszystko w domu, i że
sam o siebie dba wielce. Jednym słowem, był to pokój starego kawalera i egoisty, pełnego drobiazgowej troskliwości o swą wygodę i pełnego
pretensji. Połaniecki nie potrzebował też wiele domyślności, by
odgadnąć, że pan Pławicki za nic i dla nikogo nie odstąpiłby swego
pokoju.
Lecz gościnny gospodarz pytał dalej:
- Było ci tam dosyć wygodnie? Jak spędziłeś noc?
- Dziękuję; doskonale: wstałem późno.
- Z tydzień jaki przecie u mnie zabawisz.
Połaniecki, który był bardzo żywy, podskoczył na krześle.
- Chyba wuj wie, że ja mam interesy w Warszawie i wspólnika, który sam
jeden pilnuje teraz całej roboty. Dlatego muszę wyjechać jak
najwcześniej i pragnąłbym dziś jeszcze załatwić sprawę, dla której
przyjechałem.
Na to pan Pławicki odezwał się z pewną serdeczną powagą:
- Nie, mój chłopcze. Dziś jest niedziela, a oprócz tego uczucia rodzinne
powinny iść przed interesami. Dziś witam cię i przyjmuję, jako krewnego
- jutro, jeśli chcesz, wystąpisz jako wierzyciel. Tak jest. Dziś
przyjechał do mnie mój Stach, syn mojej Anny! Do jutra! Tak być powinno,
Stachu. Mówi ci starszy krewny, który cię kocha i dla którego powinieneś
to zrobić...
Połaniecki zmarszczył się nieco, ale po chwili odrzekł:
- Niechże będzie do jutra.
- Teraz przemówiła przez ciebie Anna... Czy palisz fajkę?
- Nie. Palę tylko papierosy.
- Wierzaj mi, że źle robisz. Ale mam dla gości i papierosy.
Dalszą rozmowę przerwał turkot powozu przed gankiem.
- To Marynia przyjechała z rannej mszy - rzekł pan Pławicki.
Połaniecki, spojrzawszy w okno, dojrzał różową panienkę w słomianym
kapeluszu, wysiadającą z powoziku.
- Poznałeś Marynię? - spytał pan Pławicki.
- Miałem przyjemność - wczoraj.
- Drogie dziecko. Nie potrzebuję ci mówić, że żyję tylko dla niej...
W tej chwili uchyliły się drzwi i młody głos spytał:
- Można?
- Można, można: jest tu Stach! - odpowiedział pan Pławicki.
Marynia weszła szybko z kapeluszem, przewieszonym na wstążkach przez
ramię, i uściskawszy ojca, podała rękę Połanieckiemu. W różowej,
perkalowej sukni wyglądała nadzwyczaj zgrabna i ładna. Było coś w niej z nastroju niedzielnego, a przy tym z rzeźwości poranku, który był pogodny
i jasny. Włosy miała nieco roztargane przez kapelusz, policzki
zarumienione - młodość biła od niej. Połanieckiemu wydała się dziś i weselsza, i ładniejsza, niż była wczoraj.
- Suma będzie dziś trochę później - rzekła do ojca - bo kanonik zaraz po
rannej mszy pojechał do młyna dysponować Siatkowską. Ona bardzo źle. Ma
papa jeszcze z pół godziny czasu.
- Dobrze - odrzekł Pławicki - przez ten czas poznacie się bliżej ze
Stachem Połanieckim. Mówię ci, wykapana Anna! Ale tyś jej nigdy nie
widziała. Pamiętaj też Maryniu, że on jutro, jeśli zechce, będzie naszym
wierzycielem, ale dziś, to tylko krewny i gość.
- Dobrze - odpowiedziała panna - będziemy mieli wesołą niedzielę.
- Pani tak późno poszła spać wczoraj - rzekł Połaniecki - a dziś była na
rannej mszy.
A ona odrzekła wesoło:
- Na rannej mszy bywam ja i kucharz, żebyśmy mieli czas potem pomyśleć o obiedzie.
- Zapomniałem wczoraj powiedzieć - rzekł Połaniecki - że przywożę pani
ukłony od pani Emilii Chwastowskiej.
- Nie widziałam Emilki już półtora roku, ale pisujemy do siebie dość
często. Ona ma wyjechać do Reichenhall, dla swojej małej.
- Była na wyjezdnym.
- A mała jak się ma?
- Na swoje dwanaście lat wyrosła nad miarę i bardzo anemiczna. Nie zdaje
się, żeby była bardzo zdrowa.
- Pan często bywa u Emilki?
- Dosyć. To prawie jedyna moja znajomość w Warszawie. I przy tym bardzo
lubię panią Emilię.
- Powiedz mi, mój chłopcze - spytał pan Pławicki, biorąc ze stołu parę
świeżych rękawiczek i wkładając je do kieszeni na piersiach - czym ty
się właściwie zajmujesz w Warszawie?
- Ja jestem tym, co nazywają "aferzysta". Mam dom komisowo-handlowy na
spółkę z niejakim Bigielem. Spekuluję na zbożu, na cukrze, czasem na
lasach i na czym się da.
- Bo ja słyszałem, że ty jesteś inżynier?
- Jestem technik. Ale nie mogłem po powrocie znaleźć zajęcia przy żadnej
fabryce i puściłem się na handel, tym bardziej, że miałem i o tym jakie
takie pojęcie i że we współce byłem już od lat czterech, choć interesy
prowadził sam Bigiel. Ale właściwym moim zawodem jest farbiarstwo.
- Jak powiadasz? - spytał pan Pławicki.
- Farbiarstwo.
- Teraz takie czasy, że trzeba się do wszystkiego brać - rzekł z godnością pan Pławicki. - Nie ja ci to będę brał za złe. Byle zachować
dawne uczciwe tradycje rodzinne - żadne zajęcie nie hańbi człowieka.
A Połaniecki, któremu na widok panny powrócił dobry humor i którego
rozbawiła nagle grandezza pana Pławickiego, pokazał swoje zdrowe zęby
w uśmiechu i odpowiedział:
- To chwała Bogu.
Panna Marynia uśmiechnęła się również i rzekła:
- Emilka, która także pana bardzo lubi, pisała mi kiedyś, że pan
doskonale prowadzi swoje interesy.
- Bo tu tylko z żydami trudno, a zresztą konkurencja łatwa. Ale i z żydami, byle nie wydawać manifestów antysemickich i spokojnie swoje
robić, można trafić też do ładu. Co do pani Emilii jednak, ona się tyle
zna na interesach, ile jej mała Litka.
- Tak, ona nigdy nie była praktyczna. Żeby nie brat męża, pan Teofil
Chwastowski, byłaby straciła cały majątek. Ale pan Teofil bardzo
Litkękocha.
- Kto Litki nie kocha? Ja pierwszy przepadam za nią. To takie dziwne
dziecko i takie kochane. Mówię pani, że mam do niej zupełną słabość.
A panna Marynia spojrzała uważniej na jego szczerą, żywą twarz i pomyślała:
- Musi być trochę raptus, ale ma dobre serce.
Pan Pławicki zauważył tymczasem, że czas na sumę i począł się żegnać z panną Marynią tak, jakby wyjeżdżał w kilkumiesięczną podróż, następnie
uczynił jej na głowie znak krzyża i wziął kapelusz. Panienka uścisnęła
rękę Połanieckiego żywiej, niż przy porannym powitaniu, ten zaś,
siadając do powoziku, powtarzał sobie w duchu:
- O, mocno ładna! mocno sympatyczna!...
Za aleją, którą Połaniecki przyjechał dnia wczorajszego, powozik
wytoczył się na drogę, gdzieniegdzie tylko wysadzoną starymi i popróchniałymi brzozami, stojącymi w nierównych odstępach. Po jednej
stronie ciągnęło się pole kartoflane, po drugiej jeden ogromny łan żyta,
z ociężałymi już i pochylonymi kłosami, który zdawał się spać w spokojnym powietrzu i w pełnym świetle słonecznym. Między brzozami
przelatywały przed powozem sroki i dudki. W dali widać było, idące
ścieżkami przez płową toń zbóż i zanurzone w niej po pachy, dziewki
wiejskie, w czerwonych chustkach na głowie, podobne do kwitnących maków.
- Dobre żyto - rzekł Połaniecki.
- Niezłe. Robi się, co w ludzkich siłach, a co Bóg da, to da. Jesteś
młody, mój drogi, więc dam ci jedną przestrogę, która ci się w przyszłości przyda. Zrób zawsze, co do ciebie należy, a resztę zdaj na
Pana Boga. On najlepiej wie, czego nam potrzeba. Urodzaj tego roku
będzie dobry - i wiedziałem to z góry, bo jak mnie ma Bóg czym dotknąć,
to mi zsyła znak.
- Co takiego? - spytał ze zdziwieniem Połaniecki.
- Za fajczarnią - nie wiem, czy uważałeś, gdzie ona stoi - ile razy ma
być coś złego, tyle razy pokazuje mi się mysz przez kilka dni z rzędu.
- Musi być dziura w podłodze.
- Nie ma dziury - rzekł, przymykając oczy i potrząsając tajemniczo
głową, pan Pławicki.
- A żeby kota sprowadzić?
- Nie sprowadzę, bo jeśli taka jest wola Boża, żeby ta mysz była dla
mnie znakiem i ostrzeżeniem, to nie chcę iść przeciw tej woli. Otóż tego
roku nic mi się nie pokazało. Mówiłem to Maryni... Może Bóg zechce w jakikolwiek sposób okazać, że czuwa nad naszą rodziną. Słuchaj, mój
drogi: wiem, że ludzie gadają, że jesteśmy zrujnowani, a przynajmniej w bardzo złych interesach. Otóż sam osądź: Krzemień, wraz ze Skokami, z Magierówką i Suchocinem, ma około dwustu pięćdziesięciu włók. Jest tam
około sześćdziesięciu tysięcy rubli Towarzystwa - i nic więcej, i około
stu tysięcy długów hipotecznych, wraz z twoją sumą. Więc mamy już sto
sześćdziesiąt tysięcy. Liczmy teraz tylko po trzy tysiące rubli za
włókę, to uczyni siedmset pięćdziesiąt tysięcy - razem: dziewięćset
dziesięć tysięcy...
- Jak to? - przerwał ze zdumieniem Połaniecki - to wuj liczysz długi do
swego majątku?
- Żeby majątek był nic nie wart, toby mi nikt grosza na niego nie dał,
więc muszę doliczyć dług do wartości majątku...
A Połaniecki pomyślał: "Wariat, z którym nie ma co gadać" - i słuchał
dalej w milczeniu.
Pan Pławicki zaś mówił:
- Magierówkę chcę rozparcelować. Młyn sprzedam, a w Skokach i Suchocinie
mam margiel - i wiesz, na ile go obliczyłem? Na dwa miliony rubli.
- Ma wuj kupca?
- Dwa lata temu przyjechał tu niejaki Schaum i rozpatrywał pola.
Wprawdzie pojechał, nic nie wspominając o interesie, ale jestem pewny,
że wróci. Inaczej, byłaby mi się pokazała mysz za fajczarnią...
- Ha! niechże wraca.
- Wiesz, co mi także przychodzi do głowy. Skoro jesteś "aferzystą", weź
ty się do tego interesu. Znajdź sobie tylko wspólników.
- To za gruba dla mnie sprawa.
- Więc znajdź mi kupca: dam ci dziesięć procent od zysków.
- Co panna Maria myśli o tym marglu?
- Marynia, jak to Marynia. Złote dziecko, ale dziecko! I ona jednak
wierzy, że Opatrzność czuwa nad naszą rodziną.
- Słyszałem to od niej wczoraj.
Tymczasem zaczęli się zbliżać do Wątorów i do leżącego na wzgórzu wśród
lip kościoła. Pod wzgórzem stało kilkanaście chłopskich drabiniastych
wózków, oraz kilka bryczek i powozików.
Pan Pławicki przeżegnał się.
- To nasz kościółek, który musisz pamiętać. Wszyscy Pławiccy tu leżą i ja wkrótce będę leżał. Nigdzie nie modlę się lepiej, jak tu.
- Widzę, że będzie sporo ludzi - rzekł Połaniecki.
- Jest bryczka Gątowskiego, kocz Zazimskich, powozik Jamiszów i kilka
innych. Jamiszów musisz także pamiętać. Ona niepospolita kobieta, on,
niby wielki agronom i radca, ale safanduła, który nie rozumiał jej
nigdy.
W tej chwili poczęto dzwonić na wieżyczce kościelnej.
- Spostrzegli nas i dzwonią - rzekł pan Pławicki - suma zaraz wyjdzie...
Zaprowadzę cię po mszy na grób mojej pierwszej żony; pomódl się za nią,
bo to przecie twoja ciotka... Zacna była kobieta, świeć jej Panie!
Tu pan Pławicki podniósł znów palec, by obetrzeć prawe oko, Połaniecki
zaś spytał, chcąc zmienić nastrój rozmowy:
- A pani Jamiszowa była kiedyś bardzo piękna? Czy to ta sama?
Twarz pana Pławickiego rozjaśniła się nagle. Na chwilę wysunął koniec
języka z uczernionych wąsików, następnie zaczął klepać Połanieckiego po
łydce i rzekł:
- Warta jeszcze grzechu, warta, warta!...
Tymczasem zajechali i, obszedłszy kościół, weszli bokiem do zakrystii,
nie chcąc przeciskać się przez tłum. Panie siedziały w bocznych ławkach,
tuż przed stallami. Pan Pławicki zajął ławkę kollatorską, w której byli
tylko państwo Jamiszowie: on, człowiek, wyglądający bardzo staro, z twarzą inteligentną i zgnębioną, ona, kobieta dobrze pod sześćdziesiąt,
ubrana niemal tak, jak panna Marynia, to jest w suknię perkalową i słomiany kapelusz. Pełne grzeczności ukłony, jakie jej począł składać
pan Pławicki, i uprzejmy uśmiech, z jakim mu je oddawała, wskazywały, że
panują między nimi bliskie i oparte na wzajemnej adoracji stosunki. Po
chwili pani, podniósłszy lornetkę do oczu, zaczęła przyglądać się
Połanieckiemu, nie rozumiejąc widocznie, kto mógł panu Pławickiemu
towarzyszyć. W tylnej ławce za nimi, jeden z sąsiadów, korzystając z tego, że msza jeszcze nie rozpoczęta, kończył jakieś opowiadanie o polowaniu, powtórzył bowiem kilkakrotnie drugiemu sąsiadowi: "Moje psy
dobrze gonią..."; potem obaj przerwali tę rozmowę i zaczęli obmawiać
Pławickiego i panią Jamiszową tak głośno, że każde słowo dochodziło do
uszu Połanieckiego.
Potem wyszedł ksiądz ze mszą. Na widok tej mszy i tego kościółka pamięć
Połanieckiego znów wróciła do lat dziecinnych, gdy bywał tu z matką.
Mimo woli rodziło się w nim zdziwienie, jak dalece na wsi nic się nie
zmienia, prócz ludzi. Jednych składają na księżej grudzi, drudzy się
rodzą, ale nowe życie podstawia się w dawne formy, i kto przyjeżdża po
długiej niebytności, z daleka, temu się zdaje, że to wszystko, co
poprzednio widział, było wczoraj. Kościół był ten sam; nawa była równie
pełna płowych głów chłopskich, szarych sukman, czerwonych i żółtych
chustek, oraz kwiatów na głowach dziewek; tak samo pachniało kadzidłem,
świeżym tatarakiem i wyziewami ludzkimi. Za jednym z okien rosła ta sama
brzoza, której cienkie gałązki wiatr, gdy się podniósł, rzucał na okno
i, przesłaniając je, napełniał kościół zielonawym światłem; tylko ludzie
byli nie ci sami: część tamtych rozsypywała się sobie spokojnie w proch,
lub wydostawała się trawą z pod ziemi; ci zaś, którzy zostali jeszcze,
byli jacyś pochyleni, zgarbieni, mniejsi, jakby powoli zasuwali się pod
ziemię. Połaniecki, który chlubił się tym, że unika wszelkich zagadnień
ogólnych, a który w gruncie rzeczy, mając jakby nie wyłonioną jeszcze
dostatecznie z wszechbytu słowiańską głowę, zajmował się niemi mimo woli
ciągle, myślał teraz, że jednak jest okropna przepaść między tą wrodzoną
ludziom namiętnością życia, a koniecznością śmierci. Myślał także, że
może dlatego wszystkie systemy filozoficzne mijają, jak cienie, a msza
po staremu się odprawia, iż ona jedna obiecuje dalszy i nieprzerwany
ciąg.
Sam, wychowany za granicą, nie bardzo weń wierzył, przynajmniej nie był
go pewny. Czuł on w sobie, jak wszyscy dzisiejsi, najnowsi ludzie,
niepohamowany wstręt do materializmu, ale wyjścia jeszcze nie znalazł, i co więcej, zdawało mu się, że go nie szuka. Był nieświadomym pesymistą,
jak ci, którzy szukają czegoś, czego nie mogą znaleźć. Odurzał się
zajęciami, do których przywykł, i tylko w chwilach wielkiego przypływu
owego pesymizmu pytał siebie: na co to wszystko? na co się zdało robić
majątek, pracować, żenić się, płodzić dzieci - skoro wszystko kończy się
przepaścią? Ale to było czasem i nie zmieniało się w stałą zasadę.
Ratowała go od niej młodość - nie pierwsza - ale też jeszcze nie
gasnąca, pewna tęgość duchowa i fizyczna, samozachowawczy instynkt,
przyzwyczajenie do pracy, żywość charakteru i wreszcie ta siła
elementarna, która popycha mężczyznę w objęcia kobiety. I teraz więc od
wspomnień dziecinnych, od myśli o śmierci, od zwątpienia o celowości
małżeństwa, przeszedł do myśli właśnie o tym, że tego, co w nim jest
lepsze, nie ma komu oddać, a dalej przeszedł do panny Maryni Pławickiej,
której perkalowa suknia, pokrywająca młode i wysmukłe ciało, nie
schodziła mu z oczu. Przypomniał sobie, że gdy wyjeżdżał, pani Emilia
Chwastowska, wielka przyjaciółka jego i panny Maryni, powiedziała mu,
śmiejąc się: "Jeśli pan, będąc w Krzemieniu, nie zakocha się w Maryni,
to zamknę przed panem drzwi". On jej odpowiedział z wielką fantazją, że
jedzie tylko wydusić pieniądze, nie zakochać się, ale to nie była
prawda. Gdyby w Krzemieniu nie było panny Pławickiej, byłby zapewne
dusił pana Pławickiego w dalszym ciągu listownie, albo sposobami
prawnymi. Myślał też o niej i o tym, jak ona wygląda, już w drodze, i był zły, że jedzie także po pieniądze. Wmawiając w siebie wielką
stanowczość w takich razach, postanowił przede wszystkim dochodzić swej
należności i raczej gotów był przesadzić, niż nie dosadzić w terminie.
Obiecywał to sobie, zwłaszcza pierwszego wieczora, gdyż Marynia,
jakkolwiek podobała mu się dosyć, nie uczyniła na nim tak wielkiego
wrażenia, jak myślał, a raczej uczyniła inne. Ale dzisiejszego rana
bardzo wpadła mu w oko. "Sama jest, jak ranek - mówił sobie - ładna, i wie, że ładna! Kobiety zawsze to wiedzą!".
To ostatnie odkrycie usposobiło go dość niecierpliwie, albowiem pragnął
wrócić jak najprędzej do Krzemienia, by dalej obserwować kobiety na tym
okazie, który w Krzemieniu mieszkał. Jakoż msza skończyła się niebawem,
pan Pławicki wyszedł zaraz po przeżegnaniu, miał bowiem jeszcze przed
sobą dwa obowiązki: pierwszy, pomodlenia się na grobach obu żon, które
leżały pod kościołem, drugi - odprowadzenia pani Jamiszowej do powozu;
że zaś żadnego nie chciał opuścić, więc musiał się liczyć z czasem.
Połaniecki wyszedł z nim razem, i wkrótce znaleźli się przed płytami
kamiennymi, wprawionymi tuż obok siebie w ścianę kościelną. Pan Pławicki
klęknął i modlił się przez chwilę w skupieniu, potem, wstawszy, obtarł
łzy, które naprawdę zawisły mu na rzęsach, a wreszcie, wziąwszy
Połanieckiego pod ramię, rzekł:
- Tak! straciłem obie - i żyć muszę.
Tymczasem przed kościelnymi drzwiami ukazała się pani Jamiszowa w towarzystwie męża, tych dwóch sąsiadów, którzy ją obmawiali przede mszą
i młodego pana Gątowskiego. Na jej widok pan Pławicki pochylił się do
ucha Połanieckiego i rzekł:
- Jak będzie wsiadała do powozu, uważ, jaką ma jeszcze nogę.
Po chwili złączyli się obaj z towarzystwem; rozpoczęły się ukłony i powitania. Pan Pławicki przedstawił Połanieckiego, potem, zwracając się
do pani Jamiszowej, dodał z uśmiechem człowieka, przekonanego, że mówi
coś, na co nie byle kto by się zdobył:
- Mój krewny, który przyjechał wujaszka uścisnąć i... przycisnąć...
- Pozwalamy tylko na pierwsze, inaczej będzie z nami sprawa - odrzekła
dama.
- Ale Krzemień, to twarda rzecz - mówił dalej Pławicki - połamie sobie
na nim zęby, choć młody.
Pani Jamiszowa przymknęła oczy.
- Ta łatwość - rzekła - z jaką pan tymi iskrami sypie... c'est inoui!
Jak dziś zdrowie pana?
- W tej chwili czuję się zdrów i młody.
- A Marynia?
- Była na rannej mszy. Czekamy państwa o piątej. Moja mała gosposia
łamie sobie tam główkę nad podwieczorkiem. Śliczny dzień...
- Więc przyjedziemy, jeśli moja newralgia mi pozwoli... i jeśli pan mąż
pozwoli.
- Sąsiedzie? jakże? - spytał pan Pławicki.
- Zawsze chętnie, owszem! - odpowiedział zgnębionym głosem sąsiad.
- Zatem, au revoir!
- Au revoir! odpowiedziała pani.
I, zwróciwszy się do Połanieckiego, wyciągnęła do niego rękę:
- Miło mi było poznać pana.
Pan Pławicki podał jej ramię i odprowadził do powoziku. Dwaj sąsiedzi
odjechali również, Połaniecki został przez chwilę sam z panem Gątowskim,
który przypatrywał mu się dość niechętnie. Połaniecki pamiętał go
niezgrabnym chłopakiem, teraz zaś z "niedźwiadka" wyrósł mężczyzna duży
i może przyciężki w ruchach, ale raczej przystojny, z bardzo pięknym,
jasnym wąsem. Połaniecki nie zaczynał z nim rozmowy, czekając, aż tamten
pierwszy się odezwie, lecz ów, zasadziwszy ręce w kieszenie, milczał
uparcie.
- Dawne maniery mu zostały - pomyślał Połaniecki.
I z kolei uczuł także niechęć do tego mruka.
Tymczasem pan Pławicki, wróciwszy od powozu Jamiszów, spytał naprzód
Połanieckiego: "Uważałeś"? - a potem rzekł:
- No, Gątosiu, pojedziesz swoją bryczką, bo w koczu tylko dwa miejsca.
- Pojadę bryką, bo wiozę psa dla panny Maryi - odpowiedział młody
człowiek.
I, skłoniwszy się, odszedł. Po chwili Pławicki i Połaniecki znaleźli się
na drodze do Krzemienia.
- Ten Gątowski, to też podobno jakiś powinowaty wuja? - spytał
Połaniecki.
- Dziewiąta woda po kisielu. Oni bardzo podupadli. Ten, Adolf, ma jeden
folwarczek i pustki w kieszeni.
- Ale w sercu pewnie nie pustki?
Pan Pławicki wydął usta:
- Tym gorzej dla niego, jeśli mu się coś marzy. Może on i dobry
człowiek, ale symplak. Ani to wychowania, ani wykształcenia, ani
majątku. Marynia lubi go - raczej: znosi.
- A, znosi?
- Widzisz, jest tak: ja poświęcam się dla niej i siedzę na wsi, ona
poświęca się dla mnie i siedzi na wsi. Tu są pustki; pani Jamiszowa jest
znacznie od niej starsza, młodzieży w ogóle nie ma, życie nudne, ale co
robić? Pamiętaj, mój chłopcze, że życie to szereg poświęceń. Trzeba tę
zasadę nosić w sercu i w głowie. Zwłaszcza ci, co należą do uczciwych i trochę widniejszych rodzin, nie powinni o niej zapominać. A Gątowski
bywa zawsze u nas w niedzielę na obiedzie - i dziś, jak słyszałeś,
wiezie psa.
Umilkli i jechali wolniej po piasku. Sroki przelatywały teraz przed nimi
z brzozy na brzozę w stronę Krzemienia. Za powozikiem jechał na bryczce
pan Gątowski, który, rozmyślając o Połanieckim, mówił sobie:
- Jeśli przyjechał ich gnębić, jako wierzyciel, nadkręcę mu karku, jeśli
jako konkurent - nadkręcę mu też.
Z dziecinnych lat miał on nieprzyjazne dla Połanieckiego uczucia.
Niegdyś spotykali się oni czasem i wówczas Połaniecki go wyśmiewał,
albo, jako starszy o parę lat, nawet bijał.
Wreszcie przyjechali i w pół godziny później znaleźli się wszyscy wraz z panną Marynią w jadalnym pokoju przy stole. Młody psiak, przywieziony
przez Gątowskiego, korzystając z przywileju gościa, kręcił się pod
stołem, a czasem wspinał się na kolana obecnych z wielkim zaufaniem i radością, objawianą za pomocą kiwania ogonem.
- To jest Gordon, seter - mówił Gątowski - on jest jeszcze głupi, ale to
mądre psy i przywiązują się okrutnie.
- Śliczny jest i bardzo panu wdzięczna - odpowiedziała panna Pławicka,
patrząc na lśniąco-czarną sierść i żółte piętna nad oczyma psa.
- Zanadto przyjemny - dodał pan Pławicki, pokrywając kolana serwetą.
- Do pola też takie lepsze od zwyczajnych ceterów.
- Pani i poluje? - spytał Połaniecki.
- Nie, nigdy nie miałam do tego ochoty. A pan?
- A ja czasem. Zresztą żyję w mieście.
- Dużo bywasz? - spytał pan Pławicki.
- Prawie nigdzie. U pani Emilii, u mojego wspólnika Bigiela, u Waskowskiego, który był niegdyś moim profesorem, a który teraz jest
dziwakiem - i oto wszystko. Oczywiście czasem chodzę do ludzi, gdy mam
do nich interesy.
- To źle, mój chłopcze. Młody człowiek powinien mieć i utrzymywać dobre
stosunki towarzyskie, zwłaszcza, gdy ma do nich prawo. Kto się
potrzebuje piąć, to co innego, ale ty, jako Połaniecki, możesz wszędzie
bywać. Ja ci to powiadam. Z Marynią wiecznie mam te same historię. Dwa
lata temu, gdy skończyła osiemnaście lat, zawiozłem ją w zimie do
Warszawy. Rozumiesz, że tego się darmo nie robi i że to wymagało pewnych
ofiar z mojej strony. No i cóż? Siedziała po całych dniach u pani Emilii
i czytawały książki. Dzikus mi się urodził i dzikus pozostanie: możecie
sobie podać ręce.
- Podajmy sobie ręce! - zawołał wesoło Połaniecki.
A ona odrzekła, śmiejąc się:
- Kiedy, sumiennie, nie mogę, bo to niezupełnie tak było: czytywałam
książki z Emilką, prawda, ale bywaliśmy z papą dużo i wytańczyłam się na
całe życie.
- Niech się pani nie zarzeka.
- Nie! ja się nie zarzekam, tylko nie tęsknię.
- To widocznie nie wywiozła pani wspomnień.
- Widocznie. Została mi tylko pamięć, ale to jest co innego.
- Tego ja, pani, nie rozumiem.
- Bo pamięć, to jest skład, w którym leży przeszłość, a wspomnienie ma
miejsce wówczas, gdy się do tego składu wchodzi, żeby coś wydobyć.
Tu panna Marynia przestraszyła się nieco własną odwagą, z jaką zapuściła
się w filozoficzny wywód nad różnicą pamięci i wspomnień, skutkiem czego
zaczerwieniła się dość mocno; Połaniecki zaś pomyślał:
- I niegłupia, i śliczna.
Głośno zaś rzekł:
- Mnie to do głowy nie przyszło, a to takie łatwe.
I objął ją oczyma, pełnymi sympatii. Była rzeczywiście bardzo ładna, bo
uśmiechnięta, nieco zmieszana pochwałą, a zarazem i uradowana nią
szczerze. Zarumieniła się jeszcze więcej, gdy śmiały młody człowiek
rzekł:
- Jutro, przed wyjazdem, poproszę o miejsce... choć w składzie.
Ale on mówił to tak wesoło, że nie można się było na niego gniewać, i że
panna Marynia odpowiedziała mu nie bez pewnej kokieterii:
- Dobrze, ale i ja wzajemnie...
- W takim razie musiałbym schodzić do składu tak często, że wolę od razu
w nim zamieszkać.
To wydało się pannie Pławickiej nieco za śmiałe na tak krótką znajomość,
ale tymczasem pan Pławicki ozwał się:
- Podoba mi się Połaniecki. Wolę go od Gątosia, który siedzi, jak mruk.
- Bo ja umiem mówić tylko o tym, co się da wziąć w rękę - odpowiedział z pewnym smutkiem młody człowiek.
- To weź w rękę widelec - i jedz.
Połaniecki uśmiechnął się, panna Marynia nie, gdyż żal jej się zrobiło
Gątowskiego, skutkiem czego skierowała rozmowę na rzeczy, które dadzą
się wziąć w rękę.
- Albo kokietka, albo ma dobre serce - pomyślał znów Połaniecki.
Lecz pan Pławicki, który widocznie przypomniał sobie ostatni pobyt
zimowy w Warszawie, spytał:
- Powiedz mi Stachu, ty znasz Bukackiego?
- Jakże. To przecie mój bliższy krewny, niż wuja.
- My z całym światem jesteśmy krewni - literalnie z całym światem.
Bukacki, to był najgorliwszy tancerz Maryni. Obtańcowywał ją na
wszystkich wieczorach.
Połaniecki zaczął się znowu śmiać.
- I za całą nagrodę poszedł do składu, w kurz. No, ale tego przynajmniej
odkurzać nie trzeba, bo taki koło siebie staranny, jak np. wujaszek. To
największy elegant w Warszawie. Co on porabia? Administruje świeżym
powietrzem, to się znaczy, że jak pogoda, wychodzi lub wyjeżdża na
spacer. Przy tym jest oryginał, który ma jakieś szczególne zakomórki w głowie. Ten człowiek podpatruje takie rozmaite rzeczy, którymi nikt inny
by się nie zajmował. Kiedyś, po jego powrocie z Wenecji, spotykam go i pytam, co tam widział, a on mi odpowiada: "Widziałem na Riva degli
Schiavoni, jak raz płynęło pół skorupki od jajka i pół cytryny: stykały
się, potrącały, oddalały, zbliżały, wreszcie - paf! pół cytryny wpadło w pół jajka i popłynęły razem. Patrz, co to znaczy harmonia!" Oto, czym
zajmuje się Bukacki, choć dużo umie i np. na sztuce zna się dobrze.
- A mówią o nim, że bardzo zdolny?
- Może, ale do niczego. Zjada chleb - i na tym koniec. Żeby przynajmniej
był przy tym wesoły, ale on jest w gruncie rzeczy melancholik.
Zapomniałem powiedzieć: i kocha się w pani Emilii.
- Emilka dużo przyjmuje? - spytała panna Marynia.
- Nie. Bywam ja, Waskowski, bywa Bukacki, no i jeszcze Maszko, adwokat,
ten, co to kupuje i sprzedaje majątki ziemskie.
- Ona pewnie i nie bardzo może przyjmować, bo dużo czasu musi poświęcać
Litce.
- Biedactwo drogie - rzekł Połaniecki - Pan Bóg by dał, żeby jej
przynajmniej pomógł ten Reichenhall!
I wesoła twarz jego pokryła się w jednej chwili prawdziwym smutkiem.
Teraz panna Marynia spojrzała na niego oczyma, pełnymi sympatii - i z kolei pomyślała po raz drugi:
- On jednak musi być naprawdę dobry.
A pan Pławicki zaczął mówić, jakby sam do siebie:
- Maszko, Maszko... Ten także kręcił się koło Maryni. Ale ona go nie
lubiła. Co do majątków, ceny teraz takie, że pożal się Boże.
- Właśnie Maszko twierdzi, że w tych warunkach dobrze jest kupować.
Tymczasem obiad się skończył i przeszli do salonu na kawę, podczas
której pan Pławicki dworował sobie z pana Gątowskiego, co zwykł był
czynić w chwilach dobrego humoru i co młody człowiek znosił cierpliwie
ze względu na pannę Marynię, ale z miną, która zdawała się mówić: "Ej,
żeby nie ona, wytrząsłbym z ciebie wszystkie kości!" Po kawie panna
Marynia siadła do fortepianu, podczas gdy ojciec kładł pasjansa. Grała
nieszczególnie, ale jej jasne i spokojne czoło ładnie rysowało się nad
pulpitem. Koło piątej pan Pławicki spojrzał na zegarek i rzekł:
- Jamiszowie nie przyjeżdżają.
- Przyjadą jeszcze - odpowiedziała Marynia.
Ale on od tej pory ciągle spoglądał na zegarek i co chwila ogłaszał
nowinę, że Jamiszowie nie przyjeżdżają. Na koniec koło szóstej rzekł
grobowym głosem:
- Musiało się zdarzyć nieszczęście.
Połaniecki stał w tej chwili koło panny Maryni, która rzekła
przyciszonym głosem:
- Oto i bieda! Tam się pewnie nic nie stało, ale papa będzie do wieczora
w złym humorze.
Połaniecki chciał w pierwszej chwili odpowiedzieć, że za to nazajutrz,
jak się wyśpi, to będzie w dobrym, ale widząc istotną troskę na twarzy
panny, odrzekł:
- To, ile pamiętam, niedaleko: niech pani pośle kogo dowiedzieć się, co
się stało.
- Możeby posłać kogo, papo?
Lecz on odpowiedział z goryczą:
- Zbytek łaski. Pojadę sam.
I, zadzwoniwszy na służącego, wydał polecenie, by zaprzęgano. Po czym
zastanowił się przez chwilę i rzekł:
- Enfin, na wsi zawsze może się trafić, że ktoś przyjedzie i zastanie
moją córkę samą. To nie miasto. Przy tym jesteście krewni. Ty, Gątowski,
możesz mi być potrzebny, więc bądź łaskaw pojechać ze mną.
Wyraz najwyższej niechęci i niezadowolenia odbił się na twarzy młodego
człowieka. Przeciągnął ręką po swej płowej czuprynie i rzekł:
- Nad stawem jest wyciągnięte czółno, którego ogrodnik nie może
zepchnąć; obiecałem pannie Maryi, że je zepchnę, tylko ostatniej
niedzieli nie puściła mnie, bo lało, jak z cebra.
- To skocz i spróbuj, do stawu trzydzieści kroków, za parę minut
wrócisz.
Gątowski, rad nie rad, wyszedł do ogrodu, pan Pławicki zaś, nie
zwracając uwagi na Połanieckiego i córkę, powtarzał, chodząc po pokoju:
- Newralgia w głowie, założyłbym się, że newralgia w głowie; Gątowski, w razie potrzeby, może skoczyć po doktora. Ten safanduła, ten radca bez
rady, pewno by nie posłał.
I, potrzebując widocznie wywrzeć na kimś swój zły humor, dodał,
zwracając się do Połanieckiego:
- Nie uwierzysz, co to za cymbał!
- Kto taki?
- Jamisz.
- Ale, papo... - zaczęła panna Marynia.
Lecz pan Pławicki nie dał jej skończyć i rzekł ze wzrastającym złym
humorem:
- Wiem! Nie podoba ci się to, że ona okazuje mi trochę przyjaźni i troskliwości. Czytaj sobie artykuły rolnicze pana Jamisza, uwielbiaj go,
stawiaj mu posągi, ale pozwól mi mieć moje sympatie.
Tu Połaniecki mógł podziwiać istotną słodycz panny Maryni, gdyż, zamiast
się zniecierpliwić, podbiegła do ojca i, podsuwając czoło pod jego
uczernione wąsiki, rzekła:
- Zaraz zaprzęgną, zaraz! Może trzeba, żebym i ja pojechała, a tymczasem
niech się brzydki tatuś nie gniewa, bo sobie zaszkodzi.
Pan Pławicki, który rzeczywiście był do niej mocno przywiązany,
pocałował ją w czoło i rzekł:
- Wiem, że w gruncie rzeczy masz dobre serce, ale co tam znów Gątowski
robi?
I przez otwarte drzwi ogrodowe począł wołać na młodego człowieka, który
też powrócił niebawem zmęczony i rzekł:
- W środku stoi woda i za daleko wyciągnięte; próbowałem i nie mogę.
- To bierz czapkę i ruszajmy, bo słyszę, że zajechali.
W chwilę potem młodzi ludzie zostali sami.
- Papa przywykł do trochę wykwintniejszego towarzystwa, niż jest na wsi
- rzekła panna Marynia - więc dlatego lubi panią Jamiszową, ale i pan
Jamisz jest bardzo zacny i rozumny człowiek.
- Widziałem go w kościele. Wydał mi się, jakby przybity.
- Bo naprawdę, to on jest chory, a przy tym bardzo zapracowany.
- Tak, jak pani.
- Nie. Pan Jamisz doskonale prowadzi gospodarstwo, a przy tym dużo
pisuje o rzeczach rolniczych. Naprawdę jest to lumen naszej okolicy. I taki zacny człowiek! Ona również dobra kobieta, tylko dla mnie nieco
przesadna.
- Ex-piękność!
- Tak. Przyczynia się też do jej przesady i to ciągłe życie na wsi,
przez które się trochę rdzewieje. Myślę, że w mieście wszystkie
dziwactwa ludzkie i śmieszności ścierają się wzajemnie, a na wsi łatwiej
ludzie zmieniają się w oryginałów. Z wolna odwyka się od towarzystwa,
zachowuje się jakiś przestarzały sposób w obejściu z ludźmi i dochodzi
się do przesady. My wszyscy musimy się ludziom z wielkich miast wydawać
zardzewiali i trochę śmieszni.
- Nie wszyscy. Bynajmniej! - odpowiedział Połaniecki. - Pani na przykład
- bynajmniej!
- Więc to przyjdzie z czasem - odpowiedziała z uśmiechem.
- Czas może także przynieść zmiany.
- U nas tak mało się zmienia - i najczęściej na gorsze.
- Ale w życiu panien w ogóle zmiany są przewidywane.
- Chciałabym naprzód, byśmy z papą mogli przyjść do ładu z Krzemieniem.
- Więc ojciec i Krzemień, to dwa główne, jedyne cele w życiu pani?
- Tak. Ale mało mogę pomóc, bo się mało znam na czemkolwiek.
- Papa, Krzemień - i nic więcej! - powtórzył Połaniecki.
Nastała chwila przerwy w rozmowie, po której panna Marynia spytała
Połanieckiego, czy nie zechce pójść do ogrodu. Poszli i wkrótce znaleźli
się nad brzegiem stawu. Połaniecki, który za granicą należał do różnych
stowarzyszeń sportowych, zepchnął na wodę czółno, któremu Gątowski nie
mógł poradzić, ale pokazało się, że jest dziurawe i że nie można niem
pływać.
- Oto przykład, co jest moje gospodarstwo! - rzekła, śmiejąc się, panna
Marynia. - We wszystkim i wszędzie woda przecieka. I nie wiem, jak się
usprawiedliwić, bo ogród i staw należą wyłącznie do mnie. Ale przed
spustem każę czółno naprawić.
- Bodaj, że to jeszcze to samo, w którym zakazywano mi jeździć, gdy
byłem małym chłopcem.
- Bardzo być może. Czy pan uważał, że rzeczy daleko się mniej zmieniają
i dłużej trwają, niż ludzie. Czasem smutno o tym myśleć.
- Miejmy nadzieję, że będziemy trwali dłużej, niż to czółno zmurszałe i nasiąknięte, jak gąbka, wodą. Jeżeli to samo, co za moich dziecinnych
lat, to nie mam do niego szczęścia. Dawniej nie pozwalano mi na niem
jeździć, a teraz skaleczyłem sobie rękę o jakiś spróchniały gwóźdź.
To rzekłszy, wydobył z kieszeni chustkę i począł lewą ręką owijać palec
prawej. Ale szło mu tak niezgrabnie, że panna Marynia, widząc to,
rzekła:
- Nie da pan sobie rady, trzeba pomóc.
I poczęła obwiązywać mu dłoń, którą on kręcił nieznacznie, by jej
utrudnić zadanie, bo miło mu było czuć jej delikatne palce przy swoich.
Ona spostrzegła, że jej przeszkadza i spojrzała na niego, ale w chwili,
gdy ich oczy się spotkały, pojęła powód i, zarumieniona, schyliła się,
chcąc niby wiązać uważniej. Połaniecki uczuł ją blisko, uczuł ciepło,
bijące od niej, więc i jemu serce zabiło żywiej.
- Mam bardzo miłe wspomnienia - rzekł - z dawnych moich tutejszych
wakacji, ale teraz wywiozę jeszcze milsze. Pani jest bardzo dobra, a przy tym zupełnie, jak jaki kwiat, w tym Krzemieniu. Pod słowem, nie
przesadzam.
Panna Marynia zrozumiała, że młody człowiek mówi to szczerze, może nieco
za śmiało, ale raczej przez wrodzoną żywość, niż dlatego, że został z nią sam na sam; więc nie obraziła się, tylko zaczęła niby gderać
żartobliwie swoim miłym, przyciszonym głosem:
- Proszę mi nie mówić grzeczności, bo naprzód źle obwiążę rękę, a powtóre ucieknę.
- To niech pani źle obwiąże rękę, ale zostanie. Taki śliczny wieczór.
Marynia skończyła robotę z chustką i poszli dalej. Wieczór rzeczywiście
zapowiadał się śliczny. Słońce zniżało się, staw, nie marszczony
powiewem wiatru, lśnił ogniem i złotem. W dali, za wodą, majaczały
spokojnie olszyny; bliższe drzewa rysowały się w zarumienionym już
powietrzu bardzo czysto. Na podwórzu, za domem, klekotały bociany.
- Miły Krzemień, bardzo miły! - powtarzał Połaniecki.
- Bardzo - odpowiedziała Marynia.
- To też ja rozumiem pani przywiązanie do tego miejsca. Przy tym, jak
się w coś wkłada pracę, to to jeszcze bardziej przywiązuje. Rozumiem
też, że na wsi można mieć dobre chwile... Ot, jak teraz. Przecie tu jest
tak dobrze. W mieście ogarnia czasem zmęczenie, zwłaszcza tych, którzy,
jak ja, siedzą po uszy w rachunkach, a przy tym są samotni. Bigiel, mój
wspólnik, ma żonę i dzieci - to dobrze! Ale ja co? Ja nieraz mówię
sobie: Ot, pracuję i co mi z tego? Dajmy na to, że będę miał trochę
pieniędzy - i co dalej? - nic. Jutro zawsze takie same, jak dziś, robota
i robota! Widzi pani, jak się człowiek wciągnie w coś, jak idzie tym
pędem, np. robienia pieniędzy, to mu się zdaje, że to cel. Ale
przychodzą chwile, w których myślę, że mój oryginał Waskowski ma
słuszność, i że nikt, kto się kończy na ski, albo na wicz, nie
potrafi włożyć w to całej duszy i poprzestać na tym wyłącznie. On
powiada, że w nas jeszcze za świeża pamięć poprzedniego istnienia, i że
w ogóle Słowianie mają inną misję. To jest wielki oryginał i filozof i mistyk. Ja się z nim sprzeczam i robię pieniądze, jak mogę, ale teraz na
przykład, jak tak chodzę z panią po tym ogrodzie, to, doprawdy, zdaje mi
się, że on ma słuszność.
I przez chwilę szli w milczeniu. Światło stawało się coraz bardziej
rumiane i twarze mieli jakby zanurzone w czerwonym blasku. Przyjazne,
wzajemne uczucia wzrastały w nich z każdą chwilą. Było im z sobą dobrze
i spokojnie.
Połaniecki odczuwał to widocznie, gdyż po niejakim czasie rzekł:
- Co mnie pani Chwastowska mówiła i co jest prawda, to, że do pani ma
się w godzinę po poznaniu więcej ufności i bliżej się jest z nią, niż z kim innym w miesiąc. Teraz to sprawdziłem. Zdaje mi się, że panią znam
od dawna. Myślę, że tylko osoby niezwykle dobre robią takie wrażenie.
A panna Marynia odpowiedziała z prostotą:
- Emilka kocha mnie bardzo i dlatego mnie chwali. Choćby to była prawda,
co ona mówi, to jednak przypuszczam, że nie ze wszystkimi taka być
potrafię.
- Wczoraj, rzeczywiście, zrobiła pani na mnie inne wrażenie, ale była
pani zmęczona i senna.
- Byłam trochę.
- I czemu pani spać nie poszła! Służący mógł mi zrobić herbaty, a wreszcie byłoby się i bez tego obeszło.
- Nie, tak mało gościnni nie jesteśmy. Papa mówił, że wypada, by które z nas pana przyjęło. Bałam się, że zechce sam czekać, a jemu to szkodzi,
więc wolałam go zastąpić.
Połaniecki pomyślał: "Pod tym względem mogłaś być spokojną, ale jesteś
poczciwa, że starego egoistę osłaniasz".
Następnie rzekł:
- Przepraszam panią i za to, że zaraz zacząłem mówić o interesach. To
kupieckie przyzwyczajenie. Ale też potem sam sobie powiedziałem: "Jesteś
taki, owaki!" - i ze wstydem przepraszam.
- Nie ma za co, bo nie ma winy. Panu powiedziano, że ja się wszystkim
zajmuję, więc pan udał się do mnie.
Z wolna zorze rozpalały się coraz mocniej. Po niejakim czasie wrócili ku
domowi, o ile że wieczór zapowiadał się piękny, więc siedli na werandzie
ogrodowej. Połaniecki wszedł na chwilę do salonu, po czym wrócił ze
stołeczkiem od nóg i, przyklęknąwszy, zaczął go podsuwać pod stopy panny
Maryni.
- Dziękuję, bardzo dziękuję - odpowiedziała, pochylając się i obejmując
rękoma suknię - jaki pan dobry! dziękuję bardzo!
A on mówił:
- Ja jestem z natury nieuważny, ale wie pani, kto mnie nauczył trochę
troskliwości? Litka. Ją trzeba nadzwyczaj ochraniać i pani Chwastowska
musi o tym pamiętać.
- I ona pamięta - odrzekła panna Marynia - i wszyscy będziemy jej w tym
pomagali. Gdyby była nie wyjechała do Reichenhallu, byłabym ją zaprosiła
do nas.
- A jabym przyjechał za Litką bez zaproszenia.
- Więc zapraszam pana w imieniu papy raz na zawsze.
- Niech pani tego lekko nie mówi, bom gotów nadużyć grzeczności. Mnie tu
jest bardzo dobrze, więc, ilekroć będzie mi źle w Warszawie, to tu
ucieknę - pod opiekę pani...
Teraz Połaniecki wiedział już, że słowa jego przeznaczone są na to, by
ich zbliżyć, by nawiązać między nimi sympatię, i mówił je równie
umyślnie, jak szczerze, a mówiąc, patrzył na tę łagodną, młodą twarz,
która, oświecona zachodzącym słońcem, wydawała się jeszcze spokojniejsza
niż zwykle. Panna Marynia podniosła też na niego swe niebieskie oczy, w których było jakby pytanie: "Czy mówisz to wypadkiem, czy umyślnie?" i odrzekła nieco ciszej:
- Dobrze.
I oboje umilkli, czując, że istotnie coś zawiązuje się między nimi.
- Dziwi mnie, że papa nie wraca - rzekła wreszcie panna Marynia.
Rzeczywiście słońce zaszło; w czerwonym zmierzchu począł krążyć cichym
lotem lelek, a w stawie ozwały się żaby.
Lecz Połaniecki nie odpowiedział na uwagę panienki i, jakby pogrążony we
własnych myślach, zaczął mówić:
- Ja nie analizuję życia, bo nie mam na to czasu. Gdy mi jest dobrze,
jak na przykład w tej chwili, to czuję, że dobrze, gdy źle, to źle - ot
i wszystko. Ale przed pięciu lub sześciu laty było inaczej. Była nas
cała paczka ludzi, którzy się schodzili na rozprawy o znaczeniu życia.
Było kilku uczonych i jeden literat, dziś dość znany w Belgii.
Zadawaliśmy sobie pytania: dokąd idziemy, jaki wszystko ma sens, jaką
wartość i jaki koniec? Czytywaliśmy pesymistów i gubiliśmy się w rozmaitych pytaniach, bez dna, tak jak mój jeden znajomy, asystent przy
katedrze astronomii, który, jak zaczął się gubić w przestrzeniach
międzyplanetarnych, tak zgubił w nich mózg... I potem mu się zdawało, że
jego głowa krąży po paraboli w nieskończoności... Później wyzdrowiał i został księdzem. My również nie mogliśmy do niczego dojść, na niczym
odpocząć... Zupełnie jak to ptactwo, które leci przez morza i nie ma na
czym usiąść. Ale ja wreszcie spostrzegłem dwie rzeczy: oto naprzód, że
moi Belgowie biorą to wszystko mniej do serca, niż ja... my jesteśmy
naiwniejsi... Powtóre, że mi się ochota do roboty psuje i że robię się
niedołęgą. Wówczas wziąłem się za uszy i zacząłem na umor farbować
perkaliki. Potem też powiedziałem sobie tak: życie jest w prawach natury
- czy mądrych, czy głupich, mniejsza z tym - ale jest. Żyć trzeba, więc
trzeba z życia wydobyć, co się da. I chcę coś wydobyć. Waskowski powiada
wprawdzie, że my, Słowianie, nie potrafimy na tym poprzestać, ale to się
tak gada. Że na samych pieniądzach nie potrafimy - na to od biedy zgoda.
Ale ja sobie powiedziałem, że prócz pieniędzy są jeszcze dwie rzeczy:
spokój - i wie pani co? - kobieta. Bo trzeba, żeby człowiek miał się z kimś wszystkim podzielić. Potem musi być śmierć - dobrze! ale gdzie się
zaczyna śmierć, tam się ludzka głowa kończy. "That's not my business!"
jak powiada Anglik. Tymczasem trzeba mieć komu to oddać, co człowiek ma
i zdobywa - czy to pieniądze, czy zasługę, czy sławę... Jeśli są
diamenty na księżycu, to wszystko jedno, bo nie ma nikogo, kto by uznał,
że one coś warte. Tak samo i człowiek musi mieć kogoś, kto by go
uznawał. A ja sobie myślę: kto mnie uzna, jeśli nie kobieta - byle była
ogromnie dobra, ogromnie pewna i bardzo moja i bardzo kochana. To
wszystko, czego można chcieć, bo z tego idzie spokój - i to jest jedyna
rzecz, która ma sens. Ja to mówię nie jako poeta, ale jako człowiek
pozytywny i kupiec. Mieć przy sobie drugą głowę - to jest i cel. A potem
niech będzie co chce. Oto moja filozofia.
Połaniecki twierdził, że mówi jak kupiec, ale mówił także jak człowiek
rozmarzony, bo tak podziałał na niego i ten wieczór letni, i obecność
tej młodej dziewczyny, która pod tak wieloma względami odpowiadała tym
wygłoszonym przed chwilą poglądom. Połanieckiemu również musiało to
przyjść do głowy, gdyż, zwróciwszy się wprost do niej, rzekł:
- Ja tak ot myślę, ale i z tym się zwykle przed ludźmi nie wygaduję.
Dziś mi się jakoś na to zebrało, bo powtarzam, że pani Emilia ma
słuszność: z panią się jest w jeden dzień bliżej, niż z innymi w rok.
Pani musi być bajecznie dobra! Oto, byłbym głupstwo zrobił, gdybym nie
przyjechał do Krzemienia. I będę przyjeżdżał tak często, jak pani
pozwoli.
- Niech pan przyjeżdża... często.
- Dziękuję.
I wyciągnął rękę, a panna Marynia podała mu także dłoń, jakby na znak
przymierza.
Ach, jak i on się jej podobał, ze swoją twarzą szczerą, męską, ze swoją
ciemną czupryną i pewną dzielnością w całej postawie, ze swymi żywymi
oczyma! Przywiózł przy tym tyle tych tchnień, których jej w Krzemieniu
brakło; jakieś nowe widnokręgi, wybiegające daleko poza staw i olszyny,
które zamykały widnokrąg krzemieński. Zrobili też jednego dnia tyle
drogi, ile jej można było zrobić.
Siedzieli więc znowu jakiś czas w milczeniu i wędrowali dalej, w milczeniu równie pospiesznie, jak w rozmowie. Marynia wskazała wreszcie
ręką na światło, które się zwiększało za olszynami, i rzekła:
- Księżyc.
- Aha! księżyc! - powtórzył Połaniecki.
Ów zaś rzeczywiście wysuwał się z wolna z za olszyn, czerwony i wielki
jak koło. Ale tymczasem psy zaszczekały, powozik zaturkotał z drugiej
strony domu, i po chwili, w salonie, do którego poprzednio już wniesiono
lampy, ukazał się pan Pławicki.
Marynia weszła do salonu, Połaniecki za nią.
- Nic się nie stało - rzekł pan Pławicki. - Zajechała ich Chromecka, że
zaś myśleli, że odjedzie wkrótce, więc nie dawali znać. Jamisz trochę
chory, ale jutro wybiera się do Warszawy. Ona obiecała się tu pojutrze.
- Więc wszystko dobrze? - spytała Marynia.
- Dobrze. A wy coście tu porabiali?
- Słuchaliśmy żab - odpowiedział Połaniecki - i dobrze nam było.
- Pan Bóg wiedział na co i żaby stworzył, więc choć mi spać po nocy nie
dają, nie narzekam. Ale tymczasem niech Marynia da herbaty.
Herbata czekała gotowa w drugim pokoju. Pan Pławicki opowiadał przy niej
o swojej wizycie u Jamiszów. Młodzi byli milczący, tylko od czasu do
czasu spoglądali na siebie pełnymi światła oczyma i na dobranoc
uścisnęli się bardzo mocno za ręce.
Panna Marynia czuła pewną ociężałość, rozbierając się, jakby ją ten
dzień zmęczył; ale było to dziwne jakieś i miłe zmęczenie. Potem, gdy
już jej główka wsparła się na poduszce, nie myślała o tym, że jutro
poniedziałek, że zaczyna się nowy tydzień powszedniej roboty, tylko
myślała o Połanieckim i w uszach jej brzmiały jego wyrazy:
- Kto mnie uzna, jeśli nie kobieta, byle była ogromnie dobra, ogromnie
pewna, bardzo moja i bardzo kochana.
Połaniecki zaś mówił sobie, zapalając w łóżku papierosa:
- Dobre to, śliczne, miłe - gdzie taka druga?
Rozdział III
III
Lecz nazajutrz był szary dzień i panna Pławicka obudziła się z wyrzutami. Zdawało jej się, że wczoraj dała się unieść jakiemuś prądowi
dalej, niż należało i że wprost była z Połanieckim kokietką. Przejmowało
ją to szczególnym niesmakiem z tego głównie powodu, że jednak ów
Połaniecki przyjechał jako wierzyciel. Wczoraj o tym zapomniała, dziś
zaś mówiła sobie: "Niechybnie przyjdzie mu do głowy, żem go chciała ująć
lub ułagodzić" - i na tę myśl krew napłynęła jej do policzków i czoła.
Miała ona naturę prawą i wiele ambicji, która wzburzała się na każde
przypuszczenie, że może być posądzoną o wyrachowanie. Teraz, uwierzywszy
w możliwość takiego posądzenia, uczuła z góry jakby urazę do
Połanieckiego. Jedna jeszcze przy tym myśl była nad wszelki wyraz
przykrą: oto wiedziała, że w ogóle w kasie krzemienieckiej grosz nie
może grosza dogonić, że pieniędzy nie ma, i że, jeżeli, wskutek
zamierzonej parcelacji Magierówki, były na nie w przyszłości widoki, to
ojciec będzie się wykręcał, gdyż inne długi uważa za pilniejsze od długu
Połanieckiego. Obiecywała sobie wprawdzie, że zrobi wszystko, co będzie
w jej mocy, by Połaniecki został koniecznie i przed innymi spłacony, ale
wiedziała, że niewiele może wskórać. Ojciec wyręczał się nią chętnie w gospodarstwie, ale w sprawach pieniężnych rządził się sam i rzadko kiedy
słuchał jej zdania. Rola jego pod tym względem polegała wprawdzie na
wykręcaniu się wszystkim ze wszystkiego, na obietnicach nigdy
niedotrzymywanych, na zwłokach i na przedstawianiu urojonych obliczeń i nadziei za rzeczywistość. Ponieważ dochodzenia wierzytelności, opartych
na hipotekach ziemskich, same przez się są trudne i powolne, a obrona
daje się przedłużać niemal dowolnie, przeto pan Pławicki trzymał się
istotnie przy Krzemieniu dzięki swemu systemowi. W końcu groziło to
wszystko równie nieubłaganą, jak zupełną ruiną, tymczasem jednak stary
człowiek uważał się za "głowę od interesów" i tym niechętniej słuchał
zdań i rad córki, że zaraz posądzał ją, iż wątpi o jego "głowie" - to
zaś obrażało w najwyższym stopniu jego miłość własną.
Panna Marynia przeszła już z powodu tej "głowy" i jej sposobów przez
niejedno upokorzenie. Życie jej wiejskie było tylko pozorną sielanką
pracy i gospodarskich zajęć. Nie brakło w niem ani przykrości, ani
bólów, i jej spokojna twarz mogła oznaczać nie tylko słodycz charakteru,
ale i jego siłę, a przy tym wielkie wyrobienie duchowe. Lecz
upokorzenie, które groziło teraz, wydało się jej trudniejsze do
zniesienia od innych.
- "Niechże on przynajmniej mnie nie posądza!" - mówiła sobie. Ale jak
mogła na to poradzić? Pierwszą jej myślą było wezwać Połanieckiego na
rozmowę, wprzód nimby się widział z jej ojcem, i wyznać mu cały stan
rzeczy, jak się wyznaje człowiekowi, do którego się ma ufność. Następnie
przyszło jej do głowy, że taka rozmowa byłaby nie czym innym, jak prośbą
o wyrozumiałość, litość, a zatem upokorzeniem. Gdyby nie to, że panna
Marynia, jako kobieta odczuwająca wszystkie drgnienia swego serca i innych, czuła na wpół świadomie, na wpół instynktowo, że między nią a tym młodym człowiekiem coś się od razu zapowiedziało, coś się już prawie
zaczęło - a zwłaszcza, że coś mogło i musiało stać się w przyszłości
nieuniknionym, byłaby się jednak chwyciła tej drogi. Lecz wobec takiego
stanu rzeczy zdawało jej się, że nie może. Pozostawało jej tylko jedno:
zobaczyć się z Połanieckim, zatrzeć swoim obejściem się z nim wczorajsze
wrażenia, porozrywać te nici sympatii, które wzajem między sobą
nawiązali, i dać mu zupełną swobodę postępowania. Taki sposób wydał jej
się najlepszy, więc dowiedziawszy się od służącej, że Połaniecki nie
tylko już wstał, ale wyszedł po herbacie ku gościńcowi, postanowiła go
odszukać.
I przyszło jej to łatwo, on bowiem wrócił już z rannej przechadzki i,
stojąc za boczną ścieżką ganku, porośniętego dzikiem winem, rozmawiał z tymi samymi dwoma psami, które w dniu przyjazdu tak się do niego łasiły.
Nie spostrzegł też jej od razu, i Marynia, stojąc na stopniach,
słyszała, jak mówił do psów:
- To psiska żołd biorą za pilnowanie domu - co? osypkę jedzą - co? a na
obcych nie szczekają, jeszcze się łaszą. A głupie kundysy, a próżniaki!
I klepał je po białych głowach. Następnie, ujrzawszy ją przez szpary w winie, skoczył, jak wyrzucony z procy, i stanął przed nią wesoły i rozjaśniony.
- Dzień dobry pani. Ja sobie tu z psami rozmawiam. Jak pani spała?
- Dziękuję.
I chłodno wyciągnęła ku niemu rękę, on zaś patrzył na nią oczyma, w których najwyraźniej widać było, jak wielką i głęboką przyjemność czyni
mu jej widok.
I on nie mniej podobał się biednej pannie Maryni. Po prostu podobał jej
się z całej duszy. Serce też ścisnęło się jej żalem, że na jego
serdeczne "dzień dobry" wypada jej odpowiadać tak ceremonialnie i zimno.
- Może pani idzie do gospodarstwa? To, jeśli pani pozwoli, pójdę razem.
Dziś muszę wracać do miasta, więc dobra mi jedna więcej chwila w towarzystwie pani. Bóg widzi, że gdybym mógł, tobym został tu dłużej.
Ale znam teraz drogę do Krzemienia.
- Prosimy zawsze, jeśli panu kiedykolwiek czas pozwoli.
Połaniecki zauważył teraz chłód bijący od jej słów, od jej twarzy, i zaczął patrzeć na nią ze zdziwieniem. Jeśli jednak panna Marynia
liczyła, że uczyni on tak, jak zwykle ludzie czynią, i dostroi się
natychmiast do jej tonu, to się zawiodła. Połaniecki zbyt był żywym i śmiałym, by od razu nie spytać o przyczynę.
Jakoż, patrząc jej ciągle w oczy, rzekł:
- Coś pani jest?
Marynia zmieszała się:
- Pan się myli.
- Nie. I ja dobrze widzę, i pani dobrze wie, że się nie mylę. Pani jest
dla mnie taka, jak była pierwszego wieczoru. Ale wtedy ja zawiniłem, bom
zaczął nie w porę mówić o pieniądzach. Wczoraj przeprosiłem panią za to
i było dobrze - i jak dobrze! Dziś znów jest inaczej - niechże mi pani
powie dlaczego?
Żadna, najzręczniejsza dyplomacja nie zdołałaby bardziej zbić z tropu
panny Maryni. Oto jej się zdawało, że zdoła go swym postępowaniem
oziębić i oddalić, on zaś, pytając tak wręcz, raczej zbliżał się jeszcze
bardziej.
I mówił dalej tonem człowieka, któremu wyrządzają niesprawiedliwość:
- Niech mi pani powie szczerze, co to jest? niech pani powie! Ojciec
pani mówił, że wczoraj miałem być gościem a dziś wierzycielem. Ale to
jest głu... to jest nic! Ja się na takich różnicach nie rozumiem, a wierzycielem pani nigdy nie będę, chyba dłużnikiem, bom już pani dłużny
i wdzięczny za tę wczorajszą dobroć - i Bóg widzi, jak mi chodzi o to,
bym zawsze mógł być dłużny.
I znów patrzył w jej oczy, pilnie bacząc, czy w nich nie zjawi się
wczorajszy uśmiech; lecz Marynia, której serce ściskało się coraz
bardziej, szła dalej drogą, którą obrała, raz dlatego, że ją już obrała,
a powtóre i z obawy, by przyznawszy, że dziś jest inną, nie była
zmuszoną do wyjaśniania przyczyn.
- Upewniam - odrzekła wreszcie z pewnym wysileniem - że albo się pan
mylił wczoraj, albo się myli dziś. Ja jestem zawsze jednakowa i zawsze
będzie mi miło, jeśli pan wywiezie od nas dobre wspomnienie.
Słowa były grzeczne, ale mówiła je panienka tak niepodobna do
wczorajszej, że na twarzy Połanieckiego zaczęło się przebijać
zniecierpliwienie i gniew.
- Jeśli pani chodzi o to - rzekł - bym udawał, iż w to wierzę, to niech
będzie, jak pani chce. Wyjadę jednak z przekonaniem, że na wsi
poniedziałek bardzo się różni od niedzieli.
Marynię dotknęły te słowa, wyglądały one bowiem tak, jakby Połaniecki
rościł sobie już jakieś prawa z powodu jej wczorajszego obejścia się z nim. Ale odpowiedziała raczej ze smutkiem, niż z gniewem:
- Cóż ja na to poradzę!
I po chwili odeszła, oświadczywszy, że musi pójść powiedzieć dzień dobry
ojcu. Połaniecki został sam; odpędził psy, które znów próbowały łasić
się, i zaczął się złościć.
- Co to jest? - pytał w duchu. - Wczoraj dobrze, dziś źle! Zupełnie inna
kobieta. Jakie to wszystko głupie, jakie marne! Wczoraj krewny - dziś
wierzyciel. Co jej do tego? Czemu mnie jak psa traktuje? Czym kogo
ograbił? Wiedziała i wczoraj, po com przyjechał. Dobrze! Chcecie mnie
mieć wierzycielem, nie Połanieckim - dobrze! Niechże to piorun trzaśnie!
Marynia tymczasem wbiegła do pokoju ojca. Pan Pławicki wstał już i siedział przybrany w szlafrok przed biurkiem zapełnionym papierami. Na
chwilę odwrócił się, by odpowiedzieć na dzień dobry córki, po czym zaraz
zajął się na nowo czytaniem papierów.
- Papo - rzekła Marynia - przyszłam pomówić o panu Połanieckim... czy
papa...
Lecz on jej przerwał, nie przestając patrzeć na papiery.
- Twojego Połanieckiego ugniotę w ręku, jak wosk.
- Wątpię, czy to będzie łatwo. Wreszcie ja bym chciała, żeby on przed
innymi był spłacony, choćby z największą naszą stratą.
Wówczas pan Pławicki odwrócił się od biurka i zaczął na nią patrzeć.
Potem spytał zimno:
- Proszę. Czy to opieka nad nim, czy nade mną?
- To jest kwestia naszego honoru...
- W czym, jak sądzisz, potrzebuję twojej rady?
- Nie, papo, ale...
- Co za patetyczny dzień nam nastał! Co tobie jest?
- Ja tylko proszę papy na wszystko...
- A ja cię także proszę, byś to zostawiła mnie. Usunęłaś mnie od
gospodarstwa - i ustąpiłem, bo o te parę lat, które mi do życia zostają,
nie chcę się sprzeczać z rodzonym dzieckiem. Ale zostawże mi choć ten
kąt w domu, choć tę jedną izbę, i pozwól mi załatwiać te sprawy, które
się w niej załatwić dają.
- Papo drogi, przecie ja tylko proszę...
- Żebym się przeniósł na folwark? któreż czworaki mi wyznaczasz?
Tu pan Pławicki, który mówiąc o "patetycznym" dniu, widocznie nie chciał
tylko, by ktoś dzielił z nim monopol, powstał w swoim perskim szlafroku,
jak król Lear, i chwycił za poręcz fotelu, dając przez to do zrozumienia
okrutnej córce, że inaczej, rażony jej okrucieństwem, padłby jak długi
na ziemię. Lecz jej łzy cisnęły się do oczu, a gorzkie poczucie własnej
bezsilności napływało do serca. Przez chwilę stała w milczeniu, walcząc
z żalem i ochotą do płaczu, po czym rzekła cicho:
- Przepraszam papę...
I wyszła z pokoju.
W kwadrans potem wszedł do niego, na żądanie pana Pławickiego,
Połaniecki, ale zły, rozdrażniony, lubo usiłujący nad sobą panować.
Pan Pławicki, powitawszy się z nim, usadził go przy sobie na krześle, z góry przygotowanym i, wziąwszy go dłonią za kolano, spytał:
- Stachu, wszak tego domu nie spalisz? Wszak mnie, którym ci ręce
otworzył, jak krewny, nie zamordujesz? wszak mi dziecka nie uczynisz
sierotą?
- Nie - odrzekł Połaniecki - domu nie spalę, wuja nie zarżnę i żadnego
dziecka nie uczynię sierotą. Proszę nawet, by wuj w ten sposób nie
zaczynał mówić, bo to do niczego nie doprowadzi, a dla mnie jest
nieznośnym.
- Dobrze - odpowiedział pan Pławicki, nieco jednak dotknięty tym, że
jego styl i sposób wyrażania się tak małe zyskują uznanie; - pamiętaj
tylko, że do mnie i do tego domu przyjeżdżałeś jeszcze dzieckiem.
- Przyjeżdżałem, bo przyjeżdżała matka, a matka po śmierci ciotki Heleny
przyjeżdżała dlatego, że wuj nie płacił procentów. To wszystko nie ma
się nic do rzeczy. Suma tkwi na hipotece od dwudziestu jeden lat. Z procentami zaległymi wynosi około dwudziestu czterech tysięcy rubli. Dla
okrągłości niech będzie dwadzieścia równo - ale tych dwadzieścia muszę
mieć, bo po to przyjechałem.
Pan Pławicki pochylił głowę z rezygnacją.
- Po to przyjechałeś?... Tak. Ale czemu ty byłeś wczoraj taki inny,
Stachu?
Połaniecki, który pół godziny temu zadał to samo pytanie pannie Maryni,
aż podskoczył na krześle, ale pomiarkował się jeszcze i rzekł:
- Proszę o przystąpienie do interesu.
- Ja się przed tym nie cofam, tylko pierwej pozwól mi powiedzieć parę
słów i nie przerywaj mi. Mówiłeś, żem procentów nie płacił. Prawda. Ale
czy wiesz dlaczego? Matka twoja nie oddała mi przecie całego swego
majątku i nie mogła tego bez pozwolenia rady familijnej uczynić. Może
gorzej dla was, że się tak nie stało, ale mniejsza z tym. Ostatecznie,
wziąwszy te kilkanaście tysięcy rubli, powiedziałem sobie tak: kobieta
została sama na świecie, z jedynym dzieckiem - niewiadomo, jak sobie
poradzi, niewiadomo, co może wypaść - niechże te pieniądze, które ma u mnie, będą jej funduszem żelaznym, niech rosną, by w danym razie miała o co ręce zaczepić. I od tej pory byłem jakby waszą kasą oszczędności.
Matka dała mi dwanaście tysięcy rubli - dziś masz u mnie przeszło
dwadzieścia cztery. Oto rezultat. A teraz: czyż zapłacisz mi za to
niewdzięcznością?
Na to Połaniecki rzekł:
- Kochany wuju Pławicki: proszę mnie nie brać ani za głupszego, niż
jestem, ani za wariata. Powiadam po prostu, że na takie plewy ja się nie
złapię - bo za grube. Powiadasz wuj, że mam dwadzieścia cztery tysiące
rubli - więc gdzież są? Proszę o nie - bez gadaniny i jeszcze takiej!
- A ja cię proszę o cierpliwość i umiarkowanie, choćby dlatego, żem
starszy - odrzekł z urazą i godnością pan Pławicki.
- Mam wspólnika, który za miesiąc wnosi dwanaście tysięcy rubli na
umówiony interes - ja muszę wnieść tyleż. Powiadam to jasno i oświadczam, że po dwóch latach kołatania listami - nie mogę i nie będę
dłużej cierpliwy.
Pan Pławicki wsparł rękę na biurku, czoło na dłoni - i milczał.
Połaniecki patrzył na niego, czekając odpowiedzi - patrzył z wzrastającą
niechęcią i w duszy zadawał sobie pytanie: Czy to jest kręciciel? czy
bzik? czy egoista, tak zaślepiony w sobie, że dobro i zło mierzy tylko
własną wygodą? - czy wreszcie wszystko razem?
Tymczasem pan Pławicki trzymał czoło ciągle ukryte w dłoni i milczał.
- Nareszcie chciałbym coś wiedzieć... - zaczął Połaniecki.
Lecz tamten potrząsnął ręką, dając znać, że chce być jeszcze sam ze
swymi myślami.
I nagle podniósł rozjaśnioną twarz.
- Stachu - rzekł - po co my się kłócimy, kiedy jest tak prosty sposób
wyjścia.
- Jaki?
- Bierz margiel!
- Co?
- Sprowadź tu swego wspólnika, sprowadź jakiego specjalistę, oszacujemy
mój margiel i zrobimy we trzech współkę. Twój... jak się tam nazywa?
Bigiel? spłaci mi tyle, ile na niego wypadnie, ty albo coś dopłacisz,
albo nie - i pójdziemy razem, a zyski mogą być olbrzymie.
Połaniecki wstał.
- Proszę pana - rzekł - do jednej rzeczy nie jestem przyzwyczajony,
mianowicie, żeby ktoś drwił ze mnie. Ja nie chcę pańskiego marglu -
tylko moich pieniędzy, a to, co mi pan mówisz, uważam po prostu za
niegodne, albo bezrozumne wykręty.
Nastała chwila ciężkiej ciszy. Jowiszowy gniew zaczął się zbierać w brwiach i na czole pana Pławickiego. Przez chwilę piorunował śmiałka
oczyma, po czym, przysunąwszy się szybko do kołków, na których wisiała
broń, zdjął myśliwski nóż i, podając Połanieckiemu, rzekł:
- A więc jest inny sposób: uderzaj!
I otworzył szeroko szlafrok, lecz Połaniecki, nie panując już nad sobą,
odtrącił rękę z nożem i zaczął mówić podniesionym głosem:
- To jest licha komedia - nic więcej! Z panem szkoda tracić słów i czasu. Wyjeżdżam, bo mam dosyć pana i pańskiego Krzemienia, ale
zapowiadam, że sumę moją sprzedam choćby za pół ceny pierwszemu z brzega
żydowi, który potrafi sobie z panem poradzić.
Na to prawa ręka pana Pławickiego wyciągnęła się uroczyście.
- Idź - rzekł - sprzedawaj! wpuść żyda w gniazdo rodzinne, ale wiedz o tym, że przekleństwo moje i tych, którzy tu żyli, znajdzie cię wszędzie.
Połaniecki wypadł z pokoju biały ze złości, w salonie zaś klął, co
wlazło, szukając swego kapelusza. Znalazłszy go wreszcie, chciał wyjść,
obaczyć, czy bryczka nie zajechała, gdy wtem weszła Marynia. Na jej
widok pomiarkował się nieco, lecz, przypomniawszy sobie, że właściwie to
ona zajmuje się wszystkim w Krzemieniu, rzekł:
- Żegnam panią. Sprawę z ojcem pani skończyłem. Ja przyjechałem po moją
należność, a on dał mi naprzód błogosławieństwo, potem margiel, a potem
przekleństwo. Dobry sposób spłacania należności!...
Była chwila, że Marynia chciała wyciągnąć do niego rękę i powiedzieć:
"Ja rozumiem pański gniew; przed chwilą byłam także u ojca i błagałam
go, żeby pana spłacił przed wszystkimi. Niech pan postąpi z nami i z Krzemieniem, jak pan chce, ale niech pan mnie nie obwinia, niech pan nie
myśli, że ja należę do spisku przeciw panu, i niech pan ma dla mnie choć
trochę szacunku".
I już jej ręka wysuwała się naprzód, już powyższe słowa zawisły jej na
ustach, gdy Połaniecki, podniecając się coraz bardziej wewnątrz i tracąc
na nowo coraz bardziej równowagę, dodał:
- Oświadczam to pani dlatego, że gdy pierwszego wieczora chciałem był
mówić z panią, pani obraziła się i odesłała mnie do ojca. Dziękuję za
skuteczną radę, ale że ona lepsza dla państwa niż dla mnie, więc
następną sam obmyślę.
Wówczas usta Maryni pobladły, w oczach zaświeciły łzy oburzenia, a zarazem głębokiej urazy. Podniosła głowę i rzekła:
- Może pan mówić jakie chce obelgi, bo za mną nikt się nie ujmie...
I zawróciła ku drzwiom, pełna w duszy upokorzenia i niemal rozpaczy, że
to są jedyne owoce, jakie zbiera za swoją pracę, w którą kładzie
wszystkie siły i cały zapał swojej młodej, prawej duszy. Połaniecki
spostrzegł też, że przebrał miarę. Mając uczucia bardzo żywe, przeszedł
w jednej chwili do litości - i chciał biec za nią, przepraszać, ale już
było za późno. Marynia wyszła.
To przyprawiło go o nowy napad złości. Tym razem jednak ogarnął tą
złością i siebie samego. Nie żegnając się już z nikim, siadł na bryczkę,
która tymczasem zajechała, i ruszył z Krzemienia. W duszy wrzał mu taki
gniew, że przez czas jakiś nie mógł myśleć o niczym innym, tylko o zemście: "Sprzedam, choćby za trzecią część ceny, i niech was tradują!
Daję sobie słowo uczciwego człowieka, że sprzedam. Choćbym nie
potrzebował, sprzedałbym - na złość!".
I w ten sposób zamiar zmienił się w zawzięte i zaprzysiężone
postanowienie, Połaniecki nie był zaś z rodzaju ludzi, którzy nie
dotrzymują przyrzeczeń, danych bądź komukolwiek, bądź sobie. Chodziło
teraz jedynie o to, czy znajdzie kupca na sumę tak trudną do wydobycia,
że, aby dojść do niej, trzeba było, bez przenośni, rozgryźć "Krzemień".
Tymczasem bryczka wytoczyła się z alei na otwartą polową drogę.
Połaniecki, ochłonąwszy nieco, zaczął teraz myśleć o Maryni, w taki
mozaikowy sposób, złożony z poczucia jej uroku, z wrażeń, jakie uczyniła
na nim jej twarz i postawa, ze wspomnień o niedzielnej rozmowie, z niechęci, litości, urazy, zawziętości, a wreszcie z niezadowolenia z siebie, które potęgowało jeszcze zawziętość względem niej. Jedno z tych
uczuć brało na przemian górę nad innymi i narzucało im swą barwę.
Chwilami przypominał sobie wysoką postać Maryni, jej oczy, jej ciemne
włosy, jej śliczne, lubo może za szerokie usta, wreszcie jej wyraz - i opanowywał go poryw sympatii ku niej. Myślał, że jest ogromnie
dziewicza, a zarazem, w ustach, w ramionach, w liniach całej postawy, ma
coś kobiecego, co pociąga ku sobie z niepohamowaną siłą. Przypomniał
sobie jej głos łagodny, jej spokojne wejrzenie i jej bardzo widoczną
dobroć. Wówczas, na myśl, jak był dla niej szorstki przed wyjazdem, na
wspomnienie tonu, jakim do niej mówił, poczynał kląć siebie. "Jeśli
ojciec jest stary komediant, krętacz i głupiec - mówił sobie - i jeśli
ona to wszystko czuje, to jest tym nieszczęśliwsza. A więc co? więc
każdy człowiek z kawałkiem serca byłby to zrozumiał i zlitował się nad
nią, nie zaś napadał na zapracowane biedne dziecko - ja to zrobiłem,
ja!". Tu miał ochotę spoliczkować się, bo zarazem wyobrażał sobie, coby
to było, jakie niezmierne zbliżenie, jaka wyjątkowa tkliwość byłaby
powstała między nimi, gdyby po całej kłótni z ojcem obszedł się z nią,
jak był powinien, to jest z największą delikatnością. Byłaby mu oto
podała obie ręce na pożegnanie, a on by je ucałował - i rozjechaliby
się, jak dwoje ludzi sobie bliskich. "Niechby wreszcie diabli wzięli
pieniądze!" - powtarzał w duchu - "a teraz niech wezmą i mnie!". I czuł,
że porobił rzeczy, które się już nie dadzą naprawić, to zaś poczucie
odbierało mu resztę równowagi i popychało tym bardziej po tej drodze,
której błędność uznawał. I znów zaczynał monologować mniej więcej w taki
sposób: "Skoro wszystko stracone, niechże się wszystko spali. Sprzedam
sumę byle żydowi - niech ich straduje, niech wylecą na bruk, niech stary
szuka urzędu, a ona niech idzie na guwernantkę, albo za Gątowskiego...".
Tu nagle poczuł, że zgodzi się raczej na wszystko, niż na tę ostatnią
myśl. - Gątowskiemu nadkręciłby karku! Niech ją kto chce bierze, byle
nie taki bałwan, taki niedźwiadek, taki ryfa. I piękne epitety zaczęły
się sypać na nieszczęśliwego Gątowskiego; na niego przeszła cała złość,
jakby on rzeczywiście był sprawcą wszystkiego, co się stało.
Przyjechawszy w tak ludożerczym usposobieniu do Czerniowa, byłby może
Połaniecki, jak drugi Ugolin, wpił się od razu Gątowskiemu zębami "tam,
kędy czaszka do barków przypada", gdyby był go na stacji spostrzegł. Na
szczęście, zamiast "czaszki" Gątowskiego, spostrzegł tylko kilku
urzędników, kilku chłopów, kilku żydów i pognębioną a inteligentną twarz
radcy Jamisza, który go poznał, a gdy pociąg niebawem nadszedł, zaprosił
go, dzięki dobrym stosunkom z zawiadowcą, do osobnego przedziału.
- Znałem jeszcze pańskiego ojca - rzekł - i znałem go za jego świetnych
czasów. Wziąłem z jego sąsiedztwa żonę. Pamiętam, miał wtedy Zwichów,
Brzęczącą, Mocarze i Rozwady w Lubelskiem. Piękna fortuna! Dziadek
pański był jednym z większych właścicieli w tamtych stronach - ale to
musiało teraz przejść w inne ręce.
- Nie teraz, ale już dawniej. Ojciec mój stracił za życia cały majątek.
Był chory, mieszkał w Nizzy, nie pilnował i tak to poszło. Żeby nie
sukcesja, którą po jego śmierci dostała matka, byłoby ciężko.
- Ale pan za to dajesz sobie dobrze rady. Ja znam wasz dom. Miałem z wami przez Abdulskiego interes o chmiel.
- To Abdulski dla pana pośredniczył?
- Tak, i muszę przyznać, żem był ze stosunku zupełnie kontent.
Wyszliście ze mną przyzwoicie - i widzę, że porządnie prowadzicie
interesy.
- Inaczej nikt się nie ostoi. Mój wspólnik, Bigiel, jest uczciwy
człowiek, a i ja nie jestem panem Pławickim - odpowiedział Połaniecki.
- Jakże to? - spytał zaciekawiony Jamisz.
Połaniecki, z resztkami niewygasłego jeszcze rozdrażnienia, opowiedział
mu całą sprawę.
- Hm! - odrzekł Jamisz - skoro pan mówisz o nim tak bez ogródek, to
pozwólże, abym i ja tak mówił, choć to pański krewny.
- On sam żaden krewny; pierwsza jego żona była krewną i przyjaciółką
mojej matki - oto wszystko.
- Ja go znam od dziecka. To jest człowiek więcej popsuty, niż zły. Był
jedynakiem, więc naprzód rozpieścili go rodzice, a potem czyniły to samo
obie żony. Obie były kobiety ciche i łagodne, dla obydwóch był
bożyszczem. Przez całe lata rzeczy układały się w ten sposób, że on był
tym słońcem, koło którego kręcą się inne planety, i nareszcie doszedł do
przekonania, że jemu się od świata należy wszystko, a ludziom od niego
nic. W takich warunkach, gdy się zło i dobro własną tylko wygodą mierzy,
nic łatwiejszego, jak zatracić zmysł moralny. Pławicki to jest
mieszanina uroczystości i folgi: uroczystości, bo sam zawsze na chwałę
swoją celebrował, a folgi, bo sobie na wszystko pozwalał. Zmieniło się
to niemal w jego naturę. Potem przyszły też trudne okoliczności, którym
potrafi się oprzeć tylko człowiek z charakterem, a on go nigdy nie miał.
Zaczął się wykręcać i w końcu do tego przywykł. Nas, panie, ziemia
uszlachetnia, ale też i ziemia psuje. Mnie jeden mój znajomy bankrut
mówił: "To nie ja kręcę, to mój majątek kręci, a ja za niego gadam". - I to trochę tak jest. Więcej w naszym zawodzie, niż w każdym innym...
- Wyobraź pan sobie - odpowiedział Połaniecki - że ja, który pochodzę z roli, nie mam żadnego pociągu do rolnictwa. Wiem, że ono będzie zawsze,
bo być musi, ale w tej formie, jak jest dziś, nie widzę dla niego
przyszłości. Wy wszyscy musicie zginąć.
- Ja też nie patrzę różowo. Pomijam, że ogólny stan rolnictwa jest w całej Europie zły, bo to rzeczy znane, ale pomyśl pan tylko: ma
szlachcic czterech synów, więc każdy z nich odziedziczy tylko czwartą
część ojcowskiego majątku. Tymczasem cóż się dzieje? Każdy, przywykłszy
do ojcowskiej normy życia, chce żyć jak ojciec - ot już koniec łatwy do
przewidzenia. Po drugie: ma szlachcic czterech synów - to zdolniejsi
obierają rozmaite zawody, - na roli, o zakład, zostaje najmniej zdolny.
Po trzecie: to, co całe szeregi pokoleń zapracowały, jedna lekkomyślna
głowa zniszczy. Po czwarte: my jesteśmy nieźli rolnicy, a źli
administratorowie, dobra zaś administracja znaczy więcej od dobrej
uprawy roli: więc cóż za wniosek? ziemia zostanie, ale my, którzy ją
dziś przedstawiamy, pod formą większej własności, prawdopodobnie musimy
z niej wyjść. Tylko, widzisz pan, może z czasem wrócimy.
- Jak to?
- Bo naprzód, to, co pan mówisz, że pana do ziemi nic nie ciągnie, to
jest złudzenie. Ziemia, panie, ciągnie i ciągnie z taką siłą, że każdy,
przyszedłszy do pewnych lat, do pewnej zamożności, nie może się oprzeć
chęci posiadania choćby kawałka ziemi. Przyjdzie to i na pana. I to jest
naturalne. Ostatecznie, wszelkie bogactwo może być uważane za fikcję,
prócz ziemi. Wszystko wychodzi z niej i wszystko istnieje dla niej. Jak
bilet bankowy jest kwitkiem na monetę metalową, leżącą w banku państwa,
tak i przemysł, i handel, i co pan chcesz, jest ostatecznie zmienioną na
inny kształt ziemią... a co do was zwłaszcza, którzyście z niej wyszli,
musicie do niej wrócić.
- Ja przynajmniej nie myślę.
- Co pan wiesz? Dziś robisz majątek, ale jak go zrobisz? I w tym jest
przyszłość. Połanieccy byli rolnikami - teraz jeden obrał inny zawód.
Większość dzieci rolników musi także obrać inny zawód, choćby dlatego,
że inaczej nie może. Część ich zmarnieje, część dorobi się i wróci - a wróci nie tylko z kapitałem, ale z nową energią i z tą znajomością
ścisłej administracji, jaką specjalne zawody wyrabiają - wróci przez ten
pociąg, który ziemia wywiera, i wreszcie z poczucia obowiązków, których
panu tłumaczyć nie potrzebuję.
- To, co pan mówisz, ma tę dobrą stronę, że wówczas taki mój
wujaszek-nie-wujaszek, Pławicki, będzie należał do typów zaginionych.
Pan Jamisz zamyślił się przez chwilę, po czym rzekł:
- Nić się ciągnie i ciągnie, póki się nie urwie, ale w końcu musi się
urwać. Oni się nie utrzymają, moim zdaniem, przy Krzemieniu, choćby
rozparcelowali Magierówkę. Ot, kogo mi żal, to Maryni. To nadzwyczaj
poczciwe dziecko. Bo pan nie wiesz, że stary chciał przed dwoma laty
sprzedać Krzemień i wynieść się do miasta, i że nie stało się to w części na prośby Maryni. Czy to ze względu na pamięć matki, która tam
leży, czy dlatego, że tyle się mówi i pisze o obowiązku trzymania się
przy ziemi - dość, że dziewczyna robiła co mogła, by do sprzedaży nie
dopuścić. Wyobrażało sobie biedactwo, że byle się wziąć ze wszystkich
sił do roboty, można wszystkiego dokazać. I prawdziwie, że wyrzekła się
całego świata dla tego Krzemienia. Dla niej to będzie cios, jak się nić
wreszcie urwie, a musi się urwać... Szkoda dziewczyny lat.
- Pan jesteś dobry człowiek, panie radco! - zawołał Połaniecki ze zwykłą
sobie żywością.
Stary człowiek uśmiechnął się.
- Ja lubię to dziecko, bo to wreszcie i moja pupilka w zawodzie
gospodarskim; pewnie, że będzie smutno, jak nam jej zbraknie.
Połaniecki zaczął przygryzać czas jakiś wąsy, wreszcie rzekł:
- Niech wyjdzie za mąż za kogo w okolicy, to i zostanie.
- Wyjdzie, wyjdzie... Niby to pannie bez majątku łatwo. Kto u nas jest?
Gątowski. Ten by ją wziął. Dobry człowiek i wcale nie tak ograniczony,
jak mówią. Ale ona nie ma dla niego uczucia, a bez uczucia nie wyjdzie.
Jałbrzyków mały mająteczek. Staremu się przy tym zdaje, że Gątowscy są
czymś mniej od Pławickich - i Gątowski także już w to uwierzył. Jak to
pan wie, u nas ten uchodzi za familianta, komu się podoba za takiego
uważać. Bo ludzie niby się śmieją, a w końcu przywykają. Przy tym jeden
podnosi nosa dlatego, że się dorabia majątku, a drugi dlatego, że go
traci - i nic innego mu nie pozostaje. Ale mniejsza z tym. To jedno
wiem, że kto Marynię weźmie, perłę weźmie.
Połaniecki miał w tej chwili w duszy to samo i przekonanie i poczucie.
Pogrążywszy się więc w milczeniu, zaczął na nowo rozmyślać o Maryni, a raczej przypominać ją sobie i wyobrażać. Nagle wydało mu się nawet, że
będzie bez niej tęsknił; ale przypomniał sobie także, że podobne rzeczy
nieraz już mu się wydawały, a potem czas rozwiewał te złudzenia.
Jednakże myślał o niej jeszcze nawet i wówczas, gdy zbliżali się już do
miasta, i wysiadając w Warszawie, mruczał przez zęby:
- Jak się to głupio stało! jak głupio!...
Rozdział IV
IV
Po powrocie do Warszawy, pierwszy wieczór spędził Połaniecki w domu
swego wspólnika Bigiela, z którym, jako z dawnym kolegą szkolnym,
łączyła go i osobista zażyłość. Bigiel, z pochodzenia Czech, ale z rodziny, osiadłej w kraju od kilku pokoleń, prowadził już przed
połączeniem się z Połanieckim niewielki dom bankowo-handlowy i zyskał
sobie opinię kupca, niezbyt wprawdzie przedsiębiorczego, ale uczciwego i nadzwyczaj pewnego w stosunkach. Gdy Połaniecki jeszcze przed
ostatecznym powrotem z zagranicy wszedł w spółkę, dom rozszerzył
znacznie swą działalność i stał się poważną firmą. Wspólnicy dopełniali
się doskonale. Połaniecki, nierównie zdolniejszy i bardziej rzutki, miał
więcej pomysłów i ogarniał łatwiej całość każdej sprawy, natomiast
Bigiel pilnował lepiej jej wykonania. Gdy chodziło o to, by okazać
energię, lub przycisnąć kogoś do muru, tam Połaniecki był jedyny;
natomiast gdy szło o rozmysł, o obejrzenie interesu z dziesięciu stron i o cierpliwość, tam zaczynała się rola Bigiela. Usposobieniem byli sobie
wręcz przeciwni i może dlatego mieli dla się wzajemnie szczerą przyjaźń.
Przewaga w stosunku była po stronie Połanieckiego. Bigiel wierzył w jego
niepospolite zdolności, a kilka pomysłów, istotnie bardzo dla domu
szczęśliwych, jakie dał Połaniecki od czasu wejścia w spółkę,
utwierdziły tę wiarę. Marzeniem obydwóch było dojść z czasem do takiego
kapitału, by móc założyć fabrykę perkalów, którą kierowałby Połaniecki,
administrował Bigiel. Ale, jakkolwiek obaj mogli się już liczyć do ludzi
niemal zamożnych, była to odległa przyszłość. Mniej cierpliwy, a bardzo
na wszystkie strony spokrewniony Połaniecki, próbował wprawdzie zaraz po
przyjeździe do kraju poruszyć w tym celu miejscowe, tak zwane "swojskie"
kapitały. Ale spotkała go ogólna nieufność. Zauważył przy tym rzecz
dziwną. Oto jego nazwisko otwierało mu wszystkie drzwi, ale raczej
szkodziło, niż pomagało mu w interesie. Zdawać się mogło, że tym
ludziom, do których się zgłaszał, nie mieściło się w głowie, jakim
sposobem jeden z nich, zatem człowiek z dobrego domu i z nazwiskiem
kończącym się na ski, może dobrze prowadzić jakikolwiek interes.
Połanieckiego złościło to z początku tak, że roztropny Bigiel musiał
gasić jego wybryki za pomocą przedstawień, iż podobna nieufność jest
istotnie opartą na latach smutnych doświadczeń. I, znając dobrze
historię rozmaitych przedsiębiorstw handlowo-przemysłowych, cytował mu
cały szereg nazwisk, począwszy od pana podskarbiego Tyzenhauza, a skończywszy na rozmaitych bankach włościańskich i Tellusach, które,
prócz nazwy, nie miały w sobie nic ziemskiego, czyli, inaczej mówiąc,
pozbawione były wszelkich realnych podstaw. - "Czas jeszcze nie
przyszedł - mówił Bigiel - ale czas przyjdzie, a raczej już nadchodzi.
Do tej pory było tylko amatorstwo i dyletantyzm, teraz dopiero zjawiają
się tu i owdzie ludzie fachowi".
Połaniecki, który mimo swego temperamentu, miał zmysł spostrzegawczy
dość rozwinięty, poczynił przy tym rozmaite dziwne odkrycia w tych
sferach, do których jego stosunki otwierały mu przystęp. Oto spotykało
go ogólne uznanie za to, że coś robił. Podnoszono to nawet z naciskiem,
ale było w tym uznaniu jeszcze jakby pewne pobłażanie. Każdy dawał
zanadto do poznania, że się na to zgadza, że uważa to za potrzebne, nikt
zaś nie zachował się tak, jakby fakt, iż Połaniecki czymś się zajmuje,
uważał za rzecz zupełnie zwykłą i naturalną. "Oni mnie wszyscy
protegują!" - mówił Połaniecki - i to była prawda. Doszedł też do
przekonania, że gdyby na przykład chciał sięgnąć po rękę którejś z panien z tak zwanego "towarzystwa" - to jego dom bankowo-handlowy i nazwa "aferzysty" byłyby mu mimo owego uznania, raczej przeszkodą niż
pomocą. Prędzej by mu oddano każdą z tych dziewczyn, gdyby, zamiast
zyskownego przedsiębiorstwa, miał jaki obdłużony majątek, lub gdyby,
żyjąc jak wielki pan, zjadał po prostu procenta od kapitału, albo nawet
i sam kapitał.
Uczyniwszy całe tuziny tego rodzaju spostrzeżeń, Połaniecki zaczął
zaniedbywać stosunki, a w końcu zaniechał ich zupełnie, poprzestając na
domu Bigielów, pani Emilii Chwastowskiej i tych znajomościach męskich,
jakie były konieczne przy jego życiu kawalerskim. Jadał u François z Bukackim, ze starym Waskowskim i z adwokatem Maszko, z którymi
ustawicznie rozprawiał i spierał się o rozmaite kwestie; bywał często w teatrze i na wszelkiego rodzaju zabawach publicznych, zresztą prowadził
życie dość odosobnione, i dlatego, mimo wielkiej i wyrozumowanej ochoty,
jak również mimo dostatecznego majątku, dotychczas się nie ożenił.
Zajechawszy, po powrocie z Krzemienia, niemal wprost do Bigielów, wylał
naprzód całą żółć na "wujaszka" Pławickiego, sądząc, że w gospodarzu
znajdzie powolnego i współczującego słuchacza; ale Bigiel mało się
wzruszył opowiadaniem i rzekł:
- Ja takie typy znam. Zresztą, prawdę powiedziawszy, skąd Pławicki
weźmie pieniędzy, skoro ich nie ma? Z długami hipotecznymi trzeba mieć
świętą cierpliwość. Majątek ziemski łatwo łyka pieniądze, ale oddaje je
z największym wysileniem.
- Słuchaj, Bigiel - odrzekł Połaniecki - od czasu, jak tyjesz i sypiasz
po obiedzie, z tobą trzeba mieć także świętą cierpliwość.
- Bo tak szczerze - mówił niewzruszony Bigiel - czy ty koniecznie
potrzebujesz tych pieniędzy? Czy nie masz do rozporządzenia sumy, jaką
każdy z nas obowiązany jest wnieść.
- Ciekawym, co tobie, albo Pławickiemu do tego? Mam u niego, muszę
odebrać i skończyło się.
Wejście pani Bigielowej z całym stadkiem dzieci położyło tamę kłótni.
Była to młoda jeszcze kobieta, ciemno-włosa, niebiesko-oka, bardzo dobra
i bardzo zajęta dziećmi, których było sześcioro i które Połaniecki
nadzwyczaj lubił. Była też za to szczerą jego przyjaciółką, jak również
pani Emilii Chwastowskiej. Obie te panie, znając i kochając Marynię
Pławicką, postanowiły ożenić z nią Połanieckiego, obie namawiały go
bardzo silnie, by osobiście jechał po pieniądze do Krzemienia; teraz
więc pani Bigielowa płonęła ciekawością, jakie te odwiedziny uczyniły na
nim wrażenie.
Ale z powodu dzieci nie można się było dogadać. Najmłodszy z tych, które
już chodziły na własnych nogach, Jaś, objąwszy rękoma łydkę
Połanieckiego, począł za nią ciągnąć, wołając: "Pan, pan!" - co w jego
języku brzmiało: "Pam! pam!" - dwie dziewczynki, Ewka i Joasia,
wgramoliły się bez ceremonii na kolana młodego człowieka, a Edzio i Józio wytoczyli przed nim sprawę. Dzieci czytały Zdobycie Meksyku i bawiły się w "zdobycie Meksyku", więc Edzio, podniósłszy brwi i przekręciwszy dłonie do góry, mówił z zapałem:
- Dobrze! ja będę Kortezem, a Józio rycerzem na koniu, ale jak Ewka, ani
Joasia nie chcą być Montezumą, to jakże? Przecież tak nie można się
bawić, prawda? Ktoś musi być Montezumą, bo inaczej któż będzie
Meksykanami dowodził?
- A gdzie są Meksykanie? - spytał Połaniecki.
- No - rzekł Józio - Meksykanami są przecie krzesła i Hiszpanami także.
- To czekajcież, ja będę Montezumą - a teraz zdobywajcież Meksyk!
Tu wszczął się rwetes nieopisany. Żywość Połanieckiego pozwalała mu
zmieniać się chwilami w dziecko. Stawił on tak zacięty opór Kortezowi,
że Kortez począł mu odmawiać prawa do takiego oporu, twierdząc, nie bez
słuszności historycznej, że skoro Montezuma został pobity, to powinien
się dać pobić. Na to Montezuma odpowiadał, że go to mało obchodzi i walczył dalej. W ten sposób zabawa przedłużała się coraz bardziej.
Lecz pani Bigielowa, nie mogąc doczekać końca, spytała wreszcie męża:
- Jakże wizyta w Krzemieniu?
- Zrobił to, co teraz robi - odpowiedział z flegmą Bigiel - poprzewracał
wszystkie krzesła i wyjechał.
- Mówił ci co?
- O pannę nie miałem czasu go zapytać, ale z Pławickim rozstał się, jak
nie można gorzej. Chce sprzedać swój dług na Krzemieniu, co oczywiście
pociągnie za sobą zupełne zerwanie stosunków.
- Szkoda - odrzekła pani Bigielowa.
I przy herbacie, gdy dzieci spać poszły, poczęła wprost wypytywać
Połanieckiego o Marynię.
- Nie wiem - odpowiedział Połaniecki - może jest ładna, może nie! Nie
zastanawiałem się nad tym.
- To nieprawda - odpowiedziała pani Bigielowa.
- A więc nieprawda! A więc jest miła, ładna i co pani chce. Można się w niej zakochać, można się z nią ożenić, ale noga moja więcej u nich nie
postanie. Wiem doskonale, dlaczego mnie tam panie wysyłały, tylko lepiej
mnie było ostrzec, kim jest jej ojciec, bo ona musi być do niego z usposobienia podobna, a jeśli tak jest, to dziękuję uniżenie.
- Niech się pan zastanowi, co pan mówi: "jest ładna, jest miła, można
się z nią ożenić" - a potem: "musi być do ojca podobna!". - Przecie to
się nie trzyma!
- Być może, wszystko mi jedno! Nie mam szczęścia i dość na tym!
- A ja powiadam panu dwie rzeczy: po pierwsze, że pan powrócił pod
silnym wrażeniem Maryni, a po drugie, że to jest jedna z najlepszych
panien, jakie w życiu widziałam i że szczęśliwy będzie, kto ją weźmie.
- Czemuż jej dotąd nikt nie wziął?
- Bo ona ma dwadzieścia jeden lat i niedawno w świat weszła. Niech pan
zresztą nie myśli, żeby nie miała już starających się.
- Niechże ją bierze kto inny.
Ale Połaniecki powiedział to nieszczerze, myśl bowiem, że ją może wziąć
kto inny, była mu niezmiernie przykra. Czuł też w duszy wdzięczność dla
pani Bigielowej za jej pochwały dla Maryni.
- Niech tam! - rzekł - ale pani jest dobrą przyjaciółką.
- Nie tylko Maryni, ale i pańską, i pańską. Proszę tylko o szczerą, ale
zupełnie szczerą odpowiedź: jest pan pod wrażeniem, czy nie jest?
- Ja? pod wrażeniem? Szczerze mam powiedzieć? - ogromnie!
- A widzi pan! - odrzekła pani Bigielowa, której twarz rozjaśniła się
zadowoleniem.
- Cóż widzę? Nic nie widzę! Podobała mi się ogromnie - prawda! Pani nie
ma pojęcia, jakie to sympatyczne i pociągające stworzenie. I dobre musi
być! Ale cóż? Przecie ja drugi raz do Krzemienia nie mogę jechać.
Wyjechałem taki zły, mówiłem nie tylko Pławickiemu, ale i jej, takie
przykre rzeczy, że to niepodobna.
- Bardzo pan nabroił?
- Raczej zanadto, niż za mało.
- To można listem ułagodzić.
- Jabym miał pisać do Pławickiego i przepraszać? Za nic w świecie!
Przecie on mnie zresztą przeklął.
- Jak to, przeklął?
- Jako patriarcha rodu. W swoim imieniu i wszystkich przodków. Mam taki
do niego wstręt, że nie umiałbym dwóch słów nakreślić. To jest stary,
patetyczny komediant. Ją prędzej bym przeprosił, ale na co się to zdało?
Ona musi z ojcem trzymać. To i ja rozumiem. W najlepszym razie odpisze
mi, że jej bardzo przyjemnie, i na tym stosunek się urwie.
- Jak Emilka wróci z Reichenhallu, to pod pierwszym lepszym pozorem
ściągniemy tu Marynię - i wtedy, to już będzie pańska rzecz, by się te
nieporozumienia zatarły.
- Za późno, za późno! - powtórzył Połaniecki. - Dałem sobie słowo, że tę
sumę sprzedam - i sprzedam.
- To może właśnie będzie lepiej.
- Nie, to będzie gorzej! - wtrącił pan Bigiel. - Ja go namawiam, by sumy
nie sprzedawał. Mam przy tym nadzieję, że kupca na nią nie znajdzie.
- A tymczasem Emilka ukończy kurację Litki.
Tu pani Bigielowa zwróciła się do Połanieckiego:
- Zobaczy pan, jak teraz inne panny będą się panu wydawały po Maryni. Ja
nie jestem z nią tak blisko, jak Emilka, ale postaram się znaleźć
pierwszy lepszy pozór, żeby do niej napisać i dowiedzieć się, co też ona
o panu myśli.
Na tym skończyła się rozmowa. Połaniecki, wracając do domu, spostrzegł,
że jednak ta Marynia zajęła już wcale niepoślednie miejsce w jego duszy.
Prawdę mówiąc, nie mógł prawie o czym innym myśleć. Miał jednak
współcześnie poczucie, że ten stosunek zaczął się w warunkach
niepomyślnych i że lepiej byłoby wybić sobie z głowy tę dziewczynę, póki
jest jeszcze czas po temu. Jako człowiek duchowo raczej tęgi, niż słaby
i nie przywykły oddawać się marzeniom dlatego tylko, że są miłe,
postanowił trzeźwo ocenić położenie i rozważyć je ze wszystkich stron.
Panna posiadała wprawdzie wszystkie niemal te warunki, których wymagał
od przyszłej swej żony, i nadto przypadła mu osobiście do serca. Ale
posiadała przy tym i ojca, którego Połaniecki już nie znosił; a oprócz
ojca, prawdziwe brzemię pod postacią Krzemienia z przyległościami. "Z tą
uroczystą starą małpą nie zżyję się nigdy i nie mogę się zżyć - myślał
Połaniecki - albowiem z nim dwojaki tylko stosunek jest możliwy: trzeba
albo mu się poddać, do czego bezwarunkowo nie jestem zdolny, albo nim
potrząsać co dzień, tak, jak potrząsnąłem w Krzemieniu. W pierwszym
razie, ja, człowiek niezależny, poszedłbym w nieznośną niewolę starego
egoisty, w drugim - rola mojej żony byłaby trudna, przykra i nasze
pożycie mogłoby się popsuć".
- Spodziewam się - mówił sobie dalej - że to jest trzeźwe i logiczne
rozumowanie. Byłoby ono błędnym tylko wówczas, gdybym ją już kochał.
Sądzę jednak, że tak nie jest. Jestem nią zajęty, nie zakochany w niej.
To są dwie rzeczy różne. Ergo: trzeba przestać o niej myśleć i niech ją
bierze kto inny!
Na tę ostatnią myśl znów zapiekło go żywe uczucie przykrości, ale
pomyślał: "Jestem nią tak zajęty, iż to jest rzecz naturalna.
Ostatecznie, zgryzłem niejedną przykrość w życiu, zgryzę i tę.
Przypuszczam także, że będzie się ona z każdym dniem zmniejszała".
Ale wkrótce spostrzegł, że, prócz tej przykrości, zostaje w nim jeszcze
uczucie żalu, z powodu zniknięcia tych widoków, które otwierały się
przed nim. Zdawało mu się teraz, że podniesiono przed nim jakąś zasłonę
przyszłości i pokazano, coby być mogło, a potem spuszczono ją nagle i życie jego wracało na dawną drogę, nie prowadzącą ostatecznie do
niczego, a raczej prowadzącą do pustkowia. Połaniecki czuł, bądź co
bądź, że stary filozof Waskowski ma słuszność, i że robienie pieniędzy
może być tylko środkiem. Poza tym zagadka życiowa winna być inaczej
rozwiązana. Musi być jakiś cel, jakieś zadanie poważne, które, spełnione
w sposób cny i prosty, prowadzą do uspokojenia duchowego. To uspokojenie
jest duszą życia - i bez niego nie ma ono, krótko mówiąc, sensu.
Połaniecki był pod pewnym względem dzieckiem wieku, to jest nosił i on w sobie część tego wielkiego niepokoju, który w obecnej schyłkowej epoce
jest zmorą ludzką. I w nim wykruszyły się te podstawy, na których dotąd
wspierało się życie. I on zwątpił, czy potykający się o wszystkie
przydrożne kamienie racjonalizm zdoła zastąpić wiarę, a wiary dotychczas
nie odzyskał. Od współczesnych "dekadentów" różnił się jednak tym, że
się nie rozlubował w sobie, w swoich nerwach, w swoich zwątpieniach, w swoim duchowym dramacie, i że nie dał sobie dyspensy na niedołęstwo i próżniactwo. Miał, owszem, mniej więcej uświadomione poczucie, że życie,
jakie ono jest, tajemnicze, czy nie tajemnicze, musi być wypełnione
szeregiem prac i czynów. Sądził, że jeśli jest niepodobieństwem
odpowiedzieć sobie na rozmaite: "dlaczego?" to jednak należy coś robić -
sam czyn bowiem może być do pewnego stopnia odpowiedzią. Może być
wprawdzie niedorzeczną, ale przynajmniej człowiek, który tak odpowiada,
zrzuca z siebie odpowiedzialność. Więc cóż pozostaje? Założenie rodziny
i praca społeczna. Jedno i drugie musi być jednak do pewnego stopnia
prawem natury ludzkiej i jej przeznaczeniem, gdyż inaczej ludzie nie
żeniliby się i nie wiązali w społeczeństwa. Tego rodzaju filozofia,
popierająca rozumowo męskie instynkty Połanieckiego, wskazywała mu
małżeństwo jako jeden z głównych celów życia. Jego wola była od dawna
napięta i zwrócona ku temu celowi. Przez chwilę panna Marynia wydała mu
się być ową przystanią, "do której okręt w noc pochmurną zmierza". -
Teraz więc, gdy sobie wyrozumował, że światła tej przystani nie dla
niego były zapalone, że trzeba płynąć dalej, zacząć na nowo żeglugę po
nieznanych morzach, ogarnęło go uczucie i zmęczenia i żalu. Ale własne
rozumowania wydały mu się logiczne i wrócił do domu z ustalonym prawie
zupełnie przekonaniem, że "jeszcze nie ta" i "jeszcze nie tym razem".
Nazajutrz, poszedłszy na obiad, znalazł w restauracji Waskowskiego i Bukackiego. Po chwili nadszedł też i Maszko, ze swoją twarzą aroganta,
długimi faworytami, monoklem w oku, wypiekami na twarzy i białą
kamizelką. Po powitaniu, wszyscy zaczęli wypytywać się Połanieckiego o wyprawę do Pławickiego, w części bowiem wiedzieli, dlaczego panie
nastawały na jego osobisty wyjazd, a prócz tego, znali pannę Pławicką od
pani Emilii Chwastowskiej.
Po wysłuchaniu opowiadania, przezroczysty, jak sewrska porcelana,
Bukacki, rzekł z właściwą sobie flegmą:
- Więc wojna? To jest panna, która działa na nerwy i teraz pora byłaby o nią uderzyć. Kobieta na kamienistej drodze łatwiej przyjmuje ofiarowane
sobie ramię, niż na równym gościńcu.
- To jej podaj - rzekł z pewną niecierpliwością Połaniecki.
- Widzisz, mój kochany, są trzy przeszkody. Naprzód, jeszcze bardziej
działa mi na nerwy pani Emilia; powtóre, miewam co rano ból w szyi i tylnej części głowy, co zapowiada chorobę mózgową; a potrzecie, jestem
goły.
- Ty goły?
- Przynajmniej teraz: kupiłem kilkanaście Falków, wszystko avant la
lettre, i wypłukałem się na jaki miesiąc - a jeśli dostanę z Włoch
jednego Masaccia, o którego się układam w tej chwili, to się zrujnuję na
jaki rok.
Waskowski, który z rysów, a raczej z wypieków na twarzy, podobny był
nieco do Maszki, lubo daleko starszy i lubo twarz miał pełną słodyczy,
utkwił swoje niebieskie oczy w Bukackiego i rzekł:
- I to choroba wieku. Kolekcjonerstwo i kolekcjonerstwo na wszystkie
strony!
- Oho! będzie rozprawa - zauważył Maszko.
- Nie mamy nic lepszego do roboty - odpowiedział Połaniecki.
A Bukacki podniósł rękawicę.
- Co pan masz przeciw kolekcjonerstwu?
- Nic - odpowiedział Waskowski. - To jest taki staruszkowaty, godny
naszych czasów, sposób kochania sztuki. Czy nie myślicie, że jest w tym
coś zgrzybiałego? Podług mnie, to jest bardzo charakterystyczne. Niegdyś
nosiło się w sobie zapał dla wielkiej sztuki, kochało się ją tam, gdzie
była: w muzeach, w kościołach; dziś sprowadza się ją sobie do prywatnego
gabinetu. Dawniej kończyło się na kolekcjonowaniu, dziś się od niego
zaczyna - i zaczyna się od dziwactw. Nie mówię do Bukackiego, ale dziś
najmłodszy chłopak, byle miał trochę pieniędzy, poczyna kolekcjonować -
i co? nieraz nie przedmioty sztuki; ale jej dziwactwa, albo przynajmniej
drobiazgi. Widzicie, moi drodzy, mnie się zdawało zawsze, że miłość i amatorstwo, to są dwie rzeczy różne, i przypuszczam na przykład, że
wielki amator kobiet nie jest człowiekiem zdolnym do podniosłego
uczucia.
- To być może. W tym coś jest! - rzekł Połaniecki.
- Co mnie to może obchodzić - rzekł Maszko, rozczesując palcami swoje
angielskie bokobrody - w tym tkwi przede wszystkim zrzędzenie starego
pedagoga na nowsze czasy.
- Pedagoga? - powtórzył Waskowski. - Naprzód, od czasu, jak mi spadł
niespodzianie kawał chleba, wyrzekłem się rzezi niewiniątek i roli
Heroda; powtóre, mylisz się pan, że ja zrzędzę. Ja niemal z radością
widzę i notuję coraz nowe dowody, że jesteśmy przy końcu epoki, i że
wkrótce przyjdzie nowa.
- Jesteśmy na pełnym morzu i nie prędko zawiniemy do brzegu - mruknął
Maszko.
- Daj spokój - odpowiedział Połaniecki.
Lecz niezrażony Waskowski ciągnął dalej:
- Amatorstwo prowadzi do wyrafinowania, a w wyrafinowaniu giną wielkie
ideały i ustępują chęci używania. Wszystko to nic innego, jak pogaństwo.
Nikt sobie nie zdaje sprawy, do jakiegośmy stopnia spoganieli, ale jest
co? jest duch aryjski, który nie kostnieje, nie zastyga nigdy, duch,
mający w sobie tchnienie boże, więc moc twórczą - i temu duchowi już
ciasno w pogańskich więzach i reakcja już się poczyna, i nastąpi
odrodzenie się tak na tym polu, jak i na innych w Chrystusie... To
niewątpliwa rzecz.
I Waskowski, który miał oczy, jak dziecko, to jest odbijające tylko
zewnętrznie przedmioty, a utkwione wiecznie jakby w nieskończoność,
utkwił je teraz w oknach, przez które widać było szare chmury, między
którymi przedzierały się gdzieniegdzie promienie słońca.
Bukacki zaś rzekł:
- Szkoda, że mnie głowa pobolewa, bo to będzie ciekawa epoka.
Lecz Maszko, który Waskowskiego nazywał "piłą" i nudził się jego
rozprawami, wszczynanymi rzeczywiście z lada powodu, albo i bez powodu,
wydobył z bocznej kieszeni surduta cygaro, przygryzł koniec i,
zwróciwszy się do Połanieckiego, rzekł:
- Słuchaj, Stasiu, czybyś ty rzeczywiście sprzedał tę sumę, którą masz
na Krzemieniu?
- Stanowczo. Dlaczego pytasz?
- Bo ja bym może reflektował.
- Ty?
- Tak. Wiesz, że często reflektuję tego rodzaju interesy. Możemy o tym
pogadać. Dziś na pewno nic ci nie mogę powiedzieć, ale jutro każę sobie
przysłać wyciąg hipoteczny Krzemienia i powiem ci, czy rzecz jest
możliwa. Może po obiedzie przyjdziesz do mnie na kawę i może coś
ułożymy.
- Dobrze. Jeśli co ma być, wolałbym, żeby było prędko, bo jak się tylko
załatwię z Bigielem, chciałbym wyjechać.
- Dokąd się wybierasz? - spytał Bukacki.
- Nie wiem. W mieście zanadto już gorąco. Gdzieś do drzew i wody.
- Także stary przesąd - rzekł Bukacki - w mieście zawsze po jednej
stronie ulicy jest cień, czego nie ma na wsi. Chodzę sobie cienistą
stroną i jest mi dobrze, dlatego nigdy w lato z miasta nie wyjeżdżam.
- A profesor nie wybierzesz się gdzie? - spytał Waskowskiego Połaniecki.
- Owszem. Pani Emilia namawia mnie do Reichenhall. Może się i wybiorę.
- A to jedźmy razem. Mnie wszystko jedno, gdzie pojadę. Lubię Salzburg,
a przy tym miło mi będzie zobaczyć panią Emilię i Litkę.
Bukacki wyciągnął swą przezroczystą rękę, wziął wykałaczkę z kieliszka i wykałając zęby, począł mówić swym zimnym i obojętnym głosem:
- Wre we mnie tak wściekła burza zazdrości, że i ja gotów jestem jechać
z wami. Połaniecki, strzeż się, żebym nie wybuchnął, jak dynamit.
Było coś tak zabawnie przeciwnego między słowami a tonem Bukackiego, że
Połaniecki począł się śmiać, po chwili zaś odpowiedział:
- Do głowy mi nie przyszło, że można się zakochać w pani Emilii.
Dziękuję ci za ideę!
- Biada wam obojgu! - odrzekł Bukacki, wykałając dalej zęby.
Rozdział V
V
Nazajutrz, po wczesnym obiedzie u Bigielów, Połaniecki udał się o oznaczonej godzinie do Maszki. Czekano tam na niego widocznie, bo w gabinecie zastał wykwintną zastawę do czarnej kawy i kieliszki do
likierów. Sam Maszko nie ukazał się jednak zaraz, gdyż, jak mówił
służący, przyjmował jakieś panie. Jakoż przeze drzwi dochodził z salonu
jego głos i słowa kobiece. Połaniecki począł się przypatrywać tymczasem
przodkom Maszki, których kilka portretów wisiało na ścianach i o których
autentyczności powątpiewali przyjaciele młodego adwokata. Zwłaszcza
pewien zezowaty infułat dostarczał Bukackiemu przedmiotu do konceptów,
ale Maszko nie zrażał się tym. Postanowił on narzucić, bądź co bądź,
światu siebie, swoich przodków, swoją genialność do interesów, wiedząc,
że w tym społeczeństwie, w którym żył, będą sobie ludzie z tego
podrwiwali, ale nikt nie zdobędzie się na energię, by wystąpić czynnie
przeciw tym pretensją. Posiadając sam energię i zuchwałość bez granic, a oprócz tego rzeczywisty spryt do interesów, postanowił wybić się w górę
za pomocą tych środków. Ludzie, którzy go nie lubili, nazywali go
bezczelnym i był on nim istotnie, ale był z rozmysłu. Pochodząc z rodziny, wątpliwie nawet szlacheckiej, traktował ludzi, niewątpliwie
pochodzących ze starych rodów, jakby był bez porównania lepiej od nich
urodzonym, ludzi niewątpliwie bogatych, jakby był od nich bogatszym - i udawało mu się - i owa taktyka robiła swoje. Pilnował się tylko, by nie
popaść w zupełną śmieszność, ale granice w takim postępowaniu wyznaczył
sobie nadzwyczaj szerokie. Ostatecznie doszedł do tego, do czego chciał:
był przyjmowany wszędzie i wyrobił sobie duży kredyt. Niektóre obroty
przynosiły mu rzeczywiście spore zyski, ale pieniędzy nie zbierał.
Uważał, że na to czas nie przyszedł i że musi jeszcze wkładać w przyszłość, chcąc, by mu się wypłaciła tak, jak od niej żądał. Pieniędzy
wprawdzie nie trwonił i nie zbytkował, sądząc, że w ten sposób wchodzą w świat parweniusze - ale gdzie trzeba było, okazywał się, według własnego
wyrażenia, "solidnie hojnym". Uchodził też za człowieka nader gładkiego
w interesach i nade wszystko słownego.
Słowność jego oparta była wprawdzie na kredycie, ale też i podtrzymywała
go w wysokim stopniu, co znów pozwoliło mu robić obroty istotnie
wielkie. Nie cofał się zaś przed byle czym. Posiadał, prócz odwagi i pewnego zapędu, wyłączającego długie rozmysły, jeszcze i wiarę w swe
szczęście. Powodzenia wzmocniły tę wiarę. Nie wiedział wprawdzie nigdy
sam, ile ma majątku, ale obracał dużymi pieniędzmi i ludzie mieli go za
bogatego.
Ostatecznie sprężyną jego życia była raczej próżność, niż chciwość.
Chciał wprawdzie być bogatym, ale przede wszystkim pragnął uchodzić za
wielkiego pana, na sposób angielski. Przystosował do tego nawet swoją
powierzchowność i był niemal dumny ze swej brzydoty, wydawała mu się
bowiem arystokratyczną. Jakoż tkwiło, jeśli nie coś niepospolitego, to
przynajmniej coś nieswojskiego w jego wydętych ustach, szerokich
nozdrzach i czerwonych wypiekach na twarzy. Była pewna siła i brutalność, jaką czasem mają Anglicy, a ów wyraz potęgowała jeszcze ta
okoliczność, że, nosząc binokle, musiał zadzierać głowę do góry, a przy
rozczesywaniu jasnych bokobrodów palcami, zadzierał ją jeszcze bardziej.
Połaniecki nie znosił go z początku i aż nazbyt mało to ukrywał; później
przyzwyczaił się do niego, zwłaszcza, że i Maszko obchodził się z nim
inaczej, niż z innymi, może przez uznanie, jakie po cichu dla niego
żywił, może też dlatego, że chcieć nadto nabierać z góry człowieka tak
czupurnego, było to narażać się na natychmiastową odprawę, w najlepszym
razie, nieprzyjemną. W końcu, spotykając się często, młodzi ludzie
przyzwyczaili się do swych wzajemnych słabości, i teraz na przykład, gdy
Maszko, odprawiwszy swoje panie, pokazał się w gabinecie, zbył się na
chwilę swej wielkości i, powitawszy Połanieckiego, począł mówić jak
zwykły śmiertelnik, nie zaś jak wielki pan, ani jak Anglik.
- Z babami! z babami! c'est toujours une mer a boire! Umieściłem ich
kapitalik i płacę im procenta najregularniej. Nie! Przychodzą
przynajmniej raz na tydzień pytać, czy nie było jakiego trzęsienia
ziemi.
- Cóż mi powiesz? - spytał Połaniecki.
- Przede wszystkim napij się kawy.
I, podpaliwszy alkohol pod maszynką, rzekł:
- Z tobą przynajmniej nie będzie marudztwa. Wykaz hipoteczny widziałem.
Suma nie jest łatwą do odzyskania, ale za straconą jej uważać
niepodobna. Oczywiście, odzyskanie pociąga za sobą koszta, podróże i tak
dalej, dlatego nie mogę ci dać tyle, ile całość wynosi, ale dam ci jej
dwie trzecie i wypłacę w trzech ratach w ciągu roku.
- Ponieważ powiedziałem sobie, że zbędę wszystko, choćby za mniej, więc
przystaję. Kiedyż pierwsza rata będzie płatna?
- Za kwartał.
- To zostawię pełnomocnictwo na Bigiela na wypadek, gdybym musiał
wyjechać.
- A teraz wybierzesz się do Reichenhallu?
- Prawdopodobnie.
- Ej, kto wie, czy ci naprawdę Bukacki nie poddał jakiej myśli?
- Każdy ma swoje. Ty na przykład?... Dlaczego ty kupujesz tę sumę na
Krzemieniu? Przecie to jest dla ciebie za mały interes.
- Między większymi robią się i mniejsze. Ale z tobą będę otwarty. Wiesz,
że ani moja pozycja, ani mój kredyt nie należą do ostatnich, ale i jedno
i drugie wzmocni się, gdy będę miał za sobą kawał ziemi, i to taki duży.
Słyszałem sam od Pławickiego w swoim czasie, że byłby gotów Krzemień
sprzedać. Otóż przypuszczam, że teraz jest jeszcze bardziej gotów, i że
można będzie cały ten majątek nabyć tanio, na jakieś spłaty, za jakąś
marną na razie gotówkę, z dodatkiem rente viag?re. Zobaczę wreszcie!
Później, oporządziwszy go trochę, jak konia na jarmark, można go będzie
sprzedać, a tymczasem będę miał tytuł własności, o który, entre nous,
mocno mi chodzi.
Połaniecki słuchał z pewnym przymusem słów Maszki, po czym rzekł:
- Muszę ci i ja powiedzieć otwarcie: kupno nie pójdzie łatwo. Panna
Pławicka jest bardzo sprzedaży przeciwna. Ona, jak to kobiety! Kocha się
w swoim Krzemieniu i uczyni wszystko, co będzie mogła, żeby został w jej
i ojca rękach.
- Więc w najgorszym razie zostanę wierzycielem pana Pławickiego i nie
myśl, żeby suma mi przepadła. Naprzód, mogę ją, za przykładem twoim,
sprzedać, powtóre, jako adwokat, mam daleko większą łatwość wydobycia
jej. Mogę sam wynaleźć sposoby wypłacenia i wskazać je Pławickiemu.
- Możesz także subhastować Krzemień i nabyć go na licytacji.
- Mógłbym, gdybym był kim innym, ale Maszce diablo nie wypada. Nie!
Znajdą się inne środki, na które może i panna Pławicka, którą zresztą
bardzo cenię i wysoko stawiam, chętnie się zgodzi.
Połaniecki, który w tej chwili dopijał resztek kawy, postawił nagle
filiżankę na stole.
- A! - rzekł - można i tak dojść do tytułu własności.
I znowu chwyciło go uczucie wielkiej przykrości i gniewu. W pierwszej
chwili chciał wstać i powiedzieć Maszce: "Sumy nie sprzedam!" - i pójść.
Pohamował się jednak, Maszko zaś rozczesał bokobrody i odpowiedział:
- A gdyby?... Mogę ci słowem zaręczyć, że w tej chwili jeszcze takiego
planu nie mam, że przynajmniej nie postawiłem go sobie wyraźnie. Ale...
a gdyby? Pannę Pławicką poznałem w swoim czasie w Warszawie którejś zimy
i podobała mi się bardzo. Rodzina jest dobra, majątek zrujnowany, ale
duży i możliwy do uratowania. Kto wie! To taka myśl, jak i każda inna.
Jestem z tobą zupełnie lojalny, jak zresztą jestem zawsze. Pojechałeś
niby po pieniądze, ale ja wiedziałem, dlaczego cię te panie tam
wyprawiły. Wróciłeś jednak zły, jak diabeł, więc przypuszczam, że nie
masz zamiarów. Jeśli mi powiesz, że się mylę, to ustąpię natychmiast -
nie od planu, bo, jakem ci zaręczył, nie mam go jeszcze, ale nawet od
myślenia o nim, jak o czymś możliwym. Daję ci na to słowo. Tylko znów w razie przeciwnym nie trzymajże się zasady: "ni dla mnie, ni dla kogo" i nie zagradzaj pannie drogi. A teraz słucham cię.
Połaniecki przypomniał sobie swoje wczorajsze rozumowania; pomyślał
także, że Maszko ma słuszność, mówiąc, iż w takim razie nie powinien
pannie zagradzać do niczego drogi, i po pewnym czasie odrzekł:
- Nie, Maszko, ja nie mam żadnych zamiarów względem panny Pławickiej.
Możesz się z nią żenić, albo nie! Powiem ci jednak otwarcie: jest jedna
rzecz, która mi się w tym nie podoba, chociaż dla mnie korzystna: oto,
że ty kupujesz tę sumę. Wierzę, że nie masz jeszcze gotowego zamiaru,
ale na wypadek, jeśli go poweźmiesz? To jakoś będzie dziwnie
wyglądało... Na jakiś nacisk, na jakąś sieć... To zresztą twoja rzecz...
- Tak dalece moja, że gdyby mi to powiedział kto inny, nie ty, tobym mu
pierwszy to przypomniał. Mogę ci jednak ręczyć, że gdybym powziął taki
zamiar, o czym wątpię, to nie zażądałbym ręki panny Pławickiej, jako
procentu od mojej sumy. Jak skoro mogę sobie sumiennie powiedzieć, że
kupiłbym sumę w każdym razie, to ją tym samem i mam prawo kupić. Przede
wszystkim, jak dziś rzeczy stoją, chcę kupić Krzemień, bo mi to
potrzebne - więc wolno mi użyć wszelkich godziwych środków, które mnie
do celu prowadzą.
- Więc dobrze. Sprzedaję. Każ wygotować kontrakt i przyślij mi go, lub
przyjdź z nim sam.
- Kontrakt kazałem wygotować memu dependentowi, chodzi tylko o podpisy.
Jakoż w kwadrans później kontrakt został podpisany. Tego dnia
Połaniecki, spędzając wieczór u Bigielów, był zły, jak nigdy; pani
Bigielowa nie umiała ukryć zmartwienia i Bigiel, namyśliwszy się nad
wszystkim dokładnie, rzekł pod koniec wieczora ze zwykłą rozwagą i powolnością:
- Że Maszko ma i ten plan gotowy, to nie ulega wątpliwości. Idzie tylko
o to, czy zwodzi ciebie, mówiąc, że go nie ma, czy i siebie także.
- Niech Bóg ją zachowa od Maszki - ozwała się pani Bigielowa. - To
widzieliśmy tu wszyscy, że ona podobała mu się bardzo.
- Przypuszczałem - odpowiedział Bigiel - że tego rodzaju człowiek będzie
szukał majątku, ale mogłem się mylić. Również być może, że zechce wziąć
żonę z dobrej, starej rodziny, aby umocnić przez to swoje położenie
towarzyskie, pozawierać stosunki, spokrewnić się z licznymi rodzinami i w końcu wziąć w swoje ręce interesy całej pewnej sfery towarzyskiej. To
także niezłe wyrachowanie, zwłaszcza, że gdy zechce skorzystać ze swego
kredytu dla Krzemienia, to z czasem, przy swej obrotności, może go
oczyścić.
- I jak pani mówi, panna Pławicka podoba mu się przy tym naprawdę -
dodał Połaniecki - a ja sobie przypominam teraz, że Pławicki także mi o tym coś wspominał.
- Więc co, panie? - pytała pani Bigielowa - więc jakże będzie?
- Więc panna Pławicka, jeśli zechce, to wyjdzie za pana Maszkę - odrzekł
Połaniecki.
- A pan?
- A ja jadę tymczasem do Reichenhall.
Rozdział VI
VI
I rzeczywiście, w tydzień później wyjechał do Reichenhallu, ale przedtem
jeszcze otrzymał list pani Emilii, wypytujący go o wyprawę do
Krzemienia. Na list ów nie odpisał, mając zamiar ustnie nań
odpowiedzieć. Dowiedział się również, ale dopiero w wigilię wyjazdu, iż
Maszko poprzedniego dnia wyjechał do Krzemienia, i wiadomość ta obeszła
go więcej, niż się spodziewał. Mówił sobie wprawdzie, że nie dalej, jak
w Wiedniu, już o tym zapomni, ale zapomnieć nie mógł i głowę miał tak
zajętą myślą o tym, czy panna Pławicka wyjdzie za Maszkę, że z Salzburga
napisał list do Bigiela, niby w interesach, ale właściwie żądający
przysłania mu wiadomości o Maszce. Słuchał też piąte przez dziesiąte
rozpraw towarzyszącego mu Waskowskiego o wzajemnym stosunku do siebie
ludów austriackich i o misji narodów nowożytnych w ogólności. Nieraz tak
był zajęty myśleniem o Maryni, że wprost nie odpowiadał na pytanie.
Dziwiło go też, że chwilami widzi ją tak wyraźnie, jakby przed nim
stała, więc nie tylko jako dokładny obraz, ale jako żywą istotę. Widział
jej miłą, łagodną twarz ze ślicznymi ustami i z maleńkim znamieniem nad
górną wargą, jej oczy, patrzące spokojnie, w których widać było
skupienie i uwagę, z jaką słuchała jego słów; widział całą jej postać,
wysmukłą, giętką, od której biło ciepło wielkiej, a zarazem niezmiernie
dziewiczej młodości. Przypomniał sobie jej jasną suknię i końce stóp,
wyglądające z pod jej sukni, i delikatne, lubo nieco opalone, ręce, i ciemne włosy, poruszane powiewem w ogrodzie. Nigdy nie spodziewał się,
żeby mogła istnieć pamięć tak niemal dotykalna - i to pamięć osoby,
widzianej przez czas tak krótki. Rozumiał jednak, że to jest dowód, jak
głębokie naprawdę zrobiła ona na nim wrażenie, i gdy chwilami
przechodziło mu przez głowę, że to wszystko, co się tak wycisnęło w jego
pamięci, może posiąść Maszko, prawie nie chciało mu się w to wierzyć.
Pierwszym jego porywem w takich chwilach, zresztą zgodnym z jego czynną
naturą, była niepowstrzymana chęć, żeby temu przeszkodzić. Musiał sobie
dopiero przypominać, że to jest sprawa już w jego woli rozstrzygnięta, i że postanowił sobie zaniechać panny Pławickiej.
Obaj z Waskowskim dojechali do Reichenhallu wczesnym rankiem i zaraz
pierwszego dnia, zanim dowiedzieli się o adresie pani Emilii, spotkali
ją wraz z Litką w parku miejscowym. Pani Chwastowska, która nie
spodziewała się ich, a przynajmniej nie Połanieckiego, ucieszyła się na
ich widok szczerze. Radość jej została tylko przyćmiona tym, że Litka,
dziecko wyjątkowo wrażliwe, a przy tym chore na astmę i na serce,
ucieszyła się jeszcze bardziej, tak nawet bardzo, że dostała silnego
bicia serca w połączeniu z dusznością i niemal omdleniem.
Ale były to częste u niej objawy i, gdy atak minął, pogoda wróciła na
wszystkie twarze. Wracając do domu, dziecko trzymało za rękę "pana
Stacha" i w chmurnych zwykle jej oczach świeciła głęboka radość. Od
czasu do czasu ściskała tę rękę, jakby chcąc się upewnić, że on naprawdę
przyjechał do Reichenhallu i że jest przy niej. Połaniecki wprost nie
miał czasu o niczym mówić z panią Emilią, ani ona o nic go rozpytać, bo
Litka pokazywała mu Reichenhall i, szczebiocząc bez ustanku, chciała mu
od razu pokazać wszystkie piękniejsze miejsca. Co chwila zaś mówiła:
- To nic jeszcze. Thumsee ładniejsze, ale pójdziemy tam dopiero jutro.
Po czym, zwracając się do matki:
- Mama pozwoli, prawda? Ja teraz mogę dużo chodzić. To niedaleko. Mama
pozwoli, prawda?
Chwilami znów odsuwała się od Połanieckiego i, nie puszczając jego ręki,
patrzyła na niego swymi wielkimi oczyma, powtarzając:
- Pan Stach! pan Stach!
Połaniecki okazywał jej ze swej strony największą tkliwość, na jaką
mógłby się zdobyć starszy brat; raz wraz też gderał na nią dobrotliwie:
- Kociak niech tak nie leci, bo się zadyszy.
A ona przytulała się do niego i, wysuwając naprzód usteczka,
odpowiadała, niby się gniewając:
- Cicho, pan Stach!
Połaniecki spoglądał jednak od czasu do czasu na jasną twarz pani
Emilii, jakby chcąc jej dać poznać, że pragnie z nią pomówić. Ale nie
było sposobu, gdyż pani Emilia nie chciała psuć wesołości Litce i wolała
jej pozostawić wspólnego przyjaciela na wyłączną własność. Dopiero po
obiedzie, który jedli razem, w ogrodzie, wśród zieloności i świegotania
wróbli, gdy Waskowski począł opowiadać Litce o ptakach i o miłości, jaką
miał dla nich św. Franciszek z Assyżu, a dziecko, wsparłszy główkę na
ręce, zasłuchało się zupełnie, Połaniecki zwrócił się do pani
Chwastowskiej.
- Czy pani nie zechce się przejść do końca ogrodu?
- Dobrze - odpowiedziała. - Litko, zostań na minutkę z panem Waskowskim,
my w tej chwili wracamy.
I poszli, po czym zaraz pani Emilia spytała:
- I cóż?
Połaniecki począł opowiadać, ale, bądź że chciał się lepiej przedstawić
pani Emilii, bądź że postanowił rachować się z jej naturą mimozy, bądź
wreszcie, że ostatnie myśli o Maryni nastroiły go na jakąś tkliwszą niż
zwykle nutę, dość, że całkowicie rzecz przekręcił. Przyznał się
wprawdzie do kłótni z panem Pławickim, ale milczał o tym, że przed
wyjazdem z Krzemienia odezwał się i do Maryni w sposób szorstki,
natomiast nie szczędził jej w opowiadaniu pochwał i wreszcie tak
skończył:
- Ponieważ ten dług stał się od razu powodem nieporozumień między mną a Pławickim, co musiało się odbić i na pannie Maryni, więc wolałem go
sprzedać i właśnie przed samym wyjazdem sprzedałem Maszce.
Pani Emilia, która nie miała najmniejszego pojęcia o sprawach
pieniężnych, a natomiast posiadała prostotę zupełnie anielską, odrzekła:
- To dobrze pan zrobił. Między wami nie powinno być takich rzeczy, jak
pieniądze.
Lecz Połaniecki zawstydził się w tej chwili, że wyprowadza w pole taką
naiwną duszę i odrzekł:
- Tak!... Raczej, nie! Myślę, żem źle zrobił. Bigiel jest także zdania,
że to nie było dobrze... Maszko może ich przyciskać, może stawiać
rozmaite żądania, może wystawić na sprzedaż Krzemień... Nie, pani, to
nie jest postępek delikatny, ani taki, któryby mógł nas zbliżyć, i nie
byłbym tego uczynił, gdyby nie to, żem doszedł do przekonania, iż trzeba
sobie to wszystko raz na zawsze wybić z głowy.
- A, nie! Niech pan tego nie mówi. Ja wierzę, że we wszystkim jest
przeznaczenie - i wierzę także, że Opatrzność przeznaczyła was wzajem
dla siebie.
- Tego ja, pani, nie rozumiem. Jeśli tak jest, to nie potrzebuję o nic
zabiegać, bo w każdym razie muszę ożenić się z panną Pławicką.
- Nie. Ja mam kobiecą głowę i może mówię niedorzeczności, ale mi się
zdaje, że Opatrzność chce i obmyśla wszystko tak, jakby było najlepiej,
ale zostawia ludziom wolę, ci zaś często nie chcą iść za tym, co im
przeznaczono, i dlatego tylu jest nieszczęśliwych.
- Może. Trudno jednak iść za czym innym, jak za własnym przekonaniem.
Rozum to także latarka, którą nam Bóg dał w rękę. Kto mi przy tym
zaręczy, czy panna Marynia wyszłaby za mnie?
- Powinnam już mieć od niej wiadomość o pańskich odwiedzinach w Krzemieniu, i dziwię się, że dotychczas nie mam. Myślę, że najdalej
jutro list nadejdzie, bo my pisujemy do siebie co tydzień. Czy ona wie o pańskim wyjeździe do Reichenhallu?
- Nie. Ja sam, będąc w Krzemieniu, nie wiedziałem jeszcze, dokąd pojadę.
- To dobrze, bo będzie szczera, chociaż ona i tak byłaby szczera.
Na tym skończyła się rozmowa pierwszego dnia. Wieczorem, na prośbę
Litki, postanowiono pójść nazajutrz do Thumsee i wyjść z rana, tak, aby
obiad zjeść nad jeziorem, powrócić zaś powozem, lub, o ileby Litka nie
była zmęczoną, to piechotą, byle zdążyć przed zachodem słońca. Waskowski
i Połaniecki stawili się przed willą tych pań przed dziewiątą rano. Obie
były już przybrane i czekały na werandzie, obie zaś wyglądały tak
zjawiskowo, że aż stary pedagog Waskowski został tym odurzony.
- Że też Pan Bóg tworzy sobie czasem z ludzi zupełne kwiaty! - rzekł,
ukazując z dala na matkę i córkę.
Rzeczywiście i pani Emilia, i Litka, były przedmiotem podziwu dla całego
Reichenhallu. Pierwsza, ze swoją uduchowioną anielską twarzą, była jakby
wcieleniem miłości i tkliwości macierzyńskiej, a zarazem egzaltacji;
druga o chmurnych wielkich oczach, płowej czuprynie i rysach tak
delikatnych, wyglądała raczej na jaki artystyczny pomysł, niż na żywą
dziewczynkę. Dekadent Bukacki mawiał o niej, że jest utkana z mgły,
ledwie trochę zaróżowionej przez świt. Jakoż było w tej dziewczynie coś
prawie nieziemskiego, które to wrażenie potęgowała jeszcze jej choroba,
jej nadmierna wrażliwość i uczuciowość. Matka kochała ją ślepo,
otaczający również; ale dziecko, wyjątkowo z natury słodkie, nie dało
się popsuć.
Połaniecki, który w Warszawie widywał panią Emilię kilka razy
tygodniowo, był do obydwóch szczerze przywiązany. W mieście, w którym
sława kobieca jest mniej szanowaną, niż gdziekolwiek na świecie, robiono
z tego powodu plotki, oczywiście najniesłuszniejsze, gdyż pani Emilia
była pod każdym względem czysta, jak dziecko, i nosiła swą egzaltowaną
głowę po prostu w błękicie, jakby nie wiedząc, że zło istnieje. Była
nawet tak dalece czystą, że nie rozumiała potrzeby zwracania uwagi na
pozory. Przyjmowała z radością tych, których kochała Litka, lecz
odmówiła kilka dobrych partii, wyraźnie oświadczając, że osobiście nic
jej na świecie, prócz Litki, nie potrzeba. Jeden tylko Bukacki
utrzymywał, że pani Emilia działa na jego nerwy; Połaniecki tak się
przystosował do owego błękitu, otaczającego tę kryształową kobietę, że
wprost nie zbliżał się nigdy do niej z myślą zmąconą przez pokusę.
I teraz więc, po uwadze Waskowskiego, odrzekł z prostotą:
- Rzeczywiście bajecznie obie wyglądają!
I przywitawszy je, powtórzył mniej więcej to samo pani Emilii, jako coś,
co w danym wypadku zwróciło jego uwagę. Ona uśmiechnęła się z zadowolenia, prawdopodobnie dlatego, że pochwała obejmowała także Litkę
i, zbierając suknię do drogi, rzekła:
- Miałam rano list i umyślnie go wzięłam, by panu pokazać.
- Wolno zaraz przeczytać?
- Wolno. Proszę.
I ruszyli drogą leśną ku Thumsee, pani Emilia, Waskowski i Litka na
przedzie, Połaniecki nieco za nimi, z głową schyloną nad listem.
List brzmiał jak następuje:
"Droga moja Emilko! Dziś odebrałam twoją litanię pytań i zaraz
odpowiadam, bo i mnie pilno podzielić się z tobą myślami. Pan Połaniecki
wyjechał w poniedziałek, zatem dwa dni temu. Pierwszego wieczora
przyjęłam go, jak przyjmuję wszystkich - i nic a nic nie przyszło mi do
głowy, ale nazajutrz było święto, miałam wolny czas i byliśmy prawie
całe popołudnie nie tylko razem, ale sam na sam, bo papa pojechał do
państwa Jamiszów. Cóż ci mam powiedzieć? Taki sympatyczny, taki szczery,
a przy tym prawdziwy mężczyzna! Z tego, co mówił o Litce i o tobie,
zaraz zmiarkowałam, że ma dobre serce. Chodziliśmy długo nad stawem, po
ogrodzie. Obwiązywałam mu rękę, bo się skaleczył o łódź. Mówił rzeczy
takie rozumne, żem się zasłuchiwała w jego słowa. Ach, moja Emilko,
wstyd mi się przyznać, ale moja biedna głowa trochę się zawróciła przez
ten wieczór. Ty wiesz przecie, jaka tu jestem sama, zapracowana, i jak
rzadko widuję podobnych ludzi. Zdawało mi się, że przyjechał gość z jakiegoś innego i lepszego świata. On mi się nie tylko podobał, ale mnie
tak ujął swoją serdecznością, że nie mogłam zasnąć i ciągle o nim
myślałam. Wprawdzie nazajutrz pokłócili się z papą, a nawet i mnie się
trochę dostało, choć Bóg widzi, ile bym dała za to, żeby między nami nie
było tego rodzaju spraw. W pierwszej chwili dotknęło mnie to mocno, i gdyby ten brzydki człowiek wiedział, ilem się napłakała w swoim pokoju,
toby mnie pożałował. Ale później pomyślałam, że on musi być bardzo żywy,
że papa nie miał słuszności, i nie gniewam się już. Powiem ci też do
uszka, co mi jakiś głos szepce ciągle: oto, że on tego długu, który ma
na Krzemieniu, nie sprzeda nikomu, choćby dlatego, żeby przyjechać tu
jeszcze. To, że się tak źle rozstali z papą, to nic. Sam papa tego do
serca nie bierze, bo to są jego sposoby, nie zaś uczucia, ani
przekonania. We mnie ma pan Połaniecki szczerą przyjaciółkę, która zrobi
wszystko, co będzie mogła, by zaraz po rozprzedaży Magierówki ustały te
wszystkie powody nieporozumień i w ogóle te brzydkie sprawy pieniężne.
Wówczas on musi przyjechać, choćby dla odebrania swej należności -
nieprawda? Może też i ja podobałam mu się trochę, że zaś człowiek taki
żywy powie czasem coś przykrego, nie trzeba się dziwić. Nic mu o tym nie
mów, jak go zobaczysz, i nie łaj go, niech cię Bóg broni. Nie wiem
dlaczego, mam jakąś ufność, że on nie zrobi krzywdy ani mnie, ani papie,
ani mojemu kochanemu Krzemieniowi, i myślę, że dobrze byłoby na świecie,
gdyby wszyscy byli do niego podobni. Ściskam najserdeczniej ciebie, moja
droga, i Litkę. Napisz mi o jej zdrowiu jak najobszerniej i kochaj mnie
tak, jak ja ciebie".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki