Rozjemca (wydanie jubileuszowe) - Brandon Sanderson

Kup ebooka

60.00 zł
51.00 zł (46,20 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 6

6

Siri wysia­dła z powozu. Natych­miast zaro­iło się wokół niej od słu­żą­cych w błę­kitno-srebr­nych stro­jach. Odpro­wa­dzono ją nie­mal prze­mocą. Siri odwró­ciła się, patrząc z nie­po­ko­jem na żoł­nie­rzy. Jej gwar­dzi­ści ruszyli naprzód, ale Tre­le­dees uniósł dłoń.

- Kie­lich pój­dzie sama - oświad­czył kapłan.

Siri poczuła dźgnię­cie stra­chu. Zro­zu­miała, że nade­szła wła­ściwa pora.

- Wra­caj­cie do Idris - pole­ciła swym ludziom.

- Ależ moja pani... - ode­zwał się dowódca eskorty.

- Nie - ucięła Siri. - Już nic wię­cej dla mnie nie zro­bi­cie. Wra­caj­cie, pro­szę, i prze­każ­cie memu ojcu, że bez­piecz­nie dotar­łam na miej­sce.

Ofi­cer spoj­rzał nie­pew­nie na swych pod­ko­mend­nych. Siri nie zdą­żyła się prze­ko­nać, czy jej usłu­chali, czy nie, słu­żące popro­wa­dziły ją śpiesz­nie za zakręt dłu­giego czar­nego kory­ta­rza. Dziew­czyna sta­rała się nie oka­zy­wać lęku. Przy­była do tego pałacu na wła­sny ślub i wciąż zamie­rzała wywrzeć na Królu-Bogu dobre wra­że­nie. Ale teraz, gdy przy­szło co do czego, była prze­ra­żona. Dla­czego nie ucie­kła? Dla­czego nie sta­rała się z tego jakoś wykrę­cić?

Teraz jed­nak nie było już mowy o ucieczce. Służki pro­wa­dziły ją do serca czar­nego pałacu. Gdzieś za nią roz­pły­wały się pozo­sta­ło­ści jej daw­nego życia.

Została zupeł­nie sama.

Na ścia­nach wisiały sze­regi lamp z kolo­ro­wego szkła. Szli mrocz­nymi, wiją­cymi się kory­ta­rzami, i po scho­dach, co naj­mniej pięć razy. Dziew­czyna sta­rała się zapa­mię­tać drogę, ale wkrótce cał­ko­wi­cie stra­ciła orien­ta­cję. Służba ota­czała ją niczym gwar­dia hono­rowa. Same kobiety, choć w róż­nym wieku. Każda miała na sobie nie­bie­ski cze­pek, spod któ­rego spły­wały im na plecy roz­pusz­czone włosy. Szły ze spusz­czo­nymi gło­wami. Ich lśniące błę­kitne szaty powie­wały luźno, także wokół piersi. Siri zaru­mie­niła się, widząc głę­boko wycięte dekolty. W Idris kobiety zakry­wały nawet szyje.

Czarny kory­tarz otwo­rzył się wresz­cie na sze­roką salę. Dziew­czyna zatrzy­mała się nie­pew­nie u wej­ścia. Kamienne ściany pomiesz­cze­nia były co prawda czarne, ale obwie­szono je rdza­wo­bru­nat­nymi jedwa­biami. W kom­na­cie wszystko było rdza­wo­bru­natne - dywany i meble, a także wanny. Ota­czała je posadzka z kafel­ków, która stop­niowo wzno­siła się aż do ich kra­wę­dzi.

Słu­żące zaczęły szar­pać na niej ubra­nia, roz­bie­rały ją. Siri odtrą­ciła ich ręce. Kobiety zamarły, zasko­czone. Po chwili jed­nak zaata­ko­wały ze zdwo­joną ener­gią i dziew­czyna zro­zu­miała, że nie ma wyj­ścia i musi zaci­snąć zęby i znieść wszystko, co z nią zro­bią. Unio­sła ręce, pozwa­la­jąc służ­kom zdjąć suk­nię i bie­li­znę. Poczuła, jak czer­wie­nią się jej włosy, wtó­ru­jąc zale­wa­ją­cemu twarz rumień­cowi. Na szczę­ście w pałacu było cie­pło.

Jed­nak i tak drżała. Zmu­szono ją, by stała naga, cze­ka­jąc na kolejne słu­żące, które przy­nio­sły ze sobą miary kra­wiec­kie. Trą­cały ją i sztur­chały, zdej­mu­jąc miarę. Zmie­rzyły ją całą - talię, piersi, ramiona i bio­dra. Gdy i to dobie­gło wresz­cie końca, kobiety cof­nęły się i w sali zapa­no­wała cisza. Ze znaj­du­ją­cej się na środku naj­więk­szej wanny biły w powie­trze kłęby pary. Kilka słu­żą­cych wska­zało w tamtą stronę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Podziękowania

Podzię­ko­wa­nia

Praca nad Roz­jemcą była w wielu aspek­tach nie­zwy­kłym pro­ce­sem - może­cie o tym prze­czy­tać na mojej stro­nie. Wystar­czy, jeśli powiem, że mia­łem wię­cej czy­tel­ni­ków alfa niż zwy­kle, a więk­szość z nich znam jedy­nie z nic­ków na moim forum. Pró­bo­wa­łem umie­ścić tu nazwi­ska wszyst­kich, ale z pew­no­ścią kogoś pomi­ną­łem. Jeśli nale­żysz do tych osób, wyślij mi maila, a my spró­bu­jemy uwzględ­nić cię w dodru­kach.

Po pierw­sze, dzię­kuję mojej wspa­nia­łej żonie, Emily San­der­son, którą poślu­bi­łem w cza­sie pisa­nia tej książki. To moja pierw­sza powieść, w któ­rej two­rze­niu uczest­ni­czyła poprzez udzie­la­nie mi infor­ma­cji zwrot­nych i dawa­nie suge­stii. Jak zawsze, mój agent Joshua Bil­mes i redak­tor Moshe Feder wło­żyli dużo pracy w ten manu­skrypt, wzno­sząc go z poziomu Dru­giego lub Trze­ciego Wywyż­sze­nia do co naj­mniej Ósmego.

W wydaw­nic­twie Tor kilka osób wło­żyło dodat­kową pracę poza tym, co było od nich wyma­gane. Pierw­szą jest Dot Lin, spe­cja­listka od spraw reklamy, z którą wspa­niale mi się pra­co­wało. Dzięki, Dot! Jak zawsze na wzmiankę zasłu­gują nie­zmo­żone wysiłki Larry'ego Yodera, jak rów­nież dosko­nała praca kie­row­nik arty­stycz­nej wydaw­nic­twa, Irene Gallo. Dan dos San­tos stwo­rzył okładkę do ory­gi­nal­nego wyda­nia w twar­dej opra­wie, a ja suge­ruję, byście zaj­rzeli na jego stronę i zoba­czyli jego inne dzieła, bo myślę, że jest w tej chwili jed­nym z naj­lep­szych w branży. Paul Ste­vens zasłu­guje rów­nież za podzię­ko­wa­nie jako mój łącz­nik z wydaw­nic­twem.

W dziale szcze­gól­nych podzię­ko­wań chciał­bym wymie­nić nastę­pu­jące osoby: Joevans3, Dreamking47, Louise Simard, Jeff Creer, Megan Kauf­f­man, thelsdj, Megan Hut­chins, Izzy Whi­ting, Janci Olds, Drew Olds, Karla Ben­nion, Eric James Stone, Dan Wells, Isaac Ste­wart, Ben Olsen, Grey­ho­und, Demen­ted Yam, D.Demille, Loryn, Kun­try Bump­ken, Vadia, U-boat, Tja­eden, Dra­gon Fly, pte­rath, Bar­ba­raJ, Shir Hasi­rim, Digi­tal­bias, Spink Long­fel­low, amy­face, Richard "Kapi­tan Gora­del" Gor­don, Swig­gly, Dawn Caw­ley, Dre­rio, David B, Mi'chelle Tram­mel, Mat­thew R Car­lin, Ollie Tabo­oger, John Pal­mer, Hen­rik Nyh i nie­roz­pusz­czalny Peter Ahl­strom.

Jeśli cho­dzi o wyda­nie w skó­rza­nej opra­wie z Dra­gon­steel, chciał­bym podzię­ko­wać Pete­rowi Ahl­stro­mowi za wagę, którą przy­wią­zy­wał do szcze­gó­łów. Nie tylko dosko­nale zaj­muje się recen­zo­wa­niem i reda­go­wa­niem tych wydań jubi­le­uszo­wych, ale poświęca mnó­stwo czasu skła­dowi, by każde słowo, zda­nie i aka­pit wyglą­dały dosko­nale na stro­nie. Czyni cuda nie­za­leż­nie od oko­licz­no­ści i za to jestem mu wdzięczny.

Kie­row­nik arty­styczny Isaac Ste­wart zapro­jek­to­wał książkę, którą macie w rękach i zatrud­nił uta­len­to­waną grupę ilu­stra­to­rów, by oży­wili świat Roz­jemcy. Są to Ben McSwe­eney, Shawn Boy­les, Bryan Mark Tay­lor, Howard Lyon, Magali Vil­le­neuve, Miranda Meeks i Micah Epstein. Dzię­kuję wam za inspi­ru­jące i piękne wizje.

Chciał­bym szcze­gól­nie podzię­ko­wać Jia­nowi Guo i Danowi dos San­to­sowi za pracę nad tym tomem. Wspa­niałe ini­cjały Jiana Guo zaczy­nają każdy roz­dział i spra­wiają, że wygląda jak ilu­mi­no­wany manu­skrypt, co mnie zachwyca.

Dan dos San­tos powta­rza swoją rolę jako główny ilu­stra­tor Nalthis - jego nowe wyklejki w tym tomie to praw­dziwe dzieła sztuki, a ilu­stra­cje wewnętrzne są cudowne. Dzię­kuję, Dan, że na­dal z nami współ­pra­cu­jesz.

Bill Wearne z dru­karni Ame­ri­can Print & Bin­dery pra­co­wał nie­zmor­do­wa­nie, by zna­leźć wła­ściwe mate­riały i pro­cesy, by to wyda­nie stało się rze­czy­wi­sto­ścią. Chcie­li­by­śmy podzię­ko­wać rów­nież wszyst­kim ciężko pra­cu­ją­cym w oko­pach, któ­rzy te książki dru­ko­wali, przy­ci­nali, kola­cjo­no­wali, zszy­wali, opra­wiali, pako­wali w folię i przy­go­to­wy­wali do wysyłki. Każde z was jest boha­te­rem.

W końcu nie zapo­mi­najmy o eki­pie, która zabiera te książki z maga­zynu, pakuje je i wysyła czy­tel­ni­kom, a są to: Kara Ste­wart, Mem Grange, Jacob Chri­sman, Lex Wil­l­hite, Michael Bate­man, Hoe Dear­deuff, Erika Mar­ler i Chri­sti Jacob­sen.

Prolog

Pro­log

To zabawne, pomy­ślał Vasher, że tak wiele histo­rii w moim życiu zaczyna się od tego, że wtrą­cają mnie do wię­zie­nia.

Trzej war­tow­nicy zaśmiali się rubasz­nie i z gło­śnym brzę­kiem zamka zatrza­snęli celę. Vasher pod­niósł się z pod­łogi i otrze­pał z kurzu. Poru­szył ramie­niem i skrzy­wił się. Dolna połowa drzwi była wyko­nana z twar­dego drewna, ale nieco wyżej wid­niała w nich sta­lowa krata, przez którą zoba­czył, jak trzej straż­nicy otwie­rają jego worek i prze­glą­dają zawar­tość.

Jeden z nich zauwa­żył spoj­rze­nie Vashera. Był potężny, prze­ro­śnięty do praw­dzi­wie zwie­rzę­cych roz­mia­rów, miał ogo­loną głowę i brudny mun­dur, na któ­rym led­wie tylko można było roz­po­znać jaskrawą żółć i błę­kit, barwy straży miej­skiej T'Telir.

Te jasne, inten­sywne barwy, prze­mknęło Vashe­rowi przez głowę. Znów muszę się do nich przy­zwy­czaić. W każ­dym innym mie­ście, w dowol­nym innym kró­le­stwie, aż tak żywe kolory wyglą­da­łyby na żoł­nier­zach nie­do­rzecz­nie. Teraz jed­nak był w Hal­lan­dren, w Kra­inie Bogów, któ­rzy Powró­cili, ziemi Nie­ży­wych, badań nad Bio­Chromą i - oczy­wi­ście - kolo­rów.

Bar­czy­sty straż­nik zosta­wił zabawę rze­czami Vashera towa­rzy­szom i pod­szedł do celi.

- Mówią, że nie­zły z cie­bie twar­dziel - zagaił, mie­rząc więź­nia spoj­rze­niem.

Vasher nie zare­ago­wał.

- Karcz­marz twier­dzi, że sam jeden poko­na­łeś dwu­dzie­stu chłopa - war­tow­nik podra­pał się po bro­dzie. - Na moje oko nie wyglą­dasz na takiego. Tak czy ina­czej, powi­nie­neś wie­dzieć, że na kapłana nie wolno pod­no­sić ręki. Wszy­scy pozo­stali spę­dzą noc w ciu­pie. Ale ty, no cóż... zawi­śniesz. Bez­barwny głup­cze.

Vasher odwró­cił się od drzwi. Cela była urzą­dzona jak wszyst­kie inne, które widział w życiu. Bez polotu. Świa­tło wpa­dało do środka przez cienką szcze­linę otwie­ra­jącą się u góry jed­nej ze ścian. Poro­śnięte mchem mury ocie­kały wodą. W kącie leżało narę­cze prze­gni­łej słomy.

- Igno­ru­jesz mnie? - rzu­cił straż­nik i pod­szedł bli­żej kraty.

Barwy na jego mun­du­rze nabrały inten­syw­no­ści, jakby nagle go zalało moc­niej­sze świa­tło. Zmiana jed­nak nie była wyraźna. Vashe­rowi nie pozo­stało wiele Odde­chów, więc jego aura nie wpły­wała zbyt sil­nie na kolory ota­cza­ją­cych go przed­mio­tów. War­tow­nik nic nie zauwa­żył - podob­nie, jak nie zwró­cił uwagi na to zja­wi­sko w karcz­mie, w któ­rej razem z kole­gami zgar­nął Vashera z pod­łogi, po czym razem wrzu­cili go do swo­jego wózka. Zmiana inten­syw­no­ści barw była na tyle słaba, że wyło­wie­nie jej okiem prze­cięt­nego czło­wieka gra­ni­czyło z nie­moż­li­wo­ścią.

- A to co znowu? - ode­zwał się jeden z męż­czyzn prze­trzą­sa­ją­cych worek.

Vashe­rowi od zawsze wyda­wało się nie­zwy­kle cie­kawe, że faceci strze­gący lochów oka­zy­wali się zazwy­czaj rów­nie źli lub nawet gorsi od tych, któ­rych pil­no­wali. Ist­niała oczy­wi­ście moż­li­wość, że był to ele­ment więk­szego planu. Spo­łe­czeń­stwu jako cało­ści nie spra­wiało róż­nicy, czy tego pokroju ludzie sie­dzą w celach, czy poza nimi, byle tylko tkwili w wię­zie­niach, z dala od uczci­wych ludzi.

O ile ci ostatni w ogóle ist­nieją.

Straż­nik wycią­gnął z worka Vashera długi, owi­nięty w białą lnianą płachtę przed­miot. Odwi­nął go i aż zagwiz­dał ze zdu­mie­nia. Spod mate­riału wyj­rzał smu­kły miecz o wąskim ostrzu, ukryty w srebr­nej pochwie. Ręko­jeść była jed­no­li­cie czarna.

- Jak myśli­cie, komu on to ukradł?

Dowódca war­tow­ni­ków obrzu­cił więź­nia uważ­nym spoj­rze­niem, praw­do­po­dob­nie zasta­na­wia­jąc się, czy ma do czy­nie­nia z ary­sto­kratą. W samym Hal­lan­dren ary­sto­kra­cja nie ist­niała, ale w wielu sąsied­nich kró­le­stwach aż się roiło od lor­dów i szla­chet­nie uro­dzo­nych dam. Tylko jaki lord para­do­wałby po T'Telir w zno­szo­nym brą­zo­wym płasz­czu, z nie­chlujną brodą i butach noszą­cych ślady wie­lo­let­nich wędró­wek? Straż­nik odwró­cił się wresz­cie, zapewne docho­dząc do wnio­sku, że Vasher nie jest lor­dem.

Miał rację. I jed­no­cze­śnie bar­dzo się mylił.

- Pokaż mi to - rzu­cił dowódca i ode­brał kole­dze miecz. Mruk­nął cicho, wyraź­nie zasko­czony, że ostrze było tak lek­kie. Obró­cił broń w dłoni i zauwa­żył zatrzask zabez­pie­cza­jący klingę przed wysu­nię­ciem z pochwy. Otwo­rzył go.

Barwy w pomiesz­cze­niu nabrały głębi i wyrazu. Nie stały się jaśniej­sze - nie w ten spo­sób, w jaki poja­skra­wiały kolory na kami­zelce war­tow­nika, kiedy pod­szedł do celi Vashera. Zro­biły się po pro­stu sil­niej­sze. Ciem­niej­sze. Czer­wie­nie prze­obra­ziły się w kar­ma­zy­nowe plamy. Żółć zhar­działa i prze­mie­niła się w złoto. Błę­kity zbli­żyły się do odcieni gra­natu.

- Ostroż­nie, przy­ja­cielu - prze­strzegł Vasher. - Ta zabawka potrafi być nie­bez­pieczna.

Straż­nik pod­niósł wzrok. Zawa­hał się, po czym prych­nął nie­wy­raź­nie pod nosem i odszedł od celi, nie wypusz­cza­jąc mie­cza z dłoni. Pozo­stała dwójka war­tow­ni­ków zabrała ze sobą worek i ruszyli kory­ta­rzem za dowódcą. Znik­nęli w war­towni.

Roz­legł się trzask zamy­ka­nych drzwi. Vasher natych­miast uklęk­nął przy ster­cie słomy, z któ­rej wybrał kilka moc­nych i dłu­gich ździe­beł. Ze swo­jego płasz­cza - który u dołu zaczy­nał się miej­scami pruć - wysnuł kilka nici i zwią­zał słomę na kształt nie­wiel­kiej, wyso­kiej może na trzy cale figurki o pro­stych ramio­nach i nogach. Wyrwał sobie włos i przy­ło­żył do głowy sło­mia­nego czło­wieczka, po czym się­gnął do buta i wycią­gnął z cho­lewy wspa­niały, czer­wony szal.

Uwol­nił swój Oddech.

Wypły­nął z niego - roz­cho­dząc się, rosnąc w powie­trzu, przej­rzy­sty, choć jed­no­cze­śnie lśniący, przy­po­mi­na­jący nieco oświe­tloną sło­necz­nymi pro­mie­niami plamę oliwy, roz­le­wa­jącą się na powierzchni wody. Vasher wyraź­nie czuł, jak opusz­cza jego ciało: Bio­Chro­ma­tyczny Oddech, jak nazy­wali go uczeni. Więk­szość ludzi mówiła po pro­stu Oddech. Każdy takim dys­po­no­wał. Przy­naj­mniej w więk­szo­ści wypad­ków - jedna osoba, jeden Oddech.

Vasher miał ich około pięć­dzie­się­ciu, co sta­no­wiło liczbę led­wie pozwa­la­jącą mu osią­gnąć poziom Pierw­szego Wywyż­sze­nia. Teraz, z tak nie­wie­loma Odde­chami czuł się ubogi w porów­na­niu z ilo­ścią, jaką miał do dys­po­zy­cji daw­niej, choć wielu innych uzna­łoby posia­da­nie pięć­dzie­się­ciu za wielki skarb. Nie­stety, nawet pro­ste Prze­bu­dze­nie nie­wiel­kiej figurki spo­rzą­dzo­nej z orga­nicz­nego mate­riału - z wyko­rzy­sta­niem czę­ści wła­snego ciała jako ogni­ska - wyczer­pało około połowy jego Odde­chów.

Mały, sło­miany ludzik drgnął i zaczął wchła­niać w sie­bie Bio­Chromę. Połowa trzy­ma­nego przez Vashera czer­wo­nego szala spło­wiała, stała się szara. Vasher pochy­lił się - sku­pił na pole­ce­niu, które zamie­rzał wydać figurce - i dokoń­czył cało­ści, wypo­wia­da­jąc Roz­kaz.

- Przy­nieś klu­cze - rzu­cił wyraź­nie.

Ludzik wstał i uno­sząc jedyną brew, spoj­rzał na swego twórcę.

Vasher wska­zał pal­cem na war­tow­nię, z któ­rej dobie­gły go zasko­czone okrzyki.

Nie zostało mi już wiele czasu, pomy­ślał.

Figurka roz­pę­dziła się po posadzce celi, wybiła w powie­trze i wysko­czyła na zewnątrz pomię­dzy prę­tami zakra­to­wa­nego okienka w drzwiach. Vasher zdjął płaszcz i roz­ło­żył go na pod­ło­dze. Mate­riał był skro­jony na kształt ludz­kiego ciała - pozna­czo­nego teraz roz­cię­ciami pasu­ją­cymi do blizn na ciele wła­ści­ciela. Otwory w kap­tu­rze odpo­wia­dały oczom Vashera. Im bar­dziej mate­riał przy­po­mi­nał czło­wieka, tym mniej Odde­chów potrzeba było do jego Prze­bu­dze­nia.

Vasher pochy­lił się i pró­bo­wał nie przy­po­mi­nać sobie cza­sów, kiedy miał tyle Odde­chów, by nie przej­mo­wać się kształ­tem czy sku­pie­niem przy Prze­bu­dze­niu. To było bar­dzo dawno temu. Skrzy­wił się, wyrwał z głowy jesz­cze jeden włos i przy­tknął go do kap­tura.

Znów wypu­ścił Bio­Chromę.

Ta czyn­ność wyczer­pała wszyst­kie jego pozo­stałe Odde­chy. Płaszcz zadrżał, szal stał się już zupeł­nie szary - sam Vasher poczuł się... bez­barwny. Utrata Odde­chu nie była śmier­telna. Co wię­cej, dodat­kowe Odde­chy, z któ­rych wła­śnie sko­rzy­stał, też kie­dyś nale­żały do innych ludzi. Vasher nie miał poję­cia kim byli; nie zebrał tej Bio­Chromy samo­dziel­nie. Dostał ją. Jak zawsze. Odde­chu nie można było nikomu ode­brać prze­mocą.

A jed­nak utrata Bio­Chromy zmie­niła spo­sób, w jaki postrze­gał świat. Barwy nie wyda­wały się już tak jaskrawe. Prze­stał wyczu­wać tłumy prze­cha­dza­ją­cych się ludzi w mie­ście leżą­cym powy­żej, co zazwy­czaj było dlań sta­nem nor­mal­nym. Była to ta sama świa­do­mość obec­no­ści innego czło­wieka, jaką odczu­wają wszy­scy - taka jak ostrze­gaw­cze prze­czu­cie, które otrzy­mu­jemy we śnie, gdy ktoś wcho­dzi do pokoju. Tego rodzaju zmysł Vasher miał zwy­kle pięć­dzie­siąt razy sil­niej­szy.

A teraz go stra­cił. Wraz z Odde­chem wessa­nym przez sło­mianą figurkę i płaszcz, udzie­la­ją­cym im siły.

Płaszcz zadrżał. Vasher się pochy­lił.

- Chroń mnie - Roz­ka­zał i płaszcz znie­ru­cho­miał. Vasher wstał i wło­żył go na powrót.

Pod celą poja­wił się sło­miany czło­wie­czek. Niósł ze sobą wiel­kie koło z klu­czami. Nogi figurki były spla­mione czer­wie­nią. Szkar­łatna barwa krwi wyda­wała się teraz Vashe­rowi nie­co­dzien­nie przy­tłu­miona.

Zabrał klu­cze.

- Dzię­kuję - powie­dział.

Zawsze im dzię­ko­wał. Nie wie­dział dla­czego, zwłasz­cza że chwilę potem zro­bił coś jesz­cze.

- Twój Oddech do mnie - Roz­ka­zał i dotknął piersi sło­mia­nego ludzika, który pozba­wiony życia natych­miast padł na pod­łogę.

Vasher odzy­skał swój Oddech. Zna­jomy zmysł świa­do­mo­ści obec­no­ści innych, powró­cił, wraz z wra­że­niem bycia połą­czo­nym, dopa­so­wa­nym do świata. Oddech mógł ode­brać figurce jedy­nie dla­tego, iż sam ją stwo­rzył, sam ją Prze­bu­dził. Prze­bu­dzeń tego rodzaju rzadko doko­ny­wało się na stałe. Naj­czę­ściej odda­wał swoją Bio­Chromę przed­mio­tom, a potem ją odbie­rał.

Jeśli wziąć pod uwagę potęgę, jaką dys­po­no­wał kie­dyś, dwa­dzie­ścia pięć Odde­chów sta­no­wiło śmie­chu wartą liczbę. Nie­mniej w porów­na­niu z niczym, wyda­wało się nie­zmier­nym skar­bem. Zadrżał z emo­cji, jakie towa­rzy­szyły przy­ję­ciu Bio­Chromy.

Krzyki z war­towni umil­kły. W lochu zapa­dła cisza. Wie­dział, że musi dzia­łać szybko.

Vasher prze­ło­żył rękę przez kraty i prze­krę­cił klucz w zamku. Pchnął grube drzwi i szybko wyszedł na kory­tarz, zosta­wia­jąc za sobą zapo­mnianą figurkę. Nie udał się do war­towni - ani do wid­nie­ją­cego za nią wyj­ścia - skrę­cił na połu­dnie, zmie­rza­jąc w głąb lochu.

Ta część jego planu była obar­czona naj­więk­szym stop­niem ryzyka. Odna­le­zie­nie tawerny uczęsz­cza­nej przez kapła­nów Opa­li­zu­ją­cych Odcieni oka­zało się pro­ste. Spro­wo­ko­wa­nie kar­czem­nej burdy - i zaata­ko­wa­nie wspo­mnia­nego przez straż­nika kapłana - było rów­nie łatwe. W Hal­la­dren osoby duchowne trak­to­wano bar­dzo poważ­nie, przez co Vasher nie tra­fił do pod­rzęd­nego aresztu, ale zasłu­żył sobie na wycieczkę do lochu Króla-Boga.

Gatu­nek ludzi, jakich prze­zna­czano do pil­no­wa­nia więź­niów znał na tyle dobrze, że był nie­mal pewien, że spró­bują wycią­gnąć Krew Nocy z pochwy. A tego wła­śnie potrze­bo­wał, by odwró­cić ich uwagę i zdo­być klu­cze.

Teraz jed­nak cze­kała go nie­moż­liwa do prze­wi­dze­nia część planu.

Zatrzy­mał się. Prze­bu­dzony płaszcz cicho sze­le­ścił. Odszu­ka­nie wła­ści­wej celi nie było trudne - więk­sza część ota­cza­ją­cych ją kamien­nych murów była wyprana z kolo­rów. Zarówno drzwi, jak i ściany pokry­wała mdła sza­rość. W takich miej­scach trzy­mano Roz­bu­dza­ją­cych - brak koloru wyklu­czał moż­li­wość doko­na­nia Prze­bu­dze­nia. Vasher pod­szedł do celi i zaj­rzał do środka. Pod sufi­tem koły­sał się zawie­szony za ręce męż­czy­zna. Nagi i skuty łań­cu­chami. Jego opa­le­ni­zna wyda­wała się Vashe­rowi nie­zwy­kle inten­sywna, sińce na ciele wyglą­dały jak jaskrawe plamy fio­letu i błę­kitu.

Wię­zień był zakne­blo­wany. Kolejne zabez­pie­cze­nie. Aby prze­pro­wa­dzić udane Prze­bu­dze­nie, potrzebne były trzy rze­czy: Oddech, barwa i Roz­kaz. Nie­któ­rzy zwali to Har­mo­niką i Odcie­niami. Opa­li­zu­jące Odcie­nie, wza­jemna rela­cja pomię­dzy dźwię­kiem i barwą. Roz­kaz nale­żało wypo­wie­dzieć gło­śno i wyraź­nie w ojczy­stym języku Roz­bu­dza­ją­cego - wszel­kie zająk­nię­cia lub nie­sta­ran­nie wyar­ty­ku­ło­wany dźwięk uda­rem­ni­łyby Prze­bu­dze­nie. Oddech wydo­stałby się na zewnątrz, lecz przed­miot pozo­stałby mar­twy.

Vasher otwo­rzył celę klu­czem z kółka i wszedł do środka. Gdy zbli­żył się do więź­nia, aura wiszą­cego roz­ja­śniła kolory jego stroju. Tak silną aurę dostrzegłby każdy, choć dla czło­wieka, który dostą­pił Pierw­szego Wywyż­sze­nia było to jesz­cze łatwiej­sze.

Nie była to naj­moc­niej­sza Bio­Chro­ma­tyczna aura, jaką Vasher widział w swym życiu - sil­niej­sze nale­żały do Powra­ca­ją­cych, czczo­nych w Hal­lan­dren jak bogo­wie. Nie­mniej Bio­Chroma wiszą­cego robiła duże wra­że­nie i była o wiele sil­niej­sza niż ta, która ota­czała Vashera. Wię­zień dys­po­no­wał wie­loma Odde­chami. Set­kami setek Odde­chów.

Wisiał, deli­kat­nie koły­sząc się na łań­cu­chach. Przy­glą­dał się Vashe­rowi. Zakne­blo­wane usta krwa­wiły wsku­tek odwod­nie­nia. Vasher wahał się tylko przez chwilę, po czym wycią­gnął rękę i wyjął kne­bel z ust męż­czy­zny.

- Ty... - szep­nął wię­zień i zakasz­lał. - Przy­sze­dłeś mnie uwol­nić?

- Nie, Vahr - odpo­wie­dział cicho Vasher. - Przy­sze­dłem, żeby cię zabić.

Vahr prych­nął. Nie­wola odbiła się na nim moc­nym pięt­nem. Gdy Vasher widział go ostat­nio, wyda­wał się o wiele bar­dziej mię­si­sty. Sądząc po jego wychu­dłym wysu­szo­nym ciele musiał być przez dłuż­szy czas prze­trzy­my­wany o gło­dzie. Całe jego ciało pokry­wały świeże rany, sińce i opa­rze­nia. Zarówno cier­pie­nie, jak i nie­po­kój w pod­krą­żo­nych oczach Vahra świad­czyły o jego poważ­nym sta­nie. Oddech można było prze­ka­zać jedy­nie dobro­wol­nie, za pomocą świa­do­mie wyda­nego Roz­kazu. Nikt jed­nak nie powie­dział, że nie można kogoś do wyda­nia takiego Roz­kazu odpo­wied­nio zachę­cić.

- A więc - wychry­piał wię­zień - osą­dzi­łeś mnie. Tak samo jak wszy­scy.

- Nie inte­re­suje mnie twój nie­udany bunt. Chcę od cie­bie tylko Odde­chu.

- Ty i cały dwór Hal­lan­dren.

- Ow­szem. Ale nie oddasz go jed­nemu z Powra­ca­ją­cych. Prze­ka­żesz go mnie. W zamian za to, że cię zabiję.

- To raczej kiep­ski inte­res. - W gło­sie Vahra zabrzmiała wyzuta z emo­cji har­dość, któ­rej Vasher nie sły­szał, kiedy się ostat­nio spo­tkali.

To dziwne, prze­mknęło mu przez myśl, że wresz­cie, po tym wszyst­kim, dostrze­głem w nim coś, z czym potra­fię się iden­ty­fi­ko­wać.

Vasher trzy­mał się od Vahra na bez­pieczną odle­głość. Teraz, kiedy wię­zień mógł już mówić, był też w sta­nie wyda­wać Roz­kazy. Choć z dru­giej strony doty­kał jedy­nie meta­lo­wych łań­cu­chów, a metal nie­ła­two było Prze­bu­dzić. Ni­gdy nie był żywy, a kaj­dany były dale­kie kształ­tem od czło­wieka. Nawet u szczytu swej mocy, Vashe­rowi udało się Prze­bu­dzić metal jedy­nie kilka razy. Oczy­wi­ście bar­dzo potężni Roz­bu­dza­jący potra­fili budzić przed­mioty, któ­rych nie doty­kali, a które znaj­do­wały się w zasięgu ich głosu. To jed­nak wyma­gało Dzie­wią­tego Wywyż­sze­nia, a tylu Odde­chów nie posia­dał nawet Vahr. Co wię­cej, Vasher wie­dział o tylko jed­nej oso­bie, która miała ich wystar­cza­jąco wiele: sam Król-Bóg.

Naj­praw­do­po­dob­niej zatem był bez­pieczny. Vahr dys­po­no­wał olbrzy­mią liczbą Odde­chów, ale nie miał czego Prze­bu­dzić. Vasher spo­koj­nie okrą­żył wiszą­cego. Nie potra­fił wzbu­dzić w sobie ani cie­nia współ­czu­cia dla więź­nia. Vahr zasłu­żył na ten los. Kapłani nie chcieli pozwo­lić mu umrzeć. Miał w sobie zbyt wiele Odde­chów. Gdyby zgi­nął, całe to bogac­two ode­szłoby wraz z nim. Na zawsze i nie­od­wra­cal­nie.

I nawet władcy Hal­lan­dren - w któ­rym pano­wały bar­dzo surowe prawa doty­czące prze­ka­zy­wa­nia i sprze­daży Odde­chów - nie chcieli zmar­no­wać takiego skarbu. Pra­gnęli tej Bio­Chromy do tego stop­nia, że odło­żyli nawet egze­ku­cję tak zna­nego prze­stępcy, jakim był Vahr. Teraz było jed­nak zupeł­nie moż­liwe, że wkrótce zaczną żało­wać, iż nie pozo­sta­wili przy nim sil­niej­szej straży.

A Vasher cze­kał na podobną oka­zję od dwóch lat.

- No więc? - spy­tał Vahr.

- Daj mi Oddech, Vahr - rzu­cił Vasher i zbli­żył się o krok.

Vahr mruk­nął coś pod nosem i powie­dział:

- Wąt­pię, żebyś był rów­nie zdolny jak kaci Króla-Boga, Vasher, a im opie­ram się już od dwóch tygo­dni.

- Zdzi­wił­byś się. Ale to nie ma zna­cze­nia. Oddasz mi swój Oddech. Wiesz, że masz tylko dwie moż­li­wo­ści. Albo dostanę go ja, albo dostaną go oni.

Vahr wisiał na łań­cu­chach. Obra­cał się wolno. Mil­czał.

- Nie masz wiele czasu do namy­słu - pod­jął Vasher. - W każ­dej chwili ktoś może zna­leźć mar­twych war­tow­ni­ków. Pod­niosą alarm. Zosta­wię cię tutaj i znów pod­da­dzą cię tor­tu­rom i kie­dyś w końcu zła­mią. I cała twoja moc przej­dzie na wła­sność ludzi, któ­rych przy­się­ga­łeś znisz­czyć.

Vahr wpa­try­wał się w pod­łogę. Vasher pozwo­lił mu się zasta­na­wiać przez kilka chwil w ciszy, obser­wo­wał, jak do więź­nia dociera praw­dziwy obraz sytu­acji. Wresz­cie Vahr uniósł wzrok na Vashera.

- Ta... rzecz, którą nosisz. Jest tu? W mie­ście?

Vasher ski­nął głową.

- Te wrza­ski sprzed chwili? To ona je spo­wo­do­wała?

Vasher ski­nął raz jesz­cze.

- Jak długo zosta­niesz w T'Telir?

- Jakiś czas. Może rok.

- Uży­jesz tego prze­ciwko nim?

- To, co zro­bię, to moja sprawa, Vahr. Dobi­jemy targu czy nie? Szybka śmierć w zamian za twój Oddech. Mogę obie­cać ci jedno. Twoi wro­go­wie go nie dostaną.

Vahr umilkł.

- Jest twój - powie­dział wresz­cie.

Vasher wycią­gnął rękę i dotknął dło­nią czoła więź­nia - uwa­żał przy tym, by nie dotknąć ciała Vahra żadną czę­ścią swego stroju, z któ­rego Vahr mógłby zaczerp­nąć potrzebny do Prze­bu­dze­nia kolor.

Vahr prze­stał się ruszać. Wyglą­dał na zupeł­nie zre­zy­gno­wa­nego. Po chwili, gdy Vasher zaczy­nał się już nie­po­koić, że wię­zień zmie­nił zda­nie, ten uwol­nił swoją Bio­Chromę. Opu­ściły go barwy. Piękna Opa­li­za­cja, aura, która spra­wiała, że mimo ran i sinia­ków wyglą­dał maje­sta­tycz­nie, wypły­nęła z jego ust i zawi­sła w powie­trzu, migo­cząc jak poranna mgła. Vasher zamknął oczy i wchło­nął ją w sie­bie.

- Moje życie do two­jego - roz­ka­zał Vahr. W jego gło­sie zama­ja­czyła roz­pacz. - Mój Oddech staje się twoim.

Oddech wpły­nął w Vashera i wszystko znów stało się jaskrawe i żywe. Brą­zowy płaszcz nabrał głębi, nasy­ciły go kolory. Krew na pod­ło­dze stała się inten­syw­nie czer­wona, pło­nęła niczym ogień. Nawet skóra Vahra wyda­wała się teraz malar­skim arcy­dzie­łem - jej powierzch­nia, pozna­czona czar­nymi wło­sami, błę­kit­nymi otar­ciami i czer­wo­nymi ranami. Wiele lat upły­nęło od ostat­niego razu, kiedy Vasher doświad­czył tak głę­bo­kiego poczu­cia... życia.

Jęk­nął i osu­nął się na kolana, czu­jąc prze­peł­nia­jącą go ener­gię. Żeby nie upaść na kamienną pod­łogę, musiał pode­przeć się ręką. Jak mogłem bez tego żyć? - pomy­ślał.

Zda­wał sobie sprawę, że tak naprawdę jego zmy­sły nie wyostrzyły się ani tro­chę, stał się po pro­stu o wiele bar­dziej świa­domy i uważny. Uwraż­li­wiony. Docie­rało do niego potężne piękno doznań. Gdy dotknął kamie­nia, zachwy­cił się jego szorstką fak­turą. A szum wia­tru dola­tu­jący przez wąskie okno wię­zie­nia? Czy zawsze był tak melo­dyjny? Jak mógł tego nie sły­szeć?

- Dotrzy­maj swo­jej czę­ści umowy - powie­dział Vahr.

Vasher doce­nił dźwięk jego głosu, piękno każ­dej gło­ski, ich wewnętrzną har­mo­nię. Uzy­skał słuch dosko­nały. Był to dar dla każ­dego, kto osią­gał Dru­gie Wywyż­sze­nie. Dobrze będzie znów z nim żyć.

Oczy­wi­ście, gdyby chciał, mógł w każ­dej chwili osią­gnąć nawet i Piąte Wywyż­sze­nie, ale wyma­gało to kilku ofiar, któ­rych nie chciał pono­sić. Zmu­szał się więc, by zro­bić to w sta­ro­modny spo­sób, zbie­ra­jąc Odde­chy od ludzi takich jak Vahr.

Pod­niósł się i wycią­gnął odbar­wiony szal, z któ­rego sko­rzy­stał przed­tem. Zarzu­cił go na szyję Vahra i wypu­ścił Bio­Chromę.

Nie bawił się w nada­wa­nie mate­ria­łowi ludz­kiego kształtu, nie musiał też uży­wać wła­snych wło­sów czy skóry w cha­rak­te­rze ogni­ska - musiał jed­nak zaczerp­nąć koloru ze swo­jej koszuli.

Spoj­rzał w pełne rezy­gna­cji oczy więź­nia.

- Dusić rze­czy - roz­ka­zał Vasher, doty­ka­jąc drga­ją­cego szala.

Mate­riał skrę­cił się natych­miast, wyko­rzy­stu­jąc przy tym dużą - choć teraz już nie­istotną - liczbę Odde­chów. Owi­nął się wokół szyi Vahra i zaci­snął, dła­wiąc ofiarę. Vahr nie wal­czył, nawet nie jęk­nął. Po pro­stu patrzył nie­na­wist­nie na Vashera, aż oczy wyszły mu z orbit, i umarł.

Nie­na­wiść. W swoim cza­sie Vasher zaznał jej wiele. Wycią­gnął rękę i odzy­skał Oddech z szala, po czym zosta­wił w celi koły­szące się ciało więź­nia. Cicho prze­szedł przez loch, wciąż podzi­wia­jąc barwę drewna i kamieni. Po kilku chwi­lach zauwa­żył w kory­ta­rzu nowy kolor. Czer­wień.

Omi­nął kałużę krwi, która cie­kła po nie­rów­nej pod­ło­dze lochu, i wszedł do war­towni. Trzej straż­nicy już nie żyli. Jeden z nich sie­dział na krze­śle. Krew Nocy, wciąż w ostro zakoń­czo­nej pochwie, tkwił w piersi trupa. Spod sre­bra było widać mniej wię­cej cal czar­nego ostrza.

Vasher ostroż­nie wsu­nął broń do pochwy i zapiął zatrzask.

Spra­wi­łem się dziś bar­dzo dobrze - roz­le­gło się w jego myślach.

Nie odpo­wie­dział.

Zabi­łem ich wszyst­kich - cią­gnął Krew Nocy. Nie jesteś ze mnie dumny?

Przy­zwy­cza­jony do nie­co­dzien­nego cię­żaru ostrza Vasher pod­niósł broń jedną ręką. Zabrał też swą torbę i zarzu­cił ją na ramię.

Wie­dzia­łem, że będziesz zachwy­cony, dodał z zado­wo­le­niem miecz.

Rozdział 1

1

Bycie osobą nie­ważną wią­zało się z wie­loma korzy­ściami.

Rzecz jasna, jeśli wziąć pod uwagę stan­dardy więk­szo­ści ludzi, Siri wcale nie była nie­ważna - była prze­cież córką króla. Na szczę­ście jed­nak jej ojciec miał aż czworo dzieci, a sie­dem­na­sto­let­nia Siri była spo­śród nich naj­młod­sza. Fafen, star­sza od Siri, wypeł­niła rodowy obo­wią­zek i została mniszką. Następny w kolej­no­ści był Rid­ger, chło­pak star­szy z kolei od Fafen, najstar­szy syn władcy. Dzie­dzic tronu.

No i była jesz­cze Vivenna. Siri wes­tchnęła i zawró­ciła ścieżką do mia­sta. Vivenna, pier­wo­rodna króla była... no cóż... była Vivenną. Piękna, wytworna, ide­alna nie­mal pod każ­dym wzglę­dem. Co także sta­no­wiło szczę­śliwy zbieg oko­licz­no­ści, zwłasz­cza że to jej ręka została obie­cana bogu. Tak czy ina­czej, Siri jako czwarte dziecko króla była raczej zbędna. Vivenna i Rid­ger musieli się sku­piać na nauce; Fafen ciężko pra­co­wała, poma­ga­jąc innym w domach i na pastwi­skach. Siri jed­nak unik­nęła tego wszyst­kiego, ponie­waż była nie­ważna. Co mię­dzy innymi ozna­czało, że mogła zni­kać w górach na całe godziny.

Oczy­wi­ście za każ­dym razem ktoś to w końcu zauwa­żał i miała przez te swoje wycieczki bez­u­stanne kło­poty, ale nawet jej ojciec musiał przy­znać, że znik­nię­cia córki nikomu nie przy­spa­rzały więk­szych pro­ble­mów. Mia­sto pod jej nie­obec­ność nie cier­piało - co wię­cej, wyda­wało się, że bez Siri ma się nieco lepiej.

Nie­waż­ność. Dla kogoś innego sta­no­wi­łaby obrazę i dys­ho­nor. Dla Siri była bło­go­sła­wień­stwem.

Uśmiech­nęła się i prze­szła przez bramę. W nie­unik­niony spo­sób od razu przy­cią­gnęła ludz­kie spoj­rze­nia. Beva­lis było co prawda naj­więk­szym mia­stem i sto­licą Idris, ale nie było szcze­gól­nie wiel­kie i wszy­scy miesz­kańcy wie­dzieli, kim dziew­czyna jest. Sądząc po zasły­sza­nych od wędrow­ców opo­wie­ściach, jej rodzinne Beva­lis było led­wie wsią w porów­na­niu z olbrzy­mimi metro­po­liami, jakie roz­kwi­tały w innych kró­le­stwach.

Jej się jed­nak bar­dzo podo­bało, lubiła jego błot­ni­ste ulice, kryte strze­chą chaty i te nudne - choć solidne - kamienne mury. Kobiety goniące ucie­ka­jące gęsi, męż­czyzn szar­pią­cych się z osłami cią­gną­cymi wozy wypeł­nione wio­sen­nymi zbio­rami. Dzieci pro­wa­dzące stada owiec na hale. Moż­liwe, że wspa­niałe mia­sta w Xace, Hudres, czy nawet Hal­lan­dren, ofe­ro­wały egzo­tyczne widoki, ale były jed­no­cze­śnie pełne obcych twa­rzy, roz­krzy­cza­nych, prze­py­cha­ją­cych się tłu­mów i wynio­słych ary­sto­kra­tów. To by się Siri nie podo­bało; w zasa­dzie nawet Beva­lis wyda­wało się jej tro­chę zbyt rojne.

Nie­mniej, pomy­ślała przy­glą­da­jąc się swo­jej pro­stej i prak­tycz­nej sza­rej sukience, założę się, że w tam­tych mia­stach mają wię­cej kolo­rów. I to aku­rat mogła­bym chyba polu­bić.

W barw­nym miej­scu nie wyróż­nia­łaby się tak bar­dzo odcie­niem swych wło­sów. Jej dłu­gie loki, jak zwy­kle pod­czas wycieczki na pola, poja­śniały z rado­ści. Sku­piła się, pró­bu­jąc je opa­no­wać, ale jedyne, co była w sta­nie osią­gnąć, to mdły brąz. A gdy roz­pro­szyła uwagę, fry­zura natych­miast znów przy­brała piękną jasną barwę. Ni­gdy nie nauczyła się nad nimi pano­wać. W odróż­nie­niu od Vivenny.

W miarę jak szła przez mia­sto, zbie­rał się za nią nie­wielki pochód. Uda­wała, że nie zauważa dzieci, do chwili, gdy jedno z nich zebrało się na odwagę, pod­bie­gło i pocią­gnęło ją za sukienkę. Dziew­czyna odwró­ciła się z uśmie­chem. Malu­chy popa­trzyły na nią nie­zwy­kle poważ­nie. Wszy­scy w Idris byli od dziecka uczeni, by opa­no­wy­wać wsty­dliwe, rap­towne wybu­chy emo­cji. Dok­tryna Austre nie uzna­wała uczuć za coś złego, nie­mniej, sro­dze ganiła pre­ten­sjo­nalne zwra­ca­nie na sie­bie uwagi przez publiczne ich oka­zy­wa­nie.

Siri nie była szcze­gól­nie pobożna. Uwa­żała, że to nie jej wina, skoro Austre two­rząc jej duszę, obda­rzył ją jed­no­cze­śnie cał­ko­witą nie­zdol­no­ścią do posłu­szeń­stwa. Dzieci cier­pli­wie cze­kały, a dziew­czyna się­gnęła do far­tu­cha, z któ­rego wydo­stała kilka jaskrawo ubar­wio­nych kwia­tów. Oczy malu­chów otwo­rzyły się sze­roko i wpa­trzyły w wibru­jące, roze­dr­gane kolory płat­ków. Trzy kie­li­chy były nie­bie­skie, jeden żółty.

Wszyst­kie kwiaty odci­nały się wyraź­nie od wszech­ogar­nia­ją­cej sza­ro­ści mia­sta. Poza kolo­rami skóry i oczu miesz­kań­ców, Beva­lis było cał­ko­wi­cie bez­barwne. Kamienne ściany bie­lono wap­nem, stroje sta­ran­nie spie­rano do sza­ro­ści lub nud­nego beżu. Wszystko po to, by trzy­mać kolory z daleka.

A to dla­tego, że bez kolo­rów nie było Roz­bu­dza­ją­cych.

Mała dziew­czynka, która wcze­śniej szarp­nęła za sukienkę, chwy­ciła kwiaty i umknęła wraz z innymi dziećmi. Siri zauwa­żyła naganne spoj­rze­nia kil­korga prze­chod­niów. Nikt jed­nak nie powie­dział jej słowa. Bycie księż­niczką - nawet zupeł­nie nie­ważną - miało jed­nak parę zalet.

Ruszyła dalej w stronę pałacu. Niski jed­no­pię­trowy budy­nek z prze­stron­nym dzie­dziń­cem o ubi­tej ziemi. Siri omi­nęła tłumy han­dlu­ją­cych przy głów­nej bra­mie ludzi, okrą­żyła pałac i weszła do kuchni. Mab, kuchenna posłu­gaczka, na dźwięk otwie­ra­nych drzwi prze­stała śpie­wać i przyj­rzała się dziew­czy­nie uważ­nie.

- Ojciec cię szu­kał, dziecko - powie­działa, po czym odwró­ciła się i nucąc pod nosem, zaata­ko­wała nożem kilka cebul.

- Można się było tego spo­dzie­wać. - Siri pode­szła bli­żej i pową­chała zawar­tość garnka. Wyczuła woń gotu­ją­cych się ziem­nia­ków.

- Znów poszłaś w góry, prawda? Ucie­kłaś z lek­cji.

Dziew­czyna się uśmiech­nęła i wycią­gnęła z kie­szeni jesz­cze jeden żółty kwia­tek. Obró­ciła go w pal­cach.

Mab wywró­ciła oczyma.

- I znów nisz­czysz mia­sto. Naprawdę, dziew­czyno, w twoim wieku takie rze­czy nie przy­stoją. Już ojciec się z tobą roz­mówi. Nie podoba mu się, że uni­kasz swych obo­wiąz­ków.

- Lubię słowa - odparła Siri rezo­lut­nie - i zawsze uczę się kilku nowych, kiedy ojciec na mnie krzy­czy. A prze­cież nie powin­nam zanie­dby­wać edu­ka­cji, prawda?

Mab prych­nęła, poszat­ko­wała kilka kiszo­nych ogór­ków i zmie­szała je z cebulą.

- Szcze­rze mówiąc, Mab - cią­gnęła Siri, bawiąc się kwiat­kiem i czu­jąc, jak jej włosy przy­bie­rają nieco rudawy odcień - nie rozu­miem w czym pro­blem. To prze­cież Austre stwo­rzył kwiaty, nie mam racji? I to on nadał im barwy, więc nie może w nich być nic złego. W końcu sami nazy­wamy go Bogiem Kolo­rów!

- Kwiaty nie są złe - odparła Mab, doda­jąc do potrawy cze­goś, co wyglą­dało na trawę - ale tylko wtedy, jeśli zosta­wia się je tam, gdzie umie­ścił je Austre. Nie powin­ni­śmy wyko­rzy­sty­wać jego piękna po to, żeby samemu wyda­wać się waż­niej­szymi.

- Przez kwiaty wcale nie wydaję się waż­niej­sza.

- Czyżby? - rzu­ciła Mab i cisnęła trawę, ogórki i cebulę do garnka z wrzącą wodą. Ude­rzyła ściankę naczy­nia pła­zem noża, posłu­chała, ski­nęła głową i w poszu­ki­wa­niu kolej­nych warzyw zanur­ko­wała pod blat. - Sama powiedz - cią­gnęła stłu­mio­nym gło­sem - czy naprawdę uwa­żasz, że para­du­jąc po Beva­lis z kwia­tem w dłoni, nie zwra­casz na sie­bie uwagi?

- Ale tylko dla­tego, że to mia­sto jest takie ponure. Gdyby wokół było wię­cej barw, nikt nie zauwa­żyłby jed­nego małego kwiatka.

Mab wypro­sto­wała się, dźwi­ga­jąc w rękach pudło pełne róż­no­ra­kich bulw.

- Wola­ła­byś, żeby­śmy ozdo­bili nasze mia­sto jak Hal­lan­dren? Może powin­ni­śmy też zacząć zapra­szać do sie­bie Roz­bu­dza­ją­cych? Co ty na to? Te dia­bły wysy­sają dusze dzie­ciom i duszą ludzi ich wła­snymi ubra­niami. Trzeba ci też wie­dzieć, że wskrze­szają umar­łych i wyko­rzy­stują ich jako tanią siłę robo­czą. Nie mówiąc o tym, że skła­dają na swo­ich here­tyc­kich ołta­rzach ofiary z kobiet.

Siri poczuła, jak jej włosy bie­leją lekko na sku­tek ogar­nia­ją­cego ją nie­po­koju. Prze­stań­cie! - pomy­ślała. Jej fry­zura żyła wła­snym życiem i reago­wała na emo­cje w nie­kon­tro­lo­wany spo­sób.

- Histo­rie z poświę­ca­niem dzie­wic są wyssane z palca - stwier­dziła dziew­czyna. - Oni tego wcale nie robią.

- Bez powodu nikt by tego nie powta­rzał.

- Moim zda­niem wymy­ślają je stare kobiety, grze­jące zimą przy ogniu swoje kości. Nie sądzę, żeby­śmy musieli się aż tak bać. Niech sobie ci z Hal­lan­dren robią, co im się żyw­nie podoba, przy­naj­mniej dopóki zosta­wiają nas w spo­koju.

Mab, nie pod­no­sząc wzroku, sie­kała warzywa.

- Pod­pi­szemy nowy trak­tat, Mab - dodała Siri. - Ojciec i Vivenna dopil­nują naszego bez­pie­czeń­stwa, a Hal­lan­dren nic nam nie zrobi.

- A jeśli nie?

- Zoba­czysz. Nie ma się czym mar­twić.

- Mają sil­niej­szą armię - zauwa­żyła Mab, sie­ka­jąc korzeń vana­vel. - Lep­szą stal, wię­cej jedze­nia i te... te rze­czy. Ludzie się nie­po­koją. Może nie ty, ale ci roz­sąd­niejsi, ow­szem.

Trudno było tak od razu zaprze­czyć sło­wom kucharki. Mab, poza wyjąt­ko­wym instynk­tem do goto­wa­nia roso­łów i mie­sza­nia przy­praw, dys­po­no­wała swo­istą mądro­ścią. Z dru­giej jed­nak strony sta­now­czo zbyt czę­sto zrzę­dziła.

- Zamar­twiasz się bez potrzeby, Mab, prze­ko­nasz się.

- Mówię tylko, że to nie jest czas na to, żeby księż­niczka bie­gała po mie­ście z kwia­tami, ani żeby się wyróż­niała, ścią­ga­jąc na sie­bie gniew Austre.

Siri wes­tchnęła.

- No dobrze - powie­działa i cisnęła ostatni kwia­tek do garnka z potrawką. - Teraz wyróż­nimy się wszy­scy.

Mab zmar­twiała, po czym wznio­sła oczy ku niebu, nie prze­ry­wa­jąc szat­ko­wa­nia warzyw.

- To był kwiat vana­vel?

- Oczy­wi­ście - odpo­wie­działa dziew­czyna i pową­chała uno­szącą się nad garn­kiem parę. - Prze­cież nie znisz­czy­ła­bym cze­goś tak smacz­nego. I wciąż uwa­żam, że prze­sa­dzasz.

Mab pocią­gnęła nosem.

- Masz - rzu­ciła, poda­jąc księż­niczce drugi nóż. - Przy­daj się do cze­goś. Ktoś musi to wszystko posie­kać.

- A nie powin­nam iść do ojca? - spy­tała Siri, łapiąc za gruby i nie­równy korzeń vana­vel. Zaczęła szat­ko­wać.

- Prze­cież on i tak za karę ode­śle cię do kuchni i każe ze mną pra­co­wać - stwier­dziła Mab i znów ude­rzyła w gar­nek nożem. Od zawsze uwa­żała, że potrafi stwier­dzić po dźwięku naczy­nia, kiedy potrawa jest gotowa.

- Austre, dopo­móż, jeśli ojciec się kie­dyś dowie, że ja to lubię.

- Ty po pro­stu lubisz być bli­sko jedze­nia - rzu­ciła Mab. Wyło­wiła z garnka kwiat i cisnęła go na bok. - Tak czy ina­czej, nie możesz się teraz z nim widzieć. Nara­dza się z Yardą.

Siri nie zare­ago­wała, nie prze­ry­wała pracy. Włosy jed­nak poja­śniały jej z emo­cji. Narady ojca z Yardą zwy­kle cią­gną się godzi­nami, pomy­ślała. Nie ma sensu cze­kać, aż skoń­czy...

Mab odwró­ciła się, się­ga­jąc po coś ze stołu, a gdy ponow­nie sta­nęła przed bla­tem, Siri była już za drzwiami i bie­gła ku staj­niom. Kilka minut potem odje­chała z pałacu galo­pem, w swym ulu­bio­nym brą­zo­wym płasz­czu. Czuła upojne emo­cje. Jej włosy znów przy­brały zło­ci­sty odcień. Szybka prze­jażdżka to dosko­nały spo­sób na zwień­cze­nie dnia.

W końcu i tak prze­cież zosta­nie uka­rana.

***

Dede­lin, król Idris, odło­żył list na stół. Czy­tał go już zbyt wiele razy. Nade­szła pora, by wresz­cie pod­jął decy­zję, czy posłać swą naj­star­szą córkę na śmierć.

Mimo że wio­sna roz­po­częła się już jakiś czas temu, w pomiesz­cze­niu wciąż było chłodno. Na wyży­nach Idris cie­pło nie było czę­stym gościem; wszy­scy go pra­gnęli i cie­szyli się z jego nadej­ścia, ponie­waż lato zazwy­czaj trwało tu krótko. Kom­naty pałacu były bar­dzo skąpo ume­blo­wane. W pro­sto­cie kryło się piękno. I nawet król Idris nie miał prawa poka­zy­wać osten­ta­cyj­nej aro­gan­cji ani pre­ten­sjo­nal­no­ści.

Dede­lin wstał z miej­sca i wyj­rzał przez okno na dzie­dzi­niec. Według świa­to­wych stan­dar­dów jego pałac był mały - miał tylko jedno pię­tro, spa­dzi­sty drew­niany dach i niskie kamienne ściany. Jak na panu­jące w Idris warunki był jed­nak duży i nie­bez­piecz­nie gra­ni­czył z luk­su­sem. To jed­nak można mu było wyba­czyć, ponie­waż budy­nek ten słu­żył rów­nież za miej­sce zgro­ma­dzeń i admi­ni­stra­cyjne cen­trum kró­le­stwa.

Kątem oka władca widział gene­rała Yardę. Krzepki męż­czy­zna cze­kał z rękami zaple­cio­nymi na ple­cach. Grubą brodę miał prze­wią­zaną w trzech miej­scach rze­my­kami. Poza kró­lem był jedyną osobą w pomiesz­cze­niu.

Dede­lin ponow­nie spoj­rzał na list. Papier był jasno­ró­żowy i krzy­kliwa barwa odzna­czała się na jego biurku niczym kro­pla krwi na śniegu. Róż był kolo­rem, któ­rego w Idris ni­gdy się nie widy­wało. W Hal­lan­dren jed­nakże - w ośrodku świa­to­wego prze­my­słu far­biar­skiego - tak pozba­wione smaku odcie­nie były na porządku dzien­nym.

- Cóż więc, stary przy­ja­cielu - zapy­tał Dede­lin - masz dla mnie jakąś radę?

Gene­rał Yarda pokrę­cił głową.

- Zbliża się wojna, Wasza Wyso­kość. Mogę to wyczy­tać w wie­trze nad naszymi gło­wami, a także z rapor­tów naszych szpie­gów. Hal­lan­dren wciąż uważa nas za rebe­lian­tów, a nasze pół­nocne prze­łę­cze kuszą ich nie­po­mier­nie. Zaata­kują.

- W takim razie powi­nie­nem ją wysłać - stwier­dził król i na powrót wyj­rzał przez okno. Na dzie­dzińcu zaro­iło się od odzia­nych w płasz­cze i futra ludzi zmie­rza­ją­cych na targ.

- Wasza Wyso­kość, tej woj­nie nie uda się nam zapo­biec - pod­jął Yarda. - Możemy jed­nak... opóź­nić jej wybuch.

Dede­lin odwró­cił się ku żoł­nie­rzowi.

Gene­rał pod­szedł o krok bli­żej.

- To nie jest dobry czas na wojnę - powie­dział cicho. - Nasi żoł­nie­rze wciąż jesz­cze nie doszli do sie­bie po najaz­dach Ven­dis zeszłej jesieni i po zimo­wych poża­rach spi­chrza... - Yarda pokrę­cił głową. - Nie stać nas na tak poważny, roz­strzy­ga­jący kon­flikt jesz­cze tego lata. Naszym naj­lep­szym sprzy­mie­rzeń­cem w walce z Hal­lan­dren jest śnieg. Nie możemy dopu­ścić, by ta wojna poto­czyła się na ich warun­kach. Jeśli na to pozwo­limy, to już jeste­śmy mar­twi.

Trudno było odmó­wić mu racji.

- Wasza Wyso­kość - cią­gnął Yarda - oni tylko cze­kają, aż zła­miemy trak­tat. Wtedy ich atak będzie uspra­wie­dli­wiony. Jeśli zro­bimy to pierwsi, ude­rzą.

- Ale nawet jeśli dotrzy­mamy posta­no­wień trak­tatu, ude­rzą i tak - zauwa­żył Dede­lin.

- Tak, choć póź­niej. Może nawet kilka mie­sięcy póź­niej. Dobrze wiesz, jak powoli dzia­łają tryby poli­tyki w Hal­lan­dren. Jeżeli docho­wamy usta­lo­nych w trak­ta­cie zasad, będą deba­to­wać i spie­rać się bez końca. Gdyby zama­ru­dzili do pierw­szych śnie­gów, dosta­li­by­śmy to, na czym zależy nam naj­bar­dziej.

Wszystko to brzmiało sen­sow­nie. Uczci­wie, bru­tal­nie i sen­sow­nie. Przez wiele lat Dede­lin sta­rał się nie dopu­ścić do kon­fliktu, obser­wu­jąc jed­no­cze­śnie, jak na dwo­rze w Hal­lan­dren nara­sta agre­sja, jak władcy sąsied­niego kró­le­stwa stają się coraz bar­dziej nie­spo­kojni. Z każ­dym rokiem poja­wiały się głosy nawo­łu­jące do ataku na wyżyny zamiesz­kane przez "rebe­lianc­kich Idrian". I z każ­dym rokiem głosy te sta­wały się gło­śniej­sze i bar­dziej liczne. Z każ­dym rokiem poko­jowa, nego­cja­cyjna poli­tyka Dede­lina spra­wiała, że armie zosta­wały w domach. Być może król miał nadzieję, że przy­wódca rebe­lian­tów Vahr i jego dysy­denci z Pahn Kahl odwrócą uwagę od Idris, ale Vahr został schwy­tany, a jego tak zwana armia roz­bita. Skut­kiem jego buntu zaś było to tylko, że Hal­lan­dren zwró­ciło bacz­niej­szą uwagę na swych daw­nych wro­gów.

Pokoju nie można było utrzy­mać. Nie, skoro Idris miało tak żyzne zie­mie, nie wów­czas, kiedy kon­tro­lo­wało tak cenne szlaki han­dlowe. I nie, kiedy Hal­lan­dren było rzą­dzone przez bogów, któ­rzy wyda­wali się jesz­cze mniej obli­czalni od swych poprzed­ni­ków. Władca to wszystko rozu­miał. Ale zda­wał sobie rów­nież sprawę, że zerwa­nie trak­tatu byłoby postęp­kiem głu­pim. Kiedy ktoś tra­fia do leża dzi­kiej bestii, nie powi­nien pro­wo­ko­wać jej gniewu.

Yarda sta­nął u jego boku przy oknie i wyj­rzał na zewnątrz, opie­ra­jąc się łok­ciami o fra­mugę. Gene­rał był twar­dym czło­wie­kiem, zro­dzo­nym z suro­wych idriań­skich zim. Był zara­zem jed­nym z naj­lep­szych ludzi, jakich kie­dy­kol­wiek poznał Dede­lin - co wię­cej, król zasta­na­wiał się cza­sem, czy nie powi­nien wydać Vivenny za syna wier­nego ofi­cera.

To były jed­nak głu­pie, nie­roz­sądne myśli. Prze­cież Dede­lin od zawsze wie­dział, że ten dzień nadej­dzie. Sam przy­go­to­wał trak­tat, w któ­rego myśl musiał wysłać córkę, by poślu­biła Króla-Boga. Hal­lan­dren potrze­bo­wało kobiety z kró­lew­ską krwią w żyłach, by odno­wić i upra­wo­moc­nić swą monar­chię. Ci próżni, żądni chwały ludzie z nizin pra­gnęli tego od dawna, a Idris mogło się cie­szyć spo­ko­jem przez ostat­nie dwa­dzie­ścia lat tylko i wyłącz­nie dzięki temu jed­nemu posta­no­wie­niu układu.

Trak­tat był pierw­szym ofi­cjal­nym doku­men­tem pod­pi­sa­nym za rzą­dów Dede­lina, jego treść wyne­go­cjo­wano w nabrzmia­łej wście­kło­ścią atmos­fe­rze, jaka zapa­no­wała po zabój­stwie jego ojca. Król zaci­snął zęby. Jakże szybko ugiął się przed kapry­sami wro­gów! A jed­nak wie­dział, że zro­biłby to raz jesz­cze; jako władca Idris uczy­niłby dla swych pod­da­nych wszystko. Na tym wła­śnie pole­gała wielka róż­nica pomię­dzy Idris i Hal­lan­dren.

- Yarda, jeśli ją tam wyślemy - ode­zwał się król - poślemy ją na śmierć.

- Może jej nie skrzyw­dzą - powie­dział po dłuż­szej chwili gene­rał.

- Dobrze wiesz, jak będzie. Gdy tylko wybuch­nie wojna, wyko­rzy­stają ją prze­ciwko mnie. Mówimy prze­cież o Hal­lan­dren. Na Austre, prze­cież oni zapra­szają Roz­bu­dza­ją­cych do swych pała­ców!

Yarda umilkł. Wresz­cie pokrę­cił głową.

- Według ostat­nich donie­sień w skład ich armii wcho­dzi już jakieś czter­dzie­ści tysięcy Nie­ży­wych.

Panie Kolo­rów, pomy­ślał Dede­lin, raz jesz­cze rzu­ca­jąc okiem na list. Język, jakim posłu­gi­wał się jego autor, był pro­sty. Nade­szły dwu­dzie­ste uro­dziny Vivenny, a trak­tat sta­no­wił, że Dede­lin nie może cze­kać już ani roku dłu­żej.

- Wysła­nie im Vivenny to nie­do­bry pomysł, ale nie mamy innych atu­tów - zauwa­żył Yarda. - Jeśli zyskamy wię­cej czasu, mógł­bym prze­cią­gnąć na naszą stronę Tedra­del. Oni nie­na­wi­dzą Hal­lan­dren jesz­cze od cza­sów Wie­lo­woj­nia. Może mógł­bym też pod­bu­rzyć nie­do­bitki bun­tow­ni­ków Vahra w samym Hal­lan­dren. Wtedy zyska­li­by­śmy przy­naj­mniej czas, by roz­bu­do­wać for­ty­fi­ka­cje, przy­go­to­wać zaopa­trze­nie, prze­żyć jesz­cze rok. - Yarda spoj­rzał na władcę. - Jeśli Hal­lan­dren nie dosta­nie od nas księż­niczki, wojna wybuch­nie z naszej winy. Tak pomy­ślą wszy­scy, i kto nas wtedy poprze? Zaczną się pyta­nia: dla­czego nasz władca zła­mał trak­tat, który sam napi­sał?

- Ale jeśli oddamy Vivennę, jej krew sprawi, że ich pre­ten­sje doty­czące gór i prze­łę­czy będą mieć jesz­cze moc­niej­sze pod­stawy!

- Moż­liwe - przy­znał Yarda - tyle że skoro obaj zda­jemy sobie sprawę, że oni zaata­kują tak czy ina­czej, to dla­czego przej­mo­wać się ugrun­to­wa­niem ich żądań? A tak przy­naj­mniej pocze­kają z najaz­dem do chwili naro­dzin spad­ko­biercy.

Czas. Gene­rał zawsze pro­sił o wię­cej czasu. Tylko co począć, jeśli ten czas ma zostać zyskany kosz­tem wła­snego dziecka?

Yarda nie wahałby się przed posła­niem żoł­nie­rza na śmierć, gdyby dzięki temu cała armia mogła zyskać czas na zaję­cie lep­szej pozy­cji, pomy­ślał król. - Jeste­śmy Idria­nami. Jak mogę nie pro­sić wła­snej córki o coś, czego bez zasta­no­wie­nia ocze­ki­wał­bym od żoł­nie­rza?

Ale myśl o Viven­nie w ramio­nach Króla-Boga, o Viven­nie zmu­szo­nej do nosze­nia dziecka tego potwora... przez to Dede­lin nie­mal siwiał. Jej dziecko uro­dzi­łoby się jako kolejny mar­twy nowo­ro­dek potwór, który stałby się następ­nym Powra­ca­ją­cym Bogiem.

Jest jesz­cze inny spo­sób... - pomy­ślał ze wsty­dem w głębi ducha. Nie musisz posy­łać tam Vivenny...

Ktoś zapu­kał do drzwi sali. Obaj z Yardą odwró­cili się i Dede­lin zapro­sił przy­by­sza do wej­ścia. Od razu wie­dział kto to taki.

Vivenna miała na sobie sto­no­waną, szarą sukienkę. W oczach króla wciąż wyglą­dała bar­dzo młodo. Z dru­giej strony była dosko­na­łym ucie­le­śnie­niem Idrianki - włosy zwią­zane w skromny kok, brak maki­jażu, który przy­cią­gałby uwagę do jej twa­rzy. Nie była przy tym miękka ani nie­śmiała jak nie­które inne ary­sto­kratki z kró­lestw pół­nocy. Była po pro­stu spo­kojna. Opa­no­wana, pro­sta, twarda i wytrzy­mała. Idrianka.

- Ojcze, nara­dza­cie się tu w zamknię­ciu już kilka godzin - ode­zwała się dziew­czyna, z sza­cun­kiem kła­nia­jąc się Yar­dzie. - Słu­dzy mówili mi o kolo­ro­wej koper­cie, którą przy­niósł ze sobą gene­rał. Wydaje mi się, że wiem, co się w niej znaj­do­wało.

Dede­lin spoj­rzał córce w oczy i gestem zapro­sił ją do zaję­cia miej­sca. Dziew­czyna zamknęła cicho drzwi i usia­dła na jed­nym z drew­nia­nych krze­seł sto­ją­cych pod ścianą kom­naty. Yarda, jak męż­czyź­nie przy­stało, wciąż stał. Vivenna spoj­rzała na leżący na biurku list. Nie­zmien­nie spo­kojna, pano­wała nad swymi wło­sami, które ani na chwilę nie zmie­niały odcie­nia i wciąż miały barwę sza­cow­nej czerni. Była dwa­kroć tak nabożna jak jej ojciec i w odróż­nie­niu od swo­jej młod­szej sio­stry ni­gdy nie pod­da­wała się nagłym wybu­chom emo­cji.

- Rozu­miem więc, że powin­nam się przy­go­to­wać do drogi - ode­zwała się, skła­da­jąc dło­nie na kola­nach.

Dede­lin otwo­rzył usta, ale nie potra­fił zaprze­czyć. Rzu­cił okiem na Yardę, który peł­nym rezy­gna­cji gestem pokrę­cił głową.

- Ojcze, przy­go­to­wy­wa­łam się do tego całe życie - pod­jęła Vivenna. - Jestem gotowa. Wiem jed­nak, że Siri nie przyj­mie tego dobrze. Godzinę temu wyje­chała na prze­jażdżkę. Powin­nam opu­ścić mia­sto jesz­cze zanim wróci. W ten spo­sób unik­niemy nie­przy­stoj­nych scen, jakie mogłaby urzą­dzić.

- Za późno. - Yarda skrzy­wił się i ski­nął głową w stronę okna.

Zebrani na dzie­dzińcu ludzie pierz­chali na wszyst­kie strony, ucie­ka­jąc przed jeźdź­cem, który galo­pem wpadł przez bramę. Jeź­dziec miał na sobie inten­syw­nie brą­zowy płaszcz - nie­mal zbyt kolo­rowy - i oczy­wi­ście roz­pusz­czone włosy.

Złote włosy.

Dede­lin poczuł, jak nara­sta w nim gniew i fru­stra­cja. Tylko Sisi­ri­nah potra­fiła dopro­wa­dzić go do utraty pano­wa­nia nad sobą i - jakby w iro­nicz­nym kon­tra­punk­cie wobec powodu swego wzbu­rze­nia - poczuł, jak zmie­nia się kolor jego wła­snej fry­zury. Obser­wa­to­rzy mogli zauwa­żyć, jak kilka loków na jego gło­wie prze­szło z czerni w krwa­wiącą czer­wień. Była to cecha wyróż­nia­jąca osoby z kró­lew­skiego rodu, któ­rego człon­ko­wie ucie­kli na wyżyny Idris w szczy­to­wej fazie Wie­lo­woj­nia. Pozo­stali mogli ukry­wać emo­cje. Głowy człon­ków rodziny Dede­lina jed­nak wszem wobec obwiesz­czały, co się dzieje w ich ser­cach.

Vivenna przy­glą­dała się ojcu, nie­ska­zi­telna jak zawsze. Siła i opa­no­wa­nie dziew­czyny pomo­gły władcy, który zmu­sił włosy do przy­bra­nia na powrót ciem­niej­szego odcie­nia. Kon­tro­lo­wa­nie zdra­dziec­kich Kró­lew­skich Loków wyma­gało więk­szej siły woli, niż się to więk­szo­ści ludzi zda­wało. Dede­lin sam nie był pewien, w jaki spo­sób Viven­nie udało się tak dosko­nale opa­no­wać tę umie­jęt­ność.

Biedna dziew­czyna, nie miała nawet dzie­ciń­stwa, prze­mknęło mu przez głowę. Życie Vivenny od uro­dze­nia zmie­rzało ku temu jed­nemu wyda­rze­niu. Jego pier­wo­rodna, dziecko, które wyda­wało mu się czę­ścią jego osoby. Dziew­czyna sta­no­wiąca nie­wy­czer­pane źró­dło dumy; kobieta, która już teraz zyskała sobie miłość i sza­cu­nek pod­da­nych. Oczyma duszy widział, jak wspa­niałą sta­łaby się kró­lową, sil­niej­szą zapewne nawet od niego. Byłaby kimś, kto zdo­łałby prze­pro­wa­dzić Idris przez cze­ka­jące kró­le­stwo mroczne czasy.

Pod warun­kiem, że uda­łoby się jej tego wszyst­kiego dożyć.

- Przy­go­tuję się do drogi - oświad­czyła Vivenna i wstała z miej­sca.

- Nie - rzu­cił Dede­lin.

Oboje, Yarda i Vivenna unie­śli wzrok.

- Ojcze - przy­po­mniała dziew­czyna - jeśli zła­miemy trak­tat, wybuch­nie wojna. Jestem gotowa poświę­cić się dla naszego ludu. Sam mnie tego uczy­łeś.

- Nie poje­dziesz - powie­dział z naci­skiem Dede­lin i odwró­cił się do okna.

Na dwo­rze Siri zaśmie­wała się z cze­goś w towa­rzy­stwie sta­jen­nych. Władca sły­szał wybu­chy jej chi­chotu nawet z tej odle­gło­ści: włosy młod­szej córki przy­brały barwę ogni­stej czer­wieni.

Panie Kolo­rów, wybacz mi, pomy­ślał. To dla ojca naj­cięż­szy z wybo­rów. Trak­tat sta­nowi jed­nak dokład­nie: Kiedy Vivenna skoń­czy dwu­dzie­sty rok życia, muszę ode­słać córkę do Hal­lan­dren. W tek­ście umowy nie ma jed­nak słowa o tym, którą córkę mam wypra­wić w drogę.

Gdyby Dede­lin nie wysłał do Hal­lan­dren córki, połu­dniowi sąsie­dzi zaata­ko­wa­liby natych­miast. Jeśli pośle nie tę, któ­rej się spo­dzie­wają, mogą się roz­gnie­wać, ale nie roz­pę­tają wojny. Tego był pewien. Zacze­kają do przyj­ścia na świat dzie­dzica Idris. Dziecka z kró­lew­ską krwią w żyłach. A to ozna­cza co naj­mniej dzie­więć mie­sięcy.

Poza tym... - myślał. Gdyby mnie szan­ta­żo­wali, uży­wa­jąc jako zakład­niczki Vivenny, nie pora­dził­bym sobie i pod­dał się od razu.

Czuł wstyd na tę myśl, ale tak naprawdę to wła­śnie dla­tego pod­jął taką decy­zję.

Dede­lin spoj­rzał na zebra­nych.

- Vivenno, nie poje­dziesz tam i nie poślu­bisz boga tyrana naszych wro­gów. Zamiast cie­bie poślę im Siri.

Rozdział 2

2

Oszo­ło­miona Siri sie­działa w trzę­są­cym się powo­zie. Jej ojczy­sta zie­mia z każ­dym pod­sko­kiem kół odda­lała się coraz bar­dziej.

Minęły już dwa dni, a ona wciąż nie rozu­miała. Prze­cież to była rola Vivenny. Wszy­scy o tym wie­dzieli. Kiedy przy­szła na świat, w Idris hucz­nie świę­to­wano. Król uczył ją wszyst­kiego od dnia, w któ­rym posta­wiła pierw­szy krok: stu­dio­wała zasady życia dwor­skiego i reguły poli­tyki. Fafen, druga córka Dede­lina, także się tego wszyst­kiego uczyła, na wypa­dek gdyby Vivenna umarła przed dniem swego ślubu. Ale nie Siri. Ona prze­cież od zawsze była zbędna. Nie­ważna.

I to się wła­śnie skoń­czyło.

Wyj­rzała za okno. Ojciec wybrał dla niej naj­ład­niej­szy powóz kró­le­stwa - wraz z eskortą hono­rową skła­da­jącą się z dwu­dzie­stu żoł­nie­rzy. Jechali na połu­dnie. Razem z namiest­ni­kiem i kil­koma posłu­ga­czami two­rzyli naj­wspa­nial­szy orszak, jaki Siri kie­dy­kol­wiek widziała. Gra­ni­czyło to z osten­ta­cją, która zapewne by dziew­czynę zachwy­ciła, gdyby tylko nie ozna­czała dla niej roz­sta­nia z Idris.

Nie tak miało być, myślała. Zupeł­nie nie tak.

A jed­nak stało się.

Nic nie miało sensu. Powóz trząsł wście­kle, ale Siri sie­działa zupeł­nie zobo­jęt­niała. Mogli cho­ciaż, narze­kała w myślach, wysłać mnie konno, a nie zmu­szać do więd­nię­cia w tym powo­zie.

Nie­stety, wjazd wierz­chem nie był odpo­wied­nio god­nym spo­so­bem wkro­cze­nia do Hal­lan­dren.

Hal­lan­dren.

Siri poczuła, jak włosy bie­leją jej ze stra­chu. Wysłano ją do Hal­lan­dren! Do kró­le­stwa, któ­rego miesz­kańcy prze­kli­nają co drugi oddech. Swego ojca nie zoba­czy przez długi czas, albo i wcale. Nie będzie już mogła roz­ma­wiać z Vivenną, nie posłu­cha nauczy­cieli, nie złaja jej Mab, nie będzie jeź­dzić na wierz­chow­cach z kró­lew­skiej stajni, nie poszuka kwiat­ków w dzi­czy, nie pomoże w kuchni. Za to...

Za to poślubi Króla-Boga. Demona z Hal­lan­dren, potwora, który ni­gdy nie zaczerp­nął żywego odde­chu. W Hal­lan­dren jego wła­dza nie była niczym ogra­ni­czona. Mógł wydać roz­kaz stra­ce­nia dowol­nej osoby wie­dziony choćby tylko prze­lot­nym kapry­sem.

Ale ja będę bez­pieczna, prawda? - prze­mknęło jej przez myśl. Będę prze­cież jego żoną.

Żoną. Wycho­dzę za mąż. Och, Austre, Boże Kolo­rów... - pomy­ślała, czu­jąc się coraz gorzej. Zwi­nęła się, pod­cią­gnęła kolana pod brodę - jej włosy stały się tak białe, że nie­mal lśniły - i poło­żyła się na sie­dze­niu. Nie była pewna, czy tak bar­dzo trzę­sie się nie­po­wstrzy­ma­nie zmie­rza­jący na połu­dnie powóz, czy ona sama.

***

- Myślę, że powi­nie­neś się jesz­cze raz nad tym zasta­no­wić, ojcze - powie­działa spo­koj­nie Vivenna, sie­dząc oby­czaj­nie - tak jak ją nauczono - z dłońmi na kola­nach.

- Zasta­na­wia­łem się nad tym nie raz, Vivenno - odparł król Dede­lin i mach­nął ręką. - Decy­zja już zapa­dła.

- Siri nie ma odpo­wied­niego przy­go­to­wa­nia.

- Pora­dzi sobie - odpo­wie­dział ojciec, prze­glą­da­jąc leżące na biurku doku­menty. - Tak naprawdę musi tylko uro­dzić dziecko. Jestem pewien, że aku­rat do tego ma odpo­wied­nie przy­go­to­wa­nie.

Co wobec tego z moimi naukami? - zasta­no­wiła się Vivenna. Dwa­dzie­ścia dwa lata przy­go­to­wań? Po co było to wszystko, skoro tak naprawdę cho­dziło jedy­nie o zapew­nie­nie odpo­wied­niej macicy?

Jej włosy pozo­stały czarne, głos opa­no­wany, twarz spo­kojna.

- Siri jest zapewne zroz­pa­czona - zauwa­żyła. - Nie wiem, czy będzie w sta­nie pora­dzić sobie z tym emo­cjo­nal­nie.

Dede­lin pod­niósł wzrok - jego włosy poja­śniały nieco, poczer­wie­niały - czerń umy­kała z nich, jak spły­wa­jąca z płótna farba. Wyraźne świa­dec­two iry­ta­cji.

Jej wyjazd bar­dziej go mar­twi, niż sam to przy­znaje, prze­mknęło Viven­nie przez myśl.

- Tak będzie naj­le­piej dla naszych pod­da­nych, Vivenno - powie­dział król, z wyraź­nym wysił­kiem wal­cząc o przy­wró­ce­nie czerni swej fry­zu­rze. - Jeśli wybuch­nie wojna, będziesz naszemu kró­le­stwu potrzebna tutaj, na miej­scu. W Idris.

- A co się sta­nie z Siri? Jeśli wybuch­nie wojna?

Ojciec umilkł.

- Może jed­nak nie wybuch­nie - ode­zwał się po chwili.

Austre... - pomy­ślała wstrzą­śnięta Vivenna. On sam w to nie wie­rzy. Jest prze­ko­nany, że posłał ją na śmierć.

- Wiem, o czym myślisz - ode­zwał się władca, na powrót przy­ku­wa­jąc jej uwagę. Patrzyła tak poważ­nie. - Jak mogłem doko­nać takiego wyboru? Jak mogłem posłać ją na śmierć, a cie­bie zacho­wać przy życiu? Nie­ważne, co myślą inni. Nie wybie­ra­łem, kie­ru­jąc się wzglę­dami oso­bi­stymi. Pod­ją­łem decy­zję, która okaże się naj­lep­szą dla Idris, jeśli doj­dzie do wojny.

Kiedy doj­dzie do wojny, prze­mknęło Viven­nie przez myśl. Spoj­rzała Dede­li­nowi w oczy.

- To ja mia­łam tej woj­nie zapo­biec, ojcze! Mia­łam zostać żoną Króla-Boga! Mia­łam z nim mówić, prze­ko­nać go. To mnie nauczono taj­ni­ków poli­tyki, to ja pozna­łam ich oby­czaje, ja...

- Zapo­biec woj­nie? - Ojciec prze­rwał jej pyta­niem. Do księż­niczki dopiero teraz dotarło, jak aro­gancko musiały zabrzmieć jej słowa. Odwró­ciła wzrok.

- Vivenna, dziecko moje - cią­gnął Dede­lin. - Tej woj­nie nie można zapo­biec. Do tej pory powstrzy­my­wała ich tylko obiet­nica córki z kró­lew­skiego rodu. Ode­sła­nie Siri może zyskać nam nieco czasu. Może... może jed­nak nic się jej nie sta­nie, nawet, kiedy roz­go­rzeje wojna. Może uznają, że jej krew jest na tyle cenna, że zosta­wią ją przy życiu, na wypa­dek, gdyby jej pier­wo­rodne dziecko umarło. - Na twa­rzy władcy odma­lo­wało się waha­nie. - Tak, może to wcale nie o Siri powin­ni­śmy się bać, tylko...

"O sie­bie", dokoń­czyła w duchu Vivenna. Nie była wta­jem­ni­czona we wszyst­kie szcze­góły wojen­nych przy­go­to­wań ojca, ale wie­działa dosyć. Idris nie było w nad­cho­dzą­cym star­ciu fawo­ry­tem. W razie otwar­tego kon­fliktu z Hal­lan­dren nie ist­niała zbyt duża szansa zwy­cię­stwa. Wojna przy­nie­sie kata­strofę dla ich ludu i ich spo­sobu życia.

- Ojcze, ja...

- Pro­szę, Vivenno... - prze­rwał jej cicho. - Nie jestem już w sta­nie o tym mówić. Odejdź. Poroz­ma­wiamy póź­niej.

Póź­niej. Kiedy Siri będzie już daleko i nie uda się jej spro­wa­dzić z powro­tem. A jed­nak Vivenna wstała. Była posłuszna, tak ją wycho­wano i nauczono. Tym wła­śnie róż­niła się od młod­szej sio­stry.

Wyszła z gabi­netu ojca, zamknęła za sobą drzwi i ruszyła przez drew­niany pałac, uda­jąc, że nie widzi wokół sie­bie spoj­rzeń i nie sły­szy szep­tów. Poszła do swo­jej kom­naty - małej i pozba­wio­nej ozdób - gdzie usia­dła na łóżku, z rękami na kola­nach.

Nie zga­dzała się ze swoim ojcem. Wie­działa, że mogła mieć wpływ na sytu­ację. Miała prze­cież zostać żoną Króla-Boga. To ozna­czało pewne wpływy na dwo­rze. Wszy­scy dobrze wie­dzieli, że jeśli cho­dzi o poli­tykę wobec wła­snych pod­da­nych Król-Bóg jest nie­prze­jed­nany, ale jego żona z pew­no­ścią mogła ode­grać pewną rolę w obro­nie inte­re­sów swego ludu.

I jej ojciec z tego wszyst­kiego zre­zy­gno­wał?

On naprawdę musi wie­rzyć, że nic nie jest w sta­nie powstrzy­mać inwa­zji, uznała. Wsku­tek tego ode­sła­nie Siri stało się tylko kolej­nym manew­rem poli­tycz­nym, mają­cym na celu zyska­nie czasu. Idris od dzie­się­cio­leci nie robiło nic innego. Tak czy ina­czej, jeśli poświę­ce­nia kró­lew­skiej córki nie można było unik­nąć, to i tak była to rola, którą powinna była ode­grać Vivenna. To prze­cież ona od zawsze szy­ko­wała się do poślu­bie­nia Króla-Boga. Nie Siri, nie Fafen. Ona. Vivenna.

Nie czuła wdzięcz­no­ści za oca­le­nie. Nie wyda­wało się jej też, że bar­dziej przy­służy się Idris, zosta­jąc w Beva­lis. W razie śmierci ojca, o wiele lep­szym przy­wódcą na czas wojny byłby Yarda, nie ona. Poza tym Rid­ger - młod­szy brat Vivenny - od lat przy­go­to­wy­wał się do prze­ję­cia tronu po Dede­li­nie.

Została oca­lona bez powodu. W pewien spo­sób zabo­lało ją to jak kara. Przez całe życie słu­chała, przy­go­to­wy­wała się, uczyła i ćwi­czyła. Wszy­scy chwa­lili, wszy­scy powta­rzali, że jest dosko­nała. Dla­czego więc nie pozwo­lono jej słu­żyć Idris zgod­nie z pla­nem?

Na te pyta­nia nie potra­fiła sobie odpo­wie­dzieć. Sie­działa z rękami na kola­nach i mar­twiła się, myśląc o strasz­li­wej praw­dzie. Naj­waż­niej­szy cel życia został jej skra­dziony i oddany w cudze ręce. Ona stała się teraz zbędna. Bez­u­ży­teczna.

Nie­ważna.

***

- Co on sobie myśli? - syk­nęła Siri, wychy­la­jąc się do połowy z okna powozu, który tur­ko­tał na bitej dro­dze.

Obok pojazdu masze­ro­wał młody żoł­nierz. W popo­łu­dnio­wym świe­tle wyglą­dał na zawsty­dzo­nego.

- No pomyśl tylko - cią­gnęła Siri. - Wysłał mnie, żebym wyszła za króla Hal­lan­dren. To głu­pie, prawda? Z pew­no­ścią sły­sza­łeś o tym, jak ja się zacho­wuję. Ucie­kam, kiedy nikt nie patrzy. Uni­kam lek­cji. Wście­kam się, do jasnych Kolo­rów!

Straż­nik rzu­cił jej prze­lotne spoj­rze­nie, ale poza tym nie zare­ago­wał. Siri to nie prze­szka­dzało. Nie wście­kała się na niego. Wście­kała się po pro­stu. Wisiała za oknem nie­bez­piecz­nie wychy­lona, czuła, jak wiatr igra z jej wło­sami - dłu­gimi, pro­stymi, czer­wo­nymi - i pod­sy­cała swój gniew. Wście­kłość poma­gała jej powstrzy­mać płacz.

Dni mijały i zie­lone wio­senne wzgó­rza Wyżyny Idris z wolna zni­kały w oddali. Praw­do­po­dob­nie byli już w Hal­lan­dren - gra­nica pomię­dzy kró­le­stwami nie była ści­śle wyzna­czona, co zresztą nie zaska­ki­wało. Przed Wie­lo­woj­niem oba sta­no­wiły jeden orga­nizm.

Przyj­rzała się bied­nemu straż­ni­kowi, któ­rego jedy­nym spo­so­bem radze­nia sobie z wście­kłą księż­niczką było igno­ro­wa­nie jej. Wresz­cie cof­nęła się do powozu i opa­dła na sie­dze­nie. Nie powinna była go tak trak­to­wać, ale cóż, wła­śnie została sprze­dana niczym kawa­łek bara­niny - sprze­dana wsku­tek klą­twy doku­mentu spi­sa­nego wiele lat temu, zanim przy­szła na świat. Zatem, jeśli kto­kol­wiek miał w tej chwili prawo do wpa­da­nia w szał, to wła­śnie Siri.

Może to wła­śnie dla­tego? - przy­szło jej do głowy, gdy oparła skrzy­żo­wane ręce na oknie. Może ojciec miał po pro­stu dość moich sza­leństw i posta­no­wił się mnie pozbyć?

To jed­nak wydało się jej zbyt daleko idą­cym podej­rze­niem. W końcu ist­niały prost­sze spo­soby radze­nia sobie z jej nastro­jami - spo­soby nie­wy­ma­ga­jące wysy­ła­nia jej na obcy dwór, na któ­rym miała repre­zen­to­wać Idris. Ale w takim razie, dla­czego? Czy naprawdę uznał, że dziew­czyna sobie pora­dzi? Zasta­no­wiła się. To jed­nak śmieszna myśl. Nie­moż­liwe, by ojciec spo­dzie­wał się, że będzie w tej roli lep­sza od Vivenny. Nikt nie robił niczego lepiej od Vivenny.

Siri wes­tchnęła i poczuła, jak jej włosy oble­wają się reflek­syj­nym brą­zem. Przy­naj­mniej widoki oka­zały się cie­kawe i, by nie czuć nara­sta­ją­cej fru­stra­cji, poświę­ciła się oglą­da­niu oko­licy. Hal­lan­dren było kra­iną nizinną, poro­śniętą tro­pi­kal­nymi lasami i pełną dziw­nych wie­lo­barw­nych zwie­rząt. Siri sły­szała od wędrow­ców opo­wie­ści o tym kró­le­stwie, a nawet potwier­dzała te histo­rie w kilku książ­kach, do któ­rych lek­tury została zmu­szona. Wyda­wało się jej więc, że wie, czego powinna się spo­dzie­wać. A mimo to, kiedy wzgó­rza ustą­piły roz­le­głym tra­wia­stym rów­ni­nom, a potem obok drogi zacie­śniała się dżun­gla, Siri zaczęła rozu­mieć, że jest na świe­cie coś, czego żadne opa­słe tomi­sko ani nawet naj­cie­kaw­sza opo­wieść nie są w sta­nie opi­sać.

Kolory. W jej górach kwiaty rosły w luźno roz­rzu­co­nych nie­śmia­łych kęp­kach, jakby same pró­bo­wały dosto­so­wać się do panu­ją­cej w Idris filo­zo­fii. Tutaj pysz­niły się wszę­dzie. Maleń­kie kie­li­chy pokry­wały zie­mię kolo­ro­wymi mięk­kimi dywa­nami. Wiel­kie różowe kwiaty zwie­szały się z drzew niczym kiście owo­ców, rosły jedne na dru­gich puszy­stymi bukie­tami. W tej kra­inie kwi­tły nawet chwa­sty. Gdyby nie przy­glą­da­jący się im z wielką nie­uf­no­ścią żoł­nie­rze, Siri chęt­nie by je zebrała.

Jeśli ja się tak boję, stwier­dziła w duchu, to oni muszą czuć się jesz­cze gorzej. Nie była jedyną osobą ode­słaną nagle z dala od rodziny i przy­ja­ciół. Czy ci gwar­dzi­ści będą mogli powró­cić? Nagle ogar­nęły ją jesz­cze więk­sze wyrzuty sumie­nia z powodu spo­sobu, w jaki potrak­to­wała mło­dego żoł­nie­rza.

Po przy­by­ciu ode­ślę ich z powro­tem, zde­cy­do­wała. I natych­miast poczuła, jak jej włosy pokry­wają się bielą. Jeśli wyśle swą straż do domu, zosta­nie sama w mie­ście peł­nym Nie­ży­wych, Roz­bu­dza­ją­cych, i pogan.

Ale czy dwu­dzie­stu żoł­nie­rzy zdo­ła­łoby ją przed tym wszyst­kim ochro­nić? Lepiej będzie, jeśli choć komuś uda się wró­cić do domu.

***

- A można by pomy­śleć, że się ucie­szysz - zauwa­żyła Fafen - w końcu już nie musisz wycho­dzić za tyrana.

Vivenna wrzu­ciła siną jagodę do koszyka i pode­szła do następ­nego krzewu. Fafen pra­co­wała przy sąsied­nim. Miała na sobie białą szatę mniszki. Jej głowa była ogo­lona do nagiej skóry. Fafen była śred­nią sio­strą nie­mal pod każ­dym wzglę­dem - w pół drogi mię­dzy Siri i Vivenną jeśli cho­dzi o wzrost, mniej dostojna niż Vivenna, ale nie tak bez­tro­ska jak Siri. Była rów­nież nieco bar­dziej zaokrą­glona w pew­nych miej­scach, co przy­ku­wało spoj­rze­nia pokaź­nej liczby mło­dych męż­czyzn. Nie­mniej fakt, że chcąc ją poślu­bić, sami musie­liby zostać mni­chami, trzy­mał ich na dystans. Jeśli Fafen zda­wała sobie sprawę ze swej popu­lar­no­ści, to ni­gdy tego nie oka­zy­wała. Decy­zję o wło­że­niu mni­szej szaty pod­jęła przed swymi dzie­sią­tymi uro­dzi­nami, co jej ojciec poparł z całego serca. Każdy ary­sto­kra­tyczny lub po pro­stu bogaty ród w Idris był zobli­go­wany mocą tra­dy­cji do ode­sła­nia jed­nej osoby do klasz­toru. Ego­izm, nawet jeśli cho­dziło o wła­sną rodzinę, był nie­zgodny z Pię­cioma Wizjami.

Sio­stry zbie­rały jagody, które Fafen miała potem roz­dać potrze­bu­ją­cym. Palce mniszki nabrały lekko fio­le­to­wego odcie­nia. Vivenna pra­co­wała w ręka­wicz­kach. Tyle koloru na skó­rze byłoby poważną nie­sto­sow­no­ścią.

- Tak - mówiła dalej Fafen - wydaje mi się, że źle do tego wszyst­kiego pod­cho­dzisz. Zacho­wu­jesz się tak, jak­byś chciała tam poje­chać i poślu­bić tego Nie­ży­wego potwora.

- On nie jest Nie­żywy - zauwa­żyła Vivenna. - Suse­bron jest Powra­ca­ją­cym, a to wielka róż­nica.

- Ow­szem, ale jest fał­szy­wym bóstwem. Poza tym wszy­scy wie­dzą jaka z niego odra­ża­jąca kre­atura.

- Ale to była moja rola. To ja mia­łam zostać jego żoną. Fafen, to sens całego mojego życia. Bez tego jestem nikim.

- Bzdura. - Fafen pokrę­ciła głową. - Za to teraz zamiast Rid­gera ty obej­miesz tron po ojcu.

Co tylko jesz­cze bar­dziej zakłóci natu­ralny porzą­dek rze­czy, pomy­ślała Vivenna. Jakie mam prawo odbie­rać bratu ten zaszczyt?

Pozwo­liła jed­nak dys­ku­sji wyga­snąć. Roz­ma­wiała o tym już od dobrych kil­ku­na­stu minut i nie miała siły cią­gnąć tego dalej. Postą­piła jak należy. Przed­tem rzadko się zda­rzało, by Vivenna czuła taką fru­stra­cję, musząc zacho­wy­wać się według zasad. Jej emo­cje sta­wały się... nie­sto­sowne.

- A co z Siri? - wyrwało się jej nagle. - Podoba ci się, jak została potrak­to­wana?

Fafen pod­nio­sła wzrok i nie­znacz­nie zmarsz­czyła brwi. Zwy­kle nie zasta­na­wiała się nad spra­wami, które nie doty­czyły jej bez­po­śred­nio. Vivenna poczuła się nieco winna, nie chciała bowiem zadać tego pyta­nia tak otwar­cie, ale z Fafen nie można było roz­ma­wiać ina­czej.

- Tu masz rację - przy­znała Fafen. - Nie bar­dzo rozu­miem, dla­czego w ogóle kogoś trzeba było tam posy­łać.

- To z powodu trak­tatu - przy­po­mniała Vivenna. - Żeby chro­nić naszych pod­da­nych.

- Naszych pod­da­nych chroni Austre - zauwa­żyła Fafen i pode­szła do następ­nego krzaka.

Tylko, czy ochroni Siri? - zasta­no­wiła się Vivenna. Biedna, nie­winna, kapry­śna Siri. Ni­gdy nie nauczyła się nad sobą pano­wać; na Dwo­rze Bogów w Hal­lan­dren zje­dzą ją żyw­cem. Siri nie poj­mie wymo­gów poli­tyki, nie nauczy się wbi­jać noży w plecy, nie zro­zu­mie fał­szy­wych uśmie­chów i kłamstw. Zosta­nie też zmu­szona do uro­dze­nia następ­nego Króla-Boga Hal­lan­dren. Ten kon­kretny obo­wią­zek nie był czymś, czego Vivenna wycze­ki­wała szcze­gól­nie ocho­czo. Byłoby to z jej strony poświę­ce­nie, ale jej wła­sne poświę­ce­nie, dobro­wolne, zło­żone w ofie­rze pod­da­nym.

Tego rodzaju myśli drę­czyły Vivennę, gdy razem z Fafen koń­czyły zbie­ra­nie jagód. Potem obie dziew­czyny zeszły ze wzgó­rza i skie­ro­wały się ku mia­steczku. Fafen, podob­nie jak wszy­scy mnisi, całą swą pracę poświę­cała dobru innych ludzi. Pasała zwie­rzęta, zbie­rała jedze­nie i sprzą­tała domy tych, któ­rzy nie byli w sta­nie zro­bić tego sami.

Vivenna, pozba­wiona swego celu, nie wie­działa, co powinna robić. Mimo to po zasta­no­wie­niu doszła do wnio­sku, że ist­nieje ktoś, komu jest jesz­cze potrzebna. Ktoś, kto wyje­chał tydzień temu, we łzach, wystra­szony, rzu­ca­jąc star­szej sio­strze pełne roz­pa­czy spoj­rze­nia.

Bez względu na to, co powie­dział jej ojciec, Vivenna nie była potrzebna w Idris. Tutaj była bez­u­ży­teczna, ale znała prze­cież miesz­kań­ców, kul­turę i spo­łe­czeń­stwo Hal­lan­dren. Gdy szła drogą w ślad za Fafen, w jej gło­wie zaczął się kształ­to­wać pewien plan.

Plan, któ­rego żadną miarą nie można było nazwać spo­koj­nym i opa­no­wa­nym.

Rozdział 3

3

Dar Pie­śni nie pamię­tał swej śmierci.

Kapłani zapew­niali go jed­nak, że jego umie­ra­nie było wyda­rze­niem nie­zwy­kle inspi­ru­ją­cym. Szla­chet­nym. Wspa­nia­łym. Hero­icz­nym. Nikt nie Powra­cał, o ile nie umarł w spo­sób będący ucie­le­śnie­niem któ­rejś z naj­wspa­nial­szych cnót rodzaju ludz­kiego. Dla­tego wła­śnie Opa­li­zu­jące Odcie­nie odsy­łały Powra­ca­ją­cych; mieli słu­żyć jako cho­dzące przy­kłady i bóstwa dla tych, któ­rzy jesz­cze żyli.

Każdy bóg repre­zen­to­wał coś innego. Sta­no­wili ideał cechy sym­bo­li­zo­wa­nej przez spo­sób, w jaki zakoń­czyło się ich życie. Dar Pie­śni zgi­nął, doko­nu­jąc czynu wyma­ga­ją­cego nie­by­wa­łej odwagi. Tak przy­naj­mniej powta­rzali mu jego kapłani. Samego wyda­rze­nia nie pamię­tał, podob­nie jak nie pamię­tał życia poprze­dza­ją­cego począ­tek jego boskiej egzy­sten­cji.

Nie mogąc już dłu­żej spać, jęk­nął cicho. Prze­wró­cił się na bok i usiadł na swym maje­sta­tycz­nym łożu. Poczuł się słabo. Jego umysł nawie­dzały liczne wizje i wspo­mnie­nia. Potrzą­snął głową, chcąc pozbyć się z niej resz­tek mgli­stego snu.

Do sali wkro­czyli słu­dzy, bez słów reagu­jąc na potrzeby swego pana. Dar Pie­śni był jed­nym z młod­szych bóstw. Powró­cił led­wie pięć lat temu. Na Dwo­rze Bogów prze­by­wało ich około dwóch tuzi­nów i wielu było o wiele waż­niej­szych - a także o wiele bar­dziej zapra­wio­nych w poli­tycz­nych roz­gryw­kach - niż on. A wszyst­kimi nimi rzą­dził Suse­bron, Król-Bóg Hal­lan­dren.

Ow­szem, był młody, ale miesz­kał w olbrzy­mim pałacu. Spał w kom­na­cie udra­po­wa­nej jedwa­biami, ufar­bo­wa­nymi na jaskrawe odcie­nie czer­wieni i złota. Takich kom­nat były tu dzie­siątki, wszyst­kie ude­ko­ro­wane i ume­blo­wane zgod­nie z jego kapry­sami i zachcian­kami. Jego potrzeby zaspo­ka­jały setki sług i kapła­nów - bez względu na to, czy tego chciał, czy nie.

I wszystko to dla­tego, pomy­ślał wsta­jąc, że nie mia­łem lep­szego pomy­słu na wła­sną śmierć.

Pod­niósł się i zakrę­ciło mu się nieco w gło­wie. Był dzień jego kar­mie­nia i wie­dział, że sił będzie mu bra­ko­wać, póki nie dopełni rytu­ału.

Pode­szli słu­żący. Nie­śli w rękach wspa­niałe złoto-czer­wone szaty. Gdy wcho­dzili w jego aurę, ich skóra, włosy, stroje wybu­chały prze­sad­nie inten­syw­nymi bar­wami. Oczysz­czone odcie­nie wyglą­dały pysz­niej niż mogłyby to spra­wić jaka­kol­wiek farba czy barw­nik. Tak dzia­łała wro­dzona Bio­Chroma bóstwa: Odde­chu miał dość, by wypeł­nić tysiące ludzi. Nie cenił go jed­nak zbyt­nio. Nie mógł go wyko­rzy­stać do oży­wia­nia ciał lub innych przed­mio­tów; był bogiem, lecz nie Roz­bu­dza­ją­cym. Nie mógł też oddać - ani nawet wypo­ży­czyć - swo­jego boskiego Odde­chu nikomu innemu.

Cho­ciaż mógł, ale tylko raz. Wtedy musiałby umrzeć. Osta­tecz­nie.

Słu­dzy kon­ty­nu­owali swą posługę, oble­ka­jąc go we wspa­niałą tka­ninę. Dar Pie­śni był o dobre pół­to­rej głowy wyż­szy od wszyst­kich pozo­sta­łych w kom­na­cie. Miał też sze­ro­kie bary i umię­śniony tors, na który zupeł­nie nie zasłu­gi­wał, bio­rąc pod uwagę ilość czasu, jaki tra­wił na bez­czyn­no­ści.

- Czy dobrze spa­łeś, Wasza Miłość? - spy­tał ktoś.

Dar Pie­śni się odwró­cił. Lla­ri­mar, jego wysoki kapłan był rosłym kor­pu­lent­nym męż­czy­zną w oku­la­rach i o spo­koj­nej powierz­chow­no­ści. Dło­nie miał nie­mal w cało­ści ukryte pod dłu­gimi ręka­wami czer­wono-zło­tej szaty. Trzy­mał w nich grubą księgę. Gdy wkro­czył w aurę boga, zarówno tom, jak i płaszcz buch­nęły kolo­rami.

- Spa­łem fan­ta­stycz­nie, Wier­ci­pięto. - Dar Pie­śni ziew­nął. - Mia­łem noc pełną kosz­ma­rów i maka­brycz­nych snów. Jak zawsze. Strasz­nie wypo­czą­łem.

- Wier­ci­pięto? - Kapłan uniósł brew.

- Tak. - Dar Pie­śni ski­nął głową. - Posta­no­wi­łem nadać ci nowy przy­do­mek. Wier­ci­pięta pasuje, bo zawsze i wszę­dzie cię pełno, i w każdą sprawę wty­kasz swój nos.

- To dla mnie zaszczyt, Wasza Miłość - podzię­ko­wał Lla­ri­mar i usiadł na krze­śle.

Na Kolory, pomy­ślał Dar Pie­śni. Czy on się ni­gdy nie zde­ner­wuje?

- Zaczniemy? - Lla­ri­mar otwo­rzył księgę.

- Skoro musimy - odparł Dar Pie­śni. Słu­żący zawią­zali już wszyst­kie wstążki, zapięli każdą haftkę, udra­po­wali ostat­nią jedwabną połę. Każdy z nich ukło­nił się i odsu­nęli się pod ścianę kom­naty.

Lla­ri­mar wziął do ręki gęsie pióro.

- Co zatem pamię­tasz ze snów?

- No, wiesz... - Dar Pie­śni opadł na jedną ze swych kanap i wycią­gnął się wygod­nie. - Nic tak naprawdę waż­nego.

Lla­ri­mar wydął z nie­za­do­wo­le­niem usta. W kom­na­cie poja­wiło się wielu innych słu­żą­cych. Nie­śli tale­rze z roz­ma­itymi potra­wami. Przy­ziemna, ludzka strawa. Jako jeden z Powra­ca­ją­cych, Dar Pie­śni nie potrze­bo­wał jeść cze­goś takiego - od zwy­kłego jedze­nia nie przy­by­wało mu ener­gii ani nie uby­wało zmę­cze­nia. Robił to wyłącz­nie dla przy­jem­no­ści. Nie­mniej już nie­długo miał zjeść coś o wiele bar­dziej... boskiego. Coś, co miało obda­rzyć go siłą na cały nad­cho­dzący tydzień.

- Wasza Miłość, pro­szę. Spró­buj sobie przy­po­mnieć sny - popro­sił Lla­ri­mar uprzej­mie, lecz z naci­skiem. - Bez względu na to, jak nie­istotne mogą się teraz wyda­wać.

Dar Pie­śni wes­tchnął i wzniósł oczy ku powale. Sufit także - oczy­wi­ście - był pokryty barw­nymi fre­skami. Ten kon­kretny nad jego głową uka­zy­wał trzy pola oto­czone kamien­nymi murami. Była to wizja, któ­rej doświad­czył jeden z jego poprzed­ni­ków. Dar Pie­śni zamknął oczy i spró­bo­wał się sku­pić.

- Sze­dłem... spa­ce­ro­wa­łem plażą - powie­dział. - Sta­tek wypły­wał beze mnie. Nie wiem dokąd się uda­wał.

Pióro Lla­ri­mara zaczęło skro­bać po per­ga­mi­nie. Kapłan zapewne przy­wo­ły­wał wła­śnie w pamięci wszyst­kie znane listy sym­boli.

- Czy pamię­tasz jakieś kolory? - spy­tał.

- Sta­tek pły­nął pod czer­wo­nymi żaglami - odpo­wie­dział Dar Pie­śni. - Pia­sek był jak zawsze jasno­brą­zowy, a drzewa zie­lone. I wydaje mi się, że z jakie­goś dziw­nego powodu woda w oce­anie była czer­wona, tak samo jak żagiel.

Lla­ri­mar zapa­mię­tale pisał - zawsze bar­dzo się eks­cy­to­wał, kiedy jego bóg przy­po­mi­nał sobie barwy. Dar Pie­śni otwo­rzył oczy i spoj­rzał w sufit, na jego żywe kolory. Roz­tar­gnio­nym gestem wycią­gnął rękę i wziął z trzy­ma­nej przez sługę tacy kilka wiśni.

Dla­czego miałby żało­wać ludziom swych snów? Nawet jeśli uwa­żał wró­że­nie z nich za zwy­kłą głu­potę. Musiał przy­znać, że spo­tkało go nie­zwy­kłe szczę­ście, nie miał powo­dów do narze­kań. Ota­czała go boska Bio­Chro­ma­tyczna aura, żył w ciele, jakiego pozaz­dro­ściłby mu każdy męż­czy­zna i cie­szył się luk­su­sem god­nym dzie­się­ciu wład­ców naraz. Ze wszyst­kich ludzi na świe­cie, aku­rat on miał naj­mniej­sze prawo do spra­wia­nia komu­kol­wiek przy­kro­ści.

Pro­blem pole­gał jedy­nie na tym, że... cóż... Dar Pie­śni był praw­do­po­dob­nie jedy­nym bogiem na świe­cie, który nie wie­rzył w samego sie­bie.

- Wasza Miłość, czy we śnie poja­wiło się cokol­wiek innego? - spy­tał Lla­ri­mar uno­sząc wzrok znad księgi.

- Ty się tam poja­wi­łeś, Wier­ci­pięto.

Lla­ri­mar zamarł i nieco zbladł.

- Ja... ja tam byłem?

Dar Pie­śni ski­nął głową.

- Prze­pra­sza­łeś za bez­u­stanne zawra­ca­nie mi głowy i powstrzy­my­wa­nie mnie przed roz­pu­stą. Potem przy­nio­słeś wielką butlę wina i zatań­czy­łeś. Muszę przy­znać, że było na co popa­trzeć.

Lla­ri­mar spoj­rzał na niego kar­cąco.

- Nie, naprawdę nie było w tym śnie nic wię­cej. Tylko ten sta­tek. A i to wspo­mnie­nie powoli już zanika.

Lla­ri­mar pochy­lił głowę, wstał i odgo­nił słu­żą­cych - choć ci ostatni, rzecz jasna, nie opu­ścili kom­naty, tylko sta­nęli ze swymi pate­rami i tacami z orze­chami, winem i owo­cami pod ścianą, na wypa­dek, gdyby któ­ryś był jesz­cze potrzebny.

- Czy możemy więc kon­ty­nu­ować porzą­dek dnia, Wasza Miłość?

Dar Pie­śni wes­tchnął i wstał. Był wyczer­pany. Sługa natych­miast rzu­cił się do jego szaty, by popra­wić jedną ze sta­ran­nie upię­tych fałd, która roz­luź­niła się wsku­tek ruchu.

Bóg ruszył za kapła­nem. Góro­wał nad nim co naj­mniej o stopę. Meble i drzwi były jed­nak zbu­do­wane z uwzględ­nie­niem jego nie­ty­po­wych roz­mia­rów, przez co kapłani i słu­żący wyglą­dali w pałacu dziw­nie nie na miej­scu. Prze­cho­dzili z kom­naty do kom­naty, nie korzy­sta­jąc z kory­ta­rzy. Kory­ta­rze były prze­zna­czone dla służby i bie­gły wzdłuż zewnętrz­nych ścian kwa­dra­to­wego budynku. Dar Pie­śni kro­czył po mięk­kich, pocho­dzą­cych z pół­noc­nych kró­lestw dywa­nach, mijał naj­wspa­nial­sze dzieła sztuki cera­micz­nej zza Morza Wewnętrz­nego. Każda sala była obwie­szona malo­wi­dłami, sta­ran­nie wyka­li­gra­fo­wa­nymi wier­szami, wszystko to były dzieła naj­bar­dziej uta­len­to­wa­nych arty­stów Hal­lan­dren.

W samym cen­trum pałacu znaj­do­wało się nie­wiel­kie pomiesz­cze­nie, odbie­ga­jące od zwy­kłych barw złota i czer­wieni, sztan­da­ro­wych barw boga. Tutaj skrzyło się od wstą­żek w ciem­niej­szych kolo­rach - inten­syw­nych błę­ki­tów, zie­leni i szkar­ła­tów. Każdy z nich był praw­dzi­wym kolo­rem, dokład­nie w odpo­wied­nim odcie­niu, co mogła zauwa­żyć jedy­nie osoba, która dostą­piła Trze­ciego Wywyż­sze­nia.

Gdy Dar Pie­śni wszedł do salki, kolory ożyły. Poja­śniały, stały się jesz­cze bar­dziej wyra­zi­ste, choć jed­no­cze­śnie pozo­stały ciemne. Rdzawa czer­wień prze­obra­ziła się w praw­dziw­szą rdzawą czer­wień, gra­nat stał się moc­niej­szym gra­natem. Ciemne, acz jasne - kon­trast, który mógł powstać jedy­nie dzięki Odde­chowi.

Na środku małej kom­naty stało dziecko.

Dla­czego to zawsze musi być dziecko? - prze­mknęło przez myśl Darowi Pie­śni.

Lla­ri­mar i słu­żący cze­kali. Bóg ruszył naprzód i mała dziew­czynka odsu­nęła się lękli­wie na bok, ku dwóm kapła­nom w złoto-czer­wo­nych sza­tach. Zachę­ca­jąco ski­nęli gło­wami. Dziew­czynka, wyraź­nie zde­ner­wo­wana, odwró­ciła się z powro­tem ku Powra­ca­ją­cemu.

- No, chodź - ode­zwał się, sta­ra­jąc się, by jego głos brzmiał prze­ko­nu­jąco. - Nie ma się czego bać.

Dziew­czynka, mimo wszystko, wciąż się trzę­sła.

W gło­wie Daru Pie­śni zabrzmiały wszyst­kie liczne wykłady Lla­ri­mara - który twier­dził, że nie były wcale wykła­dami, bo boga nie można nauczać. Powra­ca­ją­cych bóstw Hal­lan­dren nie nale­żało się bać. Bogo­wie, ich obec­ność to bło­go­sła­wień­stwo. Dzięki nim kró­le­stwo zyskuje wizje przy­szło­ści, przy­wódz­two i mądrość. A w zamian potrze­bo­wali tylko jed­nej, jedy­nej rze­czy.

Odde­chu.

Dar Pie­śni zawa­hał się, ale sła­bość znów ude­rzyła mu do głowy. Świat zawi­ro­wał. Prze­klął się w duchu, ukląkł na jedno kolano i ujął twarz dziew­czynki w swoje prze­ro­śnięte dło­nie. Roz­pła­kała się, ale gło­śno i wyraź­nie wypo­wie­działa słowa, któ­rych ją nauczono.

- Moje życie do two­jego. Mój Oddech staje się twoim.

Oddech dziecka wypły­nął na zewnątrz, skłę­bił się w powie­trzu. Jego pasma prze­su­nęły się wzdłuż ramie­nia Powra­ca­ją­cego - dotyk był nie­zbędny - i bóg zaczerp­nął go. Sła­bość znik­nęła, zawroty głowy ustały. Zamiast nich poja­wiła się rześka jasność. Poczuł przy­pływ sił, ener­gii, życia.

Dziew­czynka zma­to­wiała. Lekko spło­wiały kolory jej ust i oczu. Brą­zowe włosy utra­ciły nieco swego poły­sku; policzki zbie­lały.

To nic, myślał. Więk­szość ludzi nawet nie potrafi stwier­dzić, że nie ma już Odde­chu. Ta dziew­czynka prze­żyje nor­malne życie. Będzie szczę­śliwa. A jej rodzina otrzyma za tę ofiarę sowitą zapłatę.

A Dar Pie­śni prze­żyje kolejny tydzień. Oddech, któ­rym się kar­mił, nie spra­wiał przy­ro­stu jego aury: na tym pole­gała kolejna róż­nica pomię­dzy Roz­bu­dza­ją­cymi a Powra­ca­ją­cymi. Ci pierwsi byli nie­kiedy uwa­żani za gor­szych, a ich bada­nia i eks­pe­ry­menty za nie­udolne, ludz­kie próby zbli­że­nia się do bogów.

Nie otrzy­mu­jąc co tydzień nowego Odde­chu, Dar Pie­śni by umarł. Poza Hal­lan­dren wielu Powra­ca­ją­cych prze­ży­wało jedy­nie osiem dni. Nie­mniej, mogąc co tydzień nakar­mić się świe­żym Odde­chem, każdy z Powra­ca­ją­cych mógł żyć bez końca, nie sta­rze­jąc się i dozna­jąc nocami wizji, które w powszech­nej opi­nii pozwa­lały poznać przy­szłość. Dla­tego wła­śnie zbu­do­wano Dwór Bogów, pełen pała­ców, w któ­rych można było pie­lę­gno­wać bogów, chro­nić ich i - co naj­waż­niej­sze - kar­mić.

Kapłani rzu­cili się do przodu i wypro­wa­dzili dziew­czynkę z sali.

Nic jej się nie stało, powtó­rzył w duchu Dar Pie­śni. Nic jej nie będzie...

Gdy wycho­dziła, spo­tkały się ich spoj­rze­nia i zauwa­żył, że z oczu dziecka znik­nęła iskra. Stała się Bez­barwna, matowa, wypło­wiała. Stała się osobą pozba­wioną Odde­chu. Tego już nie można było odzy­skać. Wypro­wa­dzono ją za drzwi.

Dar Pie­śni zwró­cił się do Lla­ri­mara. Czuł się winny z powodu swego nagłego przy­pływu ener­gii.

- No, dobrze - powie­dział. - Przyj­rzyjmy się darom.

Brew kapłana unio­sła się nad oprawkę oku­la­rów.

- Nagle sta­łeś się przy­chylny.

Muszę coś oddać światu w zamian, pomy­ślał Dar Pie­śni. Nawet jeśli to coś bez­u­ży­tecz­nego.

Prze­szli przez kilka kolej­nych czer­wono-zło­tych kom­nat. Więk­szość z nich była kwa­dra­towa, z drzwiami otwie­ra­ją­cymi się w każ­dej ze ścian. Kiedy dotarli w pobliże wschod­niego krańca pałacu, weszli do dłu­giego wąskiego pomiesz­cze­nia. Było zupeł­nie białe, co w Hal­lan­dren sta­no­wiło wielką rzad­kość. Ściany obwie­szono obra­zami i wier­szami. Słu­żący zostali na zewnątrz; tylko Lla­ri­mar pod­szedł wraz z Darem Pie­śni do pierw­szego malo­wi­dła.

- Więc? - spy­tał kapłan.

Stali przed sie­lan­ko­wym pej­za­żem dżun­gli - pochyłe palmy, wie­lo­barwne kwiaty. Nie­które z tych roślin można było zna­leźć w ogro­dach ota­cza­ją­cych Dwór Bogów i dla­tego Dar Pie­śni potra­fił je roz­po­znać. Ni­gdy nie był w praw­dzi­wej dżun­gli - a przy­naj­mniej nie w tym wcie­le­niu.

- Ten obraz jest dobry - powie­dział. - Ale nie wybitny. Spra­wia, że myślę o świe­cie zewnętrz­nym. Żałuję, że nie mogę tam żyć.

Lla­ri­mar spoj­rzał na niego ze zdzi­wie­niem.

- No co? - dodał Dar Pie­śni. - W pałacu bywa nudno.

- Ale, Wasza Miłość, w lesie nie ma wystar­cza­jąco dużo wina.

- Mógł­bym sam je sobie robić. Fer­men­to­wał­bym... coś.

- Oczy­wi­ście - przy­tak­nął Lla­ri­mar i ski­nął na jed­nego z cze­ka­ją­cych na zewnątrz asy­sten­tów.

Młod­szy kapłan zapi­sał wszystko, co Dar Pie­śni powie­dział na temat obrazu. Gdzieś tam, w mie­ście, był ktoś, kto ocze­ki­wał od Powra­ca­ją­cego bło­go­sła­wień­stwa. Praw­do­po­dob­nie miało to coś wspól­nego z odwagą - moż­liwe, że ofia­ro­dawca pla­no­wał zawar­cie mał­żeń­stwa, mógł też być kup­cem zamie­rza­ją­cym dobić ryzy­kow­nego targu. Kapłani zin­ter­pre­tują słowa, które wypowie­dział Dar Pie­śni, i przed­sta­wią wróżbę klien­towi, wraz z ory­gi­nal­nymi sło­wami bóstwa. Tak czy ina­czej, sam akt prze­sła­nia bogu obrazu, miał przy­nieść dobrą wróżbę ofia­ro­dawcy.

Podobno.

Dar Pie­śni odszedł od malo­wi­dła. Jeden z młod­szych kapła­nów natych­miast pod­biegł i wyniósł je z sali. Ofia­ro­dawca naj­praw­do­po­dob­niej nie nama­lo­wał go sam, tylko zamó­wił. Im lep­szy obraz, tym bar­dziej korzyst­nej reak­cji bóstw można się było spo­dzie­wać. Wyglą­dało więc na to, że pomyśl­ność danej osoby zale­żała w dużej mie­rze od tego, jak dużą sumę jest w sta­nie zapła­cić mala­rzowi.

Nie powi­nie­nem być aż tak cyniczny, zła­jał się w duchu Dar Pie­śni. Gdyby nie ten sys­tem, umarł­bym już pięć lat temu.

Choć oczy­wi­ście umarł pięć lat temu, mimo że wciąż nie wie­dział, w jakich oko­licz­no­ściach. Czy naprawdę była to hero­iczna śmierć? Może nikomu nie było wolno roz­ma­wiać o jego poprzed­nim życiu dla­tego, że Dar Pie­śni zwany Męż­nym tak naprawdę umarł na zatwar­dze­nie?

Młod­szy kapłan znik­nął za drzwiami z leśnym malo­wi­dłem. Obraz zosta­nie spa­lony. Tego rodzaju ofiary skła­dano spe­cjal­nie wybra­nemu bóstwu, poza któ­rym - i kil­koma jego kapła­nami - nikt nie powi­nien ich oglą­dać. Dar Pie­śni pod­szedł do kolej­nego daru. Ten był tak naprawdę wier­szem spi­sa­nym na płót­nie pismem rze­mieśl­ni­ków Hal­lan­dren. Gdy pod­cho­dził, roz­ja­rzyły się barwne plamki. Pismo było spe­cy­ficzne, opie­rało się bowiem nie na kształ­cie, a na bar­wie. Każda z kolo­ro­wych pla­mek odpo­wia­dała innemu dźwię­kowi miej­sco­wego języka. W połą­cze­niu z krop­kami podwój­nymi - i oczy­wi­ście róż­no­barw­nymi - two­rzyło to alfa­bet będący kosz­ma­rem wszyst­kich, któ­rzy nie roz­po­zna­wali kolo­rów.

Do tej kon­kret­nej przy­pa­dło­ści nie przy­zna­wało się jed­nak w Hal­lan­dren wielu ludzi. Tak przy­naj­mniej Darowi Pie­śni powie­dziano. Zasta­no­wił się, czy kapłani wie­dzieli, jak czę­sto ich bogo­wie plot­kują na temat zewnętrz­nego świata.

Wiersz nie był szcze­gól­nie udany, naj­wy­raź­niej uło­żony przez chłopa, który zapła­cił komuś za spi­sa­nie utworu pismem rze­mieśl­ni­ków. Świad­czyła o tym pro­stota kro­pek. Praw­dziwi poeci uży­wali bar­dziej zło­żo­nych sym­boli - zmie­nia­ją­cych barwę cią­głych linii albo kolo­ro­wych znacz­ków two­rzą­cych wyra­fi­no­wane obrazy. Wiele można było zro­bić, mając do dys­po­zy­cji sym­bole, które mogły zmie­niać kształt, nie zmie­nia­jąc jed­no­cze­śnie swego zna­cze­nia.

Dobie­ra­nie wła­ści­wych barw sta­no­wiło trudną w dosko­na­le­niu umie­jęt­ność, do osią­gnię­cia per­fek­cji wyma­ga­jącą Trze­ciego lub wyż­szego Wywyż­sze­nia. Wła­śnie przy tym pozio­mie Odde­chu zyski­wało się dosko­nałe wyczu­cie odcieni, podob­nie jak przy Dru­gim Wywyż­sze­niu nabie­rało się ide­al­nego wyczu­cia inten­syw­no­ści barwy. Wszy­scy Powra­ca­jący mieli Piąte Wywyż­sze­nie. Dar Pie­śni nie wie­dział, jak może wyglą­dać życie bez umie­jęt­no­ści natych­mia­sto­wego oce­nia­nia kolo­rów i dźwię­ków. Sam potra­fił bez trudu odróż­nić ide­alną czer­wień od takiej, z którą zmie­szano choć kro­plę bia­łej farby.

Oce­nił wiersz chłopa naj­le­piej jak mógł, choć zwy­kle, przy­glą­da­jąc się darom, sta­rał się oma­wiać je uczci­wie. Trak­to­wał to jako swój obo­wią­zek i z jakie­goś powodu była to jedna z nie­wielu spraw, do któ­rych pod­cho­dził poważ­nie.

Ruszyli dalej wzdłuż sze­regu darów. Dar Pie­śni oce­niał kolejne obrazy i wier­sze. Ściana była dziś wyjąt­kowo gęsto obwie­szona. Czyżby zbli­żało się jakieś święto lub uczta, o któ­rej nie wie­dział? Zanim zbli­żyli się do końca, bóg poczuł już zmę­cze­nie, choć jego ciało - oży­wione dzie­cię­cym Odde­chem - wciąż było pełne sił i eks­cy­ta­cji.

Zatrzy­mał się przed ostat­nim obra­zem. Praca abs­trak­cyjna, w stylu, który ostat­nimi czasy zyski­wał na popu­lar­no­ści - szcze­gól­nie wiele takich malo­wi­deł tra­fiało do niego, ponie­waż w prze­szło­ści podobne obrazy oce­niał przy­chyl­nie. Teraz nie­mal skry­ty­ko­wał go wła­śnie z tego powodu. Dobrze było utrzy­my­wać kapła­nów w nie­pew­no­ści co do ocen. Tak przy­naj­mniej radzili nie­któ­rzy inni bogo­wie. Dar Pie­śni podej­rze­wał, że wielu z nich recen­zo­wało skła­dane w darze dzieła sztuki w o wiele bar­dziej wyra­cho­wany spo­sób, roz­myśl­nie uży­wa­jąc przy tym tajem­ni­czych, wie­lo­znacz­nych sfor­mu­ło­wań.

Nie miał cier­pli­wo­ści do takich zabie­gów, zwłasz­cza że wszy­scy pra­gnęli od niego tylko szcze­ro­ści i niczego wię­cej. Poświę­cił więc na ostatni obraz tyle czasu, ile było potrzeba. Płótno było pokryte grubą war­stwą farby, każdy jego cal nazna­czono zama­szy­stymi, odważ­nymi pocią­gnię­ciami pędzla. Domi­nu­ją­cym odcie­niem była głę­boka czer­wień, nie­mal kar­ma­zyn. Dar Pie­śni od razu roz­po­znał na nim czer­wono-nie­bie­ską mie­szankę farb z nie­znaczną domieszką czerni.

Kolo­rowe linie prze­ci­nały się, nakła­dały jedna na drugą, zupeł­nie tak, jakby rzą­dził nimi jakiś ukryty porzą­dek. Wyglą­dały nie­mal jak... fale. Dar Pie­śni zmru­żył oczy. Gdy patrzył na obraz w odpo­wiedni spo­sób, widział na nim morze. A to w samym środku? Czy to moż­liwe, by to był sta­tek?

Powró­ciły do niego nie­wy­raźne wątki snu. Czer­wone morze. Wypły­wa­jący sta­tek.

Mam chyba zwidy, pomy­ślał.

- Dobre kolory - ode­zwał się. - Ładne wzory. Czuję spo­kój. Choć jed­no­cze­śnie wyczu­wam w tym napię­cie. Podoba mi się.

Lla­mar z wyraź­nym zado­wo­le­niem dał znak mło­demu kapła­nowi. Słowa Powra­ca­ją­cego zostały skrzęt­nie zapi­sane.

- A zatem? - spy­tał bóg. - Rozu­miem, że to już wszystko?

- Tak, Wasza Miłość.

Został już tylko jeden obo­wią­zek, pomy­ślał Dar Pie­śni. Teraz, po przyj­rze­niu się darom, nastę­po­wała pora na ostatni - i naj­mniej przy­jemny - frag­ment codzien­nego rytu­ału. Pety­cje. Musiał się z nimi zmie­rzyć, zanim będzie mógł oddać się waż­niej­szym czyn­no­ściom, jak na przy­kład drzemce.

Lla­ri­mar nie popro­wa­dził go jed­nak do kom­naty próśb. Ski­nął tylko ręką na młod­szego kapłana, po czym zaczął bły­ska­wicz­nie prze­glą­dać przy­cze­pione do desz­czułki kartki.

- No i? - pona­glił Dar Pie­śni.

- O co pytasz, Wasza Miłość?

- O pety­cje.

Lla­ri­mar pokrę­cił głową.

- Dziś nie będziesz ich wysłu­chi­wać, Wasza Miłość. Nie pamię­tasz?

- Nie. Prze­cież po to mam cie­bie, byś za mnie o wszyst­kim pamię­tał.

- A więc - kapłan prze­wró­cił kolejną kartkę - pro­szę uznać za ofi­cjal­nie zapa­mię­tane, że dziś nie będzie żad­nych próśb. Twoi kapłani zajmą się czymś innym.

- Naprawdę? - zacie­ka­wił się Dar Pie­śni. - Czym takim?

- Peł­nym czci klę­cze­niem na dzie­dzińcu, Wasza Miłość. Dziś przy­bywa do nas nasza nowa kró­lowa.

Dar Pie­śni zamarł. Naprawdę muszę się bar­dziej zain­te­re­so­wać poli­tyką, pomy­ślał.

- Dzi­siaj?

- Nie ina­czej, Wasza Miłość. Nasz władca, Król-Bóg weź­mie sobie żonę.

- Tak od razu?

- Gdy tylko przy­bę­dzie narze­czona, Wasza Miłość.

To cie­kawe, prze­mknęło bogu przez głowę. Suse­bron się żeni. Król-Bóg był jedy­nym z Powra­ca­ją­cych, który mógł się żenić. Bogo­wie nie byli w sta­nie pło­dzić dzieci - z wyjąt­kiem rzecz jasna króla, który ni­gdy nie oddy­chał jako żywy czło­wiek. Ta róż­nica zawsze wyda­wała się Darowi Pie­śni dziwna.

- Wasza Miłość - pod­jął Lla­ri­mar. - Będziemy potrze­bo­wać Roz­kazu dla Nie­ży­wych, aby odpo­wied­nio roz­mie­ścić oddziały przed mia­stem z oka­zji przy­by­cia kró­lo­wej.

- A co? Zamie­rzamy ją zaata­ko­wać? - Dar Pie­śni uniósł brew.

Kapłan zmie­rzył boga suro­wym spoj­rze­niem.

Dar Pie­śni zachi­cho­tał.

- Doj­rze­wa­jący owoc - powie­dział, zdra­dza­jąc jedno z haseł bez­pie­czeń­stwa, pozwa­la­ją­cych innym kon­tro­lo­wać Nie­ży­wych.

Nie był to oczy­wi­ście Roz­kaz pod­sta­wowy. Fraza, którą podał Lla­ri­ma­rowi umoż­li­wiała kon­tro­lo­wa­nie Nie­ży­wych w sytu­acjach nie­wy­ma­ga­ją­cych uży­cia siły, a ponadto czas jej sku­tecz­nego dzia­ła­nia wyno­sił tylko jeden dzień. Dar Pie­śni uwa­żał, że sys­tem Roz­kazów, dzięki któ­rym dowo­dzono Nie­ży­wymi, jest nie­po­trzeb­nie skom­pli­ko­wany. Acz­kol­wiek, będąc jed­nym z czwórki bogów, któ­rzy dys­po­no­wali Roz­kazami dla Nie­ży­wych, mógł się nie­kiedy poczuć dość ważną oso­bi­sto­ścią.

Kapłani zaczęli mię­dzy sobą cicho roz­ma­wiać o przy­go­to­wa­niach do uro­czy­sto­ści. Dar Pie­śni cze­kał, wciąż myśląc o Suse­bro­nie i zbli­ża­ją­cym się ślu­bie. Splótł ręce na piersi i oparł się o fra­mugę drzwi.

- Wier­ci­pięto?

- Tak, Wasza Miłość?

- Czy ja mia­łem żonę? Zanim umar­łem?

Lla­ri­mar się zawa­hał.

- Wiesz, że nie wolno mi roz­ma­wiać o cza­sach sprzed twego Powrotu. Wie­dza o two­jej prze­szło­ści nikomu nie przy­spo­rzy żad­nej korzy­ści.

Dar Pie­śni odchy­lił głowę, oparł ją o ścianę i spoj­rzał na białą powałę.

- Nie­kiedy... przy­po­mi­nam sobie twarz - powie­dział cicho. - Piękne, młode obli­cze. Wydaje mi się, że to wła­śnie ona.

Kapłani uci­chli.

- Cie­płe, brą­zowe włosy - cią­gnął bóg. - Czer­wone usta, trzy odcie­nie ciem­niej­sze od siód­mej har­mo­niki, bar­dzo piękne. Ciemna, opa­lona skóra.

Do Lla­ri­mara pod­biegł asy­stent z czer­woną księgą w dło­niach. Star­szy kapłan zaczął gorącz­kowo noto­wać. Nie dopy­ty­wał Powra­ca­ją­cego o dal­sze szcze­góły. Przyj­mo­wał słowa bóstwa z dobro­dziej­stwem inwen­ta­rza.

Wresz­cie Dar Pie­śni umilkł i odwró­cił się od męż­czyzn i ich gęsich piór. Jakie to ma teraz zna­cze­nie? - pomy­ślał. Tam­tego życia już nie ma. Zamiast tego zosta­łem bogiem. I nie­ważne, czy wie­rzę w tę reli­gię, czy nie, korzy­ści są nie­za­prze­czalne.

Odszedł, a za nim świta sług i kapła­nów, któ­rzy wciąż cze­kali na kolejne pole­ce­nia swego pana. Dary zostały oce­nione, sny zapi­sane, a pety­cje odwo­łane. Dar Pie­śni mógł wresz­cie zająć się wszyst­kim, na co tylko przyj­dzie mu ochota.

Nie wró­cił jed­nak do swych kom­nat. Wyszedł na patio i naka­zał roz­sta­wić sobie altanę. Skoro dziś miała przy­być nowa kró­lowa, to on chciał się jej przyj­rzeć.

Rozdział 4

4

Powóz Siri zatrzy­mał się przed T'Telir, sto­licą Hal­lan­dren. Dziew­czyna wyj­rzała przez okno i zoba­czyła coś bar­dzo onie­śmie­la­ją­cego. Jej pobra­tymcy nie mieli poję­cia, co zna­czy słowo "pre­ten­sjo­nalne". Kwiaty nie były pre­ten­sjo­nalne. Pre­ten­sjo­nalna nie była dzie­siątka chro­nią­cych powóz żoł­nie­rzy. Publiczne wybu­chy emo­cji także nie.

Ale bło­nia, na któ­rych stało czter­dzie­ści tysięcy wojow­ni­ków odzia­nych w jaskrawe błę­kitno-złote stroje, roz­miesz­czo­nych w rów­nych sze­re­gach, z włócz­niami ozdo­bio­nymi nie­bie­skimi, łopo­cą­cymi na wie­trze cho­rą­giew­kami... Tak, to było pre­ten­sjo­nalne. Bliź­nia­cza linia kawa­le­rzy­stów sie­dzą­cych na wiel­kich ruma­kach, przy­stro­jo­nych - ludzie i konie - złotą, lśniącą w słońcu tka­niną - to było pre­ten­sjo­nalne. Wiel­kie mia­sto, tak duże, że na jego widok poczuła zawroty głowy, mia­sto, któ­rego kopuły, wieże i malo­wane mury zma­gały się w walce o jej uwagę. Tak, to było pre­ten­sjo­nalne.

Wyda­wało jej się przed­tem, że jest na to gotowa. W końcu zmie­rza­jący do T'Telir powóz prze­jeż­dżał już przez inne mia­sta. Siri widziała więc malo­wane domy, jaskrawe barwy i wzory. Sypiała w gospo­dach na mięk­kich łożach. Jadała potrawy przy­pra­wione tak, że przez cały posi­łek chciało jej się kichać.

Ale na swoje przy­ję­cie w T'Telir nie była gotowa. Ani tro­chę.

Bło­go­sła­wiony Panie Kolo­rów... - jęk­nęła w duchu.

Jej żoł­nie­rze zbili się cia­sno wokół powozu, jakby chcąc się pod nim ukryć i unik­nąć powa­la­ją­cego widoku. T'Telir zostało wznie­sione na brzegu Morza Jasnego, dużego lecz ogra­ni­czo­nego z każ­dej strony lądem akwenu. Dziew­czyna widziała je w oddali. Fale odbi­jały blask słońca. Nazwa nie wyda­wała się ani tro­chę prze­sa­dzona.

Do powozu pod­je­chał męż­czy­zna odziany w sre­bro i błę­kity. Jego obszerna szata nie była pro­sta ani skromna, w niczym nie przy­po­mi­nała stro­jów, jakie nosili kapłani w Idris. Miała potężne piko­wane ramiona, które spra­wiały, że ubiór ten wyglą­dał nie­mal jak zbroja, zaś głowę męż­czy­zny zdo­biła pasu­jąca do reszty mitra. Wszystko to razem - wie­lo­war­stwowy, inten­syw­nie kolo­rowy strój - spra­wiło, że włosy Siri zbla­dły do lękli­wej bieli.

Nie­zna­jomy się ukło­nił.

- Lady Sisi­ri­nah, córko kró­lew­skiego rodu - ode­zwał się głę­bo­kim, dono­śnym gło­sem. - Nazy­wam się Tre­le­dees, jestem wyso­kim kapła­nem Jego Nie­śmier­tel­nej Wyso­ko­ści, Suse­brona Wspa­nia­łego, Boga Który Powró­cił i Króla Hal­lan­dren. Przyj­mij, pro­szę, w geście sza­cunku tę sym­bo­liczną gwar­dię hono­rową, która odpro­wa­dzi cię na Dwór Bogów.

Sym­bo­liczną? - prze­mknęło przez myśl oszo­ło­mio­nej Siri.

Kapłan, nie cze­ka­jąc na jej reak­cję, zawró­cił konia i ruszył sze­roką aleją w stronę mia­sta. Powóz poto­czył się jego śla­dem, żoł­nie­rze nie­pew­nie masze­ro­wali obok. Dżun­gla ustą­piła spo­ra­dycz­nie rosną­cym kępom palm. Siri stwier­dziła ze zdu­mie­niem, że zie­mia jest tu bar­dzo piasz­czy­sta. Kra­jo­braz prze­sło­niło jej wiel­kie pole, na któ­rym roiło się od żoł­nie­rzy, sto­ją­cych na bacz­ność po obu stro­nach traktu.

- Austre, Boże Kolo­rów! - wyszep­tał jeden z jej gwar­dzi­stów. - To prze­cież Nie­żywi!

Włosy Siri - które już zaczęły dry­fo­wać powoli w rejony beżu - na powrót sko­czyły w pełną stra­chu biel. Żoł­nierz miał rację. Wojow­nicy Hal­lan­dren byli pod swymi barw­nymi mun­du­rami sza­rzy i bez­barwni. Ich oczy, skóra, a nawet włosy - wszystko zostało cał­ko­wi­cie pozba­wione koloru. Byli mono­chro­ma­tyczni.

To nie­moż­liwe, żeby to byli Nie­żywi! - pomy­ślała. Prze­cież wyglą­dają jak ludzie!

Dotąd wyobra­żała sobie Nie­ży­wych na podo­bień­stwo kościo­tru­pów, z odpa­da­ją­cymi od wyschnię­tych pisz­czeli reszt­kami gni­ją­cego ciała. W końcu byli to ludzie, któ­rzy umarli i zostali wskrze­szeni, by słu­żyć w armii bez­myśl­nych potwo­rów. Jed­nakże wszy­scy, któ­rych mijała, wyglą­dali cał­kiem zwy­czaj­nie. Poza bez­barw­no­ścią i pozba­wio­nymi wyrazu twa­rzami niczym nie róż­nili się od żyją­cych. I jesz­cze ten ich przy­pra­wia­jący o ciarki bez­ruch. Nie drgnęła ani jedna noga, nie oddy­chali, nie poru­szyła się ani jedna twarz czy ramię. Nie­ru­chome były nawet ich spoj­rze­nia. Wyda­wali się posą­gami, które to wra­że­nie potę­go­wała dodat­kowo sza­rość skóry.

I ja... ja mam poślu­bić coś takiego? - zasta­no­wiła się lękli­wie. Ale nie - Powra­ca­jący byli czymś innym niż Nie­żywi i czymś innym niż Bez­barwni, ludzie, któ­rzy utra­cili swój Oddech. Dziew­czyna pamię­tała nie­ja­sno Powrót pew­nego miesz­kańca Beva­lis. Wyda­rzyło się to nie­mal dzie­sięć lat temu i ojciec nie pozwo­lił jej tego męż­czy­zny odwie­dzić. Pamię­tała jed­nak, że był w sta­nie swo­bod­nie roz­ma­wiać z człon­kami swej rodziny, choć w ogóle ich nie pamię­tał.

Umarł tydzień póź­niej.

Wresz­cie powóz wyje­chał spo­mię­dzy sze­re­gów Nie­ży­wych. Zbli­żyli się do miej­skich murów. Były ogromne i onie­śmie­la­jące, choć jed­no­cze­śnie wyda­wały się bar­dziej dzie­łem sztuki niż funk­cjo­nalną for­ty­fi­ka­cją. U szczytu były zakoń­czone wiel­kimi, przy­po­mi­na­ją­cymi wzgó­rza kopu­łami, któ­rych kra­wę­dzie wyło­żono zło­tymi pły­tami. Same bramy zostały wyrzeź­bione na kształt dwóch wiją­cych się gib­kich mor­skich stwo­rzeń, spla­ta­ją­cych się u szczytu łuko­wa­tego skle­pie­nia. Siri prze­je­chała pomię­dzy nimi w towa­rzy­stwie eskorty kawa­le­rzy­stów z Hal­lan­dren. Jeźdźcy wyglą­dali na żywych ludzi.

Zawsze uwa­żała Hal­lan­dren za kró­le­stwo śmierci. Myślała tak, wnio­sku­jąc z opo­wie­ści wędrow­ców i sta­rych bab, gada­ją­cych zimą przy pale­ni­skach. W ich histo­riach poja­wiały się miej­skie mury wznie­sione z cza­szek, z grub­sza tylko pokryte brzyd­kimi, nie­sta­ran­nymi maź­nię­ciami farby. Wyobra­żała sobie budynki ochla­pane nie­do­pa­so­wa­nymi do sie­bie kolo­rami. Wyobra­żała sobie wul­gar­ność.

Myliła się. Ow­szem, T'Telir było aro­ganc­kie i pre­ten­sjo­nalne. Miała wra­że­nie, że każdy cudowny widok chce zagar­nąć jej uwagę tylko dla sie­bie i wstrzą­snąć nią. Wzdłuż ulicy stały tłumy - ludzi było tu wię­cej, niż Siri widziała w całym swoim dotych­cza­so­wym życiu - przy­glą­da­jące się jej orsza­kowi. Dziew­czyna nie była w sta­nie stwier­dzić, czy na jej powi­ta­nie wyszli też bie­dacy, ponie­waż wszy­scy mieli na sobie jaskrawe barwne stroje. Nie­któ­rzy byli ubrani w bar­dziej od innych eks­tra­wa­ganc­kie ubra­nia - praw­do­po­dob­nie byli to kupcy. W Hal­lan­dren podobno nie było ary­sto­kra­cji, tylko bogo­wie. Jed­nak nawet skrom­niej­sze stroje wyglą­dały wesoło i żywo.

Wiele z malo­wa­nych budyn­ków wyraź­nie wyma­gało remontu, ale żaden nie był ude­ko­ro­wany nie­sta­ran­nie czy nie­chluj­nie. Wszystko tu wyda­wało się dzie­łem sztuki, począw­szy od skle­po­wych witryn, przez stroje miesz­kań­ców, po posągi wiel­kich wojow­ni­ków, jakich wiele stało na pla­cach. Wszystko to przy­tła­czało. Krzy­czało. Siri zdała sobie sprawę, że mimo­wol­nie się uśmie­cha - jej włosy przy­brały nie­śmiały zło­tawy odcień - poczuła zbli­ża­jący się ból głowy.

Może... - pomy­ślała, może to dla­tego ojciec mnie tu wysłał. Ze szko­le­niem czy bez, Vivenna ni­gdy by tu nie paso­wała. A ja zawsze inte­re­so­wa­łam się kolo­rami. Aż za bar­dzo.

Dede­lin był dobrym władcą, obda­rzo­nym wyjąt­ko­wym instynk­tem. Co, jeśli - po dwu­dzie­stu latach stra­wio­nych na ucze­nie i wycho­wy­wa­nie Vivenny - stwier­dził, że to nie ona powinna pomóc Idris? Czyżby to wła­śnie z tego powodu, po raz pierw­szy w życiu, posta­wił nie na nią, a na Siri?

Tylko co ja mam wła­ści­wie robić?

Wie­działa, że wszy­scy oba­wiali się inwa­zji Hal­lan­dren na Idris. Nie podej­rze­wała jed­nak, by ojciec wysłał tu któ­rą­kol­wiek z nich, gdyby ta groźba była realna. Może miał nadzieję, że jej podróż spo­wo­duje zała­go­dze­nie napię­cia pomię­dzy oboma kró­le­stwami?

Taka moż­li­wość nie­po­ko­iła ją jesz­cze bar­dziej. Siri nie nawy­kła do myśle­nia w kate­go­riach obo­wiązku. Tym­cza­sem ojciec powie­rzył jej los i życie swych pod­da­nych, a ona nie mogła przed tą odpo­wie­dzial­no­ścią uciec.

Nie mogła też unik­nąć ślubu.

Wsku­tek rosną­cego stra­chu przed przy­szło­ścią jej włosy znów pokryły się bielą. Ponow­nie zwró­ciła uwagę na mia­sto. Bez trudu dała się mu pochło­nąć. T'Telir było wiel­kie, roz­cią­gnięte jak zmę­czona, owi­nięta wokół wzgórz bestia. Powóz wspiął się na wznie­sie­nie w połu­dnio­wej czę­ści metro­po­lii i dziew­czyna ujrzała pomię­dzy budyn­kami, że Morze Jasne dotyka sto­licy wodami sze­ro­kiej zatoki. Mia­sto ota­czało ją na kształt pół­księ­życa, scho­dząc aż do brzegu. Mury nie musiały więc okrą­żać całego T'Telir. Ich pół­kole koń­czyło się na plaży.

Dziew­czyna dostrze­gła wiele otwar­tych prze­strzeni - rynki, targi i ogrody, sze­ro­kie poła­cie nie­wy­ko­rzy­sta­nego terenu. Wzdłuż ulic rosły palmy i inne roz­ma­ite rośliny. Dzięki wie­ją­cej od morza bry­zie pano­wał tu o wiele przy­jem­niej­szy kli­mat niż się tego spo­dzie­wała. Droga pro­wa­dziła ku wzno­szą­cemu się pośrodku mia­sta pła­sko­wy­żowi, z któ­rego musiał się roz­ta­czać wspa­niały widok. Tyle tylko, że prze­sła­niał go potężny mur. Siri patrzyła z rosną­cym sza­cun­kiem, jak otwie­rają się bramy tego mniej­szego mia­sta w mie­ście, przez które wkro­czył pochód.

Gapie zostali na zewnątrz.

Wewnątrz znaj­do­wał się jesz­cze jeden mur, bariera zatrzy­mu­jąca ludz­kie spoj­rze­nia. Orszak skrę­cił w lewo, okrą­żył drugi mur i wkro­czyli na teren Dworu Bogów Hal­lan­dren: zna­leźli się na zamknię­tym, poro­śnię­tym traw­ni­kiem dzie­dzińcu. Na jego dru­gim końcu wzno­siła się potężna czarna budowla, znacz­nie więk­sza od pozo­sta­łych budyn­ków.

Dzie­dzi­niec tonął w ciszy. Siri widziała sie­dzą­cych na bal­ko­nach ludzi, któ­rzy obser­wo­wali jej toczący się po tra­wie powóz. Przed każ­dym z mija­nych pała­ców klę­czały grupki pochy­lo­nych męż­czyzn i kobiet. Barwy ich stro­jów były dopa­so­wane do kolo­rów budowli, ale Siri nie poświę­ciła im wiele uwagi. Ner­wowo spo­glą­dała na wielki czarny gmach. Miał pod­stawę w kształ­cie pira­midy wznie­sio­nej z potęż­nych kamien­nych blo­ków, przy­po­mi­na­ją­cych stop­nie gigan­tycz­nych scho­dów, a na szczy­cie masywną wieżę.

Czerń, pomy­ślała, Czerń w mie­ście kolo­rów. Włosy zbie­lały jej jesz­cze bar­dziej. Nagle zaczęła żało­wać, że ni­gdy nie była zbyt pobożna. Wąt­piła, by Austre cenił sobie jej wybu­chy emo­cji, a poza tym naj­czę­ściej nie potra­fiła nawet wymie­nić Pię­ciu Wizji. Żywiła jed­nak gorącą nadzieję, że choćby dla dobra jej ludu bóg zadba nawet i o nią.

Pochód zatrzy­mał się pod wyso­kim budyn­kiem. Siri wyj­rzała z powozu i zer­k­nęła w górę, popa­trzyła na gzymsy i wybrzu­sze­nia na dachu wieży. Wyda­wała się nie­zmier­nie ciężka. Odnio­sła wra­że­nie, że ciemne skalne bloki za moment sto­czą się w dół i pogrze­bią wszyst­kich na wieki. Kapłan pod­je­chał konno do powozu. Kawa­le­rzy­ści cze­kali w mil­cze­niu. Jedy­nym dźwię­kiem na prze­stron­nym dzie­dzińcu był teraz cichy stu­kot kopyt prze­stę­pu­ją­cych z nogi na nogę koni.

- Przy­by­li­śmy, Kie­li­chu - ode­zwał się. - Po wej­ściu do środka zosta­niesz przy­go­to­wana i zapro­wa­dzona do męża.

- Męża? - spy­tała nie­pew­nie Siri. - Czy nie odbę­dzie się żadna cere­mo­nia?

Kapłan uśmiech­nął się nie­przy­jem­nie.

- Król-Bóg nie potrze­buje ofi­cjal­nego upra­wo­moc­nie­nia swych decy­zji. Sta­łaś się jego żoną w chwili, w któ­rej tego zapra­gnął.

Siri zadrżała.

- Mia­łam nadzieję, że będę mogła go zoba­czyć, zanim... no wiesz...

Kapłan rzu­cił jej sro­gie spoj­rze­nie.

- Król-Bóg nie dosto­suje się do two­ich kapry­sów, kobieto. Dostą­pi­łaś naj­więk­szego bło­go­sła­wień­stwa z moż­li­wych. Będziesz mogła go dotknąć - o ile ci na to pozwoli. Nie uda­waj, że jesteś czymś innym, niż jesteś. Zja­wi­łaś się tu, bo on sobie tego zaży­czył, i będziesz mu posłuszna. Ina­czej zosta­niesz odsu­nięta i twoje miej­sce zaj­mie inna, a myślę, że to nie przy­nio­słoby żad­nej korzy­ści twoim przy­ja­cio­łom, bun­tow­ni­kom z gór.

Kapłan spiął konia i poje­chał stępa w stronę sze­ro­kiej kamien­nej rampy pro­wa­dzą­cej do pira­midy. Powóz ruszył i Siri poje­chała ku swemu prze­zna­cze­niu.

Rozdział 5

5

To skom­pli­kuje sprawy, pomy­ślał Vasher. Stał w cie­niu na szczy­cie ota­cza­ją­cego Dwór Bogów muru.

Co się stało? - ode­zwał się Krew Nocy. Bun­tow­nicy przy­słali wresz­cie księż­niczkę. To nie zmie­nia two­ich pla­nów.

Vasher odcze­kał w mil­cze­niu do chwili, gdy powóz z nową kró­lową wje­chał po pochylni i znik­nął w pasz­czy pałacu.

No co? - spy­tał ostro Krew Nocy. Nawet po upły­wie tylu lat miecz bar­dzo czę­sto zacho­wy­wał się dzie­cin­nie.

Zosta­nie wyko­rzy­stana, odpo­wie­dział w myślach Vasher. Wąt­pię, byśmy mogli wyko­nać zada­nie, nie inte­re­su­jąc się tą dziew­czyną.

Nie wie­rzył, by Idria­nie naprawdę przy­słali do T'Telir osobę, w żyłach któ­rej pły­nie kró­lew­ska krew. Odda­liby tym samym prze­ciw­ni­kom ogrom­nie cenną figurę, sobie zosta­wia­jąc jedy­nie pionki.

Vasher odwró­cił się tyłem do dzie­dzińca i owi­nął stopę wokół jed­nego ze sztan­da­rów spły­wa­ją­cych po zewnętrz­nej stro­nie muru. Uwol­nił Oddech.

- Opuść mnie - roz­ka­zał.

Wielki, utkany z wełny pro­po­rzec pozba­wił go setek Odde­chów. Nie miał kształtu przy­po­mi­na­ją­cego syl­wetkę czło­wieka i był ogromny. Vasher dys­po­no­wał już jed­nak tak dużą ilo­ścią Bio­Chromy, by pozwa­lać sobie na naj­bar­dziej eks­tra­wa­ganc­kie Prze­bu­dze­nia.

Sztan­dar skrę­cił się jak żywa istota i przy­brał kształt ręki, która pochwy­ciła Vashera. Prze­bu­dzony przed­miot jak zawsze sta­rał się zbli­żyć zary­sem do ludz­kiej postaci - patrząc na sploty i zgię­cia tka­niny, Vasher był w sta­nie roz­róż­nić mię­śnie, a nawet żyły. Oczy­wi­ście nie były potrzebne: mate­riał czer­pał życie z Odde­chu.

Vasher został ostroż­nie opusz­czony w dół i w końcu dotknął sto­pami bruku.

- Twój Oddech do mnie - roz­ka­zał. Wielki pro­po­rzec natych­miast stra­cił swój oży­wiony kształt. Wypły­nęło z niego życie i na powrót zało­po­tał pod murem.

Na ulicy zatrzy­mało się kilku prze­chod­niów. Jed­nakże byli jego wyczy­nem tylko zain­te­re­so­wani, z pew­no­ścią nie onie­mieli z zachwytu bądź stra­chu. W końcu znaj­do­wali się w T'Telir, mie­ście bogów. Ludzie dys­po­nu­jący tysią­cem lub wię­cej Odde­chów nie sta­no­wili może czę­stego widoku, ale z pew­no­ścią nie zaska­ki­wali. Gapie patrzyli przez chwilę na Vashera - tak jak w innym kró­le­stwie przy­glą­da­liby się prze­jeż­dża­ją­cemu powo­zowi ary­sto­kraty - po czym wró­cili do wła­snych zajęć.

Zwró­ce­nia uwagi nie dało się unik­nąć. Co prawda Vasher był ubrany wciąż w swe zwy­kłe ubra­nie - poszar­pane spodnie, noszony mimo upału wytarty płaszcz prze­pa­sany owi­niętą kil­ka­krot­nie wokół pasa liną - lecz teraz jego obec­ność powo­do­wała wyra­zi­stą zmianę barw pobli­skich przed­mio­tów. Zmianę zauwa­żalną dla zwy­kłych ludzi i oczy­wi­stą dla tych, któ­rzy dostą­pili Pierw­szego Wywyż­sze­nia.

Minęły dni, gdy mógł się skra­dać i kryć. Teraz musiał się ponow­nie przy­zwy­czaić do ludz­kiej uwagi. Był to jeden z powo­dów, dla któ­rych cie­szył się, że jest wła­śnie w T'Telir. To mia­sto było na tyle duże i pełne nie­sa­mo­wi­to­ści - od Nie­ży­wych żoł­nie­rzy począw­szy, na Prze­bu­dzo­nych przed­mio­tach poma­ga­ją­cych w codzien­nych czyn­no­ściach skoń­czyw­szy - że mimo wszystko zanadto się w nim nie wyróż­niał.

Oczy­wi­ście nie doty­czyło to Krwi Nocy. Vasher prze­ci­skał się przez tłum, nio­sąc w jed­nym ręku wyraź­nie zbyt ciężki miecz, nie­mal cią­gnąc za sobą po ziemi ukryte w pochwie ostrze. Na widok broni nie­któ­rzy natych­miast uska­ki­wali. Inni przy­glą­dali się jej sta­now­czo zbyt długo. Może nad­szedł już moment, by scho­wać Krew do worka.

O nie, nawet o tym nie myśl - ode­zwał się miecz. Tylko nie to. Za długo sie­dzia­łem w zamknię­ciu.

A jaką ci to robi róż­nicę? - pomy­ślał Vasher.

Potrze­buję świe­żego powie­trza - odparł Krew Nocy. I słońca.

Jesteś mie­czem, nie palmą, zauwa­żył Vasher.

Krew ucichł. Był na tyle roz­gar­nięty, by rozu­mieć, że nie jest osobą, ale zde­cy­do­wa­nie nie lubił, gdy mu o tym przy­po­mi­nano. W takich chwi­lach wpa­dał w ponury nastrój i zamy­kał się w sobie. Co bar­dzo Vashe­rowi odpo­wia­dało.

Dotarł do znaj­du­ją­cej się o kilka prze­cznic od Dworu Bogów restau­ra­cji. Tego wła­śnie zawsze mu poza T'Telir bra­ko­wało: restau­ra­cji. W więk­szo­ści innych miast nie ist­niał wielki wybór, jeśli chciało się coś zjeść. Przy­jezdni zatrzy­mu­jący się na dłu­żej pła­cili miej­sco­wym kobie­tom, u któ­rych się potem sto­ło­wali. Podróżni nie­ma­jący wiele czasu na pobyt jadali to, co podano w gospo­dzie.

W T'Telir jed­nakże żyło wystar­cza­jąco wielu miesz­kań­ców i byli oni na tyle bogaci, by mogły tu powstać lokale zaj­mu­jące się wyłącz­nie ser­wo­wa­niem potraw. W innych mia­stach świata restau­ra­cje wciąż jesz­cze były nie­znane, tutaj jed­nak dzia­łało ich już wiele. Vasher miał zare­zer­wo­wany sto­lik, do któ­rego przy­pro­wa­dził go kel­ner. Usiadł i oparł Krew Nocy o ścianę.

Miecz został skra­dziony nie­całą minutę póź­niej.

Vasher, zajęty przy­nie­sio­nym przez kel­nera kub­kiem gorą­cej cytru­so­wej her­baty, zupeł­nie nie prze­jął się kra­dzieżą. Popi­jał sło­dzony napój, ssał w zamy­śle­niu owo­cową skórkę i zasta­na­wiał się, dla­czego miesz­kańcy tro­pi­kal­nych krain pijają cie­płe her­baty. Po kilku minu­tach zmysł życia pod­po­wie­dział mu, że jest obser­wo­wany. Chwilę potem poczuł, że ktoś się doń zbliża. Vasher, nie prze­ry­wa­jąc sącze­nia naparu, wysu­nął wolną ręką szty­let z rękawa.

Kapłan zajął miej­sce naprze­ciwko Vashera. Zamiast szaty duchow­nego miał na sobie zwy­kłe, codzienne ubra­nie. Nie­mniej - być może nie do końca świa­do­mie - wybrał akwa­ma­ryn i miedź: sym­bo­liczne barwy swego bóstwa. Vasher ukrył ostrze w pochwie, masku­jąc towa­rzy­szący temu dźwięk gło­śnym siorb­nię­ciem.

Kapłan, Bebid, rozej­rzał się ner­wowo. Ota­cza­jąca go inten­sywna aura świad­czyła o tym, że dostą­pił Pierw­szego Wywyż­sze­nia. Na tym wła­śnie pozio­mie zatrzy­my­wała się więk­szość ludzi zamoż­nych na tyle, by kupić Oddech. Dzięki takiej jego ilo­ści ich życie wydłu­żało się mniej wię­cej o dzie­sięć lat, otrzy­my­wali także bar­dziej wraż­liwy zmysł życia. Byli też w sta­nie widzieć aurę innych ludzi i roz­po­zna­wać Roz­bu­dza­ją­cych. Potra­fili rów­nież samo­dziel­nie doko­ny­wać pomniej­szych Prze­bu­dzeń. Cał­kiem nie­źle, jak na coś, co kupo­wało się za sumę, za którą chłop­ska rodzina mogła się utrzy­mać przez pięć­dzie­siąt lat.

- Zatem? - zagaił Vasher.

Bebid aż pod­sko­czył. Vasher wes­tchnął i zamknął oczy. Kapłan nie był przy­zwy­cza­jony do tego rodzaju pota­jem­nych spo­tkań. Zapewne nie przy­szedłby w ogóle, gdyby Vasher nie pod­dał go szcze­gól­nego rodzaju... pre­sji.

Vasher otwo­rzył oczy i spoj­rzał na kapłana. Poja­wił się kel­ner, nio­sący dwa tale­rze mocno przy­pra­wio­nego ryżu. Spe­cjal­no­ścią restau­ra­cji były potrawy z Tek­tees - miesz­kańcy Hal­lan­dren lubo­wali się w kuch­niach innych nacji nie­mal tak samo, jak w dzi­wacz­nych kolo­rach. Vasher zło­żył zamó­wie­nie już wcze­śniej, doda­jąc do tego napi­wek, dzięki któ­remu sąsied­nie wnęki ze sto­li­kami pozo­sta­wały puste.

- Zatem? - powtó­rzył Vasher.

- Ja... - ode­zwał się Bebid. - Nie wiem, nie­wiele zdo­ła­łem się dowie­dzieć.

Vasher spoj­rzał na roz­mówcę.

- Musisz mi dać wię­cej czasu - mówił dalej kapłan.

- Nie zapo­mi­naj o swo­ich grzesz­kach - rzekł Vasher, dopi­ja­jąc her­batę. Poczuł ukłu­cie iry­ta­cji. - Nie chciał­byś, żeby wyszły na jaw, prawda?

Czy naprawdę musimy przez to jesz­cze raz prze­cho­dzić? - pomy­ślał.

Bebid zamilkł na dłuż­szą chwilę. Nawet nie tknął jedze­nia.

- Vasher, nie wiesz, o co mnie pro­sisz. - Pochy­lił się. - Jestem kapła­nem Śnią­cej Praw­dzi­wie. Nie mogę zła­mać ślu­bów!

- Świet­nie się składa, bo wcale cię o to nie pro­szę.

- Nie powin­ni­śmy roz­po­wszech­niać infor­ma­cji o dwor­skiej poli­tyce.

- Co ty powiesz - żach­nął się Vasher. - Powra­ca­jący nie są w sta­nie nawet popa­trzeć jeden na dru­giego, żeby po godzi­nie nie wie­działo o tym pół mia­sta.

- Nie suge­ru­jesz chyba... - zaczął Bebid.

Vasher zazgrzy­tał zębami i w roz­draż­nie­niu zgiął w pal­cach łyżeczkę.

- Dość tego, Bebid! Obaj wiemy, że twoje śluby to tylko część gry. - Rów­nież się pochy­lił. - A ja nie­na­wi­dzę takich gie­rek.

Bebid pobladł. Vasher rzu­cił swo­jej łyżce wście­kłe spoj­rze­nie i wypro­sto­wał ją. Uspo­koił się. Nabrał do ust sporą por­cję ryżu. Poczuł, jak ostre korzenne przy­prawy palą mu usta. Nie był czło­wie­kiem, który pozwa­lał sty­gnąć jedze­niu - ni­gdy nie wia­domo, kiedy nadej­dzie pora, by pośpiesz­nie zmie­nić lokal.

- Poja­wiły się pewne... plotki - zaczął w końcu Bebid. - Tu nie cho­dzi o zwy­kłą dwor­ską poli­tykę, Vasher. To już nie są zwy­kłe roz­grywki pomię­dzy bogami. Tu się dzieje coś bar­dzo tajem­ni­czego. To tak poważna sprawa, że nawet wysoko posta­wieni kapłani znają tylko pogło­ski.

Vasher nie prze­ry­wał jedze­nia.

- Jedno z dwor­skich stron­nictw naci­ska na zaata­ko­wa­nie Idris - cią­gnął Bebid - choć nie mam poję­cia dla­czego.

- Nie bądź idiotą - upo­mniał go Vasher i pomy­ślał z żalem, że nie ma wię­cej her­baty, którą mógłby popić pikantny ryż. - Obaj wiemy, że Hal­lan­dren ma mocne powody do wyrżnię­cia w pień wszyst­kich tych górali.

- Rodzina kró­lew­ska - powie­dział Bebid.

Vasher ski­nął głową. Nazy­wano ich bun­tow­ni­kami, ale ci "bun­tow­nicy" byli praw­dzi­wym rodem kró­lew­skim Hal­lan­dren. Ow­szem, byli zwy­kłymi śmier­tel­ni­kami, ale pły­nąca w ich żyłach krew sta­no­wiła wyzwa­nie rzu­cone Dwo­rowi Bogów. Każdy dobry monar­cha wie, że pierw­szą rze­czą, jaką należy zro­bić, by zapew­nić sobie sta­bil­ność rzą­dów, jest stra­ce­nie każ­dego, kto mógłby wystą­pić z lepiej od niego ugrun­to­wa­nymi rosz­cze­niami do tronu. Potem ni­gdy nie szko­dziło wykoń­czyć wszyst­kich, któ­rym mogłoby w przy­szło­ści przyjść do głowy, że są w sta­nie wystą­pić z takimi rosz­cze­niami.

- Ale dobrze - rzekł Vasher. - Zasta­nówmy się. Wybu­cha wojna. Hal­lan­dren zwy­cięża. Gdzie tu pro­blem?

- Pro­blem jest taki, że to zły pomysł - odpo­wie­dział Bebid. - Bar­dzo zły pomysł. Na Widma Kalada, czło­wieku! Idris nie podda się bez walki i wcale nie będzie łatwym kąskiem, bez względu na to, co się mówi na dwo­rze. To zupeł­nie inna sytu­acja, niż z tłu­mie­niem rebe­lii tego głupca Vahra. Idria­nie mają sojusz­ni­ków zza gór. Sym­pa­ty­zują z nimi dzie­siątki innych kró­lestw. To, co nie­któ­rzy nazy­wają "chi­rur­gicz­nym trze­bie­niem bun­tow­ni­czych stron­nictw", bez trudu może się prze­ro­dzić w kolejne Wie­lo­woj­nie. A tego chyba nie chcemy? Tysiące tysięcy zabi­tych? Kró­le­stwa pada­jące, by już ni­gdy się nie pod­nieść? I tylko po to, by poło­żyć łapę na kawałku sku­tej lodem ziemi, któ­rej tak naprawdę nikt nie chce.

- Tam­tej­sze prze­łę­cze i bie­gnące nimi szlaki han­dlowe są bar­dzo cenne - zauwa­żył Vasher.

Bebid prych­nął.

- Idria­nie nie są na tyle głupi, by pod­nieść cła zbyt wysoko. Ta gra nie idzie o pie­nią­dze. Tu cho­dzi o strach. Na dwo­rze mówi się o tym, co mogłoby się stać, gdyby Idria­nie zamknęli prze­łę­cze albo prze­pu­ścili tam­tędy naszych wro­gów i dopu­ścili do oblę­że­nia T'Telir. Gdyby cho­dziło wyłącz­nie o złoto, do wojny ni­gdy by nie doszło. Hal­lan­dren kwit­nie dzięki han­dlowi far­bami i tka­ni­nami. Myślisz, że w razie wojny nasz han­del miałby się rów­nie dobrze? Mie­li­by­śmy szczę­ście, gdyby nie zała­mała się cała nasza gospo­darka.

- A ty zakła­dasz, że mi zależy na pomyśl­no­ści gospo­darki Hal­lan­dren? - zapy­tał Vasher.

- Ach tak - rzu­cił oschle Bebid. - Zapo­mnia­łem, z kim roz­ma­wiam. Czego ty wła­ści­wie chcesz? Powiedz mi i skończmy już z tym.

- Opo­wiedz mi o bun­tow­ni­kach - pole­cił Vasher z ustami peł­nymi ryżu.

- O Idria­nach? Wła­śnie mówi­łem...

- Nie o nich - wtrą­cił Vasher. - O tych w mie­ście.

- Po śmierci Vahra nie sta­no­wią już pro­blemu. - Kapłan lek­ce­wa­żąco mach­nął ręką. - Co cie­kawe, nikt nie wie, kto go zabił. Naj­praw­do­po­dob­niej zro­bili to sami rebe­lianci. Pew­nie nie spodo­bało im się, że tak łatwo dał się schwy­tać.

Vasher tego nie sko­men­to­wał.

- I tylko tego chcesz? - spy­tał nie­cier­pli­wie Bebid.

- Chcę nawią­zać kon­takt z ludźmi, o któ­rych wspo­mnia­łeś - odpo­wie­dział Vasher. - Z tymi, któ­rzy nale­gają na wypo­wie­dze­nie wojny Idris.

- Nie pomogę ci wywo­łać...

- Nawet nie pró­buj myśleć, że mógł­byś mi mówić, co mam robić, Bebid. Daj mi tylko infor­ma­cje, które mi obie­ca­łeś, i będziesz wolny.

- Vasher. - Kapłan pochy­lił się jesz­cze bar­dziej. - Nie potra­fię ci pomóc. Moja pani nie inte­re­suje się taką poli­tyką, a ja obra­cam się w innych krę­gach.

Vasher jadł, oce­nia­jąc w myślach szcze­rość roz­mówcy.

- No dobrze, kto więc potrafi?

Bebid odprę­żył się i osu­szył skroń chu­s­teczką.

- Nie wiem - przy­znał. - Może któ­raś z kapła­nek Gwiazdy Miło­sier­dzia? Mógł­byś też chyba spró­bo­wać Nie­bie­sko­pal­cego.

- Nie­bie­sko­palcy? Dziwne imię jak na boga.

- Nie­bie­sko­palcy nie jest bogiem. - Bebid zachi­cho­tał. - Tak go nazy­wają. To urzęd­nik Wyso­kiego Dworu, główny skryba. Tak naprawdę dwór działa głów­nie dzięki niemu; jeśli ktoś wie cokol­wiek o bun­tow­ni­kach, to na pewno on. Oczy­wi­ście to służ­bi­sta i sztyw­niak. Nie­ła­two ci będzie go zła­mać.

- Zdzi­wił­byś się - rzu­cił Vasher i wsa­dził sobie do ust ostat­nią łyżkę ryżu. - Z tobą mi się udało, prawda?

- Racja.

Vasher pod­niósł się z miej­sca.

- Wycho­dząc, nie zapo­mnij zapła­cić - powie­dział, zdjął płaszcz z wie­szaka i opu­ścił restau­ra­cję.

Gdzieś po pra­wej stro­nie wyczuł... ciem­ność. Ruszył ulicą, po czym skrę­cił w wąską alejkę, gdzie zna­lazł Krew Nocy - wciąż spo­czy­wa­jący w pochwie - wbity głę­boko w pierś zło­dzieja. Ciało dru­giego rze­zi­mieszka leżało obok na bruku.

Vasher wycią­gnął miecz z ciała zabi­tego, wsu­nął ostrze głę­biej w pochwę - zostało led­wie z niej wysu­nięte - i zamknął zatrzask.

Dałeś się ponieść emo­cjom - zauwa­żył kar­cąco Krew Nocy. Wyda­wało mi się, że obie­cy­wa­łeś nad tym popra­co­wać.

Chyba znów mi się pogor­szyło, odparł Vasher.

Krew Nocy przez chwilę mil­czał.

Według mnie, ni­gdy ci się nie odgor­szyło - sko­men­to­wał.

Nie ma takiego słowa, pomy­ślał Vasher i wyszedł z alejki.

I co z tego? - burk­nął Krew. Strasz­nie się przej­mu­jesz sło­wami. Na przy­kład w roz­mo­wie z tym kapła­nem. Zuży­łeś na niego tyle słów, a potem po pro­stu pozwo­li­łeś mu odejść. Ja bym ina­czej roz­wią­zał tę sytu­ację.

Tak, wiem, przy­znał w myślach Vasher. Twoje roz­wią­za­nie wyma­ga­łoby zapewne wypra­wie­nia kilku dodat­ko­wych pogrze­bów.

Cóż, jestem w końcu mie­czem - przy­po­mniał z dumą Krew Nocy. Nie­głu­pio jest robić to, w czym się jest dobrym...

***

Dar Pie­śni sie­dział w alta­nie i obser­wo­wał zbli­ża­jący się do pałacu powóz nowej kró­lo­wej.

- Cóż, to był przy­jemny dzień - ode­zwał się do swego wyso­kiego kapłana. Kilka kie­li­chów wina - oraz tro­chę czasu, który pozwo­lił mu się pozbyć myśli o losie dzieci pozba­wio­nych Odde­chu - i już zaczy­nał wra­cać do sie­bie.

- Tak bar­dzo się cie­szysz z powodu przy­by­cia kró­lo­wej? - zacie­ka­wił się Lla­ri­mar.

- Cie­szę się, że dzięki jej przy­jaz­dowi choć na jeden dzień unik­ną­łem wysłu­chi­wa­nia pety­cji. Co o niej wiemy?

- Nie­wiele, Wasza Miłość - odpo­wie­dział Lla­ri­mar. Ze swo­jego miej­sca obok krze­sła pana spoj­rzał w kie­runku pałacu Króla-Boga. - Idria­nie zasko­czyli nas, nie przy­sy­ła­jąc swej naj­star­szej córki. Zamiast niej przy­je­chała naj­młod­sza.

- To cie­kawe - przy­znał Dar Pie­śni i ode­brał z rąk słu­żą­cego następny kie­lich wina.

- Dziew­czyna ma tylko sie­dem­na­ście lat - cią­gnął Lla­ri­mar. - Nie wyobra­żam sobie związku z Kró­lem-Bogiem w tym wieku.

- Wier­ci­pięto, cie­bie nie wyobra­żam sobie zwią­za­nego z Kró­lem-Bogiem w dowol­nym wieku - zauwa­żył Dar Pie­śni. Po chwili skrzy­wił się zna­cząco. - Choć nie, jed­nak sobie wyobra­żam. Ale ta suk­nia leży na tobie wprost kosz­mar­nie. Zano­tuj, że należy wychło­stać moją wyobraź­nię za uka­zy­wa­nie mi cie­bie w tak krę­pu­ją­cej sytu­acji.

- Umiesz­czę to w kro­nice zaraz po peanie na cześć twego poczu­cia oby­czaj­no­ści, Wasza Miłość - odpo­wie­dział oschle Lla­ri­mar.

- Nie bądź nie­mą­dry - rzu­cił Dar Pie­śni, upi­ja­jąc łyk wina. - Wiesz, że aku­rat tego nie mam już od lat.

Oparł się wygod­niej. Co takiego Idria­nie chcieli dać do zro­zu­mie­nia sąsia­dom, przy­sy­ła­jąc inną księż­niczkę? Dwie zasa­dzone w doni­cach palmy koły­sały się na wie­trze. Uwagę Powra­ca­ją­cego roz­pro­szyła słona woń wie­ją­cego od morza wia­tru. Cie­kawe, czy kie­dyś pły­wa­łem po tych wodach? - zasta­na­wiał się. Czy byłem mary­na­rzem? Może wła­śnie w ten spo­sób zgi­ną­łem? Może to dla­tego śni­łem o statku?

Sen już pra­wie zupeł­nie opu­ścił jego pamięć. Czer­wony ocean...

Ogień. Śmierć, zabi­ja­nie, bitwa. Wstrzą­snęło nim to, jak żywo i wyraź­nie powró­ciły do niego nocne wizje, jak szcze­gó­łowo i inten­syw­nie. Morze było czer­wone, ponie­waż odbi­jało pło­mie­nie tra­wiące wspa­niałe T'Telir. Nie­mal sły­szał krzyki cier­pią­cych ludzi oraz... co takiego? Wal­czą­cych i masze­ru­ją­cych uli­cami żoł­nie­rzy?

Dar Pie­śni potrzą­snął głową, pró­bu­jąc się pozbyć nie­przy­jem­nych wspo­mnień. Okręt, który uka­zał mu się we śnie, rów­nież pło­nął. Teraz pamię­tał to wyraź­nie. Ale to oczy­wi­ście nie musiało nic zna­czyć; wszy­scy prze­cież mie­wają kosz­mary. Nie­po­ko­jące było jedy­nie to, że wszy­scy trak­to­wali jego kosz­mary jako prze­po­wied­nie przy­szło­ści.

Lla­ri­mar wciąż stał i wpa­try­wał się w pałac Króla-Boga.

- Och, usiądź wresz­cie i nie wiś tak nade mną - rzu­cił Dar Pie­śni. - Przez cie­bie sępy stracą zaję­cie.

Lla­ri­mar uniósł brew.

- A które to kon­kret­nie sępy masz na myśli, Wasza Miłość?

- Te, które nakła­niają nas do wojny. - Dar Pie­śni mach­nął ręką.

Kapłan usiadł na jed­nym ze sto­ją­cych w alta­nie drew­nia­nych leża­ków, odprę­żył się i zdjął z głowy ciężką mitrę. Pot przy­kleił mu do czaszki włosy. Prze­cze­sał je ręką. Przez pierw­sze kilka lat Lla­ri­mar pozo­sta­wał przez cały czas sztywny i bez prze­rwy zacho­wy­wał się ofi­cjal­nie. Wresz­cie jed­nak Darowi Pie­śni udało się go zmięk­czyć. W końcu to on był bogiem, i jego zda­niem, skoro sam mógł sobie wypo­czy­wać w cza­sie pracy, rów­nie dobrze mogli to robić kapłani.

- Nie wiem, Wasza Miłość - ode­zwał się Lla­ri­mar, pocie­ra­jąc brodę. - Nie podoba mi się to.

- Przy­by­cie kró­lo­wej? - spy­tał Dar Pie­śni.

Kapłan ski­nął głową.

- Na dwo­rze nie było kró­lo­wej od trzy­dzie­stu lat. Nie wiem, jak na jej poja­wie­nie się zare­agują stron­nic­twa.

Dar Pie­śni prze­cią­gnął dło­nią po czole.

- Poli­tyka, Lla­ri­mar? Wiesz, że nie prze­pa­dam za takimi spra­wami.

- Wasza Miłość - kapłan spoj­rzał na boga - ty z defi­ni­cji jesteś poli­ty­kiem.

- Nie przy­po­mi­naj mi o tym, pro­szę. Gdy­bym mógł, to uwol­nił­bym się od tego czym prę­dzej. Nie wiesz cza­sem, czy nie uda­łoby się prze­ku­pić któ­re­goś z innych bogów, by prze­jęli moje Roz­kazy dla Nie­ży­wych?

- Nie sądzę, by to się oka­zało mądrym posu­nię­ciem - zauwa­żył Lla­ri­mar.

- Wszystko to część mojego wiel­kiego planu, który ma spra­wić, że zanim znowu umrę, stanę się mia­stu zupeł­nie zbęd­nie nie­po­trzebny.

- Zupeł­nie zbęd­nie nie­po­trzebny? - Lla­ri­mar pochy­lił głowę.

- Oczy­wi­ście. Zwy­czaj­nie nie­po­trzebny mi nie wystar­czy. Jestem prze­cież bogiem. - Dar Pie­śni wziął z trzy­ma­nej przez sługę tacy garść wino­gron. Wciąż pró­bo­wał wyrzu­cić z głowy nie­po­ko­jące obrazy z kosz­maru. Oczy­wi­ście one nic nie zna­czyły. W końcu to tylko sny.

Nie­mniej posta­no­wił, że następ­nego ranka opo­wie o nich Lla­ri­ma­rowi. Może kapłan zdoła je wyko­rzy­stać w celu zapo­bie­że­nia kon­flik­towi z Idris. Skoro stary Dede­lin nie przy­słał swo­jej pier­wo­rod­nej, to na dwo­rze roz­pę­tają się jesz­cze ostrzej­sze dys­ku­sje i debaty. Roz­le­gną się gło­śniej­sze nawo­ły­wa­nia do wojny. Przy­jazd księż­niczki powi­nien uspo­koić sytu­ację, ale Dar Pie­śni zda­wał sobie sprawę, że wojow­ni­czo nasta­wieni bogo­wie do tego nie dopusz­czą.

- A jed­nak - ode­zwał się Lla­ri­mar, mówiąc jakby do sie­bie - kogoś jed­nak przy­słali. To z pew­no­ścią dobry znak. Gdyby zerwali trak­tat, wojna wybu­chłaby bez­zwłocz­nie.

- Nie wiem, kim jest ten twój "zwłocz­nie", ale nie sądzę, byśmy go potrze­bo­wali do wojaczki - rzu­cił lekko Dar Pie­śni, przy­glą­da­jąc się skórce owocu. - Moim boskim zda­niem wojna jest jesz­cze gor­sza od poli­tyki.

- Nie­kiedy nie ma pomię­dzy nimi róż­nicy, Wasza Miłość.

- Bzdura. Wojna jest o wiele mniej przy­jemna. Poli­tyka przy­naj­mniej ozna­cza pyszne przy­stawki na nud­nych spo­tka­niach.

Lla­ri­mar jak zwy­kle zigno­ro­wał próby zażar­to­wa­nia przez Powra­ca­ją­cego. Gdyby bóg nie wie­dział, że za jego ple­cami stoją trzej młodsi kapłani, któ­rzy powinni zapi­sy­wać każde jego słowo i doszu­ki­wać się w nich zna­cze­nia i mądro­ści, poczułby się zapewne ura­żony.

- Co teraz zro­bią idriań­scy bun­tow­nicy, jak sądzisz? - spy­tał Lla­ri­mar.

- O to wła­śnie cho­dzi, Wier­ci­pięto - odparł Dar Pie­śni, oparł się na leżaku i pozwo­lił słońcu pie­ścić twarz. - Idria­nie wcale nie uwa­żają się za bun­tow­ni­ków. Nie sie­dzą w swo­ich górach po to, żeby w odpo­wied­nim momen­cie powró­cić try­um­fal­nie do Hal­lan­dren. To już nie jest ich dom.

- Ale te ich pagórki trudno nawet nazwać kró­le­stwem.

- Są wystar­cza­jąco poważ­nym kró­le­stwem, by kon­tro­lo­wać naj­więk­sze złoża surow­ców natu­ral­nych w regio­nie, nie mówiąc o czte­rech naj­istot­niej­szych prze­łę­czach pro­wa­dzą­cych na pół­noc i o pły­ną­cej w żyłach ich wład­ców kró­lew­skiej krwi z ory­gi­nal­nej dyna­stii Hal­lan­dren. Nie jeste­śmy im do niczego potrzebni, przy­ja­cielu.

- A te pogło­ski o idriań­skich dysy­den­tach w mie­ście? O tych, któ­rzy pod­bu­rzają lud prze­ciwko Dwo­rowi Bogów?

- To tylko plotki - skwi­to­wał Dar Pie­śni. - Choć, jeśli okaże się, że nie mia­łem racji i masy pro­sta­ków wezmą mój pałac sztur­mem, a mnie spalą na sto­sie, będziesz pierw­szym, któ­rego prze­pro­szę. Będziesz się mógł śmiać ostatni. Albo... wrzesz­czeć jako ostatni, bo podej­rze­wam, że upieką nas na jed­nym ogniu.

Lla­ri­mar wes­tchnął. Bóg otwo­rzył oczy i zoba­czył twarz przy­glą­da­ją­cego mu się z namy­słem kapłana. Nie zga­nił go za bez­tro­skę. Się­gnął tylko po mitrę i nało­żył ją na głowę. Był kapła­nem, bogiem był Dar Pie­śni. Nie mógł się z nim spie­rać ani zbyt żar­li­wie dys­ku­to­wać. Każdy wydany przez Powra­ca­ją­cego roz­kaz wyko­nałby bez waha­nia.

Nie­kiedy go to prze­ra­żało.

Ale nie dzi­siaj. Dziś czuł iry­ta­cję. Przy­by­cie kró­lo­wej spra­wiło, że zaczął roz­ma­wiać o poli­tyce - a przed­tem dzień toczył się tak miło.

- Jesz­cze wina! - zawo­łał Dar Pie­śni i uniósł kie­lich.

- Nie uda ci się upić, Wasza Miłość - przy­po­mniał Lla­ri­mar. - Twoje ciało jest odporne na wszel­kie tok­syny.

- Pamię­tam - przy­tak­nął Dar Pie­śni, gdy młody kapłan dole­wał mu wina - ale zaufaj mi, potra­fię się wczuć.