I. Początek sierpnia
I.
Początek sierpnia
- Dlaczego tu przyjeżdżasz? Znalazłaś sobie we mnie zabawkę, tak?
Nie patrzy na nią. Mówi po angielsku z trudnym do rozpoznania akcentem.
Może mieć trzydzieści lat. Ciemne włosy, plecy koloru miedzi pochylone
jak u Rodina. Joanna przypomina sobie dzień, w którym natknęła się na
kopię Myśliciela w parku przy Muzeum Waldemarsudde. Wędrowała wtedy po
Sztokholmie szlakiem pilnej turystki, podniecona, przekonana, że
nareszcie jej życie się zmieniło.
Młody mężczyzna odwraca się w jej stronę.
- Bawi cię to?
Jest dla niej zbyt egzaltowany, zbyt młody i ona o tym wie.
Ma ładne dłonie o zbyt krótkich, przyciętych w pół drogi paznokciach.
Kiedyś wyznał, że dopiero niedawno przestał je obgryzać. Wydało jej się
to wzruszające, ale tamtego dnia wypiła za dużo wina.
Joanna wstaje z łóżka i podchodzi do okna. To naprawdę ja, Joanna,
powtarza bezgłośnie. Przyciska czoło do szyby. Widok na kilkupiętrowy,
szary blok ma w sobie coś swojskiego. Pod oknem idą dwie Somalijki. Mają
głowy okutane chustami i charakterystyczne twarze o wystających
policzkach i fioletowych ustach. Jedna z nich pcha przed sobą wózek.
Chyba nie ma w nim dziecka, tylko jakieś niezliczone pakunki. Kobiety
idą wąskim chodnikiem wzdłuż pudełek domów z jamochłonami anten
satelitarnych, ich biodra rysują w powietrzu ósemki. Długo odprowadza
wzrokiem te istoty ze świata, który nie może być bardziej odległy od jej
własnego. Przyjeżdża do Tensta regularnie, była tu jeszcze długo przed
poznaniem Karima. Zachowywała ostrożność, nikt z jej otoczenia nie mógł
wiedzieć o tych wyprawach na przedmieścia. Po raz pierwszy ruszyła w tę
stronę pod pretekstem zrobienia paru zdjęć. Wymyśliła to z nudów, z dziecinnej ciekawości miejsca, które cieszyło się złą sławą. Wyrwana z pracy, z codzienności, z kontekstu dawnego życia mogła sobie pozwolić na
niedojrzałość. Chciała poczuć coś jak wtedy, gdy mając osiem lat,
wędrowała z koleżankami po wykopach na Ochocie. Komunizm straszył
zepsutymi rurami i kapiącą z kranu wodą w rdzawym kolorze. Miasto
przecinały wzdłuż i wszerz rozdziawione korytarze, nad którymi pochylały
się góry gliniastej ziemi. Dorośli straszyli opowieściami o dzieciach
uduszonych pod zwałami. Wędrówki po wykopach były zakazane. Ekscytujące.
Teraz ciągnęło ją do dzielnicy na peryferiach Sztokholmu, której nie
odwiedzał nikt ze znajomych. Na początku nie chciała robić z tego
tajemnicy. Próbowała zabrać ze sobą którąś z nowych koleżanek, miała to
być egzotyczna wycieczka dla znudzonych pań z kręgu żon dyplomatów.
Słysząc jej propozycję, otwierały szeroko oczy.
- Oszalałaś? Nie wiesz, kto tam mieszka?
Zapominały o politycznej poprawności. Ich popłoch był nagi, nie
przysłaniał go puder uśmiechów.
- Po co ci to? Nie jedź tam!
- Macie rację - skłamała. - Chciałam tylko zrobić parę fotek, w Polsce
nie ma takich dzielnic - dodała tonem usprawiedliwienia. - Ale nie będę
ryzykowała, skoro mi to odradzacie...
- No tak. - Francuzka wydęła umalowane usta. - Polska nie jest
szczególnie wielokulturowa, prawda? - Zawiesiła znacząco głos i spojrzała na Joannę wzrokiem pełnym wyższości.
Po zażegnaniu niebezpieczeństwa stała się ponownie orędowniczką
otwartości i tolerancji.
Następnego dnia Joanna wsiadła w niebieską linię metra i pojechała nią
do stacji Tensta. To był pierwszy krok w stronę Karima.
Odwraca się od okna i siada obok niego na brzegu łóżka. Nie jest
szerokie ani zbyt wygodne, ale szybko stało się jedynym miejscem ich
spotkań.
- Nic nie jest takie, jak myślisz, Karim. Nie jesteś dla mnie zabawką i nie jesteś mi obojętny, ale oboje rozumiemy, że nigdy twoją dziewczyną
nie będę. Narzeczoną też nie. - Mówiąc to, nie może powstrzymać
ironicznego grymasu twarzy. - Jestem dla ciebie za stara i raczej nie
przedstawisz mnie swojej matce, prawda? Jesteśmy tu i teraz. Ty i ja -
tłumaczy tonem dojrzałej przyjaciółki.
Karim milczy. Joanna nie potrafi czytać z jego twarzy.
- Jeśli chcesz, mogę przestać do ciebie przyjeżdżać - grozi,
przygryzając dolną wargę.
Wie, że to jedyne dobre rozwiązanie, ale zwleka z decyzją.
- Chcę pójść z tobą do kina, chcę, żebyś opowiedziała mi, dlaczego
zdradzasz męża, bo wiem, że go masz - zaczyna od nowa Karim. - Wstydzisz
się mnie, co? Przyznaj, że się mnie wstydzisz.
Wystraszyła się, a on to zdążył zauważyć. Na potwierdzenie kiwa głową i patrzy jej w oczy jak sędzia albo nauczyciel.
- Teraz nie nosisz obrączki, ale ja jestem spostrzegawczy, zauważyłem
twoje kółeczko na palcu, kiedy cię poznałem. Zanim jeszcze zaczęliśmy
rozmawiać - mówi.
Joanna odwraca wzrok. Tak, nie jest mistrzynią konspiracji. Potem
kładzie rękę na jego kolanie i zaczyna ją wolno przesuwać wzdłuż uda,
najpierw z wahaniem, potem pewniej. W połowie drogi Karim łapie ją za
nadgarstek, zatrzymuje. Joanna myśli, że to gra wstępna, i wydaje z siebie ciche jękniecie. Karim spycha jej rękę na łóżko, jakby strzepywał
okruchy, potem wstaje zirytowany i zaczyna krążyć po ciasnej sypialni.
- Chcę wiedzieć, skąd się wzięłaś w Szwecji, jak długo tu zostaniesz,
jaki masz zawód. Czy jest w tym coś dziwnego, że chciałbym też poznać
twoje nazwisko?! Czy to jest według ciebie niedojrzałe?
- Karim...
- Zaczekaj. - Przykuca, żeby wyjąć papierosy z kieszeni leżących na
podłodze dżinsów.
Zapala, nachylając się nad zapalniczką, jakby zasłaniał ją przed
wiatrem. Nie częstuje.
- Któregoś dnia zajrzałem do twojej torebki, kiedy wyszłaś do łazienki.
Nie nosisz ze sobą żadnych dokumentów. Robisz to celowo, prawda? - Głos
mu drży.
Zaciąga się i powoli wypuszcza ustami dym, stara się wolno oddychać.
Teraz to on podchodzi do okna, jakby na zewnątrz, poza ciasną norą
mieszkania znajdowało się jakieś rozwiązanie. Joanna jest coraz bardziej
zdenerwowana, ale nie może się powstrzymać od szybkiej konstatacji, że
nigdy wcześniej nie sypiała z tak pięknie zbudowanym mężczyzną. Czuje
coś w rodzaju satysfakcji. Dumę myśliwego po ustrzeleniu pokazowej
sztuki. I jeszcze wstyd. Stara baba z młodym, orientalnym kochankiem. Co
za kicz.
- Karim, uwierz mi, że nic z tego, czego chcesz, nie byłoby dobre ani
dla ciebie, ani dla mnie - ucina.
Kiedy potem myśli o tej rozmowie, pamięta swój strach, to najbardziej.
Nie odpowiedział, tylko uderzył pięścią w ścianę. Syknął z bólu, a potem
walnął jeszcze raz.
Znieruchomiała. Przyjemna ekscytacja ulotniła się bez śladu. Grzebał w jej rzeczach? Szukał informacji?
Wstała z łóżka i zaczęła zbierać ubrania. Nie mogła znaleźć stanika, w jego poszukiwaniu kręciła się nerwowo po pokoju, w końcu uznała, że musi
zajrzeć pod łóżko. Pomyślała z niechęcią o tym, że będzie patrzył, jak
goła czołga się po podłodze, Karim jednak stał bez ruchu przy oknie
odwrócony do niej plecami. W końcu znalazła stanik w jakimś kącie,
pokrywała go cienka warstwa kurzu. Ze zwiniętymi w kłębek ubraniami
ruszyła w stronę łazienki. Dopadł ją tuż pod drzwiami. W pierwszej
chwili poczuła strach. Potem znowu całował jak chłopak, nie jak
mężczyzna. Dokładnie tak, jak tego potrzebowała. Jeszcze przez chwilę
myślała, że to ostatni raz, ale stopniowo wycofała się z tej decyzji.
Parę dni później wybrali się z Krzysztofem na zakupy w centrum miasta.
Życie dyplomaty wymagało stałego uzupełniania garderoby. Idąc ulicą,
minęli grupę głośnych mężczyzn. Jeden z nich wydał jej się bardzo
podobny do Karima, była wręcz pewna, że to on. Pochyliła głowę i wbiła
wzrok w chodnik, czuła, że trzęsą jej się kolana.
- Widzisz, Asia. - Głos Krzysztofa dochodził z bardzo daleka. - Aśka!
Słyszysz mnie?
Kiwnęła głową, ale nie podniosła oczu.
- Widzisz, jak tu się roi od tych pieprzonych islamistów? Tak sobie
wyobrażałaś Szwecję? Z niedoborem blondynów? Wspomnisz moje słowa,
Polska jeszcze dobrze wyjdzie na tym, że nie próbuje być multikulti.
Zrobiło jej się ciemno przed oczami, aż musiała się na nim mocniej
oprzeć.
- No, ale nie musisz się bać, nie przesadzaj! W biały dzień nie są
groźni - dodał uspokajająco jej mąż.
- Nie wiedziałam, że jesteś rasistą - powiedziała sucho, chociaż dobrze
wiedziała, kim pogardzał i jak wielu było takich ludzi.
Obruszył się.
- Żadnym rasistą nie jestem! - W jego głosie dało się słyszeć
autentyczną urazę. Został niesprawiedliwie oskarżony, on, wzór
moralności, człowiek wyższej racji. - Mówię tylko, jak jest, i tyle. Co
ci znowu odbiło? Co tak bronisz tych ciapatych?
Odkąd dość nieoczekiwanie z zastępcy ambasadora stał się chargé
d'affaires, zmieniło się w nim wszystko: ton głosu, sposób mówienia,
twarz, gesty. Jednak zalążek tego, kim był dzisiaj, tkwił w nim od
zawsze. Zdawała sobie z tego sprawę. To jego zachwycanie się ludźmi,
którzy mieli większe wpływy niż on, ta pogarda dla znajdujących się
niżej w hierarchii. Na Ukrainkę, która sprzątała w Warszawie ich
mieszkanie, nawet nie spoglądał. Była pracowitym owadem, przy którym
wolno mu było chodzić bez koszuli. Nikim. Teraz osób, które uważał za
nic, było w jego życiu znacznie więcej, a swoją żonę traktował jak
dodatek do stanowiska wysokiego urzędnika państwowego.
- Nie zależy ode mnie nic. Nic poza wyborem koloru szminki i menu -
czasem mu to mówiła, a Krzysztof się wtedy uśmiechał, jakby usłyszał
komplement.
Dzień, w którym Sabina dostała wypowiedzenie z redakcji tygodnika "Nasza
Misja", miał na zawsze pozostać jednym z najgorszych dni jej życia. Nie
tylko z powodu utraty pracy. Zaczął się zwyczajnie, Sabina była
zwolenniczką starannej regulacji codzienności: pobudka o szóstej
trzydzieści, kawa i tost z szynką, długie tuszowanie rzęs, letnia
marynarka w kolorze kości słoniowej. Punktualne wyjście z domu. Nigdy
się nie spóźniała.
Od wczesnych godzin rannych upał. Ta sama nieznośna Warszawa. Jeździła
do redakcji autobusem, dlatego zmuszona była przetrwać piekło ciągnących
się w nieskończoność Alej Jerozolimskich, w tym szczególnie działający
na nerwy przystanek przy Dworcu Centralnym, kiedy ludzka masa przelewała
się przez dwuskrzydłowe drzwi w najbardziej nieskoordynowany sposób.
Natrętna bliskość współpasażerów. Otyli, cuchnący weekendowym piciem
faceci w przepasowanych marynarkach, rozłożyste biusty kobiet
rozpłaszczone na cudzych plecach, mdląca woń perfum, oddechy, świdrujący
w uszach kaszel współpasażera z astmą. Sabina napina wszystkie mięśnie,
ciało zamienia się w mur, jego jedyną funkcją jest odgrodzenie jej od
reszty ciał. Sabina nie znosi dotykania przez obcych. Poza tym od
dzieciństwa cierpi na dziwaczną przypadłość: jeśli ktoś wydaje jej się
szczególnie odpychający, nie jest w stanie przestać powracać do niego
wzrokiem. Potrafi zadawać sobie w ten sposób tortury. Tym razem jej
udręczone spojrzenie trafia na niedomytego chłopczyka w bluzce w paski.
Jedną ręką trzyma się nogi matki, drugą zawzięcie dłubie w nosie, na
którego czubku zaschnięte gile stworzyły płaskorzeźbę. Sabinę aż
wstrząsa z obrzydzenia.
Dobrze, że moje dzieci są prawie dorosłe, myśli. Słusznie było wcześnie
zacząć.
Dzieci Sabiny. Układ modelowy: starszy syn, młodsza córka. Jan Paweł,
potomek idealny, doskonale zdał maturę i dostał się na wymarzone przez
rodziców prawo, przystojny, czuły dla matki. Po nim - Teresa, lat
szesnaście, dziecko uparte, chodzące własnymi drogami, krytyczne,
przekorne, włóczące się nie wiadomo gdzie i z kim. Sabina obawiała się o jej reputację. Znajdowały się w stanie ciągłej wojny. Wiele razy
poruszała ten temat ze swoim spowiednikiem, księdzem Waldemarem.
- Nieś wytrwale swój krzyż - radził - pilnuj córki jak oka w głowie. Nie
dopuść, by straciła to, co najcenniejsze dla młodej dziewczyny. Nie
pozwalaj wychodzić wieczorami, kontroluj każdy jej krok, zabraniaj,
nakłaniaj do modlitwy. Wiem, że cierpisz, ale to najświętsza rola matki.
Tak, Sabina była gorliwą katoliczką. Nie zastanawiała się nad swoją
religijnością, nie lubiła analiz. Była za to dobra w pisaniu żarliwych
tekstów, co bardzo doceniano w redakcji, bo katolicki tygodnik dla
kobiet "Nasza Misja" prowadził walkę o lepszą i jeszcze bardziej
chrześcijańską Polskę. Przedmurze.
Do pracy przyszła o ósmej pięćdziesiąt. Większości współpracowników
jeszcze nie było na miejscu, będą się tak schodzić do jedenastej, czego
Sabina, jako zastępczyni naczelnej, stanowczo nie akceptowała.
Zaparzyła kawę, lubiła to robić sama. Zamieniła parę słów z sekretarką
szefowej, którą wszyscy uważali za uosobienie dobroci i nazywali
pieszczotliwie Żabką. Sabina znała ją od bardziej asertywnej strony -
była to słodka jak miód ropucha, która nigdy nie miała czasu na łączenie
jej rozmów.
- Pięknie pani wygląda w tej sukience, pani Żabko - rzuciła komplement,
zdobywając się na naprawdę szeroki uśmiech. - Nigdy bym nie pomyślała,
że paski mogą pasować do pani figury - dodała.
Nie była w stanie się powstrzymać, nawet nie próbowała. Żabka zrobiła
zranioną minę i mocno wciągnęła brzuch, co uwydatniło jej bułowate
piersi.
- Proszę dziś sporządzić listę z informacją o godzinach przyjścia do
pracy każdego z członków redakcji. Te spóźnienia muszą się wreszcie
skończyć - zmieniła temat Sabina.
Żabka przełknęła ślinę i kiwnęła głową.
- Tak jest. Listę przekazać szefowej? - zapytała.
- Nie szefowej, tylko mnie, ponieważ to ja wydałam pani to polecenie.
- Obawiam się, że nie mogę tego zrobić bez zgody naczelnej. - W głosie
Żabki pojawił się zastanawiająco przekorny ton.
Sabina przyglądała jej się przez chwilę badawczo.
- Pani zdaje sobie sprawę z tego, kim jestem, prawda? - zapytała w końcu
ostro.
- Tak, oczywiście - odpowiedziała szybko Żabka.
Głos jej drżał i przestępowała z nogi na nogę, co uspokoiło Sabinę.
- I rozumie pani, że pod nieobecność naczelnej to ja jestem pani
szefową?
Żabka ponownie kiwnęła głową.
- To proszę przygotować dla mnie listę. A tak zupełnie szczerze i tylko
między nami powiem pani, że pracowniczkom katolickiej redakcji nie
wypada nosić tak odważnych dekoltów. Dobrze pani wie, że odwiedzają nas
tu także duchowni. Pani sukienka jest bardzo ładna, ale nadaje się na
dansing, a nie do pracy.
Sabina uśmiechnęła się z nieskrywaną satysfakcją, a potem odwróciła na
pięcie i drobnym, zdecydowanym krokiem pomaszerowała do swojego
komputera. Przesadnie przy tym kręciła wąskimi biodrami - od dziecka
była świadoma własnych atutów, zwłaszcza w relacji z innymi kobietami.
Pracowała właśnie nad tekstem o powołaniu małżonków do płodności.
"Statystyki dowodzą, że przesiąknięte antykoncepcyjnym sposobem myślenia
pary nie mają szans na przetrwanie" - wystukała na klawiaturze i w tym
momencie przypomniała sobie, że zapomniała dziś wziąć pigułkę. Chwyciła
torebkę i pobiegła z nią do toalety, żeby za szczelnie zamkniętymi
drzwiami i po sprawdzeniu, czy nikogo nie ma w sąsiedniej kabinie,
wyciągnąć płatek z okrągłymi tabletkami. Był zawinięty w celofan i schowany w pudełku po mentolowych cygaretkach, które zostało wsunięte
pod podszewkę torebki. Najlepsza kryjówka, jaką potrafiła wymyślić i z której z powodzeniem korzystała od wielu lat - każda nowa torebka była
nacinana żyletką w strategicznym miejscu. Jerzy dostałby zawału, gdyby
się dowiedział, wpadłby w furię, pomyślała, choć była świadoma, że do
prawdziwej wściekłości jej mąż nie jest zdolny. Nie wobec niej. Poza tym
Sabina tak dobrze pilnowała swojej tajemnicy, że nawet się z niej nie
spowiadała, tym bardziej że była przekonana, iż jako matka dwójki może
sobie udzielić dyspensy. Po wyjściu z toalety powróciła wolnym krokiem
do biurka. "Mentalność antykoncepcyjna każe człowiekowi nie oglądać się
na Boga w kwestii posiadania dzieci, ale czy można mówić o autentycznej
miłości, gdy..." - napisała i usłyszała za plecami charakterystyczny
stukot obcasów Heleny.
Odwróciła się i tym razem jej uśmiech nie miał w sobie nic
wystudiowanego. Helena była jak córka, wprawdzie nie z jej łona, ale za
to bardziej udana i łatwiejsza do zrozumienia niż ta własna. Sabina
widziała w młodszej koleżance z redakcji samą siebie sprzed kilkunastu
lat i pochlebiało jej, że Helena jest w nią wpatrzona jak w obraz, że
biegnie do niej z każdym tekstem spragniona komentarzy, krytyki, a czasem pochwały, że zwierza jej się nawet z rozterek miłosnych jak
najlepszej przyjaciółce. Czasami umawiały się po pracy na wino lub na
kawę, były przy tym niezwykle dyskretne - po co inni mają gadać,
przyjaźń w redakcji to materiał do najgorszych plotek. Już w kawiarni
Sabina mościła się wygodnie w roli osoby dojrzałej i spełnionej, która
poprzez pracę nad sobą oraz wierną służbę Panu osiągnęła w życiu
wszystko, o co inne kobiety walczą, często bezskutecznie, używając przy
tym najgłupszych z możliwych sposobów. Gdyby mogła, zamruczałaby z zadowolenia i wylizała z zachwytem starannie pomalowane paznokcie.
Helena chłonęła życiowe mądrości Sabiny z szeroko otwartymi oczami i psim oddaniem. Sabina nie miała w zwyczaju się zwierzać, ale dla Heleny
robiła wyjątek. Wyjawiła jej niejedną redakcyjną tajemnicę. Jedynie
Helenie nie bała się opowiedzieć o niełatwej relacji z naczelną, która
pracowała w "Nowej Misji" krócej niż ona i nie miała połowy jej wiedzy i kontaktów. Któregoś razu opowiedziała jej też o niepokojach związanych z Teresą.
- Trudno jest być córką doskonałej matki - skwitowała wtedy z powagą
Helena. - Może mogłabyś nas ze sobą poznać? Zabiorę Tereskę do kina i na
ciastka, wytłumaczę jej różne sprawy. Ja do każdego umiem dotrzeć.
Właśnie wtedy, ten jeden, jedyny raz, w głowie Sabiny zapaliła się
ostrzegawcza lampka, jednak szybko wyłączyła ją z kontaktu, bo Helena
zmieniła już temat i ponownie deklarowała zachwyt dla mentorki.
Helena była bratnią duszą i Sabina nie ukrywała, że cieszy się, widząc
ją tak wcześnie z rana w redakcji. Jej protegowana nie różniła się od
reszty zatrudnionych i zazwyczaj także przychodziła do pracy na
jedenastą. Cóż, wiadomo, ryba psuje się od głowy, a naczelna nie pojawia
się w redakcji przed południem.
- Dobrze cię widzieć, Helenko - powiedziała. - Może znajdziemy dziś
czas, żeby przedyskutować tematy do następnego numeru? Chciałabym cię
namówić na wywiad z księdzem Chro... - Sabina nie skończyła, bo Helena
prześlizgnęła się obok jej biurka, pokazując ręką, że nie może
rozmawiać, a potem pomaszerowała prosto do gabinetu naczelnej. Żabka,
która stała przy kserokopiarce, wykonała na jej widok coś w rodzaju
dygnięcia. Sabina nie wierzyła własnym oczom. Nie zauważyła też, że
naczelna przyszła dziś do pracy z samego rana. Dzieje się coś dziwnego.
Czyżby Helenka wpadła w kłopoty?
Przez chwilę Sabina zastanawiała się, czy wstać i interweniować, ale nie
trwało to długo, bo podeszła do niej Żabka. Oparła się o szeroki kant
biurka z ciemnego drewna i jej rozłożyste, miękkie biodra rozlały się
jeszcze bardziej na boki.
- Szefowa prosiła, żeby poprosić panią na rozmowę - powiedziała.
Miała w oczach bezgraniczny, spocony smutek. Być może redakcyjna legenda
na temat jej dobrego serca zawierała w sobie ziarnko prawdy.
Sabina w jednej chwili poczuła ściskanie żołądka i czerwoną falę
adrenaliny, która na moment przesłoniła jej pole widzenia. Zrobiła się
równocześnie mała i bardzo wielka, pewna swego i pozbawiona wpływu.
Nienawidziła naczelnej od pierwszego spotkania, jej umalowane czerwoną
szminką, ściśnięte w ciup usta śniły jej się po nocach, ale Sabina nie
należała do osób, które łatwo zastraszyć. Na ogół potrafiła ukrywać tę
utrudniającą pracę antypatię wymieszaną ze sporą dawką zazdrości, ale
jej dyskrecja nie miała tutaj żadnego znaczenia. W tej grze wszystkie
asy znajdowały się i tak w rękach Moniki Pitek.
Pitek była mistrzynią trudnej sztuki ciągłego acz dyskretnego i przez to
trudnego do udowodnienia mobbowania podwładnych, wirtuozerką obrażania
się bez powodu i równie nieuzasadnionych oraz nagłych wyborów ulubienic.
Każdy dzień w redakcji zależał od wahań jej zmiennych humorów. Do
perfekcji doprowadziła też sztukę eksploatacji. Była elegancka, miała
kontakty, szczyciła się udanym życiem rodzinnym i - rzecz jasna - była
wyjątkowo pobożna. Opowiadano, że każdego ranka idzie na mszę i to
właśnie jest powodem jej późno rozpoczynanych dni pracy. Mówiono też, że
ma znajomości w świecie polityki i na kościelnej górze. W pewnym sensie
Monika Pitek była Sabiną do kwadratu, Sabiną młodszą, bardziej zadbaną i dziesięć razy bardziej bezwzględną.
Tym razem powitała swoją zastępczynię najsłodszym z uśmiechów, pokazując
równe ząbki dziewczynki. Następnie wystudiowanym gestem wypielęgnowanych
dłoni poprawiła sztywną fryzurę. Równie słodko uśmiechała się do
siedzącej już w gabinecie Heleny, która nawet nie podniosła wzroku.
Tkwiła na swoim krześle jak zaklęta z pochyloną głową i przygryzioną
górną wargą. Naczelna poprosiła Sabinę, żeby usiadła, założyła nogę na
nogę, zapytała, jak dzieci i czy cieszy się na urlop, poczęstowała ją
kawą i drożdżowym ciastem, po które, jak wyjaśniła, pani Żabka z samego
rana biegała do pobliskiej piekarni, opowiedziała kilka anegdot,
parokrotnie wybuchła perlistym śmiechem i była w tak dobrym nastroju, że
Sabina doszła do wniosku, iż znalazły się fundusze na wystartowanie
nowego dodatku dla młodych mam. Po półgodzinie ton głosu Pitek
spoważniał, nieco ściemniał, wbiła wzrok w środek czoła swojej
zastępczyni i zaczęła kolejne przemówienie:
- Droga pani Sabino - pracowały ze sobą trzy lata, ale nie przeszły na
ty, Pitek nie lubiła się fraternizować - pani wkład w rozwój naszego
tygodnika i jego liczne sukcesy jest tak duży, że należy się pani za to
niejedna nagroda. Szczególnie doceniam fakt, że poświęciła pani wiele
czasu na wspieranie zawodowego rozwoju współpracowników.
Pitek pociągnęła nosem i przez kilka długich sekund wpatrywała się w prawe ramię siedzącej obok Heleny.
- Niestety, jak się pani orientuje, sytuacja na rynku prasowym nie jest
dobra...
Zawiesiła znacząco głos, odchrząknęła i przez moment bez większego
entuzjazmu kruszyła palcami obu rąk leżący na talerzu kawałek ciasta. W głowie Sabiny wył alarm przeciwlotniczy.
- Z tego powodu - ciągnęła naczelna - zmuszeni jesteśmy do daleko
idących oszczędności i likwidacji stanowiska zastępcy redaktora
naczelnego.
Sabina otworzyła usta, ale Pitek dała jej znak ręką, żeby milczała, i Sabina, zupełnie jak nie ona, posłuchała. Szukając ratunku, zerknęła na
siedzącą obok Helenę, ale ta przyglądała się z uwagą swoim cielistym
rajstopom, a przemówienie Pitek ewidentnie nie stanowiło dla niej
zaskoczenia.
- Znam pani troskę o tygodnik, więc wiem, że poczuje pani ulgę, wiedząc,
iż dzięki temu, że od dawna wprowadzała pani w tajniki naszej pracy
siedzącą tu panią Helenę Piekarską, nasza młoda, zdolna redaktorka jest
dziś pracowniczką wysoce wykwalifikowaną i właśnie zgodziła się przejąć
wszystkie pani obowiązki bez dodatkowego wynagrodzenia.
W tym momencie Pitek stuknęła ręką w stół, a na jej trójkątnej twarzy
pojawił się szeroki uśmiech.
- Można więc powiedzieć, że w praktyce nadal będę miała zastępczynię,
choć formalnie nie będzie się ona tak nazywała. Czy czuje się pani
uspokojona? Nasza umowa zostaje rozwiązana w trybie natychmiastowym z powodu likwidacji stanowiska, ale jeśli chciałaby się pani odwołać od
tej decyzji, możemy zmienić zapis i zarzucić pani wielokrotne złamanie
tajemnicy zawodowej, o czym może zaświadczyć obecna tu pani koleżanka.
Pani Heleno?
Helena kiwnęła potakująco głową i powróciła do oględzin swoich rajstop.
Potem wszystko potoczyło się szybko i sprawnie niczym w trakcie zwolnień
na Wall Street. Po godzinie oniemiała Sabina stała na chodniku przed
swoją byłą pracą z foliową torbą zamiast tekturowego pudła, do której
udało jej się wepchnąć kilka zupełnie teraz niepotrzebnych papierów.
Sofia Söderberg siedziała po turecku na płaskiej skale tuż nad wodą.
Poruszała szybko ustami. Wygolony na pałę rybak po drugiej stronie
jeziora, który przez chwilę zerkał na nią przez lornetkę, pokręcił głową
i przeklął. Nie lubił Szwedek. Irytowały go.
- Mocna jak stal i opanowana, muszę być mocna - powtarzała Sofia.
Mówiła po polsku. Do niedawna nazywała się zresztą Zofia Skoczylas, a jej rodzice pochodzili ze wsi na wschód od Wrocławia, tej samej, w której mieszkali żona i dzieci rodaka po drugiej stronie jeziora. W przeciwieństwie do Zofii rybak przebywał w Szwecji tymczasowo,
przyjechał z kolegami, których można byłoby nazwać pracownikami
sezonowymi, gdyby dla większości z nich sezon nie trwał całymi latami.
Gnieździli się w wypełnionych przekleństwami oparach testosteronu, w imigranckim blokowisku w dzielnicy Fisksätra. Całe dnie, łącznie z sobotami, spędzali na odnawianiu domów w Saltsjöbaden i Saltsjö-Duvnäs,
albo dalej na Lidingö, w skórę dłoni wżerała im się farba, wyglądały na
wytatuowane białą, nieregularną kreską. Wieczorami wracali do cuchnącego
skarpetami i piwem mieszkania, palili fajki prosto z ojczyzny i liczyli
czas do ponownych odwiedzin w swoim kraju - tej skarbonce na przesyłane
żonom pieniądze.
Matka i ojciec Sofii też nieczęsto powracali do rodzinnych stron. Nie
było pieniędzy, czasu, okazji. Należeli do pierwszego pokolenia, które
przeniosło się do miasta i skończyło studia. Wstydzili się wsi. Sporą
część życia poświęcili udowadnianiu, że są lepsi od swoich korzeni, a ich córka kontynuowała tę tradycję. Szwedzki mąż Kjell nie musiał jej
namawiać do zmiany nazwiska. Sama przekształciła imię. W ten sposób
została ponownie stworzona w ulepszonej, szwedzkiej wersji. Wystawiła
twarz do słońca i spróbowała nie myśleć, ale szybko z tego zrezygnowała
i ponownie otworzyła oczy. Płaska skała pod jej udami była gładka i ciepła od słońca, przecinało ją kilka ciemnych pęknięć. Wychodziły z nich zawsze pracowite, ciężko obładowane mrówki. Położyła palec
wskazujący na drodze jednej z nich, mrówka próbowała go wyminąć, ale
kiedy przeszkoda ponownie przecięła jej ścieżkę, wspięła się na nią,
ześlizgnęła w dół i powędrowała dalej. Siłaczka. Zofia pomyślała, że
sama przestała nią być. Życie z Kjellem pozwoliło jej na odpoczynek. Nie
musiała już walczyć o przetrwanie, chwytać się ogłupiających prac,
przeprowadzać z miejsca na miejsce. Jej mąż był mężczyzną, w którym
wszystko wydawało się wykończone i ukształtowane, przypominał dobrze
zredagowany tekst, zamknięty projekt, starannie wyremontowany przez
polską ekipę dom. Miał określone poglądy i pewne przekonania. Z paru
rzeczy był jednoznacznie dumny. Ze szwedzkiej demokracji, w której może
i słusznie upatrywał wyjątkowego modelu, z bycia zaangażowanym ojcem i feministą. Miał pieniądze, które zresztą zawdzięczał nie pracy, ale
pochodzeniu, pewne, stare pieniądze - pojęcie prawie nieznane w polskim
słowniku.
Nie potrafiła sobie ułożyć relacji z jego córkami. Jeszcze parę dni temu
uważała to za dramat, teraz było jej wszystko jedno.
- Tato, skoro nie ma cię jutro w Sztokholmie, powiedz Sofii, żeby mnie
odebrała rano z pływalni - powiedziała parę miesięcy temu Sanna.
Miała sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu, ufarbowane na czarno włosy
z białymi odrostami i tatuaż w kształcie ważki na prawej łydce.
- Możesz mnie o to sama poprosić - odpowiedziała automatycznie Sofia,
podnosząc oczy znad gazety.
Znajdowali się we trójkę w kuchni, pochylony nad drewnianym blatem Kjell
wyrabiał ciasto na chleb. Domowe pieczywo było jego nową pasją, z łatwością ulegał ekologicznym modom, a chleb na zakwasie był jedną z nich. Sanna od paru minut stała przy otwartej lodówce. Nie odwróciła
głowy w stronę Sofii.
- Proszę, tato, porozmawiaj z nią. Mnie boli głowa, idę się położyć.
Zanim wyszła, odwróciła się, rzuciła Sofii przeciągłe spojrzenie i uśmiechnęła się z wyższością.
Tak zaczęła się ulubiona zabawa dziewczynek Kjella, pełna niespodzianek
i nagłych zwrotów gra w wykluczanie tej trzeciej. Trzeba przyznać, że
ten rodzaj dziewczęcych rozrywek Sofia znała dobrze z własnego
dzieciństwa.
- Kjell, to się musi skończyć. Nie rozumiesz, jak się czuję, kiedy twoje
córki komunikują się ze mną za twoim pośrednictwem, i to nawet wtedy,
kiedy jesteśmy razem?! - próbowała mu tłumaczyć parę dni później, kiedy
pochylał się maniakalnie nad kolejnym własnoręcznie wyrabianym ciastem.
- Sofia, kochanie - odpowiedział z niezmąconym spokojem, żadnego
wrażenia nie zrobił na nim huk zatrzaskiwanych z furią drzwi na górze
ani wrzask jego córek, które właśnie zaczęły się kłócić. - Bądź
cierpliwa. Sanna i Julia to nastolatki. Ich rodzice rozwiedli się, ich
ojciec ma nową żonę, co tydzień przeprowadzają się z domu do domu...
- Na twoje własne życzenie! - przerwała Sofia. - Przecież to ty uważasz,
że tak jest wspaniale. Gdyby to zależało ode mnie lub od twojej byłej
żony...
- Oczywiście, że tak jest najlepiej - odpowiedział monotonnym głosem
Kjell, unosząc przy tym do góry białą od mąki rękę jak prawiący kazanie
pastor. - Sanna i Julia muszą się tylko do ciebie przyzwyczaić.
- Miały już na to rok.
- Niedługo będzie lepiej.
- Kjell! Na razie to z dnia na dzień jest gorzej!
Kiedy młodsza od Sanny Julia przechodziła obok Sofii, jej długi koński
ogon bujał się na boki jak wahadło zegara. Za każdym razem, gdy włączała
się do rozpoczętej przez starszą siostrę gry w "Sofii tutaj nie ma", na
jej twarzy błąkał się uśmiech.
- Cześć, tato! - mówiła, wracając ze szkoły. - Powiedz Sofii, że... -
zaczynała.
Nieważna była treść przekazu, istotę rzeczy stanowiło podkreślenie braku
racji istnienia kobiety, która śmiała wprowadzić się do domu ich ojca.
Jeszcze parę dni temu Sofia nie była w stanie o tym spokojnie myśleć.
Pobyt w letniej daczy rodziny Söderbergów, w modnym kurorcie Sandhamn,
nie poprawił sytuacji. Był tylko chwilowym zawieszeniem broni. Zdarzyło
się kilka dni, kiedy dziewczyny zachowywały się normalnie i dopuściły
Sofię do swojej wspólnoty z ojcem. Któregoś wieczoru przez parę godzin
grali we czwórkę w scrabble, żartowali i przekomarzali się jak prawdziwa
rodzina. Zofia była wniebowzięta, ale szybko przekonała się, że jej
entuzjazm był przedwczesny. Następnego dnia rano siostry zachowywały się
tak, jakby spektakularne przełamanie lodów nigdy nie nastąpiło.
Powróciły do swojego:
- Tato, powiedz Sofii, że wrócimy z plaży przed wieczorem.
Jakoś przeżyła wspólne dwa tygodnie. Sanna i Julia miały w Sandhamn
paczkę przyjaciół, z którymi znały się od dzieciństwa, więc spędzały
dużo czasu poza domem. Kjell za dnia usiłował zarazić żonę pasją do gry
w golfa, a wieczorami zabierał ją do restauracji lub na spotkania z przyjaciółmi. W Sandhamn zbierali się w lipcu jego znajomi z czasów
studiów na uniwersytecie w Uppsali, z którymi widywał się właściwie
tylko latem. Zofia nadal była dla nich nowa, czuła się przez to jak na
scenie, na której bezustannie trzeba udowadniać, że zasłużyło się, by
zagrać swoją rolę. Ponownie była imigrantką. Wydawało jej się, że jest w ich oczach ubogą krewną z postkomunistycznej prowincji, taką, co to
łapie mężczyznę z lepszego świata i się po nim pnie jak bluszcz, wspina
się po jego plecach, by zrobić karierę i zapewnić sobie finansowe
bezpieczeństwo. Wszyscy byli dla niej uprzedzająco mili, żony kolegów
Kjella wyciągały ją na wspólne spacery i babskie kolacje, podczas
których jedna przez drugą komplementowały jej szwedzki. Zamiast się z tego cieszyć, przełykała ze ściśniętym gardłem ślinę, uśmiech rozciągał
jej usta w sztywnym grymasie, była inna, była cudzoziemką, nie
przynależała. Miała świadomość, że pewnie jest przeczulona i przypisuje
ludziom poglądy, którymi nie grzeszą, ale pozornie niewinne "ale miałaś
szczęście, że spotkałaś Kjella!" zostawiało po sobie gorzki smak i niepokój, którego nie czuła już tak często w ich sztokholmskim
środowisku.
Udobruchane słońcem Sanna i Julia zachowywały się całkiem przyzwoicie.
Dopiero w drodze powrotnej do Sztokholmu doszło do awantury.
- Tato, jestem głodna - powiedziała Sanna, kiedy tylko zeszli z promu w Stavsnäs i wsiedli do samochodu, który przez ostatnie tygodnie czekał na
nich cierpliwie na tanim parkingu.
- Zaraz będziemy w domu - odparł Kjell.
- Tato, zatrzymajmy się gdzieś na obiad - zawtórowała Julia.
- Zrobimy po drodze zakupy i ugotujemy w domu - powtórzył Kjell. - Mam
ochotę na pieczonego łososia. A wy?
- Nienawidzę łososia - upierała się Sanna. - Jeśli tak, to odwieź nas od
razu do mamy.
- Ale z mamą umówiliśmy się na jutro. - Kjell nie tracił cierpliwości
ani dobrego humoru.
- Dzwonię do mamy! - wrzasnęła Sanna. - Nie będziesz nas głodził!
Sofia do tej chwili podziwiała krajobrazy za oknem i liczyła w myślach
do stu, żeby się nie denerwować, ale teraz nie wytrzymała.
- Uspokójcie się! Sanna, przestań szantażować ojca! Jak chcesz, to
kupimy po drodze pizzę - powiedziała spokojnie, ale zdecydowanie.
Rzadko angażowała się w konflikty męża z córkami, więc po tych słowach
zapadła na kilka chwil cisza i zapanowała konsternacja. Sofia pomyślała
z zadowoleniem, że może to jest właśnie sposób na dziewczynki. Pokazać
im granice, nie pobłażać we wszystkim. W tym momencie Sanna wrzasnęła z furią:
- Nie będziesz mnie wychowywać, ty polska przybłędo! Sprzątać u nas
możesz, a nie nami rządzić!
- Sanna! - krzyknął Kjell, ale najwyraźniej nie wiedział, co powiedzieć
dalej, bo zacisnął zęby i tylko ścisnął mocniej kierownicę.
- Chcemy jechać do mamy! - wrzasnęła Julia. - Ty i tak wolisz od nas
swoją Polkę! Polską sprzątaczkę!
Kjell sięgnął po telefon, podał go Sofii i poprosił, żeby wykręciła
numer jego byłej żony, Marianne. Zamienił z nią kilka słów. Ustalili, że
Sanna i Julia pojadą prosto do mieszkania matki na Östermalm. Zofia
wysiadła po drodze, niedaleko domu. Była tak wstrząśnięta, że następnego
dnia wstawała z łóżka tylko po to, by pobiec do ubikacji. Kilka razy
zwymiotowała, była pewna, że ma to podłoże psychiczne. Kjell zaglądał do
niej do pokoju i tłumaczył bez końca, że Sanna i Julia to nastolatki, że
przechodzą trudny okres, że wszystko się ułoży, że ich zachowanie z pewnością nie ma nic wspólnego z wrogim nastawieniem do obcokrajowców
ani z pogardliwym stosunkiem do Polek, a już na pewno nie do niej samej,
nawet jeśli mogła tak pomyśleć. Sanna i Julia, jak to dziewczyny w ich
wieku, świetnie wyczuwają najsłabsze punkty dorosłych, z którymi wojują.
Dojrzewają, są zbuntowane, to chyba normalne, no jakie mają być?
- Przyznaj, Sofia, że to rozumiesz. - Wpatrywał się w nią wzrokiem
prowadzonego na rzeź, kulawego konia.
Milczała. Kjell westchnął, przez chwilę nad czymś się zastanawiał, a potem kiwnął głową, jakby potwierdzał własną decyzję.
- Nigdy ci o tym nie mówiłem... - zaczął i zawiesił głos - ale Marianne
też ma z nimi ogromne problemy. - Kiedy wypowiadał imię byłej żony,
drgnęła, ale nie zmieniła wyrazu twarzy. - Mówiła mi, że w kłótniach
potrafią być dla niej okrutne. Sanna powiedziała ostatnio matce, że już
zawsze będzie sama, bo się brzydko starzeje. Wyobrażasz to sobie?! Ale
zarówno Marianne, jak i ja wiemy, że dziewczynki zachowują się w ten
sposób, bo w ich życiu zaszły wielkie zmiany, a poza tym trudno jest
dziś być nastolatką. - Ton jego głosu świadczył o tym, że sam uporczywie
przekonuje siebie, że ma rację.
Nawet nie starała się go słuchać. Była zamknięta w pozbawiającej oddechu
kapsule własnego ciała. Zachodziły w nim procesy, nad którymi nie miała
żadnej kontroli.
Gładka tafla jeziora przyciąga jak magnes i chociaż humory córek Kjella
nie mają już żadnego znaczenia, Zofia i tak ma ochotę zniknąć pod wodą,
schować się i już nigdy nie wysunąć głowy na powierzchnię. Znów siada po
turecku, prostuje plecy, kładzie ręce na kolanach i przemawia do siebie
tonem wyrozumiałej nauczycielki. To długi wywód.
- Będziesz musiała dokonać wyboru, ale przecież nie dokonasz go sama.
Masz męża, który cię kocha i który z pewnością oszaleje z radości. Twoje
życie zostało uporządkowane, znalazłaś własne miejsce. Starsze od ciebie
kobiety rodziły zdrowe dzieci. Nie ma żadnych powodów do niepokoju. Nie
sądziłaś, że czeka cię to w życiu, ale najwyraźniej nie miałaś racji.
Ciesz się, Zofio!
Dwa dni temu kupiła w końcu test ciążowy, w zasadzie po to, by wykluczyć
ewentualność, o której z góry wiedziała, że jest nieprawdopodobna.
Przemawiały przeciw niej prezerwatywy, o których nigdy nie zapominali,
tyłozgięcie macicy (swego czasu ginekolodzy wyrażali pewność, że stanie
się przyczyną trudności z zajściem w ciążę), no i cokolwiek by mówić -
wiek. Mówiąc wprost, czterdzieści jeden lat to nie jest czas łatwych
zapłodnień.
- Ciesz się... Sofio - mówi, tym razem szeptem.
Coraz wyraźniej czuje, że ostatnią osobą, którą chciałaby teraz
poinformować o swoim stanie, jest Kjell. Sięga po komórkę i pospiesznie
wystukuje numer Adama, a potem równie szybko kasuje niezaczętą rozmowę.
Przez chwilę kołysze telefon na dłoni. Najprościej byłoby zadzwonić do
Mii, ale Mia pewnie teraz medytuje gdzieś na Goa - jej sztokholmska
przyjaciółka po rozwodzie wyruszyła samotnie w podróż życia. Zofia długo
patrzy przed siebie. W końcu bardzo powoli, celebrując każdy ruch,
wybiera numer Joanny. Nie odezwała się do niej ani razu, odkąd Joanna
parę miesięcy temu zadzwoniła i jednym tchem powiedziała, że tymczasowo
mieszka w Sztokholmie, a stara przyjaźń nie rdzewieje, więc może mogłyby
umówić się kiedyś na kawę i nadrobić wszystkie lata.
- Odezwij się do mnie, Zośka, jeśli znajdziesz czas. Naprawdę się za
tobą stęskniłam!
Wypowiedziała te słowa pozornie lekkim tonem, ale Zofia słyszała, że
gdzieś w połowie zadrżał jej głos.
Poczuła wtedy nieprzyjemny skurcz żołądka.
- Wiesz, że zmieniłam imię i nazwisko? - zapytała trochę bez sensu.
- Wiem! To dlatego było mi tak trudno do ciebie dotrzeć, ale w końcu,
jak sama słyszysz, udało mi się zdobyć twój numer, opowiem ci, jak do
tego doszłam, kiedy się spotkamy - Joanna mówiła szybko, jakby starała
się zdążyć, nim Zofia rzuci słuchawkę.
- Zadzwonię, obiecuję. Jest tylko parę spraw, którymi muszę się najpierw
zająć - powiedziała.
Była wtedy pewna, że nie dotrzyma słowa, ale teraz wybiera jej numer i kiedy włącza się poczta głosowa, zostawia krótką wiadomość:
- Cześć, Asia, tu Zośka. Zadzwoń, jeśli masz ochotę na kawę w mieście.
Asia, Sabina i Zosia. W dziewczyńskiej przyjaźni trójka to nie jest
dobra liczba. Trójka oznacza, że trzeba zachować czujność i bronić
własnej pozycji, bo któraś zawsze wyląduje poza orbitą. Dlatego nigdy
nie opuszczała ich podskórna rywalizacja. Nigdy od niej nie odpoczywały.
- Siedzę w ławce z Zosią. Prawda, Zosia? Umówiłyśmy się, że usiądziemy
razem, jeszcze w czerwcu - słowa oznaczające wyrok.
Sabina triumfowała, Zosia dostawała rumieńców z satysfakcji, że została
wybrana, a Asia ze spuszczoną głową kierowała się w stronę wolnego
miejsca obok przypadkowej koleżanki. Czekał ją semestr, a może i rok
bycia obok, bycia gorzej poinformowaną. Z trudem przełykała łzy.
Niekończąca się walka o pierwszeństwo w obmawianiu tej trzeciej.
Obgadywanie dawało władzę i chwilowe poczucie bliskości.
- Aśka, przysięgnij, że nikomu nie powiesz. Wiesz, że tata Sabiny znowu
się od nich wyprowadził? Tylko proszę, udawaj, że nic nie wiesz. Sabina
strasznie się na mnie obrazi, jak się dowie, że ci powiedziałam. A do
ciebie to już się wtedy nigdy nie odezwie. Wiesz, jaka ona jest.
Patrzyły sobie w oczy. Kiwały głowami. Następował czas pełnego
porozumienia.
- Sabina, a ty wiesz, że Zośka śpi w jednym łóżku z bratem? On się boi,
jak jest ciemno, i ich mama kazała, żeby przenosił się wtedy na tapczan
Zosi. To jakieś zboczone, nie? Ale proszę, Sabina, nie mów jej, że
wiesz, dobra? - Asia uśmiechała się, widząc płomień ciekawości w oczach
Sabiny.
Znowu była górą. Nie miało już znaczenia, z kim Sabina siedzi w ławce.
Ale poza tym były trzy. We trzy było łatwiej.
Kiedy trafiły do harcerstwa, uparły się, że ich zastęp musi nosić nazwę
Hekate - imię greckiej bogini o trzech obliczach, opiekunki kobiet i rozstajnych dróg, której posągi ustawiano na rozdrożach, żeby chroniła
podróżnych przed demonami. Dodawało im to sił, były jak Hekate - trzy,
ale złączone w jedność. Inne dziewczynki nie wiedziały, że cały zastęp
nosi imię ku czci Asi, Sabiny i Zosi. Wyprowadziły je w pole. To była
starannie skrywana tajemnica. Jak wiele innych.
Zdarzało się więc, że liczba trzy była dobra, wyjątkowa. Podobnie bywało
z tajemnicami. Większość z nich łaskotała w brzuch, o większości można
było szeptać na szkolnym korytarzu, zasłaniając usta ręką i rozglądając
się demonstracyjnie wokół, tak żeby wszyscy zauważyli, że ma się coś do
ukrycia. Coś, o czym mogą wiedzieć tylko one trzy. Asia, Sabina i Zosia.
Potrafiły stać za sobą murem. Niestraszna im była świrnięta gruba Ewka,
która z byle powodu rzucała się na kogo popadło z pięściami i pazurami,
a była tak silna, że kiedy raz zwaliła się potężnym cielskiem na Kaśkę i zaczęła bić ją po głowie, Kaśka dostała wstrząśnienia mózgu. Ewka była
drugoroczna i zachowywała się jak córka pijaków, chociaż miała bardzo
miłą mamę, o której wszyscy najpierw myśleli, że jest jej babcią. Na
korytarzach szkolnych plotkowano, że Ewka jest z domu dziecka, a jej
rodzice wcale nie są jej rodzicami i wzięli ją do siebie, gdy ich
dorosły syn wyprowadził się z domu. Ewka musiała być za stara na takie
zmiany, bo na niewiele się zdało, że nowa mama szyła jej ładne sukienki
i plotła warkocze. Ewka nie została grzeczną dziewczynką i miała w sobie
tak straszną złość, że kiedy wpadła w furię, to mogła zabić. Zwłaszcza
jeśli ktoś, jak Kaśka, zawołał za nią: "Znajda! Znajda!".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki