Rówieśniczki - Katarzyna Tubylewicz

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (31,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

26 sierpnia, Szwecja, okolice Sztokholmu

26 sierp­nia, Szwe­cja, oko­lice Sztok­holmu

Do kata­strofy doszło w spo­kojny, letni wie­czór. Na dwo­rze było jesz­cze jasno, jak to latem w Szwe­cji, ale czuło się już bli­skość zawsze przed­wcze­snej jesieni. Wypeł­nione świa­tłem czerw­cowe noce i cie­płe, lip­cowe wie­czory odcho­dziły w nie­pa­mięć. W powie­trzu uno­sił się zapach wil­goci i roz­kładu. Kie­rowca estoń­skiej cię­ża­rówki Rain Köler był zmę­czony, poko­ny­wał ostatni odci­nek ruty­no­wej trasy. Zaczy­nała się w Kapellskär, dzie­więć­dzie­siąt kilo­me­trów od Sztok­holmu, dokąd przy­pływa prom z estoń­skiego Pal­di­ski, i zata­czała koło przez spory kawa­łek kraju w mono­ton­nym, ale pięk­nym kra­jo­bra­zie cią­gną­cych się bez końca pól, lasów i bez­ko­li­zyj­nych, gład­kich jak pysk konia auto­strad. Rain znaj­do­wał się już pomię­dzy Nyköping a Sztok­hol­mem, powoli zamy­kał rundę. Chciało mu się spać, kupiona na sta­cji ben­zy­no­wej kawa z dużą ilo­ścią cukru nie poma­gała. Przed sobą miał znowu mono­tonne pola, gdzie­nie­gdzie wyła­niał się poje­dyn­czy, drew­niany dom w kolo­rze przy­schnię­tej krwi. Jego inten­sywną barwę pre­cy­zyj­nie pod­kre­ślała biała linia okien­nych fra­mug. Raz na jakiś czas cię­ża­rówka, model Sca­nia z 2008 roku (biała przy­czepa uwień­czona czer­wo­nym pąkiem szo­ferki), wjeż­dżała pomię­dzy cią­gnące się wzdłuż auto­strady skalne ściany. Rain uśmiech­nął się na myśl, jak bar­dzo spodo­ba­łyby się jego synowi Jaanowi, który od pew­nego czasu zaczy­ty­wał się w lite­ra­tu­rze z gatunku fan­tasy. Gdyby mógł, nie robiłby nic innego, tylko czy­tał. Rain pokrę­cił z nie­do­wie­rza­niem głową i zado­wo­lony dodał gazu, zostało mu już tylko sie­dem­dzie­siąt kilo­me­trów. Nie­ocze­ki­wa­nie zaczął padać deszcz.

W jadą­cym za cię­ża­rówką Raina srebr­nym volvo sie­działy trzy kobiety. Gwał­tow­nie gesty­ku­lo­wały, przez zalane desz­czem szyby samo­chodu nie dało się odczy­tać wyrazu ich twa­rzy, trudno powie­dzieć, czy miały dobry, czy zły humor. Były zaab­sor­bo­wane roz­mową, ale to nie brak uwagi sta­no­wił przy­czynę wypadku, o któ­rym naza­jutrz napi­sały wszyst­kie gazety. Pro­wa­dząca samo­chód przy­ci­snęła pedał gazu, żeby wyprze­dzić zasła­nia­jący drogę kadłub cię­ża­rówki. Przy­spie­szyła, włą­czyła kie­run­kow­skaz i łagod­nie wjeż­dżała na lewy pas, jed­nak nagle wyda­rzyło się coś nie­ocze­ki­wa­nego i samo­chód wpadł w poślizg. Jadący za nim kie­rowca moto­cy­kla zare­ago­wał zbyt późno, nic dziw­nego, jego pole widze­nia ogra­ni­czały zale­wa­jące kask strugi wody. Pro­wa­dzący cię­ża­rówkę Rain nie mógł już wiele zro­bić. Kiedy zoba­czył wjeż­dża­jący w przy­czepę cię­ża­rówki samo­chód (póź­niej nie był w sta­nie przy­po­mnieć sobie, czy naj­pierw go zoba­czył w bocz­nym lusterku, czy może pierw­szy był tam­ten straszny łoskot), wyko­nał gwał­towny skręt w prawo. Przed­nia część samo­chodu posłusz­nie zmie­niła tra­jek­to­rię, ale przy­czepa, jak wijąca się gąsie­nica, ude­rzyła w prze­ciwną stronę.

- O Boże, o Boże, o Boże - powta­rzał młod­szy aspi­rant z radio­wozu, który jako pierw­szy przy­je­chał na miej­sce wypadku.

Karetki i straż pożarna były jesz­cze w dro­dze.

- O Boże, Boże, Boże - jęczał, jak gdyby to, co zoba­czył, auto­ma­tycz­nie uczy­niło go wie­rzą­cym.

- Peter, ty mi tu, kurwa, teraz nie pani­kuj, potrze­buję two­jej pomocy - uciął jego star­szy kolega.

Z prze­wró­co­nego na bok volvo wycie­kała ben­zyna, jej świ­dru­jący zapach wypeł­niał noz­drza, mdlił, wni­kał do mózgu, a Stieg dobrze wie­dział, czym grozi wyciek paliwa w miej­scu wypadku.

- Peter! Ten samo­chód wygląda, jakby miał się zacząć palić, musimy wydo­stać z niego pasa­że­rów.

- Prze­cież leje - wyją­kał Peter.

- Ale deszcz, kurwa, nie gasi pło­ną­cych samo­cho­dów! Niczego cię nie nauczyli w tych two­ich szko­łach? - wydarł się Stieg.

Stały za nim lata doświad­cze­nia i zadu­fani w sobie gów­nia­rze pokroju nowego kolegi, nie­mal sta­ży­sty, któ­rego wysoki sto­pień nie miał pokry­cia w fak­tycz­nej wie­dzy i sku­tecz­no­ści, dopro­wa­dzali go do cięż­kiej furii.

Peter, rosły dwu­dzie­sto­pa­ro­la­tek o sze­ro­kiej szczęce i bar­dzo nie­bie­skich oczach, zro­bił trzy kroki w przód, a potem jak ude­rzony pię­ścią w brzuch sku­lił się i zaczął krztu­sić. Wymio­to­wał. Parę metrów od niego leżał moto­cy­kli­sta, któ­rego nie­na­tu­ral­nie wygięte ciało wyda­wało się cał­ko­wi­cie odłą­czone od spo­czy­wa­ją­cej obok ręki.

- Nie będę wię­cej jeź­dził z ama­to­rami zaraz po szkole, powiem sze­fowi, że mam to w dupie, jak pra­gnę zdro­wia - mruk­nął pod nosem Stieg i w tej chwili usły­szał syreny straży pożar­nej.

Uspo­ko­jony rozej­rzał się dookoła. Po roz­cią­ga­ją­cym się wzdłuż szosy polu bie­gał samotny męż­czy­zna. Pła­kał i krzy­czał w nie­zro­zu­mia­łym języku. Co pewien czas przy­ku­cał, ści­skał głowę dłońmi i bujał się na pię­tach jak znie­nacka dotknięty cho­robą sie­rocą. Stieg domy­ślił się, że patrzy na kie­rowcę cię­ża­rówki.

- Będzie potrze­bo­wał psy­cho­loga - powie­dział do kolegi, który zdo­łał się już pozbie­rać i stał kilka kro­ków za nim. - Albo psy­chia­try - dodał, mru­żąc oczy.

- Są stra­żacy - wyszep­tał Peter. - Przy­je­chali stra­żacy, jeste­śmy ura­to­wani - powtó­rzył gło­śniej, a potem zemdlał.

- Co jak co, ale to będzie, kurwa, na czo­łów­kach gazet - skon­sta­to­wał Stieg.

Kilka razy zauwa­żył kątem oka bły­śnię­cia fle­sza, pasa­że­ro­wie prze­jeż­dża­ją­cych obok samo­cho­dów robili im zdję­cia tele­fo­nami komór­ko­wymi.

- Obrzy­dli­wość. - Splu­nął i pobiegł poma­gać stra­ża­kom i ratow­ni­kom pogo­to­wia w wydo­by­wa­niu z wraka uwię­zio­nych pasa­że­rek.

Volvo, jak wyrzu­cona na brzeg, wielka, śnięta ryba, miało ska­so­wany przód, a tył mocno wgnie­ciony od ude­rze­nia moto­cy­kla. Znaj­do­wały się w nim trzy kobiety. Jedna z pew­no­ścią nie­przy­tomna. Nie wyglą­dało to dobrze. Może być jesz­cze jedna ofiara śmier­telna, stwier­dził w duchu, bo moto­cy­kli­sta to już na pewno pój­dzie na narządy. Ratow­niczka z trze­ciej karetki pod­bie­gła do leżą­cego na ziemi Petera, który wła­śnie otwo­rzył oczy. Po twa­rzy spły­wał mu deszcz. Jak łzy.

- Trudno się na coś takiego uod­por­nić - powie­działa pół­gło­sem, jakby chciała mu dodać otu­chy.

I. Początek sierpnia

I. Począ­tek sierp­nia

- Dla­czego tu przy­jeż­dżasz? Zna­la­złaś sobie we mnie zabawkę, tak?

Nie patrzy na nią. Mówi po angiel­sku z trud­nym do roz­po­zna­nia akcen­tem. Może mieć trzy­dzie­ści lat. Ciemne włosy, plecy koloru mie­dzi pochy­lone jak u Rodina. Joanna przy­po­mina sobie dzień, w któ­rym natknęła się na kopię Myśli­ciela w parku przy Muzeum Wal­de­mar­sudde. Wędro­wała wtedy po Sztok­hol­mie szla­kiem pil­nej turystki, pod­nie­cona, prze­ko­nana, że naresz­cie jej życie się zmie­niło.

Młody męż­czy­zna odwraca się w jej stronę.

- Bawi cię to?

Jest dla niej zbyt egzal­to­wany, zbyt młody i ona o tym wie.

Ma ładne dło­nie o zbyt krót­kich, przy­cię­tych w pół drogi paznok­ciach. Kie­dyś wyznał, że dopiero nie­dawno prze­stał je obgry­zać. Wydało jej się to wzru­sza­jące, ale tam­tego dnia wypiła za dużo wina.

Joanna wstaje z łóżka i pod­cho­dzi do okna. To naprawdę ja, Joanna, powta­rza bez­gło­śnie. Przy­ci­ska czoło do szyby. Widok na kil­ku­pię­trowy, szary blok ma w sobie coś swoj­skiego. Pod oknem idą dwie Soma­lijki. Mają głowy oku­tane chu­s­tami i cha­rak­te­ry­styczne twa­rze o wysta­ją­cych policz­kach i fio­le­to­wych ustach. Jedna z nich pcha przed sobą wózek. Chyba nie ma w nim dziecka, tylko jakieś nie­zli­czone pakunki. Kobiety idą wąskim chod­ni­kiem wzdłuż pude­łek domów z jamo­chło­nami anten sate­li­tar­nych, ich bio­dra rysują w powie­trzu ósemki. Długo odpro­wa­dza wzro­kiem te istoty ze świata, który nie może być bar­dziej odle­gły od jej wła­snego. Przy­jeż­dża do Ten­sta regu­lar­nie, była tu jesz­cze długo przed pozna­niem Karima. Zacho­wy­wała ostroż­ność, nikt z jej oto­cze­nia nie mógł wie­dzieć o tych wypra­wach na przed­mie­ścia. Po raz pierw­szy ruszyła w tę stronę pod pre­tek­stem zro­bie­nia paru zdjęć. Wymy­śliła to z nudów, z dzie­cin­nej cie­ka­wo­ści miej­sca, które cie­szyło się złą sławą. Wyrwana z pracy, z codzien­no­ści, z kon­tek­stu daw­nego życia mogła sobie pozwo­lić na nie­doj­rza­łość. Chciała poczuć coś jak wtedy, gdy mając osiem lat, wędro­wała z kole­żan­kami po wyko­pach na Ocho­cie. Komu­nizm stra­szył zepsu­tymi rurami i kapiącą z kranu wodą w rdza­wym kolo­rze. Mia­sto prze­ci­nały wzdłuż i wszerz roz­dzia­wione kory­ta­rze, nad któ­rymi pochy­lały się góry gli­nia­stej ziemi. Doro­śli stra­szyli opo­wie­ściami o dzie­ciach udu­szo­nych pod zwa­łami. Wędrówki po wyko­pach były zaka­zane. Eks­cy­tu­jące. Teraz cią­gnęło ją do dziel­nicy na pery­fe­riach Sztok­holmu, któ­rej nie odwie­dzał nikt ze zna­jo­mych. Na początku nie chciała robić z tego tajem­nicy. Pró­bo­wała zabrać ze sobą któ­rąś z nowych kole­ża­nek, miała to być egzo­tyczna wycieczka dla znu­dzo­nych pań z kręgu żon dyplo­ma­tów. Sły­sząc jej pro­po­zy­cję, otwie­rały sze­roko oczy.

- Osza­la­łaś? Nie wiesz, kto tam mieszka?

Zapo­mi­nały o poli­tycz­nej popraw­no­ści. Ich popłoch był nagi, nie przy­sła­niał go puder uśmie­chów.

- Po co ci to? Nie jedź tam!

- Macie rację - skła­mała. - Chcia­łam tylko zro­bić parę fotek, w Pol­sce nie ma takich dziel­nic - dodała tonem uspra­wie­dli­wie­nia. - Ale nie będę ryzy­ko­wała, skoro mi to odra­dza­cie...

- No tak. - Fran­cuzka wydęła uma­lo­wane usta. - Pol­ska nie jest szcze­gól­nie wie­lo­kul­tu­rowa, prawda? - Zawie­siła zna­cząco głos i spoj­rzała na Joannę wzro­kiem peł­nym wyż­szo­ści.

Po zaże­gna­niu nie­bez­pie­czeń­stwa stała się ponow­nie orę­dow­niczką otwar­to­ści i tole­ran­cji.

Następ­nego dnia Joanna wsia­dła w nie­bie­ską linię metra i poje­chała nią do sta­cji Ten­sta. To był pierw­szy krok w stronę Karima.

Odwraca się od okna i siada obok niego na brzegu łóżka. Nie jest sze­ro­kie ani zbyt wygodne, ale szybko stało się jedy­nym miej­scem ich spo­tkań.

- Nic nie jest takie, jak myślisz, Karim. Nie jesteś dla mnie zabawką i nie jesteś mi obo­jętny, ale oboje rozu­miemy, że ni­gdy twoją dziew­czyną nie będę. Narze­czoną też nie. - Mówiąc to, nie może powstrzy­mać iro­nicz­nego gry­masu twa­rzy. - Jestem dla cie­bie za stara i raczej nie przed­sta­wisz mnie swo­jej matce, prawda? Jeste­śmy tu i teraz. Ty i ja - tłu­ma­czy tonem doj­rza­łej przy­ja­ciółki.

Karim mil­czy. Joanna nie potrafi czy­tać z jego twa­rzy.

- Jeśli chcesz, mogę prze­stać do cie­bie przy­jeż­dżać - grozi, przy­gry­za­jąc dolną wargę.

Wie, że to jedyne dobre roz­wią­za­nie, ale zwleka z decy­zją.

- Chcę pójść z tobą do kina, chcę, żebyś opo­wie­działa mi, dla­czego zdra­dzasz męża, bo wiem, że go masz - zaczyna od nowa Karim. - Wsty­dzisz się mnie, co? Przy­znaj, że się mnie wsty­dzisz.

Wystra­szyła się, a on to zdą­żył zauwa­żyć. Na potwier­dze­nie kiwa głową i patrzy jej w oczy jak sędzia albo nauczy­ciel.

- Teraz nie nosisz obrączki, ale ja jestem spo­strze­gaw­czy, zauwa­ży­łem twoje kółeczko na palcu, kiedy cię pozna­łem. Zanim jesz­cze zaczę­li­śmy roz­ma­wiać - mówi.

Joanna odwraca wzrok. Tak, nie jest mistrzy­nią kon­spi­ra­cji. Potem kła­dzie rękę na jego kola­nie i zaczyna ją wolno prze­su­wać wzdłuż uda, naj­pierw z waha­niem, potem pew­niej. W poło­wie drogi Karim łapie ją za nad­gar­stek, zatrzy­muje. Joanna myśli, że to gra wstępna, i wydaje z sie­bie ciche jęk­nie­cie. Karim spy­cha jej rękę na łóżko, jakby strze­py­wał okru­chy, potem wstaje ziry­to­wany i zaczyna krą­żyć po cia­snej sypialni.

- Chcę wie­dzieć, skąd się wzię­łaś w Szwe­cji, jak długo tu zosta­niesz, jaki masz zawód. Czy jest w tym coś dziw­nego, że chciał­bym też poznać twoje nazwi­sko?! Czy to jest według cie­bie nie­doj­rzałe?

- Karim...

- Zacze­kaj. - Przy­kuca, żeby wyjąć papie­rosy z kie­szeni leżą­cych na pod­ło­dze dżin­sów.

Zapala, nachy­la­jąc się nad zapal­niczką, jakby zasła­niał ją przed wia­trem. Nie czę­stuje.

- Któ­re­goś dnia zaj­rza­łem do two­jej torebki, kiedy wyszłaś do łazienki. Nie nosisz ze sobą żad­nych doku­men­tów. Robisz to celowo, prawda? - Głos mu drży.

Zaciąga się i powoli wypusz­cza ustami dym, stara się wolno oddy­chać. Teraz to on pod­cho­dzi do okna, jakby na zewnątrz, poza cia­sną norą miesz­ka­nia znaj­do­wało się jakieś roz­wią­za­nie. Joanna jest coraz bar­dziej zde­ner­wo­wana, ale nie może się powstrzy­mać od szyb­kiej kon­sta­ta­cji, że ni­gdy wcze­śniej nie sypiała z tak pięk­nie zbu­do­wa­nym męż­czy­zną. Czuje coś w rodzaju satys­fak­cji. Dumę myśli­wego po ustrze­le­niu poka­zo­wej sztuki. I jesz­cze wstyd. Stara baba z mło­dym, orien­tal­nym kochan­kiem. Co za kicz.

- Karim, uwierz mi, że nic z tego, czego chcesz, nie byłoby dobre ani dla cie­bie, ani dla mnie - ucina.

Kiedy potem myśli o tej roz­mo­wie, pamięta swój strach, to naj­bar­dziej. Nie odpo­wie­dział, tylko ude­rzył pię­ścią w ścianę. Syk­nął z bólu, a potem wal­nął jesz­cze raz.

Znie­ru­cho­miała. Przy­jemna eks­cy­ta­cja ulot­niła się bez śladu. Grze­bał w jej rze­czach? Szu­kał infor­ma­cji?

Wstała z łóżka i zaczęła zbie­rać ubra­nia. Nie mogła zna­leźć sta­nika, w jego poszu­ki­wa­niu krę­ciła się ner­wowo po pokoju, w końcu uznała, że musi zaj­rzeć pod łóżko. Pomy­ślała z nie­chę­cią o tym, że będzie patrzył, jak goła czołga się po pod­ło­dze, Karim jed­nak stał bez ruchu przy oknie odwró­cony do niej ple­cami. W końcu zna­la­zła sta­nik w jakimś kącie, pokry­wała go cienka war­stwa kurzu. Ze zwi­nię­tymi w kłę­bek ubra­niami ruszyła w stronę łazienki. Dopadł ją tuż pod drzwiami. W pierw­szej chwili poczuła strach. Potem znowu cało­wał jak chło­pak, nie jak męż­czy­zna. Dokład­nie tak, jak tego potrze­bo­wała. Jesz­cze przez chwilę myślała, że to ostatni raz, ale stop­niowo wyco­fała się z tej decy­zji.

Parę dni póź­niej wybrali się z Krzysz­to­fem na zakupy w cen­trum mia­sta. Życie dyplo­maty wyma­gało sta­łego uzu­peł­nia­nia gar­de­roby. Idąc ulicą, minęli grupę gło­śnych męż­czyzn. Jeden z nich wydał jej się bar­dzo podobny do Karima, była wręcz pewna, że to on. Pochy­liła głowę i wbiła wzrok w chod­nik, czuła, że trzęsą jej się kolana.

- Widzisz, Asia. - Głos Krzysz­tofa docho­dził z bar­dzo daleka. - Aśka! Sły­szysz mnie?

Kiw­nęła głową, ale nie pod­nio­sła oczu.

- Widzisz, jak tu się roi od tych pie­przo­nych isla­mi­stów? Tak sobie wyobra­ża­łaś Szwe­cję? Z nie­do­bo­rem blon­dy­nów? Wspo­mnisz moje słowa, Pol­ska jesz­cze dobrze wyj­dzie na tym, że nie pró­buje być mul­ti­kulti.

Zro­biło jej się ciemno przed oczami, aż musiała się na nim moc­niej oprzeć.

- No, ale nie musisz się bać, nie prze­sa­dzaj! W biały dzień nie są groźni - dodał uspo­ka­ja­jąco jej mąż.

- Nie wie­dzia­łam, że jesteś rasi­stą - powie­działa sucho, cho­ciaż dobrze wie­działa, kim pogar­dzał i jak wielu było takich ludzi.

Obru­szył się.

- Żad­nym rasi­stą nie jestem! - W jego gło­sie dało się sły­szeć auten­tyczną urazę. Został nie­spra­wie­dli­wie oskar­żony, on, wzór moral­no­ści, czło­wiek wyż­szej racji. - Mówię tylko, jak jest, i tyle. Co ci znowu odbiło? Co tak bro­nisz tych cia­pa­tych?

Odkąd dość nie­ocze­ki­wa­nie z zastępcy amba­sa­dora stał się chargé d'affa­ires, zmie­niło się w nim wszystko: ton głosu, spo­sób mówie­nia, twarz, gesty. Jed­nak zalą­żek tego, kim był dzi­siaj, tkwił w nim od zawsze. Zda­wała sobie z tego sprawę. To jego zachwy­ca­nie się ludźmi, któ­rzy mieli więk­sze wpływy niż on, ta pogarda dla znaj­du­ją­cych się niżej w hie­rar­chii. Na Ukra­inkę, która sprzą­tała w War­sza­wie ich miesz­ka­nie, nawet nie spo­glą­dał. Była pra­co­wi­tym owa­dem, przy któ­rym wolno mu było cho­dzić bez koszuli. Nikim. Teraz osób, które uwa­żał za nic, było w jego życiu znacz­nie wię­cej, a swoją żonę trak­to­wał jak doda­tek do sta­no­wi­ska wyso­kiego urzęd­nika pań­stwo­wego.

- Nie zależy ode mnie nic. Nic poza wybo­rem koloru szminki i menu - cza­sem mu to mówiła, a Krzysz­tof się wtedy uśmie­chał, jakby usły­szał kom­ple­ment.

Dzień, w któ­rym Sabina dostała wypo­wie­dze­nie z redak­cji tygo­dnika "Nasza Misja", miał na zawsze pozo­stać jed­nym z naj­gor­szych dni jej życia. Nie tylko z powodu utraty pracy. Zaczął się zwy­czaj­nie, Sabina była zwo­len­niczką sta­ran­nej regu­la­cji codzien­no­ści: pobudka o szó­stej trzy­dzie­ści, kawa i tost z szynką, dłu­gie tuszo­wa­nie rzęs, let­nia mary­narka w kolo­rze kości sło­nio­wej. Punk­tu­alne wyj­ście z domu. Ni­gdy się nie spóź­niała.

Od wcze­snych godzin ran­nych upał. Ta sama nie­zno­śna War­szawa. Jeź­dziła do redak­cji auto­bu­sem, dla­tego zmu­szona była prze­trwać pie­kło cią­gną­cych się w nie­skoń­czo­ność Alej Jero­zo­lim­skich, w tym szcze­gól­nie dzia­ła­jący na nerwy przy­sta­nek przy Dworcu Cen­tral­nym, kiedy ludzka masa prze­le­wała się przez dwu­skrzy­dłowe drzwi w naj­bar­dziej nie­sko­or­dy­no­wany spo­sób. Natrętna bli­skość współ­pa­sa­że­rów. Otyli, cuch­nący week­en­do­wym piciem faceci w prze­pa­so­wa­nych mary­nar­kach, roz­ło­ży­ste biu­sty kobiet roz­płasz­czone na cudzych ple­cach, mdląca woń per­fum, odde­chy, świ­dru­jący w uszach kaszel współ­pa­sa­żera z astmą. Sabina napina wszyst­kie mię­śnie, ciało zamie­nia się w mur, jego jedyną funk­cją jest odgro­dze­nie jej od reszty ciał. Sabina nie znosi doty­ka­nia przez obcych. Poza tym od dzie­ciń­stwa cierpi na dzi­waczną przy­pa­dłość: jeśli ktoś wydaje jej się szcze­gól­nie odpy­cha­jący, nie jest w sta­nie prze­stać powra­cać do niego wzro­kiem. Potrafi zada­wać sobie w ten spo­sób tor­tury. Tym razem jej udrę­czone spoj­rze­nie tra­fia na nie­do­my­tego chłop­czyka w bluzce w paski. Jedną ręką trzyma się nogi matki, drugą zawzię­cie dłu­bie w nosie, na któ­rego czubku zaschnięte gile stwo­rzyły pła­sko­rzeźbę. Sabinę aż wstrząsa z obrzy­dze­nia.

Dobrze, że moje dzieci są pra­wie doro­słe, myśli. Słusz­nie było wcze­śnie zacząć.

Dzieci Sabiny. Układ mode­lowy: star­szy syn, młod­sza córka. Jan Paweł, poto­mek ide­alny, dosko­nale zdał maturę i dostał się na wyma­rzone przez rodzi­ców prawo, przy­stojny, czuły dla matki. Po nim - Teresa, lat szes­na­ście, dziecko uparte, cho­dzące wła­snymi dro­gami, kry­tyczne, prze­korne, włó­czące się nie wia­domo gdzie i z kim. Sabina oba­wiała się o jej repu­ta­cję. Znaj­do­wały się w sta­nie cią­głej wojny. Wiele razy poru­szała ten temat ze swoim spo­wied­ni­kiem, księ­dzem Wal­de­ma­rem.

- Nieś wytrwale swój krzyż - radził - pil­nuj córki jak oka w gło­wie. Nie dopuść, by stra­ciła to, co naj­cen­niej­sze dla mło­dej dziew­czyny. Nie pozwa­laj wycho­dzić wie­czo­rami, kon­tro­luj każdy jej krok, zabra­niaj, nakła­niaj do modli­twy. Wiem, że cier­pisz, ale to naj­święt­sza rola matki.

Tak, Sabina była gor­liwą kato­liczką. Nie zasta­na­wiała się nad swoją reli­gij­no­ścią, nie lubiła ana­liz. Była za to dobra w pisa­niu żar­li­wych tek­stów, co bar­dzo doce­niano w redak­cji, bo kato­licki tygo­dnik dla kobiet "Nasza Misja" pro­wa­dził walkę o lep­szą i jesz­cze bar­dziej chrze­ści­jań­ską Pol­skę. Przed­mu­rze.

Do pracy przy­szła o ósmej pięć­dzie­siąt. Więk­szo­ści współ­pra­cow­ni­ków jesz­cze nie było na miej­scu, będą się tak scho­dzić do jede­na­stej, czego Sabina, jako zastęp­czyni naczel­nej, sta­now­czo nie akcep­to­wała.

Zapa­rzyła kawę, lubiła to robić sama. Zamie­niła parę słów z sekre­tarką sze­fo­wej, którą wszy­scy uwa­żali za uoso­bie­nie dobroci i nazy­wali piesz­czo­tli­wie Żabką. Sabina znała ją od bar­dziej aser­tyw­nej strony - była to słodka jak miód ropu­cha, która ni­gdy nie miała czasu na łącze­nie jej roz­mów.

- Pięk­nie pani wygląda w tej sukience, pani Żabko - rzu­ciła kom­ple­ment, zdo­by­wa­jąc się na naprawdę sze­roki uśmiech. - Ni­gdy bym nie pomy­ślała, że paski mogą paso­wać do pani figury - dodała.

Nie była w sta­nie się powstrzy­mać, nawet nie pró­bo­wała. Żabka zro­biła zra­nioną minę i mocno wcią­gnęła brzuch, co uwy­dat­niło jej buło­wate piersi.

- Pro­szę dziś spo­rzą­dzić listę z infor­ma­cją o godzi­nach przyj­ścia do pracy każ­dego z człon­ków redak­cji. Te spóź­nie­nia muszą się wresz­cie skoń­czyć - zmie­niła temat Sabina.

Żabka prze­łknęła ślinę i kiw­nęła głową.

- Tak jest. Listę prze­ka­zać sze­fo­wej? - zapy­tała.

- Nie sze­fo­wej, tylko mnie, ponie­waż to ja wyda­łam pani to pole­ce­nie.

- Oba­wiam się, że nie mogę tego zro­bić bez zgody naczel­nej. - W gło­sie Żabki poja­wił się zasta­na­wia­jąco prze­korny ton.

Sabina przy­glą­dała jej się przez chwilę badaw­czo.

- Pani zdaje sobie sprawę z tego, kim jestem, prawda? - zapy­tała w końcu ostro.

- Tak, oczy­wi­ście - odpo­wie­działa szybko Żabka.

Głos jej drżał i prze­stę­po­wała z nogi na nogę, co uspo­ko­iło Sabinę.

- I rozu­mie pani, że pod nie­obec­ność naczel­nej to ja jestem pani sze­fową?

Żabka ponow­nie kiw­nęła głową.

- To pro­szę przy­go­to­wać dla mnie listę. A tak zupeł­nie szcze­rze i tylko mię­dzy nami powiem pani, że pra­cow­nicz­kom kato­lic­kiej redak­cji nie wypada nosić tak odważ­nych dekol­tów. Dobrze pani wie, że odwie­dzają nas tu także duchowni. Pani sukienka jest bar­dzo ładna, ale nadaje się na dan­sing, a nie do pracy.

Sabina uśmiech­nęła się z nie­skry­waną satys­fak­cją, a potem odwró­ciła na pię­cie i drob­nym, zde­cy­do­wa­nym kro­kiem poma­sze­ro­wała do swo­jego kom­pu­tera. Prze­sad­nie przy tym krę­ciła wąskimi bio­drami - od dziecka była świa­doma wła­snych atu­tów, zwłasz­cza w rela­cji z innymi kobie­tami. Pra­co­wała wła­śnie nad tek­stem o powo­ła­niu mał­żon­ków do płod­no­ści. "Sta­ty­styki dowo­dzą, że prze­siąk­nięte anty­kon­cep­cyj­nym spo­so­bem myśle­nia pary nie mają szans na prze­trwa­nie" - wystu­kała na kla­wia­tu­rze i w tym momen­cie przy­po­mniała sobie, że zapo­mniała dziś wziąć pigułkę. Chwy­ciła torebkę i pobie­gła z nią do toa­lety, żeby za szczel­nie zamknię­tymi drzwiami i po spraw­dze­niu, czy nikogo nie ma w sąsied­niej kabi­nie, wycią­gnąć pła­tek z okrą­głymi tablet­kami. Był zawi­nięty w celo­fan i scho­wany w pudełku po men­to­lo­wych cyga­ret­kach, które zostało wsu­nięte pod pod­szewkę torebki. Naj­lep­sza kry­jówka, jaką potra­fiła wymy­ślić i z któ­rej z powo­dze­niem korzy­stała od wielu lat - każda nowa torebka była naci­nana żyletką w stra­te­gicz­nym miej­scu. Jerzy dostałby zawału, gdyby się dowie­dział, wpadłby w furię, pomy­ślała, choć była świa­doma, że do praw­dzi­wej wście­kło­ści jej mąż nie jest zdolny. Nie wobec niej. Poza tym Sabina tak dobrze pil­no­wała swo­jej tajem­nicy, że nawet się z niej nie spo­wia­dała, tym bar­dziej że była prze­ko­nana, iż jako matka dwójki może sobie udzie­lić dys­pensy. Po wyj­ściu z toa­lety powró­ciła wol­nym kro­kiem do biurka. "Men­tal­ność anty­kon­cep­cyjna każe czło­wie­kowi nie oglą­dać się na Boga w kwe­stii posia­da­nia dzieci, ale czy można mówić o auten­tycz­nej miło­ści, gdy..." - napi­sała i usły­szała za ple­cami cha­rak­te­ry­styczny stu­kot obca­sów Heleny.

Odwró­ciła się i tym razem jej uśmiech nie miał w sobie nic wystu­dio­wa­nego. Helena była jak córka, wpraw­dzie nie z jej łona, ale za to bar­dziej udana i łatwiej­sza do zro­zu­mie­nia niż ta wła­sna. Sabina widziała w młod­szej kole­żance z redak­cji samą sie­bie sprzed kil­ku­na­stu lat i pochle­biało jej, że Helena jest w nią wpa­trzona jak w obraz, że bie­gnie do niej z każ­dym tek­stem spra­gniona komen­ta­rzy, kry­tyki, a cza­sem pochwały, że zwie­rza jej się nawet z roz­te­rek miło­snych jak naj­lep­szej przy­ja­ciółce. Cza­sami uma­wiały się po pracy na wino lub na kawę, były przy tym nie­zwy­kle dys­kretne - po co inni mają gadać, przy­jaźń w redak­cji to mate­riał do naj­gor­szych plo­tek. Już w kawiarni Sabina mościła się wygod­nie w roli osoby doj­rza­łej i speł­nio­nej, która poprzez pracę nad sobą oraz wierną służbę Panu osią­gnęła w życiu wszystko, o co inne kobiety wal­czą, czę­sto bez­sku­tecz­nie, uży­wa­jąc przy tym naj­głup­szych z moż­li­wych spo­so­bów. Gdyby mogła, zamru­cza­łaby z zado­wo­le­nia i wyli­zała z zachwy­tem sta­ran­nie poma­lo­wane paznok­cie. Helena chło­nęła życiowe mądro­ści Sabiny z sze­roko otwar­tymi oczami i psim odda­niem. Sabina nie miała w zwy­czaju się zwie­rzać, ale dla Heleny robiła wyją­tek. Wyja­wiła jej nie­jedną redak­cyjną tajem­nicę. Jedy­nie Hele­nie nie bała się opo­wie­dzieć o nie­ła­twej rela­cji z naczelną, która pra­co­wała w "Nowej Misji" kró­cej niż ona i nie miała połowy jej wie­dzy i kon­tak­tów. Któ­re­goś razu opo­wie­działa jej też o nie­po­ko­jach zwią­za­nych z Teresą.

- Trudno jest być córką dosko­na­łej matki - skwi­to­wała wtedy z powagą Helena. - Może mogła­byś nas ze sobą poznać? Zabiorę Tere­skę do kina i na ciastka, wytłu­ma­czę jej różne sprawy. Ja do każ­dego umiem dotrzeć.

Wła­śnie wtedy, ten jeden, jedyny raz, w gło­wie Sabiny zapa­liła się ostrze­gaw­cza lampka, jed­nak szybko wyłą­czyła ją z kon­taktu, bo Helena zmie­niła już temat i ponow­nie dekla­ro­wała zachwyt dla men­torki.

Helena była brat­nią duszą i Sabina nie ukry­wała, że cie­szy się, widząc ją tak wcze­śnie z rana w redak­cji. Jej pro­te­go­wana nie róż­niła się od reszty zatrud­nio­nych i zazwy­czaj także przy­cho­dziła do pracy na jede­na­stą. Cóż, wia­domo, ryba psuje się od głowy, a naczelna nie poja­wia się w redak­cji przed połu­dniem.

- Dobrze cię widzieć, Helenko - powie­działa. - Może znaj­dziemy dziś czas, żeby prze­dys­ku­to­wać tematy do następ­nego numeru? Chcia­ła­bym cię namó­wić na wywiad z księ­dzem Chro... - Sabina nie skoń­czyła, bo Helena prze­śli­zgnęła się obok jej biurka, poka­zu­jąc ręką, że nie może roz­ma­wiać, a potem poma­sze­ro­wała pro­sto do gabi­netu naczel­nej. Żabka, która stała przy kse­ro­ko­piarce, wyko­nała na jej widok coś w rodzaju dygnię­cia. Sabina nie wie­rzyła wła­snym oczom. Nie zauwa­żyła też, że naczelna przy­szła dziś do pracy z samego rana. Dzieje się coś dziw­nego. Czyżby Helenka wpa­dła w kło­poty?

Przez chwilę Sabina zasta­na­wiała się, czy wstać i inter­we­nio­wać, ale nie trwało to długo, bo pode­szła do niej Żabka. Oparła się o sze­roki kant biurka z ciem­nego drewna i jej roz­ło­ży­ste, mięk­kie bio­dra roz­lały się jesz­cze bar­dziej na boki.

- Sze­fowa pro­siła, żeby popro­sić panią na roz­mowę - powie­działa.

Miała w oczach bez­gra­niczny, spo­cony smu­tek. Być może redak­cyjna legenda na temat jej dobrego serca zawie­rała w sobie ziarnko prawdy.

Sabina w jed­nej chwili poczuła ści­ska­nie żołądka i czer­woną falę adre­na­liny, która na moment prze­sło­niła jej pole widze­nia. Zro­biła się rów­no­cze­śnie mała i bar­dzo wielka, pewna swego i pozba­wiona wpływu.

Nie­na­wi­dziła naczel­nej od pierw­szego spo­tka­nia, jej uma­lo­wane czer­woną szminką, ści­śnięte w ciup usta śniły jej się po nocach, ale Sabina nie nale­żała do osób, które łatwo zastra­szyć. Na ogół potra­fiła ukry­wać tę utrud­nia­jącą pracę anty­pa­tię wymie­szaną ze sporą dawką zazdro­ści, ale jej dys­kre­cja nie miała tutaj żad­nego zna­cze­nia. W tej grze wszyst­kie asy znaj­do­wały się i tak w rękach Moniki Pitek.

Pitek była mistrzy­nią trud­nej sztuki cią­głego acz dys­kret­nego i przez to trud­nego do udo­wod­nie­nia mob­bo­wa­nia pod­wład­nych, wir­tu­ozerką obra­ża­nia się bez powodu i rów­nie nie­uza­sad­nio­nych oraz nagłych wybo­rów ulu­bie­nic. Każdy dzień w redak­cji zale­żał od wahań jej zmien­nych humo­rów. Do per­fek­cji dopro­wa­dziła też sztukę eks­plo­ata­cji. Była ele­gancka, miała kon­takty, szczy­ciła się uda­nym życiem rodzin­nym i - rzecz jasna - była wyjąt­kowo pobożna. Opo­wia­dano, że każ­dego ranka idzie na mszę i to wła­śnie jest powo­dem jej późno roz­po­czy­na­nych dni pracy. Mówiono też, że ma zna­jo­mo­ści w świe­cie poli­tyki i na kościel­nej górze. W pew­nym sen­sie Monika Pitek była Sabiną do kwa­dratu, Sabiną młod­szą, bar­dziej zadbaną i dzie­sięć razy bar­dziej bez­względną.

Tym razem powi­tała swoją zastęp­czy­nię naj­słod­szym z uśmie­chów, poka­zu­jąc równe ząbki dziew­czynki. Następ­nie wystu­dio­wa­nym gestem wypie­lę­gno­wa­nych dłoni popra­wiła sztywną fry­zurę. Rów­nie słodko uśmie­chała się do sie­dzą­cej już w gabi­ne­cie Heleny, która nawet nie pod­nio­sła wzroku. Tkwiła na swoim krze­śle jak zaklęta z pochy­loną głową i przy­gry­zioną górną wargą. Naczelna popro­siła Sabinę, żeby usia­dła, zało­żyła nogę na nogę, zapy­tała, jak dzieci i czy cie­szy się na urlop, poczę­sto­wała ją kawą i droż­dżo­wym cia­stem, po które, jak wyja­śniła, pani Żabka z samego rana bie­gała do pobli­skiej pie­karni, opo­wie­działa kilka aneg­dot, paro­krot­nie wybu­chła per­li­stym śmie­chem i była w tak dobrym nastroju, że Sabina doszła do wnio­sku, iż zna­la­zły się fun­du­sze na wystar­to­wa­nie nowego dodatku dla mło­dych mam. Po pół­go­dzi­nie ton głosu Pitek spo­waż­niał, nieco ściem­niał, wbiła wzrok w śro­dek czoła swo­jej zastęp­czyni i zaczęła kolejne prze­mó­wie­nie:

- Droga pani Sabino - pra­co­wały ze sobą trzy lata, ale nie prze­szły na ty, Pitek nie lubiła się fra­ter­ni­zo­wać - pani wkład w roz­wój naszego tygo­dnika i jego liczne suk­cesy jest tak duży, że należy się pani za to nie­jedna nagroda. Szcze­gól­nie doce­niam fakt, że poświę­ciła pani wiele czasu na wspie­ra­nie zawo­do­wego roz­woju współ­pra­cow­ni­ków.

Pitek pocią­gnęła nosem i przez kilka dłu­gich sekund wpa­try­wała się w prawe ramię sie­dzą­cej obok Heleny.

- Nie­stety, jak się pani orien­tuje, sytu­acja na rynku pra­so­wym nie jest dobra...

Zawie­siła zna­cząco głos, odchrząk­nęła i przez moment bez więk­szego entu­zja­zmu kru­szyła pal­cami obu rąk leżący na tale­rzu kawa­łek cia­sta. W gło­wie Sabiny wył alarm prze­ciw­lot­ni­czy.

- Z tego powodu - cią­gnęła naczelna - zmu­szeni jeste­śmy do daleko idą­cych oszczęd­no­ści i likwi­da­cji sta­no­wi­ska zastępcy redak­tora naczel­nego.

Sabina otwo­rzyła usta, ale Pitek dała jej znak ręką, żeby mil­czała, i Sabina, zupeł­nie jak nie ona, posłu­chała. Szu­ka­jąc ratunku, zer­k­nęła na sie­dzącą obok Helenę, ale ta przy­glą­dała się z uwagą swoim cie­li­stym raj­sto­pom, a prze­mó­wie­nie Pitek ewi­dent­nie nie sta­no­wiło dla niej zasko­cze­nia.

- Znam pani tro­skę o tygo­dnik, więc wiem, że poczuje pani ulgę, wie­dząc, iż dzięki temu, że od dawna wpro­wa­dzała pani w taj­niki naszej pracy sie­dzącą tu panią Helenę Pie­kar­ską, nasza młoda, zdolna redak­torka jest dziś pra­cow­niczką wysoce wykwa­li­fi­ko­waną i wła­śnie zgo­dziła się prze­jąć wszyst­kie pani obo­wiązki bez dodat­ko­wego wyna­gro­dze­nia.

W tym momen­cie Pitek stuk­nęła ręką w stół, a na jej trój­kąt­nej twa­rzy poja­wił się sze­roki uśmiech.

- Można więc powie­dzieć, że w prak­tyce na­dal będę miała zastęp­czy­nię, choć for­mal­nie nie będzie się ona tak nazy­wała. Czy czuje się pani uspo­ko­jona? Nasza umowa zostaje roz­wią­zana w try­bie natych­mia­sto­wym z powodu likwi­da­cji sta­no­wi­ska, ale jeśli chcia­łaby się pani odwo­łać od tej decy­zji, możemy zmie­nić zapis i zarzu­cić pani wie­lo­krotne zła­ma­nie tajem­nicy zawo­do­wej, o czym może zaświad­czyć obecna tu pani kole­żanka. Pani Heleno?

Helena kiw­nęła pota­ku­jąco głową i powró­ciła do oglę­dzin swo­ich raj­stop. Potem wszystko poto­czyło się szybko i spraw­nie niczym w trak­cie zwol­nień na Wall Street. Po godzi­nie onie­miała Sabina stała na chod­niku przed swoją byłą pracą z foliową torbą zamiast tek­tu­ro­wego pudła, do któ­rej udało jej się wepchnąć kilka zupeł­nie teraz nie­po­trzeb­nych papie­rów.

Sofia Söderberg sie­działa po turecku na pła­skiej skale tuż nad wodą. Poru­szała szybko ustami. Wygo­lony na pałę rybak po dru­giej stro­nie jeziora, który przez chwilę zer­kał na nią przez lor­netkę, pokrę­cił głową i prze­klął. Nie lubił Szwe­dek. Iry­to­wały go.

- Mocna jak stal i opa­no­wana, muszę być mocna - powta­rzała Sofia.

Mówiła po pol­sku. Do nie­dawna nazy­wała się zresztą Zofia Sko­czy­las, a jej rodzice pocho­dzili ze wsi na wschód od Wro­cła­wia, tej samej, w któ­rej miesz­kali żona i dzieci rodaka po dru­giej stro­nie jeziora. W prze­ci­wień­stwie do Zofii rybak prze­by­wał w Szwe­cji tym­cza­sowo, przy­je­chał z kole­gami, któ­rych można byłoby nazwać pra­cow­ni­kami sezo­no­wymi, gdyby dla więk­szo­ści z nich sezon nie trwał całymi latami. Gnieź­dzili się w wypeł­nio­nych prze­kleń­stwami opa­rach testo­ste­ronu, w imi­granc­kim blo­ko­wi­sku w dziel­nicy Fisksätra. Całe dnie, łącz­nie z sobo­tami, spę­dzali na odna­wia­niu domów w Saltsjöbaden i Saltsjö-Duvnäs, albo dalej na Lidingö, w skórę dłoni wże­rała im się farba, wyglą­dały na wyta­tu­owane białą, nie­re­gu­larną kre­ską. Wie­czo­rami wra­cali do cuch­ną­cego skar­pe­tami i piwem miesz­ka­nia, palili fajki pro­sto z ojczy­zny i liczyli czas do ponow­nych odwie­dzin w swoim kraju - tej skar­bonce na prze­sy­łane żonom pie­nią­dze.

Matka i ojciec Sofii też nie­czę­sto powra­cali do rodzin­nych stron. Nie było pie­nię­dzy, czasu, oka­zji. Nale­żeli do pierw­szego poko­le­nia, które prze­nio­sło się do mia­sta i skoń­czyło stu­dia. Wsty­dzili się wsi. Sporą część życia poświę­cili udo­wad­nia­niu, że są lepsi od swo­ich korzeni, a ich córka kon­ty­nu­owała tę tra­dy­cję. Szwedzki mąż Kjell nie musiał jej nama­wiać do zmiany nazwi­ska. Sama prze­kształ­ciła imię. W ten spo­sób została ponow­nie stwo­rzona w ulep­szo­nej, szwedz­kiej wer­sji. Wysta­wiła twarz do słońca i spró­bo­wała nie myśleć, ale szybko z tego zre­zy­gno­wała i ponow­nie otwo­rzyła oczy. Pła­ska skała pod jej udami była gładka i cie­pła od słońca, prze­ci­nało ją kilka ciem­nych pęk­nięć. Wycho­dziły z nich zawsze pra­co­wite, ciężko obła­do­wane mrówki. Poło­żyła palec wska­zu­jący na dro­dze jed­nej z nich, mrówka pró­bo­wała go wymi­nąć, ale kiedy prze­szkoda ponow­nie prze­cięła jej ścieżkę, wspięła się na nią, ześli­zgnęła w dół i powę­dro­wała dalej. Siłaczka. Zofia pomy­ślała, że sama prze­stała nią być. Życie z Kjel­lem pozwo­liło jej na odpo­czy­nek. Nie musiała już wal­czyć o prze­trwa­nie, chwy­tać się ogłu­pia­ją­cych prac, prze­pro­wa­dzać z miej­sca na miej­sce. Jej mąż był męż­czy­zną, w któ­rym wszystko wyda­wało się wykoń­czone i ukształ­to­wane, przy­po­mi­nał dobrze zre­da­go­wany tekst, zamknięty pro­jekt, sta­ran­nie wyre­mon­to­wany przez pol­ską ekipę dom. Miał okre­ślone poglądy i pewne prze­ko­na­nia. Z paru rze­czy był jed­no­znacz­nie dumny. Ze szwedz­kiej demo­kra­cji, w któ­rej może i słusz­nie upa­try­wał wyjąt­ko­wego modelu, z bycia zaan­ga­żo­wa­nym ojcem i femi­ni­stą. Miał pie­nią­dze, które zresztą zawdzię­czał nie pracy, ale pocho­dze­niu, pewne, stare pie­nią­dze - poję­cie pra­wie nie­znane w pol­skim słow­niku.

Nie potra­fiła sobie uło­żyć rela­cji z jego cór­kami. Jesz­cze parę dni temu uwa­żała to za dra­mat, teraz było jej wszystko jedno.

- Tato, skoro nie ma cię jutro w Sztok­hol­mie, powiedz Sofii, żeby mnie ode­brała rano z pły­walni - powie­działa parę mie­sięcy temu Sanna.

Miała sto sie­dem­dzie­siąt cen­ty­me­trów wzro­stu, ufar­bo­wane na czarno włosy z bia­łymi odro­stami i tatuaż w kształ­cie ważki na pra­wej łydce.

- Możesz mnie o to sama popro­sić - odpo­wie­działa auto­ma­tycz­nie Sofia, pod­no­sząc oczy znad gazety.

Znaj­do­wali się we trójkę w kuchni, pochy­lony nad drew­nia­nym bla­tem Kjell wyra­biał cia­sto na chleb. Domowe pie­czywo było jego nową pasją, z łatwo­ścią ule­gał eko­lo­gicz­nym modom, a chleb na zakwa­sie był jedną z nich. Sanna od paru minut stała przy otwar­tej lodówce. Nie odwró­ciła głowy w stronę Sofii.

- Pro­szę, tato, poroz­ma­wiaj z nią. Mnie boli głowa, idę się poło­żyć.

Zanim wyszła, odwró­ciła się, rzu­ciła Sofii prze­cią­głe spoj­rze­nie i uśmiech­nęła się z wyż­szo­ścią.

Tak zaczęła się ulu­biona zabawa dziew­czy­nek Kjella, pełna nie­spo­dzia­nek i nagłych zwro­tów gra w wyklu­cza­nie tej trze­ciej. Trzeba przy­znać, że ten rodzaj dziew­czę­cych roz­ry­wek Sofia znała dobrze z wła­snego dzie­ciń­stwa.

- Kjell, to się musi skoń­czyć. Nie rozu­miesz, jak się czuję, kiedy twoje córki komu­ni­kują się ze mną za twoim pośred­nic­twem, i to nawet wtedy, kiedy jeste­śmy razem?! - pró­bo­wała mu tłu­ma­czyć parę dni póź­niej, kiedy pochy­lał się mania­kal­nie nad kolej­nym wła­sno­ręcz­nie wyra­bia­nym cia­stem.

- Sofia, kocha­nie - odpo­wie­dział z nie­zmą­co­nym spo­ko­jem, żad­nego wra­że­nia nie zro­bił na nim huk zatrza­ski­wa­nych z furią drzwi na górze ani wrzask jego córek, które wła­śnie zaczęły się kłó­cić. - Bądź cier­pliwa. Sanna i Julia to nasto­latki. Ich rodzice roz­wie­dli się, ich ojciec ma nową żonę, co tydzień prze­pro­wa­dzają się z domu do domu...

- Na twoje wła­sne życze­nie! - prze­rwała Sofia. - Prze­cież to ty uwa­żasz, że tak jest wspa­niale. Gdyby to zale­żało ode mnie lub od two­jej byłej żony...

- Oczy­wi­ście, że tak jest naj­le­piej - odpo­wie­dział mono­ton­nym gło­sem Kjell, uno­sząc przy tym do góry białą od mąki rękę jak pra­wiący kaza­nie pastor. - Sanna i Julia muszą się tylko do cie­bie przy­zwy­czaić.

- Miały już na to rok.

- Nie­długo będzie lepiej.

- Kjell! Na razie to z dnia na dzień jest gorzej!

Kiedy młod­sza od Sanny Julia prze­cho­dziła obok Sofii, jej długi koń­ski ogon bujał się na boki jak waha­dło zegara. Za każ­dym razem, gdy włą­czała się do roz­po­czę­tej przez star­szą sio­strę gry w "Sofii tutaj nie ma", na jej twa­rzy błą­kał się uśmiech.

- Cześć, tato! - mówiła, wra­ca­jąc ze szkoły. - Powiedz Sofii, że... - zaczy­nała.

Nie­ważna była treść prze­kazu, istotę rze­czy sta­no­wiło pod­kre­śle­nie braku racji ist­nie­nia kobiety, która śmiała wpro­wa­dzić się do domu ich ojca.

Jesz­cze parę dni temu Sofia nie była w sta­nie o tym spo­koj­nie myśleć. Pobyt w let­niej daczy rodziny Söderbergów, w mod­nym kuror­cie San­dhamn, nie popra­wił sytu­acji. Był tylko chwi­lo­wym zawie­sze­niem broni. Zda­rzyło się kilka dni, kiedy dziew­czyny zacho­wy­wały się nor­mal­nie i dopu­ściły Sofię do swo­jej wspól­noty z ojcem. Któ­re­goś wie­czoru przez parę godzin grali we czwórkę w scrab­ble, żar­to­wali i prze­ko­ma­rzali się jak praw­dziwa rodzina. Zofia była wnie­bo­wzięta, ale szybko prze­ko­nała się, że jej entu­zjazm był przed­wcze­sny. Następ­nego dnia rano sio­stry zacho­wy­wały się tak, jakby spek­ta­ku­larne prze­ła­ma­nie lodów ni­gdy nie nastą­piło. Powró­ciły do swo­jego:

- Tato, powiedz Sofii, że wró­cimy z plaży przed wie­czo­rem.

Jakoś prze­żyła wspólne dwa tygo­dnie. Sanna i Julia miały w San­dhamn paczkę przy­ja­ciół, z któ­rymi znały się od dzie­ciń­stwa, więc spę­dzały dużo czasu poza domem. Kjell za dnia usi­ło­wał zara­zić żonę pasją do gry w golfa, a wie­czo­rami zabie­rał ją do restau­ra­cji lub na spo­tka­nia z przy­ja­ciółmi. W San­dhamn zbie­rali się w lipcu jego zna­jomi z cza­sów stu­diów na uni­wer­sy­te­cie w Uppsali, z któ­rymi widy­wał się wła­ści­wie tylko latem. Zofia na­dal była dla nich nowa, czuła się przez to jak na sce­nie, na któ­rej bez­u­stan­nie trzeba udo­wad­niać, że zasłu­żyło się, by zagrać swoją rolę. Ponow­nie była imi­grantką. Wyda­wało jej się, że jest w ich oczach ubogą krewną z post­ko­mu­ni­stycz­nej pro­win­cji, taką, co to łapie męż­czy­znę z lep­szego świata i się po nim pnie jak bluszcz, wspina się po jego ple­cach, by zro­bić karierę i zapew­nić sobie finan­sowe bez­pie­czeń­stwo. Wszy­scy byli dla niej uprze­dza­jąco mili, żony kole­gów Kjella wycią­gały ją na wspólne spa­cery i bab­skie kola­cje, pod­czas któ­rych jedna przez drugą kom­ple­men­to­wały jej szwedzki. Zamiast się z tego cie­szyć, prze­ły­kała ze ści­śnię­tym gar­dłem ślinę, uśmiech roz­cią­gał jej usta w sztyw­nym gry­ma­sie, była inna, była cudzo­ziemką, nie przy­na­le­żała. Miała świa­do­mość, że pew­nie jest prze­czu­lona i przy­pi­suje ludziom poglądy, któ­rymi nie grze­szą, ale pozor­nie nie­winne "ale mia­łaś szczę­ście, że spo­tka­łaś Kjella!" zosta­wiało po sobie gorzki smak i nie­po­kój, któ­rego nie czuła już tak czę­sto w ich sztok­holm­skim śro­do­wi­sku.

Udo­bru­chane słoń­cem Sanna i Julia zacho­wy­wały się cał­kiem przy­zwo­icie. Dopiero w dro­dze powrot­nej do Sztok­holmu doszło do awan­tury.

- Tato, jestem głodna - powie­działa Sanna, kiedy tylko zeszli z promu w Stavsnäs i wsie­dli do samo­chodu, który przez ostat­nie tygo­dnie cze­kał na nich cier­pli­wie na tanim par­kingu.

- Zaraz będziemy w domu - odparł Kjell.

- Tato, zatrzy­majmy się gdzieś na obiad - zawtó­ro­wała Julia.

- Zro­bimy po dro­dze zakupy i ugo­tu­jemy w domu - powtó­rzył Kjell. - Mam ochotę na pie­czo­nego łoso­sia. A wy?

- Nie­na­wi­dzę łoso­sia - upie­rała się Sanna. - Jeśli tak, to odwieź nas od razu do mamy.

- Ale z mamą umó­wi­li­śmy się na jutro. - Kjell nie tra­cił cier­pli­wo­ści ani dobrego humoru.

- Dzwo­nię do mamy! - wrza­snęła Sanna. - Nie będziesz nas gło­dził!

Sofia do tej chwili podzi­wiała kra­jo­brazy za oknem i liczyła w myślach do stu, żeby się nie dener­wo­wać, ale teraz nie wytrzy­mała.

- Uspo­kój­cie się! Sanna, prze­stań szan­ta­żo­wać ojca! Jak chcesz, to kupimy po dro­dze pizzę - powie­działa spo­koj­nie, ale zde­cy­do­wa­nie.

Rzadko anga­żo­wała się w kon­flikty męża z cór­kami, więc po tych sło­wach zapa­dła na kilka chwil cisza i zapa­no­wała kon­ster­na­cja. Sofia pomy­ślała z zado­wo­le­niem, że może to jest wła­śnie spo­sób na dziew­czynki. Poka­zać im gra­nice, nie pobła­żać we wszyst­kim. W tym momen­cie Sanna wrza­snęła z furią:

- Nie będziesz mnie wycho­wy­wać, ty pol­ska przy­błędo! Sprzą­tać u nas możesz, a nie nami rzą­dzić!

- Sanna! - krzyk­nął Kjell, ale naj­wy­raź­niej nie wie­dział, co powie­dzieć dalej, bo zaci­snął zęby i tylko ści­snął moc­niej kie­row­nicę.

- Chcemy jechać do mamy! - wrza­snęła Julia. - Ty i tak wolisz od nas swoją Polkę! Pol­ską sprzą­taczkę!

Kjell się­gnął po tele­fon, podał go Sofii i popro­sił, żeby wykrę­ciła numer jego byłej żony, Marianne. Zamie­nił z nią kilka słów. Usta­lili, że Sanna i Julia pojadą pro­sto do miesz­ka­nia matki na Östermalm. Zofia wysia­dła po dro­dze, nie­da­leko domu. Była tak wstrzą­śnięta, że następ­nego dnia wsta­wała z łóżka tylko po to, by pobiec do ubi­ka­cji. Kilka razy zwy­mio­to­wała, była pewna, że ma to pod­łoże psy­chiczne. Kjell zaglą­dał do niej do pokoju i tłu­ma­czył bez końca, że Sanna i Julia to nasto­latki, że prze­cho­dzą trudny okres, że wszystko się ułoży, że ich zacho­wa­nie z pew­no­ścią nie ma nic wspól­nego z wro­gim nasta­wie­niem do obco­kra­jow­ców ani z pogar­dli­wym sto­sun­kiem do Polek, a już na pewno nie do niej samej, nawet jeśli mogła tak pomy­śleć. Sanna i Julia, jak to dziew­czyny w ich wieku, świet­nie wyczu­wają naj­słab­sze punkty doro­słych, z któ­rymi wojują. Doj­rze­wają, są zbun­to­wane, to chyba nor­malne, no jakie mają być?

- Przy­znaj, Sofia, że to rozu­miesz. - Wpa­try­wał się w nią wzro­kiem pro­wa­dzo­nego na rzeź, kula­wego konia.

Mil­czała. Kjell wes­tchnął, przez chwilę nad czymś się zasta­na­wiał, a potem kiw­nął głową, jakby potwier­dzał wła­sną decy­zję.

- Ni­gdy ci o tym nie mówi­łem... - zaczął i zawie­sił głos - ale Marianne też ma z nimi ogromne pro­blemy. - Kiedy wypo­wia­dał imię byłej żony, drgnęła, ale nie zmie­niła wyrazu twa­rzy. - Mówiła mi, że w kłót­niach potra­fią być dla niej okrutne. Sanna powie­działa ostat­nio matce, że już zawsze będzie sama, bo się brzydko sta­rzeje. Wyobra­żasz to sobie?! Ale zarówno Marianne, jak i ja wiemy, że dziew­czynki zacho­wują się w ten spo­sób, bo w ich życiu zaszły wiel­kie zmiany, a poza tym trudno jest dziś być nasto­latką. - Ton jego głosu świad­czył o tym, że sam upo­rczy­wie prze­ko­nuje sie­bie, że ma rację.

Nawet nie sta­rała się go słu­chać. Była zamknięta w pozba­wia­ją­cej odde­chu kap­sule wła­snego ciała. Zacho­dziły w nim pro­cesy, nad któ­rymi nie miała żad­nej kon­troli.

Gładka tafla jeziora przy­ciąga jak magnes i cho­ciaż humory córek Kjella nie mają już żad­nego zna­cze­nia, Zofia i tak ma ochotę znik­nąć pod wodą, scho­wać się i już ni­gdy nie wysu­nąć głowy na powierzch­nię. Znów siada po turecku, pro­stuje plecy, kła­dzie ręce na kola­nach i prze­ma­wia do sie­bie tonem wyro­zu­mia­łej nauczy­cielki. To długi wywód.

- Będziesz musiała doko­nać wyboru, ale prze­cież nie doko­nasz go sama. Masz męża, który cię kocha i który z pew­no­ścią osza­leje z rado­ści. Twoje życie zostało upo­rząd­ko­wane, zna­la­złaś wła­sne miej­sce. Star­sze od cie­bie kobiety rodziły zdrowe dzieci. Nie ma żad­nych powo­dów do nie­po­koju. Nie sądzi­łaś, że czeka cię to w życiu, ale naj­wy­raź­niej nie mia­łaś racji. Ciesz się, Zofio!

Dwa dni temu kupiła w końcu test cią­żowy, w zasa­dzie po to, by wyklu­czyć ewen­tu­al­ność, o któ­rej z góry wie­działa, że jest nie­praw­do­po­dobna. Prze­ma­wiały prze­ciw niej pre­zer­wa­tywy, o któ­rych ni­gdy nie zapo­mi­nali, tyło­zgię­cie macicy (swego czasu gine­ko­lo­dzy wyra­żali pew­ność, że sta­nie się przy­czyną trud­no­ści z zaj­ściem w ciążę), no i cokol­wiek by mówić - wiek. Mówiąc wprost, czter­dzie­ści jeden lat to nie jest czas łatwych zapłod­nień.

- Ciesz się... Sofio - mówi, tym razem szep­tem.

Coraz wyraź­niej czuje, że ostat­nią osobą, którą chcia­łaby teraz poin­for­mo­wać o swoim sta­nie, jest Kjell. Sięga po komórkę i pospiesz­nie wystu­kuje numer Adama, a potem rów­nie szybko kasuje nie­za­czętą roz­mowę. Przez chwilę koły­sze tele­fon na dłoni. Naj­pro­ściej byłoby zadzwo­nić do Mii, ale Mia pew­nie teraz medy­tuje gdzieś na Goa - jej sztok­holm­ska przy­ja­ciółka po roz­wo­dzie wyru­szyła samot­nie w podróż życia. Zofia długo patrzy przed sie­bie. W końcu bar­dzo powoli, cele­bru­jąc każdy ruch, wybiera numer Joanny. Nie ode­zwała się do niej ani razu, odkąd Joanna parę mie­sięcy temu zadzwo­niła i jed­nym tchem powie­działa, że tym­cza­sowo mieszka w Sztok­hol­mie, a stara przy­jaźń nie rdze­wieje, więc może mogłyby umó­wić się kie­dyś na kawę i nad­ro­bić wszyst­kie lata.

- Ode­zwij się do mnie, Zośka, jeśli znaj­dziesz czas. Naprawdę się za tobą stę­sk­ni­łam!

Wypo­wie­działa te słowa pozor­nie lek­kim tonem, ale Zofia sły­szała, że gdzieś w poło­wie zadrżał jej głos.

Poczuła wtedy nie­przy­jemny skurcz żołądka.

- Wiesz, że zmie­ni­łam imię i nazwi­sko? - zapy­tała tro­chę bez sensu.

- Wiem! To dla­tego było mi tak trudno do cie­bie dotrzeć, ale w końcu, jak sama sły­szysz, udało mi się zdo­być twój numer, opo­wiem ci, jak do tego doszłam, kiedy się spo­tkamy - Joanna mówiła szybko, jakby sta­rała się zdą­żyć, nim Zofia rzuci słu­chawkę.

- Zadzwo­nię, obie­cuję. Jest tylko parę spraw, któ­rymi muszę się naj­pierw zająć - powie­działa.

Była wtedy pewna, że nie dotrzyma słowa, ale teraz wybiera jej numer i kiedy włą­cza się poczta gło­sowa, zosta­wia krótką wia­do­mość:

- Cześć, Asia, tu Zośka. Zadzwoń, jeśli masz ochotę na kawę w mie­ście.

Asia, Sabina i Zosia. W dziew­czyń­skiej przy­jaźni trójka to nie jest dobra liczba. Trójka ozna­cza, że trzeba zacho­wać czuj­ność i bro­nić wła­snej pozy­cji, bo któ­raś zawsze wylą­duje poza orbitą. Dla­tego ni­gdy nie opusz­czała ich pod­skórna rywa­li­za­cja. Ni­gdy od niej nie odpo­czy­wały.

- Sie­dzę w ławce z Zosią. Prawda, Zosia? Umó­wi­ły­śmy się, że usią­dziemy razem, jesz­cze w czerwcu - słowa ozna­cza­jące wyrok.

Sabina trium­fo­wała, Zosia dosta­wała rumień­ców z satys­fak­cji, że została wybrana, a Asia ze spusz­czoną głową kie­ro­wała się w stronę wol­nego miej­sca obok przy­pad­ko­wej kole­żanki. Cze­kał ją semestr, a może i rok bycia obok, bycia gorzej poin­for­mo­waną. Z tru­dem prze­ły­kała łzy.

Nie­koń­cząca się walka o pierw­szeń­stwo w obma­wia­niu tej trze­ciej.

Obga­dy­wa­nie dawało wła­dzę i chwi­lowe poczu­cie bli­sko­ści.

- Aśka, przy­się­gnij, że nikomu nie powiesz. Wiesz, że tata Sabiny znowu się od nich wypro­wa­dził? Tylko pro­szę, uda­waj, że nic nie wiesz. Sabina strasz­nie się na mnie obrazi, jak się dowie, że ci powie­dzia­łam. A do cie­bie to już się wtedy ni­gdy nie ode­zwie. Wiesz, jaka ona jest.

Patrzyły sobie w oczy. Kiwały gło­wami. Nastę­po­wał czas peł­nego poro­zu­mie­nia.

- Sabina, a ty wiesz, że Zośka śpi w jed­nym łóżku z bra­tem? On się boi, jak jest ciemno, i ich mama kazała, żeby prze­no­sił się wtedy na tap­czan Zosi. To jakieś zbo­czone, nie? Ale pro­szę, Sabina, nie mów jej, że wiesz, dobra? - Asia uśmie­chała się, widząc pło­mień cie­ka­wo­ści w oczach Sabiny.

Znowu była górą. Nie miało już zna­cze­nia, z kim Sabina sie­dzi w ławce. Ale poza tym były trzy. We trzy było łatwiej.

Kiedy tra­fiły do har­cer­stwa, uparły się, że ich zastęp musi nosić nazwę Hekate - imię grec­kiej bogini o trzech obli­czach, opie­kunki kobiet i roz­staj­nych dróg, któ­rej posągi usta­wiano na roz­dro­żach, żeby chro­niła podróż­nych przed demo­nami. Doda­wało im to sił, były jak Hekate - trzy, ale złą­czone w jed­ność. Inne dziew­czynki nie wie­działy, że cały zastęp nosi imię ku czci Asi, Sabiny i Zosi. Wypro­wa­dziły je w pole. To była sta­ran­nie skry­wana tajem­nica. Jak wiele innych.

Zda­rzało się więc, że liczba trzy była dobra, wyjąt­kowa. Podob­nie bywało z tajem­ni­cami. Więk­szość z nich łasko­tała w brzuch, o więk­szo­ści można było szep­tać na szkol­nym kory­ta­rzu, zasła­nia­jąc usta ręką i roz­glą­da­jąc się demon­stra­cyj­nie wokół, tak żeby wszy­scy zauwa­żyli, że ma się coś do ukry­cia. Coś, o czym mogą wie­dzieć tylko one trzy. Asia, Sabina i Zosia. Potra­fiły stać za sobą murem. Nie­straszna im była świr­nięta gruba Ewka, która z byle powodu rzu­cała się na kogo popa­dło z pię­ściami i pazu­rami, a była tak silna, że kiedy raz zwa­liła się potęż­nym ciel­skiem na Kaśkę i zaczęła bić ją po gło­wie, Kaśka dostała wstrzą­śnie­nia mózgu. Ewka była dru­go­roczna i zacho­wy­wała się jak córka pija­ków, cho­ciaż miała bar­dzo miłą mamę, o któ­rej wszy­scy naj­pierw myśleli, że jest jej bab­cią. Na kory­ta­rzach szkol­nych plot­ko­wano, że Ewka jest z domu dziecka, a jej rodzice wcale nie są jej rodzi­cami i wzięli ją do sie­bie, gdy ich doro­sły syn wypro­wa­dził się z domu. Ewka musiała być za stara na takie zmiany, bo na nie­wiele się zdało, że nowa mama szyła jej ładne sukienki i plo­tła war­ko­cze. Ewka nie została grzeczną dziew­czynką i miała w sobie tak straszną złość, że kiedy wpa­dła w furię, to mogła zabić. Zwłasz­cza jeśli ktoś, jak Kaśka, zawo­łał za nią: "Znajda! Znajda!".

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki