- A nie mówiłam? Ostrzegałam, ale oczywiście nikt nie chciał mnie
słuchać! I co?! I stanęło na moim! - Teściowa wypluwa z siebie toksyczne
słowa jak karabin maszynowy pociski i patrzy na nas z nieskrywaną
satysfakcją.
- Czy mama nawet w takiej chwili nie może się powstrzymać od uwag? -
Konstanty spogląda niechętnie na matkę, która pręży się dumnie, nie
zamierzając ustąpić. - Choć raz - dodaje ciszej.
- Gdybyście tylko docenili moje życiowe doświadczenie. - Krzywi się. -
Można by uniknąć nieszczęścia.
- Co ty pleciesz, kobieto? - Siedzący na łóżku teść wpatruje się
zdziwiony w tokującą żonę. - Nie jesteś jasnowidzem, więc nie opowiadaj
nam, że byłaś w stanie przewidzieć pogrom na Wołyniu!1
- Gdyby...
- A ty nadal swoje?! Niewiarygodne!
- Uspokójmy się. - Usiłuję załagodzić sytuację, choć mam świadomość, że
nie unikniemy kłótni, która przybiera na sile niczym nadchodząca burza.
- Nie ma co roztrząsać, czy było słuszne to czy tamto i gdzie został
popełniony błąd. Teraz trzeba się zastanowić, jak możemy pomóc Wiktorii.
- Nawarzyła sobie piwa, to niech teraz spija piankę. - Seweryna wzrusza
ramionami. - Gdyby tylko posłuchała starej babki, nie byłoby tego
wszystkiego.
- Jak możesz być taka okropna? - Tracę cierpliwość i jak zwykle w takich
chwilach skracam dystans i demonstracyjnie okazuję brak szacunku,
zwracając się do niej per ty. - Jesteś taka niby doświadczona i rozsądna, to powinnaś wiedzieć, że przede wszystkim musimy teraz skupić
się na Wiktorii, która mimo upływu tygodni nie może pogodzić się ze
stratą.
- Wielka mi strata - prycha lekceważąco. - Ile to oni byli małżeństwem,
przypomnij mi z łaski swojej. Kilkanaście miesięcy? Może ze dwa lata?
Góra trzy! Nie to co ja z ojcem. Poza tym młoda jest, jeszcze kogoś
pozna.
- A jakie to ma znaczenie? - Patrzę na nią w osłupieniu. Jak można mówić
takie rzeczy? Jak jej nie wstyd? I dlaczego na starość stała się tak
bezduszna?
- To oczywiste, że po tych ledwie kilku miesiącach w związku małżeńskim
nie przywykli do...
- Czyś ty kompletnie oszalała?! - Hipolit przerywa żonie w pół słowa. -
I pomyśleć, że kiedyś byłaś taka czarująca!
- Tato. - Konstanty usiłuje się wtrącić, ale ojciec na nic nie zważa.
- Z kim się ożeniłem? Z bezdusznym potworem! Przysięgam - teatralnie
kładzie prawą dłoń na sercu - że gdybym był młodszy albo potrafił
przewidzieć, jaką staniesz się kobietą, nie miałoby najmniejszego
znaczenia, czy jesteśmy miesiąc, czy pół wieku po ślubie, zażądałbym
rozwodu!
- Nie przesadzaj. - Po Sewerynie słowa małżonka spływają jak woda po
kaczce.
- Zamilcz wreszcie! Bo jak Boga kocham, zaraz się stąd wyprowadzę! Nie
zdzierżę ani chwili dłużej...
- Niby dokąd?!
- Do kochanki! - wypala niespodziewanie Hipolit.
Stojąc bokiem do żony, mruga do nas, dając do zrozumienia, że bawi się z nią jak tłusty kocur z myszką, i rzeczywiście osiąga cel, a jego riposta
trafia w sedno. Seweryna po jego słowach chwyta się oparcia krzesła,
oddycha coraz głębiej, wreszcie, hiperwentylując, purpurowieje i dygocze.
- Jakiej znowu kochanki?
- Nie twój interes. - Teść rozkoszuje się każdym złośliwym słowem. - Mam
swoje potrzeby i chyba mogłaś się spodziewać, że mając takie babsko w domu, będę zrozumienia i czułości poszukiwał za progiem.
- Ale jesteśmy małżeństwem! - wykrzykuje oburzona i przysiada na
krześle.
- Tylko na papierze, moja droga. Od lat coraz mniej nas łączy, a coraz
więcej dzieli i trudno nazwać nas małżonkami, ot, tkwimy przy sobie z przyzwyczajenia. Ty pewnie jeszcze z tego tytułu, że beze mnie i moich
pieniędzy nie mogłabyś zapewnić sobie środków do życia.
- Jak możesz tak mówić? Tyle lat zmarnowałam na...
- Jeśli ktoś w tym związku jest stratny, to tylko ja. I pomyśleć, że
mogłem mieć u swojego boku piękną, czarującą Teklę Markowiczównę. Matka
namawiała, ojciec przekonywał, a ja głupi zakochałem się w tobie.
- Wypraszam sobie. Masz natychmiast zerwać z tą kobietą, jeśli nie...
- To co mi zrobisz? - Uśmiecha się złośliwie. - Utracone mieszkanie
zawsze było moje, nieistniejące konto w banku też, o skonfiskowanym
samochodzie nie wspominając! I wszystko to mam zamiar odzyskać po
wojnie! A ty, poza kilkoma niewiele wartymi błyskotkami, które,
uprzejmie ci przypomnę, kupiłem ja, nie masz nic. No, może poza tym
okropnym krucyfiksem na szyi.
- Jak możesz być taki nieczuły? - Seweryna trzęsie się, na zmianę to
blednąc, to purpurowiejąc, i w innych okolicznościach byłoby mi jej żal.
- Teraz widzisz, jak to jest? - Zadowolony z siebie Hipolit klepie się
po udach. - Nie mam żadnej kochanki i nigdzie się nie wybieram, ale mam
nadzieję, że poczułaś na własnej skórze, jak można boleśnie zranić złym
słowem.
- Ty, ty... żarty sobie ze mnie robisz? - Strach i rozpacz nagle
przepoczwarzają się we wściekłość. - Jak możesz być tak okrutny?
- Tak samo jak ty, gdy rozmawiamy o naszej najstarszej wnuczce. Wstyd mi
za ciebie, oj, wstyd!
- Może skupmy się jednak na Wiktorii, po to się spotkaliśmy. - To
mówiąc, Konstanty poprawia się na łóżku, na które opadł wraz z Hipolitem
i moim ojcem.
Od czasu, gdy do naszego dworku wprowadzili się Niemcy, teściowie i papa
gnieżdżą się w pozbawionym wygód mieszkanku Wiśniewskiego, który z kolei
przeprowadził się do czworaków. Zamiana wygodnych salonów na dwie
niewielkie izby jest dla nas wszystkich bolesnym doświadczeniem, tym
bardziej że w obecnej sytuacji dysponujemy tylko trzema krzesłami,
trzema wąskimi łóżkami i małym stołem. Trudno więc się pomieścić podczas
rodzinnych narad.
Z mężem i córkami mamy odrobinę więcej szczęścia, bo Müllerowie, jak
mawia Konstanty, "nasi Niemcy", zgodzili się, byśmy zajęli w naszym
dawnym domu dwa pokoje na pięterku, gdzie dotychczas lokowaliśmy gości.
Nie narzekamy. Cieszymy się, że możemy być razem. Że nikt z nas nie
został wysłany na przymusowe roboty w głąb Rzeszy, aresztowany czy
wypędzony. Że nasi nowi gospodarze traktują nas w miarę przyzwoicie.
Tak jak wspomniałam, mieszkanie jest pozbawione większych wygód i łazienki, za to z wychodkiem tuż za bramą i stadem kun na strychu. Ale i tak jesteśmy szczęśliwi, bo przynajmniej mamy na oku staruszków i możemy
się zatroszczyć o ich potrzeby.
Teraz stłoczeni w pokoiku papy, który pełni funkcję salonu i sypialni
zarazem, rozsiedliśmy się, gdzie się da, zajmując miejsca na trzech
chybotliwych krzesłach, łóżku i parapecie. Siadając na nim, mam
poczucie, że góruję nad zebranymi, i to dodaje mi odwagi, by
bezpośrednio wyrażać opinie, na co dotychczas zdobywałam się
sporadycznie.
Okupacja po raz kolejny zburzyła rodzinny spokój, pozbawiając nas tego,
co najważniejsze - rodzinnego domu, perspektyw, o wolności nie
wspominając.
Od kiedy Niemcy wkroczyli do Polski, nasz dotychczasowy świat zadrżał w posadach i gdyby tylko świętej pamięci mama widziała, kto sypia w jej
jesionowym łóżku z wysokim, rzeźbionym wezgłowiem i kto szarogęsi się w kuchni i salonie, nucąc pod nosem niemieckie piosenki, przewróciłaby się
w grobie.
Straciliśmy nie tylko dom, zasoby, spokój. Odebrano nam bezcenne
poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji. Na każdym kroku oglądamy się za
siebie i zastanawiamy, czy właśnie nie przekraczamy wyznaczonych przez
hitlerowców granic, narażając się na aresztowanie2.
- Wiki jest najważniejsza - ciągnie mąż - i zastanówmy się, co
powinniśmy z nią począć. Jak jej pomóc. Może powinna pojechać do którejś
z ciotek? Z pewnością trzeba jej znaleźć jakieś zajęcie, bo od tego
rozpamiętywania przeszłości gotowa oszaleć i zamknąć się w sobie jeszcze
bardziej.
- Co masz na myśli? Mieszka z nami i tyle. - Seweryna powoli dochodzi do
siebie. Ostentacyjnie odwróciła się do męża plecami i teraz wodzi oczami
za przechadzającym się po podwórku stadkiem hałaśliwych gęsi, które
najwyraźniej czymś zaniepokojone wyciągają szyje i rozkładają skrzydła.
- Właśnie że nie! - fukam wściekle. - Nie mogę patrzeć na jej cierpienie
ani słuchać krzyków, gdy w nocy śni koszmary.
- Może powinien ją zbadać doktor? - Bezradny ojciec dorzuca swoje trzy
grosze.
Tyle razy wspominał, że gdyby tylko mógł, zamieniłby się z wnusią i wziął na siebie wszystkie jej straszne przeżycia.
- Już ją oglądał nasz poczciwy Zakrzewski.
- I co powiedział? - Tatko niecierpliwie poprawia się na łóżku, lekko
wysuwając głowę, jakby to miało zagwarantować, że nie uroni ani słowa.
- Kazał jej pić ziółka, ale ze względu na jej stan nie odważył się na
podanie leków.
- No tak, mądry człowiek. - Wacław cmoka z zadowoleniem. - Ale zalecił
chyba coś jeszcze?
- Powiedział, że nasza córka potrzebuje czasu, że czas zaleczy tę
okropną ranę.
- Z pewnością, pytanie tylko kiedy. - Hipolit stuka fajeczką o rant
łóżka.
- Obawiam się, że Wiktorii niestety zabierze to lata.
- Bądźmy dobrej myśli, że niebawem skupi się na dziecku i to może
przyspieszyć odzyskiwanie równowagi.
- Oby. Mam tylko nadzieję, że maleństwo nie będzie podobne do Janka, bo
to rozdarłoby jej serce. - Myśli głośno teść.
- Może powinna się czymś zająć już teraz? - Seweryna rzuca na mnie
okiem, ale po chwili ponownie skupia się na widoku za oknem. - Co te
gęsi tak łażą?
- Mogą, to łażą. Przynajmniej one mają pełną swobodę. - Hipolit upycha
tytoń w kominie fajki.
- Przecież Erna wciąż goni ją do roboty - oponuję. - Ale widzę, że
podobnie jak my jest wyczulona na jej stan.
- W sumie to dobra kobieta. - Teść wygląda przez okno, za którym na
silnym wietrze chwieją się jesienne, upstrzone żółcią i czerwienią
drzewa, pod którymi rozsiadły się syczące ptaszyska.
Lata temu przestałam hodować gęsi, wychodząc z założenia, że nie będę
trzymała na podwórzu ptactwa, którego sama się boję. To wynik bolesnych
przeżyć z dzieciństwa, gdy kilkakrotnie zostałam przez nie mocno
poszczypana. Natomiast jedną z pierwszych rewolucji, jakie Müllerowie
wprowadzili w obejściu, było kupienie piętnastu gęsich piskląt i zdobycie nie wiedzieć skąd małej, czarnej wietnamskiej świnki, która
oswoiła się i jak pies chodzi krok w krok za oporządzającym inwentarz
Wiśniewskim. Ku mojemu oburzeniu Erna od czasu do czasu pozwala jej
nawet wchodzić do kuchni i wylegiwać się pod białym kredensem.
- Myślę, że jest im równie trudno.
- Nie przesadzaj. - Konstanty przywołuje mnie do porządku. - Nie można
porównywać naszego położenia z ich sytuacją.
- Oczywiście, ale gdy ostatnio z nią rozmawiałam, znowu się zwierzyła,
że wolałaby nadal mieszkać w swoim starym domu, wśród rodziny i przyjaciół.
- To nie trzeba było nigdzie się ruszać - skrzeczy Seweryna. - Po jakie
licho tu przyleźli? Nikt ich nie zapraszał.
- Uciekali przed Rosjanami.
- To nie trzeba było wierzyć w tego całego Hitlera! - woła tryumfująco.
- Sam by nic nie zrobił. Ale nie, ci durnie najpierw na niego głosowali,
a potem pozwolili mu podpalić Europę, a w zasadzie cały świat. To teraz
mają za swoje.
- Jestem przekonana, że jednak nie wszyscy Niemcy ochoczo kibicowali
Führerowi. Erna z pewnością nie.
- Tylko tak mówi, żeby cię do siebie przekonać. - Teściowa patrzy na
mnie oskarżycielsko. - Ależ ty jesteś naiwna!
- Nawet jeśli kiedyś miała inne poglądy, to jestem pewna, że ostatnimi
czasy je zweryfikowała.
- Gdyby tylko wszyscy odzyskali rozum. - Hipolit zapala zapałkę i z fajką w zębach cedzi: - Może to piekło nareszcie by się skończyło.
Obłok tytoniowego ziemno-orzechowego dymu z subtelną cytrusową nutą
wypełnia pomieszczenie, przyjemnie łaskocząc nozdrza. Tak jak nie
pochwalam i nie lubię papierosów, tak aromat fajki jest dla mnie jak
kadzidło w kościele. Usiłowałam przekonać męża, by z papierosów
przerzucił się na fajkę, ale oświadczył, że jest za młody, by po nią
sięgać. Zupełnie jakby fajki były przypisane do starców.
- Słuchajcie. - Odsuwam firankę, by przyjrzeć się naszemu kocurowi
Ferdkowi, który po wypadku ze studnią, kiedy to prawie stracił życie,
stał się jeszcze bardziej ostrożny. Teraz też na ugiętych łapkach, z położonymi po sobie uszami, skrada się wokół budynku, uważnie obserwując
gęsi. - Znowu odbiegamy od tematu.
- Racja. - Tatko pierwszy odzyskuje animusz. - Coś zasugerujesz,
kochanie? Jak twoim zdaniem moglibyśmy pomóc Wiktorii?
- Nie wymyśliłam niczego szczególnie mądrego. Ale gdybyście na przykład
zechcieli poświęcić jej więcej czasu, zabierając na spacery albo ucząc
gry w bezika czy brydża, myślę, że mniej pogrążałaby się we
wspomnieniach.
Konstanty z trudem dźwiga się z niemiłosiernie zapadniętego łóżka,
którego wysłużone sprężyny jękliwie skrzypią.
- Ale ja pomyślałam też, że może powinniśmy zrobić wszystko, by skupiła
się na dziecku. Gdyby tak pomóc jej z wyprawką?
Podchodzę do Konstantego i pozwalam, by objął mnie ramieniem. Bardzo się
kochamy, a wojna sprawiła, że przestaliśmy się krępować w okazywaniu
sobie uczuć. Gdy człowiek żyje z odbezpieczonym granatem w ręku, cieszy
się każdą chwilą, jakby miała być ostatnia. Doceniamy małe rzeczy i drobne gesty, a szczęście zyskało nowy wymiar. Potrafimy cieszyć się z banalnych spraw, na które dotychczas nie zwracaliśmy uwagi. Witamy z ulgą każdy poranek, wodzimy za sobą oczami i cieszymy się, zasypiając w swoich ramionach. Każdy dzień jest błogosławieństwem i jeśli uda się go
przetrwać w niezbyt emocjonującej rutynie, zapisuje się na kartach
naszego życia jako szczęśliwy, dobry czas.
Karykatura z książki HITLER in der Karikatur der Welt, Berlin 1933
Dawniej wychodziliśmy z domu, nawet sobie nie machając, bo wiedzieliśmy,
że za chwilę ponownie na siebie wpadniemy. Teraz, wychodząc w pole, do
sąsiadów czy ruszając do codziennych prac, czule się ściskamy. Zupełnie
jakby to miało być rozstanie na zawsze, jakbyśmy mieli się już nie
zobaczyć.
I nie w tym niczego dziwnego ani śmiesznego, bo znamy wielu takich,
którzy niespodziewanie z najbliższymi pożegnali się ostatecznie.
- Doskonały pomysł. - Teściowa niespodziewanie przyznaje mi rację. -
Mogłabym zrobić skarpetki na szydełku albo pokazać jej, jak wydziergać
sweterek.
- Jest też jeszcze maszyna do szycia - podpowiada Kostek.
- Tak, tylko brakuje materiału.
Zasmucam się, bo jeszcze nie tak dawno zwyczajnie jechaliśmy do Poznania
i kupowaliśmy wszystko, co nam wpadło w oko. Teraz niczego się nie
kupuje, tylko wszystko zdobywa. Większość rzeczy jest reglamentowana i wydawana na kartki, kwitnie czarny rynek i szwindel.
- Można przerobić moje sukienki albo, jeszcze lepiej, rzeczy po
dziewczynkach. Tak szybko z nich powyrastały. Na strychu w skrzyniach
jest sporo niepotrzebnych fatałaszków, a dla takiego maleństwa nie
potrzeba wiele tkaniny, żeby uszyć śpioszki czy kaftanik.
- Ja wolałabym kupić batyst... - Seweryna kręci nosem.
- Wątpię, czy uda nam się zdobyć jakikolwiek materiał. O batyście nie ma
mowy, ale mogę popytać tu i tam. - Kostek zapala się do projektu.
- W Poznaniu byśmy...
- Mamo, przestań. Nie ma już twojego starego Poznania, za to jest wojna
i nowe okoliczności. Nawet nie masz już tam mieszkania.
- Błagam, nie przypominaj mi o tym! Wszystko straciliśmy. Wszystko.
Człowiek całe życie ciułał, odbierał sobie od ust, a teraz nie ma nic. W jeden dzień straciliśmy cały majątek, nawet dach nad głową!
- Ale żyjecie!
- Nasze piękne antyczne meble. - Teściowa zdaje się nie słyszeć, co mówi
syn, i jak zwykle zaczyna biadolić. - Kossaka mieliśmy, takiego pięknego
Kossaka, wisiał w salonie. Pamiętasz, synku, jak ci się podobały te
konie w galopie? Miałeś odziedziczyć ten obraz. Wszystko miało być
kiedyś twoje. Miśnieńska porcelana, garnitur srebrnych sztućców, samowar
przywieziony z samego Petersburga, gdy byliśmy z...
- Jakie to ma teraz znaczenie? I tak nie masz kawy, żeby ją popijać z porcelanowych filiżanek! - zżyma się teść. - Nie możesz pojąć, że dobra
materialne, jeśli nie są złotem, rzecz jasna, i nie można ich na coś
wymienić albo kogoś nimi przekupić, nie mają najmniejszej wartości?
- Tak się tylko mówi, ale to pamiątki rodzinne, a potem człowiek...
- Jakie rodzinne pamiątki? Jeśli coś pójdzie nie tak, to za chwilę nie
będzie nawet naszej rodziny.
- Mam dobre przeczucia i jestem pewna, że nic nam się nie stanie. -
Seweryna zachowuje się jak wróżąca z fusów czarownica, której już nikt
nie ma ochoty słuchać. - Wspomnicie moje słowa.
I podczas gdy ona gdera i narzeka, najwyraźniej nie zdając sobie sprawy,
jak okrutne oblicze przybiera ta wojna, na której giną też nasi
przyjaciele, zaczynam zapadać się w sobie, kolejny raz analizując naszą
sytuację i jak moglibyśmy wesprzeć córki.
Najlepiej byłoby wysłać je do ziemi obiecanej, czyli do Kanady. Ale
skoro nie mamy tam nikogo, nie sposób liczyć na to, że ktoś dziewczynkom
pomoże, udzieli schronienia. Dlatego nawet gdyby pojawiła się taka
możliwość, nie wyraziłabym zgody na eskapadę. Już raz wysłałam dziecko w nieznane i skończyło się katastrofą. Zresztą nie wiem, jakim cudem
mielibyśmy przemycić córki za ocean i sfinansować tak ogromny wydatek. W normalnych czasach nastręczałoby to problemy, a co dopiero w takich...
Nie ukrywam: jestem przytłoczona i przerażona.
Sytuacja, w jakiej znalazła się Wiktoria, dobitnie uświadamia mi, jak
bardzo można się pomylić i jak łatwo wykonać fałszywy ruch. Że to, co
wydawało się najlepsze, niebawem może się okazać najgorszym z wyborów.
Nie potrafię też pojąć, przez co przechodzi najstarsza córka.
Nie umiem wyobrazić sobie, że nagle nie mam Konstantego, że widzę śmierć
ukochanych, bliskich, sąsiadów, że odbiera mi się wszystko. To była
rzeź, okrutna, brutalna, bezwzględna masakra. Ludobójstwo. Ofiarami
padały kobiety, dzieci, starcy.
Nie mam sumienia zmuszać jej do opowiadania o tym, co się stało, czego
doświadczyła, zdradzenia więcej szczegółów. Wiem, że potrzebuje czasu,
ale żywię też uzasadnioną obawę, że ten czas nie będzie lekarstwem. Może
kiedyś tak, ale z pewnością nie teraz ani nawet za kilka lat. Boję się,
że te wspomnienia pozostaną w niej niczym toczący stary mebel kornik, do
końca życia, pokrywając umysł niezabliźniającymi się ranami.
Równie mocno martwię się zachowaniem naszej najmłodszej latorośli.
Wścibską Wandę kilka razy przyłapałam na podsłuchiwaniu; poza tym
plecie, co jej ślina na język przyniesie, nie wiedzieć dlaczego,
drepcząc krok w krok za Erną, zupełnie jakby się zatraciła w jakimś
podziwie dla Niemki. Ten dorastający podlotek najwyraźniej nie zdaje
sobie sprawy, jakim zagrożeniem może być nasza gospodyni: że może
donieść, wydać nasze tajemnice, rzucić cień podejrzenia. Nie trzeba
wiele, by człowiekiem zainteresowało się gestapo. Tym bardziej jeśli
wątpliwościami dzieli się rodaczka.
Nie pojmuję, jak ktoś ulepiony z tej samej gliny, wychowany pod tym
samym dachem, może tak się różnić od rodzeństwa, być takim uparciuchem i zawsze, we wszystkich kwestiach stawać okoniem.
Ale im dłużej trwa wojna, tym mniej rozumiem z tego całego galimatiasu.
Nasza, zdawałoby się poczciwa, Klara okazała się konfidentką, podobnie
jak kilku sąsiadów, którzy uznali, że bliżej im do Niemców niż do nas.
Podejrzewam, że gdyby wkroczyli na nasze ziemie Szwedzi czy Grecy, też
doszukaliby się w rodzinnych drzewach genealogicznych właściwych
korzonków i listków, a może i solidnych konarów, które stawiałaby ich na
równi z okupantem. Czyniły kimś w ich mniemaniu lepszym od nas.
Nie wiem, jak można odwrócić się od ludzi, z którymi się dorastało,
dzieliło miedzę, szczęście i smutki, chodziło do tego samego kościoła i wyznawało grzechy w tym samym konfesjonale.
Najwyraźniej muszę się jeszcze wiele nauczyć i sporo doświadczyć, żeby
zrozumieć, że nie każdemu z dawnych przyjaciół i znajomych mogę ufać.
W zasadzie przekonuję się o tym co dzień, przeżywając różne
nieprzyjemności. Powinno mnie to zahartować, a jednak sprawia tylko, że
jestem coraz bardziej zaszczuta, niepewna i lękliwa. Dwa razy oglądam
się za siebie, podczas rozmowy ściszam głos, a zasypiając, roztrząsam w głowie najtragiczniejsze sytuacje, które mogą nas dotknąć, i snuję
plany, jak uniknąć ewentualnego nieszczęścia. W trakcie bezsennej nocy
usiłuję znaleźć rozwiązania i trafne riposty. Jeśli ta wojna potrwa
jeszcze trochę, wykończę się psychicznie.
Wiktoria
Nie mogę oddychać. Nie potrafię zapomnieć.
I nie umiem żyć. Gdyby nie dziecko w moim łonie, podjęłabym prostszą i trafniejszą decyzję. A tak jestem na nie zdana.
W nocy budzę się zlana potem i chyba krzyczę, bo koło łóżka co rusz
pojawia się zatroskana mama. Nie chcę jej ze szczegółami opowiadać, co
przeżyłam i przez co przeszłam. To by zrujnowało resztki jej spokoju,
wykiełkowałyby wyrzuty sumienia, że pozwoliła mi wyjechać na Wołyń, a i tak nie będzie w stanie mi pomóc. Przynieść ulgi. Nie potrafi cofnąć
czasu. Nikt nie jest władny tego uczynić.
Nie sposób opisać bólu, jaki czuję po stracie Janka. Tak bardzo go
kochałam, kocham... Był mi tak bliski. Troskliwy, empatyczny, przy nim
czułam, że spełniają się moje marzenia, że jestem szczęśliwa i tym
szczęściem potrafię obdarzać innych.
Przekonał mnie, że jestem piękna i wyjątkowa, a ja dałam się ponieść tej
ułudzie, z zadowoleniem przeglądając się w lustrze. Przy nim rozkwitłam
jako kobieta. Przy nim nabrałam ochoty, by zostać matką.
A teraz mam w głowie tylko obraz jego martwych oczu. Myślałam, że takie
rzeczy już się nie dzieją; wiedziałam, że wojna jest straszna i okrutna,
ale nie że aż tak. Sądziłam, że siekiery, widły i kosy przeszły do
średniowiecznego lamusa, tymczasem one nadal są w użyciu w dłoniach tej
ukraińskiej brutalnej, dzikiej bandy, która nie cofnie się przed niczym.
Nie sposób w najgorszych koszmarach wyśnić tego, przez co przeszliśmy.
Miejsce, które wydawało się bezpieczne i spokojne, odległe od
niemieckiego frontu, niespodziewanie obnażyło własne krwawe oblicze.
Pełne nienawiści. Przepojone chęcią zemsty i niepojętą brutalnością.
Nie mogę pojąć, dlaczego sąsiad rzucił się na sąsiada. Hubert zapewniał,
że ze wszystkimi żyją w zgodzie, że są sobie życzliwi i nie ma
znaczenia, jaka krew płynie w naszych żyłach: polska, żydowska czy
ukraińska.
Tymczasem przyjaźnie, sojusze i sąsiedzka pomoc nie zdały się na nic
wobec rewolty, która przetoczyła się przez Wołyń. Kiedyś byłam w nim
zakochana, teraz boję się nawet o nim wspomnieć. Nienawidzę go.
Nienawidzę już samego słowa.
Umarła Elżunia. Brutalnie zgwałcona na moich oczach przez trzech
oszalałych z wściekłości, brudnych, zapuszczonych i odrażających
Ukraińców, a potem bezceremonialnie zatłuczona pałką. Nie mogłam jej
pomóc.
Ukryta w skrytce na dokumenty w ścianie za biurkiem, wciskając pięść do
ust, by nie krzyczeć, mogłam się tylko biernie, bezradnie przyglądać
przez szczelinę i modlić, żeby mnie nie dopadli, by nie zabili mojego
nienarodzonego dziecka.
Przejmujący wrzask, krzyki, panika, plądrowanie domu, niszczenie
wszystkiego, co się dało, a potem tryskający w niebo ogień. To upiorne,
metodyczne i bezduszne pozbawianie życia moich najbliższych zlało się w jeden porażający okrucieństwem obraz, który niczym brudny całun oblepia
mnie w każdej minucie dnia i bezsennej nocy, nie pozwalając otrząsnąć
się z potwornego koszmaru.
Jasiek nie żyje. Mój cudowny, kochany mąż nie żyje. Moja słodycz i moje
szczęście. Moje wszystko. Sens życia i największa, pierwsza i ostatnia
miłość. Odeszły też żona Huberta i wszystkie jego dzieci.
Niespodziewany atak, poprzedzony jedynie nieludzkim wyciem i wrzaskiem,
zastał nas w radosny, słoneczny poranek zapowiadający piękny, ciepły
dzień. Leżeliśmy jeszcze w łóżku, gdy Natka, nasza kucharka, która
wstała wcześniej, żeby rozpalić w piecu, wpadła z krzykiem do pokoju:
- Idą! Uciekajcie! Idą!
Ale nim zrozumieliśmy, co się dzieje, było już za późno. Zaspani, w koszulach nocnych, byliśmy zupełnie bezradni. Dzieci płakały i zawodziły, a my, kobiety, stałyśmy sparaliżowane strachem, niezdolne do
jakiegokolwiek ruchu.
Z wybitych okien posypało się szkło. Pochodnie sprawiały wrażenie, że
zalewa nas piekielny ogień. Pamiętam tylko krzyk, niesamowity hałas i bicie serca walącego o żebra, które odbijało się echem w głowie.
Nie było czasu na zastanowienie się ani szans na ucieczkę.
- Chowajcie się! Szybko! Cholera jasna, gdzie moja broń?!
Pierwszy otrzeźwiał Janek i tak jak stał, skoczył boso po stojącą pod
ścianą dubeltówkę. Zanim zdążył ją załadować, rozległ się łomot, walenie
do drzwi, które niemal natychmiast ustąpiły pod naporem i wyleciały z zawiasów, po czym ze zwierzęcym wyciem wpadli pierwsi bandyci.
W popłochu, nie myśląc wiele, wcisnęłam się w skrytkę na dokumenty. Sina
ze strachu teściowa usiłowała ukryć dzieci w szafie, gdy je dopadli. Bez
opamiętania walili na oślep siekierami, kłuli widłami. I choć tylko
dwóch z całej hordy miało broń palną, wpadłszy do pomieszczenia,
natychmiast wycelowali ją w Janka i pociągnęli za spusty.
Ogłuszający huk, w pokoju rozszedł się smród prochu. W uszach poczułam
nieprzyjemne mrowienie i nie byłam w stanie nawet mrugnąć.
Pamiętam wielkie zdziwienie, niedowierzanie, które zawładnęło mną na
chwilę, gdy oszołomiona w mordercach rozpoznałam naszych najbliższych
sąsiadów, braci Garniłowów: Olega i Saszę.
Tych samych, którym zeszłej zimy pomagaliśmy, gdy zabrakło im mąki na
chleb i ziemniaków.
Mój ukochany nie miał szans. Zginął na miejscu, kule przeszyły go na
wylot, a strużka krwi płynącej z ust i spazmatyczne, konwulsyjne drgawki
stały się przerażającym dowodem tego, co się stało.
Ocaleliśmy tylko Hubert i ja. Właściwie nie wiem, czy w takiej sytuacji
można mówić o ocaleniu, o szczęściu przeżycia, bo przecież wszystko w nas umarło z chwilą śmierci najbliższych. Bez tych, których tak
kochaliśmy, życie straciło sens. Każdy dzień jest pusty i bezwartościowy. Jesteśmy jak wydmuszki: puste, wypalone, nieprzydatne do
niczego, a jednak na tyle twarde, że kostucha omija nas szerokim łukiem,
nie pozwalając nam dołączyć do ukochanych.
Tak nie można żyć. Tak żyć się nie da.
Nie ma o czym marzyć i nie ma na co czekać. Nawet zwykła wegetacja
wydaje się nadmiernym, niepotrzebnym wysiłkiem.
Hubert nie może sobie wybaczyć, że akurat tego dnia wyruszył na
polowanie, nim wstał świt. Polował dość regularnie w okolicznych lasach
i jego poranne zniknięcie nie było niczym niezwykłym.
- Gdybym tylko był w domu - powtarzał co rusz, gdy przemykaliśmy
bocznymi drogami na zachód, nieustannie robiąc sobie wyrzuty.
- Niczego byś nie zmienił. Było ich ze dwudziestu, a może i trzydziestu.
- Zmieniłbym! Miałem...
- Nic byś nie zrobił! - tłumaczę z uporem, choć mnie samej nie jest
łatwo i wielokrotnie rozpamiętywałam, dlaczego nie zdałam sobie sprawy
wcześniej, nie przewidziałam. Jak to się stało, że tej nocy tak mocno
spałam? Dlaczego nad ranem nie poszłam do toalety, jak miałam to w zwyczaju?
- Moja kochana...
- Hubercie, tak nie wolno. Nie obarczaj się winą.
- Ona by żyła, dzieci by żyły.
W ciągu kilku dni poszarzały Hubert schudł i zapadł się w sobie. W jego
włosach pojawiły się szerokie siwe pasma, usta spierzchły, a oczy stały
się szkliste. Postarzał się o dobre kilka lat.
- Mój Janek też. Ale nie mogłeś tego przewidzieć.
- Niepotrzebnie ufałem ludziom, niepotrzebnie.
- To byli nasi sąsiedzi, znajomi. Nie sposób wszystkich podejrzewać i unikać. Nikt nie był w stanie przewidzieć czegoś takiego.
- Kazimierz mówił, że u nich koło Antonówki takie rzeczy już się działy,
a ja głupi nie chciałem dać wiary.
- Nikt się tego nie spodziewał, przecież żyliście obok siebie tyle lat!
- Gdybym tylko...
- Nie możemy cofnąć czasu.
- Straciłem wszystkich, których kochałem. Wszystkich! - Schował twarz w dłoniach, a jego ramionami wstrząsnął szloch. - Zostałaś tylko ty. Gdyby
nie poczciwa Natasza...
Wzięłam głęboki oddech i zdobyłam się na odwagę.
- Nie chciałam mówić wcześniej, bo nie byłam jeszcze pewna, no i chcieliśmy was powiadomić wspólnie...
- Co jeszcze na nas spadło? Boże, mój Boże! Nie zniosę kolejnego
nieszczęścia! - Przyjrzał mi się uważnie. - Nie trzymaj mnie w niepewno...
- Będę miała dziecko - powiedziałam cicho, czerwieniąc się.
To bardzo dziwne uczucie mówić komuś, zwłaszcza mężczyźnie, że jakiś
czas temu spełniło się obowiązek małżeński, że zaznało się miłości
cielesnej, a teraz pojawia się tego konsekwencja.
- Naprawdę?
Sprawiał wrażenie, jakby się zastanawiał, czy przypadkiem nie żartuję.
- Tak, jestem już pewna. Będę miała dziecko.
- Z Jankiem? - zdziwił się głupio i odruchowo spojrzał na mój jeszcze
niespecjalnie wypukły brzuch.
- A niby z kim? - Udałam, że się oburzam i ze śmiechem szturchnęłam
teścia w bok. - Oczywiście, że z Jankiem. Będziesz dziadkiem.
- Przepraszam, że tak głupio zapytałem, ale mnie zaskoczyłaś! - Jego
twarz się rozpromieniła. - Jestem w szoku! Tego się nie spodziewałem!
Mój dzielny, kochany synek byłby ojcem. Dziękuję!
Hubert wzruszył się tak, że łzy popłynęły mu po policzkach, a ja
zaczęłam sobie robić wyrzuty, że tak bezceremonialnie podzieliłam się
największą tajemnicą. Może mogłam poczekać na jakiś szczególny moment?
Tylko ile ich jeszcze przed nami? Zresztą czego mogłabym się spodziewać?
Wszystko, co ważne, co kochałam i czemu ufałam, minęło bezpowrotnie.
To była chwila, w której Hubert zdecydował, że musimy się rozdzielić. I mimo moich protestów i strachu przed samotną podróżą, uparł się, że
powinnam wrócić do rodziców, podczas gdy on schroni się u rodziny
mieszkającej u podnóża Tatr.
Mimo błagań, próśb i zaklinań nie dał się przekonać, żebyśmy wspólnie
kontynuowali wędrówkę. Moje łzy też nie zrobiły na nim wrażenia i tak
oto zmusił mnie do samodzielnej podróży. A ja po kilkunastu dniach
znalazłam się w rodzinnym domu.
Z tą zasadniczą różnicą, że mój dom tymczasem stał się rodzinną
posiadłością innej, w dodatku niemieckiej rodziny.
Własnością Niemców, przed którymi uciekałam we wrześniu 1939 roku, przez
co nieświadomie wpadłam w ręce Ukraińców, którzy wydawali się dobrymi
sąsiadami.
Pamiętam, w jakim byłam w szoku, gdy biegłam przez podwórze do domu, a drzwi otworzyła mi nieznana, pulchna kobieta w białej lnianej zapasce na
biodrach.
- Tak, słucham? - Spojrzała na mnie zdziwiona, a ja nie byłam w stanie
wydukać ani słowa. - Pani do kogo?
- Ja, ja... wróciłam do domu.
- Tego domu?
- Do rodziców.
- Ale to mój dom - powiedziała twardo, traktując mnie jak intruza.
- Ale tu mieszkają Zabierzyńscy? Florentyna i Konstanty?
- Tak, ale teraz to mój dom.
- Wiktoria?!
Zwabiona podniesionymi głosami mama stanęła w drzwiach, wytrzeszczyła
oczy, po czym zachwiała się na nogach i musiała oprzeć o ścianę, by nie
upaść.
- Mamuś! - Padłam w jej ramiona i łkałam jak mała dziewczynka. Tak
bardzo bym chciała, aby wzięła mnie jak dawniej na kolana i utuliła,
całując w czubek głowy.
Okazało się, że w naszym dworku mieszka rodzina Müllerów i że żyjemy na
ich łasce. Uspokoiłam się dopiero wtedy, gdy idąc z mamą pod rękę, na
podwórzu spotkałam naszego poczciwego Wiśniewskiego i gdy po chwili
zdumiony ojciec wziął mnie w ramiona. Tak bardzo mi ich brakowało, tak
za nimi tęskniłam.
I nie ma znaczenia, że ktoś inny mieni się właścicielem folwarku; widok
znajomych twarzy i miejsc mnie koi i sprawia, że po raz pierwszy od
długich tygodni przestaję się bać.
Wtuliłam się w tatkę i płakałam, łkałam jak dziewczynka, która się
przewróciła i zdarła kolano. A potem...
Jak zwykle budzę się spocona, skąpana we łzach, z krzykiem na ustach, i dłuższą chwilę zajmuje mi zrozumienie, gdzie jestem.
Rozglądam się po moim nowym pokoju, a raczej naszym starym pokoju
gościnnym na piętrze, i nie potrafię się w tym wszystkim odnaleźć.
Z jednej strony nie mogę pojąć, jakim cudem żyję, a z drugiej zrozumieć,
jak to możliwe, że w jednej chwili straciłam męża, Elżunię, niezawodną
przyjaciółkę i podporę, pełną dobroci teściową i resztę rodziny.
Nieustannie robię sobie wyrzuty i roztrząsam, co mogliśmy zrobić, aby
uniknąć tego piekła. Niepojętej rzezi niewinnych ludzi. Starców, dzieci
i kobiet. Niezaangażowanych politycznie mężczyzn, chłopaków?
Dlaczego nie dostrzegli w nas ludzi? Takich samych jak oni. Ludzi,
którzy mają uczucia, odczuwają ból i strach? W jaki sposób im
zagrażaliśmy? Czego się obawiali? Albo co chcieli zyskać, pozbawiając
nas życia?
Nigdy nie poznam odpowiedzi na żadne z tych pytań. Choć rozwarstwiam
każdą myśl, każde podejrzenie, refleksję jak włos na czworo, nie zbliżam
się na krok do rozwiązania zagadki. Do prawdy.
Boże! Dlaczego ja? Dlaczego mnie to spotkało?
A właściwie dlaczego mnie miałoby to zło ominąć? Albo spaść na innych?
Na sąsiadów czy inne rodziny mieszkające nieopodal? Nie mogę nawet
myśleć o tym, by przydarzyło się to komuś innemu, bo nie sposób nikomu
życzyć choć ułamka nieszczęścia, które stało się naszym udziałem.
Wczoraj pierwszy raz poczułam ruchy dziecka w łonie. W pierwszej chwili
wzięłam je za niepokojący skręt kiszek, a potem ze zdumieniem pojęłam,
że jedyna pamiątka po Janie, jedyny ślad tego, że mi się nie przyśnił,
że był, że kochał... porusza się we mnie.
Czy będę miała siłę, odwagę ją albo jego pokochać? Czy będę dobrą matką?
Czy potrafię zatroszczyć się o dziecko? Czy mam prawo takie maleństwo
unieszczęśliwiać swoim bólem? Koszmarnym wspomnieniem? Czy nerwowość,
zgryzotę i lęk się dziedziczy? Czy uda mi się powstrzymać rzekę smutku,
która nieustannie przepływa przez umysł i wstrząsa ciałem?
Tyle pytań i żadnych odpowiedzi.
Zofia
9 września 1943 roku, pochmurna sobota
Zakochałam się. Nie mam wątpliwości, że
trzepotliwe, ulotne uczucie przeszywające ciało dreszczem jest tym, o czym czyta się z wypiekami w powieściach zakazanych dla panien z dobrego
domu. O czym szepczą sobie przyjaciółki i wreszcie o czym śni się i marzy.
Ale dopiero gdy sama tego doświadczam, gdy motyle w moim brzuchu szaleją
i odbijają się od ścian żołądka, nieśmiało pojmuję, o czym mówiły. To
tak cudowny stan, że nie chciałabym uronić z niego ani chwilki.
Każdy dzień jest napięty jak struna.
Żyję w ciągłym oczekiwaniu, nadziei, niepewności, zastanawiając się, czy
on czuje to samo. Czy nie zmienił zdania? Wreszcie, czy mi się to
wszystko aby tylko nie przywidziało? Dręczona wątpliwościami, czy mój
ukochany się pojawi, czy odwiedzi mnie choć na krótko, nieustannie
spoglądam w kierunku bramy.
Potem pojawia się lęk. Czy jest bezpieczny i nic mu nie zagraża? Czy nie
dostał nowego rozkazu i nie wyjechał? Czy nie został ranny?
Tak bardzo go kocham.
Jego ciepłe, czułe, nieco chropowate dłonie. Otulający go zapach
papierosów i skropionego wodą kolońską munduru. Ciemnoniebieskie oczy w oprawie jasnych rzęs, które spoglądają na mnie z czułością,
zaciekawieniem, podziwem. A gdy zapewnia, że jestem spełnieniem jego
marzeń, czuję się najszczęśliwsza na świecie.
Ze zdumieniem odkrywam, że przy naszej rodzącej się miłości cały świat
pięknieje, trawa jest jakby bardziej zielona, kwiaty wonniejsze i bardziej kolorowe, że jest jakoś milej, łatwiej uśmiechać się do ludzi.
Nawet irytująca Wanda jawi się mniej złośliwa niż zazwyczaj. Może Amor
założył mi właśnie na nos różowe okulary i nie powinnam poddawać się aż
takiej ekscytacji, ale cieszę się i napawam każdą chwilą.
Nie wszystko jednak układa się po mojej myśli i nie wszyscy są
zadowoleni z mojego miłosnego odurzenia, w którym snuję się po obejściu.
Dziś rano zaraz po śniadaniu odbyłam z mamą kolejną nieprzyjemną
rozmowę.
Jest pełna niepokoju i jak nigdy odwołuje się do swojego doświadczenia i złych przeczuć. Chce mnie ochronić. Tylko nie wiem przed czym albo przed
kim.
Nie mam siły jej tłumaczyć, że nasza miłość jest prawdziwa, trwała, że
nie ma takiej siły, która by nas rozdzieliła. Mama upiera się przy
swoim, powtarzając co rusz to samo:
- Bądź ostrożna.
- Mamo, jestem - burczę nadąsana.
- Tak ci się tylko wydaje. Ludzka ciekawość może cię zgubić. - Zagniata
ciasto na chleb, pozornie skupiona na stolnicy, ale wiem doskonale, że
po prostu nie chce spojrzeć mi w oczy.
Zupełnie nie pojmuję, dlaczego ma do mnie tak niewielkie zaufanie.
Jestem bardzo ciekawa, czy gdyby dziadkowie nie akceptowali ojca, tak
łatwo by odpuściła. Poza tym w żadnym małżeństwie nie ma gwarancji, że
będzie szczęśliwe do grobowej deski. Więc po co zadręczać się na zapas?
- Mamuś, wiem, uważamy.
- Rozumiem, że pod pretekstem odwiedzania naszej Erny, która jest
siostrą jego znajomego, daje sobie prawo bywania w majątku. Robi to zbyt
często, a tym samym, nie daj Boże, kogoś może to zainteresować.
- Wiemy, co robimy - mówię stanowczo.
- A ja jestem przekonana, że popełniasz wielki błąd. Zauroczenie to
jeszcze nie zakochanie, a zakochanie to nie miłość. Zobaczysz: zabawi
się tobą, znudzi i porzuci przy pierwszej okazji.
- On taki nie jest! - wołam oburzona, sięgając do kosza po jabłko.
- Skąd ta pewność?
- Mamo, czy ty musisz widzieć wszystko w czarnych barwach i zakładać
najgorsze?
- Przynajmniej życie mnie nie rozczarowuje, a im mniej od niego
oczekuję, tym bardziej zaskakuje mnie dobrymi rzeczami.
- Choć raz uwierz i mi zaufaj. Czuję całą sobą, że to mężczyzna mojego
życia.
- Ciekawe, czy on czuje to samo.
- Tak.
- Drogie dziecko, jesteś naiwna.
Nienawidzę, jak mówi do mnie "drogie dziecko", i odruchowo najeżam się.
- Może tak, a może nie. Jeszcze się przekonasz, że to ja mam rację.
- A nie przeszkadza ci to, że jest Niemcem?
- Nikt nie wybiera, gdzie się urodzi. I nie, nie przeszkadza mi, że jest
Niemcem.
- I właśnie tego obawiam się najbardziej.
- A czy to jego wina, że wybuchła wojna? Że powołali go do wojska? Chyba
wiesz, że nie miał wyjścia? Ale nikogo nie zabił i gdyby mógł, wróciłby
do siebie! My też nie zakładaliśmy, że zamieszkamy kątem we własnym
domu! Zrozum wreszcie, mamo, że to nie był jego wybór.
- Tak się mówi, ale Niemcy jakoś ulegli czarowi Hitlera i szybko
uwierzyli, że są lepsi od innych.
- Nie wszyscy!
Złoszczę się coraz bardziej i uświadamiam sobie, że niestety nie
przekonam jej do swoich racji. Że ona nie zrozumie, ba, nawet nie
podejmie próby zrozumienia sytuacji, w której się znalazłam. Że miłość
nie dość, że nie wybiera, to w dodatku może mieć różne smaki i odcienie.
A jeśli sądzi, że nie wolałabym, aby Luca był Polakiem, to się myli. Tak
nie jest, trzeba to zaakceptować i nauczyć się z tym żyć.
Jak zwykle w sobotę po południu pieczemy keks według przepisu Erny,
który ponoć odziedziczyła po matce. Pełen cynamonu i bakalii.
Przepis na keks
250 g płynnego miodu
1 łyżeczka cynamonu
1 łyżeczka proszku imbirowego (niekoniecznie)
szczypta gałki muszkatołowej
2 łyżeczki sody
200 g masła
125 brązowego cukru
3 całe jaja
200 ml rumu
3 krople aromatu z gorzkich migdałów
szczypta soli
starta skórka z 1 pomarańczy i 1 cytryny
10 g kakao
500 g mąki
75 g rodzynek
75 g suszonych porzeczek lub żurawiny
75 kandyzowanych skórek pomarańczy
100 g orzechów włoskich
75 g kandyzowanych skórek z cytryny
POLEWA
6 czerwonych wiśni - najlepiej z konfitury, albo pulpy, która pozostała
po nalewce,
250 g cukru pudru,
4 łyżki soku z cytryny
20 g porzeczek
50 g kandyzowanych skórek z cytryny
1. Do garnka wlewamy miód, dodajemy imbir, cynamon, sodę i gałkę
muszkatołową. Całość, ciągle mieszając, zagotowujemy na małym ogniu i odstawiamy do ostygnięcia.
2. W drugiej misie ubijamy na gładką masę masło, cukier i jajka.
Następnie dodajemy rum, aromat migdałowy, sól, skórkę pomarańczy,
cytryny i kakao. Całość delikatnie mieszamy
3. Schłodzoną masę migdałową stopniowo dodajemy do ciasta i mieszamy na
gładką masę.
4. Dodajemy mąkę i zagniatamy ciasto.
5. Porzeczki (lub żurawinę), drobno kroimy, podobnie jak kandyzowane
skórki pomarańczy.
6. Dodajemy do owoców i rozdrobionych orzechów, rodzynki, 2 łyżki mąki i delikatnie wszystko mieszamy Dzięki oprószeniu owoców mąką, nie opadną
one na dno ciasta. Całość dodajemy do zagniecionego ciasta.
7. Formę do ciasta (średnica około 25 cm, lub dwie wysokie formy o średnicy około 15 cm), smarujemy masłem i oprószamy mąką, piekarnik
nagrzewamy do 180 stopni w trybie termoobiegu.
8. Zarobione ciasto wlewamy do formy, wygładzamy i pieczemy (w zależności od mocy piekarnika) od 50 do 60 minut.
9. Upieczone ciasto wyjmujemy z piekarnika i odstawiamy na 10 minut, by
odpoczęło.
10. W tym czasie przygotowujemy polewę.
Cukier puder mieszamy z sokiem z cytryny, pokrojonymi kandyzowanymi
skórkami owoców, kawałkami porzeczek i wiśniami. Lukier musi być średnio
sztywny, nie mocno lejący! Polewamy ciasto. Keks podajemy z konfiturą z czarnej porzeczki.
Jestem wdzięczna, że Erna pozwala upiec blaszkę słodkiego przysmaku
również dla nas.
W sumie jak na Niemkę nie jest najgorsza, choć oczywiście miewa też
muchy w nosie. Wtedy staje się opryskliwa i traktuje nas z góry, ale na
szczęście zdarza jej się to bardzo rzadko. Poza tym jest złowrogo
pedantyczna.
Mogłaby całymi dniami pucować dom i podwórze. Układa wszystko starannie
w kosteczkę albo pod rząd w szufladach i na półkach, co rusz
sprawdzając, czy ktoś jej ładu nie zburzył. I to jedna z niewielu
rzeczy, która tak wyprowadza ją z równowagi, że jest w stanie ścierką
zdzielić intruza. Lepiej wtedy schodzić jej z drogi. Jej zamiłowanie do
porządku przekłada się na to, że wiecznie chodzi za mną i sprawdza, czy
doczyściłam wszystkie zakamarki i dopełniłam swoich obowiązków z pełnym
zaangażowaniem i starannością, co doprowadza mnie do szału, bo
nienawidzę być kontrolowana.
"Chłop polski przystąpił znów do swej pracy pokojowej, podczas gdy
czołgi niemieckie posuwają się naprzód", "Ilustrowany Kurier Polski", 13
października 1939
Z drugiej strony nie pojmuję, jak to możliwe, że tak dbając o dom,
zupełnie nie dba o siebie. Z tego, co zaobserwowałam, rodzina, mimo że
ma do dyspozycji wygodną łazienkę, kąpie się tylko raz w tygodniu, a obłok specyficznego smrodku z wiodącą nutą potu unosi się nad nimi.
Swoje sporadycznie myte i tym samym tłuste włosy Erna co rano upina w sztywny precel na karku, a pranie robi od wielkiego dzwonu, wychodząc z założenia, że jeśli człowiek uważa, to nie brudzi się zbytnio. A prane
zbyt często rzeczy niszczą się za szybko, więc wrodzona oszczędność i gospodarność nie pozwalają jej niepotrzebnie trzeć odzieży na tarze w balii pełnej mydlin.
- On taki nie jest! - powtarzam z uporem.
- Oni wszyscy są tacy sami! Dziecko, co ty w ogóle o nim wiesz?
- Powiedział...
- Powiedział! - prycha lekceważąco - Wiesz tylko tyle, ile ci
powiedział! A mógł naopowiadać niestworzonych rzeczy. Jaką masz
gwarancję, że gdzieś tam, w tej całej Rzeszy, nie czekają na niego żona
z dzieckiem na ręku? No, jaką?
- Luca nie jest taki. - Jej słowa budzą niepokój, ale idę w zaparte,
odnotowując z tyłu głowy, że na wszelki wypadek powinnam go o to
zapytać.
- Dziewczyno, obyś się nie sparzyła, nie rozczarowała!
- Mamo, przecież on nawet o was się troszczy. - Zmieniam tok rozmowy. -
Nie pamiętasz, jak ostatnio przyniósł woreczek prawdziwej kawy, a wcześniej kiełbaski? Zresztą powiedział, że gdybyśmy czegoś
potrzebowali, to mamy mu dać znać. To cię nie przekonuje? Sama powiedz!
- Nie ma znaczenia, kto z darami przychodzi...
- Błagam cię, jak zwykle trywializujesz!
Schylam się po kilka kandyzowanych skórek pomarańczy, które nie wiedzieć
kiedy wylądowały na kuchennej wypucowanej do granic możliwości podłodze,
i przy okazji ukradkiem wkładam jedną do ust.
- Bo w przeciwieństwie do ciebie znam życie!
- Mamo, to pozwól i mnie je poznać! - Wywlekam najcięższe działa.
- Zrobi wszystko, żeby cię zbałamucić!
- Jak możesz tak mówić? Nie jestem pierwsza lepsza i potrafię o siebie
zadbać! Nie musisz się martwić.
- Oby, moje dziecko, oby. Ufam ci, ale z mężczyznami różnie bywa.
Proszę, bądź ostrożna. Im tylko jedno w głowie. - To mówiąc, cienką
warstwą masła smaruje dokładnie blachę i oprósza ją mąką, by za chwilę
przełożyć do niej ciasto.
- Dobrze. - Przewracam oczami, marząc, aby wreszcie skończyła tę
pogadankę.
- Z ojcem jesteśmy zdania, że przez wzgląd na bezpieczeństwo swoje i rodziny rzecz jasna powinnaś jak najszybciej zakończyć tę znajomość. -
Zamaszyście dorzuca do ciasta rodzynki. - Masz pojęcie, że jeśli was
przyłapią, grozi mu stryczek, a tobie śmierć pewnie przez publiczne
rozstrzelanie? Nie przeżyłabym czegoś takiego! Wystarczy, że Wiktoria
przeszła przez niewyobrażalne piekło, nie mogę cię stracić!3
- Widzisz, mamo, tak na marginesie: z tatkiem pozwoliliście Wiki związać
się z dopiero co poznanym mężczyzną, wyjechać na drugi koniec Polski,
zaufaliście jej i nie stawaliście na drodze ich miłości. A mnie robisz
uwagi.
- To była zupełnie inna sytuacja! I Janek nie był Niemcem!
- Miłość nie wybiera!
- Może i nie wybiera, ale niekiedy też najwyraźniej zaślepia. - Spogląda
na mnie z politowaniem. - Poza tym Konstanty zna ojca Janka. Hubert jest
jego przyjacielem i Kostek wie, że to porządna rodzina. Janowi i Wiktorii za ich związek nie groziła śmierć! Choć nie ukrywam, że
wszystko wydarzyło się zbyt szybko, pewnie w innych okolicznościach
zażądalibyśmy dłuższego okresu narzeczeństwa i wyprawili wesele z prawdziwego zdarzenia...
- Mamo, czy ty się słyszysz? Miało być tak dobrze, bezpiecznie, i się
skończyło? Wielkim dramatem.
- Tego nikt nie mógł przewidzieć!
- Oczywiście. Tak samo nie jesteś w stanie przewidzieć, co mnie spotka -
wołam tryumfująco. - Może będę miała więcej szczęścia? Kto wie?
- O czym wy w ogóle rozmawiacie? Słucham od jakiegoś czasu i niczego nie
rozumiem! O miłości? - Wanda jak zwykle pojawia się znikąd.
Smarkula najwyraźniej musiała podsłuchiwać pod drzwiami, bo teraz patrzy
na nas wyzywająco, domagając się wtajemniczenia w temat dyskusji.
- O niczym! Nie twoja sprawa! - warczę wściekła, bo jak zwykle nie
dokończę pogawędki z mamą i nie przekonam jej do swoich racji.
- Zosiu, bądź milsza dla siostry! - Mama spogląda na mnie z przyganą,
otrzepując ręce z mąki.
- Nie zamierzam!
- Zofia, przywołuję cię do porządku.
- Zakochałaś się? - dopytuje bezczelnie Wanda.
W ostatnich tygodniach, wykorzystując słabość mamy i to, że zamartwia
się o Wiktorię, zrobiła się jeszcze bardziej dociekliwa i wredna.
Przyłapałam ją też, jak o czymś szeptała z Erną. Mam nieodparte
przeczucie graniczące z pewnością, że gdyby tylko mogła, podzieliłaby
się z Niemką naszymi największymi tajemnicami, chcąc zaskarbić sobie jej
sympatię.
Tylko dlaczego? Co w Ernie tak pociąga siostrę? Ta obca kobieta, ku
zaskoczeniu wszystkich, stała się jej mentorką i powierniczką. Czym jej
tak imponuje? Przecież to się kupy nie trzyma!
- Nie twój interes, a jeśli już jesteś tak bardzo ciekawa, to powiedz
mi, w kim niby mogłabym się zakochać? No w kim?
- W Hansie Müllerze? Musisz przyznać, że mąż Erny jest...
- Zupełnie ci odbiło? - Nie pojmuję, jak taki absurd mógł wpaść jej do
głowy.
- Bo ja wiem? - Wanda wygląda, jakby pospiesznie analizowała wszelkie za
i przeciw takiemu romansowi.
Uświadamiam sobie, że gdyby tylko wiedziała o wybranku mojego serca,
byłaby pierwsza do ogłoszenia nowiny całemu światu.
- Mówiłyśmy o tym, jak bardzo nasza Wiktoria przeżywa stratę - mama
przychodzi mi z odsieczą - i jak nam przykro, że jej małżeństwo z Janem
zakończyło się taką tragedią. Właśnie zastanawia...
- Na pewno? - Wanda wbija wzrok w matkę, a ta pod ciężarem jej
spojrzenia mimowolnie odwraca się ku stolnicy i z zaciekłością, jakiej
dotychczas u niej nie widziałam, wyżywa się na Bogu ducha winnym
cieście.
- Dziecko, przestań marudzić! Nie masz czegoś pożytecznego do zrobienia?
Jeśli nie, możesz nam pomóc i masłem wysmarować małą blaszkę.
- E, nie, to ja już sobie pójdę. Potem ma się takie tłuste ręce i nie
daje się ich domyć. - Ostentacyjnie odwraca się na pięcie.
- Dobrze, idź, ale zastanów się, jak możemy sprawić, żeby Wiki choć
trochę zapomniała o bolesnych przeżyciach. Właśnie zastanawiałyśmy się z Zosią, co możemy dla niej zrobić, aby otrząsnęła się z ponurych myśli.
- Ja tam nie wiem. - Wanda wzrusza lekceważąco ramionami, zupełnie jakby
jej nie zależało na dobrostanie najstarszej siostry. - Ja się na takich
rzeczach nie znam. Zresztą umówiłam się z Erną, że posegregujemy
ręczniki. - I bezceremonialnie wymaszerowuje z kuchni, przy okazji
podprowadzając kilka orzechów.
- Wanda, oddawaj! - wołam za nią wściekła!
Zamiast odpowiedzieć, Wanda odwraca się tak, żeby matka nie mogła
niczego dostrzec, i pokazawszy mi długi, czerwony język, znika w sieni,
a potem głośno trzaskając drzwiami, wychodzi na dwór.
Nucąc i podskakując na jednej nodze, przecina podwórko i znika w kurniku, do którego przed chwilą weszła Niemka.
Jej zachowanie, a w zasadzie jej zmienny charakter mnie zatrważają.
Wielokrotnie zastanawiałyśmy się z Marią, moją ukochaną bliźniaczką, czy
ona jest wredna i złośliwa, czy może po prostu głupia i pozbawiona
hamulców.
Tak czy inaczej, stanowi największe zagrożenie dla mnie i Lucasa i musimy się jej wystrzegać jak ognia.
Florentyna
Jestem wykończona.
Mam wrażenie, że Zosia i Wanda zamieniły się ze szczotkami na rozum.
Starsza jest oszołomiona pierwszą miłością i może powinnam ją zrozumieć,
choć jej oblubieniec jest Niemcem, a drugą zaślepiło przypodobywanie się
obcej kobiecie. Za cel życia najwyraźniej obrała wyśledzenie każdej
tajemnicy domu i okolicy. Jest jak tykająca bomba, która nie wiedzieć
kiedy eksploduje, kiedy tak miele językiem gdzie i komu popadnie.
W duchu żal mi Zosi.
Ten cały Luca nie jest taki zły. Ba, w innych okolicznościach może byłby
naszym wymarzonym zięciem, ale nie mogę przegonić myśli, że jako esesman
prawdopodobnie zabija ludzi. Że nas też może wydać, ma nad nami władzę.
Że jego uczucie do Zosi okaże się przelotne, a gdy się nią znudzi,
zapragnie się jej pozbyć. To takie zatrważające. Niebezpieczne.
Pozornie chłopak wydaje się Zosią szczerze zauroczony, ale co będzie,
gdy któreś z nich się rozczaruje, nie spełni oczekiwań drugiego, gdy się
rozstaną? Czy nie będzie się na nas mścił? Nie wyładuje swojej
frustracji? Nie będzie chciał wykorzystać posiadanej władzy?
Boże przenajsłodszy, do czego to doszło?
W dodatku dziś stało się coś złego. Bez uprzedzenia, nawet Erna była tym
zdziwiona, na teren folwarku wpadło gestapo. O świcie, nim do pracy
stawili się ludzie z czworaków, przyjechały dwie budy, z których
wyskoczyło jedenastu uzbrojonych Niemców. Przeszukali dom, obejście,
stajnie i stodoły. Miałam wrażenie, że są wszędzie i przetrzepali każdy
kąt.
Zrobiło mi się gorąco i oblał mnie zimy zimny pot, gdy weszli do jednego
z budynków gospodarczych, gdzie za ścianą ukryliśmy swoje skarby:
radioodbiornik, broń i trochę pieniędzy. Na szczęście, choć opukiwali
wszystkie ściany, niczego nie znaleźli.
Zaciekawiona, ale też wystraszona Erna i przejęty Hans chodzili za nimi
krok w krok, dopytując się, co jest powodem rewizji.
- Żydzi uciekli4.
- Ale skąd? - zdziwił się Hans.
- To nie wasza sprawa.
- Oczywiście, tak tylko z ciekawości zapytałem.
- Wiecie, co grozi za ukrywanie zbiega?
- Pewnie, gdyby tylko ktoś obcy pojawił się w obejściu, zaraz byśmy was
zawiadomili.
- Mam nadzieję.
W tej chwili dwóch uzbrojonych po zęby gestapowców, z łoskotem otwarłszy
drzwi, wdarło się do dawnego mieszkania Wiśniewskiego.
Przerażeni teściowie i tatko, którzy odbywali codzienną popołudniową
sjestę, poderwali się na równe nogi z uniesionymi rękami. Gdyby nie
groza sytuacji, śmiałabym się w głos.
- A to kto? - Ryży, pryszczaty młody chłopak bezceremonialnie zrobił
krok naprzód i stanął z teściem oko w oko, niemal dotykając go nosem.
Zupełnie jakby zmniejszenie dystansu było jednoznaczne z dowiedzeniem
się czegoś więcej.
- Pomagają nam w gospodarstwie, to dawni właściciele. - Hans jako
pierwszy odzyskuje animusz.
- To co tu robią? Dlaczego nie są w polu?
- Pracowali od rana - włączyła się do rozmowy Erna, lekceważąco machając
dłonią. - I kazaliśmy im na chwilę iść do chałupy, a zaraz będzie trzeba
krowy doić.
Gdy wybrzmiało ostatnie słowo, przez strych przetoczyło się głośne stado
kun, a może jedna kuna, która robi tyle hałasu. Müllerowie zrobili się
kredowobiali, a gestapowcy spojrzeli na nas z zadowoleniem.
- No i mamy uciekinierów.
- Tam nikogo nie ma - zaprotestowałam, nie zważając na zagrożenie. - To
tylko kuny.
Nim się obejrzałam, ryży doskoczył i uderzył mnie kolbą karabinu, a potem brutalnie spoliczkował, tak że miałam wrażenie, że głowa mi
odpadnie, po czym zmusił do zaprowadzenia ich na strych.
Na miękkich, drżących nogach wspinałam się po dawno zapomnianych
schodach, które nieprzyjemnie uginały się pod moim ciężarem, w dodatku
co rusz twarz muskały mi pajęczyny.
Nie miałam odwagi ich zetrzeć z twarzy, bo Niemiec niemal deptał mi po
piętach, ale jego głośne przekleństwa świadczyły o tym, że również
zaplątał się w zakurzone pajęcze sieci. Na szczęście drzwi nie były
zamknięte na kłódkę i pod naporem ustąpiły ze zgrzytem, a ja prawie
wpadałam do pomieszczenia.
Panował w nim nieprzyjemny półmrok, bo przez zakurzone, chyba nigdy
niemyte okienko wpadała ledwie odrobina światła.
Za gestapowcami wspinali się zdziwieni i przejęci Müllerowie, którzy
chyba nawet nie wiedzieli o istnieniu tego pomieszczenia. Strych był
niemal pusty. W kącie stały tylko wypełnione pustymi butelkami skrzynie,
a na środku leżał podarty worek z resztkami ziaren owsa. Duchota i smród
niemal rzuciły nas na ściany, a ilość odchodów i gmatwanina dobrze
widocznych na brudnej podłodze śladów łapek świadczyły o tym, że kuny
czują się tu znakomicie. Na domiar złego jedno ze spłoszonych zwierzątek
wybiegło zza skrzynki i w podskokach przemknęło nam pod nogami, znikając
w dziurze między nieszczelnymi dachówkami.
- Scheiße! - zawołali jednocześnie gestapowcy i odruchowo zatkali nosy
palcami, przy okazji uważnie się rozglądając, jakby się spodziewali, że
z którejś z butelek wyskoczy dżinn z nożem w dłoni.
- Mówiłam, że tu mieszkają tylko kuny. To jedno pomieszczenie i nie ma
tu niczego ciekawego. Otworzę okno.
Gdy ja wpuszczałam na strych powiew wiatru, oni popatrzyli na mnie
złowrogo, jednocześnie obchodząc i dokładnie ostukując wszystkie ściany.
Najwyraźniej doszli do tego samego wniosku i pełni niechęci i zawodu
zbiegli po schodach. Po wymianie uwag i krótkiej rozmowie z naszymi
gospodarzami, jak ironicznie to brzmi, przeszukali jeszcze ogród i ziemiankę, po czym odjechali.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki