Rozdział 3
ŻOŁNIERZE ZNANI JAKO "DZIECI WARSZAWY"
Sierpień-wrzesień 1939
Wraz z dojściem do władzy Adolfa Hitlera Niemcy podjęły próbę zaleczenia ran, jakie zadała ich zbiorowej dumie klęska w I wojnie światowej. Nazistowska filozofia opierała się na przesłance wyższości rasy germańskiej nad innymi rasami, zwłaszcza Żydami i Słowianami, których uważano za podludzi. Pod rządami Hitlera Niemcy rozpoczęli intensywny program remilitaryzacji i rozbudowy sił zbrojnych, konsekwentnie stosując taktykę zastraszania sąsiadów. W marcu 1939 roku, wbrew porozumieniu z Monachium, zajęli Czechosłowację, co spowodowało, że Francja i Wielka Brytania zaczęły odchodzić od dotychczasowej polityki ugody. Kiedy wiosną 1939 roku naziści nasilili antypolską kampanię propagandową, stało się jasne, że Hitler żywi wrogie zamiary również wobec wschodniego sąsiada.
Polska znalazła się w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Z chwilą wkroczenia Niemców do Czechosłowacji stanęła w obliczu rasowego i politycznego wroga nie tylko na granicy zachodniej i północnej, gdzie jedynie wąski skrawek polskiego wybrzeża oddzielał Rzeszę właściwą od Prus Wschodnich, lecz również na granicy południowej. W latach wielkiego kryzysu niepodległa Rzeczpospolita Polska wytężała wszystkie siły, by podźwignąć się ze zniszczeń wojennych i stworzyć nowoczesne państwo. Mimo pilnych potrzeb w zakresie szkolnictwa, przemysłu i infrastruktury znaczna część polskiego budżetu szła na obronę. Ale nawet przekazując ponad 50 procent całkowitego dochodu narodowego na zbrojenia, Polska nie mogła dotrzymać kroku agresywnemu sąsiadowi. Polskie wydatki na obronę w latach 1936-1939 stanowiły mniej niż 10 procent tego, co Niemcy przeznaczyły na swoje siły powietrzne w samym tylko 1939 roku.
Kiedy Niemcy zażądały "powrotu" Wolnego Miasta Gdańska do Rzeszy, Francja i Wielka Brytania zaniepokoiły się rosnącą potęgą Hitlera. Chociaż Polska odrzuciła francuskie i brytyjskie sugestie dotyczące układu ze Związkiem Sowieckim, alianci zawarli z nią traktaty o wzajemnej pomocy. Polacy najwyraźniej nie zamierzali się ugiąć przed żądaniami Hitlera, a nowi sojusznicy zachęcali ich do oporu. Zagraniczni eksperci, patrząc na mapy, przewidywali, że Polacy, pozbawieni w swoim równinnym kraju naturalnych linii obronnych, oddadzą większość terytorium, wycofają się za główne rzeki i będą bronić tylko rejonu centralnego. Taka strategia była dla Polaków nie do przyjęcia. Nie chodziło tylko o wielkie przywiązanie emocjonalne do morza i polskiego Śląska, lecz również o to, że tam znajdowała się większość zasobów przemysłowych kraju. Pozostawienie tych obszarów bez obrony umożliwiłoby Hitlerowi zajęcie Polski kawałek po kawałku. Wielka Brytania i Francja udzieliły Polsce gwarancji, że w razie niemieckiej napaści przyjdą jej z pomocą. Ufni w zapewnienia sojuszników Polacy przygotowywali się na to, co miało nastąpić.
Doroczne manewry letnie armii polskiej zostały odwołane z powodu pogarszającej się sytuacji politycznej. Dwudziestego drugiego sierpnia pułkownik Sosabowski otrzymał rozkaz powrotu wraz ze swoim pułkiem do Warszawy. Stawiwszy się następnego ranka w Cytadeli, ujrzał gorączkowe przygotowania. Tej nocy stolicą wstrząsnęła wiadomość o podpisanym w Moskwie pakcie o nieagresji, który zapoczątkował sojusz pomiędzy Hitlerem a Stalinem. Sosabowskiemu przekazano zarządzenia mobilizacyjne, które miały wejść w życie następnego dnia, dwudziestego czwartego sierpnia. Mobilizacja powszechna jeszcze nie została ogłoszona; Brytyjczycy i Francuzi domagali się jej odłożenia, aby nie prowokować Niemców. 8 Dywizja Piechoty, w której skład wchodził pułk "Dzieci Warszawy", otrzymała rozkaz wymarszu na północ, ku granicy z Prusami Wschodnimi.
Późnym popołudniem dwudziestego szóstego sierpnia Sosabowski dokonał przeglądu swoich żołnierzy. Po dwudziestu pięciu latach doświadczeń wojskowych, wszechstronnego szkolenia, ćwiczeń i studiów w szkole wyższej pułkownik był pewny siebie i swoich ludzi. Rozpoczęli nocny marsz do Opinogóry, na wojnę, która wydawała się coraz bardziej prawdopodobna.
Kiedy "Dzieci Warszawy" posuwały się w stronę granicy, większość okrętów polskiej marynarki wojennej wymknęła się z trudnej do obrony Gdyni i popłynęła do Anglii. Samoloty polskich sił powietrznych przeniosły się na zaimprowizowane lotniska polowe z dala od głównych baz. Francuzi i Brytyjczycy wciąż sprzeciwiali się ogłoszeniu przez rząd polski mobilizacji powszechnej w obawie przed sprowokowaniem Hitlera. Wbrew jednak życzeniom aliantów Polacy dyskretnie przeprowadzili mobilizację za pośrednictwem poczty.
Trzydziestego pierwszego sierpnia niemiecki pancernik "Schleswig-Holstein", przebywający z "kurtuazyjną" wizytą w Gdańsku, podniósł kotwicę i popłynął w głąb portu. W przygranicznym mieście Gleiwitz (Gliwice), niedaleko koszar 75 pułku piechoty w Rybniku, niemiecki program radiowy został nagle przerwany. Rozległy się strzały, a chwilę później "polscy" żołnierze chwycili za mikrofon i wygłosili po polsku orędzie polityczne; potem nadajnik zamilkł. Przybyłym następnego ranka na miejsce "ataku" dziennikarzom pokazano zwłoki w polskim mundurze. Napastnikami byli w rzeczywistości esesmani, a zwłoki należały do więźnia obozu koncentracyjnego, uśmierconego zastrzykiem i porzuconego w pobliżu rozgłośni radiowej jako dowód polskiej prowokacji.
O 4.45 pierwszego września "Schleswig-Holstein" otworzył ogień do polskiej składnicy amunicji Westerplatte w porcie gdańskim. W ciemnościach przedświtu ciężko obładowane samoloty przekroczyły polską granicę i zaczęły bezlitośnie bombardować zarówno cele wojskowe, jak i cywilne. O świcie wzdłuż całej granicy rozległ się ryk dieslowskich silników i zgrzyt metalu, kiedy niemieckie czołgi ruszyły do natarcia. Od strony Prus Wschodnich niemiecka 3 Armia, składająca się z trzech dywizji piechoty, Dywizji Pancernej "Kempf" i brygady kawalerii, wdarła się na północne Mazowsze i zaatakowała jednostki polskiej Armii "Modlin". Pod osłoną bombowców nurkujących Ju-87 Stuka, rozdzierających powietrze przeraźliwym wyciem, 3 Armia uderzyła na polską 20 Dywizję Piechoty, zajmującą fortyfikacje przygraniczne w Mławie. Po ciężkich walkach Niemcom udało się dokonać jedynie niewielkiego wyłomu, lecz polskie pozycje w Mławie z trudem wytrzymywały napór przeważających sił.
Świt tego historycznego wrześniowego dnia zastał 21 pułk piechoty w rejonie Ościsłowa. Po otrzymaniu rozkazu mobilizacji, co nastąpiło osiem dni wcześniej, żołnierze pułku przebyli sto pięćdziesiąt kilometrów w ciągu pięciu dni. Spędziwszy pozostałe trzy dni na budowaniu fortyfikacji polowych, teraz korzystali z zasłużonego odpoczynku. Pułkownik Sosabowski czynił ostatnie przygotowania, a pułk dostał świeże konie.
Następnego dnia "Dzieci Warszawy" pozostały na swoich pozycjach. Wszędzie panował spokój, tylko klucze nieprzyjacielskich bombowców przelatywały na wysokim pułapie w kierunku Warszawy. Dowódca dywizji wezwał dowódców pułków do swojej kwatery na ostatnią odprawę. 20 Dywizja walczyła o życie na granicy, ponosząc i zadając ciężkie straty. Niemieckie jednostki pancerne i zmotoryzowane przedarły się przez polskie linie i parły na Warszawę. Tej nocy 8 Dywizja miała wyruszyć z odsieczą 20 Dywizji i kilka godzin przed zmierzchem rozpoczął się wymarsz. 21 pułk piechoty osłaniał lewą flankę.
O świcie żołnierze dotarli do Koziczyna. Pułkownik Sosabowski martwił się rozmieszczeniem jednostek dywizji. Protestował przeciw wielkim lukom między batalionami, a nawet pułkami, i narzekał na brak łączności z jednostkami sąsiednimi. Kazano mu jednak podporządkować się rozkazom. Terkot karabinów maszynowych obwieścił, że patrole wysłane przed kolumną marszową natknęły się na nieprzyjaciela. Pułkownik podjechał konno w tamtą stronę i zobaczył przemykających wśród drzew żołnierzy w szarozielonych mundurach. Niebawem do nieprzyjacielskich karabinów maszynowych dołączyły moździerze i artyleria. Prosto z marszu, bez wsparcia artylerii, 21 pułk przypuścił brawurowy szturm i udaremnił niemieckie natarcie.
Pułkownik Sosabowski był dumny ze swoich ludzi. Walki toczyły się cały dzień, a doświadczony dowódca obserwował jednostkę przez lornetkę. Był pod wrażeniem postawy oficerów i podoficerów. Pod ogniem zachowywali spokój, a zainspirowani ich przykładem żołnierze spisywali się doskonale. Polacy nie wiedzieli, że ich dywizja natknęła się na niemiecką 12 Dywizję Piechoty "Pommern" i zatrzymała jej natarcie w kierunku Warszawy. Ale "Dzieci Warszawy" były u kresu sił. Pułk poniósł znaczne straty i pilnie potrzebował wsparcia. O zachodzie słońca Sosabowski zatelefonował do sztabu dywizji i uzyskał obietnicę, że o 22.00 przybędzie świeży batalion. Był to ostatni raz, kiedy sztab obiecał mu posiłki.
Zapadła noc i nad pozycjami 21 pułku zaczęły przelatywać samoloty, a zewsząd dobiegały odgłosy walk i warkot silników czołgowych. Najwyraźniej odcięty Sosabowski zarządził dwukilometrowy odwrót na lepsze pozycje obronne. Marsz rozpoczął się o 3.30, a o świcie żołnierze się okopali. "Dzieci Warszawy" znalazły się na otwartym terenie; najbliższą osłonę stanowił opinogórski las. Na południu unosił się dym; to płonął Ciechanów, który, o czym Sosabowski nie wiedział, zdążyła już zająć niemiecka kolumna zmotoryzowana.
Trzeciego września Francja i Wielka Brytania wreszcie wypowiedziały Hitlerowi wojnę, dając mu trzy dni na wycofanie się z Polski. Luftwaffe siała spustoszenie, bombardując i ostrzeliwując zarówno żołnierzy, jak i cywilów. Oprócz niszczonych bezlitośnie miast głównymi celami były linie kolejowe. Na skutek późno ogłoszonej mobilizacji i bombardowania sieci transportowej wielu rezerwistów zabłądziło i nie zdołało dołączyć do swoich jednostek. Niemcy, stosujący taktykę wojny błyskawicznej, przecięli "polski korytarz" i dokonali licznych wyłomów w polskich liniach obronnych. Kolumny pancerne Wehrmachtu szybko zbliżały się do Warszawy.
Pułkownik Sosabowski miał poważne problemy: jego pułk był odcięty, wyczerpany walkami i wielodniowym marszem, a żołnierze nie jedli od dwudziestu czterech godzin. Ryzyko przejścia jedenastu kilometrów przez otwarty teren pod osłonę lasu wydawało się sensowniejsze niż oczekiwanie na niepewną pomoc czy wykrycie przez Niemców. Żołnierze wyruszyli w pełnym świetle dnia.
Po drodze mogli się naocznie przekonać, jaki los spotkał 8 Dywizję. Sosabowski nie miał pojęcia, co się stało z resztą jej składu. Niemiecka 1 Brygada Kawalerii i Dywizja Pancerna "Kempf" rozbiły Mazowiecką Brygadę Kawalerii, która osłaniała lewą flankę 8 Dywizji. Kontynuując natarcie, Niemcy zmiażdżyli wszystkie jej jednostki z wyjątkiem 21 pułku piechoty. "Dzieci Warszawy" mijały porzucony sprzęt: karabiny, działa i amunicję, w większości zdatne do użytku. Pułkownik Sosabowski był przerażony. Przypominało to sceny, które oglądał ponad dwadzieścia lat wcześniej, kiedy dwa imperia, carskie i kajzerowskie, starły się na polu bitwy. Różnica polegała na tym, że teraz była to polska klęska. Sosabowski wziął się w garść i przeszedł wzdłuż szeregów, rozmawiając z podkomendnymi i podnosząc ich na duchu. W obawie przed atakiem powietrznym żołnierze uparcie szli naprzód. Kiedy dotarli do Lekowa, ostatniej wioski przed lasem, do Sosabowskiego podszedł kapitan ze sztabu dywizji. Zasalutował i oznajmił, że pułkownik jest teraz dowódcą tego, co pozostało z 8 Dywizji.
Wokół wioski zebrały się resztki jednostek 8 i 20 Dywizji. Razem stanowiły odpowiednik czterech batalionów piechoty, dwóch dywizjonów artylerii i dwóch kompanii tankietek. Sosabowski miał teraz pod swoim dowództwem pięć tysięcy wyczerpanych i pobitych ludzi. Brakowało żywności, a jedyne informacje, jakimi dysponowali, pochodziły od chłopów, którzy opowiadali, że w okolicy jest mnóstwo niemieckich czołgów.
Las mógł być schronieniem tylko przez kilka godzin. Po zarządzeniu krótkiego odpoczynku Sosabowski wtajemniczył dowódców jednostek w swoje plany. Celem grupy, podzielonej na dwie kolumny, z których każda miała pięć kilometrów długości, a w jej skład wchodziły działa, tankietki i tabory, było dotarcie do Modlina. W tej krytycznej sytuacji tradycyjna polska doktryna taktyczna, przewidująca przemieszczanie się nocą, miała tym większe znaczenie. Za wszelką cenę należało unikać kontaktu z nieprzyjacielem.
Aby nie dopuścić do paniki, którą mogłaby wywołać przypadkowa strzelanina, Sosabowski rozkazał żołnierzom wyjąć zamki z karabinów i nieść je w kieszeniach. Cały zbędny sprzęt miał być systematycznie niszczony, a do sztabu Armii "Modlin" wysłano dwóch gońców na rowerach. Osłaniana przez kawalerię kolumna ruszyła. W raporcie napisanym w 1945 roku major Stefan Obrębowski, dowódca 3 batalionu 21 Dywizji Piechoty, złożył hołd swoim ludziom:
Postawę żołnierzy, pomimo forsownego marszu oraz braku żywności i snu, można określić tylko jako wspaniałą, morale wzorowe; żadnej niesubordynacji, żadnego porzucania sprzętu. Żołnierzami zdawała się powodować własna i nieprzymuszona wola. Szli w milczeniu, wierzyli, że zaistniała sytuacja jest tymczasowa i że jeszcze nadejdzie ich godzina. Rozkazy były wykonywane chętnie i bez ociągania. Dowódcy kompanii szli przez cały czas pieszo, swoje konie oddali wyczerpanym strzelcom. Pomagali nieść ekwipunek, jedli na końcu i kładli się spać dopiero wtedy, kiedy zatroszczyli się o żołnierzy.
O wschodzie słońca piątego września kolumny dotarły do Zalesia. Zarekwirowano żywność, jaka pozostała w wiosce, i wydano ludziom pierwszy od czterdziestu ośmiu godzin posiłek. Żołnierze ulokowali się w chałupach i stodołach, żeby odpocząć przed nocnym marszem.
Tej nocy grupa Sosabowskiego przekroczyła Wkrę i spaliła za sobą mosty. Z powodu braku paliwa czołgiści zamierzali zniszczyć swoje pojazdy, lecz szczęśliwym trafem na opuszczonym lotnisku znalazło się kilka beczek benzyny. W oddali rozległy się strzały, kiedy straże przednie napotkały niemiecki patrol, lecz walkę szybko przerwano, ponieważ trzeba było ruszać dalej. O świcie grupa Sosabowskiego natknęła się na dwie ciężarówki z zaopatrzeniem, przysłane z Modlina. Dowodzący nimi porucznik zapewniał, że droga na Modlin jest otwarta. Ponieważ ciężarówki najwyraźniej się przedostały, Sosabowski postanowił się nie zatrzymywać, tylko kontynuować marsz.
Pułkownik Sosabowski i jego grupa dotarli do Modlina siódmego września, po czterech dniach przedzierania się przez niemieckie linie. Podczas gdy twierdza przygotowywała się do odparcia szturmu wroga, Sosabowski pojechał do Jabłonny złożyć raport. Potem ruszył do Warszawy, żeby poszukać kuchni polowych swojego pułku i sprawdzić, jak się miewa rodzina. Podróż okazała się przygnębiająca. Wioski i osady po drodze, porzucone przez ogarniętych paniką cywilów, były zbombardowane. Ciała mężczyzn, kobiet i dzieci oraz trupy zwierząt leżały niepogrzebane, rozkładając się na słońcu. Na poboczach walały się sterty rzeczy osobistych, a grupy uciekinierów, widząc przejeżdżającego oficera, dopytywały się o wiadomości. Drogę do Warszawy wskazywały kłęby czarnego dymu na horyzoncie.
W samym mieście świadectwa okrucieństw wojny, która zwaliła się na głowy niewinnych cywilów, stały się jeszcze bardziej wstrząsające. Z pięknych niegdyś domów, teraz wypalonych lub obróconych w sterty gruzu, dobywał się wstrętny odór. Ludzie na ulicach byli brudni i patrzyli na Sosabowskiego pustym wzrokiem. Warszawa stała się celem bombardowań lotniczych od pierwszego dnia wojny. Po przybyciu do Cytadeli Sosabowski odkrył, że są tam jego kuchnie polowe. Wróciły do Warszawy, kiedy 8 Dywizja została rozbita. Natychmiast rozkazał im dołączyć do reszty pułku w Modlinie. W domu na Żoliborzu pułkownik dowiedział się, że żona i siostra opuściły miasto. Nikt nic nie słyszał o jego synu Stanisławie, przydzielonym do służby w pociągu sanitarnym.
W ósmym dniu września położenie Polski było krytyczne. Łączność między Sztabem Generalnym a dowódcami w polu, utrzymywana za pośrednictwem przeciążonych sieci telefonicznych i telegraficznych, funkcjonowała źle i zerwała się zupełnie, kiedy sztab ewakuował się z Warszawy. Kraków padł, a większość polskich armii poszła w rozsypkę. Zmechanizowane dywizje niemieckie błyskawicznie wyprzedzały polskich żołnierzy, którzy poruszali się na własnych nogach bądź konno. Dzięki nadludzkim wysiłkom dowódcom w polu udawało się czasem pozbierać rozbite resztki jednostek frontowych w zorganizowane grupy. W zaciekłych walkach polskie straże tylne osłaniały odwrót towarzyszy. Resztki Armii "Modlin" miały bronić potężnej napoleońskiej fortecy o tej samej nazwie i powstrzymać Niemców nacierających na Warszawę z Prus Wschodnich. "Dzieci Warszawy" otrzymały rozkaz wycofania się do macierzystego miasta i wzmocnienia jego obrony.
Ósmego września czołgi niemieckiej 4 Dywizji Pancernej zapuściły się już na ulice warszawskiej dzielnicy Ochota. Dwa dni później podjęły próbę przebicia się do centrum Warszawy. Niemcy koncentrowali siły wokół miasta, lecz pierścień okrążenia jeszcze się nie zamknął. Dziesiątego września 21 pułk piechoty, wzmocniony kompanią karabinów maszynowych i innymi jednostkami 8 Dywizji, wyruszył z Modlina do Warszawy. Mimo protestów pułkownika Sosabowskiego marsz odbywał się w ciągu dnia. Dowódca prowadził kolumnę zdecydowanie, a po nalocie sztukasów, podczas którego ponad dwudziestu ludzi zostało zabitych, a kilkudziesięciu rannych, zdołał podjąć na nowo marsz w ciągu godziny. Późnym popołudniem pułk osiągnął linię Struga-Zielonka, gdzie zajął pozycje obronne. Trzy dni później, trzynastego września, otrzymał rozkaz przejścia na Pragę na wschodnim brzegu Wisły.
We wczesnych godzinach rannych czternastego września podkomendni Sosabowskiego zaczęli zajmować ulice Grochowa. Minęli pomnik żołnierzy swojego pułku, którzy w lutowych mrozach sto osiem lat wcześniej zatrzymali tam armię cara idącą na stolicę. Pułkownik Sosabowski dostał wsparcie w postaci dwóch batalionów 336 pułku rezerwy piechoty i dywizjonu artylerii. Miał rozkaz nie dopuścić Niemców do mostów Poniatowskiego i Kierbedzia w centrum miasta. Na polach z 1831 roku stała teraz gazownia, wielkie fabryki i miejskie rzeźnie. Przestrzenie między nimi wypełniały bloki mieszkalne, domy i sklepy. Żołnierze natychmiast przystąpili do budowy barykad z ziemi i gruzu. Na skrzyżowaniu ulicy Międzyborskiej i alei Waszyngtona wykorzystali redutę ziemną, która miała stanowić wysunięty punkt oporu. Najważniejszym obszarem obrony były otwarte tereny na południowym wschodzie i laski na obrzeżach Saskiej Kępy, ciągnące się wzdłuż rzeki. Amunicja do broni ręcznej nie stanowiła problemu, gdyż w sektorze obronnym Sosabowskiego, przy ulicy Mińskiej 25, mieściła się fabryka amunicji Pocisk, brakowało natomiast amunicji artyleryjskiej. Pułkownik zainstalował swój punkt dowodzenia na Jagiellońskiej 4, w fabryce Motolot, która wytwarzała wcześniej części do samolotów, i czekał.
Bombardowanie, które nastąpiło rankiem piętnastego września, było cięższe niż zwykle. Sosabowski otrzymał meldunek, że od strony Mińska Mazowieckiego nadciąga wielka niemiecka kolumna wspierana przez czołgi. Piechota wciąż utrzymywała szyk marszowy, kiedy zbliżyła się do pozycji 1 batalionu 21 pułku. Batalion otworzył huraganowy ogień, który całkowicie zaskoczył Niemców. Polskie karabiny strzelały nieprzerwanie, gdy nieprzyjaciel usiłował rozwinąć szyk bojowy. Odparci Niemcy skierowali ogień artylerii i czołgów na polskie pozycje. Polskie 37-milimetrowe działka przeciwpancerne Bofors zniszczyły dwa czołgi, Niemcom jednak udało się zdobyć część kolonii robotniczej na wschodnim krańcu Grochowa. Pluton polskich strzelców został wybity podczas osłony odwrotu reszty kompanii, ale wroga udało się powstrzymać. O 19.00 zapanował względny spokój. Pułk Sosabowskiego stracił trzystu dwudziestu ludzi - zabitych, rannych bądź zaginionych.
Świt szesnastego września na Grochowie był względnie spokojny. Przez cały dzień żołnierze słyszeli warkot silników lotniczych i huk bomb, gdyż Luftwaffe nie ustawała w próbach zmuszenia miasta do uległości. Wczesnym popołudniem do polskiej barykady na ulicy Grochowskiej podjechał w asyście dwóch czołgów samochód z białą flagą. Pułkownik Sosabowski wyszedł przed barykadę i spytał nieprzyjacielskiego oficera po niemiecku, czego chce. Niemiec odparł, że przybył z żądaniem kapitulacji miasta. Sosabowski przekazał to żądanie dowódcy Armii "Warszawa", generałowi Juliuszowi Róm-mlowi. Do zachodu słońca panowała cisza, przerywana jedynie jękami rannych, dobiegającymi spośród dziesiątków ciał leżących na ulicy przed polskimi pozycjami.
Nocą major Obrębowski poprowadził trzystu ludzi ze swojego batalionu na śmiały wypad za niemieckie linie. Każdy zabrał ze sobą dwa granaty i butelkę z benzyną, a dziesięciu jeszcze po kilogramie materiału wybuchowego. Cywile ściągający na Grochów powiedzieli pułkownikowi Sosabowskiemu, że pod Wawrem stoi znaczna liczba niemieckich czołgów. Rozkazał więc przeprowadzić wypad, aby zniszczyć stalowe monstra, zanim te ruszą na Grochów. Grupa szturmowa zniszczyła dwa samochody sztabowe wraz z pasażerami, jak również samochód pancerny, lecz na tym skończyły się jej sukcesy. Wzięty do niewoli Niemiec zeznał, że czołgi rzeczywiście tam były, ale tej nocy zostały wycofane. O świcie żołnierze wrócili na swoje pozycje, lecz przed południem znowu ruszyli do akcji, tym razem w ramach generalnego natarcia mającego na celu odzyskanie utraconych ulic.
Polskie natarcie postępowało powoli, lecz skutecznie. W wąskich uliczkach i między domami robotniczego przedmieścia, gdzie wychowała się część polskich żołnierzy, toczyły się zacięte walki. Niemcy, tak zręczni w prowadzeniu wojny zmechanizowanej, nie przejawiali ochoty do bezpośredniego starcia. Mocne nogi i mężne serca zapewniły atakującym przewagę. Zdobyto kilkanaście karabinów maszynowych i wzięto stu trzydziestu jeńców. Karabiny maszynowe bardzo się przydały, ale jeńcy stanowili problem. Ponieważ wszyscy żołnierze byli potrzebni do obrony barykad, a zapasy żywności szybko się kurczyły, jeńców po krótkim przesłuchaniu odesłano za Wisłę. Wielkie zainteresowanie budził niemiecki podpułkownik, zastępca dowódcy 23 pułku 11 Dywizji Piechoty "Ost Preussen". Kwaśna mina oficera świadczyła, że jego dywizja nie wywiązała się z zadania zajęcia mostów na Wiśle.
Po północy przyjechał na motocyklu kapitan Stanisław Jachnik. Kapitan, który był słuchaczem pułkownika Sosabowskiego w Wyższej Szkole Wojennej, nie mógł dołączyć wcześniej do jego jednostki, lecz znajdował się na Grochowie, kiedy zjawił się tam 21 pułk piechoty. Pułkownik bez trudu przekonał swego dawnego ucznia, żeby z nimi został. Kiedy Polacy odzyskali swoje poprzednie pozycje, nieprzyjaciel zmienił taktykę. Niemcy nie paradowali już ulicami w przekonaniu, że wystarczy odgłos podkutych butów i czołgowych gąsienic, aby wszystkich zastraszyć. Wycofali się, po czym zaczęli zasypywać Grochów pociskami i bombami zapalającymi z niezliczonych dział i samolotów.
Ranek przyniósł wstrząsającą wieść. Tego dnia, siedemnastego września, Armia Czerwona wkroczyła do Polski. Stalin dotrzymał umowy z Hitlerem i zajmował polskie ziemie wschodnie. Sojusznicy Polski nie podejmowali żadnych działań, chociaż już trzeciego września wypowiedzieli Niemcom wojnę. Młoda Rzeczpospolita padła ofiarą agresji potężnych sąsiadów z zachodu i ze wschodu. Obrońcy Warszawy mogli liczyć tylko na pomoc boską i na broń, którą ściskali w dłoniach.
Dni na Grochowie upływały wśród niekończącego się bombardowania artyleryjskiego. Ostrzał ustawał tylko wówczas, gdy niemieckie samoloty krążyły leniwie w powietrzu, szukając dla siebie celów. W ciągu dnia nie można się było ruszyć. Nocą polscy żołnierze robili wypady ze swoich pozycji, by przeczesać przedpole. Park na Saskiej Kępie pozostawał czysty, lecz walki były niezwykle krwawe. Groźba nocnych starć ulicznych sprawiała, że Niemcy "okupowali" teren tylko symbolicznie. Zajmowali pojedyncze domy i trzymali swoje główne siły daleko w tyle. Konieczne były nieustanne patrole, które coraz bardziej podkopywały siły fizyczne i psychiczne przemęczonych polskich obrońców. Kiedy natrafiali na zajęty budynek, podpalali go lub wysadzali w powietrze. Płacili wysoką cenę, codziennie tracąc w labiryncie ulic wielu zabitych i rannych. Przed świtem wycofywali się wyczerpani i spali kamiennym snem pomimo rozrywających się dookoła pocisków.
Młody doktor Sosabowski, syn pułkownika, pracował w szpitalu zorganizowanym w tunelu kolei średnicowej pod warszawskim Dworcem Głównym. Do ojca dotarła pogłoska, że zginął, kiedy pociąg szpitalny został zbombardowany. Doktor Sosabowski przeżył jednak atak, dołączył do oddziału saperów kolejowych i wrócił do Warszawy. Pułkownik odwiedzał teraz syna przy każdej okazji po złożeniu raportu w pobliskim banku, gdzie mieściło się dowództwo obrony Warszawy.
Na Dworcu Głównym było mnóstwo pracy dla lekarza, niewiele za to dla sapera. Kolejarze donieśli pułkownikowi Sosabowskiemu, że za niemieckimi liniami stoją porzucone i niepilnowane wagony towarowe, wyładowane pociskami artyleryjskimi. O zmroku grupa wypadowa w sile batalionu przeczesała teren, a za nią zjawili się saperzy z lokomotywą znalezioną na Dworcu Wschodnim. Co zdumiewające, nocny wypad nie spotkał się z nieprzyjacielskim przeciwdziałaniem i wagony z amunicją zostały przeciągnięte na polską stronę.
Pułkownik Sosabowski miał coraz więcej problemów. Brakowało żywności i amunicji. Niemcy, aby wywrzeć dodatkowy nacisk na i tak przeciążonych obrońców, nie przepuszczali cywilów za swoje linie i nie pozwalali im uciekać z oblężonego, płonącego miasta. Pułkownik zorganizował ewakuowanych z zachodniej Polski policjantów, powierzając im utrzymywanie porządku. Pomagał też zaopatrywać cywilów na Grochowie w żywność i starał się zapewnić im schronienie. Kwatera główna Sosabowskiego w fabryce Motolot została zbombardowana, kiedy pułkownik spał. On sam wyszedł z tego bez szwanku, ale jego samochód i pułkowy sprzęt łączności zostały zniszczone. Pułkownik przeniósł swoją kwaterę do miejskiej rzeźni (przy Porcie Praskim), na którą podczas oblężenia nie spadł ani jeden pocisk. W zagrodach i pomieszczeniach, gdzie świnie i krowy czekały na nieuchronne spotkanie z rzeźnickim nożem, umieszczono pułkowe konie. Łagodne zwierzęta zachowywały spokój pomimo narastającego wokół szaleństwa, a ich widok wywierał kojący wpływ na żołnierzy, którzy przewijali się przez kwaterę dowódcy.
Mijały dni i straty rosły. Przybywały uzupełnienia - albo w postaci żołnierzy 21 pułku piechoty, którzy z powodu chaotycznej mobilizacji dopiero teraz dołączyli do swojej jednostki, albo ochotników z innych jednostek. Zdarzały się przypadki, kiedy ranni nie chcieli opuszczać swoich stanowisk, a część spośród tych, których ewakuowano na tyły, uciekała ze szpitali i wracała na Grochów.
Za plecami "Dzieci Warszawy" ich miasto głodowało i płonęło. Dwudziestego piątego i dwudziestego szóstego września niemieckie bombardowania osiągnęły punkt kulminacyjny. Luftwaffe zdobyła się na maksymalny wysiłek i wykonywała setki lotów. Polskie lotnictwo przestało istnieć, wcześniej jednak zadało przeciwnikowi ciężkie straty w walkach powietrznych. Polskie działa przeciwlotnicze celowały bezsilnie w niebo, amunicja dawno się wyczerpała. Niemcy przeprowadzili też zmasowany nalot na ruiny dzielnicy żydowskiej w Warszawie, obrzucając ją bombami zapalającymi. W akcie szczególnej perfidii dokonali tego w Dzień Pojednania, Jom Kippur.
Następnego dnia bombardowania ustały. Po raz pierwszy od prawie miesiąca nie słyszano w Warszawie eksplozji. Miasto straszliwie ucierpiało: ponad czterdzieści tysięcy mieszkańców zginęło, ponad 10 procent budynków zostało zniszczonych. Ludność była wygłodzona i wyczerpana psychicznie bombardowaniami. Żołnierze na Grochowie po raz pierwszy od dwunastu dni siedzieli w słońcu, próbując doszukać się jakiegoś sensu w niezliczonych pogłoskach. Pułkownik Sosabowski udał się do sztabu generała Rómmla po informacje i dowiedział się, że podpisano zawieszenie broni. Następnego ranka Sosabowskiego wezwano do sztabu, poinformowano go, że miasto się poddało, i przedstawiono mu warunki kapitulacji.