Wstęp
Szanowne! Szanowni!
Większość tekstów, które zebrałem w tej książce, powstała jeszcze w dwudziestym wieku. Postanowiłem je odrodzić, aby nie przepadły; w internecie nic nie ginie. Pisałem je na maszynie do pisania. Najmłodsza generacja nie ma, oczywiście, pojęcia, czym jest "maszyna do pisania", bo dzisiejsze pokolenie natychmiast po urodzeniu od razu loguje się na smartfonie i małymi paluszkami biega po klawiaturze, pisząc powieść kryminalną albo grając w jakąś pasjonującą grę.
Sześćdziesiąt lat temu mój Ojciec, Tadeusz, wraz z Mamą, Wacławą, podarowali mi z jakiejś okazji małą, walizkową maszynę do pisania o nazwie Kolibri. Mam ją do dzisiaj. Zwiedziła ze mną cały świat. To na niej pisałem relacje z Egiptu, Syrii, z podróży dookoła świata na "Zawiszy Czarnym", różne reportaże, publicystyki, felietony, powieści i opowieści.
Oczywiście, nie tylko maszyna Kolibri była moim narzędziem pracy. Miałem i inne maszyny, w tym potężną Optimę, w którą mogłem uderzać nawet pięściami. Nigdy nie nauczyłem się pisać wszystkimi palcami, i przestałem już nawet próbować.
Od wielu lat pracuję na komputerze. Wszystkie teksty, jakie umieściłem na dalszych stronach, przepisałem na twardy dysk z pożółkłych już nieco kartek, wystukanych przed laty na maszynie do pisania.
...Były lata osiemdziesiąte ubiegłego stulecia. Wiązana, tekturowa teczka, zapełniająca się nowymi tekstami moich opowiadań, skłoniła mnie do tego, aby udać się do odpowiedniego wydawnictwa. Miałem już na swoim koncie kilka wydawnictw książkowych, w tym dwie nagrodzone powieści dla młodzieży. Sporządziłem zatem zbiór opowieści morskich, który zatytułowałem: "Bal trytonów". Po telefonicznym kontakcie pojechałem.
Kobieta, ubrana w czerwony kostium, przyjęła ode mnie pękatą teczkę, wyraziła żywe zainteresowanie tematem i obiecała skontaktować się ze mną po otrzymaniu recenzji od fachowców.
Po jakimś czasie odebrałem kopertę. Dwaj niezależni od siebie recenzenci rzetelnie wykonali swoją pracę. Mój krwawy trud i wysiłek potraktowali z obrzydzeniem i oburzeniem. Stwierdzili, że nie mam bladego pojęcia o niebezpiecznej i szlachetnej pracy marynarzy, a dodatkowo kpię sobie z nich i naśmiewam się z ich wad i niedoskonałości. Obydwaj zmieszali mnie z błotem i poradzili, abym zajął się czymś bardziej pożytecznym. Stwierdzili kategorycznie, że podnosząc rękę na szlachetne, piękne i trudne życie marynarzy daję dowód swojej ciasnoty umysłowej, ignorancji i wrodzonej złośliwości.
Klnąc wściekle, miarowo uderzałem głową w kaloryfer, aby pobudzić ten ciasny, zaściankowy, wsteczny umysł do jakiegoś pomysłu. Miałem świadomość, że ten umysł, ukształtowany, niestety, w czasach kwitnącego, a potem dogorywającego socjalizmu, ma ograniczone możliwości.
Znając jednak doskonale procedury wydawnicze, poprosiłem o trzecią opinię.
Pani, która ją przygotowała, stwierdziła, że teksty są znakomite, napisane z werwą i radością, brakuje takich na polskim rynku wydawniczym, są zabawne, surrealistyczne i nietuzinkowe. Zaleciła przygotowanie do druku większości opowieści i ruszenie do pracy jak najszybciej.
Mam tę recenzję do dzisiaj. Dwie poprzednie, zresztą, też. Ich lektura, której oddaję się raz na kilka lat, zawsze jest dla mnie motywem do refleksji. Wydawnictwo przysłało gotową umowę i poinformowało mnie, że mam szybko dokonać uzupełnień według załączonych wskazówek i brać się do dzieła.
A potem wydawnictwo padło.
Wiele opowiadań drukowałem w gazetach i czasopismach.
Jak dzisiaj, po latach, oceniam te teksty? Z sentymentem. I krytycznie. Niejedno bym zmienił, przeredagował, skrócił. Zostawiłem je jednak w oryginale. Minęło trzydzieści, czterdzieści i więcej lat. Wielu ludzi i wiele wydarzeń odeszło w przeszłość. A co zostaje w nas na zawsze? Może wspomnienia, a może emocje? Bohaterowie naszego życia, pozytywni i negatywni, wiernie przy nas trwają. To z takiej materii zbudowany jest świat każdego z nas.
Czasy bardzo się zmieniły. Teraz każdy może napisać książkę i kilkoma kliknięciami, bez kosztów, umieścić ją w sieci, sformatować lejek sprzedaży i stać się własną księgarnią czy sklepem. Ba: zaprzyjaźniasz się ze sztuczną inteligencją AI i zlecasz jej napisanie opowiadań według twoich - lub jej - wskazówek i wytycznych oraz zilustrowanie ich odpowiednimi grafikami.
Dziś, po latach, postanowiłem dokonać selekcji i ożywić klimat tamtych emocji.
Wielu ludziom z mojego życia zadedykowałem, z imienia i nazwiska, poszczególne opowieści. Tutaj, w tej książce, oraz w sercu i pamięci.
Dobrze bawiłem się przy pisaniu, dobrze bawię się, przygotowując niniejszy zbiorek. Miałem intencję, aby, bawiąc się słowem, zachować poprawny język polski.
Dziś technika komputerowa umożliwia samodzielne opracowanie, wraz z graficznym, własnej książki w formie papierowej, ebooka czy audiobooka. Ilustracje stworzyła Sztuczna Inteligencja Canva.
Teraz zostawię Was sam na sam z tekstami.
Żagle staw!!!
Wybór
To opowiadanie ukazało się drukiem w Tygodniku Marynarki Wojennej "Bandera" w numerze pierwszym w 1970 roku. Byłem wówczas na drugim roku studiów na Wydziale Dowódczym Wyższej Szkoły Marynarki Wojennej w Gdyni. Kilka lat później znalazłem się w składzie zespołu redakcyjnego tego tygodnika.
Dedykuję kapitanowi marynarki Kazimierzowi Suchockiemu i bosmanowi Marianowi Cubanowi.
Od wyjazdu z Warszawy Bogdan nie mógł opanować przygnębienia, chociaż upłynęły już ponad dwie godziny. Siedział sam w przedziale, mógł wyciągnąć nogi, rozluźnić pas... i zasnąć. Głowa pękała mu od nadmiaru myśli. "Powinienem się właściwie cieszyć" - tłumaczył sobie.
W październiku zeszłego roku otrzymał powołanie do wojska. Jako mieszkaniec wielkiej Warszawy otrzaskany był z ruchem, z dużym tempem życia wielkomiejskiego społeczeństwa, przyzwyczajony do wielu wygód... Niełatwo mu było rozstać się z rodzicami, z młodsza siostrą. Żal mu było także kolegów z klubu dzielnicowego, dla których był wprost bezcennym skarbem: uznawali go za mistrza perkusji. Błyskawicznie chwytał wszelki rytm, robił to ze smakiem i swobodą. Grał z nimi już trzeci rok. Zespół noszący nazwę "Post Scriptum" spotkał się z niezwykłym zainteresowaniem.
Po przyjeździe do Centrum Szkolenia zapomniał o kumplach i "Post Scriptum". Zajęć było moc, szkolenie unitarne przebiegało w tempie, do którego musiał się przyzwyczaić. Potem, na okręcie, było już lżej. Mógł teraz zająć się swoimi zainteresowaniami.
Bardzo szybko przewodniczący zarządu Koła Młodzieży Wojskowej rozszyfrował jego pociąg do muzyki. Poprosił go do siebie.
- Słyszałem, Cieślicki - powiedział - że w cywilu grałeś na bębnach. Spróbuj więc teraz postawić na nogi nasz okrętowy zespół muzyczny, któremu brak perkusisty.
Bogdanowi nie trzeba było tego dwa razy proponować. Już następnego dnia trzymał w dłoniach nie najlepsze wprawdzie, ale oryginalne pałeczki. Pragnął dać z siebie wszystko, aby nikt nie myślał, że jest przeciętnym grajkiem. Próba wypadła doskonale. Koledzy z uznaniem poklepywali go po ramionach, gratulowali mistrzowskiej gry.
Był szczęśliwy. Niczego więcej nie brakowało mu w tym momencie. Pragnął teraz tylko zrobić z przygodnych grajków, znalezionych wśród członków załogi, prawdziwy zespół, o którym mówiliby szeroko we flocie.
Kilka dni później zrobił swoistą naradę produkcyjną, a przy tym sprawdzian umiejętności swoich muzyków.
- Rozpoczynamy robotę - mówił. - Wydaje mi się, że przy intensywnym ćwiczeniu i treningach już w najbliższym czasie będziemy mogli wystąpić publicznie. Najpierw występ dla całej załogi, potem dla zespołu naszych okrętów, a następnie... No, później to już poleci.
Jego zapał porwał chłopców. Padło pytanie: jak nazwiemy ten nasz zespól?
- "Post Scriptum" - zaproponował bez wahania i nieco zaskoczył tym kolegów. Zaraz jednak zatwierdzono nazwę.
Zastępca dowódcy okrętu do spraw politycznych obiecał zespołowi wszelką pomoc w skompletowaniu sprzętu. W chwilach wolnych członkowie zespołu, zamiast pójść do miasta, siedzieli w świetlicy okrętowej i grali. Pracy było bardzo dużo, lecz z biegiem czasu rezultaty osiągali coraz lepsze. Wreszcie postanowili pokazać, czego potrafią dokonać. Kadra i załoga, zebrani w świetlicy, z dużym zainteresowaniem wysłuchali godzinnego prawie występu. Pochwałom dla kierownika i muzyków nie było końca. Bogdan był z tego szczerze dumny.
Któregoś dnia otrzymał rozkaz wyjazdu na swój pierwszy, tak wyczekiwany urlop. Wsiadł do pociągu.
Trzy dni minęły bardzo szybko. Ale w ciągu tego czasu zdarzyło się coś, co zaważyło na najbliższych planach Bogdana, przede wszystkim zaś na... muzykowaniu.
Poznał dziewczynę, studentkę czwartego roku filologii polskiej. Miała na imię Wanda. Niewysoka. Duże, niebieskie oczy. Regularny owal twarzy, delikatnie zarysowane kości policzkowe. Na jej ramiona opadały puszyste, miękkie, o lekkim, przyjemnym zapachu włosy. Zachwycała go jej niezwykle zgrabna, filigranowa postać. Bał się do niej nazbyt zbliżyć, jakby nie chciał uszkodzić jej figurki jakby z chińskiej porcelany.
Kiedy Bogdan ją żegnał przed wyjazdem, dostrzegł łzy w jej oczach. Był wstrząśnięty, a jednocześnie szczęśliwy. Przez wiele tygodni pisał listy - długie i namiętne. Niepokoiły go tylko dwie rzeczy. Pierwsza - Wanda nie znosiła walenia w bębny oraz brzdąkania na elektrycznej gitarze. Wszyscy członkowie zespołów, podobnych do "Post Scriptum", byli w jej opinii zdyskwalifikowani. Problem drugi - Wanda była od niego starsza o dwa lata. Nigdy jej tego nie powiedział w obawie, aby nie uznała go za smarkacza.
Zawsze, gdy zasiadał przy perkusji, miał przed oczyma twarz Wandy: zagniewaną, ilekroć powracał do drażliwego tematu gry w zespole.
W październiku otrzymał kolejny list. Zaszokował go główny temat: "Nie chcę, abyś tłukł w te twoje bębny". Był załamany. Wiedział, że zbliżają się święta, że wykorzysta urlop uzyskany w nagrodę, i że zobaczywszy się z nią będzie musiał powrócić do tego tematu. Wiedział również, że nie potrafi okłamać Wandy. Chłopcy zauważyli jego coraz mniejszy entuzjazm i zamknięcie się w sobie. Długo się zastanawiał. W początkach grudnia zrezygnował z grania w zespole. Koledzy odsunęli się od niego, listy od Wandy nie były już tak regularne, jak poprzednio. Nie miał wyboru: musiał tak postąpić.
Zostały dwa dni do Sylwestra. Napisał do niej, że pragnie z nią, i tylko z nią, spędzić tę najweselszą noc w roku. Otrzymał odpowiedź, z której nie można było niczego wywnioskować.
W domu znalazł się wieczorem. Rodzice i siostra nie byli zachwyceni jego nerwowym nastrojem, położyli to jednak na karb zmęczenia. Cały dzień poprzedzający Sylwestra poświęcił na poszukiwanie miejsca na zabawę noworoczną. Konsumpcja była wszędzie bardzo droga, w końcu jednak udało mu się znaleźć coś odpowiedniego. Postanowił, że pójdzie po Wandę tuż przed balem.
Do Grójeckiej miał spory kawałek drogi: trochę pieszo, trochę tramwajem. Wszedł od podwórka, otoczonego kilkoma smukłymi, bezlistnymi o tej porze roku topolami. Jeszcze parę stopni, jeszcze jeden... już! Stał dłuższą chwilą pod drzwiami. Serce waliło mu mocno w piersi z nerwowego napięcia. Uspokoiwszy się nieco, zadzwonił.
Otworzyła mu drzwi starsza, miła pani.
Mama... Ukłonił się grzecznie i spytał o Wandę.
- Ależ proszę - odpowiedziała.
Wszedł do ciemnego przedpokoju. Z prawej strony stało duże lustro, ujęte w staromodne, rzeźbione ramy. Powiesił półpłaszcz i nacisnąwszy klamkę wszedł do wskazanego przez panią Rydz pokoju.
Pomieszczenie było skromne, lecz schludne. Nie zawierało wiele mebli: wąska kanapa, mała szafka na książki, stolik ze świeżymi kwiatami w wazonie. Pokój nie był pusty. Przy oknie stał średniego wzrostu, barczysty brunet, o wesołych, figlarnych oczach. Ocenił jego wiek na dwadzieścia pięć, sześć lat. Lewą rękę włożył do kieszeni, w prawej trzymał papierosa.
Wanda była jakby zaskoczona wizytą Bogdana. Była w połyskliwej, wieczorowej sukni; oczy delikatnie podmalowane zieloną kredką, na szyi sznur zielonych korali.
On też nie spodziewał się spotkać kogoś u Wandy. Nie wiedział, co ze sobą począć. Dziewczyna wstała z krzesła i przedstawiła sobie obu mężczyzn. Wymienili grzecznościowe zwroty i rozpoczęli rozmowę, o byle czym. Bogdan zdecydował się powiedzieć o kartach wstępu na Sylwestra. Odpowiedziała na to niepewną miną, spoglądając na wesołego bruneta.
- Właściwie, to mam propozycje również od... Jurka - rzekła. - Na chwilę panów przeproszę, a wy ustalcie, z kim mam pójść. Może zagracie w orła i reszkę?
Bogdan nie poznawał jej. Siedział, jak wmurowany, spoglądając na drzwi, zamykające się za Wandą. Kiedy wróciła, rzekł do niej, siląc się na swobodny ton:
- Życzę wam przyjemnej zabawy. Będziesz, myślę, zadowolona, gdy ci powiem, że skończyłem z graniem!
Tłumiąc wzburzenie i żal wyszedł na mroźne, orzeźwiające powietrze.
Do domu wrócił po paru godzinach. W milczeniu spakował walizkę i mimo protestów domowników pojechał na dworzec. Wsiadł do niemal całkowicie pustego pociągu relacji Warszawa - Gdynia. Za oknem padał drobny śnieg. Do Działdowa nie był w stanie zmrużyć oka. Dopiero później opanowało go znużenie. Wsłuchiwał się w usypiające staccato kół, które wiozły go do kolegów i zaczarowanych pałeczek, do własnej osobowości i wewnętrznej równowagi.