Rozdział 6
6
Siri wysiadła z powozu. Natychmiast zaroiło się wokół niej od służących
w błękitno-srebrnych strojach. Odprowadzono ją niemal przemocą. Siri
odwróciła się, patrząc z niepokojem na żołnierzy. Jej gwardziści ruszyli
naprzód, ale Treledees uniósł dłoń.
- Kielich pójdzie sama - oświadczył kapłan.
Siri poczuła dźgnięcie strachu. Zrozumiała, że nadeszła właściwa pora.
- Wracajcie do Idris - poleciła swym ludziom.
- Ależ moja pani... - odezwał się dowódca eskorty.
- Nie - ucięła Siri. - Już nic więcej dla mnie nie zrobicie. Wracajcie,
proszę, i przekażcie memu ojcu, że bezpiecznie dotarłam na miejsce.
Oficer spojrzał niepewnie na swych podkomendnych. Siri nie zdążyła się
przekonać, czy jej usłuchali, czy nie, służące poprowadziły ją śpiesznie
za zakręt długiego czarnego korytarza. Dziewczyna starała się nie
okazywać lęku. Przybyła do tego pałacu na własny ślub i wciąż zamierzała
wywrzeć na Królu-Bogu dobre wrażenie. Ale teraz, gdy przyszło co do
czego, była przerażona. Dlaczego nie uciekła? Dlaczego nie starała się z tego jakoś wykręcić?
Teraz jednak nie było już mowy o ucieczce. Służki prowadziły ją do serca
czarnego pałacu. Gdzieś za nią rozpływały się pozostałości jej dawnego
życia.
Została zupełnie sama.
Na ścianach wisiały szeregi lamp z kolorowego szkła. Szli mrocznymi,
wijącymi się korytarzami, i po schodach, co najmniej pięć razy.
Dziewczyna starała się zapamiętać drogę, ale wkrótce całkowicie straciła
orientację. Służba otaczała ją niczym gwardia honorowa. Same kobiety,
choć w różnym wieku. Każda miała na sobie niebieski czepek, spod którego
spływały im na plecy rozpuszczone włosy. Szły ze spuszczonymi głowami.
Ich lśniące błękitne szaty powiewały luźno, także wokół piersi. Siri
zarumieniła się, widząc głęboko wycięte dekolty. W Idris kobiety
zakrywały nawet szyje.
Czarny korytarz otworzył się wreszcie na szeroką salę. Dziewczyna
zatrzymała się niepewnie u wejścia. Kamienne ściany pomieszczenia były
co prawda czarne, ale obwieszono je rdzawobrunatnymi jedwabiami. W komnacie wszystko było rdzawobrunatne - dywany i meble, a także wanny.
Otaczała je posadzka z kafelków, która stopniowo wznosiła się aż do ich
krawędzi.
Służące zaczęły szarpać na niej ubrania, rozbierały ją. Siri odtrąciła
ich ręce. Kobiety zamarły, zaskoczone. Po chwili jednak zaatakowały ze
zdwojoną energią i dziewczyna zrozumiała, że nie ma wyjścia i musi
zacisnąć zęby i znieść wszystko, co z nią zrobią. Uniosła ręce,
pozwalając służkom zdjąć suknię i bieliznę. Poczuła, jak czerwienią się
jej włosy, wtórując zalewającemu twarz rumieńcowi. Na szczęście w pałacu
było ciepło.
Jednak i tak drżała. Zmuszono ją, by stała naga, czekając na kolejne
służące, które przyniosły ze sobą miary krawieckie. Trącały ją i szturchały, zdejmując miarę. Zmierzyły ją całą - talię, piersi, ramiona
i biodra. Gdy i to dobiegło wreszcie końca, kobiety cofnęły się i w sali
zapanowała cisza. Ze znajdującej się na środku największej wanny biły w powietrze kłęby pary. Kilka służących wskazało w tamtą stronę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Podziękowania
Podziękowania
Praca nad Rozjemcą była w wielu aspektach niezwykłym procesem -
możecie o tym przeczytać na mojej stronie. Wystarczy, jeśli powiem, że
miałem więcej czytelników alfa niż zwykle, a większość z nich znam
jedynie z nicków na moim forum. Próbowałem umieścić tu nazwiska
wszystkich, ale z pewnością kogoś pominąłem. Jeśli należysz do tych
osób, wyślij mi maila, a my spróbujemy uwzględnić cię w dodrukach.
Po pierwsze, dziękuję mojej wspaniałej żonie, Emily Sanderson, którą
poślubiłem w czasie pisania tej książki. To moja pierwsza powieść, w której tworzeniu uczestniczyła poprzez udzielanie mi informacji
zwrotnych i dawanie sugestii. Jak zawsze, mój agent Joshua Bilmes i redaktor Moshe Feder włożyli dużo pracy w ten manuskrypt, wznosząc go z poziomu Drugiego lub Trzeciego Wywyższenia do co najmniej Ósmego.
W wydawnictwie Tor kilka osób włożyło dodatkową pracę poza tym, co było
od nich wymagane. Pierwszą jest Dot Lin, specjalistka od spraw reklamy,
z którą wspaniale mi się pracowało. Dzięki, Dot! Jak zawsze na wzmiankę
zasługują niezmożone wysiłki Larry'ego Yodera, jak również doskonała
praca kierownik artystycznej wydawnictwa, Irene Gallo. Dan dos Santos
stworzył okładkę do oryginalnego wydania w twardej oprawie, a ja
sugeruję, byście zajrzeli na jego stronę i zobaczyli jego inne dzieła,
bo myślę, że jest w tej chwili jednym z najlepszych w branży. Paul
Stevens zasługuje również za podziękowanie jako mój łącznik z wydawnictwem.
W dziale szczególnych podziękowań chciałbym wymienić następujące osoby:
Joevans3, Dreamking47, Louise Simard, Jeff Creer, Megan Kauffman,
thelsdj, Megan Hutchins, Izzy Whiting, Janci Olds, Drew Olds, Karla
Bennion, Eric James Stone, Dan Wells, Isaac Stewart, Ben Olsen,
Greyhound, Demented Yam, D.Demille, Loryn, Kuntry Bumpken, Vadia,
U-boat, Tjaeden, Dragon Fly, pterath, BarbaraJ, Shir Hasirim,
Digitalbias, Spink Longfellow, amyface, Richard "Kapitan Goradel"
Gordon, Swiggly, Dawn Cawley, Drerio, David B, Mi'chelle Trammel,
Matthew R Carlin, Ollie Tabooger, John Palmer, Henrik Nyh i nierozpuszczalny Peter Ahlstrom.
Jeśli chodzi o wydanie w skórzanej oprawie z Dragonsteel, chciałbym
podziękować Peterowi Ahlstromowi za wagę, którą przywiązywał do
szczegółów. Nie tylko doskonale zajmuje się recenzowaniem i redagowaniem
tych wydań jubileuszowych, ale poświęca mnóstwo czasu składowi, by każde
słowo, zdanie i akapit wyglądały doskonale na stronie. Czyni cuda
niezależnie od okoliczności i za to jestem mu wdzięczny.
Kierownik artystyczny Isaac Stewart zaprojektował książkę, którą macie w rękach i zatrudnił utalentowaną grupę ilustratorów, by ożywili świat
Rozjemcy. Są to Ben McSweeney, Shawn Boyles, Bryan Mark Taylor, Howard
Lyon, Magali Villeneuve, Miranda Meeks i Micah Epstein. Dziękuję wam za
inspirujące i piękne wizje.
Chciałbym szczególnie podziękować Jianowi Guo i Danowi dos Santosowi za
pracę nad tym tomem. Wspaniałe inicjały Jiana Guo zaczynają każdy
rozdział i sprawiają, że wygląda jak iluminowany manuskrypt, co mnie
zachwyca.
Dan dos Santos powtarza swoją rolę jako główny ilustrator Nalthis - jego
nowe wyklejki w tym tomie to prawdziwe dzieła sztuki, a ilustracje
wewnętrzne są cudowne. Dziękuję, Dan, że nadal z nami współpracujesz.
Bill Wearne z drukarni American Print & Bindery pracował
niezmordowanie, by znaleźć właściwe materiały i procesy, by to wydanie
stało się rzeczywistością. Chcielibyśmy podziękować również wszystkim
ciężko pracującym w okopach, którzy te książki drukowali, przycinali,
kolacjonowali, zszywali, oprawiali, pakowali w folię i przygotowywali do
wysyłki. Każde z was jest bohaterem.
W końcu nie zapominajmy o ekipie, która zabiera te książki z magazynu,
pakuje je i wysyła czytelnikom, a są to: Kara Stewart, Mem Grange, Jacob
Chrisman, Lex Willhite, Michael Bateman, Hoe Deardeuff, Erika Marler i Christi Jacobsen.
Prolog
Prolog
To zabawne, pomyślał Vasher, że tak wiele historii w moim życiu zaczyna
się od tego, że wtrącają mnie do więzienia.
Trzej wartownicy zaśmiali się rubasznie i z głośnym brzękiem zamka
zatrzasnęli celę. Vasher podniósł się z podłogi i otrzepał z kurzu.
Poruszył ramieniem i skrzywił się. Dolna połowa drzwi była wykonana z twardego drewna, ale nieco wyżej widniała w nich stalowa krata, przez
którą zobaczył, jak trzej strażnicy otwierają jego worek i przeglądają
zawartość.
Jeden z nich zauważył spojrzenie Vashera. Był potężny, przerośnięty do
prawdziwie zwierzęcych rozmiarów, miał ogoloną głowę i brudny mundur, na
którym ledwie tylko można było rozpoznać jaskrawą żółć i błękit, barwy
straży miejskiej T'Telir.
Te jasne, intensywne barwy, przemknęło Vasherowi przez głowę. Znów muszę
się do nich przyzwyczaić. W każdym innym mieście, w dowolnym innym
królestwie, aż tak żywe kolory wyglądałyby na żołnierzach niedorzecznie.
Teraz jednak był w Hallandren, w Krainie Bogów, którzy Powrócili, ziemi
Nieżywych, badań nad BioChromą i - oczywiście - kolorów.
Barczysty strażnik zostawił zabawę rzeczami Vashera towarzyszom i podszedł do celi.
- Mówią, że niezły z ciebie twardziel - zagaił, mierząc więźnia
spojrzeniem.
Vasher nie zareagował.
- Karczmarz twierdzi, że sam jeden pokonałeś dwudziestu chłopa -
wartownik podrapał się po brodzie. - Na moje oko nie wyglądasz na
takiego. Tak czy inaczej, powinieneś wiedzieć, że na kapłana nie wolno
podnosić ręki. Wszyscy pozostali spędzą noc w ciupie. Ale ty, no cóż...
zawiśniesz. Bezbarwny głupcze.
Vasher odwrócił się od drzwi. Cela była urządzona jak wszystkie inne,
które widział w życiu. Bez polotu. Światło wpadało do środka przez
cienką szczelinę otwierającą się u góry jednej ze ścian. Porośnięte
mchem mury ociekały wodą. W kącie leżało naręcze przegniłej słomy.
- Ignorujesz mnie? - rzucił strażnik i podszedł bliżej kraty.
Barwy na jego mundurze nabrały intensywności, jakby nagle go zalało
mocniejsze światło. Zmiana jednak nie była wyraźna. Vasherowi nie
pozostało wiele Oddechów, więc jego aura nie wpływała zbyt silnie na
kolory otaczających go przedmiotów. Wartownik nic nie zauważył -
podobnie, jak nie zwrócił uwagi na to zjawisko w karczmie, w której
razem z kolegami zgarnął Vashera z podłogi, po czym razem wrzucili go do
swojego wózka. Zmiana intensywności barw była na tyle słaba, że
wyłowienie jej okiem przeciętnego człowieka graniczyło z niemożliwością.
- A to co znowu? - odezwał się jeden z mężczyzn przetrząsających worek.
Vasherowi od zawsze wydawało się niezwykle ciekawe, że faceci strzegący
lochów okazywali się zazwyczaj równie źli lub nawet gorsi od tych,
których pilnowali. Istniała oczywiście możliwość, że był to element
większego planu. Społeczeństwu jako całości nie sprawiało różnicy, czy
tego pokroju ludzie siedzą w celach, czy poza nimi, byle tylko tkwili w więzieniach, z dala od uczciwych ludzi.
O ile ci ostatni w ogóle istnieją.
Strażnik wyciągnął z worka Vashera długi, owinięty w białą lnianą
płachtę przedmiot. Odwinął go i aż zagwizdał ze zdumienia. Spod
materiału wyjrzał smukły miecz o wąskim ostrzu, ukryty w srebrnej
pochwie. Rękojeść była jednolicie czarna.
- Jak myślicie, komu on to ukradł?
Dowódca wartowników obrzucił więźnia uważnym spojrzeniem, prawdopodobnie
zastanawiając się, czy ma do czynienia z arystokratą. W samym Hallandren
arystokracja nie istniała, ale w wielu sąsiednich królestwach aż się
roiło od lordów i szlachetnie urodzonych dam. Tylko jaki lord
paradowałby po T'Telir w znoszonym brązowym płaszczu, z niechlujną brodą
i butach noszących ślady wieloletnich wędrówek? Strażnik odwrócił się
wreszcie, zapewne dochodząc do wniosku, że Vasher nie jest lordem.
Miał rację. I jednocześnie bardzo się mylił.
- Pokaż mi to - rzucił dowódca i odebrał koledze miecz. Mruknął cicho,
wyraźnie zaskoczony, że ostrze było tak lekkie. Obrócił broń w dłoni i zauważył zatrzask zabezpieczający klingę przed wysunięciem z pochwy.
Otworzył go.
Barwy w pomieszczeniu nabrały głębi i wyrazu. Nie stały się jaśniejsze -
nie w ten sposób, w jaki pojaskrawiały kolory na kamizelce wartownika,
kiedy podszedł do celi Vashera. Zrobiły się po prostu silniejsze.
Ciemniejsze. Czerwienie przeobraziły się w karmazynowe plamy. Żółć
zhardziała i przemieniła się w złoto. Błękity zbliżyły się do odcieni
granatu.
- Ostrożnie, przyjacielu - przestrzegł Vasher. - Ta zabawka potrafi być
niebezpieczna.
Strażnik podniósł wzrok. Zawahał się, po czym prychnął niewyraźnie pod
nosem i odszedł od celi, nie wypuszczając miecza z dłoni. Pozostała
dwójka wartowników zabrała ze sobą worek i ruszyli korytarzem za
dowódcą. Zniknęli w wartowni.
Rozległ się trzask zamykanych drzwi. Vasher natychmiast uklęknął przy
stercie słomy, z której wybrał kilka mocnych i długich ździebeł. Ze
swojego płaszcza - który u dołu zaczynał się miejscami pruć - wysnuł
kilka nici i związał słomę na kształt niewielkiej, wysokiej może na trzy
cale figurki o prostych ramionach i nogach. Wyrwał sobie włos i przyłożył do głowy słomianego człowieczka, po czym sięgnął do buta i wyciągnął z cholewy wspaniały, czerwony szal.
Uwolnił swój Oddech.
Wypłynął z niego - rozchodząc się, rosnąc w powietrzu, przejrzysty, choć
jednocześnie lśniący, przypominający nieco oświetloną słonecznymi
promieniami plamę oliwy, rozlewającą się na powierzchni wody. Vasher
wyraźnie czuł, jak opuszcza jego ciało: BioChromatyczny Oddech, jak
nazywali go uczeni. Większość ludzi mówiła po prostu Oddech. Każdy takim
dysponował. Przynajmniej w większości wypadków - jedna osoba, jeden
Oddech.
Vasher miał ich około pięćdziesięciu, co stanowiło liczbę ledwie
pozwalającą mu osiągnąć poziom Pierwszego Wywyższenia. Teraz, z tak
niewieloma Oddechami czuł się ubogi w porównaniu z ilością, jaką miał do
dyspozycji dawniej, choć wielu innych uznałoby posiadanie pięćdziesięciu
za wielki skarb. Niestety, nawet proste Przebudzenie niewielkiej figurki
sporządzonej z organicznego materiału - z wykorzystaniem części własnego
ciała jako ogniska - wyczerpało około połowy jego Oddechów.
Mały, słomiany ludzik drgnął i zaczął wchłaniać w siebie BioChromę.
Połowa trzymanego przez Vashera czerwonego szala spłowiała, stała się
szara. Vasher pochylił się - skupił na poleceniu, które zamierzał wydać
figurce - i dokończył całości, wypowiadając Rozkaz.
- Przynieś klucze - rzucił wyraźnie.
Ludzik wstał i unosząc jedyną brew, spojrzał na swego twórcę.
Vasher wskazał palcem na wartownię, z której dobiegły go zaskoczone
okrzyki.
Nie zostało mi już wiele czasu, pomyślał.
Figurka rozpędziła się po posadzce celi, wybiła w powietrze i wyskoczyła
na zewnątrz pomiędzy prętami zakratowanego okienka w drzwiach. Vasher
zdjął płaszcz i rozłożył go na podłodze. Materiał był skrojony na
kształt ludzkiego ciała - poznaczonego teraz rozcięciami pasującymi do
blizn na ciele właściciela. Otwory w kapturze odpowiadały oczom Vashera.
Im bardziej materiał przypominał człowieka, tym mniej Oddechów potrzeba
było do jego Przebudzenia.
Vasher pochylił się i próbował nie przypominać sobie czasów, kiedy miał
tyle Oddechów, by nie przejmować się kształtem czy skupieniem przy
Przebudzeniu. To było bardzo dawno temu. Skrzywił się, wyrwał z głowy
jeszcze jeden włos i przytknął go do kaptura.
Znów wypuścił BioChromę.
Ta czynność wyczerpała wszystkie jego pozostałe Oddechy. Płaszcz
zadrżał, szal stał się już zupełnie szary - sam Vasher poczuł się...
bezbarwny. Utrata Oddechu nie była śmiertelna. Co więcej, dodatkowe
Oddechy, z których właśnie skorzystał, też kiedyś należały do innych
ludzi. Vasher nie miał pojęcia kim byli; nie zebrał tej BioChromy
samodzielnie. Dostał ją. Jak zawsze. Oddechu nie można było nikomu
odebrać przemocą.
A jednak utrata BioChromy zmieniła sposób, w jaki postrzegał świat.
Barwy nie wydawały się już tak jaskrawe. Przestał wyczuwać tłumy
przechadzających się ludzi w mieście leżącym powyżej, co zazwyczaj było
dlań stanem normalnym. Była to ta sama świadomość obecności innego
człowieka, jaką odczuwają wszyscy - taka jak ostrzegawcze przeczucie,
które otrzymujemy we śnie, gdy ktoś wchodzi do pokoju. Tego rodzaju
zmysł Vasher miał zwykle pięćdziesiąt razy silniejszy.
A teraz go stracił. Wraz z Oddechem wessanym przez słomianą figurkę i płaszcz, udzielającym im siły.
Płaszcz zadrżał. Vasher się pochylił.
- Chroń mnie - Rozkazał i płaszcz znieruchomiał. Vasher wstał i włożył
go na powrót.
Pod celą pojawił się słomiany człowieczek. Niósł ze sobą wielkie koło z kluczami. Nogi figurki były splamione czerwienią. Szkarłatna barwa krwi
wydawała się teraz Vasherowi niecodziennie przytłumiona.
Zabrał klucze.
- Dziękuję - powiedział.
Zawsze im dziękował. Nie wiedział dlaczego, zwłaszcza że chwilę potem
zrobił coś jeszcze.
- Twój Oddech do mnie - Rozkazał i dotknął piersi słomianego ludzika,
który pozbawiony życia natychmiast padł na podłogę.
Vasher odzyskał swój Oddech. Znajomy zmysł świadomości obecności innych,
powrócił, wraz z wrażeniem bycia połączonym, dopasowanym do świata.
Oddech mógł odebrać figurce jedynie dlatego, iż sam ją stworzył, sam ją
Przebudził. Przebudzeń tego rodzaju rzadko dokonywało się na stałe.
Najczęściej oddawał swoją BioChromę przedmiotom, a potem ją odbierał.
Jeśli wziąć pod uwagę potęgę, jaką dysponował kiedyś, dwadzieścia pięć
Oddechów stanowiło śmiechu wartą liczbę. Niemniej w porównaniu z niczym,
wydawało się niezmiernym skarbem. Zadrżał z emocji, jakie towarzyszyły
przyjęciu BioChromy.
Krzyki z wartowni umilkły. W lochu zapadła cisza. Wiedział, że musi
działać szybko.
Vasher przełożył rękę przez kraty i przekręcił klucz w zamku. Pchnął
grube drzwi i szybko wyszedł na korytarz, zostawiając za sobą zapomnianą
figurkę. Nie udał się do wartowni - ani do widniejącego za nią wyjścia -
skręcił na południe, zmierzając w głąb lochu.
Ta część jego planu była obarczona największym stopniem ryzyka.
Odnalezienie tawerny uczęszczanej przez kapłanów Opalizujących Odcieni
okazało się proste. Sprowokowanie karczemnej burdy - i zaatakowanie
wspomnianego przez strażnika kapłana - było równie łatwe. W Halladren
osoby duchowne traktowano bardzo poważnie, przez co Vasher nie trafił do
podrzędnego aresztu, ale zasłużył sobie na wycieczkę do lochu
Króla-Boga.
Gatunek ludzi, jakich przeznaczano do pilnowania więźniów znał na tyle
dobrze, że był niemal pewien, że spróbują wyciągnąć Krew Nocy z pochwy.
A tego właśnie potrzebował, by odwrócić ich uwagę i zdobyć klucze.
Teraz jednak czekała go niemożliwa do przewidzenia część planu.
Zatrzymał się. Przebudzony płaszcz cicho szeleścił. Odszukanie właściwej
celi nie było trudne - większa część otaczających ją kamiennych murów
była wyprana z kolorów. Zarówno drzwi, jak i ściany pokrywała mdła
szarość. W takich miejscach trzymano Rozbudzających - brak koloru
wykluczał możliwość dokonania Przebudzenia. Vasher podszedł do celi i zajrzał do środka. Pod sufitem kołysał się zawieszony za ręce mężczyzna.
Nagi i skuty łańcuchami. Jego opalenizna wydawała się Vasherowi
niezwykle intensywna, sińce na ciele wyglądały jak jaskrawe plamy
fioletu i błękitu.
Więzień był zakneblowany. Kolejne zabezpieczenie. Aby przeprowadzić
udane Przebudzenie, potrzebne były trzy rzeczy: Oddech, barwa i Rozkaz.
Niektórzy zwali to Harmoniką i Odcieniami. Opalizujące Odcienie,
wzajemna relacja pomiędzy dźwiękiem i barwą. Rozkaz należało
wypowiedzieć głośno i wyraźnie w ojczystym języku Rozbudzającego -
wszelkie zająknięcia lub niestarannie wyartykułowany dźwięk udaremniłyby
Przebudzenie. Oddech wydostałby się na zewnątrz, lecz przedmiot
pozostałby martwy.
Vasher otworzył celę kluczem z kółka i wszedł do środka. Gdy zbliżył się
do więźnia, aura wiszącego rozjaśniła kolory jego stroju. Tak silną aurę
dostrzegłby każdy, choć dla człowieka, który dostąpił Pierwszego
Wywyższenia było to jeszcze łatwiejsze.
Nie była to najmocniejsza BioChromatyczna aura, jaką Vasher widział w swym życiu - silniejsze należały do Powracających, czczonych w Hallandren jak bogowie. Niemniej BioChroma wiszącego robiła duże
wrażenie i była o wiele silniejsza niż ta, która otaczała Vashera.
Więzień dysponował wieloma Oddechami. Setkami setek Oddechów.
Wisiał, delikatnie kołysząc się na łańcuchach. Przyglądał się Vasherowi.
Zakneblowane usta krwawiły wskutek odwodnienia. Vasher wahał się tylko
przez chwilę, po czym wyciągnął rękę i wyjął knebel z ust mężczyzny.
- Ty... - szepnął więzień i zakaszlał. - Przyszedłeś mnie uwolnić?
- Nie, Vahr - odpowiedział cicho Vasher. - Przyszedłem, żeby cię zabić.
Vahr prychnął. Niewola odbiła się na nim mocnym piętnem. Gdy Vasher
widział go ostatnio, wydawał się o wiele bardziej mięsisty. Sądząc po
jego wychudłym wysuszonym ciele musiał być przez dłuższy czas
przetrzymywany o głodzie. Całe jego ciało pokrywały świeże rany, sińce i oparzenia. Zarówno cierpienie, jak i niepokój w podkrążonych oczach
Vahra świadczyły o jego poważnym stanie. Oddech można było przekazać
jedynie dobrowolnie, za pomocą świadomie wydanego Rozkazu. Nikt jednak
nie powiedział, że nie można kogoś do wydania takiego Rozkazu
odpowiednio zachęcić.
- A więc - wychrypiał więzień - osądziłeś mnie. Tak samo jak wszyscy.
- Nie interesuje mnie twój nieudany bunt. Chcę od ciebie tylko Oddechu.
- Ty i cały dwór Hallandren.
- Owszem. Ale nie oddasz go jednemu z Powracających. Przekażesz go mnie.
W zamian za to, że cię zabiję.
- To raczej kiepski interes. - W głosie Vahra zabrzmiała wyzuta z emocji
hardość, której Vasher nie słyszał, kiedy się ostatnio spotkali.
To dziwne, przemknęło mu przez myśl, że wreszcie, po tym wszystkim,
dostrzegłem w nim coś, z czym potrafię się identyfikować.
Vasher trzymał się od Vahra na bezpieczną odległość. Teraz, kiedy
więzień mógł już mówić, był też w stanie wydawać Rozkazy. Choć z drugiej
strony dotykał jedynie metalowych łańcuchów, a metal niełatwo było
Przebudzić. Nigdy nie był żywy, a kajdany były dalekie kształtem od
człowieka. Nawet u szczytu swej mocy, Vasherowi udało się Przebudzić
metal jedynie kilka razy. Oczywiście bardzo potężni Rozbudzający
potrafili budzić przedmioty, których nie dotykali, a które znajdowały
się w zasięgu ich głosu. To jednak wymagało Dziewiątego Wywyższenia, a tylu Oddechów nie posiadał nawet Vahr. Co więcej, Vasher wiedział o tylko jednej osobie, która miała ich wystarczająco wiele: sam Król-Bóg.
Najprawdopodobniej zatem był bezpieczny. Vahr dysponował olbrzymią
liczbą Oddechów, ale nie miał czego Przebudzić. Vasher spokojnie okrążył
wiszącego. Nie potrafił wzbudzić w sobie ani cienia współczucia dla
więźnia. Vahr zasłużył na ten los. Kapłani nie chcieli pozwolić mu
umrzeć. Miał w sobie zbyt wiele Oddechów. Gdyby zginął, całe to bogactwo
odeszłoby wraz z nim. Na zawsze i nieodwracalnie.
I nawet władcy Hallandren - w którym panowały bardzo surowe prawa
dotyczące przekazywania i sprzedaży Oddechów - nie chcieli zmarnować
takiego skarbu. Pragnęli tej BioChromy do tego stopnia, że odłożyli
nawet egzekucję tak znanego przestępcy, jakim był Vahr. Teraz było
jednak zupełnie możliwe, że wkrótce zaczną żałować, iż nie pozostawili
przy nim silniejszej straży.
A Vasher czekał na podobną okazję od dwóch lat.
- No więc? - spytał Vahr.
- Daj mi Oddech, Vahr - rzucił Vasher i zbliżył się o krok.
Vahr mruknął coś pod nosem i powiedział:
- Wątpię, żebyś był równie zdolny jak kaci Króla-Boga, Vasher, a im
opieram się już od dwóch tygodni.
- Zdziwiłbyś się. Ale to nie ma znaczenia. Oddasz mi swój Oddech. Wiesz,
że masz tylko dwie możliwości. Albo dostanę go ja, albo dostaną go oni.
Vahr wisiał na łańcuchach. Obracał się wolno. Milczał.
- Nie masz wiele czasu do namysłu - podjął Vasher. - W każdej chwili
ktoś może znaleźć martwych wartowników. Podniosą alarm. Zostawię cię
tutaj i znów poddadzą cię torturom i kiedyś w końcu złamią. I cała twoja
moc przejdzie na własność ludzi, których przysięgałeś zniszczyć.
Vahr wpatrywał się w podłogę. Vasher pozwolił mu się zastanawiać przez
kilka chwil w ciszy, obserwował, jak do więźnia dociera prawdziwy obraz
sytuacji. Wreszcie Vahr uniósł wzrok na Vashera.
- Ta... rzecz, którą nosisz. Jest tu? W mieście?
Vasher skinął głową.
- Te wrzaski sprzed chwili? To ona je spowodowała?
Vasher skinął raz jeszcze.
- Jak długo zostaniesz w T'Telir?
- Jakiś czas. Może rok.
- Użyjesz tego przeciwko nim?
- To, co zrobię, to moja sprawa, Vahr. Dobijemy targu czy nie? Szybka
śmierć w zamian za twój Oddech. Mogę obiecać ci jedno. Twoi wrogowie go
nie dostaną.
Vahr umilkł.
- Jest twój - powiedział wreszcie.
Vasher wyciągnął rękę i dotknął dłonią czoła więźnia - uważał przy tym,
by nie dotknąć ciała Vahra żadną częścią swego stroju, z którego Vahr
mógłby zaczerpnąć potrzebny do Przebudzenia kolor.
Vahr przestał się ruszać. Wyglądał na zupełnie zrezygnowanego. Po
chwili, gdy Vasher zaczynał się już niepokoić, że więzień zmienił
zdanie, ten uwolnił swoją BioChromę. Opuściły go barwy. Piękna
Opalizacja, aura, która sprawiała, że mimo ran i siniaków wyglądał
majestatycznie, wypłynęła z jego ust i zawisła w powietrzu, migocząc jak
poranna mgła. Vasher zamknął oczy i wchłonął ją w siebie.
- Moje życie do twojego - rozkazał Vahr. W jego głosie zamajaczyła
rozpacz. - Mój Oddech staje się twoim.
Oddech wpłynął w Vashera i wszystko znów stało się jaskrawe i żywe.
Brązowy płaszcz nabrał głębi, nasyciły go kolory. Krew na podłodze stała
się intensywnie czerwona, płonęła niczym ogień. Nawet skóra Vahra
wydawała się teraz malarskim arcydziełem - jej powierzchnia, poznaczona
czarnymi włosami, błękitnymi otarciami i czerwonymi ranami. Wiele lat
upłynęło od ostatniego razu, kiedy Vasher doświadczył tak głębokiego
poczucia... życia.
Jęknął i osunął się na kolana, czując przepełniającą go energię. Żeby
nie upaść na kamienną podłogę, musiał podeprzeć się ręką. Jak mogłem bez
tego żyć? - pomyślał.
Zdawał sobie sprawę, że tak naprawdę jego zmysły nie wyostrzyły się ani
trochę, stał się po prostu o wiele bardziej świadomy i uważny.
Uwrażliwiony. Docierało do niego potężne piękno doznań. Gdy dotknął
kamienia, zachwycił się jego szorstką fakturą. A szum wiatru dolatujący
przez wąskie okno więzienia? Czy zawsze był tak melodyjny? Jak mógł tego
nie słyszeć?
- Dotrzymaj swojej części umowy - powiedział Vahr.
Vasher docenił dźwięk jego głosu, piękno każdej głoski, ich wewnętrzną
harmonię. Uzyskał słuch doskonały. Był to dar dla każdego, kto osiągał
Drugie Wywyższenie. Dobrze będzie znów z nim żyć.
Oczywiście, gdyby chciał, mógł w każdej chwili osiągnąć nawet i Piąte
Wywyższenie, ale wymagało to kilku ofiar, których nie chciał ponosić.
Zmuszał się więc, by zrobić to w staromodny sposób, zbierając Oddechy od
ludzi takich jak Vahr.
Podniósł się i wyciągnął odbarwiony szal, z którego skorzystał przedtem.
Zarzucił go na szyję Vahra i wypuścił BioChromę.
Nie bawił się w nadawanie materiałowi ludzkiego kształtu, nie musiał też
używać własnych włosów czy skóry w charakterze ogniska - musiał jednak
zaczerpnąć koloru ze swojej koszuli.
Spojrzał w pełne rezygnacji oczy więźnia.
- Dusić rzeczy - rozkazał Vasher, dotykając drgającego szala.
Materiał skręcił się natychmiast, wykorzystując przy tym dużą - choć
teraz już nieistotną - liczbę Oddechów. Owinął się wokół szyi Vahra i zacisnął, dławiąc ofiarę. Vahr nie walczył, nawet nie jęknął. Po prostu
patrzył nienawistnie na Vashera, aż oczy wyszły mu z orbit, i umarł.
Nienawiść. W swoim czasie Vasher zaznał jej wiele. Wyciągnął rękę i odzyskał Oddech z szala, po czym zostawił w celi kołyszące się ciało
więźnia. Cicho przeszedł przez loch, wciąż podziwiając barwę drewna i kamieni. Po kilku chwilach zauważył w korytarzu nowy kolor. Czerwień.
Ominął kałużę krwi, która ciekła po nierównej podłodze lochu, i wszedł
do wartowni. Trzej strażnicy już nie żyli. Jeden z nich siedział na
krześle. Krew Nocy, wciąż w ostro zakończonej pochwie, tkwił w piersi
trupa. Spod srebra było widać mniej więcej cal czarnego ostrza.
Vasher ostrożnie wsunął broń do pochwy i zapiął zatrzask.
Sprawiłem się dziś bardzo dobrze - rozległo się w jego myślach.
Nie odpowiedział.
Zabiłem ich wszystkich - ciągnął Krew Nocy. Nie jesteś ze mnie
dumny?
Przyzwyczajony do niecodziennego ciężaru ostrza Vasher podniósł broń
jedną ręką. Zabrał też swą torbę i zarzucił ją na ramię.
Wiedziałem, że będziesz zachwycony, dodał z zadowoleniem miecz.
Rozdział 1
1
Bycie osobą nieważną wiązało się z wieloma korzyściami.
Rzecz jasna, jeśli wziąć pod uwagę standardy większości ludzi, Siri
wcale nie była nieważna - była przecież córką króla. Na szczęście jednak
jej ojciec miał aż czworo dzieci, a siedemnastoletnia Siri była spośród
nich najmłodsza. Fafen, starsza od Siri, wypełniła rodowy obowiązek i została mniszką. Następny w kolejności był Ridger, chłopak starszy z kolei od Fafen, najstarszy syn władcy. Dziedzic tronu.
No i była jeszcze Vivenna. Siri westchnęła i zawróciła ścieżką do
miasta. Vivenna, pierworodna króla była... no cóż... była Vivenną.
Piękna, wytworna, idealna niemal pod każdym względem. Co także stanowiło
szczęśliwy zbieg okoliczności, zwłaszcza że to jej ręka została obiecana
bogu. Tak czy inaczej, Siri jako czwarte dziecko króla była raczej
zbędna. Vivenna i Ridger musieli się skupiać na nauce; Fafen ciężko
pracowała, pomagając innym w domach i na pastwiskach. Siri jednak
uniknęła tego wszystkiego, ponieważ była nieważna. Co między innymi
oznaczało, że mogła znikać w górach na całe godziny.
Oczywiście za każdym razem ktoś to w końcu zauważał i miała przez te
swoje wycieczki bezustanne kłopoty, ale nawet jej ojciec musiał
przyznać, że zniknięcia córki nikomu nie przysparzały większych
problemów. Miasto pod jej nieobecność nie cierpiało - co więcej,
wydawało się, że bez Siri ma się nieco lepiej.
Nieważność. Dla kogoś innego stanowiłaby obrazę i dyshonor. Dla Siri
była błogosławieństwem.
Uśmiechnęła się i przeszła przez bramę. W nieunikniony sposób od razu
przyciągnęła ludzkie spojrzenia. Bevalis było co prawda największym
miastem i stolicą Idris, ale nie było szczególnie wielkie i wszyscy
mieszkańcy wiedzieli, kim dziewczyna jest. Sądząc po zasłyszanych od
wędrowców opowieściach, jej rodzinne Bevalis było ledwie wsią w porównaniu z olbrzymimi metropoliami, jakie rozkwitały w innych
królestwach.
Jej się jednak bardzo podobało, lubiła jego błotniste ulice, kryte
strzechą chaty i te nudne - choć solidne - kamienne mury. Kobiety
goniące uciekające gęsi, mężczyzn szarpiących się z osłami ciągnącymi
wozy wypełnione wiosennymi zbiorami. Dzieci prowadzące stada owiec na
hale. Możliwe, że wspaniałe miasta w Xace, Hudres, czy nawet Hallandren,
oferowały egzotyczne widoki, ale były jednocześnie pełne obcych twarzy,
rozkrzyczanych, przepychających się tłumów i wyniosłych arystokratów. To
by się Siri nie podobało; w zasadzie nawet Bevalis wydawało się jej
trochę zbyt rojne.
Niemniej, pomyślała przyglądając się swojej prostej i praktycznej szarej
sukience, założę się, że w tamtych miastach mają więcej kolorów. I to
akurat mogłabym chyba polubić.
W barwnym miejscu nie wyróżniałaby się tak bardzo odcieniem swych
włosów. Jej długie loki, jak zwykle podczas wycieczki na pola,
pojaśniały z radości. Skupiła się, próbując je opanować, ale jedyne, co
była w stanie osiągnąć, to mdły brąz. A gdy rozproszyła uwagę, fryzura
natychmiast znów przybrała piękną jasną barwę. Nigdy nie nauczyła się
nad nimi panować. W odróżnieniu od Vivenny.
W miarę jak szła przez miasto, zbierał się za nią niewielki pochód.
Udawała, że nie zauważa dzieci, do chwili, gdy jedno z nich zebrało się
na odwagę, podbiegło i pociągnęło ją za sukienkę. Dziewczyna odwróciła
się z uśmiechem. Maluchy popatrzyły na nią niezwykle poważnie. Wszyscy w Idris byli od dziecka uczeni, by opanowywać wstydliwe, raptowne wybuchy
emocji. Doktryna Austre nie uznawała uczuć za coś złego, niemniej,
srodze ganiła pretensjonalne zwracanie na siebie uwagi przez publiczne
ich okazywanie.
Siri nie była szczególnie pobożna. Uważała, że to nie jej wina, skoro
Austre tworząc jej duszę, obdarzył ją jednocześnie całkowitą
niezdolnością do posłuszeństwa. Dzieci cierpliwie czekały, a dziewczyna
sięgnęła do fartucha, z którego wydostała kilka jaskrawo ubarwionych
kwiatów. Oczy maluchów otworzyły się szeroko i wpatrzyły w wibrujące,
rozedrgane kolory płatków. Trzy kielichy były niebieskie, jeden żółty.
Wszystkie kwiaty odcinały się wyraźnie od wszechogarniającej szarości
miasta. Poza kolorami skóry i oczu mieszkańców, Bevalis było całkowicie
bezbarwne. Kamienne ściany bielono wapnem, stroje starannie spierano do
szarości lub nudnego beżu. Wszystko po to, by trzymać kolory z daleka.
A to dlatego, że bez kolorów nie było Rozbudzających.
Mała dziewczynka, która wcześniej szarpnęła za sukienkę, chwyciła kwiaty
i umknęła wraz z innymi dziećmi. Siri zauważyła naganne spojrzenia
kilkorga przechodniów. Nikt jednak nie powiedział jej słowa. Bycie
księżniczką - nawet zupełnie nieważną - miało jednak parę zalet.
Ruszyła dalej w stronę pałacu. Niski jednopiętrowy budynek z przestronnym dziedzińcem o ubitej ziemi. Siri ominęła tłumy handlujących
przy głównej bramie ludzi, okrążyła pałac i weszła do kuchni. Mab,
kuchenna posługaczka, na dźwięk otwieranych drzwi przestała śpiewać i przyjrzała się dziewczynie uważnie.
- Ojciec cię szukał, dziecko - powiedziała, po czym odwróciła się i nucąc pod nosem, zaatakowała nożem kilka cebul.
- Można się było tego spodziewać. - Siri podeszła bliżej i powąchała
zawartość garnka. Wyczuła woń gotujących się ziemniaków.
- Znów poszłaś w góry, prawda? Uciekłaś z lekcji.
Dziewczyna się uśmiechnęła i wyciągnęła z kieszeni jeszcze jeden żółty
kwiatek. Obróciła go w palcach.
Mab wywróciła oczyma.
- I znów niszczysz miasto. Naprawdę, dziewczyno, w twoim wieku takie
rzeczy nie przystoją. Już ojciec się z tobą rozmówi. Nie podoba mu się,
że unikasz swych obowiązków.
- Lubię słowa - odparła Siri rezolutnie - i zawsze uczę się kilku
nowych, kiedy ojciec na mnie krzyczy. A przecież nie powinnam
zaniedbywać edukacji, prawda?
Mab prychnęła, poszatkowała kilka kiszonych ogórków i zmieszała je z cebulą.
- Szczerze mówiąc, Mab - ciągnęła Siri, bawiąc się kwiatkiem i czując,
jak jej włosy przybierają nieco rudawy odcień - nie rozumiem w czym
problem. To przecież Austre stworzył kwiaty, nie mam racji? I to on
nadał im barwy, więc nie może w nich być nic złego. W końcu sami
nazywamy go Bogiem Kolorów!
- Kwiaty nie są złe - odparła Mab, dodając do potrawy czegoś, co
wyglądało na trawę - ale tylko wtedy, jeśli zostawia się je tam, gdzie
umieścił je Austre. Nie powinniśmy wykorzystywać jego piękna po to, żeby
samemu wydawać się ważniejszymi.
- Przez kwiaty wcale nie wydaję się ważniejsza.
- Czyżby? - rzuciła Mab i cisnęła trawę, ogórki i cebulę do garnka z wrzącą wodą. Uderzyła ściankę naczynia płazem noża, posłuchała, skinęła
głową i w poszukiwaniu kolejnych warzyw zanurkowała pod blat. - Sama
powiedz - ciągnęła stłumionym głosem - czy naprawdę uważasz, że
paradując po Bevalis z kwiatem w dłoni, nie zwracasz na siebie uwagi?
- Ale tylko dlatego, że to miasto jest takie ponure. Gdyby wokół było
więcej barw, nikt nie zauważyłby jednego małego kwiatka.
Mab wyprostowała się, dźwigając w rękach pudło pełne różnorakich bulw.
- Wolałabyś, żebyśmy ozdobili nasze miasto jak Hallandren? Może
powinniśmy też zacząć zapraszać do siebie Rozbudzających? Co ty na to?
Te diabły wysysają dusze dzieciom i duszą ludzi ich własnymi ubraniami.
Trzeba ci też wiedzieć, że wskrzeszają umarłych i wykorzystują ich jako
tanią siłę roboczą. Nie mówiąc o tym, że składają na swoich heretyckich
ołtarzach ofiary z kobiet.
Siri poczuła, jak jej włosy bieleją lekko na skutek ogarniającego ją
niepokoju. Przestańcie! - pomyślała. Jej fryzura żyła własnym życiem i reagowała na emocje w niekontrolowany sposób.
- Historie z poświęcaniem dziewic są wyssane z palca - stwierdziła
dziewczyna. - Oni tego wcale nie robią.
- Bez powodu nikt by tego nie powtarzał.
- Moim zdaniem wymyślają je stare kobiety, grzejące zimą przy ogniu
swoje kości. Nie sądzę, żebyśmy musieli się aż tak bać. Niech sobie ci z Hallandren robią, co im się żywnie podoba, przynajmniej dopóki
zostawiają nas w spokoju.
Mab, nie podnosząc wzroku, siekała warzywa.
- Podpiszemy nowy traktat, Mab - dodała Siri. - Ojciec i Vivenna
dopilnują naszego bezpieczeństwa, a Hallandren nic nam nie zrobi.
- A jeśli nie?
- Zobaczysz. Nie ma się czym martwić.
- Mają silniejszą armię - zauważyła Mab, siekając korzeń vanavel. -
Lepszą stal, więcej jedzenia i te... te rzeczy. Ludzie się niepokoją.
Może nie ty, ale ci rozsądniejsi, owszem.
Trudno było tak od razu zaprzeczyć słowom kucharki. Mab, poza wyjątkowym
instynktem do gotowania rosołów i mieszania przypraw, dysponowała
swoistą mądrością. Z drugiej jednak strony stanowczo zbyt często
zrzędziła.
- Zamartwiasz się bez potrzeby, Mab, przekonasz się.
- Mówię tylko, że to nie jest czas na to, żeby księżniczka biegała po
mieście z kwiatami, ani żeby się wyróżniała, ściągając na siebie gniew
Austre.
Siri westchnęła.
- No dobrze - powiedziała i cisnęła ostatni kwiatek do garnka z potrawką. - Teraz wyróżnimy się wszyscy.
Mab zmartwiała, po czym wzniosła oczy ku niebu, nie przerywając
szatkowania warzyw.
- To był kwiat vanavel?
- Oczywiście - odpowiedziała dziewczyna i powąchała unoszącą się nad
garnkiem parę. - Przecież nie zniszczyłabym czegoś tak smacznego. I wciąż uważam, że przesadzasz.
Mab pociągnęła nosem.
- Masz - rzuciła, podając księżniczce drugi nóż. - Przydaj się do
czegoś. Ktoś musi to wszystko posiekać.
- A nie powinnam iść do ojca? - spytała Siri, łapiąc za gruby i nierówny
korzeń vanavel. Zaczęła szatkować.
- Przecież on i tak za karę odeśle cię do kuchni i każe ze mną pracować
- stwierdziła Mab i znów uderzyła w garnek nożem. Od zawsze uważała, że
potrafi stwierdzić po dźwięku naczynia, kiedy potrawa jest gotowa.
- Austre, dopomóż, jeśli ojciec się kiedyś dowie, że ja to lubię.
- Ty po prostu lubisz być blisko jedzenia - rzuciła Mab. Wyłowiła z garnka kwiat i cisnęła go na bok. - Tak czy inaczej, nie możesz się
teraz z nim widzieć. Naradza się z Yardą.
Siri nie zareagowała, nie przerywała pracy. Włosy jednak pojaśniały jej
z emocji. Narady ojca z Yardą zwykle ciągną się godzinami, pomyślała.
Nie ma sensu czekać, aż skończy...
Mab odwróciła się, sięgając po coś ze stołu, a gdy ponownie stanęła
przed blatem, Siri była już za drzwiami i biegła ku stajniom. Kilka
minut potem odjechała z pałacu galopem, w swym ulubionym brązowym
płaszczu. Czuła upojne emocje. Jej włosy znów przybrały złocisty odcień.
Szybka przejażdżka to doskonały sposób na zwieńczenie dnia.
W końcu i tak przecież zostanie ukarana.
***
Dedelin, król Idris, odłożył list na stół. Czytał go już zbyt wiele
razy. Nadeszła pora, by wreszcie podjął decyzję, czy posłać swą
najstarszą córkę na śmierć.
Mimo że wiosna rozpoczęła się już jakiś czas temu, w pomieszczeniu wciąż
było chłodno. Na wyżynach Idris ciepło nie było częstym gościem; wszyscy
go pragnęli i cieszyli się z jego nadejścia, ponieważ lato zazwyczaj
trwało tu krótko. Komnaty pałacu były bardzo skąpo umeblowane. W prostocie kryło się piękno. I nawet król Idris nie miał prawa pokazywać
ostentacyjnej arogancji ani pretensjonalności.
Dedelin wstał z miejsca i wyjrzał przez okno na dziedziniec. Według
światowych standardów jego pałac był mały - miał tylko jedno piętro,
spadzisty drewniany dach i niskie kamienne ściany. Jak na panujące w Idris warunki był jednak duży i niebezpiecznie graniczył z luksusem. To
jednak można mu było wybaczyć, ponieważ budynek ten służył również za
miejsce zgromadzeń i administracyjne centrum królestwa.
Kątem oka władca widział generała Yardę. Krzepki mężczyzna czekał z rękami zaplecionymi na plecach. Grubą brodę miał przewiązaną w trzech
miejscach rzemykami. Poza królem był jedyną osobą w pomieszczeniu.
Dedelin ponownie spojrzał na list. Papier był jasnoróżowy i krzykliwa
barwa odznaczała się na jego biurku niczym kropla krwi na śniegu. Róż
był kolorem, którego w Idris nigdy się nie widywało. W Hallandren
jednakże - w ośrodku światowego przemysłu farbiarskiego - tak pozbawione
smaku odcienie były na porządku dziennym.
- Cóż więc, stary przyjacielu - zapytał Dedelin - masz dla mnie jakąś
radę?
Generał Yarda pokręcił głową.
- Zbliża się wojna, Wasza Wysokość. Mogę to wyczytać w wietrze nad
naszymi głowami, a także z raportów naszych szpiegów. Hallandren wciąż
uważa nas za rebeliantów, a nasze północne przełęcze kuszą ich
niepomiernie. Zaatakują.
- W takim razie powinienem ją wysłać - stwierdził król i na powrót
wyjrzał przez okno. Na dziedzińcu zaroiło się od odzianych w płaszcze i futra ludzi zmierzających na targ.
- Wasza Wysokość, tej wojnie nie uda się nam zapobiec - podjął Yarda. -
Możemy jednak... opóźnić jej wybuch.
Dedelin odwrócił się ku żołnierzowi.
Generał podszedł o krok bliżej.
- To nie jest dobry czas na wojnę - powiedział cicho. - Nasi żołnierze
wciąż jeszcze nie doszli do siebie po najazdach Vendis zeszłej jesieni i po zimowych pożarach spichrza... - Yarda pokręcił głową. - Nie stać nas
na tak poważny, rozstrzygający konflikt jeszcze tego lata. Naszym
najlepszym sprzymierzeńcem w walce z Hallandren jest śnieg. Nie możemy
dopuścić, by ta wojna potoczyła się na ich warunkach. Jeśli na to
pozwolimy, to już jesteśmy martwi.
Trudno było odmówić mu racji.
- Wasza Wysokość - ciągnął Yarda - oni tylko czekają, aż złamiemy
traktat. Wtedy ich atak będzie usprawiedliwiony. Jeśli zrobimy to
pierwsi, uderzą.
- Ale nawet jeśli dotrzymamy postanowień traktatu, uderzą i tak -
zauważył Dedelin.
- Tak, choć później. Może nawet kilka miesięcy później. Dobrze wiesz,
jak powoli działają tryby polityki w Hallandren. Jeżeli dochowamy
ustalonych w traktacie zasad, będą debatować i spierać się bez końca.
Gdyby zamarudzili do pierwszych śniegów, dostalibyśmy to, na czym zależy
nam najbardziej.
Wszystko to brzmiało sensownie. Uczciwie, brutalnie i sensownie. Przez
wiele lat Dedelin starał się nie dopuścić do konfliktu, obserwując
jednocześnie, jak na dworze w Hallandren narasta agresja, jak władcy
sąsiedniego królestwa stają się coraz bardziej niespokojni. Z każdym
rokiem pojawiały się głosy nawołujące do ataku na wyżyny zamieszkane
przez "rebelianckich Idrian". I z każdym rokiem głosy te stawały się
głośniejsze i bardziej liczne. Z każdym rokiem pokojowa, negocjacyjna
polityka Dedelina sprawiała, że armie zostawały w domach. Być może król
miał nadzieję, że przywódca rebeliantów Vahr i jego dysydenci z Pahn
Kahl odwrócą uwagę od Idris, ale Vahr został schwytany, a jego tak zwana
armia rozbita. Skutkiem jego buntu zaś było to tylko, że Hallandren
zwróciło baczniejszą uwagę na swych dawnych wrogów.
Pokoju nie można było utrzymać. Nie, skoro Idris miało tak żyzne ziemie,
nie wówczas, kiedy kontrolowało tak cenne szlaki handlowe. I nie, kiedy
Hallandren było rządzone przez bogów, którzy wydawali się jeszcze mniej
obliczalni od swych poprzedników. Władca to wszystko rozumiał. Ale
zdawał sobie również sprawę, że zerwanie traktatu byłoby postępkiem
głupim. Kiedy ktoś trafia do leża dzikiej bestii, nie powinien
prowokować jej gniewu.
Yarda stanął u jego boku przy oknie i wyjrzał na zewnątrz, opierając się
łokciami o framugę. Generał był twardym człowiekiem, zrodzonym z surowych idriańskich zim. Był zarazem jednym z najlepszych ludzi, jakich
kiedykolwiek poznał Dedelin - co więcej, król zastanawiał się czasem,
czy nie powinien wydać Vivenny za syna wiernego oficera.
To były jednak głupie, nierozsądne myśli. Przecież Dedelin od zawsze
wiedział, że ten dzień nadejdzie. Sam przygotował traktat, w którego
myśl musiał wysłać córkę, by poślubiła Króla-Boga. Hallandren
potrzebowało kobiety z królewską krwią w żyłach, by odnowić i uprawomocnić swą monarchię. Ci próżni, żądni chwały ludzie z nizin
pragnęli tego od dawna, a Idris mogło się cieszyć spokojem przez
ostatnie dwadzieścia lat tylko i wyłącznie dzięki temu jednemu
postanowieniu układu.
Traktat był pierwszym oficjalnym dokumentem podpisanym za rządów
Dedelina, jego treść wynegocjowano w nabrzmiałej wściekłością
atmosferze, jaka zapanowała po zabójstwie jego ojca. Król zacisnął zęby.
Jakże szybko ugiął się przed kaprysami wrogów! A jednak wiedział, że
zrobiłby to raz jeszcze; jako władca Idris uczyniłby dla swych poddanych
wszystko. Na tym właśnie polegała wielka różnica pomiędzy Idris i Hallandren.
- Yarda, jeśli ją tam wyślemy - odezwał się król - poślemy ją na śmierć.
- Może jej nie skrzywdzą - powiedział po dłuższej chwili generał.
- Dobrze wiesz, jak będzie. Gdy tylko wybuchnie wojna, wykorzystają ją
przeciwko mnie. Mówimy przecież o Hallandren. Na Austre, przecież oni
zapraszają Rozbudzających do swych pałaców!
Yarda umilkł. Wreszcie pokręcił głową.
- Według ostatnich doniesień w skład ich armii wchodzi już jakieś
czterdzieści tysięcy Nieżywych.
Panie Kolorów, pomyślał Dedelin, raz jeszcze rzucając okiem na list.
Język, jakim posługiwał się jego autor, był prosty. Nadeszły dwudzieste
urodziny Vivenny, a traktat stanowił, że Dedelin nie może czekać już ani
roku dłużej.
- Wysłanie im Vivenny to niedobry pomysł, ale nie mamy innych atutów -
zauważył Yarda. - Jeśli zyskamy więcej czasu, mógłbym przeciągnąć na
naszą stronę Tedradel. Oni nienawidzą Hallandren jeszcze od czasów
Wielowojnia. Może mógłbym też podburzyć niedobitki buntowników Vahra w samym Hallandren. Wtedy zyskalibyśmy przynajmniej czas, by rozbudować
fortyfikacje, przygotować zaopatrzenie, przeżyć jeszcze rok. - Yarda
spojrzał na władcę. - Jeśli Hallandren nie dostanie od nas księżniczki,
wojna wybuchnie z naszej winy. Tak pomyślą wszyscy, i kto nas wtedy
poprze? Zaczną się pytania: dlaczego nasz władca złamał traktat, który
sam napisał?
- Ale jeśli oddamy Vivennę, jej krew sprawi, że ich pretensje dotyczące
gór i przełęczy będą mieć jeszcze mocniejsze podstawy!
- Możliwe - przyznał Yarda - tyle że skoro obaj zdajemy sobie sprawę, że
oni zaatakują tak czy inaczej, to dlaczego przejmować się ugruntowaniem
ich żądań? A tak przynajmniej poczekają z najazdem do chwili narodzin
spadkobiercy.
Czas. Generał zawsze prosił o więcej czasu. Tylko co począć, jeśli ten
czas ma zostać zyskany kosztem własnego dziecka?
Yarda nie wahałby się przed posłaniem żołnierza na śmierć, gdyby dzięki
temu cała armia mogła zyskać czas na zajęcie lepszej pozycji, pomyślał
król. - Jesteśmy Idrianami. Jak mogę nie prosić własnej córki o coś,
czego bez zastanowienia oczekiwałbym od żołnierza?
Ale myśl o Vivennie w ramionach Króla-Boga, o Vivennie zmuszonej do
noszenia dziecka tego potwora... przez to Dedelin niemal siwiał. Jej
dziecko urodziłoby się jako kolejny martwy noworodek potwór, który
stałby się następnym Powracającym Bogiem.
Jest jeszcze inny sposób... - pomyślał ze wstydem w głębi ducha. Nie
musisz posyłać tam Vivenny...
Ktoś zapukał do drzwi sali. Obaj z Yardą odwrócili się i Dedelin
zaprosił przybysza do wejścia. Od razu wiedział kto to taki.
Vivenna miała na sobie stonowaną, szarą sukienkę. W oczach króla wciąż
wyglądała bardzo młodo. Z drugiej strony była doskonałym ucieleśnieniem
Idrianki - włosy związane w skromny kok, brak makijażu, który
przyciągałby uwagę do jej twarzy. Nie była przy tym miękka ani nieśmiała
jak niektóre inne arystokratki z królestw północy. Była po prostu
spokojna. Opanowana, prosta, twarda i wytrzymała. Idrianka.
- Ojcze, naradzacie się tu w zamknięciu już kilka godzin - odezwała się
dziewczyna, z szacunkiem kłaniając się Yardzie. - Słudzy mówili mi o kolorowej kopercie, którą przyniósł ze sobą generał. Wydaje mi się, że
wiem, co się w niej znajdowało.
Dedelin spojrzał córce w oczy i gestem zaprosił ją do zajęcia miejsca.
Dziewczyna zamknęła cicho drzwi i usiadła na jednym z drewnianych
krzeseł stojących pod ścianą komnaty. Yarda, jak mężczyźnie przystało,
wciąż stał. Vivenna spojrzała na leżący na biurku list. Niezmiennie
spokojna, panowała nad swymi włosami, które ani na chwilę nie zmieniały
odcienia i wciąż miały barwę szacownej czerni. Była dwakroć tak nabożna
jak jej ojciec i w odróżnieniu od swojej młodszej siostry nigdy nie
poddawała się nagłym wybuchom emocji.
- Rozumiem więc, że powinnam się przygotować do drogi - odezwała się,
składając dłonie na kolanach.
Dedelin otworzył usta, ale nie potrafił zaprzeczyć. Rzucił okiem na
Yardę, który pełnym rezygnacji gestem pokręcił głową.
- Ojcze, przygotowywałam się do tego całe życie - podjęła Vivenna. -
Jestem gotowa. Wiem jednak, że Siri nie przyjmie tego dobrze. Godzinę
temu wyjechała na przejażdżkę. Powinnam opuścić miasto jeszcze zanim
wróci. W ten sposób unikniemy nieprzystojnych scen, jakie mogłaby
urządzić.
- Za późno. - Yarda skrzywił się i skinął głową w stronę okna.
Zebrani na dziedzińcu ludzie pierzchali na wszystkie strony, uciekając
przed jeźdźcem, który galopem wpadł przez bramę. Jeździec miał na sobie
intensywnie brązowy płaszcz - niemal zbyt kolorowy - i oczywiście
rozpuszczone włosy.
Złote włosy.
Dedelin poczuł, jak narasta w nim gniew i frustracja. Tylko Sisirinah
potrafiła doprowadzić go do utraty panowania nad sobą i - jakby w ironicznym kontrapunkcie wobec powodu swego wzburzenia - poczuł, jak
zmienia się kolor jego własnej fryzury. Obserwatorzy mogli zauważyć, jak
kilka loków na jego głowie przeszło z czerni w krwawiącą czerwień. Była
to cecha wyróżniająca osoby z królewskiego rodu, którego członkowie
uciekli na wyżyny Idris w szczytowej fazie Wielowojnia. Pozostali mogli
ukrywać emocje. Głowy członków rodziny Dedelina jednak wszem wobec
obwieszczały, co się dzieje w ich sercach.
Vivenna przyglądała się ojcu, nieskazitelna jak zawsze. Siła i opanowanie dziewczyny pomogły władcy, który zmusił włosy do przybrania
na powrót ciemniejszego odcienia. Kontrolowanie zdradzieckich
Królewskich Loków wymagało większej siły woli, niż się to większości
ludzi zdawało. Dedelin sam nie był pewien, w jaki sposób Vivennie udało
się tak doskonale opanować tę umiejętność.
Biedna dziewczyna, nie miała nawet dzieciństwa, przemknęło mu przez
głowę. Życie Vivenny od urodzenia zmierzało ku temu jednemu wydarzeniu.
Jego pierworodna, dziecko, które wydawało mu się częścią jego osoby.
Dziewczyna stanowiąca niewyczerpane źródło dumy; kobieta, która już
teraz zyskała sobie miłość i szacunek poddanych. Oczyma duszy widział,
jak wspaniałą stałaby się królową, silniejszą zapewne nawet od niego.
Byłaby kimś, kto zdołałby przeprowadzić Idris przez czekające królestwo
mroczne czasy.
Pod warunkiem, że udałoby się jej tego wszystkiego dożyć.
- Przygotuję się do drogi - oświadczyła Vivenna i wstała z miejsca.
- Nie - rzucił Dedelin.
Oboje, Yarda i Vivenna unieśli wzrok.
- Ojcze - przypomniała dziewczyna - jeśli złamiemy traktat, wybuchnie
wojna. Jestem gotowa poświęcić się dla naszego ludu. Sam mnie tego
uczyłeś.
- Nie pojedziesz - powiedział z naciskiem Dedelin i odwrócił się do
okna.
Na dworze Siri zaśmiewała się z czegoś w towarzystwie stajennych. Władca
słyszał wybuchy jej chichotu nawet z tej odległości: włosy młodszej
córki przybrały barwę ognistej czerwieni.
Panie Kolorów, wybacz mi, pomyślał. To dla ojca najcięższy z wyborów.
Traktat stanowi jednak dokładnie: Kiedy Vivenna skończy dwudziesty rok
życia, muszę odesłać córkę do Hallandren. W tekście umowy nie ma jednak
słowa o tym, którą córkę mam wyprawić w drogę.
Gdyby Dedelin nie wysłał do Hallandren córki, południowi sąsiedzi
zaatakowaliby natychmiast. Jeśli pośle nie tę, której się spodziewają,
mogą się rozgniewać, ale nie rozpętają wojny. Tego był pewien. Zaczekają
do przyjścia na świat dziedzica Idris. Dziecka z królewską krwią w żyłach. A to oznacza co najmniej dziewięć miesięcy.
Poza tym... - myślał. Gdyby mnie szantażowali, używając jako
zakładniczki Vivenny, nie poradziłbym sobie i poddał się od razu.
Czuł wstyd na tę myśl, ale tak naprawdę to właśnie dlatego podjął taką
decyzję.
Dedelin spojrzał na zebranych.
- Vivenno, nie pojedziesz tam i nie poślubisz boga tyrana naszych
wrogów. Zamiast ciebie poślę im Siri.
Rozdział 2
2
Oszołomiona Siri siedziała w trzęsącym się powozie. Jej ojczysta ziemia
z każdym podskokiem kół oddalała się coraz bardziej.
Minęły już dwa dni, a ona wciąż nie rozumiała. Przecież to była rola
Vivenny. Wszyscy o tym wiedzieli. Kiedy przyszła na świat, w Idris
hucznie świętowano. Król uczył ją wszystkiego od dnia, w którym
postawiła pierwszy krok: studiowała zasady życia dworskiego i reguły
polityki. Fafen, druga córka Dedelina, także się tego wszystkiego
uczyła, na wypadek gdyby Vivenna umarła przed dniem swego ślubu. Ale nie
Siri. Ona przecież od zawsze była zbędna. Nieważna.
I to się właśnie skończyło.
Wyjrzała za okno. Ojciec wybrał dla niej najładniejszy powóz królestwa -
wraz z eskortą honorową składającą się z dwudziestu żołnierzy. Jechali
na południe. Razem z namiestnikiem i kilkoma posługaczami tworzyli
najwspanialszy orszak, jaki Siri kiedykolwiek widziała. Graniczyło to z ostentacją, która zapewne by dziewczynę zachwyciła, gdyby tylko nie
oznaczała dla niej rozstania z Idris.
Nie tak miało być, myślała. Zupełnie nie tak.
A jednak stało się.
Nic nie miało sensu. Powóz trząsł wściekle, ale Siri siedziała zupełnie
zobojętniała. Mogli chociaż, narzekała w myślach, wysłać mnie konno, a nie zmuszać do więdnięcia w tym powozie.
Niestety, wjazd wierzchem nie był odpowiednio godnym sposobem wkroczenia
do Hallandren.
Hallandren.
Siri poczuła, jak włosy bieleją jej ze strachu. Wysłano ją do
Hallandren! Do królestwa, którego mieszkańcy przeklinają co drugi
oddech. Swego ojca nie zobaczy przez długi czas, albo i wcale. Nie
będzie już mogła rozmawiać z Vivenną, nie posłucha nauczycieli, nie
złaja jej Mab, nie będzie jeździć na wierzchowcach z królewskiej stajni,
nie poszuka kwiatków w dziczy, nie pomoże w kuchni. Za to...
Za to poślubi Króla-Boga. Demona z Hallandren, potwora, który nigdy nie
zaczerpnął żywego oddechu. W Hallandren jego władza nie była niczym
ograniczona. Mógł wydać rozkaz stracenia dowolnej osoby wiedziony choćby
tylko przelotnym kaprysem.
Ale ja będę bezpieczna, prawda? - przemknęło jej przez myśl. Będę
przecież jego żoną.
Żoną. Wychodzę za mąż. Och, Austre, Boże Kolorów... - pomyślała, czując
się coraz gorzej. Zwinęła się, podciągnęła kolana pod brodę - jej włosy
stały się tak białe, że niemal lśniły - i położyła się na siedzeniu. Nie
była pewna, czy tak bardzo trzęsie się niepowstrzymanie zmierzający na
południe powóz, czy ona sama.
***
- Myślę, że powinieneś się jeszcze raz nad tym zastanowić, ojcze -
powiedziała spokojnie Vivenna, siedząc obyczajnie - tak jak ją nauczono
- z dłońmi na kolanach.
- Zastanawiałem się nad tym nie raz, Vivenno - odparł król Dedelin i machnął ręką. - Decyzja już zapadła.
- Siri nie ma odpowiedniego przygotowania.
- Poradzi sobie - odpowiedział ojciec, przeglądając leżące na biurku
dokumenty. - Tak naprawdę musi tylko urodzić dziecko. Jestem pewien, że
akurat do tego ma odpowiednie przygotowanie.
Co wobec tego z moimi naukami? - zastanowiła się Vivenna. Dwadzieścia
dwa lata przygotowań? Po co było to wszystko, skoro tak naprawdę
chodziło jedynie o zapewnienie odpowiedniej macicy?
Jej włosy pozostały czarne, głos opanowany, twarz spokojna.
- Siri jest zapewne zrozpaczona - zauważyła. - Nie wiem, czy będzie w stanie poradzić sobie z tym emocjonalnie.
Dedelin podniósł wzrok - jego włosy pojaśniały nieco, poczerwieniały -
czerń umykała z nich, jak spływająca z płótna farba. Wyraźne świadectwo
irytacji.
Jej wyjazd bardziej go martwi, niż sam to przyznaje, przemknęło Vivennie
przez myśl.
- Tak będzie najlepiej dla naszych poddanych, Vivenno - powiedział król,
z wyraźnym wysiłkiem walcząc o przywrócenie czerni swej fryzurze. -
Jeśli wybuchnie wojna, będziesz naszemu królestwu potrzebna tutaj, na
miejscu. W Idris.
- A co się stanie z Siri? Jeśli wybuchnie wojna?
Ojciec umilkł.
- Może jednak nie wybuchnie - odezwał się po chwili.
Austre... - pomyślała wstrząśnięta Vivenna. On sam w to nie wierzy. Jest
przekonany, że posłał ją na śmierć.
- Wiem, o czym myślisz - odezwał się władca, na powrót przykuwając jej
uwagę. Patrzyła tak poważnie. - Jak mogłem dokonać takiego wyboru? Jak
mogłem posłać ją na śmierć, a ciebie zachować przy życiu? Nieważne, co
myślą inni. Nie wybierałem, kierując się względami osobistymi. Podjąłem
decyzję, która okaże się najlepszą dla Idris, jeśli dojdzie do wojny.
Kiedy dojdzie do wojny, przemknęło Vivennie przez myśl. Spojrzała
Dedelinowi w oczy.
- To ja miałam tej wojnie zapobiec, ojcze! Miałam zostać żoną
Króla-Boga! Miałam z nim mówić, przekonać go. To mnie nauczono tajników
polityki, to ja poznałam ich obyczaje, ja...
- Zapobiec wojnie? - Ojciec przerwał jej pytaniem. Do księżniczki
dopiero teraz dotarło, jak arogancko musiały zabrzmieć jej słowa.
Odwróciła wzrok.
- Vivenna, dziecko moje - ciągnął Dedelin. - Tej wojnie nie można
zapobiec. Do tej pory powstrzymywała ich tylko obietnica córki z królewskiego rodu. Odesłanie Siri może zyskać nam nieco czasu. Może...
może jednak nic się jej nie stanie, nawet, kiedy rozgorzeje wojna. Może
uznają, że jej krew jest na tyle cenna, że zostawią ją przy życiu, na
wypadek, gdyby jej pierworodne dziecko umarło. - Na twarzy władcy
odmalowało się wahanie. - Tak, może to wcale nie o Siri powinniśmy się
bać, tylko...
"O siebie", dokończyła w duchu Vivenna. Nie była wtajemniczona we
wszystkie szczegóły wojennych przygotowań ojca, ale wiedziała dosyć.
Idris nie było w nadchodzącym starciu faworytem. W razie otwartego
konfliktu z Hallandren nie istniała zbyt duża szansa zwycięstwa. Wojna
przyniesie katastrofę dla ich ludu i ich sposobu życia.
- Ojcze, ja...
- Proszę, Vivenno... - przerwał jej cicho. - Nie jestem już w stanie o tym mówić. Odejdź. Porozmawiamy później.
Później. Kiedy Siri będzie już daleko i nie uda się jej sprowadzić z powrotem. A jednak Vivenna wstała. Była posłuszna, tak ją wychowano i nauczono. Tym właśnie różniła się od młodszej siostry.
Wyszła z gabinetu ojca, zamknęła za sobą drzwi i ruszyła przez drewniany
pałac, udając, że nie widzi wokół siebie spojrzeń i nie słyszy szeptów.
Poszła do swojej komnaty - małej i pozbawionej ozdób - gdzie usiadła na
łóżku, z rękami na kolanach.
Nie zgadzała się ze swoim ojcem. Wiedziała, że mogła mieć wpływ na
sytuację. Miała przecież zostać żoną Króla-Boga. To oznaczało pewne
wpływy na dworze. Wszyscy dobrze wiedzieli, że jeśli chodzi o politykę
wobec własnych poddanych Król-Bóg jest nieprzejednany, ale jego żona z pewnością mogła odegrać pewną rolę w obronie interesów swego ludu.
I jej ojciec z tego wszystkiego zrezygnował?
On naprawdę musi wierzyć, że nic nie jest w stanie powstrzymać inwazji,
uznała. Wskutek tego odesłanie Siri stało się tylko kolejnym manewrem
politycznym, mającym na celu zyskanie czasu. Idris od dziesięcioleci nie
robiło nic innego. Tak czy inaczej, jeśli poświęcenia królewskiej córki
nie można było uniknąć, to i tak była to rola, którą powinna była
odegrać Vivenna. To przecież ona od zawsze szykowała się do poślubienia
Króla-Boga. Nie Siri, nie Fafen. Ona. Vivenna.
Nie czuła wdzięczności za ocalenie. Nie wydawało się jej też, że
bardziej przysłuży się Idris, zostając w Bevalis. W razie śmierci ojca,
o wiele lepszym przywódcą na czas wojny byłby Yarda, nie ona. Poza tym
Ridger - młodszy brat Vivenny - od lat przygotowywał się do przejęcia
tronu po Dedelinie.
Została ocalona bez powodu. W pewien sposób zabolało ją to jak kara.
Przez całe życie słuchała, przygotowywała się, uczyła i ćwiczyła.
Wszyscy chwalili, wszyscy powtarzali, że jest doskonała. Dlaczego więc
nie pozwolono jej służyć Idris zgodnie z planem?
Na te pytania nie potrafiła sobie odpowiedzieć. Siedziała z rękami na
kolanach i martwiła się, myśląc o straszliwej prawdzie. Najważniejszy
cel życia został jej skradziony i oddany w cudze ręce. Ona stała się
teraz zbędna. Bezużyteczna.
Nieważna.
***
- Co on sobie myśli? - syknęła Siri, wychylając się do połowy z okna
powozu, który turkotał na bitej drodze.
Obok pojazdu maszerował młody żołnierz. W popołudniowym świetle wyglądał
na zawstydzonego.
- No pomyśl tylko - ciągnęła Siri. - Wysłał mnie, żebym wyszła za króla
Hallandren. To głupie, prawda? Z pewnością słyszałeś o tym, jak ja się
zachowuję. Uciekam, kiedy nikt nie patrzy. Unikam lekcji. Wściekam się,
do jasnych Kolorów!
Strażnik rzucił jej przelotne spojrzenie, ale poza tym nie zareagował.
Siri to nie przeszkadzało. Nie wściekała się na niego. Wściekała się po
prostu. Wisiała za oknem niebezpiecznie wychylona, czuła, jak wiatr igra
z jej włosami - długimi, prostymi, czerwonymi - i podsycała swój gniew.
Wściekłość pomagała jej powstrzymać płacz.
Dni mijały i zielone wiosenne wzgórza Wyżyny Idris z wolna znikały w oddali. Prawdopodobnie byli już w Hallandren - granica pomiędzy
królestwami nie była ściśle wyznaczona, co zresztą nie zaskakiwało.
Przed Wielowojniem oba stanowiły jeden organizm.
Przyjrzała się biednemu strażnikowi, którego jedynym sposobem radzenia
sobie z wściekłą księżniczką było ignorowanie jej. Wreszcie cofnęła się
do powozu i opadła na siedzenie. Nie powinna była go tak traktować, ale
cóż, właśnie została sprzedana niczym kawałek baraniny - sprzedana
wskutek klątwy dokumentu spisanego wiele lat temu, zanim przyszła na
świat. Zatem, jeśli ktokolwiek miał w tej chwili prawo do wpadania w szał, to właśnie Siri.
Może to właśnie dlatego? - przyszło jej do głowy, gdy oparła skrzyżowane
ręce na oknie. Może ojciec miał po prostu dość moich szaleństw i postanowił się mnie pozbyć?
To jednak wydało się jej zbyt daleko idącym podejrzeniem. W końcu
istniały prostsze sposoby radzenia sobie z jej nastrojami - sposoby
niewymagające wysyłania jej na obcy dwór, na którym miała reprezentować
Idris. Ale w takim razie, dlaczego? Czy naprawdę uznał, że dziewczyna
sobie poradzi? Zastanowiła się. To jednak śmieszna myśl. Niemożliwe, by
ojciec spodziewał się, że będzie w tej roli lepsza od Vivenny. Nikt nie
robił niczego lepiej od Vivenny.
Siri westchnęła i poczuła, jak jej włosy oblewają się refleksyjnym
brązem. Przynajmniej widoki okazały się ciekawe i, by nie czuć
narastającej frustracji, poświęciła się oglądaniu okolicy. Hallandren
było krainą nizinną, porośniętą tropikalnymi lasami i pełną dziwnych
wielobarwnych zwierząt. Siri słyszała od wędrowców opowieści o tym
królestwie, a nawet potwierdzała te historie w kilku książkach, do
których lektury została zmuszona. Wydawało się jej więc, że wie, czego
powinna się spodziewać. A mimo to, kiedy wzgórza ustąpiły rozległym
trawiastym równinom, a potem obok drogi zacieśniała się dżungla, Siri
zaczęła rozumieć, że jest na świecie coś, czego żadne opasłe tomisko ani
nawet najciekawsza opowieść nie są w stanie opisać.
Kolory. W jej górach kwiaty rosły w luźno rozrzuconych nieśmiałych
kępkach, jakby same próbowały dostosować się do panującej w Idris
filozofii. Tutaj pyszniły się wszędzie. Maleńkie kielichy pokrywały
ziemię kolorowymi miękkimi dywanami. Wielkie różowe kwiaty zwieszały się
z drzew niczym kiście owoców, rosły jedne na drugich puszystymi
bukietami. W tej krainie kwitły nawet chwasty. Gdyby nie przyglądający
się im z wielką nieufnością żołnierze, Siri chętnie by je zebrała.
Jeśli ja się tak boję, stwierdziła w duchu, to oni muszą czuć się
jeszcze gorzej. Nie była jedyną osobą odesłaną nagle z dala od rodziny i przyjaciół. Czy ci gwardziści będą mogli powrócić? Nagle ogarnęły ją
jeszcze większe wyrzuty sumienia z powodu sposobu, w jaki potraktowała
młodego żołnierza.
Po przybyciu odeślę ich z powrotem, zdecydowała. I natychmiast poczuła,
jak jej włosy pokrywają się bielą. Jeśli wyśle swą straż do domu,
zostanie sama w mieście pełnym Nieżywych, Rozbudzających, i pogan.
Ale czy dwudziestu żołnierzy zdołałoby ją przed tym wszystkim ochronić?
Lepiej będzie, jeśli choć komuś uda się wrócić do domu.
***
- A można by pomyśleć, że się ucieszysz - zauważyła Fafen - w końcu już
nie musisz wychodzić za tyrana.
Vivenna wrzuciła siną jagodę do koszyka i podeszła do następnego krzewu.
Fafen pracowała przy sąsiednim. Miała na sobie białą szatę mniszki. Jej
głowa była ogolona do nagiej skóry. Fafen była średnią siostrą niemal
pod każdym względem - w pół drogi między Siri i Vivenną jeśli chodzi o wzrost, mniej dostojna niż Vivenna, ale nie tak beztroska jak Siri. Była
również nieco bardziej zaokrąglona w pewnych miejscach, co przykuwało
spojrzenia pokaźnej liczby młodych mężczyzn. Niemniej fakt, że chcąc ją
poślubić, sami musieliby zostać mnichami, trzymał ich na dystans. Jeśli
Fafen zdawała sobie sprawę ze swej popularności, to nigdy tego nie
okazywała. Decyzję o włożeniu mniszej szaty podjęła przed swymi
dziesiątymi urodzinami, co jej ojciec poparł z całego serca. Każdy
arystokratyczny lub po prostu bogaty ród w Idris był zobligowany mocą
tradycji do odesłania jednej osoby do klasztoru. Egoizm, nawet jeśli
chodziło o własną rodzinę, był niezgodny z Pięcioma Wizjami.
Siostry zbierały jagody, które Fafen miała potem rozdać potrzebującym.
Palce mniszki nabrały lekko fioletowego odcienia. Vivenna pracowała w rękawiczkach. Tyle koloru na skórze byłoby poważną niestosownością.
- Tak - mówiła dalej Fafen - wydaje mi się, że źle do tego wszystkiego
podchodzisz. Zachowujesz się tak, jakbyś chciała tam pojechać i poślubić
tego Nieżywego potwora.
- On nie jest Nieżywy - zauważyła Vivenna. - Susebron jest Powracającym,
a to wielka różnica.
- Owszem, ale jest fałszywym bóstwem. Poza tym wszyscy wiedzą jaka z niego odrażająca kreatura.
- Ale to była moja rola. To ja miałam zostać jego żoną. Fafen, to sens
całego mojego życia. Bez tego jestem nikim.
- Bzdura. - Fafen pokręciła głową. - Za to teraz zamiast Ridgera ty
obejmiesz tron po ojcu.
Co tylko jeszcze bardziej zakłóci naturalny porządek rzeczy, pomyślała
Vivenna. Jakie mam prawo odbierać bratu ten zaszczyt?
Pozwoliła jednak dyskusji wygasnąć. Rozmawiała o tym już od dobrych
kilkunastu minut i nie miała siły ciągnąć tego dalej. Postąpiła jak
należy. Przedtem rzadko się zdarzało, by Vivenna czuła taką frustrację,
musząc zachowywać się według zasad. Jej emocje stawały się...
niestosowne.
- A co z Siri? - wyrwało się jej nagle. - Podoba ci się, jak została
potraktowana?
Fafen podniosła wzrok i nieznacznie zmarszczyła brwi. Zwykle nie
zastanawiała się nad sprawami, które nie dotyczyły jej bezpośrednio.
Vivenna poczuła się nieco winna, nie chciała bowiem zadać tego pytania
tak otwarcie, ale z Fafen nie można było rozmawiać inaczej.
- Tu masz rację - przyznała Fafen. - Nie bardzo rozumiem, dlaczego w ogóle kogoś trzeba było tam posyłać.
- To z powodu traktatu - przypomniała Vivenna. - Żeby chronić naszych
poddanych.
- Naszych poddanych chroni Austre - zauważyła Fafen i podeszła do
następnego krzaka.
Tylko, czy ochroni Siri? - zastanowiła się Vivenna. Biedna, niewinna,
kapryśna Siri. Nigdy nie nauczyła się nad sobą panować; na Dworze Bogów
w Hallandren zjedzą ją żywcem. Siri nie pojmie wymogów polityki, nie
nauczy się wbijać noży w plecy, nie zrozumie fałszywych uśmiechów i kłamstw. Zostanie też zmuszona do urodzenia następnego Króla-Boga
Hallandren. Ten konkretny obowiązek nie był czymś, czego Vivenna
wyczekiwała szczególnie ochoczo. Byłoby to z jej strony poświęcenie, ale
jej własne poświęcenie, dobrowolne, złożone w ofierze poddanym.
Tego rodzaju myśli dręczyły Vivennę, gdy razem z Fafen kończyły
zbieranie jagód. Potem obie dziewczyny zeszły ze wzgórza i skierowały
się ku miasteczku. Fafen, podobnie jak wszyscy mnisi, całą swą pracę
poświęcała dobru innych ludzi. Pasała zwierzęta, zbierała jedzenie i sprzątała domy tych, którzy nie byli w stanie zrobić tego sami.
Vivenna, pozbawiona swego celu, nie wiedziała, co powinna robić. Mimo to
po zastanowieniu doszła do wniosku, że istnieje ktoś, komu jest jeszcze
potrzebna. Ktoś, kto wyjechał tydzień temu, we łzach, wystraszony,
rzucając starszej siostrze pełne rozpaczy spojrzenia.
Bez względu na to, co powiedział jej ojciec, Vivenna nie była potrzebna
w Idris. Tutaj była bezużyteczna, ale znała przecież mieszkańców,
kulturę i społeczeństwo Hallandren. Gdy szła drogą w ślad za Fafen, w jej głowie zaczął się kształtować pewien plan.
Plan, którego żadną miarą nie można było nazwać spokojnym i opanowanym.
Rozdział 3
3
Dar Pieśni nie pamiętał swej śmierci.
Kapłani zapewniali go jednak, że jego umieranie było wydarzeniem
niezwykle inspirującym. Szlachetnym. Wspaniałym. Heroicznym. Nikt nie
Powracał, o ile nie umarł w sposób będący ucieleśnieniem którejś z najwspanialszych cnót rodzaju ludzkiego. Dlatego właśnie Opalizujące
Odcienie odsyłały Powracających; mieli służyć jako chodzące przykłady i bóstwa dla tych, którzy jeszcze żyli.
Każdy bóg reprezentował coś innego. Stanowili ideał cechy symbolizowanej
przez sposób, w jaki zakończyło się ich życie. Dar Pieśni zginął,
dokonując czynu wymagającego niebywałej odwagi. Tak przynajmniej
powtarzali mu jego kapłani. Samego wydarzenia nie pamiętał, podobnie jak
nie pamiętał życia poprzedzającego początek jego boskiej egzystencji.
Nie mogąc już dłużej spać, jęknął cicho. Przewrócił się na bok i usiadł
na swym majestatycznym łożu. Poczuł się słabo. Jego umysł nawiedzały
liczne wizje i wspomnienia. Potrząsnął głową, chcąc pozbyć się z niej
resztek mglistego snu.
Do sali wkroczyli słudzy, bez słów reagując na potrzeby swego pana. Dar
Pieśni był jednym z młodszych bóstw. Powrócił ledwie pięć lat temu. Na
Dworze Bogów przebywało ich około dwóch tuzinów i wielu było o wiele
ważniejszych - a także o wiele bardziej zaprawionych w politycznych
rozgrywkach - niż on. A wszystkimi nimi rządził Susebron, Król-Bóg
Hallandren.
Owszem, był młody, ale mieszkał w olbrzymim pałacu. Spał w komnacie
udrapowanej jedwabiami, ufarbowanymi na jaskrawe odcienie czerwieni i złota. Takich komnat były tu dziesiątki, wszystkie udekorowane i umeblowane zgodnie z jego kaprysami i zachciankami. Jego potrzeby
zaspokajały setki sług i kapłanów - bez względu na to, czy tego chciał,
czy nie.
I wszystko to dlatego, pomyślał wstając, że nie miałem lepszego pomysłu
na własną śmierć.
Podniósł się i zakręciło mu się nieco w głowie. Był dzień jego karmienia
i wiedział, że sił będzie mu brakować, póki nie dopełni rytuału.
Podeszli służący. Nieśli w rękach wspaniałe złoto-czerwone szaty. Gdy
wchodzili w jego aurę, ich skóra, włosy, stroje wybuchały przesadnie
intensywnymi barwami. Oczyszczone odcienie wyglądały pyszniej niż
mogłyby to sprawić jakakolwiek farba czy barwnik. Tak działała wrodzona
BioChroma bóstwa: Oddechu miał dość, by wypełnić tysiące ludzi. Nie
cenił go jednak zbytnio. Nie mógł go wykorzystać do ożywiania ciał lub
innych przedmiotów; był bogiem, lecz nie Rozbudzającym. Nie mógł też
oddać - ani nawet wypożyczyć - swojego boskiego Oddechu nikomu innemu.
Chociaż mógł, ale tylko raz. Wtedy musiałby umrzeć. Ostatecznie.
Słudzy kontynuowali swą posługę, oblekając go we wspaniałą tkaninę. Dar
Pieśni był o dobre półtorej głowy wyższy od wszystkich pozostałych w komnacie. Miał też szerokie bary i umięśniony tors, na który zupełnie
nie zasługiwał, biorąc pod uwagę ilość czasu, jaki trawił na
bezczynności.
- Czy dobrze spałeś, Wasza Miłość? - spytał ktoś.
Dar Pieśni się odwrócił. Llarimar, jego wysoki kapłan był rosłym
korpulentnym mężczyzną w okularach i o spokojnej powierzchowności.
Dłonie miał niemal w całości ukryte pod długimi rękawami czerwono-złotej
szaty. Trzymał w nich grubą księgę. Gdy wkroczył w aurę boga, zarówno
tom, jak i płaszcz buchnęły kolorami.
- Spałem fantastycznie, Wiercipięto. - Dar Pieśni ziewnął. - Miałem noc
pełną koszmarów i makabrycznych snów. Jak zawsze. Strasznie wypocząłem.
- Wiercipięto? - Kapłan uniósł brew.
- Tak. - Dar Pieśni skinął głową. - Postanowiłem nadać ci nowy
przydomek. Wiercipięta pasuje, bo zawsze i wszędzie cię pełno, i w każdą
sprawę wtykasz swój nos.
- To dla mnie zaszczyt, Wasza Miłość - podziękował Llarimar i usiadł na
krześle.
Na Kolory, pomyślał Dar Pieśni. Czy on się nigdy nie zdenerwuje?
- Zaczniemy? - Llarimar otworzył księgę.
- Skoro musimy - odparł Dar Pieśni. Służący zawiązali już wszystkie
wstążki, zapięli każdą haftkę, udrapowali ostatnią jedwabną połę. Każdy
z nich ukłonił się i odsunęli się pod ścianę komnaty.
Llarimar wziął do ręki gęsie pióro.
- Co zatem pamiętasz ze snów?
- No, wiesz... - Dar Pieśni opadł na jedną ze swych kanap i wyciągnął
się wygodnie. - Nic tak naprawdę ważnego.
Llarimar wydął z niezadowoleniem usta. W komnacie pojawiło się wielu
innych służących. Nieśli talerze z rozmaitymi potrawami. Przyziemna,
ludzka strawa. Jako jeden z Powracających, Dar Pieśni nie potrzebował
jeść czegoś takiego - od zwykłego jedzenia nie przybywało mu energii ani
nie ubywało zmęczenia. Robił to wyłącznie dla przyjemności. Niemniej już
niedługo miał zjeść coś o wiele bardziej... boskiego. Coś, co miało
obdarzyć go siłą na cały nadchodzący tydzień.
- Wasza Miłość, proszę. Spróbuj sobie przypomnieć sny - poprosił
Llarimar uprzejmie, lecz z naciskiem. - Bez względu na to, jak
nieistotne mogą się teraz wydawać.
Dar Pieśni westchnął i wzniósł oczy ku powale. Sufit także - oczywiście
- był pokryty barwnymi freskami. Ten konkretny nad jego głową ukazywał
trzy pola otoczone kamiennymi murami. Była to wizja, której doświadczył
jeden z jego poprzedników. Dar Pieśni zamknął oczy i spróbował się
skupić.
- Szedłem... spacerowałem plażą - powiedział. - Statek wypływał beze
mnie. Nie wiem dokąd się udawał.
Pióro Llarimara zaczęło skrobać po pergaminie. Kapłan zapewne
przywoływał właśnie w pamięci wszystkie znane listy symboli.
- Czy pamiętasz jakieś kolory? - spytał.
- Statek płynął pod czerwonymi żaglami - odpowiedział Dar Pieśni. -
Piasek był jak zawsze jasnobrązowy, a drzewa zielone. I wydaje mi się,
że z jakiegoś dziwnego powodu woda w oceanie była czerwona, tak samo jak
żagiel.
Llarimar zapamiętale pisał - zawsze bardzo się ekscytował, kiedy jego
bóg przypominał sobie barwy. Dar Pieśni otworzył oczy i spojrzał w sufit, na jego żywe kolory. Roztargnionym gestem wyciągnął rękę i wziął
z trzymanej przez sługę tacy kilka wiśni.
Dlaczego miałby żałować ludziom swych snów? Nawet jeśli uważał wróżenie
z nich za zwykłą głupotę. Musiał przyznać, że spotkało go niezwykłe
szczęście, nie miał powodów do narzekań. Otaczała go boska
BioChromatyczna aura, żył w ciele, jakiego pozazdrościłby mu każdy
mężczyzna i cieszył się luksusem godnym dziesięciu władców naraz. Ze
wszystkich ludzi na świecie, akurat on miał najmniejsze prawo do
sprawiania komukolwiek przykrości.
Problem polegał jedynie na tym, że... cóż... Dar Pieśni był
prawdopodobnie jedynym bogiem na świecie, który nie wierzył w samego
siebie.
- Wasza Miłość, czy we śnie pojawiło się cokolwiek innego? - spytał
Llarimar unosząc wzrok znad księgi.
- Ty się tam pojawiłeś, Wiercipięto.
Llarimar zamarł i nieco zbladł.
- Ja... ja tam byłem?
Dar Pieśni skinął głową.
- Przepraszałeś za bezustanne zawracanie mi głowy i powstrzymywanie mnie
przed rozpustą. Potem przyniosłeś wielką butlę wina i zatańczyłeś. Muszę
przyznać, że było na co popatrzeć.
Llarimar spojrzał na niego karcąco.
- Nie, naprawdę nie było w tym śnie nic więcej. Tylko ten statek. A i to
wspomnienie powoli już zanika.
Llarimar pochylił głowę, wstał i odgonił służących - choć ci ostatni,
rzecz jasna, nie opuścili komnaty, tylko stanęli ze swymi paterami i tacami z orzechami, winem i owocami pod ścianą, na wypadek, gdyby któryś
był jeszcze potrzebny.
- Czy możemy więc kontynuować porządek dnia, Wasza Miłość?
Dar Pieśni westchnął i wstał. Był wyczerpany. Sługa natychmiast rzucił
się do jego szaty, by poprawić jedną ze starannie upiętych fałd, która
rozluźniła się wskutek ruchu.
Bóg ruszył za kapłanem. Górował nad nim co najmniej o stopę. Meble i drzwi były jednak zbudowane z uwzględnieniem jego nietypowych rozmiarów,
przez co kapłani i służący wyglądali w pałacu dziwnie nie na miejscu.
Przechodzili z komnaty do komnaty, nie korzystając z korytarzy.
Korytarze były przeznaczone dla służby i biegły wzdłuż zewnętrznych
ścian kwadratowego budynku. Dar Pieśni kroczył po miękkich, pochodzących
z północnych królestw dywanach, mijał najwspanialsze dzieła sztuki
ceramicznej zza Morza Wewnętrznego. Każda sala była obwieszona
malowidłami, starannie wykaligrafowanymi wierszami, wszystko to były
dzieła najbardziej utalentowanych artystów Hallandren.
W samym centrum pałacu znajdowało się niewielkie pomieszczenie,
odbiegające od zwykłych barw złota i czerwieni, sztandarowych barw boga.
Tutaj skrzyło się od wstążek w ciemniejszych kolorach - intensywnych
błękitów, zieleni i szkarłatów. Każdy z nich był prawdziwym kolorem,
dokładnie w odpowiednim odcieniu, co mogła zauważyć jedynie osoba, która
dostąpiła Trzeciego Wywyższenia.
Gdy Dar Pieśni wszedł do salki, kolory ożyły. Pojaśniały, stały się
jeszcze bardziej wyraziste, choć jednocześnie pozostały ciemne. Rdzawa
czerwień przeobraziła się w prawdziwszą rdzawą czerwień, granat stał się
mocniejszym granatem. Ciemne, acz jasne - kontrast, który mógł powstać
jedynie dzięki Oddechowi.
Na środku małej komnaty stało dziecko.
Dlaczego to zawsze musi być dziecko? - przemknęło przez myśl Darowi
Pieśni.
Llarimar i służący czekali. Bóg ruszył naprzód i mała dziewczynka
odsunęła się lękliwie na bok, ku dwóm kapłanom w złoto-czerwonych
szatach. Zachęcająco skinęli głowami. Dziewczynka, wyraźnie
zdenerwowana, odwróciła się z powrotem ku Powracającemu.
- No, chodź - odezwał się, starając się, by jego głos brzmiał
przekonująco. - Nie ma się czego bać.
Dziewczynka, mimo wszystko, wciąż się trzęsła.
W głowie Daru Pieśni zabrzmiały wszystkie liczne wykłady Llarimara -
który twierdził, że nie były wcale wykładami, bo boga nie można nauczać.
Powracających bóstw Hallandren nie należało się bać. Bogowie, ich
obecność to błogosławieństwo. Dzięki nim królestwo zyskuje wizje
przyszłości, przywództwo i mądrość. A w zamian potrzebowali tylko
jednej, jedynej rzeczy.
Oddechu.
Dar Pieśni zawahał się, ale słabość znów uderzyła mu do głowy. Świat
zawirował. Przeklął się w duchu, ukląkł na jedno kolano i ujął twarz
dziewczynki w swoje przerośnięte dłonie. Rozpłakała się, ale głośno i wyraźnie wypowiedziała słowa, których ją nauczono.
- Moje życie do twojego. Mój Oddech staje się twoim.
Oddech dziecka wypłynął na zewnątrz, skłębił się w powietrzu. Jego pasma
przesunęły się wzdłuż ramienia Powracającego - dotyk był niezbędny - i bóg zaczerpnął go. Słabość zniknęła, zawroty głowy ustały. Zamiast nich
pojawiła się rześka jasność. Poczuł przypływ sił, energii, życia.
Dziewczynka zmatowiała. Lekko spłowiały kolory jej ust i oczu. Brązowe
włosy utraciły nieco swego połysku; policzki zbielały.
To nic, myślał. Większość ludzi nawet nie potrafi stwierdzić, że nie ma
już Oddechu. Ta dziewczynka przeżyje normalne życie. Będzie szczęśliwa.
A jej rodzina otrzyma za tę ofiarę sowitą zapłatę.
A Dar Pieśni przeżyje kolejny tydzień. Oddech, którym się karmił, nie
sprawiał przyrostu jego aury: na tym polegała kolejna różnica pomiędzy
Rozbudzającymi a Powracającymi. Ci pierwsi byli niekiedy uważani za
gorszych, a ich badania i eksperymenty za nieudolne, ludzkie próby
zbliżenia się do bogów.
Nie otrzymując co tydzień nowego Oddechu, Dar Pieśni by umarł. Poza
Hallandren wielu Powracających przeżywało jedynie osiem dni. Niemniej,
mogąc co tydzień nakarmić się świeżym Oddechem, każdy z Powracających
mógł żyć bez końca, nie starzejąc się i doznając nocami wizji, które w powszechnej opinii pozwalały poznać przyszłość. Dlatego właśnie
zbudowano Dwór Bogów, pełen pałaców, w których można było pielęgnować
bogów, chronić ich i - co najważniejsze - karmić.
Kapłani rzucili się do przodu i wyprowadzili dziewczynkę z sali.
Nic jej się nie stało, powtórzył w duchu Dar Pieśni. Nic jej nie
będzie...
Gdy wychodziła, spotkały się ich spojrzenia i zauważył, że z oczu
dziecka zniknęła iskra. Stała się Bezbarwna, matowa, wypłowiała. Stała
się osobą pozbawioną Oddechu. Tego już nie można było odzyskać.
Wyprowadzono ją za drzwi.
Dar Pieśni zwrócił się do Llarimara. Czuł się winny z powodu swego
nagłego przypływu energii.
- No, dobrze - powiedział. - Przyjrzyjmy się darom.
Brew kapłana uniosła się nad oprawkę okularów.
- Nagle stałeś się przychylny.
Muszę coś oddać światu w zamian, pomyślał Dar Pieśni. Nawet jeśli to coś
bezużytecznego.
Przeszli przez kilka kolejnych czerwono-złotych komnat. Większość z nich
była kwadratowa, z drzwiami otwierającymi się w każdej ze ścian. Kiedy
dotarli w pobliże wschodniego krańca pałacu, weszli do długiego wąskiego
pomieszczenia. Było zupełnie białe, co w Hallandren stanowiło wielką
rzadkość. Ściany obwieszono obrazami i wierszami. Służący zostali na
zewnątrz; tylko Llarimar podszedł wraz z Darem Pieśni do pierwszego
malowidła.
- Więc? - spytał kapłan.
Stali przed sielankowym pejzażem dżungli - pochyłe palmy, wielobarwne
kwiaty. Niektóre z tych roślin można było znaleźć w ogrodach
otaczających Dwór Bogów i dlatego Dar Pieśni potrafił je rozpoznać.
Nigdy nie był w prawdziwej dżungli - a przynajmniej nie w tym wcieleniu.
- Ten obraz jest dobry - powiedział. - Ale nie wybitny. Sprawia, że
myślę o świecie zewnętrznym. Żałuję, że nie mogę tam żyć.
Llarimar spojrzał na niego ze zdziwieniem.
- No co? - dodał Dar Pieśni. - W pałacu bywa nudno.
- Ale, Wasza Miłość, w lesie nie ma wystarczająco dużo wina.
- Mógłbym sam je sobie robić. Fermentowałbym... coś.
- Oczywiście - przytaknął Llarimar i skinął na jednego z czekających na
zewnątrz asystentów.
Młodszy kapłan zapisał wszystko, co Dar Pieśni powiedział na temat
obrazu. Gdzieś tam, w mieście, był ktoś, kto oczekiwał od Powracającego
błogosławieństwa. Prawdopodobnie miało to coś wspólnego z odwagą -
możliwe, że ofiarodawca planował zawarcie małżeństwa, mógł też być
kupcem zamierzającym dobić ryzykownego targu. Kapłani zinterpretują
słowa, które wypowiedział Dar Pieśni, i przedstawią wróżbę klientowi,
wraz z oryginalnymi słowami bóstwa. Tak czy inaczej, sam akt przesłania
bogu obrazu, miał przynieść dobrą wróżbę ofiarodawcy.
Podobno.
Dar Pieśni odszedł od malowidła. Jeden z młodszych kapłanów natychmiast
podbiegł i wyniósł je z sali. Ofiarodawca najprawdopodobniej nie
namalował go sam, tylko zamówił. Im lepszy obraz, tym bardziej
korzystnej reakcji bóstw można się było spodziewać. Wyglądało więc na
to, że pomyślność danej osoby zależała w dużej mierze od tego, jak dużą
sumę jest w stanie zapłacić malarzowi.
Nie powinienem być aż tak cyniczny, złajał się w duchu Dar Pieśni. Gdyby
nie ten system, umarłbym już pięć lat temu.
Choć oczywiście umarł pięć lat temu, mimo że wciąż nie wiedział, w jakich okolicznościach. Czy naprawdę była to heroiczna śmierć? Może
nikomu nie było wolno rozmawiać o jego poprzednim życiu dlatego, że Dar
Pieśni zwany Mężnym tak naprawdę umarł na zatwardzenie?
Młodszy kapłan zniknął za drzwiami z leśnym malowidłem. Obraz zostanie
spalony. Tego rodzaju ofiary składano specjalnie wybranemu bóstwu, poza
którym - i kilkoma jego kapłanami - nikt nie powinien ich oglądać. Dar
Pieśni podszedł do kolejnego daru. Ten był tak naprawdę wierszem
spisanym na płótnie pismem rzemieślników Hallandren. Gdy podchodził,
rozjarzyły się barwne plamki. Pismo było specyficzne, opierało się
bowiem nie na kształcie, a na barwie. Każda z kolorowych plamek
odpowiadała innemu dźwiękowi miejscowego języka. W połączeniu z kropkami
podwójnymi - i oczywiście różnobarwnymi - tworzyło to alfabet będący
koszmarem wszystkich, którzy nie rozpoznawali kolorów.
Do tej konkretnej przypadłości nie przyznawało się jednak w Hallandren
wielu ludzi. Tak przynajmniej Darowi Pieśni powiedziano. Zastanowił się,
czy kapłani wiedzieli, jak często ich bogowie plotkują na temat
zewnętrznego świata.
Wiersz nie był szczególnie udany, najwyraźniej ułożony przez chłopa,
który zapłacił komuś za spisanie utworu pismem rzemieślników. Świadczyła
o tym prostota kropek. Prawdziwi poeci używali bardziej złożonych
symboli - zmieniających barwę ciągłych linii albo kolorowych znaczków
tworzących wyrafinowane obrazy. Wiele można było zrobić, mając do
dyspozycji symbole, które mogły zmieniać kształt, nie zmieniając
jednocześnie swego znaczenia.
Dobieranie właściwych barw stanowiło trudną w doskonaleniu umiejętność,
do osiągnięcia perfekcji wymagającą Trzeciego lub wyższego Wywyższenia.
Właśnie przy tym poziomie Oddechu zyskiwało się doskonałe wyczucie
odcieni, podobnie jak przy Drugim Wywyższeniu nabierało się idealnego
wyczucia intensywności barwy. Wszyscy Powracający mieli Piąte
Wywyższenie. Dar Pieśni nie wiedział, jak może wyglądać życie bez
umiejętności natychmiastowego oceniania kolorów i dźwięków. Sam potrafił
bez trudu odróżnić idealną czerwień od takiej, z którą zmieszano choć
kroplę białej farby.
Ocenił wiersz chłopa najlepiej jak mógł, choć zwykle, przyglądając się
darom, starał się omawiać je uczciwie. Traktował to jako swój obowiązek
i z jakiegoś powodu była to jedna z niewielu spraw, do których
podchodził poważnie.
Ruszyli dalej wzdłuż szeregu darów. Dar Pieśni oceniał kolejne obrazy i wiersze. Ściana była dziś wyjątkowo gęsto obwieszona. Czyżby zbliżało
się jakieś święto lub uczta, o której nie wiedział? Zanim zbliżyli się
do końca, bóg poczuł już zmęczenie, choć jego ciało - ożywione
dziecięcym Oddechem - wciąż było pełne sił i ekscytacji.
Zatrzymał się przed ostatnim obrazem. Praca abstrakcyjna, w stylu, który
ostatnimi czasy zyskiwał na popularności - szczególnie wiele takich
malowideł trafiało do niego, ponieważ w przeszłości podobne obrazy
oceniał przychylnie. Teraz niemal skrytykował go właśnie z tego powodu.
Dobrze było utrzymywać kapłanów w niepewności co do ocen. Tak
przynajmniej radzili niektórzy inni bogowie. Dar Pieśni podejrzewał, że
wielu z nich recenzowało składane w darze dzieła sztuki w o wiele
bardziej wyrachowany sposób, rozmyślnie używając przy tym tajemniczych,
wieloznacznych sformułowań.
Nie miał cierpliwości do takich zabiegów, zwłaszcza że wszyscy pragnęli
od niego tylko szczerości i niczego więcej. Poświęcił więc na ostatni
obraz tyle czasu, ile było potrzeba. Płótno było pokryte grubą warstwą
farby, każdy jego cal naznaczono zamaszystymi, odważnymi pociągnięciami
pędzla. Dominującym odcieniem była głęboka czerwień, niemal karmazyn.
Dar Pieśni od razu rozpoznał na nim czerwono-niebieską mieszankę farb z nieznaczną domieszką czerni.
Kolorowe linie przecinały się, nakładały jedna na drugą, zupełnie tak,
jakby rządził nimi jakiś ukryty porządek. Wyglądały niemal jak... fale.
Dar Pieśni zmrużył oczy. Gdy patrzył na obraz w odpowiedni sposób,
widział na nim morze. A to w samym środku? Czy to możliwe, by to był
statek?
Powróciły do niego niewyraźne wątki snu. Czerwone morze. Wypływający
statek.
Mam chyba zwidy, pomyślał.
- Dobre kolory - odezwał się. - Ładne wzory. Czuję spokój. Choć
jednocześnie wyczuwam w tym napięcie. Podoba mi się.
Llamar z wyraźnym zadowoleniem dał znak młodemu kapłanowi. Słowa
Powracającego zostały skrzętnie zapisane.
- A zatem? - spytał bóg. - Rozumiem, że to już wszystko?
- Tak, Wasza Miłość.
Został już tylko jeden obowiązek, pomyślał Dar Pieśni. Teraz, po
przyjrzeniu się darom, następowała pora na ostatni - i najmniej
przyjemny - fragment codziennego rytuału. Petycje. Musiał się z nimi
zmierzyć, zanim będzie mógł oddać się ważniejszym czynnościom, jak na
przykład drzemce.
Llarimar nie poprowadził go jednak do komnaty próśb. Skinął tylko ręką
na młodszego kapłana, po czym zaczął błyskawicznie przeglądać
przyczepione do deszczułki kartki.
- No i? - ponaglił Dar Pieśni.
- O co pytasz, Wasza Miłość?
- O petycje.
Llarimar pokręcił głową.
- Dziś nie będziesz ich wysłuchiwać, Wasza Miłość. Nie pamiętasz?
- Nie. Przecież po to mam ciebie, byś za mnie o wszystkim pamiętał.
- A więc - kapłan przewrócił kolejną kartkę - proszę uznać za oficjalnie
zapamiętane, że dziś nie będzie żadnych próśb. Twoi kapłani zajmą się
czymś innym.
- Naprawdę? - zaciekawił się Dar Pieśni. - Czym takim?
- Pełnym czci klęczeniem na dziedzińcu, Wasza Miłość. Dziś przybywa do
nas nasza nowa królowa.
Dar Pieśni zamarł. Naprawdę muszę się bardziej zainteresować polityką,
pomyślał.
- Dzisiaj?
- Nie inaczej, Wasza Miłość. Nasz władca, Król-Bóg weźmie sobie żonę.
- Tak od razu?
- Gdy tylko przybędzie narzeczona, Wasza Miłość.
To ciekawe, przemknęło bogu przez głowę. Susebron się żeni. Król-Bóg był
jedynym z Powracających, który mógł się żenić. Bogowie nie byli w stanie
płodzić dzieci - z wyjątkiem rzecz jasna króla, który nigdy nie oddychał
jako żywy człowiek. Ta różnica zawsze wydawała się Darowi Pieśni dziwna.
- Wasza Miłość - podjął Llarimar. - Będziemy potrzebować Rozkazu dla
Nieżywych, aby odpowiednio rozmieścić oddziały przed miastem z okazji
przybycia królowej.
- A co? Zamierzamy ją zaatakować? - Dar Pieśni uniósł brew.
Kapłan zmierzył boga surowym spojrzeniem.
Dar Pieśni zachichotał.
- Dojrzewający owoc - powiedział, zdradzając jedno z haseł
bezpieczeństwa, pozwalających innym kontrolować Nieżywych.
Nie był to oczywiście Rozkaz podstawowy. Fraza, którą podał Llarimarowi
umożliwiała kontrolowanie Nieżywych w sytuacjach niewymagających użycia
siły, a ponadto czas jej skutecznego działania wynosił tylko jeden
dzień. Dar Pieśni uważał, że system Rozkazów, dzięki którym dowodzono
Nieżywymi, jest niepotrzebnie skomplikowany. Aczkolwiek, będąc jednym z czwórki bogów, którzy dysponowali Rozkazami dla Nieżywych, mógł się
niekiedy poczuć dość ważną osobistością.
Kapłani zaczęli między sobą cicho rozmawiać o przygotowaniach do
uroczystości. Dar Pieśni czekał, wciąż myśląc o Susebronie i zbliżającym
się ślubie. Splótł ręce na piersi i oparł się o framugę drzwi.
- Wiercipięto?
- Tak, Wasza Miłość?
- Czy ja miałem żonę? Zanim umarłem?
Llarimar się zawahał.
- Wiesz, że nie wolno mi rozmawiać o czasach sprzed twego Powrotu.
Wiedza o twojej przeszłości nikomu nie przysporzy żadnej korzyści.
Dar Pieśni odchylił głowę, oparł ją o ścianę i spojrzał na białą powałę.
- Niekiedy... przypominam sobie twarz - powiedział cicho. - Piękne,
młode oblicze. Wydaje mi się, że to właśnie ona.
Kapłani ucichli.
- Ciepłe, brązowe włosy - ciągnął bóg. - Czerwone usta, trzy odcienie
ciemniejsze od siódmej harmoniki, bardzo piękne. Ciemna, opalona skóra.
Do Llarimara podbiegł asystent z czerwoną księgą w dłoniach. Starszy
kapłan zaczął gorączkowo notować. Nie dopytywał Powracającego o dalsze
szczegóły. Przyjmował słowa bóstwa z dobrodziejstwem inwentarza.
Wreszcie Dar Pieśni umilkł i odwrócił się od mężczyzn i ich gęsich piór.
Jakie to ma teraz znaczenie? - pomyślał. Tamtego życia już nie ma.
Zamiast tego zostałem bogiem. I nieważne, czy wierzę w tę religię, czy
nie, korzyści są niezaprzeczalne.
Odszedł, a za nim świta sług i kapłanów, którzy wciąż czekali na kolejne
polecenia swego pana. Dary zostały ocenione, sny zapisane, a petycje
odwołane. Dar Pieśni mógł wreszcie zająć się wszystkim, na co tylko
przyjdzie mu ochota.
Nie wrócił jednak do swych komnat. Wyszedł na patio i nakazał rozstawić
sobie altanę. Skoro dziś miała przybyć nowa królowa, to on chciał się
jej przyjrzeć.
Rozdział 4
4
Powóz Siri zatrzymał się przed T'Telir, stolicą Hallandren. Dziewczyna
wyjrzała przez okno i zobaczyła coś bardzo onieśmielającego. Jej
pobratymcy nie mieli pojęcia, co znaczy słowo "pretensjonalne". Kwiaty
nie były pretensjonalne. Pretensjonalna nie była dziesiątka chroniących
powóz żołnierzy. Publiczne wybuchy emocji także nie.
Ale błonia, na których stało czterdzieści tysięcy wojowników odzianych w jaskrawe błękitno-złote stroje, rozmieszczonych w równych szeregach, z włóczniami ozdobionymi niebieskimi, łopocącymi na wietrze
chorągiewkami... Tak, to było pretensjonalne. Bliźniacza linia
kawalerzystów siedzących na wielkich rumakach, przystrojonych - ludzie i konie - złotą, lśniącą w słońcu tkaniną - to było pretensjonalne.
Wielkie miasto, tak duże, że na jego widok poczuła zawroty głowy,
miasto, którego kopuły, wieże i malowane mury zmagały się w walce o jej
uwagę. Tak, to było pretensjonalne.
Wydawało jej się przedtem, że jest na to gotowa. W końcu zmierzający do
T'Telir powóz przejeżdżał już przez inne miasta. Siri widziała więc
malowane domy, jaskrawe barwy i wzory. Sypiała w gospodach na miękkich
łożach. Jadała potrawy przyprawione tak, że przez cały posiłek chciało
jej się kichać.
Ale na swoje przyjęcie w T'Telir nie była gotowa. Ani trochę.
Błogosławiony Panie Kolorów... - jęknęła w duchu.
Jej żołnierze zbili się ciasno wokół powozu, jakby chcąc się pod nim
ukryć i uniknąć powalającego widoku. T'Telir zostało wzniesione na
brzegu Morza Jasnego, dużego lecz ograniczonego z każdej strony lądem
akwenu. Dziewczyna widziała je w oddali. Fale odbijały blask słońca.
Nazwa nie wydawała się ani trochę przesadzona.
Do powozu podjechał mężczyzna odziany w srebro i błękity. Jego obszerna
szata nie była prosta ani skromna, w niczym nie przypominała strojów,
jakie nosili kapłani w Idris. Miała potężne pikowane ramiona, które
sprawiały, że ubiór ten wyglądał niemal jak zbroja, zaś głowę mężczyzny
zdobiła pasująca do reszty mitra. Wszystko to razem - wielowarstwowy,
intensywnie kolorowy strój - sprawiło, że włosy Siri zbladły do lękliwej
bieli.
Nieznajomy się ukłonił.
- Lady Sisirinah, córko królewskiego rodu - odezwał się głębokim,
donośnym głosem. - Nazywam się Treledees, jestem wysokim kapłanem Jego
Nieśmiertelnej Wysokości, Susebrona Wspaniałego, Boga Który Powrócił i Króla Hallandren. Przyjmij, proszę, w geście szacunku tę symboliczną
gwardię honorową, która odprowadzi cię na Dwór Bogów.
Symboliczną? - przemknęło przez myśl oszołomionej Siri.
Kapłan, nie czekając na jej reakcję, zawrócił konia i ruszył szeroką
aleją w stronę miasta. Powóz potoczył się jego śladem, żołnierze
niepewnie maszerowali obok. Dżungla ustąpiła sporadycznie rosnącym kępom
palm. Siri stwierdziła ze zdumieniem, że ziemia jest tu bardzo
piaszczysta. Krajobraz przesłoniło jej wielkie pole, na którym roiło się
od żołnierzy, stojących na baczność po obu stronach traktu.
- Austre, Boże Kolorów! - wyszeptał jeden z jej gwardzistów. - To
przecież Nieżywi!
Włosy Siri - które już zaczęły dryfować powoli w rejony beżu - na powrót
skoczyły w pełną strachu biel. Żołnierz miał rację. Wojownicy Hallandren
byli pod swymi barwnymi mundurami szarzy i bezbarwni. Ich oczy, skóra, a nawet włosy - wszystko zostało całkowicie pozbawione koloru. Byli
monochromatyczni.
To niemożliwe, żeby to byli Nieżywi! - pomyślała. Przecież wyglądają jak
ludzie!
Dotąd wyobrażała sobie Nieżywych na podobieństwo kościotrupów, z odpadającymi od wyschniętych piszczeli resztkami gnijącego ciała. W końcu byli to ludzie, którzy umarli i zostali wskrzeszeni, by służyć w armii bezmyślnych potworów. Jednakże wszyscy, których mijała, wyglądali
całkiem zwyczajnie. Poza bezbarwnością i pozbawionymi wyrazu twarzami
niczym nie różnili się od żyjących. I jeszcze ten ich przyprawiający o ciarki bezruch. Nie drgnęła ani jedna noga, nie oddychali, nie poruszyła
się ani jedna twarz czy ramię. Nieruchome były nawet ich spojrzenia.
Wydawali się posągami, które to wrażenie potęgowała dodatkowo szarość
skóry.
I ja... ja mam poślubić coś takiego? - zastanowiła się lękliwie. Ale nie
- Powracający byli czymś innym niż Nieżywi i czymś innym niż Bezbarwni,
ludzie, którzy utracili swój Oddech. Dziewczyna pamiętała niejasno
Powrót pewnego mieszkańca Bevalis. Wydarzyło się to niemal dziesięć lat
temu i ojciec nie pozwolił jej tego mężczyzny odwiedzić. Pamiętała
jednak, że był w stanie swobodnie rozmawiać z członkami swej rodziny,
choć w ogóle ich nie pamiętał.
Umarł tydzień później.
Wreszcie powóz wyjechał spomiędzy szeregów Nieżywych. Zbliżyli się do
miejskich murów. Były ogromne i onieśmielające, choć jednocześnie
wydawały się bardziej dziełem sztuki niż funkcjonalną fortyfikacją. U szczytu były zakończone wielkimi, przypominającymi wzgórza kopułami,
których krawędzie wyłożono złotymi płytami. Same bramy zostały
wyrzeźbione na kształt dwóch wijących się gibkich morskich stworzeń,
splatających się u szczytu łukowatego sklepienia. Siri przejechała
pomiędzy nimi w towarzystwie eskorty kawalerzystów z Hallandren. Jeźdźcy
wyglądali na żywych ludzi.
Zawsze uważała Hallandren za królestwo śmierci. Myślała tak, wnioskując
z opowieści wędrowców i starych bab, gadających zimą przy paleniskach. W ich historiach pojawiały się miejskie mury wzniesione z czaszek, z grubsza tylko pokryte brzydkimi, niestarannymi maźnięciami farby.
Wyobrażała sobie budynki ochlapane niedopasowanymi do siebie kolorami.
Wyobrażała sobie wulgarność.
Myliła się. Owszem, T'Telir było aroganckie i pretensjonalne. Miała
wrażenie, że każdy cudowny widok chce zagarnąć jej uwagę tylko dla
siebie i wstrząsnąć nią. Wzdłuż ulicy stały tłumy - ludzi było tu
więcej, niż Siri widziała w całym swoim dotychczasowym życiu -
przyglądające się jej orszakowi. Dziewczyna nie była w stanie
stwierdzić, czy na jej powitanie wyszli też biedacy, ponieważ wszyscy
mieli na sobie jaskrawe barwne stroje. Niektórzy byli ubrani w bardziej
od innych ekstrawaganckie ubrania - prawdopodobnie byli to kupcy. W Hallandren podobno nie było arystokracji, tylko bogowie. Jednak nawet
skromniejsze stroje wyglądały wesoło i żywo.
Wiele z malowanych budynków wyraźnie wymagało remontu, ale żaden nie był
udekorowany niestarannie czy niechlujnie. Wszystko tu wydawało się
dziełem sztuki, począwszy od sklepowych witryn, przez stroje
mieszkańców, po posągi wielkich wojowników, jakich wiele stało na
placach. Wszystko to przytłaczało. Krzyczało. Siri zdała sobie sprawę,
że mimowolnie się uśmiecha - jej włosy przybrały nieśmiały złotawy
odcień - poczuła zbliżający się ból głowy.
Może... - pomyślała, może to dlatego ojciec mnie tu wysłał. Ze
szkoleniem czy bez, Vivenna nigdy by tu nie pasowała. A ja zawsze
interesowałam się kolorami. Aż za bardzo.
Dedelin był dobrym władcą, obdarzonym wyjątkowym instynktem. Co, jeśli -
po dwudziestu latach strawionych na uczenie i wychowywanie Vivenny -
stwierdził, że to nie ona powinna pomóc Idris? Czyżby to właśnie z tego
powodu, po raz pierwszy w życiu, postawił nie na nią, a na Siri?
Tylko co ja mam właściwie robić?
Wiedziała, że wszyscy obawiali się inwazji Hallandren na Idris. Nie
podejrzewała jednak, by ojciec wysłał tu którąkolwiek z nich, gdyby ta
groźba była realna. Może miał nadzieję, że jej podróż spowoduje
załagodzenie napięcia pomiędzy oboma królestwami?
Taka możliwość niepokoiła ją jeszcze bardziej. Siri nie nawykła do
myślenia w kategoriach obowiązku. Tymczasem ojciec powierzył jej los i życie swych poddanych, a ona nie mogła przed tą odpowiedzialnością
uciec.
Nie mogła też uniknąć ślubu.
Wskutek rosnącego strachu przed przyszłością jej włosy znów pokryły się
bielą. Ponownie zwróciła uwagę na miasto. Bez trudu dała się mu
pochłonąć. T'Telir było wielkie, rozciągnięte jak zmęczona, owinięta
wokół wzgórz bestia. Powóz wspiął się na wzniesienie w południowej
części metropolii i dziewczyna ujrzała pomiędzy budynkami, że Morze
Jasne dotyka stolicy wodami szerokiej zatoki. Miasto otaczało ją na
kształt półksiężyca, schodząc aż do brzegu. Mury nie musiały więc
okrążać całego T'Telir. Ich półkole kończyło się na plaży.
Dziewczyna dostrzegła wiele otwartych przestrzeni - rynki, targi i ogrody, szerokie połacie niewykorzystanego terenu. Wzdłuż ulic rosły
palmy i inne rozmaite rośliny. Dzięki wiejącej od morza bryzie panował
tu o wiele przyjemniejszy klimat niż się tego spodziewała. Droga
prowadziła ku wznoszącemu się pośrodku miasta płaskowyżowi, z którego
musiał się roztaczać wspaniały widok. Tyle tylko, że przesłaniał go
potężny mur. Siri patrzyła z rosnącym szacunkiem, jak otwierają się
bramy tego mniejszego miasta w mieście, przez które wkroczył pochód.
Gapie zostali na zewnątrz.
Wewnątrz znajdował się jeszcze jeden mur, bariera zatrzymująca ludzkie
spojrzenia. Orszak skręcił w lewo, okrążył drugi mur i wkroczyli na
teren Dworu Bogów Hallandren: znaleźli się na zamkniętym, porośniętym
trawnikiem dziedzińcu. Na jego drugim końcu wznosiła się potężna czarna
budowla, znacznie większa od pozostałych budynków.
Dziedziniec tonął w ciszy. Siri widziała siedzących na balkonach ludzi,
którzy obserwowali jej toczący się po trawie powóz. Przed każdym z mijanych pałaców klęczały grupki pochylonych mężczyzn i kobiet. Barwy
ich strojów były dopasowane do kolorów budowli, ale Siri nie poświęciła
im wiele uwagi. Nerwowo spoglądała na wielki czarny gmach. Miał podstawę
w kształcie piramidy wzniesionej z potężnych kamiennych bloków,
przypominających stopnie gigantycznych schodów, a na szczycie masywną
wieżę.
Czerń, pomyślała, Czerń w mieście kolorów. Włosy zbielały jej jeszcze
bardziej. Nagle zaczęła żałować, że nigdy nie była zbyt pobożna.
Wątpiła, by Austre cenił sobie jej wybuchy emocji, a poza tym
najczęściej nie potrafiła nawet wymienić Pięciu Wizji. Żywiła jednak
gorącą nadzieję, że choćby dla dobra jej ludu bóg zadba nawet i o nią.
Pochód zatrzymał się pod wysokim budynkiem. Siri wyjrzała z powozu i zerknęła w górę, popatrzyła na gzymsy i wybrzuszenia na dachu wieży.
Wydawała się niezmiernie ciężka. Odniosła wrażenie, że ciemne skalne
bloki za moment stoczą się w dół i pogrzebią wszystkich na wieki. Kapłan
podjechał konno do powozu. Kawalerzyści czekali w milczeniu. Jedynym
dźwiękiem na przestronnym dziedzińcu był teraz cichy stukot kopyt
przestępujących z nogi na nogę koni.
- Przybyliśmy, Kielichu - odezwał się. - Po wejściu do środka zostaniesz
przygotowana i zaprowadzona do męża.
- Męża? - spytała niepewnie Siri. - Czy nie odbędzie się żadna
ceremonia?
Kapłan uśmiechnął się nieprzyjemnie.
- Król-Bóg nie potrzebuje oficjalnego uprawomocnienia swych decyzji.
Stałaś się jego żoną w chwili, w której tego zapragnął.
Siri zadrżała.
- Miałam nadzieję, że będę mogła go zobaczyć, zanim... no wiesz...
Kapłan rzucił jej srogie spojrzenie.
- Król-Bóg nie dostosuje się do twoich kaprysów, kobieto. Dostąpiłaś
największego błogosławieństwa z możliwych. Będziesz mogła go dotknąć - o ile ci na to pozwoli. Nie udawaj, że jesteś czymś innym, niż jesteś.
Zjawiłaś się tu, bo on sobie tego zażyczył, i będziesz mu posłuszna.
Inaczej zostaniesz odsunięta i twoje miejsce zajmie inna, a myślę, że to
nie przyniosłoby żadnej korzyści twoim przyjaciołom, buntownikom z gór.
Kapłan spiął konia i pojechał stępa w stronę szerokiej kamiennej rampy
prowadzącej do piramidy. Powóz ruszył i Siri pojechała ku swemu
przeznaczeniu.
Rozdział 5
5
To skomplikuje sprawy, pomyślał Vasher. Stał w cieniu na szczycie
otaczającego Dwór Bogów muru.
Co się stało? - odezwał się Krew Nocy. Buntownicy przysłali wreszcie
księżniczkę. To nie zmienia twoich planów.
Vasher odczekał w milczeniu do chwili, gdy powóz z nową królową wjechał
po pochylni i zniknął w paszczy pałacu.
No co? - spytał ostro Krew Nocy. Nawet po upływie tylu lat miecz
bardzo często zachowywał się dziecinnie.
Zostanie wykorzystana, odpowiedział w myślach Vasher. Wątpię, byśmy
mogli wykonać zadanie, nie interesując się tą dziewczyną.
Nie wierzył, by Idrianie naprawdę przysłali do T'Telir osobę, w żyłach
której płynie królewska krew. Oddaliby tym samym przeciwnikom ogromnie
cenną figurę, sobie zostawiając jedynie pionki.
Vasher odwrócił się tyłem do dziedzińca i owinął stopę wokół jednego ze
sztandarów spływających po zewnętrznej stronie muru. Uwolnił Oddech.
- Opuść mnie - rozkazał.
Wielki, utkany z wełny proporzec pozbawił go setek Oddechów. Nie miał
kształtu przypominającego sylwetkę człowieka i był ogromny. Vasher
dysponował już jednak tak dużą ilością BioChromy, by pozwalać sobie na
najbardziej ekstrawaganckie Przebudzenia.
Sztandar skręcił się jak żywa istota i przybrał kształt ręki, która
pochwyciła Vashera. Przebudzony przedmiot jak zawsze starał się zbliżyć
zarysem do ludzkiej postaci - patrząc na sploty i zgięcia tkaniny,
Vasher był w stanie rozróżnić mięśnie, a nawet żyły. Oczywiście nie były
potrzebne: materiał czerpał życie z Oddechu.
Vasher został ostrożnie opuszczony w dół i w końcu dotknął stopami
bruku.
- Twój Oddech do mnie - rozkazał. Wielki proporzec natychmiast stracił
swój ożywiony kształt. Wypłynęło z niego życie i na powrót załopotał pod
murem.
Na ulicy zatrzymało się kilku przechodniów. Jednakże byli jego wyczynem
tylko zainteresowani, z pewnością nie oniemieli z zachwytu bądź strachu.
W końcu znajdowali się w T'Telir, mieście bogów. Ludzie dysponujący
tysiącem lub więcej Oddechów nie stanowili może częstego widoku, ale z pewnością nie zaskakiwali. Gapie patrzyli przez chwilę na Vashera - tak
jak w innym królestwie przyglądaliby się przejeżdżającemu powozowi
arystokraty - po czym wrócili do własnych zajęć.
Zwrócenia uwagi nie dało się uniknąć. Co prawda Vasher był ubrany wciąż
w swe zwykłe ubranie - poszarpane spodnie, noszony mimo upału wytarty
płaszcz przepasany owiniętą kilkakrotnie wokół pasa liną - lecz teraz
jego obecność powodowała wyrazistą zmianę barw pobliskich przedmiotów.
Zmianę zauważalną dla zwykłych ludzi i oczywistą dla tych, którzy
dostąpili Pierwszego Wywyższenia.
Minęły dni, gdy mógł się skradać i kryć. Teraz musiał się ponownie
przyzwyczaić do ludzkiej uwagi. Był to jeden z powodów, dla których
cieszył się, że jest właśnie w T'Telir. To miasto było na tyle duże i pełne niesamowitości - od Nieżywych żołnierzy począwszy, na
Przebudzonych przedmiotach pomagających w codziennych czynnościach
skończywszy - że mimo wszystko zanadto się w nim nie wyróżniał.
Oczywiście nie dotyczyło to Krwi Nocy. Vasher przeciskał się przez tłum,
niosąc w jednym ręku wyraźnie zbyt ciężki miecz, niemal ciągnąc za sobą
po ziemi ukryte w pochwie ostrze. Na widok broni niektórzy natychmiast
uskakiwali. Inni przyglądali się jej stanowczo zbyt długo. Może nadszedł
już moment, by schować Krew do worka.
O nie, nawet o tym nie myśl - odezwał się miecz. Tylko nie to. Za
długo siedziałem w zamknięciu.
A jaką ci to robi różnicę? - pomyślał Vasher.
Potrzebuję świeżego powietrza - odparł Krew Nocy. I słońca.
Jesteś mieczem, nie palmą, zauważył Vasher.
Krew ucichł. Był na tyle rozgarnięty, by rozumieć, że nie jest osobą,
ale zdecydowanie nie lubił, gdy mu o tym przypominano. W takich chwilach
wpadał w ponury nastrój i zamykał się w sobie. Co bardzo Vasherowi
odpowiadało.
Dotarł do znajdującej się o kilka przecznic od Dworu Bogów restauracji.
Tego właśnie zawsze mu poza T'Telir brakowało: restauracji. W większości
innych miast nie istniał wielki wybór, jeśli chciało się coś zjeść.
Przyjezdni zatrzymujący się na dłużej płacili miejscowym kobietom, u których się potem stołowali. Podróżni niemający wiele czasu na pobyt
jadali to, co podano w gospodzie.
W T'Telir jednakże żyło wystarczająco wielu mieszkańców i byli oni na
tyle bogaci, by mogły tu powstać lokale zajmujące się wyłącznie
serwowaniem potraw. W innych miastach świata restauracje wciąż jeszcze
były nieznane, tutaj jednak działało ich już wiele. Vasher miał
zarezerwowany stolik, do którego przyprowadził go kelner. Usiadł i oparł
Krew Nocy o ścianę.
Miecz został skradziony niecałą minutę później.
Vasher, zajęty przyniesionym przez kelnera kubkiem gorącej cytrusowej
herbaty, zupełnie nie przejął się kradzieżą. Popijał słodzony napój,
ssał w zamyśleniu owocową skórkę i zastanawiał się, dlaczego mieszkańcy
tropikalnych krain pijają ciepłe herbaty. Po kilku minutach zmysł życia
podpowiedział mu, że jest obserwowany. Chwilę potem poczuł, że ktoś się
doń zbliża. Vasher, nie przerywając sączenia naparu, wysunął wolną ręką
sztylet z rękawa.
Kapłan zajął miejsce naprzeciwko Vashera. Zamiast szaty duchownego miał
na sobie zwykłe, codzienne ubranie. Niemniej - być może nie do końca
świadomie - wybrał akwamaryn i miedź: symboliczne barwy swego bóstwa.
Vasher ukrył ostrze w pochwie, maskując towarzyszący temu dźwięk głośnym
siorbnięciem.
Kapłan, Bebid, rozejrzał się nerwowo. Otaczająca go intensywna aura
świadczyła o tym, że dostąpił Pierwszego Wywyższenia. Na tym właśnie
poziomie zatrzymywała się większość ludzi zamożnych na tyle, by kupić
Oddech. Dzięki takiej jego ilości ich życie wydłużało się mniej więcej o dziesięć lat, otrzymywali także bardziej wrażliwy zmysł życia. Byli też
w stanie widzieć aurę innych ludzi i rozpoznawać Rozbudzających.
Potrafili również samodzielnie dokonywać pomniejszych Przebudzeń.
Całkiem nieźle, jak na coś, co kupowało się za sumę, za którą chłopska
rodzina mogła się utrzymać przez pięćdziesiąt lat.
- Zatem? - zagaił Vasher.
Bebid aż podskoczył. Vasher westchnął i zamknął oczy. Kapłan nie był
przyzwyczajony do tego rodzaju potajemnych spotkań. Zapewne nie
przyszedłby w ogóle, gdyby Vasher nie poddał go szczególnego rodzaju...
presji.
Vasher otworzył oczy i spojrzał na kapłana. Pojawił się kelner, niosący
dwa talerze mocno przyprawionego ryżu. Specjalnością restauracji były
potrawy z Tektees - mieszkańcy Hallandren lubowali się w kuchniach
innych nacji niemal tak samo, jak w dziwacznych kolorach. Vasher złożył
zamówienie już wcześniej, dodając do tego napiwek, dzięki któremu
sąsiednie wnęki ze stolikami pozostawały puste.
- Zatem? - powtórzył Vasher.
- Ja... - odezwał się Bebid. - Nie wiem, niewiele zdołałem się
dowiedzieć.
Vasher spojrzał na rozmówcę.
- Musisz mi dać więcej czasu - mówił dalej kapłan.
- Nie zapominaj o swoich grzeszkach - rzekł Vasher, dopijając herbatę.
Poczuł ukłucie irytacji. - Nie chciałbyś, żeby wyszły na jaw, prawda?
Czy naprawdę musimy przez to jeszcze raz przechodzić? - pomyślał.
Bebid zamilkł na dłuższą chwilę. Nawet nie tknął jedzenia.
- Vasher, nie wiesz, o co mnie prosisz. - Pochylił się. - Jestem
kapłanem Śniącej Prawdziwie. Nie mogę złamać ślubów!
- Świetnie się składa, bo wcale cię o to nie proszę.
- Nie powinniśmy rozpowszechniać informacji o dworskiej polityce.
- Co ty powiesz - żachnął się Vasher. - Powracający nie są w stanie
nawet popatrzeć jeden na drugiego, żeby po godzinie nie wiedziało o tym
pół miasta.
- Nie sugerujesz chyba... - zaczął Bebid.
Vasher zazgrzytał zębami i w rozdrażnieniu zgiął w palcach łyżeczkę.
- Dość tego, Bebid! Obaj wiemy, że twoje śluby to tylko część gry. -
Również się pochylił. - A ja nienawidzę takich gierek.
Bebid pobladł. Vasher rzucił swojej łyżce wściekłe spojrzenie i wyprostował ją. Uspokoił się. Nabrał do ust sporą porcję ryżu. Poczuł,
jak ostre korzenne przyprawy palą mu usta. Nie był człowiekiem, który
pozwalał stygnąć jedzeniu - nigdy nie wiadomo, kiedy nadejdzie pora, by
pośpiesznie zmienić lokal.
- Pojawiły się pewne... plotki - zaczął w końcu Bebid. - Tu nie chodzi o zwykłą dworską politykę, Vasher. To już nie są zwykłe rozgrywki pomiędzy
bogami. Tu się dzieje coś bardzo tajemniczego. To tak poważna sprawa, że
nawet wysoko postawieni kapłani znają tylko pogłoski.
Vasher nie przerywał jedzenia.
- Jedno z dworskich stronnictw naciska na zaatakowanie Idris - ciągnął
Bebid - choć nie mam pojęcia dlaczego.
- Nie bądź idiotą - upomniał go Vasher i pomyślał z żalem, że nie ma
więcej herbaty, którą mógłby popić pikantny ryż. - Obaj wiemy, że
Hallandren ma mocne powody do wyrżnięcia w pień wszystkich tych górali.
- Rodzina królewska - powiedział Bebid.
Vasher skinął głową. Nazywano ich buntownikami, ale ci "buntownicy" byli
prawdziwym rodem królewskim Hallandren. Owszem, byli zwykłymi
śmiertelnikami, ale płynąca w ich żyłach krew stanowiła wyzwanie rzucone
Dworowi Bogów. Każdy dobry monarcha wie, że pierwszą rzeczą, jaką należy
zrobić, by zapewnić sobie stabilność rządów, jest stracenie każdego, kto
mógłby wystąpić z lepiej od niego ugruntowanymi roszczeniami do tronu.
Potem nigdy nie szkodziło wykończyć wszystkich, którym mogłoby w przyszłości przyjść do głowy, że są w stanie wystąpić z takimi
roszczeniami.
- Ale dobrze - rzekł Vasher. - Zastanówmy się. Wybucha wojna. Hallandren
zwycięża. Gdzie tu problem?
- Problem jest taki, że to zły pomysł - odpowiedział Bebid. - Bardzo zły
pomysł. Na Widma Kalada, człowieku! Idris nie podda się bez walki i wcale nie będzie łatwym kąskiem, bez względu na to, co się mówi na
dworze. To zupełnie inna sytuacja, niż z tłumieniem rebelii tego głupca
Vahra. Idrianie mają sojuszników zza gór. Sympatyzują z nimi dziesiątki
innych królestw. To, co niektórzy nazywają "chirurgicznym trzebieniem
buntowniczych stronnictw", bez trudu może się przerodzić w kolejne
Wielowojnie. A tego chyba nie chcemy? Tysiące tysięcy zabitych?
Królestwa padające, by już nigdy się nie podnieść? I tylko po to, by
położyć łapę na kawałku skutej lodem ziemi, której tak naprawdę nikt nie
chce.
- Tamtejsze przełęcze i biegnące nimi szlaki handlowe są bardzo cenne -
zauważył Vasher.
Bebid prychnął.
- Idrianie nie są na tyle głupi, by podnieść cła zbyt wysoko. Ta gra nie
idzie o pieniądze. Tu chodzi o strach. Na dworze mówi się o tym, co
mogłoby się stać, gdyby Idrianie zamknęli przełęcze albo przepuścili
tamtędy naszych wrogów i dopuścili do oblężenia T'Telir. Gdyby chodziło
wyłącznie o złoto, do wojny nigdy by nie doszło. Hallandren kwitnie
dzięki handlowi farbami i tkaninami. Myślisz, że w razie wojny nasz
handel miałby się równie dobrze? Mielibyśmy szczęście, gdyby nie
załamała się cała nasza gospodarka.
- A ty zakładasz, że mi zależy na pomyślności gospodarki Hallandren? -
zapytał Vasher.
- Ach tak - rzucił oschle Bebid. - Zapomniałem, z kim rozmawiam. Czego
ty właściwie chcesz? Powiedz mi i skończmy już z tym.
- Opowiedz mi o buntownikach - polecił Vasher z ustami pełnymi ryżu.
- O Idrianach? Właśnie mówiłem...
- Nie o nich - wtrącił Vasher. - O tych w mieście.
- Po śmierci Vahra nie stanowią już problemu. - Kapłan lekceważąco
machnął ręką. - Co ciekawe, nikt nie wie, kto go zabił.
Najprawdopodobniej zrobili to sami rebelianci. Pewnie nie spodobało im
się, że tak łatwo dał się schwytać.
Vasher tego nie skomentował.
- I tylko tego chcesz? - spytał niecierpliwie Bebid.
- Chcę nawiązać kontakt z ludźmi, o których wspomniałeś - odpowiedział
Vasher. - Z tymi, którzy nalegają na wypowiedzenie wojny Idris.
- Nie pomogę ci wywołać...
- Nawet nie próbuj myśleć, że mógłbyś mi mówić, co mam robić, Bebid. Daj
mi tylko informacje, które mi obiecałeś, i będziesz wolny.
- Vasher. - Kapłan pochylił się jeszcze bardziej. - Nie potrafię ci
pomóc. Moja pani nie interesuje się taką polityką, a ja obracam się w innych kręgach.
Vasher jadł, oceniając w myślach szczerość rozmówcy.
- No dobrze, kto więc potrafi?
Bebid odprężył się i osuszył skroń chusteczką.
- Nie wiem - przyznał. - Może któraś z kapłanek Gwiazdy Miłosierdzia?
Mógłbyś też chyba spróbować Niebieskopalcego.
- Niebieskopalcy? Dziwne imię jak na boga.
- Niebieskopalcy nie jest bogiem. - Bebid zachichotał. - Tak go
nazywają. To urzędnik Wysokiego Dworu, główny skryba. Tak naprawdę dwór
działa głównie dzięki niemu; jeśli ktoś wie cokolwiek o buntownikach, to
na pewno on. Oczywiście to służbista i sztywniak. Niełatwo ci będzie go
złamać.
- Zdziwiłbyś się - rzucił Vasher i wsadził sobie do ust ostatnią łyżkę
ryżu. - Z tobą mi się udało, prawda?
- Racja.
Vasher podniósł się z miejsca.
- Wychodząc, nie zapomnij zapłacić - powiedział, zdjął płaszcz z wieszaka i opuścił restaurację.
Gdzieś po prawej stronie wyczuł... ciemność. Ruszył ulicą, po czym
skręcił w wąską alejkę, gdzie znalazł Krew Nocy - wciąż spoczywający w pochwie - wbity głęboko w pierś złodzieja. Ciało drugiego rzezimieszka
leżało obok na bruku.
Vasher wyciągnął miecz z ciała zabitego, wsunął ostrze głębiej w pochwę
- zostało ledwie z niej wysunięte - i zamknął zatrzask.
Dałeś się ponieść emocjom - zauważył karcąco Krew Nocy. Wydawało mi
się, że obiecywałeś nad tym popracować.
Chyba znów mi się pogorszyło, odparł Vasher.
Krew Nocy przez chwilę milczał.
Według mnie, nigdy ci się nie odgorszyło - skomentował.
Nie ma takiego słowa, pomyślał Vasher i wyszedł z alejki.
I co z tego? - burknął Krew. Strasznie się przejmujesz słowami. Na
przykład w rozmowie z tym kapłanem. Zużyłeś na niego tyle słów, a potem
po prostu pozwoliłeś mu odejść. Ja bym inaczej rozwiązał tę sytuację.
Tak, wiem, przyznał w myślach Vasher. Twoje rozwiązanie wymagałoby
zapewne wyprawienia kilku dodatkowych pogrzebów.
Cóż, jestem w końcu mieczem - przypomniał z dumą Krew Nocy. Niegłupio
jest robić to, w czym się jest dobrym...
***
Dar Pieśni siedział w altanie i obserwował zbliżający się do pałacu
powóz nowej królowej.
- Cóż, to był przyjemny dzień - odezwał się do swego wysokiego kapłana.
Kilka kielichów wina - oraz trochę czasu, który pozwolił mu się pozbyć
myśli o losie dzieci pozbawionych Oddechu - i już zaczynał wracać do
siebie.
- Tak bardzo się cieszysz z powodu przybycia królowej? - zaciekawił się
Llarimar.
- Cieszę się, że dzięki jej przyjazdowi choć na jeden dzień uniknąłem
wysłuchiwania petycji. Co o niej wiemy?
- Niewiele, Wasza Miłość - odpowiedział Llarimar. Ze swojego miejsca
obok krzesła pana spojrzał w kierunku pałacu Króla-Boga. - Idrianie
zaskoczyli nas, nie przysyłając swej najstarszej córki. Zamiast niej
przyjechała najmłodsza.
- To ciekawe - przyznał Dar Pieśni i odebrał z rąk służącego następny
kielich wina.
- Dziewczyna ma tylko siedemnaście lat - ciągnął Llarimar. - Nie
wyobrażam sobie związku z Królem-Bogiem w tym wieku.
- Wiercipięto, ciebie nie wyobrażam sobie związanego z Królem-Bogiem w dowolnym wieku - zauważył Dar Pieśni. Po chwili skrzywił się znacząco. -
Choć nie, jednak sobie wyobrażam. Ale ta suknia leży na tobie wprost
koszmarnie. Zanotuj, że należy wychłostać moją wyobraźnię za ukazywanie
mi ciebie w tak krępującej sytuacji.
- Umieszczę to w kronice zaraz po peanie na cześć twego poczucia
obyczajności, Wasza Miłość - odpowiedział oschle Llarimar.
- Nie bądź niemądry - rzucił Dar Pieśni, upijając łyk wina. - Wiesz, że
akurat tego nie mam już od lat.
Oparł się wygodniej. Co takiego Idrianie chcieli dać do zrozumienia
sąsiadom, przysyłając inną księżniczkę? Dwie zasadzone w donicach palmy
kołysały się na wietrze. Uwagę Powracającego rozproszyła słona woń
wiejącego od morza wiatru. Ciekawe, czy kiedyś pływałem po tych wodach?
- zastanawiał się. Czy byłem marynarzem? Może właśnie w ten sposób
zginąłem? Może to dlatego śniłem o statku?
Sen już prawie zupełnie opuścił jego pamięć. Czerwony ocean...
Ogień. Śmierć, zabijanie, bitwa. Wstrząsnęło nim to, jak żywo i wyraźnie
powróciły do niego nocne wizje, jak szczegółowo i intensywnie. Morze
było czerwone, ponieważ odbijało płomienie trawiące wspaniałe T'Telir.
Niemal słyszał krzyki cierpiących ludzi oraz... co takiego? Walczących i maszerujących ulicami żołnierzy?
Dar Pieśni potrząsnął głową, próbując się pozbyć nieprzyjemnych
wspomnień. Okręt, który ukazał mu się we śnie, również płonął. Teraz
pamiętał to wyraźnie. Ale to oczywiście nie musiało nic znaczyć; wszyscy
przecież miewają koszmary. Niepokojące było jedynie to, że wszyscy
traktowali jego koszmary jako przepowiednie przyszłości.
Llarimar wciąż stał i wpatrywał się w pałac Króla-Boga.
- Och, usiądź wreszcie i nie wiś tak nade mną - rzucił Dar Pieśni. -
Przez ciebie sępy stracą zajęcie.
Llarimar uniósł brew.
- A które to konkretnie sępy masz na myśli, Wasza Miłość?
- Te, które nakłaniają nas do wojny. - Dar Pieśni machnął ręką.
Kapłan usiadł na jednym ze stojących w altanie drewnianych leżaków,
odprężył się i zdjął z głowy ciężką mitrę. Pot przykleił mu do czaszki
włosy. Przeczesał je ręką. Przez pierwsze kilka lat Llarimar pozostawał
przez cały czas sztywny i bez przerwy zachowywał się oficjalnie.
Wreszcie jednak Darowi Pieśni udało się go zmiękczyć. W końcu to on był
bogiem, i jego zdaniem, skoro sam mógł sobie wypoczywać w czasie pracy,
równie dobrze mogli to robić kapłani.
- Nie wiem, Wasza Miłość - odezwał się Llarimar, pocierając brodę. - Nie
podoba mi się to.
- Przybycie królowej? - spytał Dar Pieśni.
Kapłan skinął głową.
- Na dworze nie było królowej od trzydziestu lat. Nie wiem, jak na jej
pojawienie się zareagują stronnictwa.
Dar Pieśni przeciągnął dłonią po czole.
- Polityka, Llarimar? Wiesz, że nie przepadam za takimi sprawami.
- Wasza Miłość - kapłan spojrzał na boga - ty z definicji jesteś
politykiem.
- Nie przypominaj mi o tym, proszę. Gdybym mógł, to uwolniłbym się od
tego czym prędzej. Nie wiesz czasem, czy nie udałoby się przekupić
któregoś z innych bogów, by przejęli moje Rozkazy dla Nieżywych?
- Nie sądzę, by to się okazało mądrym posunięciem - zauważył Llarimar.
- Wszystko to część mojego wielkiego planu, który ma sprawić, że zanim
znowu umrę, stanę się miastu zupełnie zbędnie niepotrzebny.
- Zupełnie zbędnie niepotrzebny? - Llarimar pochylił głowę.
- Oczywiście. Zwyczajnie niepotrzebny mi nie wystarczy. Jestem przecież
bogiem. - Dar Pieśni wziął z trzymanej przez sługę tacy garść winogron.
Wciąż próbował wyrzucić z głowy niepokojące obrazy z koszmaru.
Oczywiście one nic nie znaczyły. W końcu to tylko sny.
Niemniej postanowił, że następnego ranka opowie o nich Llarimarowi. Może
kapłan zdoła je wykorzystać w celu zapobieżenia konfliktowi z Idris.
Skoro stary Dedelin nie przysłał swojej pierworodnej, to na dworze
rozpętają się jeszcze ostrzejsze dyskusje i debaty. Rozlegną się
głośniejsze nawoływania do wojny. Przyjazd księżniczki powinien uspokoić
sytuację, ale Dar Pieśni zdawał sobie sprawę, że wojowniczo nastawieni
bogowie do tego nie dopuszczą.
- A jednak - odezwał się Llarimar, mówiąc jakby do siebie - kogoś jednak
przysłali. To z pewnością dobry znak. Gdyby zerwali traktat, wojna
wybuchłaby bezzwłocznie.
- Nie wiem, kim jest ten twój "zwłocznie", ale nie sądzę, byśmy go
potrzebowali do wojaczki - rzucił lekko Dar Pieśni, przyglądając się
skórce owocu. - Moim boskim zdaniem wojna jest jeszcze gorsza od
polityki.
- Niekiedy nie ma pomiędzy nimi różnicy, Wasza Miłość.
- Bzdura. Wojna jest o wiele mniej przyjemna. Polityka przynajmniej
oznacza pyszne przystawki na nudnych spotkaniach.
Llarimar jak zwykle zignorował próby zażartowania przez Powracającego.
Gdyby bóg nie wiedział, że za jego plecami stoją trzej młodsi kapłani,
którzy powinni zapisywać każde jego słowo i doszukiwać się w nich
znaczenia i mądrości, poczułby się zapewne urażony.
- Co teraz zrobią idriańscy buntownicy, jak sądzisz? - spytał Llarimar.
- O to właśnie chodzi, Wiercipięto - odparł Dar Pieśni, oparł się na
leżaku i pozwolił słońcu pieścić twarz. - Idrianie wcale nie uważają się
za buntowników. Nie siedzą w swoich górach po to, żeby w odpowiednim
momencie powrócić tryumfalnie do Hallandren. To już nie jest ich dom.
- Ale te ich pagórki trudno nawet nazwać królestwem.
- Są wystarczająco poważnym królestwem, by kontrolować największe złoża
surowców naturalnych w regionie, nie mówiąc o czterech najistotniejszych
przełęczach prowadzących na północ i o płynącej w żyłach ich władców
królewskiej krwi z oryginalnej dynastii Hallandren. Nie jesteśmy im do
niczego potrzebni, przyjacielu.
- A te pogłoski o idriańskich dysydentach w mieście? O tych, którzy
podburzają lud przeciwko Dworowi Bogów?
- To tylko plotki - skwitował Dar Pieśni. - Choć, jeśli okaże się, że
nie miałem racji i masy prostaków wezmą mój pałac szturmem, a mnie spalą
na stosie, będziesz pierwszym, którego przeproszę. Będziesz się mógł
śmiać ostatni. Albo... wrzeszczeć jako ostatni, bo podejrzewam, że
upieką nas na jednym ogniu.
Llarimar westchnął. Bóg otworzył oczy i zobaczył twarz przyglądającego
mu się z namysłem kapłana. Nie zganił go za beztroskę. Sięgnął tylko po
mitrę i nałożył ją na głowę. Był kapłanem, bogiem był Dar Pieśni. Nie
mógł się z nim spierać ani zbyt żarliwie dyskutować. Każdy wydany przez
Powracającego rozkaz wykonałby bez wahania.
Niekiedy go to przerażało.
Ale nie dzisiaj. Dziś czuł irytację. Przybycie królowej sprawiło, że
zaczął rozmawiać o polityce - a przedtem dzień toczył się tak miło.
- Jeszcze wina! - zawołał Dar Pieśni i uniósł kielich.
- Nie uda ci się upić, Wasza Miłość - przypomniał Llarimar. - Twoje
ciało jest odporne na wszelkie toksyny.
- Pamiętam - przytaknął Dar Pieśni, gdy młody kapłan dolewał mu wina -
ale zaufaj mi, potrafię się wczuć.