Rozdarty Naród. Polska brygada spadochronowa w bitwie pod Arnhem - George F. Cholewczynski

Kup ebooka

29.00 zł
24.07 zł (24,37 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Tytuł oryginału Poles Apart. The Polish Airborne at the Battle of Arnhem

Copyright ? 1993, 2006 by George F. Cholewczynski All rights reserved. No parts of this book may be used or reproduced in any manner whatsoever without the written permission from the Publisher

Published by arrangement with George F. Cholewczynski

Copyright ? 2006 for the Polish edition by A.M.F. Plus Group Sp. z o.o.

Copyright ? 2006 for the Polish translation by Maciej Antosiewicz

A version of this work was published in Dutch as De Polen van Driel in 1990 by Uitgeverij Lunet, Naarden, The Netherlands. Edited by Jan Bouman.

Redakcja i indeksMirosław Grabowski

KorektaElżbieta Jaroszuk Agata Nocuń

Współpraca wydawnicza - Remi - Katarzyna Portnicka

Projekt okładki - Andrzej Findeisen Zdjęcie górne: Instytut Polski i Muzeum Sikorskiego, Londyn Ostatni przegląd brygady przez Generała Sosabowskiego w Wansford w Anglii, 27 grudnia 1944

Zdjęcie dolne: Instytut Sikorskiego, Londyn U.S. Air Force. Polscy spadochroniarze lądują w strefie zrzutu "O", w pobliżu Grave

ISBN: 978-83-60532-23-2

WydawcaAndrzej Findeisen / A.M.F. Plus Group Sp. z o.o. Al. Solidarności 91/28, 00-144 Warszawa Tel. (22)620-7868, faks (22)620-6533 Poczta elektroniczna: [email protected] www.amfplus.com.pl

Wyłączny dystrybutorFirma Księgarska Jacek Olesiejuk ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki www.olesiejuk.pl

Wydanie I Skład, łamanie, okładki: Plus 2, Warszawa Druk i oprawa: Druk-Intro S.A., Inowrocław

PRZEDMOWA NORMANA DAVIESA DO WYDANIA POLSKIEGO

Zdrada" to słowo, którego wielu Polaków używa, gdy chce podsumować los swego kraju podczas II wojny światowej.

Rzeczpospolita Polska, chociaż jej terytorium znajdowało się pod nieprzyjacielską okupacją, lojalnie wspierała sprawę aliancką od początku do końca. Polscy żołnierze, marynarze i lotnicy walczyli pod brytyjskim i sowieckim dowództwem, a wiele ich wyczynów, takich jak zdobycie Monte Cassino czy udział w bitwie o Anglię, przeszło do legendy. Mimo to zwycięscy alianci nie spłacili swego długu. Na przełomie lat 1944/1945, kiedy nastał czas wyzwolenia, ani mocarstwa zachodnie, ani Związek Sowiecki nie były gotowe do przywrócenia Polsce niepodległości. Warszawa nie otrzymała podczas powstania skutecznej pomocy i została zniszczona. Rząd na uchodźstwie stracił uznanie międzynarodowe. W kraju zainstalował się marionetkowy rząd uległy wobec Moskwy. A bojownicy ruchu oporu, którzy z bezprzykładnym męstwem walczyli z Niemcami, byli rozstrzeliwani, więzieni lub w inny sposób represjonowani przez komunistycznych władców.

Osobiście nie używam słowa "zdrada", chociaż haniebne potraktowanie Polski nie ulega wątpliwości. Zdrada implikuje działanie w złej wierze. A moim zdaniem nie da się ująć zamierzeń aliantów w taką prostą formułę. Oprócz złej woli odegrała tu swoją rolę słaba koordynacja, niedoinformowanie, samozadowolenie, dezorientacja i zwykła nieudolność.

W długiej historii niesprawiedliwości nikt nie został potraktowany bardziej niesprawiedliwie niż generał Stanisław Sosabowski (1892-1967), dowódca 1 Samodzielnej Brygady Spadochronowej. Sosabowski, urodzony w Sta- nisławowie, służył w armii austriackiej i polskiej, a we wrześniu 1939 roku dowodził heroiczną walką w rejonie Warszawy. Uciekł z niemieckiej niewoli i przedostał się przez Rumunię do Francji, a później do Anglii.

Wczesnym latem 1944 roku pułkownik Sosabowski wciąż liczył na to, że wróci drogą powietrzną do Polski i odegra istotną rolę w długo oczekiwanym powstaniu przeciw niemieckiemu okupantowi. Ponieważ jednak od wielu miesięcy wywierano naciski na rząd polski, a Brytyjczycy nie dostarczyli obiecanych samolotów transportowych, Sosabowski i jego brygada zostali podporządkowani dowództwu brytyjskiemu. Nastąpiło to szóstego czerwca 1944 roku, w dniu lądowania w Normandii. W efekcie brygada nie mogła przyjść z odsieczą Warszawie, kiedy wybuchło tam powstanie. We wrześniu wyruszyła do Holandii, aby wesprzeć anglo-amerykański desant pod Arnhem - i została zdziesiątkowana.

Plan operacji "Market-Garden", jak oficjalnie nazwano desant pod Arnhem, był dziełem marszałka polnego Montgomery'ego, najstarszego rangą brytyjskiego dowódcy na kontynencie. Montgomery był surowo krytykowany za nikłe postępy, jakie czyniły jego wojska we Francji i Holandii, toteż postanowił stłumić krytykę jednym śmiałym uderzeniem. Przy użyciu wojsk powietrznodesantowych zamierzał uchwycić mosty na Renie w Arnhem, obejść niemieckie linie obronne i powtórzyć wspaniałe zwycięstwo spod Al-Alamajn.

Rezultaty okazały się katastrofalne. Zrzuty spadochronowe były źle zaplanowane. Zignorowano doniesienia wywiadu o obecności w rejonie Arnhem dwóch niemieckich dywizji pancernych. Wojska lądowe musiały pokonać ogromną odległość, aby dotrzeć do mostów. Cel nie został osiągnięty, a tysiące brytyjskich, amerykańskich i polskich żołnierzy oddało życie. W kategoriach planowania i dowodzenia operacyjnego Arnhem uważa się powszechnie za jeden z najbardziej jaskrawych przykładów niekompetencji.

Według niektórych historyków wojskowości alianckie wojska desantowe mogłyby się otrząsnąć po pierwszych porażkach, gdyby podjęto energiczne kroki zmierzające do naprawienia błędów w planowaniu i rozmieszczeniu sił. Marszałek polny Montgomery zawsze twierdził, że operacja zakończyła się "w 90 procentach sukcesem". Mimo to - jak podkreślał Sosabowski, kiedy przebywał jeszcze w Anglii - rozkazy były błędne; polska brygada została zrzucona w rejonie Driel nad dolnym Renem, gdzie nie miała możliwości przeprawić się przez rzekę, straty zaś były wielokrotnie wyższe niż w dniu D. Niemiecki opór okazał się znacznie silniejszy, niż oczekiwano, a brytyjska dywizja pancerna, która miała się połączyć z wojskami spadochronowymi, posuwała się opieszale. Najzwięźlej podsumował bitwę zastępca Montgomery'ego, generał porucznik "Boy" Browning: "Myślę, że może poszliśmy o jeden most za daleko".

Browning (1896-1965), absolwent Eton i oficer elitarnych grenadierów gwardii, stał się nemezis Sosabowskiego. Przed Arnhem utrzymywał z polskim generałem przyjazne stosunki, choć stoczył z nim ciężką i długą walkę o przeniesienie brygady pod dowództwo brytyjskie. Browning nie znosił jednak krytyki i miał za złe Sosabowskiemu jego szorstki sposób bycia i większe doświadczenie frontowe. Stanął na czele grupy wyższych oficerów brytyjskich, którzy wystąpili przeciw uciążliwemu cudzoziemcowi. Browning poślubił pisarkę Daphne Du Maurier, a po wojnie piastował kilka wysokich funkcji na dworze królewskim.

Brytyjska opinia publiczna szybko zapomniała o Arnhem. Operację postrzegano jako szlachetną klęskę - w rodzaju szarży lekkiej brygady podczas wojny krymskiej - a jej konsekwencje wkrótce straciły znaczenie wobec zakończenia wojny w Europie.

Mimo zatajenia prawdy, następstwa klęski pod Arnhem okazały się poważne. Niemiecka obrona na Zachodzie została wzmocniona. Wehrmacht odzyskał bojowego ducha. Holandię czekała mroźna i głodna zima. Wojska alianckie nie zdołały przekroczyć Renu przez następne sześć miesięcy. Stalin miał czas, by bez przeszkód zająć Europę Wschodnią. Nadzieje na "zwycięstwo przez Bożym Narodzeniem" rozwiały się, podobnie jak koncepcja zsynchronizowanego uderzenia na Niemcy ze wschodu i z zachodu. Berlin zdobywała tylko Armia Czerwona.

Klęska na taką skalę wymagała kozła ofiarnego. Browning, którego łatwo można było obciążyć odpowiedzialnością, postanowił znaleźć winnego gdzie indziej. Wybór padł na Sosabowskiego. Chociaż polska brygada poniosła straty sięgające 25 procent i osłaniała odwrót 1 Dywizji Powietrznodesantowej, Montgomery, podbechtywany przez Browninga, zameldował Sztabowi Generalnemu, że "Polacy spisywali się słabo". Co więcej, pomijając hierarchię służbową, Browning napisał list, w którym oskarżył Sosabowskiego o niechęć do "współpracy". Zaczęto wywierać naciski na polski rząd, aby odwołał Sosabowskiego ze stanowiska; generał doczekał końca wojny jako dowódca jednostek wartowniczych i etapowych. W 1945 roku, chociaż służył pod dowództwem brytyjskim, uznano, że nie przysługuje mu renta wojskowa, jaką przyznano generałowi Andersowi i generałowi Maczkowi. Przez wiele lat pracował jako magazynier, żeby zarobić na utrzymanie.

Najgorsze miało dopiero nadejść. Chociaż połączył się z żoną i synem Stasinkiem, który podczas powstania warszawskiego stracił wzrok, marionetkowy rząd w Polsce pozbawił go obywatelstwa. Sosabowski był skazany na wieczne wygnanie. Umarł w nędzy w Londynie w 1967 roku.

Przed śmiercią ukończył drugi tom swoich wspomnień, pod gorzkim tytułem Droga wiodła ugorem. Wydawało się, że jego męstwo i poświęcenie nie doczekają się uznania.

Wbrew pozorom jednak sława generała Sosabowskiego rosła w miarę upływu czasu. Co najważniejsze, nie zapomnieli o nim dawni towarzysze broni. Został pochowany wśród nich na Cmentarzu Wojskowym w Warszawie, gdzie wystawiono mu pomnik, pierwszy tego rodzaju w bloku wschodnim.

Nie zapomnieli o nim również historycy. W 1974 roku Cornelius Ryan opublikował swoją klasyczną pracę o Arnhem, O jeden most za daleko, którą przeniósł na ekran reżyser Richard Attenborough. Szorstkiego w obejściu Sosabowskiego zagrał Gene Hackman, w roli Browninga wystąpił Dirk Bogarde, a w roli generała Urquharta - Sean Connery. Sosabowski został przedstawiony jako jeden z oficerów, których krytyczna ocena okazuje się słuszna, lecz którzy bez wahania spełniają swój obowiązek. W 1983 roku Richard Lamb przedstawił w książce Montgomery in Europe intrygę, której ofiarą padł Sosabowski.

A co najważniejsze, o polskiej brygadzie spadochronowej i jej dowódcy nie zapomnieli Holendrzy. Pierwszy tom wspomnień Sosabowskiego, Najkrótszą drogą, został przetłumaczony zarówno na angielski, I Fought For Freedom, jak i na holenderski, Ik vocht voor de vrihjeid. W 1960 roku stanął w Driel pomnik ku czci brygady, opatrzony tym samym napisem, "Surge Polonia", który widniał na sztandarze brygady. Pierwsze wydanie niniejszej książki ukazało się w Holandii w 1989 roku pod tytułem De Polen van Driel. O roli polskiej brygady przypomina też wiele eksponatów w Muzeum Wojsk Powietrznodesantowych w Oosterbeek.

Holenderski film telewizyjny De vergeten helden van de slag om Arnhem ("Zapomniani bohaterowie bitwy pod Arnhem"), wyemitowany w 2004 roku, wywołał nową falę zainteresowania tematem. Podkreślał szczególnie polski wkład, który relacje brytyjskie odsuwały na drugi plan, i rehabilitował Sosabowskiego. Pod naciskiem opinii publicznej trzydziestego pierwszego maja 2006 roku królowa Beatrix uhonorowała pośmiertnie generała Sosabowskiego Medalem Brązowego Lwa, a brygadę Orderem Wojennym Wilhelma I, najwyższym holenderskim odznaczeniem wojskowym, po raz pierwszy przyznanym zbiorowo całej formacji.

Co ciekawe, brytyjscy weterani, choć po długiej zwłoce, też zaczęli oddawać hołd swoim polskim towarzyszom broni. W 2004 roku Związek Żołnierzy Wojsk Powietrznodesantowych rozpoczął zbiórkę funduszy na dar "brytyjskich wojsk powietrznodesantowych dla polskich wojsk powietrznodesantowych", aby "naprawić krzywdę". Patronem kampanii na rzecz uszanowania pamięci generała Stanisława Sosabowskiego jest sir Brian Urquhart. W 1944 roku 25-letni major Urquhart, oficer wywiadu, próbował ostrzec generała Browninga o wadach planu operacji "Market-Garden" i został usunięty ze stanowiska. Później zrobił błyskotliwą karierę w ONZ, obejmując z czasem funkcję zastępcy sekretarza generalnego. (Napisał biografie Daga Hammarskjölda i Ralpha Bunche'a oraz autobiografię zatytułowaną A Life in Peace and War). Kulminacyjny moment tej kampanii - odsłonięcie w Driel tablicy pamiątkowej ku czci generała Sosabowskiego - zaplanowano na szesnasty września 2006 roku.

Książka George'a Cholewczynskiego to ważny epizod w długiej historii "przywracania chwały" generałowi Sosabowskiemu i jego żołnierzom. Napisana przez Amerykanina polskiego pochodzenia, oparta jest na solidnym materiale źródłowym, zarówno archiwalnym, jak i ustnym. Jej wydanie po polsku to kolejny kamień milowy. Pozwoli Polakom, najbardziej zainteresowanym tym problemem, ostatecznie rozstrzygnąć, czy Polska została zdradzona, czy nie.

Norman Davies Oksford, lipiec 2006

PRZEDMOWA STANISŁAWA SOSABOWSKIEGO SYNA

Legalny rząd polski w Londynie podczas II wojny światowej miał do dyspozycji armię złożoną z dwóch części: Polskich Sił Zbrojnych stacjonujących w Wielkiej Brytanii i sił zbrojnych w Polsce, znanych pod nazwą Armii Krajowej. Mój ojciec i ja reprezentowaliśmy "rozdarty naród" - dzieliła nas odległość; on przebywał w Wielkiej Brytanii, ja w Polsce. Łączył nas jednak wzajemny szacunek, zapewne silniejszy od tego, który zwykle łączy ojca i syna, a także, oczywiście, pragnienie walki za wspólną sprawę.

We wrześniu 1941 roku ojciec, wbrew rozmaitym przeciwnościom, sformował polską 1 Samodzielną Brygadę Spadochronową. Specjalnie dobrani żołnierze brygady przechodzili intensywne ćwiczenia, a następnie byli zrzucani na spadochronach nad terytorium okupowanej Polski, aby szkolić i wspomagać Armię Krajową. W Polsce mieli stać się znani jako "Cichociemni". Z ponad trzystu skoczków wielu zginęło w walce, niektórzy zostali zamordowani przez nieprzyjaciela, niektórzy zesłani na Syberię przez drugiego wroga, a jeszcze inni straceni niedługo po wojnie przez reżim w Warszawie.

Celem Armii Krajowej było: a) szkolenie i organizowanie sił zbrojnych, które miały zmierzyć się z nieprzyjacielem w zaplanowanych powstaniach, oraz b) formowanie oddziałów bojowych i dywersyjnych do działań nękających okupanta.

Ja sam dowodziłem takim oddziałem w rejonie Warszawy, dzięki czemu miałem bezpośredni kontakt z "Cichociemnymi" i pośredni kontakt z ojcem. Byli to przecież jego żołnierze. W Warszawie od początku wiele się mówiło zarówno o samej brygadzie, jak i o jej dowódcy. Brygada nie miała walczyć na froncie zachodnim, tylko po przerzuceniu drogą powietrzną - najkrótszą - wziąć udział w wyzwalaniu Polski.

Wiadomości o brygadzie docierały do kraju za pośrednictwem BBC, a później Głosu Ameryki, były drukowane w prasie podziemnej i przekazywane w Warszawie z ust do ust. Jeden z naszych doborowych oddziałów przyjął znak spadochronu jako swój emblemat i nosił go na kurtkach.

Po raz pierwszy spotkałem żołnierza "Cichociemnych" na specjalnym kursie dla oficerów zajmujących się dywersją i sabotażem. Nasz instruktor, doktor Alfred Paszkowski, pułkownik wojskowej służby zdrowia, wygłosił w moim domu wykład na temat służby medycznej w wojnie partyzanckiej. W pewnym momencie, ku swemu wielkiemu zdumieniu, zauważył fotografię ojca. "To mój dowódca!" - zawołał. Odpowiedziałem: "Tak się składa, że to mój ojciec". Wywiązała się długa rozmowa, a on podał mi wiele jakże wyczekiwanych informacji o ojcu i jego pracy.

Ten konkretny kurs instruktażowy, tak jak inne podobne, trwał około czterech miesięcy i obejmował zajęcia z zakresu znajomości nowoczesnej broni, posługiwania się materiałami wybuchowymi (w tym plastikiem), walki wręcz i taktyki wojny podziemnej. Każdy kurs kończył się egzaminem teoretycznym i praktycznym.

Kiedy zjawiali się goście z Wielkiej Brytanii, otrzymywałem nie tylko upragnione wiadomości, lecz także fotografie ojca i jego spadochroniarzy, wykonane podczas szkolenia. Ogromną wartość miała dla mnie szczególnie jedna. Zrobiona piętnastego czerwca 1944 roku w Cupar w Szkocji, przedstawiała ojca w chwili, gdy prezydent Rzeczypospolitej Polskiej wręcza mu sztandar brygady.

Jakiś czas później, pierwszego sierpnia, wybuchło w Warszawie powstanie. Ze strony Armii Krajowej i ludności Warszawy był to akt najwyższego heroizmu i poświęcenia, którego polityczną mądrość docenią - w moim przekonaniu - przyszłe pokolenia i historia. Od pierwszego dnia walk liczyliśmy na przybycie naszej brygady i jej pomoc w nierównej walce. Nadzieję umacniały dostawy broni i zaopatrzenia, zrzucane z samolotów przylatujących z Anglii i z Włoch.

Osiemnastego września, wczesnym popołudniem słonecznego jesiennego dnia, usłyszeliśmy z oddali odgłos ciężkich bombowców. Nadlatywały falami nad płonące miasto. Całe niebo rozkwitło niezliczonymi spadochronami. Pomimo nieprzyjacielskiego ostrzału ludzie wybiegli na ulice, krzycząc z radości: "Przybywają! Nasi spadochroniarze przybywają!"

Potem przyszło wielkie rozczarowanie, kiedy zdaliśmy sobie sprawę, że to tylko ogromna dostawa broni i zaopatrzenia, w większości, niestety, zrzucona nad częścią miasta zajętą przez Niemców! W tym czasie 90 procent obszaru miasta znajdowało się w ich rękach. Następnego dnia dowiedzieliśmy się, że z Wielkiej Brytanii przyleciała flotylla stu dziesięciu amerykańskich "latających fortec" z jakże potrzebnym zaopatrzeniem. Dopiero w tej późnej fazie powstania Stalin pozwolił im lądować i uzupełniać paliwo na terytoriach pod okupacją sowiecką.

Nasze nadzieje, iż kiedykolwiek ujrzymy brygadę przybywającą na odsiecz miastu, rozwiały się ostatecznie, gdy otrzymaliśmy wiadomość o operacji "Market-Garden". Wbrew obietnicom alianckiego naczelnego dowództwa polska brygada spadochronowa nie została wysłana do Polski, tylko wraz z brytyjskimi i amerykańskimi towarzyszami broni zrzucona w Holandii.

Ósmego maja 1945 roku wojna w Europie dobiegła końca, rozpoczęła się za to druga, komunistyczna okupacja Polski, która miała potrwać znacznie dłużej. Jeszcze czterdzieści siedem lat ludność Warszawy musiała czekać na przybycie brygady do swojego miasta. Dopiero dwudziestego szóstego września 1992 roku weterani brygady zebrali się na placu Piłsudskiego w centrum stolicy i złożyli wieniec na Grobie Nieznanego Żołnierza, a następnie przedefilowali przed rozentuzjazmowanymi tłumami.

Dwa dni później zjawili się w Krakowie, by wziąć udział w odsłonięciu pomnika generała Sosabowskiego - trzy miesiące po jego setnych urodzinach - w czterdziestą ósmą rocznicę bitwy pod Arnhem.

dr Stanisław Sosabowski Dorset, Anglia 1993

WSTĘP I PODZIĘKOWANIA

Urodziłem się jako Amerykanin sześć lat po zakończeniu II wojny światowej, lecz językiem używanym przy naszym stole był polski. W przemysłowym północnym New Jersey nie brakowało ludzi, którzy mówili po polsku. Wielu z nich, jak to Polacy mają w zwyczaju, dzieliło się swoimi doświadczeniami z lat wojny. Często padały takie nazwy jak Auschwitz, Workuta, Monte Cassino, a nazwiska Andersa, Sikorskiego i Maczka były w naszym domu znane równie dobrze jak nazwiska gwiazd filmu, telewizji i sportu w innych domach w mieście.

Od dziecka interesowałem się historią, czego efektem stało się hobby polegające na malowaniu starannie wykonanych figurek miniaturowych żołnierzy. Z czasem moje prace zaczęły zdobywać medale na wystawach, a nawet były zakupywane przez muzea.

Niestety, największą popularnością cieszyli się żołnierze niemieccy, a choć udawało się czasem nabyć figurki żołnierzy alianckich, nie było wśród nich żadnych polskich. Korespondencja z członkami Instytutu Polskiego i Muzeum Sikorskiego dostarczyła mi materiału badawczego, mogłem więc wykonywać własne dokładne modele polskich żołnierzy z XX wieku. Moje wysiłki wzbudziły ogromne zainteresowanie i szacunek polskich weteranów w naszej społeczności.

Pracując jako bibliotekarz, miałem szczęście natknąć się na rozmaite publikacje rządowe, co pomogło mi rozwijać zamiłowania. Kontakty z weteranami różnych narodowości stawały się coraz bardziej profesjonalne, a oni byli zazwyczaj szczęśliwi, mogąc opowiedzieć o swoich doświadczeniach komuś, kto chce usłyszeć coś więcej niż sensacyjne historyjki wojenne. Zafascynowany młodzieżową książką, którą przeczytałem w szkole podstawowej, i filmem Najdłuższy dzień, od dziecka byłem wielkim miłośnikiem spadochroniarzy. Z czasem zaczął mnie irytować fakt, że - jeśli nie liczyć książki O jeden most za daleko Corneliusa Ryana - polscy spadochroniarze generała Sosabowskiego prawie nie istnieją w oczach świata. Teraz miałem cel. Sąsiad i weteran spod Arnhem, Michał Lasek, przedstawił mnie Janowi Szygendzie, przewodniczącemu Związku Polskich Spadochroniarzy w Ameryce.

Podczas gromadzenia materiałów do artykułu dla bardzo wówczas popularnego magazynu wojskowego "Campaigns" zostałem przedstawiony Andrzejowi Zarembie, którego rodzina była głęboko zakorzeniona w polskiej tradycji wojskowej i który osobiście przyczynił się do utworzenia muzeum generała Sikorskiego w Londynie. Ponieważ artykuł o polskiej brygadzie spadochronowej, który opublikowałem w 1984 roku, spotkał się z dobrym przyjęciem, postanowiłem rozszerzyć go do rozmiarów książki.

Kiedy wybierałem się w pierwszą podróż badawczą do Anglii, Jan Szygenda zaopatrzył mnie w listy polecające do przewodniczącego Związku Polskich Spadochroniarzy w Wielkiej Brytanii i osobiście zarekomendował Ryszardowi Dembińskiemu, dyrektorowi Instytutu Polskiego i Muzeum Sikorskiego, oraz doktorowi Stanisławowi Sosabowskiemu, synowi generała. Obaj byli bliskimi przyjaciółmi Andrzeja Zaremby, a niebawem stali się również moimi. Tak się szczęśliwie złożyło, że gabinet, który przydzielono mi w archiwum IPMS, dzieliłem z Janem L. Lorysem, przewodniczącym Światowego Związku Polskich Spadochroniarzy, długoletnim wolontariuszem w instytucie. Sąsiedztwo Jana Lorysa, oficera sztabowego brygady spadochronowej i weterana spod Arnhem, który pracował wówczas nad pierwszą ze swoich dwóch książek o polskich wojskach spadochronowych, oraz własne doświadczenie bibliotekarskie zapewniły mi nieograniczony dostęp do archiwum instytutu.

Wziąwszy udział w obchodach święta brygady spadochronowej w Londynie oraz w zjeździe dawnych żołnierzy brygady w środkowej Anglii (gdzie wszyscy wydawali się zaprzyjaźnieni z Janem Szygendą), przepłynąłem kanał La Manche, aby odwiedzić pole walki brygady w Holandii. Spotkałem tam mężczyznę w moim wieku, Geerta Maassena. Geert był miejskim archiwistą i wraz z ojcem wydał kilka albumów o zniszczeniu Driel i Oosterbeek podczas wojny. Ojciec Geerta, Gerard, urodził się w Driel, ale wojnę spędził za rzeką, w Oosterbeek. Od dawna zadawał sobie pytanie: "Dlaczego tak mało mówi się o Polakach, którzy walczyli pod Arnhem?", i nakłonił syna, aby zajął się tym tematem. Kiedy poznałem Geerta, byliśmy potencjalnymi rywalami, bardzo szybko jednak staliśmy się "kolegami po piórze".

W następnych latach, podczas moich kolejnych wizyt, te bliskie przyjaźnie zacieśniały się. Ilekroć przekraczałem próg IPMS, witali mnie serdecznie Ryszard Dembiński, Krzysztof Barbarski, Andrzej Suchcic, Wacław Milewski i Stanisław Żurakowski. Jan i Hanka Lorysowie, mimo że spędzaliśmy razem w tym samym gabinecie niezliczone godziny, zawsze zapraszali mnie na obiad. Zanim udałem się na zjazd żołnierzy brygady, gdzie moje kontakty z byłymi spadochroniarzami przerodziły się w przyjaźnie zbyt liczne, aby je tu wymieniać, jechałem pociągiem do Dorset, żeby spędzić dzień ze "Stasinkiem" Sosabowskim.

Obchody rocznicowe w Holandii zgromadziły tłumy. Gerard Maassen przedstawiał mnie dawnym sąsiadom z Driel, którzy opowiadali o swoich przeżyciach w tamtych wrześniowych dniach, kiedy Polacy spadli z nieba. Jego syn Geert służył mi za tłumacza. Wraz z Robertem Voskuilem i Berrym de Reuss, związanymi z Muzeum Wojsk Powietrznodesantowych w Hartenstein, Geert i ja oglądaliśmy dosłownie każdy metr pola bitwy, po którym stąpali polscy żołnierze. Niebawem poznałem Corę Baltussen, którą bez przesady można nazwać "matką świętą" brygady.

Pierwszym rezultatem tych lat poszukiwań stała się wydana w Holandii w 1989 roku książka De Polen van Driel. Trzeba było kolejnych czterech długich i frustrujących lat, żeby ukazała się na bardzo konkurencyjnym rynku amerykańskim. Zwykła droga pisarza, wybrukowana odmowami, zakończyła się w momencie, kiedy nowe wydawnictwo Sarpedon opublikowało w 1993 roku Poles Apart: The Polish Airborne at the Battle of Arnhem. Książka nie wywołała większego oddźwięku w prasie i miała niewiele recenzji. Były one jednak bardzo przychylne i zainteresował się nią wydział szkolenia i taktyki Armii Stanów Zjednoczonych. W styczniu 1994 roku pojechałem z cyklem wykładów do Szkoły Piechoty oraz do Baz Operacji Powietrznodesantowych i Specjalnych w Georgii i obu Karolinach. Szczęśliwym zrządzeniem losu moim łącznikiem z Departamentem Obrony podczas tej podróży był major Gerald Kochan, syn weterana brygady spadochronowej.

Jestem niezmiernie wdzięczny wszystkim wyżej wymienionym, którzy przyczynili się do sukcesu książki, lecz było też wielu innych. Moi przyjaciele, Mike Leonard i James McGovern, spędzili niezliczone godziny na lekturze rękopisu i udzielili mi bezcennych wskazówek. Marie Kathryn Erickson, mimo surowego podejścia do wymogów gramatyki, zawsze potrafiła sprawić, że z niecierpliwością czekałem na nasze spotkania. Przez wiele lat cieszyłem się przyjaźnią Gerarda M. Devlina, byłego spadochroniarza i weterana wojny koreańskiej i wietnamskiej, uznawanego za "dziekana" wszystkich amerykańskich autorów piszących o wojskach powietrznodesantowych. Ten prawdziwy przyjaciel Polski i narodu polskiego nieustannie podnosił mnie na duchu, kiedy opadałem z sił lub kiedy zadanie wydawało mi się niewykonalne. Jestem dumny, że mogę nazywać tego sympatycznego i wielkiego zarazem człowieka swoim przyjacielem.

Jedną z najsilniejszych motywacji do napisania tej książki był dla mnie fakt, że jestem Polakiem. Zdawałem sobie oczywiście sprawę, iż w Polsce Ludowej wielu tematów nie wolno poruszać. Czułem, że mam swój udział w dokumentowaniu przeżyć moich przodków; nie chciałem, aby ich doświadczenia stały się "pustymi stronicami" historii. Odkąd Polska odzyskała niepodległość, historia odżyła - o czym świadczą liczne publikacje, które widziałem. Cieszę się, że dziesięciolecia ucisku nie zdławiły polskiego ducha, i mam nadzieję, iż mój skromny trud zostanie zauważony.

Zawsze było moim marzeniem, aby ta opowieść o generale Sosabowskim i jego brygadzie ukazała się po polsku. To marzenie właśnie się spełniło, co zawdzięczam w dużej mierze Mateuszowi Mrozowi, wnukowi Adolfa Mroza, oficera brygady i weterana spod Arnhem. To dzięki jego energii i entuzjazmowi książką zainteresowała się polska firma wydawnicza. Na zawsze pozostanę jego dłużnikiem.

Rozdział 1

WIELKA ŚCIANA OGNIA I STALI

21 września 1944, 16.45-17.30

Przelatując nad korytarzem "Garden", ci żołnierze, którzy mogli wyglądać przez drzwi i okna swoich dwusilnikowych samolotów, widzieli oznaki toczących się w dole zaciętych walk. Płonące budynki i leje po pociskach stawały się coraz liczniejsze, w miarę jak formacja leciała na północ. Prowadząca w tym samym kierunku droga była w kilku miejscach zakorkowana pojazdami, które beznadziejnie ugrzęzły w straszliwym zatorze. Amerykańscy szefowie załóg pokazali na palcach, że za piętnaście minut samoloty znajdą się nad strefą zrzutu. Wszyscy spadochroniarze formacji zapięli paski hełmów obciągniętych siatką, tak że polski orzeł, wymalowany z przodu żółtą farbą, był ledwo widoczny.

W dakocie oznaczonej numerem 100, wypisanym kredą na drzwiach, sekcyjny, porucznik Jerzy Dyrda, przyglądał się dowódcy brygady. Porucznik był adiutantem i tłumaczem generała Sosabowskiego na długo przed powstaniem brygady dwudziestego trzeciego września 1941 roku w Szkocji. Towarzyszył dowódcy podczas wielu konferencji i odpraw. Był kimś więcej niż oficerem sztabowym: spośród wszystkich żołnierzy brygady Dyrda prawdopodobnie najlepiej znał inteligentnego, utalentowanego, upartego i często szorstkiego w obejściu pięćdziesięciodwuletniego generała. W ciągu całego lotu z Anglii Sosabowski uśmiechał się i przejawiał niewzruszoną pewność siebie, nie okazując cienia strachu. Ten niezwykle emocjonalnie reagujący człowiek nie mógł sobie pozwolić na ujawnienie w takiej chwili swoich prawdziwych uczuć.

Kiedy formacja przelatywała nad Holandią, na drugim końcu Europy szalała pożoga, a ludność Warszawy toczyła rozpaczliwą, wyniszczającą bitwę z Niemcami. Siedem tygodni wcześniej, po pięciu latach okrutnej okupacji, miasto chwyciło za broń. Polska 1 Samodzielna Brygada Spadochronowa została utworzona właśnie po to, aby wziąć udział w tej walce o wolność. Tymczasem miała skakać w Holandii, przydzielona do brytyjskiej 1 Dywizji Powietrznodesantowej w ramach operacji "Market-Garden", jednej z najbardziej zuchwałych w historii konfliktów zbrojnych.

Cztery dni wcześniej brytyjscy spadochroniarze wylądowali w Holandii z zadaniem przechwycenia mostu na dolnym Renie w Arnhem. Amerykańskie dywizje powietrznodesantowe, 82 i 101, miały opanować mosty w Nijmegen i Eindhoven. Zgodnie z planem Polacy powinni skakać trzeciego dnia operacji, lecz zła pogoda spowodowała zwłokę. Generał Sosabowski od początku sprzeciwiał się planowanym operacjom, które w jego opinii były jak "królik wyciągnięty z kapelusza". Uważał, że plan, opracowany przez brytyjski I Korpus Powietrznodesantowy w sierpniu i wrześniu 1944 roku, jest nadmiernie ambitny i niedoskonały. Niestety, kiedy spoglądał z samolotu na przesuwający się w dole, zryty pociskami holenderski krajobraz, stwierdził ze smutkiem, iż jego przewidywania się potwierdzają. Zarozumiali brytyjscy przełożeni udzielili mu dotąd bardzo niewielu informacji o toczącej się bitwie. Przyszły doniesienia, że polskie szybowce, które wystartowały dwa dni wcześniej, wyładowane ciężką bronią, środkami transportu i zaopatrzeniem dla brygady, zostały zdziesiątkowane podczas lądowania na północnym brzegu rzeki. Nawet jeśli te wiadomości były nieprawdziwe, polscy spadochroniarze mieli lądować bez wsparcia na otwartych polach w rejonie Driel. Sosabowski żywił nadzieję, że nie zastanie tam Niemców; nie chciał, żeby jego ludzie musieli walczyć z czołgami uzbrojeni jedynie w karabiny i granaty ręczne, tak jak w Polsce we wrześniu przed pięciu laty.

Zdenerwowani spadochroniarze usłyszeli poprzez ryk silników okrzyk sekcyjnego: "Przygotować się!", a nad otwartymi drzwiami dakoty zapaliły się czerwone światełka. Ludzie podnieśli się z ławek, poprawili plecaki, zapięli sprzączki uprzęży i przyczepili taśmę statyczną spadochronu do liny pokładowej, która biegła pod sufitem po prawej stronie kabiny. W każdym samolocie żołnierze reagowali tak samo: nogi mieli jak z gumy, usta wyschnięte, modlili się po cichu, przygryzali wargi i czekali, aż rozbłyśnie zielona lampka.

Kiedy minęli Nijmegen, niektóre dakoty zaczęły zarzucać. Szarpnięciom towarzyszyły obłoczki dymu i odłamki stali, grzechoczące o aluminiowe poszycie samolotów. Mimo to piloci transportowców utrzymywali idealny szyk, zmniejszając obroty silników i zacieśniając formację w kształcie litery "V" przy podejściu do skoku.

Niemiecki ogień przeciwlotniczy przybierał na sile, gdy alianckie samoloty, w zwartym szyku, zbliżały się do miejsca przeznaczenia - strefy zrzutu w rejonie miasteczka Driel na południowym brzegu dolnego Renu. Ciężkie niemieckie działa za rzeką dołączyły do lekkiej artylerii przeciwlotniczej z Elst i z mostu kolejowego. Z całego obszaru strefy zrzutu karabiny maszynowe, a nawet zwykłe, otworzyły ogień do nieopancerzonych, nieuzbrojonych samolotów. Ciasną formację amerykańskich transportowców otaczał dym i przecinały świetliste linie pocisków smugowych.

Ludziom w zarzucającej dakocie oczekiwanie na zielone światełko wydawało się wiecznością. W samolocie 111 strzelec J. Zbigniew Raschke mamrotał pod nosem Zdrowaś, Mario i słyszał, jak stojący przed nim koledzy żegnają się szeptem. Samolot podskoczył. "Dostaliśmy w skrzydło! - wrzasnął ile sił w płucach kapral zajmujący miejsce obok Raschkego. - Skrzydło się pali!" Raschke rzeczywiście zobaczył dym sączący się z dziury w lewym skrzydle. Z oczami wbitymi w ściankę kadłuba czekał, aż światełko zmieni się na zielone. Wreszcie zabłysło i szereg zniecierpliwionych ludzi zaczął się przepychać ku drzwiom.

W drzwiach samolotu 100 porucznik Jerzy Dyrda był niemal sparaliżowany ze strachu na myśl o śmierci w płomieniach w maszynie transportowej, która nie miała samouszczelniających zbiorników paliwa. Sekcyjny nie wątpił, że wybiła jego ostatnia godzina: "Przed nami była wielka ściana ognia i stali". Wyglądając przez drzwi, rozpoznał strefę zrzutu, której topografii nauczył się na odprawie. Otaczający ją żołnierze z pewnością nie byli Brytyjczykami; strzelali do przelatującego wolno samolotu. O 17.15 zabłysło zielone światełko i porucznik wyskoczył z samolotu. Generał Sosabowski bez słowa poszedł w jego ślady. Wisząc pod czaszą spadochronu, Dyrda zobaczył, jak dwa samoloty tracą wysokość i wypadają z szyku. Oba wlokły za sobą warkocz dymu i ognia, a spadochroniarze wciąż z nich skakali.

Za generałem, prosto w otchłań rozbłyskującą przecinającymi się seriami i wybuchającymi pociskami, wyskoczył kapitan Jan Lorys, oficer operacyjny brygady. Pomimo eksplozji na ziemi i kul brzęczących wokół "jak rój pracowitych pszczół" był "dziwnie szczęśliwy". Zobaczył, że to "prawdziwa bitwa, i po latach oczekiwania i rozgoryczenia z powodu tylu odwołanych wcześniej operacji" cieszył się, że weźmie w niej udział.

Kiedy Sosabowski wylądował, natychmiast podniósł się z ziemi i pobiegł do punktu zbornego sztabu brygady, wykrzykując rozkazy i ponaglając swoich ludzi. Kapitan Lorys wylądował miękko, a gdy zdejmował uprząż i wierzchni kombinezon, zauważył spadochrony znoszone przez wiatr na wschód, w stronę nasypu kolejowego, błyskającego ogniem karabinów maszynowych.

Plutonowy podchorąży Tadeusz Herman, który zamykał szereg w samolocie 54, przewożącym część kompanii sztabowej 2 batalionu, wyskoczył ostatni. Połowa osiemnastoosobowej sekcji zdążyła opuścić pokład, zanim samolot został trafiony. Reszta traciła cenne sekundy, próbując utrzymać równowagę, kiedy okaleczona maszyna szarpała i zarzucała w ogniu zaporowym artylerii. Herman wylądował po wschodniej stronie nasypu. Nie zdawał sobie sprawy, że jest sam, otoczony przez Niemców. "Wszyscy do mnie strzelali. Myślałem, że coś im się pomyliło". Podchorąży wskoczył do rowu wypełnionego wodą, wokół niego gwizdały pociski. Zobaczył granat szybujący w jego stronę "jakby w zwolnionym tempie". Zanurkował pod wodę, a kiedy się wynurzył, żeby zaczerpnąć powietrza, ujrzał stojących na skraju rowu Niemców. Oficer z pistoletem w ręku uśmiechnął się: "Czołem, Angliku, dla ciebie wojna się skończyła". Następnie, wskazując na pistolet i nóż bojowy podchorążego, uprzejmie poprosił o "pamiątkę". Zdumiony Herman wreszcie uświadomił sobie, że nie wylądował w strefie zrzutu.

W samolocie 113 podporucznik Szczęsny Relidziński ze sztabowej kompanii łączności stał w pobliżu otwartych drzwi, obok mechanika pokładowego. Obaj trzymali złożone rowery, które mieli wyrzucić, zanim ludzie zaczną skakać. Światełko zmieniło się z czerwonego na zielone i kiedy samolot uwolnił się od ciężaru doczepionego pod kadłubem motocykla, nastąpiło szarpnięcie. Rowery wyleciały przez drzwi, a w ślad za nimi oficer łączności. Podmuch wiatru uderzył Relidzińskiego w twarz. Czekając, aż otworzy się spadochron, podporucznik zacisnął powieki i wciągnął głowę w ramiona. Poczuwszy szarpnięcie uprzęży, popatrzył w górę i uśmiechnął się, widząc, że czasza idealnie się wydęła, a żaden z klinów nie jest uszkodzony. Ponad czaszą zobaczył, jak reszta jego sekcji opuszcza samolot. Patrząc w dół, dostrzegł szybujące ku ziemi żółte spadochrony zasobników ze sprzętem kompanii łączności. Kiedy poprawiał linki, uświadomił sobie, że strzelają do niego z różnych stron. Ponieważ ostrzał rozproszył jego uwagę, Relidziński nie kontrolował prędkości opadania i uderzył ciężko o ziemię. Spadochron przykrył go łagodnie swymi fałdami, a ogień natychmiast przybrał na sile. Podporucznik przywarł do ziemi i rozpiął uprząż spadochronu.

Szef załogi samolotu 65 stał na kamizelce przeciwodłamkowej, kiedy porucznik Albert Smaczny z 8 kompanii 3 batalionu przeszedł obok niego i wypadł przez drzwi. W powietrzu Smaczny słyszał wśród serii z broni maszynowej pojedyncze wystrzały karabinowe. Wznoszące się stromo łuki żółtych pocisków smugowych "wydawały się nierzeczywiste", a gdy porucznik spojrzał w górę, ujrzał w czaszy spadochronu dwie dziury po kulach. Dotknąwszy stopami miękkiej ziemi pól uprawnych Betuwe, wyszeptał modlitwę dziękczynną. Kiedy uwalniał się z uprzęży, dobiegły go poprzez zgiełk bitwy znajome krzyki generała Sosabowskiego.

Za porucznikiem Smacznym wyskoczył, jako piąty, starszy strzelec Bolesław Kuźniar, radiotelegrafista. Pociągając za taśmy nośne, aby pokierować spadochronem, czuł tak silny podmuch powietrza, iż - jak wspomina - "myślałem, że zerwie mi hełm". Uniknął lądowania w rowie i spadł na ziemię trzydzieści pięć metrów dalej. Wciąż poruszony swoją przygodą w powietrzu, przekręcił sprzączkę na piersi i uderzył w nią dłonią. Gdy uprząż spadochronu opadała, metr przed Kuźniarem wyrosła nagle dziwna fontanna kurzu, a potem druga na lewo od niego. Radiotelegrafista uświadomił sobie, że ktoś próbuje go zabić. Przezwyciężywszy szok, koziołkował do tyłu jak akrobata cyrkowy, dopóki nie znalazł się w rowie.

Porucznik Smaczny starał się przede wszystkim zebrać swoją kompanię, nie mógł się zatem napawać widokiem generała w akcji. Czterej żołnierze 8 kompanii odnieśli rany jeszcze w powietrzu; jeden został trzykrotnie postrzelony w brzuch. Kiedy Smaczny się nad nim pochylał, zobaczył ślady innych kul: trzy wklęśnięcia na własnej opancerzonej kamizelce. Wcześniej powątpiewał w wartość kamizelki, lecz to doświadczenie na polu walki sprawiło, że w nią uwierzył. Zbierając swoją kompanię, zabronił pozbywania się kamizelek, których żołnierze nie lubili prawie tak samo jak masek przeciwgazowych i które wyrzucali natychmiast po wylądowaniu. Kiedy dokonał przeglądu, okazało się, że w 8 kompanii brakuje ponad czterdziestu ludzi, w tym dwóch oficerów.

Radiotelegrafista, strzelec Piotr Wawiórko, który stał jako dwunasty w szeregu, nie zwracał uwagi na rozrywające się wokół samolotu 110 pociski. Zaczepiwszy lewą ręką karabińczyk taśmy statycznej, wypchnął przez drzwi swój worek desantowy i - jak mówi - "poleciałem". Kołysząc się pod otwartym spadochronem, ostrożnie opuścił worek, który był przyczepiony do uprzęży spadochronu sześciometrową linką. Wawiórko miał "takie odczucie, jakby to były ćwiczenia", i zastanawiał się, "dlaczego, do diabła, marnują tyle ślepej amunicji i petard". Przecinające niebo pociski smugowe przywróciły go do rzeczywistości i strzelec zobaczył, że otaczają go kolorowe spadochrony zasobników z zaopatrzeniem i opadający ku ziemi spadochroniarze. Jego worek dotknął łagodnie podłoża kilka sekund przed nim. Wawiórko wylądował w pozycji stojącej, a spadochron owinął się delikatnie wokół niego. Pozbywszy się szybko uprzęży, radiotelegrafista dołączył do innego żołnierza ze swojej sekcji. Obaj zobaczyli kapitana Franciszka Mientkiego, głównego kapelana brygady, który skakał razem z nimi, a teraz chodził wokół swego worka, odmawiając modlitwy z książeczki do nabożeństwa. Podeszli do niego, żeby sprawdzić, czy nie potrzebuje pomocy. Kapelan jednak ich zignorował i nadal się modlił. Żołnierze wzruszyli więc tylko ramionami i skierowali się do punktu zbornego.

Kapitan Alfred Bednorz, kapelan 2 batalionu, minął szczerbatego szefa załogi i wyszedł przez otwarte drzwi samolotu 38. Lekceważąc eksplodujące pociski, kapelan przypomniał sobie swój ćwiczebny skok i ostrożnie opuścił worek. Zawieszony w powietrzu, zobaczył wieżę kościoła w Driel i uśmiechnął się na wspomnienie żołnierza ze swojej sekcji, który powiedział podczas lotu: "Ksiądz kapelan powinien przy skoku przede wszystkim zaobserwować wieżę kościelną, abyśmy za jego protekcją mogli się dostać do piwniczki miejscowego proboszcza"*. Bednorz ocknął się z zadumy, kiedy jego worek desantowy urwał się z nagłym szarpnięciem i pomknął ku ziemi - pozostała po nim tylko wystrzępiona linka. Po wylądowaniu w rowie pełnym wody kapelan udał się na poszukiwania worka, w którym znajdowała się kapliczka polowa. Spostrzegli go trzej Niemcy i zaczęli strzelać, toteż pobiegł z powrotem do rowu, ścigany przez pociski z broni maszynowej, świszczące mu wokół głowy. Machnąwszy ręką na zgubiony worek, Bednorz znalazł dwie torby medyczne ze środkami opatrunkowymi, zarzucił je na ramię i ruszył do punktu zbornego.

* Cyt. za: Polscy spadochroniarze - pamiętnik żołnierzy, Fundusz Wydawniczy Plutonu Opieki 1 Samodzielnej Brygady Spadochronowej, Londyn 1949, s. 305.

Podchodząc do otwartych drzwi samolotu 34, strzelec Michał Jakutczyk z 5 kompanii 2 batalionu spojrzał na szefa załogi, który stał jak skamieniały, ze szklistymi oczami, na kamizelce przeciwodłamkowej. Nie zwracając uwagi na gwiżdżące w powietrzu pociski, Jakutczyk sprawdził czaszę i opuścił zawieszony na lince worek. Spadł na ziemię pięćdziesiąt metrów od terkoczącego karabinu maszynowego Spandau. Kilka sekund później żołnierz z jego plutonu wylądował na otwartej przestrzeni zaledwie dwadzieścia metrów od karabinu, przypadł do ziemi i zaczął wołać o pomoc. Po chwili tuż obok niego wylądował podchorąży z tej samej formacji. Nagle Niemcy przestali strzelać, wpatrując się ze zdumieniem w rower spadający z nieba prosto na nich. Jego spadochron całkowicie przykrył gniazdo karabinu maszynowego, a Jakutczyk i dwaj inni żołnierze poderwali się na nogi i wzięli do niewoli Niemców, szamoczących się w fałdach jedwabiu. Jeńcy wraz ze zdobycznym spandauem zostali przekazani oficerowi.

W punkcie zbornym 2 batalionu na farmie Baarskamp szybko dokonano przeglądu. Brakowało sekcji medycznej i kilku ludzi z personelu sztabowego. Dwaj żołnierze zginęli. Jeden, któremu jeszcze w powietrzu seria z karabinu maszynowego odstrzeliła hełm wraz z czubkiem głowy, leżał tam, gdzie wylądował. Twarz zabitego była blada z powodu utraty krwi, lecz malował się na niej spokój. Ten szokujący widok demoralizował żołnierzy, którzy go mijali w drodze do rejonów koncentracji. Ku wielkiej uldze strzelca Jakutczyka jego pluton zebrał się w całości.

Oficer zaopatrzeniowy dywizjonu przeciwpancernego, podporucznik Zbigniew Bossowski, skakał z samolotu 99. Niektórzy żołnierze dywizjonu byli Polakami wcielonymi przymusowo do armii niemieckiej i weteranami Afrikakorps Rommla. Teraz służyli ojczyźnie pod przybranymi nazwiskami, a ich osobliwy "status weteranów" miał się okazać bardzo przydatny. Gdy Bossowski wylądował w rowie wypełnionym wodą, niemal natychmiast odezwał się spandau, zasypując okolicę gradem kul. Unieruchomiony w rowie porucznik usłyszał, jak jeden z jego żołnierzy krzyczy w doskonałym żargonie znanym w Wehrmachcie: "Przestań do nas strzelać, ty końska dupo!" Ku zdumieniu porucznika, karabin maszynowy umilkł.

Kiedy artyleria przeciwlotnicza otworzyła ogień, sierżant Wojciech Juhas z kompanii saperów przepchnął się do drzwi samolotu 43. Pomimo ostrzeżeń Amerykanów chciał popatrzeć na niezwykłe widowisko. Samolot zarzucił i zakołysał się "jak okręt w czasie sztormu". Szef załogi powiedział Juhasowi, żeby się nie martwił o złożone rowery, bo on sam je wyrzuci. Zapaliło się zielone światełko i Juhas wyskoczył. Wisząc w powietrzu, popatrzył na swoją dakotę, ale żadne rowery z niej nie wypadły. Zaklął pod nosem, ale zaraz przestał o nich myśleć. Na ziemi zaczął rozpakowywać zasobniki z zaopatrzeniem, wciąż spoglądając w górę, czy aby nie spada na niego któryś z kolegów. Sekcja zebrała się wokół rosłego sierżanta i jeden z żołnierzy zameldował, że radiotelegrafista został ranny. Saperzy załadowali sprzęt na ręczne dwukołowe wózki i ruszyli w stronę farmy Baarskamp.

Samolot 62 tak się trząsł od ognia artylerii przeciwlotniczej, że tylko kilku ludzi zdołało utrzymać się na nogach. Jeden upadł i zaplątał się w linki, toteż mechanik pokładowy musiał go odczepić, skazując tym samym na powrót do Anglii. Zabłysło zielone światełko i obciążeni ekwipunkiem spadochroniarze popchnęli swoje worki desantowe w stronę otwartych drzwi. Zawieszony pod czaszą spadochronu strzelec Mieczysław Chwastek mocował się ze sprzączką worka. Wreszcie rozpiął ją zaledwie dwa metry nad ziemią i worek spadł ciężko na pole, przy czym złamało się łoże karabinu. Pod silnym ogniem strzelec zaczął sprawdzać swój ekwipunek w poszukiwaniu czegoś, czym mógłby związać karabin.

Spadochron przyjaciela Chwastka, strzelca Michała Laska, szybował nad rowem, z którego generał Sosabowski krzyczał przez zwinięte dłonie: "Chłopcy, to nie jest zabawa!" Po wylądowaniu Lasek spróbował rozeznać się w sytuacji, ponieważ - jak wspomina - "Niemcy walili do nas ze wszystkich stron. Czołgaliśmy się, oszołomieni i zdezorientowani, bo gdyby ktoś się podniósł, niemieccy kaemiści z pewnością by go dostali i zostałby już na zawsze w strefie zrzutu". Nie rozpakowawszy broni, strzelec podczołgał się do kolegi z plutonu, młodego żołnierza, który leżał w szoku pośrodku huczącej od wystrzałów strefy zrzutu. Tkwił nieruchomo w uprzęży spadochronu, rękaw jego kombinezonu i ramię wisiały na strzępkach płótna i mięsa. Lasek założył mu opaskę uciskową i uwolnił go od ekwipunku. Nieco dalej zobaczył żołnierzy organizujących się stopniowo w sekcje i formujących szyk bojowy.

Szyfrant, strzelec Raschke, wyskoczył z płonącej dakoty i poczuł, że spada "jak manekin". Szarpnięcie uprzęży powiedziało mu, że spadochron się otworzył. Szare wstążki dymu pięły się w górę pomiędzy opadającymi spadochronami. Raschke szybował w stronę nasypu kolejowego, z którego mknęły na spotkanie spadochroniarzy pociski smugowe. Opuszczając swój worek i ciągnąc za linki stabilizujące, strzelec modlił się głośno o wybawienie. Po wylądowaniu jakiś czas leżał "jak trup", a nad nim świszczały kule. Uzbrojony tylko w pistolet maszynowy Sten, nie mógł się ostrzeliwać na długi dystans, zaczął się więc wycofywać, ciągnąc za sobą worek z kartami szyfrów. Kiedy na chwilę się uspokoiło, poderwał się na nogi i pomknął w stronę rowu, a Niemcy znów otworzyli ogień do jego biegnącej sylwetki. Bez tchu, ale cały, Raschke dotarł w osłonięte miejsce, po czym ruszył rowami i kanałami w stronę punktu zbornego sztabu na farmie Baarskamp.

Nad głową majora Ryszarda Małaszkiewicza otworzył się spadochron. Szef sztabu brygady spojrzał na zegarek i stwierdził, że jest dokładnie 17.23. Wypatrując ponad polami, dostrzegł niecałe trzy kilometry dalej błękitną wstęgę dolnego Renu. Dym unosił się nad Arnhem i Oosterbeek, ale sama rzeka była "cicha i pozbawiona życia". Rozrywające się wokół pociski uświadomiły mu, że to nie ćwiczenia. Uderzywszy o ziemię, Małaszkiewicz przekoziołkował, zrzucił spadochron, przewiesił mapnik przez ramię i zaczął iść w kierunku rzeki. Niebawem spotkał innych żołnierzy ze swojej sekcji. Ich "spokojna przechadzka" dobiegła końca, kiedy z budynku po drugiej stronie jednego z szerokich pól padły strzały. Maszerująca kolumna bez słowa sformowała szyk bojowy i ruszyła naprzód. Atak okazał się jednak niepotrzebny; strzały ucichły i żołnierze kompanii sztabowej zobaczyli, jak spadochroniarze wyprowadzają z budynku sześciu Niemców z rękami w górze.

2 pluton saperów zaczął się zbierać wokół swego dowódcy, podporucznika Mieczysława Grünbauma. Przegląd trzeba było przerwać, kiedy zza żywopłotu otworzył ogień karabin maszynowy. Grünbaum przez lata myślał o swoim umęczonym kraju i o żydowskich krewnych, którzy tam zostali. Nie mógł się doczekać, żeby zmierzyć się z wrogiem, i teraz, pod osłoną granatów, oficer saperów poprowadził atak z flanki na żywopłot. Spadochroniarze zasypali zaskoczonych Niemców gradem kul. Stojąc nad martwymi ciałami Übermenschen, porucznik przeładował stena i - jak wspomina - "kolana mi się trzęsły, byłem słaby jak mały kociak i wcale nie czułem, że mam dwa metry wzrostu".

Kiedy w strefie zrzutu ucichły strzały, zastąpiły je donośne polskie głosy: "8 kompania, tutaj...", "Widziałem, jak idą...", "4 kompania, zbierać się...", "Gdzie jest sierżant...", "Zabierzcie tego człowieka do..."

Brygada zaczęła się organizować. Pozbierano i otwarto zasobniki z zaopatrzeniem, a ich zawartość rozdzielono wśród żołnierzy. Od czasu do czasu rozbrzmiewał pojedynczy strzał lub seria z karabinu maszynowego, a z odległych krańców strefy zrzutu nadciągało coraz więcej spadochroniarzy. Żołnierze usiłowali zorientować się w sytuacji. Cztery godziny wcześniej znajdowali się w spokojnej Anglii, a potem, w ciągu kilku minut, zostali zrzuceni w sam środek zaciętej walki. Generał dzielił uwagę pomiędzy porucznika Dyrdę, który przesłuchiwał jeńców, a radiotelegrafistów, próbujących się połączyć z innymi jednostkami brygady. Spokojny na pozór i rozluźniony Sosabowski jadł owoce, które żołnierze zerwali w okolicznych sadach. Ale zachowanie dowódcy było maską. Polacy otrzymali rozkaz przeprawienia się promem przez rzekę i wsparcia toczącej ciężkie boje brytyjskiej 1 Dywizji Powietrznodesantowej - tak szybko, jak to możliwe.

Dwudziestego pierwszego września 1944 roku polska 1 Samodzielna Brygada Spadochronowa wylądowała w Driel w Holandii w ramach operacji "Market-Garden", największej operacji powietrznodesantowej w dziejach. Ochotnicy, których nazistowska propaganda nazywała cynicznie "turystami generała Sikorskiego", zjechali się z całej Europy, przezwyciężywszy po drodze liczne przeszkody, takie jak klęska, głód i niewola, by wstąpić do armii polskiej formowanej w Wielkiej Brytanii. Ci, którzy dotarli na wybrzeże Fife w Szkocji, otrzymali szare berety i uzyskali przywilej noszenia na piersi srebrnego pikującego orła - emblematu polskich spadochroniarzy. Wstępowali do brygady spadochronowej w nadziei, że uda im się wrócić do kraju najkrótszą drogą.

Większość miała już nigdy nie zobaczyć Polski. Wraz ze swymi rodakami walczącymi na innych frontach imponowali sojusznikom - zarówno wojskowym, jak i cywilom - heroizmem i umiłowaniem ojczyzny, przewyższając pod tym względem pozostałych żołnierzy II wojny światowej. Dołączyli do swego dowódcy, generała brygady Stanisława Sosabowskiego, by napisać historię bezprzykładnego męstwa, niezmiernego rozgoryczenia i powikłanego losu. Oto ona.

Rozdział 2

WYCHOWANIE ŻOŁNIERZA OBYWATELA

1892 - lato 1939

Położona w sercu Europy Polska była od 1791 roku monarchią konstytucyjną. Potężna niegdyś Rzeczpospolita Obojga Narodów, która rozciągała się od Bałtyku do Morza Czarnego, została stopniowo wchłonięta przez silniejszych sąsiadów, Rosję, Prusy i Austrię, i ostatecznie zniknęła z mapy Europy w 1795 roku.

Polska kultura była żywotna, nowoczesna i zapatrzona w przyszłość. Naród, w przeważającej większości katolicki, zawsze przestrzegał zasad tolerancji religijnej i jako jeden z nielicznych w świecie zachodnim nie miał w swojej historii wojen religijnych. Później kraj zapadł się nagle w otchłań tyranii, która próbowała wykorzenić ducha narodowego i wartości kulturalne. Wielu "najlepszych i najświatlejszych" opuściło Polskę, gdyż nie mogło żyć pod rządami mocarstw zaborczych. Sposobność do odzyskania narodowej niepodległości pojawiła się wraz z dojściem do władzy Napoleona, jako że we Francji przebywała większość emigrantów. Młody zdobywca sformował kilka legionów polskich, a służący w nich ochotnicy okazali się znakomitymi żołnierzami. W wyniku zapewnienia Napoleona, że Polska się odrodzi, ich szeregi nieustannie rosły. Nagrodą za lojalną służbę było utworzenie Księstwa Warszawskiego. W 1812 roku nadzieje na wskrzeszenie Polski rozwiały się w śniegach Rosji po klęsce Wielkiej Armii cesarza Francuzów.

Rosja, Prusy i Austria ponownie zajęły ziemie Polski, które zagarnęły wcześniej podczas rozbiorów, zgodziły się jednak na utworzenie małego Królestwa Polskiego pod berłem Rosji, ze stolicą w Warszawie. Taka sytuacja trwała przez piętnaście lat, do 1830 roku, kiedy oficerowie armii Królestwa dali sygnał do powstania. W lutym 1831 roku odnieśli zwycięstwo pod Grochowem niedaleko Warszawy. Jednak jesienią powstanie zostało stłumione przez armię carską, a Królestwo Polskie zaczęto stopniowo zespalać z Rosją. Nastąpiła nowa fala emigracji i - tak jak po rozbiorach - wielu Polaków wyjechało do Francji.

Polska szlachta znów zbuntowała się przeciw Rosjanom w 1863 roku, lecz to powstanie również zostało stłumione. Car wprowadził surową politykę rusyfikacji: zamknięto uniwersytet, kraj zalali szpiedzy, a język polski zniknął ze szkół, sądów i organów lokalnej administracji.

W Prusach Otto von Bismarck, owładnięty ideą zjednoczenia państw niemieckich, postrzegał polski patriotyzm i wysoki przyrost naturalny na ziemiach polskich jako groźbę. Chociaż polscy poddani króla Prus nie przejawiali skłonności do powstań, rozrastający się żywioł pozaniemiecki w państwie pruskim był nie do zniesienia dla "Żelaznego Kanclerza". Wprowadzono politykę Kulturkampfu, wymierzoną bezpośrednio w Polaków i ich religię. Odtąd całe szkolnictwo znalazło się w rękach władz świeckich. Masowo sprowadzano niemieckich nauczycieli, a niemiecki stał się językiem urzędowym. Nawet nazwy ulic nie mogły już być polskie. Polacy przejawiali jednak niewielkie zainteresowanie niemiecką misją "cywilizacyjną" i twardo przeciwstawiali się wykupywaniu ich gruntów przez pruskich kolonistów.

Na ziemiach polskich pod panowaniem austriackim sytuacja wyglądała inaczej. Język polski był powszechnie używany we wszystkich sferach życia, a miejscowa ludność cieszyła się znaczną swobodą i mogła nawet uczestniczyć w lokalnym rządzie i administracji. Austria była jednak nieco operetkowym, rurytańskim* cesarstwem i ci, którzy mieli władzę i wpływy, woleli tańczyć walca w Wiedniu niż dbać o rozwój prowincji. Galicja leżała na dalekich peryferiach cesarstwa i nikt nie interesował się jej losem. Chłopi pod rządami austriackimi żyli w jeszcze większej nędzy niż chłopi na ziemiach polskich pod panowaniem Rosji.

* Rurytania - wyimaginowane państwo w Europie Środkowej, opisane w powieściach Anthony'ego Hope'a Hawkinsa (przyp. tłum.).

Właśnie w tej części Polski urodził się ósmego maja 1892 roku Stanisław Franciszek Sosabowski. Stanisławów, miejsce jego narodzin, był miasteczkiem w żyznym zakolu Dniestru u podnóża Karpat. Stanisław był drugim z czworga dzieci Franciszka Sosabowskiego, urzędnika austriackich kolei państwowych. W wieku jedenastu lat, kiedy uczęszczał do gimnazjum, został po śmierci ojca głową rodziny. Skromna renta wdowia nie wystarczała, by uchronić rodzinę przed nędzą. Mimo to zdolny chłopiec nie przerwał nauki, lecz wspierał rodzinę, udzielając kolegom korepetycji.

Szkoła była niemal wyłącznie polska, a zarówno nauczyciele, jak i uczniowie pielęgnowali uczucia patriotyczne. Tam właśnie Stanisław wstąpił do "Sokoła", polskiego Związku Towarzystw Gimnastycznych, będącego jednocześnie na wpół podziemną organizacją niepodległościową. Członkowie nie tylko dyskutowali o polskiej historii i polityce, lecz także odbywali ćwiczenia z karabinami dostarczanymi przez władze, które popierały szkolenie przyszłych rekrutów. Związki te stały się częścią tajnej organizacji "Strzelec" i miały zapewnić kadry dla armii polskiej, gdyby nadarzyła się taka sposobność. Sosabowski kierował związkiem strzeleckim w Stanisławowie, a w 1912 roku został wysłany na tajny kurs dla polskich oficerów. Uczest-niczył też w tworzeniu tajnego Związku Harcerstwa Polskiego w tym regionie.

W 1914 roku zamordowany został austriacki arcyksiążę Franciszek Ferdynand i Europa pogrążyła się w wojnie. Podczas gdy wielu Polaków wstępowało do tworzonych u boku armii austriackiej Legionów Polskich pod dowództwem Józefa Piłsudskiego, Polacy we Lwowie i Stanisławowie czekali na wezwanie. Tamtejsi członkowie organizacji strzeleckiej nie zdawali sobie sprawy z rozbieżności politycznych między Piłsudskim a przywódcami polskich stronnictw niepodległościowych. W efekcie nigdy nie wstąpili do legionów, tylko zostali wcieleni do cesarskiej armii austriackiej. Sosabowski przywdział szary mundur i otrzymał stopień chorążego w 58 pułku piechoty.

W pierwszym okresie wojny Rosjanie przeprowadzili ofensywę z zamiarem zdobycia twierdzy w Przemyślu. Podczas długiej zimy Sosabowski widział, jak jego pułk się wykrusza. Ludzi, których nie zmogły rosyjskie pociski i kule, powaliły tradycyjne plagi nękające żołnierzy: wszy i dyzenteria. Skorumpowany cesarsko-królewski system zaopatrzenia zapewniał najwyżej dodatkowe zyski dla nieuczciwych kwatermistrzów. Ludzie marzli, ponieważ nie otrzymali zimowych płaszczy, racje żywnościowe wydawano nieregularnie i żołnierze naprawdę przymierali głodem. Pod koniec pierwszego roku wojny Sosabowski był jednym z trzech pozostałych przy życiu żołnierzy kompanii liczącej pierwotnie dwustu pięćdziesięciu ludzi.

Latem chorąży Sosabowski zajmował się szkoleniem przyszłych oficerów armii austriackiej. W czerwcu 1915 roku został ranny w prawe kolano odłamkiem szrapnela i doznał porażenia nerwu. Musiało minąć wiele lat, nim odzyskał pełną władzę w nodze. Wysłanemu na rekonwalescencję do Czech Sosabowskiemu towarzyszyła żona. To właśnie tam urodziła mu pierwsze dziecko, chłopca imieniem Stanisław. Pod koniec 1917 roku Sosabowski otrzymał wreszcie patent oficerski w armii Franciszka Józefa i przydział w charakterze oficera sztabowego do arcyksiążęcej kwatery głównej w Bolzano na froncie tyrolskim.

W trakcie żmudnej pracy w archiwum cesarskiego sztabu przez jego ręce przeszło wiele tajnych rozkazów i raportów. Na początku 1918 roku wynik wojny nie budził już większych wątpliwości. Sosabowski wyjednał sobie przeniesienie do Lublina, aby tam czekać na rozwój wydarzeń. Rosja wypadła z wojny i pogrążyła się w chaosie rewolucji. Cała Polska znalazła się w rękach niemieckich bądź austriackich. Piłsudski przebywał w więzieniu, ponieważ nie chciał walczyć za nowe "Królestwo Polskie", marionetkowy twór proklamowany przez Niemców. Państwa centralne najwyraźniej przegrywały wojnę i możliwość odrodzenia Polski wydawała się realna. Wysłano już misje do Wilsona i Clemenceau, którzy z powodów zarówno politycznych, jak i sentymentalnych popierali utworzenie wolnej, niepodległej Polski. W ostatnich miesiącach wojny Sosabowski przygotowywał oficerów pochodzenia polskiego na nieuniknione.

Na początku listopada żołnierze w Lublinie zerwali z czapek austriackie kokardy i zastąpili je białymi orłami. Nie zamierzali walczyć z resztkami zdemoralizowanej wielonarodowej armii; woleli je rozbrajać i odsyłać do domu, a także nie dopuszczać do ewakuacji bądź niszczenia ogromnych magazynów wojskowych. W Lublinie stacjonowało pięć batalionów kolejowych. Na szczęście składały się głównie z Węgrów, nastawionych życzliwie do Polaków. Praca była długa i uciążliwa, lecz obeszło się bez incydentów. Wraz z wycofaniem się Niemców z Warszawy niepodległość w zasadzie stała się faktem. Sosabowski pozostał w Lublinie, pełniąc funkcję kwatermistrza w sztabie Lubelskiego Okręgu Wojskowego.

Ponieważ rana nogi uniemożliwiała służbę frontową podczas walk z bolszewikami, Ukraińcami i niemieckimi freikorpsami w latach 1919-1920, major Sosabowski znalazł się z polską misją wojskową przy Międzyalianckiej Radzie** w Spa w Belgii jako specjalista od zaopatrzenia i materiałów. Była to ważna funkcja, gdyż właśnie od jego biura zależało, które z wielu potrzeb zostaną uznane za priorytetowe i jak będzie zorganizowany transport zaopatrzenia do odradzającego się kraju.

** Międzynarodowe ciało utworzone przez aliantów w celu kontroli warunków zawieszenia broni z Niemcami. Komisje wojskowe stacjonujące w Spa rozpatrywały spory graniczne między nowo powstałymi państwami Europy Środkowej i Wschodniej (przyp. tłum.).

Wreszcie niepodległa po stu dwudziestu trzech latach obcej okupacji Polska nie miała jednak wielu powodów do świętowania. Walki graniczne trwały aż do 1921 roku, a zawarty w końcu pokój nie przyniósł wytchnienia. Kraj był zrujnowany. Obce wojska wielokrotnie przechodziły przez ziemie polskie, zostawiając po sobie zniszczenie i śmierć. Przemysł praktycznie przestał istnieć, a 85 procent ludności nie miało pracy. Połowa ziemi leżała odłogiem, gdyż właściciele gospodarstw albo nie żyli, albo zostali kalekami. Cywile, którzy uciekli przed działaniami wojennymi, bardzo powoli wracali do tego, co ocalało z ich domów. Transport nie funkcjonował; praktycznie każdy most i każdą linię kolejową trzeba było odbudować.

Utworzenie jednolitego państwa z trzech odrębnych jednostek administracyjnych okazało się koszmarem. Na przykład linie kolejowe (które przetrwały w postaci szczątkowej) były przystosowane do potrzeb trzech różnych państw i miały dwa rozstawy torów. Na ziemiach dawnego zaboru pruskiego nie było doświadczonej administracji cywilnej, a w dawnym zaborze austriackim i rosyjskim sytuacja przedstawiała się niewiele lepiej. Istniały trzy systemy prawne odziedziczone po wcześniejszych administracjach, w Warszawie zaś funkcjonował odrębny kodeks, przeniesiony z dawnego Królestwa Polskiego. Polacy stanęli wobec herkulesowej pracy - odbudowy państwa z ruin - lecz przystąpili do niej z energią i zapałem.

Sosabowski wrócił do Polski, by podjąć normalne obowiązki sztabowe. Nie tylko administracja cywilna i prawo wymagały scalenia po okresie zaborów, podobna sytuacja istniała też w wojsku. Żołnierze przechodzili szkolenie w trzech zupełnie różnych armiach. Prusacy, motywując to względami wyznaniowymi, nie przyznawali Polakom stopni oficerskich, lecz w okopach ci ostatni stanowili znaczną część niemieckiego korpusu podoficerskiego. W armii rosyjskiej i austriackiej byli polscy oficerowie, a wielu z nich cieszyło się statusem i przywilejami swojej klasy w obrębie tamtych społeczeństw. Energiczny Sosabowski nieustannie wchodził w konflikty z tego typu oficerami i szybko zyskał sobie w wojsku reputację "wierzgającego ogiera".

Major Sosabowski zaczął uczęszczać na kursy w młodej (lecz już znakomitej) Wyższej Szkole Wojennej w 1922 roku. Przez stulecia polscy żołnierze wielokrotnie dowiedli swojej wartości, lecz kiedy ich kraj zniknął z mapy Europy, nie mieli żadnej akademii ani wyższego szkolnictwa wojskowego. Poczucie tożsamości nie stanowiło w wojsku polskim problemu; problem tkwił w wypracowaniu mądrej, długoterminowej polityki wojskowej i w zapewnieniu fizycznych oraz intelektualnych środków, które zagwarantują wystawienie armii w szybko zmieniającej się atmosferze XX wieku. Sztab musiał poznawać i propagować innowacje taktyczne sprawdzone na polach bitew w latach 1914-1921. Potrzebował planu, aby zintegrować ludność, terytorium i zasoby w ramach obrony kraju otoczonego przez większych i nieprzyjaznych sąsiadów.

Po ukończeniu kursu w Wyższej Szkole Wojennej Sosabowski otrzymał przydział do Sztabu Generalnego. Znowu zajął się sprawami zaopatrzenia i planowania w dziedzinie materiałowych rezerw strategicznych na wypadek wojny. Bez wątpienia była to ważna praca, lecz ambitny oficer pragnął dowództwa liniowego. Poza tym wraz z upływem lat dolegliwości związane z odniesioną na wojnie raną stopniowo ustępowały i Sosabowski coraz mniej utykał.

W 1927 roku został awansowany na podpułkownika i objął dowództwo batalionu w 75 pułku piechoty stacjonującym w Rybniku na Śląsku. Zaledwie siedem lat wcześniej Polacy stoczyli w tym pogranicznym rejonie kilka zwycięskich potyczek z freikorpsami. Stacjonujące tutaj jednostki w pierwszej kolejności otrzymały najnowszy sprzęt i najlepszych żołnierzy. Dowódca batalionu wymagał, aby liczna ludność niemiecka, która pozostała na Śląsku, widziała u polskich żołnierzy jedynie wzorowe standardy zachowania, toteż dyscyplina była surowa.

Rok później Sosabowski został zastępcą dowódcy 3 pułku strzelców podhalańskich. Był to pułk śląski, a do tego elitarna jednostka górska. Żołnierze nosili charakterystyczne mundury i stacjonowali w cudownie położonym Bielsku. Sosabowski czuł się tam jak w domu i spędzał mnóstwo czasu na nartach. Życie garnizonowe, ze sztabem dywizji pod bokiem, niespecjalnie jednak odpowiadało jego niezależnej naturze. Często więc krzyżował szpady z przełożonymi, którzy nie zawsze zgadzali się z "metodami pracy Sosabowskiego". Mimo to wystawiali mu doskonałe opinie, nazywając go chlubą jednostki.

Pod koniec 1929 roku podpułkownik Sosabowski otrzymał propozycję prowadzenia wykładów w Wyższej Szkole Wojennej w Warszawie. Specjalizujący się w sprawach zaopatrzeniowych oficer szybko zyskał w wojsku przydomek "Sklepikarza". Ekscytowała go perspektywa szkolenia oficerów sztabowych, a w swoich wykładach kładł nacisk na konieczność osobistego dowodzenia i solidnego wsparcia logistycznego w operacjach wojskowych. Jego książka Wychowanie żołnierza obywatela wyszła w 1931 roku i szybko stała się obowiązującym podręcznikiem w szkołach wojskowych. Ukazywała żołnierza jako członka wolnego społeczeństwa, którego dowództwo powinno traktować z szacunkiem i odpowiedzialnością, pomne na jego godność.

Słuchacze w szkole widzieli w rosłym i pompatycznym podpułkowniku ambitnego człowieka, robiącego szybką karierę. Ale nie mniej silne wrażenie wywierał też jako energiczny i skrupulatny, nieulegający emocjom organizator. Zajmując się codzienną pracą akademicką, Sosabowski znajdował czas, by redagować szkolne pisma wojskowe, do których pisywał liczne artykuły. W 1935 roku ukazała się jego druga książka, Kwatermistrzostwo w polu.

Był to dla Sosabowskiego szczęśliwy okres. Dzięki dochodom z opublikowanych książek mógł zamieszkać z rodziną w willi na Żoliborzu. W 1922 roku urodził się drugi syn, Jacek. Wykładowca akademii wojskowej był dobrym ojcem i starał się spędzać z dziećmi jak najwięcej czasu, zwłaszcza podczas wakacji w Tatrach. Nigdy nie bił synów ani nawet nie podnosił na nich głosu, lecz mimo to potrafił utrzymać dyscyplinę. Wystarczyło, że zmarszczył brwi, a jego zazwyczaj łagodne szaroniebieskie oczy stawały się lodowate jak lufy dział. Przeszywające, nieomylne spojrzenie zastępowało wszystkie słowa.

Podpułkownik Sosabowski został kierownikiem katedry w Wyższej Szkole Wojennej, ale w głębi serca pragnął dowodzić pułkiem piechoty. W 1937 roku jego życzenie się spełniło. Porzuciwszy tętniącą życiem stolicę dla sennego Zamościa, Sosabowski objął dowództwo 9 pułku piechoty. Odziedziczył jednostkę o słabym morale i pozbawioną spoistości. W małym miasteczku nie było wielu rozrywek, tylko alkohol i jedno kino. Nowy dowódca zadbał o to, aby młodzi oficerowie mieli więcej wolnego czasu po codziennej ciężkiej pracy w swoich jednostkach, a na soboty i niedziele załatwił im przepustki do Warszawy i Lublina. Sam Zamość był wcześniej rosyjskim miastem garnizonowym i miejscowa ludność wciąż nie była dobrze usposobiona do żołnierzy, niezależnie od tego, jakie nosili mundury. Należało zatem poprawić stosunki z mieszkańcami miasta, do czego miały się przyczynić zaproszenia na pułkowe zabawy taneczne i uroczystości.

Z myślą o poborowych Sosabowski wcielił w czyn zasady, które wyłożył w swojej pierwszej książce. Uznał, że czas spędzany przez żołnierza z dala od ubogiej wioski czy nękanego bezrobociem miasta to doskonała okazja do lekcji wychowania obywatelskiego. Rozciągało się to również na rodziny żołnierzy, toteż pułkownik poprosił władze kolejowe o pulę darmowych lub ulgowych biletów, aby najbliżsi mogli oglądać swoich synów i braci maszerujących w defiladach. Później rodziny zapraszano na żołnierski obiad pod gołym niebem. Efekty stały się oczywiste, kiedy pułk zdobył dywizyjną nagrodę za wyniki w strzelaniu, a zimą kolejną nagrodę za jazdę na nartach.

Podczas gdy starszy syn Sosabowskiego, Stanisław, studiował w Centrum Wyszkolenia Sanitarnego, młodszy, Jacek, zginął w tragicznym wypadku z bronią. Podpułkownik Sosabowski był załamany. Czuł, że dowodzenie pułkiem w takim momencie przekracza jego siły. W styczniu 1939 roku zameldował się osobiście w Ministerstwie Spraw Wojskowych w Warszawie i poprosił o zwolnienie z dowództwa 9 pułku piechoty.

Niedługo potem, w marcu 1939 roku, otrzymał awans na pułkownika. Wraz z promocją przyszła propozycja objęcia dowództwa 21 pułku piechoty. Sosabowski, choć wciąż przygnębiony po stracie syna, wyraził zgodę, co pomogło mu wrócić do równowagi emocjonalnej. Jednostką był słynny pułk "Dzieci Warszawy", związany długą tradycją ze stolicą. Swój pierwszy bój stoczył na ulicach Warszawy z Rosjanami w 1794 roku. Odtworzony w 1815 roku w Królestwie Polskim, zyskał miano "Dzieci Warszawy", walcząc (znowu z Rosjanami) pod Grochowem w 1831 roku. Na nowo powołany do życia jedenastego listopada 1918 roku, a złożony z kadry podziemnej organizacji niepodległościowej, kwaterował w warszawskiej Cytadeli i w protokole wojskowym był pierwszą jednostką stołecznego garnizonu. Wielu żołnierzy rekrutowało się z podlejszych dzielnic miasta, ale nawet największe "rzezimieszki" darzyły szacunkiem surowego, lecz sprawiedliwego dowódcę. Pułk był nie tylko doborową jednostką bojową o najwyższym poziomie wyszkolenia, ale słynął również z tego, że prezentował się doskonale na paradach.

W Święto Konstytucji, trzeciego maja 1939 roku, żołnierze pułku "Dzieci Warszawy" prowadzili defiladę w stolicy. Pułkownik Sosabowski, na białym koniu, jechał na ich czele, słuchając wiwatów zgromadzonych tłumów. Trasa uroczystego przemarszu wiodła przez główne ulice Warszawy, udekorowane biało-czerwonymi flagami. Żaden z tysięcy widzów, stojących na chodnikach tego pięknego wiosennego dnia, nie wyobrażał sobie defilady, która miała się odbyć zaledwie sześć miesięcy później. Wówczas ulicami stolicy przemaszerują żołnierze w głębokich stalowoszarych hełmach. Powiewające flagi też będą czerwono-białe, lecz z dodatkiem czarnego złamanego krzyża. Defiladę będzie przyjmował człowiek z czarnym wąsikiem, a dla milionów ludzi na całej kuli ziemskiej nastanie wówczas koniec ich dawnego, znanego świata i początek nowego, złowrogiego.

Rozdział 3

ŻOŁNIERZE ZNANI JAKO "DZIECI WARSZAWY"

Sierpień-wrzesień 1939

Wraz z dojściem do władzy Adolfa Hitlera Niemcy podjęły próbę zaleczenia ran, jakie zadała ich zbiorowej dumie klęska w I wojnie światowej. Nazistowska filozofia opierała się na przesłance wyższości rasy germańskiej nad innymi rasami, zwłaszcza Żydami i Słowianami, których uważano za podludzi. Pod rządami Hitlera Niemcy rozpoczęli intensywny program remilitaryzacji i rozbudowy sił zbrojnych, konsekwentnie stosując taktykę zastraszania sąsiadów. W marcu 1939 roku, wbrew porozumieniu z Monachium, zajęli Czechosłowację, co spowodowało, że Francja i Wielka Brytania zaczęły odchodzić od dotychczasowej polityki ugody. Kiedy wiosną 1939 roku naziści nasilili antypolską kampanię propagandową, stało się jasne, że Hitler żywi wrogie zamiary również wobec wschodniego sąsiada.

Polska znalazła się w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Z chwilą wkroczenia Niemców do Czechosłowacji stanęła w obliczu rasowego i politycznego wroga nie tylko na granicy zachodniej i północnej, gdzie jedynie wąski skrawek polskiego wybrzeża oddzielał Rzeszę właściwą od Prus Wschodnich, lecz również na granicy południowej. W latach wielkiego kryzysu niepodległa Rzeczpospolita Polska wytężała wszystkie siły, by podźwignąć się ze zniszczeń wojennych i stworzyć nowoczesne państwo. Mimo pilnych potrzeb w zakresie szkolnictwa, przemysłu i infrastruktury znaczna część polskiego budżetu szła na obronę. Ale nawet przekazując ponad 50 procent całkowitego dochodu narodowego na zbrojenia, Polska nie mogła dotrzymać kroku agresywnemu sąsiadowi. Polskie wydatki na obronę w latach 1936-1939 stanowiły mniej niż 10 procent tego, co Niemcy przeznaczyły na swoje siły powietrzne w samym tylko 1939 roku.

Kiedy Niemcy zażądały "powrotu" Wolnego Miasta Gdańska do Rzeszy, Francja i Wielka Brytania zaniepokoiły się rosnącą potęgą Hitlera. Chociaż Polska odrzuciła francuskie i brytyjskie sugestie dotyczące układu ze Związkiem Sowieckim, alianci zawarli z nią traktaty o wzajemnej pomocy. Polacy najwyraźniej nie zamierzali się ugiąć przed żądaniami Hitlera, a nowi sojusznicy zachęcali ich do oporu. Zagraniczni eksperci, patrząc na mapy, przewidywali, że Polacy, pozbawieni w swoim równinnym kraju naturalnych linii obronnych, oddadzą większość terytorium, wycofają się za główne rzeki i będą bronić tylko rejonu centralnego. Taka strategia była dla Polaków nie do przyjęcia. Nie chodziło tylko o wielkie przywiązanie emocjonalne do morza i polskiego Śląska, lecz również o to, że tam znajdowała się większość zasobów przemysłowych kraju. Pozostawienie tych obszarów bez obrony umożliwiłoby Hitlerowi zajęcie Polski kawałek po kawałku. Wielka Brytania i Francja udzieliły Polsce gwarancji, że w razie niemieckiej napaści przyjdą jej z pomocą. Ufni w zapewnienia sojuszników Polacy przygotowywali się na to, co miało nastąpić.

Doroczne manewry letnie armii polskiej zostały odwołane z powodu pogarszającej się sytuacji politycznej. Dwudziestego drugiego sierpnia pułkownik Sosabowski otrzymał rozkaz powrotu wraz ze swoim pułkiem do Warszawy. Stawiwszy się następnego ranka w Cytadeli, ujrzał gorączkowe przygotowania. Tej nocy stolicą wstrząsnęła wiadomość o podpisanym w Moskwie pakcie o nieagresji, który zapoczątkował sojusz pomiędzy Hitlerem a Stalinem. Sosabowskiemu przekazano zarządzenia mobilizacyjne, które miały wejść w życie następnego dnia, dwudziestego czwartego sierpnia. Mobilizacja powszechna jeszcze nie została ogłoszona; Brytyjczycy i Francuzi domagali się jej odłożenia, aby nie prowokować Niemców. 8 Dywizja Piechoty, w której skład wchodził pułk "Dzieci Warszawy", otrzymała rozkaz wymarszu na północ, ku granicy z Prusami Wschodnimi.

Późnym popołudniem dwudziestego szóstego sierpnia Sosabowski dokonał przeglądu swoich żołnierzy. Po dwudziestu pięciu latach doświadczeń wojskowych, wszechstronnego szkolenia, ćwiczeń i studiów w szkole wyższej pułkownik był pewny siebie i swoich ludzi. Rozpoczęli nocny marsz do Opinogóry, na wojnę, która wydawała się coraz bardziej prawdopodobna.

Kiedy "Dzieci Warszawy" posuwały się w stronę granicy, większość okrętów polskiej marynarki wojennej wymknęła się z trudnej do obrony Gdyni i popłynęła do Anglii. Samoloty polskich sił powietrznych przeniosły się na zaimprowizowane lotniska polowe z dala od głównych baz. Francuzi i Brytyjczycy wciąż sprzeciwiali się ogłoszeniu przez rząd polski mobilizacji powszechnej w obawie przed sprowokowaniem Hitlera. Wbrew jednak życzeniom aliantów Polacy dyskretnie przeprowadzili mobilizację za pośrednictwem poczty.

Trzydziestego pierwszego sierpnia niemiecki pancernik "Schleswig-Holstein", przebywający z "kurtuazyjną" wizytą w Gdańsku, podniósł kotwicę i popłynął w głąb portu. W przygranicznym mieście Gleiwitz (Gliwice), niedaleko koszar 75 pułku piechoty w Rybniku, niemiecki program radiowy został nagle przerwany. Rozległy się strzały, a chwilę później "polscy" żołnierze chwycili za mikrofon i wygłosili po polsku orędzie polityczne; potem nadajnik zamilkł. Przybyłym następnego ranka na miejsce "ataku" dziennikarzom pokazano zwłoki w polskim mundurze. Napastnikami byli w rzeczywistości esesmani, a zwłoki należały do więźnia obozu koncentracyjnego, uśmierconego zastrzykiem i porzuconego w pobliżu rozgłośni radiowej jako dowód polskiej prowokacji.

O 4.45 pierwszego września "Schleswig-Holstein" otworzył ogień do polskiej składnicy amunicji Westerplatte w porcie gdańskim. W ciemnościach przedświtu ciężko obładowane samoloty przekroczyły polską granicę i zaczęły bezlitośnie bombardować zarówno cele wojskowe, jak i cywilne. O świcie wzdłuż całej granicy rozległ się ryk dieslowskich silników i zgrzyt metalu, kiedy niemieckie czołgi ruszyły do natarcia. Od strony Prus Wschodnich niemiecka 3 Armia, składająca się z trzech dywizji piechoty, Dywizji Pancernej "Kempf" i brygady kawalerii, wdarła się na północne Mazowsze i zaatakowała jednostki polskiej Armii "Modlin". Pod osłoną bombowców nurkujących Ju-87 Stuka, rozdzierających powietrze przeraźliwym wyciem, 3 Armia uderzyła na polską 20 Dywizję Piechoty, zajmującą fortyfikacje przygraniczne w Mławie. Po ciężkich walkach Niemcom udało się dokonać jedynie niewielkiego wyłomu, lecz polskie pozycje w Mławie z trudem wytrzymywały napór przeważających sił.

Świt tego historycznego wrześniowego dnia zastał 21 pułk piechoty w rejonie Ościsłowa. Po otrzymaniu rozkazu mobilizacji, co nastąpiło osiem dni wcześniej, żołnierze pułku przebyli sto pięćdziesiąt kilometrów w ciągu pięciu dni. Spędziwszy pozostałe trzy dni na budowaniu fortyfikacji polowych, teraz korzystali z zasłużonego odpoczynku. Pułkownik Sosabowski czynił ostatnie przygotowania, a pułk dostał świeże konie.

Następnego dnia "Dzieci Warszawy" pozostały na swoich pozycjach. Wszędzie panował spokój, tylko klucze nieprzyjacielskich bombowców przelatywały na wysokim pułapie w kierunku Warszawy. Dowódca dywizji wezwał dowódców pułków do swojej kwatery na ostatnią odprawę. 20 Dywizja walczyła o życie na granicy, ponosząc i zadając ciężkie straty. Niemieckie jednostki pancerne i zmotoryzowane przedarły się przez polskie linie i parły na Warszawę. Tej nocy 8 Dywizja miała wyruszyć z odsieczą 20 Dywizji i kilka godzin przed zmierzchem rozpoczął się wymarsz. 21 pułk piechoty osłaniał lewą flankę.

O świcie żołnierze dotarli do Koziczyna. Pułkownik Sosabowski martwił się rozmieszczeniem jednostek dywizji. Protestował przeciw wielkim lukom między batalionami, a nawet pułkami, i narzekał na brak łączności z jednostkami sąsiednimi. Kazano mu jednak podporządkować się rozkazom. Terkot karabinów maszynowych obwieścił, że patrole wysłane przed kolumną marszową natknęły się na nieprzyjaciela. Pułkownik podjechał konno w tamtą stronę i zobaczył przemykających wśród drzew żołnierzy w szarozielonych mundurach. Niebawem do nieprzyjacielskich karabinów maszynowych dołączyły moździerze i artyleria. Prosto z marszu, bez wsparcia artylerii, 21 pułk przypuścił brawurowy szturm i udaremnił niemieckie natarcie.

Pułkownik Sosabowski był dumny ze swoich ludzi. Walki toczyły się cały dzień, a doświadczony dowódca obserwował jednostkę przez lornetkę. Był pod wrażeniem postawy oficerów i podoficerów. Pod ogniem zachowywali spokój, a zainspirowani ich przykładem żołnierze spisywali się doskonale. Polacy nie wiedzieli, że ich dywizja natknęła się na niemiecką 12 Dywizję Piechoty "Pommern" i zatrzymała jej natarcie w kierunku Warszawy. Ale "Dzieci Warszawy" były u kresu sił. Pułk poniósł znaczne straty i pilnie potrzebował wsparcia. O zachodzie słońca Sosabowski zatelefonował do sztabu dywizji i uzyskał obietnicę, że o 22.00 przybędzie świeży batalion. Był to ostatni raz, kiedy sztab obiecał mu posiłki.

Zapadła noc i nad pozycjami 21 pułku zaczęły przelatywać samoloty, a zewsząd dobiegały odgłosy walk i warkot silników czołgowych. Najwyraźniej odcięty Sosabowski zarządził dwukilometrowy odwrót na lepsze pozycje obronne. Marsz rozpoczął się o 3.30, a o świcie żołnierze się okopali. "Dzieci Warszawy" znalazły się na otwartym terenie; najbliższą osłonę stanowił opinogórski las. Na południu unosił się dym; to płonął Ciechanów, który, o czym Sosabowski nie wiedział, zdążyła już zająć niemiecka kolumna zmotoryzowana.

Trzeciego września Francja i Wielka Brytania wreszcie wypowiedziały Hitlerowi wojnę, dając mu trzy dni na wycofanie się z Polski. Luftwaffe siała spustoszenie, bombardując i ostrzeliwując zarówno żołnierzy, jak i cywilów. Oprócz niszczonych bezlitośnie miast głównymi celami były linie kolejowe. Na skutek późno ogłoszonej mobilizacji i bombardowania sieci transportowej wielu rezerwistów zabłądziło i nie zdołało dołączyć do swoich jednostek. Niemcy, stosujący taktykę wojny błyskawicznej, przecięli "polski korytarz" i dokonali licznych wyłomów w polskich liniach obronnych. Kolumny pancerne Wehrmachtu szybko zbliżały się do Warszawy.

Pułkownik Sosabowski miał poważne problemy: jego pułk był odcięty, wyczerpany walkami i wielodniowym marszem, a żołnierze nie jedli od dwudziestu czterech godzin. Ryzyko przejścia jedenastu kilometrów przez otwarty teren pod osłonę lasu wydawało się sensowniejsze niż oczekiwanie na niepewną pomoc czy wykrycie przez Niemców. Żołnierze wyruszyli w pełnym świetle dnia.

Po drodze mogli się naocznie przekonać, jaki los spotkał 8 Dywizję. Sosabowski nie miał pojęcia, co się stało z resztą jej składu. Niemiecka 1 Brygada Kawalerii i Dywizja Pancerna "Kempf" rozbiły Mazowiecką Brygadę Kawalerii, która osłaniała lewą flankę 8 Dywizji. Kontynuując natarcie, Niemcy zmiażdżyli wszystkie jej jednostki z wyjątkiem 21 pułku piechoty. "Dzieci Warszawy" mijały porzucony sprzęt: karabiny, działa i amunicję, w większości zdatne do użytku. Pułkownik Sosabowski był przerażony. Przypominało to sceny, które oglądał ponad dwadzieścia lat wcześniej, kiedy dwa imperia, carskie i kajzerowskie, starły się na polu bitwy. Różnica polegała na tym, że teraz była to polska klęska. Sosabowski wziął się w garść i przeszedł wzdłuż szeregów, rozmawiając z podkomendnymi i podnosząc ich na duchu. W obawie przed atakiem powietrznym żołnierze uparcie szli naprzód. Kiedy dotarli do Lekowa, ostatniej wioski przed lasem, do Sosabowskiego podszedł kapitan ze sztabu dywizji. Zasalutował i oznajmił, że pułkownik jest teraz dowódcą tego, co pozostało z 8 Dywizji.

Wokół wioski zebrały się resztki jednostek 8 i 20 Dywizji. Razem stanowiły odpowiednik czterech batalionów piechoty, dwóch dywizjonów artylerii i dwóch kompanii tankietek. Sosabowski miał teraz pod swoim dowództwem pięć tysięcy wyczerpanych i pobitych ludzi. Brakowało żywności, a jedyne informacje, jakimi dysponowali, pochodziły od chłopów, którzy opowiadali, że w okolicy jest mnóstwo niemieckich czołgów.

Las mógł być schronieniem tylko przez kilka godzin. Po zarządzeniu krótkiego odpoczynku Sosabowski wtajemniczył dowódców jednostek w swoje plany. Celem grupy, podzielonej na dwie kolumny, z których każda miała pięć kilometrów długości, a w jej skład wchodziły działa, tankietki i tabory, było dotarcie do Modlina. W tej krytycznej sytuacji tradycyjna polska doktryna taktyczna, przewidująca przemieszczanie się nocą, miała tym większe znaczenie. Za wszelką cenę należało unikać kontaktu z nieprzyjacielem.

Aby nie dopuścić do paniki, którą mogłaby wywołać przypadkowa strzelanina, Sosabowski rozkazał żołnierzom wyjąć zamki z karabinów i nieść je w kieszeniach. Cały zbędny sprzęt miał być systematycznie niszczony, a do sztabu Armii "Modlin" wysłano dwóch gońców na rowerach. Osłaniana przez kawalerię kolumna ruszyła. W raporcie napisanym w 1945 roku major Stefan Obrębowski, dowódca 3 batalionu 21 Dywizji Piechoty, złożył hołd swoim ludziom:

Postawę żołnierzy, pomimo forsownego marszu oraz braku żywności i snu, można określić tylko jako wspaniałą, morale wzorowe; żadnej niesubordynacji, żadnego porzucania sprzętu. Żołnierzami zdawała się powodować własna i nieprzymuszona wola. Szli w milczeniu, wierzyli, że zaistniała sytuacja jest tymczasowa i że jeszcze nadejdzie ich godzina. Rozkazy były wykonywane chętnie i bez ociągania. Dowódcy kompanii szli przez cały czas pieszo, swoje konie oddali wyczerpanym strzelcom. Pomagali nieść ekwipunek, jedli na końcu i kładli się spać dopiero wtedy, kiedy zatroszczyli się o żołnierzy.

O wschodzie słońca piątego września kolumny dotarły do Zalesia. Zarekwirowano żywność, jaka pozostała w wiosce, i wydano ludziom pierwszy od czterdziestu ośmiu godzin posiłek. Żołnierze ulokowali się w chałupach i stodołach, żeby odpocząć przed nocnym marszem.

Tej nocy grupa Sosabowskiego przekroczyła Wkrę i spaliła za sobą mosty. Z powodu braku paliwa czołgiści zamierzali zniszczyć swoje pojazdy, lecz szczęśliwym trafem na opuszczonym lotnisku znalazło się kilka beczek benzyny. W oddali rozległy się strzały, kiedy straże przednie napotkały niemiecki patrol, lecz walkę szybko przerwano, ponieważ trzeba było ruszać dalej. O świcie grupa Sosabowskiego natknęła się na dwie ciężarówki z zaopatrzeniem, przysłane z Modlina. Dowodzący nimi porucznik zapewniał, że droga na Modlin jest otwarta. Ponieważ ciężarówki najwyraźniej się przedostały, Sosabowski postanowił się nie zatrzymywać, tylko kontynuować marsz.

Pułkownik Sosabowski i jego grupa dotarli do Modlina siódmego września, po czterech dniach przedzierania się przez niemieckie linie. Podczas gdy twierdza przygotowywała się do odparcia szturmu wroga, Sosabowski pojechał do Jabłonny złożyć raport. Potem ruszył do Warszawy, żeby poszukać kuchni polowych swojego pułku i sprawdzić, jak się miewa rodzina. Podróż okazała się przygnębiająca. Wioski i osady po drodze, porzucone przez ogarniętych paniką cywilów, były zbombardowane. Ciała mężczyzn, kobiet i dzieci oraz trupy zwierząt leżały niepogrzebane, rozkładając się na słońcu. Na poboczach walały się sterty rzeczy osobistych, a grupy uciekinierów, widząc przejeżdżającego oficera, dopytywały się o wiadomości. Drogę do Warszawy wskazywały kłęby czarnego dymu na horyzoncie.

W samym mieście świadectwa okrucieństw wojny, która zwaliła się na głowy niewinnych cywilów, stały się jeszcze bardziej wstrząsające. Z pięknych niegdyś domów, teraz wypalonych lub obróconych w sterty gruzu, dobywał się wstrętny odór. Ludzie na ulicach byli brudni i patrzyli na Sosabowskiego pustym wzrokiem. Warszawa stała się celem bombardowań lotniczych od pierwszego dnia wojny. Po przybyciu do Cytadeli Sosabowski odkrył, że są tam jego kuchnie polowe. Wróciły do Warszawy, kiedy 8 Dywizja została rozbita. Natychmiast rozkazał im dołączyć do reszty pułku w Modlinie. W domu na Żoliborzu pułkownik dowiedział się, że żona i siostra opuściły miasto. Nikt nic nie słyszał o jego synu Stanisławie, przydzielonym do służby w pociągu sanitarnym.

W ósmym dniu września położenie Polski było krytyczne. Łączność między Sztabem Generalnym a dowódcami w polu, utrzymywana za pośrednictwem przeciążonych sieci telefonicznych i telegraficznych, funkcjonowała źle i zerwała się zupełnie, kiedy sztab ewakuował się z Warszawy. Kraków padł, a większość polskich armii poszła w rozsypkę. Zmechanizowane dywizje niemieckie błyskawicznie wyprzedzały polskich żołnierzy, którzy poruszali się na własnych nogach bądź konno. Dzięki nadludzkim wysiłkom dowódcom w polu udawało się czasem pozbierać rozbite resztki jednostek frontowych w zorganizowane grupy. W zaciekłych walkach polskie straże tylne osłaniały odwrót towarzyszy. Resztki Armii "Modlin" miały bronić potężnej napoleońskiej fortecy o tej samej nazwie i powstrzymać Niemców nacierających na Warszawę z Prus Wschodnich. "Dzieci Warszawy" otrzymały rozkaz wycofania się do macierzystego miasta i wzmocnienia jego obrony.

Ósmego września czołgi niemieckiej 4 Dywizji Pancernej zapuściły się już na ulice warszawskiej dzielnicy Ochota. Dwa dni później podjęły próbę przebicia się do centrum Warszawy. Niemcy koncentrowali siły wokół miasta, lecz pierścień okrążenia jeszcze się nie zamknął. Dziesiątego września 21 pułk piechoty, wzmocniony kompanią karabinów maszynowych i innymi jednostkami 8 Dywizji, wyruszył z Modlina do Warszawy. Mimo protestów pułkownika Sosabowskiego marsz odbywał się w ciągu dnia. Dowódca prowadził kolumnę zdecydowanie, a po nalocie sztukasów, podczas którego ponad dwudziestu ludzi zostało zabitych, a kilkudziesięciu rannych, zdołał podjąć na nowo marsz w ciągu godziny. Późnym popołudniem pułk osiągnął linię Struga-Zielonka, gdzie zajął pozycje obronne. Trzy dni później, trzynastego września, otrzymał rozkaz przejścia na Pragę na wschodnim brzegu Wisły.

We wczesnych godzinach rannych czternastego września podkomendni Sosabowskiego zaczęli zajmować ulice Grochowa. Minęli pomnik żołnierzy swojego pułku, którzy w lutowych mrozach sto osiem lat wcześniej zatrzymali tam armię cara idącą na stolicę. Pułkownik Sosabowski dostał wsparcie w postaci dwóch batalionów 336 pułku rezerwy piechoty i dywizjonu artylerii. Miał rozkaz nie dopuścić Niemców do mostów Poniatowskiego i Kierbedzia w centrum miasta. Na polach z 1831 roku stała teraz gazownia, wielkie fabryki i miejskie rzeźnie. Przestrzenie między nimi wypełniały bloki mieszkalne, domy i sklepy. Żołnierze natychmiast przystąpili do budowy barykad z ziemi i gruzu. Na skrzyżowaniu ulicy Międzyborskiej i alei Waszyngtona wykorzystali redutę ziemną, która miała stanowić wysunięty punkt oporu. Najważniejszym obszarem obrony były otwarte tereny na południowym wschodzie i laski na obrzeżach Saskiej Kępy, ciągnące się wzdłuż rzeki. Amunicja do broni ręcznej nie stanowiła problemu, gdyż w sektorze obronnym Sosabowskiego, przy ulicy Mińskiej 25, mieściła się fabryka amunicji Pocisk, brakowało natomiast amunicji artyleryjskiej. Pułkownik zainstalował swój punkt dowodzenia na Jagiellońskiej 4, w fabryce Motolot, która wytwarzała wcześniej części do samolotów, i czekał.

Bombardowanie, które nastąpiło rankiem piętnastego września, było cięższe niż zwykle. Sosabowski otrzymał meldunek, że od strony Mińska Mazowieckiego nadciąga wielka niemiecka kolumna wspierana przez czołgi. Piechota wciąż utrzymywała szyk marszowy, kiedy zbliżyła się do pozycji 1 batalionu 21 pułku. Batalion otworzył huraganowy ogień, który całkowicie zaskoczył Niemców. Polskie karabiny strzelały nieprzerwanie, gdy nieprzyjaciel usiłował rozwinąć szyk bojowy. Odparci Niemcy skierowali ogień artylerii i czołgów na polskie pozycje. Polskie 37-milimetrowe działka przeciwpancerne Bofors zniszczyły dwa czołgi, Niemcom jednak udało się zdobyć część kolonii robotniczej na wschodnim krańcu Grochowa. Pluton polskich strzelców został wybity podczas osłony odwrotu reszty kompanii, ale wroga udało się powstrzymać. O 19.00 zapanował względny spokój. Pułk Sosabowskiego stracił trzystu dwudziestu ludzi - zabitych, rannych bądź zaginionych.

Świt szesnastego września na Grochowie był względnie spokojny. Przez cały dzień żołnierze słyszeli warkot silników lotniczych i huk bomb, gdyż Luftwaffe nie ustawała w próbach zmuszenia miasta do uległości. Wczesnym popołudniem do polskiej barykady na ulicy Grochowskiej podjechał w asyście dwóch czołgów samochód z białą flagą. Pułkownik Sosabowski wyszedł przed barykadę i spytał nieprzyjacielskiego oficera po niemiecku, czego chce. Niemiec odparł, że przybył z żądaniem kapitulacji miasta. Sosabowski przekazał to żądanie dowódcy Armii "Warszawa", generałowi Juliuszowi Róm-mlowi. Do zachodu słońca panowała cisza, przerywana jedynie jękami rannych, dobiegającymi spośród dziesiątków ciał leżących na ulicy przed polskimi pozycjami.

Nocą major Obrębowski poprowadził trzystu ludzi ze swojego batalionu na śmiały wypad za niemieckie linie. Każdy zabrał ze sobą dwa granaty i butelkę z benzyną, a dziesięciu jeszcze po kilogramie materiału wybuchowego. Cywile ściągający na Grochów powiedzieli pułkownikowi Sosabowskiemu, że pod Wawrem stoi znaczna liczba niemieckich czołgów. Rozkazał więc przeprowadzić wypad, aby zniszczyć stalowe monstra, zanim te ruszą na Grochów. Grupa szturmowa zniszczyła dwa samochody sztabowe wraz z pasażerami, jak również samochód pancerny, lecz na tym skończyły się jej sukcesy. Wzięty do niewoli Niemiec zeznał, że czołgi rzeczywiście tam były, ale tej nocy zostały wycofane. O świcie żołnierze wrócili na swoje pozycje, lecz przed południem znowu ruszyli do akcji, tym razem w ramach generalnego natarcia mającego na celu odzyskanie utraconych ulic.

Polskie natarcie postępowało powoli, lecz skutecznie. W wąskich uliczkach i między domami robotniczego przedmieścia, gdzie wychowała się część polskich żołnierzy, toczyły się zacięte walki. Niemcy, tak zręczni w prowadzeniu wojny zmechanizowanej, nie przejawiali ochoty do bezpośredniego starcia. Mocne nogi i mężne serca zapewniły atakującym przewagę. Zdobyto kilkanaście karabinów maszynowych i wzięto stu trzydziestu jeńców. Karabiny maszynowe bardzo się przydały, ale jeńcy stanowili problem. Ponieważ wszyscy żołnierze byli potrzebni do obrony barykad, a zapasy żywności szybko się kurczyły, jeńców po krótkim przesłuchaniu odesłano za Wisłę. Wielkie zainteresowanie budził niemiecki podpułkownik, zastępca dowódcy 23 pułku 11 Dywizji Piechoty "Ost Preussen". Kwaśna mina oficera świadczyła, że jego dywizja nie wywiązała się z zadania zajęcia mostów na Wiśle.

Po północy przyjechał na motocyklu kapitan Stanisław Jachnik. Kapitan, który był słuchaczem pułkownika Sosabowskiego w Wyższej Szkole Wojennej, nie mógł dołączyć wcześniej do jego jednostki, lecz znajdował się na Grochowie, kiedy zjawił się tam 21 pułk piechoty. Pułkownik bez trudu przekonał swego dawnego ucznia, żeby z nimi został. Kiedy Polacy odzyskali swoje poprzednie pozycje, nieprzyjaciel zmienił taktykę. Niemcy nie paradowali już ulicami w przekonaniu, że wystarczy odgłos podkutych butów i czołgowych gąsienic, aby wszystkich zastraszyć. Wycofali się, po czym zaczęli zasypywać Grochów pociskami i bombami zapalającymi z niezliczonych dział i samolotów.

Ranek przyniósł wstrząsającą wieść. Tego dnia, siedemnastego września, Armia Czerwona wkroczyła do Polski. Stalin dotrzymał umowy z Hitlerem i zajmował polskie ziemie wschodnie. Sojusznicy Polski nie podejmowali żadnych działań, chociaż już trzeciego września wypowiedzieli Niemcom wojnę. Młoda Rzeczpospolita padła ofiarą agresji potężnych sąsiadów z zachodu i ze wschodu. Obrońcy Warszawy mogli liczyć tylko na pomoc boską i na broń, którą ściskali w dłoniach.

Dni na Grochowie upływały wśród niekończącego się bombardowania artyleryjskiego. Ostrzał ustawał tylko wówczas, gdy niemieckie samoloty krążyły leniwie w powietrzu, szukając dla siebie celów. W ciągu dnia nie można się było ruszyć. Nocą polscy żołnierze robili wypady ze swoich pozycji, by przeczesać przedpole. Park na Saskiej Kępie pozostawał czysty, lecz walki były niezwykle krwawe. Groźba nocnych starć ulicznych sprawiała, że Niemcy "okupowali" teren tylko symbolicznie. Zajmowali pojedyncze domy i trzymali swoje główne siły daleko w tyle. Konieczne były nieustanne patrole, które coraz bardziej podkopywały siły fizyczne i psychiczne przemęczonych polskich obrońców. Kiedy natrafiali na zajęty budynek, podpalali go lub wysadzali w powietrze. Płacili wysoką cenę, codziennie tracąc w labiryncie ulic wielu zabitych i rannych. Przed świtem wycofywali się wyczerpani i spali kamiennym snem pomimo rozrywających się dookoła pocisków.

Młody doktor Sosabowski, syn pułkownika, pracował w szpitalu zorganizowanym w tunelu kolei średnicowej pod warszawskim Dworcem Głównym. Do ojca dotarła pogłoska, że zginął, kiedy pociąg szpitalny został zbombardowany. Doktor Sosabowski przeżył jednak atak, dołączył do oddziału saperów kolejowych i wrócił do Warszawy. Pułkownik odwiedzał teraz syna przy każdej okazji po złożeniu raportu w pobliskim banku, gdzie mieściło się dowództwo obrony Warszawy.

Na Dworcu Głównym było mnóstwo pracy dla lekarza, niewiele za to dla sapera. Kolejarze donieśli pułkownikowi Sosabowskiemu, że za niemieckimi liniami stoją porzucone i niepilnowane wagony towarowe, wyładowane pociskami artyleryjskimi. O zmroku grupa wypadowa w sile batalionu przeczesała teren, a za nią zjawili się saperzy z lokomotywą znalezioną na Dworcu Wschodnim. Co zdumiewające, nocny wypad nie spotkał się z nieprzyjacielskim przeciwdziałaniem i wagony z amunicją zostały przeciągnięte na polską stronę.

Pułkownik Sosabowski miał coraz więcej problemów. Brakowało żywności i amunicji. Niemcy, aby wywrzeć dodatkowy nacisk na i tak przeciążonych obrońców, nie przepuszczali cywilów za swoje linie i nie pozwalali im uciekać z oblężonego, płonącego miasta. Pułkownik zorganizował ewakuowanych z zachodniej Polski policjantów, powierzając im utrzymywanie porządku. Pomagał też zaopatrywać cywilów na Grochowie w żywność i starał się zapewnić im schronienie. Kwatera główna Sosabowskiego w fabryce Motolot została zbombardowana, kiedy pułkownik spał. On sam wyszedł z tego bez szwanku, ale jego samochód i pułkowy sprzęt łączności zostały zniszczone. Pułkownik przeniósł swoją kwaterę do miejskiej rzeźni (przy Porcie Praskim), na którą podczas oblężenia nie spadł ani jeden pocisk. W zagrodach i pomieszczeniach, gdzie świnie i krowy czekały na nieuchronne spotkanie z rzeźnickim nożem, umieszczono pułkowe konie. Łagodne zwierzęta zachowywały spokój pomimo narastającego wokół szaleństwa, a ich widok wywierał kojący wpływ na żołnierzy, którzy przewijali się przez kwaterę dowódcy.

Mijały dni i straty rosły. Przybywały uzupełnienia - albo w postaci żołnierzy 21 pułku piechoty, którzy z powodu chaotycznej mobilizacji dopiero teraz dołączyli do swojej jednostki, albo ochotników z innych jednostek. Zdarzały się przypadki, kiedy ranni nie chcieli opuszczać swoich stanowisk, a część spośród tych, których ewakuowano na tyły, uciekała ze szpitali i wracała na Grochów.

Za plecami "Dzieci Warszawy" ich miasto głodowało i płonęło. Dwudziestego piątego i dwudziestego szóstego września niemieckie bombardowania osiągnęły punkt kulminacyjny. Luftwaffe zdobyła się na maksymalny wysiłek i wykonywała setki lotów. Polskie lotnictwo przestało istnieć, wcześniej jednak zadało przeciwnikowi ciężkie straty w walkach powietrznych. Polskie działa przeciwlotnicze celowały bezsilnie w niebo, amunicja dawno się wyczerpała. Niemcy przeprowadzili też zmasowany nalot na ruiny dzielnicy żydowskiej w Warszawie, obrzucając ją bombami zapalającymi. W akcie szczególnej perfidii dokonali tego w Dzień Pojednania, Jom Kippur.

Następnego dnia bombardowania ustały. Po raz pierwszy od prawie miesiąca nie słyszano w Warszawie eksplozji. Miasto straszliwie ucierpiało: ponad czterdzieści tysięcy mieszkańców zginęło, ponad 10 procent budynków zostało zniszczonych. Ludność była wygłodzona i wyczerpana psychicznie bombardowaniami. Żołnierze na Grochowie po raz pierwszy od dwunastu dni siedzieli w słońcu, próbując doszukać się jakiegoś sensu w niezliczonych pogłoskach. Pułkownik Sosabowski udał się do sztabu generała Rómmla po informacje i dowiedział się, że podpisano zawieszenie broni. Następnego ranka Sosabowskiego wezwano do sztabu, poinformowano go, że miasto się poddało, i przedstawiono mu warunki kapitulacji.

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Dedykacja

Przedmowa Normana Daviesa do wydania polskiego

Przedmowa Stanisława Sosabowskiego syna

Wstęp i podziękowania

Rozdział 1. Wielka ściana ognia i stali

Rozdział 2. Wychowanie żołnierza obywatela

Rozdział 3. Żołnierze znani jako "Dzieci Warszawy"

Rozdział 4. Jeszcze Polska nie zginęła... póki my żyjemy

Rozdział 5. Dobra szkocka whisky!

Rozdział 6. Najkrótszą drogą

Rozdział 7. Rozdarty naród

Rozdział 8. Operacja "Market-Garden"

Rozdział 9. Nic konkretnego o sytuacji 1 Powietrznodesantowej

Rozdział 10. Jest źle

Rozdział 11. Może jutro

Rozdział 12. Do trzech razy sztuka

Rozdział 13. Polscy żołnierze mają nas wyzwalać?

Rozdział 14. A potem rozpętało się piekło

Rozdział 15. Karabiny maszynowe omiatały dolny Ren

Rozdział 16. Spadochroniarze nie lubią siedzieć w okopach

Rozdział 17. Trzymajcie się razem, a wszystko będzie dobrze

Rozdział 18. Najlepsi synowie Anglii giną tam na próżno

Rozdział 19. Niech się Polska przyśni tobie

Rozdział 20. Ostatni kęs

Rozdział 21. "Ziemia Obiecana"

Rozdział 22. Hej, polscy spadochroniarze, walczyliście pod Arnhem!

Rozdział 23. Bezcenny klejnot zwany wolnością

Wybrana bibliografia

I Samodzielna Brygada Spadochronowa. Schemat organizacyjny

List generała Browninga

Zdjęcia