Rok w Londynie - Elle Kennedy

-
Proszę czekać

SIERPIEŃ

1

Wszędzie za mną chodzi. Myślałam, że go zgubię, jeśli wymknę się przez okno w sypialni, okrążę basen i wejdę do pralni od tyłu, ale i tam natykam się na bezcielesny głos ojca, który opowiada o niedawnym ataku nożownika w pobliżu stacji londyńskiego metra. Siedzi sobie gdzieś w domu i przez głośnik stojący na blacie recytuje mi statystyki przestępstw.

O, nie. Nie będę tego słuchać. Wyłączam głos i wyciągam ubrania z suszarki, a potem zanoszę je do swojego pokoju, gdzie większą część podłogi zajmuje już pokaźna budowla z walizek i pudeł. Miałam kilka tygodni na to, żeby się spakować. Ale nie wiedzieć czemu zostawiłam to najbardziej czasochłonne zajęcie na zaledwie godzinę przed odjazdem taksówki, która zawiezie mnie na lotnisko.

"Liczba napadów z użyciem noża wzrosła do ponad sześciu tysięcy..."

Wyciszam głośnik w pokoju, bo ojciec znowu zaczyna gadać. Kiedy będę już wystarczająco daleko stąd, poproszę kogoś, żeby odciął mu internet. W końcu nabawi się zawału.

Mój telefon wibruje. Spodziewam się, że zobaczę na ekranie imię taty, ale to tylko moja najlepsza przyjaciółka Eliza, więc włączam tryb głośnomówiący i rzucam telefon na łóżko.

- Przepraszam, że nie dotarłam - mówi zamiast powitania. - Miałyśmy być już z powrotem, ale moja mama oczywiście musiała zrobić awanturę parkingowemu o wgniecenie w zderzaku, które pewnie sama zrobiła, kiedy znowu wycofywała w stronę ciężarówki ogrodnika, więc nadal nie...

- To nic. Naprawdę. Nie ma sprawy.

Zaczynam składać koszulki i legginsy, a potem wciskam je pospiesznie do organizerów w szaleńczym wyścigu z czasem, który właściwie przeczy sensowności składania. Wszystko zmienia się w wygnieciony akt desperacji, by zmieścić dwadzieścia kilo ciuchów do pękającej w szwach walizki. Wizja dobrze zorganizowanego wyjazdu, jaką miałam jeszcze kilka dni temu, zaczyna się rozwiewać.

- Przecież mnie opuszczasz. - Wydaje z siebie udawany jęk, ironiczny i lekko zdystansowany, jak to ona. Za każdym razem, kiedy otwiera rano oczy i widzi, że świat się jeszcze nie skończył, przeżywa kompletne rozczarowanie, ale ja należę do tej garstki osób, którymi nie gardzi tak całkowicie. To rozczulające. - Nie zobaczę cię przez rok. Będę tęsknić.

Parskam śmiechem.

- To zabrzmiało żałośnie.

- Bo jest żałosne. - Wzdycha. Prawda jest taka, że Eliza nigdy w życiu za nikim nie tęskniła.

- Doceniam twój wysiłek. - Po tym poznaję, że jej na mnie zależy.

Szczerze mówiąc, zazdroszczę jej tej samowystarczalności. Tego, że ogólnie czuje się dobrze sama ze sobą, a takie rzeczy, jak niepokój, wątpliwości czy lęk, są jej właściwie obce. Mogłaby wylądować bez uprzedzenia w dowolnym miejscu na świecie i jeśli tylko znalazłaby kubek przyzwoitej kawy, byłaby całkiem zadowolona.

W komórce rozlega się dźwięk przychodzącego połączenia. Obiecuję Elizie, że zadzwonię do niej, zanim wsiądę do samolotu, i odbieram ten drugi telefon, nie patrząc na ekran, bo spodziewam się, że to moje przyszłe współlokatorki. Biorąc pod uwagę różnicę czasu i odległość między Nashville a Londynem, to chyba ostatnia okazja, żeby z nimi porozmawiać, zanim stanę w progu mojego nowego mieszkania.

- Halo?

- W Londynie kobiety w wieku od szesnastu do dwudziestu jeden lat są osiem razy bardziej narażone na...

- Tato, serio? Rozmawiałeś z doktorem Wu o swojej postępującej paranoi i lęku separacyjnym?

- Posłuchaj mnie, mała. Londyn może być niebezpiecznym miejscem dla młodej kobiety. Mieszkałem tam przez pół roku, wiesz?

Tak. Wszyscy o tym wiedzą. Był tam, kiedy komponował, a potem nagrywał swoją trzecią płytę w studiu przy Abbey Road, od której Beatlesi nazwali swój jedenasty album studyjny, a trzydzieści dwa lata później ja otrzymałam imię.

- Zdajesz sobie sprawę, że duża część świata - mówię, siłując się z zamkiem kolejnej walizki - uważa społeczeństwo amerykańskie za agresywne, barbarzyńskie i pełne przestępców, prawda?

- To nie to samo co wypad do kina do Nashville - odpowiada, ignorując mój argument. - Londyn to wielka globalna metropolia. Może się zdarzyć, że wsiądziesz do taksówki i słuch po tobie zaginie.

- Nie sądzę, żeby doktor Wu uznał nałogowe oglądanie serii Uprowadzona przed wyjazdem córki za granicę za zdrowy mechanizm radzenia sobie ze stresem.

- Abbey.

- Tato.

- Masz dziewiętnaście lat. W Anglii to wystarczająco dużo, żeby pić alkohol. Trudno mi się cieszyć na myśl, że moja mała córeczka znajdzie się na innym kontynencie, wśród ludzi, których nie znam, w jakimś klubie nocnym, gdzie banda angielskich chujów będzie w nią wlewać drinki.

- Pewnie, amerykańscy chuje byliby lepsi.

- Abbey.

Teraz przynajmniej wiem, że stracił nad sobą panowanie. Mój tata nigdy przy mnie nie przeklina. Rzadko sobie pozwala nawet na wino do kolacji, jeśli z nim jem. Odkąd zrezygnował z tras koncertowych, kiedy miałam jedenaście lat, robił wszystko, co w jego mocy, żeby zatrzeć wizerunek Gunnera Bly jako gwiazdy rocka i wcielić się w rolę idealnego ojca. Nadal uważam, że kiedy zobaczył w tabloidach zdjęcia, na których o czwartej nad ranem wynosi małą mnie z autobusu koncertowego, z papierosem w ustach, butelką whiskey w jednej ręce i dzieckiem w drugiej, przeżył głęboki wstrząs. Śmiertelnie się przeraził. Zaczął się bać, że wyrosnę na jedno z tych wypalonych, zepsutych dzieci celebrytów, które to występują w reality show, to idą na odwyk, żeby potem zalewać się łzami na wizji, a z nim będę się komunikować wyłącznie za pośrednictwem serwisów plotkarskich.

Zmierzam do tego, że kocham swojego tatę, ale ostatnio stał się kłębkiem nerwów i wszedł w tryb nadopiekuńczego ojca, co zaczyna mnie już męczyć.

- Tato, rozumiem, wolałbyś, żebym spędziła resztę swojej edukacji uniwersyteckiej zamknięta we własnym pokoju, ale zapewniam cię, że potrafię o siebie zadbać. Czas odciąć pępowinę, staruszku. Jestem już dużą dziewczynką.

- Nie rozumiesz. Po prostu wiem, jak łatwo kilka drinków może się zmienić w kilka kresek...

Och, litości!

- Dobra, możemy się w tym miejscu zatrzymać? Bo ty mi tu już o prochach, a ja jestem jeszcze w lesie z pakowaniem.

Rozłączam się, nie czekając na odpowiedź. Jeśli pozwolę mu gadać, tylko jeszcze bardziej się nakręci.

Kiedy zgłaszałam się do programu, w ramach którego mam spędzić drugi rok studiów na Uniwersytecie Pembridge w Londynie, działałam za radą profesora od historii Europy i w zamroczeniu wywołanym oglądaniem Peaky Blinders, The Crown oraz Love Island. I chociaż na koniec pierwszego roku miałam świetne stopnie, a wykładowcy z radością napisali dla mnie listy rekomendacyjne, ani przez moment nie wierzyłam, że naprawdę się dostanę. Mejl z wiadomością o przyjęciu wywrócił całe moje życie do góry nogami. Nagle musiałam obwieścić swojemu nadopiekuńczemu ojcu, że nie tylko wyprowadzam się z domu, ale też wyjeżdżam z kraju.

Teraz, gdy nadszedł wielki dzień, widzę, że nie radzi sobie najlepiej.

- A może jest jakiś program zdalny?

Podskakuję prawie na metr w górę, kiedy po wygramoleniu się z szafy z górą ciuchów w ramionach zastaję go na środku pokoju.

- Jezu, tato! Niepokojąco dobrze się skradasz jak na mężczyznę w twoim wieku.

- Co ty na to? - naciska. - Nauka online byłaby dla ciebie wygodna.

- Nie, byłaby wygodna dla ciebie. Poza tym, zapomnij. Wszystko jest już załatwione. Taksówka będzie tu lada moment. A czynsz za pierwszy miesiąc poszedł do moich współlokatorek.

Co mi przypomina, że nadal nie mam od nich żadnych wieści, więc łapię za telefon, w którym znajduję kilka nieprzeczytanych wiadomości od bardzo długiego numeru. Będę musiała się do tego przyzwyczaić.

Lee: Cześć, skarbie. Już nie mogę się doczekać spotkania. Mamy dla ciebie przygotowany pokój i kilka prezentów powitalnych. Jackie i Jamie uważają, że będziesz zachwycona. Wysyłam ci na mejla wskazówki dojazdu do mieszkania. Nie jedź tak, jak każe Google. On się nie zna. Do zobaczenia jutro. Dzisiaj? Czasem trudno się połapać xx

- Właściwie to dlaczego ja jeszcze nie rozmawiałem z tymi współlokatorkami? - pyta tata, a zmarszczki na jego twarzy się pogłębiają. - Nic o nich nie wiemy. Może się okazać, że dotrzesz na miejsce i zamiast mieszkania zobaczysz hangar na nabrzeżu, a przy nim facetów, którzy tylko czekają, żeby ci zarzucić worek na głowę.

- Och, ale ty jesteś męczący.

Wstukuję szybką odpowiedź do Lee, a potem chowam telefon.

- Znalazłam je przez tę samą stronę, przez którą Gwen szukała mieszkania na swój pobyt za granicą - przypominam ojcu. - Wszyscy użytkownicy są tam weryfikowani. Nawet uniwersytet ich poleca. To sprawdzone miejsce.

Ponieważ nadal nie potrafię ogarnąć stref czasowych, jeszcze nie rozmawiałam z nimi przez telefon ani wideo, żeby się oficjalnie zapoznać. Na razie były tylko mejle i esemesy wysyłane zwykle wtedy, kiedy druga strona spała. Ale te cyfrowe rozmowy, które prowadziłam z Lee przez kilka ostatnich tygodni, wyglądały obiecująco. Na razie wydaje się miła. Jest na czwartym roku, więc musi być parę lat starsza ode mnie. No i mieszkają z nią jeszcze dwie inne dziewczyny.

- Czułbym się lepiej, gdybym mógł z nimi pogadać - mówi tata. - I może z ich rodzicami.

- Z ich rodzicami? Serio? Tato, to nie nocowanka. A one są dorosłe.

Patrzy na mnie spod zmrużonych powiek, zaciska wargi.

- To wcale mnie nie uspokaja.

- W takim razie sugeruję, żebyś pogadał z doktorem Wu.

Uśmiecham się kpiąco przez ramię, co na pewno nie przypada mu do gustu.

Siada na końcu mojego łóżka. Przeczesuje ręką swoją zmierzwioną czuprynę, drapie się po zaroście. Właśnie w takich chwilach - bez żadnego wyraźnego powodu - przypominam sobie, jak dziwnie jest być córką Gunnera Bly. Głównie dlatego nie chciałam, żeby moje współlokatorki dowiedziały się, kim jest mój ojciec, zanim się do nich wprowadzę. Ta informacja... tylko komplikuje sprawy.

Przez całe życie byłam otoczona ludźmi, którzy udawali moich przyjaciół, żeby się do niego zbliżyć. Nigdy nie wiedziałam, komu mogę zaufać. Ciągle napotykałam rozczarowującą pustkę w relacjach. W którymś momencie tata postanowił, że przeprowadzimy się z Los Angeles tutaj, na ranczo koło Nashville, żeby uciec przed poszukiwaczami sławy i pochlebcami w miejsce, gdzie będzie trochę ciszej. No i jest. Zazwyczaj. Czasem jeszcze trafi się jakaś fanka czy dwie. Jakiś artysta, który liczy na rozkręcenie własnej kariery. Czasem ktoś z branży, kto chce sprzedać parę zdjęć i plotek serwisom celebryckim.

W bardzo młodym wieku nauczyłam się, że wszędzie czyhają na mnie pułapki i hieny. Właśnie dlatego w ogóle nie korzystam z social mediów. Nie chcę odziedziczyć nerwicy po tacie. Chociaż on mógłby zostawić mi trochę przestrzeni, żebym wypracowała sobie własną.

- Słuchaj, córeczko - mówi z westchnieniem. - Wiem, że trochę przeginam, ale musisz pamiętać, że nigdy wcześniej nie przechodziłem przez coś takiego. Jesteś moim dzieckiem. A wypuszczenie dziecka z domu, żeby zaczęło własne życie, jest z punktu widzenia ojca dość przerażające. Ja w twoim wieku podpisałem kontrakt na płytę i co noc pakowałem się w kłopoty w innym mieście.

- Tak słyszałam - rzucam oschle.

Uśmiecha się w odpowiedzi i spuszcza głowę.

- A skoro tak, to wiesz, że widziałem, na jak wiele sposobów młoda kobieta może się pogubić w wielkim mieście.

- Tia. Zakładam, że właśnie dzięki temu przyszłam na świat.

Odkasłuje i marszczy brwi.

- No, coś w tym stylu.

Nie jest żadną tajemnicą, że Nancy była fanką, która jeździła za tatą, póki nie dostała się do jego pokoju hotelowego. Nie byli ze sobą długo. Reszta tej historii to rock'n'roll. Strasznie niestałe te fanki.

Prawda jest taka, że należy mi się trochę nastoletniego szaleństwa. Kolejną wadą dorastania jako córka Gunnera Bly jest to, że nasłuchałam się historii o jego licznych wyczynach, ale sama nigdy nie dorobiłam się własnych, bo byłam rozpieszczana i trzymana pod szczelnym kloszem jego poczucia winy i wyrzutów sumienia. Doceniam to, że chce dla mnie jak najlepiej, ale jestem już studentką. Chciałabym doświadczyć choć trochę tej dzikiej rozpusty, typowej dla dziewczyn w moim wieku.

- Próbuję tylko powiedzieć, że się o ciebie martwię. To wszystko. - Wstaje i bierze mnie za rękę. - Jesteś chyba jedynym, co mi w życiu wyszło.

- Mam wrażenie, że listy przebojów "Billboardu" i wystawka nagród Grammy ośmieliłyby się nie zgodzić.

- To wszystko zupełnie się nie liczy w porównaniu z tym, że jestem twoim tatą, rozumiesz?

W oku kręci mu się łza, a ja od razu czuję ucisk w gardle. Nic tak mnie nie wzrusza, jak widok emocji taty. Takie z nas obojga mięczaki.

- Kocham cię - mówię mu. - I poradzę sobie. Wiele dla mnie znaczy, że mnie w tym wspierasz, wiesz? To ważne.

- Obiecaj mi tylko, że będziesz podejmować dobre decyzje. I pamiętaj, że po północy nie dzieje się nic dobrego.

- Obiecuję. - Przytulam go i całuję w policzek.

- Wiesz, że zawsze możesz wrócić do domu, prawda? - Nie rozluźnia uścisku, więc się nie odsuwam, bo wiem, że tego potrzebuje. - W każdej chwili. O każdej porze dnia i nocy. Wystarczy słówko, a bilet będzie czekał na lotnisku.

- Wiem.

- A gdybyś narobiła sobie jakichkolwiek kłopotów. Nieważne jakich. Znajdziesz się w miejscu, w którym nie chcesz być, albo skończysz w więzieniu...

- Tato...

- Niezależnie od sytuacji zadzwoń do mnie, to ci pomogę. I nie będę zadawał pytań. Nie musimy w ogóle o tym rozmawiać. Obiecuję.

Ocieram sobie łzę i rozsmarowuję mu ją na koszulce.

- Dobrze.

Mój telefon brzdąka. To wiadomość od kierowcy, że czeka przed domem.

Wypuszczam nerwowy oddech.

- Czas na mnie.

No. To się zaczyna.

Do tej pory myślałam tylko o wolności i przygodzie związanych z wyprowadzką za ocean. Teraz ogarniają mnie nagle strach i niepewność. A co, jeśli nie polubię swoich nowych współlokatorek? Co, jeśli one nie polubią mnie? Co, jeśli brytyjskie jedzenie będzie wstrętne? Co, jeśli wszyscy na studiach okażą się mądrzejsi ode mnie?

Dopada mnie gwałtowna potrzeba schowania się pod łóżko.

Tata, jakby słyszał wzbierające we mnie wątpliwości, przestawia się na tryb rodzica. O dziwo, teraz to on zaczyna uspokajać mnie.

- Nie bój nic - mówi, po czym zarzuca sobie mój plecak na ramię i łapie za walizkę. - Zwalisz ich wszystkich z nóg.

Razem ładujemy bagaże do czekającej limuzyny lotniskowej. Wszystko, co zostało, wyślemy prosto do mieszkania. Nie wiem już nawet, czy oddycham, kiedy tata przytula mnie po raz ostatni i wciska mi do kieszeni plik banknotów.

- Na wszelki wypadek - mówi. - Kocham cię.

Przez większą część mojego życia ten dom na ranczu wydawał się wygodnym więzieniem urządzonym tak, bym zapomniała, że jestem przykuta do jego murów. Teraz wreszcie się wyrwałam, ale nie zdążyłam nawet pomyśleć, co zrobię, kiedy będę wolna. Przede mną rozciąga się wielki, przerażający świat, który tylko czeka, aż powinie mi się noga.

A ja nie posiadam się z ekscytacji.

Kiedy samolot schodzi na ziemię w Londynie, jest po północy lokalnego czasu, a światła wzdłuż pasa startowego rozmazują się za oknem upstrzonym kroplami deszczu, podczas gdy głos nad naszymi głowami poleca przestawić zegarki do przodu.

Po prawie dziesięciogodzinnym locie nie mogę się doczekać, aż wysiądę. Mój pęcherz wręcz krzyczy, a stopy całe spuchły. Ogarnia mnie jakiś obłąkańczy pośpiech, kiedy tak stoję w przejściu, podenerwowana i zniecierpliwiona, z torbami w ręku, gotowa do zejścia z pokładu. Właz się otwiera, a ja bieg­nę rękawem do terminalu i prosto do najbliższej łazienki.

Jest po pierwszej w nocy, kiedy kierowca pakuje ostatnią z moich toreb do bagażnika czarnego samochodu. Przekazuję mu wskazówki dojazdu otrzymane od Lee, ale on zapewnia mnie, że dobrze wie, jak trafić do Notting Hill.

Moje ciało nadal uważa, że jest jeszcze przed dwudziestą, gdy wlepiam wzrok w okno przy tylnym siedzeniu i patrzę na przemykające obok światła Londynu.

Dzięki nadopiekuńczemu ojcu, który na każdym rogu ulicy widzi mordercę, nie jestem osobą bywałą w świecie, więc nadal przeżywam szok, kiedy przekonuję się, że jakieś miejsce wygląda dokładnie tak, jak na filmach. Architektura, zabytki, czerwone budki telefoniczne. To niemal surrealistyczne. Pochłaniam wzrokiem miasto i chociaż co chwila biorę z przerażenia głęboki wdech, gdy patrzę do przodu na ruch uliczny, zaraz sobie przypominam, że tutaj jeździ się po przeciwnej stronie. Kierowca śmieje się ze mnie, zerkając w tylne lusterko.

Ależ proszę się śmiać.

Postanawiam, że w drodze do swojego nowego domu dam upust wszystkim emocjom i wpadnę w stereotyp amerykańskiej wieśniaczki, która gapi się z rozdziawionymi ustami na piętrowe autobusy i zadaje kierowcy głupie pytania tylko po to, żeby usłyszeć jego akcent. Ale ponieważ nie są to godziny szczytu, podróż kończy się zdecydowanie za szybko i już wkrótce docieramy do uroczej dzielnicy z domami szeregowymi w ceglano-pastelowych kolorach.

Powoli podjeżdżamy pod dwupiętrową, kremową kamienicę edwardiańską z frontem ze stiuku. Do obu mieszkań prowadzą ganki z kolumnami i wysokie do pasa żelazne furtki, za którymi znajdują się maleńkie ogródki z donicami, a dalej schodki wspinające się do zadaszonego wejścia. Gdy odczytuję numer czterdzieści dwa na drzwiach po lewej, zaczynam czuć nerwowe mrowienie rozchodzące się od stóp.

Na ganku czeka na mnie zapalona lampa.

- Może sprawdzę, czy ktoś jest na nogach - mówię do kierowcy, chociaż chyba bardziej do siebie, i zmuszam się, by chwycić za klamkę.

W oknach od frontu za białymi zasłonami pali się światło. To wystarczający dowód, że ktoś na mnie czeka, chociaż teraz zaczynam się zastanawiać, czy nie powinnam była lecieć nocą, tak żeby dotrzeć o jakiejś rozsądnej godzinie. Trzymanie wszystkich do późna to chyba nienajlepsze pierwsze wrażenie.

Raz kozie śmierć.

Pukam i wstrzymuję oddech. Dziesiątki razy wyobrażałam sobie, jak fatalnie może się to potoczyć. Możemy się z miejsca znienawidzić. Z tego, co zrozumiałam, współlokatorki są o co najmniej rok albo dwa lata starsze ode mnie. Co będzie, jeśli po tygodniu skończy im się cierpliwość do zagubionej Amerykanki?

Znowu zaczynam się denerwować, ale w tym momencie dostrzegam w środku jakiś ruch. Zasłony się kołyszą, a potem otwierają się drzwi.

Ku mojemu zaskoczeniu na progu staje szczupły czarnoskóry chłopak w luźnej koszulce bez rękawów i długich jedwabnych spodniach z szerokimi nogawkami w stylu boho.

- Wiedziałem, że będziesz ruda. - Uśmiecha się do mnie jasno i przyjaźnie.

- Czy, hm, jest w domu Lee?

- Od czasu do czasu. Ale jestem też w dwóch trzecich butelki merlota, więc nic nie obiecuję.

Co to za odpowiedź? Nadal nic nie rozumiem.

- Jestem Abbey. - Przygryzam wargę. - Mam się tu wprowadzić.

- Pewnie, że tak, złotko. - Spogląda ponad moim ramieniem i kiwa do kierowcy.

- Przepraszam, że trzymam wszystkich na nogach. Powinnam była wziąć pod uwagę różnicę czasu, kiedy rezerwowałam lot.

- Nie wszystkich. Resztę chłopaków poznasz jutro. Dzisiaj wyszli.

Mrugam ogłupiała.

- Chłopaków?

- Jacka i Jamiego. - Otwiera drzwi szerzej i ciągnie mnie do środka. - Lepiej na nich nie czekaj. I tak koło czwartej usłyszysz, jak wchodzą. Spróbuj wstrzymać się z oceną do czasu, aż zjedzą swoje poranne grzanki.

Zostawia uchylone drzwi dla kierowcy, który tymczasem otworzył bagażnik i układa moje torby na chodniku.

Zamęt w mojej głowie powoli ustępuje niepokojącemu olśnieniu.

- Ty jesteś Lee?

- Od dziecka. - Ściąga plecak z mojego ramienia i zarzuca na swoje, po czym przybiera pozę jak z okładki magazynu. - Wiem, na żywo jestem jeszcze bardziej zniewalający.

Wnętrze mieszkania okazuje się jasne i przestronne. To ulga przy tej paskudnej pogodzie. U dołu schodów znajduje się mały hol, a dalej wąski korytarz z salonem po jednej stronie i kuchnią po drugiej. Wystrój przypomina zlepek drogich, niedopasowanych do siebie, współczesnych mebli, tak jakby ktoś wymieszał strony magazynu o wnętrzach i wrzucił wszystko do jednego domu.

- Ale Lee to przecież dziewczyna - mówię z naciskiem.

Unosi jedną brew.

- Nie daj się zwieść tym nieskazitelnym kościom policzkowym.

- Nie, zaczekaj, miałam zamieszkać z dziewczynami. Chyba że to nie ten dom?

- Tylko jeśli ty nie nazywasz się Abbey Bly. - Patrzy na mnie z pełną powątpiewania troską. Tak jakbym była histeryczką, która mocuje się z wózkiem sklepowym w alejce z płatkami śniadaniowymi. - Jestem Lee Clarke. Witaj w Londynie.

2

Ojciec mnie zabije.

Co tam londyńscy zbrodniarze. Za jakieś dziesięć godzin będę miała pod drzwiami mordercę z Tennessee gotowego udusić mnie za ten idiotyczny błąd. No, właściwie to za niewinną pomyłkę. Ale semantyka nie uratuje mnie od nieuchronnej śmierci.

W dalszym ciągu gapię się na Lee.

- I cała reszta to też chłopaki? - mamroczę bardziej do siebie, kiedy zauważam stojące w kącie sneakersy i kurtki wiszące na haczykach za drzwiami.

- Obawiam się, że tak, złotko. - Robi żałosną minkę. - Ale niech cię nie zrazi zapach. Poza tym są całkiem sympatyczni.

Zaczynam powtarzać sobie w myślach wszystkie mejle i wiadomości w poszukiwaniu jakichkolwiek wskazówek. Kiedy rejestrowałam się na stronie, zaznaczyłam, że chcę mieszkać z dziewczynami. Dlatego po prostu założyłam...

- Czekaj, ale właściwie dlaczego poprosiliście o dziew­czynę?

Nie żeby Lee sprawiał wrażenie zboczeńca, ale to jest dokładnie taka sytuacja, przed jaką ostrzegał mnie mój ogarnięty paranoją ojciec.

- Mówisz o tej stronie internetowej? To dla nas bez znaczenia. Zaznaczyłem, że nie mamy preferencji co do płci.

Świetnie. Nigdy w życiu nie poczułam się tak osobiście zaatakowana przez imiona neutralne płciowo.

No to koniec. Cały plan rozpada się na moich oczach. Tata nie tylko się wścieknie, że zamieszkałam z trzema facetami, ale jeszcze weźmie to za dowód, że nie potrafię o siebie zadbać. Jedno proste zadanie, a mnie udało się je spieprzyć.

- Wszystko okej? - Lee patrzy na mnie zmartwiony.

Pocieram skroń, czując nadciągający ból głowy.

- To takie żenujące.

- Mam coś, co ci pomoże.

Wychodzi do kuchni i wraca po chwili z kieliszkiem wina, który wkłada mi w rękę.

- Proszę. Lekarstwo na nerwy.

Biorę pospieszny łyk. Nie wiem, czy pomaga, ale kiedy taksówkarz przynosi pierwszą partię bagaży pod drzwi, zaczyna do mnie docierać, że to nie żadne jetlagowe halucynacje. Nie siedzę już w samolocie, a to nie są gorączkowe majaki wywołane szampanem i samolotowym jedzeniem.

Jasna cholera.

- Nic mi nie jest - kłamię, bo całkowite załamanie nerwowe w dziesięć sekund po wejściu do domu wydaje mi się mało uprzejme. - To tylko zmęczenie. Długi lot. Poza tym takie rzeczy się zdarzają, prawda?

- Szczęśliwe wypadki. - Wzrusza ramionami. - Lubię sobie wyobrażać, że jestem kimś, kto wierzy w przeznaczenie. Tak naprawdę nie jestem, ale lubię tak o sobie myśleć. - Lee uśmiecha się do siebie i udaje, że odrzuca włosy w tył. - Kto wie, Abbey Bly. To może być początek cudownej przyjaźni.

Owszem, jeśli jutro o tej porze nie zostanę zawleczona z powrotem na samolot. Lee wydaje się świetny i w ogóle, ale tata na bank nie pozwoli mi tu zostać aż tak długo, żebym stała się czymś więcej niż anegdotką.

Lee najwyraźniej zauważył mój rosnący dyskomfort, bo uśmiech mu przygasa.

- Hej, wszystko jest dobrze - zapewnia. - Po prostu trochę inaczej, niż się spodziewałaś. Ale jeśli uznasz, że lepiej będzie ci dzisiaj w hotelu, jak najbardziej to zrozumiem. Może daj sobie tę jedną noc i rano zobaczysz, jak się sprawy mają, co?

Rozważam jego propozycję. Mogłabym zawrócić i wsiąść do tego samego samochodu, którym przyjechałam. Zastanowić się przez noc nad sytuacją i podejść do niej jeszcze raz, kiedy wszyscy współlokatorzy tu będą. Ale wtedy musiałabym zapłacić kartą kredytową za hotel, a wyciągi z rachunku idą do mojego taty. Teraz już na pewno poustawiał sobie wszystko tak, żeby dostawać powiadomienia, kiedy wydam więcej niż pięćdziesiąt dolców. Zanim zdążę przyłożyć głowę do poduszki, zadzwoni do mnie spanikowany i będzie dopytywał, co ja najlepszego wyprawiam.

Nie. Ten mały zwrot akcji nie zmienia faktu, że przez kilka ostatnich tygodni wymieniałam się z Lee mejlami. Ani tego, że był w pełni zweryfikowany przez stronę. Poza tym nie wygląda mi na mordercę z siekierą ani nikogo takiego. A ja lubię o sobie myśleć, że umiem rozpoznawać niebezpiecznych szaleńców.

- Jeśli nie masz nic przeciwko - mówię mu - wolałabym zostać.

- To wspaniale. - Lee rozpromienia się i wskazuje głową na schody. - Uprzejmości i wycieczkę po domu zostawmy na jutro. Teraz zapakujemy cię do łóżka.

U góry schodów informuje mnie, że pokoje Jacka i Jamiego znajdują się na prawo. My idziemy w lewo, w stronę trojga innych drzwi.

- Łazienka jest na końcu korytarza. Będziemy z niej korzystać we dwoje.

Nie sądzę, żebym się skrzywiła, ale Lee pospiesznie dodaje:

- Wierz mi, nie chcesz wiedzieć, co Jamie robi z ich łazienką.

Zatrzymujemy się przy dwojgu drzwi położonych naprzeciwko siebie.

- Tu mieszkam ja - mówi, wskazując na lewe. Potem otwiera te drugie. - A tutaj ty.

Zapiera mi dech z zaskoczenia. Spodziewałam się pustych ścian i może narzuty na łóżku, ale to, co widzę, przechodzi moje najśmielsze wyobrażenia.

- Mam nadzieję, że ci się podoba. - Lee wzrusza skromnie ramionami. - Nie mogłem się powstrzymać.

Pomieszczenie urządzone w odcieniach bieli, szarości i beżu stwarza wrażenie cichego i przytulnego. Łóżko jest zasłane kołd­rą, kocami i poduszkami. Na drewnianej podłodze leżą nachodzące na siebie dywaniki. Małe rośliny doniczkowe stojące na parapecie zwieszają się w stronę podłogi. Są też szafa, biurko i komoda z niewielkim telewizorem.

- Przygotowałeś to wszystko dla mnie?

Obracam się do niego ze zdumieniem. To naprawdę zbyt wiele. To znaczy: jest idealnie. Ale musiał w to włożyć dużo wysiłku.

Przewraca oczami.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki