Rodzinne sekrety 1943-1945. Zakładnicy wolności - Nina Majewska-Brown

Kup ebooka

37.90 zł
31.46 zł (26,53 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

- A nie mówi­łam? Ostrze­ga­łam, ale oczy­wi­ście nikt nie chciał mnie słu­chać! I co?! I sta­nęło na moim! - Teściowa wypluwa z sie­bie tok­syczne słowa jak kara­bin maszy­nowy poci­ski i patrzy na nas z nie­skry­waną satys­fak­cją.

- Czy mama nawet w takiej chwili nie może się powstrzy­mać od uwag? - Kon­stanty spo­gląda nie­chęt­nie na matkę, która pręży się dum­nie, nie zamie­rza­jąc ustą­pić. - Choć raz - dodaje ciszej.

- Gdy­by­ście tylko doce­nili moje życiowe doświad­cze­nie. - Krzywi się. - Można by unik­nąć nie­szczę­ścia.

- Co ty ple­ciesz, kobieto? - Sie­dzący na łóżku teść wpa­truje się zdzi­wiony w toku­jącą żonę. - Nie jesteś jasno­wi­dzem, więc nie opo­wia­daj nam, że byłaś w sta­nie prze­wi­dzieć pogrom na Woły­niu!1

- Gdyby...

- A ty na­dal swoje?! Nie­wia­ry­godne!

- Uspo­kójmy się. - Usi­łuję zała­go­dzić sytu­ację, choć mam świa­do­mość, że nie unik­niemy kłótni, która przy­biera na sile niczym nad­cho­dząca burza. - Nie ma co roz­trzą­sać, czy było słuszne to czy tamto i gdzie został popeł­niony błąd. Teraz trzeba się zasta­no­wić, jak możemy pomóc Wik­to­rii.

- Nawa­rzyła sobie piwa, to niech teraz spija piankę. - Sewe­ryna wzru­sza ramio­nami. - Gdyby tylko posłu­chała sta­rej babki, nie byłoby tego wszyst­kiego.

- Jak możesz być taka okropna? - Tracę cier­pli­wość i jak zwy­kle w takich chwi­lach skra­cam dystans i demon­stra­cyj­nie oka­zuję brak sza­cunku, zwra­ca­jąc się do niej per ty. - Jesteś taka niby doświad­czona i roz­sądna, to powin­naś wie­dzieć, że przede wszyst­kim musimy teraz sku­pić się na Wik­to­rii, która mimo upływu tygo­dni nie może pogo­dzić się ze stratą.

- Wielka mi strata - pry­cha lek­ce­wa­żąco. - Ile to oni byli mał­żeń­stwem, przy­po­mnij mi z łaski swo­jej. Kil­ka­na­ście mie­sięcy? Może ze dwa lata? Góra trzy! Nie to co ja z ojcem. Poza tym młoda jest, jesz­cze kogoś pozna.

- A jakie to ma zna­cze­nie? - Patrzę na nią w osłu­pie­niu. Jak można mówić takie rze­czy? Jak jej nie wstyd? I dla­czego na sta­rość stała się tak bez­duszna?

- To oczy­wi­ste, że po tych led­wie kilku mie­sią­cach w związku mał­żeń­skim nie przy­wy­kli do...

- Czyś ty kom­plet­nie osza­lała?! - Hipo­lit prze­rywa żonie w pół słowa. - I pomy­śleć, że kie­dyś byłaś taka cza­ru­jąca!

- Tato. - Kon­stanty usi­łuje się wtrą­cić, ale ojciec na nic nie zważa.

- Z kim się oże­ni­łem? Z bez­dusz­nym potwo­rem! Przy­się­gam - teatral­nie kła­dzie prawą dłoń na sercu - że gdy­bym był młod­szy albo potra­fił prze­wi­dzieć, jaką sta­niesz się kobietą, nie mia­łoby naj­mniej­szego zna­cze­nia, czy jeste­śmy mie­siąc, czy pół wieku po ślu­bie, zażą­dał­bym roz­wodu!

- Nie prze­sa­dzaj. - Po Sewe­ry­nie słowa mał­żonka spły­wają jak woda po kaczce.

- Zamilcz wresz­cie! Bo jak Boga kocham, zaraz się stąd wypro­wa­dzę! Nie zdzierżę ani chwili dłu­żej...

- Niby dokąd?!

- Do kochanki! - wypala nie­spo­dzie­wa­nie Hipo­lit.

Sto­jąc bokiem do żony, mruga do nas, dając do zro­zu­mie­nia, że bawi się z nią jak tłu­sty kocur z myszką, i rze­czy­wi­ście osiąga cel, a jego ripo­sta tra­fia w sedno. Sewe­ryna po jego sło­wach chwyta się opar­cia krze­sła, oddy­cha coraz głę­biej, wresz­cie, hiper­wen­ty­lu­jąc, pur­pu­ro­wieje i dygo­cze.

- Jakiej znowu kochanki?

- Nie twój inte­res. - Teść roz­ko­szuje się każ­dym zło­śli­wym sło­wem. - Mam swoje potrzeby i chyba mogłaś się spo­dzie­wać, że mając takie bab­sko w domu, będę zro­zu­mie­nia i czu­ło­ści poszu­ki­wał za pro­giem.

- Ale jeste­śmy mał­żeń­stwem! - wykrzy­kuje obu­rzona i przy­siada na krze­śle.

- Tylko na papie­rze, moja droga. Od lat coraz mniej nas łączy, a coraz wię­cej dzieli i trudno nazwać nas mał­żon­kami, ot, tkwimy przy sobie z przy­zwy­cza­je­nia. Ty pew­nie jesz­cze z tego tytułu, że beze mnie i moich pie­nię­dzy nie mogła­byś zapew­nić sobie środ­ków do życia.

- Jak możesz tak mówić? Tyle lat zmar­no­wa­łam na...

- Jeśli ktoś w tym związku jest stratny, to tylko ja. I pomy­śleć, że mogłem mieć u swo­jego boku piękną, cza­ru­jącą Teklę Mar­ko­wi­czównę. Matka nama­wiała, ojciec prze­ko­ny­wał, a ja głupi zako­cha­łem się w tobie.

- Wypra­szam sobie. Masz natych­miast zerwać z tą kobietą, jeśli nie...

- To co mi zro­bisz? - Uśmie­cha się zło­śli­wie. - Utra­cone miesz­ka­nie zawsze było moje, nie­ist­nie­jące konto w banku też, o skon­fi­sko­wa­nym samo­cho­dzie nie wspo­mi­na­jąc! I wszystko to mam zamiar odzy­skać po woj­nie! A ty, poza kil­koma nie­wiele war­tymi bły­skot­kami, które, uprzej­mie ci przy­po­mnę, kupi­łem ja, nie masz nic. No, może poza tym okrop­nym kru­cy­fik­sem na szyi.

- Jak możesz być taki nie­czuły? - Sewe­ryna trzę­sie się, na zmianę to bled­nąc, to pur­pu­ro­wie­jąc, i w innych oko­licz­no­ściach byłoby mi jej żal.

- Teraz widzisz, jak to jest? - Zado­wo­lony z sie­bie Hipo­lit kle­pie się po udach. - Nie mam żad­nej kochanki i ni­gdzie się nie wybie­ram, ale mam nadzieję, że poczu­łaś na wła­snej skó­rze, jak można bole­śnie zra­nić złym sło­wem.

- Ty, ty... żarty sobie ze mnie robisz? - Strach i roz­pacz nagle prze­po­czwa­rzają się we wście­kłość. - Jak możesz być tak okrutny?

- Tak samo jak ty, gdy roz­ma­wiamy o naszej naj­star­szej wnuczce. Wstyd mi za cie­bie, oj, wstyd!

- Może skupmy się jed­nak na Wik­to­rii, po to się spo­tka­li­śmy. - To mówiąc, Kon­stanty popra­wia się na łóżku, na które opadł wraz z Hipo­li­tem i moim ojcem.

Od czasu, gdy do naszego dworku wpro­wa­dzili się Niemcy, teścio­wie i papa gnież­dżą się w pozba­wio­nym wygód miesz­kanku Wiśniew­skiego, który z kolei prze­pro­wa­dził się do czwo­ra­ków. Zamiana wygod­nych salo­nów na dwie nie­wiel­kie izby jest dla nas wszyst­kich bole­snym doświad­cze­niem, tym bar­dziej że w obec­nej sytu­acji dys­po­nu­jemy tylko trzema krze­słami, trzema wąskimi łóż­kami i małym sto­łem. Trudno więc się pomie­ścić pod­czas rodzin­nych narad.

Z mężem i cór­kami mamy odro­binę wię­cej szczę­ścia, bo Müllerowie, jak mawia Kon­stanty, "nasi Niemcy", zgo­dzili się, byśmy zajęli w naszym daw­nym domu dwa pokoje na pię­terku, gdzie dotych­czas loko­wa­li­śmy gości.

Nie narze­kamy. Cie­szymy się, że możemy być razem. Że nikt z nas nie został wysłany na przy­mu­sowe roboty w głąb Rze­szy, aresz­to­wany czy wypę­dzony. Że nasi nowi gospo­da­rze trak­tują nas w miarę przy­zwo­icie.

Tak jak wspo­mnia­łam, miesz­ka­nie jest pozba­wione więk­szych wygód i łazienki, za to z wychod­kiem tuż za bramą i sta­dem kun na stry­chu. Ale i tak jeste­śmy szczę­śliwi, bo przy­naj­mniej mamy na oku sta­rusz­ków i możemy się zatrosz­czyć o ich potrzeby.

Teraz stło­czeni w poko­iku papy, który pełni funk­cję salonu i sypialni zara­zem, roz­sie­dli­śmy się, gdzie się da, zaj­mu­jąc miej­sca na trzech chy­bo­tli­wych krze­słach, łóżku i para­pe­cie. Sia­da­jąc na nim, mam poczu­cie, że góruję nad zebra­nymi, i to dodaje mi odwagi, by bez­po­śred­nio wyra­żać opi­nie, na co dotych­czas zdo­by­wa­łam się spo­ra­dycz­nie.

Oku­pa­cja po raz kolejny zbu­rzyła rodzinny spo­kój, pozba­wia­jąc nas tego, co naj­waż­niej­sze - rodzin­nego domu, per­spek­tyw, o wol­no­ści nie wspo­mi­na­jąc.

Od kiedy Niemcy wkro­czyli do Pol­ski, nasz dotych­cza­sowy świat zadrżał w posa­dach i gdyby tylko świę­tej pamięci mama widziała, kto sypia w jej jesio­no­wym łóżku z wyso­kim, rzeź­bio­nym wez­gło­wiem i kto sza­ro­gęsi się w kuchni i salo­nie, nucąc pod nosem nie­miec­kie pio­senki, prze­wró­ci­łaby się w gro­bie.

Stra­ci­li­śmy nie tylko dom, zasoby, spo­kój. Ode­brano nam bez­cenne poczu­cie bez­pie­czeń­stwa i sta­bi­li­za­cji. Na każ­dym kroku oglą­damy się za sie­bie i zasta­na­wiamy, czy wła­śnie nie prze­kra­czamy wyzna­czo­nych przez hitle­row­ców gra­nic, nara­ża­jąc się na aresz­to­wa­nie2.

- Wiki jest naj­waż­niej­sza - cią­gnie mąż - i zasta­nówmy się, co powin­ni­śmy z nią począć. Jak jej pomóc. Może powinna poje­chać do któ­rejś z cio­tek? Z pew­no­ścią trzeba jej zna­leźć jakieś zaję­cie, bo od tego roz­pa­mię­ty­wa­nia prze­szło­ści gotowa osza­leć i zamknąć się w sobie jesz­cze bar­dziej.

- Co masz na myśli? Mieszka z nami i tyle. - Sewe­ryna powoli docho­dzi do sie­bie. Osten­ta­cyj­nie odwró­ciła się do męża ple­cami i teraz wodzi oczami za prze­cha­dza­ją­cym się po podwórku stad­kiem hała­śli­wych gęsi, które naj­wy­raź­niej czymś zanie­po­ko­jone wycią­gają szyje i roz­kła­dają skrzy­dła.

- Wła­śnie że nie! - fukam wście­kle. - Nie mogę patrzeć na jej cier­pie­nie ani słu­chać krzy­ków, gdy w nocy śni kosz­mary.

- Może powi­nien ją zba­dać dok­tor? - Bez­radny ojciec dorzuca swoje trzy gro­sze.

Tyle razy wspo­mi­nał, że gdyby tylko mógł, zamie­niłby się z wnu­sią i wziął na sie­bie wszyst­kie jej straszne prze­ży­cia.

- Już ją oglą­dał nasz poczciwy Zakrzew­ski.

- I co powie­dział? - Tatko nie­cier­pli­wie popra­wia się na łóżku, lekko wysu­wa­jąc głowę, jakby to miało zagwa­ran­to­wać, że nie uroni ani słowa.

- Kazał jej pić ziółka, ale ze względu na jej stan nie odwa­żył się na poda­nie leków.

- No tak, mądry czło­wiek. - Wacław cmoka z zado­wo­le­niem. - Ale zale­cił chyba coś jesz­cze?

- Powie­dział, że nasza córka potrze­buje czasu, że czas zale­czy tę okropną ranę.

- Z pew­no­ścią, pyta­nie tylko kiedy. - Hipo­lit stuka fajeczką o rant łóżka.

- Oba­wiam się, że Wik­to­rii nie­stety zabie­rze to lata.

- Bądźmy dobrej myśli, że nie­ba­wem skupi się na dziecku i to może przy­spie­szyć odzy­ski­wa­nie rów­no­wagi.

- Oby. Mam tylko nadzieję, że maleń­stwo nie będzie podobne do Janka, bo to roz­dar­łoby jej serce. - Myśli gło­śno teść.

- Może powinna się czymś zająć już teraz? - Sewe­ryna rzuca na mnie okiem, ale po chwili ponow­nie sku­pia się na widoku za oknem. - Co te gęsi tak łażą?

- Mogą, to łażą. Przy­naj­mniej one mają pełną swo­bodę. - Hipo­lit upy­cha tytoń w komi­nie fajki.

- Prze­cież Erna wciąż goni ją do roboty - opo­nuję. - Ale widzę, że podob­nie jak my jest wyczu­lona na jej stan.

- W sumie to dobra kobieta. - Teść wygląda przez okno, za któ­rym na sil­nym wie­trze chwieją się jesienne, upstrzone żół­cią i czer­wie­nią drzewa, pod któ­rymi roz­sia­dły się syczące pta­szy­ska.

Lata temu prze­sta­łam hodo­wać gęsi, wycho­dząc z zało­że­nia, że nie będę trzy­mała na podwó­rzu ptac­twa, któ­rego sama się boję. To wynik bole­snych prze­żyć z dzie­ciń­stwa, gdy kil­ka­krot­nie zosta­łam przez nie mocno poszczy­pana. Nato­miast jedną z pierw­szych rewo­lu­cji, jakie Müllerowie wpro­wa­dzili w obej­ściu, było kupie­nie pięt­na­stu gęsich piskląt i zdo­by­cie nie wie­dzieć skąd małej, czar­nej wiet­nam­skiej świnki, która oswo­iła się i jak pies cho­dzi krok w krok za opo­rzą­dza­ją­cym inwen­tarz Wiśniew­skim. Ku mojemu obu­rze­niu Erna od czasu do czasu pozwala jej nawet wcho­dzić do kuchni i wyle­gi­wać się pod bia­łym kre­den­sem.

- Myślę, że jest im rów­nie trudno.

- Nie prze­sa­dzaj. - Kon­stanty przy­wo­łuje mnie do porządku. - Nie można porów­ny­wać naszego poło­że­nia z ich sytu­acją.

- Oczy­wi­ście, ale gdy ostat­nio z nią roz­ma­wia­łam, znowu się zwie­rzyła, że wola­łaby na­dal miesz­kać w swoim sta­rym domu, wśród rodziny i przy­ja­ciół.

- To nie trzeba było ni­gdzie się ruszać - skrze­czy Sewe­ryna. - Po jakie licho tu przy­leźli? Nikt ich nie zapra­szał.

- Ucie­kali przed Rosja­nami.

- To nie trzeba było wie­rzyć w tego całego Hitlera! - woła try­um­fu­jąco. - Sam by nic nie zro­bił. Ale nie, ci dur­nie naj­pierw na niego gło­so­wali, a potem pozwo­lili mu pod­pa­lić Europę, a w zasa­dzie cały świat. To teraz mają za swoje.

- Jestem prze­ko­nana, że jed­nak nie wszy­scy Niemcy ocho­czo kibi­co­wali Führerowi. Erna z pew­no­ścią nie.

- Tylko tak mówi, żeby cię do sie­bie prze­ko­nać. - Teściowa patrzy na mnie oskar­ży­ciel­sko. - Ależ ty jesteś naiwna!

- Nawet jeśli kie­dyś miała inne poglądy, to jestem pewna, że ostat­nimi czasy je zwe­ry­fi­ko­wała.

- Gdyby tylko wszy­scy odzy­skali rozum. - Hipo­lit zapala zapałkę i z fajką w zębach cedzi: - Może to pie­kło naresz­cie by się skoń­czyło.

Obłok tyto­nio­wego ziemno-orze­cho­wego dymu z sub­telną cytru­sową nutą wypeł­nia pomiesz­cze­nie, przy­jem­nie łasko­cząc noz­drza. Tak jak nie pochwa­lam i nie lubię papie­ro­sów, tak aro­mat fajki jest dla mnie jak kadzi­dło w kościele. Usi­ło­wa­łam prze­ko­nać męża, by z papie­ro­sów prze­rzu­cił się na fajkę, ale oświad­czył, że jest za młody, by po nią się­gać. Zupeł­nie jakby fajki były przy­pi­sane do star­ców.

- Słu­chaj­cie. - Odsu­wam firankę, by przyj­rzeć się naszemu kocu­rowi Ferd­kowi, który po wypadku ze stud­nią, kiedy to pra­wie stra­cił życie, stał się jesz­cze bar­dziej ostrożny. Teraz też na ugię­tych łap­kach, z poło­żo­nymi po sobie uszami, skrada się wokół budynku, uważ­nie obser­wu­jąc gęsi. - Znowu odbie­gamy od tematu.

- Racja. - Tatko pierw­szy odzy­skuje ani­musz. - Coś zasu­ge­ru­jesz, kocha­nie? Jak twoim zda­niem mogli­by­śmy pomóc Wik­to­rii?

- Nie wymy­śli­łam niczego szcze­gól­nie mądrego. Ale gdy­by­ście na przy­kład zechcieli poświę­cić jej wię­cej czasu, zabie­ra­jąc na spa­cery albo ucząc gry w bezika czy bry­dża, myślę, że mniej pogrą­ża­łaby się we wspo­mnie­niach.

Kon­stanty z tru­dem dźwiga się z nie­mi­ło­sier­nie zapad­nię­tego łóżka, któ­rego wysłu­żone sprę­żyny jękli­wie skrzy­pią.

- Ale ja pomy­śla­łam też, że może powin­ni­śmy zro­bić wszystko, by sku­piła się na dziecku. Gdyby tak pomóc jej z wyprawką?

Pod­cho­dzę do Kon­stan­tego i pozwa­lam, by objął mnie ramie­niem. Bar­dzo się kochamy, a wojna spra­wiła, że prze­sta­li­śmy się krę­po­wać w oka­zy­wa­niu sobie uczuć. Gdy czło­wiek żyje z odbez­pie­czo­nym gra­na­tem w ręku, cie­szy się każdą chwilą, jakby miała być ostat­nia. Doce­niamy małe rze­czy i drobne gesty, a szczę­ście zyskało nowy wymiar. Potra­fimy cie­szyć się z banal­nych spraw, na które dotych­czas nie zwra­ca­li­śmy uwagi. Witamy z ulgą każdy pora­nek, wodzimy za sobą oczami i cie­szymy się, zasy­pia­jąc w swo­ich ramio­nach. Każdy dzień jest bło­go­sła­wień­stwem i jeśli uda się go prze­trwać w nie­zbyt emo­cjo­nu­ją­cej ruty­nie, zapi­suje się na kar­tach naszego życia jako szczę­śliwy, dobry czas.

Kary­ka­tura z książki HITLER in der Kari­ka­tur der Welt, Ber­lin 1933

Daw­niej wycho­dzi­li­śmy z domu, nawet sobie nie macha­jąc, bo wie­dzie­li­śmy, że za chwilę ponow­nie na sie­bie wpad­niemy. Teraz, wycho­dząc w pole, do sąsia­dów czy rusza­jąc do codzien­nych prac, czule się ści­skamy. Zupeł­nie jakby to miało być roz­sta­nie na zawsze, jak­by­śmy mieli się już nie zoba­czyć.

I nie w tym niczego dziw­nego ani śmiesz­nego, bo znamy wielu takich, któ­rzy nie­spo­dzie­wa­nie z naj­bliż­szymi poże­gnali się osta­tecz­nie.

- Dosko­nały pomysł. - Teściowa nie­spo­dzie­wa­nie przy­znaje mi rację. - Mogła­bym zro­bić skar­petki na szy­dełku albo poka­zać jej, jak wydzier­gać swe­te­rek.

- Jest też jesz­cze maszyna do szy­cia - pod­po­wiada Kostek.

- Tak, tylko bra­kuje mate­riału.

Zasmu­cam się, bo jesz­cze nie tak dawno zwy­czaj­nie jecha­li­śmy do Pozna­nia i kupo­wa­li­śmy wszystko, co nam wpa­dło w oko. Teraz niczego się nie kupuje, tylko wszystko zdo­bywa. Więk­szość rze­czy jest regla­men­to­wana i wyda­wana na kartki, kwit­nie czarny rynek i szwin­del.

- Można prze­ro­bić moje sukienki albo, jesz­cze lepiej, rze­czy po dziew­czyn­kach. Tak szybko z nich powy­ra­stały. Na stry­chu w skrzy­niach jest sporo nie­po­trzeb­nych fata­łasz­ków, a dla takiego maleń­stwa nie potrzeba wiele tka­niny, żeby uszyć śpioszki czy kafta­nik.

- Ja wola­ła­bym kupić batyst... - Sewe­ryna kręci nosem.

- Wąt­pię, czy uda nam się zdo­być jaki­kol­wiek mate­riał. O baty­ście nie ma mowy, ale mogę popy­tać tu i tam. - Kostek zapala się do pro­jektu.

- W Pozna­niu byśmy...

- Mamo, prze­stań. Nie ma już two­jego sta­rego Pozna­nia, za to jest wojna i nowe oko­licz­no­ści. Nawet nie masz już tam miesz­ka­nia.

- Bła­gam, nie przy­po­mi­naj mi o tym! Wszystko stra­ci­li­śmy. Wszystko. Czło­wiek całe życie ciu­łał, odbie­rał sobie od ust, a teraz nie ma nic. W jeden dzień stra­ci­li­śmy cały mają­tek, nawet dach nad głową!

- Ale żyje­cie!

- Nasze piękne antyczne meble. - Teściowa zdaje się nie sły­szeć, co mówi syn, i jak zwy­kle zaczyna bia­do­lić. - Kos­saka mie­li­śmy, takiego pięk­nego Kos­saka, wisiał w salo­nie. Pamię­tasz, synku, jak ci się podo­bały te konie w galo­pie? Mia­łeś odzie­dzi­czyć ten obraz. Wszystko miało być kie­dyś twoje. Miśnień­ska por­ce­lana, gar­ni­tur srebr­nych sztuć­ców, samo­war przy­wie­ziony z samego Peters­burga, gdy byli­śmy z...

- Jakie to ma teraz zna­cze­nie? I tak nie masz kawy, żeby ją popi­jać z por­ce­la­no­wych fili­ża­nek! - zżyma się teść. - Nie możesz pojąć, że dobra mate­rialne, jeśli nie są zło­tem, rzecz jasna, i nie można ich na coś wymie­nić albo kogoś nimi prze­ku­pić, nie mają naj­mniej­szej war­to­ści?

- Tak się tylko mówi, ale to pamiątki rodzinne, a potem czło­wiek...

- Jakie rodzinne pamiątki? Jeśli coś pój­dzie nie tak, to za chwilę nie będzie nawet naszej rodziny.

- Mam dobre prze­czu­cia i jestem pewna, że nic nam się nie sta­nie. - Sewe­ryna zacho­wuje się jak wró­żąca z fusów cza­row­nica, któ­rej już nikt nie ma ochoty słu­chać. - Wspo­mni­cie moje słowa.

I pod­czas gdy ona gdera i narzeka, naj­wy­raź­niej nie zda­jąc sobie sprawy, jak okrutne obli­cze przy­biera ta wojna, na któ­rej giną też nasi przy­ja­ciele, zaczy­nam zapa­dać się w sobie, kolejny raz ana­li­zu­jąc naszą sytu­ację i jak mogli­by­śmy wes­przeć córki.

Naj­le­piej byłoby wysłać je do ziemi obie­ca­nej, czyli do Kanady. Ale skoro nie mamy tam nikogo, nie spo­sób liczyć na to, że ktoś dziew­czyn­kom pomoże, udzieli schro­nie­nia. Dla­tego nawet gdyby poja­wiła się taka moż­li­wość, nie wyra­zi­ła­bym zgody na eska­padę. Już raz wysła­łam dziecko w nie­znane i skoń­czyło się kata­strofą. Zresztą nie wiem, jakim cudem mie­li­by­śmy prze­my­cić córki za ocean i sfi­nan­so­wać tak ogromny wyda­tek. W nor­mal­nych cza­sach nastrę­cza­łoby to pro­blemy, a co dopiero w takich...

Nie ukry­wam: jestem przy­tło­czona i prze­ra­żona.

Sytu­acja, w jakiej zna­la­zła się Wik­to­ria, dobit­nie uświa­da­mia mi, jak bar­dzo można się pomy­lić i jak łatwo wyko­nać fał­szywy ruch. Że to, co wyda­wało się naj­lep­sze, nie­ba­wem może się oka­zać naj­gor­szym z wybo­rów.

Nie potra­fię też pojąć, przez co prze­cho­dzi naj­star­sza córka.

Nie umiem wyobra­zić sobie, że nagle nie mam Kon­stan­tego, że widzę śmierć uko­cha­nych, bli­skich, sąsia­dów, że odbiera mi się wszystko. To była rzeź, okrutna, bru­talna, bez­względna masa­kra. Ludo­bój­stwo. Ofia­rami padały kobiety, dzieci, starcy.

Nie mam sumie­nia zmu­szać jej do opo­wia­da­nia o tym, co się stało, czego doświad­czyła, zdra­dze­nia wię­cej szcze­gó­łów. Wiem, że potrze­buje czasu, ale żywię też uza­sad­nioną obawę, że ten czas nie będzie lekar­stwem. Może kie­dyś tak, ale z pew­no­ścią nie teraz ani nawet za kilka lat. Boję się, że te wspo­mnie­nia pozo­staną w niej niczym toczący stary mebel kor­nik, do końca życia, pokry­wa­jąc umysł nie­za­bliź­nia­ją­cymi się ranami.

Rów­nie mocno mar­twię się zacho­wa­niem naszej naj­młod­szej lato­ro­śli. Wścib­ską Wandę kilka razy przy­ła­pa­łam na pod­słu­chi­wa­niu; poza tym ple­cie, co jej ślina na język przy­nie­sie, nie wie­dzieć dla­czego, drep­cząc krok w krok za Erną, zupeł­nie jakby się zatra­ciła w jakimś podzi­wie dla Niemki. Ten dora­sta­jący pod­lo­tek naj­wy­raź­niej nie zdaje sobie sprawy, jakim zagro­że­niem może być nasza gospo­dyni: że może donieść, wydać nasze tajem­nice, rzu­cić cień podej­rze­nia. Nie trzeba wiele, by czło­wie­kiem zain­te­re­so­wało się gestapo. Tym bar­dziej jeśli wąt­pli­wo­ściami dzieli się rodaczka.

Nie poj­muję, jak ktoś ule­piony z tej samej gliny, wycho­wany pod tym samym dachem, może tak się róż­nić od rodzeń­stwa, być takim upar­ciu­chem i zawsze, we wszyst­kich kwe­stiach sta­wać oko­niem.

Ale im dłu­żej trwa wojna, tym mniej rozu­miem z tego całego gali­ma­tiasu.

Nasza, zda­wa­łoby się poczciwa, Klara oka­zała się kon­fi­dentką, podob­nie jak kilku sąsia­dów, któ­rzy uznali, że bli­żej im do Niem­ców niż do nas.

Podej­rze­wam, że gdyby wkro­czyli na nasze zie­mie Szwe­dzi czy Grecy, też doszu­ka­liby się w rodzin­nych drze­wach gene­alo­gicz­nych wła­ści­wych korzon­ków i list­ków, a może i solid­nych kona­rów, które sta­wia­łaby ich na równi z oku­pan­tem. Czy­niły kimś w ich mnie­ma­niu lep­szym od nas.

Nie wiem, jak można odwró­cić się od ludzi, z któ­rymi się dora­stało, dzie­liło mie­dzę, szczę­ście i smutki, cho­dziło do tego samego kościoła i wyzna­wało grze­chy w tym samym kon­fe­sjo­nale.

Naj­wy­raź­niej muszę się jesz­cze wiele nauczyć i sporo doświad­czyć, żeby zro­zu­mieć, że nie każ­demu z daw­nych przy­ja­ciół i zna­jo­mych mogę ufać.

W zasa­dzie prze­ko­nuję się o tym co dzień, prze­ży­wa­jąc różne nie­przy­jem­no­ści. Powinno mnie to zahar­to­wać, a jed­nak spra­wia tylko, że jestem coraz bar­dziej zaszczuta, nie­pewna i lękliwa. Dwa razy oglą­dam się za sie­bie, pod­czas roz­mowy ści­szam głos, a zasy­pia­jąc, roz­trzą­sam w gło­wie naj­tra­gicz­niej­sze sytu­acje, które mogą nas dotknąć, i snuję plany, jak unik­nąć ewen­tu­al­nego nie­szczę­ścia. W trak­cie bez­sen­nej nocy usi­łuję zna­leźć roz­wią­za­nia i trafne ripo­sty. Jeśli ta wojna potrwa jesz­cze tro­chę, wykoń­czę się psy­chicz­nie.

Wik­to­ria

Nie mogę oddy­chać. Nie potra­fię zapo­mnieć. I nie umiem żyć. Gdyby nie dziecko w moim łonie, pod­ję­ła­bym prost­szą i traf­niej­szą decy­zję. A tak jestem na nie zdana.

W nocy budzę się zlana potem i chyba krzy­czę, bo koło łóżka co rusz poja­wia się zatro­skana mama. Nie chcę jej ze szcze­gó­łami opo­wia­dać, co prze­ży­łam i przez co prze­szłam. To by zruj­no­wało resztki jej spo­koju, wykieł­ko­wa­łyby wyrzuty sumie­nia, że pozwo­liła mi wyje­chać na Wołyń, a i tak nie będzie w sta­nie mi pomóc. Przy­nieść ulgi. Nie potrafi cof­nąć czasu. Nikt nie jest władny tego uczy­nić.

Nie spo­sób opi­sać bólu, jaki czuję po stra­cie Janka. Tak bar­dzo go kocha­łam, kocham... Był mi tak bli­ski. Tro­skliwy, empa­tyczny, przy nim czu­łam, że speł­niają się moje marze­nia, że jestem szczę­śliwa i tym szczę­ściem potra­fię obda­rzać innych.

Prze­ko­nał mnie, że jestem piękna i wyjąt­kowa, a ja dałam się ponieść tej ułu­dzie, z zado­wo­le­niem prze­glą­da­jąc się w lustrze. Przy nim roz­kwi­tłam jako kobieta. Przy nim nabra­łam ochoty, by zostać matką.

A teraz mam w gło­wie tylko obraz jego mar­twych oczu. Myśla­łam, że takie rze­czy już się nie dzieją; wie­dzia­łam, że wojna jest straszna i okrutna, ale nie że aż tak. Sądzi­łam, że sie­kiery, widły i kosy prze­szły do śre­dnio­wiecz­nego lamusa, tym­cza­sem one na­dal są w uży­ciu w dło­niach tej ukra­iń­skiej bru­tal­nej, dzi­kiej bandy, która nie cof­nie się przed niczym.

Nie spo­sób w naj­gor­szych kosz­ma­rach wyśnić tego, przez co prze­szli­śmy. Miej­sce, które wyda­wało się bez­pieczne i spo­kojne, odle­głe od nie­miec­kiego frontu, nie­spo­dzie­wa­nie obna­żyło wła­sne krwawe obli­cze. Pełne nie­na­wi­ści. Prze­po­jone chę­cią zemsty i nie­po­jętą bru­tal­no­ścią.

Nie mogę pojąć, dla­czego sąsiad rzu­cił się na sąsiada. Hubert zapew­niał, że ze wszyst­kimi żyją w zgo­dzie, że są sobie życz­liwi i nie ma zna­cze­nia, jaka krew pły­nie w naszych żyłach: pol­ska, żydow­ska czy ukra­iń­ska.

Tym­cza­sem przy­jaź­nie, soju­sze i sąsiedzka pomoc nie zdały się na nic wobec rewolty, która prze­to­czyła się przez Wołyń. Kie­dyś byłam w nim zako­chana, teraz boję się nawet o nim wspo­mnieć. Nie­na­wi­dzę go. Nie­na­wi­dzę już samego słowa.

Umarła Elżu­nia. Bru­tal­nie zgwał­cona na moich oczach przez trzech osza­la­łych z wście­kło­ści, brud­nych, zapusz­czo­nych i odra­ża­ją­cych Ukra­iń­ców, a potem bez­ce­re­mo­nial­nie zatłu­czona pałką. Nie mogłam jej pomóc.

Ukryta w skrytce na doku­menty w ścia­nie za biur­kiem, wci­ska­jąc pięść do ust, by nie krzy­czeć, mogłam się tylko bier­nie, bez­rad­nie przy­glą­dać przez szcze­linę i modlić, żeby mnie nie dopa­dli, by nie zabili mojego nie­na­ro­dzo­nego dziecka.

Przej­mu­jący wrzask, krzyki, panika, plą­dro­wa­nie domu, nisz­cze­nie wszyst­kiego, co się dało, a potem try­ska­jący w niebo ogień. To upiorne, meto­dyczne i bez­duszne pozba­wia­nie życia moich naj­bliż­szych zlało się w jeden pora­ża­jący okru­cień­stwem obraz, który niczym brudny całun oble­pia mnie w każ­dej minu­cie dnia i bez­sen­nej nocy, nie pozwa­la­jąc otrzą­snąć się z potwor­nego kosz­maru.

Jasiek nie żyje. Mój cudowny, kochany mąż nie żyje. Moja sło­dycz i moje szczę­ście. Moje wszystko. Sens życia i naj­więk­sza, pierw­sza i ostat­nia miłość. Ode­szły też żona Huberta i wszyst­kie jego dzieci.

Nie­spo­dzie­wany atak, poprze­dzony jedy­nie nie­ludz­kim wyciem i wrza­skiem, zastał nas w rado­sny, sło­neczny pora­nek zapo­wia­da­jący piękny, cie­pły dzień. Leże­li­śmy jesz­cze w łóżku, gdy Natka, nasza kucharka, która wstała wcze­śniej, żeby roz­pa­lić w piecu, wpa­dła z krzy­kiem do pokoju:

- Idą! Ucie­kaj­cie! Idą!

Ale nim zro­zu­mie­li­śmy, co się dzieje, było już za późno. Zaspani, w koszu­lach noc­nych, byli­śmy zupeł­nie bez­radni. Dzieci pła­kały i zawo­dziły, a my, kobiety, sta­ły­śmy spa­ra­li­żo­wane stra­chem, nie­zdolne do jakie­go­kol­wiek ruchu.

Z wybi­tych okien posy­pało się szkło. Pochod­nie spra­wiały wra­że­nie, że zalewa nas pie­kielny ogień. Pamię­tam tylko krzyk, nie­sa­mo­wity hałas i bicie serca walą­cego o żebra, które odbi­jało się echem w gło­wie.

Nie było czasu na zasta­no­wie­nie się ani szans na ucieczkę.

- Cho­waj­cie się! Szybko! Cho­lera jasna, gdzie moja broń?!

Pierw­szy otrzeź­wiał Janek i tak jak stał, sko­czył boso po sto­jącą pod ścianą dubel­tówkę. Zanim zdą­żył ją zała­do­wać, roz­legł się łomot, wale­nie do drzwi, które nie­mal natych­miast ustą­piły pod napo­rem i wyle­ciały z zawia­sów, po czym ze zwie­rzę­cym wyciem wpa­dli pierwsi ban­dyci.

W popło­chu, nie myśląc wiele, wci­snę­łam się w skrytkę na doku­menty. Sina ze stra­chu teściowa usi­ło­wała ukryć dzieci w sza­fie, gdy je dopa­dli. Bez opa­mię­ta­nia walili na oślep sie­kie­rami, kłuli widłami. I choć tylko dwóch z całej hordy miało broń palną, wpadł­szy do pomiesz­cze­nia, natych­miast wyce­lo­wali ją w Janka i pocią­gnęli za spu­sty.

Ogłu­sza­jący huk, w pokoju roz­szedł się smród pro­chu. W uszach poczu­łam nie­przy­jemne mro­wie­nie i nie byłam w sta­nie nawet mru­gnąć.

Pamię­tam wiel­kie zdzi­wie­nie, nie­do­wie­rza­nie, które zawład­nęło mną na chwilę, gdy oszo­ło­miona w mor­der­cach roz­po­zna­łam naszych naj­bliż­szych sąsia­dów, braci Gar­ni­ło­wów: Olega i Saszę.

Tych samych, któ­rym zeszłej zimy poma­ga­li­śmy, gdy zabra­kło im mąki na chleb i ziem­nia­ków.

Mój uko­chany nie miał szans. Zgi­nął na miej­scu, kule prze­szyły go na wylot, a strużka krwi pły­ną­cej z ust i spa­zma­tyczne, kon­wul­syjne drgawki stały się prze­ra­ża­ją­cym dowo­dem tego, co się stało.

Oca­le­li­śmy tylko Hubert i ja. Wła­ści­wie nie wiem, czy w takiej sytu­acji można mówić o oca­le­niu, o szczę­ściu prze­ży­cia, bo prze­cież wszystko w nas umarło z chwilą śmierci naj­bliż­szych. Bez tych, któ­rych tak kocha­li­śmy, życie stra­ciło sens. Każdy dzień jest pusty i bez­war­to­ściowy. Jeste­śmy jak wydmuszki: puste, wypa­lone, nie­przy­datne do niczego, a jed­nak na tyle twarde, że kostu­cha omija nas sze­ro­kim łukiem, nie pozwa­la­jąc nam dołą­czyć do uko­cha­nych.

Tak nie można żyć. Tak żyć się nie da.

Nie ma o czym marzyć i nie ma na co cze­kać. Nawet zwy­kła wege­ta­cja wydaje się nad­mier­nym, nie­po­trzeb­nym wysił­kiem.

Hubert nie może sobie wyba­czyć, że aku­rat tego dnia wyru­szył na polo­wa­nie, nim wstał świt. Polo­wał dość regu­lar­nie w oko­licz­nych lasach i jego poranne znik­nię­cie nie było niczym nie­zwy­kłym.

- Gdy­bym tylko był w domu - powta­rzał co rusz, gdy prze­my­ka­li­śmy bocz­nymi dro­gami na zachód, nie­ustan­nie robiąc sobie wyrzuty.

- Niczego byś nie zmie­nił. Było ich ze dwu­dzie­stu, a może i trzy­dzie­stu.

- Zmie­nił­bym! Mia­łem...

- Nic byś nie zro­bił! - tłu­ma­czę z upo­rem, choć mnie samej nie jest łatwo i wie­lo­krot­nie roz­pa­mię­ty­wa­łam, dla­czego nie zda­łam sobie sprawy wcze­śniej, nie prze­wi­dzia­łam. Jak to się stało, że tej nocy tak mocno spa­łam? Dla­czego nad ranem nie poszłam do toa­lety, jak mia­łam to w zwy­czaju?

- Moja kochana...

- Huber­cie, tak nie wolno. Nie obar­czaj się winą.

- Ona by żyła, dzieci by żyły.

W ciągu kilku dni posza­rzały Hubert schudł i zapadł się w sobie. W jego wło­sach poja­wiły się sze­ro­kie siwe pasma, usta spierz­chły, a oczy stały się szkli­ste. Posta­rzał się o dobre kilka lat.

- Mój Janek też. Ale nie mogłeś tego prze­wi­dzieć.

- Nie­po­trzeb­nie ufa­łem ludziom, nie­po­trzeb­nie.

- To byli nasi sąsie­dzi, zna­jomi. Nie spo­sób wszyst­kich podej­rze­wać i uni­kać. Nikt nie był w sta­nie prze­wi­dzieć cze­goś takiego.

- Kazi­mierz mówił, że u nich koło Anto­nówki takie rze­czy już się działy, a ja głupi nie chcia­łem dać wiary.

- Nikt się tego nie spo­dzie­wał, prze­cież żyli­ście obok sie­bie tyle lat!

- Gdy­bym tylko...

- Nie możemy cof­nąć czasu.

- Stra­ci­łem wszyst­kich, któ­rych kocha­łem. Wszyst­kich! - Scho­wał twarz w dło­niach, a jego ramio­nami wstrzą­snął szloch. - Zosta­łaś tylko ty. Gdyby nie poczciwa Nata­sza...

Wzię­łam głę­boki oddech i zdo­by­łam się na odwagę.

- Nie chcia­łam mówić wcze­śniej, bo nie byłam jesz­cze pewna, no i chcie­li­śmy was powia­do­mić wspól­nie...

- Co jesz­cze na nas spa­dło? Boże, mój Boże! Nie zniosę kolej­nego nie­szczę­ścia! - Przyj­rzał mi się uważ­nie. - Nie trzy­maj mnie w nie­pewno...

- Będę miała dziecko - powie­dzia­łam cicho, czer­wie­niąc się.

To bar­dzo dziwne uczu­cie mówić komuś, zwłasz­cza męż­czyź­nie, że jakiś czas temu speł­niło się obo­wią­zek mał­żeń­ski, że zaznało się miło­ści cie­le­snej, a teraz poja­wia się tego kon­se­kwen­cja.

- Naprawdę?

Spra­wiał wra­że­nie, jakby się zasta­na­wiał, czy przy­pad­kiem nie żar­tuję.

- Tak, jestem już pewna. Będę miała dziecko.

- Z Jan­kiem? - zdzi­wił się głu­pio i odru­chowo spoj­rzał na mój jesz­cze nie­spe­cjal­nie wypu­kły brzuch.

- A niby z kim? - Uda­łam, że się obu­rzam i ze śmie­chem szturch­nę­łam teścia w bok. - Oczy­wi­ście, że z Jan­kiem. Będziesz dziad­kiem.

- Prze­pra­szam, że tak głu­pio zapy­ta­łem, ale mnie zasko­czy­łaś! - Jego twarz się roz­pro­mie­niła. - Jestem w szoku! Tego się nie spo­dzie­wa­łem! Mój dzielny, kochany synek byłby ojcem. Dzię­kuję!

Hubert wzru­szył się tak, że łzy popły­nęły mu po policz­kach, a ja zaczę­łam sobie robić wyrzuty, że tak bez­ce­re­mo­nial­nie podzie­li­łam się naj­więk­szą tajem­nicą. Może mogłam pocze­kać na jakiś szcze­gólny moment?

Tylko ile ich jesz­cze przed nami? Zresztą czego mogła­bym się spo­dzie­wać? Wszystko, co ważne, co kocha­łam i czemu ufa­łam, minęło bez­pow­rot­nie.

To była chwila, w któ­rej Hubert zde­cy­do­wał, że musimy się roz­dzie­lić. I mimo moich pro­te­stów i stra­chu przed samotną podróżą, uparł się, że powin­nam wró­cić do rodzi­ców, pod­czas gdy on schroni się u rodziny miesz­ka­ją­cej u pod­nóża Tatr.

Mimo bła­gań, próśb i zakli­nań nie dał się prze­ko­nać, żeby­śmy wspól­nie kon­ty­nu­owali wędrówkę. Moje łzy też nie zro­biły na nim wra­że­nia i tak oto zmu­sił mnie do samo­dziel­nej podróży. A ja po kil­ku­na­stu dniach zna­la­złam się w rodzin­nym domu.

Z tą zasad­ni­czą róż­nicą, że mój dom tym­cza­sem stał się rodzinną posia­dło­ścią innej, w dodatku nie­miec­kiej rodziny.

Wła­sno­ścią Niem­ców, przed któ­rymi ucie­ka­łam we wrze­śniu 1939 roku, przez co nie­świa­do­mie wpa­dłam w ręce Ukra­iń­ców, któ­rzy wyda­wali się dobrymi sąsia­dami.

Pamię­tam, w jakim byłam w szoku, gdy bie­głam przez podwó­rze do domu, a drzwi otwo­rzyła mi nie­znana, pulchna kobieta w bia­łej lnia­nej zapa­sce na bio­drach.

- Tak, słu­cham? - Spoj­rzała na mnie zdzi­wiona, a ja nie byłam w sta­nie wydu­kać ani słowa. - Pani do kogo?

- Ja, ja... wró­ci­łam do domu.

- Tego domu?

- Do rodzi­ców.

- Ale to mój dom - powie­działa twardo, trak­tu­jąc mnie jak intruza.

- Ale tu miesz­kają Zabie­rzyń­scy? Flo­ren­tyna i Kon­stanty?

- Tak, ale teraz to mój dom.

- Wik­to­ria?!

Zwa­biona pod­nie­sio­nymi gło­sami mama sta­nęła w drzwiach, wytrzesz­czyła oczy, po czym zachwiała się na nogach i musiała oprzeć o ścianę, by nie upaść.

- Mamuś! - Padłam w jej ramiona i łka­łam jak mała dziew­czynka. Tak bar­dzo bym chciała, aby wzięła mnie jak daw­niej na kolana i utu­liła, cału­jąc w czu­bek głowy.

Oka­zało się, że w naszym dworku mieszka rodzina Müllerów i że żyjemy na ich łasce. Uspo­ko­iłam się dopiero wtedy, gdy idąc z mamą pod rękę, na podwó­rzu spo­tka­łam naszego poczci­wego Wiśniew­skiego i gdy po chwili zdu­miony ojciec wziął mnie w ramiona. Tak bar­dzo mi ich bra­ko­wało, tak za nimi tęsk­ni­łam.

I nie ma zna­cze­nia, że ktoś inny mieni się wła­ści­cie­lem fol­warku; widok zna­jo­mych twa­rzy i miejsc mnie koi i spra­wia, że po raz pierw­szy od dłu­gich tygo­dni prze­staję się bać.

Wtu­li­łam się w tatkę i pła­ka­łam, łka­łam jak dziew­czynka, która się prze­wró­ciła i zdarła kolano. A potem...

Jak zwy­kle budzę się spo­cona, ską­pana we łzach, z krzy­kiem na ustach, i dłuż­szą chwilę zaj­muje mi zro­zu­mie­nie, gdzie jestem.

Roz­glą­dam się po moim nowym pokoju, a raczej naszym sta­rym pokoju gościn­nym na pię­trze, i nie potra­fię się w tym wszyst­kim odna­leźć.

Z jed­nej strony nie mogę pojąć, jakim cudem żyję, a z dru­giej zro­zu­mieć, jak to moż­liwe, że w jed­nej chwili stra­ci­łam męża, Elżu­nię, nie­za­wodną przy­ja­ciółkę i pod­porę, pełną dobroci teściową i resztę rodziny. Nie­ustan­nie robię sobie wyrzuty i roz­trzą­sam, co mogli­śmy zro­bić, aby unik­nąć tego pie­kła. Nie­po­ję­tej rzezi nie­win­nych ludzi. Star­ców, dzieci i kobiet. Nie­za­an­ga­żo­wa­nych poli­tycz­nie męż­czyzn, chło­pa­ków?

Dla­czego nie dostrze­gli w nas ludzi? Takich samych jak oni. Ludzi, któ­rzy mają uczu­cia, odczu­wają ból i strach? W jaki spo­sób im zagra­ża­li­śmy? Czego się oba­wiali? Albo co chcieli zyskać, pozba­wia­jąc nas życia?

Ni­gdy nie poznam odpo­wie­dzi na żadne z tych pytań. Choć roz­war­stwiam każdą myśl, każde podej­rze­nie, reflek­sję jak włos na czworo, nie zbli­żam się na krok do roz­wią­za­nia zagadki. Do prawdy.

Boże! Dla­czego ja? Dla­czego mnie to spo­tkało?

A wła­ści­wie dla­czego mnie mia­łoby to zło omi­nąć? Albo spaść na innych? Na sąsia­dów czy inne rodziny miesz­ka­jące nie­opo­dal? Nie mogę nawet myśleć o tym, by przy­da­rzyło się to komuś innemu, bo nie spo­sób nikomu życzyć choć ułamka nie­szczę­ścia, które stało się naszym udzia­łem.

Wczo­raj pierw­szy raz poczu­łam ruchy dziecka w łonie. W pierw­szej chwili wzię­łam je za nie­po­ko­jący skręt kiszek, a potem ze zdu­mie­niem poję­łam, że jedyna pamiątka po Janie, jedyny ślad tego, że mi się nie przy­śnił, że był, że kochał... poru­sza się we mnie.

Czy będę miała siłę, odwagę ją albo jego poko­chać? Czy będę dobrą matką? Czy potra­fię zatrosz­czyć się o dziecko? Czy mam prawo takie maleń­stwo uniesz­czę­śli­wiać swoim bólem? Kosz­mar­nym wspo­mnie­niem? Czy ner­wo­wość, zgry­zotę i lęk się dzie­dzi­czy? Czy uda mi się powstrzy­mać rzekę smutku, która nie­ustan­nie prze­pływa przez umysł i wstrząsa cia­łem?

Tyle pytań i żad­nych odpo­wie­dzi.

Zofia

9 wrze­śnia 1943 roku, pochmurna sobota

Zako­cha­łam się. Nie mam wąt­pli­wo­ści, że trze­po­tliwe, ulotne uczu­cie prze­szy­wa­jące ciało dresz­czem jest tym, o czym czyta się z wypie­kami w powie­ściach zaka­za­nych dla panien z dobrego domu. O czym szep­czą sobie przy­ja­ciółki i wresz­cie o czym śni się i marzy.

Ale dopiero gdy sama tego doświad­czam, gdy motyle w moim brzu­chu sza­leją i odbi­jają się od ścian żołądka, nie­śmiało poj­muję, o czym mówiły. To tak cudowny stan, że nie chcia­ła­bym uro­nić z niego ani chwilki.

Każdy dzień jest napięty jak struna.

Żyję w cią­głym ocze­ki­wa­niu, nadziei, nie­pew­no­ści, zasta­na­wia­jąc się, czy on czuje to samo. Czy nie zmie­nił zda­nia? Wresz­cie, czy mi się to wszystko aby tylko nie przy­wi­działo? Drę­czona wąt­pli­wo­ściami, czy mój uko­chany się pojawi, czy odwie­dzi mnie choć na krótko, nie­ustan­nie spo­glą­dam w kie­runku bramy.

Potem poja­wia się lęk. Czy jest bez­pieczny i nic mu nie zagraża? Czy nie dostał nowego roz­kazu i nie wyje­chał? Czy nie został ranny?

Tak bar­dzo go kocham.

Jego cie­płe, czułe, nieco chro­po­wate dło­nie. Otu­la­jący go zapach papie­ro­sów i skro­pio­nego wodą koloń­ską mun­duru. Ciem­no­nie­bie­skie oczy w opra­wie jasnych rzęs, które spo­glą­dają na mnie z czu­ło­ścią, zacie­ka­wie­niem, podzi­wem. A gdy zapew­nia, że jestem speł­nie­niem jego marzeń, czuję się naj­szczę­śliw­sza na świe­cie.

Ze zdu­mie­niem odkry­wam, że przy naszej rodzą­cej się miło­ści cały świat pięk­nieje, trawa jest jakby bar­dziej zie­lona, kwiaty won­niej­sze i bar­dziej kolo­rowe, że jest jakoś milej, łatwiej uśmie­chać się do ludzi. Nawet iry­tu­jąca Wanda jawi się mniej zło­śliwa niż zazwy­czaj. Może Amor zało­żył mi wła­śnie na nos różowe oku­lary i nie powin­nam pod­da­wać się aż takiej eks­cy­ta­cji, ale cie­szę się i napa­wam każdą chwilą.

Nie wszystko jed­nak układa się po mojej myśli i nie wszy­scy są zado­wo­leni z mojego miło­snego odu­rze­nia, w któ­rym snuję się po obej­ściu.

Dziś rano zaraz po śnia­da­niu odby­łam z mamą kolejną nie­przy­jemną roz­mowę.

Jest pełna nie­po­koju i jak ni­gdy odwo­łuje się do swo­jego doświad­cze­nia i złych prze­czuć. Chce mnie ochro­nić. Tylko nie wiem przed czym albo przed kim.

Nie mam siły jej tłu­ma­czyć, że nasza miłość jest praw­dziwa, trwała, że nie ma takiej siły, która by nas roz­dzie­liła. Mama upiera się przy swoim, powta­rza­jąc co rusz to samo:

- Bądź ostrożna.

- Mamo, jestem - bur­czę nadą­sana.

- Tak ci się tylko wydaje. Ludzka cie­ka­wość może cię zgu­bić. - Zagniata cia­sto na chleb, pozor­nie sku­piona na stol­nicy, ale wiem dosko­nale, że po pro­stu nie chce spoj­rzeć mi w oczy.

Zupeł­nie nie poj­muję, dla­czego ma do mnie tak nie­wiel­kie zaufa­nie.

Jestem bar­dzo cie­kawa, czy gdyby dziad­ko­wie nie akcep­to­wali ojca, tak łatwo by odpu­ściła. Poza tym w żad­nym mał­żeń­stwie nie ma gwa­ran­cji, że będzie szczę­śliwe do gro­bo­wej deski. Więc po co zadrę­czać się na zapas?

- Mamuś, wiem, uwa­żamy.

- Rozu­miem, że pod pre­tek­stem odwie­dza­nia naszej Erny, która jest sio­strą jego zna­jo­mego, daje sobie prawo bywa­nia w majątku. Robi to zbyt czę­sto, a tym samym, nie daj Boże, kogoś może to zain­te­re­so­wać.

- Wiemy, co robimy - mówię sta­now­czo.

- A ja jestem prze­ko­nana, że popeł­niasz wielki błąd. Zauro­cze­nie to jesz­cze nie zako­cha­nie, a zako­cha­nie to nie miłość. Zoba­czysz: zabawi się tobą, znu­dzi i porzuci przy pierw­szej oka­zji.

- On taki nie jest! - wołam obu­rzona, się­ga­jąc do kosza po jabłko.

- Skąd ta pew­ność?

- Mamo, czy ty musisz widzieć wszystko w czar­nych bar­wach i zakła­dać naj­gor­sze?

- Przy­naj­mniej życie mnie nie roz­cza­ro­wuje, a im mniej od niego ocze­kuję, tym bar­dziej zaska­kuje mnie dobrymi rze­czami.

- Choć raz uwierz i mi zaufaj. Czuję całą sobą, że to męż­czy­zna mojego życia.

- Cie­kawe, czy on czuje to samo.

- Tak.

- Dro­gie dziecko, jesteś naiwna.

Nie­na­wi­dzę, jak mówi do mnie "dro­gie dziecko", i odru­chowo naje­żam się.

- Może tak, a może nie. Jesz­cze się prze­ko­nasz, że to ja mam rację.

- A nie prze­szka­dza ci to, że jest Niem­cem?

- Nikt nie wybiera, gdzie się uro­dzi. I nie, nie prze­szka­dza mi, że jest Niem­cem.

- I wła­śnie tego oba­wiam się naj­bar­dziej.

- A czy to jego wina, że wybu­chła wojna? Że powo­łali go do woj­ska? Chyba wiesz, że nie miał wyj­ścia? Ale nikogo nie zabił i gdyby mógł, wró­ciłby do sie­bie! My też nie zakła­da­li­śmy, że zamiesz­kamy kątem we wła­snym domu! Zro­zum wresz­cie, mamo, że to nie był jego wybór.

- Tak się mówi, ale Niemcy jakoś ule­gli cza­rowi Hitlera i szybko uwie­rzyli, że są lepsi od innych.

- Nie wszy­scy!

Złosz­czę się coraz bar­dziej i uświa­da­miam sobie, że nie­stety nie prze­ko­nam jej do swo­ich racji. Że ona nie zro­zu­mie, ba, nawet nie podej­mie próby zro­zu­mienia sytu­acji, w któ­rej się zna­la­złam. Że miłość nie dość, że nie wybiera, to w dodatku może mieć różne smaki i odcie­nie.

A jeśli sądzi, że nie wola­ła­bym, aby Luca był Pola­kiem, to się myli. Tak nie jest, trzeba to zaak­cep­to­wać i nauczyć się z tym żyć.

Jak zwy­kle w sobotę po połu­dniu pie­czemy keks według prze­pisu Erny, który ponoć odzie­dzi­czyła po matce. Pełen cyna­monu i baka­lii.

Prze­pis na keks

250 g płyn­nego miodu

1 łyżeczka cyna­monu

1 łyżeczka proszku imbi­ro­wego (nie­ko­niecz­nie)

szczypta gałki musz­ka­to­ło­wej

2 łyżeczki sody

200 g masła

125 brą­zo­wego cukru

3 całe jaja

200 ml rumu

3 kro­ple aro­matu z gorz­kich mig­da­łów

szczypta soli

starta skórka z 1 poma­rań­czy i 1 cytryny

10 g kakao

500 g mąki

75 g rodzy­nek

75 g suszo­nych porze­czek lub żura­winy

75 kan­dy­zo­wa­nych skó­rek poma­rań­czy

100 g orze­chów wło­skich

75 g kan­dy­zo­wa­nych skó­rek z cytryny

POLEWA

6 czer­wo­nych wiśni - naj­le­piej z kon­fi­tury, albo pulpy, która pozo­stała po nalewce,

250 g cukru pudru,

4 łyżki soku z cytryny

20 g porze­czek

50 g kan­dy­zo­wa­nych skó­rek z cytryny

1. Do garnka wle­wamy miód, doda­jemy imbir, cyna­mon, sodę i gałkę musz­ka­to­łową. Całość, cią­gle mie­sza­jąc, zago­to­wu­jemy na małym ogniu i odsta­wiamy do osty­gnię­cia.

2. W dru­giej misie ubi­jamy na gładką masę masło, cukier i jajka. Następ­nie doda­jemy rum, aro­mat mig­da­łowy, sól, skórkę poma­rań­czy, cytryny i kakao. Całość deli­kat­nie mie­szamy

3. Schło­dzoną masę mig­da­łową stop­niowo doda­jemy do cia­sta i mie­szamy na gładką masę.

4. Doda­jemy mąkę i zagnia­tamy cia­sto.

5. Porzeczki (lub żura­winę), drobno kro­imy, podob­nie jak kan­dy­zo­wane skórki poma­rań­czy.

6. Doda­jemy do owo­ców i roz­dro­bio­nych orze­chów, rodzynki, 2 łyżki mąki i deli­kat­nie wszystko mie­szamy Dzięki opró­sze­niu owo­ców mąką, nie opadną one na dno cia­sta. Całość doda­jemy do zagnie­cio­nego cia­sta.

7. Formę do cia­sta (śred­nica około 25 cm, lub dwie wyso­kie formy o śred­nicy około 15 cm), sma­ru­jemy masłem i opró­szamy mąką, pie­kar­nik nagrze­wamy do 180 stopni w try­bie ter­mo­obiegu.

8. Zaro­bione cia­sto wle­wamy do formy, wygła­dzamy i pie­czemy (w zależ­no­ści od mocy pie­kar­nika) od 50 do 60 minut.

9. Upie­czone cia­sto wyj­mu­jemy z pie­kar­nika i odsta­wiamy na 10 minut, by odpo­częło.

10. W tym cza­sie przy­go­to­wu­jemy polewę.

Cukier puder mie­szamy z sokiem z cytryny, pokro­jo­nymi kan­dy­zo­wa­nymi skór­kami owo­ców, kawał­kami porze­czek i wiśniami. Lukier musi być śred­nio sztywny, nie mocno lejący! Pole­wamy cia­sto. Keks poda­jemy z kon­fi­turą z czar­nej porzeczki.

Jestem wdzięczna, że Erna pozwala upiec blaszkę słod­kiego przy­smaku rów­nież dla nas.

W sumie jak na Niemkę nie jest naj­gor­sza, choć oczy­wi­ście miewa też muchy w nosie. Wtedy staje się opry­skliwa i trak­tuje nas z góry, ale na szczę­ście zda­rza jej się to bar­dzo rzadko. Poza tym jest zło­wrogo pedan­tyczna.

Mogłaby całymi dniami puco­wać dom i podwó­rze. Układa wszystko sta­ran­nie w kosteczkę albo pod rząd w szu­fla­dach i na pół­kach, co rusz spraw­dza­jąc, czy ktoś jej ładu nie zbu­rzył. I to jedna z nie­wielu rze­czy, która tak wypro­wa­dza ją z rów­no­wagi, że jest w sta­nie ścierką zdzie­lić intruza. Lepiej wtedy scho­dzić jej z drogi. Jej zami­ło­wa­nie do porządku prze­kłada się na to, że wiecz­nie cho­dzi za mną i spraw­dza, czy doczy­ści­łam wszyst­kie zaka­marki i dopeł­ni­łam swo­ich obo­wiąz­ków z peł­nym zaan­ga­żo­wa­niem i sta­ran­no­ścią, co dopro­wa­dza mnie do szału, bo nie­na­wi­dzę być kon­tro­lo­wana.

"Chłop pol­ski przy­stą­pił znów do swej pracy poko­jo­wej, pod­czas gdy czołgi nie­miec­kie posu­wają się naprzód", "Ilu­stro­wany Kurier Pol­ski", 13 paź­dzier­nika 1939

Z dru­giej strony nie poj­muję, jak to moż­liwe, że tak dba­jąc o dom, zupeł­nie nie dba o sie­bie. Z tego, co zaob­ser­wo­wa­łam, rodzina, mimo że ma do dys­po­zy­cji wygodną łazienkę, kąpie się tylko raz w tygo­dniu, a obłok spe­cy­ficz­nego smrodku z wio­dącą nutą potu unosi się nad nimi. Swoje spo­ra­dycz­nie myte i tym samym tłu­ste włosy Erna co rano upina w sztywny pre­cel na karku, a pra­nie robi od wiel­kiego dzwonu, wycho­dząc z zało­że­nia, że jeśli czło­wiek uważa, to nie bru­dzi się zbyt­nio. A prane zbyt czę­sto rze­czy nisz­czą się za szybko, więc wro­dzona oszczęd­ność i gospo­dar­ność nie pozwa­lają jej nie­po­trzeb­nie trzeć odzieży na tarze w balii peł­nej mydlin.

- On taki nie jest! - powta­rzam z upo­rem.

- Oni wszy­scy są tacy sami! Dziecko, co ty w ogóle o nim wiesz?

- Powie­dział...

- Powie­dział! - pry­cha lek­ce­wa­żąco - Wiesz tylko tyle, ile ci powie­dział! A mógł naopo­wia­dać nie­stwo­rzo­nych rze­czy. Jaką masz gwa­ran­cję, że gdzieś tam, w tej całej Rze­szy, nie cze­kają na niego żona z dziec­kiem na ręku? No, jaką?

- Luca nie jest taki. - Jej słowa budzą nie­po­kój, ale idę w zaparte, odno­to­wu­jąc z tyłu głowy, że na wszelki wypa­dek powin­nam go o to zapy­tać.

- Dziew­czyno, obyś się nie spa­rzyła, nie roz­cza­ro­wała!

- Mamo, prze­cież on nawet o was się trosz­czy. - Zmie­niam tok roz­mowy. - Nie pamię­tasz, jak ostat­nio przy­niósł wore­czek praw­dzi­wej kawy, a wcze­śniej kieł­ba­ski? Zresztą powie­dział, że gdy­by­śmy cze­goś potrze­bo­wali, to mamy mu dać znać. To cię nie prze­ko­nuje? Sama powiedz!

- Nie ma zna­cze­nia, kto z darami przy­cho­dzi...

- Bła­gam cię, jak zwy­kle try­wia­li­zu­jesz!

Schy­lam się po kilka kan­dy­zo­wa­nych skó­rek poma­rań­czy, które nie wie­dzieć kiedy wylą­do­wały na kuchen­nej wypu­co­wa­nej do gra­nic moż­li­wo­ści pod­ło­dze, i przy oka­zji ukrad­kiem wkła­dam jedną do ust.

- Bo w prze­ci­wień­stwie do cie­bie znam życie!

- Mamo, to pozwól i mnie je poznać! - Wywle­kam naj­cięż­sze działa.

- Zrobi wszystko, żeby cię zba­ła­mu­cić!

- Jak możesz tak mówić? Nie jestem pierw­sza lep­sza i potra­fię o sie­bie zadbać! Nie musisz się mar­twić.

- Oby, moje dziecko, oby. Ufam ci, ale z męż­czy­znami róż­nie bywa. Pro­szę, bądź ostrożna. Im tylko jedno w gło­wie. - To mówiąc, cienką war­stwą masła sma­ruje dokład­nie bla­chę i opró­sza ją mąką, by za chwilę prze­ło­żyć do niej cia­sto.

- Dobrze. - Prze­wra­cam oczami, marząc, aby wresz­cie skoń­czyła tę poga­dankę.

- Z ojcem jeste­śmy zda­nia, że przez wzgląd na bez­pie­czeń­stwo swoje i rodziny rzecz jasna powin­naś jak naj­szyb­ciej zakoń­czyć tę zna­jo­mość. - Zama­szy­ście dorzuca do cia­sta rodzynki. - Masz poję­cie, że jeśli was przy­ła­pią, grozi mu stry­czek, a tobie śmierć pew­nie przez publiczne roz­strze­la­nie? Nie prze­ży­ła­bym cze­goś takiego! Wystar­czy, że Wik­to­ria prze­szła przez nie­wy­obra­żalne pie­kło, nie mogę cię stra­cić!3

- Widzisz, mamo, tak na mar­gi­ne­sie: z tat­kiem pozwo­li­li­ście Wiki zwią­zać się z dopiero co pozna­nym męż­czy­zną, wyje­chać na drugi koniec Pol­ski, zaufa­li­ście jej i nie sta­wa­li­ście na dro­dze ich miło­ści. A mnie robisz uwagi.

- To była zupeł­nie inna sytu­acja! I Janek nie był Niem­cem!

- Miłość nie wybiera!

- Może i nie wybiera, ale nie­kiedy też naj­wy­raź­niej zaśle­pia. - Spo­gląda na mnie z poli­to­wa­niem. - Poza tym Kon­stanty zna ojca Janka. Hubert jest jego przy­ja­cie­lem i Kostek wie, że to porządna rodzina. Janowi i Wik­to­rii za ich zwią­zek nie gro­ziła śmierć! Choć nie ukry­wam, że wszystko wyda­rzyło się zbyt szybko, pew­nie w innych oko­licz­no­ściach zażą­da­li­by­śmy dłuż­szego okresu narze­czeń­stwa i wypra­wili wesele z praw­dzi­wego zda­rze­nia...

- Mamo, czy ty się sły­szysz? Miało być tak dobrze, bez­piecz­nie, i się skoń­czyło? Wiel­kim dra­ma­tem.

- Tego nikt nie mógł prze­wi­dzieć!

- Oczy­wi­ście. Tak samo nie jesteś w sta­nie prze­wi­dzieć, co mnie spo­tka - wołam try­um­fu­jąco. - Może będę miała wię­cej szczę­ścia? Kto wie?

- O czym wy w ogóle roz­ma­wia­cie? Słu­cham od jakie­goś czasu i niczego nie rozu­miem! O miło­ści? - Wanda jak zwy­kle poja­wia się zni­kąd.

Smar­kula naj­wy­raź­niej musiała pod­słu­chi­wać pod drzwiami, bo teraz patrzy na nas wyzy­wa­jąco, doma­ga­jąc się wta­jem­ni­cze­nia w temat dys­ku­sji.

- O niczym! Nie twoja sprawa! - war­czę wście­kła, bo jak zwy­kle nie dokoń­czę poga­wędki z mamą i nie prze­ko­nam jej do swo­ich racji.

- Zosiu, bądź mil­sza dla sio­stry! - Mama spo­gląda na mnie z przy­ganą, otrze­pu­jąc ręce z mąki.

- Nie zamie­rzam!

- Zofia, przy­wo­łuję cię do porządku.

- Zako­cha­łaś się? - dopy­tuje bez­czel­nie Wanda.

W ostat­nich tygo­dniach, wyko­rzy­stu­jąc sła­bość mamy i to, że zamar­twia się o Wik­to­rię, zro­biła się jesz­cze bar­dziej docie­kliwa i wredna. Przy­ła­pa­łam ją też, jak o czymś szep­tała z Erną. Mam nie­od­parte prze­czu­cie gra­ni­czące z pew­no­ścią, że gdyby tylko mogła, podzie­li­łaby się z Niemką naszymi naj­więk­szymi tajem­ni­cami, chcąc zaskar­bić sobie jej sym­pa­tię.

Tylko dla­czego? Co w Ernie tak pociąga sio­strę? Ta obca kobieta, ku zasko­cze­niu wszyst­kich, stała się jej men­torką i powier­niczką. Czym jej tak impo­nuje? Prze­cież to się kupy nie trzyma!

- Nie twój inte­res, a jeśli już jesteś tak bar­dzo cie­kawa, to powiedz mi, w kim niby mogła­bym się zako­chać? No w kim?

- W Han­sie Müllerze? Musisz przy­znać, że mąż Erny jest...

- Zupeł­nie ci odbiło? - Nie poj­muję, jak taki absurd mógł wpaść jej do głowy.

- Bo ja wiem? - Wanda wygląda, jakby pospiesz­nie ana­li­zo­wała wszel­kie za i prze­ciw takiemu roman­sowi.

Uświa­da­miam sobie, że gdyby tylko wie­działa o wybranku mojego serca, byłaby pierw­sza do ogło­sze­nia nowiny całemu światu.

- Mówi­ły­śmy o tym, jak bar­dzo nasza Wik­to­ria prze­żywa stratę - mama przy­cho­dzi mi z odsie­czą - i jak nam przy­kro, że jej mał­żeń­stwo z Janem zakoń­czyło się taką tra­ge­dią. Wła­śnie zasta­na­wia...

- Na pewno? - Wanda wbija wzrok w matkę, a ta pod cię­ża­rem jej spoj­rze­nia mimo­wol­nie odwraca się ku stol­nicy i z zacie­kło­ścią, jakiej dotych­czas u niej nie widzia­łam, wyżywa się na Bogu ducha win­nym cie­ście.

- Dziecko, prze­stań maru­dzić! Nie masz cze­goś poży­tecz­nego do zro­bie­nia? Jeśli nie, możesz nam pomóc i masłem wysma­ro­wać małą blaszkę.

- E, nie, to ja już sobie pójdę. Potem ma się takie tłu­ste ręce i nie daje się ich domyć. - Osten­ta­cyj­nie odwraca się na pię­cie.

- Dobrze, idź, ale zasta­nów się, jak możemy spra­wić, żeby Wiki choć tro­chę zapo­mniała o bole­snych prze­ży­ciach. Wła­śnie zasta­na­wia­ły­śmy się z Zosią, co możemy dla niej zro­bić, aby otrzą­snęła się z ponu­rych myśli.

- Ja tam nie wiem. - Wanda wzru­sza lek­ce­wa­żąco ramio­nami, zupeł­nie jakby jej nie zale­żało na dobro­sta­nie naj­star­szej sio­stry. - Ja się na takich rze­czach nie znam. Zresztą umó­wi­łam się z Erną, że pose­gre­gu­jemy ręcz­niki. - I bez­ce­re­mo­nial­nie wyma­sze­ro­wuje z kuchni, przy oka­zji pod­pro­wa­dza­jąc kilka orze­chów.

- Wanda, odda­waj! - wołam za nią wście­kła!

Zamiast odpo­wie­dzieć, Wanda odwraca się tak, żeby matka nie mogła niczego dostrzec, i poka­zaw­szy mi długi, czer­wony język, znika w sieni, a potem gło­śno trza­ska­jąc drzwiami, wycho­dzi na dwór.

Nucąc i pod­ska­ku­jąc na jed­nej nodze, prze­cina podwórko i znika w kur­niku, do któ­rego przed chwilą weszła Niemka.

Jej zacho­wa­nie, a w zasa­dzie jej zmienny cha­rak­ter mnie zatrwa­żają. Wie­lo­krot­nie zasta­na­wia­ły­śmy się z Marią, moją uko­chaną bliź­niaczką, czy ona jest wredna i zło­śliwa, czy może po pro­stu głu­pia i pozba­wiona hamul­ców.

Tak czy ina­czej, sta­nowi naj­więk­sze zagro­że­nie dla mnie i Lucasa i musimy się jej wystrze­gać jak ognia.

Flo­ren­tyna

Jestem wykoń­czona.

Mam wra­że­nie, że Zosia i Wanda zamie­niły się ze szczot­kami na rozum. Star­sza jest oszo­ło­miona pierw­szą miło­ścią i może powin­nam ją zro­zu­mieć, choć jej oblu­bie­niec jest Niem­cem, a drugą zaśle­piło przy­po­do­by­wa­nie się obcej kobie­cie. Za cel życia naj­wy­raź­niej obrała wyśle­dze­nie każ­dej tajem­nicy domu i oko­licy. Jest jak tyka­jąca bomba, która nie wie­dzieć kiedy eks­plo­duje, kiedy tak miele języ­kiem gdzie i komu popad­nie.

W duchu żal mi Zosi.

Ten cały Luca nie jest taki zły. Ba, w innych oko­licz­no­ściach może byłby naszym wyma­rzo­nym zię­ciem, ale nie mogę prze­go­nić myśli, że jako eses­man praw­do­po­dob­nie zabija ludzi. Że nas też może wydać, ma nad nami wła­dzę. Że jego uczu­cie do Zosi okaże się prze­lotne, a gdy się nią znu­dzi, zapra­gnie się jej pozbyć. To takie zatrwa­ża­jące. Nie­bez­pieczne.

Pozor­nie chło­pak wydaje się Zosią szcze­rze zauro­czony, ale co będzie, gdy któ­reś z nich się roz­cza­ruje, nie spełni ocze­ki­wań dru­giego, gdy się roz­staną? Czy nie będzie się na nas mścił? Nie wyła­duje swo­jej fru­stra­cji? Nie będzie chciał wyko­rzy­stać posia­da­nej wła­dzy?

Boże prze­naj­słod­szy, do czego to doszło?

W dodatku dziś stało się coś złego. Bez uprze­dze­nia, nawet Erna była tym zdzi­wiona, na teren fol­warku wpa­dło gestapo. O świ­cie, nim do pracy sta­wili się ludzie z czwo­ra­ków, przy­je­chały dwie budy, z któ­rych wysko­czyło jede­na­stu uzbro­jo­nych Niem­ców. Prze­szu­kali dom, obej­ście, staj­nie i sto­doły. Mia­łam wra­że­nie, że są wszę­dzie i prze­trze­pali każdy kąt.

Zro­biło mi się gorąco i oblał mnie zimy zimny pot, gdy weszli do jed­nego z budyn­ków gospo­dar­czych, gdzie za ścianą ukry­li­śmy swoje skarby: radio­od­bior­nik, broń i tro­chę pie­nię­dzy. Na szczę­ście, choć opu­ki­wali wszyst­kie ściany, niczego nie zna­leźli.

Zacie­ka­wiona, ale też wystra­szona Erna i prze­jęty Hans cho­dzili za nimi krok w krok, dopy­tu­jąc się, co jest powo­dem rewi­zji.

- Żydzi ucie­kli4.

- Ale skąd? - zdzi­wił się Hans.

- To nie wasza sprawa.

- Oczy­wi­ście, tak tylko z cie­ka­wo­ści zapy­ta­łem.

- Wie­cie, co grozi za ukry­wa­nie zbiega?

- Pew­nie, gdyby tylko ktoś obcy poja­wił się w obej­ściu, zaraz byśmy was zawia­do­mili.

- Mam nadzieję.

W tej chwili dwóch uzbro­jo­nych po zęby gesta­pow­ców, z łosko­tem otwarł­szy drzwi, wdarło się do daw­nego miesz­ka­nia Wiśniew­skiego.

Prze­ra­żeni teścio­wie i tatko, któ­rzy odby­wali codzienną popo­łu­dniową sje­stę, pode­rwali się na równe nogi z unie­sio­nymi rękami. Gdyby nie groza sytu­acji, śmia­ła­bym się w głos.

- A to kto? - Ryży, prysz­czaty młody chło­pak bez­ce­re­mo­nial­nie zro­bił krok naprzód i sta­nął z teściem oko w oko, nie­mal doty­ka­jąc go nosem. Zupeł­nie jakby zmniej­sze­nie dystansu było jed­no­znaczne z dowie­dze­niem się cze­goś wię­cej.

- Poma­gają nam w gospo­dar­stwie, to dawni wła­ści­ciele. - Hans jako pierw­szy odzy­skuje ani­musz.

- To co tu robią? Dla­czego nie są w polu?

- Pra­co­wali od rana - włą­czyła się do roz­mowy Erna, lek­ce­wa­żąco macha­jąc dło­nią. - I kaza­li­śmy im na chwilę iść do cha­łupy, a zaraz będzie trzeba krowy doić.

Gdy wybrzmiało ostat­nie słowo, przez strych prze­to­czyło się gło­śne stado kun, a może jedna kuna, która robi tyle hałasu. Müllerowie zro­bili się kre­do­wo­biali, a gesta­powcy spoj­rzeli na nas z zado­wo­le­niem.

- No i mamy ucie­ki­nie­rów.

- Tam nikogo nie ma - zapro­te­sto­wa­łam, nie zwa­ża­jąc na zagro­że­nie. - To tylko kuny.

Nim się obej­rza­łam, ryży dosko­czył i ude­rzył mnie kolbą kara­binu, a potem bru­tal­nie spo­licz­ko­wał, tak że mia­łam wra­że­nie, że głowa mi odpad­nie, po czym zmu­sił do zapro­wa­dze­nia ich na strych.

Na mięk­kich, drżą­cych nogach wspi­na­łam się po dawno zapo­mnia­nych scho­dach, które nie­przy­jem­nie ugi­nały się pod moim cię­ża­rem, w dodatku co rusz twarz muskały mi paję­czyny.

Nie mia­łam odwagi ich zetrzeć z twa­rzy, bo Nie­miec nie­mal dep­tał mi po pię­tach, ale jego gło­śne prze­kleń­stwa świad­czyły o tym, że rów­nież zaplą­tał się w zaku­rzone paję­cze sieci. Na szczę­ście drzwi nie były zamknięte na kłódkę i pod napo­rem ustą­piły ze zgrzy­tem, a ja pra­wie wpa­da­łam do pomiesz­cze­nia.

Pano­wał w nim nie­przy­jemny pół­mrok, bo przez zaku­rzone, chyba ni­gdy nie­myte okienko wpa­dała led­wie odro­bina świa­tła.

Za gesta­pow­cami wspi­nali się zdzi­wieni i prze­jęci Müllerowie, któ­rzy chyba nawet nie wie­dzieli o ist­nie­niu tego pomiesz­cze­nia. Strych był nie­mal pusty. W kącie stały tylko wypeł­nione pustymi butel­kami skrzy­nie, a na środku leżał podarty worek z reszt­kami zia­ren owsa. Duchota i smród nie­mal rzu­ciły nas na ściany, a ilość odcho­dów i gma­twa­nina dobrze widocz­nych na brud­nej pod­ło­dze śla­dów łapek świad­czyły o tym, że kuny czują się tu zna­ko­mi­cie. Na domiar złego jedno ze spło­szo­nych zwie­rzą­tek wybie­gło zza skrzynki i w pod­sko­kach prze­mknęło nam pod nogami, zni­ka­jąc w dziu­rze mię­dzy nie­szczel­nymi dachów­kami.

- Scheiße! - zawo­łali jed­no­cze­śnie gesta­powcy i odru­chowo zatkali nosy pal­cami, przy oka­zji uważ­nie się roz­glą­da­jąc, jakby się spo­dzie­wali, że z któ­rejś z bute­lek wysko­czy dżinn z nożem w dłoni.

- Mówi­łam, że tu miesz­kają tylko kuny. To jedno pomiesz­cze­nie i nie ma tu niczego cie­ka­wego. Otwo­rzę okno.

Gdy ja wpusz­cza­łam na strych powiew wia­tru, oni popa­trzyli na mnie zło­wrogo, jed­no­cze­śnie obcho­dząc i dokład­nie ostu­ku­jąc wszyst­kie ściany. Naj­wy­raź­niej doszli do tego samego wnio­sku i pełni nie­chęci i zawodu zbie­gli po scho­dach. Po wymia­nie uwag i krót­kiej roz­mo­wie z naszymi gospo­da­rzami, jak iro­nicz­nie to brzmi, prze­szu­kali jesz­cze ogród i zie­miankę, po czym odje­chali.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki