Odcinek 57
Nie wstyd ci pokazywać się w szkole?
- Ojciec powiedział, żeby się nie martwić twoimi rodzicami.
Właśnie zeszłam do kuchni, żeby wziąć do szkoły śniadanie, które Carter zawsze przygotowuje wieczorem. Przy czym nie spodziewałam się, że będzie tu na mnie czekał, a nie smacznie spał w swoim łóżku.
Jego blond włosy są rozczochrane na wszystkie strony, a jasnobrązowe oczy - podkrążone ze zmęczenia, czego wcześniej u niego nie widziałam.
- Rozmawialiśmy przed chwilą i opowiedziałem mu o całej tej sytuacji.
Mówiąc "całej tej sytuacji", ma na myśli to, że filmik Aubrey, który ta opublikowała dwa tygodnie temu, stał się viralem. Oskarżyła mnie w nim, że zdradziłam jej brata z Sawyerem, ukradłam trzysta dolarów i manipulowałam Ruby. Moi rodzice musieli zobaczyć nagranie i mocno się zdenerwować, bo kazali mi w ciągu trzech dni wrócić do Atlanty i zapowiedzieli, że podejmą kroki prawne, jeżeli tego nie zrobię.
Właśnie zaczyna się drugi dzień, a ja nie planuję do nich lecieć. Tak samo Freethinkersi nie zamierzają mnie nigdzie puszczać. Wszyscy chcemy tego samego.
Nagrywania razem aż do końca projektu "Za kamerami".
- Ojciec zapewnił mnie, że jeżeli twoi rodzice zdecydują się wycofać prawa do opieki nad tobą, australijski rząd nie zrobi za wiele z uwagi na to, że już za dwa miesiące masz urodziny, a my nie przetrzymujemy cię tu siłą. No chyba że kiedy ktoś tu przyjdzie, zamierzasz powiedzieć, że się nad tobą znęcamy - żartuje.
- Czyli nie mam czym się martwić? - Wszystkie mięśnie, które mam spięte od wczoraj, powoli zaczynają się rozluźniać. - Nikt mnie nie deportuje? Mogę tu zostać?
Carter kiwa głową i rozkłada ramiona, żebym się do niego przytuliła.
Pozwalam więc, by zamknął mnie w uścisku. W końcu chcemy rozgonić te burzowe chmury, które się nad nami zebrały.
- Mówiłem, że ze wszystkim sobie poradzimy. - Głaszcze mnie po głowie. - Że nigdy nie zostawimy cię samej.
- Tak? - Unoszę na niego wzrok. Cholera, jego twarz jest za blisko mojej. - A co było w Tokio, kiedy wszyscy poszliście do klubu i nie pozwoliliście mi się z wami wybrać?
- To była inna sytuacja. - Śmieje się z niby to obrażonego tonu mojego głosu. - Tam wpuszczali od dwudziestego roku życia.
- A Jaxon przypadkiem nie ma dziewiętnastu? - Odsuwam się od Cartera, chociaż nie chcę, bo uwielbiam to rodzinne ciepło, które od niego bije.
Ależ on musiał być kochany przez rodziców w dzieciństwie. Nie ma innej opcji. Ludzie nie promieniują taką dobrocią sami z siebie.
- Nie. Miał urodziny pierwszego kwietnia.
- Co?! - Zakrywam usta dłonią. Trochę za głośno krzyknęłam. Wolę nikogo nie obudzić, bo znając chłopaków, będą mi się za to odpłacać przez najbliższe pół roku. - Ale jak to? Nikt mi nic nie powiedział! Nie złożyłam mu życzeń!
- Jaxon nienawidzi swoich urodzin, więc ich nie obchodzimy. Odkąd go poznaliśmy, mówił nam, że mamy mu o nich nawet nie przypominać.
- Ale dlaczego?
Co takiego się stało w jego urodziny, że tak bardzo ich nie znosi?
- Bo są pierwszego kwietnia.
- I to jest powód, żeby ich nienawidzić?
- Dla Jaxona najwidoczniej tak. To właśnie mu wystarczy.
- Nie mogę uwierzyć - przyznaję. - Tu chyba chodzi o coś więcej.
Ale nie będę o to pytać. Ostatnim razem, kiedy próbowałam dowiedzieć się od Jaxona, dlaczego był smutny, wyżył się na mnie. Zgaduję, że byłoby tak samo, gdybym spróbowała poruszyć temat jego urodzin.
- Nie wiem. Jak już mówiłem, Jaxon nienawidzi o nich rozmawiać. - Carter odwraca się ode mnie, żeby wyjąć z lodówki moją śniadaniówkę. - Zrobiłem ci tym razem sałatkę owocową z musli.
- Dziękuję.
- Zaczekasz pięć minut? Zawiozę cię dzisiaj, tylko muszę się przebrać.
Parę miesięcy temu, pierwszego dnia szkoły, Carter również towarzyszył mi w drodze. Tak po prostu, sam z siebie.
Bardzo mi się podoba, że zawsze jest przy mnie, nawet kiedy go o to nie proszę.
- Jasne, będę na zewnątrz.
Cieszy mnie, że jest taki bezinteresowny, że niczego nigdy nie oczekuje w zamian. Rzadko spotyka się takich ludzi.
Staję przed willą i czekam na niego. Stęskniłam się za naszą dzielnicą, za naszym domem. Te dwa tygodnie pobytu w Japonii uświadomiły mi, jak bardzo zżyłam się z Sydney. Jak by na to nie spojrzeć, to tu pierwszy raz od lat odetchnęłam pełną piersią.
- Jestem. - Carter zamyka za sobą drzwi na klucz.
Rzucam na niego okiem. Przebrał się z piżamy w pieski w luźne białe spodnie i zieloną koszulę.
Idziemy do auta, w którym nie czeka na nas Jack.
- Będziesz prowadził? - Nie potrafię ukryć zdziwienia. Carter wcześniej nie siadał za kółkiem.
- Na to wygląda. - Posyła mi ciepły uśmiech i otwiera mi drzwi od strony fotela koło kierowcy.
Wsiadam, a Carter po chwili zjawia się obok mnie i przekręca kluczyk w stacyjce. Rusza.
W aucie jest cicho, bo Jack nigdy nie włącza radia. Jakoś dotychczas nigdy mi to nie przeszkadzało, ale teraz, kiedy jestem z Carterem sam na sam...
Jedną dłonią stanowczo trzyma kierownicę, a drugą obsługuje dźwignię zmiany biegów. Szczękę zaciska w skupieniu.
On wygląda za dobrze.
Muszę zagłuszyć swoje myśli.
Sięgam po kabelek, który ktoś podpiął do deski rozdzielczej, i wciskam go w mój telefon. Włączam ulubioną playlistę i spokojna, melancholijna muzyka rozbrzmiewa w całym aucie.
- Jesteś fanką Billie Eilish?
Akurat leci jedna z jej starszych piosenek.
- Nie powiedziałabym, że fanką, ale odnajduję w jej twórczości cząstkę siebie. Kiedy słucham jej piosenek, czuję się jak w innym wymiarze. W takim, w którym jestem przez wszystkich rozumiana.
Ale to normalne. Raczej na każdego muzyka działa w podobny sposób. Dzięki temu, że jest tak dużo twórców, każdy może znaleźć coś, co go porusza i pomaga mu iść przez życie.
- Wiesz, że to, czego słuchasz na co dzień, wpływa na twoje samopoczucie? - Carter na sekundę odrywa wzrok od jezdni. - Jeżeli słuchasz w zapętleniu smutnej muzyki, będziesz chodziła przygnębiona.
- A badania, które tak mówią, istnieją naprawdę czy je sobie wymyśliłeś? - Pokazuję mu język.
Carter parska uroczym śmiechem i poprawia sobie włosy.
- Też bym tyle rozmyślał, gdybym codziennie słuchał Billie Eilish.
- Aha, czyli po prostu jej nie lubisz.
- Nie. Chodzi mi o to, że sama na siebie zsyłasz złe myśli.
- Jakie myśli? - Udaję, że zupełnie o nich zapomniałam.
Carter skręca z głównej ulicy w stronę mojej szkoły. Wyrasta przed nami ogromny ceglany budynek.
I znowu mam to dziwne uczucie ucisku w żołądku. Zdecydowanie nie tęskniłam za tym miejscem.
Carter zwalnia i parkuje przy samym wejściu. Dużo znajomych twarzy stoi na dziedzińcu. Wszyscy rozmawiają z ożywieniem. Pewnie opowiadają sobie przygody z tej dwutygodniowej przerwy. Musieli się stęsknić za sobą nawzajem.
Szkoda, że ja nie mam dla kogo tu wracać.
- Odprowadzić cię do klasy?
Wybałuszam na niego oczy.
Uwielbiam cię, Carter, ale teraz to już przesadzasz.
- Po co? Sama potrafię chodzić.
- No okej. - Carter niewinnie unosi obie dłonie. - To była tylko luźna propozycja.
- Ale dzięki za podwózkę.
- Wzięłaś ze sobą słuchawki? - pyta mnie, kiedy już zakładam plecak. - Pamiętaj, że możesz ich użyć, gdyby gadanina tych nastolatek zaczęła ci przeszkadzać.
- Nie musisz aż tak się o mnie martwić, Carter. - Posyłam mu szczery uśmiech. Bo tym razem mówię szczerze. Wiem, że sobie poradzę. Co prawda sama myśl, że mogłabym spotkać Aubrey, przyprawia mnie o ciarki, ale... Dam radę stawić jej czoła. Jeżeli oczywiście zajdzie taka potrzeba.
Nachylam się do niego, żeby uraczyć go buziakiem w policzek.
Sama nie wiem, dlaczego to robię i skąd u mnie tyle odwagi. Może chcę go zapewnić, że niepotrzebnie się przejmuje? A może mam czysto samolubne powody? Z jednej strony nie mogę tego znieść, gdy on inicjuje sam z siebie jakikolwiek dotyk, a z drugiej strony tak bardzo go potrzebuję, pragnę.
W Japonii tak się do siebie zbliżyliśmy, że nie czuję już takiego dyskomfortu przy Carterze. Bo czuję, że mogę mu się chociaż trochę podobać. Że chociaż przeprowadził ze mną parę miesięcy temu rozmowę o tym, że między nami nic nie będzie, to... wtedy na moście w Osace coś jednak się zadziało. I tego nie mogę zignorować ani zapomnieć.
Carter przełyka głośno ślinę.
Wysiadam i ruszam do wejścia. Oglądam się jeszcze za siebie i widzę, jak z zagadkową miną macha mi ręką na pożegnanie.
I wkraczam do szkoły, gotowa na wszystko, cokolwiek ma to być. Idę przed siebie.
Wyciągam telefon, bo dostałam SMS-a.
Carter: Jeżeli coś się stanie, to może nie słuchaj Billie Eilish.
Carter: Spróbuj poprawić sobie humor Shakirą ;)
Śmieję się pod nosem. Shakirą? Co on w ogóle pisze?
Wchodzę po schodach, a potem skręcam w prawo w kierunku sali matematycznej.
Aż nagle zastępuje mi drogę Aubrey. Bez Felicity i Darcy.
- Nie wstyd ci pokazywać się w szkole? Po tym wszystkim, co zrobiłaś?
Czemu te słowa wydają mi się dziwnie znajome?
- Nie wstyd ci pokazywać się w szkole? - Harriet zastępuje mi drogę do wyjścia z klasy. - Po tym wszystkim, co zrobiłaś?
- Dobrze wiesz, że nic ci nie ukradłam! Daj mi spokój! - Krew we mnie wrze. Przez nią moi rodzice mają mnie za złodziejkę! Przestali mi ufać!
- Nie krzycz, Mackenzie, bo źle się to dla ciebie skończy. - Wciska mi palec w klatkę piersiową. - Rozumiesz?
- Czego ty ode mnie chcesz? - Odsuwam się od niej. Nie płacz, Kenzie, jeszcze nie teraz. Poczekaj.
Harriet parska.
- Nie zrozumiałaś tego jeszcze? Niczego od ciebie nie chcę. Po prostu twoja twarz mnie wkurwia. - Harriet spogląda w bok i nagle upada na podłogę. Tak po prostu. Sama z siebie. - Aaa!!! Proszę pani!!! Mackenzie mnie popchnęła!!!
Stawiam kolejny krok w tył.
Nie, nie, nie, nie.
Kiedy Harriet spojrzała na korytarz, zobaczyła nauczycielkę. Nauczycielkę, która właśnie do niej podbiegła i pomaga jej wstać.
- Dziecko, nic ci nie jest? - Omiata jej ciało badawczym spojrzeniem, a kiedy nie dostrzega nic złego, spogląda na mnie. - Mackenzie Foster! Co w ciebie wstąpiło?!
Nie popchnęłam jej przecież. Nawet nie byłam wystarczająco blisko, by to zrobić.
- Ona wymyśla! - krzyczę.
Harriet z wrednym uśmieszkiem praktycznie niezauważalnie kręci głową. Jakby chciała mi przypomnieć, co przed chwilą powiedziała.
Nie krzycz, Mackenzie, bo źle się to dla ciebie skończy.
- Dosyć tego! Marsz do pani dyrektor! - Nauczycielka łapie mnie za nadgarstek i ciągnie do gabinetu.
Przecież jej nie dotknęłam. Nigdy bym tego nie zrobiła.
Nie jestem taka. Nie jestem taka. Nie jestem taka.
Aubrey przez te dwa tygodnie nic się nie zmieniła. Wciąż ma taflę blond włosów i przedłużone paznokcie, którymi mogłaby komuś wydrapać oczy.
Jaka ona jest podobna z twarzy do Charliego. Że też nigdy nie połączyłam kropek.
- Nie słyszysz, co się do ciebie mówi?! - Popycha mnie.
Ledwo utrzymuję się na nogach.
Dzieciaki dookoła nas nagle zapominają, że szły do swoich klas. Zatrzymują się.
Aubrey może na mnie krzyczeć, może mnie wyzywać, rozsiewać plotki o mnie, ale nie ma prawa mnie dotykać.
Robię unik przed jej kolejnym pchnięciem.
- Słyszę. - Staram się zachować całkowity spokój. Tak jak Sawyer. Tak. Chcę rozwiązywać konflikty jak Sawyer. Ze spokojem. Nie będę krzyczeć. Nie będę się rzucać. Będę spokojna. Może to ją jeszcze bardziej wkurzy, ale ja nie zamierzam rozwiązywać spraw agresją. - Tylko nie widzę powodu, dla którego miałabym z tobą rozmawiać.
Aubrey prycha.
- Ty nie widzisz powodu? - Jej twarz czerwienieje. - Zostawiłaś mnie i mojego brata wtedy, kiedy zaczęłaś się robić znana! Sława uderzyła do głowy, co?!
- Sami sobie jesteście winni - odpowiadam jej z kamienną twarzą. Bądź jak Sawyer. - Nagrałaś filmik, w którym oskarżyłaś mnie o kradzież, chociaż dobrze wiedziałaś, że nie zrobiłam tego specjalnie. - Pamiętaj, by nie unosić głosu, Kenzie. Pamiętaj, nie mów z jadem. - Nie pamiętałam o dawaniu ci tych cholernych śniadań Cartera, bo Ruby zrobiła mi dramę. Jeżeli byłaś moją przyjaciółką, to powinnaś była ze mną porozmawiać, powinnaś była przy mnie być, a zamiast tego obraziłaś się, że nie miałam siły rozmawiać o twoich paznokciach. A jeżeli bardziej zależało ci na tych śniadaniach, trzeba mi było o nich przypomnieć. - Drżącymi dłońmi wyjmuję portfel z kieszeni mundurka i wciskam Aubrey trzysta dolarów, które pamiętałam ze sobą zabrać właśnie dla tej chwili. - A co do twojego brata... może zapytaj Charliego, co tak naprawdę się między nami stało. Może ci opowie o tym, jak próbował mnie wykorzystać.
Ostatnie zdanie sprawia, że wszystkie szepty dookoła cichną, a Aubrey nie może się ruszyć. Jakby ją zszokowało, że ktoś jej się postawił.
Wymijam ją i idę do sali matematycznej.
Może lepiej było ją zignorować i już na samym początku od niej odejść. Ale mam dość siedzenia cicho.
Aubrey zrobiła ze mnie tą złą. Obrzuciła mnie gównem w internecie i zamierzała powtórzyć to samo w szkole. A ja nie pozwolę, żeby znowu ktoś traktował mnie jak worek treningowy. Mam tego serdecznie dość.
Będzie dalej mnie zaczepiała? W porządku. Niech to robi. Jestem na to gotowa.
Ale niech się nie dziwi, kiedy będę jej odpowiadać.
- Czyli jednak - zatrzymuje mnie znajomy głos.
Spoglądam na dziewczynę opierającą się o ścianę przy samym wejściu do sali.
Ma błyszczące, kręcone brązowe włosy, w tym samym kolorze oczy i karnację w pięknym odcieniu mlecznej czekolady.
- Beatrice! - Szybko ją rozpoznaję. To ta sama dziewczyna, z którą rozmawiałam pierwszego dnia w szkole.
Wyznała mi wtedy, że Aubrey często mówi jej przykre rzeczy przez to, że rodzice Beatrice nie są bogaci, a ona dostała się do tej szkoły dzięki dobrym wynikom w nauce i stypendium, a nie pieniądzom.
Nie wiem, jak ona sobie daje z tym radę. Nie chciałabym być na jej miejscu.
Nie chciałabym przeżywać tego piekła od nowa.
- Nie powinno ci być przykro. - Jej głos brzmi pewnie. - To, jak ona się zachowuje, świadczy o niej. Nie chciałabym, żeby ktoś taki chciał się ze mną przyjaźnić.
- No tak, ja też, ale... Nie boli cię to, jak cię traktuje? Nie sprawia, że chcesz coś jej powiedzieć, udowodnić, że nie ma racji?
Beatrice kręci głową.
- Nie ma sensu użerać się z takimi osobami. Te wartości, które stworzyła w swojej głowie, są w niej zakorzenione od lat. Żeby dało się przemówić takiej osobie do rozumu, trzeba by było rozbić wszystkie jej przekonania, a coś takiego jest praktycznie niemożliwe.
Chciałabym myśleć tak jak Beatrice. Uwolnić się od oceniających spojrzeń ludzi i przejmować się tylko swoim własnym zdaniem.
Jest taka dzielna.
Beatrice podnosi się i otrzepuje ze spódnicy kawałki trawy.
- Ale wiem też, że nie każdy myśli tak jak ja, więc jeżeli potrzebujesz trochę czasu, nie czuj się zobowiązana koniecznie dziś siadać ze mną na lunchu. Zrób to, gdy będziesz gotowa.
- Czyli jednak, co? - odpowiadam jej.
Beatrice odbija się od ściany i wchodzi za mną do sali.
Siada obok mnie w ławce.
- Postawiłaś się jej - mówi. - Nie pozwoliłaś, żeby znowu cię sobie podporządkowała.
- Na to wychodzi. - Wyjmuję z plecaka zeszyty.
I niechcący natrafiam na słuchawki, które dostałam od Cartera. Posłuchałabym czegoś teraz, żeby się uspokoić. Może tego po mnie nie widać, ale w środku jestem pełna sprzecznych emocji. Z jednej strony czuję dumę, że dałam sobie radę, że Aubrey nie wymyśliła czegoś jeszcze, jak to potrafiła zrobić Harriet. A z drugiej...
- I jak się z tym czujesz? - pyta.
Z tym, że jej się postawiłam?
- Martwię się, że na tym się nie skończy - przyznaję. - Ale kto wie?
- Ze strony Aubrey na pewno nie - mówi.
- Nie masz pewności.
Aubrey jest mściwa, ale biorąc pod uwagę, jak zaczęła ze mną rozmowę, chyba czuła się zraniona, że ją zostawiłam. Ona wciąż jest gotowa się przyjaźnić. Nie chce pozwolić, żeby jej koleżanka, która ma pół miliona obserwujących, była jej wrogiem.
Już rozumiem. Ona potrzebuje uwagi. Chciała, żebym ją przeprosiła. Chciała się pogodzić, podenerwować na mnie i sprawić, żebym wstawiła z nią podobnego posta co z Ruby.
Więc po tym, co jej teraz powiedziałam... czy jej plan się zmieni?